przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


czwartek, 2 kwietnia 2009

Pocałujmniewdupę

- Wszystkich was wytłukę, sukinsyny! – wrzeszczał mężczyzna. – Żywego mnie nie weźmiecie! Kłamliwe, wredne fiuty!
Skryci za radiowozem funkcjonariusze osłaniali głowy przed kawałkami szkła sypiącymi się z rozbitych okien auta.
- Jasiu! – krzyknął aspirant Koliber nie ryzykując wychylania zza osłony. – Jasiu! Nie wariuj! Poddaj się, zanim będzie za późno! Zaraz będą tu terroryści!
- A pocałujcie mnie w dupę!
Kule zadudniły o maskę. Jeden z policjantów syknął z bólu. Rękaw zaczął szybko nasiąkać krwią.
- Nie ma rady – powiedział Koliber. – Jeśli ma przeżyć, musimy go wziąć sami, zanim przyjedzie ekipa specjalna.
- Ja to pieprzę.
- Ja też.
- Odbiła mu szajba.
Koliber popatrzył po twarzach kolegów, ale w żadnej z nich nie dostrzegł wyrozumiałości, czy współczucia.
- Hej – powiedział. – No co jest z wami? Przecież to nasz kumpel. Stasiek? Ty też?
- A co? – parsknął starszy wiekiem policjant. – Przed chwilą mało cię nie rąbnął. Mam się dać rozwalić temu czubowi tylko dla tego, że piliśmy kiedyś razem wódkę?
Kliber zacisnął zęby. Musiał podjąć szybką decyzję. Bez wsparcia nie ma szans. Odkąd przyjechali na anonimowe wezwanie, funkcjonariusz Jan Kredka, który na tutejszym osiedlu był od ładnych kilku lat dzielnicowym, wystrzelił w ich kierunku z dziesięć magazynków. Z broni automatycznej. Z anonimowego telefonu wynikało, że wewnątrz kamienicy policjant zastrzelił trzy osoby. Początkowo nie dawali wiary zgłoszeniu, ale rzeczywistość zdecydowanie to potwierdziła. Z jakiego powodu to zrobił? Nie wiadomo. Nie chciał z nikim rozmawiać, nawet z nim, mimo iż przyjaźnili się od czasów szkolnych. Nie mógł tego zrozumieć. Było w tym wszystkim coś dziwnego, absurdalnego. Jan nigdy nie był zbytnio religijny, a teraz wykrzykiwał coś o bogu, niesprawiedliwości i powszechnym spisku przeciw niemu. Czy to nie objawy klasycznej paranoi? Manii prześladowczej? Nie znał się za bardzo na psychologii, ale co nico pamiętał z wykładów. Cóż. Mniejsza o nazewnictwo. Najwyraźniej jego wieloletni druh wbrew pozorom okazał się zbyt słaby psychicznie, by podołać tej ciężkiej, stresującej i niebezpiecznej pracy. Tylko czy on teraz mógł tak zostawić przyjaciela? W chorobie? Czy powinien za wszelką cenę zaryzykować i próbować go ratować zanim wpadnie ekipa od takich przypadków, której członkowie nie okazywali sentymentów? Nie mniej zastanawiało go, kto w ogóle wezwał ekipę tych rzeźników? Z tego, co się orientował, to delegowano ich do wyjątkowo trudnych i ważnych przypadków, a tu? Ludzie ginęli przecież co dzień. Może więc to nie zwykła choroba?
- Władek?
Głos kolegi wyrwał go z rozmyślań. Otarł krew z czoła. Na szczęście kula tylko go drasnęła. Spojrzał na starszego policjanta. Stasiek patrzył na niego nie zdradzając żadnych emocji.
- Pieprz go – powiedział. – Masz żonę i dzieci.
Kule ponownie zadudniły o samochód. W tym samym momencie obok bloku zaparkowała czarna, nieoznakowana furgonetka. Boczne drzwi otworzyły się gwałtownie i na zewnątrz wyskoczyło pięć uzbrojonych, zamaskowanych postaci. Dowódca wydał szybkie rozkazy i antyterroryści ruszyli na tyły budynku.
*
Komendant Malina odłożył na stertę dokumentów czytany po raz kolejny raport dotyczący sprawy. Pięć trupów. W tym troje przypadkowych cywili. Sprawcą i zarazem jedną z ofiar, był wzorowy funkcjonariusz, który z niewiadomych przyczyn zaczął strzelać. Zginął listonosz, dwoje sąsiadów i jeden członek patrolu, który przyjął anonimowe zgłoszenie. Sekcja zwłok nie potwierdziła zmian w mózgu policjanta, żadnych śladów alkoholu, narkotyków, czy jakichś innych środków znieczulających lub odurzających. Zeznania świadków nie trzymały się kupy. Malina zwrócił też uwagę na jeden szczegół. W relacjach kilku świadków powtarzał się wątek bożka, o którym wrzeszczał policjant zanim został zastrzelony. Czy to może mieć związek z jego dziwną, zaskakującą postawą? W mieszkaniu zabitego nie znaleziono żadnych religijnych, czy okultystycznych symboli, książek, ani magicznych przedmiotów. Żadnych świętych obrazków i krzyży. Jedynie ten dziwny posążek o czterech twarzach, który leżał teraz na jego biurku w pudełku po butach owinięty gazetą.
Figurka nie dawała mu spokoju. Dla czego w ogóle do niego trafiła? Gdyby nie dziwne rozkazy pewnie w ogóle nie zwróciłby na nią uwagi. Sięgnął do pudełka i ponownie wziął ją do ręki. Cóż. Bez wątpienia piękna robota. Może być też bardzo stara. Niewątpliwie miała też swoją wartość. Ale co poza tym? I skąd w ogóle było wiadomo, że to jakieś bóstwo? Malina zastanawiał się przez chwilę, kto pierwszy w ten sposób określił posążek ale nie bardzo mógł sobie teraz skojarzyć. Nawet nie miał czasu by się bardziej tym przypadkiem zainteresować. Ten sukinsyn Błonnicki kazał mu przekazać sprawę i wszystkie dowody z nią związane. Bez żadnego tłumaczenia. Bez żadnej zwłoki. Bardzo sprytnie i wymijająco wydał mu rozkazy za pośrednictwem tego swojego przemądrzałego przydupasa nazywanego adiutantem, który był największym dupkiem jakiego zdarzyło mu się w życiu spotkać. Cóż był robić. Rozkaz to rozkaz. Ale on nie był głupi. Wiedział, że Błonnickiemu zależy na tej figurce. Inaczej nie wysyłał by swoich pupili. Cóż. Zrobił co mógł. Więcej nie może zwlekać bez narażenia się na sankcje.
Odstawił posążek na szafkę i poszedł do sypialni. Usiadł na łóżku i zdjął okulary. Koniecznie musi się przespać. Postanowił, że nie będzie więcej tracił cennego czasu na jakieś dewocjonalia. Zajmie się bieżącymi, realnymi sprawami, od których ugina się już biurko. Jutro każe zanieść figurkę do znajomego antykwariusza, który często pomagał policji w rozwiązywaniu spraw, od których zalatywało tanią magią i okultyzmem. Tak będzie profesjonalnie. Niech się wypowiedzą tak zwani fachowcy. On ma na głowie ważniejsze sprawy. Co go obchodzi Błonnicki i jakiś jego durny bożek? Kawałek starej gliny?. Może go, co najwyżej, w dupę pocałować.
Położył się, zgasił lampkę i naciągnął kołdrę.
***
Niewielki bochenek wypadł Antoniemu Kalfiorowi z rąk i odbiwszy się od stopy potoczył pod szafę, w której mężczyzna trzymał puste butelki i słoiki na przetwory. Przeklął w duchu. Zawsze irytowały go takie sytuacje. Szedł o każdy zakład, że gdyby chciał specjalnie tak wycelować, to i tysiąc prób byłoby za mało. Z trudem usiadł i zajrzał pod mebel. Częściowo sztywna po paraliżu noga znacznie utrudniała mu tego rodzaju akrobacje. Wstydził się swej ułomności, w związku z czym niezbyt często wychodził z mieszkania. Miał również niewielu przyjaciół, z sąsiadami nie zawierał bliższych znajomości. Wstydził się swojego wyglądu, choć córka zapewniała go, że zupełnie bezzasadnie. Faktycznie, na pierwszy rzut oka nie było widać, że coś mu dolega. Antoni Kalafior był jednakże zupełnie innego zdania. Uważał, że wypadek odebrał mu młodość i postarzał go o kilkanaście lat. Od czasu niefortunnego wydarzenia, w wyniku którego stracił władzę nad lewą nogą i był zmuszony podpierać się laską, był przeczulony na punkcie własnego wieku. Kierowane pod jego adresem epitety „starszy”, czy „sędziwy” każdorazowo przyprawiały go o zawrót głowy. Kiedyś, gdy kilkuletni syn sąsiadki zupełnie bez złośliwości nazwał go „dziadkiem”, niemal zdzielił go zwiniętą w rulon gazetą.
Spróbował wygarnąć zgubę laską. Bezskutecznie.
- Cholera – stęknął.
Chleb spoczywał w ciemnym kącie. Musiał niemal położyć się na podłodze, by dosięgnąć bochenek drewnianą laską. Wygarnął pieczywo, do którego poprzyczepiały się różne paprochy, wąsy kurzu i pajęczyn.
- Olaboga – jęknął ponownie.
Odkąd uległ wypadkowi stał się nieco sceptyczny w sprawach religii, zwłaszcza kleru i kościoła jako instytucji, ale w głębi ducha był człowiekiem bogobojnym i jak większość ludzi starej daty chleb traktował z należytą czcią i szacunkiem. Miał wrażenie, że wyciągając bochenek poczuł obluzowaną deskę podłogi. Mieszkanie było stare, jak i sama kamienica, deski podłogi nie zmieniane od nowości. Ale nie miał powodu do narzekań. Solidna, przedwojenna robota. Kanalizacja się nie psuła, z elektryką też większych problemów nie było. Odkąd wprowadził się do mieszkania musiał wymienić jedynie okna, które nie wytrzymały próby czasu. Podłogi położono porządnie, o czym świadczył fakt, że mimo upływu lat deski nie zmurszały i gdzieniegdzie tylko skrzypiały. Dziwne, że obluzowała się akurat ta pod meblami, która z pewnością była jedną z mniej wyeksploatowanych.
Otarł chleb z nieczystości i zajrzał pod szafę ponownie, ale niczego nie mógł dostrzec. Zaczął znów szperać i pukać w deski po omacku. Już gotów był powstać i przyznać, że jednak mu się wydawało, gdy jego cofająca się dłoń wyczuła lekki uskok. Przez moment mocował się z obluzowaną deską, by po chwili stać już przy oknie i z zaciekawieniem przyglądać się nowemu, niespodziewanemu znalezisku. Trzymał w ręce niewielką figurkę przypominającą, czy może raczej kojarzącą się z miniaturą posągu jakiegoś zapomnianego, starego, pogańskiego bóstwa. Przedstawiona postać siedziała na niewysokim prostokątnym postumencie, miała cztery zwrócone w przeciwnych kierunkach twarze i tyleż par kończyn. Wszystkie miały pogardliwy wyraz twarzy i ramiona skrzyżowane w geście Kozakiewicza.
- Ja cie sunę – ucieszył się podekscytowany Antoni Kalafior. – To jak nic jakiś mityczny bożek. Trzeba będzie coś o tym poczytać.
Opłukał posążek pod letnią wodą i wytarł miękką szmatką. Był w całkiem dobrym stanie, bez pęknięć i wyszczerbień. Zważył go w dłoni. Mimo, iż nie był ciężki, sprawiał wrażenie solidnie wykonanego. Prawdopodobnie zrobiony był z gipsu, gliny, majoliki, porcelany lub fajansu. Antoni przez chwilę zastanawiał się nad tym, ale szybko doszedł do wniosku, że żadnych innych ceramicznych tworzyw raczej już nie zna.
Rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na postawienie figurki. Nigdzie mu za bardzo nie pasowało. Opierając się o laskę pokuśtykał do pokoju, ale po chwili z niego wyszedł z podobnym przeświadczeniem. Rozglądał się przymierzając i wyobrażając sobie różne ustawienia, aż wreszcie jego wzrok spoczął na niewielkiej półeczce w przejściowym korytarzyku. Wydało mu się idealne. Zdjął stojącą na niej ramkę z podobizną papieża i umieścił na jej miejscu figurkę bożka.
- Stąd będziesz miał widok na wszystko – rzekł z zadowoleniem.
Popatrzył na uśmiechniętą twarz głowy Kościoła i poczuł się niezręcznie, jak przyłapany na niewybrednej psocie uczniak. Przeniósł fotografię do pokoju i ustawił na regaliku poniżej zdjęcia żony i córki. Usatysfakcjonowany wrócił do kuchni, włączył radio i zaczął odkrajać z bochenka równe, cienkie kromki. W oczekiwaniu na audycję kulinarną wysłuchał wiadomości porannych.
- Śniadanie – powiedział adresując słowa do widocznego w korytarzyku posążku – to podstawowe danie dnia. Można nie jeść obiadu, kolacji to nawet nie trzeba, a śniadanie to żelazny obowiązek. Inaczej…
- Pocałuj mnie w dupę.
Antoni na chwilę przerwał smarowanie kromki masłem i zaczął kręcić gałką próbując dostroić odbiornik.
- Coś się dzieje z tym cholernym radiem? – rzucił retorycznie. – Jak nie trzeszczy, to gubi fale. Trzeba będzie nowe chyba sobie sprawić.
Przez chwilę słuchał audycji uważnie i zadowolony wrócił do przyrządzania posiłku. Nastawił czajnik i sięgnął po kubek i puszkę z kawą. Zawahał się.
- Co pijemy? – rzucił przez ramię nie oczekując odpowiedzi – Kawę, czy herbatę?
- W dupie to mam.
Tym razem Antoni Kalafior odwrócił się gwałtownie. W radio leciała akurat jakaś piosenka w dosyć współczesnym stylu. Nie przepadał za taką muzyką. Wolał zdecydowanie stare, klasyczne granie. Z charakterem. Z duszą. Uważnie wsłuchał się w tekst. Czy aby dobrze usłyszał? Słuchał wyłącznie tej stacji, bo, jego zdaniem, był to bodaj jedyna rozgłośnia o ogólnokrajowym zasięgu, która nadawała jeszcze audycje przestrzegając zasad dobrego smaku.
- No nie – powiedział rozczarowany. – Jeszcze tego brakuje, żeby mi i tu wcisnęli to barachło.
Piosenka dobiegła końca, ale nie dopatrzył się w jej słowach niczego niestosownego. Prowadzący audycję powrócił do podawania oryginalnych receptur i przepisów gastronomicznych. Antoni zaparzył kawę zbożową, posmarował pieczywo dżemem śliwkowym i usiadł przy nakrytym ceratą stole. Za oknem słońce świeciło już jasno, ulice zaczynały tętnić życiem. Była wczesna godzina, ale Antoni nie lubił długo spać. Szczególnie w niedzielne ranki, kiedy to przed blokiem, w którym mieściło się jego skromne, ale przytulne mieszkanko, ożywiało się niewielkie, dosyć malownicze miejskie targowisko, które w powszednie dni tygodnia przeznaczone było wyłącznie na parking. Antoni Kalafior uwielbiał tkwić w oknie i przyglądać się przekupniom. Zwłaszcza w pierwszych dniach wiosny, tak ciepłych i pięknych, jak ten. No, przyznał w duchu. Może nie tyle przekupniom, co tym wszystkim młodym dziewczętom, które, jakby tylko czekały na te najwcześniejsze symptomy upalnych dni. Widok skąpo ubranych, zdrowych ciał cieszył oko starzejącego się, ułomnego fizycznie mężczyzny.
Przeżuwał wolno kolejne kęsy słodkiej kanapki popijając gorzkawą kawą. Spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Jego stary znajomy handlarz, Karol Karp, powinien już dawno być na miejscu, a tym czasem jego szczęka nie była nawet rozłożona. Nie żeby mu jakoś szczególnie zależało na widoku mężczyzny, ale w drodze na bazar Karol zawsze kupował poranną gazetę, którą osobiście przynosił mu na górę, albo wkładał do spuszczonego przez Antoniego z okna plastikowego koszyka. Powinien być już pół godziny temu. Przez te wszystkie lata odkąd Kalafior był na rencie, a uzbierało się ich już bez mała dwanaście, Karp nie opuścił ani jednego targowiska. Czyżby coś mu się stało? Antoni zaczął się niepokoić. Odczekał jeszcze kwadrans i ruszył do przedpokoju. Zdjął z wiszącego aparatu słuchawkę i z pamięci wykręcił numer handlarza. Odpowiedziała mu głucha cisza. Żadnego sygnału. Cóż. Nie pierwszy to już raz. Aparat był już porządnie wysłużony, starego typu. Od pewnego czasu dosyć często miewał awarie.
Kilkakrotnie nacisnął widełki. Wciąż bez efektu.
- Tylko nie teraz? – mruknął – No ruszże się.
- Pocałuj mnie w dupę.
- Co? Halo? Karol?
Znów głucha cisza w słuchawce.
- Halo!
- Gacie się palą.
- A by was wszyscy diabli!
Antoni trzasnął słuchawką o widełki. Zdenerwowany wrócił do kuchni. Był zły. Już kilkakrotnie zgłaszał w telefonizacji awarię aparatu i akces na jego wymianę w ramach umowy, ale mimo gorliwych obietnic urzędników, nie mógł doczekać się wizyty monterów. Teraz jeszcze stronią sobie z niego żarty. Gorąco sobie obiecał, że jutro z samego rana uda się do nich osobiście i narobi takiej awantury, że przybiegną do niego w podskokach. Uśmiechnął się na samą myśl.
Wyjrzał przez okno. Karol rozkładał właśnie szczękę. Antoni uśmiechnął się szeroko. Pokiwał przez okno, ale jego gest nie został dostrzeżony. Otworzył lufcik.
- Karol! – krzyknął. – Karol!
Handlarz rozejrzał się na boki, po czym jego wzrok odszukał okno Antoniego. Pomachał mu ręką. Kalafior pomachał również i sięgnął po koszyk ze sznurkiem.
- Zaraz sobie poczytamy – rzekł.
- O dupie mamy.
Zdenerwowany mężczyzna ruszył ku odbiornikowi.
- Tego już za wiele – rzekł zaciskając wargi.
Wyłączył radio i od razu poczuł się lepiej. Dopił kawę i wypłukał kubek.
- Antek!
Wychylił się prze lufcik. Karol stał pod oknem kiwając mu ręką.
- Zejdź na dół – krzyknął. – Dziś zostaje moja Helka, a ja jadę po towar. Nie masz ochoty na wycieczkę?
Antoni uwielbiał jeździć autem. Zwłaszcza w towarzystwie Karola. Hurtownia, z której korzystał handlarz znajdowała się nieopodal jeziora, które trzeba było objechać dookoła, przez las i malownicze podgórze. To była obecnie bodaj ulubiona forma rozrywki kalekiego mężczyzny. Zwłaszcza w tak piękny dzień wycieczka jawiła się wyjątkowo kolorowo. Nie trzeba było mu więc dwa razy powtarzać.
Narzucił płaszcz, wsunął buty i po kilku minutach był już na zewnątrz.
*
Gdy Karp odstawił go z powrotem, na dworze panował już mrok. Okazało się, że tym razem Karol realizował ekstra zamówienie i dodatkowo musieli więc zrobić kilka kursów zahaczając również o oddaloną o kilkadziesiąt mil miejscowość, gdzie prężnie prosperowała giełda spożywcza, na której spędzili kilka ładnych godzin sprzedając przywieziony towar. Antoni był ledwo żywy, ale zadowolony. Lubił czuć się potrzebny. Ponadto po długiej zimie pooddychać ciepłym, rześkim powietrzem to był czysta rozkosz. Co prawda trochę zmarzł, bo nie był przygotowany na tak długą wyprawę, a o tej porze roku dni były ciepłe, ale wieczory jeszcze chłodne. A ściemniło się tak gwałtownie i niespodziewanie, jakby mrok tylko czyhał, by móc znienacka napaść i zastąpić jasny dzień.
Antoni pstryknął przełącznik światła, ale w przedpokoju nadal panowała ciemność.
- Cholera – mruknął. – Do dupy te dzisiejsze żarówki.
Zostawiając uchylone drzwi, tak aby do mieszkania wpadało światło z klatki schodowej, ruszył ku kuchni.
- Stary pierdoła.
Zatrzymał się i szybko cofnął. Ktoś był na korytarzu. O złodzieja dzisiaj nie trudno. Zamknął drzwi i stojąc w ciemności zaczął uważnie lustrować klatkę schodową przez wizjer. Niczego nie dostrzegł. Odwrócił się i odczekał, aż oczy przywykną do mroku, po czym ostrożnie skierował się do korytarzyka. Zaczął wymacywać laską po ścianie w poszukiwaniu przełącznika światła od lampki przy lustrze. Dawała niewiele światła, ale lepsze to niż nic. Nie mógł go odnaleźć. Spróbował ręką. Zamiast na przełącznik natrafił na dziurę w ścianie i wystające z niej kable. Poczuł mocne szarpnięcie i swąd palonych włosów, coś jednocześnie błysnęło jasnoniebiesko, rozświetlając na chwilę wnętrze mieszkania, rozganiając czające się zewsząd cienie. Odrzucony poleciał na przeciwległą ścianę i boleśnie łupnął w nią głową i plecami.
*
Obudziło go dosyć głośno, jak na tę porę, nastawione radio. Otworzył oczy. Leżał na boku w poprzek korytarza. W głowie mu huczało, czuł ból w niemal każdym zakamarku ciała. Najbardziej jednak doskwierała mu ręka i plecy. Przez chwilę zastanawiał się, co takiego się stało. Prąd. Kopnął go prąd. Musiało być jakieś zwarcie przy przełączniku.
Otaczała go nieprzenikniona ciemność. Nawet z kuchni nie docierała choćby odrobina światła ulicznych latarni, które zawsze irytowało go nocą. Wówczas zaciągał zasłony. Teraz byłby wdzięczny za tę odrobinę blasku. Ciemność go dziwiła. Nie pamiętał, by zasłaniał okno przed wyjściem. Z resztą. Jakie to ma znaczenie. Pewnie to zrobił opuszczając mieszkanie w pośpiechu. I zapomniał wyłączyć radio. Nie. Gdy wrócił wieczorem, z pewnością nie grało. Zapewne samo się włączyło w wyniku zwarcia. Nie był przekonany, czy to możliwe, ale uznał, że to jedyne racjonalne wytłumaczenie.
Głos z radia poinformował, że właśnie minęła godzina pierwsza. A więc przeleżał na podłodze prawie trzy godziny. Głos z radia nazwał go starym pierdołą. A więc…
- Co jest u licha? – westchnął mocno podirytowany.
- Stara kicha – zawtórował głos.
Antoni czuł, jak wzbiera w nim fala gniewu. Potrząsnął głową odganiając resztki nocnych majaków i skupił się na falach eteru. Z radia sączyła się spokojna, przyjemna muzyka. Widać mu się zdawało. Zaczął macać dłońmi podłogę w poszukiwaniu laski. Na próżno. W końcu, dzięki podciągnięciu na klamce drzwi od łazienki, z trudem udało mu się wstać. Wolno zgiął i rozprostował ramiona, skręcił się w pasie. Wydawało się, że nie doznał większych obrażeń. Jedynie ręka była nieco odrętwiona i łupało go w krzyżu. Opierając się o ścianę ruszył do kuchni. Dotknięta paraliżem noga nie pozwalała na szybkie przemieszczanie, a brak laski każdy krok czynił niebezpiecznym. Ostrożnie odszukał włącznik światła i przekręcił go bez przekonania. I słusznie. Ciemność nie ustąpiła. Krok, po kroku posuwał się ku oknu. Przy kuchence powinny być zapałki. Zatrzymał się i zaczął szukać, macając dłońmi powierzchnię szafek. Znalazł je szybciej, niż się spodziewał. A jednak szczęście zupełnie go nie opuściło. Wyjął zapałkę i potarł o draskę. Zachrobotała, ale nie zapłonęła. Podobnie następna. Dziwne. Pudełko było suche. Nie rozumiał, co może być przyczyną niepowodzenia. Podsunął pudełko pod nos i poczuł ostry swąd spalenizny. Przeklął w duchu i ruszył dalej. W szufladzie kuchennego stołu była latarka. Wysunął przed siebie drżącą dłoń, ale nie mógł go wymacać. Bał się puścić szafkę, która dawała mu oparcie. Zaczął się mocno pocić. Dawało o sobie znać ciśnienie. Otarł czoło. Jeśli nie ma zamiaru spędzić w ten sposób reszty nocy, powinien coś zrobić. Odetchnął głęboko i dał krok w kierunku, gdzie spodziewał się odnaleźć stół. Kuchnia nie była duża, powinny wystarczyć trzy kroki. Nie miał się czego przytrzymać, niesprawną nogę musiał przesuwać przy pomocy rąk.
Nagle radio huknęło wściekle głośno jakąś szatańską muzyką. Antoni aż zamarł prostując się ze strachu. Wówczas grunt wyślizgnął mu się spod nóg. Po raz kolejny tej nocy poleciał na podłogę. Na szczęście nie uderzył o nic głową, ani nic nie złamał. Biorąc pod uwagę prześladującego go dzisiaj pecha, było to i tak dosyć duże pocieszenie. Podczołgał się do stołu. Na podłodze wymacał dużą tłustą kałużę. Powąchał. Oliwa z oliwek. Skąd się wzięła? Pewnie przewróciła się butelka potrącona, gdy jak ślepiec wymacywał zapałek. Dowlókł się do stołu i odszukał szufladę. Z ulgą wyjął latarkę. Pstryknął i… No i oczywiście nic. Załkał. Radio wyło niemiłosiernie.
- Pocałuj mnie w dupę! – ryczało – Ty stary pierdoło! Nasram ci na czoło! Pocałuj mnie w dupę! Dupa, dupa, dupa, dupa, chuj!
- O Jezu…
Po omacku podpełzł do ściany i wyszarpnął z gniazdka kabel sieciowy.
- Wsadź sobie w dupę petardę! – nadal wył wściekle głos – Na fajfusie zawiąż kokardę!
- O matko kochana…
- Wsadź jej w dupę banana!
Radio nadal grało. Kalafior dopiero teraz zastanowił się, jak to możliwe. Przecież w mieszkaniu nie było prądu. Opętańczy głos dalej wykrzykiwał obsceniczne, obraźliwe teksty, które rozsadzały mu głowę. Mężczyzna szarpnął za kabel i odbiornik spadł z hukiem na podłogę. Trzasnęło, zgrzytnęło, ale grać nie przestało. Uniósł je ponad głowę i z całych sił trzasnął o ścianę. Musiał źle ocenić kierunek i przypadkowo trafić w półkę ze szklankami i kubkami, bo zamiast wyjącego radia słyszał teraz łomot lecących na podłogę i tłukących się z brzdękiem naczyń. Po chwili jednak zapanowała błoga cisza. Odetchnął opierając się o nogę od stołu. Czy to mu się śniło? Czy rwetes jakiego narobił nie powinien pobudzić sąsiadów? Która mogła być godzina? Najdalej wpół do drugiej.
Nagle wyczuł czyjąś obecność. Żadnego ruchu, żadnego głosu. Po prostu świadomość, że nie jest sam. I że ten ktoś z pewnością nie jest mu życzliwy. Próbował przeniknąć ciemność, ale nie był w stanie dostrzec nawet własnej dłoni wyciągniętej przed siebie.
- Jest tam kto? – zapytał niepewnie.
Nie było słychać nic, poza cykaniem zegara i jego niespokojnym oddechem.
Mijały kolejne minuty i nic się nie działo. Mimo to przeświadczenie czyjejś obecności nie chciało go opuścić. Pełznąc po podłodze przesunął się do okna, sięgnął w górę, chwycił rąbek zasłony i mocno szarpnął. Usłyszał trzask puszczających, metalowych żabek i dartej tkaniny. Blask latarni wdarł się przez okno rozświetlając mroczne wnętrze kuchni i przedpokoju. Przez ułamek sekundy zdawało mu się, że zewsząd otaczają go wykrzywione szyderstwem twarze, które wraz ze światłem zniknęły, jakby coś gwałtownie wyssało je na zewnątrz wraz z uciekającą ciemnością. Niemalże w tej samej chwili, ledwie mózg zdążył przetworzyć obrazy, które do niego dotarły, usłyszał nad głową kolejny trzask i w głowie eksplodował silny ładunek, już drugi tej nocy.
*
Gdy otworzył oczy, w mieszkaniu było całkiem jasno. Za oknem w pełni rozwinął się już nowy, słoneczny dzień, powodując, że wspomnienia ostatniej nocy wydawały się mało realne. Antoni siedział na podłodze oparty bokiem o kaloryfer. Coś ograniczało pole widzenia jednego oka. Dotknął twarzy. Niezbyt jeszcze mocno zakrzepła krew. Miał rozbity łuk brwiowy i rozcięcie na skroni, czoło spuchnięte. Skóra na ręce ściemniała, pokrywające ją włosy cuchnęły spalenizną. Jęknął przeciągle i rozejrzał się po kuchni. Pomieszczenie wyglądało, jak jakaś melina po całonocnej imprezie. Podłogę pokrywały porozrzucane i potłuczone butelki, słoiki i naczynia, rozmazane plamy i smugi oliwy wymieszane z jego własną krwią, porozrzucane, spalone zapałki, elementy roztrzaskanego radia, skołtunione zasłony, kawałki tynku, ziemia z rozbitej doniczki. W poprzek kuchni, oparty o szafkę spoczywał karnisz, który odrywając się wraz z hakami mocującymi do ściany, najpierw musiał trafić w jego głowę, pozbawiając przy okazji przytomności, potem jeszcze dodatkowo zawadził o drzwiczki szafy, z której wyleciały butelki i słoiki.
Podniósł się ostrożnie. W ścianie nad oknem widniały duże dziury po umocowaniach karnisza, parapet i podłogę zaścielała warstwa farby ściennej, pyłu i ziemi, z której ledwo zdążyły wykiełkować zalążki pomidorów.
- O matko – jęknął.
Omijając tłuste plamy wyszedł na korytarz. Laska leżała wzdłuż ściany. Po chwili poczuł się pewniej, opierając się na wysłużonej, drewnianej podporze. Wszedł do łazienki, obmył twarz i zdezynfekował rany. Wbrew obawom nie były groźne, ale z ostrożności nad okiem założył niewielki, jałowy opatrunek. Dochodziła dziewiąta rano. Nocne wydarzenia sprawiły, że nie czuł się najlepiej zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Wczorajszego dnia obiecał sobie, że pójdzie z samego rana do telefonizacji, ale pobojowisko, jakie miał przed oczami zmieniło jego priorytety. Zabrał się za sprzątanie. Karnisza samemu raczej nie zainstaluje, trzeba będzie powiercić nowe otwory, wejść na stół, lub parapet. W jego stanie nie było to możliwe. Ale pozostałe szkody mógł spokojnie uprzątnąć. Pozbierał szkło, nie bez trudu zmył plamy, zamiótł tynk i ziemię. Zdziwiło go, że pudełko z zapałkami jest pełne, ale zawiera same zużyte już sztuki. Co dziwniejsze, upalone były same łebki, jakby ktoś zdmuchnął płomień dosłownie chwilę, po zapaleniu. Wyrzucił opakowanie do kubła ze śmieciami. Nie miał teraz głowy do rozwiązywania takich zagadek. Rozłożył na stole części rozbitego radia. Obudowa była strzaskana, ale głośnik i cała reszta sprawiały całkiem dobre wrażenie. Był na siebie zły, że tak gwałtownie zareagował. W ogóle był wściekły, że dał ponieść się takiej furii. I przez co? Przez głupi brak światła. Postanowił, że po południu podrepcze do Felka Anody, elektryka mieszkającego dwa piętra nad nim. Może on coś poradzi. W przeciwnym razie będzie musiał kupić nowe. O ile bez telewizora jakoś był w stanie sobie poradzić, to bez radia życia sobie nie wyobrażał.
Kończył zmywanie podłogi, gdy w mieszkaniu rozbrzmiał sygnał dzwonka.
- Kogo tam diabli niosą z rana – mruknął do siebie niezadowolony.
Spojrzał przez judasza. Na klatce stał uśmiechnięty mężczyzna w granatowym uniformie i w czapce z daszkiem.
- O co chodzi? – zapytał.
- Jestem facio, co ci dogodzi.
Antoni Kalafior uważniej przyjrzał się mężczyźnie. Musiał się przesłyszeć. W takich okolicznościach, słowa które usłyszał były przecież niedorzeczne.
Mężczyzna nadal się uśmiechał, po raz kolejny naciskając dzwonek. Wydawał się jakiś taki dziwny, podejrzany. Antoni nie potrafił ocenić, co było w nim nie tak, ale mimo to nie miał ochoty go wpuszczać. Z drugiej jednak strony był ciekaw, z czym przybywa.
- Halo! – powiedział głośno nieznajomy stukając energicznie do drzwi. – Panie Kalafior! Jest pan tam? Jestem z telefonii. W sprawie awarii.
Antoni podskoczył. A to ci niespodzianka. Już miał otworzyć, gdy przypomniał sobie różne programy telewizyjne, audycje radiowe i prasowe felietony o przestępcach podszywających się pod inkasentów i innych pracowników administracyjnych, którzy wykorzystując naiwność ludzką dokonywali włamań i innych o wiele bardziej makabrycznych zbrodni. Zabezpieczył drzwi łańcuchem i uchylił wejście.
- Ma pan jakieś dokumenty? – spytał.
- No, mam – odparł mężczyzna. – Pewnie, że mam. Ale z pana cham. Przecież sam zgłaszał pan awarię bodaj trzykrotnie.
- Słucham? Że co proszę?
- Z dokumentów wynika, że zgłaszał pan awarię – rzekł nieznajomy otwierając przerzuconą przez ramię torbę. – Skąd miałbym o tym wiedzieć, gdybym nie był z telefonii – dodał podając mu przez szparę legitymację.
- Nie o to chodzi – powiedział Antoni. – Jak mnie pan nazwał?
- Stary wał. Nijak pana nie nazywałem – odrzekł mężczyzna. – Powiedziałem tylko, że w sprawie awarii przychodzę.
Kalafior spojrzał na dokumenty. Zwyczajna legitymacja służbowa pracownika Zakładu Łączności i Telefonizacji wystawiona na nazwisko Tobiasz Manierka, monter – elektryk, kopia jego zgłoszeń i listów reklamacyjnych, zlecenie usługi. Wszystko wyglądało w porządku.
- Załóż sobie okulary, stary pierdzielu.
Antoni spojrzał na montera. Dalej stał uśmiechnięty, choć na jego twarzy znać już było pierwsze oznaki niecierpliwości.
- Pan sobie robi ze mnie żarty? – rzucił ostro Kalafior. – Zaręczam, że wcale nie są śmieszne. Lepiej niech pan uważa, bo mogę złożyć skargę do biura. Wszystkim, cholera, coś się w głowy robi od tej demokracji i prywatyzacji. Myśli pan, że jak jestem inwalida, to można sobie ze mnie dworować i robić podśmichujki?
Mężczyzna spoważniał zwężając usta.
- O co panu chodzi?
- Dobrze pan wie!
Monter westchnął wyraźnie tracąc humor.
- To kopia pana reklamacji – powiedział. – Zlecenie na usługę i moja legitymacja. Nie widzę w tym żadnych podstaw do pańskich pretensji względem mojej osoby. Nie ma w tym również nic zabawnego. Chyba, że chodzi panu o moje imię i nazwisko. Podłe, stare flecisko. Niektórych to bawi, ale gwarantuję, że są one równie normalne, jak szereg innych i noszę je z dumą – przestąpił z nogi na nogę. – Chce pan, żebym obejrzał ten telefon, czy nie?
Kalafior wahał się, ale otworzył drzwi. Czuł kotłujące się w nim emocje. W końcu dokumenty były w porządku. Jeśli teraz odeśle elektryka, znów będzie musiał czekać miesiąc na kolejną interwencję. Nie był pewien czy czasem nie ma jakichś omamów słuchowych, bo przecież słowa jakie słyszał nie powinny paść w tych okolicznościach. To pewnie efekt uderzenia w głowę, zmęczenia i niewyspania. Musi się wziąć w garść.
Otworzył drzwi.
- Niech pan wchodzi i bierze się do roboty – powiedział.
Tobiasz Manierka wszedł domieszkania i od razu ruszył do telefonu.
- Stary rupieć – powiedział.
- Że co proszę?
- Mówię, że stary rupieć – powtórzył elektryk.
- I otóż właśnie! – krzyknął mocno podenerwowany już Antoni. – Myślisz pan, że to takie śmieszne? Ależ z pana bezczelny typ!
- Nie miałem nic złego na myśli – odparł zdziwiony i również już nieco zły Tobiasz Manierka.
- Nazwanie schorowanego człowieka starym rupieciem, to według pana nic złego? Obyś pan, nie musiał przechodzić tego co ja. Ciekawe, jak sam byś pan wyglądał. Kupa śmiechu!
- Ale ja nie miałem na myśli pana – odparł elektryk. – Tylko pański telefon, stary durniu.
Antoni popatrzył na młodego mężczyzną silnie purpurowiejąc na twarzy. Zanim zdążył się odezwać, monter dodał.
- Powiem panu, że ja osobiście, mam bardzo duży szacunek dla ludzi, których życie doświadczyło, dla starych, dla chorych. Ja w ogóle lubię ludzi. Cieszę się, gdy mogę sprawić im przyjemność, pomóc.
Antoni wypuścił powietrze ze świstem.
- Bierz się pan do roboty – powiedział i pokuśtykał do pokoju.
Usiadł ciężko na wersalce i opadł na miękkie oparcie układając nogę na wyściełanej pluszem podpórce. Słyszał jak Tobiasz Manierka rozkręca aparat, na przemian podgwizdując i nucąc jakąś nieznaną mu, wesołą piosenkę. Rozejrzał się po pokoju. Na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na fotografii przedstawiającej dwie kobiety. Jedną była jego ukochana żona, niestety już nieboszczka, drugą córka, która od kilku lat mieszkała za granicą. Widywał ją raz w roku na święta. Była miłą, zaradną dziewczyną. Uśmiechnął się.
- Niezłe dupy. Stara już pewnie sztywna, ale i tak obie bym wyruchał, jak złoto.
- Coś pan powiedział? – krzyknął z niedowierzaniem Kalafior zrywając się z wersalki.
W progu stał uśmiechnięty Manierka, trzymając w rękach niemalże zabytkowy już aparat telefoniczny.
- Nie ma się co denerwować – powiedział. – Założyłem panu nowiutki aparat.
- Że kto jest stary? – fuknął przez zęby Antoni zaciskając pięści. – Że co byś pan zrobił?
- Mówię tylko, że aparat jest już stary i zużyty, rozlatuje się od wewnątrz. Pocałuj mnie w dupę. Niech pan spojrzy, części nie trzymają się kupy. Ale to naprawdę stara, piękna robocizna. Może pan jak złoto sprzedać go w sklepie z antykami. Dostanie pan za niego…
- Kpisz pan ze mnie? – Antoni wolno postąpił o krok.
- Mówię poważnie. Za taki aparat, pryku, może pan dostać co najmniej tyle, co za trzy takie nowoczesne.
- Zostaw pan swoje dane i wynocha – wycedził purpurowy ze złości Kalafior.
Żałował, że nie miał werwy i energii sprzed wypadku. Oj policzył by się wówczas z tym bezczelnym chamem!
Monter popatrzył na niego zdziwiony.
- Tylko panu radzę – rzekł urażony. – Zrobi pan, co chce.
- Idź pan już w pizdu!
- Dobra już, dobra. Kultury trochę, człowieku.
Mężczyzna zostawił na stoliku wizytówkę i wyszedł.
- Do widzenia – powiedział na odchodne. – Było miło, stara cioto.
Zanim zamknął drzwi, Antoni nie wytrzymał, dopadł ich i otworzył z wściekłością, aż z hukiem trzasnęły o ścianę.
- Sam jesteś pan ciota! – wrzasnął na cały głos wychodząc na klatkę – Pedał, lachociąg, dupodajca! Ruchają cię w dupę wszyscy w tej waszej wszawej, zasranej telekomunikacji!
Tobiasz zamarł w bezruchu przyglądając się rozjuszonemu, czerwonemu ze złości starszemu mężczyźnie. Za jego plecami otworzyły się drzwi i w wejściu ukazała się nieco przysadzista postać sąsiadki, Waldemary Mol, a po chwili zza jej nogi z zaciekawieniem wyjrzał około dziesięcioletni chłopczyk, Józef Mol.
- A co to za wrzaski? O co chodzi? – zapytała patrząc na montera. – Znowu naprzykrza się panu ten stary, niedorozwinięty pierdziel?
Kalafior najpierw pobladł jak kreda, potem zrobił się purpurowy niczym dojrzałe gronowe wino. Tego było za wiele. A córka zawsze mu się dziwi, że nie chce zaprzyjaźnić się z sąsiadami. Jak tu utrzymywać kontakty z takimi ludźmi! I skąd oni w ogóle się biorą! Może to przez to, że jest taki cichy i mało konfliktowy? Widać w obecnych czasach kultura nie była już zaletą i tylko utrudniała i komplikowała życie.
Odłożył na bok konwenanse, nabrał tchu i ryknął na całe gardło.
- A wypieprzaj pani stąd! Oboje wypieprzajcie! Złożę na was skargę o pomówienia, o obrażanie! Pójdziecie pod sąd!
Zarówno Waldemara jak i Tobiasz zamilkli wobec niespodziewanego, nagłego ataku i wpatrywali się w Antoniego z rozdziawionymi ustami.
Uradowany sukcesem mężczyzna postąpił krok naprzód.
- Co tak wytrzeszczacie te świńskie gały? – dodał zadziornie.
Dopiero teraz dostrzegł Józefa i zrobiło mu się trochę nieswojo. Może trochę zbyt ostro ich zaatakował. Z drugiej jednak strony, nie mógł być przecież obojętny na takie obelgi. Spojrzał na dziecko zmieszany, ale zanim zdążył się odezwać, chłopiec z wcale nie wystraszoną miną zerknął na matkę i rzekł piskliwym głosem:
- Mamusiu? Czy ten pan, to jest ta stara parówa, o której mówił tatuś?
- Tak syneczku – odparła kobieta przyklękając i biorąc twarz chłopca w dłonie. – Przecież tatuś ma zawsze rację. Ten pan jest starą, obleśną i śmierdzącą ciotą, kochanie.
Wszyscy troje patrzyli na Antoniego z niesmakiem, wręcz odrazą. Tobiasz Manierka cofnął się kilka kroków i stanął obok kobiety.
- Niech się pan uspokoi i zostanie lepiej w domu – powiedział. – Wezwiemy zaraz karetkę, przyjedzie lekarz, dostanie pan leki.
- W dupę sobie pan wsadź leki! – ryknął Kalafior niebezpiecznie unosząc laskę.
- A ten znowu swoje – szepnęła Mol półgębkiem, z ironicznym uśmieszkiem. – Stary, obleśny świntuch.
Kobieta przybierając niemal natychmiast dobrotliwy, troskliwy wyraz twarzy dodała głośniej:
- Panie Antoni, spokojnie. Czy stało się coś złego? Czy coś z pana córką?
- Właśnie – podchwycił monter. – Ta zdzira pewnie ciągnie gdzieś pod mostem druta jakiemuś murzynowi, wredna dziwka. Nie ma co. Wrodziła się do mamusi, starego kurwiszona. Cała rodzina udana. Ojciec lachociąg, matka dziwka, to i córeczka też daje dupy na lewo prawo. Pieprzony slums i patologia.
Wybuchli szyderczym śmiechem wytykając Antoniego palcami. Śmiał się nawet chłopczyk, trzymając się rękami za brzuch. Ściskając kurczowo laskę mężczyzna czuł, jak krew falami uderza mu do głowy. Nie rozumiał całej tej absurdalnej sytuacji. Co się dzieje? Przecież sąsiadka, mimo, że osoba wcale mu nie bliska, zwykle była miłą, uczynną kobietą, zaś chłopczyk dobrze wychowanym dzieckiem. Pracownika telefonii nigdy wcześniej nie widział na oczy, więc jego wrogość tym bardziej nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia. Ale cóż. Takie czasy. Można polegać wyłącznie na sobie. Ci obcy mu ludzie potwornie szydzili i ubliżali nie tylko jemu, ale przede wszystkim jego ukochanym dziewczynkom. Toż to nie tyle zniewaga, co wręcz obrazoburstwo. Nie może puścić płazem takiej niegodziwości. Poczuł, jak wstępują w niego nadludzkie niemal siły. Zacisnął zęby i skoczył przed siebie. Nie spodziewał się, że ma w sobie tyle energii, nie podejrzewał się również o taką szybkość i refleks. Zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, jego laska wylądowała na wykrzywionych szyderczym uśmiechem ustach Tobiasza Manierki rozcinając je w poprzek i poprawił rękojeścią przez czoło.
- Ja wam pokażę, wy! – krzyczał z wściekłości parskając pienistą śliną.– Precz mi z oczu wszarze! Degeneraci!
Cała trójka oszczerców zniknęła w mieszkaniu sąsiadki zatrzaskując i ryglując wejście.
- Jeszcze wam się dobiorę do dupy, komuniści! – krzyczał waląc laską w drzwi. – Nie ujdzie wam to na sucho, szmaciarze!
Dysząc wrócił do swojego mieszkania. Usiadł przy kuchennym stole nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. To jakaś paranoja. Otworzył lodówkę i wyjął owocową nalewkę. Nalał niewielki kieliszek i przyjrzał się klarownemu, gęstemu płynowi. Czuł, jak krew niepokojąco pulsuje mu w skroniach, niemal ich nie rozrywając. Musi jak najszybciej się uspokoić, ciśnienie niebezpiecznie mu skoczyło. Roztropnie odstawił kieliszek i sięgnął do szuflady z lekarstwami. Drążącymi palcami wyłuskał z listka tabletkę relanium i szybko połknął, popijając szklanką wody. Niedługo się uspokoi. Byle się już nie denerwować.
Wstał i przeszedł do pokoju, na wersalkę. Zanim usiadł, usłyszał.
- Ale z ciebie stara pierdoła.
Spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos. Korytarzyk był pusty. Na raz, ku jego zaskoczeniu, na półce poruszył się posążek, który wczoraj znalazł pod szafą. Bożek uśmiechał się szyderczo.
- No wreszcie raczyłeś zwrócić na mnie uwagę, stary głupcze.
Mężczyzna podszedł bliżej i z niedowierzaniem zaczął przyglądać się figurce.
- No i cóż się tak gapisz?
Usta bożka wyraźnie się poruszały. Ku zdziwieniu Antoniego czterogłowa postać postukała się maleńkimi palcami we wszystkie czoła.
- Dawno już się tak nie ubawiłem – dodał zaśmiewając się złośliwie.
Mężczyzna wyciągnął rękę, chwycił posążek za dolną część i natychmiast puścił figurkę odskakując przestraszony. Figurka nie była twarda i chłodna, jak wtedy, gdy ją znalazł. Sprawiała wrażenie żywej istoty.
- O – rzekł posążek. – Tak lepiej. Nie wyciągaj do mnie łap, bo karzę im uschnąć.
Mężczyzna czuł łomotanie w głowie i sercu. To nie mogło dziać się naprawdę. Zamachnął się laską i skierował ją w kierunku półki. Zanim dotarła do celu, jakaś tajemnicza siła wyrwała mu ją z rąk i cisnęła w głąb pokoju.
- Następnym razem roztrzaskam ci ją na łbie – parsknął bożek.
Antoni oparł się o ścianę i patrzył z niedowierzaniem.
- Co ty? Kto ty jesteś? – wyjąkał.
Wszystkie cztery główki przybrały mądre i dumne wyrazy twarzy. Dzięki długim, niemal jak u smoka szyjom, mogły jednocześnie patrzyć na mężczyznę. Parsknęły kiwając się idealnie zsynchronizowane. Naraz cztery ciemnożółte, prawie czerwone oczy oderwały się od siebie. Antoni z rozdziawionymi ustami obserwował, jak z małego postumentu wstają kolejno cztery postaci. Dwie stanęły obok siebie wpatrując się w niego, jedna zaczęła swobodnie przechadzać się wzdłuż półki, ostatnia zaś położyła się i zaczęła robić pompki.
- Och, mam wiele, wiele imion.
Mężczyzna miał wrażenie, że słowa wydobywały się ze wszystkich ust jednocześnie, a zarazem głosy nie nakładały się na siebie. Stanowiły groteskową jedność, jakby każdy z osobna wypowiadał tylko część zdania, które idealnie płynnie łączyły się w jedną zamkniętą, niewzruszoną całość. Głos na przemian dobiegał albo zewsząd, albo z konkretnych miejsc w mieszkaniu, z pokoju, kuchni, łazienki, lub też bezpośrednio z maleńkich ust.
- Ale najlepiej lubię – brzmiał wszędobylski tym razem głos – gdy nazywają mnie Pocałujmniewdupę – zakończyły dwie pary ust.
Antoni nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
- Co? – wybełkotał. – To jakiś horrendalna, filmowa mistyfikacja. Co to jest do cholery? Ukryta kamera?
- A to czemu?
- Czemu? – Antoni zaśmiał się nerwowo. – Czemu dziwi mnie, że mówi do mnie gipsowy posążek? Że wyzywała mnie od pedałów sąsiadka? Że jej dziesięcioletni syn powiedział na mnie ciota, że nie wspomnę już, co wygadywał ten zupełnie obcy mi facet z telefonii? – parsknął siadając na trzyżeberkowym kaloryferze – I, do jasnej, cholery jak można mieć na imię Pocałujmniewdupę?
Słysząc własne pytanie mężczyzna ponownie parsknął. To nie może przecież dziać się na prawdę. Dotknął czoła. Rana była realna.
- A jak można mieć na imię Antoni? – odparł Pocałujmniewdupę.
- To normalne, męskie imię – powiedział Kalafior.
- Tak jak Pocałujmniewdupę jest normalnym imieniem boskim.
- Boskim? – Antoni parsknął zniesmaczony. – Nigdy o takim nie słyszałem. Nawet w durnych filmach.
- A o jakim słyszałeś? Do jakiego boga się modlisz?
- Nie będę z tobą o tym gadał – parsknął Antoni.
- Odpowiedz.
Głos dobiegł zewsząd przytłaczając mężczyznę, niemalże wgniatając go w podłogę. Poczuł się jak liliput, nad którym zawisła obuta w ciężki chodak stopa.
- Do żadnego – wyszeptał drżącymi wargami i poczuł się jeszcze mniejszy. – Do Jezusa Chrystusa – dodał szybko i poczuł, że słowa te dodały mu otuchy.
- To jedno z moich imion.
- Toż to bluźnierstwo.
- Bluźnierstwo? Co ty możesz o nim wiedzieć? – żachnął się bożek.
Wszystkie jego wcielenia usiadły teraz obok siebie spuszczając nogi z półki i wesoło nimi dyndając.
- Mówię prawdę. Ludzie często się do mnie w ten sposób zwracają. Ale ja nie lubię tego imienia. I tego wcielenia. Ludzie wolą wtedy widzieć mnie smutnego, cierpiącego i płaczącego, a moją podobiznę przybijają do drewnianego krzyża. To chore. Już wolę być łysym, uśmiechniętym tłuściochem. Ale najbardziej lubię beztrosko posiedzieć na pniaku i być tym – tu wskazał na siebie – bytem pierwotnym. To dziwne, ale teraz mało kto już widzi mnie w ten sposób. Za to jest coraz więcej naśladowców mojej właściwej natury. Niedługo wszyscy będą nosić imię Pocałujmniewdupę, tyle, że inaczej określane, a krzyże spłoną, albo co najwyżej trafią do szuflad lub muzeów.
Antoni wpatrywał się w moralizujące dziwadło, drwiące z religii jego ojców.
- To jaka jest w takim razie ta twoja natura? – zapytał.
- Jeszcze nie wiesz? – Pocałujmniewdupę parsknął na cztery strony świata. – Nie dziwne, że twoje modły nigdy do mnie nie trafiały. Jesteś ślepy i zbyt głupi. Ale nie martw się. Zaraz się przekonasz. Twoje uświadamianie zacznie się dokładnie za dwadzieścia siedem sekund. To ile z tego zrozumiesz, jakie wyciągniesz wnioski, zależy już tylko i wyłącznie od ciebie. Ja nie będę się wtrącał. Znikam. I pamiętaj. Módl się do tego, który może przynieść ci radość i ukojenie tu i teraz, a nie jakieś tam odkupienie jak już będziesz sztywny. A tymczasem możesz mnie co najwyżej pocałować w dupę.
Wszystkie cztery wcielenia małego boga zachichotały szyderczo i złośliwie, wstały, ukłoniły się z gracją i usiadły na postumencie. Antoni sięgnął ku figurce, ale w tym samym momencie usłyszał stukanie do drzwi.
- Pocałuj mnie w dupę! – krzyknął donośnie Pocałujmniewdupę głosem Antoniego i znieruchomiał przybierając wygląd taki, jak wtedy, gdy mężczyzna ujrzał go po raz pierwszy.
Jak w transie podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer. Sąsiadka. Pewnie przyszła przeprosić. Po tym co mu powiedziała, nie miał ochoty z nią rozmawiać. Może jej co najwyżej powiedzieć, żeby poszła w cholerę. Albo może powinien kopnąć ją w dupę?
Otworzył drzwi zamaszyście.
- Niech mi pani…
Zza pleców kobiety niespodziewanie wyskoczyło dwóch barczystych mężczyzn w białych fartuchach. Przycisnęli go do ściany i szybko obezwładnili. Poczuł ukłucie igły.
- Co jest! – krzyknął. – O co chodzi?.
Szybko przenieśli go do pokoju i położyli na wersalce. Po chwili w mieszkaniu znalazło się kolejne dwie osoby w białych kitlach, a prócz nich dzielnicowy, sąsiadka i monter. Na widok tego ostatniego usta Antoniego ściągnęły się groźnie.
- O proszę! – parsknął. – Widzę mamy cały komplet! Won stąd, chamie, bo nie ręczę za siebie!
- I znowu – rzekł Tobiasz Manierka załamanym głosem. – Czy ja naprawdę muszę tego wysłuchiwać?
- Było nie wygadywać tych wszystkich świństw o mojej rodzinie! – nie ustępował Antoni. – Teraz będzie udawał świętoszka! Najlepiej niech go pan od razu aresztuje, panie Kredka – dodał zwracając się do policjanta.
Po chwili Kalafior zaczął odczuwać działanie zastrzyku. Relanium też zrobiło swoje. Przestał się szamotać i leżał spokojnie pod czujnym okiem sanitariuszy.
- No proszę – powiedział wchodząc do pokoju jeden z ubranych na biało mężczyzn. – Niech pani na chwilę pozwoli, pani doktor.
Kobieta wyszła. Antoni słyszał ich przyciszone głosy dobiegające z kuchni.
- Relanium, alkohol, na szafce ślady krwi, dziury w ścianach, kubeł pełen ziemi i tynku. Widać, że się starał, ale posprzątał nieudolnie. Pewnie nie zdążył. Nie wiem, co tu się działo, ale nie wygląda to dobrze. Cholera wie, co tu jeszcze znajdziemy. Lepiej niech się tym zajmie policja. Trzeba go zabrać.
Antoni poczuł nagle, że znalazł się w niewesołej sytuacji.
- Co? – krzyknął szarpiąc się. – Gdzie zabrać? Kogo? Mnie?
Sanitariusze doskoczyli do niego, zanim zdążył wstać.
- Puśćcie mnie! – krzyknął próbując się ponownie wyrwać, ale jego organizm był zbyt mocno osłabiony, by mógł stawić opór silnym ramionom sanitariuszy. Zwiotczał i zwrócił się do dzielnicowego. – Panie Kredka! Przecież pan mnie zna. Ja nigdy niczego złego nie zrobiłem. Nich pan im powie, na litość boską. To ten monter! Jego zabierzcie! Za to co wygadywał o mojej żonie i córce!
Tobiasz Manierka pokiwał głową zrezygnowany.
- I ją zabierzcie! – dodał wskazując brodą w kierunku sąsiadki. – Niby taka pobożna, a takie paskudztwa wygaduje. To pewnie ona włamała się do mojego mieszkania i podrzuciła mi to dziadostwo!
Sanitariusze mimo protestów bez większych problemów założyli Antoniemu biały kaftan bezpieczeństwa.
- Jakie znowu dziadostwo? Jakie włamanie? – zainteresował się policjant.
- Tego cholernego bożka! – krzyknął spoglądając w kierunku pułki. – Od niego wszystko się zaczęło! Niby skąd się wziął? Z nieba spadł?
Kredka podszedł do ściany i wziął do ręki posążek.
- O to chodzi?
- Lepiej niech pan tego nie dotyka – ostrzegł Kalafior.
- A to niby czemu?
- Z nim nie ma żartów.
Lekarze wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie zrobili tego jednak na tyle dyskretnie, by nie dostrzegł tego Antoni.
- Co wy sobie myślicie? – krzyknął piekląc się.
Patrzył kolejno na wszystkie spoglądające na niego w milczeniu twarze. W żadnej z nich nie dostrzegł bratniej duszy. Co najwyżej litość, ale też nie za dużo.
Szarpnął się mocniej, ale bezskutecznie. Pielęgniarze unieśli go bez trudu i zaczęli wlec do drzwi.
- Nie! – krzyknął. – Zostawcie mnie! Nic mi nie jest. Jestem zdrowy!
Mijając dzielnicowego spojrzał na trzymany w jego ręce posążek.
- Ty mały sukinsynu! – parsknął. – Nie daruję ci tego! Przysięgam!
- A ode mnie co pan znowu chce? – zapytał zdziwiony Kredka.
- Nie do pana mówię! – żachnął się Antoni.
- To do kogo?
- Do tego małego bydlaka! – parsknął. – To wszystko przez niego. No odezwij się mały uzurpatorze!
Sanitariusze szybko doprowadzili szamoczącego się do czekającej na dole karetki. Antoni do końca walczył.
- Sami go spytajcie! – wrzeszczał. – Ma na imię Pocałujmniewdupę! To szczera prawda, jak Boga kocham! Pocałujmniewdupę! Bydlak ma czelność twierdzić, że jest Jezusem Chrystusem!
Pogotowie odjechało z włączoną syreną. Dzielnicowy Kredka zamknął mieszkanie Antoniego, spisał zeznania i podziękował Waldemarze Mol. Tobiasz Manierka odszedł ze spuszczoną głową.
Policjant rozejrzał się po mieszkaniu. Jego wzrok spoczął na posążku. Ciekawa robota. Idealnie pasowałby na jego biurko.

Gnojówka Gęgały

Co też go podkusiło, by skracać sobie drogę przez pole? Zaoszczędzał tym sposobem około dziesięć minut czasu, czyli jakąś jedną piątą tego, ile trwałby marsz szosą, więc stosunkowo niewiele. Zwłaszcza, że wcale mu się nie spieszyło.
Zastanawiał się teraz, skąd na polu było tyle wody. Ani ostatnio nie padało, ani też teren w okolicy nie był specjalnie podmokły. Tymczasem niemal całkiem przesiąkły mu buty, które niecały tydzień temu kupił na targu w sąsiedniej wiosce. W dodatku naciągnęły jakąś wyjątkowo cuchnącą cieczą, której woń unosiła się wyłącznie tuż nad łąką, na wysokości powyżej półtora metra od powierzchni będąc praktycznie niewyczuwalną. Uświadomił to sobie dopiero, gdy zahaczył nogą o wystający z ziemi korzeń i upadł na kolana. Co dziwne, woda nie cuchnęła wszędzie.
Ale po kolei. Nie dalej, jak sto metrów wcześniej, Michał schylił się by podnieść spomiędzy kępy traw butelkę po winie. Tam nie cuchnęło.
- No proszę – mruknął. – Niby to roboty na wsi nie ma, a butelki wszędzie leżą.
Schował trofeum do parcianej torby. Miał już sześć sztuk. Starczy na chleb. Odkąd zlikwidowano lokalny pegieer nie przelewało im się i liczył się każdy grosz. To, co skapywało z sołectwa za garażowanie w stodole sprzętu rolniczego nie starczało na długo. Trzeba było dorabiać zbierając butelki, puszki, złom i makulaturę lub imać się dorywczych prac. Do roli smykałki nie miał ani on, ani jego ślubna.
Po dalszych kilkudziesięciu krokach w wilgotnej trawie dostrzegł niewielką, grawerowaną szkatułkę.
- A cóż to? – zdziwił się schylając. – Butelki i puszki to jedno, ale żeby takie coś?
Piękna, ręczna robota. Aż z wrażenia przysiadł na kamieniu. Wtedy też jeszcze nie śmierdziało.
Przyjrzał się uważnie metalowemu pudełeczku na próżno próbując odczytać dziwne znaki pokrywające jego wieczko. Spróbował je otworzyć, ale zamknięcie nie chciało odskoczyć. Puściło dopiero, gdy mocno podważył je kozikiem. W wymoszczonym aksamitem wnętrzu spoczywała maleńka, przezroczysta, szklana fiolka z zielonkawym płynem.
- A to co za cholerstwo? – mruknął.
Wyjął naczynko i mrużąc oczy uniósł je przyglądając się zawartości pod światło. Płyn był klarowny, idealnie przeźroczysty. Powąchał. Było szczelnie zamknięte i nie uwalniało żadnego zapachu. Pogrzebał w pudełku, ale w wyściółce, poza fiolką nie było niczego. Wrócił do oglądania naczynia. Maleńka szyjka zatkana była korkowym czopkiem. Próbował wyciągnąć go palcami, ale, z uwagi na permanentnie obgryzane niemal do żywego ciała paznokcie, na próżno. Nóż też na wiele się nie zdał. Był zbyt duży. Bardziej nadawał się do zarzynania świń. Przejrzał kieszenie i torbę, ale nie znalazł nic, co pomogłoby mu uporać się z maleńkim korkiem. Schował naczynko do szkatułki, by później spróbować w domu, ale zanim pudełko zniknęło w torbie wyjął fiolkę ponownie i bez przekonania spróbował zębami. Mimo iż starał się być wyjątkowo ostrożny i delikatny, cienkie szkło pękło mu w ustach. Zerwał się z kamienia wypluwając kawałki szkła. Znajdujący się wewnątrz płyn nie miał żadnego smaku, jednak z obawy przed trucizną przez blisko minutę pluł zielonkawą pianą, aż ślina wróciła do naturalnej barwy. Ucieszył się, że nie pociął sobie ust i nie połknął szkieł. Schylił się po upuszczoną szkatułkę i wówczas coś rozbłysło mu przed oczami, a raczej boleśnie eksplodowało wewnątrz czaszki. Osunął się w trawę.
Nie był pewien ile czasu leżał bez przytomności, ale położenie słońca na niebie wskazywało, że nie trwało to zbyt długo. Rozejrzał się zdziwiony. Wówczas po raz pierwszy poczuł tą paskudną woń. Smród był okrutny i bardzo intensywny, nigdy czegoś podobnego nie wąchał. Z pewnością była to najbardziej przykra woń, z jaką kiedykolwiek miał do czynienia. Nawet pamiętna gnojówka starego Gęgały mniej cuchnęła, a to graniczyło wręcz z cudem.
Krążąca we wsi legenda głosiła, że gnojówka starego Gęgały cuchnęła tak strasznie, iż w końcu któregoś dnia spowodowała, że chłopina przechodząc obok dostał od tego smrodu zawrotów głowy i bez przytomności runął w jej śmierdzącą toń, topiąc się na śmierć. Ciała nigdy nie odnaleziono. Baby mówiły, że się rozpuściło na amen i teraz cuchnącego bajora pilnuje duch starego Gęgały. Zjawa podobno pojawiała się, gdy ktoś za bardzo zbliżał się do gnojówki i wówczas zaciskała na gardle takiego nieszczęśnika swoje kościste palce i wciągała go w przykrytą gnijącym kożuchem toń. Ludzie ze wsi nie dawali temu wiary, ale mimo to szerokim łukiem omijali dół, w którym bulgotała owa gnojówka i tylko nieliczni, co bardziej odważni śmiałkowie decydowali się podejść, by stanąć oko w oko ze zjawą i powąchać owianego złą sławą smrodu. Ponoć wrażenie było niezapomniane. A sam duch? Cóż. Każdy opisywał go inaczej, ale wszystkie opowieści niosły, że był straszny nie mniej niż ów smród.
Michał poderwał się i rozejrzał z obrzydzeniem próbując zlokalizować źródło paskudnego odoru. Szybko doszedł do wniosku, że wszystkiemu winna jest woda. Ta cholerna woda, której nie powinno tu przecież w ogóle być. Łąki zawsze były suche, nawet jak kilka dni lało. Od kiedy zmeliorowano okolicę, wieś nie miała problemu z mokradłami, które kiedyś zalegały w okolicach powodując, że trzeba było do sąsiedniej wsi chodzić naokoło, przez górki.
Kilkakrotnie splunął z obrzydzeniem. Woda, która ukazywała się w trawie pod wpływem nacisku stopy wcale nie wskazywała, że może być źródłem odoru. Była względnie czysta i przejrzysta. A jednak cuchnęła nieprzyzwoicie. Świadomość stąpania po tak plugawej nawierzchni spowodowała, że Michał capnął pobrzękującą zawartością torbę i ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonał biegiem. Tym samym zyskał na czasie podwójnie. Choć wcale mu na tym nie zależało. Za to w wyniku biegu popryskał sobie kurtkę na plecach i przemoczył spodnie niemal do kolan. Pomyślał o nowych butach. Po wysuszeniu, ciemnobordowego odcieniu skóra cholewek pewnie straci swój oryginalny błysk, a co gorsza, może wystąpić problem z pozbyciem się owej paskudnej woni, która cały czas uparcie docierała do jego nozdrzy zza pleców. Zdarł kurtkę i rzucił ją w krzaki. Była stara. Żadna strata. Butów nie wyrzuci, dopóki była nadzieja, że uda się je uratować.
Odcinek dzielący jego dom od miejsca, w którym wrócił na drogę odbył szybkim krokiem nie tracąc czasu na wizytę w sklepie. Zakupy nie uciekną. Musi przede wszystkim odkazić obuwie i umyć stopy. Kto wie. Jeszcze nabawi się jakiegoś wstrętnego choróbska. Na szczęście nie spotkał nikogo po drodze. Nie miał ochoty na rozmowę z kimkolwiek, zwłaszcza, że musiałby pewnie tłumaczyć swój wygląd i tym samym tracić cenny czas. Wpadł do domu trzaskając drzwiami i zanim ucichł huk, jaki skutkiem owego trzaśnięcia powstał, był już z powrotem na zewnątrz. Jego żona, Kryśka, która przywykła do raczej spokojnego usposobienia swojego ślubnego, wybiegła za nim na ganek, poważnie zaniepokojona, co też takiego mogło spowodować takie a nie inne jego zachowanie. Stała na podeście w milczeniu i z lekką bojaźnią obserwowała, jak Michał niezwykle energicznie naciąga wodę ze studni, kręcąc korbą z takim zapamiętaniem, jakby dopiero co powrócił z pola po całym dniu roboty bez kropli wody. Odezwała się dopiero, gdy mężczyzna zaczął jednocześnie zzuwać soje nowe buty, zaczepiając czubkiem jednego o piętę drugiego, co wyglądało dosyć zabawnie. Nie było jej jednakże do śmiechu, bo nad całą tą pozornie śmieszną sceną unosiło się coś w rodzaju aury jakiejś złowrogiej tajemniczości.
- Co ty robisz, Michaś?! – krzyknęła zaniepokojona.
Mężczyzna odrzucił buty niemal w tym samym momencie, w którym cebrzyk ukazał się nad cembrowiną. Wylał na obuwie całą jego zawartość i ponownie zaczął czerpać wodę, tym razem pozbywając się jednocześnie spodni.
- Michał?
Kobieta była coraz bardziej zdenerwowana. Wiedziała doskonale, że jej mąż również. Byli małżeństwem od ponad piętnastu lat, toteż zdążyła go już poznać na tyle dobrze, by wiedzieć, że w takich chwilach, jak ta, nie należy mu zawracać głowy pytaniami. Będzie chciał, to sam powie. Mimo tej wiedzy, niecodzienna sytuacja nie pozawalała kobiecie powrócić do domowej roboty. Cierpliwie obserwowała więc miotającego się przy studni małżonka, który ocierając pot z czoła, naciągał kolejne kubły wody, by natychmiast wylewać je to na buty, to na swoje nogi.
- Przynieś mydło i szczotkę! – krzyknął nagle nawet na nią nie spoglądając. – Albo lepiej proszek. Ten do gaci!
Kryśka nie tracąc czasu na zastanowienie, odwróciła się w progu i skoczyła do kuchni. Złapała blaszaną miednicę i załadowała do niej środki czyszczące. Po chwili była już na podwórzu.
Tymczasem przy studni zrobiła się już pokaźnych rozmiarów kałuża, wręcz bajoro.
- Bój się Boga, Michał…
Kobieta z bliska spojrzała na twarz męża i słowa uwięzły jej w gardle. Oczy mężczyzny płonęły szaleństwem, usta drżały wykrzywione grymasem strachu, był blady jak dupa młynarza. Zdawał się jej wcale nie dostrzegać. Gorączkowo wyciągał kolejne wiadra wody i powiększał coraz szerzej rozlewającą się kałużę. W pewnym momencie, gdy na górę docierał któryś z kolei kubeł, ociekająca wodą korba wyślizgnęła się ze zmęczonych dłoni i cebrzyk z furkotem łańcucha poleciał w dół. Żelazny uchwyt zakręcił się wściekle uderzając w czoło pochylonego nad nim Michała. Mężczyzna zatoczył się na rozchwianych nogach i zanim Kryśka zdążyła ruszyć mu z pomocą, poleciał w tył i runął na plecy w łopian porastający kępami okolicę studni. Kobieta rzuciła miednicę i skoczyła ku leżącemu. Poklepywanie po twarzy nie pomogło. Teraz ona zmieniła męża przy korbie, kręcąc zawzięcie. Po chwili capnęła pełne wiadro i zamaszystym gestem chlusnęła nieprzytomnemu na japę. Strumień zimnej wody podziałał w oczekiwany sposób. Leżący parsknął i z pomocą żony uniósł się do pozycji siedzącej. Potarł czoło i syknął. Skóra na głowie nie była przecięta, ale czuć i widać już było, jak rośnie pod nią guz. Ze zdziwieniem spojrzał na klęczącą przy nim kobietę.
- Co się stało? – spytał zaskoczony.
- Co się stało? – odparła kobieta oddychając szybko. – Pół obejścia zalane wodą. Sam zobacz, co żeś narobił!
Świadomość, że mężowi nic poważniejszego nie dolega sprawiła, że Kryśkę opuściła troska i lęk ustępując miejsca złości. Pomagając Michałowi wstać, wymyślała mu i utyskiwała sapiąc.
- Co cię ugryzło? Wpadłeś do chałupy, jak jakiś opętaniec, a wyskoczyłeś jakby cię kto w dupę ukłuł gorącym pogrzebaczem. Dorosły chłop, żeby w samych galotach po podwórzu latał! W niedzielę!
- W galotach? – wymamrotał mężczyzna bez zrozumienia.
Spojrzał na swoje skąpe odzienie, potem powiódł półprzytomnym wzrokiem po zalanym podwórzu, dostrzegł porzucone nieopodal, skołtunione spodnie, buty… Na widok obuwia oczy rozwarły mu się szerzej.
- To przez ten cholerny smród! – krzyknął. – Nowe buty!
- A żebyś wiedział, że nowe. Do kościoła miały być.
Widząc zafrasowaną i wystraszoną minę męża, szybko dodała uspokajająco:
- Wysuszy się, natrze pastą i z powrotem będą się świecić, jak bykowi jajca.
Upewniwszy się, że Michał pewnie już stoi na nogach, podwinęła spódnicę i ruszyła przez kałużę w kierunku wystających ponad powierzchnię cholewek.
- Zostaw je! – krzyknął nagle Michał. – Nie dotykaj tych cholernych butów! I wyłaź szybko z tej wody!
Kryśka, stojąc z nogami skrytymi za kostki, spojrzała na niego z pytającą miną.
- Wyłaźże mówię! – krzyknął.
Od strony obejścia ziemia wokół studni była mocno wydeptana i woda nie wsiąkała szybko. Skoczył do kobiety, ale zatrzymał się na brzegu rozlewiska wyciągając w kierunku niej ręce.
- I zostaw te cholerne buty!
Kryśka wyszła z kałuży.
- Siadaj na ławce – powiedział Michał.
Ledwie kobieta zdążyła przysiąść, a już mężczyzna capnął ją za nogi i zadarł ku górze.
- Rozum postradałeś!? – krzyknęła zaskoczona niemal przewracając się w tył. – Co wyprawiasz!? Przestańże, bo jeszcze kto zobaczy i ludzie będą później gadać, żeśmy bałamutniki.
Michał klęknąwszy obwąchał jej stopy, po czym usiadł obok niej i zbliżył do nosa swoje.
- Nie śmierdzą – rzekł wzdychając z ulgą.
- Co?
- Nie śmierdzą – powtórzył. – Nawet nie wiesz, jak śmierdziały wcześniej. W życiu nie czułem takiego smrodu.
- Co ty bredzisz?
Michał pokrótce opowiedział małżonce swoją przygodę. Wysłuchała go uważnie przyglądając mu się z ciekawością i troską.
- I jak to wytłumaczyć? – zapytał na koniec. – Skąd takie coś na naszych łąkach?
Kobieta parsknęła rozkładając ręce.
- A bo to mało śmierdzących rzeczy na świecie – powiedziała. – Może żeś w gówno jakieś wlazł i robisz teraz z tego wydarzenie.
- W gówno, w gówno – żachnął się ze złością. – A w gówno, nie w gówno!
Popatrzyła na niego kiwając głową dobrotliwie.
- Chodzi mi o to – dodał spokojniej, – że nie żadne tam gówno. Mówię ci, że ta woda tak cuchnęła. Ani chybi, ktoś musiał coś rozlać na polu.
- Może tą starą gnojówką od Gęgały podeszło? – zaproponowała.
- A gdzie tam – skrzywił się. – Mówiłem ci, że nawet gnojówka od starego Gęgały, to przy tym kadzidło. Z resztą, to za daleko, żeby tak podeszło.
Siedzieli przez kilka minut w milczeniu. Kryśka nigdy nie chciała dać wiary, że Michał naprawdę wąchał gnojówkę Gęgały, a jego ostatnie oświadczenie tym bardziej ją w tym przekonaniu utwierdziło. Coś cuchnącego jeszcze bardziej, niż gnojówka starego Gęgały? Toć to jakaś kompletna niedorzeczność. Sama osobiście również nigdy jej nie wąchała, a będąc kobietą z natury ciekawą i przy tym wcale nie bojaźliwą, nie mogła z tego powodu zaznać spokoju. Już jako dziecko podchodziła wraz z ojcem w okolicę starego obejścia, ale jej dzielny rodzic, mimo naprawdę dużej odwagi i niezaprzeczalnej hardości ducha, nie mógł zdobyć się na ten ostatni, decydujący krok, który pozwoliłby mu okryć się zasłużoną dozgonną sławą i chwałą. Mężczyzna poświęcił na to całe swoje życie, a mimo to nikt tego nie docenił.
Kryśka również czuła wewnętrzną potrzebę osobistego przekonania się o tym cuchnącym fenomenie. Gnojówka była dla niej wyzwaniem i, choć nikomu się nie pochwaliła, cały czas o tym myślała, dojrzewała do tej misji i była pewna, że kiedyś się zdecyduje. Inaczej jej dusza nie przestanie się kołatać i domagać wyjaśnień, a bohaterska śmierć jej ojca próbującego dosłownie zgłębić trawiącą wszystkich tajemnicę, pójdzie na marne. Nigdy sobie nie wybaczyła, że nie było jej wówczas przy boku rodzica. Może wtedy nie zginąłby wciągnięty w piekielne odmęty gnojówki? Niewdzięczni ludzie gadali, że się opił i sam wpadł w bajoro, podobnie jak stary Gęgała, ale ona wiedziała, że to nieprawda. Że to zły duch się o niego upomniał.
Przymrużyła oczy w zadumie. Słońce zaczęło z wolna chylić się ku zachodowi, na widocznym za chałupą horyzoncie niebo nabrało pomarańczowego odcienia.
- Bardziej mnie ta szkatułka ciekawi – powiedziała w końcu.
- Szkatułka?
- No mówiłeś, że zanim zaczęło śmierdzieć, to żeś jakieś pudełko znalazł. Z tą małą flaszczyną.
Michała jakby olśniło. Wstał i po chwili wrócił z torbą, którą wcześniej porzucił za studnią. Po brzdęku słychać było, że nie wszystkie butelki doniósł w całości.
- Szlak by to – mruknął odpinając blaszaną klamrę.
Zajrzał do środka i zaczął ostrożnie wyjmować kawałki szkła.
- Co jest? – bąknął podirytowany.
Na ziemię kolejno powędrowały butelki, zawinięta w poplamiony papier bułka z konserwą, mała gumowa kaczuszka znaleziona po drodze w rowie przy starej wędzarni i atrapa suszonych borsuczych jąder, którą kupił na jarmarku. Na widok tych ostatnich oczy kobiety rozbłysły radośnie.
- Och, Michaś! – krzyknęła porywając w drżące dłonie niespodziewany prezent – Pamiętałeś! I po co było zmyślać tą historyjkę ze szkatułką!
To powiedziawszy pocałowała męża soczyście. Michał pod wpływem ostatnich wydarzeń zupełnie zapomniał, że kupił żonie upominek. Miał być na gwiazdkę, a tak? Cóż. Nie wypadało teraz odbierać, by później dać ponownie. Poza tym nie to było w tej chwili najważniejsze. Co innego zaprzątało mu myśli.
- Gdzie rzesz się podziała? – mruknął ignorując wdzięczność i słowa kobiety.
Kryśka przyjrzała mu się z niedowierzaniem. Radość po woli ustępowała irytacji. Była zła, że mąż nie dał jej możliwości należycie cieszyć się z prezentu.
- Och, daj spokój – powiedziała z irytacją. – Czego ty szukasz?
- Powinna przecież tutaj być – rzekł. – Pamiętam, że ją chowałem.
Wytrzepał z torby całą zawartość. Po szkatułce nie było śladu.
- Ale co?
- No, szkatułka. Przecież ci mówiłem.
- Myślałam, że zmyśliłeś, żeby…
- Cholera!
Rzucił torbą o ziemię, potem ją kopnął i usiadł powrotem.
- Pewnie wypadła, jak biegłem.
Ponownie zamilkli na kilka chwil. Czas płynął, choć sprawiał wrażenie zupełnie odwrotne. Powietrze było parne i gorące, bzyczały owady, z oddali słychać było ryk krów gotowych do wieczornego dojenia.
- Do Bączkowskiego na karty miałeś na siódmą iść – powiedziała w końcu Kryśka opierając głowę o ramię męża
- Odechciało mi się – odparł. – Chodźmy do domu.
Wstali i omijając wodę ruszyli ku otwartym szeroko drzwiom. Michał spojrzał na wystające cholewki i westchnął.
- Szkoda ich – powiedział. – Takie piękne były.
- Oj, tam od razu były – zaoponowała Kryśka biorąc go pod łokieć. – Jak takie porządne, jak miały być, to wyschną i nic im nie będzie.
Pokiwał głową bez przekonania. Weszli do domu.
- Zupy ci wleję – rzekła.
- Nie jestem głodny. Położę się na chwilę. We łbie mi się kręci.
- Od tej korby – oceniła. – Łupnęło tak, że myślałam, żeś już zimny trup. Małego Kolaśkę jak koń w zeszłym roku kopną to mu czerep się rozdupczył na dwie połówki, że i nie było co nawet po księdza posyłać, a przecież ciebie nie mniej pierdyknęło.
- Nie tak łatwo mnie wykończyć – powiedział siadając na pryczy.
- Przyłóż masła, żeby bani sinej za dużej nie było, bo ludzie znowu będą gadać, żeś się po pijanemu do piwniczki po schodkach stoczył.
- Jak to znowu? – zainteresował się mężczyzna. – Kto gadał?
- Nie ważne kto, ważne co.
- Ale przecież już wiem co, ale nie wiem kto? – upierał się. – Mów kto?
- Baby w sklepie gadały – odparła wymijająco.
- Które baby?
- Oj które, które – podirytowała się Kryśka. – Przecież nie do mnie gadały, tylko jak mnie nie było. Powtórzyła mi później stara Malinowska, bo słyszała, jak tak gadały, żeś pijak, tyfus i lebiega.
- Co?
Tak rozprawiając doszli do chałupy.
- Połóż się – poprosiła łagodnie kobieta – a ja zaparzę ci kropli, tych na spirytusie, co ci dobrze na sen robią. Jak się prześpisz, to ci się i poprawi jak ręką odjął.
- Ale, że te baby takie wścibskie i kłamliwe, żeby takie pierdoły pleść? – mamrotał lokując się na wąskiej, twardej pryczy ustawionej wzdłuż kaflowego pieca, o tej porze roku zupełnie chłodnego. – Ciemnota i głupota. Pewnie ich chłopy same tylko piją na umór, a potem się przewracają i łby rozbijają, to i te durne śmondy myślą, że wszystkie tak samo ciągną bimber bez pomyślunku. Skaranie boskie z tymi tępakami. Że też toto łazi po świecie i żadna choroba tego nie weźmie i ludziom porządnym spokoju nie zada. Tylko co który człowiek porządny, to go od razu tyfus splami albo inny liszaj oblezie, że i nawet się dobrze życiem nie zdąży nacieszyć należycie. Oj niesprawiedliwe te czasy coraz bardziej, a lepszych jak nie widać, tak nie widać. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie się w dębową jesionkę ubrać i do dołu spać położyć na wieczny spoczynek. Byle tylko ciemnego i głębokiego, żeby tych wszystkich plugastw więcej nie słyszeć i nie patrzeć na te tępe i wredne pyski.
Mężczyzna wyciągnął się wygodnie i po chwili zaczął z cicha pochrapywać od czasu do czasu przerywając, by powiedzieć coś coraz bardziej niezrozumiałego. Kryśka milczała, cierpliwie czekając aż Michał się wygada i zaśnie, jak to zwykle bywało w podobnych sytuacjach. Wiedziała, że mąż pomarudzi, pojęczy, ponarzeka, niewyraźnie pobełkocze, by w końcu na dobre się rozchrapać.
Odstała kilka minut w drzwiach i upewniwszy się, że zapadł w sen, wyszła z chałupy i ruszyła do stodoły. Odszukała grabie na najdłuższym stylu i tak wyposażona stanęła na skraju nieco pomniejszonego, niespiesznie jednak wsiąkającego już bajora. Uważając, by nie zamoczyć nóg wygarnęła ubłocone buty. Nie podzielała obaw męża, ale na wszelki wypadek wolała zachować ostrożność. Zahaczyła grabiami za sznurowadło i uniosła pod nos ociekający kamasz. Aż kaszlnęła odskakując i odrzucając jednocześnie roztaczający nieopisany wręcz fetor but.
- O Jezu – stęknęła parskając.
Omijając źródło smrodu szerokim łukiem podeszła na skraj wody od przeciwnej strony i uklękła pochylając się nad odbijającą obraz chałupy powierzchnią. Żadnego fetoru. Woda pachniała świeżo. Ziemią, trawą, wiejskim życiem i letnią, wieczorową porą. Spojrzała na ociekające, pociemniałe od wilgoci obuwie.
- Kryśka!
Odwróciła się zaskoczona. Na ganku nieoczekiwanie pojawił Michał, który wzywając ją zamaszystymi gestami maszerował ku niej purpurowy z wściekłości. Widać nie spał tak mocno.
- Chciałaś mi ją odebrać? – ryknął. – Ty zdziro. Nie daruję ci!
Kobieta patrzyła jak kroczy w samych galotach z rozwichrzoną fryzurą, bosy z zaciśniętymi pięściami.
- O co ci chodzi? – odparła zdziwiona i mocno wystraszona.
- Dobrze wiesz, karwasz twa mać – kontynuował atak wykrzywiając usta w grymasie nienawiści. – Myślałaś, że usnę, a ty ją sobie przywłaszczysz! Ty szmato podstępna! Rację miała mamusia jak mnie ostrzegała, żeś wredna i kłamliwa! Ale już ja cię oduczę tego wszystkiego. Raz na zawsze.
Zarechotał chorobliwie.
- Ale co? – nie rozumiała kobieta blednąc niepokojąco. – Chciałam tylko te buty wyłowić i ...
- Dupa, nie buty!
Był już po drugiej stronie kałuży, ale najwyraźniej w dalszym ciągu obawiał się wkroczyć w jej wody, bo zaczął ją teraz ostrożnie okrążać uważając, by przypadkiem nie zmoczyć stóp.
- Przyznaj się – cedził przez zaciśnięte zęby. – Gdzieś ją schowała? Powiedz po dobroci, to ci oszczędzę męki.
Kobieta widziała, że mąż nie zachowuje się normalnie. Nie był sobą. Wolno wyprostowała się na kolanach. Wspomnienie odrażającego fetoru wierciło jej w nosie nie pozwalając skupić myśli.
- Gdzie schowałaś szkatułkę, krówsko?! – syknął Michał będąc zaledwie kilka kroków od niej.
Zanim zdążyła odpowiedzieć powierzchnia kałuży zabulgotała i niemal w tej samej chwili kobieta zniknęła wciągnięta z niesamowitą siłą pod mętną taflę.
Michał jakby odzyskał panowanie nad własną osobowością. Chorobliwy grymas wściekłości zastąpił wyraz lęku i przerażenia.
- Kryśka! – ryknął skacząc ku miejscu, w którym jeszcze przed chwilą klęczała.
Dopadł go, ale po żonie pozostały już tylko unoszące się na powierzchni sandały. Nie zastanawiając się złożył dłonie jak do modlitwy i niczym zawodowy pływak skoczył w ślad za kobietą. Woda rozstąpiła się przed nim ukazując jego przekrwionym z przerażenia oczom dno kryjące się kilka centymetrów niżej. Nie przygotowane na taką przeszkodę ręce rozwarły się na boki, palce wykrzywiły z niepokojącym trzaskiem, głowa boleśnie zaryła w rozmiękłą ziemię. Krztusząc się i parskając zaczął brodzić na klęczkach macając dno. Wstrząs spowodowany uderzeniem i ból w dłoniach nieco wróciły mu jaźń.
- Kryśka! – wrzeszczał. – Kryśka!
Stał po kostki w wodzie, z nosa sączyła się krew. Miał wywichnięte trzy palce i zerwany paznokieć, ale w tym momencie zupełnie tego nie odczuwał. Ze skrajnym niedowierzaniem lustrował powierzchnię wody zmrużonymi, zanieczyszczonymi brudną wodą i załzawionymi oczami, dysząc ciężko i ocierając z twarzy błoto, które cisnęło się do ust i nozdrzy. Pierś falowała mu ciężko, nogi drżały, usta nie mogły znaleźć słów, by odpowiednio oddać targające nim wewnętrzne emocje. Co się stało? Jak to możliwe? Czy to wszystko działo się naprawdę? Co on najlepszego narobił? Z nadzieją spojrzał ku chałupie licząc, że zobaczy stojącą na ganku Kryśkę pukającą się w czoło z dobrodusznym uśmieszkiem. Zamiast niej dostrzegł przemykający po ziemi cień, który przepełznął w poprzek po powierzchni kałuży i zniknął pomiędzy liśćmi łopianu. Z miejsca, z którym przerażony i zdziwiony niecodziennymi wydarzeniami Michał stracił cień z oczu, oślepił go srebrno pomarańczowy refleks. Światło zachodzącego słońca odbijało się w lśniącej, idealnie wypolerowanej powierzchni. Zamarł na chwilę. Niedaleko studni dostrzegł szkatułkę. Musiała wypaść, gdy gorączkowo rzucił torbą zanim jeszcze zaczął obmywać buty. Skoczył ku niej rozchlapując na boki mętną wodę. Drżąc z podniecenia usiadł na ławeczce przyglądając się pudełku. Tym razem wieczko odskoczyło bez najmniejszych problemów. Wewnątrz znajdowała się fiolka z zielonym płynem. Michał odetchnął z ulgą.
- A już się bałem – wymamrotał.
Wstał i ruszył do domu zupełnie zapominając o żonie. Gdy mijał kałużę, spod jej powierzchni wystrzeliło ramię, a zaraz za nią ukazała się postać Kryśki. Silne palce zacisnęły się na kostce Michała, raniąc ciało do krwi.
- A ty gdzie, gagatku? – syknęła zmienionym, nieco gulgoczącym głosem.
Michał chciał odskoczyć od brzegu, ale uścisk był zbyt silny. Kurczowo przyciskając szkatułkę do piersi, zgiął w kolanie wolną nogę, ale zawahał się. Wówczas szczerząca zęby twarz jego żony zmieniła się przybierając wygląd starego, pomarszczonego mężczyzny. Chociaż minęło już tyle lat, Michał bez trudu ją rozpoznał. Gęgała. Kopną z całej siły w mokrą, oblepioną włosami i błotem twarz. Raz, drugi, trzeci. Głowa odskakiwała w tył, jak w automacie, ale uścisk nie zelżał. Na chwilę przerwał przerażony, gdy dostrzegł, że to jednak jego Kryśka, która być może oczekuje od niego pomocy. Wyciągnął ku niej rękę, gdy wówczas kobieta uśmiechnęła się złowróżbnie ukazując pod skrwawionymi wargami wyszczerbione zęby, efekt jego panicznego wierzgania.
- Jest moja, chwaście – wybełkotała sięgając ku szkatułce.
Michał otrząsnął się z chwili zawieszenia i zaczął panicznie macać dłońmi w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mu posłużyć za oręż skuteczniejszy, niż pozbawiona buta stopa. Mętna, brudna woda sięgała coraz wyżej, kobieta ciągnęła go mocno w głąb niemalże czarnej, lodowatej mimo upalnego dnia toni. Wściekłe, nienawistne oczy świdrowały mu myśli, zimne wargi i szczerbate dziąsła zamknęły się na wielkim palcu jego odsłoniętej stopy. Poczuł przeszywający ból i z przerażeniem ujrzał, jak kobieta najpierw odrywa, a zaraz potem wypluwa jego ociekający krwią palec, wykrzywiając usta szyderczo.
- Oddawaj – syknęła plując szkarłatną pianą. – Albo odgryzę ci kutasa.
Pokonując dojmujący ból i jednocześnie uważając, by nie wypuścić cennego pudełeczka przekręcił się na bok i obrzucił okolicę szybkim spojrzeniem. Dostrzegł butelki. Na szczęście były w zasięgu ramienia. Capnął pierwszą i z całej siły trzasnął parskającą głowę z boku, na wysokości skroni. Butelka i głowa wydały głuchy, nieprzyjemny dźwięk. Huknął raz jeszcze, aż szkło rozprysło się w drobne kawałki. Sięgnął po drugą i trzasnął raz jeszcze celując w zęby, również tłukąc szkło. Poczuł, że uścisk słabnie. To dodało mu otuchy i wiary w siebie. Chwytał kolejno pozostałe butelki i wkładając w uderzenia wszystkie siły, jedna po drugiej roztrzaskał je o coraz bardziej zmasakrowaną, nie przestającą bełkotać głowę. Gdy huknął ostatnią, był już oswobodzony, a ciało znikało pod powierzchnią.
- Giń, poczwaro – stęknął i przeturlał się jak najdalej od kałuży.
Z bezpiecznej odległości wpatrywał się w wodę oczekując nie wiadomo czego, bezwiednie głaskając przy tym czule wieczko pudełka. Już miał wstawać, gdy na powierzchni zaczęły pojawiać się pęcherzyki powietrza, najpierw ledwo widoczne, malutkie, jak wypuszczane przez ryby w akwarium, następnie nieco większe, podobne do tych w garczku z wrzącą cieczą. Z każdą chwilą woda również jakby gęstniała, upodobniając się wreszcie do powierzchni wulkanicznych bajor z gorącym, bulgoczącym błotem. Tłuste bąble jeden po drugim rosły coraz szybciej i zajmując niemal całą przestrzeń kałuży wybuchały z plaśnięciami rozsiewając wkoło krople gorącej, żrącej mazi, która trawiła, paliła i truła trawę, łopian, ziemię. Wszystko.
Michał odskoczył na względnie bezpieczną odległość i, co chwila odwracając się przez ramię, pognał do stodoły. Po chwili wewnątrz coś huknęło, wielka, drewniana brama wystrzeliła z zawiasów i na podwórze wypadł, czarno czerwony traktor strzelając z rury wydechowej, emitując do atmosfery kłęby ciemnych spalin. Maszyna runęła w kierunku bramy wyjazdowej. Tymczasem kałuża znacznie się już rozprzestrzeniła przybierając wygląd rozlewającego się kopca brudnego, cuchnącego budyniu, z którego co i rusz tryskały fontanny żrącej wszystko, kwaśnej mazi.
Mimo niecodziennej, groteskowo makabrycznej sytuacji Michał miał wrażenie, że najgorsze dopiero może się wydarzyć. Nie tracąc czasu na ratowanie skromnego dorobku życia minął złowróżbne bajoro i z trzaskiem rozjechał klatki dla kur. Przerażone ptaki piszczały i gdakały miażdżone lub rozpierzchały się na boki miotając wokół pióra i skorupy jaj. Mężczyzna poczuł na skórze żar i duszący dym bijący od rozlewiska, kilka trujących kropel dosięgło go, boleśnie paląc skórę i ciało, wżerając się w nie jak w masło. Zacisnął zęby i zbagatelizował przejmujący ból, jeszcze mocniej pociągając za drążki i wciskając pedały do samej podłogi. Niemal udało mu się już dotrzeć do bramy, gdy piętrząca się już na wysokość dachu chałupy dymiąca hałda plunęła w kierunku uciekającego z wyciem traktora, wielką, nieregularną bryłą mazi. W momencie, gdy maszyna mijała właśnie chlewik wrząca substancja dosięgła kierowcę, przywierając z plaśnięciem do jego pleców. Michał syknął z bólu. Poczuł, że traci dech i władzę nad ciałem, nozdrza wypełnił swąd palonej skóry i włosów. Przywierająca, dymiąca substancja zaczęła wypuszczać cienkie macki i oplatać się wokół szyi i brzucha mężczyzny. Próbował ją zrzucić, ale przy każdym kontakcie z trującą substancją jego ciało topniało, skwierczało i kurczyło się boleśnie. Z przerażeniem patrzył na swoje ręce, z których początkowo znikły palce, potem nadgarstki, pozostawiając tylko dymiące, kurczące się kikuty.
- Nie tak szybko – usłyszał szept.
Maź przybrała groteskową postać starego Gęgały, który zaraz ustąpił miejsca uśmiechniętej złowróżbnie Kryśce. Kobieta bez słowa zacisnęła dłonie na szyi mężczyzny, wtapiając palące palce w skórę, wnikając w głąb ciała tamując oddech i krążenie. Przywarła do jego przerażonych ust płonącymi kwaśnym żarem wargami zlewając się z nimi w bulgoczącą, skwierczącą i drgającą konwulsyjnie całość. Traktor zwolnił, skręcił, ze zgrzytliwym stęknięciem uderzył w ścianę chałupy i znieruchomiał.
Okolicę wypełniła cisza. Zakłócał ją jedynie słabnący bulgot gotującej się w sadzawce, spiętrzonej mazi, która jednakże zaczynała z wolna wracać, skąd wypełzła. Żadnych dźwięków nie wydawała również podrygująca na miejscu kierowcy, bliżej nieokreślonych kształtów, tętniąca bryła. Masa mazi z wolna, majestatycznie, jakby z trudem przechyliła się na bok i przelała się przez burtę kabiny spływając na ziemię. Na podobieństwo pozbawionego muszli ślimaka zaczęła pełznąć ku coraz słabiej bulgoczącemu bajoru, z którego zaczęły rozwlekać się na boki wijące, tłuste macki. Zgarniały wszystko, co miały na drodze. Narzędzia, roztrzaskane klatki dla zwierząt, naczynia, fragmenty ogrodzenia, wyłapywały ptactwo i inną zwierzynę, która dotychczas nie zdążyła uciec na bezpieczną odległość. Lepkie ramiona ciągnęły ku nienasyconemu jak przepastna paszcza bajoru i pakowały do niego wszystko, co tylko zdołały chwycić, jakby próbowały jednorazowo zadośćuczynić wiekom głodu całej ludzkości. Tętniące trzewia dymiły, pluły i parskały pochłaniając łapczywie wszelki pokarm, bryła cuchnącej mazi co chwila to powiększając się to znów topniejąc i rozlewając się na boki błotem, wystrzeliwała z niesamowitą mocą ku coraz bardziej odległym, łakomym kąskom. Żrące wstęgi owinęły się wokół ciągnika i targnęły nim w tył, szarpiąc i drąc zgrzytającą pod naciskiem klejącej siły blachę, jak pergamin i wlokąc go ku centrum rozlewiska. Po chwili traktor z plaśnięciem zniknął pod bulgoczącą powierzchnią, nienasycona substancja zaczęła się uspokajać, rzednąć i cofać ku swoim piekielnym źródłom.
Wraz z ustającym bulgotem i łagodniejącą powierzchnią bajora wszechogarniające milczenie przyrody zaczęły zakłócać coraz bardziej śmiałe śpiewy ptaków, jęły ponownie docierać odgłosy tętniącej życiem wsi, która na pewien czas jakby zamarła lub została odcięta od centrum wydarzeń niewidoczną, dźwiękoszczelną barierą. Po kilku minutach na podwórzu rozlewała się tylko niewielka sadzawka, a po dalszej krótkiej chwili jedynie płytka kałuża. Na jej powierzchni unosiła się para sandałów.

Motel Pod Wesołą Kapustą

Zerwał się z krzykiem. Wrzasnął bardziej ze złości niż ze strachu. Może też po trosze ze zdziwienia. Nie lubił załatwiać swoich potrzeb na łonie natury, ale tym razem zmusiła go do tego sytuacja. I na domiar złego użądliła go osa. W dupę. Pocieszał się, że nie w trakcie, tylko jak już podciągał portki. Przynajmniej się nie pobrudził.
Bobby Rakietnica od blisko trzech godzin maszerował szosą stanową. A zapowiadało się na tak piękną przygodę. Tymczasem odkąd opuścił stację benzynową, przy której wysadził go poprzedni kierowca, nie minął go ani jeden samochód. W żadną stronę. Słońce paliło niemiłosiernie, mokre ubranie kleiło się do przepoconego ciała. W duchu klął pracownika stacji, który zapewnił go, że nie zdąży ujść mili, a już z pewnością złapie transport. Uwierzył, czemu miałby nie wierzyć. Nie lubił ślęczeć bezczynnie wyczekując, zwłaszcza że mężczyzna wydał mu się jakiś podejrzany. Niby nic takiego nie zrobił, ale dziwnie się przyglądał. Wzbudzał niezidentyfikowany, permanentny niepokój. Taki wampir energetyczny, jakich, na szczęście niezbyt często, spotykał na swej drodze.
Przeszedł już ponad dwadzieścia mil i monotonia krajobrazu wprawiała go w coraz podlejszy nastrój. Wyjałowione stepowe pola, suche krzewy i kępy karłowatych drzew. Szosa wiła się leniwie, ginąc na horyzoncie wśród gór, które za nic nie chciały się zbliżyć. Zaczynał żałować pomysłu spędzenia wakacji z autostopem. Mógł wynająć luksusowy hotel gdzieś na Wybrzeżu, czy w górskim kurorcie, spokojnie polecieć samolotem i wygrzewać się teraz na gorącym piasku plaży lub podziwiać górskie krajobrazy. Pełny portfel na tym pustkowiu nie przydawał się do niczego. Mógł jedynie podcierać dupę dwudziesto dolarówkami.
Wycisnął piekący jad, roztarł bolące miejsce i ruszył dalej. Po kolejnej godzinie marszu usłyszał cichy warkot silnika. Z naprzeciwka nadjeżdżała zdezelowana furgonetka. Kierowca najpierw minął go, ale po chwili zwolnił, zatrzymał się i wycofał równając się z piechurem. W oknie szoferki ukazała się ogorzała twarz kierowcy z mocno przymrużonymi oczami. Mężczyzna miał na głowie poplamioną, jeansową czapkę z daszkiem, spomiędzy wyszczerzonych, zaciśniętych zębów sterczał mu własnoręcznie wykonany skręt
- Ile do miasteczka? – rzucił zasapany Bobby.
- A, to zależy do którego – odparł kierowca wyjmując z ust jointa i dla odmiany racząc się piwem pociąganym z otworzonej z sykiem puszki.
Bobby tęsknie popatrzył na pokryte zimnymi kroplami rosy blaszane opakowanie schłodzonego napoju .
- Do najbliższego – rzekł.
- Do najbliższego, chłopcze, to będzie ze sto mil.
- Co?
- To, co słyszysz. Najbliższe miasteczko przy tej trasie jest ze sto mil stąd.
Bobby przeklął siarczyście.
- Ale nie dalej niż pięć – dodał z błyskiem w oku kierowca. – Jest stary motel z barem. Stoi tu odkąd pamiętam. Jak nic z pół wieku. Albo i więcej.
Widząc niezdecydowanie na twarzy Bobbyego rzekł:
- Ale jadę do stacji zatankować. Chcesz, to cię podrzucę.
- Dzięki – odparł. – Właśnie stamtąd idę.
- Uuu, chłopcze. Toś kawałek drogi przemaszerował!
Mężczyzna otworzył nową puszkę piwa i podał Bobbyemy, który nie siląc się na uprzejmości, przytknął ją do spierzchniętych, spragnionych ust. Kierowca w geście pozdrowienia przytknął palce do daszka czapki i po chwili furgonetka kołysząc się na boki odjechała wolno i po paru minutach zniknęła w drżących nad rozgrzaną palącym słońcem nawierzchnią drogi warstwach powietrza. Bobby schował puste opakowanie do płóciennego, wojskowego worka i ruszył przyspieszając kroku. Pięć mil w taki upał to niemało, ale wizja chłodnej kąpieli dodawała mu sił.
Doszedł szybciej, niż się spodziewał. Budynek był dosyć duży, dwupiętrowy z przylegającym do niego szerokim, zagraconym podwórkiem. Nad głównym, szerokim wejściem górowała sporych rozmiarów, wykonana z blachy, uśmiechnięta główka kapusty. Przybrudzony szyld zachęcał napisem, „Motel ‘Pod Wesołą Kapustą’. Bar non stop. Wolne pokoje. Gorąca woda”.
- Co za nazwa? – burknął Bobby i pchnął skrzypiące, drewniane drzwi.
Bar był pusty. Prawie pusty. Poza właścicielem, przy jednym z wielu stolików siedział pochylony, a raczej skulony mężczyzna. Wnętrze było przestronne, widne i, wbrew oczekiwaniom Bobbyego, całkiem przyjemne. Nie cuchnęło uryną, stęchlizną, starym tytoniowym dymem, kwaśnym piwem i kapustą. W powietrzu unosił się delikatny trudny do sprecyzowania, tajemniczy, kręcący w nozdrzach zapach wonnego kadzidełka.
- Dzień dobry – powiedział wesoło siadając przy barze.
Barman przerwał wycieranie kufla i skinął głową. Siedzący w głębi sali gość mruknął na powitanie coś niezrozumiałego, ale w tonie jego głosu nie czuć było wrogości, raczej niepokój.
- Jestem Bobby Rakietnica.
Barman ponownie skinął głową.
- Dostanę pokój i kolację? – dodał.
Barman napełnił kufel pienistym płynem i ociekający postawił na kontuarze. Bobby wypił od razu połowę.
- Dziękuję – rzekł. – Tego było mi trzeba.
Rozejrzał się wokół siebie, na krótką chwilę zatrzymując wzrok na skulonym przy zupełnie pustym stoliku kliencie. Wyglądał na zagubionego, wylęknionego.
- To jak będzie z tym pokojem? – ponowił pytanie odwracając się do barmana. – Znajdzie się coś? Nie macie tu chyba zbyt wielu gości – dodał kiwając brodą w kierunku nieznajomego.
- Wielu nie – odezwał się wreszcie szynkarz również mierząc wzrokiem siedzącego przy stoliku. – Hej! – krzyknął w jego kierunku. – Czas już na ciebie!
Mężczyzna wolno uniósł się od stolika i unikając wzroku Bobbyego niepewnym krokiem ruszył ku wyjściu. Będąc przy drzwiach popchnął je energicznie i puścił się pędem, jakby goniło go stado wściekłych mściuchów.
- Ten ma już dosyć – powiedział gospodarz.
Miał bardzo głęboki głos, co niezbyt harmonizowało z raczej drobnej budowy ciałem. Bobby stwierdził, że do mężczyzny bodaj w każdym elemencie, prócz głosu, pasuje określenie „średni”. Średni wiek, średni wzrost, średnia tusza, średniej długości włosy i broda.
- To zależy – dodał.
Widząc pytające spojrzenie klienta, barman pospieszył z doprecyzowaniem:
- To zależy, co kto uważa, za wiele. Bywają tacy, co dwie osoby biorą za tłum.
Bobby odstawił pusty kufel i rozejrzał się po lokalu.
- Mnie chodziło tylko o pokój – powiedział.
- Znajdzie się. To zależy, jak bardzo panu na nim zależy.
- Zależy, jak bardzo mi zależy? – parsknął wesoło. – Co to niby ma znaczyć? Jakiś kalambur?
- Nic, ponadto, co powiedziałem – odparł spokojnie barman. – Jeśli bardzo panu zależy, to się znajdzie. Jeśli nie bardzo, to się nie znajdzie.
Chłopak przyjrzał się uważniej mężczyźnie, ale nie udało mu się z jego twarzy wyczytać niczego, poza obojętnością.
- Pan sobie ze mnie żartuje? Spodziewa się pan najazdu pielgrzymów, czy jak?
- Nie.
Bobby poruszył się niespokojnie.
- To jak mam w takim razie przekonać, że bardzo mi na tym zależy?
- Nie musi pan przekonywać. Wystarczy powiedzieć.
- Wystarczy, że powiem, że bardzo zależy mi na pokoju i wówczas go dostanę?
- Tak.
- A jeśli po prostu zapytam, czy są wolne pokoje, to co?
- To usłyszy pan, to, co przed chwilą.
- To znaczy?
- Że jeśli bardzo panu zależy, to tak.
Chłopak wytarł spotniałą twarz w wilgotną koszulkę.
- Bardzo zależy mi na tym pokoju – powiedział z wolna tracąc humor. – I na kolacji.
- Bardzo proszę – rzekł barman sięgając pod kontuar. – Tu ma pan klucz. Schodami na drugie piętro i w lewo. Pokój numer siedemset trzy.
- Siedemset trzy?
- Coś nie tak?
- Nie, no w sumie, to wszystko w porządku. Nie sądziłem, że macie tu aż tyle pokoi.
Ruszył we wskazanym kierunku.
- A może powinienem pojechać windą? – rzucił nieco ironicznie.
Barman przyglądał mu się dziwnie, zagryzając paznokieć małego palca.
- Później pan pojedzie – rzekł. – Jeśli panu bardzo zależy.
Nie od razu znalazł swój pokój. Numer siedemset trzy sąsiadował z pokojami numer sto dwadzieścia cztery i trzy tysiące pięćset dwadzieścia osiem. Na piętrze było jeszcze siedem innych o równie absurdalnej numeracji. Pokój był zadbany, przestronny i skromnie, ale praktycznie urządzony. Niewielka, wyłożona gustownymi kafelkami łazienka wyposażona była w kabinę prysznicową i toaletę.
Bobby wziął prysznic i zmienił ubranie. Dopiero po kąpieli poczuł jak bardzo jest głodny. Zasznurował buty i ruszył do baru. Po drodze zajrzał na pierwsze piętro. Numeracja pokoi zaczynała się od jeden i kończyła na piętnaście. Naliczył czternaście pokoi. Raz jeszcze przeszedł skryty w półmroku korytarz, ale nie mógł znaleźć brakującego numeru. Ilekroć uznawał, że brakuje na przykład siódmego, to zaraz go odnajdywał. Było tak z każdym, którego akurat szukał. Po kilku minutach uznał, że wszystkiemu winne jest zmęczenie, głód i ciemność. Zastukał w kilkoro drzwi, ale, tak jak się spodziewał, nie uzyskał żadnego efektu. Zszedł na dół. Zbliżała się pora kolacji, a on nie jadł niczego prócz nieco mdłego w smaku wafla, który nabył na zapuszczonej stacji benzynowej.
- Mogę prosić menu? – zagadnął barmana
- Nie ma menu – odparł oschle mężczyzna. – Na co ma pan ochotę?
Bobby Rakietnica postukał się wskazującym palcem w policzek.
- Ochotę to ja mam na wiele rzeczy – rzekł. – Mógłbym wymieniać do rana. Prościej będzie, jak pan powie, co w ogóle mogę dostać.
- Zapewniam, że będzie łatwiej, jak to pan zacznie.
Bobby po raz kolejny przyjrzał się właścicielowi. Miał bardzo nieokreślone rysy twarzy, jakby rozmyte. Pomyślał, że trudno byłoby go opisać.
- Chciałbym siekane zrazy jagnięce nadziewane delikatnym, borówkowym miąższem, pierogi z farszem z borsuczych jąder i lekko solonej ikry makreli, do tego sałatkę z nosów młodych bobrów z owczym serem na ostro.
Ku zdziwieniu Bobbyego barman zanotował zamówienie.
- Coś do picia? – rzekł.
- Żartuje pan?
- Nie.
- W takim razie proszę butelkę białego wina, najlepiej San Diego d’ Jabbolejro, rocznik 1876.
- Proszę usiąść przy stoliku – powiedział barman. – Za chwilę podamy.
Barman zachowywał całkowitą powagę. Bobby stał z niezdecydowaną miną.
- To może jeszcze tylko kufel piwa na początek?
Mężczyzna bez słowa spełnił życzenie klienta. Bobby usiadł przy stoliku popijając gorzkawy napój. Co za dzień? Pewnie przyjdzie mu do jutra siedzieć z pustym żołądkiem. Żałował, że zatrzymał się w tym miejscu. Ale w końcu nie miał zbytniego wyboru. Do miasteczka było za daleko na pieszą wędrówkę. Może jeszcze zjawi się jakiś kierowca, który zechce podrzucić go bliżej cywilizacji.
Nie zdążył wypić piwa, gdy zza lady wyłonił się barman z obficie zastawioną tacą. Na stole kolejno wylądowały wszystkie zamawiane przez niego potrawy. Na koniec właściciel odkorkował butelkę wina.
- Pan sobie życzy, żebym mu nalał, czy woli pan sam? – zapytał.
Bobby siedział z rozdziawionymi z wrażenia oczami nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Barman odczekał chwilę, po czym nalał wino do kieliszka i oddalił się życząc:
- Smacznego.
Rakietnicę wyrwała z odrętwienia aromatyczna woń jagnięciny. Ostrożnie skosztował mięsa. Było wyborne. Początkowo nieśmiało, ale z każdą chwilą coraz bardziej zdecydowanie zaczął kosztować zaserwowanych rarytasów. Wszystko było doskonale doprawione i smakowało niebiańsko, wino dodatkowo podkreślało smak potraw.
Dopijał ostatnie krople wyśmienitego trunku, gdy przy stoliku zjawił się barman.
- Proszę o pański klucz – powiedział.
- Słucham?
- Proszę o klucz od pańskiego pokoju – powtórzył.
- Dla czego?
- Musi pan zmienić pokój.
- A to czemu?
- By uregulować rachunek.
- Nie rozumiem.
- Klient mieszkający w pokoju nr siedemset trzy nie może uregulować rachunku za kolację, jaką pan zamówił.
- Kto tak powiedział?
- Ja.
Bobby Rakietnica odczuwał szum w głowie. Krążące w żyłach wino zaczynało dawać o sobie znać.
- Ile mam zapłacić?
- Pańskie pieniądze nie mają tu żadnej wartości.
- Jak to nie mają? Mów pan ile?
- To bez znaczenia.
Bobby podniósł się z krzesła.
- Słuchaj pan – powiedział hardo. – Idę teraz do swojego pokoju po portfel. Myślałem, że ureguluję wszystko opuszczając ten przybytek, ale skoro panują tu takie porządki. Zaraz wracam. Zdaję sobie sprawę, że rachunek będzie wysoki, ale niech pan pamięta, że nie wolno sądzić ludzi po wyglądzie.
Barman nie zatrzymywał Bobbyego. Chłopak nie bez trudu pokonał schody i po minucie znalazł się na drugim piętrze. Wzrok mu nieco zmętniał, więc mrużąc oczy chodził od drzwi do drzwi próżno usiłując odnaleźć pokój nr siedemset trzy. Wyjął klucz upewniając się, że nie pomylił numeru. Nie pomylił. Niestety na żadnych drzwiach taki nie widniał. Bezskutecznie próbował kolejno otworzyć wszystkie uważając, by jakichś nie pominąć. Po blisko kwadransie zrezygnowany wrócił na dół. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, barman rzekł:
- Proszę o pański klucz.
Bobby zachwiał się lekko i usiadł przy barze.
- Nie mogę znaleźć swojego pokoju – powiedział wolno.
- Oczywiście – skinął mężczyzna. – Przecież mówiłem.
- Ale tam są wszystkie moje rzeczy, ubrania, pieniądze.
- Nieprawda. Pańskie rzeczy zostały przeniesione do pokoju na pierwszym piętrze.
Bobby czuł, że coraz bardziej ciąży mu głowa. Słowa barmana docierały do niego jak przez grubą, wełnianą kotarę. Były coraz cichsze i mniej wyraźne. Z coraz większą trudnością przychodziła mu również kontrola nad własnym ciałem. Poczuł, że się zmoczył i po chwili runął ze stołka na podłogę.
*
Obudziło go pukanie do drzwi. Nie od razu wstał. Wolno otwierał oczy, a delikatne, mało realne odgłosy stukania zaczęły z coraz większą mocą wdzierać się do jego świadomości. Wstał. Miał na sobie czerwoną, satynową pidżamę z logo motelu na piersi. Nieco bolały go jądra, jak po wyjątkowo upojnej, przepełnionej erotyzmem nocy, ale poza tym czuł się nieźle. Rozejrzał się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu.
- Kto tam? – krzyknął nie podchodząc do drzwi.
- Serwis hotelowy.
- Niczego nie zamawiałem – odparł niepewnie.
- Liczę do pięciu, wyważam drzwi z kopa i walę z kałacha do wszystkiego co się rusza.
- Że co?
- Raz, dwa, trzy…
Bobby Rakietnica skoczył do drzwi i szarpnął je mocno. Po drugiej stronie stał ze srebrną tacą uśmiechnięty boy hotelowy.
- Dzień dobry – powiedział uprzejmie. – Pańskie śniadanie.
Nie czekając na zaproszenie wmaszerował do środka i postawił zastawę na niewielkim stoliku przy łóżku.
- Proszę mi wybaczyć ten żart z wyważaniem drzwi – mówił ustawiając naczynia, sztućce i dzbanuszki. – Gdyby potrzebował pan czegoś jeszcze, proszę dzwonić.
Zanim Bobby zdążył o cokolwiek zapytać, boy zniknął zamykając za sobą drzwi.
- Co jest, do cholery? – powiedział sam do siebie.
Szybko przejrzał rzeczy. Niczego nie brakowało. Postanowił wziąć prysznic i przeanalizować wczorajsze wydarzenia. Wspomniawszy wczorajszą kolację, śniadania nie zamierzał ruszać, chociaż kawa, bułeczki, wędlina i inne przysmaki wyglądały wyjątkowo apetycznie.
Wszedł do łazienki. Na sedesie siedział czytający gazetę mocno podstarzały mężczyzna o niezdrowej cerze. Bobby wrzasnął zaskoczony i odskoczył w tył zatrzaskując drzwi.
- Co to, kurwa, ma być?! – krzyknął.
- Czego się drzesz? – usłyszał zza drzwi. – Zaraz wychodzę. Zrób mi kanapkę z dżemem truskawkowym.
Bobby Rakietnica stał jak zamurowany nie mogąc wypowiedzieć słowa, kompletnie nie rozumiejąc zaistniałej sytuacji. Co tu się dzieje? Słyszał, jak mężczyzna spuszcza wodę w toalecie, potem odkręca kran i opłukuje dłonie podśpiewując wesoło stary szlagier „Czy ktokolwiek wie, dla czego mój ukochany wujek Leon spierdolił traktorem do Rio?” z repertuaru nieodżałowanego Saksofonisty. Bobby też lubił ten kawałek, ale bynajmniej nie było mu do śmiechu. Odsunął się od drzwi i stanął w drugim końcu pokoju. Tymczasem niespodziewany gość wyszedł z łazienki i swobodnym krokiem podszedł do stolika ze śniadaniem. Miał na sobie sięgające kolan jedwabne gatki i prążkowaną, przyciasną koszulkę na ramiączkach. Potężny ale sflaczały brzuch, pomarszczona, obwisła skóra na chudych, zwiotczałych ramionach sprawiły, że Bobby poczuł do nieznajomego niechęć, a wręcz odrazę.
- No co jest z tobą? – powiedział nieco sepleniąc mężczyzna. – Gdzie ta kanapka? Wszyscy jesteście tacy sami. Jak któryś chce sobie zaruchać, to jest milutki i uprzejmy, że aż żal dupę ściska, a jak już jest po wszystkim, to rób co chcesz.
Posmarował bułkę masłem i nałożył dżem.
- No co tak stoisz? – zapytał. – Idź sobie wymyć fajfusa, to ci może jeszcze raz zrobię laskę. Tylko przepiję kawą, bo mnie bardzo pali w gardle po wczorajszym. O tyłku nie wspominając – dodał z figlarnym uśmieszkiem.
Bobby pomyślał o bólu w jądrach i natychmiast poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Skoczył do łazienki niemal przewracając się o potrącony po drodze taboret.
- O! – usłyszał zza drzwi. – A nie mówiłem! Po woli, nie ucieknę ci!
Zwymiotował do sedesu brudząc deskę i podłogę. Nie mógł przestać. Oddał wszystko co zostało z wczorajszej kolacji i nie przejmując się sprzątaniem zrzucił pidżamę i wskoczył do kabiny prysznicowej. Odkręcił gorącą wodę i wylał na siebie cały szampon i płyn do kąpieli. Szorował się ryżową szczotką niemal do krwi. Z nadzieją spojrzał w dół. Jego członek był czerwony i spuchnięty. Ponownie zwymiotował, tym razem niemal samą piekącą podniebienie żółcią. Gdy skończyły się płyny zaczął nacierać się mydłem. Znikająca w odpływie piana nie mogła zmyć z niego tego, co przyprawiało go o mdłości. Szorował się kilkanaście minut, gdy usłyszał otwierające się drzwi. Wbiegając pospiesznie nie przekręcił zamka.
- No co jest, robaczku?
Głos mężczyzny był równie obleśny jak jego właściciel.
- Chcesz, żeby dziadziuś wyszorował ci plecki?
- Nawet się do mnie, kurwa, nie zbliżaj! – wrzasnął Bobby.
- Ojej, co to? Jakaś nowa gierka? Jesteśmy niegrzeczni? Chcemy niewinnego dziadziusia ukarać, tak? Przetrzepać mu dupkę?
Rakietnica dostrzegł przez półprzezroczyste drzwiczki kabiny, jak mężczyzna ściągnął koszulkę i zdejmuje szorty. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków wyskoczył spod prysznica i chwycił go za szyję.
- No bez przesady…
Zanim zdążył dokończyć, Rakietnica trzasnął jego głową o brzeg umywalki. Zaskoczony mężczyzna stawiał opór tylko przez chwilę. Nie czując niczego poza przepełniającą go nienawiścią, Bobby tłukł skrwawionym czerepem o porcelanę, zbryzgując posoką całe wnętrze łazienki, aż została mu w dłoniach nieregularna, zgruchotana masa. Opuścił bezwładne, targane przedśmiertnymi drgawkami ciało na podłogę i wybiegł z łazienki. Jego nagi tors, uda i ramiona pokrywały krwawe strzępy i kosmyki siwych włosów. Zaczął wycierać się w prześcieradło, ale całkowicie nie mógł pozbyć się krwi. Wrócił do łazienki i starając się nie patrzeć na trupa spłukał ciało pod prysznicem. Ubrał się i wyszedł z pokoju. Serce waliło mu jak nigdy w życiu, oczy niemal wychodziły z orbit. Pierś unosiła się od szybkiego, ciężkiego oddechu, nie mógł opanować drżenia rąk. Oparł się o ścianę i przymknąwszy oczy próbował uspokoić nerwy. Póki co nie chciał roztrząsać tego co się wydarzyło, a raczej skupić na najbliższej przyszłości. Musi jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Później pomyśli co dalej z tym zrobić. Powziąwszy postanowienie ruszył w dół. Był na pierwszym piętrze. A więc zamieniono mu pokój. Z resztą, to w tej chwili bez znaczenia. Chociaż z barmanem też powinien się porachować. Z drugiej strony nie wiedział, jakie niespodzianki tamten może jeszcze skrywać w zanadrzu. Ostrożnie zszedł do baru.
Podobnie jak wczorajszego dnia, w lokalu nie było nikogo. Tym razem nawet jednego klienta. Tylko szorujący kufle barman. I ten dziwny zapach kadzidła. Zakręciło mu się w głowie. Mężczyzna świdrował go zwężonymi oczami, jakby właśnie na niego czekał.
- Proszę, proszę – krzyknął wesoło na powitanie. – Zapraszam.
Bobby ruszył niepewnym krokiem w kierunku baru.
- A, nie, nie – powiedział mężczyzna. – Do stolika proszę.
- Dziękuję – wybełkotał Rakietnica. – Nic mi nie trzeba. Czas na mnie.
Uśmiech nie zniknął z twarzy barmana, ale w jego oczach Bobby dostrzegł taki lód, że niemal zamarzła mu krew.
- Już niedługo – rzekł właściciel. – Rób co mówię i bądź grzeczny. Albo zostaniesz tu na zawsze.
Rakietnica jak w transie ruszył do stolika i usiadł ciężko kuląc ramiona. W głowie miał mętlik nie porównywany z niczym, czego kiedykolwiek doświadczył. Czy powinien spróbować uciec bagatelizując ostrzeżenie barmana? Nie był pewien. Czy w tym dziwnym miejscu cokolwiek zależy od niego? Czuł się zniewolony, wykorzystany. Był mordercą. Czuł się zaszczutym gadem bez żadnych praw i możliwości roszczeń.
Jak przez mgłę usłyszał otwierające się barowe drzwi. Skulił się jeszcze mocniej nie podnosząc głowy.
- Dzień dobry! – usłyszał wesoły głos.
Odburknął coś niezrozumiałego, mając nadzieję, że nie zwracano się do niego.
- Jestem J. D. Motorówa – przedstawił się nowoprzybyły. – Dostanę pokój i coś do jedzenia?
Czas jakby się zatrzymał. Zanim padła odpowiedź dla Bobbyego minęła cała wieczność.
- O. dziękuję – słyszał wesoły głos klienta. – Tego właśnie potrzebowałem. Widzę, że wie pan doskonale czego kto potrzebuje. Coś tu u was pusto.
- Dla kogo pusto, to pusto – odezwał się barman, a Rakietnicę przeszły ciarki. – Hej ty przy stoliku! Czas już na ciebie!
Bobby lękliwie uniósł głowę. Barman najwyraźniej mówił do niego. Wstał wolno i niepewnie ruszył w kierunku drzwi nie chcąc nawet patrzeć na przybysza. W każdej chwili spodziewał się najgorszego. Sam nie wiedział czego. Nie chciał wiedzieć. Nie chciał myśleć. Nie chciał oddychać.
Świeże powietrze uderzyło mu w twarz. Słońce stało już dosyć wysoko, delikatny, chłodny wiaterek muskał orzeźwiająco. Nie odwracając się chwiejnym krokiem ruszył w górę szosy nie dbając o kierunek. Dopiero po kilkudziesięciu metrach odzyskał nieco pewność siebie. Mimowolnie odwrócił głowę. „Motel Pod Wesołą Kapustą. Bar non stop. Wolne pokoje. Gorąca woda”. Zaczął biec.