przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 29 listopada 2008

Samuraj Jabłuszko

Jesienne słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy na horyzoncie oddzielającym pomarańczowego zabarwienia niebo do niemal bezkresnych ryżowych pól zamajaczyła niewielka postać. Z każdą chwilą sylwetka nabierała bardziej wyraźnych konturów, by po kilku minutach stać się na tyle wyraźną, aby można było dostrzec szczegóły odzienia i rysy twarzy. Po chwili koczujący pod konarami dorodnej, rozłożystej wiśni chłopi mogliby swobodnie już rozpoznać zbliżającą się postać. Mogliby, gdyby przybysza znali i przede wszystkim, gdyby w ogóle tam byli. Ale przybysza nie znał nikt, a na dodatek pod drzewem nie było zarówno chłopów, ani też żadnych innych osób, które mogłyby w zbliżającym się obliczu rozpoznać znajome rysy. Jeśli jednak już ktoś by był, miałby okazję ujrzeć dojrzałego, postawnego mężczyznę o surowym zdradzającym silny charakter wyrazie twarzy, którą szpeciła długa szrama ciągnąca się od lewego ucha poprzez skroń, w poprzek czoła by dalej opadać przez cały prawy policzek, przecinając podbródek i wreszcie znacząc szyję zniknąć pod kołnierzem gustownego, choć już nieco podniszczonego czasem kimona. Do pasa mężczyzny przytroczone były trzy zdobione pochwy, z których wystawały wykwintnie rzeźbione rękojeści skrywanych ostrych jak brzytwa mieczy i długiego sztyletu. Brak nakrycia głowy odsłaniał gładko wygoloną skórę niemal aż do podstawy czaszki. Wzdłuż pleców swobodnie zwisał sięgający pasa gruby warkocz kruczoczarnych włosów.
Wojownik westchnął spoglądając na rozciągającą się w dolinie osadę, która przez chwilę wywołała niechciane, zepchnięte w mroczną otchłań wspomnienia. Poprawił pas i ruszył ku przeznaczeniu.
*
Na środku ustawionego w centrum placu podium zasiadał z szeroko rozstawionymi nogami poważnie otyły mężczyzna. Obficie nalana twarz nie pozwalała na oko ocenić wieku, ale wszyscy mieszkańcy wioski wiedzieli, że jej władca ma na karku sześćdziesiąt trzy wiosny. Marsowa mina nie zdradzała najmniejszych emocji mimo, iż kat ucinał właśnie głowy jego najbliższym. Najpierw kolejno bratu i jego żonie, potem żonie obserwującego, dalej za jednym zamachem dwóm jego najstarszym synom bliźniakom, następnie trzem bratankom (również jednym cięciem) i wreszcie teściowej. Na szafocie czekała na egzekucję jeszcze tylko jedna osoba. Licznie zgromadzona wokół ociekającego krwią widowiska ciżba za każdym razem, gdy kolejna głowa odpadała od korpusu głośno wiwatowała i następnie cichła czekając na dalsze losowanie.
Skazaniec sięgnął drżącą ręką do kubła wypełnionego do połowy kolorowymi kartonikami na podobieństwo losów loteryjnych i długo nie mógł zdecydować się na dokonanie wyboru. Wreszcie, gdy przez tłum zaczął przemykać szmer niecierpliwości mężczyzna wyciągnął dłoń z cienkim, różowego odcienia papierkiem. Wolno podał go heroldowi, który ze znudzoną miną rozwinął szeleszczący złowróżbnie kartonik. Widownia w oczekiwaniu wstrzymała oddech. Po twarzy skazańca zaczęły jeszcze bardziej obficie ściekać strużki potu. Zamknął oczy i czekał na wyrok. Sekundy mijały powoli przedłużając w nieskończoność moment, w którym miał usłyszeć wyrok. Gdy wreszcie jego uszu doszedł głos odczytującego wyrok niemal natychmiast padł zemdlony. Nie słyszał wymieszanego z niedowierzaniem jęku zawodu jaki przetoczył się przez zgromadzonych. Takiego wyniku nie było od dziesiątek lat.
*
- Najjaśniejszy panie – rzekł sekretarz. – Samuraj Jabłuszko.
Otyły szogun otarł lśniące tłuszczem usta. Przybysz zbliżył się wolnym krokiem i bez słowa usiadł na rozłożonej na podłodze plecionej macie. Przez kilka minut nie odzywali się popijając z miseczek sake. Suche powietrze sprawiało wrażenie ciężkiego od wiszącego w nim napięcia.
Wreszcie milczenie przerwał gospodarz.
- Dobrze cię widzieć w zdrowiu – rzekł dyplomatycznie – Minęło wiele lat.
Samuraj skinął głową i uniósł naczynie w niemym toaście. Wypili. Siedzieli wyprostowani ze skrzyżowanymi nogami opierając dłonie o kolana.
- Wszyscy? – odezwał się wreszcie Jabłuszko.
- Jeden ocalał.
Uwijające się cicho gejsze bez słowa napełniły opróżnione miseczki.
- Kto?
- Ten, który nie powinien.
Milczenie ponownie zapanowało na dłuższy czas. Zjedli po ośmiornicy, misce ryżu i paterze dorodnych owoców zielonych pomarańczy. Sake, którą popijali nie była mocna, mogli więc gasić nią pragnienie bez obaw, że zaszumi im w głowach mącąc myśli. W pomieszczeniu było ciepło, płonęło duże palenisko, po niskim sklepieniu pełzały cienie ożywiane przez języki ognia kilkunastu pochodni rozstawionych wzdłuż bocznych ścian.
- Zatem przegrałeś – rzekł wreszcie Samuraj.
- Niezupełnie – padła odpowiedź. – Wylosował to.
Podał rozmówcy zmięty kartonik. Jabłuszko bez słowa wstał i opuścił komnatę.

Tak mniej więcej wyglądało ostatnie spotkanie Samuraja Jabłuszko z Szogunem. Od tamtej pory minęło blisko piętnaście lat, a mimo to wioska wyglądała niemal identycznie, jak wówczas. Poprzylepiane do siebie różnej wysokości chaty tworzyły ciekawy drewniano słomiany kompleks poprzecinany wąskimi korytarzami prowadzącymi na tyły domostw, bądź stanowiącymi plątaninę mniejszych i większych ulic i traktów. Jabłuszko długo nie potrafił tu wrócić nie mogąc otrząsnąć się z szoku, jakiego doznał bawiąc w miasteczku ostatnio. Przegrał wówczas zakład, którego zastawem był cały jego ówczesny majątek, na który składały się trzy wsie i flota pięciu statków kupieckich, które brylowały na szlakach handlowych nawet tych najbardziej odległych, dzięki czemu Jabłuszko szybko stał się potentatem nie tylko w dziedzinie handlu, ale i transportu. Gromadzony przez lata majątek stracił w jednej chwili, w momencie gdy herold ogłosił ostatni tamtego dnia wyrok. Gdyby los potoczył się inaczej, on dziś zasiadałby na tronie Szoguna.
Z ponurych myśli wyrwał go głos sekretarza wypowiadającego jego nazwisko oznajmiając gospodarzowi przybycie niespodziewanego gościa. Uzyskawszy pozwolenie wszedł do bogato zdobionej komnaty, która podobnie jak reszta osady, niewiele się zmieniła. Jabłuszko od pierwszej chwili, gdy tylko zaczął dostrzegać znajome elementy prostej i skromnej architektury domostw zaczął zastanawiać, się dlaczego Szogun żył tak skromnie skoro stać go było niemal na wszystko. Zatrzymał się w pół kroku. Zamiast znajomej otyłej sylwetki jego oczom ukazała się wątłej budowy postać tonąca w fałdach przepastnej, zbyt obszernej odzieży. Zbliżył się i usiadł naprzeciwko zmęczonej życiem, niewiarygodnie pomarszczonej twarzy starca. Szogun widząc niepewny wyraz twarzy gościa wolno uniósł dłoń w uspokajającym geście.
- Witaj przyjacielu – powiedział cicho.
Znajomy głos rozwiał wątpliwości Samuraja, czy ma do czynienia z właściwą osobą.
- Co się stało? – zapytał .
Na podobną zuchwałość nie mógłby sobie pozwolić chyba nikt poza nim. Szogun nie odpowiedział. Skinął tylko na sekretarza, który szybko przyniósł do jego stóp niewielką drewnianą skrzyneczkę ze złoconymi obiciami.
- Wiesz, co to jest? – zapytał.
Nie czekając na odpowiedź mówił dalej.
- Tylko to mi pozostało. Wówczas nie tylko ty przegrałeś swój majątek. Ja również zaryzykowałem stawiając wszystko, co miałem. I wygrałem to.
Szogun odchylił niewielkie wieczko. Wewnątrz skrzyneczki znajdował się nieznany Samurajowi prostokątny przedmiot nie przypominający nic, co kiedykolwiek widział.
- To jest właśnie to – rzekł starzec. – Przyczyna mojej klęski. Przez to utraciłem sens życia, a wraz z nim zdrowie i apetyt. Sam widzisz. Po mojej dawnej tuszy pozostały tylko fałdy sflaczałej, pomarszczonej starością skóry.
- Myślałem… byłem pewien, że to mit – powiedział z niedowierzaniem Jabłuszko.
Szogun roześmiał się gorzko.
- A któż o zdrowych zmysłach myślałby inaczej? Cóż. Pod topór poszła cała moja rodzina, którą podejrzewałem o zdradę. Tymczasem mająca mieć formalny charakter loteria okazała się bardziej przewrotna, niżby mógł wyśnić najbardziej chory umysł. Do tej pory nie wiem, jak do puli losów dostał się ten felerny. Piętnaście lat szukałem owego tajemniczego czegoś zupełnie nie mając pojęcia czego szukam. Osoby, przedmiotu, krainy, czy idei spodziewając się… Sam nie wiem, czego się spodziewałem. W każdym bądź razie na pewno nie tego. A gdy wreszcie to znalazłem po długich poszukiwaniach, które kosztowały mnie cały zgromadzony przez nasze rody majątek, nie wiedziałem co mam z tym począć. Długie noce spędziłem na medytacjach i kontemplacji, by w końcu posłać po żyjącego na pustkowiach starego pustelnika. Ów, gdy tylko to zobaczył natychmiast umarł. Nie mam już sił, by dalej szukać. Jedynie ty możesz odnaleźć prawdę.
Widząc szykującego się do protestu Samuraja uniósł dłoń powstrzymując cisnące się na usta słowa.
- Zanim umrę – kontynuował – chcę zrzucić z ramion to brzemię, którego dłużej dźwigać już nie zdołam. Nie znam nikogo, kto byłby godzien przejąć je ode mnie. Nikogo oprócz ciebie, Jabłuszko.
To powiedziawszy uniósł skrzynkę w kierunku Samuraja i z szacunkiem skłonił głowę.
- To dla mnie honor – rzekł cicho Samuraj odbierając dar. – Przyrzekam, że nie spocznę dopóki nie poznam prawdy.
*
Odkąd Samuraj Jabłuszko otrzymał od szoguna tajemniczy dar minęło dwa miesiące. Wyjątkowo ostra zima zawładnęła bez reszty całą krainą. Wzgórza i równiny pokryły się grubym kożuchem śniegu, drogi stały się nieprzejezdne, wody jezior i rzek skuł gruby na ponad metr lód, którego słona odmiana sięgała nawet kilkadziesiąt metrów w morze. Jabłuszko nie martwił się tym, że zgromadził zbyt mało drewna, by spokojnie doczekać wiosny. Grube polana strzelały w palenisku, od którego roztaczało się na całe pomieszczenie przyjemne ciepło. Gospodarz postanowił, że najbliższej nocy musi odkryć prawdę. Wczoraj odszedł Szogun, a jego następca nie był Samurajowi życzliwy. Prędzej, czy później dowie się w czyje ręce trafiła strzeżona jak relikwia skrzynka z tajemniczą zawartością i przyśle po nią żołnierzy.
Jednak nie tego obawiał się Jabłuszko. Był dzielnym wojownikiem i żołdacy nie stanowili dla niego większego zagrożenia bez względu na liczebność. Samuraj bał się jedynie, że w takich okolicznościach ponownie zawładnie nim duch walki, który każdorazowo gdy się pojawiał popychał go na kolejne wojny wszelkie inne obowiązki spychając na plan dalszy. Biorąc pod uwagę, że kraj tonął ostatnimi czasy w coraz większej anarchii, mógł popaść w wir bez przerwy następujących po sobie walk, które wykluczały jednoczesne sprawowanie pieczy nad relikwią. A powierzyć ją komuś na przechowanie nie mógł, gdyż wszyscy którym kiedykolwiek ufał już dawno odeszli. Poza tym miał jeszcze w pamięci słowa starego Szoguna. Nie chciał skończyć tak jak on, zwiędnąć i uschnąć nie dowiadując się prawdy.
Skrzynka stała naprzeciwko niego. Obok tliło się opiumowe kadzidełko, dzięki któremu nieco się odprężył. Nie chciał pić sake, gdyż mimo właściwości relaksujących osłabiała jednocześnie koncentrację, której wyjątkowo w tej chwili potrzebował. Odetchnął głęboko i energicznie podniósł pokrywę. Wewnątrz znajdowała się druga skrzynka z tym, że wykonana w większości z metalu nieznaną Samurajowi techniką. Jego powierzchnia była matowa, ale jednocześnie przyjemna w dotyku i miła dla oka, boki pokrywało miękkie wykonane z bardzo drobnej siatki płótno.
- Jestem Jabłuszko – szepnął i po chwili raz jeszcze powtórzył pewniejszym już głosem – Samuraj Jabłuszko.
Nic się nie stało. Ostrożnie wyjął zawartość skrzynki i ustawił na niewysokim, szerokim stoliczku. Przyglądał się plątaninie pokrywających je nieznanych mu i obcych hieroglifów, układowi dziwnych okrągłych guzików i podłużnych słupków. Dotykał ich niepewnie, gładził wypolerowane ścianki i wąchał nie uzyskując żadnego efektu poza rosnącym zniecierpliwieniem. Wreszcie mocniej nacisnął jeden z przycisków i odskoczył od tajemniczej skrzyneczki jakby dotknął rozpalonej do czerwoności stali. Coś niewiarygodnie głośno zatrzeszczało, stuknęło, zapiszczało i na chwilę zamilkło, by zaraz potem huknąć kakofonią nigdy nie poznanych przez Samuraja dźwięków. Jabłuszko poderwał się na równe nogi, ale jakaś tajemnicza siła ponownie sprowadziła go do pozycji siedzącej. Bezskutecznie szarpał się z całych sił podczas gdy jego uszy katowały wydobywające się z pudełka zgrzyty nie przypominające niczego, co dotychczas kiedykolwiek słyszał. Katorga przedłużała się odbierając Samurajowi zmysły, aż w pewnym momencie ze skrzynki uniosła się czarna strużka cuchnącego dymu i wszystko ucichło. Jabłuszko odzyskał władzę nad ciałem. Poderwał się gwałtownie i dobywając obu mieczy odskoczył pod przeciwległą ścianę nie spuszczając skrzynki z oczu. Czekał dysząc ciężko nie myśląc o niczym, koncentrując się wyłącznie na obiekcie, w który wlepiał wzrok. Skrzynka przestała dymić, ale obłok jaki powstał ponad nim nie chciał się rozwiać unosząc się niewielką tłustą chmurą, która niepokojąco falowała, pęczniała i na powrót topniała. Jabłuszko nie miał pojęcia z czym ma do czynienie, ale nie miał w zwyczaju składać broni. Skoczył przed siebie i szybkim, zdecydowanym cięciem przedzielił nie stawiający najmniejszego oporu obłok na dwie części. Cuchnące opary zadrgały i po chwili wróciły do poprzedniej formy. Samuraj powtórzył atak kilkakrotnie, ale nie odnosząc innego niż za pierwszym razem skutku wycofał się pod ścianę. Mijały kolejne minuty wypełnione niczym nie zmąconą ciszą. Czekał. Nagle chmura dymu z sykiem wydłużyła się przybierając lejkowaty kształt, który szybko sięgnął cienkim końcem gładkiej powierzchni skrzynki i zniknął w niej z krótkim kaszlnięciem. Zaraz potem Samuraj usłyszał wyraźny choć cichy, czysty, dobiegający jakby zza światów głos.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Rozejrzał się po pomieszczeniu szukając źródła dźwięku. Wiedział, że poza nim nie ma tu nikogo i gości się nie spodziewał. Ponownie skupił więc uwagę na metalowej skrzynce. Dopiero teraz dostrzegł, że przecinało je niewidoczne wcześniej, migoczące pomarańczową poświatą świetliste pasmo.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Głos dobiegał ze skrzynki. Samuraj zrobił krok do przodu i trzymając miecze w pogotowiu powiedział z niemal bogobojnym namaszczeniem:
- Ja…
- Jabłuszko…
Postąpił o krok dalej.
- Jestem Jabłuszko – rzekł. – Samuraj Jabłuszko.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Głos jak echo odbijał się od ścian dobiegając teraz ze wszystkich stron, wypełniając umysł i wypierając z niego wszelkie myśli. Mężczyzna poczuł, że kręci mu się w głowie, kolana miękną, a wszystko w koło zaczyna z wolna wirować.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Sufit zaczął unosić się ulatując ku gwiazdom, ściany wirowały coraz szybciej, podłoga zaczęła umykać drżącym stopom. Na oślep machnął mieczem raz i drugi, aż w końcu stracił równowagę i zemdlony padł twarzą do przodu.
*
- A na koniec zostawiłam dla państwa nasz najciekawszy przypadek. W sumie to właśnie dla niego poprosiłam państwa o przyjazd.
To powiedziawszy lekarka odsunęła się od niewielkiego okienka umożliwiając gościom zajrzenie do wnętrza izolatki.
- Na pozór nic ciekawego nieprawdaż? – zapytała widząc niezdecydowane i raczej zawiedzione miny oglądających.
- To Samuraj Jabłuszko – kontynuowała. – A przynajmniej tyle udało się nam z niego wydobyć zanim przestał mówić.
Sędziwy mężczyzna zachichotał krótko. Spod białego, szpitalnego fartucha wystawały rękawy popielatego, szytego na miarę garnituru. Kobiecie przeleciało przez myśl, że na podobny musiałaby pracować pewnie z pół roku.
- Pani doktor. My na prawdę nie mamy czasu na…
- Chwileczkę – przerwała. – Bardzo proszę o jeszcze chwilę cierpliwości. Gwarantuję, że państwo nie pożałują. Miesiąc temu znaleźli go archeolodzy w dopiero co odkrytych ruinach starożytnej osady – wyjaśniła. – Ubrany był w kimono i uzbrojony w miecze z tamtej epoki. Co ciekawe wszystko to było w niemal idealnym stanie, podobnie jak wnętrze sali, w której leżał. Aż dziw, zważywszy, że reszta osady była wyjątkowo zrujnowana. Badania potwierdziły autentyczność zarówno wyposażenia wnętrza, jak i odzieży i broni.
- No i?
Lekarka przyjrzała się gościom. Mężczyzna pozował na cynika i ignoranta, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko zasłona skrywająca wrażliwego i doskonale wykształconego biznesmena, który od blisko dziesięciu lat zupełnie bezinteresownie łożył krocie na prowadzone przez klinikę badania nad szczególnymi przypadkami schorzeń. W bardzo wąskim gronie wtajemniczonych specjalistów określano je, jako „te”. Towarzyszka lekceważąco uśmiechniętego mężczyzny miała niczego nie zdradzającą minę i nie odzywała się skupiając uwagę wyłącznie na obserwacji pacjenta.
- Dobrze pan wie – odparła lekarka nie chcąc bardziej przedłużać. – Inaczej bym po państwo nie dzwoniła
Mężczyzna przez dłuższą chwilę świdrował ją oczami. Miała wrażenie, że jest w tej chwili zupełnie przezroczysta, a filantrop czyta z niej, jak z codziennej gazety zatrzymując się wyłącznie na co bardziej głośnych tytułach. A na jej pierwszej stronie wytłuszczonym drukiem stał napis „To się stało na prawdę”.
- Skąd pewność?
- Miał to ze sobą – odparła wytrzymując spojrzenie.
- Miał to ze sobą? Mówiąc „to” ma pani na myśli…
- To – dokończyła.
Zapanowała niczym nie zmącona cisza. Mężczyzna ponownie spojrzał przez wizjer. Widoczne wnętrze sali nie wyróżniało się niczym szczególnym. Wyposażenie stanowiło wyłącznie wąskie, twarde łóżko na stałe przytwierdzone do pokrytej miękkimi płytkami lśniącej podłogi. Leżał na nim sztywno wyprostowany, nieruchomy i blady, odziany w popielatą pidżamę mężczyzna. Miał otwarte oczy.
- Gdzie to jest teraz?
- W bezpiecznym miejscu.
- Musimy zobaczyć.
- Oczywiście.
Cała trójka ruszyła wąskim, blado oświetlonym korytarzem, na końcu którego widniały matowe drzwi windy. Zjechali trzy poziomy niżej. Po spełnieniu wszelkich procedur identyfikacyjnych stanęli przed długimi rzędami równo umiejscowionych w kilkunastu kolumnach szuflad. Kobieta wprowadziła niezbędny kod i po chwili wnętrze jednej z komór stanęło otworem. Mężczyźnie nie wystarczył jeden rzut okiem, by ocenić wiarygodność skrywanej w niej zawartości. Długo oglądał je dokładnie ze wszystkich stron odczytując plątaninę niezrozumiałych nawet dla wybitnych lingwistów oznakowań.
- Może przejdziemy do….
- Niewiarygodne… – szepnął mimowolnie.
W tym momencie milcząca dotychczas kobieta szybkim ruchem wydobyła z niewielkiej torebki wyposażony w tłumik pistolet i bez mrugnięcia okiem oddała trzy strzały. Lekarka osunęła się na ziemię z krótkim westchnieniem. Podobny los spotkał kolejno dwóch pełniących służbę ochroniarzy i po chwili drzwi do izolatki stanęły otworem.
- Witaj Jabłuszko – rzekł mężczyzna.
Leżącemu nie drgnęła nawet powieka. Przybysze bez słowa otworzyli wieko skrzynki i cofnęli się na korytarz. Mijały przeciągające się w nieskończoność minuty, podczas których nie wydarzyło się nic niespodziewanego. Czekali cierpliwie nie zdradzając targających nimi od wewnątrz niepokoju i zdenerwowania. Kobiecie nawet na moment nie zadrgała dłoń zaciskająca się na rękojeści trzymanej w pogotowiu, odbezpieczonej i gotowej do strzału broni.
Wreszcie usłyszeli cichy trzask, który mimo to zabrzmiał w pogrążonym w nieskazitelnej ciszy pomieszczeniu jak armatnia salwa. Zaraz po nim nastąpił kolejny i po chwili salę wypełniła seria nisko i wysoko tonowych dźwięków. Nagle poderwał się nieruchomy dotychczas Jabłuszko. Gdyby nie skrajnie chłodny profesjonalizm dzierżącej broń kobiety Samuraj prawdopodobnie padłby przeszyty kulami.
- Jestem Jabłuszko – powiedział beznamiętnym tonem.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko….
*
Słońce paliło niemiłosiernie. Mężczyzna drżącą ręką sięgnął do urny. Głowa drogiej mu kobiety spoczywała nieopodal skrwawionego korpusu. Nie tak miało być. Był pewien, że przewidział wszystko. Tymczasem rzeczywistość okazała się skrajnie nierealna i irracjonalna. Nie był w stanie przypomnieć sobie przebiegu wydarzeń. Ostatnia rzecz jaką pamiętał, to podnoszący się ze szpitalnej leżanki Jabłuszko. Zaraz potem następowała nieprzenikniona ciemność, która ustąpiła nagle zastępując kliniczną rzeczywistość ciżbą rozwrzeszczanej gawiedzi. Na taki obrót wydarzeń nie mogli być przygotowani nawet tak wyrafinowani profesjonaliści, jak oni. Jego długoletnia i zaufana towarzyszka chyba nie zdążyła nawet uświadomić sobie powagi sytuacji, gdy katowski topór odrąbywał jej śliczną głowę. Teraz przyszła jego kolej. Los był w swojej prostocie aż nazbyt jednoznaczny i oczywisty. Ostatni obraz jaki przemknął mu przed oczami zanim te, dzięki precyzyjnemu cięciu, na zawsze wraz z głową oddzieliły się od karku, to siedzący na honorowym miejscu uśmiechnięty Jabłuszko dający katowi znak krótkim skinieniem głowy.

Pierdźwiedzie i okonięcina

Port wydawał się całkiem przytulny, co zważywszy na jego geograficzną lokalizację było niemałym zaskoczeniem. W tak odległych zapomnianych przez wszystkich zakątkach większość przystani była zapuszczona, brudna, cuchnąca i mroczna. A ten, mimo iż nie było go na większości współczesnych map, zdawał się tętnić życiem, życiem wesołym, przyjemnym i ciepłym.
Marynarz z rozpromienioną twarzą stał w portowej bramie odprowadzając melancholijnym wzrokiem odpływający żaglowiec, na którym spędził ostatnie siedemdziesiąt lat. Dobra stara poczciwa łajba. Mile wspominał szczególnie ostatni okres, w którym często odwiedzał znajome zakątki, spotykał starych przyjaciół i znajomych. Co prawda wizyty na lądzie były bardzo krótkie i nigdy nie starczało mu czasu na realizację wszystkich planów, ale zawsze udawało mu się spotkać kogoś, z kim mógł powspominać wspólnie przeżyte chwile, wyprawy, czy mozolną służbę. I oczywiście wysłać do Szalonego Furmana i Pobucza kartki z pozdrowieniami, czy życzeniami. Marynarz był niezwykle nostalgiczną i melancholijnie usposobioną osobą.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, letnie powietrze przesycone było ciepłą morską bryzą. Delikatny wiaterek mile gładził ogorzałą twarz i kojąco uspokajał myśli. Mężczyzna naciągnął wysłużoną białą czapkę na pokrytą gęstą blond czupryną głowę i raźno ruszył w kierunku jasno oświetlonych drewnianych zabudowań, wśród których spodziewał się znaleźć jakiś w miarę przyzwoity motel i tawernę. Minął okopconą, niemal zabytkową już wędzarnię, nad którą krążyły popiskujące mewy, krzyknął wesoło na kilka wszędobylskich całkiem zdrowo wyglądających kotów, które rozleniwione łatwością zdobycia pokarmu zupełnie go ignorowały spoglądając na niego z pogardliwą wyższością i niesmakiem. Bezdomne kundle ganiały radośnie po wąskich portowych alejkach ujadając zapamiętale na wszystko, co akurat mijały.
Marynarz nie znał tej niewielkiej osady, zatem w poszukiwaniach postanowił zdać się na intuicję. Zapytać o radę nie miał kogo, gdyż kilka niewielkich sklepików z rybackimi akcesoriami było już zamkniętych, podobnie jak szereg drewnianych budek i straganów. Zapowiadała się kolejna ciepła noc i pewny, twardy grunt pod stopami sprawiał, że stary wilk morski nie przejmował się opustoszałymi uliczkami. Małe porozrzucane po krańcach świata mieściny rządziły się swoimi prawami, ludzie prowadzili w nich spokojne, pozbawione niespodzianek życie, pracowali ciężko od wczesnego świtu i spać kładli się wcześnie. Wieczorem gwar cichł ustępując miejsca ciszy mąconej jedynie szumem i pluskiem fal przyboju, chrzęstem takielunku, skrzypieniemi ocierających się o pomosty lin cumowniczych i leniwym trzaskiem starych drewnianych desek.
„U Grubego Lutka” brzmiał napis na obłażącym płatami farby szyldzie umieszczonym nad szerokim wejściem do tawerny. Budynek był wolnostojący, wysoki na dwa piętra i górował nad okolicznymi przeważnie parterowymi poprzytulanymi do siebie domostwami. Marynarz uznał, że pewnie znajdzie w nim również pokój, w którym będzie mógł zatrzymać się na kilka dni, dopóki nie znajdzie czegoś innego, w bardziej ustronnym miejscu. Zamierzał tym razem spędzić na lądzie co najmniej dwa tygodnie, czas poświęcając wyłącznie na wydawanie pieniędzy, rozrywkę i oczywiście wysyłanie listów. Koniecznie musi dowiedzieć się gdzie znajduje się biuro pocztowe. Może trafi się dla niego jakaś zbłąkana korespondencja? Dawno nie otrzymał żadnego listu, co wprawiało go w przygnębienie, szczególnie w trakcie bezsennych nocy, które od czasu do czasu mu się przytrafiały. A tym razem spodziewał się ich więcej. Niedawno kategorycznie skończył z pierdźwiedziowym nałogiem, który ostatnimi laty zaczynał szczególnie mu doskwierać i co prawda zyskał dzięki temu na trzeźwości umysłu, ale w to miejsce zaczęła okresowo dokuczać mu uciążliwa bezsenność, która z kolei powodowała, iż czuł się niewypoczęty. Marynarz miał nadzieję, że taki stan nie będzie trwał w nieskończoność i prędzej czy później uda mu się uzyskać harmonijny stan ciała, a przede wszystkim ducha.
Z wnętrza tawerny dobiegał przytłumiony gwar rozmów i dźwięki granej na żywo marynarskiej melodii. Z niemałym trudem otworzył ciężkie wzmocnione żelaznymi sztabami drzwi i zaraz muzyka przybrała na intensywności, a w twarz uderzyło gorące przesycone mieszaniną różnych zapachów powietrze. Tak jak we wszystkich tego rodzaju przybytkach czuć było przyrządzaną na różne sposoby rybą, mało wyszukanym tytoniem, skwaśniałym piwem i morską solą. Knajpa była obszerna, dwuizbowa i niezbyt mocno oświetlona, spowita sinymi kłębami gryzącego oczy dymu, które, szczególnie bezpośrednio tuż pod stropem, tworzyły kłębowisko na podobieństwo złowrogich chmur znamionujących szkwał.
Marynarz odkaszlnął i przestąpił wysoki, naznaczony zębem czasu próg. Przy długich, ciemnych, solidnych dębowych ławach zasiadała niezbyt liczna, ale za to niezwykle barwna klientela. Nowy gość został obrzucony kilkoma krótkimi, w większości zmętniałymi spojrzeniami. W żadnym z nich nie dostrzegł wrogości, ale również próżno było doszukiwać się tam jakichkolwiek symptomów serdeczności. Ot takie po prostu, machinalne, obojętne i pozbawione emocji.
Przy szerokim bufecie siedziało trzech brodatych mężczyzn w trudnym do oceny wieku, gdyż bujny i skołtuniony zarost pokrywał im niemal całe twarze. Wyglądali na rybaków, prawdopodobnie miejscowych, zachowywali się bardzo swobodnie i zwracali do gospodarza po imieniu.
Gruby Lutek przydomek miał niezwykle trafny. Postawny, zdecydowanie górujący nad innymi mężczyzna z trudem poruszał się za kontuarem, który od ścian i półek z serwowanym asortymentem dzieliła zbyt mała jak na jego posturę przestrzeń. Brzuch opinał mu pocięty w poprzek biało granatowymi paskami pozbawiony rękawków podkoszulek z nienaturalnie rozciągniętym pod szyją wykończeniem, prze które można było dostrzec obficie obrośnięty siwiejącą szczeciną tors. Ponadto gdy sięgał na którąś z górnych półek po bokach można było dostrzec różowe sutki. Nie wyglądało to zbyt apetycznie, ale nikt zdawał się nie zwracać na to uwagi.
Taką też postawę postanowił przyjąć również nowy przybysz. Stanął przy kontuarze i grzecznie czekał, aż barman zwróci na niego uwagę. Grubas zjawił się po chwili z obojętna miną.
- Zjeść coś chciałem – powiedział Marynarz. – I zanocować, jeśli to możliwe.
Szynkarz obrzucił go nieco bardziej ciekawskim spojrzeniem i otarł dłonią skraplający się na tłustej twarzy pot.
- Z żaglowca? – zapytał.
- Z żaglowca – odparł Marynarz.
- Na długo?
- Dwa, trzy dni, może trochę dłużej.
Mężczyzna zmierzył przybysza od stóp do głów wolnym, przeciągłym spojrzeniem. Zrobili to również trzej brodacze, którzy na chwilę zawiesili rozmowę.
- To jak? – ponowił pytanie Marynarz. – Znajdzie się ten pokój?
- Czy myśmy się nie spotkali czasem kiedy? – odparł pytaniem barman. – Byłeś tu już, prawda?
Nieco zniecierpliwiony ignorancją gospodarza Marynarz przełknął gorzką ślinę i rzucił szybko:
- Pierwszy raz tu jestem. Po długim rejsie wszyscy wyglądają podobnie.
Stuknął paznokciami w kontuar.
- Głodny jestem – dodał. – I zmęczony.
Barman ponownie wytarł twarz, tym razem podkoszulkiem, potem dłonie w poplamiony lniany fartuch i kiwnął głową wysuwając dolną wargę w grymasie przyzwolenia.
- A co ma się nie znaleźć – odparł w końcu. – Czym chata bogata. Można u mnie zjeść najlepiej w okolicy. Wszyscy to potwierdzą. Mam też wyborne piwo korzenne i przedni kwas chlebowy. Na górze pokój karzę przygotować. Na ogół wszystko zajęte, ale teraz sezon na dorsza w pełni, to i wszyscy w morze poszli. Możesz mieszkać ile chcesz. Jak będziesz się u mnie stołował to i taniej policzę.
Marynarzowi grosza nie brakowało, ale nie zamierzał się z tym obnosić podchwycił więc temat i po kilku minutach doszli do porozumienia.
- W drugiej sali jest więcej miejsca i bardziej spokojnie – zachęcał gospodarz. – Można w spokoju zjeść. Ale oczywiście siadaj gdzie chcesz.
Mężczyzna rozejrzał się po lokalu i uznał pomysł grubasa za słuszny. Kilku skośnookich mężczyzn zajmujących dwa stoły zdrowo było już podpitych i zaczęło głośno podśpiewywać do wtóru dwóm grającym na zdezelowanych instrumentach muzykom. Ci nawykli do tego rodzaju zabaw zaczęli przygrywać coraz skoczniejsze i weselsze melodie co dodatkowo poprawiało i tak dobre nastroje. Coraz mocniej wzmagało się rytmiczne tupanie i walenie kuflami o blaty, smyczek z każdą chwilą żwawiej zgrzytał po strunach skrzypiec, gitara wygrywała mocniejsze akordy.
Marynarz na ogół lubił takie swojskie klimaty ale w tym momencie potrzebował chwili spokoju na pożywny posiłek. Później może dołączy do rozkrzyczanej załogi. Skinął barmanowi głową i ruszył do wskazanej spokojniejszej sali. Zawierała sześć kwadratowych czteroosobowych stołów, przy dwóch siedzieli pochłonięci dialogiem klienci. Ci nie wyglądali na miejscowych rybaków i byli raczej, podobnie jak Marynarz, morskimi wędrowcami i portowymi włóczykijami lub też rządnymi przygód wagabundami. Dwaj siedzący w odległym kącie mężczyźni wyglądali na Indian. Mięli ciemną karnację, długie, czarne włosy i kolorowe, ozdobione przeróżnymi paciorkami i piórami stroje. Jeden miał na plecach kołczan ze strzałami, drugi za pasem tomahawk. Palili długą, nabitą cuchnącym zielem fajkę i pili wódkę zagryzając kawałkami suszonej wołowiny. Drugi stolik zajęty był przez trzy nie pierwszej młodości kobiety w kolorowych chustkach na głowach ubrane w pstrokate na ludową nutę stroje. Towarzyszył im bosy, łysiejący karzeł w krótkich spodenkach i bezrękawniku oraz odziany w długi zgrzebny habit garbaty mnich o niejednoznacznie określonej przynależności klasztornej. Trzecim, ostatnim z biesiadników płci męskiej był barczysty żołnierz o obfitym sumiastym wąsie, nienaturalnie szerokiej twarzy z wąsko osadzonymi przekrwionymi świńskimi oczami i blizną wzdłuż lewego policzka. Sądząc po insygniach i umundurowaniu był to półkownik wojsk pancernych armii czerwonej, bardzo zasłużony, o czym świadczyły trzy rzędy orderów i odznaczeń zdobiących szeroką pierś. Towarzystwo nie było zachęcające, ale przynajmniej nie hałasowało i było raczej zajęte własnymi sprawami niż nowoprzybyłymi klientami.
Marynarz zajął stolik sąsiadujący z czerwonoskórymi i pociągnął z gruboszklistego, zielonkawego kufla solidny łyk zachwalanego przez barmana piwa. Spodziewał się wbrew temu podłego smaku, więc mile się zdziwił gdy podniebienie opłukał mu bursztynowy, rześki i pachnący świeżą chmielową szyszką płyn. Smaczny napój dodatkowo wzmógł i tak już silny apetyt, z niecierpliwością czekał zatem na zamówione danie firmowe, na które składać się miały marynowane z jałowcem śledziowe płatki jako aperitif oraz danie główne w postaci zupy na dorszowym łbie i gryczanych klusków w kwaśnej kapuście z pieczoną baraniną. Całkiem pokaźne i urozmaicone menu, jak na taką zapadłą, zapomnianą przez stwórcę dziurę.
Marynarza zaintrygowało niecodzienne damsko męskie towarzystwo ale nie będąc z natury wścibskim starał się zbyt często w jego stronę nie spoglądać. Indianie w ogóle go nie interesowali. Raczej nie lubił czerwonoskórych. W przeważającej większości uważał ich za nieszczerych i zblazowanych hipokrytów, co to zachowują kamienne i niewzruszone twarze znamionujące godność i nieskazitelny honor, ale gdy tylko wypiją trochę ognistej wody zaraz gotowi są wzajemnie pozdejmować sobie skalpy, pookradać się, ujszczyć i usrać w portki, czy wychędożyć kobiety współbraci. Wolał w ich kierunku nie spoglądać, a najlepiej w ogóle o nich zapomnieć. Najchętniej usiadłby tyłem do Indian, ale obawiał się zdradliwej strzały lub ciosu siekierką w potylicę, co już kiedyś mu się przytrafiło. Mimowolnie pomacał głowę odnajdując palcami zgrubienie w kości czaszkowej i nieregularną bliznę na skórze, która zszyta naprędce przez ówczesnego bosmana przy pomocy nasączonej tranem dratwy przybrała postać zrogowaciałej narośli. Pozostałość po ranie była szpetna i między innymi z tego powodu Marynarz nosił długie, opadające na ramiona włosy. Oczywiście nie zwykł nigdy niczego uogólniać i z góry zakładać, brał więc pod uwagę, że ci dwaj mogą być inni, zupełnie nieszkodliwi, poczciwi i szlachetni. Jednakże wolał dmuchać na zimne i co najwyżej dać się mile zaskoczyć, co było rozwiązaniem zdecydowanie dużo bardziej roztropnym niż obdarzenie zbytnim zaufaniem i kolejne blizny lub jeszcze gorzej.
W czasie, w którym Marynarz oddawał się wspomnieniom i analizie najbliższego otoczenia Gruby Lutek przyniósł śledziową przystawkę, miseczkę prażonych orzechów i talerzyk pociętego w długie, wąskie paski żółtego sera skropionego pikantnym sosem na bazie czerwonej papryki, soi i czosnkowej soli. Nie pytając postawił również kolejny kufel pienistego piwa. Korzystając z obecności karczmarza Indianie zamówili dużą michę surowych rybich wątróbek z gotowaną na średnio twardo czerwoną fasolą i poprosili o kolejną butelkę wódki. Lutek nie dzielił klientów na kategorie według poglądów nacjonalistycznych, religijnych, politycznych, czy kulturowych. Dla niego liczyło się tylko czy jest pieniądz, czy go nie ma. Czerwonoskórzy zapłacili z góry, więc karczmarz skinął tylko głową i zabrawszy pustą butelkę wrócił za bufet. Po drodze przyjął również zamówienie od klientów z drugiego stolika. Po kilku minutach w sali pojawiła się filigranowa, mocno pomarszczona kobieta o bardzo energicznych ruchach. Bez większego problemu przytaszczyła ze sobą sporych rozmiarów lśniącą tacę i zaczęła stawiać przed biesiadnikami zamówione dania. Na stół trafiło kolejno trzy kawałki dobrze wyrośniętej szarlotki, wędzony węgorz w galarecie, talerz owsianki, stos grubych na dwa palce pożółkłych plastrów słoniny oraz gąsior swojskiego wina i litrowa butelka sinego płynu, prawdopodobnie również własnej produkcji. Do tego kamienny garniec kiszonych ogórków, duża salaterka małż i małych ośmiornic, kilka główek łuskanego czosnku i drewniany styl od szczotki.
Teraz Marynarz nie miał już najmniejszych wątpliwości, że oficer jest przedstawicielem radzieckich sił zbrojnych. Onegdaj spędził na sowieckim krążowniku blisko szesnaście lat, więc zdążył poznać różne zwyczaje czerwonoarmistów. O ile umundurowanie mogło się zmieniać, to nawyki o podłożu społeczno kulturowym opierały się wszelkim reformom. Ej, nie ma co. Wesołe to były lata. Co prawda niewiele z tego okresu pamiętał, ale jeśli już nasuwały mu się jakieś wspomnienia to każdorazowo raczej radosne. Nawet kilkanaście, czy kilkadziesiąt bitew morskich, które w miarę kojarzył mieniło mu się bardziej jako beztroskie przygody i zawadiackie potyczki, niźli krwawe rzezie jakimi liczni kronikarze zwykli je określać. Wszystkie te wspomnienia spowodowały, że Marynarz zapałał chęcią bliższego poznania oficera chociaż ten rekrutował się co prawda z wojsk pancernych, więc wiele wspólnych tematów prawdopodobnie by ich nie połączyło, ale za to sam temperament i towarzyskość powinna być zbliżona do tej mu znanej.
Tak rozmyślając zjadł ze smakiem doskonale przyrządzone śledzie, przegryzł kilkoma orzeszkami i pikantnym serem, którego ostry smak zapijał kolejnymi kuflami wybornego piwa. Gdy zabierał się do parującej aromatycznej zupy był już na lekkim rauszu i dopisywał mu doskonały humor. Z kolei Indianie opróżniwszy połowę butelki zaczynali mieć już porządnie w czubie, o czym świadczyło między innymi ich obsceniczne i niewybredne zachowanie. Zaświnili cały stół kawałkami surowych rybich podrobów i fasolą, kiwali się na boki i coraz głośniej na siebie pohukiwali w tylko sobie znanym języku. Marynarz radził sobie z większością indiańskich dialektów, a używanego w gospodzie ni w ząb nie rozumiał, co tylko dodatkowo utwierdziło go w negatywnym nastawieniu do owych dwóch braci. Irytowało go to niezmiernie, głównie z uwagi, iż bardzo intrygowało go towarzystwo radzieckiego oficera, a przez czerwonoskórych nie mógł się skupić wyłącznie na nim. Musiał zachować czujność, uważać i być gotowym na wypadek, gdyby któryś z nich zechciał nagle podstępnie go zaatakować.
Mając baczenie na Indian przełknął kawałek baraniny i wrócił do kontemplacji drugiego stolika. Towarzystwo najwidoczniej zakończyło ważkie rozmowy i stawiając teraz na rozrywkę zaczynało coraz bardziej się rozkręcać. Karzeł kończył akurat szarlotkę niemal lubieżnie oblizując palce. Długim, równo podzielonym węgorzem zajadała się reszta towarzystwa za wyjątkiem garbusa, który pił wino wprost z podpieranego łokciem gąsiora.
- Za towarzysza Stalina! – ryknął nagle oficer odstawiając pękate naczynie i wznosząc szklanicę samogonu, energicznie wstając przy tym od stołu wskutek czego z łoskotem wywrócił się drewniany taboret. – A wsjech pachołkow jemu nieradych w żopu dołżna sobaka jebat!
Wychylili duszkiem zawartość szklanek i półkownik trzasnął styliskiem o wypolerowaną cholewę wysokiego oficerskiego buta.
- Za Jezusa Chrystusa! – zawtórował mu mnich przechylając w połowie opróżniony gąsior. – Syna jego jedynego!
Przełknąwszy wszyscy zgodnie zagryźli zjełczałą słoniną. Chwilę przeżuwali by ponownie chwycić za napełnione powtórnie szklanice.
- Swietłano Aleksandrowna! – huknął purpurowy na twarzy żołnierz zwracając się do siedzącej po środku kobiety. – Ja was sjewodnia budu jebat cjełuju noć!
Niewiasty ryknęły śmiechem rozsiewając wokół nie do końca przegryzione kawałki tłustej galaretowej potrawy. Karzeł wskoczył na stół i zaczął fikać koziołki wzbudzając tym samym jeszcze większy entuzjazm biesiadników. Półkownik co chwila śmigał drewnianym orężem ale każdorazowo akrobata okazywał się sprytniejszy i udawało mu się uniknąć kolejnych bolesnych razów. Stylisko co i rusz smagało po pomarszczonych pyskach szczerbate,kolorowo ubrane niewiasty, które jednakże zdawały się niczego sobie z tego nie robić i za każdym razem po otrzymaniu uderzenia wznosiły kolejne toasty ku uciesze wtórującego im radośnie towarzystwa.
Początkowo zniesmaczony i rozczarowany rozwojem spraw Marynarz z każdą chwilą był coraz bardziej rozpromieniony. Niemalże z pasją przyglądał się widowisku od czasu do czasu szybkimi spojrzeniami kontrolując poczynania biesiadujących, chylących się ku blatowi Indian. Kiedy zamierzał właśnie wstać i spróbować nawiązać bliższą znajomość z fascynującym go żołnierzem, poczuł ostry ból w skroni i szybko zaczął tracić ostrość widzenia. Ostatnia rzecz jaką dostrzegł, to upadający na podłogę tomahawk i rumor odsuwanej ławy spowodowany gwałtownym powstaniem pułkownika.
*
Ocknął się z potwornym bólem głowy. Leżał w szerokim łóżku ze świeżo wykrochmaloną pościelą. Bandaż spowijający mu czerep opadł nieco na oczy ograniczając pole widzenia ale mimo to zdołał ocenić, że najprawdopodobniej znajduje się w pokoju, który wynajął w tawernie. Obok łóżka stała na taborecie wypełniona wodą blaszana misa, przez której krawędź przewieszono płócienny, niegdyś z pewnością biały kawałek tkaniny. Ze skroni pulsował ćmiący ból, myśli miał mętne, prawdopodobnie wskutek zaaplikowanych mu leków przeciwbólowych i wypitego korzennego piwa. Usiłował sobie przypomnieć ostatnie wydarzenia ale jedyne co pamiętał, to późna kolacja w sąsiedztwie niezwykle ciekawego mieszanego towarzystwa. Potem była już tylko niepokojąca pustka. Próbował skojarzyć fakty i dopasować je do czasu ale mętlik jaki opanował mu myśli nie pozwalał na konstruktywne wnioski.
Rozmyślania przerwało mu delikatne skrzypienie drzwi. Odruchowo sięgnął pod poduszkę, gdzie zwykł chować samopał, ale wymacał jedynie szorstką powierzchnię lnianego prześcieradła i jak się po chwili okazało, niewielką suszoną ropuchę. Znalezisko zdziwiło go niemal równie mocno jak sam gość, który zajrzał do pokoju zapytać o zdrowie.
- A, panie – wchodząc do środka zgarbiony duchowny przemówił łamaną marynarską mową z wyraźnym mnisim akcentem. – To stary sprawdzony sposób na pozbycie się bólów głowy nabytych w okolicznościach, że tak to ujmę, biesiadnych.
Widząc zdziwione spojrzenie leżącego szybko dodał:
- Kładzie się taką ropuchę, najlepiej złapaną z wieczora zanim zdąży się nażreć, lub też, tak jak w tym przypadku, hodowaną i specjalnie pod kątem niezwykle ważkiego przeznaczenia głodzoną. Kładzie się ją choremu pod posłanie i w parę godzin całe to metylowe draństwo uchodzi z głowy wprost do chłonącego wszystko płaza. Ten wysechł na wiór, boś grzmotnął bodaj trzy baryłki piwa. Nie to żebym podglądał, bo wścibskiej natury nie mam ale karczmarz sam mówił jakeśmy cię do pokoju nieśli.
Marynarz słuchał w skupieniu z niekłamanym niedowierzaniem. Przybysz gdyby nie zgarbiona sylwetka byłby bardzo słusznego wzrostu, może nawet i tak wysoki jak on sam, twarz miał posępną, ale nie złą. Widać było, że drzemały w nim pokłady niezwykłej witalności i ciepła. Spod ciemnych, bystrych oczu wystawał spiczasty wydatny nos, ponad nimi niemal falowały krzaczaste przyprószone siwizną brwi. Skórę na głowie porastała króciutka gęsta również szpakowata szczecina, dłonie skrywały fałdy ciemno popielatego habitu przewiązanego grubym wykonanym z wielbłądziego włosia sznurem.
- Co się właściwie stało? – wystękał w końcu Marynarz.
W gardle miał sucho co nie umknęło uwadze duchownego, który wspaniałomyślnie podał mu aluminiowy kubek orzeźwiająco pachnącego schłodzonego naparu.
Teraz dopiero chory dostrzegł rękę mnich. Była pokryta drobną zielonkawą łuską, palce były nienaturalnie długie zakończone czarnymi haczykowatymi jak u dzikiego kota szponami. Marynarz widział w swoim życiu niejedno, więc nie dał po sobie poznać zdziwienia jakie ów widok na nim wywarł. Dziwił się jednak, że nie zauważył tego faktu wieczorem. Widać zbytnio pochłonięty był kontemplacją czerwonoarmisty, poza tym mnich był odwrócony do niego tyłem, więc prawdopodobnie nawet nie miał okazji dostrzec niecodziennego zjawiska.
Wypił podany mu napój i podziękował z niekłamaną ulgą. Napar był niezbyt smaczny, zalatywał morszczynem i pozostawiał na podniebieniu oleisty posmak, ale za to doskonale łagodził uczucie suchości w ustach. Mnich przyglądał mu się z ustami delikatnie wygiętymi w kącikach figlarnym pozbawionym złośliwości i raczej serdecznym uśmieszkiem.
- Nie jesteś przerażony, czy zniesmaczony? – zapytał przebierając przed nosem groteskowymi palcami.
- Nie – odparł wolno Marynarz. – Raczej zaskoczony. Ostatni raz widziałem blina ze dwieście lat temu. Myślałem, że wymarliście wskutek zarazy.
- O, widzę, że kolega obznajomiony z historią – powiedział mnich z żartobliwą nutką, ale widać było, że Marynarz zrobił na nim wrażenie. – W zasadzie tak właśnie jest. Zostało nas niewielu, większość zamknęła się w klasztorach lub pałęta po kresach.
Zakonnik zamyślił się chwilę, ale zaraz kiwnął delikatnie głową na boki, jakby odganiał frasujące, niechciane myśli i ruszył do drzwi.
- Muszę teraz iść. Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie – rzekł.
W progu odwrócił się jeszcze na chwilę i rzucił:
- Zwą mnie Bochen.
Wobec pytającego spojrzenia, jak również zgodnie z prawidłami kultury i dobrego zachowania Marynarz odparł:
- Marynarz. Cieszę się ze spotkania – dodał szczerze.
Blin uśmiechnął się delikatnie i cicho zamknął za sobą ciężkie drzwi.
Marynarz zamyślił się. Fakt spotkania blina zdziwił go, ale nie zaniepokoił. W sumie fakt, że nie zostali oni wytępieni przez mór, który rozpętał się parę wieków temu i ogarnął swym zasięgiem niemal cały świat był nawet krzepiący. Co prawda blinowie nie należeli do istot nazbyt miłych i przyjaznych niemniej z pewnością cechowali się wysokim przywiązaniem do tradycji i kultury, które ich rasa pielęgnowała na przestrzeni dziejów. Byli honorowi i zasadniczy. Owszem, ostrzy i bezwzględni, ale nigdy nie bez przyczyny. Jeśli ktoś nie wchodził im w drogę, nie nękał, nie knuł przeciw nim, nie dręczył i nie narzucał swych racji mógł czuć się bezpieczny nawet w bezpośredniej ich bliskości. Niestety z bliżej nie określonych przyczyn przyszedł czas nagonki i prześladowań blinów, głownie za przyczyną uzurpatorsko propagandowo oszczerczej działalności sług Meganieboszczyka, który permanentnie musiał pozostawać w stanie wojny z kimkolwiek, jeśli w pobliżu nie znajdował się akurat znienawidzony przez niego jeden z Pobuczy lub towarzyszący mu Szalony Furman. Ilekroć odwiecznym wrogom udało się zapaść w jakichś leśnych ostępach, dzikich górach, lub innych osnutych tajemnicą miejscach Meganieboszczyk od razu szukał nowego wroga. W ten sposób tępił wszystko, co akurat stanęło mu na drodze. Tak było również z blinami. Niestety dla ciemiężyciela opór jaki postawiły te dzielne istoty okazał się tak mocny, że szeregi popleczników agresora zaczęły topnieć w zatrważającym tempie przy jednocześnie nikłych stratach po stronie atakowanych. W skutek takiego obrotu spraw Meganieboszczyk odwołał się do swoich zdolności magicznych i czarnoksięskich koligacji, czego efektem była epidemia niezwykle ostrej pleśniawki, która przez dwa stulecia skutecznie trzebiła szeregi blinów. Odpowiednio zmodyfikowane guślarsko i genetycznie bakterie roznoszące chorobę dla innych gatunków nie były groźne, a cały jej jad skomasowany został wyłącznie na blinach, przez co mimo niezwykłej odporności tych istot na bodźce zewnętrzne nie byli w stanie długo stawiać oporu. Z każdym rokiem ginęły ich dziesiątki, co przy i tak niewielkiej populacji tego gatunku było ilością zatrważającą.
Marynarz ostatniego blina widział w trakcie podróży do odległych obszarów kupieckich wschodniej części starej marchii paleontometropolitarnej, gdzie zwykł wymieniać całe worki ciężko zarobionych szczurzych bobków na wysokiej jakości osprzęt żeglarski i inne akcesoria niezbędne mu w danym momencie. W tamtym czasie były to zwoje wysokogatunkowej blachy wykonywanej z bardzo rzadkich rud metali dostępnych jedynie w tym zakątku świata, i na które niezwykle intratne cykliczne zamówienia otrzymywał od tajemniczego kontrahenta, który za nic nie chciał zdradzić swojej proweniencji. Marynarz podejrzewał Furmanów, ale nigdy nie był w stanie tego udowodnić. Zwłaszcza, że nigdy nie udało mu się spotkać żadnego z nich przy okazji realizacji zlecenia. Na jego podejrzenia decydujący wpływ miało jedno wydarzenie, którego świadkiem był kilkadziesiąt lat po zakończeniu owej współpracy. Wędrował wówczas barką transportową w górę szczególnie leniwie toczącej swe wody Wielkeij Rzeki Pionowej. Robotę miał nudną, ale za to bardzo niebezpieczną. Raz w tygodniu bowiem mijali rejon starych cmentarzysk, na których przez kilka tysiącleci składali swoich zmarłych rdzenni mieszkańcy tych terenów, a więc ziemia aż kipiała od trupiego jadu i zwapnionych kości. Jak wiadomo, takie warunki są doskonałym środowiskiem dla wszelkiego rodzaju nekroistot i padlinożerców, a w szczególności, z uwagi na wiek nekropoli, miejsce to upodobały sobie śmierdnice olbrzymie oraz kilka pomniejszych i mniej groźnych gatunków pleśniaków. Tak więc po sześciu dniach totalnej bezczynności przychodził czas, w którym trzeba było zachować niezwykłą czujność, w każdej chwili potrafić wykazać się natychmiastową gotowością bojową i najlepiej mieć oczy dookoła głowy. Z uwagi na to praca była bardzo dobrze płatna. Do tego stopnia, że o ile udało się zorganizować sprawnie działającą i współpracującą grupę śmiałków, po miesiącu czasu dawała taki zysk, że można było później dostatnio żyć nawet przez kilkanaście lat. Niestety z czasem śmierdnice nabrały wielu umiejętności zarówno w zakresie bezpośredniej potyczki, jak i w odniesieniu do działalności dywersyjno szpiegowskiej oraz sztuce kamuflażu. Z czasem straty wśród konwojentów były coraz większe, a szeregi chętnych do pracy szybko się uszczuplały. Zwłaszcza gdy ze współpracy wycofali się nieślepcy, którzy mieli to, co w tych warunkach było niezwykle cenne, czyli, jak wyżej wspomniano, oczy dookoła głowy, a ściślej rzecz ujmując mieli ich cztery wyłupiaste pary z każdej strony lekko prostopadłościanokształtnej głowy. Oczy chroniły rogowe przeźroczyste od wewnątrz skorupy, które od przeciwnej strony wyglądały jakby wcale ich nie było. Ten fenomen sprawiał, że nieślepcy często byli brani za pozbawionych oczu i tym samym ślepych zupełnie, co w znacznym stopniu osłabiało czujność przeciwnika. Niestety z czasem owa tajemnica przestała nią być i kolejne lata poważnie nadwyrężyły stan liczebny tych istot. Kiedy w jednej z potyczek obiektem ataku śmierdnic i pleśniaków stali się wyłącznie nieślepcy przy jednoczesnej zupełnej ignorancji przewożonych barką towarów postanowili oni wycofać się ze służby ochrony rzecznej.
Od tamtego czasu Marynarz niemal każdego razu musiał pływać z inną załogą. W każdym bądź razie w trakcie trwania jednego z niebezpiecznych rejsów, gdy skomasowany atak nekrożerców spowodował znaczne straty wśród oblężonych i w powietrzu wisiała całkowita klęska, nad głowami ociekających posoką obrońców świsnął bat. Dalsze wydarzenia potoczyły się niezwykle szybko. Rzeka niemal straciła przepustowość, gdy jej wody zaroiły się od poszlachtowanych cuchnących cielsk. Śmierdnice zaczęły wzajemnie rozrywać sobie gardła, pleśniaki zjadały swoich pobratymców, a że kanibalizm był dla nich zabójczy, szybko ginęły w mętnej toni. Po niespełna kwadransie powietrze stało się czyste i przejrzyste. Przesycała go jedynie woń śmierci. Ciężko oddychający Marynarz bacznie lustrując brzegi w ostatniej chwili zdołał dostrzec oddalający się i znikający w gęstej kniei zaprzęg, na którym za plecami powożącego jego bystre oczy wypatrzyły opływowy cylindryczny wózek. Od razu poznał, że wykonany był z niczego innego, jak właśnie z owej rzadkiej wschodniopaleontometropolitarnej blachy, na której dystrybucję miał całkowitą wyłączność. I tak więc zupełnie przypadkiem zdemaskował tajemniczego nabywcę.
Wszystkie te wspomnienia galopem przemknęły przez głowę Marynarza wprawiając go w nieco nostalgiczny nastrój. Poczuł się przy tym trochę niezręcznie, gdyż ponownie pomyślał jak dawno nie pisał do Szalonego Furmana i Pobucza. Postanowił, że gdy tylko jego stan zdrowia ulegnie poprawie od razu poszuka biura pocztowego i nada depeszę z pozdrowieniami. Co prawda nigdy nie dostał odpowiedzi, ale miał nadzieję, że chociaż w ten sposób będzie mógł wyrazić swoją wdzięczność za okazaną mu bezinteresowną pomoc.
Rozmyślania przerwało mu niezbyt mocne, ale stanowcze stukanie do drzwi. Zanim zdążył zareagować w pokoju stanął amarantowy na twarzy oficer. Wchodząc lekko się zachwiał, ale po ułamku sekundy stał już pewnie z promieniejącym obliczem.
- Pozdrawliaju was! – ryknął tubalnym głosem mieszanką wszelkiej maści języków ze znaczną przewagą czerwonoarmijskiego. – Rad jestem, że ty z tych, co łeb u nich nie od parady! Kak tjebia etoj krasnyj Tatarzyn ujebał, to ja dumał, żeś trup. A tu szto moje głaza wiżu? Czerstwyj chłop! Kak prawdziwy sołdat i mołodiec!
To powiedziawszy odstawił na podłogę dużą prostokątną walizę, wyciągnął zza pazuchy flachę siego napitku i odkorkowawszy połknął niemal połowę jej zawartości. Marynarz przyglądał mu się z podziwem. Mundur żołnierza, podobnie jak wczorajszego wieczora, pokrywały rzędy orderów, baretek symbolizujących frontowe odznaczenia bojowe i insygnia wskazujące formację pancerną. Złocone pagony określały szarżę żołnierza. Stary zatwardziały w wielu bitwach wiarus bez dwóch zdań.
- My mieli już z wieczora ujezżat – kontynuował ocierając lśniące usta pokrytym plamami rękawem. – Aleśmy się frasowali twoim zdrowiem. A mój adiutant, Barney, to i spać nawet nie mógł. Za to teraz – kak ubity. Próżno budzić. Sam posmotriej.
To powiedziawszy podniósł przyniesioną ze sobą walizkę i z głośnym, suchym trzaskiem zwolnił dwie metalowe klamry zabezpieczające. Wieko odskoczyło gwałtownie odsłaniając skrywaną zawartość. Wnętrze wysłane było ciemnym krwistoczerwonym aksamitem z wyprofilowaną formą, w której spoczywał z cicha pochrapujący łysy karzełek.
- No i masz – mówił dalej oficer. – Pospało się biedaczysko, że i młotem po łbie próżno walić.
Jakby dla potwierdzenia swojej tezy grzmotnął śpiącego kułakiem w płaskie czoło co nie zrobiło na Barneyu najmniejszego wrażenia nie licząc chwilowej arytmii oddechowej.
- Ale my tu miło gawarim – dodał zatrzaskując walizkę, – a mnie pora ruszać w świat.
To rzekłszy wyciągnął bochenkowatą dłoń i w geście pożegnania uścisnął prawicę Marynarza.
- Z tego wszystkiego nawet się ja nie przedstawił. Jewgiennij Konstantynowicz Żopajew spod Nowosybirska, półkownik armii radzieckiej obecnie w stanie spoczynku. Do usług.
Wyprężył się w postawie zasadniczej, strzelił obcasami oficerek i zasalutował przykładając dłoń do olbrzymiej czapki. Marynarz również się przedstawił i zanim zdążył zapytać o bliższe szczegóły wczorajszych wydarzeń, żołnierz odwrócił się i wymaszerował z izby zamaszystym, defiladowym krokiem.
Ledwo drzwi zdążyły przestać drżeć w futrynach, a już na powrót otwarły się z jęknięciem niekonserwowanych od dawna zawiasów i do środka wpadły trzy rozwrzeszczane i radośnie szczebiocące powiewające kolorowymi szatami postaci. Chichocząc wycałowały zaskoczonego mężczyznę po czym każda z nich dygnęła nisko i przedstawiła się z imienia. Swietłana, Mary Lou i Stefan. Ponownie Marynarzowi nie udało się czegokolwiek dowiedzieć, gdyż towarzystwo znikło równie nagle jak się pojawiło. Cóż za niesamowita zbieranina indywiduów. W dodatku każde z nich zdawało się być mu bardzo życzliwe, co z uwagi na brak bliższego zaznajomienia było co najmniej dziwne. Marynarz zaczął podejrzewać, że wczorajszego wieczora musiało wydarzyć się coś czego ni w ząb nie pamiętał. A przecież ostatni raz wskutek wypitego alkoholu jaźń utracił podczas służby na czerwonoarmijskim okręcie, co miało miejsce kawał czasu temu. Zastanawiał się ile to mogło już wiosen upłynąć, ale szereg myśli kołatających się po odczuwającej trudy ostatniego wieczora głowie nie pozwalał na należytą koncentrację. W każdym bądź razie było to paredziesiąt lat temu. Co najmniej. Od tamtej pory starał się nie przesadzać z żadnymi używkami. Od czasu do czasu lubił sobie zaaplikować coś relaksującego, ale nigdy nie szarżował. Do wczorajszego wieczoru. Musi koniecznie porozmawiać z karczmarzem na temat tego przedniego piwa, którym się uraczył. Doskonale znał swoje możliwości i zdawał sobie sprawę, że wypicie ośmiu kufli wpływało na niego odprężająco, ale nic więcej. By się upić musiałby wlać w siebie trzy razy tyle. A więc coś było nie tak. Inaczej nie dałby się zaskoczyć Indianinowi. Zwolna zaczął sobie przypominać szczegóły, za nic nie potrafił jednakże dociec przyczyny ataku, jaki czerwonoskórzy na niego przeprowadzili. Prawdopodobnie takiego powodu nie było wcale. Ot i taka natura tych plugawych istot.
Na samo wspomnienie niesmacznej mu części wczorajszego towarzystwa niemalże splunął na podłogę. Przymknął zmęczone jasnością dnia oczy i spróbował oczyścić umysł oddając się swoistego rodzaju medytacji. Polegała ona na jak najbardziej intensywnym niemyśleniu o tym co wyjątkowo mocno w danym momencie niepokoiło. Po chwili maksymalnej koncentracji zaczął odczuwać ulgę. Za szybko. Było to nienaturalne i prawdopodobnie spowodowane wypitym naparem, podanym mu przez blina. Gdy minęło niespełna pięć minut przestał odczuwać jakikolwiek dyskomfort. Wstał, ubrał się pospiesznie i wyszedł z pokoju.
Pora była wczesna więc lokal świecił pustkami. Przy jednym stoliku, sącząc whisky, siedziało trzech kowboi w mocno podniszczonych brudnych i zakurzonych ubraniach, które, mimo iż pierwotnie różniły się kolorami, zdobieniami i wzorami, teraz wyglądały identycznie. Mężczyźni prawdopodobnie gnali bydło na targ i zatrzymali się na krótki odpoczynek. Nie wykazali żadnego zainteresowania jego osobą, co było mu na rękę gdyż również nie zamierzał ich nagabywać. Podszedł do szynkwasu i zastukał paznokciami w świeżo wytarty, wilgotny jeszcze blat. Po chwili z zaplecza wyłonił się karczmarz. Zmierzył klienta przeciągłym spojrzeniem i milcząc zrobił jedynie pytającą minę.
- Lemoniadę, proszę – zamówił Marynarz.
Gospodarz zakręcił się przy półkach i niespiesznie podał żądany napitek.
- Piwo nie lepsze? – zagadnął.
- Może i lepsze, ale okrutnie skutecznie na mnie działa. Dawno się już tak nie zaprawiłem. Z czego wy to pędzicie?
Karczmarz wzruszył ramionami.
- Piwo jak piwo. Żadna tajemnica. Nie ważne z czego, ważne żeby pić z umiarem.
Ostatnia uwaga nie przypadła Marynarzowi do gustu. Miał wrażenie, że lekko pokraśniał, ale zaraz się uspokoił i nie zdradzając objawów irytacji i zażenowania podjął:
- Goście się wyprowadzili? Wszyscy?
Gruby Lutek od niechcenia przetarł ladę brudną mokrą szmatą i wykrzywił usta w geście obojętności.
- Jedni się wyprowadzają, inni wprowadzają. Ważne, żeby w interesie ruch był.
- A ci Indianie? – drążył gość;
- Indianie? – zapytał ze zdziwioną miną .
- No wczoraj siedzieli tacy dwaj przy stoliku wgłębi baru na tamtej drugiej sali.
Lutek zamyślił się marszcząc brwi, jakby usiłował zgłębić bardzo nurtujący go problem.
- Nie przypominam sobie – odparł w końcu po woli.
Marynarz nie krył zdziwienia.
- Jak to? Przecież zajęte były tylko trzy stoliki. Mój, tego sowieckiego pułkownika i trzeci, przy którym siedzieli czerwonoskórzy. Jak możesz nie pamiętać?
- Pamiętam, co pamiętam – żachnął się karczmarz. – Było dwunastu skośnookich na dużej Sali. Małe toto i niepozorne, ale mocno się spoili i miałem z nimi sporo kłopotów. Każdy bawi się jak lubi. Albo jak im kieszeń pozwala. A ci płacili, a ja na kolor, rasę i ubiór, czy fryzury uwagi nie zwracam.
Marynarz czuł jak coraz bardziej ponoszą go nerwy.
- A pamiętasz, że ktoś dał mi po głowie?
- Pamiętam – tym razem odpowiedź padła natychmiast, – że żeś się potknął i wyłożył jak długi waląc łbem w kant stołu. A przynajmniej tak mówiła Mary Lou. Ja sam nic nie widziałem bo miałem z tymi żółtkami zawieruchę.
Karczmarz zaczął nerwowo przestawiać na pułkach butelki z przeróżnymi trunkami. Energicznie omiatał przy tym kurz nie przykładając zbytniej uwagi do dokładności.
- Tych dwóch Indiańców – rzekł niespodziewanie nie przerywając porządków. – Mieszka niedaleko miasteczka w takiej rozpadającej się budzie. Będzie ze sześć mil na zachód. Hodują owce i pędzą bimber. Nigdy z nimi kłopotów nie było. Pewnie coś ci się, kolego, pochrzaniło. Najlepiej jedź i rozmów się z nimi. Tylko uważaj, żeby ci który z soli w dupsko nie przyładował. Lepiej profilaktycznie z daleka się okrzyknąć.
Skończywszy wywód grubas zniknął na zapleczu nie czekając na reakcję klienta. Marynarz postał chwilę niezdecydowany i jednym haustem wypiwszy napój ruszył na zewnątrz w przyjemny ciepły dzień.

***

Niewielkie ognisko trzaskało z cicha. Płonące szczapy, kora i chrust były tak mocno wypłukane deszczem i wodą z pobliskiego strumienia,a następnie wysuszone palącymi promieniami słońca, że niemal nie widać było dymu ulatującego z trawiących je płomieni. Kociołek z mętną wodą oblizywany gorącymi jęzorami zaczął lekko bulgotać swą zawartością, co było sygnałem dla siedzącego w pobliżu skupionego na obserwacji okolicy mężczyzny. Przygotowane wcześniej mięso i suszone warzywa powędrowały do naczynia i po chwili przykryła je poobijana i nieregularnie powyginana aluminiowa pokrywka. Dodane do potrawy zioła zaczęły wydawać intensywny i przyjemny choć nieco ostry zapach. Mężczyzna zamieszał zawartość niewielką kielnią, nabił na jej ostro zakończony kant kawałek mięsa i ostrożnie skosztował rozchylając szeroko wargi. Było twarde, żylaste i mocno krwiste, ale w ogóle nie zalatywało już cegłą, pustakiem, wapnem ani piaskiem. No i oczywiście było pikantne tak mocno, że mało język mu nie popękał. Zdjął kociołek z prowizorycznego rożna i odstawił do ostygnięcia. W międzyczasie pokroił chleb i wydzielił porcję gotowanej czerwonej fasoli. Szybko i sprawnie wyłowił z nieco mniej parującego już kociołka kawałki mięsa i za pomocą tej samej kielni pokroił na jeszcze drobniejsze, a następnie wymieszał z zimną fasolą i warzywami. Skosztował potrawy i z zadowoleniem odstawił ją na bok.
Usiadł na wypchanej cegłami skórzanej torbie na prowiant i zanim przystąpił do posiłku uważnie zlustrował okolicę. Miejsce, które wybrał na biwak stanowiło doskonały punkt obserwacyjny. Widział stąd niemal całą dolinę co przy dobrej pogodzie pozwalało wypatrzeć niebezpieczeństwo oddalone nawet o bite dziesięć mil. W dole rozlewała się delta potężnej rzeki z bardzo licznymi dopływami i odnóżami. Na jej prawym brzegu znajdowało się niewielkie portowe miasteczko i step ciągnął się do podnóża gór, w których aktualnie znalazł schronienie. Po drugiej stronie rozlewisk, jak okiem sięgnąć ciągnęła się gęsta bobrza puszcza z mieszanym drzewostanem kryjącym liczne niezgłębione dotąd sekrety. Za plecami ochraniało go strome górskie skaliste zbocze, które nie pozwalało zarówno zobaczyć kryjącego się za nim mężczyznę, jak i tym bardziej niespodziewanie go zaatakować. Przynajmniej w konwencjonalny sposób.
Kozakiewicz odczepił kruczoczarną długowłosą perukę, w którą wetknięte były dwa orle pióra. Przepocona wydawała niezbyt przyjemny zapach, ale za to doskonale kamuflowała jego pochodzenie. Co prawda nieco uciążliwy był jej montaż na głowie, ale warto było trochę się potrudzić i w zamian mieć spokój i nie martwić się, że peruka zsunie się bądź spadnie w najmniej nieoczekiwanym momencie. Przeczesał palcami włosy obrastające dół potylicy. Niepokoiło go, że były coraz rzadsze i mniej odporne na warunki atmosferyczne. Niedługo nie będą stanowić wystarczającego oparcia dla sztucznych, które dzięki nim Kozakiewicz zmyślnie przymocowywał do głowy. Z przodu, tuż powyżej wysokości skroni, miał wkręcony w czaszkę wianuszek niewielkich zakrzywionych ku dołowi haczyków wykonanych z nierdzewki, dzięki którym peruka pewnie utrzymywała się na głowie skutecznie kamuflując tym samym skomplikowaną siatkę hieroglifów pokrywających skórę głowy. Taki sposób montażu do tej pory nigdy go nie zawiódł, więc mimo drobnych uciążliwości nie zabiegał o jego zamianę. Kiedyś próbował organicznego kleju, ale jego ciało reagowało alergicznie na któryś ze składników specyfiku powodując silny świąd i występowanie fioletowych i żółtych plam na twarzy, co wśród społeczności indiańskich może oznaczać ingerencję świata duchów, a z tym z kolei wiąże się u nich poczucie niebezpieczeństwa i braku zaufania do osoby dotkniętej schorzeniem. Obecnie stosowany system nie powodował żadnych reakcji ubocznych.
Skończywszy potrawkę kolejno przetarł miękką szmatką wszystkie haczyki. Pociągnął ze skórzanego bukłaka łyk cierpkiego wina i wrócił do lustrowania okolicy. Niczego niepokojącego nie wypatrzył, ale wrodzony rozsądek i instynkt nakazały mu zachować podwyższoną czujność. Wpatrywał się w unoszone wiatrem kłęby splątanych, wysuszonych krzewów, rosnące w skupiskach wrzosy i jałowce, kępy karłowatych sosen, łagodne pagórki, wzniesienia i rozpadliska.
Nagle jego uwagę przykuły dwa niewysokie iglaki. Dałby słowo, że gdy poprzednim razem lustrował step nie widział ich w tym miejscu. Zaczął wnikliwie wpatrywać się w krzewy, gdy nagle oba jednocześnie zaczęły przesuwać się delikatnym łukiem w jego prawą stronę nieznacznie zmniejszając dzielącą ich odległość. Szybko rzucił się do peruki i kilkoma sprawnymi ruchami przytroczył ją do czerepu, zatknął tomahawk na pasek oplatający jego jasną jelonkową kurtkę, przygotował łuk, kołczan ze strzałami i zarepetował dwulufowy sztucer. Tak przygotowany wrócił do obserwacji. Nieudolnie maskujący się intruzi byli o jakieś dwie mile od niego. Zastanawiał się, jakim cudem dostrzegli go z tak dużej odległości? Może zdradził go ogień? Wydawało się to wątpliwe, ale jednakże było prawdopodobne jeśli obcy dysponowali jakimś wzmacniającym widzenie przyrządem optycznym. A może to nie jego podchodzą? Lękliwie rozejrzał się po skalnych półkach, ale nie udało mu się dojrzeć niczego istotnego, nietypowego, czy groźnego.
Tymczasem dwaj intruzi zmniejszyli dystans o niemal połowę. Założył strzałę na cięciwę. Niecodzienny egzemplarz jego łuku o niewiarygodnie nieprawdopodobnych możliwościach był bronią skuteczną i bezlitosną. Cięciwa była sporządzona z pasków pochodzących z pociętego pęcherza zdjętego onegdaj ze świńskiego salcesonu i zakonserwowana według tajemniczej receptury specjalnym impregnatem uzyskanym z mieszanki moczu średniej wielkości bobra i świeżego potu czterech spokrewnionych ze sobą pomocników kucharza w podeszłym wieku, który, co niezwykle istotne, odszedł na emeryturę półtora roku wcześniej. Oczywiście nie dość na tym. Sam łuk wykonany był z piszczela młodego bońdzioła, który sam się zjadł i pewnie nie ostałby się po nim nawet ów piszczel, gdyby ktoś w ostatniej chwili nie wydarł mu go ze znikającej paszczy. Kości bońdziołów charakteryzowały się niezwykłą i bardzo nietypową sprężystością, co miało niebagatelne znaczenie w dziejach łucznictwa. Otóż energia jaką łucznik musiał w sobie skrzesać by napiąć łuk wykonany z kości bońdzioła (szczególnie z młodego piszczela) była niewspółmierna z mocą sprężystości jakiej mu nadawała. I tak teoretycznie zupełnie lekkie kilkucentymetrowe napięcie orężu pozwalało wypuścić strzałę na kilkaset metrów z mocą wystarczającą by przebić na wylot, na przykład dwanaście ustawionych rzędem obitych dębowymi deskami wołów, lub obrośnięty gęstą trawą, chaszczami i pokryty żwirem, albo niewielkimi kamieniami pagórek o średnicy nawet i dziesięciu metrów. Dobry łucznik jednego przeciętnych rozmiarów osobnika mógł ustrzelić z osiemnastu kilometrów. Oczywiście problemem pozostawała celność broni, jak również indywidualne predyspozycje i umiejętności danego użytkownika.
Kozakiewicz naprężył cięciwę nie spuszczając czujnych oczu z poruszających się krzewów. Już miał wypuścić śmiercionośną strzałę, gdy nagle poczuł silne uderzenie w potylicę.
*
Kozma i Buncol porozumiewając się znanymi wyłącznie im znakami i dźwiękami przesuwali się ostrożnie w kierunku kryjącego się z prowizorycznym obozowiskiem Kozakiewicza. Wcześniej długo szukali sposobności by rozprawić się z tym hochsztaplerem, ale oszust okazywał się niezwykle sprytny i zwinny, a przy tym charakteryzował się wyjątkową tężyzną i sprawnością fizyczną, co dodatkowo utrudniało Indianom policzenie się ze znienawidzonym wrogiem. A do tego jeszcze ten łuk. Wielu braci znalazło śmierć od strzał wypuszczonych z tej piekielnej broni. Nikt na dobrą sprawę nie wiedział skąd owo urządzenie w ogóle się wzięło. Najstarsi w plemieniu wspominali, że z podobną bronią przybył kiedyś zza odległych mórz mąż dzielny i szlachetny, surowy i sprawiedliwy, którego odwagę do dzisiejszego dnia sławili, a imię wypowiadali z należytą czcią i szacunkiem. I obaj Indianie zdawali sobie sprawę, że z pewnością nie była to ta menda Kozakiewicz, który jak powszechnie wiadomo był najzwyklejszym murarzem, który przypadkowo trafił na Zachodnie Rubieże i z niewyjaśnionych przyczyn wszedł w posiadania drogocennej i śmiercionośnej broni. I dodatkowo, trzeba mu to przyznać, doskonale opanował umiejętność posługiwania się nią w praktycznie każdych warunkach, co czyniło go niezwykle groźnym przeciwnikiem. Ale zarówno Kozma jak i Buncol poprzysięgli sobie, że dopadną drania i dopilnują, by spotkała go zasłużona kara. Odkąd bowiem Kozakiewicz zaczął podszywać się pod jednego z czerwonoskórych braci i pod taką osłoną uprawiać swój zbrodniczy proceder, bardzo cierpiało dobre imię członków plemienia, którym to zaczęto przypisywać zbrodnie i występki poczynione przez oszusta. A były to czyny nie lada plugawe i bezecne. Murarz ze szczególną fascynacją upodobał sobie na przykład przerabianie udomowionych kotów na kielnie, a psów na wiadra. Z koni robił taczki, a z krów betoniarki.
Jednego razu miejscowy bodaj najbardziej majętny farmer, Samuel Tektura, powrócił z pikniku na jaki wyjechał z rodziną nad pobliską plażę, a jego oczom ukazał się makabryczny widok. Zagrody pełne dorodnych mlecznych krów stały pełne stygnących, ociekających jeszcze krwią betoniarek, stajnie zaś pełne były idealnie skonstruowanych, mimo iż wykonanych naprędce taczek dwu i jednokołowych. Groteskowej makabreski dopełniały setki łopat powbijanych w ziemię do połowy sztycha w zagrodzie dla owiec, jak również zalegających obejście licznych kielni i wiader oraz kilkanaście foli do wapna spoczywających w chlewie. Nie słychać było gdakania kur, gęgania gęsi i gulgotu indyków. Zamiast tego powietrze przesycała grobowa cisza od czasu do czasu mącona jedynie powiewami lekkiego wiaterku niosącego ze sobą czerwony świeży ceglany pył.
Z całego dobytku przetrwał jedynie stary kozioł, który miał tak twardy łeb, że Kozakiewicz ociosał mu go jedynie z rogów, brody, uszu i wyschniętych chrap, po czym pozostawił na niechybną śmierć. Kozioł jednakże przeżył, rany zabliźniły się, a rekonwalescencja której został poddany pozwoliła mu wrócić do kondycji, w jakiej nie był od lat. Trwało to kilka miesięcy, w trakcie których niezwykle zbliżył się duchowo ze swoim gospodarzem, który również potrzebował czasu by ochłonąć po utracie całego dobytku. Samuel długo krążył bez celu po okolicy wypatrując na niebie znaku, czy omenu wskazującego mu dalszą życiową drogę.
Pewnego dnia Tektura wpadł jak poparzony do kuchennej izby i oznajmił małżonce, Marioli, że oto spełniły się jego prośby i od dziś ich ubogie życie diametralnie się odmieni. Najwyższy to był czas, gdyż oszczędności, z których żyli niepokojąco się kurczyły. Tak więc kobieta przyjęła oświadczenie męża z radością, choć ten nie wyjaśnił jej dokładnie na czym polegać ma owa odmiana. Prawdę miała poznać dopiero po kilku dniach, gdy Samuel późnym wieczorem opuścił stodołę, w której zaszył się zaraz po uroczystym oznajmieniu zbliżających się przemian. Powiedział do niej wówczas:
- No, kobieto – mówił nadając słowom uroczystego i podniosłego tonu. – Jesteś właśnie świadkiem pogrzebu Samuela Tektury farmera i jednocześnie narodzin Samuela Tektury biznesmena.
To powiedziawszy padł na zasłane grubą pierzyną łóżko i zasnął snem kamiennym. Kobieta przez dobry kwadrans próbowała go ocucić klepiąc po twarzy, polewając wodą i w końcu tłukąc po głowie aluminiową kanką na mleko i ciężkim drewnianym cebrzykiem. Nie osiągnąwszy jednakże oczekiwanego skutku, zrezygnowana położyła się obok męża i również zasnęła.
Późnym rankiem obudził ją dobiegający z zewnątrz gwar rozmów, turkot kół i rżenie koni. Podekscytowana wybiegła na podest i ujrzała niecodzienny widok. Wozy wyładowane po brzegi przeróżnymi murarskimi akcesoriami opuszczały ich podwórze kierując się ku portowemu miasteczku. Liczni robotnicy wynosili ze stodoły betoniarki, prowadzili taczki, dźwigali naręcza sztychówek i szufli. Po niedługim czasie okazało się, że Samuel zrobił na murarce interes życia. Pieniądze zgromadzone ze sprzedaży sprzętu pozwoliły mu bowiem na zakup trzech doskonale prosperujących kasyn w odległym mieście słynącym z hazardu, które to po niespełna roku przyniosły mu zyski tak ogromne, że mógł dalej inwestować w chwiejące się niejednokrotnie na granicy zgodności z prawem interesy. Kupował więc hotele, w których od razu uruchamiał domy publiczne, a te z czasem zaczęły nabierać sławy i renomy o nie tylko lokalnym zakresie. Również przemysł pornograficzny stał się niejako konikiem Samuela. Żona nie była z tego powodu zadowolona, ale mąż zapewniał ją, że to tylko jego praca i tak naprawdę żadnych korzyści poza finansowymi rzecz jasna z tego nie ma, a nawet się tym brzydzi. Oczywiście nie było to prawdą o czym kobieta doskonale wiedziała, ale wolała udawać, że tak właśnie jest. Czas poświęcała na zakupy, teatr, wydawanie wystawnych przyjęć i inną rozrywkę. Z upływem lat doszła do wniosku, że wygodne i dostatnie życie warte jest pewnych wyrzeczeń. Czym że było to, że jej mąż zabawi się od czasu do czasu z jakąś dziwką, wobec bezmiaru majątku w jakim mogła się pławić? Zazdrościły jej wszystkie kobiety w mieście, a ksiądz osobiście zaprosił ją do kółka różańcowego. Za pieniądze Samuela, które Mariola szczodrze rozdawała, szybko wybudowano nową zakrystię i wyremontowano spróchniałą dzwonnicę. To, że środki finansowe pochodziły z hazardu i porno biznesu zdawało się nikogo nie interesować. Przynajmniej oficjalnie. W domowych zaciszach było jednakże zgoła inaczej. Tu kobiety siarczyście klęły, a mężczyźni pluli na podłogę waląc w stoły olbrzymimi pięściami. Wszyscy razem i każdy z osobna nienawidził Samuela i jego żony. Każdy również bez zastanowienia zamieniłby się z nimi na miejsca.
W tym momencie wypadałoby napomknąć o kontaktach biznesmena ze swoim okrutnym ciemiężycielem, którego pasja okazała się w końcu dla Tektury nie aż tak do końca brzemienna w negatywne skutki. Otóż trzeba chyba wspominać o tym, że od jakiegoś czasu, oczywiście nieoficjalnie, Samuel był w ścisłym kontakcie z Kozakiewiczem, który miał nieoceniony wkład w rozwój firmy budowlanej nazwanej Tektura Production. Tak przynajmniej było w początkowych latach ich, jakby nie patrzeć, przypadkowej znajomości. Później, gdy Samuel uniezależnił się od produkcji akcesoriów murarskich i zaczął wydostawać się na dużo szersze pola biznesowe, znajomość z Kozakiewiczem nie była mu już tak bardzo na rękę i starał się ją możliwie szybko zakończyć. To z kolei nie było w smak fanatycznemu murarzowi, który ze wspólnego interesu czerpał niemałe tantiemy. Z czasem konflikt zaczął przybierać coraz bardziej niebezpieczny kształt, aż w końcu Samuel zdecydował się na rozwiązanie ostateczne i w swej formie skrajnie radykalne. W efekcie tej decyzji Kozakiewicz otrzymał wspomniany wcześniej cios w potylicę, w wyniku którego padł na ziemię bez przytomności.
Ale dość o tym.
Kozma i Buncol długo skradali się i kryli w różnych zagłębieniach gruntu, za nielicznymi krzakami i drzewkami, by w końcu uznać, że obozowisko osaczanego jest puste i wyjść z ukrycia.
- Dziwne – skwitował Bucol, gdy dokonali już dokładnych oględzin miejsca ostatniego pobytu Kozakiewicza. – Wygląda na to, że nagle postanowi zniknąć. Może się nas wystraszył? – dodał bez przekonania.
Kozma pokiwał głową z dezaprobatą.
- Chyba kpisz? Popatrz na to – rzekł unosząc naładowany i gotowy do strzału sztucer. – Prędzej by nas położył trupem.
- No więc co? – zapytał lekko rozdrażniony Buncol.
- Nie mam pojęcia, ale ślady wskazują, że był tu ktoś jeszcze. Ktoś, kto poruszał się szybko niczym kojot i cicho jak lis.
Kozma kroczył po obozowisku pochylony wpatrując się w piaszczysty grunt.
- Tu tropy są ledwo widoczne, a od tego miejsca jakby nieco wyraźniejsze.
- Znaczy się?
- Znaczy się, że ktoś nas ubiegł, prawdopodobnie ubił lub ogłuszył tę mendę i zabrał ze sobą. Ktoś lub coś. Albo może…
Kozma umilkł. Obaj Indianie wymierzyli porozumiewawcze spojrzenia i pobledli siarczyście.
*
W tym samym czasie, w którym Kozma z Buncolem podchodzili Kozakiewicza, Marynarz zbliżał się ostrożnie do chylącej się, zaniedbanej i niemal już rozpadającej się chałupy Indian. Nie zamierzał się okrzykiwać, jak radził mu karczmarz, zanim nie przekona się z kim ma do czynienia. W przylegającej do obejścia obszernej zagrodzie pobekiwało dziesiątki owiec, od czasu do czasu słychać było szczekanie pilnujących je psów. Marynarz ustawiając się po zawietrznej starał się unikać wykrycia przez czujne nozdrza owczarków i długo obserwował okolicę chroniony przez wysokie, wyschnięte pędy ostrej i twardej trawy. Po jakimś czasie nabrał pewności, że gospodarzy nie ma w domu, ale nie zamierzał wkradać się do środka. Nie czuł co prawda do Indian krztyny sympatii, ale niezbyt pasjonował go złodziejski proceder i wszelkie związane z nim czynności do jakich między innymi zaliczał włamywanie. Chwilę się zastanawiał i doszedł jednak do wniosku, że przecież nie włamie się w celach rabunkowych, a jedynie odrobinę się rozejrzy i sobie pójdzie nie pozostawiając żadnych śladów. I oczywiście z pewnością niczego nie ukradnie.
Z taką myślą zakradł się cicho do drzwi wejściowych i bezszelestnie zniknął wewnątrz chaty.
*
Kozakiewicz ocknął się z potężnym bólem grasującym po całym ciele, mdłościami i przeraźliwą suszą w gardle. Miał też wrażenie, że przed chwilą wydalił dorodny kokosowy orzech. Czuł wrzynające się w ciało pęta krępujące nogi w kostkach, nadgarstki i unieruchamiające ręce wzdłuż tułowia. Czaszkę rozrywało pulsujące w skroniach ciśnienie, do zawrotów głowy doprowadzał cuchnący knebel w ustach, krępujący dopływ powietrza. Czuł, że nos ma spuchnięty, prawdopodobnie złamany, oddychał z wielkim trudem świszcząc przy tym głośno. Miał wrażenie, że za chwilę ponownie straci przytomność z braku dopływu tlenu i już prawdopodobnie się nie ocknie. Spróbował otworzyć oczy, ale udało mu się to połowicznie. Jedno oko pokrywała zakrzepła krew, drugie mocno opuchnięte nie dawało oczekiwanej wyrazistości odbieranego obrazu. Mrugnął kilkakrotnie i w miarę możliwości rozejrzał się w koło.
Wisiał głową w dół, przywiązany do grubego konara karłowatej sosny. Wprost pod nim leżała rozciągnięta płachta, na której spoczywała jego cenna peruka, która coraz obficiej nasiąkała cieknącą z jego ciała krwią. W tym momencie Kozakiewicz poczuł, jak kolejna fala mdłości ciśnie mu się do ust szczelnie zatkanych starym zatęchłym od brudu, potu i czort wie czego jeszcze, cuchnącym pleśnią gałganem. Bezskutecznie próbował powstrzymać wymioty. Piekąca pienista strużka wymieszana z krwią trysnęła mu boleśnie z nozdrzy wprawiając ciało w konwulsje. Fale nudności następowały szybko jedna po drugiej nie mogąc znaleźć wystarczająco przepustowego ujścia w ten sposób praktycznie uniemożliwiając oddychanie. Kozakiewicz zaczął się dusić. Oko zaszło mu mgłą, czuł ból w gardle, całej głowie, przełyku i płucach, ciałem targały silne drgawki.
Gdy był już na skraju utraty przytomności czyjaś dłoń gwałtownie wyrwała kneblującą usta szmatę uwalniając nagromadzoną w nich zawartość. Ciało wiszącego zaczęło podrygiwać od spazmatycznego kaszlu bryzgając na wszystkie strony wymiocinami, krwią i śliną. Trwało to kilka bardzo długich minut, ale w końcu Kozakiewicz odzyskał oddech i pierś zaczęła mu w miarę regularnie pracować. Począł się ponownie rozglądać. Nie mógł dostrzec swojego oprawcy, ale miał nieodparte wrażenie, że jest permanentnie obserwowany, a każdy jego ruch kontrolowany. Umysł Kozakiewicza nie funkcjonował prawidłowo. Upływ krwi, zmęczenie i nienaturalna pozycja w jakiej od dłuższego czasu spoczywał powodowały, że myśli miał zmącone i nie był w stanie należycie się skoncentrować. Próbował się odprężyć zwisając swobodnie, ale dosyć szybko doszedł do wniosku, że nie było to takie proste, a chwilę później nabrał pewności, że to wprost nie możliwe. Nie marnował czasu na zastanawianie się, kto mógł go więzić, gdyż miał tak wielu wrogów, że nie miało to najmniejszego sensu. Mógł to być praktycznie każdy. Kozakiewicz nie miał rodziny, przyjaciół, a i o znajomych o obojętnym do niego nastawieniu było trudno.
Rozmyślania przerwały mu dochodzące zza pleców kroki chrzęszczące na pokrytej drobnym gliniastym żwirem ziemi. Więziony próbował odwrócić głowę aby móc dostrzec swojego ciemiężyciela, ale najwyraźniej nie było to na rękę i zamiast tego w następstwie otrzymania solidnego kopniaka ubraną w ciężki but kończyną Kozakiewicz poczuł silny ból w prawym boku. Syknął przez zęby i znieruchomiał w niepewności. Zaczął się obficie pocić. Gorące strużki zalewały mu twarz dodatkowo utrudniając i tak mocno już ograniczone widzenie. Gorączka. Zaczęły targać nim dreszcze potęgowane coraz większym obezwładniającym strachem. Dawno już tak bardzo się nie bał. Zachodził w głowę jak to możliwe, że tak łatwo dał się podejść. Fakt, że obserwował dwie skradające się postaci, ale przecież jednocześnie był uważny i ostrożny. Poza tym ufał swojemu czujnemu wierzchowcowi, a i umiejscowienie obozowiska niezwykle utrudniało możliwość zaatakowania go z zaskoczenia. Cóż. Może i utrudniało, ale najwyraźniej nie wykluczało jak błędnie założył. Nie ulegało też wątpliwości, że nie podszedł go jakiś przypadkowy rzezimieszek, czy zbłąkany włóczęga. Musiał zrobić to ktoś obdarzony niezwykłymi umiejętnościami w dziedzinie walki dywersyjnej i maskowania. Zaczął szybko przeglądać pokłady informacji zalegających w pamięci i drogą eliminacji zawężać grono podejrzanych. Z każdą chwilą ogarniała go coraz większa panika. Wzmocniło ją jeszcze postawione pod nim przez oprawcę bez słowa komentarza blaszane wiadro, do którego zaczęła skapywać jego własna krew. Kap, kap, kap. Mimo osłabionego wzroku, Kozakiewicz bez trudu poznał w kuble swój wyrób, a na jego dni przesiąkniętą krwią perukę. Źle i dobrze zarazem. Kap, kap, kap. Kozakiewicz czuł jak przestaje kontrolować swój umysł, który zaczął mu podsuwać coraz bardziej makabryczne wizje. Musiał natychmiast przestać o tym myśleć i skupić się na czymś innym, na czymkolwiek. Niestety zważywszy na okoliczności w jakich się znajdował osiągnięcie tego zdawałoby się prostego celu nie było wcale takie łatwe, by nie rzec, że nieosiągalne. Zaczął zapadać zmierzch co oznaczało, że przebywał w niewoli blisko dwanaście godzin. Nie dziwne więc, że czuł się podle. Zaprzestał rozglądania się czując nadal silny ból w boku. Miał prawdopodobnie pęknięte kilka żeber. Poza tym widoczność stawała się coraz bardziej utrudniona. Postanowił skoncentrować się na innych zmysłach. Słuch. Rozpoznał niespokojne parskanie swojego konia, któremu wtórowały jeszcze dwa dodatkowe dochodzące z innej strony obozowiska. Mogło to oznaczać, że nieprzyjaciół było najwyżej dwóch. Za plecami strzelało ognisko, od czasu do czasu słychać było metaliczny szczęk przeładowywanej broni oraz mrożące krew odgłosy pocierania ostrza o kamień lub osełkę. Węch. Nos miał nie do końca drożny, chociaż starał się wysmarkać zalegające nozdrza rzygowiny i krew. Czuł przede wszystkim swąd siebie samego, ale też zapach ogniska, piekącego się mięsa, dymu z jakichś bliżej nie znanych mu ziół, a także kwaśny odór końskiego potu i nawozu. Nad wszystkim jednakże dominowała jeszcze jedna nieprzyjemna woń. Z początku nie mógł jej zidentyfikować choć wiedział, że na pewno gdzieś ją już spotkał. W końcu ze zgrozą stwierdził, że może ona mieć tylko jedno źródło. Szczurze odchody. Ten prosty wniosek sprawił, że wiedział już wszystko. Bezradnie westchnął i mocno zacisnął powiekki przewidując czekający go okrutny los. Nie może biernie na niego czekać oddając mu się bez walki. Jego sytuacja była opłakana, ale przecież z niejednej opresji zdawałoby się beznadziejnej opresji już wychodził. Poza tym lepsza śmierć przy próbie stawienia oporu niż wolne konanie w mękach. Tylko jak tu cokolwiek zrobić wisząc ze spętanymi rękami głową w dół? Cóż. Nie będzie łatwo. Ale on był przecież Kozakiewiczem. Ta desperacka myśl przyniosła niespodziewane odprężenie.
*
Wnętrze chaty, podobnie, jak fasada zewnętrzna nie dziwiły niczym szczególnym. Skromne, proste, funkcjonalne, drewniane meble, wyprawione skóry, puste szklane i porcelanowe, czy raczej fajansowe i gliniane naczynia oraz unoszący się w powietrzu wiercący w nozdrzach zapach samogonu.
Marynarz rozejrzał się pobieżnie po trzech składających się na budynek pomieszczeniach i nie znalazłszy niczego interesującego uniósł klapę w podłodze. Pod nią ukazały się strome schody prowadzące w tajemniczą ciemność. Zapalił lampę naftową i ostrożnie zszedł na dół. Poza niepokojącym skrzypieniem stopni nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Na dole, jak można było się domyśleć, stała aparatura do filtrowania alkoholu, wzdłuż ścian spoczywały worki z cukrem, kukurydzą, żytem i ziarnem innych zbóż, paczki drożdży, z sufitu zwisały płaty suszonego i wędzonego mięsa, przygotowane do obróbki mięsiste liście kaktusa, a także zupełnie suche już zioła o bliżej nie znanych Marynarzowi właściwościach i przeznaczeniu, tytoń i kilka wielkich beczek z, sądząc po zapachach, peklowaną słoniną i smalcem. I było coś jeszcze. Charakterystyczna, od dawna nie odczuwana przez niego woń. Niestety. Pierdźwiedzie. W dodatku kiszone, czyli w formie przez Marynarza ukochanej.
W tym omencie należy się kilka słów wyjaśnienia, czym też są pierdźwiedzie. Otóż pierdźwiedź był rzadko występującą odmianą niezwykle silnego halucynogenu, pierdzieja (pierdus nieczęstus). Specyficzność tego gatunku nie pozwala na jednoznaczne zakwalifikowanie go do królestwa roślin, grzybów, czy też zwierząt. Za tym ostatnim przemawiało to, że pierdźwiedzie mogły swobodnie się poruszać i porozumiewały się ze sobą między innymi za pomocą wydawanych z siebie dźwięków. Przynależność do flory przejawiało się w uzależnieniu od chlorofilu i sezonowym, cyklicznym kwitnięciu, zaś na zakwalifikowanie ich do drugiej grupy wskazywał pasożytniczy tryb życia oraz sposób rozmnażania, który odbywał się, podobnie jak u drożdży, przez pączkowanie.
Marynarz zadrżał ze strachu i podniecenia. Dopiero co uporał się z nałogiem, a raczej rozpoczął z nim walkę. Po to przecież przybył na kraniec świata, by być jak najdalej od pokus i znanych sobie źródeł hodowli, uprawy i produkcji narkotyków pierdźwiedziowego pochodzenia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nałóg ten, jak każdy inny o podobnych właściwościach dobrodziej, raz objąwszy nie chciał przestać tulić. Od czasu do czasu wypuszczał tylko na chwilę, by w najmniej spodziewanym momencie ponownie ukołysać.
Mężczyzna zaczął niespokojnie zaciskać palce dłoni aż zbielały mu knykcie, ślina nabiegała do ust, mózg zaczynał emitować obrazy i wspomnienia rozkosznych doznań towarzyszących konsumpcji boskich pierdźwiedzi. Łudził się, że nie było zbyt wcześnie by mógł je od tak po prostu zignorować. Postanowił walczyć. Potrząsnął głową i szybko ruszył ku schodom. Pokonał je kilkoma dużymi susami i z westchnieniem ulgi zamaszyście zatrzasnął klapę. Przepłukał twarz niezbyt chłodną wodą stojącą w drewnianym cebrzyku koło okopconego kominka i spojrzał w poplamione i upstrzone lustro. Był pewien, że zanim wszedł do chaty przestał już odczuwać efekty uderzenia, teraz jednak ból na powrót o sobie przypomniał ze zdwojoną siłą i zaczął stawać się nie do zniesienia. Usiłował sobie przypomnieć co też blin kazał mu przyjąć w takim przypadku, ale nie potrafił na tyle skutecznie skupić myśli, które nieubłagalnie i nieugięcie podążały ku jednemu. Tocząc z sobą wewnętrzną walkę wpatrywał się w swoje odbicie i ze zdziwieniem dostrzegł, że jego ciało zaczyna się jakby rozpływać. Zacięte w cienką kreskę usta wykrzywiły się w złośliwym, kpiarskim uśmieszku, który co i rusz znikał ustępując miejsca wargom zwężonym niczym do gwizdu. Nagle dostrzegł, że uśmiechnięte, złośliwie oblicze oddziela się od swojego zdeterminowanego alter ego i znika mu z pola widzenia. Marynarz kontemplował swoje lustrzane odbicie, słysząc jednocześnie zgrzyt unoszącej się podłogowej klapy. Zacisnął mocno powieki i przycisnął do uszu nasady dłoni.
Gdy po kilku minutach ponownie spojrzał, ujrzał swoje rozpromienione oblicze, po bólu nie było nawet śladu. Zdziwiło go nawet, że myślał o bólu. Jaki znowu ból? Dawno nie czuł się lepiej i nie przypominał sobie, by kiedykolwiek w ogóle czuł się źle. Horyzonty nagle przepięknie się rozszerzyły wypychając go na niczym nie ograniczone i nieskrępowane wody, pełne tajemnic, niespodzianek oraz zaskakujących urokiem obrazów i zjawisk bez skaz i piętn. Wesoły odwrócił się od lustra i stwierdził, że chata, mimo iż w znacznym stopniu zaniedbana, wcale nie prezentuje się tak źle, jak ocenił ją na wstępie. Wnętrze może i nie grzeszyło przepychem, czy oryginalnością gustu, ale było w swojej prostocie i skromności emocjonalnie ciepłe i przytulne. Usiadł na wysłużonym kuchennym taborecie i ze zdziwieniem stwierdził, że bodaj nigdy w życiu nie siedział na równie wygodnym krześle. Aż z wrażenia wstał i zaczął przyglądać się drewnianemu meblowi. Uniósł go, zajrzał pod spód, powąchał, osłuchał i potrząsnął, jakby spodziewał się, iż wyleci z niego sznur złotych dukatów. Ponownie usiadł i teraz zkolei zafascynował go swoją gładkością blat szerokiego niskiego stołu. Zdmuchnął pokrywający go kurz i drobinki chleba z zachwytem śledząc jak opadają na podłogę wirując w smużkach przedostającego się przez półprzymknięte okiennice słonecznego światła. Cóż za niesamowicie cudowny widok! Wysunął dłonie i poczuł na nich przyjemne ciepło mocno grzejącego słońca. Z niesłabnącą fascynacją powiódł wzrokiem po ścianach i meblach śledząc rozkosznie baraszkujące refleksy pojawiające się za każdym razem gdy światło napotkało na swojej drodze przedmiot zdolny odbić jego poświatę lub odsłonić dzięki niemu swoje skrywane tajemnice. Fenomenalne!
Wyszedł raźnym krokiem na pochyloną werandę i zaczął rozkoszować się widokiem nieokiełznanej i niekończącej się przestrzeni, świergotem ptaków, pobekiwaniem owiec, szumem wiatru, szelestem liści i gałęzi drzew. Poczuł w nozdrzach intensywny zapach owocującego agrestu. Rozejrzał się jednocześnie ocierając rękawem ociekający, pokryty pianą podbródek. Nie mógł powstrzymać produkcji śliny, apetyt niemal odbierał mu dech. Kierując się wonią pobiegł na tyły budynku i odnalazł kilka krzewów, których gałązki aż uginały się od dorodnych, wyjątkowo apetycznie wyglądających owoców. Ich smak przewyższał nawet walory zewnętrzne. Marynarz zaczął pochłaniać słodko kwaśne kuleczki ze zwierzęcą wręcz pazernością. Dłonie przemykały pomiędzy gałązkami zupełnie niewrażliwe na raniące je ciernie. Kapiący sok wydobywający się z ust niemogących pomieścić ciągle wpychanych doń owoców obficie zrosił mu koszulkę, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Przeciwnie. Plamy tworzyły fantazyjne wzorki dodając wyglądowi oryginalnego smaku i kolorytu.
Nagle Marynarz dostrzegł małego kociaka, który siedząc na parapecie z przekrzywioną główką przyglądał mu się z ciekawością szeroko otwartymi wielkimi, idealnie okrągłymi oczami. Mężczyzna na chwilę znieruchomiał zaskoczony, niczym dzieciak złapany na gorącym uczynku przy oplewianiu sadu sąsiadowi. Stracił zainteresowanie agrestem, którego z resztą niewiele już zostało. Kociak nadal nie spuszczał człowieka z oczu nie zdradzając jednocześnie strachu. Sprawiał raczej wrażenie, że ma ochotę na to, co kocięta lubią najbardziej, na zabawę. Marynarz podszedł do niego wolno z daleko od siebie wysuniętą dłonią, której palce poruszały się szybko absorbując dodatkowo uwagę futrzaka. Postukał paznokciami w deskę drewnianej ściany, potem w parapet. Kociak przypadł do podłoża szykując się do ataku, czyniąc to z rozbrajającą powagą, jakby od powodzenia tego zamiaru zależało jego dalsze życie. Zwierzak nawet nie przeczuwał, że tak właśnie w rzeczywistości było. Gdy tylko dał susa potężna dłoń Marynarza chwyciła go w locie i zanim malec zdążył miauknąć, jago mała główka zniknęła w przepastnych ustach. Mężczyzna z chrupotem oderwał ją od reszty podrygującego konwulsyjnie ciałka i z lubością zaczął przeżuwać. Zwierzak mimo młodego wieku kości miał niezwykle twarde, tak że Marynarz nie mógł zgryźć czaszki. Po kilki daremnych próbach wypluł ją i roztrzaskał o ścianę tłukąc niewielkim otoczakiem. Następnie szybkimi wprawnymi ruchami rozerwał stygnące truchło i z lubością pożarł wnętrzności i delikatne mięso. Skórkę dokładnie wylizał i bezużyteczną odrzucił tracąc dalsze nią zainteresowanie.
Rozejrzał się po okolicy nie bardzo wiedząc czego się spodziewać. Zagracone podwórze na tyłach domostwa zdawało się skrywać w swych zbiorach niezliczone, tajemnicze i bezcenne skarby niczym bajkowy sezam, w którym on sam był Kasimem. Zaczął przewracać przeróżne rdzewiejące kubły i inne żelastwo, rozłażące się kuchenne szafki, taborety z połamanymi nogami, stare, poplamione sienniki, parciejące skórzane uprzęże oraz, a może ściślej rzecz ujmując przede wszystkim, niezręcznie pozbijane drewniane skrzynie i sędziwe kufry. Nad tymi ostatnimi rozpostarta była nieprzemakalna płócienna podgumowana plandeka podparta wysokimi tykami i metalowym rusztowaniem tworząc coś w rodzaju ogrodowej altany mającej za tylną ścianę rufę budynku mieszkalnego. Nie wyglądało to imponująco podobnie z resztą, jak całe to pożałowania godne ranczo. Niemniej Marynarz dostrzegał coraz więcej przymiotów owego specyficznego kompleksu w większości złożonego z prowizorycznych zabudowań. Szczególnie jego uwagę przyciągnęły wspomniane kufry, które właściciele zdawali się darzyć szczególnymi względami, umieszczając je w najmniej narażonym na działanie warunków atmosferycznych miejscu. Mężczyzna nie spodziewał się znaleźć w nich specjalnie wartościowych przedmiotów. Takie, jeżeli gospodarze w ogóle posiadali coś cennego, znajdowały się pewnie w różnych schowkach wewnątrz chaty, a tu? Cóż. Marynarz nie miał pojęcia czego szuka. Właściwie to nie szukał niczego. Oględzin dokonywał w zasadzie wyłącznie z czystej ciekawości. Jeden z czterech kufrów pozbawiony był kłódki i ten został otwarty jako pierwszy. Wnętrze wypełniały poobijane powgniatane aluminiowe naczynia i puste blaszane puszki, więc po chwili wieko opadło z łoskotem. Przerdzewiałe zamknięcie drugiej skrzyni nie stanowiło również najmniejszego oporu dla silnych rąk Marynarza, ale zawartość także nie była zbytnio satysfakcjonująca. Stare narzędzia, wnyki i sidła oraz dwa zakurzone hełmy. To ostatnie odkrycie uradowało mężczyznę, który zapominając, iż brzydzi się przywłaszczaniem sobie cudzego mienia, nasadził na głowę pochodzący prawdopodobnie z czasów konkwistadorów szpiczasty szyszak. Niestety ku jego niezadowoleniu hełm okazał się zbyt ciasny dla jego pokaźnego czerepu. Drugi wyglądał na element umundurowania Wehrmachtu z czasów II Wojny Światowej i, co najważniejsze, pasował jak ulał. Dodatkowo do hełmu dołączone były gogle jakich używali żołnierze korpusów zmotoryzowanych. Usatysfakcjonowany Marynarz zapiął pod brodą pasek zabezpieczający hełm przed zsunięciem z głowy i z nadzieją roztrzaskał obcasem kolejną kłódkę. Z radością stwierdził, iż wewnątrz zalega różnej maści wojskowa garderoba. Niektóre rzeczy były praktycznie bezużyteczne, podziurawione i podarte, niekiedy zżarte przez mole. Pośród nich znalazł jednak wielki, skórzany płaszcz, który dzięki solidnej jakości wykonania oraz wysokogatunkowego materiału oparł się niszczycielskim warunkom i upływowi czasu. Miał jedynie podziurawioną przez robactwo podpinkę, za to porządnie impregnowana skóra nie pozwoliła na jej perforację. Marynarz mocno otrzepał zdobycz i nałożył na potężne ramiona. Płaszcz sięgał kostek, był nieco sztywny i ciężkawy, co zważywszy na pogodę czyniło go natenczas niezbyt trafnym przyodziewkiem. Za to na jesień będzie jak znalazł.
Marynarz zamierzał właśnie zdjąć „zdobyte” skarby i zapakować do podręcznego bagażu, gdy nagle usłyszał wesołe ujadanie owczarków i niezbyt wyraźne oddalone jeszcze głosy. Przez chwilę nie mógł zdobyć się na żadne działanie, ale, jak to często w takich chwilach bywa u weteranów, zadziałał instynkt. To znaczy ściślej rzecz ujmując, zadziałałby w normalnej sytuacji. Niestety ta do takich nie należała. Marynarz zachowując ciszę i ostrożność wbiegł do chaty spodziewając się znaleźć tam stosowną kryjówkę.
Tymczasem Kozma i Buncol pełni wątpliwości i porządnie zaniepokojeni zniknięciem Kozakiewicza weszli na werandę głośno dyskutując. Jak jeden mąż zamilkli widząc na zewnętrznej futrynie rozgniecione truchło chrabąszcza. Obaj natychmiast pochylili sylwetki, wydobyli broń i przywarli do ścian po obu stronach drzwi nasłuchując. Cisza. Po kilku minutach doszli do wniosku, że intruz musiał opuścić już chatę. Ostrożnie uchylili drzwi i weszli do środka ubezpieczając się wzajemnie. Mniej więcej w środkowej części izby nieopodal okna niczym słup soli stał wyprostowany Marynarz. Bezruch sprawił, że Indianie nie od razu go spostrzegli, mimo iż kilkakrotnie przebiegali po nim wzrokiem.
- No i co myślisz? – spytał Buncol.
- A cholera wie. Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Może inkasent był?
To rzekłszy Kozma dostrzegł Marynarza i również zamarł bez ruchu. Nie uszło to uwadze jego towarzysza, który podążył wzrokiem za spojrzeniem Buncola i również znieruchomiał. Obaj szybko jednakże zorientowali się w przyczynie zachowania nieznajomego i bez sprytnie podjęli przerwaną rozmowę.
- Może zrobimy na obiad gulasz z pszczół? – rzucił Kozma.
- Doskonała myśl – podchwycił Buncol. – Chodźmy ich nałapać, póki nie poszły spać.
To powiedziawszy zerkając chyłkiem na Marynarza opuścili chałupę. Na zewnątrz szybko i jednocześnie bezszelestnie puścili się biegiem ku zagrodzie owiec.
- Bydlak dobrał się do pierdźwiedzi – szepnął Kozma.
Wbiegli pomiędzy pobekujące zwierzęta i opadli na kolana.
- To ten sam, któremu wczoraj Kozakiewicz rozpieprzył łepetynę. Tyle, że ubrał się w nasze ciuchy.
- Może tropi tą gnidę? Albo już wytropił i teraz trafił do nas? – ocenił Buncol blednąc.
- Do póki jest na fazie niczego się nie dowiemy – podjął drugi z Indian. – Odczekamy aż go puści i wtedy zatłuczemy jak kotleta.
Obaj uznali plan za jedyny z możliwych i już zamierzali podczołgać się na tyły zabudowań, gdy wówczas zamaszyście otworzyły się drzwi, w których stanął Marynarz. Postąpił o krok na podest werandy i rozpostarł poły płaszcza podtrzymując jego rogi szeroko rozwartymi ramionami. Rozejrzał się nerwowo, naciągnął na oczy gogle po czym skoczył w gorący piasek, wyprostował się, po czym ruszył ku prerii podskakując i machając rękami niczym olbrzymi nietoperz. Wydawał przy tym dźwięki niezrozumiałe dla obserwujących, którzy tylko odprowadzili go zawiedzionymi spojrzeniami.
- A może by tak… – zaczął niepewnie Buncol.
Kompan zmierzył go karcącym spojrzeniem powodując natychmiastowe przerwanie wypowiedzi.
- Wiem, wiem – dodał zrezygnowany. – Ostrożność i zasady ponad wszystko – wyrecytował.
- Właśnie – podchwycił gorliwie Kozma. – Jeśli wszyscy będą zasad przestrzegać, to …
- To co? – tym razem przerwał z kolei Buncol. – Ocknij się. Zasad przestrzega teraz co piąty, góra co trzeci. Reszta ma je w dupie. Kiedyś ty też się nawalisz i to będzie ostatni raz.
Kozma szykował się do riposty ale umilkł wiedząc, że przyjaciel ma rację. Coraz mniej było istot szlachetnych i honorowych, a coraz częściej można było natknąć się na podstępnych i fałszywych hochsztaplerów, którzy tylko czekali jak by tu skorzystać z czyjejś naiwności, wiary, czy uczciwości i kosztem nich się wzbogacić bez względu na konsekwencje. Kiedyś, kiedyś, gdy prawa rządzące światem były bezwzględnie przestrzegane i respektowane wszystko było o wiele prostsze i bezpieczniejsze. Nie raz surowe i bezwzględne ale z pewnością sprawiedliwe. Z czasem coraz więcej dziedzin życia doświadczało pewnego rodzaju wewnętrznego rozprężenia, zgubnego ułatwiania i udoskonalania już istniejących i bez zarzutu funkcjonujących rozwiązań. Jednym z nielicznych, jak do tej pory nienaruszonym ogniwem tworzącym rzeczywistość była niepisana zasada obowiązująca wśród amatorów zarówno pierdźwiedziowej, jak i pierdziejowej słodyczy. A mianowicie żaden wtajemniczony nie czynił krzywdy drugiemu, gdy jest on pod wpływem któregoś specjału. Prawo to było respektowane również z uwagi na fakt, że odurzony tego rodzaju używką stawał się istotą nieobliczalną, o niezbadanych możliwościach i bezpośrednie zagrożenie mu było niezwykle niebezpieczne, głównie dla zagrażającego.
W tym momencie należy się kilka słów wyjaśnienia. Otóż dzięki starym, często anonimowego autorstwa kronikom, możemy dowiedzieć się o niecodziennych zjawiskach i wydarzeniach, które przez długie lata pozostawały niewyjaśnione w kontekście przyczyny ich powstania, bądź zaistnienia. Długoletnie badania archeologiczno antropologiczne dostarczyły wielu dowodów, które może nie jednoznacznie, ale w bardzo dużym stopniu rozwiązują owe zagadkowe incydenty. A mianowicie każdorazowo w bliskim sąsiedztwie lub też na terenie, na którym dane wydarzenie miało miejsce, stwierdzano wysoką aktywność pierdziei, bądź pierdźwiedzi albo odnajdywano udokumentowane potwierdzenia transakcji wymian handlowych, których przedmiotem, lub w przypadku barteru środkiem płatniczym były właśnie pierdzieje i pierdźwiedzie. Z czasem autorzy monumentalnych pradawnych budowli, wykonanych nieznaną ręką dzieł sztuki, tajemniczych malowideł, rycin, szkicy, czy wreszcie pokrywających pustynne tereny gigantycznych rysunki przestały być jakąkolwiek tajemnicą. Jasnym stało się, że pod wpływem narkotycznych wizji wykonali je pierdziejowcy. Wraz z upływem lat do potocznej mowy niemal wszystkich rozumnych istot weszło powiedzenie: pierdziejowa, bądź też pierdźwiedziowa tajemnica lub sekret. Z początku powyższa reguła wydawała się więc dobrodziejstwem i wysoce nagrodzono za długoletnie badania naukowców niejednokrotnie poświęcających życie prywatne na rzecz badań.
Niestety wyniki prac pierdziejologów, czy jak kto woli pierdźwiedzioznawców, przyczyniły się również do wzrostu przestępczości. Stało się tak dlatego, że z czasem większość niewygodnych spraw kryminalnych szczególnie o podtekście politycznym i religijnym było umarzanych, a jako przyczynę takiego załatwienia sprawy podawano każdorazowo: pierdźwiedzioaktivus lub pierdziejtus kaputus. I na tym koniec. Akta szły do archiwów. Z uwagi na taki obrót sprawy z wolna zaczęto wprowadzać ograniczenia w uprawach czy jak kto woli hodowlach, handlu, a z czasem i w posiadaniu i spożywaniu owych specjałów. Na odcinku niespełna dwóch dekad kilkutysiącletnia tradycja została zepchnięta do głębokiego podziemia, a samo pojawienie się na rynku zakazanego towaru groziło utratą głowy wszystkich przebywających w promieniu piętnastu mil od miejsca wykrycia pierdźwiedzi lub też pierdziei.
Oczywiście nie udało się do końca wyplenić owej używki. A to głównie z uwagi na jej wspomnianą wcześniej niezbadaną naturę, która to zaczęła jeszcze bardziej zadziwiać poprzez ewolucję będącą wynikiem prześladowań gatunku. Wolnożyjące pierdźwiedzie i pierdzieje było coraz trudniej spotkać. Nieliczne osobniki kryły się po kniejach i górskich ostępach. Chronili i opiekowali się nimi druidzi, którzy sami będąc od nich uzależnionymi, nie mogli zbyt często odwiedzać ucywilizowanych osad i miast, po których krążyli płatni łowcy i donosiciele. Od czasu do czasu poszczególni Opiekunowie godzili się dobrowolnie na ciężki i bardzo nieprzyjemny trwający kilkanaście dni odwyk, po którym mogli bezpiecznie asymilować z antypierdziejowcami, bez narażenia się na zdemaskowanie. Niektórzy, na ogół bardzo starzy i bardzo nieliczni Opiekunowie posiadali również moc, która pozwalała im na chwilowe okiełznywanie efektów długoletniego zażywania pierdźwiedzia. Najwybitniejsze jednostki potrafiły nie dawać po sobie poznać efektów działania specyfiku nawet i przez półtorej godziny. W tym czasie mogli załatwić różne administracyjno prawne sprawy urzędowe. Jednak większość spośród posiadających moc kamuflażu potrafiła być niewidoczna jedynie przez kilka, do kilkunastu minut, co nie dawało zbytniej szansy na miejską wyprawę, ale zdecydowanie okazywała się pomocna przy okazji niespodziewanej krótkiej konfrontacji z antypierdziejowcem.
To tyle pokrótce o pierdziejo pierdźwiedziowej historii, która wraz z upływem kolejnych lat z pewnością ewoluuje, ulegnie transformacjom i przemianom, niekiedy dalekoidącym, które pozwolą zrewidować powyższe relacje i ustosunkować się do nich z odpowiednim dystansem. Oczywiście, co warte podkreślenia, powyższe zależności i wydarzenia nie są prezentowane przez pryzmat subiektywizmu i indywidualnego stosunku do przedmiotu rozprawy, a są jedynie odzwierciedleniem i esencją wiedzy zawartej w pracach dokonanych przez uczonych na przestrzeni długich dziejów wielu gatunków mniej i bardziej rozumnych istot.
Tymczasem Kozma i Buncol odczekali aż Marynarz zniknie między oddalonymi o półtorej mili pagórkami i czym prędzej ruszyli do piwnicy ocenić szkody wyrządzone przez intruza. Z ulgą odetchnęli widząc jedynie napoczętą porcję pierdźwiedzionki.
- Widocznie długo był bez – ocenił ze współczuciem Buncol.
Kozma zgodnie pokiwał głową. Uspokojeni efektami oględzin przeszukali resztę domostwa i usatysfakcjonowani usiedli przy kuchennym stole.
- Szkoda chłopa – podjął po długiej chwili niezręcznego milczenia Buncol. – Może zanim zaczniemy na niego polować wartoby mu się nieco przyjrzeć? No bo przecież jeżeli wrogów mamy tych samych to może byłoby to nierozważne? Zawsze to lepiej mieć sprzymierzeńca niż wroga. Tym bardziej zważywszy, że pierdźwiedziuje.
Kozma zaparzył herbatę z domieszką szczypty bobrzych napletków zmielonych zaraz po wytopieniu i ostudzeniu. Stosowane w bardzo niewielkiej ilości dodawały naparowi przyjemnego rześkiego posmaku na podobieństwo pigwy z odrobiną świeżej mięty. Zbyt duża porcja mogła wywołać nudności i zawroty głowy, więc nie była to przyprawa dopuszczona do masowego handlu i miała raczej zasięg regionalny spotykając się z zasłużonym uznaniem w nielicznych tylko krainach. Przyjaciele delektowali się napojem, w międzyczasie przywołując, składając i zestawiając argumenty mające obalać odmienne stanowiska w kwestii dalszego działania w stosunku do Marynarza. Dialog przeciągał się w nieskończoność, ale współrozmówcy nie zamierzali popełnić jakiegokolwiek, choćby najmniejszego błędu w tak niecodziennej i niezwykle delikatnej sprawie. Wkrótce słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, od morza zawiewały chłodne, coraz silniejsze podmuchy znamionujące silny sztorm. Indianie pomyśleli, że wobec takich symptomów w centrum miasteczka Gruby Lutek z pewnością zacierał z radością ręce spodziewając się licznej klienteli.

***

- Gary Kau! – powiedział twardo, a wręcz wykrzyknął nieznajomy uderzając prawą pięścią w swoją niezbyt imponującą klatkę piersiową.
Właściciel głosu przyodziany był w wyblakły bardziej popielaty niż czarny płaszcz, czy może raczej średniej długości, sięgającą połowy ud kurtkę przeciętą w talii skórzanym, dwurzędowym oficerskim pasem. Kontrastowe, bo czysto czerwonej świeżej barwy spodnie z ciemnozielonymi lampasami znikały w wysokich wojskowych naciąganych butach, do których cholew przytroczone były pochwy skrywające ostrza zakończone wystającymi rękojeściami. Pierś przepasały na skos przewieszone przez ramiona pasy z wielkokalibrową amunicją, przy boku tkwiła szeroka zakrzywiana jednosieczna maczeta oraz dwa niemalże zabytkowe samopały podtrzymywane wspomnianym wyżej pasem, za którym tkwił również niezbyt imponujących rozmiarów poprzeczny flet drewniany. Ogorzałą twarz skrywał cień rzucany przez wyposażone w niezwykle szerokie rondo sombrero pokryte ni to maskującą łuską, ni ochronną kolczatką. Dziwny to był wygląd. Całości ubioru dopełniały jeszcze różnego rodzaju wojskowe insygnia i odznaczenia poprzypinane nieregularnie w różnych miejscach. Ponadto kurtka upstrzona była bliżej nie znanego pochodzenia plamami, które nasuwały nieprzyjemne skojarzenia i były przy tym niewiarygodnie cuchnące.
Kozakiewicz kontemplując swojego ciemiężyciela tylko westchnął gorzko, gdyż potwierdziły się jego najczarniejsze przypuszczenia co do proweniencji oprawcy. Porywacz nie wyglądał imponująco, ale mimo to z jego postawy emanowała jakaś niecodzienna, niespotykana i niedefiniowalna moc, która powodowała, że więzień cały drżał nie tyle wskutek odniesionych ran, utraty krwi, wycieńczenia i przez to również wychłodzenia organizmu, co z trudnego do opanowania lęku przed czymś okropnym i nieuniknionym. Kozakiewicz próbował przełknąć ślinę, ale udaremniało to wyschnięte na wiór podniebienie, które nie pozwalało mu także wydobyć głosu. Najwidoczniej Gary dostrzegł ten fakt gdyż, co prawda bez specjalnych ceregieli, ale jednak chlusnął mu w japę kubeł letniej wody. Powtórzył poczęstunek jeszcze dwukrotnie i wiszącemu udało się przełknąć kilka małych łyków, co jednakże wystarczyło, by choć na chwilę ukoić pragnienie i złagodzić bolesne pieczenie w ustach i przełyku. Woda sprawiła również, że zmiękła nieco skorupa skrzepłej krwi zaklejająca mu oko, zaczął więc mocno mrugać i potrząsać głową.
Gary Kau przyglądał się więźniowi bez oznak jakichkolwiek emocji. Po kilku minutach Kozakiewicz przemówił chrapliwie:
- Kto..? Kto ci kazał?
Łowca splunął w pylisty grunt i biorąc zamaszysty zamach wymierzył wiszącemu solidny kopniak w żebra. Kozakiewicz jęknął.
- Garemu nikt nic kazać nie może – powiedział pewnym siebie głosem. – Robi co chce, kiedy chcę i jak chce. Żadnych zależności i tym bardziej podległości. Z resztą. Gówno ci do tego. I tak zaraz zdechniesz.
To rzekłszy zniknął z pola widzenia więźnia.
Krwotok ustał, ale do wiadra zaczął teraz skapywać zimny pot. Kozakiewicz zaczął w miarę możliwości rozglądać się na boki usiłując odnaleźć jakiś punkt zaczepienia, pozwalający mu odświeżyć nadzieję na przeżycie. Wyłapywał przy tym jednocześnie liczne dźwięki dochodzące go zewsząd, ale nie wychwycił niczego szczególnego. Nagle jego wzrok spoczął na skórzanej, pękatej sakiewce przytroczonej do siodła zdjętego z rozkulbaczonego wierzchowca. Nosiła specyficznie wykaligrafowane oznaczenie „T. P.” Kozakiewicz doskonale znał ten znak. Tektura Productions. A więc tego świrusa wynajął jego partner biznesowy. Z wolna zaczęła wzbierać w nim złość zastępując poczucie bezradnej rezygnacji.
Nagle spośród dobiegających zewsząd dźwięków dobiegł nietypowy dla takiej okolicy zgrzyt. Kozakiewicz początkowo myślał, że to odgłos przekręcanego w kłódce klucza, ale nieustający jazgot i coraz wyższa tonacja wskazywała raczej na nakręcanie jakiegoś napędzanego sprężyną mechanizmu, jak w zabawkach. Co ten odmieniec kombinował? Kozakiewicz gorączkowo zaczął wpatrywać się w tkwiące pod nim wiadro. Musi spróbować odwrócić proces.
- Jestem szefie jestem.
Głos był cichy, metaliczny, raczej obojętny, a może nawet burkliwy. Sprawiał wrażenie jakby jego właściciel zupełnie nie był zadowolony z tego, że musi robić to co musi.
A więc jest ich dwóch. Kozakiewicz wiele słyszał o Garym Kau i o jego zbrodniczych wyczynach, ale nigdy nie natknął się na informację, że bydlak ma współpracownika. Pewnie także nie mniej zwyrodniałego. W końcu swój ciągnie do swego. Domniemywania przerwał mu jego ciemiężyciel, który nagle przyklęknął przed nim i objąwszy go zamknął szyję w żelaznym niemal uścisku. Kozakiewicz nawet nie zdążył się zdziwić, że w tym niewielkim mężczyźnie drzemie aż tak duża siła fizyczna. Całą jego uwagę zaabsorbował nieopisany ból jaki zaczął przeszywać jego czaszkę. Gary Kau przy pomocy obcęgów zaczął bowiem, bez dbałości o jakiekolwiek uśmierzenie bólu, wyrywać mu z czaszki haczyki służące do podtrzymywania peruki. Docierający niemalże samego mózgu chrobot, chlupot metalowych zaczepów upadających w zebraną w wiadrze krwistą, wymieszaną z rzygowinami, potem i glutami maź oraz nieustanne kapanie szkarłatnych kropli to wszystko, co dane było odczuwać i słyszeć Kozakiewiczowi przez najbliższe kilka minut. Gdy ostatni zaczep trafił do niemal w jednej trzeciej wypełnionego wiadra Gary Kau chwycił w garść kosmyk włosów obrastających dolną część potylicy Kozakiewicza, przeciął ostrym, jak chirurgiczny lancet nożem skórę tuż nad karkiem i jednym sprawnym szarpnięciem ściągnął ją z niemal połowy głowy. Kozakiewicz tym razem zawył i stracił przytomność. Skalp utkwił w okolicy lewej małżowiny usznej, więc Gary Kau odciął ją wraz z nim i pozwolił opaść do kubła. Przyjrzał się swojemu dziełu i wygiął usta, kierując ich kąciki ku dołowi w grymasie obojętności. Dotknął szyi więźnia wyczuwając delikatne tętno. Agonia nie powinna długo potrwać. Splunąwszy na konającego odwrócił się i ruszył nadać depeszę z informacją o zakończeniu misji.
- Do Tektury pisz – rozkazał.
- Robi się robi – odparł Listonosz smętnei plepiąc się z cichym rezonansem w blaszany pośladek.
*
Skotłowana pościel zadrżała i spod niezbyt świeżej pierzyny wyłoniła się czerwona, napuchnięta twarz Żopajewa. Drżącą dłonią sięgnął po wazon z lekko butwiejącymi polnymi kwiatami i krzywiąc się pociągnął kilka tęgich łyków. Splunął na podłogę i klnąc pod nosem usiadł, czochrając skołtunione i przepocone, suto przyprószone siwizną włosy. Zrzucił na podłogę puchate przykrycie, pod którym spoczywały jeszcze Mary Lou i Stefan.
- Wstawać mi tu bystro, diewuszki! – ryknął. – W drogę nam nużno!
Nagie ciała przeciągnęły się głośno strzelając kośćmi, aż nie pierwszej młodości skóra pod wpływem naprężenia gdzieniegdzie niemalże całkiem się wygładziła. Dwa mętne spojrzenia z wyrzutem przemknęły po mężczyźnie. Ciężki wieczór i takaż noc nie pozwalały na sprawne i harmonijne przejście z totalnego psychicznego i fizycznego chaosu w stan zorganizowanej gotowości. Dodatkowo budynkiem, w którym znaleźli nocleg zaczęło coraz mocniej trząść, czemu towarzyszył narastający huk, jakby z nieba spadały ogromne kule betonu. Początkowo Żopajew wziął to za objawy kaca, w skutek czego uparcie usiłował wstać i utrzymać równowagę w pozycji zasadniczej na przemian z klasyczną jaskółką. Dopiero, gdy ze stołu i z półek niewielkiego regaliku zaczęły spadać wszelkie stojące na nich przedmioty, pułkownik otrząsnął się z zamroczenia.
- Ot i matuszka ziemlia coś sjewodnia nam nierada – podsumował spokojnie.
Huk był coraz większy, meble wręcz podskakiwały. Cała trójka zaczęła zdradzać przejawy niepokoju, z tym że Żopajewa martwiło nie tyle zagrażające im niebezpieczeństwo co bardziej to, że trzęsienie wytłucze asortyment baru znajdującego się w bezpośredniej bliskości motelu. W tymże momencie drzwi pokoju otwarły się z potężnym trzaskiem i w progu stanął blady jak ściana blin. Sam wyraz jego twarzy wystarczył aby pozostałą trójkę przejęła groza.
- Barney… – stęknął przez drżące wargi czerwonoarmista.
Dla pewności skoczył jeszcze do szafy i szarpnął wiekiem neseseru. Odskoczyło bez zwykłego oporu ukazując świecące pustką wnętrze. Rozległy się pomstowania i zatrwożone piski, rozpoczęło się szybkie, chaotyczne nakładanie na siebie wymiętej garderoby bez dbania o detale i wcześniejszą własność. Po dosłownie kilkunastu sekundach na schodach rozległ się głośny tupot stóp. Zbiegający orszak otwierał blin, a zakańczał wciągający spodnie żołnierz. Wybiegli na zewnątrz w momencie, w którym rozwścieczony Barney kopniakiem pozbawił budynek stropu wraz z poddaszem. Ryczał przy tym zajadle miotając na wszystkie strony przekleństwa. W garści ściskał omdlałą i urzyganą Świetlanę Aleksandrownę, która niestety nie miała na tyle szczęścia, co reszta kompanii i padła ofiarą niegdysiejszego karła. Ocalała czwórka znalazła kryjówkę w spiżarni mieszczącej się w ukrytym pod solidną klapą głębokim dole. Znad głów dobiegał ich łoskot walących się domostw, beczenie i kwilenie zwierząt porywanych z pustoszonych zagród, krzyki ogarniętych popłochem nielicznych mieszkańców osady oraz górujący nad wszystkim głęboki głos Barneya.
- Dawać mi tu szybko wszystko co macie – ryczał zawzięcie. – Albo zaraz rozpieprzę wszystko w pierdut!
Żopajew po początkowej panice szybko się uspokoił i wzorem zagorzałego frontowca zaczął chłodno rozważać zaistniałą sytuację.
- Jak to się mogło stać? – pytał wodząc przymrużonymi oczami po dyszących ze strachu zebranych – Skąd wziął specjał?
Wszyscy popatrzyli po sobie pytająco, ale na zadane pytanie nikt nie był w stanie udzielić konkretnej, wiążącj odpowiedzi. Po denerwującej chwili milczącego oczekiwania odezwał się Bochen:
- W pierwszej chwili nie zwróciłem na to większej uwagi, ale z samego rana spotkałem jakiegoś włóczęgę, który twierdził, że widział na stepie usiłującego fruwać esesmana. Wziąłem go za miejscowego, albo jakiegoś wioskowego cioła, ale może to wcale nie był …
Nie dokończył, gdyż półkownik na samo słowo „esesman” lub jakiekolwiek inne określające żołnierza znienawidzonych sił zbrojnych dostawał niemalże palpitacji serca, połączonej z gwałtownym wzrostem ciśnienia, co w powiązaniu z nagłym bardzo wysokim wydzielaniem się w organizmie adrenaliny dawało mieszankę piorunującą.
- Jobat jewo sobaczu mat! – ryknął przez zaciśnięte zęby Jewgienij Konstantynowicz. – Ja broni nie składał i nie złożu!
Zanim zdołali go powstrzymać wystrzelił z kryjówki, jak z katapulty trzymając szablę wysoko nad głową. W pierwszej chwili blin zamierzał mu przeszkodzić w karkołomnej misji, ale wiedział, że co najwyżej rozwścieczyłby go jeszcze bardziej. Gdy w grę wchodziły sprawy żołnierskiego rzemiosła i honoru, żadna argumentacja do pułkownika nie przemawiała. Miał do wykonania wyimaginowane rozkazy, zadania i misje które zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności były priorytetem i wówczas wszystko inne schodziło na plan dalszy.
Bochen nie mógł jednak zostawić przyjaciela samego. Zwłaszcza, że miał do siebie żal, że nie przewidział zachowania półkownika. Nie sądził jednakże, że nawet w takich okolicznościach jak ta wojenny zew okarze się silniejszy niż wszystko inne. Po krótkiej wymianie zdań pozostawił dwie skulone, szlochające i obejmujące się wzajemnie istoty obiecując, że wróci tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Po chwili stał się niewidzialny i ruszył w niebezpieczną misję zwiadowczą.
Tymczasem Jewgiennij Konstantynowicz ogromnymi susami rwał w ślad za niezwykle szybko poruszającym się Barneyem. Jednakże mimo monstrualnego wzrostu dewastator po chwili zniknął mu z pola widzenia. Z wytropieniem go nie było jednakże większego problemu, gdyż echo oddalających się kroków aż huczało w uszach, ziemia drżała, a pokonaną trasę znaczyły ruiny domostw, połamane drzewa i głębokie ślady w piaszczystym podłożu. Wszystko wskazywało na to, że Barney kieruje się ku oddalonemu o niespełna dwadzieścia mil miasteczku portowemu, które ledwie co zdołali opuścić. Musi go dogonić i wyciągnąć informacje o wrogich wojskach, od których pewnie otrzymał specjał, sądząc po jego wygladzie i zachowaniu prawdopodobnie kiszoną pierdźwiedzionkę. Po pierdźiejówce aż taki duży nigdy nie rósł. W tym tempie pokonanie trasy nie zajmie mu wiele czasu.
Żopajew doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że nie może dopuścić, by Barney dotarł do miasteczka. Konsekwencje mogłyby być straszne. Ostatnim razem gdy karzeł uległ transformacji zmiótł z powierzchni ziemi dwie niewielkie osady rybackie, w których na szczęście przebywało niewielu mieszkańców, gdyż był wówczas sezon na bardzo cenione w tamtym rejonie duszone okonie.
W tym momencie nadarza się dobra okazja by przybliżyć nieco fenomen okonięciny. Otóż wspomniany wyżej przypadek, a raczej przyczyna opustoszenia osad może budzić wątpliwości, czy też wydawać się małoprawdopodobna, gdyż okonie na ogół występują w wodach słodkich, ale od tej reguły występują jednakże wyjątki. Ponadto, co niemniej istotne jak również i dosyć kuriozalne aby opowiedzieć o okoniach należy zacząć od ośmiornic. Gdyby nie one, nie byłoby duszonych okoni. Mianowicie w wodach, o których wyżej wspomniano niezwykle rozwinęła się populacja zmutowanych miniośmiorniczek, które aby przetrwać sezon zimowy musiały nadusić okoni i następnie się nimi nasmarować. Po takim zabiegu ośmiorniczki uodparniały się na zabójcze dla nich warunki klimatyczne, a wody obfitowały w łatwe do wyłowienia otumanione okonie, które dzięki osnutemu tajemnicą procesowi duszenia oraz kontaktowi z głowonogami nabierały specyficznego, niepowtarzalnego smaku i nadawały się do konsumpcji w naturalnym stanie bez jakiejkolwiek wstępnej obróbki. Tu wszakże pojawiał się problem doboru załogi pracującej na rybackich kutrach wypływających na połów duszonych okoni. Mianowicie pokusa konsumpcji mięsa wykwintnego smaku powodował, że w przeważającej większości rybacy nie mogli skupić się na robocie i jeśli tylko w sieciach pojawiły się pierwsze sztuki pożądanych osobników od razu rzucali się w nie do końca jeszcze opróżnione sieci i wyrywając sobie wzajemnie z ust frygające sztuki wprowadzali na kutrze chaos i narażali załogę na straty. Bardzo istotne było więc, by załogę rekrutować spośród rybaków uodpornionych na działanie duszonych okoni, co wszakże nie było wcale takie łatwe. Odsetek rybaków obojętnych na okonięcinę był bardzo znikomy, tak że na stu testowanych kandydatów trafiał się jeden, góra dwóch prawidłowych, zwanych też inaczej właściwymi, czyli czasowo odpornymi na działanie duszonej okonięciny. Średnio więc, około póltora rybaka właściwego na osiemdziesięciu ośmiu i pół nie nadających się do połowu duszonych okoni.
W tym momencie nasuwa się pytanie po co ci niewłaściwi fatygowali się na ogłaszany nabór sokoro i tak do załogi dokooptowani być nie mogli? Odpowiedź jest bardzo prosta i dzieli kandydatów na dwie kategorie. Jedna to ci, którzy bez duszonej okonięciny żyć wprost nie mogą i łakną jej niczym stara baba (lub chłop) młodości. W ich wyglądzie zewnętrznym charakterystyczny był między innymi płonący żądzą wzrok w rozbieganych oczach i, przede wszystkim, drżące, permanentnie wilgotne dłonie. Zanim opisana zostanie druga kategoria bardzo istotnym jest przybliżenie niezwykle uciążliwej przypadłości jaka widoczna jest u osobników zaliczających się do pierwszej grupy, czyli wspomniane już wyżej dłonie permanentnie zwilgotniałe wskutek uzależnienia od duszonych okoni (okonitus vilgotus). Otóż jest to zjawisko występujące dość powszechnie wśród społeczności zamieszkujących tereny nadmorskie, ale zdarzające się również we wszelkich innych rejonach. Początkowo sądzono, iż powyższa przypadłość dotyka jedynie rybaków, względnie wędkarzy, ale z czasem dzięki odnotowywaniu w dziennikach sprawozdawczo informacyjno statystycznych przez przedstawicieli różnych biur użyteczności publicznej faktów występowania objawów okonitus vilgotus wśród osobników spoza rybackiego i wędkarskiego grona ustalono, że przypadłość może dotykać wszelkie nacje bez względu na zaszeregowanie zawodowe, polityczne, ekonomiczne, geograficzne, czy antropologiczno społeczne.
O ile samo uzależnienie od okonięciny nie budzi większego zdziwienia u dajmy na to, dokera, bywalca portowej tawerny, czy innego mieszkańca rybackiego miasteczka lub osady, to słabość do niej okazywana przez, przykładowo, spawacza spod Ontario, albo też mieszkającego w Mąchocicach Kapitulnych chłopa i jego dwa średniej wielkości psy, którzy w życiu duszonej okonięciny nie jedli, jest co najmniej zastanawiający. W tym momencie nasuwa się pytanie, skąd wiadomo, że wymieniony wyżej chłop i jego psy są uzależnieni oraz, przede wszystkim, dla czego?
Aby na to i szereg podobnych pytań znaleźć odpowiedź potrzebne były długoletnie badania i eksperymenty naukowe o podłożu medycznym. W wyniku przeróżnych prób i testów ustalono, że uzależnienie od okonięciny bardziej przypomina reakcję alergiczną, niż nałóg. Podstawową cechą, która różni obie powyższe reakcje względem przedmiotu rozważań, jest to, że aby się uzależnić należy przynajmniej raz obcować z daną substancją uzależniającą, a żeby być na nią uczulonym zupełnie nie jest to konieczne. Oczywiście jeśli istota uczulona na okonięcinę nigdy podczas swego życia do czynienia z nią mieć nie będzie, to nawet nie dowie się, że na takową dolegliwość cierpi, a zatem nie sposób jest wyliczyć jaki jest odsetek uczulonych. Aby to ustalić potrzeba byłoby przeprowadzić zakrojone na globalną skalę badania, którym poddano by wszystkie żyjące w danym momencie istoty (wybór próby reprezentatywnej w tym przypadku niestety odpada). Oczywiście aby wyniki były wiarygodne należałoby również zadbać, aby spełnione były wszystkie warunki konieczne do przeprowadzenia kompletnych badań. I tak, dla przykładu, wszyscy winni być poddawani badaniom w podobnych (identycznych) warunkach atmosferycznych, o tej samej porze, z taką samą intensywnością i przez taki sam czas. Oczywiście należało zadbać również o to, by wszyscy przyjmujący w danych okolicznościach okonięcinę, jednocześnie spożywali inne produkty w takich samych ilościach i o określonych porach. Tu z kolei nasuwają się wątpliwości, czy takie same warunki należy stosować dla każdego biorącego udział w eksperymencie? A gdzie wzrost, waga, rasa, pochodzenie, grubość kośćca, przebyte choroby, inne uzależnienia, zainteresowania, stosunek do gawiedzi itd. itp. Wydaje się słuszne, że do przeprowadzenia takich badań nigdy nie doszło. Bo jakie mamy gwarancje, że z góry określona dawka okonięciny wywoła oczekiwane reakcje zarówno u, na przykład, hipopotama i maszynisty? Albo, że jeden zareaguje na alergen wyłącznie w momencie przyjęcia wraz z nim poszatkowanej główki kapusty, a na drugiego badana substancja wpływ mieć będzie jedynie w zestawieniu z silnym promieniowaniem ultrafioletowym, lub tylko w parzyste dni trzeciego tygodnia września? Poza tym jednemu może wystarczyć pięć gram substancji, a drugiemu półtora kilo, lub, jak początkowo zakładano, dany osobnik może przez długi czas nie okazywać jakichkolwiek symptomów uczulenia lub uzależnienia. Istnieją bowiem przypadki, że niektórzy przyjmowali duże dawki okonięciny przez okrągły rok bez żadnych reakcji, co sugerowałoby, że jednak istnieje grupa jednostek zupełnie biernych na działanie owego rybiego mięsa. Czy to możliwe? Otóż nic bardziej mylnego. Okazało się bowiem, że w ostatnim dniu przyjmowania okonięciny jeden z biorących udział w badaniach pacjent dostał wylewu krwi do mózgu wskutek czego zmarł niemalże natychmiastową śmiercią. Uznano, zresztą całkiem słusznie, że pozostali uczestniczy eksperymentu mogą zareagować podobnie i jest to tylko kwestią czasu. Mimo, iż wyniki rozczarowały niejednych badaczy, to należy uznać, iż było to szczęście w nieszczęściu, lub tzw. mniejsze zło. Bo jakież w skutki brzemienne mogłoby okazać się to, że jakaś nieświadoma niebezpieczeństwa grupa w najlepsze przyjmowałaby okonięcinę przez, dajmy na to, dziewiętnaście lat i nagle jednego dnia wymarła do nogi w skutek, załóżmy, eksplozji centralnego ośrodka nerwowego.
Do wyników prowadzonych prez długie lata badań niczego szczególnego nie wniósł również przypadek pewnego Papuasa (wzrost sto sześćdziesiąt osiem centymetór, waga osiemdziesiąt jeden kilogramów), który utrzymywał, że okonięcina nie jest w ogóle w stanie w jakikolwiek sposób wywrzać na nim skutek. Aby to udowodnić w przeciągu niespełna dwóch godzin pożarł ponad dwadzieścia sześć kilogramów duszonych okoni w następstwie czego zmarł. Sekcja zwłok wykazała, że okonięcina nie maiła wpływu na jego zgon, który nastąpił wskutek przejedzenia zaś sam skład, czy rodzaj pokarmu był nieistotny. Diagnoza taka być może miałaby kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju nauki w tej dziedzinie gdyby nie fakt, że Papuas umarł i nie zdołał doświadczenia powtórzyć, przez co jego przypadek traktowany był raczej jako ciekawostka, nie zaś naukowy dowód.
Śmiertelne objawy przyjmowania okonięciny wpłynęły na to, iż zaszeregowano ją jako jeden z silniejszych sklasyfikowanych dotychczas alergenów, w związku z czym w znacznym stopniu ograniczono obrót tym naturalnym dobrem i nałożono nań specjalną akcyzę, wskutek czego w istotnym wymiarze zmieniły się ceny, które w bardzo krótkim okresie wywindowano do astronomicznych rozmiarów, co z kolei pociągnęło za sobą rozkwit nowej gałęzi czarnego rynku.
Wróćmy jednak do wspomnianego permanentnego wilgotnienia dłoni. Otóż zjawisko to tyczy się wyłącznie osób uzależnionych, w przypadku alergików objaw ten nie występuje. Jedynym wyjątkiem od tej reguły są przypadki, w których dany osobnik jest zarówno uzależniony od okonięciny, jak i na nią jednocześnie uczulony. Wówczas reakcje mogą się na siebie nakładać i zwilgotnienie dłoni może występować przy jednoczesnym świądzie w pachwinach (bardzo szeroko występujący objaw alergii), pieczeniu zająca na wolnym ogniu (równie częste, co świąd niemniej o wiele bardziej uciążliwe objawy schorzenia, zwłaszcza w przypadku nikłej w danym regionie populacji zajęcy) lub odpadaniu kończyn (rzadkie, niemniej niezwykle uciążliwe). Oczywiście istnieje mnóstwo innych objawów, ale z uwagi na ich mnogość i zróżnicowanie wypada skupić się wyłącznie na wyżej zaprezentowanych, zwłaszcza, że jedno z drugim pozostaje w ścisłych relacjach przyczynowo skutkowych. I tak zwilgotnienie dłoni przy jednoczesnym świądzie w pachwinach sprawia, że drapane miejsce w skutek styczności ciała z niezawierającą w sobie substancji łagodzących śluzowatą cieczą jeszcze bardziej się zaognia przedłużając okres leczenia. Z kolei pieczenie zająca na wolnym ogniu przy jednoczesnym zwilgotnieniu dłoni utrudnia po pierwsze: złapanie i oporządzenie zająca, który łatwo z mokrych i śliskich dłoni się wymyka. Po drugie: nazbieranie chrustu i rozniecenie ognia ociekającymi wilgocią dłońmi stanowi trudne do przezwyciężenia wyzwanie. Wreszcie trzeci przypadek, czyli zwilgotnienie dłoni przy jednoczesnym odpadnięciu kończyn. Ten rodzaj zależności należy również rozpatrzeć w minimum dwóch aspektach. Pierwszy, to gdy odpadają wyłącznie nogi. W tym przypadku zwilgotniałe dłonie nie nastręczają większego kłopotu jeśli odpadłe kończyny były odziane w łatwo pochłaniającą wilgoć tkaninę. Wówczas chory mógł mokrą dłonią podnieść utraconą kończynę i włożyć ją do zamrażalnika przedłużając tym samym nadzieję na jej odratowanie. Jeśli kończyna była ubrana w tkaninę o przeciwnych właściwościach (np.: gumowe, czy lateksowe upaprane dodatkowo smarem lub olejem), wówczas jej odzyskanie było znacznie utrudnione, bądź wręcz niemożliwe. Z kolei jeśli utrata dotyczyła kończyn górnych, to zwilgotnienie dłoni nie miało w tym przypadku żadnego znaczenia. Pozostają oczywiście jeszcze różne wariacje powyższego dające następujące konfiguracje: utrata wszystkich kończyn górnych i dolnych, obu dolnych i jednej górnej lewej, obu dolnych i jednej górnej prawej, jednej dolnej lewej i obu górnych, jednej dolnej prawej i obu górnych, jednej dolnej lewej i jednej górnej lewej, jednej dolnej lewej i jednej górnej prawej, jednej dolnej prawej i jednej górnej lewej oraz jednej dolnej prawej i jednej górnej prawej. W tym momencie bardzo duże znaczenie mają też różne inne bodźce, reguły, fakty lub zjawiska. Dla przykładu: dużo bardziej uciążliwa dla pacjenta była utrata lewej kończyny górnej niż prawej (przy dowolności ubytków w dolnych partiach ciała) o ile był on mańkutem. Wydaje się to zupełnie logiczne ale tu również spełnione muszą być odgórnie narzucone, czy przyjęte warunki, jak na przykład to, że dany mańkut posiadał w prawej i lewej dłoni kompletne zestawy palców. Jeśli bowiem w lewej palców nie miał, to o wiele bardziej przydałaby mu się prawa, w której palce byłyby kompletne.
Podobnych zależności jest masa i nawet próba jednoznacznego rozstrzygnięcia sporu o to, czy zwilgotnienie dłoni samo w sobie ma wyłącznie negatywne skutki jest w świetle dotychczas przeprowadzonych w tym zakresie badań niemożliwe. Zwłaszcza, iż coraz lepiej prosperują jeszcze do niedawna nieliczne enklawy zwolenników teorii przewagi zwilgotniałych dłoni nad suchymi. Liczne kluby towarzyskie, ekskluzywne restauracje, programy telewizyjne, kinematografia i teatr, prasa, sport, czy literatura skierowane są wyłącznie do odbiorców ze zwilgotnieniem dłoni, dla suchorękich będąc niedostępnymi, lub w przekazie obraźliwymi, albo też w treści zapętlonymi, zawiłymi i w efekcie niezrozumiałymi. Powyższa sytuacja położyła dodatkowo doskonałe podłoże dla rozwoju różnych ruchów społecznych o doktrynalnym zabarwieniu nacjonalistycznym, które w swych szeregach zrzeszały jednych bądź drugich. Coraz rzadziej spotykało się jednostki na ten problem obojętne. Z uwagi na brak możliwości rozstrzygnięcia i jednoznacznego zdiagnozowania, czy opisania fenomenu duszonej okonięciny dywagacje należy zamknąć kategorycznym stwierdzeniem: nie ma na świecie istoty na nią obojętną, to po pierwsze i po drugie, kto raz już jej popróbuje z jej szponów się wyrwać nie zdoła lub wręcz przewrotnie zdołać się nie wyrwie.
A teraz wróćmy do głównego podziału kandydatów na członków załogi kutrów zajmujących się połowem okoni. Jak wspomniano wcześniej, zaliczani do pierwszej grupy rekrutują się spośród tych ci, którzy bez duszonej okonięciny żyć wprost nie mogą i łakną jej niczym stara baba (lub chłop) młodości). Drugą grupę można wyłonić spośród tych, których uzależnienie jeszcze się nie uaktywniło ale niechybnie i poza wszelką wątpliwość nastąpić musi. Należało wybrać więc takich, których okres odporności wyglądał na jeszcze bardzo długi. W tym momencie daje o sobie znać nietypowa jak na rybacki fach specjalizacja, a mianowicie okoniowy selekcjoner, do którego należało wyłuskanie spośród kandydatów odpowiednich jednostek.
Pozostawmy jednakże powyższe problemy im sobie samym skupiając się na rzeczywistości.
Barney mknął olbrzymimi susami wprost do portu. Jedyne na czym mógł obecnie skupić myśli były kiszone pierdźwiedzie. Ślina ściekała mu po pomarszczonej japie skapując na ziemię i tworząc pieniste kałuże, które ułatwiały pościg ewentualnym tropicielom, ale karzeł o to nie dbał. Miał poczucie, że rozpiera go niepohamowana i niemierzalna, od nikogo niezalezna moc, co nie było wszakże pozbawione racji. Po transformacji z czterdziestocentymetrowego krasnala stał się przecież szesnastometrowym kolosem, którego powstrzymanie było nie lada wyczynem nawet dla wtajemniczonych. Mijał kolejne pagórki i rozpadliny, a głód narastał w nim w niesłabnącym tempie. Próbował zaspokoić go pożerając co popadnie. Nie zatrzymując się wyrywał i pożerał karłowate drzewka, krzewy, krowy, sporych rozmiarów otoczaki, a nawet ziemię gdy tylko porastała ją soczysta trawa. Wraz z przyjmowaną materią rosła w Barneyu siła fizyczna, a także coraz bardziej wzbierała frustracja, której ujście im bardziej odległe, mogło okazać się tym bardziej intensywne i gwałtowne.
Barney nie zdawał sobie z sprawy z transformacji jakiej uległ, a tym samym z zagrożenia jakie stwarzał. Za to doskonale wiedział o tym podążający jego śladem Żopajew. Pułkownik lekko już ochłonąwszy po otrzymaniu wstrząsającej informacji o aktywnych ruchach żołnierzy III Rzeszy, oprzytomniał i pozwolił dołączyć do siebie Bochenowi, którego zdolności mogły okazać się w zażegnaniu tragedią niezbędne. Przycupnąwszy w rozpadlinie powstałej w odcisku stopy pędzącego olbrzyma blin przestawił pokrótce swój plan, który został przez Jewgienija Konstantynowicza zaaprobowany, jednakże pod warunkiem późniejszego braku ingerencji autora w porachunki czerwonoarmisty. Mnich rozpostarł swoją lśniącą w słońcu pajęczynę drobnych klejnotów i possawszy kilka z nich wypowiedział zaklęcie. Po chwili obaj zniknęli pojawiając się jednocześnie na zapleczu odwiedzonej niedawno tawerny.
*
Marynarz gnał radośnie machając ramionami. Spoglądał na mijane tereny z uwielbieniem graniczącym z zachwytem. W pewnym momencie dostrzegł mieniące się w blado różowej poświacie domostwo, które wydało mu się tak przytulne, że natychmiast ogarnął go błogi sen. Początkowo próbował go odgonić, ale w końcu poddał się, poszybował ku niebu by zaraz potem płynnym piruetem zapikować ku kłębiastej miękkiej i pachnącej lawendą pościeli. Zdawało mu się, że nie przespał nawet minuty, gdy nagle poczuł bolesne ciosy spadające na żebra. Zamrugał zaspanymi oczami i uniósł się do pozycji siedzącej. Zdziwiło go, że siedzi w butwiejącej stercie wyrwanych z ziemi chwastów w pobliżu drewnianej chaty, z której zalatywał nieprzyjemny swąd, niezbyt często sprzątanej stajni. Obok niego stał gorączkujący się karzełek, w którym rozpoznał adiutanta sowieckiego oficera. Machinalnie odepchnął złoszczącego się malca, ale ten natarł wówczas na niego ze zdwojoną, wcale nie małą energią. Wrzeszczał przy tym piskliwie, tak się jednocześnie wściekając, że Marynarz nie był w stanie rozróżnić wykrzykiwanych przezeń słów.
- Zaczekaj – zaczął pojednawczo. – Przestań się ciskać i mów o co chodzi
Barney przystanął dysząc ciężko i wlepił w mężczyznę pełne wyrzutu, gorączkowe spojrzenie.
- Skąd żeś to wziął? – wypalił w końcu malec.
Marynarz łypnął na karzełka podejrzliwie.
- Że niby co? – odparł.
Zamiast odpowiedzieć Barney rzucił się wściekle do kolejnego ataku, biorąc tym razem na cel bardziej wrażliwe rejony ciała siedzącego. Marynarz zerwał się na równe nogi i chwycił furiata pod pachy unosząc szamoczącego się malca i trzymając w bezpiecznej odległości od swojego ciała.
- Uspokój się, mówię! – krzyknął nadając swojemu głosowi złowróżbnej tonacji. – Bo cię… Bo cię wyrzucę! – zagroził nie bardzo wiedząc, czym mógłby przestraszyć małego agresora.
Groźba najwyraźniej nie zrobiła na karzełku wrażenia, bo zaczął się wściekać jeszcze bardziej, tocząc z ust obfitą pianę
- Albo zakopię i nasram na grób! – ryknął Marynarz.
Barney znieruchomiał, jak rażony gromem. Mężczyzna nie przygotowany na tak gwałtowny efekt swojej groźby potrząsał malcem jeszcze przez chwilę, a raz czy dwa grzmotnął nim nawet o trzeszczącą ścianę stajni.
- Wystarczy! – wrzasnął krztuszący się Barney – Przestań, bo mam już jaja do kolan!
Marynarz nie do końca zrozumiał słowa karła, ale skutek odniosły oczekiwany. Odstawił Barneya na ziemię, gdzie ten otrzepawszy i wygładziwszy powyciągane szaty łypał na niego spojrzeniem pełnym pretensji i niesmaku.
- Ładnie to tak bić mniejszego? – zapytał z wyrzutem. – I to jeszcze spragnionego… wyposzczonego…
Wypowiedziawszy ostatnie słowa twarz malca ponownie wykrzywił grymas wściekłości i nie wiele zastanawiając się ponownie natarł na Marynarza. Tym razem jednak atak był krótki i zupełnie nieskuteczny. Mężczyzna nie wytężając specjalnie siły chlasnął agresora na odlew, w skutek czego ten przeleciał kilkanaście metrów w powietrzu i zatrzymał się na drzewku dzikiej jabłoni pozbawiając je jednocześnie większości więdnącego listowia i owoców, które z furkotem poleciały na ziemię. Barney przekręcił się na bok, wstał i splunął w kurz unoszący się nad miejscem upadku. Podniósł jedno z dorodnych jabłek i mocno się zamachnął, jednakże widząc gotowość marynarza szybko się zorientował w grożącym mu niebezpieczeństwie i jakby nigdy nic odgryzł duży kawał owocu i zaczął go w milczeniu przeżuwać. Mierzył teraz Marynarza świdrującym wzrokiem przekrzywiając przy tym głowę niczym zaciekawiony nową zabawką dzieciak. W pewnym momencie jego twarz złagodniała i wykwitł na nią promienny uśmiech.
- Ależ to ty! – krzyknął radośnie, jakby odkrył kolejną zasadę dynamiki. – Marynarz!
Marynarz przyjrzał się malcowi podejrzliwie. Chyba było z nim coś nie tak. Wyglądał w sumie tak samo, jak ostatniego razu podczas libacji w karczmie, niemniej zdradzał wyraźne symptomy paranoi, czego wcześniej nie okazywał. Z resztą, kto go tam wie. Przecież w sumie nie zamienił z nim nawet słowa. Ostatni raz widział go rankiem w walizce Jewgienija Konstantynowicza. Obserwował teraz jak malec drobnymi kroczkami zmierza ku niemu wyciągając pojednawczo malutką dłoń.
- Przepraszam – dodał karzeł. – Ale nie poznałem cię w tym przebraniu.
Marynarz spojrzał na siebie i dopiero teraz przypomniał sobie niemiecki mundur. Uśmiech rozciął jego zaciśniętą w złowrogi grymas twarz.
- Aaaa – odparł nieco zmieszany dotykając odzieży. – Takie tam. Dla hecy.
Uścisnął podaną mu dłoń, podczas gdy Barney mimo diametralnie zmienionego doń nastawiania nadal świdrował go oczami.
- Mnie tam nie tak bardzo do śmiechu – rzekł wreszcie. – No, chyba, że może się z druhem podzielisz? – dodał z nadzieją.
- Podzielę czym?
Karzeł zmarszczył czoło i zacisnął usta ale już po chwili ponownie się uśmiechał.
- No nie róbże ze mnie ciołka. Skąd wziąłeś?
Przed Marynarzem jakby opadła kurtyna. Kiszone pierdźwiedzie! Jasne. Teraz wszystko, albo przynajmniej większość sobie przypomniał. Był pewien, że udało mu się oprzeć pokusie, ale oczywiście tak się nie stało. Cóż. Nie mogło.
- Wiesz, że nie mogę – odparł nie bez żalu licząc, że Barney okarze wyrozumiałość. Z pewnością znał przecież żelazne zasady pierdźwiedziowców, czyli, między innymi, nigdy nie zdradzać źródła zapierdźwiedzenia.
Krasnal beknął ze złością i przytupnął z niemocy. Usiedli obok siebie bez słowa przytulając się niezgrabnie.
- Niedługo drugi kop – rzekł po chwili Barney. – Zazdroszczę. Ale cóż…
Marynarzowi szkoda było malca, ale nie mógł mu pomóc. Zamyślił się. Zaczął dumać o latach szkolnych, których co prawda nie było przesadnie dużo, za to całkiem miło je wspominał. Pierwszy gryz duszonej okonięciny. To był czad! Odpadła mu wtedy głowa. Na szczęście znajdował się wówczas w domu, a nie gdzieś w podróży, lub na Sprytnym Targu, skąd by jej już pewnie nie odzyskał. Sprytny Targ był czymś zarówno pięknym, jak i do cna niebezpiecznym i okrutnym. Panowała tu tylko jedna zasada. Co nie było w twoich rękach należało do tego, w czyich rękach jest. To oczywiście przenośnia. W praktyce chodziło o kontrolowany fizyczny lub psychiczny kontakt. Nikt wszakże nikomu nie urywał przyrodzenia, gdy tylko właściciel je z dłoni wypuścił, np. po oddaniu moczu. Nie kradziono też niczego z podręcznego bagażu. W ten sposób jednakże można było łatwo wejść w posiadanie praktycznie wszystkiego, ale równie łatwo można było każdą rzecz utracić. Jemu wszakże głowa odpadła w hotelowym pokoju i, niestety, poturlała po schodach, jak główka kapusty więc nabił sobie bolesnego guza, wybił dwie jedynki i złamał nos. Niemniej to było nic w porównaniu z tym, co mogło mu się przytrafić. Od tamtej pory bardzo rozważnie podchodził do okonięciny. Nie to, że jej unikał, ale nigdy nie próbował jej w niepewnym otoczeniu. Zbyt zróżnicowane miała na niego działanie. Za to nie był w stanie oprzeć się pierdźwiedziom. Dostawał po nich niezłego psychodelicznego kopa, ale i tak była to zabawa w porównaniu ze skutkami zażycia okonięciny. Osobiście widział, jak różni głupcy po zażyciu nieodpowiedniej dawki rozpadali się na kawałki w przeciągu kilkunastu sekund. Albo gnili długimi latami, aż umierali zamieniając się w cuchnącą gnojówką breję do samego końca nie zdając sobie z tego sprawy.
Z zadumy wyrwała go świadomość obecności w jego kieszeni czyjejś ręki i następujący zaraz po tym chichot Barneya. Zerwał się na równe nogi i ujrzał malca krążącego wokół niego w podskokach. Karzeł trzymał w małej dłoni kawałek kiszonego pierdźwiedzia, który podstępnie wykradł z kieszeni mężczyzny. Marynarz obszukał spodnie i płaszcz. Nic.
- Ty mały, cuchnący zjełczałym boczkiem sukinsynu! – wycedził przez zęby. – Ukradłeś ostatniego! To gorsze niż jakbyż zwędził murarzowi kielnię!
To rzekłszy rzucił się w kierunku wesoło podrygującego karła, ale ten sprytnie uskoczył połykając jednocześnie pożądaną kiszonkę. Dalej wszystko potoczyło się w niesamowitym wręcz tempie. Gdy tylko pierdźwiedź zniknął w pomarszczonej japie karzełka, malec zzieleniał i w niemal tym samym momencie pękł mu na plecach kaftanik. Zanim Marynarz zdążył dosięgnąć nieuczciwego towarzysza ten eksplodował. A przynajmniej tak się Marynarzowi początkowo zdawało. Szybko jednak zrewidował swój osąd, co z resztą nie było wcale trudne, gdyż karzełek w ciągu kilku chwil stał się kilkunastometrowym trollem z muskulaturą stu Arnoldów. Na szczęście Barney nie zamierzał rozprawiać się z Marynarzem, jedynie splunął nań dwoma wiadrami cuchnącej śliny i tylko się za nim zakurzyło. Mężczyzna od razu wiedział, co zaszło.
- A myślałem, że to tylko pijacko pierdźwiedziowe brednie – szepnął do siebie odprowadzając szybko malejącą, połyskującą gołymi pośladkami sylwetkę.
Marynarz przypuszczał, że karzeł wraz z przybraniem monstrualnych rozmiarów zaczął odczuwać wprost proporcjonalny do nich głód. W domniemywaniach utwierdził go fakt, że olbrzym niemal od razu pożarł dwie sosenki i wrzeszcząc wniebogłosy z łoskotem ruszył ku portowi, gdzie pewnie spodziewał się zdobyć, czego potrzebował. Marynarz przez chwilę zastanawiał się, czy powinien starać się zapobiec jatce jaka mogła wydarzyć się w miasteczku, ale w tym właśnie momencie zaczęła się kolejna faza pierdźwiedziowego cyklu. Poczuł, jak rosną mu kły i jakaś nieokiełznana, niespotykana siła rzuca go na kolana. Z palców u rąk i nóg wystrzeliły potężne szpony, a żołądek ścisnął prymitywny głód. Parsknął i pomknął ku odległej linii drzew.
*
Gary Kau wymierzył Listonoszowi kopniaka, wskutek czego malec z metalicznym hukiem gruchnął o wystający z ziemi kikut pnia i najwidoczniej uznawszy się w tym momencie za niepotrzebnego, wyłączył się nieruchomiejąc. Przekazane przez blaszaka informacje nie były Garemu na rękę. Zleceniodawca życzył sobie głowy Kozakiewicza. Nietkniętej. Inaczej miał okroić wynagrodzenie, lub wcale go nie wypłacić, jeśli tylko zajdzie podejrzenie, że wyroku nie wykonano. Cóż za bezczelność?! Jak taki byle ćwok śmiał podważać nienaganną reputację Garego! Toż to potwarz! Niemal natychmiast przestał interesować się kontraktem. Skoro jedna strona łamie reguły, to druga również przestrzegać ich nie musi. Z Kozakiewiczem oczywiście i tak się rozprawi. Nie znosił takiego gównianego naśladownictwa. Co prawda podobał mu się pomysł z haczykami na perukę, ale był pewien, że wpadł na niego ktoś inny, a ten drobny oszust zwyczajnie go skradł. Postanowił zatłuc więźnia stołową łyżką i potem jeszcze nie do końca martwego, rzucić na pożarcie swoim wiernym towarzyszom. O ile oczywiście ta gnida jeszcze żyje. W końcu całkiem nieźle zdążył go już poharatać. Powziąwszy decyzję wygrzebał z torby aluminiowe sztućce i ruszył ku prymitywnemu szafotowi.
Więzień wisiał tak, jak go zostawił. Gdy zbliżył się na kilka kroków Kozakiewicz parsknął, co spowodowało, że Gary na chwilę się zawahał. To wystarczyło aby wisielec splunął w stojące pod nim wiadro i wypowiedział kilka niezrozumiałych dla łowcy słów. Nic się po tym nie wydarzyło, ale łowcę zaintrygował głos oszusta. Podszedł bliżej i pochylił się nad skrwawionym ciałem.
- Co tam brzęczysz? – zapytał trupim szeptem.
- Ostatnie życzenie – wysapał z trudem ranny.
Gary Kau najpierw parsknął rozczarowany i już zamierzał wydłubać łyżką uszkodzone oko, gdy niespodziewanie zainteresowało go, czego też mógłby sobie życzyć nieszczęśnik w takich okolicznościach.
- Kielnię – Kozakiewicz z trudem odparł na zadane pytanie. – Chcę przed śmiercią ostatni raz poczuć chłód rękojeści kielni…
Gary nawet przez chwilę nie zamierzał spełnić życzenia więźnia ale takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Można wręcz rzec, że słowa oszusta zrobiły na nim nieliche wrażenie. Jedyna ludzka cecha, jaką szanował, to była pasja. Pasjonaci wzbudzali w nim burzę odczuć, od skrajnej nienawiści, poprzez podziw, aż do chorobliwie lękliwych fobii. O Kozakiewiczu wiedział niewiele. Zwykle nie starał się dowiadywać zbyt dużo o swoich ofiarach, chyba, że sam je wybierał. O tym wiedział jedynie, że jest murarzem udającym Indianina. Mało, ale zawsze coś, co w mglisty sposób tłumaczy zamiłowanie do kielni. Przetrząsnął już wcześniej sakwy więzionego i nie znalazł w nich nic, poza kielnią i kilkoma różnych rozmiarów cegłami. Zignorował je zupełnie skupiając się bardziej na łuku, o którym niejedno już słyszał. To była wystarczająca nagroda za jego wkład w sprawę. Nie potrzebował żadnych pieniędzy, złota ani klejnotów. Trofeum postanowił wypróbować na tym zdrajcy Tekturze, który myślał, że może dyrygować nim jak jedną ze swoich dziwek w cuchnącym burdelu. Na samą myśl o prostytucji zrobiło mu się niedobrze. Nie miał nic przeciwko kopulacji, ale sama myśl o kobietach, zwłaszcza nieżądnych, spowodowała, że zimny pot spłynął mu po plecach. Co innego melomani, muzycy, kompozytorzy… Grające dusze…
Potrząsnął głową odpychając kosmate myśli i skupił się na konającym. W końcu, co mu szkodzi?
- Dobra – rzekł rozsupłując linę nad stopami Kozakiewicza. – Kielnia na pięć sekund i potem czapa. Tylko nie próbuj żadnych numerów bo Gary dopilnuje, żebyś ulepił z własnych jaj dwadzieścia pierogów. Gwarantuje, że to możliwe.
To rzekłszy zniecierpliwiony opornością pęcła odciął linę odsuwając wprzódy wiadro. Ranny poleciał bezwładnie na ziemię jęcząc ciężko. Gary Kau rzucił w jego pobliże kielnię i zaczął obserwować rannego. Kozakiewicz obrócił się z pleców na bok, potem na brzuch i znów na plecy. Do krzepnącej krwawej rany na niemal połowie głowy poprzylepiały się kawałki kory, suche liście ze ściółką, piasek i popiół czyniąc z niej makabryczną groteskę podobną do wyschniętej makówki.
- Ręce – stęknął.
Kozakiewicz powinien dawno nie żyć. Stracił tyle krwi, że zwykły człowiek byłby już przezroczysty. Ale nie on. Murarka nauczyła go nie tylko twardej roboty i fizycznej odporności. Przede wszystkim zaraziła go chęcią tworzenia i kreowania nowych horyzontów. Nie mógł umrzeć w tak prymitywny sposób.
- Że co? – szepnął Gary dysząc niezdrowo tuż nad uchem rannego.
- Rozwiąż… oswobodź mi… ręce…, sukinsynu – wyjąkał Kozakiewicz, na którego zmasakrowanych ustach zaczęły wykwitać już przedśmiertne krwawe bańki.
Gary Kau poczuł dreszcz emocji. Co prawda gardził swoją ofiarą, ale hart ducha Kozakiewicza był godny poszanowania. Bez słowa rozciął więzy i oddalił się o kilka kroków mając pod ręką niezawodny sztucer. Obserwował, jak Kozakiewicz z trudem siada rozrzucając przed sobą nogi i opierając się za plecami jedną ręką. Drugą bardzo wolno sięgnął po kielnię, którą drżącymi palcami przyciągnął do siebie, uniósł i zaczął obracać przed opuchniętą twarzą. W całym tym rytuale była jakaś magia, która nie pozwalała Garemu go przerwać, a wręcz nakazywała w ciszy dalej obserwować. Wszystko co wydarzyło się w przeciągu następnych kilkudziesięciu sekund wykroczyło nawet poza jego zwyrodniałą wyobraźnię. Kozakiewicz z nadzwyczajną, jak na jego stan, szybkością skoczył ku noszącemu w swojej zawartości kawałki jego ciała kubłowi i kilkakrotnie rąbnął w niego kielnią. Zanim łowca spostrzegł się co się dzieje, wiadro zmieniło się w kłapiącego olbrzymimi szczękami zdeformowego, ociekającego krwią psa, który rzucił się wściekle na zdezorientowanego Garego. Tylko nadludzka zręczność i szybkość sprawiły, że nie padł z rozszarpanym gardłem. Psisko wpiło zębiska w osłaniające twarz przedramię i z całych sił szarpało rozrywając tkanki, żyły i tętnice. Ale Gary nie był zwykłym myśliwym. Szybko odzyskał pewność siebie i zaczął przejmować w walce inicjatywę. Zamachnął się wydobytym z kieszeni kozikiem i z całych sił wpił go psu pomiędzy nozdrza. Zwierzę zawyło z bólu i odskoczyło na kilka metrów kręcąc łbem i pocierając go łapami. Tymczasem łowca połknął dwie garści błyskawicznie wydobytych z kieszeni suszonych szczurzych bobków i rozszarpana ręka przestała tryskać posoką. Nie spuszczając z oczu psa rozejrzał się za sztucerem. Nie było go tam, gdzie być powinien. Z niepokojem spojrzał w kierunku, gdzie spodziewał się zastać Kozakiewicza, ale tego również nie dostrzegł. Wrodzony instynkt kazał mu się uchylić w ostatniej chwili i wystrzelona przez rannego kula tylko rozszarpała mu prawy bark. Skoczył wijąc się w powietrzu jak piskorz, podczas gdy nad jego głową świstały kolejne kule. Był na siebie zły, że tak zaniedbał sprawę. Ale jeszcze nie wszystko stracone. Korzystając z osłony drzew ruszył ku przywiązanym do jednego z nich wierzchowcom. Musi uciekać. Zemści się okrutnie, ale nie w tej chwili. Jakież było jego zdziwienie gdy po karkołomnym skoku nie wylądował w siodle tylko w taczkach. Zaraz potem dostał kulę w ramię i następną w brzuch. Takie rany nie mogły zabliźnić się natychmiast. Gary zachwiał się i opadł na kolana z miną zdradzającą niedowierzanie pomieszane z rozczarowaniem. Upadając przekręcił się na bok. Wtedy usłyszał świst strzał i charakterystyczne indiańskie pohukiwanie. Przymknął na chwilę oczy. Musi odpocząć. Chociaż minutę.
*
- Powtórzcie jeszcze raz, Jewgieniju Konstantynowiczu – dopytywał się miejscowy szeryf. – Czy mam rozumieć, że za około dwadzieścia minut nasze miasteczko ma spustoszyć szesnastometrowy potwór?
Wincenty Kontrabas miał siedemdziesiąt sześć lat, z czego od pięćdziesięciu dwóch był stróżem prawa. Podczas całej swojej służby wystrzelił z broni służbowej jedynie dwa razy. Za pierwszym, a było to bodaj w drugim tygodniu pracy, podczas rutynowego obchodu zasypiających uliczek portu natknął się na grupkę podchmielonych marynarzy, którzy świętowali właśnie powrót z kilkumiesięcznego rejsu. Spieszył się wówczas na obiecującą imprezę w miejscowej gospodzie, więc nie było mu w smak marnowanie czasu na handryczenie się z pijanymi gówniarzami. A tych nakrył jak do pełniącej rolę magazynu łodzi pakamery próbowali zaciągnąć Głuchą Felcię, wdowę po Saksofoniście, będącym chyba jedynym na świecie saksofonistą, który mimo iż grał na swoim instrumencie ponad czterdzieści lat, to nie nauczył się wydobywać z niego ani jednego poprawnego dźwięku. Być może wyprzedził swoją epokę.
Saksofonista poznał Felcię w jakiejś knajpie, w której dawał jeden ze swych licznych krótkich występów. W ogóle to, że dawał jakiekolwiek koncerty graniczyło z fantastyką. Zawdzięczał to jedynie swojej wyobraźni, która podsunęła mu pomysł aby po każdym koncercie zmieniać przydomek sceniczny, co sprawiało, że nie kroczyła za nim należna mu zła sława. Za to w zastraszającym tempie zaczęło przybywać, przynajmniej w teorii, beznadziejnych saksofonistów. Całe wybrzeże nienawidziło Szybkiego Dwuustnego Wacka, Zwinnego Ryśka, Melancholijnego Bila, czy Twardego Mietka, a tymczasem kryjący się pod owymi przydomkami jegomość dalej ranił uszy słuchaczy, tyle że jako ktoś zupełnie inny.
Jednego z wieczorów Saksofonista uciekał tylnymi drzwiami przed nad wyraz cierpliwą publicznością. Owa powściągliwość przejawiła się tym, że koncert trwał niemal sześć minut, co było dla Saksofonisty swoistym rekordem. A udało się to jedynie dla tego, że konferansjer pomylił jego występ z programem wziętego komika, Steve’a Puchnące Jądro, który tego wieczoru miał być główną gwiazdą wieczoru. Jego popisowy numer z pompowaniem własnych jaj wodą sodową i późniejsze szczanie na publiczność pod dużym ciśnieniem, bił rekordy popularności. Dla tego też tamtejszego wieczoru w miejscowym tetrze zebrała się tak liczna publiczność, że musiano wynająć szwaczy z okolicznych miasteczek, by pilnowali żeby stara kanciapa się nie rozlazła. Steve, podobnie zresztą jak i Saksofonista używał zmiennego image’u scenicznego, tak więc nikt tak na dobre nie wiedział, jak naprawdę wygląda, toteż gdy po zapowiedzi na scenie pojawił się człowiek z instrumentem dętym, już na wstępie zebrał burzę oklasków i owacje na stojąco. A potem? Cóż. Potem zaczął grać swoją ulubioną kompozycję pod tytułem „Czy ktokolwiek wie, dla czego mój ukochany wujek Leon spierdolił traktorem do Rio?”. Początkowo kakofonia wydmuchiwanych zgrzytów i przypominających nieśmiałe pierdnięcia stęknięć zebrała gromkie brawa, gdyż publiczność wzięła je za cierpki żart, co jeszcze bardziej rozochociło Saksofonistę. Koncert może potrwałby dłużej, gdyby nagle ktoś spośród tłumu nie krzyknął:
- Poznaję go! To wcale nie jest Steve Puchnące Jądro! To ten łapserdak Stupalczasty Witek!
Dalej wszystko potoczyło się standardowo. Publiczność rzucała w Saksofonistę czym popadnie do póki ten nie ewakuował się tylnym wyjściem. W takich sytuacjach nieraz i ścigano go dalej, aż przegnano poza miasto. Bywało, że go i dopadali, a wówczas bywało różnie. Tym razem jednak udało mu się bezpiecznie uciec, a na dodatek spotkał śliczną według jego pojęcia urody i estetyki, Felicję. Dziewczyna pomogła mu bezpiecznie opuścić miasteczko, w nagrodę za co Saksofonista zagrał dla niej dwugodzinny koncert zrzeszający w swym repertuarze wszystkie siedem wersji „Czy ktokolwiek wie…”, w tym jedną naprędce napisaną specjalnie dla niej i zawierającą siedemnastominutową wariację noszącą podtytuł „Ty mała poczwaro, zajebię ci w łeb czerstwym bochenkiem chleba”. Koncert zakończył wokalny epilog o nazwie „Dupo! Och jak mi przykro, że matka kazała ci udawać”. Treść tekstu nie jest szerzej znana, a tym bardziej niewiele wiadomo na temat genezy jego powstania. W każdym bądź razie kobieta przez cały czas trwania recitalu wpatrywała się w Saksofonistę, jak w malowany obrazek, czym ujęła go tak bardzo, że od razu się oświadczył. Od tej pory byt Saksofonisty cudownie się odmienił. Przez całe życie przeganiany i wyśmiewany mógł teraz długimi wieczorami wygrywać serenady, wpatrując się w przepełnione miłością oczy. Ich małżeństwo przetrwało ponad trzydzieści lat, w trakcie których ani razu się nie pokłócili. Mało tego. Nigdy nie usłyszał od ukochanej złego słowa. I wszystko to pękło, jak od dotknięcia czarodziejskiej różdżki. Pewnego dnia Felicja straciła słuch. Po prostu rano wstała i była głucha, jak pień. Saksofonista tak bardzo to przeżył, że aż umarł. Z kolei brak możliwości słuchania ukochanych dźwięków wpłynął druzgocąco na Felicję, która z każdym dniem jakby więdła i po kilku miesiącach z kwitnącej Felicji stała się Głuchą Felcią.
I tę właśnie nieszczęsną niewiastę w okrągłą dziesiąta rocznicę śmierci jej ukochanego podchmieleni marynarze chcieli zawlec do pakamery. Kontrabas będąc wówczas jeszcze w pełni sił młodzieńcem wydobył z kabury sześciostrzałowca i zagroził biesiadującym jego użyciem.
- No co jest facet? – krzyknął wówczas jeden z marynarzy. – Tylko sobie ją wyruchamy i wypuścimy.
Po tych słowach Wincenty przeładował broń ze złowrogim szczęknięciem zamka.
- Hej! – nie poddawał się młodzieniec. – Ty też możesz, jak chcesz. Nawet na pierwszego.
Gdy tylko głos przebrzmiał Kontrabas pociągnął za spust. Do tej pory pamiętał ten dzwoniący w uszach huk. I jeszcze to, że gdy Felcia padła na ziemię z dziurą w czole wielkości dwudziestozłotówki z Marcelim Nowotko, powiedział:
- A tam będziecie ruchać stare pudło. Chodźcie do burdelu, mam dziś obiecane służbowe darmówki.
Tak wyglądał jego pierwszy raz. Drugi miał miejsce prawie pół wieku później. Nie był już pierwszej młodości i jego ciało nie raz protestowało wobec tego, co Wincenty postanowił mu zaserwować. I tak pewnego razu, gdy wypił z samego rana pół litra zsiadłego mleka zaraz po spożyciu dietetycznych sojowych pierożków skropionych dla kurażu znacznie rozrzedzonym sokiem z pierdźwiedzia, jego wnętrzności odmówiły posłuszeństwa. Siedział wówczas samopas przy stole w jadalni swojego parterowego domu, gdy nagle poczuł jakby w jego brzuchu ktoś nagle zaczął pompować plastikową piłkę plażową, która rozrastając się wypycha na zewnątrz wszystko, co krępuje jej rozrost. Kontrabas zerwał się by zdążyć do toalety, ale wówczas fala niechcianej materii opuściła jego ciało drogą najprostszą i najbliższą. Westchnął z rezygnacją, ale chciał podtrzymać spodnie ściskając udami nogawki, by zawartość majt nie przedostała się dołem ku butom i długowłosistemu perskiemu dywanowi. I byłoby mu się może udało, gdyby niechcąco nie zaczepił palcem o spust przytroczonego do pasa rewolweru, który natychmiast wypalił odstrzeliwując mu trzy małe palce u stopy. Padł wówczas zemdlony, a w bliżej nieokreślonej barwy, rozległej, cuchnącej kałuży znalazła go siostra, która będąc istotą z natury wrażliwą, jeszcze na dodatek narzygała mu na pierś.
Tak z grubsza wyglądała kariera zawodowa miejscowego szeryfa, obecnie kalekiego staruszka, ktory miał teraz stawić czoła rozjuszonemu szesnastometrowemu Barneyowi. Cóż. Niełatwa czekała go rozprawa.
- A więc? – zawiesił głos nie spuszczając wzroku z czerwonoarmisty.
- Słowo oficera – rzekł z powagą Jewgienij Konstantynowicz. – Jeśli nie damy mu tego, czego potrzebuje, trzeba będzie zbudować nowe miasto.
Jakby dla potwierdzenia wagi słów mówiącego Bochen grzmotnął w stół ukrytą w rękawicy prawicą.
- Wcześniej tylko zbierać drzazgi nam pozostanie – dodał.
Wincenty zafrasował się tęgo. Miał pod komendą trzech zastępców i pięciu strażaków, których również był zwierzchnikiem w sytuacjach kryzysowych, a tą z pewnością do takich zaliczyć należało.
- I co ja mam według was zrobić? – zapytał bezradnie rozkładając ręce. – Dać mu parę dziewic do pożarcia, córkę za żonę i pół królestwa? A skąd ja to wszystko wezmę?
Usiadł załamując dłonie i bełkocząc pod nosem.
- Królestwo?...
- Nie w tym prabliem – wpadł mu w słowo Żopajew. – Nam nużno bystro przetrząsnąć port i odszukać ładunek pierdźwiedzi.
- I po krzyku – dodał blin.
- Przecież tu same dziwki tylko – kontynuował bełkotliwie Kontrabas zdając się nie zwracać uwagi na słowa przybyszy. – I córki nie mam…
Mnich skinął na żołnierza i obaj bez słowa opuścili posterunek. Wsłuchali się w wiatr, który na szczęście nie niósł jeszcze ze sobą echa monstrualnych kroków. Szybko udali się do kapitanatu portu i wzięli na spytki zawiadowcę. Początkowo nie chciał mówić, ale wówczas Bochen wepchnął mu do ust zjełczałe masło wymieszane z kozim łajnem, odpowiednio przyprawione kminkiem, ziołami i zmieloną sprężyną od zegara. Po chwili wiedzieli już, że cały transport pierdźwiedzi zniknął dwie noce wcześniej. Pozieleniały na twarzy nieszczęśnik nie wiedział kto był złodziejem.
- Coś to twoje serum prawdy nie dziełajet kak nużno – skrytykował Żopajew. – Może by go tak potraktować elektrycznością?
Blin żachnął się.
- Tyle ma to wspólnego z serum, co i z serem. Spróbuj tego, a wyśpiewasz wszystko, byle więcej nie tknąć. Gwarantuję, że jeśliby wiedział, to by wyszczekał.
- Zatem szto? – spytał niecierpliwie oficer.
- Spieprzajmy stąd, zanim Barney tu wpadnie – skwitował Bochen zbierając się do wyjścia.
*
Gary Kau ocknął się nieopodal niewielkiego stawu otoczonego pierścieniem karłowatych sosen i kolczastych krzewów opuncji. Rany były zabliźnione, ale szybka rekonwalescencja nadwątliła jego siły, co przejawiało się ogólnym osłabieniem fizycznym i przytępieniem sadystycznych skłonności. Nieopodal skubały trawę konie, w śród których pasł się i jego wierny wierzchowiec, Bździuch. Przebudzenie Garego nie uszło uwadze dwóch siedzących przy małym ognisku Indian, którzy natychmiast przerwali rozmowę i zaczęli wpatrywać się w niego z wyczekiwaniem. Nie było śladu Kozakiewicza, a jedynym świadectwem jego bytności był oparty o drzewo łuk, na którym łowca zawiesił wzrok na dłuższą chwilę, co dostrzegli czerwonoskórzy i ukradkiem wymienili porozumiewawcze, nieco zaniepokojone i podekscytowane spojrzenia. Jakby dla potwierdzenia przypuszczeń Garego, jeden z nich niespiesznie wstał i zaczął oglądać wzięty do rąk łuk, jakby go po raz pierwszy zobaczył, po czym usiadł na powrót wraz z nim. Ku swojemu zdziwieniu Gary stwierdził, że nie był w żaden sposób skrępowany, co świadczyło, że nie nadano mu statusu więźnia. Gdy po raz kolejny spojrzał na siedzących, jeden z nich wskazał gestem miejsce przy ognisku. Łowca nie przepadał za towarzystwem, ale w obecnej sytuacji bez ociągania przyjął zaproszenie. Po chwili musiał jednakże zranić uczucia swych wybawicieli odmawiając przyjęcia drewnianego cybucha z dymiącą, cuchnącą zawartością.
- Gary Kau nie pali – rzekł z marsową miną.
Kozma spojrzał na Buncola niepewnie.
- To oznaka pojednania – powiedział wolno ten ostatni. – Odmowa przyjęcia, to jak odrzucenie wyciągniętej w braterskim geście dłoni.
- Gary Kau nigdy nie podaje dłoni – odparł niewzruszony wpatrując się w przestrzeń przed sobą. – Jest wdzięczny za pomoc – kontynuował – ale swych zasad złamać nie może.
Indianie ponownie popatrzyli sobie w oczy. Gary doskonale znał obyczaje Indian i wiedział z czym wiąże się odmowa przyjęcia fajki w takich okolicznościach. Nie zależało mu wcale na nawiązywaniu bliższej znajomości z czerwonoskórymi ale tym bardziej nie chciał wstąpić z nimi w tym momencie na drogę wojenną. Uniósł prawa rękę w pokojowym geście i rzekł uroczyście:
- Gary Kau jest wdzięczny czerwonoskórym braciom za okazaną mu pomoc i szczerze ją docenia. Obiecuje również odwzajemnić się dobrym uczynkiem, sercem i oddaniem gdy tylko zaistnieje taka sposobność – dodał świadom kompletnej nieszczerości złożonej obietnicy.
Indianie siedzieli nadal niewzruszeni. Kozma pogrzebał w palenisku grubym patykiem przesuwając strzelające szczapy bliżej ku piekącemu się mięsiwu.
- Gary Kau chce jednocześnie dodać – kontynuował, – że wielce docenia gest wykonany przez czerwonoskórych braci. Jeśli tylko mógłby przyjąć poczęstunek byłby z tego powodu bezkreśnie dumny i wielce doceniony okazanym mu zaufaniem. Niestety żelazne zasady kodeksu honorowego, którego przestrzega, nie pozwalają przyjmować żadnych tego typu środków, ani jakichkolwiek innych używek. Nie wolno mu również ściskać dłoni na powitanie, ani całować w ręce, czoła i policzki. Złamanie reguł byłoby jego końcem.
Czerwonoskórzy nieco złagodnieli po tym orędziu. Buncol skinął głową i z pytającym spojrzeniem wskazał pieczeń i parujący kociołek z czystą wodą.
- Tak – powiedział łowca – Gary Kau z chęcią i wdzięcznością przyjmie tego rodzaju poczęstunek.
Wraz z tymi słowami gęsta atmosfera jakby nieco zrzedła. Indianie podzielili zająca na względnie równe części i rozlali wodę do blaszanych kubków. W milczeniu przeżuwali gorące, trochę łykowate mięso, zapijając kolejne kęsy zaprawionym ziołami wywarem. Oczywiście zanim dodali je do parującego napoju Kau dokonał ich przeglądu rozcierając między palcami i obwąchując. Dodał również szczyptę sproszkowanych szczurzych odchodów, których nie zaproponował współtowarzyszom, tłumacząc się wyjątkowo osobistą sakralnością owego dodatku, którego udzielanie innym grozi profanacją i ściągnięciem na głowy zarówno częstującego jak i częstowanych złych duchów i demonów. Po bodaj czwartym zapitym naparem kęsie Gary poczuł, że wraca mu zwykła, dosyć perfidna witalność i odradzają się utracone siły. Zaczął bardziej bacznie, ale w dalszym ciągu ukradkiem rozglądać się po okolicy rejestrując interesujące go informacje. Sztucer przymocowany był do siodła spoczywającego wraz z pozostałymi jego sakwami nieopodal odpoczywających koni. Indianie mięli przytroczone do pasów tomahawki i długie, ząbkowane noże, podczas gdy łuki wraz z pełnymi kołczanami leżały pod ręką, tuż za ich plecami. Za to nigdzie nie było śladu po Listonoszu. Zniknął również futerał, w którym zwykł go przechowywać, jeśli nie był akurat potrzebny. Łowcę ten fakt niepokoił w stopniu równym, co miejsce pobytu Kozakiewicza.
- Powiedzcie – rzekł – co wydarzyło się od chwili… Jak to się stało, że znaleźliście się akurat w pobliżu mojego obozowiska?
Indianie nie odpowiedzieli od razu. Obaj metodycznie przeżuwali swoje porcje mrużąc oczy, w które świeciło pokonujące nieboskłon słońce. W końcu Kozma oparł o wystający korzeń patyk z nabitą nań dziczyzną i zapalając fajkę odparł:
- Tę mendę Kozakiewicza tropiliśmy od dawna. Przemierzyliśmy jego tropem cały świat wzdłuż i wszerz, obserwując i ucząc się, nabierając nawyków, mówiąc różnymi językami. Był taki okres, że nawet nie wiedzieliśmy skąd pochodzimy. Do tej pory nasza mowa nie jest czysta i mamy problemy z powrotem do naszego plemienia narzecza, gdyż nasi bracia uważają, że zaprzedaliśmy się wrogom i to ich językiem mówimy. To prawdziwy dar Manitou, że ten psi syn sam przylazł na nasz teren. To największy wróg i zarówno ja, jak i mój wierny druh Buncol nie spoczniemy, dopóki ta kanalia stąpa po tej poświęconej ziemi. Jego trup będzie też dla naszego ludu dowodem naszej lojalności.
- Howgh! – skwitował drugi z Indian.
- Podchodziliśmy go, kiedy ty się ujawniłeś. Nie wiedzieliśmy, jakie masz zamiary, więc pozostawaliśmy w ukryciu. Nie oceniamy twoich metod. Każdy działa zgodnie ze swoim sumieniem, ma swoje powody i odpowiada za czyny przed Bogiem. My działamy zgodnie ze starymi zasadami naszego plemienia i szanujemy tradycję, gdyż tylko to może zapewnić nam przetrwanie, podtrzymanie kultury. Wróg naszego wroga jest nam przyjacielem i na odwrót.
Gary Kau pokiwał głową z udawanym uznaniem i zrozumieniem zapijając wzmacniającym go wywarem.
- A co z nim? Z Kozakiewiczem? – zapytał.
Kozma spuścił wzrok.
- Uciekł – odparł przez zaciśnięte ze złości i wstydu zęby.
- Była z nim bestia z piekła rodem – dodał Buncol. – Posłałem w nią cztery strzały. Wszystkie dosięgły celu, a ona i tak uniosła tego plugawca poza nasz zasięg. Ścigaliśmy ich konno, ale nasze rumaki, mimo iż należą do najlepszych, nie podołały narzuconemu tempu.
Gary Kau przytaknął. Widział, jak ów zwierz zmaterializował się z niczego lub raczej z wiadra i sam na własnej skórze poczuł jej kły. W pierwszej chwili dałby głowę, że był to zwykły pies, ale po krótkiej walce zmienił zdanie. Nigdy w życiu z taką istotą do czynienia nie miał, ale to samo mógł przecież powiedzieć o szeregu innych, które napotykał w różnych zakątkach świata. W tym przypadku bardziej intrygował go sam Kozakiewicz, który okazał się być nie takim znów zwykłym oszustem, jakim przedstawił mu go zleceniodawca. Jego możliwości znacznie wykraczały poza zwyczajność i rozprawa z nim może okazać się nie byle zadaniem. Poczuł mrowienie na samą myśl o czekającej go konfrontacji. Nie wiązała go już żadna umowa z Samuelem Tekturą, który sam okazał się być nierzetelnym, niepoważnym i kłamliwym hochsztaplerem, którego według subiektywnych odczuć Garego, ta ziemia nosić nie powinna. Wizja najbliższej przyszłości spowodowała, że łowca poczuł się dużo lepiej. Trochę drażniło go, że nie będzie miał czasu, żeby skrupulatnie zaplanować metodę i sposób uśmiercenia Tektury, ale pocieszał się tym, że później dokładnie zaplanuje rozprawę z Kozakiewiczem. Tymczasem musi skupić się na bieżącej sytuacji i nieco kłopotliwych towarzyszach, którzy najwyraźniej usiłowali się z nim zaprzyjaźnić.
- Gary Kau szczerze docenia waszą pomoc i bezpośredniość – rzekł podnosząc się. – I chciałby teraz dać temu wyraz.
To rzekłszy wyrzucił ramiona ku zachodzącemu słońcu zadzierając głowę w tył.
- Podejdźcie ku mnie – kontynuował – i poczujcie moc, która przez długie lata prowadzi Garego Kau po bezdrożach ludzkiej niegodziwości!
Indianie bez wahania wstali z miejsc i spełnili jego prośbę pozwalając się objąć w pojednawczym geście. Chwilę później ich czoła spotkały się ze sobą pękając jak skorupki jaj.
W niespełna kwadrans później łowca przetrząsnąwszy uprzednio indiańskie kabzy ruszył ku ich domostwu. Szybkie oględziny podręcznego bagażu Kozmy zdradziły mu co nieco. Pierdźwiedzie bezpośrednio go nie interesowały za to ich wartość przetargowa była niezwykle kusząca. Sakwa Buncola powiedziała jedynie to, że był on jeszcze jednym bezużytecznym pochłaniaczem niezbędnej do ludzkiej egzystencji mieszanki gazowej. Gary czuł niezwykłą potrzebę zaspokojenia wzbierającej w nim chuci, co dodatkowo determinowało jego poczynania. Nawet przez chwilę nie pomyślał, by zrealizować swoje potrzeby kosztem niedoszłych wspólników. Nie było w nich pasji. Nie było nic. Była tylko chęć konsumowania nacechowana bardzo wąskimi potrzebami. Nic wartego uwagi. Tylko splunąć.
Splunął i cmoknął na Bździucha.
*
Kontrabas wyzionął ducha jako jeden z trzech mieszkańców portowej osady. I nawet wcale nie z powodu Barneya. Przynajmniej nie bezpośrednio. Szeryf zaraz po opuszczeniu posterunku przez Bochna i Jewgiennija Konstantynowicza postanowił powierzyć obronę miasteczka swojemu zastępcy, Gerwazemu Musztardzie, który bardzo sobie cenił, gdy tytułowano go oberlejtnantem. Kontrabas darzył go niemal bezgranicznym zaufaniem, a poza tym nie miał najmniejszej ochoty na prowadzenie tej akcji osobiście, a zwłaszcza branie odpowiedzialności za jej przebieg. A Gerwazy? Cóż. Z pewnością chętnie podejmie nowe wyzwanie. W momencie gdy Musztarda wkroczył do skromnego gabinetu Wincenty dostrzegł w nim coś, czego nie widział przez całe niemal dwadzieścia lat udanej współpracy. Otóż Garwazy promieniał wręcz nieobecną wcześniej oberlejtnantnością, która w połączeniu z adrenaliną pompowaną do starych żył szeryfa wraz z wrastającą falą emocji spowodowała, że staruszek padł na kolana tak mocno i gwałtownie zaciskając przy tym wyposażone w sztuczne zęby szczęki, że dwie jedynki górnej zgruchotały dolną wraz z podbródkiem i utkwiły w kręgosłupie przepoławiając uprzednio zmęczone życiem serce.
- Szeryfie! – krzyknął przytłoczony makabrycznym incydentem Gerwazy. – Przecież to tylko skafander ojca! Albo …
Nie dokończył, gdyż w tymże momencie wgniotła go w drewnianą podłogę monstrualnych rozmiarów stopa. Barney zdawał się niczego sobie nie robić z rozegranej przed chwilą tragedii. W sumie jego ona nie dotyczyła. A przynajmniej nie dotknęła go w sposób bezpośredni jemu szkodzący. Prawdę powiedziawszy nawet nie dostrzegł, że oberlejtnant, w którym szeryf po raz pierwszy dostrzegł jego prawdziwe oblicze, nie zdołał nawet nacieszyć się ową doniosłą chwilą. Jedyne, co mogło zwrócić jego uwagę były pierdźwiedzie, a tych niestety w zgliszczach nie dostrzegł. Gdy drzazgi sosnowej belki opadały majestatycznie z ust olbrzyma, całą okolicą wstrząsną groźny, nie znoszący sprzeciwu głos:
- Barney! Barney! Barney!
Olbrzym zawahał się przytrzymując stopę na spłaszczonym ciele Gerwazego, które oddając ostatnie organiczne płyny spoczęło z groteskowym wyrazem twarzy wpatrzonej wprost w pokrytą grzybicą piętę. Barney rozejrzał się bez leku, ale z ciekawością. W odległości jakichś siedemdziesięciu metrów stał w rozkroku Bochen przyciskając do ust tubę wzmacniającą głos.
- Barney! – grzmiał mnich, niczym misjonarz podczas pouczającego niewiernych kazania. – Nie znajdziesz tu tego, czego szukasz. Próżne twoje czyny!
Grymas wściekłości przeciął monstrualną twarz. Kolos grzmotnął śmiercionośną pięścią w stojący po sąsiedzku budynek nieczynnej od dawna biblioteki i ruszył w kierunku mówiącego. W tym momencie z kryjącej się w podziemnym kanale kryjówki wyskoczył Jewgiennij Konstantynowicz i jednym zamaszystym ciosem ostrej jak smocza lanca szabli przeciął ścięgna Barneya tuż nad prawą kostką. Olbrzym zawył i zachwiał się w niezgrabnym piruecie, ciskając jednocześnie kawałkiem budynku w pokrzykującego mnicha. Niecelnie. Chciał jeszcze skoczyć ku napastnikowi i zmiażdżyć go własnym ciałem, ale druga kończyna pod wpływem zdradzieckiej klingi również odmówiła mu posłuszeństwa. Barney zachwiał się wymachując rękami i runął z hukiem wzdłuż szerokiej ulicy miasteczka wzbijając ku niebu kłęby kurzu wymieszanego z drzazgami zgruchotanych domostw. Zanim rumor ustał, z blaszanego garażu wybiegły odziane w furkoczące falbankami kolorowe stroje kobiety, dzierżąc pod pachami olbrzymią przypominającą strzykawkę tuleję zakończoną z jednaj strony igłą rozmiarów rynny, z drugiej zaś niczym odjętą od starej furgonetki korbą. Barney nie zdążył nawet zareagować, gdy poczuł ukłucie. Mary Lou przyciskała rurę do krwawiącego obficie pośladka, podczas gdy silne ramiona Stefana szaleńczo kręciły korbą, wtłaczając w groteskowe cielsko potężną dawkę antypierdźwiedziówki. W tym samym czasie w dłoni Bochna zamiast megafonu znalazło się kropidło, które maczane raz po raz w zawieszonym na przedramieniu wiadrze, zraszało potężną głowę zbawiennym deszczem.
- Zaklinam! – wrzeszczał blin. – Niech siły nieczyste ciało to opuszczą, a w ich miejsce powróci harmonia i spokój!
Barney targnął podrygującym ciałem łamiąc igłę. Było jednak za późno. Antidotum zdążyło przeniknąć już do jego ciała powodując bolesne skurcze i drgawki. Ocierający pot z czoła pułkownik nabuzowany do granic możliwości adrenaliną ubezpieczał uwijających się niczym w ukropie przyjaciół rzucając na wszystkie strony złowrogie spojrzenia. Nie miał przy tych czynnościach zbyt wiele pracy, gdyż ogarnięci paniką mieszkańcy zdołali już wprzódy uciec w popłochu w prerię i lasy. Rozpłatał jedynie miejscowego barda, Filcowego Lutka, który wziąwszy dobiegające go dźwięki za odgłosy festynu urządzonego na cześć zbliżającego się święta Cuchnącej Ostrygi (regionalne obchody, które urządzano w styczniu co siódmy parzysty rok zupełnie bez przyczyny, ale za to z patosem) wychynął nie wiadomo skąd na drewnianym wózku wściekle zaiwaniając na harmonii. Z upływem czasu Jewgiennij Konstantynowicz odczuwał z tego powodu nasilające się wyrzuty sumienia skutkujące pulsującą, niemal rozsadzająca głowę migreną. W nocy zaś prześladował go koszmar, w którym odziany w mundur Bundeswehry bard, walił go w głowę cynowym nocnikiem wrzeszcząc przy tym w takt do rozchodzących się dźwięków jazgoczącego nieprzyzwoicie rozstrojonego instrumentu:
- Ty stary pierdoło, odebrałeś mi miłość i nadziei czar!
W tym jednakże momencie nie zwrócił nawet uwagi na umierającego nieszczęśnika nie zdając sobie sprawy, że tym czynem właśnie powołuje do życie uciążliwą zmorę senną. Cała jego uwaga była bowiem skupiona na realizacji ustalonego z Bochnem planu. A cała zorganizowana naprędce akcja zdawała się iść jak po zdrowym, wiejskim maśle. Wprawdzie prócz Felka zginął stary szeryf i jego zastępca, ale czymże były te trzy zgony wobec bezmiaru zniszczenia, jaki mógł się dokonać, gdyby w porę nie podjęli działań zapobiegawczych? Nie sposób to ustalić.
Tymczasem wszyscy przyjaciele stali otaczając szpalerem kurczące się i skwierczące niczym topiona słonina ciało. Po kilku chwilach Jewgiennij Konstantynowicz podniósł z ziemi śpiącego Barneya i spojrzał wymownie w skupione twarze zebranych.
- No, towarzysze – rzekł wzdychając z ulgą. – Potomni was nie wspomną, ale za to wielu z nich, mimo iż będą nieświadomi waszych czynów, tylko i wyłącznie dzięki wam przyjdzie na ten świat.
To rzekłszy skinął na blina i ruszył ku odległej o niespełna półtora kilometra kępie dzikiego agrestu, w której ukrył neseser.
- Położę go spać – dodał wciskając karłowi do nosa odrobinę przygotowanej przez blina gęstej mazi o konsystencji plasteliny – Zanim się obudzi, rany znikną bez śladu.
Mary Lou zadowolona, iż udało się oddalić niebezpieczeństwo zamierzała w podzięce złożyć półkownikowi propozycję kopulowania ale zamilkła pod karcącym spojrzeniem Stefana. Snanęła więc niezdecydowana wpatrując się w Żopajewa z wyczekiwaniem jak mały gryzoń w dużego gryzonia.
- Acha – rzekł półkownik odwracając się przez ramię, pod którym ściskał karła. – Odnajdźcie Swietłanę Aleksandrownę. Szukajcie bliżej portu. Tam ją rzucił.
To rzekłszy spojrzał na spokojnie pochrapującego Barneya.
- Jak kukłę – syknął łamiąc karłowi rękę w przedramieniu.
Widząc poruszenie Stefana blin szybko poszedł w sukurs oficerowi.
- No już! – zakomenderował. – Co się gapicie? Za godzinę macie być w porcie z prowiantem. Ruchy, ruchy, a jutro będziemy już tam, gdzie nawet ściółka w dupę nie kłuje!
Po chwili jedynym dźwiękiem, jaki niósł się po okolicy, było echo tupotu stóp uderzających pośpiesznie o trap prowadzący do przystani. Nagle pułkownik stanął jak wryty. Postawił walizkę u stup niecierpliwiącego się mnicha mówiąc:
- Opiekuj się nim. Ja mam tu jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
Bochen wiedział, że jakakolwiek dyskusja z żołnierzem nie ma sensu. Podniósł neseser i bez słowa pozostawił pułkownika na portowych deskach. W chwilę później widział już tylko zarys jego niknącej w prerii sylwetki. Umowa, to umowa.
*
W chacie cuchnęło nieprzyzwoicie. Gary Kau nie był specjalnie wrażliwy, ale okrutnie nie znosił woni alkoholu, którą przesiąkło wnętrze indiańskiego domostwa. Położył na stole sakwę z Listonoszem, którego odnalazł pod drzewem, gdzie uprzednio go porzucił. Póki co nie potrzebował jego usług, sprawdził więc tylko, czy przypadkiem w nerwach go nie uszkodził. Po nakręceniu Listonosz, jak to miał w zwyczaju, zrobił zgrabne salto lądując szpagatem, po czym przekonawszy się, że w dalszym ciągu przebywa w towarzystwie Garego pokazał mu lśniący od smaru język i zrobiwszy piruet zgiął się ze zgrzytem w pół i poklepał po blaszanym pośladku. Łowca nie zwykł tolerować takiego zachowania więc strzelił malca w drwiąco wykrzywioną błyszczącą japę i schował z powrotem do futerału. Nie raz miał ochotę zgruchotać blaszaka na miazgę, ale był zbyt cenny. Co prawda funkcjonowanie Listonosza ograniczało się do niezbędnego minimum i nie można było tego żadną miarą porównywać z oddaniem, jakie malec zdradzał w stosunku do poprzedniego właściciela, ale i taka postawa czyniła go niezastąpionym w dziedzinie komunikacji. Poza tym Garego niemało zachodu kosztowało jego zdobycie. Wiedział, że prędzej czy później przyjdzie na niego czas, ale jak na razie zamierzał jeszcze nie raz skorzystać z wyjątkowych pocztowych usług, które malec świadczył.
Okolice chaty nie zrobiły na łowcy większego wrażenia. Zagrody pełne pobekujących owiec, za którymi nie szczególnie przepadał oraz zwyczajne zagracone podwórko. Z pakamery za chałupą zabrał jedynie zakurzony wojskowy szyszak o wyjątkowo szpiczastym zakończeniu ozdobionym ptasim piórem, z krótkim skurzanym paskiem służącym do zapięcia pod brodą. Nie dawał co prawda twarzy takiej osłony przeciwsłonecznej, jak zagubione podczas potyczki z Kozakiewiczem sombrero, ale powinien przynajmniej chronić czaszkę przed bardzo mocno w tym roku prażącymi promieniami słońca, za którymi Gary szczególnie nie przepadał. Zaczął teraz uważnie przetrząsać szafki i szuflady zupełnie nie zważając, że robi przy tym jeszcze większy bałagan. W końcu nie zamierzał przecież tu zamieszkać. Przechodząc obok podłogowej klapy z odrazą wstrzymywał oddech, ale w końcu nie znalazłszy na górze śladu pierdźwiedzi, zmuszony był zajrzeć i pod podłogę. Zakręciło mu się w głowie, gdy potężna fala etylenowego odoru uderzyła mu w nozdrza. Zatrzymał się na chwilę przymykając oczy, by po minucie szybko zniknąć pod podłogą. Wydostanie całego zapasu kiszonki zajęło mu prawie godzinę. Resztę zbiorów zignorował zabierając jedynie duże zębate koło będące na oko identyczne z tym, jakie zostało uszkodzone w odbudowywanym przez niego żeleźniaku, który został jakiś czas temu w ojczyźnie tresowanych kretów porządnie pokiereszowany przez błotną lawinę.
Pierdźwiedzie zapakował do sześciu przyniesionych z piwnicy parcianych worków. Uznał, że zapas idealnie zgrywa się z aktualnie posiadanymi przez niego możliwościami transportowymi. Załaduje po trzy sztuki na karki koni zabranych Indianom, samemu dosiądzie Bździucha i uda się w góry, by ukryć łupy w odnalezionej niedawno i zupełnie przypadkiem jaskini. Kryjówka nadawała się na schowek idealnie. Była bardzo sprytnie i w naturalny sposób zakamuflowana i na dodatek strzegli jej teraz jego wierni towarzysze, którymi były cztery niezbyt durze, za to bardzo zadziorne rosomaki.
Gary Kau nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tego rodzaju zwierzętami. Na ogół obcował ze szczurami, kretami, czy łasicami gdyż uważał, że większe gatunki, mimo iż silniejsze, są w praktyce mniej przydatne. Pierwszego rosomaka spotkał w trakcie uciążliwej wędrówki po gęstych lasach porastających wybrzeża południowej części archipelagu Wysp Gumowych. Było to wczesną jesienią przed pięcioma laty, a upały były wówczas okrutne i większość mieszkańców lasu cierpiała niezwykłe katusze z głodu i pragnienia. Co i rusz napotykał na swej drodze nadżartą padlinę, którą pokrywały roje wielkich, tłustych much. Łowca tych owadów serdecznie nienawidził, więc przy każdej okazji spryskiwał je noszonym stale w jednej z sakw muchozloem nabitym do średniej wielkości, może pięciolitrowej gaśnicy. Trucizna odpowiednio spreparowana i stężona starczała na ogół na kilka lat użytkowania, a w trakcie tamtejszej eskapady wyczerpała się niemal całkowicie. Wówczas to jednego późnego popołudnia zwróciła jego uwagę niewielkich rozmiarów nora wykopana pod korzeniami starego, toczonego przez próchnicę gumowca. Gdy nieco się do niej zbliżył w jej wylocie zniknął nagle może półmetrowego wzrostu brodaty Brazylijczyk, brany wcześniej przez łowcę za fantazyjny konar. Brazylijczyk był już od kilku dni martwy, a rosomak musiał wlec go do nory przez parę kilometrów lasu jednocześnie stawiając opór chcącym wydrzeć mu go hienom, szakalom, pleśniakom, sępom i innym nie tylko padlinożercom. Ale rosomak nie dał sobie odebrać z trudem upolowanej zdobyczy. Kiedy Gary Kau zaprzyjaźnił się już z dzielnym czworonogiem, ten zaprosił go do konsumpcji i choć łowca nie przepadał za tego typu potrawami, to w drodze wyjątku, głównie by rosomaka nie urazić, ogryzł łydkę i kawałek kostki, której mimo całkowitej determinacji skończyć nie zdołał. Zbyt cuchnęła korkotrampkami.
Początkowo Gary nie był do końca przekonany, czy uda mu się wejść z rosomakiem w harmonijną kooperację, ale szybko zmienił zdanie, gdy okazało się, że muzyka wydobywająca się z jego przystawianego do ust drewnianego fletu wręcz w czarodziejski sposób koi i łagodzi rosomaka czyniąc go posłusznym przez długi okres czasu. Dwie początkowe minuty „Ziemi Ojczystej" Bedricha Smetany starczało na blisko trzy doby! Takiego rezultatu nie osiągnął do tej pory z żadnym gatunkiem. Ba! Nawet się do niego nie zbliżył. Rosomak tak był urzeczony muzyką, że przedstawił łowcy swoich trzech braci, którzy od tamtej pory przybywali na każde jego zawołanie.
Gary Kau zamierzał właśnie otworzyć drzwi chaty, gdy nagle coś go zaniepokoiło. W pierwszej chwili nie mógł zidentyfikować źródła nieprzyjemnego uczucia, ale po chwili już wiedział. Owce. A ściślej rzecz ujmując ich milczenie. Podparł drzwi służącym do tego drewnianym kołkiem i szybko ruszył do okna. Zagroda pełna była powbijanych w ziemię sterczących stylisk łopat, niczym nieregularny las niekompletnych krzyży, pośród których stał wymachujący kielnią Kozakiewicz. Łowcy załomotało w piersi z niezdrowego podniecenia.
- Sukinsyn – szepną z uznaniem.
Od murarza dzieliło go blisko pięćdziesiąt metrów toteż nie widział go zbyt wyraźnie. Dostrzegł jednakże, iż kondycja mężczyzny znacznie się poprawiła. Stał pewnie, a z jego zamaszystych ruchów emanowała niezwykła moc. Tuż przy jego nodze siedziało wielkie psisko zdające się wpatrywać wprost w oczy Garego.
Odsunął się od okna i zaczął analizować sytuację. Jeśli nie rozprawi się z Kozakiewiczem, nie uda mu się zachować pierdźwiedzi, to było pewne. Pozostaje jedynie wybór sposobu walki. Rozważył kilkanaście przeróżnych jej form i uznał w końcu, że mimo iż uwielbia bezpośrednie konfrontacje, to tym razem najrozsądniej będzie z bezpiecznej odległości bydlaka ustrzelić. Dziękował opatrzności, że wcześniej odebrano murarzowi śmiercionośny łuk, który teraz był w jego posiadaniu. Łowca nie zamierzał z niego jednakże korzystać, gdyż nie czuł się jeszcze zbyt pewnie z tego rodzaju bronią, choć na ogół dobrze radził sobie z każdym orężem. Nagle zamarł rozglądając się w koło. Łuk, łuk, łuk! Do jasnej cholery, przecież nie zabrał go do chaty! Tak zaabsorbowała go pierdźwiedziówka i możliwość szybkiego, łatwego i znacznego zarobku, że zupełnie o nim nie pomyślał. Splunął ze złości. Taka broń! Jak mógł! Może popadał w rutynę i był zbyt pewny siebie? Nerwowo odegnał tę irytującą myśl. Niemniej pozostawała mu tylko nadzieja, że Kozakiewicz go nie dostrzegł. W tym momencie zdecydował się na swój niezawodny sztucer. Spojrzał ponownie przez okno i jedynie dzięki swojej niezwykłej naturze zdołał w ostatniej chwili zdążyć uskoczyć przed mknącą z niesamowitą siłą strzałą, której widok ostatecznie rozwiał jego nadzieje związane z łukiem. Roztrzaskawszy szybę w drobny mak drewniany pocisk przebił przeciwległą ścianę i pomknął dalej jak błyskawica. Szklane odłamki boleśnie poraniły twarz łowcy, który zaklął siarczyście i z niedowierzaniem ruszył do drzwi. Przy barierce zamiast wierzchowców stały trzy dwukołowe taczki.
- Bździuch… – wycedził i grymas wściekłości przeciął mu krwawiącą twarz.
W tym momencie wnętrze chaty zasypały drzazgi, nad głową furczały wystrzeliwane z niesamowitą prędkością strzały, którym towarzyszył ogłuszający i przeszywający umysł świst. Gary Kau przypadł do ziemi i zaczął odczołgiwać się za róg chałupy jak najdalej od śmiercionośnej kanonady. Tymczasem chata podziurawiona jak sito zaczęła chwiać się niebezpiecznie w każdej chwili grożąc zawaleniem. Łowca wpełzł pomiędzy zalegające na podwórzu blaszane i drewniane beczki gdzie atak był dużo mniej intensywny. Ostrożnie zlustrował zagrodę, w której ostatnio widział Kozakiewicza. Murarz stał tam w dalszym ciągu szyjąc z łuku niczym z karabinu maszynowego, podczas gdy jego piekielna bestia używając kłów i pazurów błyskawicznie strugała strzały z zewsząd wystających z ziemi stylisk.
Łowca przyłożył do ramienia sztucer, wziął wroga na muszkę, ale w ostatniej chwili zrezygnował ze strzału. Jeśli zastrzeli Kozakiewicza nigdy nie odzyska Bździucha, którego traktował jak najbliższego przyjaciela i nie mógł zaprzepaścić jedynej nadziei na jego odzyskanie. Co prawda nie był specjalnie sentymentalny i uczuciowy, by nie rzec, że był z tego typu cech wyzuty zupełnie, ale konia traktował w wyjątkowy sposób. Zwierzę wykazywało się przykładną wiernością i posłuchem, poza tym nie raz uratowało mu skórę, było więc niezwykle przydatne. Przesunął nieco lufę i przymknął na chwilę oczy. Gdy je otworzył lśniły chłodnym wręcz lodowatym błękitem, spod powiek sypały się gorące bladożółte iskry. W walce nie ma miejsca na kompromisy.
- Żegnaj Bździuchu – szepnął. – Zostaniesz po stokroć pomszczony.
Dłonie zacisnęły się na broni i niemal w tym samym momencie rozpoczęła się mordercza, niesiona echem nieustająca salwa. Gary strzelał bez przerwy błyskawicznie uzupełniając magazynek nabojami o potężnie destrukcyjnym ładunku wolno przesuwając lufę sztucera na lewo i prawo. Po kilkunastu sekundach zagroda zamieniła się w obszar wibrujących drobin i kawałków drewna, kamieni, trawy i grudek ziemi. Przestały też nadlatywać świszczące strzały. Zwolnił spust gdy stracił pewność, w którym miejscu znajduje się aktualnie jego śmiertelny wróg niemniej w dalszym ciągu był gotów w każdej chwili zacząć od nowa. Echo stopniowo przebrzmiało, ustał trzask chwiejących się w agonii drewnianych podtrzymujących konstrukcję chaty bali, opadła kurzawa i rozwiał się dym. Po wyznaczającym zagrodę parkanie nie było śladu, z ziemi gdzieniegdzie sterczały drzazgi zdewastowanych stylisk, okoliczne drzewa zamieniły się w postrzępione kikuty, a pagórki zostały niemal zrównane z podłożem. Pośród tych zgliszcz stał niewzruszony Kozakiewicz z dłonią opartą o łeb wiernego psa. U jego stóp spoczywała śmiercionośna broń. Murarz jakimś cudem przetrwał nawałnicę ognia, w dodatku nawet nie draśnięty. Ocalał również jeden z palików parkanu za jego plecami oraz niewielki krzew jałowca rosnący bezpośrednio za nim. Gary nie mógł wyjść z podziwu, a zarazem nie odnajdował logicznego uzasadnienia dla cudownego przetrwania murarza.
Rozmyślania przerwał mu twardy głos Kozakiewicza:
- I co, zboczeńcu? – krzyknął szyderczo. – Korkowiec ci się zapchał?
Jak już wcześniej wspomniano Gary do szczególnie wrażliwych nie należał, jednakże bardzo nie lubił gdy używano w stosunku do niego określenia „zboczeniec”. W myślach ponownie pożegnał się z Bździuchem i wypuścił kolejną serię w naśmiewającego się zeń przeciwnika. Jakież było jego zdumienie, gdy Kozakiewicz błyskawicznie zakręcił kielnią odbijając wszystkie wystrzelone pociski. Z narzędzia posypały się iskry, a zrykoszetowane naboje pomknęły na wszystkie strony kontynuując dzieło zniszczenia okolicy. Pies tylko zaszczekał chrapliwie.
Obaj wrogowie zaczęli mierzyć się spojrzeniami. Bez wymiany spostrzeżeń doszli do wniosku, że sytuacja była patowa, gdyż ani jeden, ani drugi nie mógł w tym momencie zmienić swojego położenia. Gdyby Kozakiewicz sięgnął po łuk, Gary od razu by go ustrzelił, jeśli z kolei łowca zaryzykowałby odwrót, wówczas murarz bez wahania załatwiłby jego. Denerwujące milczenie towarzyszące kłopotliwej sytuacji przeciągało się bez końca, a żaden z nich nie mógł zdecydować się na jakikolwiek manewr.
- Słuchaj! – zaczął wreszcie Kozakiewicz. – Wiem, że wynajął cię Tektura i osobiście nic bym do ciebie nie miał, gdybyś nie obszedł się ze mną, jak z kapustą na bigos. Teraz nie mogę tego tak zostawić – skłamał bo mściwy z natury nie był. – Proponuję układ.
Łowca zamrugał iskrzącymi oczami nie spuszczając murarza z muszki.
- Gary Kau w żadne konszachty wchodzić nie zamierza! – krzyknął.
Mimo twardej deklaracji w jego głosie dało się jednakże wyczuć nutę niepewności, która nie uszła uwadze murarza.
Jakby słysząc odmowy Garego Kozakiewicz dodał:
- Proponuję wymianę. Oddajesz mi cały zapas pierdźwiedzi, a ja zwracam ci konia.
Gary widział już wcześniej jak Kozakiewicz zamienia wiadro w psa, nie miał więc podstaw by wątpić, że jest w stanie dokonać transformacji taczek w Bździucha, na co z resztą od samego początku liczył. Żal było mu cennego ładunku, ale z drugiej strony jego zdobycie przyszło mu przecież tak łatwo. A Bździuch, to Bździuch. Żaden inny koń mu go nie zastąpi. Dziwiło go tylko, skąd Kozakiewicz wie, że tak mu na nim zależy.
- Gary Kau się zgadza! – wrzasnął.
Znów nastało milczenie. Obaj zdawali się analizować, jak powinni dowieść swoich szczerych intencji, przy jednoczesnym zachowaniu pewności o prawdomówności przeciwnika. W końcu Kozakiewicz ruszył niespiesznym krokiem w kierunku Garego prowadząc psa tuż za sobą. Kau nie zareagował, gdy zwierze chwyciło w pysk leżący na ziemi drogocenny łuk. Wolno wstał i gdy murarz zatrzymał się jakieś pięć metrów od niego był już wyprostowany ściskając w dłoniach sztucer, ale już w Kozakiewicza nie mierząc.
Czaszka murarza była paskudnie oszpecona zdjętym wraz z uchem skalpem i dziurami pozostawionymi po wydartych z niej haczykach. Rany zdążyły już przestać krwawić, za to głowa była cała osmalona, jakby ich posiadacz próbował dezynfekować i tamować krwotok żywym ogniem. Gary nie za bardzo był w stanie sobie taki zabieg wyobrazić, ale uznał, że jest to możliwe zwłaszcza, że dotyczyło to kogoś ze wszech miar wyjątkowego. A za takiego od pewnego czasu zaczął Kozakiewicza uważać.
Teraz uwagę Garego zwrócił groteskowy pies, którego deformacji dotychczas nie dane mu było dostrzec. A były one w swojej oryginalności nader upiorne. Zaraz za niuchem wyrastało wzdłuż pyska ludzkie ucho dając początek rzędowi haków, które w nieregularnych odstępach ciągnęły się do połowy karku, a kończyła go noszona do niedawna przez Kozakiewicza peruka. Wszystko to zdawało się naturalnie komponować z psim ciałem, co w połączeniu z wilgotnymi od szkarłatnej krwi i innych wydzielin bokami zwierzęcia dawało wygląd wyjątkowo niecodzienny. Najprawdopodobniej transformacja przeprowadzona pospiesznie przez Kozakiewicza spowodowała, że pies powstał nie tylko z samego wiadra, ale również z jego zawartości dając w rezultacie oglądany przez Garego koszmarny efekt.
Murarz widząc niepewny wyraz twarzy łowcy rzekł siląc się na względnie spokojny, pozbawiony emocji ton głosu:
- Spokojnie. Koń będzie taki, jakim był przed. O ile taczki nie ucierpiały podczas walki.
Gary oparł sztucer o ścianę i zacisnął zęby aż szczęki uwydatniły się na policzkach, ale nie skomentował słów Kozakiewicza. Murarz ominął go wolnym krokiem i podszedł do stojących nieopodal taczek.
- Jedne dziurawe jak sito – ocenił rzeczowo. – Ale to indiański. Drugi w porządku, twój… wydaje się również bez zarzutu, może najwyżej lekko draśnięty, ale jeśli nawet to zupełnie niegroźnie.
Odwrócił się do wyczekującego bez słowa łowcy, którego czujna postawa wskazywała, że był w każdej chwili gotów podjąć przerwaną walkę. Karabin miał w zasięgu ręki, za pasem samopały i maczetę, w cholewach sztylety. Był groźny nawet mimo, iż tuż za nim czaił się zmutowany pies. Gary przez chwilę rozważał czy nie wezwać na pomoc rosomaków lub chociaż jednego z nich, ale postanowił z tym poczekać do ostateczności. Nie chciał ich niepotrzebnie stracić, a z takim przeciwnikiem nie byłoby o to trudno.
- Rób swoje – powiedział wolno.
Kozakiewicz uśmiechnął się z lekką nutą ironii i uniósł kielnię. Puścił do Garego oko i kilkakrotnie trzasnął o metal wypowiadając przy tym ledwo słyszalne i zupełnie niezrozumiałe dla łowcy słowa. W sposób podobny jak wydarzyło się to w przypadku psa taczki nagle eksplodowały i w mgnieniu oka przez chatą stanął dęba Bździuch młócąc wściekle przednimi kończynami. Przez jego bok ciągnęło się długie niezbyt głębokie rozcięcie broczące nieznacznie krwią, ale nie naruszające w zbyt dużym stopniu kondycji czworonoga.
Gary pełen do tej chwili wątpliwości nie okazał co prawda radości, ale widać było w jego postawie odprężenie, z twarzy zniknęło napięcie pozostawiając jedynie czujne spojrzenie w błyszczących oczach. Złapał Bździucha za uzdę i poklepał po karku uspokajająco. Po chwili koń przestał się rzucać i stanął obok mężczyzn łypiąc niepewnie na toczącego z pyska krwistą pianę psa.
- W porządku – rzekł Gary. – Powiedz jeszcze skąd wiedziałeś, że Gary Kau tutaj będzie i pierdźwiedzie są twoje?
Kozakiewicz parsknął, jakby przed chwilą usłyszał przedni dowcip i pogłaskał ocierającego się o jego udo warczącego towarzysza.
- A wielkie dzięki za ten hojny gest! – odparł sarkastycznie. – Skąd wiedziałem? Ci durnie od paru lat pałętali się za mną myśląc, że mnie tropią, a tak naprawdę łazili i robili co tylko chciałem, aż doprowadzili mnie do swojej nędznej fabryczki. A z drugiej strony aż dziw bierze, że w takiej gównianej budzie byli zdolni wyprodukować tak dobry towar.
Kozakiewicz nie czuł się zobowiązany odpowiadać na jakiekolwiek pytania Garego. Spojrzał na niezbyt solidnie wyglądającą konstrukcję chaty i ponownie zwrócił się ku łowcy.
- Lepiej będzie, jak się tymczasem oddalisz – powiedział tym razem bez ironii. – Nie chciałbym żeby ta kanciapa zwaliła mi się na łeb
Gary przełknął uwagę choć była mu nie w smak. Słowa te podważały wszakże jego honor. Łowca miał do tych kwestii dosyć specyficzne podejście i zachowywał się skrajnie różnie wobec osób, którym coś przyrzekał. Jeśli wszakże dotyczyło to jednostek, które szanował, to bez względu na sytuację słowa dotrzymywał. A tak było w przypadku Kozakiewicza. Wobec istot o wątpliwych walorach i lichej reputacji nie miał skrupułów nawet jeśli były mu życzliwe, czego dał świadectwo zupełnie niedawno mordując dwóch ratujących mu życie Indian.
Wsunął sztucer w przytroczoną do siodła kaburę i wskoczył zgrabnie na grzbiet Bździucha, przy czym niechcący boleśnie przygniótł sobie jądro, co wywołało chwilowy grymas na jego twarzy. Stęknął, czym zwrócił na siebie większą uwagę murarza.
- Coś nie tak? – zapytał Kozakiewicz.
- Nie – odparł łowca. – Wszystko w porządku. Jeszcze tylko mała sprawa. W jednej z sakw, które Gary Kau wyniósł z chaty nie ma kiszonki, tylko trochę żelastwa. Chciałby je ze sobą zabrać.
Kozakiewicz spojrzał na dwa skórzane worki leżące w drzwiach chaty. Skinął bez słowa na psa, który natychmiast przywlókł je do jego stóp i rozsupłał. Z pierwszej wysypały się naprędce upchane pierdźwiedzie, zawartość drugiej była zgodna ze słowami Garego.
- Bierz – powiedział.
Bździuch zrobił kilka drobnych kroków w kierunku Kozakiewicza po czym chwycił żółtymi zębami sakwę i zamaszystym ruchem przerzucił ją sobie na grzbiet wprost w ramiona Garego. Początkowo łowca chciał odjechać bez słowa, ale pokonawszy kilkanaście metrów odwrócił się w kierunku Kozakiewicza roziskrzone spojrzenia skrzyżowały się niczym ogień i lód.
- Gary Kau nie wybaczy, ale jednocześnie szanuje przeciwnika za jego hart, mądrość, przebiegłość i zdolności. Przysięga zemstę i zarazem chce powiedzieć, że walka z takim wrogiem to dla niego zaszczyt.
Skinął głową przyozdobioną w połyskujący w promieniach słońca szyszak i nie oczekując odpowiedzi ruszył stępa w kierunku gór, gdzie ukrył żeleźniaka.
- Pozdrów ode mnie Samuela Tekturę! – usłyszał za sobą i przeszedł w kłus.
Niebo zaczęły przysłaniać ciemne burzowe chmury przez co zmierzch zdawał się zapadać szybciej. Wzmagał się wiejący od morza wiatr, który pchał jeźdźca ku widniejącym w oddali wzgórzom. Gary posmarował ranę Bździucha szczurzą miksturą i krew niemal natychmiast przestała broczyć, a wierzchowiec z wdzięcznością przyspieszył tępa. Dziwny to był dzień, pełen wzlotów i upadków. Nie udało mu się wyciągnąć od murarza skąd wiedział o jego szczególnym stosunku do konia, ale był pewien, że jeszcze będzie ku temu okazja. Kalkulował i doszedł do wniosku, że suma klęsk i niepowodzeń zbilansowała się. Kontraktu nie wykonał, ale ten został zerwany nie z jego winy, nie zdobył też pierdźwiedzi, ale zyskał kolejny cel do realizacji więc nie będzie spoczywał na laurach czego bardzo nie lubił. Odkąd zaczął parać się procederem, który prowadzi go cały czas do przodu nigdy nie pozwolił sobie na urlop, czy odpoczynek. Bezczynność kosztowała go zbyt wiele nerwów i energii dodatkowo przytępiając instynkt i czujność, które w jego życiu miały szczególnie istotną wagę i niejednokrotnie wyłącznie dzięki nim uchodził cało z opresji.
Przyjemne kołysanie w siodle wpływało na Garego uspokajająco. Zaczął wspominać lata, gdy nie miał jeszcze wytyczonego w życiu celu i błądził po omacku imając się przeróżnych zajęć. Olśnienie przyszło pewnego pochmurnego dnia. Całkiem wyraźnie jakby to miało miejsce najdalej tydzień temu pamiętał, że jadąc rowerem marki „Wigry 3” mijał niewielki bazar, na którym okoliczni chłopi sprzedawali płody rolne. Zupełnie go to nie interesowało, po prostu mknął przed siebie bez konkretnego celu aby dalej i dalej od przytłaczającej go nudą rzeczywistości. Minął ostatnie stragany i gdy zjeżdżał już w polną drogę usłyszał nagle wściekłe rżenie koni i przeraźliwe krzyki ludzi. Zatrzymał się, zawrócił rower i gdy wskakiwał na siodełko trzy najbliższe stragany rozleciały się w drobne kawałki na wszystkie strony jak od potężnego ładunku trotylu i w tym samym momencie wprost na niego runął ponury zaprzęg, którym powoził smagający ociekającym krwią batem Szalony Furman. Gary w ostatniej chwili dał nura pomiędzy kubły na odpadki, a w ślad za nim poleciał mocno uderzony burtą fury rower, który upadając boleśnie rozorał mu zębatką ciało, kilkanaście centymetrów poniżej kości ogonowej. Stracił wówczas przytomność, którą odzyskał dopiero w miejscowym szpitalu, gdzie został opatrzony. Ostatnią rzecz którą pamiętał z tamtego dnia były szybko znikające plecy powożącego morderczym zaprzęgiem mężczyzny, które zdobiło okrągłe logo z literami FTI splecionych na tle krzyżujących się batów. Strasznie go ów napis zaintrygował, ale w trakcie pobytu w szpitalu nie miał ani czasu, ani możliwości odnalezienia odpowiedzi na nurtujące go w związku z tym pytania.
Przez blisko miesiąc był niemal cały czas przykuty do łóżka, z czym wiązało się szereg nieprzyjemnych dlań czynności, głównie z zakresu fizjologii. W tymże samym szpitalu przeszedł również krótką, niemniej niezwykle ważną dla jego dopiero co kształtującej się osobowości rehabilitację. Po kilku dniach pobytu na ojomie i następnego tygodnia leżeia na zbiorowej sali zaczął narzekać na współpacjentów i zwrócił się z prośbą do otyłej, podstarzałej już pielęgniarki o miłym troskliwym spojrzeniu, czy mogłaby zorganizować mu przeniesienie do izolatki. Obiecał przy tym, że jest w stanie docenić przysługę i gorliwie się odwdzięczyć, co powiedziawszy puścił do niej porozumiewawcze oko. Następnego dnia zajmował już jednoosobowy pokoik, ale nawet nie przypuszczał jakim kosztem owa zamiana się odbędzie. Już pierwszego dnia zaraz po wieczornej lekarskiej wizycie pielęgniarka zażądała od niego obiecanego zadośćuczynienia na co Gary ochoczo przytaknął i powtórnie przyrzekł, że jak tylko opuści szpital i nabierze sił będzie do jej dyspozycji, kiedy tylko zaistnieje taka potrzeba. Wówczas dowiedział się, że długi należy spłacać bezzwłocznie. Od tego wieczora przez kolejnych kilkanaście kobieta odwiedzała go systematycznie i krępowała pasami, jakich używa się wobec niesfornych, niebezpiecznych pacjentów, a następnie zadzierała przepastny fartuch i prezentowała swoje walory doskonale widoczne wobec braku bielizny. Przez następne kilkadziesiąt minut wiercąc się siadała mu na twarzy raz przodem, raz tyłem i zmuszała go do aktywności grożąc, że jeśli nie będzie grzecznie współpracował przyprowadzi swojego brata, który ochoczo zadba, by szybko wrócił na oddział, z którego całkiem niedawno został wypisany. Pokazała mu przygotowane wcześniej zdjęcia, które potwierdzały, że ów mężczyzna niejednokrotnie robił to już wcześniej.
Garemu aż ścisnęło się gardło na samo wspomnienie ówczesnych wydarzeń. Starał się myśleć o nich jak najmniej, ale one co jakiś czas uporczywie wracały. Kiedyś zdecydował się nawet na terapię psychologiczną, ale gdy tylko znalazł się sam na sam z poleconym mu lekarzem, którym okazała się być zgrabna trzydziestokilkulatka o orientalnych rysach, coś w nim pękło i kazało mu natychmiast opuścić gabinet zanim kobieta zdąży w ogóle się do niego odezwać, a tym bardziej zbliżyć.
Od tego momentu Gary starał się ograniczyć kontakty z kobietami do minimum, z czasem nabawiając się na tym tle pogłębiających się i ewoluujących szerokopłaszczyznowych fobii. Jego awersja do płci przeciwnej narastała doprowadzając do stanu kompletnego braku tolerancji, która przejawiała się panicznym drżeniem, konwulsjami i atakami apopleksji na sam widok zbliżającej się kobiety.
Zaszczuty i wylękniony zaczął w ogóle unikać ludzi i być może dokonałby żywota w jakiejś leśnej norze, gdyby pewnego ranka z niespokojnego snu nie obudziła go olśniewająca myśl, która całkowicie odmieniła jego życia, wracając mu sens i dając spełnienie. FTI… FTI… FTI... Te trzy litery niemalże rozsadzały mu głowę wyciągając go z cuchnącego rynsztoka. Zaczął krążyć i wędrować od wsi do wsi, z miasta do miasta i pytać podobnych sobie wykolejeńców, ale nikt nie potrafił zaspokoić jego ciekawości. W końcu kiedyś usłyszał od otumanionego okonięciną i konającego w mękach nieszczęśnika, że to skrót nazwy jakiejś firmy kurierskiej lub transportowej o bardzo szerokim zasięgu działania. To nie za wiele, ale Gary był wdzięczny i za to więc odwdzięczył się podając umierającemu manierkę z nieco stęchłą wodą. Wówczas wycieńczonemu mężczyźnie odpadły na raz obie śliskie od wilgoci ręce, więc Kau napoił go, jak rannego żołnierza i ruszył dalej.
Przez kolejnych kilka lat nie dowiedział się niczego więcej, ale od czasu do czasu natrafiał na ślad wspomnianej przez umierającego mężczyznę firmy. A to usłyszał strzępek rozmowy, innym razem odczytał nagłówek w wiszącej w sklepowej ekspozycji gazecie i za każdym razem, gdy pojawiała się owa tajemnicza sekwencja literowa, w dalszej lub bliższej okolicy działy się niecodzienne i tragiczne dla miejscowej społeczności wydarzenia, na ogół zbiorowe, dokonane w bestialski sposób wycinki, czy wręcz masowe szlachtowanie zupełnie przypadkowych ludzi lub też jednostkowe uśmierconka za to nacechowane wyjątkową bezdusznością i perfekcyjną precyzją wykonania. To utwierdziło go w słuszności podjętego tropu i zdopingowało do jeszcze bardziej intensywnych poszukiwań.
I tak pamiętnego dnia stanął przed witryną w bogatym, kipiącym przepychem pasażu handlowym. Szklany neon w pełnej okazałości prezentował zapamiętane przez niego logo, a tuż pod nim krwistoczerwony napis głosił „FuroTrans International”. Z wrażenia aż dostał zawrotów głowy. Tego dnia nie mógł zdobyć się na wizytę i wybrał się z nią dopiero następnego popołudnia. Nieśmiało wszedł wówczas do gustownie i stylowo urządzonego imponujących rozmiarów holu. Po środku stała lśniąca niesamowicie futurystycznie wyglądająca fura wykonana po części z macicy perłowej, elementów granitu i połyskującego chromu, na ścianach wisiały obrazy i fotografie fur pochodzących z różnych epok. Były tu więc i tradycyjne fury drewniane na gumowych kołach jak też bardziej solidne nowocześniejsze wykonane głównie z elementów metalowych i syntetycznych tworzyw sztucznych. Stało także kilka miniaturowych replik fur sprawiających wrażenie mogących poruszać się bez pomocy koni jak również jedna z czymś w rodzaju bocznych płatów przypominających skrzydła. Wszystko to nie mieściło się Garemu w głowie. Szczególnie przytłaczał go widok eksponatu zajmującego centralne miejsce w holu. Ten egzemplarz bardziej przypominał jakiś wehikuł lub kosmiczny pojazd, ale jednocześnie patrząc na niego miało się pewność, że jest to fura. Zaczęło kręcić mu się w głowie i już zamierzał wycofać się na zewnątrz, gdy wówczas usłyszał grzeczny, delikatny głos:
- Słucham pana? Czym możemy służyć?
Gary odwrócił się i ujrzał stojącego nieopodal ubranego w nienagannie skrojony stalowy garnitur młodego mężczyznę o sympatycznym wyrazie twarzy. Nie spodziewał się takiego przyjęcia. Sądził raczej, że wyrzucą go na bruk na zbity pysk jak kloszarda czy włóczęgę, którym przecież od dłuższego już czasu właściwie był. Spojrzał w oczy mężczyzny i zobaczył w nich spokój i życzliwość, może wręcz nawet sympatię albo raczej chęć niesienia pomocy. Nieco go to psychicznie podbudowało więc postanowił dalej realizować swój plan.
- Chcę kogoś kropnąć – wypalił bez owijania w bawełnę zaciskając przy tym pięści aż zbielały mu knykcie.
Pracownik FTI skinął grzecznie głową i wskazał mu stojące przy strzelistym pokrytym czarnym marmurem filarze duże również czarne biurko z szerokim blatem, za którym sam usiadł.
- Proszę mi mówić Fryderyk – powiedział i utkwił w Garym wyczekujący wzrok.
Gary Kau zauważył, że niemal każdy element, z którego wykonane było to co go otaczało było utrzymane w kolorystyce czarno białej o różnych odcieniach, plus elementy chromowe. Do tego wszystko tak nienagannie wypolerowane, że miało się wrażenie jakby przebywało się w gabinecie luster.
- A więc kto to ma być? – zapytał Fryderyk.
- Co kto ma być? – odparł zaskoczony Gary.
- Kogo mamy dla pana, jak to pan zechciał zgrabnie ująć, kropnąć?
- Nie, nie – zreflektował się Kau. – Wcale nie chcę, żebyście kogoś dla mnie kropnęli.
- Więc o co panu chodzi?
Gary przełknął ślinę nieco zbity z tropu lękając się, że jednak źle ocenił FTI. Potarł brodę podrapał się za uchem i rozejrzał bojaźliwie.
- Spokojnie – rzekł rozbrajająco uśmiechający się urzędnik.
Blat biurka podobnie jak wszystko inne lśniło nadając mu szklistych właściwości. W jego powierzchnię zgrabnie wkomponowana była niewielkich rozmiarów konsoleta dotykowa wyposażona dodatkowo w szereg opływowych pokręteł i przycisków, po jej prawej stronie migał ekran monitora.
- Chcę kogoś kropnąć, ale sam, własnoręcznie – wyjaśnił w końcu Gary.
Fryderyk uśmiechnął się szeroko jednocześnie wstając co Gary będąc przewrażliwionym ponownie wziął za zły znak.
- Ależ oczywiście możemy panu pomóc – rzekł urzędnik. – Niestety moje kompetencje w tym zakresie są niewystarczające.
To powiedziawszy zrobił przepraszającą minę i wyciągnął rękę wskazując Garemu przejście pomiędzy wspomnianym wyżej filarem, a stojącym na postumencie niewielkich rozmiarów cylindrycznym wózkiem, którego zastosowania ani przeznaczenia Gary w najmniejszym stopniu domyślić się nie mógł. Jak pod dotknięciem czarodziejskiej różyczki rozchyliło się na boki przezroczyste dwudrzwiowe wejście.
- Tym korytarzem do końca, trzecie drzwi na lewo – powiedział Fryderyk. – Gdyby pan zechciał, czy miał potrzebę, to zaraz na początku z prawej jest toaleta, a dalej barek samoobsługowy.
Gary jak w transie przekroczył niewidoczny próg korytarza.
- Jak będzie pan wracał – dodał nie tracący uśmiechu mężczyzna. – Bardzo proszę jeszcze do mnie zajrzeć. Powodzenia.
I już go nie było. Od wewnątrz drzwi nie były przezroczyste. Ukazywały za to odbicie Garego, którego wygląd nędznego włóczęgi kontrastował z otaczającym go światem tak bardzo, że aż boleśnie. Przyszły łowca ruszył szybko do wskazanej przez Fryderyka toalety, której styl nie odbiegał standardem i kolorystyką od tej, która już go miażdżąco swą idealnością przytłoczyła. Ponownie stanął przed lustrem i znieruchomiał. Patrzył na swoją nędzną sylwetkę, brudną, zmęczoną życiem, choć w dalszym ciągu bardzo młodą twarz, porwane i uświnione czym się da łachmany przykryte ciemnym płaszczem. Cóż mógł w tym momencie zrobić? Potrząsnął tylko głową, umył dłonie i przepłukał twarz przyczesując przetłuszczone rzadkie włosy. Wyprostował się i zrobił pewną siebie minę. Na przemian wsuwał i wysuwał szczękę, marszczył czoło, mrużył oczy, zaciskał zacięcie usta. Po którejś z kolei próbie uznał, że lepiej nie będzie więc wyszedł i wkroczył od razu do barku, w którym wlał sobie pełną szklankę czystej wódki, a następnie wychylił ją jednym haustem. Spodziewał się piekącego smaku, ale alkohol był doskonale zmrożony, mimo iż butelka w dotyku na to nie wskazywała. Poczuł w gardle przyjemną gęstość trunku. Odczekał chwilę i skierował się do drzwi numer trzy. Niewielka zgrabna tabliczka przytwierdzona do nich oznajmiała: Biuro Zleceń Różnych. Wszedł.
Pokój był niewielki, ale nie wywoływał klaustrofobicznych skojarzeń, przy ścianie stało biurko bardzo podobne do tego, które widział już wcześniej, tylko stosunkowo mniejsze proporcjonalnie do pomieszczenia, w którym stało. Inaczej sprawa miała się z urzędnikiem. Ten był podobnych, by nie rzec identycznych rozmiarów co Fryderyk, nosił taki sam garnitur i w pierwszym momencie Gary myślał, że ktoś robi sobie jego kosztem żarty, co już niejednokrotnie w przeszłości miało miejsce. Wypity na pusty żołądek alkohol zaczął przyjemnie rozpalać trzewia dodając pewności siebie. Zamierzał właśnie zapytać o Fryderyka, gdy urzędnik go uprzedził:
- Czym mogę szanownemu panu służyć?
Gary żachnął się, usiadł zamaszyście na miejscu dla klienta i zarzucając nogę na nogę powtórzył słowa, które nie dawno już wypowiedział:
- Chcę kogoś kropnąć.
- Doskonale – odparł mężczyzna. – Czy to ktoś konkretny, czy nie stanowi to dla pana różnicy?
Gary świdrował urzędnika przymrużonymi oczami.
- Jak to nie stanowi? Jakby chodziło o byle kogo to bym wam dupy nie zawracał! – wypalił zirytowanym podniesionym głosem.
- Ależ oczywiście. Pan wybaczy, ale musiałem zapytać. Takie mamy procedury.
Gary Kau poczuł się niezręcznie, że naskoczył na urzędnika, który przecież był dla niego miły i uprzejmy jak chyba nikt dotychczas, może za wyjątkiem Fryderyka.
- Najmocniej przepraszam…
- Proszę nie przepraszać.
- Eee, chodzi o brata takiej jednej… – wyjąkał niepewnie.
- Tak?
- Ale ona… Ona nie żyje – skłamał.
- To zupełnie nieistotne. A czy żyje jej brat?
Gary Kau łypnął na urzędnika spode łba.
- Żarty sobie pan robi, czy jak?
- Ależ skąd. Miewamy różne zlecenia. Chęć powtórnego uśmiercenia nie jest niczym szczególnym.
- Powtórnego?
- Dokładnie. Można to robić w nieskończoność
Gary zasępił się na chwilę. Dziwna to była informacja i szczerze go zainteresowała.
- Znaczy się, że jak? – wydukał – Że nieboszczyka?
Urzędnik uśmiechnął się dobrotliwie.
- Są sytuacje, wbrew pozorom nader częste, w których śmierć dokonana w akcie zemsty nie zaspokaja gnębiących nas uczuć, czy emocji. Ludzie uznają, że ktoś zasłużył na coś gorszego, na męki, na cierpienie. Że powinien doświadczyć bólu jaki dotknął ich samych, że musi odczuć na własnej skórze smak tortur jakich dopuszczał się względem innych. To i wiele innych czynników powoduje niedosyt. Niejednokrotnie powtórne uśmiercenie sprawę załatwia, są też przypadki, że rozpoczyna to jedynie cały łańcuch kolejnych uśmierceń i wskrzeszeń jednej i tej samej osoby. Niejednokrotnie dokonujący aktu zemsty w swym okrucieństwie znacznie przewyższa zbrodnie, jakich dokonał karany. Ale nie mnie to oceniać. Dla naszej instytucji pojęcia dobra, czy zła nie istnieją. Emocje pozostawiamy naszym szanownym klientom. A więc do rzeczy. Rozumiem, że pański cel stąpa po tym naszym łez padole?
- No, żyje. To znaczy w zasadzie to nie wiem – plątał się Gary. – Ale raczej czułbym gdyby było inaczej. Ostatnio, gdy go widziałem jeszcze żył.
- Jakie są wobec tego pańskie oczekiwania wobec naszego przedsiębiorstwa?
- To kawał chłopa, w dodatku mieszka z trzema braćmi jemu podobnymi, a ja zamierzam się z nim nieźle zabawić. Sam nigdy nie dam rady.
- Oczywiście. Nie widzę problemu. Proszę o jakieś dane tej osoby.
Gary podał co wiedział, czyli imię i nazwisko, które zapamiętał z identyfikatora na szpitalnym fartuchu pielęgniarki oraz adres, który podstepnie wykradł z kartoteki izby przyjęć.
- Cudownie – podsumował urzędnik. – Poproszę pana teraz o udanie się do pokoju, który zawsze czeka na naszych gości. Będzie się pan mógł odświeżyć i odpocząć. Jutro z samego rana zgłosi się do pana nasz pracownik i zabierze na miejsce realizacji zlecenia. Proszę się o nic nie martwić. Wszystko pójdzie jak z płatka.
Gary odprężył się. Wizja zrealizowania od dawna upragnionej zemsty pompowała w jego żyły utracone w ostatnich latach siły. Pozwolił zaprowadzić się do wspomnianego wcześniej pokoju, który nie odbiegał wyposażeniem od apartamentów oferowanych przez pięciogwiazdkowe hotele. Zanim urzędnik zniknął, Gary, zaniepokoił się i zagadnął go jeszcze na odchodne:
- Ale… – zaczął bełkotliwie. – Ale ja nie mam żadnych pieniędzy?
Mężczyzna uśmiechnął się do czego zwykł Garego już przyzwyczaić.
- Ależ to zupełnie nieistotne, drogi panie. Pieniądze nic dla nas nie znaczą. Odwdzięczy się pan w inny sposób.
Na samo słowo „odwdzięczyć” Gary od razu stał się czujny.
- W jaki sposób znaczy się? – zapytał lękliwie. – Ja właściwie może wcale nie chcę… Chyba się pomyliłem. Pójdę już lepiej.
Próbował wyminąć stojącego w drzwiach, ale ten powstrzymał go uspokajającym gestem.
- Spokojnie – rzekł. – Naprawdę proszę się odprężyć. Do nas nikt nie trafia przypadkowo. Proszę mi uwierzyć. Zrobi pan co pan chce, a potem pójdzie swoją drogą i być może nigdy do nas nie wróci. Sam czyn, którego zamierza się pan dopuścić i wszystkie inne, których dokona pan później będą dla nas aż nazbyt sowitym wynagrodzeniem.
Wszystkie te wspomnienia jak potężne gradobicie storpedowały zmęczony umysł Garego. Otrząsnął się w siodle i stwierdził, że góry znacznie się zbliżyły, tak że zgodnie z założeniami powinien zdążyć do jaskini przed zmrokiem. Ziewnął i raz jeszcze wrócił wspomnieniami do tamtych, obecnie zamierzchłych już czasów. Nieźle wówczas załatwił tego sukinsyna. Nie wiedział dokładnie jak FTI zorganizowało całą akcję, ale tak jak poprzedniego dnia zapewniał urzędnik rankiem przybyła po niego kopia dwóch spotkanych wcześniej mężczyzn. Chwilę później jechał windą, a po kolejnej znalazł się przed domem, w którym mieszkali jego ciemiężyciele. Bracia tego zwyrodnialca wisieli już na werandzie wypatroszeni jak wieprzki, a ich krwawe wnętrzności przyzdabiały rosnący pod nią żywopłot. Gary pamiętał, że tylko przez chwilę pomyślał o tym widoku, że jest „koszmarny”. Ułamek sekundy później już podziwiał go z rosnącym podnieceniem. Cel jego zemsty siedział w salonie skrępowany grubym sznurem, więc Gary z błyszczącym wzrokiem nie tracąc czasu zabrał się za niego. W mieszkaniu cuchnęło zwietrzałą wódką i rzygowinami, paskudnie śmierdział nimi też związany mężczyzna, w wyniku czego Gary poprzysiągł sobie, że nigdy już nie tknie alkoholu i, póki co, słowa dotrzymywał. Na wstępie przypomniał ofierze z jakich przyczyn się tu znalazł i przystąpił do dzieła. Zdaje się, że powiedział wtedy:
- Lubiłeś się zabawiać z chłopcami, to teraz chłopiec zabawi się z tobą.
I tak też zrobił tyle że z olbrzymią nawiązką.
Zemsta tak mu zasmakowała, że zapragnął rozprawić się również z samą sprawczynią jego koszmaru, ale gdy stanął z nią oko w oko dostał tak potężnego ataku paniki, że własnym ciałem przebił drzwi ze stali zbrojeniowej, które odgradzały go od bezpiecznej przestrzeni. Pozostawił wówczas w przedsiębiorstwie dokładne wskazówki, jak należy obejść się ze znienawidzoną kobietą samemu udając się do pokoju, w którym cierpliwie czekał na nagranie. Jeśli wszystko miało by zostać wykonane zgodnie z jego zaleceniami, do tego momentu powinno minąć równe trzy tygodnie. Tak też się stało. I wszystko zgodnie z jego scenariuszem.
Czas spędzony w firmowym pokoju projekcyjnym był ostatnim okresem bezczynności na jaki sobie pozwolił. Od tamtej pory prowadził niezwykle aktywny tryb życia coraz bardziej zapadając się w mroki oferowane przez otaczającą rzeczywistość. Gdy tylko uporał się z wyznaczonym sobie celem niemal natychmiast przyświecał mu nowy. Tak było i tym razem. Teraz musi uporać się z Samuelem Tekturą, a zaraz potem czeka go niezwykle ciężka rozprawa z Kozakiewiczem. Na samą myśl o najbliższej przyszłości na jego twarz wypełzł niezwykle rzadko pojawiający się na niej uśmiech.
*
Marynarz zatopił zęby w rozszarpanej przed chwilą gardzieli starej sarny. Początkowo chciał upolować młodszą, której krew miała dużo lepszy smak, a mięso było mniej łykowate, ale żadnej nie mógł dogonić. Dziwiło go to, bo przecież przepełniała go tak potężna energia, że miał wrażenie, iż mógłby przenosić wagony nieboszczyków.
Szarpał mięso sycąc się jego ciepłem i wilgocią warcząc przy tym, mlaszcząc i stękając z wysiłku. Jego kły i szpony choć wydawały mu się takie ostre nie mogły poradzić sobie z grubą pokrytą futrem skórą, toteż pomagał sobie nożem.
- Hände hoch! – usłyszał nagle krzyk.
Warknął groźnie i odwrócił się gwałtownie w kierunku, z którego dobiegał głos. Na wznoszącym się nieopodal pagórku stał w rozkroku Jewgiennij Konstantynowicz Żopajew ściskając w prawicy połyskującą w zachodzącym słońcu szablę, w drugiej zaś ręce gotowego do strzału makarowa. Marynarz porzucił ucztę i skoczył w kierunku pułkownika. W tym momencie padły dwa strzały. Pierwsza kula utkwiła tuż przy prawej dłoni, na której się opierał, druga drasnęła mu skroń.
- Halt! – ryknął żołnierz i posłał jeszcze jeden nabój, który tym razem ugodził Marynarza w udo.
Ból spowodował, że mężczyzna nieco otrząsnął się z narkotycznego amoku i sprawnie przekoziołkował za pobliski głaz narzutowy. Świszczące kule tylko przemknęły mu nad głową rykoszetując o skałę i rozsiewając na boki ostre odpryski. Nie wychylając z kryjówki głowy usłyszał obsuwające się kamienie, co świadczyło, że napastnik schodzi ku niemu.
- Poddaj się, faszystowska świnio! – krzyczał Jewgiennij Konstantynowicz. – Biorę cię w niewolę w imieniu Armii Czerwonej!
Marynarz nie do końca świadom odbywających się z jego udziałem wydarzeń sięgnął do pasa po mauzera, którego zabrał z indiańskiej chaty wraz z resztą wojskowego wyposażenia. Nie ryzykując wystrzelił dwukrotnie na ślepo kierując się wyłącznie słuchem. Usłyszał odgłos padającego ciała, ale zaraz potem posypał się stek wyzwisk w plątaninie języków ze znaczną przewagą rosyjskiego. Skojarzył teraz jego właściciela i odetchnął z ulgą.
- Pułkowniku Żopajew! – krzyknął. – To ja! Marynarz! Twój druh!
- Sobaka twój druh, nie ja! – odparł wściekle żołnierz. – Pójdziesz pod sąd, albo ubiju tiebia tu sjewodnia!
Marynarz próbował jak mógł wpłynąć na pułkownika przypominając mu wczorajsze wydarzenia z tawerny i ich dzisiejsze poranne spotkanie przy łóżku ale Jewgienij Konstantynowicz zdawał się w ogóle nie reagować.
- Nie szwargocz mi, ty szwabski synu, tylko wyłaź, pókim charoszyj! Ja nie znaju tej waszej sobaczej mowy!
- Przecież mówię normalnie!
- Ja nie słyszu tiebia!
I znów bach, bach, kolejne strzały ryły ziemię i świszczały nad głową Marynarza. W końcu kryjący się mężczyzna uznał, iż przekonanie półkownika, że nie jest niemieckim żołnierzem nie ma szans powodzenia i dalsze próby mogą skończyć się dlań tragicznie. Nie miał wyboru. Jeden z nich musi umrzeć. To pomyślawszy sięgnął do buta, w którego cholewie przechowywał laskę dynamitu.
- Rzucam granat! – ostrzegł jeszcze.
- Dawaj! – odparł hardo oficer.
Marynarz z trudem skrzesał płomień i podpalił lont. Gdy płomień dosięgał ładunku zamachnął się.
- Nie drgnij mi nawet! – usłyszał tuż obok siebie.
Pułkownik przystawił Marynarzowi szablę do szyi i dopiero wtedy zobaczył skrzący się lont.
- O matuszko… – szepnął.
Eksplozja targnęła okolicą wzbijając w górę fontannę żwiru i ziemi. W chwilę później rozświetlająca okolicę poświata ustąpiła szybko zapadającemu zmrokowi.

***

Z dłoni opatrzonej dwoma platynowymi sygnetami zdobionymi kilkukaratowymi brylantami z metalicznym brzdękiem posypały się na kontuar złote monety. Zaspany i niechętny gościom karczmarz od razu odzyskał rezon i zgarnąwszy pieniądze zamaszystym ruchem ramienia, wyprężył się niemalże do postawy zasadniczej diametralnie zmieniając swoje wcześniejsze bardzo oschłe podejście do klientów.
- Ależ oczywiście – rozpływał się w uprzejmościach Gruby Lutek. – Czym chata bogata! Trochę tu bałaganu mieliśmy dziś to i nie wszystko wygląda jak powinno. Lokal cudem ocalał, a już niewiele brakowało by obrócił się w perzynę jak te po drugiej stronie ulicy. Ech, czego to jeszcze przyjdzie nam doczekać?
Karczmarz ukradkiem spojrzał na klienta ale nie dostrzegł w jego postawie nic co znamionowałoby jakąkolwiek choć iskrę zainteresowania jego opowieścią. Szybko zmienił więc temat nie chcąc irytować gościa, który najwyraźniej porządnie śmierdział złotem.
- Znajdą się i pokoje, i gorąca kuchnia – rzekł. – Tylko, pan raczy łaskawie wybaczyć, muszę kucharzy pobudzić bo my nie przywykli do klientów o tej godzinie.
- Nie ma takiej potrzeby – odparł niedbale Tektura. – Każ tylko zwierzęta oporządzić bo wymęczone po podróży. Inna strefa czasowa.
- Wedle życzenia – odparł szynkarz. – Ale panowie pewnie też zdrożeni. Może chociaż po kuflu wybornego odświeżającego korzennego piwa? Wyrób własny, żadnej chemii poza naturalną rzecz jasna. Gwarantuję, że każdy, kto choć raz spróbował…
- Dobra, dobra – przerwał znudzony Samuel. – Lej po kuflu. I przynieś też tacę wędzonego sera. Tylko żeby był twardy i nie kruchy!
- Taki będzie – obiecał Gruby Lutek wycofując się na zaplecze zgięty w pół zachodząc jednocześnie w głowę czy też miał kiedykolwiek ser o akurat takich właściwościach.
Tymczasem Tektura w towarzystwie trzech ponurych towarzyszy udał się do największego stołu. Karczma była pusta, ale mimo to jeden z mężczyzn nie spoczął wraz z resztą tylko oddalił się zaglądając we wszystkie możliwe kąty i zakamarki, po czym wyszedł na werandę i z gotowym do strzału winchesterem uważnie lustrował okolicę.
Naprzeciw karczmy znajdowały się ruiny jednej ze zdewastowanych przez Barneya kamienic, w której onegdaj mieściło się pasmo punktów handlowych i biur użyteczności publicznej. Dalej w kierunku portu widniały resztki również zdruzgotanej przez olbrzyma biblioteki. Mężczyzna czujnym wzrokiem przemykał od deski do deski, z belki na belkę, z cegły na cegłę, sprawiając przy tej czynności wrażenie, że jest w tym naprawdę skuteczny i jeśliby cokolwiek poruszyło się w spowitym mrokiem rumowisku, to nie uszłoby jego uwadze. Obserwujący twarz miał młodą, ale posępną, jakby doświadczoną życiem w stopniu znacznie przewyższającym możliwości osoby w tak młodym wieku. Karabin ściskał mocno, ale nie kurczowo, w jego ruchach czuć było pewność siebie i niezawodność. Był wysoki co jeszcze dodatkowo podkreślała smukła sylwetka i obcisła koszulka z długim rękawem wykonana z cienkiej elastycznej tkaniny. Miał na sobie spodnie typu wojskowego z dużymi kieszeniami na bokach nogawek oraz wysokie sznurowane buty na ciężkim podbiciu, w które wpuszczone były nogawki. Na głowie nie miał nic w sensie dosłownym. Mniej więcej na wysokości połowy czoła skóra była ściągnięta szerokim pasem sięgającym dołu potylicy i ukazywała lśniącą kość czaszki, po środku której błyszczał w świetle księżyca srebrzysty, najeżony ostrymi metalowymi kolcami grzebień przypominający nieco groteskową fryzurę Irokeza. Skronie i boki głowy były dokładnie ogolone, bądź wydepilowane i pokryte skomplikowaną plątaniną wytatuowanych hieroglifów. W ruchach młodzieńca czuć było spokój i pewność siebie. Czarne jak węgiel oczy pokrywała siatka białych nitek szkieł kontaktowych imitujących centryczne celowniki, które bynajmniej nie oznaczały wady wzroku, lecz miały raczej stanowić coś w rodzaju ozdoby. Mężczyzna stał bez najmniejszego ruchu, jedynie jego głowa jak czołgowa wieżyczka wolno i metodycznie obracała się z boku na bok od czasu do czasu zatrzymując się by dokładniej zlustrować interesujące obrazy.
Pozostali pochłaniali właśnie po drugim kuflu piwa. W towarzystwie najemników Samuel Tektura usiłował zachowywać się swobodnie, ale jednocześnie wobec nich z szacunkiem, z wyższością za to starał się traktować wszystkich innych po drodze napotykanych. Owa wyniosłość i arogancja niejednokrotnie pozwoliły mu wynegocjować z kontrahentami o wiele bardziej dogodne warunki współpracy w stosunku do pierwotnie mu oferowanych. W handlu nie ma miejsca na sentymenty. Trzeba być twardym, doskonale i dokładnie wiedzieć czego się chce. Rynek był jak nie nasycony nigdy aligator, który wszystkich niezdecydowanych, niepewnych i delikatnych pożerał bez reszty nie mając potem nawet czkawki.
Tektura początkowo zamierzał w ogóle nie zaszczycać łowców swoją obecnością, ale gdy ze spotkania, na które wysłał swojego sekretarza tenże wcale nie wrócił, a w zamian Samuel dostał paczkę z jego głową i dołączoną karteczką z napisem „Adresat nie znany” postanowił poważniej potraktować kontrahentów. Na kolejną schadzkę udał się już osobiście i sam tak mało co również nie wrócił w kawałkach. Przekonał się, że prawidła wolnego rynku w kontaktach z tymi mężczyznami nie obowiązują. Tu liczyły się wyłącznie honor, wzajemne poszanowanie i szczerość. Tektura będąc osobą zupełnie wyzutą z wymienionych wyżej cech, był jednocześnie mężczyzną hojnie przez naturę obdarzonym inteligencją i sprytem dzięki czemu szybko zorientował się w sytuacji i jako tako dostosował swoją postawę do preferowanych w tej dziwnej kompani standardów.
Piwo pili praktycznie w milczeniu bez zagłębiania się w szczegóły niedawno zawartego kontraktu. Pochwalili jedynie jego smak, który ocenili na tyle wysoko, że zażądali po drugim kuflu, a teraz zabierali się właśnie za kolejne. Gruby Lutek już zacierał ręce, gdy ku jego zdziwieniu dwaj mężczyźni bez słowa wstali od stołu i ruszyli schodami na piętro gdzie znajdowało się pięć pokoi, z których tylko jeden był obecnie zamieszkany, ale lokatora aktualnie nie było, a miejsce jego pobytu nie było karczmarzowi znane i szczerze powiedziawszy mało go obchodziło. Po chwili do mężczyzn dołączył trzeci, który dotychczas stał na werandzie. Przechodząc obok kontuaru, nie był uprzejmy odpowiedzieć na propozycję karczmarza oferującego przedni napój korzenny co ubodło szynkarza niemniej jak wcześniejsza przedwczesna rezygnacja jego współtowarzyszy z dalszej degustacji. Gruby Lutek bardzo nie lubił gdy budzono go w środku nocy i jeśli już wstał oczekiwał przynajmniej sowitego zarobku, a tu takie rozczarowanie. Wypili po trzy kufle i zniknęli bez słowa wdzięczności, jakby pili jakieś poślednie szczyny, a nie jego słynny w promieniu dziesiątek jak nie setek kilometrów specjał. Tu karczmarz wykazał się wyjątkowo krótką pamięcią, gdyż za pieniądze otrzymane od Tektury mógł sobie kupić nowy kuter lub opłacić pracę innego w raz z załogą na cały kolejny rok. Ale co tam. W momencie gdy stawał za barem i zaczynał lać kolejne kufle pienistego napoju wstępowała w niego druga natura. Tęsknie i z niesmakiem odprowadził trzech mężczyzn znikających w mroku schodów. Chciał za nimi jeszcze krzyknąć by poszło im w pięty, ale jednak tego nie zrobił. Było w nich coś takiego co czyniło z nich niezbyt miłych towarzyszy nawet jak na zwykłych klientów. Wolał już samemu piwo wypić niż ich obsługiwać. Teraz jedyną nadzieją na dodatkowy zarobek był pozostały przy stoliku mężczyzna odziany w szykowny ciemnozielony garnitur okryty płaszczem zdobionym firmowym logo Tektura Production. Na nogach miał smukłe lśniące półbuty z krokodylej skóry pod kolor wciśniętej pod pachę niewielkiej saszetki i ozdobnej laseczki z głownią na kształt borsuczych jąder. Kompletu odzienia dopełniała jedwabna zawiązana pod szyją apaszka. Gruby Lutek osobiście nie przepadał za takimi ludźmi. Uważał ich za nadętych bufonów, fircyków i żałosnych, nie znających życia świńskich cycków. Z drugiej strony, z punktu widzenia karczmarza byli to klienci na ogół bardzo dobrzy. Nie awanturowali się i bez zbędnego szemrania płacili wysokie rachunki. Oczywiście zdarzali się i tacy, którzy pozowali jedynie na bogaczy co wychodziło na jaw w momencie konieczności uregulowania należnej płatności. Lutek jednakże doskonale potrafił wyłowić takiego oszusta i pokazać mu drogę do wyjścia zanim delikwent cokolwiek zdążył zamówić.
Lutek był przekonany, że Tektura był inny. W jego przypadku nie było nawet potrzeby prowadzenia specjalnego dochodzenia. I nie chodziło o to, że już na samym początku sypnął groszem jak bodaj żaden klient dotychczas. Karczmarz odniósł wrażenie, że klient jest tak skrajnie nadęty, że musi być autentyczny. Było to co prawda na wskroś subiektywne odczucie, niemniej Lutek zwykł na nim bezgranicznie polegać.
- Szanowni panowie na długo do nas? – zagadnął przecierając kontuar wilgotną szmatą.
Tektura dopił piwo i zażądał kolejnego zupełnie ignorując pytającego. Łapczywie jakby nie pił nic od kilku dni wychylił niemal połowę litrowego kufla, beknął donośnie i przeciągle z hukiem odstawiając naczynie.
- Może i na długo – odparł.
Przeciągnął się zdejmując apaszkę, odsunął krzesło od stołu i oparł o blat wyprostowane nogi.
- Powiedz mi – zagadnął barmana. – Bywają u was czerwonoskórzy?
- Obojętnie jacy?
- Na początek.
- No, bywają. Czerwoni, czarni i żółci, zdarzają się i jeszcze inni odmieńcy.
Gruby Lutek popatrzył na klienta z mieszaniną politowania i podejrzliwości.
- Panie, tu jest port – zaczął tłumaczyć. – Niby zadupie, ale tędy idą jeszcze szlaki handlowe. Komu trzeba do dzikich na południe, tu ma ostatnią oazę cywilizacji. Może nie ma tu luksusów, ale przynajmniej jakieś względne prawo i kultura obowiązują. Z zachodu na wschód też tędy droga dobra jak kto ma coś z głębi lądu dalej w świat zawieść. I do Wielkich Rzek i bobrzych rzeremi niedaleko tędy bezpośredni szlak biegnie. To i ludzie tu różni się pałętają, a i nie ludzie też. Nie sposób tego wszystkiego spamiętać. Jaszcze jak do tego sezon na połowy najdzie to już w ogóle zwariować idzie. Po jakimś czasie to i każdy wydaje się znajomy, a z drugiej strony czymś obcym od niego zaciąga. Ja tam, panie, na gęby nie patrzę byle tylko mi stołów nie poniszczyli, kufli nie wytłukli i płacili za to co zeżrą i wychlają. Bo wie pan jak to jest. Nie zawsze wielki apetyt idzie w parze z możliwościami finansowymi. I tak w kółko.
Samuel niedbale sięgnął do kieszeni i położył na stole zwitek banknotów o dużych nominałach.
- U mnie, jak widzisz, idzie – rzekł. – Bardzo to ciekawe co mówisz. Szczególnie o tych zależnościach. Ja na ten przykład podróżując po świecie wielokrotnie zauważyłem, że pamięć ludzka odświeża się wprost proporcjonalnie do wzrostu wysokości kwoty, która za dostarczone informacje może być wypłacona.
Oparł się ponownie o stół i zaczął wolno z pokaźnego stosiku odkładać na bok pojedyncze banknoty.
- No i tak – kontynuował. – Teraz pamiętasz, że pałęta się tu tałatajstwo wszelkiej maści i nie sposób jej skojarzyć.
Przełożył kolejny banknot.
- Teraz jesteś już w stanie przypomnieć sobie, że czasem odwiedzają cię Indianie.
Kolejny papierek powędrował powiększając jedną i jednocześnie pomniejszając drugą kupkę.
- Z kolei w tym momencie wiesz już kiedy ostatnio takowych jegomości gościłeś i dalej się zastanawiając dojdziesz do wniosku, że pamiętasz nawet jak wyglądali. Sądzę, że na tym poziomie argumentacji dasz radę wygrzebać z pamięci imiona, a może i nawet miejsce pobytu ich właścicieli.
Gdy oba stosiki się wyrównały, Tektura przestał przekładać pieniądze i ponownie rozparł się wygodnie. Karczmarz oblizując spierzchnięte z emocji wargi chciwie wpatrywał się w rozłożone na stole banknoty.
- No, niezmiernie z pana mądry człowiek – wystękał ocierając spocone czoło. – Żeby pan wiedział, że teraz sobie przypominam. Nie dalej jak wczoraj, a raczej już przedwczoraj wieczorem było tu takich dwóch dziwaków, którzy mieszkają w starej chałupie na prerii gdzie owce hodują. Jednemu jest Kozma, a drugi to Buncol, zdaje mi się. Chyba Apacze.
- No widzisz – rzekł biznesmen. – Bardzo ładnie. Tylko, że nie ich akurat szukam. Chodzi mi o samotnika, takiego dużego, który właściwie Indianinem nie jest tylko tak się przebiera nie wiedzieć czemu. Najzwyklejszy oszust i hochsztapler.
Karczmarz wydął policzki i zaczerwienił się pod wpływem umysłowego wysiłku.
- Tak sobie myślę i myślę…
- Pozazdrościć.
- … ten gość, co mieszka u mnie na górze, to bardzo dziwny i podejrzany typ. Nie wygląda co prawda na Indianina, ale skoro pan mówi, że oszust, to może to ważne…
Gruby Lutek wlepił z nadzieją wzrok w niewzruszonego Tekturę, który mocno w tył odchyliwszy głowę przymknął oczy i milczał sprawiając wrażenie jakby zasłuchał się w jakiejś niezwykle pięknej melodii.
- Mów, mów – oznajmił. – To bardzo ciekawe.
Karczmarz przełknął głośno i podjął:
- No to, ten marynarz przypłynął przed wieczorem, przedwczoraj, na żaglowcu, który już zdążył odpłynąć. Tak przynajmniej twierdził. Siedział tu u mnie w tej sali w głębi zupełnie sam i żłopał piwsko za piwskiem aż się chyba urżnął w sztok. I wtedy podobno te dwa Indiańce, o których panu już wspomniałem dali mu po łbie i poszli w swoją stronę. A może było ich i trzech? Wszyscy tacy podobni, a ruch był tego wieczora szczególny. Co i rusz ktoś wchodził, a inny wychodził. Drzwi do kibla się zatrzasnęły i trzeba było wyważać to i wszystkiego widzieć nie mogłem. Jak dokładnie było nie wiem. Znam to z opowieści. Od siebie mogę jedynie dodać, że ci dwaj Indianie zaglądają do mnie regularnie i jak dotąd nigdy nie brali udziału w żadnych ekscesach. To raczej spokojni ludzie i nie uwierzę, że tak bez powodu któryś z nich tamtego potłukł. Może i był jakiś trzeci? Rano ten marynarz wstał jakby nigdy nic i zaczął o nich wypytywać, a potem ruszył, zdaje się, do ich chałupy. Tyle wiem.
Samuel pokiwał głową z dezaprobatą na co Gruby Lutek zrobił taką zbolałą minę jakby ktoś przed chwilą oznajmił mu, iż niestety nie jest prawdą, że jego ojciec był borsukiem.
Dla lepszego zrozumienia boleści jak zarysowała się na twarzy szynkarza należy w tym momencie przybliżyć czym jest borsucym. Otóż jest to niezwykle rzadko występujące schorzenie o podłożu psychicznym. Cierpiący na tą przypadłość są z wszech miar przekonani, że niektóre nieżyjące osoby z ich najbliższej rodziny były borsukami. Ciekawym jest to, że choroba ujawnia się dopiero po śmierci bliskich, a wcześniej jej symptomy w ogóle u pacjenta nie występują. Możliwe jest więc, że na borsucym cierpi znacznie większa liczba osób tylko ich choroba pozostaje długo nie ujawniona bądź wcale się nie uaktywnia (tzw. borsucyzm domniemany), a chory zdradza jedynie jej symptomy. Do najczęściej spotykanych objawów borsuzyzmu domniemanego zaliczane jest nagłe i bardzo krótkotrwałe wyrastanie sierści na ciele osoby należącej do najbliższej rodziny chorego (zwykle dotyczy mężczyzn) oraz potajemne kopanie w ziemi jamy i urządzanie w nim gniazda (występuje przeważnie u kobiet). Znane są również przypadki (niezwykle rzadkie), że osoba dotknięta chorobą nie dostrzega owych symptomów, a o ich wystąpieniu dowiaduje się po fakcie (ślepy borsucyzm) od naocznych świadków tych zdarzeń i w następstwie tego popada w stany depresyjne.
Przypadek Grubego Lutka był klasycznym przykładem borsucyzmu. Przypadłość ujawniła się u niego w trakcie pogrzebu jego ojca, który nigdy wcześniej nie zdradzał objawów choroby syna. W momencie gdy ksiądz pokropił trumnę wodą święconą Lutek zrozumiał i zapłakał rzewnie, co jest najzwyklejszą reakcją pacjenta na uaktywniającą się chorobę.
Wróćmy jednakże do bieżących wydarzeń.
- Ej, chłopie, chłopie – powiedział Samuel Tektura wstając ciężko od stołu. – To dopiero problem. Starasz się, starasz i nic z tego nie wychodzi.
Karczmarz tęsknym wzrokiem odprowadził banknoty, które najpierw powędrowały z powrotem do dużego, skórzanego portfela, a następnie zniknęły w saszetce. Tektura oddalił się wolnym krokiem ku schodom, u których podnóża odwrócił lekko głowę i rzucił na odchodne:
- A co tam. Pójdziemy tym tropem. Jak okaże się słuszny, w co wątpię, dostaniesz swoją nagrodę.
Nie czekając na reakcję karczmarza zniknął na skąpanym w ciemnościach piętrze.
*
Bochen uwijał się jak w ukropie. Mary Lou wspomagana przez Stefana biegała tam i nazad przynosząc poszczególne żądane przez blina składniki niezbędne do produkcji mikstur, które musiał czym prędzej wytworzyć i bez chwili zwłoki zastosować. Opłakany stan pacjentów nie pozostawiał cienia wątpliwości, że każda chwila opóźnienia może okazać się katastrofalna w skutkach i udaremnić wszelkie wysiłki ich uzdrowienia. Szczęście, że akurat znajdowali się w pobliżu eksplozji, inaczej nic nie uchroniłoby nieszczęśników od niechybnej śmierci. Nie tracąc cennego na wagę złota czasu pozbierali porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów mniejsze i większe kawałki ciał uważając przy tym by krwawych strzępów nie pomieszać, co wcale nie było czymś łatwym.
Blin uwijał się teraz pomiędzy nimi, a parującym nad ogniskiem garncem, do którego wnętrza bez przerwy dorzucał przynoszone wg jego wskazóweg składniki dokonując ich wcześniejszej selekcji i odpowiednio je preparując. Wyprodukowaną kleistą miksturę nakładał do form sylwetek wydrążonych w glinie i kamieniach, do których wcześniej przeniósł skrupulatnie pozbierane szczątki porozrywanych ciał.
- Więcej skorup jaszczurczych jaj! Wystarczy już zardzewiałych sierpów! – komenderował jednocześnie. – Mniejsze bryły świńskiej siarki! Świeższe mściuchowe łajno! Ta żaba jest zbyt senna! Odór chłopa zbyt ulotny! Pot wiewiórki za mało słony!
I tak bez końca. Mordercza harówka trwała niemal godzinę. Swietłana Aleksandrowna, której siły były już wcześniej porządnie nadwątlone przez szalejące alter ego Barneya słaniała się od dłuższego czasu na nogach, ale pracy nie przerwała w wyniku czego w końcu padła zemdlona na posterunku. Na szczęście wstępne czynności związane z uzdrawianiem miały się ku końcowi i po chwili mnich mógł zająć się również nią.
- Mówiłem wam przecież by na nią uważać – parsknął purpurowy ze złości. – Nic nie potraficie zrobić do końca dobrze!
- Coś by się znalazło – odparła figlarnie Mary Lou co spotkało się z gorliwym poparciem Stefana.
Tego było już blinowi za wiele. Przerwał klepanie po twarzy nieprzytomnej Swietłany Aleksandrowny i poderwał się na równe nogi jak wystrzelony z procy.
- Że co? – wypalił chlastając Mary Lou na odlew w uśmiechnięte japiszcze. – Żartów wam się zachciewa!?
To wykrzyczawszy wyprowadził morderczy lewy sierpowy, który trafił Stefana w podbródek w czego efekcie w powietrzu zafurczało od kolorowych falbanek i koronek. Chustka spadła z głowy obracającego się niczym w piruecie ciała, które kilka metrów dalej spoczęło w kępie wysokiej wyschniętej na wiór trawy. Bochen nie zadając sobie trudu dokonania oględzin ofiary powrócił do przerwanych czynności. Podstawiona pod nozdrza fiolka amoniaku z jednoczesnym chlaśnięciem w pysk otwartą dłonią szybko przyniosły oczekiwany efekt. Swietłana Aleksandrowna zamrugała nerwowo, oblizała się, beknęła głośno i usiadła wyprostowana jak nakręcona zabawka.
Natomiast opatrywane szczątki mężczyzn nadal nie wyglądały dobrze i bardziej przypominały stygnącą galaretę, do której kucharz nawrzucał wszystkiego co tylko miał pod ręką. To jednakże blina nie martwiło. Takie muszą być kolejne fazy procesu. Bohen dokładnie obejrzawszy krzepnące ciała zaczął teraz tu i ówdzie wstrzykiwać różnego rodzaju specyfiki, posypywać sproszkowanymi korzeniami, smarować balsamami i skrapiać mętnymi kroplami z wydobytych z tajemniczego mnisiego zawiniątka fiolek, puszek i buteleczek. Przygwizdywał przy tym z cicha mocno marszcząc czoło, co wskazywało na maksymalne skupienie uzdrowiciela. Jego imponujących rozmiarów szpony potrafiły w równym stopniu rozszarpywać co i kleić ciała w razie potrzeby stając się delikatnymi i precyzyjnie dokładnymi. Co pewien czas oświetlał ciała ogniem pochodni, którym również gdzieniegdzie je przypiekał posypawszy wcześniej popiołem. Proces ten trwał kolejne kilka godzin, a zaraz po nim nastąpiło dopasowywanie plastrów, bandaży i skrawków płótna. Skończywszy mnich obiektywnie ocenił dzieło i uznał, że w tej chwili niczego więcej nie jest w stanie zrobić. Przykrył rekonwalescentów kawałkiem brezentu i niemal bez sił spoczął przy dogasającym ogniu. Po jego drugiej stronie Swietłana Aleksandrowna i Mary Lou opatrywały Stefana, którego szczęka wyzbyła się kilku elementów składowych oraz niepokojąco chwiała w zawiasach. Kobiety nie odzywały się do siebie przy tych czynnościach tylko od czasu do czasu rzucały mnichowi spojrzenia pełne wyrzutu i dezaprobaty.
W końcu Mary Lou nie wytrzymała i wypaliła:
- Jak mogłeś? – zaszczebiotała sepleniąc nieco w wyniku niezbyt precyzyjnie dopasowanej szczęki dolej, którą onegdaj utraciła w podobnych okolicznościach jak teraz Stefan. – Ty potworze! Obiecałeś, że nigdy więcej tego nie zrobisz!
Mnich mimo nadwątlonej kondycji zerwał się z podłoża i wskazując Stefana palcem zaskrzeczał:
- Jak mogłem? Potworze? Ja? A kto kazał szczerzyć zęby w takiej chwili? Losy Jewgiennija Konstantynowicza wiszą na włosku, a toto się mizdrzy. Reszta zresztą też. I wy mi czynicie wyrzuty?!
Splunął teatralnie chodząc w tę i we w tę.
- Wstydźcie się! – kontynuował. – Gdyby nie niezbędna z waszej strony pomoc wszystkie bym was po gębach wytrzaskał albo jeszcze gorzej. I by się należało! Bo jak najlepszy przyjaciel jest w potrzebie to trzeba mu przede wszystkim pomóc, a nie o doczesnych pierdołach myśleć! A jakby to wam coś takiego się przytrafiło, a my zamiast spieszyć z ratunkiem gorzałkę poszlibyśmy pić? Co?
Kobiety w milczeniu pospuszczały głowy. Nawet jeśli słowa mnicha ich nie przekonywały żadna z nich wolała mu się nie sprzeciwiać gdy jest tak bardzo emocjonalnie wzburzony. Groziło to bardzo przykrymi konsekwencjami czego każda z nich w mniejszym lub większym stopniu doświadczyła już osobiście w przeszłości.
- Spać teraz idę – oznajmił blin. – Obudźcie mnie za trzy godziny. Tylko żeby cały czas ktoś czuwał przy nich. Niczego nie dotykajcie. W razie jakichkolwiek problemów budźcie mnie trzecim sposobem. I pamiętajcie. Musimy koniecznie odpłynąć przed świtem więc żadnych ceregieli przy budzeniu. Od tego zależeć może nawet życie nas wszystkich! Mam nadzieję, że to do was dotarło!
To powiedziawszy wyskoczył w górę jakby zamierzał okrakiem przeszybować nad wyimaginowaną przeszkodą, ale nie poleciał w przód tylko na ułamek sekundy zawisł w powietrzu, po czym runął w dół na przygotowane w pośpiechu prowizorycznie posłanie wzbijając przy tym tumany kurzu.
W tym momencie wydaje się zasadne kilka słów wyjaśnienia w zakresie wspomianego wyżej przez Bochna sposobu budzenia. Otóż blinowie wprowadzili w swoich klasztorach trzystopniowy sposób budzenia. Budzenie pierwszym sposobem było niczym innym jak zwykłym nawoływaniem po imieniu lub przy użyciu określeń o pozytywnym wydźwięku, delikatnym potrząsaniu za ramię i, co najwyżej, poklepywaniem twarzy. Sposób drugi miał nieco poważniejszy i bardziej wymowny charakter i polegał na pochyleniu się nad śpiącym z wściekłym wrzaskiem, w skład którego mogły wchodzić słowa powiązane dowolną konfiguracją i o zupełnie swobodnym wydźwięku emocjonalnym, któremu towarzyszyło walenie metalową rurką, młotkiem lub czymś innym (z zachowaniem odpowiedniej konstrukcji i budulca) w blaszaną pokrywę od kotła na bieliznę (substytut pokrywy również był dopuszczalny). Najbardziej drastycznym elementem drugiego sposobu budzenia, było uderzanie takąż pałką w czoło śpiącego lub walenie pięścią wszędzie, z wyjątkiem ust, nosa i oczu. W ten sposób dochodzimy do sposobu trzeciego, który nie rządzi się w zasadzie żadnymi regułami, a ma na celu jedynie obudzenie śpiącego w jak najszybszym czasie bez względu na zastosowane środki. W przypadku osób o delikatnym śnie trzeci sposób właściwie niczym nie różnił się od pierwszego i miał bardzo łagodny przebieg. Natomiast w odniesieniu do osób o tak zwanym śnie kamiennym, bywało już dużo gorzej i mogło skończyć się niezwykle przykro dla budzonego. W tym momencie należy również zwrócić uwagę, że niebagatelne znaczenie miała tu osobowość budzącego. Jeśli bowiem była nim osoba o usposobieniu łagodnym, to budzony z bardzo dużym prawdopodobieństwem unikał w trakcie budzenia kontuzji. Jeśli natomiast był nim ktoś z natury porywczy i, co gorsza, o skłonnościach sadystycznych, wówczas budzony mógł zostać skutecznie wyrwany ze snu błyskawicznie i tylko na równie szybką chwilę by zaraz potem zapaść w sen wieczny.
W klasztorach prowadzonych przez blinów przypadki sadystycznych budzicieli występowały niezwykle rzadko, by nie rzec, że nie zdarzały się wcale. Jednakże budzenie podobnie jak wiele innych elementów życia codziennego jest również częścią składową zegara biologicznego innych istot, które całymi garściami czerpią wzorce ze sprawdzonych metod przez wieki stosowanych u mnichów. Niestety z mozołem i pielęgnacją opracowane sposoby trafiając w ręce innych często po kilku latach ulegają modyfikacjom i osiągają postać niewiele mającą wspólnego z pierwowzorem. Blinowie nie raz przełykali gorzką pigułkę słysząc, że ktoś gdzieś komuś poderżnął gardło podczas snu. Załamywali wówczas ręce nad głupotą i krótkowzrocznością.
Z czasem drastyczne przypadki mnożyły się przybierając na sile i rozmachu. Bardzo dobrym tego przypadkiem był szpital zakaźny we Władykaukazie. Otóż ordynator tamtejszego oddziału dla chorujących na wyjątkowo uciążliwe schorzenia laryngologiczne, jak na przykład zwyrodnieniowe rdzewienie nozdrzy lub opryszczkowa pląsawica uszna prosta, jednej nocy otrzymał za pośrednictwem faksu wiadomość o wynalezieniu cudownego leku mającego raz na zawsze położyć kres większości leczonych w szpitalu chorób znacznie też ograniczając działanie pozostałych. Wobec tak obiecujących informacji lekarz postanowił niezwłocznie podzielić się nimi z cierpiącymi pacjentami, których morale w wielu przypadkach było znacznie nadszarpnięte co w bardzo dużym stopniu utrudniało leczniczą terapię. Aby w jak najszybszym czasie obudzić wszystkich w tym również tych, którzy mięli poważne problemy ze słuchem co eliminowało skuteczność budzenia dzwonkami umieszczonymi w salach i na korytarzach ordynator zszedł do piwnic, gdzie detonował kilkutonowy ładunek plastiku w skutek czego cel swój osiągnął, ale zadania nie wypełnił tyle, że o tym się nie przekonał z wiadomych przyczyn.
Od tamtej tragedii zabroniono umieszczać w szpitalnych piwnicach trotylu, dynamitu, plastiku i wszelkich innych ładunków wybuchowych, które dotychczas były w nich przechowywane na wypadek wybuchu epidemii. Postanowiono zastąpić je zajmującym niewiele miejsca ładunkiem uranu, którego detonację mogło uruchomić jedynie dwóch kooperujących ze sobą pracowników szpitala. W celu uniknięcia sabotażu tak ustawiono zmiany obu pracowników aby nigdy nie przebywali oni na jednej i tej samej zmianie, co okazało się posunięciem chytrym, przebiegłym i w swojej prostocie skutecznym i niezawodnym. Takie rozwiązanie sprawdziło się w stu procentach gdy w jednej ze specjalistycznych klinik trudniących się leczeniem niezwykle złośliwego raka odpadniętej ręki wybuchła zaraza. W przeciągu kilkudziesięciu minut zarażeniu uległy wszystkie przebywające ówcześnie w szpitalu odpadnięte ręce. Nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić jakie byłyby skutki wydostania się epidemii poza mury szpitala. Na szczęście do tego nie doszło gdyż wezwany w trybie doraźnym pracownik posiadający drugą połowę niezbędnych uprawnień do dokonania koniecznych w tym momencie czynności zjawił się na miejscu zanim przyszedł ów moment krytyczny. Dzięki sprawnie układającej się współpracy pomiędzy oboma uprawnionymi udało się szybko wysadzić szpital w powietrze i tym samym zniszczyć wszystkie zakażone ręce zażegnując tragedii.
Mimo sprawnie przeprowadzonej akcji wywnioskowano jednak, że rozdzielenie kluczy pomiędzy dwóch pracowników przebywających na różnych zmianach nie jest do końca rozsądne. Założono hipotetycznie, że gdyby jeden z nich zginął tragicznie w drodze do szpitala szansa na zażegnanie tragedii spadłaby do minimum. Zamierzano więc powrócić do poprzedniego rozwiązania, ale wówczas pojawił się postulat, że nieszczęście może równie dobrze spotkać tego jedynego powiernika uprawnień. Wniosek uznano i zamierzano wprowadzić zasadę, że odpowiedzialność spocznie indywidualnie na dwóch pracownikach, co zostało jednakże odrzucone z tych samych, co wyżej przyczyn. Decyzję o odmowie uzasadniano tym, że prawdopodobieństwo przy takim rozwiązaniu malało tylko o połowę nadal problemu skutecznie nie eliminując. Podobnie było z propozycją poszerzenia uprawnień na trzy, cztery i pięć osób co w dalszym ciągu tylko bardziej ograniczało możliwość wystąpienia epidemii, ale mimo wszystko jej wystąpienia nie wykluczało. W ten sposób uznano wreszcie, że możliwość detonowania ładunku powinien mieć cały personel. Był nawet pomysł żeby uprawnienia rozszerzyć nawet na pacjentów, ale ten wariant odrzucono i zawieszono obrady pozostając przy ograniczeniu wyłącznie do pracowników szpitala. Problemu nie uznano jednakże za rozwiązany i sprawa w dalszym ciągu była traktowana jako czynna. W tym momencie należy wspomnieć, że powyższe rozwiązanie doprowadziło do całej serii nieusprawiedliwionych i niewytłumaczalnych eksplozji, które kolejno eliminowały poszczególne placówki medyczne, w krótkim czasie likwidując szpitale o tej specjalizacji niemal całkowicie.
Dalsze problemy związane z powyższym nie zostaną w tym momencie omówione z uwagi na ich niezwykle szeroki zasięg, brak szczególnego znaczenia dla przytaczanej historii oraz znaczny stopień zawiłości i komplikacji. Należy wszakże wspomnieć, że przytoczone przypadki i szereg innych do nich podobnych doprowadził do tego, że blinowie coraz bardziej skrupulatnie wybierali powierników swych pomysłów z czasem nie dzieląc się swymi tajemnicami i odkryciami z żadnym innym gatunkiem. Bynajmniej nie czynili tego z zawiści, czy z chęci zachowania odkryć wyłącznie dla swojej rasy. Ich na pierwszy rzut oka egoistyczne czyny podyktowane były tylko i wyłącznie dobrem i bezpieczeństwem wszystkich żyjących istot. Niestety, mimo iż postawa to szlachetna, wskutek niej cały świat jest znacznie uboższy, a życie bardziej kruche i ulotne. Czy można w tym momencie potępiać mnichów za ich decyzje? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i jednoznaczna, a jej treść wymaga głębokich przemyśleń i dyskusji. Jeśli jednak kiedykolwiek padnie, będzie to z pewnością koniec, a zarazem początek czegoś nowego. Pytanie tylko czego.
*
Na widok Garego zwierzęta wybiegły z pieczary i zaczęły po kolei wskakiwać mu na ręce i zasypywać go specyficznymi rosomaczymi pocałunkami. Rosomaki wbrew panującej o nich opinii określającej je jako istoty między innymi niedostępne, opryskliwe, nietowarzyskie, złośliwe i gruboskórne są w rzeczywistości nad wyraz przyjaznymi i uwielbiającymi pieszczoty zwierzętami. Sęk w tym, że mało kto ma ochotę się o tym przekonać i raczej stroni od tych przemiłych stworzeń. Typowym zachowaniem rosomaka, które jednakże z uwagi na powyższe powody jest widokiem niezwykle rzadko spotykanym, jest całowanie na powitanie w sposób iście rosomaczy. Otóż każdy rosomak spotykając oczekiwanego z niecierpliwością lub dawno nie widzianego przyjaciela mocno oplata mu ramiona wokół szyi i tak ściska kilka minut aż witany traci dech. Wówczas rosomak spieszy mu z pomocą rozdziawiając usta mdlejącego przy pomocy silnych łap przednich składając je nasadami dłoni do zewnątrz i do granic możliwości w ten sposób rozciągając gryząc jednocześnie w wargi i język. Niekiedy kończy się to sporymi zajadami, ale to niewielka zapłata za tak cudowne przeżycie.
Na widok Garego rosomaki cieszyły się jak rosomaczęta, które zobaczyły nagle długo oczekiwanego przebywającego w dalekiej i niebezpiecznej podróży rosomaka ojca. Gary wzruszył się i dwie wielkie jak grochy łzy spłynęły mu po pokrytych kurzem policzkach znacząc je jasnymi korytami. Bździuch też odczuwał radość, gdyż jeden z rosomaków cechujący się nadpobudliwością i wyjątkową aktywnością seksualną ledwie skończywszy stosunek z nogą Garego, uczepił się końskiego pokaźnych rozmiarów przyrodzenia i tak dyndał i huśtał się, niczym dzieciak w lunaparku. To była ulubiona zabawa ich obu, a Gary nie miał nic przeciwko nawet niekiedy odczuwał na ten widok coś na podobieństwo ekscytującej i rozpalającej od wewnątrz dumy. Raz jeszcze wielce mu ulżyło z powodu reaktywacji wierzchowca. Jego śmierć może nie złamałaby mu serca, ale z pewnością utrudniła swobodę funkcjonowania.
Po kilkunastu minutach radosnych powitań Gary zniknął w pieczarze wraz z workiem skrywającym części mające pomóc mu w remoncie żeleźniaka. Tymczasem rosomaki nazbierały chrustu i rozpaliły niewielkie ognisko, nad którym niedługo potem piekła się już całkiem słusznych rozmiarów pardwa.
Tymczasem Gary odetchnął z ulgą stwierdziwszy, że przywiezione przez niego części jak ulał pasują do mechanizmu żeleźniaka. Wskoczył na siedzisko i uruchomił maszynę zamaszyście pedałując i pociągając za poszczególne elementy skomplikowanego układy dźwigni, suwaków i pokręteł. Rosomaki zamarły, gdy żeleźniak wypadł z pieczary niczym olbrzymi rozjuszony tygrys, ale zaraz uspokoiły się widząc uradowanego i panującego nad machiną Garego. Z kolei szczęk i stukot poszczególnych elementów metalowej konstrukcji w ogóle nie wystraszył, ani nawet nie zdziwił Bździucha, który przez długie lata koegzystencji z łowcą przywykł już do jego różnego rodzaju zabawek. Parsknął nawet radośnie, stanął dęba i obrócił się w zgrabnym piruecie ku radości rosomaka, który dzięki temu poszybował wysoko w górę zataczając szeroki łuk, jak na karuzeli łańcuchowej.
Jazda na karuzeli, szczególnie łańcuchowej jest ulubioną zabawą nie tylko młodych rosomaków. Ale one wprost ją uwielbiają. Niestety z uwagi na samolubność ludzi, którzy zajmują się konstruowaniem tego rodzaju urządzeń rosomaki mają do nich bardzo ograniczony dostęp. Niektóre z nich nie mogąc się obyć bez cyklicznego korzystania z tej uciechy imają się różnych metod oszukiwania osób nadzorujących lunaparki i przebierają się za psy, które nie wiedząc czemu na karuzelach mogą jeździć do woli. Być może stąd właśnie bierze się nad wyraz ostra w przejawach niechęć rosomaków do psów.
Tymczasem fachowo kierowany żeleźniak perfekcyjnie wykonał kilka skomplikowanych manewrów pozostawiając na piaszczystym podłożu podłużne i głębokie ślady mechanicznych stóp, po czym ponownie zniknął w pieczarze, z której po chwili wyłonił się Gary. Z aprobatą ocenił efekty kulinarnych zabiegów swoich towarzyszy i zadowolony usiadł przy tlącym się ognisku. Skupione wokół niego zwierzęta przepychały się wzajemnie próbując zająć najbliższe łowcy miejsce, ale za nic nie mogły dojść na tej płaszczyźnie do porozumienia. Uspokoiły się dopiero na widok wydobytego przez Garego cudownego fletu. Gdy umilkły ostatnie pomruki i pochrząkiwania mężczyzna przytknął instrument do ust i delikatnie weń dmuchnął przebierając jednocześnie palcami po otworach zmieniając tonację wydobywających się dźwięków. Gdy uznał, że brzmi prawidłowo przymknął oczy napawając się otaczającą go absolutną niczym nie zmąconą ciszą, którą od czasu do czasu ozdabiały tchnienia wiatru, szum wysokich traw i szelest liści pobliskich drzew. Przez chwilę zastanawiał się co zagrać. Bździuch lubił każdą muzykę bez względu na jej odmianę, za to rosomaki poza muzyką klasyczną gustowały w hard i grind corze, wziął więc potężny oddech i błyskawicznie przebierając palcami zaprezentował trzy utwory Napalm Death oraz po dwa Carcass i Extreme Noise Terror. Gdy skończył ujrzał rozanielone rosomaki wpatrujące się weń urzeczone z szeroko rozwartymi oczami. Koń niczym w letargu dłubał w ziemi kopytem.
- Starczy na dziś – rzekł. – Inaczej znów nie będziecie mogli spać.
Schował flet i widząc zawiedzione miny rosomaków rzekł:
- Późno już, niedługo świt, a za dnia czeka nas jeszcze wiele roboty.
Spojrzał na kręcącego nosem najbliżej siedzącego pokrytego niemal czarną sierścią zwierzaka.
- Hermanek?
Rosomak natychmiast wyprężył się w postawie zasadniczej.
- Masz pierwszą wartę. Potem Zyzio, a ostatni Koperek. Sierżant odpoczywa, bo jutro mam dla niego zadanie specjalne. Teraz muszę jeszcze popracować z żeleźniakiem.
- Tak jest! – zaskrzeczał gorliwie Hermanek.
Gary wstał i ruszył do jaskini.
- A ty Zyzio – dodał na odchodne. – Odczep się wreszcie od Bździucha. Jutro ty też masz być w świetnej kondycji.
W grocie było już niemal zupełnie ciemno, więc pociągnął z manierki malutki łyk koncentratu sporządzonego na bazie szczyn nietoperza i niemal od razu obraz docierający do centrum jego ośrodka nerwowego przybrał na wyrazistości. Położył dłoń na chłodnym pancerzu żeleźniaka i poczuł coś na podobieństwo dumy i wewnętrznej harmonii. Miał już zabrać się za konserwację prawej przekładni, która nieco zbyt mocno skrzypiała, gdy jego uwagę przykuł parciany worek, w którym przechowywał futerał z Listonoszem. Jego powierzchnia drgała. Nie tracąc czasu wydobył drewnianą niemal podskakującą skrzynkę, wyjął Listonosza i szybko go nakręcił.
- Wiadomość ważna okrutnie ważna wiadomość – natychmiast wypalił malec wręczając Garemu depeszę.
Widać było, że blaszak wykonał swoją powinność z czystego obowiązku nie mając z tego krztyny przyjemności. Jakby dla potwierdzenia swojego stanu emocjonalnego wykrzywił przy tym usta w grymasie boleści i uszczypnął Garego w kciuk. Zaciekawiony treścią wiadomości Łowca nie zareagował na tę złośliwość. Przeczytawszy treść korespondencji zaklął siarczyście, a zaraz potem szeroko się uśmiechnął.
- Tektura – syknął. – Chcesz przechytrzyć Garego, ale to Gary załatwi ciebie.
To powiedziawszy splunął obficie, dziękując jednocześnie opatrzności, że Kozakiewicz nie wykazał zainteresowania skrzynką z Listonoszem. Co prawda Gary niegdyś radził sobie bez niego doskonale, ale odkąd wszedł w jego posiadanie i wiele sytuacji było łatwiejszych do przewidzenia i klarowniejszych. Zastanowił się chwilę po czym podyktował treść odpowiedzi. Gdy tylko malec dąsając się nadał wiadomość, łowca zdzielił go w bok głowy trzonkiem sztyletu, aż blaszakowi spadła czapka.
*
- Jest odpowiedź – powiedział młodzieniec z wytatuowaną głową delikatnie potrząsając ramieniem śpiącego dowódcy.
Muzyk wstał natychmiast. Nie było widać śladu snu, w którym pogrążony był od bitych trzech godzin. Twarz miał wąską, wysokie czoło i długi szpiczasty nos. Niezwykle cienkie wargi sprawiały wrażenie, jakby ich w ogóle nie było. Rzadkie blond włosy mężczyzna zaczesywał na lewo, co w połączeniu z kuloodpornymi okularami, zainstalowanymi na stałe za pomocą stalowych śrub wkręconych bezpośrednio w czaszkę, nadawało jego fizjonomii iście akademickiego charakteru. Był szczupły, energiczny, o ruchach szybkich i sprężystych. Wysłużona drelichowa koszula zapięta na ostatni guzik skrywała ciało wysportowane i zahartowane. Źrenice delikatnie powiększone przez szkła okularów zbiegały się ku sobie co wbrew pozorom w najmniejszym stopniu nie utrudniało mu optycznej oceny rzeczywistości. Lata praktyki nauczyły go gotowości w każdej chwili o dowolnej porze dnia i nocy. Złośliwi twierdzili, że nawet siedząc na kiblu, w razie potrzeby potrafił natychmiast na powrót wciągnąć balasa i jednocześnie siać z kałasznikowa, rzucać granaty, podkładać bomby, podrzynać gardła i tym podobne, podczas gdy spodnie same wędrowały mu na dupsko.
Spojrzał na podskakującego niecierpliwie Listonosza i skinął dłonią w geście przyzwolenia.
- Tektura to zdrajca to Tektura – zadudnił malec wręczając Muzykowi list. – Było go kropnąć go było – zakończył przybierając mądrą minę.
- Powstrzymaj się od komentarzy – powiedział surowo dowódca i szybko odczytał depeszę.
- Wołaj Pulchnego – zwrócił się do młodzieńca natychmiast po skończeniu lektury.
Po chwili trzej mężczyźni siedzieli przy niewielkim stoliku pogrążeni w cichym dialogu.
- Ten sukinsyn chce byśmy powykańczali się wzajemnie – poinformował zgromadzonych Muzyk. – Wiecie kim jest nasz cel? Ten wynajęty, który ma się rozprawić z tym Kozakiewiczem, rzekomym oszustem i hochsztaplerem? Uważajcie. To Gary Kau.
Mężczyźni znieruchomieli.
- Ale Gary go capnął – kontynuował Muzyk. – A ten okazał się być kimś zupełnie innym. Sami przeczytajcie.
Przekazał pismo towarzyszom i czekał w milczeniu. Pulchny, mężczyzna w średnim wieku, o krótko ostrzyżonych, przyprószonych siwizną włosach i bujnej sięgającej połowy piersi brodzie był najstarszy z całej trójki. Przydomek w chwili obecnej zupełnie doń nie pasował, ale na stałe przylgnął do niego jeszcze za czasów studenckich, kiedy to przy swoim niezbyt imponującym wzroście, za jaki trzeba uznać sto sześćdziesiąt centymetrów, ważył dwie i pół tony. Do takiej fizycznej katastrofy doprowadził się w wyniku miłosnego zawodu zakończonego kilkuletnią depresją, w czasie której jadł wyłącznie świński smalec, ziemniaki i fragmenty przyklejanych na opakowania etykietek informujących o wadze różnych zawartych w nich produktów spożywczych. W ten sposób nadzwyczaj szybko nabierał masy, ale względnie jeszcze funkcjonował. Trwało to do momentu, kiedy wpadł na pomysł konsumowania wyrywków opakowań z towarów przemysłowych, a w szczególności listów transportowych w jakie wyposażone są towarowe wagony kolejowe.
Od tej pory Pulchny zaczął przybierać na wadze błyskawicznie i gdyby nie doskonała przemiana materii z pewnością szybko dokonałby żywota. Wówczas spotkał Garego Kau, który urzeczony jego determinacją skierował go do FTI. To był przełom. Niedługo potem spotkał Muzyka, który również wiele zawdzięczał Garemu, dzięki czemu ich dalsze losy splotły się we wspólny warkocz misyjny. Wcześniej Muzyk przez długie lata tkwił na rozdrożu pomiędzy chęcią słuchania grających studzienek i nienawiścią do swoich ówczesnych towarzyszy.
Z kolei młodego Wiktora obaj poznali w trakcie wspólnej misji ratunkowej, której celem było ocalenie wody, którą chcieli wyżłopać umierający z pragnienia mieszkańcy pustynnych rejonów wschodniej ćwiartki. Gdyby nie ich ówczesna brawurowa akcja, to cała woda zostałaby wypita i rzecz odwlekłaby się jedynie o kilka kolejnych spędzonych na lamencie dni. A tak woda została bezpieczna, a stosy umarłych pożarły śmierdnice i pleśniaki dzięki czemu ich aktywność w tamtym rejonie znacznie opadła.
Wiktor był wówczas misjonarzem, który uporczywie pragnął nawracać rdzennych, tkwiących w plemiennych strukturach mieszkańców. Początkowo nawet odnosił na tym polu nieliczne sukcesy i niektórzy zmierzający do wodopoju faktycznie nawracali z powrotem do wioski, ale z czasem gdy susza przybrała niebotyczne rozmiary nikt nie chciał już misjonarza słuchać wpędzając go tym samym w kompleksy i powodując zwątpienie. Gdy Pulchny z Muzykiem przybyli na miejsce Wiktor od trzech dni dyndał już na sznurze od żelazka. Cudem udało się go odratować, ale od tamtej pory był nieco małomówny.
Brodacz nie skomentował treści listu czekając aż zapozna się z nią najmłodszy z grupy. Wiktor czytał długo, a w trakcie lektury jego tatuaże zaczęły zmieniać konfigurację, co świadczyło o niezwykłym wysiłku umysłowym połączonym z wzbierającymi w nim bardzo silnymi emocjami. W końcu zmiął papier, cisnął nim w róg pokoju i energicznie powstał.
- Kozakiewicz – powiedział wolno – To mój brat.
Widząc zaskoczone miny towarzyszy kontynuował.
- Hieroglify, o których pisze Gary Kau to język mojego bractwa. Mam takie same.
Mężczyźni przypatrywali mu się w milczeniu oczekując dalszych wyjaśnień.
- Stary opat z mojego klasztoru powiedział mi na łożu śmierci, że mam brata bliźniaka, tyle że starszego o blisko dwadzieścia lat. Wtajemniczona w nauki bractwa matka wytatuowała nam na głowach znaki, które widzicie.
Pozostali mężczyźni popatrzyli po sobie z powątpiewaniem.
- Nie możesz mieć brata bliźniaka starszego o dwadzieścia lat – powiedział Muzyk kręcąc głową.
- Niby czemu? – odparł zdziwiony Wiktor.
- Jak to czemu? Bliźniacy pochodzą z jednego porodu. Możesz mieć bliźniacze rodzeństwo starsze, lub młodsze o kilka minut, ale nie lat!
Wiktor uśmiechnął się dobrotliwie, co zdarzało mu się niezwykle rzadko odkąd przestał być misjonarzem.
- Zaraz po urodzeniu mojego brata, moją, naszą matkę włożono wraz z nienarodzonym dzieckiem do kriogenicznej zamrażarki. Gdy przyszedłem na świat po rozmrożeniu mój brat bliźniak był już pełnoletni.
Pulchny odkaszlnął.
- Niesamowita historia. To tak jakbyś poleciał w kosmos – rzekł zafascynowany.
- Albo przeniósł się w czasie, jak Szalony Furman – dodał Muzyk.
Siedzieli przez kilka minut w milczeniu analizując niespodziewane informacje. W końcu dowódca wyprostował się opierając na blacie rozpostarte dłonie.
- Nie możemy zabić Kozakiewicza – oznajmił. – Więcej. Musimy go odnaleźć i oddać mu Tekturę. Poza tym trzeba za wszelką cenę załagodzić jego konflikt z Garym. Ten spór jest nam nie potrzebny. Bez względu na jego wynik w efekcie straci życie ktoś wyjątkowo wartościowy.
- Popieram – rzucił szybko Pulchny.
Muzyk bez słowa skinął głową.
- Dziękuję – dodał cicho Wiktor spuściwszy wzrok.
Po krótkich uzgodnieniach planu wstali niemal jednocześnie. Muzyk wysłał depeszę do Garego, podczas gdy pozostali udali się z wizytą do Tektury.
*
- Nie mogę tak żyć – płakał Jewgiennij Konstantynowicz. – Nie pamiętam twarzy towarzysza Stalina!
- Ja pamiętam go doskonale – dodał Marynarz. – Chociaż nigdy go nie widziałem. Wcale za to nie przypominam sobie Miękkiego Zenka, a wiem, że pływałem z nim piętnaście lat!
- Taki mały ze szramą na dupie? – zapytał pułkownik ocierając mankietem łzy.
- A skąd mam, do cholery wiedzieć, skoro go nie pamiętam! – wybuchnął Marynarz.
- Bo ja mam przed oczami takiego właśnie – frasował się żołnierz. – Ale za cholerę nie wiem kto to taki.
- Chwila – wtrącił Bochen, który przysłuchiwał się od dłuższego czasu lamentom wskrzeszonych towarzyszy. – Poszatkowało was na drobno jak w sieczkarni. Dobrze, że w ogóle udało się was pozbierać i złożyć do kupy. Musi minąć trochę czasu. Jak okrzepniecie można będzie dodatkowo zweryfikować waszą konstrukcję wymieniając niepasujące elementy. To wcale nie takie trudne, musimy tylko udać się do mojego mistrza. Tymczasem trzymajmy się razem i spieprzajmy do portu. Wyjątkowo nie służy nam ta kraina.
- Powiedział, co wiedział – bąknęła niewyraźnie Maty Lou.
- Przygotujcie się – zignorował uwagę blin rozpościerając magiczne klejnoty. – To ostatnia szansa. Mam już niewiele mocy.
*
Słońce nieśmiało zabierało przestrzeń uporczywej nocy. Początkowo mozolnie wyłaniało się zza horyzontu, jakby coś usilnie wpychało je z powrotem. Z każdą chwilą jednak coraz bardziej śmielej gniotło gęste chmury, by w końcu wystrzelić na nieboskłon niczym łaknący życia noworodek. Przystań o tej porze cicha i spokojna kołysała delikatnymi morskimi liźnięciami liczne łodzie i kutry łagodnie budząc je ze snu. Mewy nieśmiało opuszczały domowe pielesze popiskując w niezrozumiałym dla zgromadzonych dialogu.
Marynarz stał na końcu wysuniętego w głąb zatoki mola wdychając poranną bryzę jak życiodajny eliksir. Mimo utraconych na rzecz Żopajewa cech i wspomnień nadal pozostał Marynarzem. Jego oddech początkowo spokojny z każdą chwilą stawał się coraz mocniejszy, świszczący i złowróżbny. Spokojne wody zaczęły pokrywać się zmarszczkami i pieniącymi się fałdami by po kilku minutach chłostać kadłuby przycumowanych statków zamaszystymi biczami wzburzonej wody. Fale zaczęły niebezpiecznie zalewać drewniany trap jakby lada chwila miały go roznieść w drzazgi. Nagła zmiana aury zdawała się nie robić najmniejszego wrażenia na Marynarzu, który jeszcze bardziej intensywnie chłonął powietrze rozwartymi szeroko nozdrzami i otwartymi ustami, przez co wiejący od morza wiatr coraz bardziej przybierał na sile zwiastując gwałtowny sztorm. Kobiety skuliły się za drewnianą budą, w której rybacy składali dziurawe oczekujące remontu sieci, spoglądając z nadzieją na pułkownika, szukając w nim oparcia i ochrony przed wzmagającym się żywiołem. Jewgiennij Konstantynowicz nie był jednak w tej chwili do końca sobą. Targały nim wewnętrzne sprzeczności i nawarstwiające się wątpliwości. Nie mógł pogodzić się z utraceniem wspomnień, a obietnica blina, że z czasem wszystko wróci do normy zupełnie go nie przekonywała. To dodatkowo go drażniło gdyż był świadom, że Bochen jest bodaj jedyną osobą, której tak naprawdę mógł zaufać. Bijące się w jego głowie myśli podpowiadały mu, że to namiastka Marynarza, którą w tej chwili w sobie nosił jest przyczyną nurtujących go wątpliwości, ale mimo tej świadomości nie był w stanie zapanować nad targającymi nim rozterkami. Blin stał nieopodal wpatrując się we wzmagający się żywioł. Pocięta zmarszczkami surowa twarz chłostana coraz silniejszymi niosącymi słone bicze powiewami wiatru, poły habitu targane podmuchami niczym zębami wściekłych, żądnych mordu bestii i ociekająca lodowatą wodą sylwetka nadawały jego wyglądowi upiornego wizerunku.
Żopajew, mimo wewnętrznych rozterek, nadal pozostawał twardym, zahartowanym w boju żołnierzem, co nakazywało mu stanąć u boku przyjaciela. Wychynął zza osłaniającego go od nadciągającej burzy trzeszczącego w fasadach spichlerzu i w tym samym momencie ujrzał wyłaniający się zza oddzielających przystań od otwartego oceanu wzgórz wielki dwumasztowy żaglowiec, który niebezpiecznie kołysany na boki pruł fale na podobieństwo rzeźnickiego noża. Czarne płótna żagli chociaż poddawane potężnym podmuchom wichru nie zostały zwinięte, a mimo to w najmniejszym stopniu nie były uszkodzone. Nadęte jak olbrzymie pierzyny sprawiały wrażenie, jakby miały się za chwilę rozerwać na strzępy uwalniając piekielne moce sprowadzając na okolicę chaos i zniszczenie. Żopajew otworzył usta w obezwładniającym ciało podziwie połączonym z grozą zbliżającej się niszczycielskiej siły, która spersonifikowana pod postacią ponurego żaglowca zdawała się zapowiadać nieunikniony Armagedon. Zerknął na Bochna i w jego na ogół nieskazitelnie spokojnej twarzy również dostrzegł namiastkę z trudem kamuflowanego niepokoju. Uszy rozsadzało im podniesione do granic możliwości ciśnienie wspomagane przez wściekłe wycie huraganu. Jedynie Marynarz zdawał się być zupełnie obojętnym albo raczej panującym nad niecodziennym zjawiskiem. Stał z uniesionymi w górę, rozpostartymi szeroko ramionami i krzyczał w narastający wicher, który porywał jego słowa, unosił je w górę i po chwili roztrzaskiwał o skłębione morskie odmęty jednocześnie okiełznując nimi żywioł. Przycumowane w porcie łodzie zrywane z cum ulatywały w powietrze lądując z hukiem pomiędzy zabudowaniami lub były roztrzaskiwane bezpośrednio o nabrzeże. Jedynie trap, na którym trwali kulący się ogarnięci wzrastającą trwogą towarzysze pozostawał nietknięty. Żaglowiec parł wprost na nich z niesamowitą prędkością i pogodzili się już ze świadomością, że nic nie uchroni ich przed druzgoczącym przeznaczeniem, gdy nagle wszystko ucichło, jakby czas stanął w miejscu, niczym w obrazie utrwalonym na fotografii. Jak od dotknięcia czarodziejskiej kielni wiatr przestał nagle wiać, fale uspokoiły się, bryza zaczęła opadać, chmury rozstąpiły się na podobieństwo rozsuwającej się teatralnej kurtyny, a powietrze stało się przejrzyste jak w spokojny słoneczny poranek.
Marynarz opuścił ręce i odwrócił się do towarzyszy.
- Stało się – powiedział.
Jego głos był czysty chociaż dało się w nim wyczuć zmęczenie. Ustawiony równolegle z molem kołysał się majestatycznie potężny żaglowiec, z którego burty rozwinął się zgrabnie drewniany trap zapraszając na pokład. Marynarz bez najmniejszego lęku wkroczył na statek i gestem zachęcił do tego samego pozostałych, którzy w dalszym ciągu tkwili na miejscach z minami zdradzającymi strach i niepewność przeplecionymi podziwem i uznaniem.
Pierwszy pozbierał się Bochen. Podszedł do Jewgiennija Konstantynowicza i bezskutecznie usiłował wyrwać go z letargicznego stanu. W końcu chlasnął go kilkakrotnie w pysk, a że nie odniosło to skutku poprawił solidnym kopniakiem w dupsko.
- No szto ty mienia w żopu ujebujesz? – ocknął się żołnierz.
- Czas na nas – odparł mnich. – Baby wołaj, bo na pokład nam trzeba.
Sam złapał walizkę z Barneyem i zniknął w ślad za Marynarzem. Pułkownik sprawiał wrażenie, jakby ocknął się z koszmarnego snu. Potrząsnął głową, wzdrygnął się i odwrócił w kierunku baraku.
- Wyłazić diewuszki! – krzyknął. – Nam nużno w rejs ujezżat! Za horyzontem żdajut nas krasiwyje krainy, skarby i wliublionnaja rjebiata! Dawajtie!
Trzy potargane i przerażone sylwetki wyłoniły się zza budynku. Pochód prowadziła Mary Lou, potem Stefan z obandażowaną japą i na końcu słaniająca się na nogach Swietłana Aleksandrowna. Na widok tej ostatniej Żopajew poczuł mrowienie w lędźwiach co niezmiernie go usatysfakcjonowało gdyż świadczyło, że najważniejsze cechy swojej osobowości zachował nienaruszone. Podskoczył do niej i jak uczniak uszczypnął w pokaźnych rozmiarów żyć.
- A pójdziesz, ty! – fuknęła kobieta.
Głos jej był mizerny, ale w swej treści jednoznaczny i stanowczy. Jewgiennij Konstantynowicz uśmiechnął się na to lubieżnie oblizując spierzchnięte od słonej wody wargi.
- Już ja ci dam – bąknął pod nosem znikając zaraz za nimi na pokładzie.
W chwilę później powiał boczny wiatr, a zaraz po nim mocny od lądu. Zamieszanie na pokładzie sprawiło, że nikt nie zauważył chwilowej nieobecności blina, który, jak to miał nie raz w zwyczaju ulotnił się sobie tylko znanym sposobem i po niedługiej chwili wyszedł z ładowni krzywiąc się i pocierając krwawiący pośladek. Dostrzegłszy pytający wzrok Marynarza rozłożył bezradnie ręce i popukał się w czoło.
- Że też ludzie trzymają takie bydlęta – rzekł. – Ugryzie toto w dupę i nawet nie szczeknie.
Podwinął połę habitu ukazując poplamione krwią galoty, na których widać było również ślady po zębach.
- Co się stało? – spytał nieco zdezorientowany Marynarz. – Przecież na pokładzie nie ma żadnych zwierząt?
- Na pokładzie nie ma – odparł zniecierpliwiony Bochen. – Za to w porcie lata tego więcej niż ptactwa.
Wytłumaczenie blina nie do końca przekonało ostrożnego z natury wilka morskiego, ale w obecnej chwili przyczyna pogryzienia mnisiego dupska zdawała się być sprawą co najmniej drugorzędną. Świeżo upieczona załoga zajęła się przygotowaniem statku do rejsu, co ograniczyło się do wykonania mało skomplikowanych rozkazów Marynarza i sprowadziło jedynie do zajęcia wskazanych przez niego kajut. Sam dowodzący akcją ewakuacyjną stanął na mostku z lubością zaciskając dłonie na wielkim kole sterowym. Zanim nieliczni ciekawscy zaczęli wychylać się z opustoszałych za sprawą aktywności Barneya domostw żaglowiec rozwinął ciemne płótna i zniknął za górską podkową otwierającą drogę na pełne morze.
*
- Nie wiecie, co robicie – rzekł Tektura. – Ja mam kontakty, posadę. Jestem powszechnie szanowanym obywatelem, lepiej się zastanówcie. Przecież zawsze możemy się dogadać. Za mało wam zapłaciłem? Podwoję.. a niech stracę, potroję stawkę!
Muzyk zarechotał jakby przed momentem usłyszał przedni dowcip.
- Chodzi o to, przyjacielu – odparł, – że nie wszystko można kupić.
- A tam gadanie – żachnął się Samuel. – Nie ma takiej rzeczy, która nie miałaby swojej ceny wyrażonej w pieniądzu. Kwestia tylko stawki. Mów czego chcecie! I zdejmijcie ze mnie wreszcie te kajdany!
- Zdejmijcie wreszcie ze mnie te kajdany! – parsknął Pulchny naśladując wylękniony głos więźnia. – Kwestia tylko stawki! Co ty pieprzysz sukinsynu? Myślisz, że możesz kupić nasze myśli? Nasz honor? Wiesz w ogóle co to takiego? Honor?
Zdenerwowany mężczyzna aż popluł sobie brodę. Biznesmen przełknął ślinę.
- No, wiem rzecz jasna – odparł niepewnie.
- Słuchamy, słuchamy – zachęcił czerwony z wściekłości łowca. – Oczekujemy niezwykle interesującej definicji.
- Olaboga – jęknął Tektura. – Po co te komedie. Po co tracić czas na debaty nad tak oczywistymi kwestiami. Porozmawiajmy lepiej o…
- Pieniądzach – dokończył Muzyk.
- Właśnie – podchwycił Pulchny.
- No – podjął Samuel czując się nieco pewniej zbaczając na tematy stricte handlowe. – Ile to ja dawałem wam za tych dwóch pożałowania godnych obwiesi…?
Nie dokończył. Zamiast tego na podłogę poleciały dwa nieskazitelnie białe zęby. Wiktor wytarł o nogawkę kolbę winchestera i bez słowa oddalił się w kierunku okna, przez które wypatrywał gości, przyjaciół, wrogów lub czegokolwiek innego co powinno być zawczasu dostrzeżone.
- No to znamy już twoją definicję honoru – powiedział Muzyk. – Może teraz skupmy się na kwestiach handlowych?
Tektura nie odpowiedział zwieszając głowę na pierś pokrywającą się plamami krwi i śliny. Dowódca skinął na Pulchnego. Wiadro zimnej wody wróciło biznesmenowi świadomość.
- Pożałujecie sukinsyny – wysapał. – Daję słowo.
- Słowo? Problem w tym kolego, że twoje słowo jest warte tyle, co garść gówna – podsumował Muzyk.
- Nawet nie – rzucił z kąta Wiktor.
Mężczyźni chwilę przyglądali się więźniowi wymieniając wymyślne spostrzeżenia na temat kaźni, jaką zamierzali mu sprawić. Tektura usiłował negocjować, ale każda próba kończyła się dla niego kolejnym uszczerbkiem na zdrowiu. Przestał wreszcie, gdy Wiktor rozdarł mu policzek przy pomocy swojej niecodziennej fryzury.
- Starczy – przerwał katorgę Muzyk. – Niedługo powinien zjawić się Gary. Coś mu zostawmy. Zaklejcie tylko pysk temu wszarzowi. Nie mogę już słuchać tego bełkotu. Acha. Zawołajcie to grube ścierwo. Niech przyniesie piwo i ser.
- Nie da rady – odparł Wiktor.
- A to niby czemu?
- Ulotnił się.
Dowódca klepnął się w uda rechocząc.
- A to ci dopiero – rzekł. – Dostał pieniądz od tej pierdoły i hulaj dusza. No i dobrze. Piwo zacne warzył. Otworzy gdzieś nową knajpę to się go kiedyś odwiedzi. W takim razie bierzcie tego wrzoda na dół. Sami się ugościmy.
Gruby Lutek najwyraźniej prawidłowo ocenił sytuację i nie dbając o smakowite zasoby spiżarni zniknął bez śladu. Pulchny zastąpił go niemniej fachowo i po chwili na stole stały wypełnione pienistym płynem kufle, tace z owocami, serem i wędzonką. Mężczyźni posilali się zapijając korzennym trunkiem, gdy nagle budynek zaczął się trząść, a uszy wypełnił głuchy rumor wydobywający się z głębi ziemi. Deski podłogi zaczęły trzeszczeć, stoły i taborety podskakiwać jak małe chłopy na rozgrzanej patelni, szyby eksplodowały w oknach. Łowcy odskoczyli z miejsc stając blisko przy ścianach w każdej chwili gotowi do opuszczenia drgającej konstrukcji lokalu. Po chwili podłoga zaczęła się wybrzuszać, ostre jak igły drzazgi strzelały na wszystkie strony przeszywając powietrze niczym wypuszczone z kuszy bełty. W końcu połamane deski rozleciały się na boki, a spod nich wyłoniła się góra czarnej wymieszanej z kamieniami i wapienną zaprawą ziemi. Przez trzask i łomot dewastowanego budynku przebijał się złowróżbny metaliczny szczęk i zgrzyt, jakby jakiś golem miażdżył słupy trakcji wysokiego napięcia. W końcu rosnąca hałda na chwilę zamarła by zaraz potem eksplodować uwalniając z ziemskich trzewi potężnego żeleźniaka. Jego mocarne łapy i świdry przez moment młóciły jeszcze powietrze, by po kilkunastu sekundach znieruchomieć. Ciszę jaka zapadła po ustaniu pracy machiny przerwał zgrzyt zawiasów otwierającej się na grzbiecie urządzenia kapsuły. Pierwszy opuścił ją Sierżant skrzecząc nieznośnie i tocząc pianę z pyska, a zaraz za nim wyłonił się w całym swoim majestacie Gary Kau dzierżąc w dłoniach gotowe do strzału samopały. Na jego widok łowcy wybiegli z zakamarków jednocześnie zachowując ostrożność w stosunku do rzucającego wściekłe spojrzenia rosomaka.
- Mistrzu! – krzyknął Pulchny – Czekaliśmy….
Urwał bo w tejże chwili dopadł go z zaciętą miną Zyzio i począł niemiłosiernie młócić w łydkę. Gary zeskoczył na ruiny podłogi i rozejrzał się po rumowisku.
- Miło was widzieć przyjaciele – rzekł spoglądając na od dawna nie widzianych towarzyszy i chowając jednocześnie za pas pistolety.
- To zaszczyt dla nas – odparł Muzyk. – Jesteśmy do twojej dyspozycji.
Gary po kolei uściskał łowców. Po chwili dostrzegł przywiązanego łańcuchem do przewróconego krzesła nieprzytomnego Tekturę. Zmarszczył brwi i wskazał na leżącego.
- Żywy?
- Żywy, żywy – odparł gorliwie Pulchny. – Tylko trochę naruszony. Nie dało rady zdzierżyć.
- No i dobrze – ocenił Gary. – Teraz Zyzio z nim chwilę potańczy, Sierżant nieco połechcze, a potem się bydlaka należycie obsłuży.
Słysząc te słowa rosomak odstąpił od nogi Pulchnego i rzucił się na z wolna dochodzącego do siebie więźnia.
- Dobra – rzekł nowoprzybyły. – Gary chce porozmawiać w spokoju.
- Na górze – odparł szybko Muzyk. – Tu wszędzie rozpierducha.
Ruszyli po schodach zabierając ze sobą dzban piwa, wodę dla Garego, wielki bochen pszenicznego chleba i garniec smalcu. Na dole pozostał tylko Wiktor i zajęte Tekturą rosomaki.
Mężczyźni zasiedli przy stole i pogrążyli się w długiej rozmowie, przeplatanej wspomnieniami i oceną bieżących wydarzeń. W końcu poruszyli najbardziej nurtujący ich temat.
- To brat bliźniak Wiktora – rzekł Muzyk.
Gary splunął na podłogę. Milczeli przez chwilę przeżuwając chleb.
- Niech więc…
Gary nie dokończył. Przerwał mu brzdęk zbijanych szyb i świst strzał. Łowcy padli na ziemię i zaczęli czołgać się ku wyjściu.
- To on – syknął Gary. – Kozakiewicz!
Wzajemnie się osłaniając zbiegli na dół. Wiktor stał przy oknie tak jak go zostawili. Muzyk kątem oka dostrzegł, że Zyzio i Sierżant skończyli już swoje z Tekturą. Biznesmen wyglądał całkiem sympatycznie. Rosomaki przyłańcuszyły go do rury kanalizacyjnej i wysmarowały całego niedźwiedzim sadłem i miodem, wszędzie poprzyklejały plasterki różnych wędlin, marchwi, azbestu, ogórków, papy i pomidorów. Z rozpostartych do granic możliwości ust sterczał mu kawał kaszanki, przez co Samuel musiał ograniczyć się do oddychania nosem, z którego wystawały dwa żarzące się cygara znacznie to utrudniając. Sierżant siedział teraz nieopodal klaszcząc do rytmu Zyziowi, który za wszelką cenę próbował więźnia wychędożyć. Nagłe pojawienie się łowców przerwało rosomakom zabawę i oba natychmiast stanęły na baczność wpatrując się w Garego z oczekiwaniem.
Mężczyźni stali nieruchomo nasłuchując z przygotowaną do użycia bronią. Gary Kau idąc na palcach zbliżył się do żeleźniaka i ostrożnie wspiął na jego pancerz. Zajmując miejsce w kabinie dał towarzyszom znak by zajęli najlepsze strategicznie miejsca. Nie był do końca pewien, czy siła rażenia morderczego łuku Kozakiewicza jest w stanie mu zaszkodzić, ale na wszelki wypadek wolał zachować ostrożność i bez potrzeby nie ryzykować utraty zdrowia lub co gorsza życia. Sprawdził zasobniki suszonych szczurzych odchodów, maści wytworzonej na bazie koncentratu wywaru z sowich języków, mrożonych kozich bździn, moczonych w balsamicznym occie kogucich grzebieni i indyczych gulgotów oraz innych specyfików, które nie raz już ocaliły mu skórę. Żeleźniak był w stu procentach sprawny, broń zarepetowana, sprawdzeni w licznych akcjach i bojach towarzysze gotowi do akcji, a mimo to Gary odczuwał niepokój. Podświadomie czuł, że konfrontacja z Kozakiewiczem nie jest mu niezbędna, a jego eliminacja niekoniecznie musi przynieść mu korzyści. Już wcześniej myślał o ewentualnym rozejmie i możliwości późniejszej współpracy z murarzem, ale nie był pewien jakie nastawienie względem jego planów może mieć przeciwnik. Nie było czasu na przeprowadzenie skutecznej akcji dywersyjno wywiadowczej, która mogłaby dostarczyć mu kompendium wiedzy w tym zakresie albo chociaż jej namiastkę. Na obecną chwilę nie wiedział w zasadzie nic poza tym, że był to osobnik wyjątkowo niebezpieczny, który kierował się zasadami zbliżonymi do tych, jakim on sam hołdował, czyli z grubsza rzecz ujmując, żadnym. Przynajmniej tak Gary zakładał.
W tym momencie należy wyjaśnić, że brak zasad nie świadczy de facto o ich braku. Mimo wewnętrznej sprzeczności tego stwierdzenia ma ono sens i uzasadnienie. Bo jak inaczej nazwać totalną ignorancję wszelkich praw i reguł jak nie zasadą? Brak zasad jest jednocześnie zasadą. Koniec i kropka. Z doświadczenia jakie zdobył Gary Kau w trakcie swoich długich nacechowanych przeróżnymi przeżyciami wędrówek, nauczył się jednego. Lepiej mieć za sobą kogoś bez żadnych zasad niż osobę, która owe zasady ma, ale nie zawsze ich przestrzega. Nigdy wszakże nie spotkał kogoś kto przyznawał się do propagowania jakichś reguł zachowawczo poglądowych i jednocześnie każdorazowo byłby im wierny. Zawsze zdarzały się wyjątki, które daną regułę jakoby miały potwierdzać. W praktyce wyglądało to pa przykład tak, że ktoś z zasady był pacyfistą, ale rozwalił komuś drugiemu łeb bo ten odgryzł jego babce kawałek dupska. Gdyby naprawdę był wrogiem przemocy to zalepiłby babie dupę plastrem i poszedł na piwo. Nawet nie uroniłby przy tym łzy, bo przecież zrobił wszystko zgodnie z własnymi przekonaniami. Łowca uważał, że taka filozofia jest zakłamana, obłudna i ogólnie jest do dupy przez duże „D”. Filozofią Garego był szeroko pojęty egoizm, którym jego zdaniem kierowali się również wszyscy inni kiedykolwiek napotkani przez niego ludzie jak również wszyscy ci, o których tylko słyszał, a także tacy których nigdy nie spotkał i nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu. Różnica polegała tylko na tym, że Gary się do tego przyznawał, czego nie mógł powiedzieć o innych.
Kiedyś, dawno temu rozmawiał z pewnym wojennym weteranem, który poruszał się na wózku inwalidzkim bo w trakcie jednej z licznych wojen, w której uczestniczył w obronie swojego kraju, czy czegoś tam równie absurdalnego, eksplodująca mina urwała mu obie nogi powyżej kolan. Człowiek ten twierdził, że świadomie rzucił się na minę by w ten sposób ochronić towarzyszy przed siłą rażenia ładunku i jednocześnie umożliwić im wydostanie się ze śmiertelnej pułapki.
- I po cholerę to zrobiłeś? – zapytał wówczas Gary.
- Żeby ratować kolegów – odparł były żołnierz.
- Mógł to przecież zrobić ktoś inny.
- Nie było czasu na zastanawianie.
- Stałeś najbliżej miny? – nie dawał za wygraną Gary.
- Wszyscy staliśmy w podobnej odległości – padła odpowiedź.
- Czyli nie musiałeś to być ty?
- Nie koniecznie ja, ale ktoś przecież musiał to zrobić, a nie było czasu na zastanowienie, czy losowanie.
- Znaczy się nie musiałeś, ale i jednocześnie zostałeś do tego zmuszony?
- Nikt mnie nie musiał zmuszać, do jasnej cholery – odparł kaleka. – Zrobiłem to z własnej, nieprzymuszonej woli, bo chciałem to zrobić! Chciałem ratować towarzyszy!
- Chyba swoje sumienie – skwitował Gary.
Wyjaśnienia żołnierza tylko potwierdziły Garego w przekonaniu, że jego filozofia egoizmu jest słuszna. Zastanawiał się tylko, co by pomyślał, gdyby na jego stwierdzenie „Mógł to zrobić ktoś inny” padła riposta „Wszyscy w oddziale już wcześniej to zrobili. Żaden nie miał nóg”. Szybko jednak doszedł do wniosku, że wówczas uznałby całe to zajście za jakieś chore zawody, w których jego ówczesny współrozmówca osiągnął metę, jako ostatni. Nie pamiętał dokładnie jak zakończyła się jego rozmowa z inwalidą, ale miał wrażenie, że albo go kilkanaście razy przebił jego własnym bagnetem, albo też rozłupał mu głowę siekierką do mięsa lub czymś innym co akurat miał na podorędziu. W każdym bądź razie uznał za stosowne, że należy go kropnąć, więc to zrobił, żeby później nie żałować i nie mieć wyrzutów.
Zdawałoby się, że ktoś o podobnym podejściu do życia nie ma szans na skuteczną kooperację z żadną inną istotą jeśli ta nie jest mu w jakiś sposób przydatna. I tak w rzeczy samej było, co tym bardziej napawało Garego satysfakcją. Jeśli ktoś był mu zbędny, czy obojętny powinien zostać natychmiast wyeliminowany. Przez pewien czas zastanawiał się czy ten sposób postępowania nie doprowadzi w końcu do wyniszczenia całych populacji i tym samym pozbawi go dalszego sensu egzystencji. Wątpliwości w tej materii szybko rozwiały mu dwie wykluczające się, ale jednocześnie możliwe i w pełni satysfakcjonujące alternatywy. Jedna taka, że przyrost naturalny jest prawdopodobnie tak wielki, że zasięg jego działania nie jest w stanie doprowadzić do totalnego wyjałowienia zbędnych mu jednostek. Druga opcja, bardziej mu bliska, zakładała, że jednak mu się powiedzie i zostanie w końcu sam jeden jedyny, bo oczywiście z braku istot nieprzydatnych, będzie musiał w końcu pozbyć się również tych dotychczas potrzebnych. Wówczas będzie mógł umerzeć ze spokojnym, czystym sumieniem, wiedząc, że zrobił wszystko co w jego mocy aby ten wypaczony, karykaturalny i zmierzający do nikąd świat uratować. Wiedział już nawet w jaki sposób wprowadzi swoje plany w życie. Pamiętał, że konstruując w myślach to ostatnie zadanie serdecznie się uśmiał. Długo dumał, jak tego dokonać, aż w końcu doszedł do wniosku, że osiągnie cel, jeśli będzie bez ustanku i coraz szybciej biegł, aż uda mu się dogonić samego sobie i dopiero wówczas się uśmierci zadając sobie cios w plecy czekanikiem. I tak też postanowił. Będzie uciekał tak długo i tak szybko, aż dostrzeże przed sobą własne plecy, a wówczas uśmierci sam siebie nie popełniając przy tym oznaczającego poddanie się samobójstwa. Przeciwnie. Walcząc do końca uśmierci swojego ostatniego, najbardziej groźnego i znienawidzonego wroga. Gary nie był do końca pewien, czy w ten sposób wogule dokona żywota, czy też odrodzi się w zupełnie nowej rzeczywistości. I ta niepewność i zarazem ciekawość była motorem jego egzystencji i zarazem misji.
Odrzucił teraz wszystkie te egzystencjalne rozważania i skupił się na bieżąco nurtującym go problemie. A tym był groźny i przebiegły murarz, według odczuć Garego, również bez żadnych zasad, czyli ogólnie swój chłop.
Dał sygnał łowcom i uruchomił żeleźniaka. Machina metalicznie sapnęła, zgrzytnęła i wystrzeliła przed siebie jak armatnia kula młócąc potężnymi ramionami i niszcząc wszystko w ich zasięgu. Gruba ściana wykonana z drewnianych bali rozleciała się niczym słomiana plecionka i żeleźniak w mgnieniu oka znalazł się na otwartej przestrzeni. Pozostali łowcy wraz z rosomakami kroczyli tuż za nim. Kozakiewicz stał jakieś dwadzieścia metrów od nich spokojnie przypalając cygaro rozżarzoną do czerwoności kielnią. Łuk stał oparty o drzewo, które podlewał właśnie jego czworonożny przyjaciel. Gary Kau nie miał pojęcia, jakiego stanu rzeczy oczekiwać i brał pod uwagę każdą ewentualność, a mimo to obraz który ujrzał zaskoczył go w całej rozciągłości. Podobnie zareagowali jego towarzysze, którzy chyłkiem wyglądając zza chroniącego ich pancerza zaczęli szeptać z niepokojem, zdziwieniem i uznaniem. To zupełnie nie przypadło do gustu Garemu, ale musiał w duchu przyznać, że sam miał podobne odczucia. Unieruchomił żeleźniaka pozostawiając go jednakże w stanie gotowości, ostrożnie podniósł kapsułę nie spuszczając murarza z oczu i uniósł dłoń w pokojowym geście.
- Gary chce rozmawiać! – krzyknął.
Kozakiewicz ruszył ku zdewastowanej karczmie wypuszczając z ust gęste kłęby dymu. Jego wierny towarzysz dorównywał mu kroku dzierżąc w pysku destrukcyjną broń. Łowcy poruszyli się zaniepokojeni, ale nie uczynili nic czekając na ruch Garego i mając nadzieję, że do potyczki jednak nie dojdzie. Murarz wolno zbliżył się skracając dzielący ich dystans o połowę.
- A o czym to chciałbyś, jak to zgrabnie ująłeś, rozmawiać? – zapytał. – I w jaki sposób? No i należy mi się chyba jakieś dodatkowe wyjaśnienie bo nie bardzo rozumiem co według ciebie oznacza rozmowa. Bo widzisz. Ty mówisz mi tu o dialogu podczas gdy wy wszyscy wyglądacie, jakbyście ruszali na wojnę.
Łowca nieco się uwagą murarza zmieszał, ale szybko odzyskał rezon.
- Gary nie chce niepotrzebnego rozlewu krwi – odparł. – Sądzi, że wszystkim wyjdzie na zdrowie jeśli nie będą wchodzić sobie w drogę. Powie więcej. Upatruje obopólnych korzyści w zawiązaniu koalicji.
Kozakiewicz przez chwilę sprawiał wrażenie jakby zaraz miał rozsadzić go od wewnątrz potężny ładunek śmiechu, ale zaraz się opanował i spoważniał.
- Chyba mnie coś ze słuchem się dzieje – rzekł. – Koalicja? Że niby taka współpraca tak?
Gary świdrował murarza przenikliwym wzrokiem analizując niezręczną sytuację. Nie bardzo wiedział, jak poprowadzić dialog by nie przemawiać z pozycji przegranego bądź proszącego. Podrapał się za uchem i rzekł:
- Mam Tekturę – rzucił Kau.
- Gówno mnie to obchodzi – odparł szybko Kozakiewicz nie zmieniając wyrazu twarzy i wytrzymując spojrzenie Garego. – Rozwal go.
- Sam go załatw. Należy ci się.
Murarz pokiwał głową dając do zrozumienia, że propozycja jest dosyć interesująca. Nie był specjalnie mściwy i traktował rzeczywistość wyłącznie w czasie teraźniejszym. Nie zwykł snuć długoterminowych planów co najwyżej kładąc się spać myślał o najbliższym śniadaniu. Tym bardziej nie interesowały go zdarzenia, które już się odbyły i zupełnie nie miał na nie wpływu. Zemsta zabierała tylko cenną energię i mąciła myśli nie pozwalając skupić się na sprawach bieżących, które w przeciwieństwie do już odbytych miały istotny wpływ na losy, także te bardziej odległe. Mimo takiego poglądu propozycja wydała mu się całkiem ciekawa. Oczywiście nie z pobudek czysto rewanżowych, a tylko i wyłącznie teraz go interesujących. Słysząc słowa Garego zastanowił się czy ma w obecnej chwili coś interesującego do wykonania i mimo usilnych starań nie mógł nic takiego wymyśleć. Zapas pierdźwiedzi, który przypadł mu w udziale minionego dnia był już pewnie daleko stąd. Kozakiewicz nie był bogobojny, ale cenił sobie interesy z blinami, którzy byli w handlu uczciwi i rzetelni. Początkowo było mu trochę niezręcznie, że jego podopieczny na odchodne capnął zębiskami znikającego mnicha, ale że nie zwykł zaprzątać sobie głowy przeszłością szybko zapomniał o całym incydencie upominając jedynie czworonoga by bardziej rozważnie kłapał zębiskami.
Tak więc w chwili obecnej Kozakiewicz zupełnie nie znajdował zajęcia, które mogłoby umilić mu teraźniejszość. A Tektura? Cóż. Z pewnością był to człek kłamliwy i podstępny, chciwy i zachłanny, a przy tym chorobliwie narcystyczny, co najbardziej murarza irytowało. Niestety zdawał sobie sprawę, że poniekąd ponosi pośrednią albo może i bezpośrednią odpowiedzialność za powołanie go do życia w formie, jaką obecnie prezentował. Sam przecież praktycznie w ciągu jednego poranka zmienił go z farmera w biznesmena. No może nie do końca, ale z pewnością dał mu podstawy do takiej metamorfozy przemieniając cały jego dobytek w przepiękne murarskie akcesoria najwyższej klasy. Pocieszał się tym, że służą teraz pewnie jego kolegom po fachu z pewnością usprawniając i ułatwiając im wykonywanie trudnego i ciężkiego fachu jakim bez wątpienia jest murarka. No ale nic to. Było minęło i nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Podobnie z resztą jak samym Tekturą, którego ukatrupienie tak naprawdę niczego nie zmieni. Zastanawiało go jedynie dla czego Samuel w ogóle odczuwał do niego urazę? Co za ironia. Przecież biznesmen mścił się na nim za to, że dzięki niemu został bogaczem nieporównywalnie większym niż był wcześniej i niż kiedykolwiek bez jego ingerencji mógłby się stać. Z drugiej jednakże strony może brakowało mu farmerskiej egzystencji, wdychania owczego i krowiego łajna, babrania się w świńskim gnoju i chędożeniu co noc tej samej cuchnącej kurzym gównem baby? Jakby nie patrzeć fortuna jakiej Tektura dorobił dzięki niemu dawała mu możliwość wymierzania wątpliwej sprawiedliwości i kupczenia życiem innych wedle własnego uznania do czego miał prawo jak każdy inny sukinsyn stąpający po tej ziemi. No ale zemsta czasu nie cofnie. Nie wróci również samemu Kozakiewiczowi dawnego wyglądu, nad którym pieczołowicie pracował przez kilka lat i który kosztował go wiele zdrowia, bólu i wyrzeczeń. Do tego z resztą nie przyczynił się wprost sam Samuel, ale jegomość, który stał właśnie przed nim proponując mu przymierze. O tak. Gary Kau był z pewnością nie bez winy, nie musiał wszakże poddawać go bestialskim torturom. Zwyrodnialec i wyzuty z jakichkolwiek uczuć potwór stał teraz w zasięgu jego kielni próbując załagodzić sytuację, której sam był inicjatorem. Kozakiewicz ani myślał podjąć współpracę z tym czymś. Już miał obrzucić go stekiem najbardziej wyszukanych murarskich wyzwisk gdy nagle poczuł na dłoni wilgotny nos wiernego psa. Spojrzał w dół i dostrzegł w zniekształconych krwisto brązowych ślepiach miłość, wierność i oddanie, co też powstrzymało go od powziętego zamiaru. Pogłaskał zwierzaka po łbie pokrytym bezustannie mutującymi naroślami i w tym momencie zdał sobie sprawę, że czworonożnego przyjaciela zawdzięcza temu samemu moralnemu indolentowi, który pokiereszował i jego samego. Świadomość tego faktu potwierdziła tylko jego pogląd o bezsensie zemsty i skupieniu całej energii na bieżącej doczesnej rzeczywistości.
Spojrzał na oczekującego z niecierpliwością jego zdania przywódcę łowców.
- No dobra – rzekł. – Oddasz mi Tekturę i co dalej?
Po tych słowach Gary Kau jakby odzyskał utraconą gdzieś chwilowo pewność siebie.
- Nic, zupełnie nic. Gary ma taki gest. Wszyscy odejdą w swoją stronę. I jeśli spotkają się kiedyś nie będą wchodzić sobie w drogę. Taka jest jego propozycja.
Towarzystwo Garego męczyło już Kozakiewicza. Nie chciał dłużej znosić widoku tej kanalii, postanowił więc przystać na jego propozycję. Gdy tylko potwierdził to stanowisko słownie, panująca w koło ciężka atmosfera jakby nagle zrzedła. Nawet milczące dotąd ptaki zaczęły na powrót śpiewać, odezwały się cykady, zaczęły ciąć komary. Odprężyli się również łowcy, a uradowany i wietrzący kolejną okazję Zyzio wypadł zza żeleźniaka i rzucił się ku nodze murarza. Ten jednakże nie zwykł tolerować tego typu zachowań i krótko, acz precyzyjnie machnął kielnią zamieniając rosomaka w małą baryłkę smoły. Na ten widok Sierżant zaskrzeczał złowróżbnie skacząc ku Kozakiewiczowi z obnażonymi kłami. Wszystko odbyło się błyskawicznie i zanim łowca zdążył zareagować zwierzak zniknął w przepastnej gardzieli murarskiego pomocnika. Gary Kau na ten widok zacisnął pięści do białości i opadł na siedzisko chwytając za drążki sterownicze. Nie uruchomił jednak machiny, bo w tym momencie wyskoczył zza niej Wiktor i podbiegł do nieco zdezorientowanego jego widokiem Kozakiewicza.
- Poznajesz mnie? – zapytał młodzieniec.
Murarz obrzucił krótkim spojrzeniem hieroglify zdobiące gładką głowę mężczyzny.
- Nigdy cię nie widziałem, chłopcze – odparł.
W jego głosie nie było emocji, ale dało się wyczuć nutę napięcia.
- Zgadza się – przytaknął Wiktor. – Nie widziałeś bo nie mogłeś. Rozdzielono nas zaraz po narodzinach. Twoich. Ja przybyłem na świat dwadzieścia lat później. Jestem twoim młodszym bratem bliźniakiem. Z jednej matki.
Murarz westchnął głęboko. Wcale nie pamiętał swojej matki. Ojca, któremu zawdzięczał podstawy murarskiego fachu, widywał niemal wyłącznie na budowach przy ciężkiej robocie gdzie nie było miejsca na snucie wspomnień, genealogiczne rozważania i opowieści. Przypominał sobie jednak, że jak był małym może ośmioletnim chłopcem do ich ubogiej chałupy na przedmieściach zawitała stara kolorowo ubrana kobieta o skórze w odcieniu zamszu, która wzięła w pomarszczone dłonie jego małą rączkę i rzekła:
- Braciszka już masz, ale on się jeszcze nie narodził i być może nigdy to nie nastąpi.
Chciał dowiedzieć się czegoś więcej, ale wtedy z domku wyszedł ojciec i widząc wróżbitkę spurpurowiał ze złości krzycząc:
- Wypierdalaj mi stąd stara ruro!
Staruszka popatrzyła na chłopca smutnymi oczami i oddaliła się z wolna lekko utykając. Zanim zniknęła za rogiem pobliskiej kamienicy odwróciła się jeszcze na chwilę mrużąc oczy.
- Nadzieję mieć musisz – rzekła.
Dzieciak rzucił się za nią, ale gdy dotarł do końca budynku po kobiecie nie było śladu. Wrócił do domu z błyszczącymi oczami i zaczerwienioną z emocji buzią. Ojciec oczekiwał go zdenerwowany dopalając ustnik papierosa.
- Co ja ci mówiłem, zasrańcu! – zgromił go – Trzymaj się z daleka od tych brudasów. Inaczej skończysz jak nierób albo złodziej! Cholera by wzięła wszystkich tych zamszowych darmozjadów!
Chłopiec popatrzył na ojca z zatroskaną miną.
- Tatusiu? – zapytał. – Czy ja mam braciszka?
Kozakiewicz senior na moment zbladł, a zaraz później ponownie jego twarz przybrała odcień amarantu. Widać było, że emocje targają nim jak wicher strachem na wróble tyle że od wewnątrz. W pierwszej chwili miał zamiar ofuknąć malca, ale po chwili zmienił zdanie i wziął chłopca na ręce.
- Choć do domu, synku – rzekł tuląc dziecko w mocnych ramionach.
Od tamtej pory nigdy nie rozmawiał z ojcem na ten temat, niemniej problem ten od czasu do czasu uporczywie do niego wracał. Ostatnim razem miało to miejsce jakieś pięć, może sześć lat temu, gdy poproszony przez znajomego murarza poszedł wraz z nim policzyć się z właścicielem zakładu stolarskiego i jego pięcioma pracownikami. Jak wspomniano powyżej Kozakiewicz nie znosił wszelkiego rodzaju porachunków, vendetty i wszelkich innych noszących znamiona zemsty postaw, ale wiadomym jest również, że każdy zdrowy murarz nienawidzi wszelkich stolarzy, brzydzi się ich płochliwością i w jakimkolwiek konflikcie zawsze weźmie stronę stolarzowi przeciwną. A tym bardziej jeśli chodzi o innego murarza. Murarska solidarność jest przecież tak często przywoływanym nie tylko przez akademików przykładem harmonijnej współpracy, rodzinnej więzi i encyklopedycznej, wręcz bezkonfliktowej wyrozumiałości i obyczajowości. Z uwagi na przytoczone powyżej zwyczaje Kozakiewicz nie zapytał wówczas nawet o przyczynę sporu. Wziął po prostu kielnię i w przeciągu niespełna minuty wyciął wszystkich stolarzy w pień. Wracając do domu mijał klasztor, którego wrota zdobiła niecodzienna mozaika znaków. Symbole tak go zafascynowały, że postanowił wejść do środka.
Wnętrze ujęło go przede wszystkim ascetycznym wyglądem. Do tej pory, będąc małym chłopcem widywał świątynie tonące w złoconych zdobieniach rażące oczy kolorowymi witrażami i bogatymi szatami księży, gdzie gromadzili się wierni, którzy za odprawioną posługę kapłańską musieli płacić jak za kiełbasę w supermarkecie. Mnich, który do niego wówczas podszedł miał na sobie wysłużony spłowiały habit, znoszone drewniane chodaki i dłonie o palcach tak cienkich, że aż bałby się ich dotknąć. Duchowny wskazał mu drewnianą ławę i sam zasiadł obok.
- Módl się – powiedział.
- Nie umiem – wydukał Kozakiewicz.
- Uwierz, że tak. Nie musisz klepać regułek. Pozwól tylko swobodnie ulecieć myślom.
Mnich położył mu dłoń na głowie i natychmiast ją cofnął, by po chwili powtórnie to uczynić. Przymknął oczy i wargi zaczęły mu drżeć.
- Synu – wyszeptał po chwili – Cząstka ciebie już tu kiedyś była. Twoje życie tli się nie tylko w jednym ciele.
To był swoisty przełom w życiu Kozakiewicza. Przez najbliższe kilka miesięcy regularnie dzielił czas na wizyty w klasztorze i na budowie. Oddawał się ciężkiej pracy przeplatanej liturgicznymi medytacjami, dzięki którym zaczęła ewoluować jego rozwijająca się i dojrzewająca osobowość. W końcu doszedł do wniosku, że trwanie w miejscu nie jest w stanie zaspokoić jego duchowych potrzeb. Opat zaproponował mu habit i działalność misyjną w jednej z rozrzuconych po wszystkich krańcach świata placówek, ale murarz nie czuł powołania do krzewienia wiary, moralności, czy jakby tego inaczej nie nazwać. Chciał pozostawać im wiernym, ale jednocześnie pragnął niezależności i swobody na co rygorystyczny zamknięty klasztorny świat nie mógł mu zezwolić. Nie zdecydował się więc na przyjęcie kapłańskich święceń, ale poprosił o błogosławieństwo, które otrzymał. Na drugi dzień był już na statku, od którego rozkładu zadań uzależnił swoje życie przez najbliższe dwa lata. Nie był jednak w stanie wytrwać na pokładzie. Potrzebował twardego gruntu, górskiego powietrza, zapachu ziemi i trawy. Zstąpił na ląd w srogim klimacie północnej Wielkiej Marchii i tam przez długi czas prowadził niemalże pustelniczy żywot mając za towarzyszy wyłącznie dzikie zwierzęta, z którymi dzielił skutą lodem rzeczywistość. Tam też zgolił sobie włosy i po raz pierwszy dostrzegł wytatuowane na głowie hieroglify, których większość obecnie zastąpiły oszpecające, świeże blizny.
Murarz mimowolnie delikatnie pogładził bolące nadal rany. Mimo serii przeróżnych zabiegów skóra była nadal w pożałowania godnej kondycji. Wspomnienia, mimo wszystko w dalszym ciągu wracały, ale na to mężczyzna nie miał większego wpływu. Stał teraz naprzeciwko młodzieńca, który zdawał się uosabiać wszelkie wątpliwości mącące myśli, które dzięki pełnym niebezpieczeństw przeżyciom i długoletnim wyrzeczeniom uważał za ukształtowane. To nie był odpowiedni czas na zmiany.
- Pieprzysz, koleś – powiedział wreszcie i zwracając się do Garego dodał – Dawaj tego pajaca i skończmy tę komedię.
- A moje rosomaki?
Kozakiewicz, jakby od niechcenia stuknął kielnią w baryłkę smoły i ta w mgnieniu oka zmieniła się z Zyzia. Rosomak sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie zarejestrował chwilowej zmiany swojej cielesnoci i z zapałem runął na nogawkę murza. Od oddania się ulubionej pasji powstrzymała go krótka i ostra komenda Garego, który nie spuszczał czujnego oka z Kozakiewicza.
- A Sierżant? – nie ustępował.
Murarz wymownie spojrzał na wiernego druha. Pies warknął, ale posłusznie zwrócił rosomaka jednym krótkim rzygnięciem.
Gary skinął na Muzyka i ten zniknął w ruinach karczmy.
Niezdecydowany i zawiedziony Wiktor wpatrywał się w Kozakiewicza z mieszaniną niedowierzania, rozczarowania, ale również nie gasnącej wciąż nadziei.
- Ale…
- Zamilcz – syknął murarz. – Nie czas na to. Nie ma znaczenia kto wydał na świat twoich braci, jeśli nimi nie są. Zapamiętaj. Nie czyni bratem samo ciało, tylko to co się nim uosabia. Nie znam cię.
- Znasz – upierał się Wiktor.
Tymczasem łowcy wytaszczyli na zewnątrz nieprzytomnego Tekturę, na którego wylali dwa wiadra wody. Jego wygląd był nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że rosomaki zanim uczyniły z niego groteskowego klauna wcześniej nieźle go pokiereszowały. Twarz miał pogryzioną, niemal pozbawioną nosa, a powieki i wargi postrzępione na podobieństwo wielorybich fiszbin. Nadgarstki unieruchomione łańcuchami wyłamały się ze stawów stercząc teraz pod nienaturalnym kątem, podarty garnitur odsłaniał głębokie rany na brzuchu i plecach. Po bokach piersi widać było ociekające krwią kości żeber.
Na ten widok Kozakiewicz splunął mieląc w ustach cisnące się na nie przekleństwo. Nie miał najlepszego zdania o swoim niedawnym partnerze w interesach, ale nie popierał tortur. Jeśli uznał, że ktoś zasługuje na opuszczenie ziemskiego padołu puszczał w ruch kielnię i po kilku sekundach było po sprawie.
- Gary nie chce zabierać ci cennego czasu – powiedział łowca. – Bywaj!
To powiedziawszy pociągnął za drążki i żeleźniak wolno odwrócił się, majestatycznie zakołysał po czym zniknął w chwiejącym się rumowisku. Łowcy stali chwilę niezdecydowani by po chwili podążyć jego śladem. Kolejno znikali w wydrążonym uprzednio kanale. Kozakiewicz popatrzył w ślad za oddalającym się Wiktorem. Młodzieniec odwrócił się i pokiwał smętnie głową.
- Do zobaczenia – rzekł i wkroczył w mrok.
Murarz zamyślił się na chwilę, ale z zadumy szybko wyrwał go jęk Tektury. Mężczyzna próbował coś powiedzieć, lecz nie pozwalały na to pokiereszowane usta.
- Poczekaj – powiedział – Zmienię cię w wózek od betoniarki i zaprowadzę do jakiegoś warsztatu. Pospawają, polutują, poskręcają, a potem wrócę ci ciało.
To rzekłszy szepnął krótką regułkę, chlasnął go kielnią w potylicę i w tym samym momencie miał u stup rozlatujący się pogięty i po części zżarty rdzą wózek. Usiadł na nim wzdychając ciężko. Wyciągnął woreczek z tytoniem i nabił wykonaną z wrzoścowego drewna niewielką fajkę. Skrzesał ogień i zaciągnął się głęboko. Ulatujące kłęby wyglądały jak puste komiksowe dymki, których nie miał już kto wypełnić, więc pęczniejąc bledły i rozwiewały się pod wpływem delikatnych, przesiąkniętych morską bryzą podmuchów wiatru. Po drugim wdechu usłyszał trzask i w tej samej chwili rozłożył się jak długi na pylistej nawierzchni drogi we fragmentach wózka, który rozleciały się na drobne kawałki.
- No i po Tekturze – powiedział Kozakiewicz podnosząc się i otrzepując zakurzone ubranie. – Nie ma co zbierać. Cóż. Płakać nie będziemy. Kawał był z niego kutasiny
Przystawił cybuch do psiego pyska, który ochoczo począł wdychać wonny dym. Z uwagi na anatomiczne niedociągnięcia popielate smużki zaczęły ulatywać z uszu, włącznie z tym dodatkowym, boków i spod niektórych haczyków tkwiących w karku zwierzęcia. Murarz poklepał psa po zdeformowanej głowie.
- Oj stary – rzekł – Można na tobie grać jak na fujarce. Chodź. Pora na nas.
To rzekłszy spojrzał ku odległej linii drzew, za którą w pełnej krasie czekała na niego świeżo rozpoczęta budowa. Czas by tradycji stało się za dość. Z tą myślą schował kielnię do sakwy i wydobył z drugiej poplamiony cementem i wapnem drelichowy granatowy kostium. Uśmiechnął się na jego widok, a serce zaczęło walić mu z od dawna nie odczuwanym gorącym łomoczącym rytmem.