przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


piątek, 26 października 2007

Stefan Majcherek

Nie za bardzo mógł trafić w drzwi. Barman odmówił podania jeszcze jednej setki wódki, a nawet pięćdziesiątki i nie pozostało mu nic innego, jak tylko udać się do domu. A może przy okazji jeszcze coś się trafi? Z opuszczoną głową próbował złapać pion opierając się o futrynę. W końcu puścił ją i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku mieszkania. Starał się trzymać cienia, nie wychodząc w światło migoczących latarni. Nie miał najmniejszej ochoty ponownie trafić do izby wytrzeźwień. Z wolna pokonał najbardziej ruchliwe ulice, po których mimo późnej pory nadal dosyć często przejeżdżały samochody. Wzrok nieco go zawodził, tak że nie był w stanie odróżnić taksówki od radiowozu. Najbezpieczniej było więc unikać wszelkiej maści pojazdów.
Już prawie udało mu się dotrzeć pod blok, gdy nagle oślepiło go jasne światło reflektorów. Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, bezceremonialnie został wepchnięty na pakę policyjnej, okratowanej furgonetki.
- Znowu się spotykamy, panie Kolanko – powiedział policjant zatrzaskując za nim drzwi. – Że też nie szkoda panu zdrowia i pieniędzy.
Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Zdołał tylko wybełkotać coś niezrozumiałego i opadł na twarde siedzenie. Znowu się nie udało. A był już tak blisko. Co za cholera wymyśliła, żeby ludzi zgarniać spod domów? Przecież grzecznie poszedłby spać nikomu nie wadząc. Furgonetka z wolna ruszyła zmierzając w znanym mu kierunku. Przez niewielkie osiatkowane okna, jak przez mgłę, widział migające światła. Było mu już wszystko jedno. Chciał tylko zasnąć. Potem będzie się martwił, co i jak.
Nagle wyczuł w pobliżu czyjąś obecność. Uniósł głowę i mrużąc oczy, rozejrzał się po ciasnym, ciemnym wnętrzu. Naprzeciwko niego siedziała niewyraźna postać. Dałby głowę, że gdy wsiadał, w środku nie było nikogo. Z uwagi na ciemność, wypity alkohol i podrygiwanie pojazdu na nierównościach drogi nie był w stanie dobrze przyjrzeć się towarzyszowi niedoli. Był raczej niewielkiej postury, szczupły, można by rzec, filigranowy. Na głowie miał czapkę z daszkiem, który dodatkowo rzucał cień na twarz nie pozwalając jej dostrzec. Całą postać okrywało coś pośredniego między płaszczem i peleryną. Kolanko chciał zagadnąć obcego, ale w tym momencie zaczęła dusić go czkawka, co już całkiem pozbawiło go zdolności do porozumiewania się z kimkolwiek.
- Masz dziś fart kolego – powiedział nieznajomy dźwięcznym, melodyjnym głosem.
Zanim mężczyzna zdążył odbełknąć nieznajomy wstał, stanął przed nim i pochylając się ścisnął mu dłońmi głowę. Kolanko poczuł jak współtowarzysz boleśnie gryzie go w czoło. Próbował się bronić, ale uścisk intruza, mimo jego niewielkich rozmiarów, był niewiarygodnie silny. Szamotał się przez chwilę, ale zaraz poddał się, czując, jak ogarnia go przedziwna niemoc. Opuścił ramiona wzdłuż boków i spoczął bezwładnie zamykając oczy.
Nie był w stanie określić ile czasu trwało dziwne spotkanie, w każdym bądź razie z otępienia wyrwał go trzask odsuwanych drzwi furgonetki.
- No, mistrzu – rzekł policjant .– Koniec wycieczki. Hotel czeka.
Kolanko zamrugał nerwowo. Dotknął czoła i potrząsnął głową. Nie odczuwał żadnego bólu. Po tajemniczym towarzyszu nie było śladu. Czyżby kolejny pijacki zwid? W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest zupełnie trzeźwy. Był tak rześki, jakby nie pił nic przez kilka dni, co mu się już dawno nie zdarzało. Chyba od czasów podstawówki, a to było całe wieki temu. Podniósł się i pewnie wyskoczył na zewnątrz. Policjant przyjrzał mu się uważnie nie kryjąc zdziwienia jego kondycją. Złapał go pod łokieć i rzekł:
- Ostrożnie, ojciec. Jeszcze brakuje, żebyś łeb sobie rozbił.
Kolanko popatrzył na niego nie mniej zdziwiony swoim samopoczuciem.
- Ale mnie nic nie dolega, panie władzo.
Policjant ponownie przyjrzał się mężczyźnie. Zerknął do wnętrza samochodu i szybko je zlustrował.
- No dziadek – zaczął – To już jakieś przegięcie. Nie wiem czegoś się nałykał, ale zaraz się okaże. Lekarz już czeka.
To powiedziawszy poprowadził protestującego mężczyznę do środka niewielkiego, parterowego budynku. Wewnątrz miotało się dwóch zdrowo podchmielonych młodzieńców. Uspokoili się dopiero po otrzymaniu kilku gum w uda i pośladki. Policjanci odprowadzili ich do cel. Teraz przyszła kolej na Kolankę.
- Panie doktorze – zaczął policjant. – Nie wiem co jest grane, ale dziesięć minut temu zgarnęliśmy tego dziadka spitego do nieprzytomności. Gadać nie mógł, a teraz sprawia wrażenie zupełnie trzeźwego. Pewnie się czegoś nałykał.
Lekarz popatrzył na stojącego z niepewną miną mężczyznę. Kazał mu się rozebrać do slipów, następnie podał alkomat i buchomat. W międzyczasie policjanci przetrząsnęli jego rzeczy osobiste w poszukiwaniu narkotyków i lekarstw. Nie znaleźli nic, poza paroma monetami, kluczami, paczką papierosów i garścią spinaczy biurowych.
- Żadnego śladu alkoholu i narkotyków – zawyrokował lekarz. – Coś wam się panowie przewidziało. Albo pan Kolanko coś nam się ostatnio bardzo dowcipny zrobił.
Funkcjonariusze popatrzyli po sobie niepewnie.
- Przecież ziorało od niego, jak z gorzelni – zaprotestował starszy.
Podszedł do niedoszłego pensjonariusza i obwąchał go dokładnie.
- Niemożliwe – rzekł. – Nawet odrobinę nie zalatuje. O co tu chodzi panie Kolanko? Mów pan.
Mężczyzna widząc stanowisko lekarza odzyskał już nieco pewność siebie. Zrobił zdziwioną minę i podjął.
- Nie mam pojęcia. Panowie zapakowali mnie na pakę, zanim zdążyłem powiedzieć choćby słowo. A, że alkohol było czuć, to i normalne. Przecież na okrągło wozicie różnych pijaczków. Pewnie wszystko przesiąknięte wonią wódki.
- Niech się pan ubierze – skwitował lekarz. – Panowie odwiozą z powrotem na miejsce. A tak na dobrą sprawę, to moglibyście trochę bardziej dbać o czystość samochodu. Albo może sami dmuchniecie? Hę?
Policjanci wyprostowali się i bez słowa wyprowadzili już ubranego mężczyznę na zewnątrz. Po drodze młodszy nie omieszkał stanąć mu ciężkim butem na stopę i popchnąć na futrynę.
- Przepraszam najmocniej – rzekł pogardliwie.
- Nic się nie stało – odparł Kolanko.
Duży palec u nogi mocno mu doskwierał, a kant futryny przeciął policzek. Nie było jednak sensu dodatkowo prowokować i denerwować złych na niego funkcjonariuszy. Potulnie pozwolił wrzucić się do wnętrza furgonetki i zatrzasnąć za sobą drzwi. Tak, jak przypuszczał wywieźli go na drugi koniec miasta i zostawili nieopodal podrzędnego baru całodobowego. Kolanko popatrzył tęsknie na kuszące, przybrudzone nieco neony, ale nie miał zamiaru dalej kontynuować pijackiej eskapady. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu i przemyśleć całą ostatnią sytuację.
Sprawdził stan funduszy i zatrzymał taksówkę.
*
Zrzucił wysłużony prochowiec i ruszył do kuchni. Godzina była wprawdzie późna, ale wcale nie odczuwał potrzeby snu. Skroił dwie cebule, zarumienił na boczku i przyrządził jajecznicę z trzech jaj. Smakowała mu, jak nigdy dotąd. Czuł się tak, jakby ktoś wymienił mu kubki smakowe na zupełnie nowe. Usiłował przypomnieć sobie dziwnego towarzysza podróży, ale niewiele pamiętał. Nawet nie miał jak mu się przyjrzeć. Przypomniał sobie o ugryzieniu w czoło. Dotknął go delikatnie, ale nie wyczuł nic. Przeszedł szybko do łazienki i przyjrzał się swojemu lustrzanemu odbiciu. Spodziewał się ujrzeć, jak co dzień, zmęczone oblicze, podkrążone, przekrwione oczy, ziemistą, pokrytą siatką zmarszczek skórę upstrzoną popękanymi naczyniami krwionośnymi, spierzchnięte wargi. Tymczasem patrzył na niego człowiek jakby odmłodzony o jakieś dziesięć albo i piętnaście lat. Jak na ten wiek względnie czysta cera, przytomne, wyraziste spojrzenie, wygładzone oblicze. Niemożliwe. Tylko na czole miał cztery niewielkie zaczerwienienia, jakby odciśnięcia od guzików. Ślady po spotkaniu z nieznajomym? Raczej mu się tylko przewidziało. Pewnie jeszcze w barze, w którym zaliczył klasyczny blat, musiał oprzeć głowę o mankiet koszuli. Albo o coś innego. To wydawało się logiczne. Nie mógł za to za cholerę wyjaśnić sobie niecodziennego, zdrowego wyglądu, szampańskiego graniczącego z euforią samopoczucia i doskonałej fizycznej tężyzny, którą odczuwał. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że wcale nie miał potrzeby napicia się alkoholu. Za to głód mu doskwierał, jakby nie jadł nic od miesiąca. W sumie było w tym dużo racji. Zwykłą codzienną dietę stanowił od lat niemal wyłącznie alkohol. Zjadał coś sporadycznie nie przykładając większego znaczenia do składu potraw i ich estetyki. Po prostu jadł, bo musiał. Bez żadnej przyjemności. A teraz było inaczej. Jakby proporcje się odwróciły.
Wsunął jeszcze trzy jajka zagryzając kilkudniowym chlebem. W lodówce stało kilka butelek piwa i w połowie opróżniona flaszka z wódką. Aż się skrzywił na sam widok, co jeszcze dodatkowo go zdumiało. Nie był pewien, czy cieszyć się, czy załamywać takim obrotem sprawy. Wcale nie zamierzał kończyć z piciem. Sprawiało mu to ogromną radość, było codziennością. Fakt, czasami miał wyrzuty sumienia, że zmarnował życie na bezproduktywnym ślęczeniu nad szklanką, ale zawsze tłumaczył się tym, że pijąc w samotności nie zatruwa życia innym, na których kiedyś mu zależało, czy zależy dotychczas. Kilkakrotnie próbował w przeszłości skończyć z nałogiem i poukładać tonące w wódce klocki swojego jestestwa, ale każdorazowo kończyło się to żenującymi dialogami, błaganiem, niedotrzymanymi obietnicami i przyrzeczeniami, które w efekcie doprowadzały go do jeszcze większego alkoholizmu.
Na samo wspomnienie zrobiło mu się niedobrze. Odkręcił butelkę z wódką i wlał płyn do szklanki wypełniając ją w połowie. Wychyli jednym haustem. Niemalże natychmiast poczuł mocne łupnięcie w czoło. Ból był przeszywający, a zaraz po nim dopadła go potężna fala mdłości. Zwymiotował wprost do umywalki samą wódką. Żołądek nieco się uspokoił, ale ból w głowie pozostał. Dotknął czoła i aż syknął. W miejscu zaczerwienień wymacał nietypowe narośla, które paliły mu ciało żywym ogniem. Opłukał twarz zimna wodą, ale nie na wiele się to zdało. Obejrzał się w lustrze. Z czoła sterczały mu cztery haczykowate, przypominające szczękoczułki wypustki, które podrygiwały zmieniając co chwila odcień czerwoności. Kolanko nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dotknął jednej z narośli i skrzywił się z bólu. Pobiegł do kuchni po duże, krawieckie nożyce, które po chwili poszukiwań odnalazł w wysokim kubełku pomiędzy długopisami i ołówkami. Wrócił przed lustro i stwierdził, że narośla w tym czasie zdążyły zniknąć pozostawiając tylko zaczerwienienia, które przypominały o ostatnich wydarzeniach. To jakiś koszmar. Musi się przespać i jutro wszystko wróci do normy.
Z odrobiną bojaźni połknął kilka pastylek relanium i zadowolony, że nie musi ich zwrócić ułożył się do snu.
*
- Utrapienie z tymi żulami – ocenił patrolujący ulicę, mocno łysiejący i znacznie otyły funkcjonariusz, Waldemar Czereśnia. – Każdej nocy tego pełno. Świątek piątek. Człowiek zająłby się czymś poważniejszym, a tak to marnuje czas na wożenie tej menelii.
- To niby czym chciałbyś się zająć? – zapytał sarkastycznie Zygmunt Flanela, wysoki ciemnowłosy mężczyzna, lekko po czterdziestce. – Wolałbyś uganiać się za bandytami? Już to widzę.
- A żebyś wiedział – odparł Czereśnia nieco obruszony. – Przynajmniej to coś pożytecznego. A co mi z takiej roboty. Człowiek się tylko naharuje, a to na drugi dzień tak samo uchlane. Jeszcze cię obrzyga albo czymś wyświni.
- Ale przynajmniej cię nie zastrzeli.
- Dupa tam. Dobra dawaj go. Zanim zapaskudzi samochód.
Policjant otworzył drzwi furgonetki. Ze środka wyskoczył około siedemdziesięcioletni mężczyzna. Flanela wyciągnął z wnętrza stary, zdezelowany rower, o który opierał się wcześniej zatrzymany.
- Nie kicaj tak, dziadek, bo nogi połamiesz – ostrzegł.
- Spokojna głowa – odparł wesoło staruszek. – Nigdy nie czułem się lepiej.
Policjanci ze zdziwieniem spojrzeli na świeżo przywiezionego. Stał uśmiechnięty, w najmniejszym stopniu nie zdradzając stanu upojenia alkoholowego. Funkcjonariusze popatrzyli po sobie i bezceremonialnie powlekli mężczyznę do obskurnego budynku izby wytrzeźwień. Personel przetrzepał mu kieszenie i poddał rutynowym badaniom.
- Panowie – zaczął po wstępnych oględzinach lekarz zdejmując okulary i przecierając oczy. – Czy wyście wszyscy powariowali? Przecież ten człowiek nie wypił nawet grama alkoholu.
Czereśnia wymienił niezrozumiałe spojrzenia z Flanelą.
- Ale przecież ledwo się trzymał na nogach jeszcze kwadrans temu. Jakby nie rower, to pewnie by nie ustał.
Lekarz popatrzył na nich wymownie odnotowując coś w dzienniku.
- Słuchajcie – podjął cierpliwie. – To dzisiaj szósty taki przypadek. Zamiast zająć się czymś poważniejszym, to zwozicie mi tu z całego miasta zdrowych ludzi. Co się z wami, do cholery dzieje? Czy ten człowiek wygląda na pijanego? Toż, nie trzeba robić żadnych badań, żeby to ocenić.
- Ale …
- Dosyć tego – rzekł lekarz wstając zza biurka. – Jutro zawiadomię komendanta. Niech wam zorganizuje jakieś zajęcie. Potem marudzicie, że nie ma pieniędzy na wyposażenie, a sami marnujecie je i czas na wycieczki krajoznawcze. Dobranoc.
Policjanci opuścili budynek klnąc pod nosem. Staruszek pożegnał się grzecznie i wsiadł na rower.
- Widziałeś kiedyś coś takiego? – spytał Flanela. – Przecież gość był nieprzytomny. Powinien zdychać przez najbliższe osiem godzin, albo i lepiej. A ten skubaniec potrzebował kwadransa. To nie możliwe. I taki wstyd. Nie lubię tego łapiducha, jak rzadko kogo. Że też musieliśmy trafić na jego dyżur.
Czereśnia czerwony ze złości tylko pokiwał głową z aprobatą.
- A żebyś wiedział. Chociaż fakt, że Mortadela lekarzem jest dobrym. Tyle, że bezczelny i nadęty jak balon z winem.
- I kij, że dobrym. Nienawidzę gada i tyle.
Policjanci wsiedli do samochodu i wolno ruszyli w szarzyznę ustępującej nocy.
*
Następnego dnia w komendzie panował niezły chaos. Komendant Malina pieklił się nie na żarty. Na jego biurku spoczywał raport z nocnych dokonań jego podwładnych. Na piętnaście interwencji z dowozem do izby wytrzeźwień tylko dwa okazały się zasadne. Mortadela nie szczędził gorzkich słów i wyrzutów podważających kompetencje funkcjonariuszy, co godziło również w jego osobę.
- Co wy sobie do, ciężkiej pierdy, wyobrażacie? – ryczał purpurowy ze złości swojego zastępcę. W stanach podwyższonego zdenerwowania komendant nie do końca panował nad słownictwem i zwykł miotać własnej konstrukcji przekleństwa. – Będziecie tak się bujać po mieście za dziadkami, psia dupa, podczas gdy w tym czasie miało miejsce kilka rozbojów i dwa włamania? Co to ma być? Jakiś, w ryżą twarz, piknik? Prasa zeżre nas żywcem. Mortadela napisał skargę, z którą muszę zapoznać Radę Miasta! Co powiem prezydentowi? Że wam się, karwasz psiarz, pomyliło? Że nie potraficie odróżnić pijanego od trzeźwego? Trzeźwego, podkreślam. U żadnego zatrzymanego nie stwierdzono ani grama wypitego alkoholu! Jak mam wytłumaczyć fakt, że wozicie dupska w ciepełku kabin, podczas gdy bandziory rabują i napadają przechodniów? Czy to do was, do kwaśnej bźdy, dociera, durnie! I co do cholery mają znaczyć te pobicia? Nieuzasadnione użycie siły! Podobno trzej ludzie zostali przywiezieni do izby w stanie niemal agonalnym. Jeden miał odgryzione ucho! Pytam raz jeszcze, co to, kiwasz bździarz, jest?! Jakieś pieprzone zoo?
Zastępca stał ze spuszczoną głową nie odzywając się słowem. Wiedział, że póki co nie ma to sensu. Malina musi najpierw się wyszumieć, wyrzucić z siebie targające nim frustracje. Zresztą nie miał tak naprawdę pojęcia, co odpowiedzieć na zarzuty. Fakty były oczywiste. Podkomendni spartolili robotę. Kałużyński czekał tylko, żeby wyładować na nich swoją złość.
- Wypieprzaj mi stąd – skończył reprymendę komendant. – Jutro mam mieć szczegółowy raport ze wszystkich patroli.
*
- Ile potrzebujesz? – zapytał Stefan Majcherek.
- Ile się da, rzecz jasna – odparł Edek Szachista.
- Moment.
Edek usłyszał trzaski w słuchawce. Po chwili ponownie dobiegł go głos Majcherka.
- Słuchaj. Mogę ci na dziś przygotować nawet pięćset. Jutro drugie tyle. Dasz radę?
Szachista zamyślił się. Pięćset butelek czystego spirytusu to mnóstwo towaru. Zrobi z tego osiemset.
- Po ile? – zapytał.
- Wszystko po dychu. Pięćset puszczę ci po dwanaście.
- Oddzwonię za parę minut.
Edek odłożył słuchawkę. Z chęcią sam by wszystko przerobił, ale nie da rady. Ale jeśli puści towar dalej, to na tym straci. Zarówno przebitka mniejsza, jak i klienteli mniej. Tyle, że jego stali odbiorcy nie dadzą rady wszystkiego spić szybciej, niż w przeciągu miesiąca, a magazynować alkoholu nie chciał ze względów bezpieczeństwa. No i oczywiście lokalowych również. Wykręcił znajomy numer. Po chwili odezwał się zaspany głos Władka Karabina.
- Słucham, wypożyczalnia?
- Skupuje pan płyty, czy tylko wypożycza?
- To zależy jakie – padła odpowiedź.
- Oryginalne, z hologramem i licencją dla wypożyczalni.
- A tytuły?
- Wszystko z najwyższej półki. Same oscarowe. Likwiduję sklep, a nie zdążyłem odwołać zamówienia. Sprzedam po cenie promocyjnej.
- Dobra, Edek. Przestańmy pieprzyć. Ile masz?
- Może być i tysiąc. Jutro.
Karabin na chwilę zamilkł. Edek uśmiechnął się wyobrażając sobie, jak tamten analizuje informacje podobnie, jak on przed chwilą. Władek odkaszlnął i zapytał:
- Po ile? Powiedzmy połowę?
- Połowę puszczę ci po czternaście, całość po dwanaście.
Karabin znów kilkakrotnie kaszlnął. Wypalał bodaj trzy paczki papierosów dziennie i miał gruźlicę. Zaawansowane stadium. Nie zostało mu więcej niż pół roku życia. Przynajmniej, twierdził, taką diagnozę postawili lekarze. Ale zdawał się nic sobie z tego nie robić.
- Wezmę połowę po trzynaście – rzekł w końcu.
- Zgoda. Odezwę się.
Szachista odwiesił słuchawkę zadowolony, że uzyskał satysfakcjonujące go warunki. Oddzwonił do Majcherka i umówił się na spotkanie.
*
Stefan mieszkał samotnie na obrzeżach miasta. Duży dom kupił od starego małżeństwa, które postanowiło wyprowadzić się do mniejszego, wygodnego mieszkania bliżej centrum. Jemu za to doskonale pasowała lokalizacja z dala od miejskiego zgiełku. Budynek był nieco zaniedbany, oblatywały tynki, z dużych drewnianych okien i drzwi obłaziła farba. Zewnętrzne barierki i schody gęsto obrastała winorośl wymieszana z powojem. Ogród był również zaniedbany. Od dawna nie koszona trawa miejscami sięgała kolan, kwiaty same się wysiewając sprawiły, że z wszelkich zakamarków chaotycznie wyrastały przeróżne ich odmiany. Stefan zadał sobie jedynie trud wykarczowania kilku ścieżek. Jednej szerszej, łączącej frontowe drzwi z bramą podjazdową i furtką prowadzącą do cienistego parku oraz dwóch węższych owijających się wokół domu.
Budynek był dwupiętrowy w kształcie równobocznego trapezu z wejściem usytuowanym na krótszej z podstaw. Front zdobiła drewniana weranda z dwiema kamiennymi kolumnami. Głęboko pod budynkiem znajdował się dwupoziomowy kompleks piwnic, w pierwszym z których poprzedni właściciel przechowywał różnych gatunków wina. Majcherek wykorzystywał je do przechowywania jednego gatunku spirytusu i specyficznej aparatury przetwórczej.
Dźwięk dzwonka przy frontowej bramie przerwał mu destylację. Odłączył się od urządzenia filtrującego i przetwarzającego jego przeciążone obwody w czysty alkohol etylowy. Był nieco przemęczony ostatnią nocą i potrzebował odświeżyć organizm. Nadmiar toksycznych substancji powodował, że kręciło mu się w głowie, a wygląd sugerował solidną, całonocną popijawę. W domofonie zabrzmiał zniekształcony głos, ale nie ulegało wątpliwości, że to Edek Szachista.
- Oho – rzucił na powitanie zerkając na gospodarza. – Widzę, że miałeś ciężką nockę.
- A żebyś wiedział – odparł Stefan przepuszczając gościa w progu. – Tak to bywa. Bez pracy nic na tacy.
- Tak, jasne, jasne.
Wymieniając niezobowiązujące i bezproduktywne spostrzeżenia przeszli do ciemnego salonu oświetlanego kilkoma lampami naftowymi. Wokół unosił się lekki zaduch, przez który przebijał się nieprzyjemny zapach stęchlizny i spalonej nafty. Drewnianą podłogę przykrywał niegdyś gruby, teraz mocno przyklapnięty dywan, miejscami wyleniały i pokryty plamami. Oparcia skórzanych foteli lepiły się do dłoni, dębowe meble pokrywała widoczna warstwa kurzu.
Edek nie był zbytnim estetą, ale nie omieszkał wyrazić swojej opinii w tej kwestii.
- Że też możesz wytrzymać bez elektryczności. Bez telewizora. Nawet radia nie masz. Nie wiesz, co się dzieje na świecie. Zobaczysz, że kiedyś się uważysz, zwalisz którąś z tych cuchnących lamp i pójdziesz z dymem do aniołków.
Stefan nie skomentował uwag znajomego. Podniósł się z fotela i podszedł do usytuowanego w regale barku.
- Chcesz od razu zdegustować, czy może kapkę wina? – zapytał gościa.
- A co tu degustować? Doskonale znam twój towar. Może być wino.
Otrzymawszy szklankę z trunkiem pociągnął solidny łyk i podjął:
- A co do naszych interesów, to wezmę cały tysiąc. Na takich warunkach, jak ustaliliśmy. Po dziesięć.
- Oczywiście twój transport – dodał Majcherek.
- Jasne. Jak zawsze. Wieczorem podeślę ci dwa furgony po pierwszy rzut. Na drugi dzień o tej samej porze reszta. W porządku będzie?
Stefan pokiwał głową na znak zgody. Czuł, że musi jak najszybciej oczyścić mocno przesycony organizm. Wizyta nie była mu na rękę, więc nie podejmował dialogu w zakresie przekraczającym konieczne minimum. Znali się już dosyć długo i Edek wyczuł, że jego wizyta nie jest gospodarzowi w smak. Pożegnał się więc nie przedłużając rozmowy. Wiedział, że Majcherek niekiedy dziwnie się zachowuje i jest wówczas rozdrażniony, skory do kłótni, nieraz awanturny, niekiedy nawet mocno agresywny. Pamiętał, jak kiedyś odgryzł jego koledze nos, tylko za to, że tamten próbował namówić go na kieliszek wódki. Cóż. Dziwny był to gość. Może po prostu ciężko znosił kaca. Ale spirytus dostarczał najlepszy.
Gdy tylko Szachista opuścił dom, Stefan szybko ruszył do najgłębszej z piwnic. Usiadł przy destylatorze i podpiął się do aparatury, mocno skomplikowanej w swej plątaninie sieci przewodów i rurek. Dwa cienkie kable, zakończone końcówkami przypominającymi elektrody wetknął sobie po obu stronach potylicy kilka centymetrów za uszami. Gdy trafiły na miejsce zaskoczyły z delikatnym trzaskiem. Następnie podciągnął nogawki drelichowych spodni i wkłuł się w otwory pod kolanami. Uruchomił generator i zamykając oczy wyciągnął się wygodnie na tyleż zmyślnym, co i nietypowym, przypominającym fotel ginekologiczny siedzisku. Potrzeba było sporo czasu, aby wypompować z jego organizmu cały alkohol, który wchłonął poprzedniej nocy.
Ostatnio coraz bardziej bezbłędnie udawało mu się wybrać ofiarę, lub może bardziej trafnym określeniem będzie w tym przypadku „cel”. Niemal każdorazowo trafiał na porządnie nasyconych. Odnotował tylko kilka przypadków, bodaj trzy, w których miał do czynienia z tak zwanymi pijaczkami niedzielnymi. Takie pomyłki wywoływały w nim bardzo silne fale frustracji i gniewu, które znajdując ujście demolowały ich przyczyny. Ponadto w następstwie powodowały u niego samego bardzo silne spadki energii i osłabienie sił witalnych, co przekładało się na złe samopoczucie, zaburzenia percepcji oraz utrudnienia w teleportacji. Było to jednakże ryzyko wpisane w tryb życia. Pracował nad jego ograniczeniem i odnotował na tym polu spore sukcesy. Oczywiście wszystko mogło być jedynie dziełem przypadku, ale Stefan wolał myśleć, że to dzięki jego trzeźwej ocenie sytuacji i trafnym wyborom. Zauważał również pewną zależność. Im rzadziej podejmował chybione decyzje, tym większa wzbierała w nim złość i chęć wyładowania przepełniającej go agresji. Ostatni jegomość, którego nieopatrznie wziął za rasowego alkoholika okazał się najwidoczniej jakimś przypadkowym uczestnikiem zakrapianej wódką libacji. Nie zdążył nawet solidnie się w niego wgryźć, gdy ten już okazał się oczyszczony, powodując, że Stefanowi zatarły się kanaliki odprowadzające i filtrujące wchłonięty alkohol, co było bardzo bolesnym i niebezpiecznym w skutkach doświadczeniem. W przypływie gniewu kilkakrotnie grzmotnął głową nieprzytomnego mężczyzny o blaszaną ścianę policyjnej furgonetki i wypłacił mu dwa mocne kopniaki w korpus. Na koniec jeszcze odgryzł mu ucho, które wypluł na podłogę. Szczęśliwie tę bolesną pomyłkę zrekompensowało mu kilku uprzednio wybranych nałogowców, którzy przez długoletnie uzależnienie tak byli przesiąknięci etylenem, że pozwoliło mu to na bezpieczną ewakuację i uzupełnienie niezbędnych zapasów, zarówno w wewnętrznej gospodarce jego organizmu, jak i dla potrzeb handlowych.
Stefan wbrew pozorom był istotą bardzo wrażliwą i delikatną. Nie miał na celu wyrządzać ludziom krzywdy. Wręcz przeciwnie. Jego działalność odpowiednio ukierunkowana sprawiała, że wiele osób ostatecznie wyzbywało się zgubnego alkoholowego nałogu. Wystarczył pięciominutowy kontakt z Majcherkiem i ochota na spożywanie alkoholu znikała raz na zawsze i na dodatek do tej pory uzależnieni zyskiwali zdrowie i kondycję fizyczną, jaką nie mogli się nigdy wcześniej delektować. A wszystko to dzięki temu, że Stefan oczyszczał organizm ofiary z alkoholu, jaki ta przyjęła w ciągu całego życia włącznie z tym, jaki w wyniku metabolizmu został przetrawiony. Proces ten był możliwy dzięki niezwykłym zdolnościom Majcherka w dziedzinie obustronnej teleportacji wstecznej. Zabieg, jakim Stefan poddawał swoich wybrańców powodował jednoczesną regenerację komórek zniszczonych działaniem etylenu. Niestety zdarzały się przypadki pomyłek i wówczas stan ofiar Stefana nie był do pozazdroszczenia. Szczególnie nasilało się to w okresach i na terenach, które nie odznaczały się zbyt dużym spożyciem alkoholu wśród mieszkańców. Odkąd jednak Majcherek osiedlił się w Europie Wschodniej jego działalność coraz mniej cechowała się przemocą i rzadziej pozostawiała po sobie ofiary. W odległej przeszłości, kiedy z uwagi na sytuację polityczną Stefan był zmuszony egzystować na Dalekim Wschodzie niemal nie przypłacił tego życiem.
W tym momencie należy się wyjaśnienie, dla czego Majcherek nie mógł spożywać alkoholu bezpośrednio, jak wszyscy. Otóż odpowiedź jest bardzo prosta. Stefan nie posiadał układu pokarmowego, nie mógł więc przełykać. Jego jama ustna była ślepa i przypominała w kształcie żarówkę, która w miejscu podniebienia miękkiego posiadała dwie ssące tulejki, przez które wysysany z ofiar alkohol pustymi wewnątrz, łukowatymi, poziomo osadzonymi kłami połączonymi z ssawkami przenikał do ośrodka centralnego umiejscowionego w czaszce, gdzie podlegał skomplikowanym procesom obróbki chemicznej i fizycznej polegającej głównie na oczyszczeniu i kondensacji. Efektem tych reakcji był niemalże czysty alkohol etylowy oraz uboczne odpady, które organizm Stefana przetransportowywał dwoma głównymi kanałami odprowadzającymi uchodzącymi wewnątrz głównej osi szkieletu do wnętrza korpusu, który stanowił magazyn pobranych związków i dzielił się na dwie części. Większa usytuowana w klatce piersiowej i większości jamy brzusznej przeznaczona była do magazynowania alkoholu, mniejsza, położona bezpośrednio poniżej i sięgająca połowy ud odpowiedzialna była za przetrzymywanie odpadków. Proces oczyszczania organizmu dzięki skomplikowanej aparaturze, którą Majcherek przez długie lata modyfikował doprowadzając w końcu do konstrukcyjnej perfekcji, polegał na niczym innym, jak opróżnieniu owych dwóch zbiorników. Poprzez otwory znajdujące się pod kolanami odprowadzane były odpadki, alkohol zaś powtórnie przefiltrowany usuwany był poprzez kanaliki mające ujście w potylicy. Aparatura poddawała skondensowany etylen dalszej obróbce, czego finalnym efektem był najczystszy spirytus. Odpadki usuwane były bezpośrednio do pieca anihilacyjnego i ulegały całkowitemu rozkładowi bez żadnych produktów ubocznych.
Należy się również krótkie uzasadnienie takiej, a nie innej drogi pozyskiwania przetwarzanych surowców. Otóż bezpośrednie wstrzyknięcie czystego alkoholu do układu odpowiadającemu zwykłemu ludzkiemu krwioobiegowi nie mogło być także stosowane, gdyż wykluczało proces filtracji i oczyszczania z toksyn, jak również uniemożliwiało kondensację etylenu, który, w przypadku gdyby dostał się do komór magazynowych w zwykłej postaci, spowodowałby poważne spustoszenie w organizmie Stefana i w efekcie doprowadził do obumarcia tkanek, a następnie bolesnej śmierci.
Jak widać, organizm Stefana posiadał bardzo prostą strukturę, co znacznie ułatwiało teleportację. Brak skomplikowanych typowych dla człowieka układów, jak chociażby krwionośny, nerwowy, czy pokarmowy obfitujących w złożone i delikatne w budowie organy powodował, że Majcherek nie był narażony na katastrofalne w skutkach transformacje, jakim mógłby ulec jego organizm w trakcie zmiany miejsca pobytu. Rozpad molekularny cząstek, z jakich zbudowany był Stefan, a następnie ponowne ich połączenie było dla niego czymś tak błahym i oczywistym, jak oddychanie dla zwykłego śmiertelnika. Wyjątek stanowiły, jak wyżej wspomniano, przypadki, w których omyłkowo wybrańcem stawała się osoba, której organizm nie był wystarczająco mocno nasączony alkoholem. Wówczas filtracja powodowała przegrzanie i zatarcie układu przetwarzania, co wprawiało umysł Majcherka w groźne zawirowania skutkujące ogólnym rozstrojem i osłabieniem.
Nie tak całkiem dawno zdarzyło się, że w efekcie pomyłki Stefan dokonywał teleportacji w inne niż zamierzone miejsca. I tak pewnego razu przypadkowo znalazł się w ogarniętym wewnętrznymi bratobójczymi walkami Sierra Leone, gdzie niezwykle trudno było mu znaleźć odpowiednie osoby, które dostarczyłyby mu związki niezbędne do egzystencji i ponownej wędrówki molekuł. Ryzyko ponownej pomyłki było bardzo wysokie i przez kilka miesięcy Majcherek egzystował na skraju ubóstwa kryjąc się w dżungli. Przy życiu utrzymywał się głównie dzięki lokalnym plemiennym szamanom, którzy raczyli się własnej produkcji specjałami niezbyt wysoko procentowymi. Stefan uzdrawiając ich wprowadzał ponadto duży chaos wśród plemion, które wszczynały dalsze rewolty utrudniając mu życie. Alkohol, jaki uzyskiwał dzięki rdzennej ludności Afryki, głównie z uwagi na niskie stężenie, jak również wielkość spożycia nie mógł w pełni zaspokoić jego potrzeb. Nie miał dość sił. Energii wystarczało mu wyłącznie na utrzymanie się przy życiu. Nie był w stanie wyprodukować nawet grama czystego spirytusu, co wpędzało go w stany lękowe. Aparatura długo nie używana mogła w końcu zacząć szwankować. Doglądał jej codziennie i pieczołowicie konserwował, jak mógł, niemniej zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę nie jest w stanie utrzymać jej w należytym stanie. Potrzebowała alkoholu, w równym stopniu, co i on. Jak to miała w zwyczaju zmaterializowała się w miejscu jego pobytu po czterech dniach nieobecności Majcherka w miejscu dotychczasowego zamieszkania i potem na jego oczach obumierała. Nigdy wcześniej nie była narażona na tak długi okres bezczynności.
Uratował ich dopiero rosyjski statek przemytniczy, którym dostarczano do ogarniętego wojną domową kraju broń i amunicję. Mimo, iż Majcherek w swoim życiu natknął się już na wiele niezwykłych przypadków, to mężczyzna pełniący rolę bosmana był ewenementem nawet w jego skali. Dzięki niemu Stefan odzyskał siły i pokochał Rosję, gdzie natychmiast przeniósł się i osiedlił na kilka najbliższych lat. Kraj to wielki, więc wystarczało tylko od czasu do czasu zmieniać miejsce zamieszkania, bo przypadki dziwnego uzdrowienia wśród społeczeństwa postrzegane tam były, jako objaw działalności dywersyjnej któregoś z zachodnich mocarstw, w efekcie czego na szeroką skalę wszczynane były postępowania śledcze i funkcjonariusze deptali mu po piętach. Dzięki temu, że państwo zajmowało potężny obszar, a mentalność ludzi wszędzie była jednakowa wystarczało mu tylko przenosić się od czasu do czasu w inny rejon kraju i spokojnie prowadzić działalność. Niestety problemem okazał się wówczas zbyt produkowanego przez niego alkoholu, dzięki któremu uzyskiwał fundusze na zaspokajanie swoich niecodziennych potrzeb. Otóż ceny trunków były tam na bardzo niskim poziomie i ponadto niemal w każdym domu prowadzony był własny wytwór samogonu, którym delektowali się mieszkańcy, więc konkurencja była bardzo wysoka. Niskie było również zapotrzebowanie na wysokiej jakości produkt, a poza tym kondycja ekonomiczna społeczeństwa była w opłakanym stanie, tak że środki finansowe, jakie udawało mu się zgromadzić nie wystarczały na podstawowe potrzeby, jak specjalną odzież, kosmetyki i wysokie wymogi w zakresie warunków mieszkaniowych. Sytuacja zmusiła go w końcu do przeniesienia się za zachodnią granicę, gdzie spożycie alkoholu było niemniejsze, a powrót uzależnionych na łono społeczeństwa postrzegany był w pozytywnym świetle. Ponadto ceny alkoholu były dosyć wygórowane, nie było więc problemu ze sprzedażą. Szybko stanął na nogi, zakupił, co prawda zapuszczony, ale jednocześnie duży dom i skupił się na remoncie aparatury kondensacyjno filtrującej, która wymagała już renowacji i usprawnień. W dalszym ciągu odczuwała jeszcze pobyt w afrykańskiej dżungli. Remontem domu postanowił zająć się później. Teraz, po wyrobieniu sobie kontaktów mógł swobodniej poruszać się po mieście. Przeniósł się tu dopiero około roku temu, więc póki co jego działalność nie wzbudzała większego zainteresowania. Gratulował sobie pomysłu atakowania ludzi w trakcie transportowania przez policję na izbę wytrzeźwień. Ograniczało to bowiem chybione cele, jak również kierowało na inne tory ewentualne konsekwencje. Ponadto dopiero od niedawna zaczął funkcjonować nieco bardziej intensywnie. Początkowo zadowalał się jednym przypadkiem tygodniowo, co pozwalało mu na zaspokajanie potrzeb swoich i maszyny, jak również umożliwiało niewielką produkcję, którą upłynniał Szachiście. Na Edka zwrócił uwagę dzięki ich wspólnym „klientom”, którzy często trafiali w ręce policjantów po spożyciu specyfiku zakupionego na jego melinie. Ponadto z usług handlowego wspólnika korzystali wyłącznie stale i silnie potrzebujący. Jeden z klientów Edka, niejaki Bułgar, niedługo po spotkaniu ze Stefanem powiesił się w łazience swojego mieszkania. Był to jedyny przypadek, w którym skuteczna kuracja przyniosła tak daleko idące, negatywne skutki. Ale Majcherkowi nie było przykro z tego powodu. Ani trochę. Chociaż Bułgar był jednym z lepszych odbiorców wyrobów Edka, a więc pośrednio i jego, to po uleczeniu i tak stał się bezużyteczny. Nie on pierwszy i nie ostatni.
Tak wspominając Stefan oczyścił organizm i od razu poczuł się znakomicie. Maszyna delikatnie drgała i pomrukiwała przyjemnie, niczym zaspokojona kobieta. Takie intensywne zbliżenia między nimi były czymś na podobiznę aktu płciowego, w trakcie którego kochankowie odczuwają przepełniającą ich ekstazę, a w jego następstwie błogość i spełnienie. Dla takich chwil warto było cierpieć. Bardzo osobista symbioza Majcherka z jego Malwiną, jak zwykł pieszczotliwie określać swoją ukochaną, trwała od dłuższego czasu. Dziesiątki lat. Wcześniej nie łączyły ich stosunki intymne, a jedynie sucha wymiana niezbędnych do funkcjonowania związków i czynności. Miało to tyleż dobrych, co i złych konsekwencji. Z jednej strony dawało im poczucie specyficznej miłości, z drugiej zaś wzbudzało wzajemny niepokój i troskę, co niekiedy nie pozwalało trzeźwo patrzeć na rzeczywistość.
Stefan mrugnął do Malwiny, a ona wdzięcznie się zakołysała. Przeszedł do drugiego pomieszczenia usytuowanego piętro wyżej i przez chwilę patrzył, jak z wolna napełniają się uszczelnione kadzie, do których ostatecznie transportowany był alkohol. Wystarczyło teraz już tylko napełnić wysterylizowane kanistry, w których Szachista przewoził wyrób do swojej siedziby, bądź dalszych odbiorców. Pięćset litrów było już gotowe. Teraz żeby wywiązać się z kontraktu musiał udać się na dalsze łowy. Potem na pewien czas przycichnie. Z resztą ich potrzeby były na pewien czas zaspokojone i nie musiał będzie przez kilka tygodni polować. W tym czasie uspokoi się sytuacja w mieście. Komenda przecież aż wrzała. Na szczęście media nawet nie wspominały o nim, ani nawet o jakimkolwiek innym wydarzeniu, które mogło mieć wpływ na niesatysfakcjonujące, a wręcz naganne efekty pracy policji. Wszystko szło zgodnie z planem. Oczami wyobraźni widział już ich wspólny gustownie urządzony dom. Przyszłość mieniła mu się w najpiękniejszych barwach.
*
Mężczyźni siedzieli przy stole popijając piwo. Miny mięli zafrasowane i zrezygnowane, twarze rozognione złością. W mieszkaniu Czereśni było chłodno, co dodatkowo negatywnie wpływało na ich samopoczucie.
- Co ci, kurwa, wyłączyli centralne? – rzucił podenerwowany Flanela.
- Gówno mi odcięli – odparł gospodarz. – Wiesz, że zapieprzamy całe dnie i noce, żeby cos zrobić z tą sytuacją. Nie mam nawet kiedy dupy umyć. Zepsuły się grzejniki, a żeby je naprawili lub wymienili ktoś musi być w domu. Jak uporamy się z tym wszystkim to zrobię porządek. A teraz to się łaskawie ode mnie odjeb.
Zygmunt pokraśniał na twarzy jeszcze bardziej. Szykował już jakąś pikantną ripostę, gdy do rozmowy włączył się Maciej Jelito.
- Dobra, dobra, panowie uspokójcie się – przerwał. – Nie czas na głupie kłótnie. Mamy ważniejsze sprawy do obgadania.
- Racja, racja – poparli pozostali trzej obecni.
Policjanci jak na zawołanie pociągnęli po łyku pienistego napoju i umilkli utkwiwszy wzrok w gospodarzu, który był inicjatorem spotkania.
- Poczekajcie chwilę – rzekł Czereśnia. – Będziemy mięli jeszcze jednego gościa.
Zebrani spojrzeli na niego pytająco, uznał więc, że nie ma sensu trzymać w tajemnicy tego, co i tak lada chwila nią być przestanie.
- Lucjan… – rzekł – nazwisko wywiało mi z głowy. Znacie go. Menel. Miętki na niego mówią. Jeden z cudownie otrzeźwionych. Zgodził się przyjść. W sumie to chciałem zebrać wszystkich, ale nie mogę z żadnym nawiązać kontaktu. Jakby pozapadali się pod ziemię. Od tego Miętkiego dowiedziałem się, że kilku z nich, podobnie jak on, to rasowi alkoholicy pijący od lat. Teraz w ogóle nie piją. Nawet kropli. Coś w rodzaju alkoholowstrętu. Jakby naturalne ozdrowienie, czy odtrucie. Nie ważne jak to nazwać. W każdym bądź razie coś, co z dnia na dzień nie zdarza się często, żeby nie powiedzieć nigdy.
W tym momencie rozległo się mocne pukanie do drzwi. Waldemar poderwał się od stołu, jak oparzony i ruszył do wyjścia. W progu stał Miętki i drugi, równie zaawansowany wiekowo nieznajomy mężczyzna. Widząc pytające spojrzenie policjanta Lucjan pospieszył z prezentacją.
- To jest Kleofas Kolanko – rzekł szybko. – Mój stary znajomy od szklaneczki. Obecnie niepijący. Przestał z takich samych powodów, jak ja.
Policjant przepuścił obu staruszków do mieszkania i wskazał dłonią pokój, w którym trwało spotkanie. Przedstawił obu pokrótce i polecił zrelacjonować to, co pamiętają z interesującej ich nocy. Obaj zaczęli mówić jednocześnie ożywionymi głosami. Umilkli wobec gestu Flaneli, który uniósł rękę w sposób podobny do pozdrowienia znanego większości, jako faszystowskie, choć w gruncie rzeczy jego pochodzenie jest zgoła inne, ale w tym momencie nie ma to większego znaczenia.
- To może ja powiem – rzekł Kolanko. – Chociaż to w sumie wszystko jedno, bo nasze historie są niemal identyczne. Nawet nie ma o czym mówić za bardzo. Było to tak, że opiłem się strasznie. Właściwie, to nic przerażającego w tym nie było, bo na ogół tak się opijam, a że pijam, to znaczy piłem niemal co dziennie, to świątek piątek byłem nabzdryngolony …
- Do rzeczy dziadek – rzucił zniecierpliwiony Michał Koperek, młody, ambitny, długowłosy blondyn.
- No więc tak – podjął nieco zmieszany Kleofas. – Wracałem sobie z obfitej popijawy u jednego takiego znajomego, od którego zawsze wychodziłem na rzęsach i tak też było tej nocy. A wiedzą panowie. Wiek już nie ten, to i rzęsy rzadsze i słabsze, tak że potykałem się nieco i zataczałem nie mogąc utrzymać równowagi. A że u niego na osiedlu droga strasznie wyboista, bo wyłożona kocimi łbami, które jeszcze wojnę pamiętają albo i …
- Kurna, dziadek – przerwał ponownie Koperek. – Zacznij gadać do rzeczy, bo mnie tu zaraz cos trafi!
- Możemy nic nie mówić – wtrącił się marszcząc siwe, ale ciągle krzaczaste brwi Miętki, który, poza wstępem, do tej pory milczał. – Po co nam to.
Lucjan nie bardzo lubił policję. Ponadto jakiekolwiek liczne zgromadzenie obcych powodowało, że czuł się nieco nieswojo. Jakby wyalienowany. Więcej niż cztery nieznajome osoby to była już sfora. Z góry zakładał, że w takich okolicznościach nie jest w stanie z nikim nawiązać nici porozumienia. Z resztą nie bez przyczyny, charakter bowiem miał wyjątkowo ciężki.
- Spokojnie Miętki – rzekł łagodnie Kleofas. – Już mówię. Więc chociaż starałem się iść w miarę prosto i nie rzucać w oczy, to pewnie miotało mną od krawężnika do krawężnika.
- Oj miotało, miotało – wtrącił Zenon Luft.
- No właśnie – kontynuował staruszek. – Pan dobrze pamięta, bo owego wieczora transportował mnie do izby. To znaczy ja sobie nie przypominam, jak mnie pan zdejmował, ale doskonale pamiętam, jak wprowadzał mnie pan do wytrzeźwiałki. Oj nietęgą miał pan minę, nie ma co. Ale już mówię, już mówię dalej. A w zasadzie to nie wiele mam do dodania. Pamiętam, że wracałem pijany i potem, jak ocknąłem się w budzie. Po chwili otworzył mi drzwi obecny tu pan władza i poprowadził na izbę, gdzie lekarz ocenił, że jestem zupełnie trzeźwy. I jak Boga kocham tak było. Nie wiem jak to się stało, ale przez bodaj dziesięć minut wytrzeźwiałem zupełnie. Tak trzeźwy to już nie pamiętam kiedy byłem. Chyba z ponad pięćdziesiąt lat temu. I od tej pory nie wypiłem nawet grama. A minęło już ze trzy dni. I powiem wam panowie coś jeszcze. Wcale mnie nie ciągnie. I doskonale się czuję. Jakby mi spadło z karku ze dwadzieścia lat. Zacząłem się za panienkami oglądać. W życiu już nie wypiję nawet grama. Miętki z resztą też.
- Mów za siebie – odparł z pode łba Lucjan.
Policjanci popatrzyli na relacjonującego z nieukrywanym rozczarowaniem.
- I to wszystko? – zapytał Flanela. – Ot tak po prostu?
- Wszystko – odparł Kolanko.
Czereśnia wstał od stołu i zapalając papierosa zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju.
- Przecież to się kupy nie trzyma – zaczął. – Musiało się wydarzyć coś jeszcze. Albo może piliście jakiś nowy specyfik?
- Piliśmy to co zwykle – odparł Miętki. – Czyli co popadnie, byle w dekiel ładowało. Ale nie o to chodzi.
- No więc o co? – rzucił Koperek.
Dwaj staruszkowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Miętki kontynuował.
- Mięliśmy nie mówić, bo brzydzimy się donosicielstwem, ale przez tego kutasa nie mogę się nawet piwa napić. A to już przegięcie.
- O kim mówisz? – spytał Czereśnia.
- O tym gościu, który siedział w budzie, jak mnie wieźliście
- Co ty pieprzysz, facet? – zaoponował Flanela. – Wieźliśmy cię samego.
- No dobra – kontynuował Lucjan. – Najpierw siedziałem sam, ale po chwili pojawił się ten ktoś. Niepozornie wyglądający koleś. Ścisnął mnie za łeb i ugryzł w czoło. Więcej nie pamiętam. Jak się ocknąłem byłem trzeźwy, jak niemowlę.
- Ja miałem to samo – dodał Kolanko. – Facet mnie ugryzł i moment wytrzeźwiałem. A jak się później w domu chciałem napić, to mi wyrosły na czole takie cztery małe różki, które napieprzały jak cholera. Ból niesamowity. I od razu musiałem wszystko wyrzygać. Od tamtej pory nie tykam alkoholu.
- Goście – rzekł Koperek. – To już przechodzi ludzkie pojęcie. W życiu nie słyszałem większej bzdury. Zacznijcie gadać do rzeczy, albo…
Wywód przerwał mu przeciągły dźwięk dzwonka. Czereśnia ruszył do drzwi informując zebranych o jeszcze jednym gościu. Po chwili pojawił się w towarzystwie wysokiego, barczystego mężczyzny w średnim wieku. Nowy przybysz wyraz twarzy miał surowy, szczękę kanciastą, czoło wysokie, oczy osadzone głęboko i blisko siebie. Od czasu do czasu prawy policzek drgał mu nerwowo.
- To Sasza Nieczajew – zaprezentował gościa gospodarz. – Nasz kolega po fachu. Z Irkucka. Zgodził się przyjechać natychmiast, gdy zrelacjonowałem mu ostatnie wydarzenia. Ma nam do przekazania istotne informacje.
Zebrani utkwili w przybyszu ciekawe spojrzenia. Dwaj staruszkowie odsunęli się na bezpieczną odległość i w końcu usiedli na taboretach stojących pod oknem nieco z dala od reszty towarzystwa.
- Wyście uzdrowieni? – zapytał Sasza patrząc na dwóch wylęknionych mężczyzn.
- Od razu uzdrowieni – odparł zaciekle mężczyzna. – Czuję się chory, jak nigdy. Żeby nawet browara nie móc wypić. Toż to gorsze niż kalectwo.
Nieczajew przyjrzał się staruszkom wyrozumiale kiwając głową.
- Rozumiem doskonale – skwitował. – Mnie przytrafiło się dokładnie to samo. Zgroza.
Wszyscy zebrani, jak jeden mąż utkwili spojrzenia w Rosjaninie.
- Było to ponad rok temu– podjął. – Miałem nocną służbę. Zwyczajny patrol. A że u nas w zimę noce pierońsko chłodne, to i trzeba było czymś się rozgrzać. Pracowałem razem z Iwanem Sronieczkinem, który w podobnych sytuacjach podejmował identyczne co ja decyzje. Rozumieliśmy się bez słów. Wania przyniósł ze sobą półtora litra spirytusu, więc noc nie wyglądała już tak strasznie. Sączyliśmy nieśpiesznie, co by się za bardzo nie upaprać. W międzyczasie zgarnęliśmy paru wymoczków. Przy jednym z nich znaleźliśmy flaszkę bimbru, więc nie było się co martwić o dotrwanie do świtu. Zaparkowaliśmy w jakiejś ustronnej uliczce i zaczęliśmy popijać. U nas taka już tradycja. Narodowa, że tak to ujmę. Prawie każdy pije. Od dziecka niemalże. A my z uwagi na stresującą i niebezpieczną pracę dajemy w palnik tęgo. Inaczej nie da się tego wszystkiego objąć. Nie da się spokojnie patrzeć na tych wszystkich zwyrodnialców, cuchnące kurwy, ćpunów i pedałów. A z resztą, po co ja wam to mówię. Przecież doskonale wiecie, o co chodzi.
Policjanci pokiwali głowami z aprobatą. Rosjanin wydawał się konkretny i przypadł im do gustu.
- No więc piliśmy sobie tak z Wanią. W międzyczasie skoczyliśmy do mnie po coś do żarcia. Wcześniej jakoś byłem w odwiedzinach u matki i dała mi galaretę i kawał swojskiej kiełbasy. Wziąłem to do radiowozu i pojechaliśmy w koło dzielnicy. Trzeba było trochę się pokazać. Około pierwszej w nocy mięliśmy już wypity litr, więc samopoczucie było całkiem, całkiem. Wtedy do Wani zadzwoniła żona, że coś tam sąsiad się rzucał, czy jakoś tak. Pojechaliśmy więc do niego pod blok. Chciałem z nim iść, ale uznał, że wie o kogo chodzi i sam da mu popalić. Walnęliśmy na odchodne po całej szklance i Wania zniknął w klatce. Szumiało mi już nieźle pod deklem i dodatkowo zachciało się szczać. Wyszedłem więc z radiowozu i wlazłem do śmietnika. Wtedy pojawił się on. Ten ktoś taki, jak ten, który załatwił waszych znajomych, to obecnych. Złapał mnie za głowę i mimo, że normalnie zgniótłbym takiego pierdołę jedną ręką, to w tym przypadku ogarnęła mnie jakaś niemoc, albo gość był, mimo nędznych rozmiarów, niewiarygodnie silny. Poczułem tylko, jak gryzie mnie w czoło i potem przyszła ciemność. Obudził mnie Wania, który dosyć szybko uspokoił wariującego sąsiada. Początkowo mnie zbeształ, że się spiłem i polał mi szklankę bimbru. Wychyliłem i zwróciłem całą kiełbasę mojej matki, a spod czapki zaczęły wyrastać mi jakieś takie dziwne krosty, albo raczej wypustki. Wania wszystko to widział, więc nie wydawało mi się. Od tamtej pory nie piję. Nie mogę. Straciłem przyjaciół i szacunek. W podobnej do mojej sytuacji znalazło się kilku kolegów z firmy i sporo cywili. Założyliśmy taką nieformalną grupę i zaczęliśmy poszukiwania, ale bez skutku. Z informacji uzyskanych od innych towarzyszy wynikało, że podobne akcje miały wcześniej miejsce w Moskwie, Petersburgu i Władywostoku. Potem się uspokoiło. U nas z resztą też. Trafiliśmy na ślad jakiegoś nowego bimbrownika, który produkował towar o bardzo wysokiej jakości, niespotykany na naszym rynku. Nawet znaleźliśmy jego metę, ale niestety spóźniliśmy się. Facet zdążył zwinąć interes. Zostały tylko puste flaszki, a po gościu żadnego śladu. Sąsiedzi twierdzili, że to był jakiś dziwak. Mieszkał samotnie, wychodził tylko w nocy. Babka z pobliskiego sklepu nigdy go nie widziała. Albo robił zakupy gdzie indziej, albo nic nie kupował. Z resztą w domu nie znaleźliśmy żadnych śladów jakiejkolwiek żywności. Żadnych naczyń, czy garnków. Mógł co prawda wszystko wywieźć, ale skoro zostawił masę ubrań, radio, parę zegarków, to trudno uznać, że w pierwszej kolejności zabrał naczynia. Nie wiem. W każdym bądź razie od tamtej pory wszelki ślad po nim zaginął. W całym kraju. Ja sobie poprzysięgłem zemstę i odtąd co dziennie śledzę raporty z całego kraju, oglądam wiadomości, przeglądam prasę i internet. Nic. Aż do momentu, gdy parę dni temu zadzwonił do mnie Waldek i opowiedział o tym, co się u was ostatnio dzieje. To na pewno ten sam zwyrodnialec. I ja go dopadnę. Jeśli się da, z waszą pomocą. Lub bez niej.
Policjanci przez chwilę siedzieli z niewyraźnymi minami. Żaden się nie odezwał analizując niecodzienne informacje, jakie przed chwilą uzyskali.
- Ja panu pomogę – odezwał się Miętki. – Też chcę dorwać tego bydlaka.
- Ty to możesz co najwyżej cofnąć bułgara – skwitował Flanela.
- Spokojnie, panowie – rzekł Nieczajew. – Każda pomoc może się przydać. Nigdy nie wiadomo, co ten sukinsyn zrobi i co ma w zanadrzu. W ogóle cholera wie, kto to jest. Na razie wiemy tylko, że jest mały i chudy. Nie rzuca się w oczy, więc nie łatwo będzie go trafić. Jeśli prowadzi żywot podobny, do tego, jaki prowadził ten u nas, a póki co z braku jakichkolwiek dowodów nie możemy zakładać inaczej, pewnie handluje spirytusem. Pewnie macie u siebie jakiś rejestr takich gości. U nas musielibyśmy sprawdzać co drugiego obywatela, ale tu chyba jest nieco inaczej?
- Da się zrobić – rzekł Czereśnia. – Popyta się dzielnicowych i żulików. O właśnie. Dwóch mamy na miejscu. Chwilowo nieaktywnych, ale chyba amnezji nie mają. No to jak panowie? Od kogo kupowało się wódę?
Staruszkowie siedzieli ze ściśniętymi kolanami. Obaj czuli się nieswojo, chociaż wizyta Rosjanina nieco ich ożywiła i poczuli jakąś wewnętrzną więź z tym człowiekiem.
- Ja to tam na metach nie kupuję – odparł Kolanko. – Normalnie do sklepu chodzę, albo do baru. Stać mnie. Mam emeryturę wysoką. Po co mi tam pić jakieś specyfiki. Jeszcze oślepnę, jak od ruskiej wódy.
Staruszek zarumienił się nieco przypomniawszy sobie o ostatnim przybyszu. Zwęził usta i spuściwszy wzrok zakończył wywód krótkimi przeprosinami.
- Nie ma sprawy – odparł Nieczajew. – Wiem, co przywożą do was moi rodacy. Trzeba przyznać, że wyjątkowe szczyny. Łeb tylko po tym boli. Chociaż u nas ludzie przywykli.
- No a ty, kolego? – rzucił Czereśnia do Lucjana.
- Nie jestem pańskim kolegą – odparł opryskliwie. – Ja tak podobnie, jak Kleo. Stać mnie. Pisarzem jestem. Byłem.
Mężczyźni rozmawiali jeszcze chwilę, ale nie udało im się wyciągnąć od staruszków żadnych konkretnych informacji. Pożegnali ich więc oschle i wrócili do rozmowy.
*
Nieczajew ostatni opuścił mieszkanie Czereśni. Godzina była już późna, dochodziła jedenasta w nocy. Rosjanin wynajął pokój w hotelu znajdującym się w bliskim sąsiedztwie, tak że nie miał potrzeby wzywania taksówki. Wolnym krokiem udał się w kierunku miejsca kwaterunku. Po drodze wstąpił do sklepu całodobowego i nabył papierosy, wodę mineralną, kilka bułek, pasztet drobiowy i cebulę. Wychodząc z zakupami natknął się na Miętkiego.
- Przepraszam – zaczął Lucjan – ale chciałbym z panem chwilę porozmawiać. Wiem, że jest późna pora, zimno i w ogóle, ale tam przy wszystkich się krępowałem. Poza tym pan jest inny. Wie pan o co chodzi.
Nieczajew popatrzył na Miętkiego z góry. Staruszek był zagubiony, nerwowo się rozglądał przestępując w miejscu z nogi na nogę.
- Wypadałoby gdzieś usiąść – odparł Rosjanin.
- Tu jest niedaleko taki bar, w sumie speluna, ale spokojna. Można tam posiedzieć nawet do rana.
- Tyle czasu to chyba nie znajdę.
- Jasne, jasne. Tak tylko mówię.
Udali się w kierunku wskazanym przez Lucjana. Po drodze nie wymienili nawet zdania. Bar był faktycznie podrzędny. Zakopcony, zakurzony, aż huczało od gwaru rozmów. Znaleźli stolik w kącie sali i zamówiwszy kawę zapalili po papierosie.
- Jak pan powiedział – zaczął Miętki – że ten gość może handlować gorzałą, to coś mi przyszło do głowy. Ja kłamałem mówiąc, że kupuję w sklepach i barach. Nie stać mnie. Odkąd wywalili mnie dyscyplinarnie z pracy dostaję tylko zapomogę z ZUS – u. A tego ledwo starcza na gówniane jedzenie. Dorabiam, jak mogę, zbieram puszki i złom. Nie raz coś wysępię, albo koledzy poratują. Wie pan jak to jest.
- Jak to w życiu – odparł Sasza – Zawsze pod górkę.
- Właśnie. No więc kupuję, a właściwie kupowałem towar u jednego takiego gościa. Porządny ma specyfik nie ma co. I niedrogi. Nieraz, jak wyprodukuje nowy, to mnie zaprasza w charakterze degustatora. Nie to żebym się chwalił, ale znam się na tym. Nie zawsze byłem żulem. Miałem kiedyś ładne mieszkanie, piękną kobietę, dobrą pracę i w ogóle wszystko, co każdy normalny człowiek pragnąłby mieć. Znam tego faceta od lat. On jest jedną z nielicznych osób, która darzy mnie jakim takim szacunkiem. Od jakiegoś czasu jego wyrób nieco się zmienił. Na lepsze. Po prostu super. Nie chce zdradzić skąd bierze spirytus, ale ja kiedyś zupełnie przypadkowo wyśledziłem jego furgonetkę, którą przywozi zaopatrzenie. On nawet nie wie, że ja wiem. Piłem wtedy parę dni u takiego jednego koleżki, który mieszka na peryferiach miasta. W końcu się pożarliśmy i z wieczora poszedłem do domu. Chciałem skrócić drogę, więc skręciłem do parku. Wtedy zobaczyłem tę ciężarówkę. Chłopaki ładowali na nią baniaki ze spirytusem, które wynosili z takiego dużego, zapuszczonego domu z czerwonej cegły. Kiedy odjechali odczekałem chwilę i zakradłem się do tej rudery. Obszedłem dookoła zaglądając przez okna. Miałem nadzieję, że zobaczę coś ciekawego. I zobaczyłem. Do tej pory nie wiem, czy to było naprawdę, czy mi się przywidziało. Ten facet, właściciel, taki dziwnie ubrany w krótki płaszcz i czapkę z daszkiem, on w pewnym momencie po prostu zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Nie mogłem uwierzyć. Gość stał na środku salonu i nagle trach i go nie ma. Jakby wyparował. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, ale jak słowo daję, tak było. Ja tam nie widziałem tego, który mnie ugryzł w radiowozie, ale Kleo opisał swojego właśnie tak. Mały, chudy, w czapce z daszkiem i pelerynie. To ten. A z resztą to jedyny sposób żeby wytłumaczyć to jego nagłe pojawianie się w budach i znikanie bez śladu. Ten sukinsyn załatwił nas jak ta lala. Niektórzy z mich kumpli to się nawet i cieszą. Że niby ich uzdrowił. A ja co? Nie mogę się nawet małego łyczka napić, bo od razu rzygam i ból we łbie okrutny. A na dodatek te rogi. Co to za jakaś cholera?
Sasza milczał od dłuższego czasu. Przypalił kolejnego papierosa i przyjrzał się swojemu kompanowi. Stary mężczyzna był faktycznie w nie najlepszej formie. Przynajmniej psychicznej. Pot wystąpił mu na czoło, paznokcie były poobgryzane do krwi, oczy spuchnięte od niewyspania. Majcherek dopadł go trzy, a właściwie to już można policzyć cztery dni temu. Od tamtej pory nie zmrużył oka.
- To alkołak, wampir alkoholowy – rzekł w końcu Nieczajew. – Nie chciałem przy was mówić, ale widzę, że masz dobre zamiary. U nas nazywamy je zemstami Rasputina. Jest ich więcej. Tak przypuszczam. Nie za dużo na szczęście, ale ten raczej nie jest jedyny. Nigdy nie udało nam się upolować żadnego, ale byliśmy już blisko. Ten wasz, to bydlak, który napadł i mnie, więc traktuję sprawę osobiście. U nas w Rosji nikt nie raduje się z powodu cudownego uzdrowienia, jak często określa się u was takie przypadki. Dla nas to katastrofa. Praktycznie nic nie można później załatwić, bo każdy traktuje cię jak szpicla. Wiesz. U nas taka już tradycja, że każdy interes trzeba opić wódką. A tu jak? Po prostu tragedia. W końcu założyliśmy z mnie podobnymi taką nieformalną organizację i zaczęliśmy tropić wszystkie przypadki tych uzdrowień. Byliśmy rozsiani po całym kraju, to znaczy głównie w części zachodniej. Nie było sensu wyjeżdżać w tajgę. I tak mięliśmy olbrzymi teren do badania. Od Archangielska po Morze Czarne. Stąd wiem, że drań nie jest jedyny. W tym samym czasie miały miejsce podobne przypadki w różnych stronach kraju. Nie dałby rady tak szybko się przemieszczać. Nawet mimo umiejętności teleportacji.
- Czego? – Miętki zasłuchany w opowieść aż wstrzymał oddech.
- Teleportacja. Takie przenoszenie się z miejsca na miejsce bez koniczności korzystania z jakichkolwiek środków transportu. Oglądałeś taki film „Mucha”? No. To tam główny bohater, Brandel zdaje się, skonstruował takie dwie komory. Wchodził do jednej, a wychodził z drugiej.
Miętki odchrząknął.
- Wiem co to jest teleportacja. Nie przerywałem z grzeczności. Chodzi mi tylko o to, że nasz kolega nie wchodził do żadnej komory. Po prostu zniknął.
- Widać jego umiejętności są większe niż genialnego, filmowego konstruktora. I ponadto przenosi się wraz z ciałami obcymi, jak ubranie, czy jakieś podręczne akcesoria. I to w mgnieniu oka. To nie pojęte, ale prawdziwe. Facet może w każdej chwili znaleźć się w dowolnym miejscu na ziemi. Tak przypuszczam.
- No więc co zrobimy? – głos Miętkiego nieudolnie krył nutę rezygnacji. – Schwytać się go nie da. Chyba, żeby go jakoś ogłuszyć, albo nie wiem, sparaliżować, porazić, czy coś w tym stylu.
- Nie będziemy go wcale łapać – uciął Sasza. – Trzeba go po prostu ukatrupić na amen. Raz, a dobrze.
- No w sumie, to się zgadzam z takim rozwiązaniem, ale z drugiej strony. Wiele osób cieszy się z zerwania z nałogiem, więc…
- Mam to w dupie. Co innego, jakby ci dał wybór. Chcesz, to proszę bardzo. Nie, twoja wola. A tak? Pieprzę takiego przymusowego darczyńcę. Zresztą. Chcesz pomóc, pomagaj. Nie, to się usuń. Tylko nie przeszkadzaj, bo jestem dostatecznie zdeterminowany, by nie przebierać w środkach. I wcale ci nie grożę. Takie są fakty.
Rosjanin dopił kawę i wstał od stolika.
- Miło było cię poznać – rzekł na pożegnanie. – Jeśli chcesz współpracować, bądź tu jutro około dwudziestej. I nikomu pary z gęby.
Uścisnęli sobie dłonie i Nieczajew opuścił lokal. Lucjan wypił jeszcze szklankę wody mineralnej i również udał się do domu żegnając tęsknym wzrokiem stoliki zastawione wódką i piwem.
*
Szachista wywiązał się z umowy bezbłędnie. O umówionej godzinie podjechały dwa samochody, a sprawnie uwijający się mężczyźni szybko załadowali transport i odjechali. Stefan schował gotówkę i zastanowił się nad słowami, jakie wypowiedział do niego Edek. Podobno policja szykowała jakąś akcję związaną z ostatnimi wydarzeniami. Nieoficjalnie. Szachista miał swoich informatorów nawet na komendzie, a dzielnicowy regularnie zaopatrywał się u niego w alkohol. Nie sądził by Edek bezpośrednio łączył jego osobę z nieudanymi akcjami policji, raczej tylko go informował, po znajomości, by nie rzec po przyjacielsku. Łączyły ich wyłącznie interesy, w których na osobiste sympatie i animozje nie było miejsca. Majcherek musiał zrobić jeszcze jedną większą akcję, a potem przycichnie. Doskonale wiedział, że każdorazowo po transporcie nowego towaru, Edek urządzał u siebie libację, z której mało kto wychodził o własnych siłach. Starał się nie uszczuplać najlepszej klienteli Szachisty, ale wobec obecnej sytuacji postanowił odstąpić od tej zasady. Potrzebował konkretnego i pewnego klienta, przynajmniej pierwszego. A wśród Edka zaufanej klienteli byli wyłącznie tacy. Dopadnie jednego, nasyci się, a potem ruszy w miasto. Z takim postanowieniem zapadł w relaksujący letarg.
Przebudził się tuż przed północą. Do tego czasu impreza u Szachisty powinna już dać pierwsze plony. Nie spiesząc się Stefan przywdział swoją ulubioną maskującą pelerynę i dla odmiany filcowy kapelusz z dużym rondem, który rzucał cień na twarz skutecznie utrudniając rozpoznanie jej rysów. Przejrzał się w lustrze i zadowolony z efektów zniknął pojawiając się w tym samym momencie w cieniu starej olchy, nieopodal domu Edka. Ledwo zdążył się zmaterializować, jak poczuł nieprzyjemny ból w łydce. Syknął z bólu i dojrzał niewielkiego kundla, który uczepił się jego nogi warcząc złowieszczo. Stefan machnął nogą ze złością i pies odleciał kilka metrów tocząc pianę z pyska. Po chwili przewrócił się na bok. Przez moment z mordy tryskały mu krótkie gejzery krwi, by w końcu targany drgawkami skonał. Majcherek splunął na ścierwo i podciągnął nogawkę. Rany nie były głębokie, ale nieprzyjemnie piekły. Ból powinien niedługo minąć. Niech tylko dopadnie pierwszą ofiarę, a wszystko pójdzie, jak z płatka. Stefan był na siebie zły, że tak dał się zaskoczyć. Gdyby całkowicie nie oczyścił organizmu, pies nie zdołałby nawet wgryźć się w jego ciało. Skonałby przy pierwszym, najmniejszym kontakcie. Wcześniej nie zdarzało mu się popełniać takich błędów, więc tym większa przepełniała go frustracja. Splunął raz jeszcze i skupił uwagę na domostwie Szachisty.
Światła w kuchni, w której Edek zwykł konsumować swoje wyroby, nadal świeciły się na pomarańczowo. Wygaszone były za to zewnętrzne, na ganku i podjeździe, co wskazywało, że niebawem biesiadnicy zaczną opuszczać gościnny lokal. Już miał przemknąć na drugą stronę ulicy, gdy nagle dostrzegł zaparkowaną nieopodal furgonetkę. Przed światłami latarni skrywał ją cień wysokiego żywopłotu i konarów sędziwej wierzby. Stefan przebiegł chyłkiem kryjąc się w zaułkach i zatrzymał się na wprost samochodu. Tak, jak przypuszczał było to auto policyjne. Nieoznakowane, ale dobrze mu znane. Przeklął w duchu. Zaczął zastanawiać się, co zrobić, gdy z zamyślenia wyrwał go gwar głośnej, znamionującej mocne alkoholowe znieczulenie rozmowy. Dom Edka opuszczało właśnie dwóch klientów wzajemnie podtrzymujących się pod łokcie. Przez chwilę przekomarzali się w którą stronę pójść, decydując w końcu, że najlepiej będzie rzucić monetą. Pomysł może był i dobry z założenia, ale z uwagi na stan obu mężczyzn, nie rozstrzygnął sporu. Rzucona moneta okazała się niemożliwa do podniesienia, a rozpoznanie wyniku z odległości większej niż metr nie powiodło się. W końcu słaniający się na nogach biesiadnicy rozdzielili się i każdy podążył w przeciwnym kierunku. To nieco uspokoiło Stefana. Zaczął teraz bacznie obserwować policyjną furgonetkę. W momencie, gdy jeden z mężczyzn mijał samochód rozbłysły światła reflektorów i po chwili delikwent znalazł się w środku. Auto wolno wytoczyło się na ulicę i ruszyło w ślad za drugim mężczyzną, który niebawem dołączył do swojego kompana.
Majcherek przeklął siarczyście. Przemknęły mu koło nosa takie dwa okazy. Nie chciał ryzykować jednoczesnej konfrontacji z dwoma osobnikami na raz. Mogli narobić zamieszania i zwrócić uwagę policjantów. Poza tym, któryś mógłby zdążyć mu się dokładniej przyjrzeć. Z tego też powodu nie ryzykował wizyt w izbach wytrzeźwień, gdzie na ogół w każdej sali przebywała zawsze więcej niż jedna osoba. Postanowił jeszcze poczekać na kolejnych gości Szachisty. W tym momencie zgasło światło w kuchni. Co za pech. Widocznie biesiada liczyła tylko trzech konsumujących włącznie z gospodarzem. Albo udzielił niektórym gościny. Musiał podjąć natychmiastową decyzję. Furgonetka nabierając prędkości zniknęła już za zakrętem. Musiał działać. Zdecydował, że zaryzykuje akcję z samochodem. Najwyżej jednego unieszkodliwi. To pomyślawszy zniknął.
W momencie, w którym pojawił się w furgonetce wiedział już, że popełnił błąd. Wewnątrz siedziało trzech mężczyzn z przygotowaną do użycia bronią. Dwaj pijacy okazali się podstawionymi policjantami, trzeci widocznie czekał wewnątrz od początku. Zanim Majcherek zdążył uczynić cokolwiek, Czereśnia biorąc potężny zamach zdzielił go pałką w głowę. Zwykły śmiertelnik po takim ciosie zwaliłby się niechybnie na ziemię. Ale Stefan nie był zwyczajny. Odczuł uderzenie, ale nie pozbawiło go ono przytomności. Pałka odskoczyła od głowy z głuchym, stłumionym filcem łoskotem. Policjanci nie byli przygotowani na taki obrót sprawy, tak, że zanim podjęli kolejny ruch Majcherek rozszarpał krtań Czereśni jednocześnie wymierzając mocnego kopniaka w krocze szykującego się do ataku Flaneli. Policjant upadł na kolana. Wówczas Koperek otworzył ogień z kałasznikowa dziurawiąc na wylot blacharkę furgonetki. Samochód zatrzymał się i dwaj policjanci jadący dotychczas w szoferce wyskoczyli z auta z odbezpieczoną bronią. Jeden stanął w rozkroku z lufą wymierzoną w środek drzwi, podczas gdy drugi otworzył je zamaszyście.
W środku znaleźli kolegów w opłakanym stanie. Czereśnia był martwy. Z rozharatanej szyi wyzierała ogromna dziura ukazująca szczątki rozerwanej krtani i tchawicy, pierś zalewały fale buchającej krwi. Flanela również nie żył. Spoczywał twarzą do podłogi, jego plecy przecinały ślady po serii z automatu. Ponadto głowa pod nienaturalnie wykrzywionym kątem zdradzała, że miał również skręcony kark. Koperek bezdźwięcznie poruszając ustami siedział na ławce z oczami utkwionymi w martwych kolegach. W dłoniach kurczowo ściskał karabin z dymiącą jeszcze lufą. Na widok towarzyszy zaczął wodzić palcem wskazującym po wnętrzu furgonetki, jakby usiłował zwrócić na coś ich uwagę.
- O rzesz … – wysapał Maciej Jelito. – Co tu się do cholery stało? Michał?
Zenon Luft nie wytrzymał widoku i fetoru śmierci. Odwrócił się i zwymiotował na chodnik. Jelito nie doczekawszy się odpowiedzi wezwał pomoc przez radio. Następnie wszedł ostrożnie do furgonetki i mówiąc uspokajającym tonem odebrał Koperkowi broń. Okazało się to zbyteczne, gdyż magazynek był w całości opróżniony.
- Maciek? Maciek! – głos Lufta zdradzał niepokój i trwogę. – Wyłaź, kurwa, z tego samochodu.
Jelito wyskoczył na zewnątrz wyprowadzając jednocześnie rozdygotanego Michała. Koperek usiadł na krawężniku kryjąc twarz w dłoniach.
- No co jest? – spytał Maciej. – Czego się drzesz?
- Patrz, kurwa – rzekł Luft wskazując chodnik.
Twarzą do dołu na ziemi leżała bez ruchu stara kobieta. Jelito podbiegł do niej i zbadał puls. Przekręcił kobietę na plecy. W pikowanej kurtce, na wysokości piersi widniały ślady po trzech kulach.
- O rzesz w twarz – rzekł Maciej szczypiąc się w podbródek. – Ale jatka.
Po chwili usłyszeli dźwięki syren. Przyjechały dwa radiowozy i karetka pogotowia. Po kilku minutach dwie następne. Sanitariusze uwijali się nie kryjąc roztrzęsienia. Lekarz potwierdził trzy zgony i zbadał Koperka.
- Nic tu po nas. Tego zabieramy go do szpitala – zawyrokował. – Nie wiem, co tu się stało, ale… Z resztą. To nie moja sprawa.
Przeniesiono ciała do karetek i samochody z wyjącymi syrenami odjechały w kierunku szpitala i usytuowanego w jego sąsiedztwie prosektorium.
Tymczasem w pobliskich domach rozbłysły światła i na zewnątrz zaczęli wychodzić zaciekawieni mieszkańcy. Policjanci starali się szybko oczyść teren nie dopuszczając gapiów w pobliże podziurawionej furgonetki. Niestety na zakamuflowanie całego zajścia było już za późno. Zza rogu wyłonił się właśnie samochód lokalnej telewizji kablowej. Po chwili dwoje dziennikarzy doskoczyło do policjantów zasypując ich gradem ostrych pytań.
- Nic nie mogę powiedzieć – przekrzykiwał natarczywą parę jeden z funkcjonariuszy. – Jutro komendant wygłosi oficjalne oświadczenie. Proszę nie przeszkadzać i nie utrudniać nam pracy.
- Ile jest ofiar śmiertelnych? – nie dawała za wygraną młoda kobieta. – Czy są wśród nich jacyś cywile? Kto jest sprawcą?
- Żadnych komentarzy – uciął policjant i wsiadł do radiowozu.
Korowód samochodów odjechał z piskiem opon. Dziennikarze zwrócili się z pytaniami do zebranych gapiów. Ludzie zaczęli przekrzykiwać się wzajemnie udzielając przeróżnych odpowiedzi i składając rozbieżne w treści relacje. Każdy chciał zaistnieć, pokazać się w telewizji. Ofiary nie były najistotniejsze.
*
Majcherek przyglądał się chaotycznej akcji z bezpiecznej odległości. Odczuwał lekki ból po uderzeniu pałką, ale nie to go w tej chwili najbardziej absorbowało. Został zdradzony. Szachista go wystawił. A więc plan musi ulec znacznej rewizji. Żadnego więcej handlu. Załatwi drania jeszcze tej nocy, musi się tylko upewnić, że nie ma w domu kolejnych funkcjonariuszy. Nie chciał więcej przypadkowych, niepotrzebnych ofiar. Rozprawi się z Edkiem i zmieni klimat. Tu zaczynało już być zbyt gorąco. Co innego paru odmienionych alkoholików, a co innego trupy. I to jeszcze policjantów. Ale cóż. Nie miał innego wyboru. Inaczej sam by źle skończył. Był zły, bo tutejsza okolica przypadła mu do gustu. Dom był całkiem obiecujący. Po remoncie mógłby naprawdę zaspokoić jego wymagania. I dać spokój jego ukochanej.
Nagle bardzo zatęsknił za jej ciepłem i zapachem. Pragnął znaleźć się blisko niej i delektować się jej aromatem i czułością. Ale nie. Najpierw obowiązki, później przyjemności. Odczekał, aż ulica opustoszeje i teleportował się do domu Szachisty na zagracony i praktycznie nieużywany strych. Uznał, że tam z pewnością będzie bezpiecznie.
Zakurzone i zasnute pajęczynami pomieszczenie uspokoiło go. Ostrożnie otworzył właz i przeniósł się do sąsiadującego bezpośrednio ze strychem krótkiego korytarza. Znał dokładnie rozkład pomieszczeń, gdyż często, korzystając z nieobecności Edka składał mu nieformalne wizyty. Zastanawiał się, czy Szachista mógł już spać, czy raczej czuwał zaniepokojony ostatnimi wydarzeniami. Wolno zakradł się do sypialni. Była pusta. Nie chciał zbyt często się teleportować. Gdyby był w pełni sił, nie byłoby z tym problemu, ale w obecnej kondycji byłoby to nierozsądne. Postanowił maksymalnie oszczędzać energię. Nie wiadomo, jakie wydarzenia przyniesie najbliższa noc. Stąpając na palcach bezdźwięcznie zszedł na parter. U dołu schodów zatrzymał się zaczął nasłuchiwać.
W mieszkaniu było pusto. Przynajmniej nie było żadnych gości. Nie słychać było odgłosu dialogów, ani nawet chrapania. Stefan odprężył się nieco, choć jednocześnie poczuł rozczarowanie. Nie będzie mógł dokonać srogiej zemsty na zdrajcy. Wówczas usłyszał specyficzny, charakterystyczny dla nałogowego palacza, suchy, duszący kaszel. Dochodził z kuchni. Edek nie spał, ale nie odważył się zapalić światła. Stefan zbliżywszy się do drzwi wstrzymał oddech wsłuchując się w odgłosy. Gospodarz siedział samotnie na taborecie ustawionym przy oknie i bacznie lustrował okolicę. W ręku trzymał butelkę i od czasu do czasu pociągał z niej krótkie łyki. Papierosy przypalał jeden od drugiego. Majcherek obserwował go przez dłuższą chwilę po czym, upewniwszy się, że w domu nie ma nikogo więcej wszedł do kuchni. Edek był idealną ofiarą. Od lat wypijał olbrzymie ilości alkoholu nie dopuszczając, by jego krew choć na chwilę była czysta od etylenu. Szachista nerwowo spoglądał na ulicę, która opustoszała już z gapiów. Nawet nie zauważył, jak Stefan zaszedł go od tyłu i unieruchomił w stalowym uścisku. Zanim zdążył cokolwiek uczynić poczuł piekący ból w płacie czołowym. W chwilę później stracił przytomność.
Majcherek długo chłonął życiodajne związki, by w końcu oderwać się od niedawnego wspólnika. Popatrzył na swoją ofiarę spoczywającą bezwładnie, opartą o betonowy parapet. Spokojnym krokiem podszedł do apteczki umieszczonej w jednej z kuchennych szafek i wyjął z niej dwie duże igły i parę przypadkowo wybranych butelek spośród kilkunastu plastikowych pojemników z glukozą, solami fizjologicznymi, związkami sodu i potasu i różnymi innymi specyfikami przystosowanymi do kroplówek, jakie Szachista aplikował sobie w sytuacjach skrajnego upojenia alkoholowego i w stanach delirycznych. Opróżnił butelki i napełnił je czystym spirytusem. Przywiązał nieprzytomnego Edka do kuchennego krzesła przy pomocy kabla telewizyjnego i taśmy samoprzylepnej. Wkłuł się w nabrzmiałe żyły na przegubach mężczyzny i połączył rurkami z plastikowymi naczyniami umieszczonymi na metalowych, wysokich na półtora metra widełkach. Na razie nie zwolnił blokady. Postanowił poczekać, aż Szachista ocknie się z letargu i dostrzeże grożące mu niebezpieczeństwo. Ponadto Stefan chciał wyciągnąć od mężczyzny informacje dotyczące tego, co zeznał policji.
Zaciągnął żaluzje w oknach, usiadł przy stole naprzeciwko ofiary i zaczął ją obserwować delektując się chwilą. Po kilku minutach Edek zaczął odzyskiwać przytomność. Czując pęta zaczął się szamotać, ale więzy były silne i solidne. Przestał, gdy Stefan zaświecił lampkę. Pot wystąpił na czoło związanego.
- Stefan… – zaczął bełkotliwie. – To nie tak jak myślisz. Zmusili mnie. Nic im nie powiedziałem. Ja nic nie wiem. Nie znam cię. Odłącz to ode mnie. Rozwiąż…
- Jasne, jasne – przerwał spokojnym głosem alkołak. – Mów, wszarzu, co wiesz i ile farby puściłeś psiarni, to może cię oszczędzę – skłamał.
- Mówię prawdę, jak Boga kocham – wysapał Edek. – Nic nie powiedziałem. Miętki im powiedział. Razem z tym drugim starym pierdołą, Kolanką. Podobno zrobiłeś im jakąś krzywdę, że nie mogą pić. Miętki powiedział, że od ciebie biorę wódę. Czekali już na mnie, jak przyjechałem z chłopakami z transportem od ciebie. Nawet nie mogłem zadzwonić. Mówię prawdę. Przysięgam!
Majcherek nalał pełną szklankę spirytusu i podszedł do przerażonego skrępowanego.
- Skoro tak, to wypij za to. Co to dla ciebie. Wypijesz, a o wszystkim zapomnę.
To powiedziawszy przystawił naczynie do drżących ust siedzącego. Edek nie spodziewając się niebezpieczeństwa dwoma łykami opróżnił palącą gardło zawartość. Po chwili zaczął konwulsyjnie wymiotować na stół dławiąc się i krztusząc. Występujące na czoło i szybko przybierające na intensywności szkarłatne piętna zaczęły pulsować, unieruchomionym ciałem wstrząsnęły dreszcze. Purpurowe macki wydłużały się z każdą chwilą chaotycznie smagając pokrytą potem twarz.
- Nie! – krzyknął Szachista. – Przestań. Zabierz to ze mnie. Błagam!
- To dopiero słodki początek, misiu – powiedział spokojnie Stefan.
Uśmiechnął się kwaśno spoglądając pod stół.
– Nieładnie – ocenił z nutą dezaprobaty. – Już chcesz błagać, a nawet się jeszcze nie zeszczałeś.
Pokiwał głową z politowaniem.
- Powinieneś się wcześniej zastanowić – podjął beznamiętnym tonem. – Chociaż odrobinę. Wyglądałeś mi na całkiem rozsądnego gościa.
Bardziej niż zwykle purpurowy na twarzy Szachista zalewając się potem i łzami zdawał się być świadom beznadziejności swojej sytuacji ale mimo to próbował jeszcze bezładnych negocjacji.
- Proszę… – bełkotał. Wszystko… Zrobię wszystko. Zabierz to ze mnie, człowieku…
Majcherek podrapał się po skroni sprawiając wrażenie, jakby się usilnie zastanawiał nad propozycją. Obserwował, jak ciało Edka pulsuje, niebezpiecznie nabrzmiewają mu żyły, oczy bez mała opuszczają swoje miejsca. Wstał od stołu i przenosząc wzrok na sufit zaczął swobodnie przechadzać się po kuchni.
- Najpierw uznałeś, waść – relacjonował, – że warto na mnie donieść dla marnych paru groszy, wątpliwego świętego spokoju albo czegoś tam jeszcze innego. Może i ze strachu. To bez znaczenia. Czyż nie jest rozkoszne, że zaraz potem jesteś gotów zrobić dla mnie wszystko? Ależ to wszystko przewrotne, nieprawdaż?
Podszedł do szlochającego mężczyzny i pochylił się podnosząc jego opadającą głowę palcami podpierając ją pod brodę.
- I nie dostrzegasz w tym przypadkiem jakiegoś konfliktu? Choćby takiego maleńkiego? Tyciego?
Majcherek podsunął przed wybałuszone oczy Szachisty niemal stykające się ze sobą kciuk i palec wskazujący.
- O takiego? – dodał szeptem.
Edek zdołał tylko przełknąć ślinę nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
- Bo, widzisz – kontynuował Stefan prostując się. – Ja widzę go dosyć wyraźnie. I szkopuł w tym, że nie toleruję takich postaw.
Spokojnymi ruchami odblokował pokrętła blokujące przepływ zawartości kroplówek do krwioobiegu.
- Na zdrowie, sukinsynu – zakończył rozmowę.
Ciałem Edka targnęła potężna fala bólu. Żyły na szyi nabrzmiały do nienaturalnych rozmiarów nabierając fioletowo granatowego odcienia. Wibrujące macki wydłużyły się do kilkudziesięciu centymetrów odpadłszy następnie od czoła zsunęły się na podłogę i zaczęły pełznąć się w górę wewnętrzną stroną nogawek oplatając nogi. W ich miejsce natychmiast wyrosły nowe i owinęły się zaciskając wokół napęczniałej szyi. Brzuch zaczął się nienaturalnie nadymać, spod paznokci trysnęła krew. Pokryty rogowymi naroślami język wypełzł z ust, z nozdrzy pociekła brunatno zielona maź. Przerażone oczy zaczęły wychodzić z orbit, by w końcu rozerwać się z nieprzyjemnym plaśnięciem. Stefan nie czekał na dalsze przemiany. Było już po Edku.
Zniknął zanim Szachista skonał w mękach zamieniając się w krwawy w niczym nie przypominający ludzkich szczątków drgający ochłap.
*
Malina siedział za biurkiem purpurowy ze złości. Nie miotał się już jednak, gdyż powaga sytuacji zaczęła znacznie go przerastać. Zginęło dwóch funkcjonariuszy i przypadkowa osoba cywilna. Ponadto jeden policjant zwariował i prawdopodobnie to on pozabijał kolegów. Maciej Jelito i Zenon Luft złożyli szczegółowy raport niemniej wobec braku ich bezpośredniej obecności przy zajściu niewiele z niego wynikało.
Drzwi do gabinetu otworzyły się cicho i ukazał się w nich Gustaw Kałużyński, który towarzyszył Koperkowi w drodze do szpitala psychiatrycznego.
- Szefie – zaczął zastępca. – Niewiele się dowiedziałem. Michał jest w szoku. Lekarz uparł się, żeby przenieść go natychmiast na obserwację psychiatryczną i kazał naszpikować go środkami uspokajającymi.
Komendant zmierzył podwładnego wściekłym wzrokiem, ale zanim zaczął reprymendę Kałużyński podjął:
- Zdążyłem go jednak przesłuchać. Twierdzi, że siedzieli we trzech, z Flanelą i Czereśnią wewnątrz furgonetki czekając na nieproszonego gościa.
- Na kogo? – komendant nie krył irytacji.
- No, na tego, który podobno jest sprawcą ostatnich wydarzeń. Tych tajemniczych uzdrowień. Ponoć pojawia się znienacka, jakby się materializował…
- Zaraz, zaraz – przerwał Malina niepokojąco bordowiejąc. – Ja zdaje się nie nadążam. Co chcesz mi powiedzieć, srasz ci w twarz? Tajemniczy? Nieproszony? Najpierw raporty tego zasranego Mortadeli, który mało wścieku dupy nie dostał, potem znęcanie się na patrolach nad pijaczkami, którzy w ogóle nie są pijani, teraz troje zabitych, a ty mi tu pieprzysz takie kocopoły! Było zostać w tym szpitalu, boś już chyba ocipiał do reszty, piździej niejasny! I jeszcze ten młody Koperek pojeba dostał! Co to, do huty ma być? Jakaś sztafeta idiotów w wyścigu dookoła bobra?
Kałużyński przełknął i wznowił wywód.
- No, w każdym bądź razie Michał twierdzi, że nagle wśród nich pojawił się jakiś obcy, którego Czereśnia zdzielił pałką w głowę, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Gość rozerwał mu zębami krtań, a następnie skręcił kark Flaneli. Wtedy Koperek otworzył ogień. Przyznał, że strzelał we wszystkie strony, bo ten intruz zaczął skakać po ścianach, jak małpa jakaś pieprzona. Albo gazela. Kule przebiły ścianę i trafiły tę staruszkę. Pocięły też Flanelę…
- Dosyć – przerwał komendant ściągając wargi. – Wierzę, że ten mały jest w szoku. Ale, że wy…
Opadł na krzesło wpatrując się w podkomendnych z niedowierzaniem.
- Dla czego gazela? – jęknął.
Milczący dotychczas Jelito i Luft popatrzyli po sobie bezradnie. Już wcześniej uznali, że Malina nie uwierzy w historię Nieczajewa. Miał zbyt ścisły umysł i pragmatyczne podejście do rzeczywistości. Inaczej, bardziej nieoficjalnie mówiąc, był nieco ograniczony i wszystko co wykraczało poza podręczniki było dla niego niemożliwe. Dlatego też podjęli decyzję, że relacjonowanie komendantowi słów Saszy nie ma sensu. Chcieli jak najszybciej opuścić posterunek i podążyć śladem mordercy.
- Chyba trzeba poczekać – rzekł Jelito – aż Michał dojdzie do siebie i dokładnie zezna, co i jak było. No i oczywiście na wyniki śledztwa i badań patologicznych. Dopiero później…
- Co ty sobie, do stu bździn, wyobrażasz, pajacu nieczysty? – ryknął zrywając się z krzesła Malina plując pianą na biurko i dokumenty. – Myślisz, mogiła dupa, że nie znam się na procedurach? Znalazł się doradca, w ciarupę jego mać!
- Wypraszam sobie takie…
- Milczeć! Milczeć! Słowa mi nawet nie wyjęczeć, bo trupem położę! – ryczał purpurowy na twarzy dowódca niebezpiecznie sięgając ręką w kierunku szuflady, w której, o czym wszyscy doskonale wiedzieli, trzymał służbowy pistolet. – Natychmiast zamknąć te pryszczate mordy! Wy chwasty! Gnijące w rowach, zaropiałe opiździejce! Bydlaki! Milczeć, bo nie ręczę za siebie jakem kusznik!
Opadł z powrotem na krzesło i wplótł palce w siwiejące, przerzedzone włosy.
- Zostawcie mnie – powiedział nieco spokojniej, jakby z rezygnacją. – Muszę pomyśleć. Zastanowić się, ogarnąć to. Stawcie się… Która właściwie jest godzina?
- Czwarta rano – odparł Luft.
- O dziewiątej – zakończył komendant. – Wszyscy. A teraz spać. Żadnych inicjatyw bez mojego rozkazu. I niech wam się może przyśni coś mądrego, albo chociaż realnego.
Policjanci opuścili gabinet. Stanęli jeszcze na chwilę w korytarzu zapalając papierosy.
- Co o tym myślicie chłopcy? – rzucił Kałużyński. – Tylko bez kitu.
Jelito zaciągnął się mocno.
- Szefie – rzekł. – Ja mu wierzę. Nie widział pan jego twarzy. I tej jatki. Nie słyszał pan tych przeraźliwych wrzasków, gdy chłopcy ginęli. Tam musiał być ktoś jeszcze.
- Też tak myślę – potwierdził Luft.
Kałużyński zamyślił się marszcząc brwi.
- I co zamierzacie?
- A co możemy zrobić? – Luft nie krył bezradności. – Stary jest wściekły jak mało kiedy. Upieprzy nas za każdy kolejny krok.
Zgasił niedopałek w umieszczonej na stojaku blaszanej popielnicy i wraz z Jelitem opuścili komendę.
*
Nieczajew popijał mocną kawę w zadymionej sali baru. Miętki się spóźniał. Rosjanin słyszał już o tragicznych wydarzeniach ostatniej nocy. Postanowił, że nadszedł czas na ostateczną rozgrywkę. Przed południem odnaleziono zmasakrowane zwłoki miejscowego handlarza alkoholem. Sprawca nie był znany, ale Sasza doskonale wiedział kto jest odpowiedzialny za ten bestialski mord. Poczeka jeszcze kwadrans i uda się do hotelu, w którym umówił się z Luftem i Jelitem. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale uważał, że obecność Miętkiego może odegrać dużą rolę. Polubił tego staruszka i czuł się w pewnym sensie za niego odpowiedzialny. Wolał mieć go na oku.
Po dwudziestu minutach nerwowego zerkania na zegarek Nieczajew udał się do hotelu. Policjanci czekali już odrobinę zaniepokojeni.
- Gdzie rzesz, kurwa, jest ten Kaszpirowski – utyskiwał Jelito. Wymyśliłby coś konstruktywnego, a nie hipnotyzuje tych meneli.
Po porannym spotkaniu z komendantem obaj funkcjonariusze postanowili wziąć wolne. Właściwie to zadecydował za nich Malina.
Sasza udał, że nie słyszał złośliwej docinki. Usiedli razem w hotelowej kawiarni zamawiając napoje energetyczne. Od funkcjonariuszy Sasza dowiedział się, że los nieszczęsnego Szachisty podzielił również Kleofas Kolanko, co dodatkowo wzmogło jego niepokój o Lucjana.
- Słuchajcie – podsumował. – Nie mamy innego wyboru, jak tylko udać się do domu tego sukinsyna i zatłuc go zanim zdąży się teleportować.
- Jasne – rzekł z przekąsem Luft. – Tylko jak to zrobić? Zygmunt zdzielił go pałką przez łeb z całej siły, a ten gnój nawet nie mrugnął. A on miał naprawdę ciężką rękę.
Po tych słowach Sasza poprosił o chwilę cierpliwości i udał się do pokoju hotelowego. Wrócił po chwili z niewielkim, czarnym futerałem. Otworzył go i oczom zebranych ukazały się dwa niecodziennie wyglądające pistolety.
- Co to ma być? – zapytał nerwowo Jelito. – Nowy cyberzapłon do zaporożca?
- Coś w tym rodzaju – odparł spokojnie Rosjanin. – W tych zbiorniczkach jest czysty spirytus. Musimy zbliżyć się do alkołaka, wbić mu to w brzuch i czym prędzej wypieprzać. Przynajmniej na kilka minut. Sądzę, że wystarczy pięć do dziesięciu minut, by alkohol zrobił swoje. Zależy, czy uda się go trafić dwoma, czy jednym nabojem.
- Zaraz, zaraz – przewał Zenon. – Przecież to bydle, o ile dobrze zrozumiałem, wysysa z ludzi alkohol do cna. Jak więc ma mu zaszkodzić dwieście gram spirytusu?
Nieczajew podrapał się w podbródek.
- Nie potrafię wam wyjaśnić, jak to działa, ale wiem, że działa. Widziałem to na własne oczy.
Wobec pytających spojrzeń towarzyszy Sasza podjął:
- Nie mówiłem wam wcześniej, ale kiedyś, parę lat temu, było to na obrzeżach Magnitogorska, zlokalizowaliśmy takiego jednego wyjątkowo aktywnego sukinsyna. Trafiliśmy na niego, jak był na porządnym głodzie. Próbował się zaszyć, po tym, jak kilka tygodni wcześniej urządził jatkę na jednym z przyjęć weselnych. Kumpel, było mu Fiedia Goryczkin, zanim zginął stłukł flaszkę z siarczystym samogonem, którą ściskał w dłoni. To bydle upadło na nią, a tulipan przebił mu brzuch. To co się później działo trudno opisać. Skubaniec zaczął się wić i miotać wydając z siebie nieludzkie wycia i skrzeki. Potem zaczął wirować wokół własnej osi z taką prędkością, że ledwo było go widać. W końcu rozprysnął się na drobne cząstki, tak, że nie było co zbierać. A potem jeszcze po kilku minutach wszystkie szczątki ulotniły się bez śladu, jak wysokoprocentowy składnik. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe, bo nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Wiem tylko, że ten bydlak nie znosi alkoholu w naturalnej postaci. Nie raz strzelałem do nich z kałasznikowa i miałem wrażenie, że naboje przelatują przez ich ciała na wylot, jak przez mgłę, ale gwarantuję, że jak przebijesz go i do wnętrza organizmu dostanie się alkohol, to będzie po nim. No może nie gwarantuję, ale mam podstawy, by sądzić, że tak jest. Z resztą i tak nie mamy lepszego planu. Przynajmniej ja nie mam.
Koledzy wymienili spojrzenia. Maciej przypalił kolejnego papierosa.
- Jaki to ma zasięg? – rzucił mrużąc oczy od gryzącego dymu.
- Niezbyt duży. Żeby strzał był precyzyjny i skuteczny, dziesięć, góra piętnaście metrów – odparł Sasza.
- No to pięknie, kurwa, pięknie – skwitował Zenon. – Jak podejdziemy tak blisko? Nawet nie wiadomo gdzie go szukać. A poza tym, jeśli wierzyć Michałowi, ten bydlak jest wyjątkowo szybki
- Jest szybki – potwierdził Rosjanin. – Szczególnie, jak jest syty. A teraz jest. Tego, że tak to ujmę wyeksploatowanego już wcześniej Kolankę wykończył z przyczyn mi nieznanych, może z zemsty za zdemaskowanie i jego ciało na nic mu się nie przydało. Za to tego bimbrownika z pewnością wyssał na amen, więc jest w formie. Ale jest coś, o czym nie wiecie. Otóż jest nam znana melina tej kanalii. Ten Miętki go zdemaskował. Dla tego między innymi martwię się o niego. Alkołak ukrywa się pod nazwiskiem Stefan Majcherek. Najlepiej nie marnujmy czasu, tylko udajmy się tam natychmiast. Jeśli jest w domu spróbujemy jakoś go wywabić na zewnątrz, lub dopaść w środku. Pamiętajcie, że on czuje się bezkarny. Na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od człowieka, być może nie będzie więc atakował bez konieczności. Jeśli udamy jakąś rutynową kontrolę, czy wpadniemy niby zadać parę pytań, jako dzielnicowy, czy jakiś urzędnik lub inkasent, to powinien bez podejrzeń otworzyć drzwi, a wtedy…
- Walimy w niego spirytem i spadamy – wpadł mu w słowo Maciej.
- Coś w tym rodzaju – potwierdził Sasza. – Z tym, że jest jeden szkopuł. Ten z nas, który będzie przy drzwiach ma niewielkie szanse na przeżycie jeśli nie wykaże się wyjątkowym refleksem. W momencie otwarcia drzwi walimy z obu rur, a trzeci spieprza ile sił. Nic więcej nie możemy zrobić. Jak coś wyczai, to pourywa nam łby, albo, w najlepszym przypadku, zniknie i później wykończy nas pojedynczo. Ryzyko jest duże, ale nie mamy chyba innego wyjścia.
- A nie można by przyładować mu z bazooki, albo rozpieprzyć granatem? – wtrącił Luft.
- Ni cholery. Efekt jest taki sam, jak przy strzale z karabinu. Rozlatuje się wszystko w koło, a koleś znika bez śladu. Potem atakuje i mści się bez skrupułów. Sami wiecie, co zrobił z tymi dwoma nieszczęśnikami.
Konspiranci przez kilkanaście minut próbowali rozpatrzyć różne warianty planu, ale w końcu uznali, że plan Saszy, mimo, że ma sporo luk i nie należy do najbezpieczniejszych, jest najlepszy. Wstali w końcu od stołu i udali się do samochodu, którym udali się najpierw do mieszkania Miętkiego. Lucjana, tak jak przypuszczali, nie było w domu. Z braku pomysłu na inne miejsce jego obecności udali się prosto do domu Majcherka.
*
Alkołak przeliczył zgromadzone oszczędności. Zapakował banknoty w skórzany neseser i zszedł do piwnicy. Musiał przygotować Malwinę do podróży. Nie będą się widzieć przez całe długie cztery dni. Nawet nie chciał myśleć o konstrukcji nowej aparatury. Zbytnio zżył się ze swoją ukochaną. Wiedział, że uczucie, jakie między nimi zakwitło mogło znacznie utrudnić i skomplikować ich przyszłość, ale musiał podjąć takie ryzyko.
Okrył Malwinę płachtą brezentu i opuścił spod sufitu żelbetowe rusztowanie własnego pomysłu. Wyszedł z piwnicy i rozlokował w budynku materiały wybuchowe, głównie sentex, który wcześniej zgromadził na wypadek konieczności radykalnego rozwiązania. Pogratulował sobie teraz własnej zapobiegliwości. Nie raz już musiał w podobny sposób ratować ich związek, więc jego działania były rutynowe. Budynek był idealny. Wysoki parter i takież dwa piętra. Stare, ceglane mury powinny zawalić się tworząc rumowisko gruzu, które zbyt szybko nie zostanie uprzątnięte. Znając organizację pracy w tym kraju, do głębokich piwnic robotnicy nie dokopią się przez tydzień. W tym czasie Malwina zdąży zmaterializować się w ich nowym, przytulnym gniazdku. A o takie zadba. Nie popełni już więcej błędów.
*
Policjanci zaparkowali nieopodal domu Majcherka. Jeszcze raz powtórzyli szczegóły planu. Zdawali sobie sprawę, że brakuje mu wiele do ideału, ale nie mięli innego. Byli zbyt zdesperowani, by pozwolić sobie na komfort dłuższego układania harmonogramu precyzyjnych działań. Liczyła się każda chwila.
Ustalili, że Zenon przywdzieje uniform listonosza i pozostanie na zewnątrz posesji przy bramie wjazdowej, przy której znajdował się zewnętrzny dzwonek. Gdy alkołak wyjdzie z domu ukryci w gęstych krzakach Sasza z Maciejem trafią go bez trudu. Luft raz jeszcze poprawił mundur, nasadził czapkę głęboko na oczy i gmerając w torbie nacisnął dzwonek. Po chwili powtórzył czynność dwukrotnie. Zrezygnowany miał już odejść, gdy w końcu drzwi domu uchyliły się i pojawił się w nich gospodarz.
- Słucham? – spytał. – O co chodzi. Nie mam za dużo czasu.
- Pan Majcherek? Stefan Majcherek? – krzyknął Zenon. – Poczta do pana.
- To niechże pan wrzuci do skrzynki – odparł cierpko alkołak. – Jest po prawej stronie bramy wjazdowej. Tak blaszana z trąbką i napisem „Poczta”. Czytać was tam nie uczą?.
- To telegram – nie dawał za wygraną Luft. – Trzeba pokwitować.
Stefan sprawiał wrażenie jakby zawahał się na chwilę.
- Nie spodziewam się poczty – krzyknął.
- To z komendy – zaryzykował wyjaśnienie Luft. – Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji – dodał z rozbrajającym uśmiechem.
Majcherek z rezygnacją pokiwał głową.
- No dobra – odparł. – Ale właśnie przypala mi się kaczka. Niech pan wejdzie do środka.
To powiedziawszy zniknął w domu pozostawiając otwarte drzwi frontowe. Przeciągłe bzyczenie znamionowało, że otworzył również furtkę. Luft ostrożnie nacisnął klamkę i popchnąwszy bramkę wszedł do zapuszczonego ogrodu. Minął kryjących się kolegów i wszedł na werandę.
- Halo! – krzyknął wsuwając głowę do środka. – Halo! Jest pan tam? Spieszę się nieco.
- Niech pan wejdzie do pokoju – dobiegło go głos z głębi domu.
Zenon niepewnie odwrócił się w kierunku towarzyszy. Ci chyłkiem podbiegli do niego, uważając, by nie dać się dojrzeć przez okna. Sasza skinął na Lufta i wskazał wnętrze domu.
- Nich pan wchodzi śmiało – głos Majcherka dobiegał teraz z piętra. – Zaraz schodzę. Proszę się poczęstować kawą i ciastem. Stoją na stole w salonie. Świeże. Dopiero z piekarnika wyjąłem.
Policjanci ostrożnie weszli do budynku. W domu panował prawdziwy chaos. Większość sprzętu skrywał brezent, po podłodze walały się tekturowe i drewniane pudła. Fałszywy listonosz może odrobinę zbytnio hałasował, ale chciał w ten sposób zamaskować ewentualne dźwięki, których źródłem mogli być jego koledzy.
- Przepraszam za bałagan – głos nadal dobiegał z piętra. – Ale przygotowuję się do kapitalnego remontu tej rudery. Malowanie, tynkowanie, wymiana podłóg i okien. Wszystko.
Uzbrojeni towarzysze skryli się za komodą i gipsowym filarem w każdej chwili gotowi do oddania śmiercionośnej salwy.
- Smakuje ciasto? – padło pytanie z piętra.
- Doskonałe – odparł Zenon wpatrując się w schody. – Sam pan robił?
- Tak – padła odpowiedź – Wszystko robię sam.
W tym momencie Nieczajew zerknął w głąb salonu i spostrzegł, że na stole nie ma żadnego ciasta. Od razu pojął, że wpadli w pułapkę. Jak dzieci. Chciał ostrzec towarzyszy, ale było za późno. Tuż obok niego pojawił się Majcherek i wbił mu głęboko w czoło szeroką, murarską kielnię, która niemal rozpłatała mu głowę na dwoje. Maciej, mimo zaskoczenia, zachował zimną krew. Skierował broń w alkołaka, ale po tym nie było już śladu i jego pocisk rozprysł się o betonową ścianę. W tym samym momencie poczuł bolesne ukłucie w plecach i niemal jednocześnie ujrzał przerdzewiały kątownik wyzierający mu z piersi. Osunął się konając zanim jego ciało miękko spoczęło na podłodze. Luft stał przerażony wpatrując się w wykrzywioną chorobliwym uśmiechem twarz Stefana.
- No i jak kolego? – rzekł alkołak. – Co z tym telegramem?
To rzekłszy z niewiarygodną wręcz sprawnością i szybkością skoczył na sparaliżowanego strachem policjanta i wbił mu dłoń w klatkę piersiową. Ostatnia rzecz, jaką poczuł Luft to przeszywający ból, który zalał jego ciało, gdy alkołak wyrywał mu kręgosłup wprost przez zgruchotaną pierś. Martwy mężczyzna złożył się jak scyzoryk.
*
Miętki był na siebie zły, że nie zdążył na spotkanie z Nieczajewem. Normalnie by się nie spóźnił, ale zwinął go dzielnicowy i zawiózł na komisariat w celu złożenia jakichś dodatkowych wyjaśnień. Tam dowiedział się, że Kleofas został zamordowany. I Szachista też. Edek był w porządku, znali się od lat. Szkoda chłopa. Ale żeby Kolanko? Z nim naprawdę szczerze się przyjaźnił. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio przeżywał takie pasmo udręk. Jeszcze ten głupkowaty komendant zadawał mu pytania, na które odpowiadał już dziesiątki razy. W końcu powiedział policjantowi, że niczego nie jest pewny i właściwie to nic nie pamięta, bo cierpi na chroniczną sklerozę. Malina kazał mu iść w cholerę i uważać, by nie wszedł mu w drogę, bo skopie mu dupę, czy coś równie niedorzecznego, biorąc zwłaszcza pod uwagę wiek Miętkiego.
Po opuszczeniu komendy postanowił udać się do hotelu, w którym mieszkał Sasza, ale tak jak przypuszczał, policjantów nie było już w środku. Nie był zaproszony na spotkanie, ale Nieczajew napomknął mu, że nie będzie miał dla niego zbyt dużo czasu, bo umówiony jest z Luftem i Jelitem. Pewnie pojechali zasadzić się na tego zwyrodnialca. Postanowił koniecznie udać się ich śladem. Może się jeszcze na coś przyda w tym swoim nędznym żywocie. Wysupłał kilka monet i machnął na taksówkę. Nie starczyło mu funduszy, aby podjechać na miejsce i ostatnie pięćset metrów musiał pokonać pieszo. Nie uszedł nawet dwustu, gdy okolicą targnęła potężna eksplozja.

Brak komentarzy: