przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


czwartek, 18 października 2007

Szalony Furman

Obudziło go pohukiwanie puchacza. Kiedyś, dawno temu, wstawał przy pierwszym pianiu koguta, ale odkąd Pobucz go zeżarł, pozostały mu tylko puchacze. Szczególnie jeden taki stary, wielki i zupełnie biały. Huczał zawsze o tej samej porze, gdzieś tak tuż przed czwartą rano. W długie zimowe noce nieco później, może około piątej. Z bliżej nieokreślonych przyczyn był zupełnie odporny na śmiercionośną działalność Pobucza, więc stanowił jedyny czasowskazywacz w zapadłej kniei.
Mężczyzna przeciągnął się na wysłużonej pryczy, aż ścięgna mu zatrzeszczały. Mimo już dosyć sędziwego wieku był w doskonałej kondycji fizycznej. Kości miał mocne, mięśnie silne i żylaste, czuprynę siwą, ale gęstą, jak u nastolatka. Tężyznę zawdzięczał aktywnemu trybowi życia i zdrowemu odżywianiu. Przede wszystkim jednak egzystencji na łonie natury. Jego organizm nigdy nie skalała cywilizacja, może jedynie poza krótkimi wizytami w położonych po przeciwnych skrajach boru wioskach. Ale co to za cywilizacja. Dla przeciętnego mieszkańca nawet niezbyt dużej mieściny stanowiły niemalże nieskazitelne łono natury. Dla niego była to jednak namiastka cywilizacji. Z resztą ostatnimi czasy nader rzadko składał wizyty wieśniakom. Jeśli dobrze pamiętał, to był tam może ze sześć miesięcy temu. Albo i siedem. Nieco go podirytował fakt, że nie mógł sobie przypomnieć.
Jeszcze raz przeciągnął się, aż zabolały go kolana i usiadł mrugając, usiłując przeniknąć wzrokiem ciemności. Po chwili widział już całkiem nieźle. Jego oczy żarzyły się w mroku, jak kocie ślepia. Jednakże słysząc, że Pobucz również już wierci się w swoim małym wózku wstał, podszedł do umiejscowionego po środku obszernej izby stołu i zapalił lampę naftową, podkręcając ją niezbyt mocno, tak, aby nie raziła oczu i nie wabiła insektów. Pobucz nie widział dobrze po ciemku. Właściwie, to w nocy był ślepy jak kret. Ale mimo to doskonale radził sobie w otoczeniu dzięki czułkom, które wysyłały i odbierały infradźwięki, co sprawiało, że był niezwykle groźny bez względu na porę doby. Za to w dzień widział doskonale. Potrafił przenikać materię nawet do dwóch metrów grubości, oczywiście w zależności od jej gęstości. Jeżeli był z tym problem, to potrzebował dosłownie kilku chwil, aby materię zamienić w antymaterię, co w zupełności rozwiązywało problem braku możliwości prześwietlenia przeszkody. Niestety skutkiem ubocznym przemiany były gwałtowne wyładowania i eksplozje, które powodowały każdorazowo poważne spustoszenie i straty. Pobucz jednakże bardzo rzadko stosował takie metody. Nie było ku temu potrzeby. To jedna przyczyna. Drugą było to, że nie potrafił do końca kontrolować procesu zmiany struktury materii i niemalże zawsze przypadkowemu zniszczeniu uległo mnóstwo rzeczy, które mogłyby się na coś przydać w przyszłości.
Mężczyzna wyciągnął z szuflady coś na podobieństwo notesu, czy osobistego kalendarza i zaczął wertować kartki. W tył i w tył coraz szybciej i szybciej nie kryjąc przy tym wzrastającej w nim niecierpliwości.
- No kiedyż to do jasnej cholery było – mruczał podenerwowany.
Zamknął zeszyt i sięgnął po następny znów wertując od końca.
- To nie możliwe, żeby aż tak dawno to było.
Pobucz przekręcił się na bok w przeciwległym koncie chaty i począł przenikliwie świdrować mężczyznę malutkimi, okrągłymi oczami. Wiedział, że Furman tego nie lubi, ale wrodzona złośliwość nie pozwalała mu na inne zachowanie. Chciał dodatkowo wzbudzić w nim negatywne emocje, aby ten był bardziej aktywny w najbliższym czasie. Pobucz posiadał niezwykłą zdolność przenikania myśli większości istot i nie potrzebował zadawać pytań, by doskonale wiedzieć, co tak naprawdę irytuje Furmana. Był tylko jeden warunek. Furman, w przeciwieństwie do innych istot musiał chcieć, by Pobucz go miał z nim telepatyczny kontakt. Każda inna forma życia ulegała mu bezwolnie. Oczywiście były od tej reguły wyjątki, ale stanowiły one niezwykle rzadką populację i były to przeważnie wybryki natury trudne do skategoryzowania. Obieg myśli był oczywiście kontrolowany przez Pobucza dzięki czemu żył on w swoim świecie, jego umysłu nie bombardowały niechciane, zabłąkane i przypadkowe myśli krążące od wieków po kniei.
Tym razem powodem irytacji Furmana było, co tu dużo mówić, zaniedbanie w nękaniu złośliwych wieśniaków. I ten powód bardzo cieszył Pobucza. Zbliżała się pora zbiorów.
- Przestań się na mnie gapić, bo się zaraz zezłoszczę nie na żarty – wycedził mężczyzna przez zgrzytające z nerwów zęby.
Wertował już trzeci notes z tym samym negatywnym efektem. Pobucz wobec tej niedelikatnej pod swoim adresem uwagi uśmiechnął się lubieżnie ukazując bezzębne dziąsła i unosząc nieco oklapłe dotychczas czułki. Mlasnął obleśnie oblizując skórzaste wargi jaszczurczym jęzorem i usiadł w wózku krzyżując króciutkie odnóża.
- Jest!!! – krzyknął nagle Furman. – Jest!!! Niech mnie szlak. Dasz wiarę? To było prawie rok temu. Na wiosnę. A żeby to!
W sumie mógł nic nie mówić, wystarczyło pomyśleć, ale był tak podekscytowany, że wywrzeszczał swą irytację w szarzejącą noc. Cisnął dokumenty z powrotem do szuflady i ruszył do drzwi wejściowych. Otworzył je szeroko wpuszczając do środka rześkie powietrze budzącego się poranka. Odetchnął świszcząco pełną piersią wciągając raz po raz resztki nocy. Długo delektował się świeżością i czystością leśnej przyrody oceniając pogodę nadchodzącego dnia i planując czynności w najdrobniejszych szczegółach. Unoszący się delikatny, wszędobylski w lesie smrodek tak mu spowszedniał, że zdawał się go wcale nie wyczuwać. Zresztą był to fetor organiczny, słodkawa woń rozkładu, więc coś zupełnie naturalnego dla jego środowiska.
Smrodek pochodził z gnijących zwłok wszelkiego rodzaju stworzeń zapuszczających się zbyt blisko ich siedliszcza. Gdy tylko Pobucz poczuł zbliżające się zagrożenie, bez różnicy czy domniemane, czy też realne, emitował dźwięki o bardzo niskiej częstotliwości, praktycznie niesłyszalne dla ucha, a jednocześnie śmiertelne dla mózgu. Zdarzało się również, że robił to wyłącznie dla zabawy, uśmiercając całymi stadami zające, kuropatwy, czy też żaby, albo i większe, jak sarny albo zabłąkani turyści. Ci ostatni właściwie budzili pewnego rodzaju zagrożenie, gdyż mogli nieopatrznie zdradzić ich kryjówkę komuś wielce niepożądanemu. Np. Listonoszowi, Marynarzowi lub, co gorsza, bezpośrednio samemu Meganieboszczykowi. O ile Listonosze sami w sobie nie stanowili jakiegoś większego zagrożenia, to Marynarz już takowe w pewnym sensie stwarzał, nie wspominając już o Meganieboszczyku, który potrafił poważnie uprzykrzyć im życie. Listonosz był o tyle niebezpieczny, że dowiedziawszy się, gdzie aktualnie koczują, natychmiast usiłował dostarczyć im zaległą pocztę od Marynarza, który od lat słał do nich listy z różnych zakątków świata. Poczta zawierała każdorazowo płaczliwą treść, przesiąkniętą nostalgią, tęsknotą i patriotyzmem. Ilekroć Listonosze krążyli coraz bliżej ich kryjówki zaczynało się robić naprawdę niebezpiecznie, gdyż w amoku rozpytywali na lewo i prawo, co mogło zwrócić uwagę Meganieboszczyka, który miał swoich szpiegów w różnych miejscach świata i z którym niestety Pobucz miał na pieńku. W zamierzchłej przeszłości wraz z Furmanem uśmiercali całe rzesze Listonoszy, którzy, mimo, iż wykazywali się dosyć dużą odpornością na emitowane przez Pobucza poddźwięki, masowo ginęli od bata, którym Furman fechtował arcymistrzowsko. Niestety takie postępowanie okazało się niezbyt roztropne, gdyż nagły spadek populacji Listonoszy zwrócił uwagę Meganieboszczyka, który wietrząc obecność działalności odwiecznego wroga, wszczął intensywne śledztwo niepokojąco zacieśniające kręgi wokół ówczesnej siedziby obu towarzyszy. Owego pamiętnego wieczoru Pobucz mało nie postradał swojego cennego żywota. Gdyby nie Furman…
Ale dosyć o tym. Obecnie, wyciągnąwszy wnioski z przeszłości, zagrożenie jakie niosło odkrycie ich obecnej kryjówki zostało zażegnane. Co prawda jednego lata wojsko próbowało ich unicestwić używając do tego celu gazów bojowych i innych środków chemicznych, które jednak okazały się zupełnie nieskuteczne. Ponadto uczyniły więcej dobrego, niż złego. Podrażniły, bowiem poważnie śluzówkę Meganieboszczyka, który był wówczas niebezpiecznie blisko zidentyfikowania miejsca ich pobytu. Wprawiło go to w taką ekstazę i chęć mordowania, że zdziesiątkował zarówno armię, jak i szeregi oddziałów milicji obywatelskiej zupełnie ignorując przy tym prawdziwy cel swoich poszukiwań. Tym bardziej, że nie do końca był pewien, czy jest na właściwym tropie. Zwłaszcza, że mieszkańcy wsi twierdzili, że głównym sprawcą mordu poprzedzającego militarną interwencję był mityczny zbój zwany tu Dzidzio Wykałaczka.
Wszystkie te wspomnienia niczym tabun rączych jeży przegalopowały przez myśli Furmana kłując je przy tym boleśnie. Przegalopowały również przez umysł Pobucza, który strasznie się tym rozsierdził, w czego efekcie z pobliskich drzew zaczęły spadać dzięcioły i wiewiórki. I o to chodziło mężczyźnie. Obaj wzajemnie stymulowali się jakby nakręcając własne emocje, pobudzając się do wzmożonego działania.
Furman wrócił do środka i oznajmił towarzyszowi, że już czas na przejażdżkę. Ściągnął z głowy szlafmycę i wyjąwszy zza starej dębowej szafy wysłużony, ale nadal w pełni sprawny bat, usiadł na łóżku w samych galotach i jął dokonywać dokładnych oględzin oręża. Sprawdził sprężystość, uchwyty mocujące do styliska elementy sieczne, akcesoria dodatkowe, takie jak szarpacze, czy kotwiczki służące do chwytania zdobyczy, naciąg i część chwytną. Potem obejrzał osprzęt, którego używał rzadziej niemniej był on niejednokrotnie niezastąpiony. Tak więc sprawdził sprawność kołowrotka, zapasowe naciągi i ostrza, nowe, nieużywane dotąd stylisko i wiązadła. Co prawda na ogół używał samego sprzętu podstawowego, czyli bata takiego samego, jakiego używają Woźnice, tyle, że w jego ręku stawał się on śmiercionośnym narzędziem, które potrafiło przeciąć konia od kłębu do samych kopyt, a człowieka szlachtowało, jak kucharz tasakiem gotowaną marchewkę.
Po mniej więcej godzinie ocenił stan oręża na zadowalający. Przetarł miękką szmatką styliska, naoliwił elementy metalowe i spojrzał wymownie na krzątającego się w kącie Pobucza. Ten nie potrzebował żadnej broni. Sam w sobie stanowił zarówno niemalże niezawodną fortyfikację obronną, jak i śmiercionośną machinę oblężniczo – szturmową. Z resztą podczas wizyt w wioskach w całej okazałości uaktywniał się niezwykle rzadko z uwagi na ogromne spustoszenie, jakie powodowały jego zdolności. Raczej ograniczał się jedynie do incydentalnych występów i skupiał się wyłącznie na psychologicznym wpływie na określone jednostki zmuszając je telepatycznie do wykonywania różnych niecnych występków. Jednakże tym razem liczył, że Furman pozwoli mu na nieco szerszy zakres działań. Źródła swoich nadziei upatrywał w niezwykle długim okresie braku ich wspólnej aktywności wśród społeczności okolicznych wsi. Już ledwie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję kogoś podręczyć. Na pewno podczas ostatniej wizyty nie. Za to Furman nieźle wówczas narozrabiał. Zaszlachtował kilkanaście osób na ulicy i jeszcze dodatkowo kilku ścigających ich funkcjonariuszy milicji obywatelskiej. Pobucz nawet wówczas nie pisnął. Nie było potrzeby. Podczas szaleńczej jazdy po wsi lał tylko rozgrzaną smołę z wiader i pluł wysokostężonym kwasem solnym. Furman nawet przez chwilę nie był zagrożony. Z resztą nie było łatwo uczynić mu poważniejszej krzywdy. Skórę miał twardą, jak smocza łuska i odporną na żar jak azbest, oczy niczym diamenty, od których kule odbijały się nie czyniąc im najmniejszej szkody.
Pobucz czuł straszny niedosyt z powodu braku aktywności. Jego frustracja znajdowała ujście w mordowaniu przypadkowo spotkanych turystów oraz różnorakiej zwierzyny. Kiedyś pożarł koguta, którego Furman uważał za bardzo przydatne stworzenie. Nie był z tego zadowolony. Tym bardziej, że niedługo potem Pobucz go zwrócił, gdyż ptak był już nieco starawy i jego pierze ciążyło mu nieprzyjemnie na żołądku. Co innego sowy, największy przysmak Pobucza. Te im starsze tym lepsze. Niestety w okolicy nie było już nawet sztuki.
Przypadek z kogutem Furman uznał za nad wyraz perfidny przykład marnotractwa, jednakże szybko puścił wszystko w niepamięć pocieszając się jeszcze starszym puchaczem, których Pobucz nieznosił. W ogóle Furman miał słabość do starości. Może z uwagi na fakt, że sam był już nieco w podeszłym wieku, jak na Furmana. W każdym bądź razie Pobucz nie mógł już doczekać się, kiedy będzie mógł popuścić wodzy swoim pasjom. Przypomniał sobie wreszcie, że tak na poważnie nie uaktywniał się od czasu, kiedy to nakazał niezbyt rozgarniętym mieszkańcom okolicznej wsi Grzyb wytłuc się wzajemnie w wyjątkowo perfidny sposób, ale to było już kilka lat temu. Wspomniał o tym Furmanowi, ten jednakże nie chciał o tym słyszeć twierdząc, że minęło zbyt mało czasu od tamtych wydarzeń i mieszkańcy mają się na baczności, rzadko urządzając wiece i jarmarki, na których to Furman czuł się jak ryba w wodzie. Pobucz podsunął więc Zielonkę – drugą z najbliższych wsi. To jednak również odpadło, gdyż, zdaniem mężczyzny, mimo, iż rzezi jakiej tam dokonali nie można było przyrównać do tej z Grzyba, ale jednak ludzie dobrze ją jeszcze pamiętali. I dodatkowo dobrze ufortyfikowali chałupy, kościół i poustawiali na drogach zasieki, które poważnie utrudniały jazdę furze, groziły koniom połamaniem nóg i poza tym, może to i najważniejsze, wyjątkowo ograniczało zasięg bata.
- „W takim razie to typowa robota dla mnie” – podekscytował się Pobucz.
Furman przyznał mu rację, ale po długich namowach przekonał go jednak, żeby tym razem odpuścili jeszcze najbliższym sąsiadom i wybrali się w odrobinę dalszą wędrówkę i spustoszyli małe miasteczko, a w zasadzie dużą wieś, której mieszkańcy usilnie twierdzili, że mieszkają w małym miasteczku. To był dosyć spory dystans, ale konie były wypoczęte i dobrze odżywione, a oni wyjątkowo rządni mordu i ofiar. Pobucz nie był do końca przekonany do planu Furmana, więc aby utwierdzić małego towarzysza w słuszności swojej koncepcji wziął go na ramię i zaniósł do stajni, znajdującej się po drugiej stronie obejścia.
Koni było osiem. Wszystkie dorodne, silne i zahartowane w bojach. Pobucz nieco zmiękł i z wolna zaczął pomagać Furmanowi w objuczaniu zwierząt. Ochraniacze na oczy, lędźwie i pęciny, podbite grubą, świńską skórą pancerze i uprząż usztywniającą. Widząc lekkie zdziwienie i rozbawienie w małych okrągłych ślepiach Pobucza Furman wyjaśnił mu, że nie wiedzą do końca, jakiego oporu się spodziewać, więc lepiej dodatkowo się zabezpieczyć. Można by wcześniej urządzić mały rekonesans inco gnito, ale chęć siania zniszczenia i pewność we własne siły gnała ich do czynu. Poza tym mięli naprawdę doskonałe zabezpieczenie. Ponadto konie nie były zupełnie zwyczajne. Przeszły długi okres przygotowawczy w ośrodku szkoleniowym, którego istnienia ludzie nawet nie podejrzewali. Furmani hodowali tam nie tylko konie, ale również wykonywali szereg innych niezbędnych do ich egzystencji czynności, jak produkcja specjalistycznych fur, końskich ochraniaczy, batów i osprzętu do nich. Ostatnimi czasy z uwagi na swoistą symbiozę oraz więź i sympatię, jaka wywiązała się pomiędzy nimi, a Pobuczami produkowali również wózki dla nich o bardzo wysokim standardzie, wielofunkcyjnych możliwościach i dużej wytrzymałości. Pobucze uczyli w zamian Furmanów telekinezy i innych umiejętności, w których byli niepodważalnymi mistrzami, ale niestety efekty ich pracy nie były jak dotąd zbyt znaczące.
W każdym bądź razie ich przygotowanie do misji obaj zgodnie uznali za więcej niż wystarczające. Furman załadował zapas żywności dla koni i dla siebie, gdyż wolał uniknąć zatrucia, które mogło wywołać skonsumowanie czegoś z nieznanego źródła. Pobucz od jakiegoś czasu nie miał zbytniego apetytu i jadał raz na dwa tygodnie, więc z uwagi na to, że dwa dni temu nażarł się do syta wiewiórkami nie potrzebował prowiantu.
Mężczyzna zainstalował na tyłach fury wózek i umieścił weń podekscytowanego Pobucza. Obok niego w specjalnie przygotowanych do tego termosach ustawił zapas gorącej smoły i baniak kwasu solnego, który w razie czego Pobucz mógł wypić i następnie pluć nim śmiertelnie, miotając ciecz na bez mała dwadzieścia metrów zachowując przy tym prawie dziewięćdziesięcioprocentową skuteczność w celności nawet przy prędkości sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Poniżej pięćdziesiątki uśmiercał bezbłędnie jednocześnie w około lejąc smołę. Co prawda kwas i smoła były produktami stanowiącymi efekt przemiany materii jego organizmu niemniej ilości jakie Pobucz był w stanie wytworzyć były ograniczone, toteż zapasy wydawały się zasadne.
Furman zaprzągł konie, które wyczuwając zbliżającą się jatkę były z lekka podenerwowane, ale nie stwarzały oporu. One też lubiły takie krwawe eskapady. Efekt szkolenia. Umieścił przy siedzisku akcesoria do bata, przywdział maskującą kufajkę, na głowę zawadiacko nadział beretkę i strzelił z bata nie dotykając końskich zadów.
Ruszyli wąską leśną przecinką gęsto zarośniętą różnego rodzaju niskopiennymi chaszczami, trawami i wijącymi się pędami jeżyn. Z początku jechali z wolna, aż dotarli do nieco większego duktu i wówczas Furman lekko pogonił zaprzęg. Tymczasem dzień już na dobre się rozgościł. Zgodnie z przewidywaniami Furmana zanosiło się na niezbyt piękny dzień. Było pochmurno i dżdżysto, mgła dość wysoko snuła się wśród drzew i w zaroślach znacznie ograniczając widoczność. Słońce tylko od czasu do czasu nieśmiało wyglądało zza gęstniejących chmur, by w końcu poddać się zupełnie i zacząć świecić gdzie indziej. Doskonale. Taka aura sprzyjała podróży. Nie było zbytnio ciepło, konie się nie męczyły, a i turystów raczej trudno będzie uświadczyć. Chociaż z drugiej strony Furman chętnie dla rozgrzewki rozpłatałby jakiegoś nieszczęśnika, mimo, iż to rodziło prawdopodobieństwo rozpoznania ich obecności. To pomyślawszy zacisnął zęby i pogonił konie do stępa.
Po woli zaczynali wyłaniać się z gęstego boru. Pobucz nie mógł się powstrzymać i uśmiercił młodego łosia. Furman nie raz zwracał mu uwagę, że takie bezcelowe zabijanie nie ma sensu, ale kiedyś malec uświadomił mu, że obaj mają inne priorytety. Uśmiercanie dawało mu bowiem energię niezbędną do funkcjonowania, więc nie było pozbawione zasadności. Wręcz przeciwnie. To mniej więcej tak samo, jakby Furman miał odmówić sobie poszatkowania starej baby na kartoflisku. Albo młodej. Ale nie. Zdecydowanie wolał takie już bardziej sędziwe. Odczuwał przy tym coś w rodzaju podniecenia. W sumie nic w tym dziwnego. Powszechnie, oczywiście wyłącznie wśród społeczności Furmanów, było wiadomo, że ich gatunek mogły począć ludzkie kobiety wyłącznie po siedemdziesiątce. Był to nie lada problem, gdyż takie połogi były niezwykle rzadkie w naturalnych warunkach. Z tego też powodu Furmanów nie było wielu. Z tej samej przyczyny porywali oni młode kobiety i przetrzymywali je w niemalże sterylnych warunkach, ochraniając je, zdrowo odżywiając, pozwalając wykonywać tylko drobne prace, raczej z rodzaju hobbystycznych. Tak opiekowali się nimi aż do osiągnięcia przez nie wieku produktywnego. Wówczas je zapładniali. Oczywiście nie zawsze skutecznie. Niemniej prawdopodobieństwo przyjścia na świat małego Furmana w takich warunkach było dużo większe niż w zwyczajnym środowisku ludzkim.
Świeżo narodzony Furman był wychowywany i przyuczany przez Furmanki, czyli kobiety, które narodziły się z łona kobiet po siedemdziesiątce. Tu należy dodać, że Furmanki były nad wszelką miarę cenne, gdyż rodziły się już stare i po miesiącu dojrzewania mogły dawać potomstwo, czyli Furmanów. Od maleńkości były one szkolone do wykonywania specyficznych czynności i zgłębianiu zwyczajów wychowawczych. Z uwagi na to, iż rodziły się niezwykle rzadko przyuczały również do tego wyjątkowego i jakże odpowiedzialnego zawodu młode kobiety, uprowadzone przez Furmanów w późniejszych celach prokreacyjnych. Tragicznym było to, iż nie był to proces łatwy i niestety bardzo długotrwały. Z uwagi na to Furmani zaczęli porywać coraz to młodsze dziewczynki, aby od maleńkości wpajać im furmańską ideologię i sposób życia. Taki proces powodował jednakże bardzo poważne wydłużenie okresu przygotowawczego dla przyszłych matek Furmanów i był wielce kosztowny, a Furmanom się w obecnych czasach nie przelewało. Prokreacja wśród Furmanów była bowiem przedsięwzięciem niezwykle trudnym. Trudniejszym nawet niż u starych babek Maciejewskich. Niezwykle rzadko, bowiem udawało się skutecznie zapłodnić kobietę w tak sędziwym, jak na zwykłego śmiertelnika, wieku. Zanim zaczęto przygotowywać w tych celach kobiety w młodszym wieku, średnio udawało się uzyskać jednego Furmana na sto przygotowanych do tego kobiet. Furmanka rodziła się jedna na szesnaście tysięcy. Gdyby nie długowieczność Furmanów gatunek ten dawno by już wymarł.
Z drugiej jednakże strony długoletni trening dawał większe prawdopodobieństwo możliwości skutecznego poczęcia. Dziewczynki, którym od najmłodszych lat wpajano, iż jedynym i zaszczytnym jednocześnie celem w ich życiu jest poczęcie małego, zdrowego Furmana chętniej wyrzekały się różnego rodzaju wszędobylskich pokus i bardziej ochoczo poddawały się wszelakim terapiom mającym na celu wydłużenie ich życia, utrzymanie kondycji i ochronie zdrowotnej.
Chwilowo porzućmy jednak problemy egzystencjalne Furmanów i skupmy uwagę na wydarzeniach bieżących. Zaprzęg po kilkugodzinnej jeździe wyłonił się z lasu. Mężczyzna na zatrzymał furę i rozejrzał się wokół. Poprosił o konsultację Pobucza, który szybko zlustrował pobliskie sady, pola i pastwiska. Było bezpiecznie. Furman zwyczajowo narzucił na towarzysza kawałek plandeki, która okrywała sprzęt bojowy. Widok Pobucza niechybnie zdemaskowałby ich przedwcześnie. Zeskoczył z siedziska, podał koniom po dwie garście odpowiednio spreparowanego ziarna i po pół wiadra źródlanej wody. Sam zagryzł pożółkłą, twardą słoniną. Żując jeszcze tłuszcz potrząsnął lejcami. Fura z wolna wytoczyła się na polną drogę i skierowała ku odległej o kilka kilometrów wsi. Minęli urodzajne sady owocowe i ciągnące się w nieskończoność pola kapusty.
W pewnym momencie Furman dostrzegł na drodze dwie postacie. Naciągnął solidniej baretkę, by osłonić niezwykle lśniące oczy i pogonił konie. Szybko zbliżające się sylwetki wystąpiły jednak na środek zagradzając przejazd. Konie zaczęły nerwowo parskać czekając tylko na sygnał, by móc stratować intruzów, ale Furman ściągnął cugle i zwolnił tempo jazdy. Na drodze stali dwaj chłopi ciekawie się mu przyglądając. Jeden dzierżył na ramieniu motykę, drugi grabie i starą, wysłużoną, parcianą torbę z prowiantem.
- Szczęść Boże – huknął ten wyższy.
Furman nie odpowiedział skinąwszy jedynie głową. Miał bardzo skrzekliwy głos, trudny do zrozumienia. Każdorazowo, ilekroć przyszło mu rozmawiać z ludźmi, musiał kilkakrotnie powtarzać wypowiedzi, co strasznie go irytowało i bardzo często kończyło się szlachtowaniem współrozmówców. Tym razem chciał tego uniknąć. Niestety drugi z chłopów, krępy i najwyraźniej z charakteru dosyć złośliwy, rzucił z lekką nutą szyderstwa:
- Cóż to panie woźnico, czyżbyście języka …
Nie dokończył, gdyż w tym momencie bat świsnął siarczyście i odciął mu głowę od korpusu. Za chwilę sam tułów również rozpadł się na dwoje wzdłuż. Chłop miał duży kałdun, więc wnętrzności z chlupotem wypadły na piaszczystą nawierzchnię. Drugiego, zanim zdążył zorientować się, w czym rzecz, bat przeciął jak gotowaną kaszankę na sześć kipiących talarków. Furman spiął konie i te nie czekając dalszej zachęty to ruszając do przodu, to cofając się zaczęły tratować zwłoki wgniatając solidnie podkutymi kopytami ich szczątki w pylistą kurzawę polnej drogi. Chwilę po tym zaprzęg ruszył galopem wprost ku wsi pozostawiając za sobą krwawe, trudne do zidentyfikowania szczątki.
W tym momencie należy się jakiś wyjaśnienie. Otóż Furmani najbardziej ze wszystkich istot nienawidzili Woźniców, czyli ich łagodniejszej odmiany. Woźnice żyli w zgodzie z ludźmi, z czasem asymilując się z nimi powodując, iż z wolna ten wyjątkowo przyjaźnie nastawiony gatunek zanikał zatracając swoje wrodzone cechy. Jednakże samo określenie „woźnica” było dla Furmana największą hańbą, a taka obelga nie mogła ujść płazem i każdorazowo kończyła się okrutną śmiercią lżącego, nawet zupełnie nieświadomie, co miało miejsce i tym razem.
Pierwsze chałupy ukazały się na horyzoncie. Furman zaczął zaciekle smagać batem końskie zady jednocześnie ściągając plandekę z Pobucza. Zwierzęta parsknęły z pysków gęstą, kleistą pianą i ruszyły kłusem nerwowo rzucając łbami. Pierwsze ofiary były już w zasięgu wzroku. Baby w truskawkach. Ledwo jedna zdążyła unieść głowę, a już jej nie miała. Pozostałe trzy podzieliły jej los brocząc krwią, która szybko jednorodnie zabarwiła ich fartuchy. W Furmanie intensywnie wezbrała od dawna nie odczuwana chęć mordu. Fura szybko wpadła w pierwsze opłotki. Chlasnął batem rozpłatując wzdłuż krowę i ujadającego psa. Nie zwalniając pognał ku głównej ulicy we wsi. Ciął batem na lewo i prawo, Pobucz zaczął pluć kwasem w tych, którzy byli poza zasięgiem powożącego. Ludzie ginęli w agonii szamocząc się i podrygując poszlachtowani lub trawieni żrącą cieczą. Ogarnęła ich histeria i niepohamowana rządza unicestwiania. Furman uniósł się z siedziska i skierował furę wprost na tętniące życiem stragany niedzielnego jarmarku. Zanim ludzie dostrzegli zagrożenie kilkanaście osób padło stratowanych przez rozwścieczone konie i od świszczącego bata, inni wili się w konwulsjach paleni wrzącą smołą. Kościelne dzwony wszczęły larum, ale było już zbyt późno. Fura przetoczyła się po wsi siejąc spustoszenie i śmierć. Furman zbroczony krwią smagał zamaszyście, Pobucz ranił kwasem i smołą. Zanim uaktywnili się miejscowi pracownicy posterunku policji fura wracała już po niedobitki. Miejscowe przekupki, przyjezdni handlarze i mieszkańcy wsi. Ginęli wszyscy. Najeźdźcom nie robiło to większej różnicy. Nie było litości dla nikogo. Początkowo agresorzy mięli zamiar porwać kilka kobiet, ale wobec zniewagi, jaka spotkała Furmana, porzucili ten pomysł i postanowili wyciąć ile się da. I tak też czynili. Ludzie zaskoczeni niespodziewanym najazdem padali, jak zarzynane jagnięta. Pobucz przepalił na wylot pierś uciekającego proboszcza, który ugodzony, w konwulsjach padł na stragan z obwarzankami.
W końcu mieszkańcy wsi zorientowali się, że nie ujdą z życiem i pod komendą miejscowego posterunkowego Wiesława Pożyczpiątaka rozpoczęli ćwiczone wcześniej do znudzenia przegrupowanie i teraz szybko urządzili prowizoryczną, ale w miarę skuteczną fortyfikację z wozów i resztek straganów wykorzystując do osłony również ściany okolicznych budynków.
- Szalony Furman!!! Szalony Furman!!! – wrzeszczeli jeden przez drugiego z przerażeniem. – Do broni, kto żyw!!!
Niestety wbrew wcześniejszym ustaleniom na wypadek takiej sytuacji, większość wolała schronić się w bezpiecznym miejscu (np. w hydrancie) niż stanąć do czynnej i nierównej walki. Posterunkowy zaczął strzelać ze starej, nie mniej wciąż sprawnej tetetki, ale był zbyt przerażony ogromem zniszczenia, by jego atak mógł okazać się skuteczny. Zaprzęg Furmana natarł na utworzoną naprędce barykadę. Konie młócąc niemiłosiernie kopytami zadawały śmierć bohaterskim obrońcom, krusząc jednocześnie fortyfikację, Furman szalał szlachtując na lewo i prawo. Wtedy od strony posterunku policji wyjechała stara nyska odpowiednio na taką ewentualność przygotowana. Miała okna obite grubą, perforowaną blachą, z przodu wyposażona była w coś w rodzaju tarana utworzonego z zespawanych i owiniętych drutem kolczastym kątowników. Za kierownicą siedział młodszy aspirant Zygmunt Poszewka przygotowując jednocześnie amunicję, z bocznego okna siał z pepeszy organista Franciszek Opłatek. Furman zajęty wycinaniem walczących na barykadzie nie zauważył zagrożenia, jakie niosła szybko zbliżająca się furgonetka. W amoku walki nie poczuł nawet ostrej serii, jaka rozdarła mu kufajkę. Plecy stanęły mu w płomieniach, lecz Furman nie bacząc na ogień dalej smagał bryzgającym posoką batem. Wówczas, kiedy wydawało się, że obaj przyjaciele mogą nie podołać obrońcom na wysokości zadania stanął Pobucz. Utraciwszy wcześniej cały zapas smoły i kwasu mierzył się teraz oko w oko z nacierającym wozem bojowym. Kule dzwoniły o jego wózek i świszczały mu nad głową. Usiadł spokojnie na dnie kojca i zaczął niesłyszalnie, ale śmiercionośnie pobuczywać. Już po chwili Poszewka złapał się za głowę przyciskając dłonie do tryskających krwią uszu. Organista wypuścił z rąk pepeszę i zwiesił się w agonii na zewnątrz pojazdu. Samochód niebezpiecznie skręcił w pełnej szybkości, w efekcie czego przekoziołkował przez prawy bok miażdżąc Opłatka, zanim ten dokonał żywota za sprawą Pobucza. Nyska roztrzaskała się o sklep spożywczy znacznie naruszając jego infrastrukturę.
Tym czasem Szalony Furman, odłożywszy bat, stał triumfująco ściskając cugle kościstymi dłońmi spinając rozjuszone konie. Wokół agonia i śmierć. Odwrócił się i spoglądając na Pobucza pokiwał głową z aprobatą. Uspokoił umorusane czerwienią i popiołem zwierzęta i wycofał zaprzęg. Z wolna oddalili się ku bezpiecznemu lasowi zabierając ze sobą zwłoki Poszewki. Furman powiesił je obnażone na grubym konarze dorodnej gruszy, tuż przed posterunkiem. Przed odjazdem wyciął batem na piersiach nieboszczyka „SF”. Pobucz nie był zazdrosny.

Brak komentarzy: