Stasiu Gołąbek mimo blisko siedemdziesiątego krzyżyku
na karku był bardziej żywotny od większości nawet o dekadę młodszych od siebie.
Ale niestety każdy od czasu do czasu miewa jakieś dolegliwości. Bez względu na
wiek. Stasiu zaczynał ostatnimi czasy odczuwać kłucie w prawym boku. Nie znał
się na medycynie, ale nie trzeba było lekarza, żeby zestawić kilka informacji i
wyciągnąć prawidłowe wnioski.
- W dupie to mam – powiedział do Mumina.
Mumin, osiedlowy bimbrownik, nie był
najbliższym przyjacielem Stasia, ale akurat on poruszył temat kłucia w boku,
więc Gołąbek przyznał mu się, że jego też kłuje.
- Każdego kłuje – stwierdził Mumin. – Jednego
mniej, innego mocniej, tego w dzień, tamtego w nocy, od wina, albo od wódki, od
polityki, sportu, wysiłku, ze śmiechu, z żalu albo przez babę. Nie ma
znaczenia. Każdego kłuje. Masz rację, że masz to w dupie.
Gołąbek zapakował do siatki trzy butelki
najtańszego, niefiltrowanego preparatu i ruszył do kamienicy, w której mieszkał
jego najdroższy kompan, Zenon Zgliszcz. Było późne popołudnie, zaczął siąpić
jesienny deszczyk, szybko zapadał zmrok. Po kilkunastu minutach dotarł na
miejsce. Drzwi do mieszkania były zamknięte, co nie było niczym dziwnym. Odkąd
dzielnicowy Mierzejewski zaczął nękać Zenona za jakiś wyimaginowany występek,
Zgliszcz musiał być ostrożny. Policjant tylko czekał, żeby zgarnąć ich za
bimbrownictwo.
Gołąbek zastukał w drzwi. Po chwili usłyszał
skrzypienie podłogi.
- Nie czaj się tak – powiedział Stasiu.
Z drugiej strony dał się słyszeć szczęk
zamków i sztabek, ale drzwi się nie otworzyły.
- No co ty? – zdenerwował się Stasiu. –
Otwieraj, bo pójdę do Heńka. A mam z czym!
Ponownie usłyszał szczęk i chrobot
przekręcanych w zamkach kluczy, potem nastąpiło szarpanie i mocowanie się z drzwiami.
- Już się zdążył upaprać – poirytował się
Gołąbek. – Na chwilę nie można go samego zostawić. Normalnie jak dziecko.
Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że
zawirowało powietrze.
- No co ty? – Stasiu aż odskoczył. – Mało nie
wessało mnie do środka!
Przestąpił próg i wówczas spostrzegł, że to
nie Zenon otworzył mu drzwi.
- Bobo? – zdziwił się Gołąbek. – A gdzie ta
lebiega?
Bobo bez słowa wskazał za siebie w głąb
mieszkania. Stasiu minął mężczyznę i wszedł do kuchni.
- A ty co, pajacu…
Widok jaki ukazał się oczom Gołąbka sprawił,
że staruszek zamilkł. Przy kuchennym stole spoczywał Zenon z głową opartą o
zgiętą w łokciu rękę, co nie było niczym szczególnie dziwnym nawet o tak
wczesnej porze. Czymś, a w zasadzie kimś niecodziennym był jego długowłosy
kompan zdradzający symptomy alkoholowego upojenia w stopniu równie
zaawansowanym, co gospodarz. Zanim Stasiu zdołał się dokładnie przyjrzeć
nieznajomemu, Zenon uniósł głowę znad stołu i z zaciętą twarzą zaczął mrużyć
oczy próbując zogniskować wzrok na Gołąbku. Gdy wreszcie poznał przyjaciela,
jego twarz się rozjaśniła.
- A to ty pijaku – mruknął.
Na stole, poza opróżnioną do połowy butelką,
stała druga pusta, dwie szklanki i napoczęty słoik z kiszoną kapustą.
Stasiu wyjął z szafki literatkę i usiadł z
pytającą miną.
- Któż to? – zapytał.
- Kto niby?
- No ten hipis, przecież nie o Bobo pytam.
Chyba, że chowasz tu jeszcze jakiegoś zetesempowca.
Zenon przez chwilę wpatrywał się w spoczywającą
po drugiej stronie stołu postać.
- A, ta – odparł i czknął. – To Grażyna.
- Grażyna?
- No.
- Jak to Grażyna? Jak to Grażyna? Że kobita?
Że Grażyna?
- No Grażyna, kobita. Zwyczajna kobita. Tyle,
że elektryczna. Bobo ją przyprowadził.
Stasiu uniósł butelkę samogonu, przyjrzał się
zawartości pod światło, powąchał i przechylił niewielki łyczek. Pomlaskał
chwilę i pokiwał głową krzywiąc się w zdziwieniu.
- Normalna berbelucha – ocenił.
Przyjrzał się kobiecie, ale nie wiele mógł
dostrzec, bo twarz zasłaniało zgięcie ramienia. Lekko kręcone, długie włosy spoczywały
w nieładzie po części na stole, a częściowo opadały ku podłodze.
- Bobo?
- No?
- Tyś ją przyprowadził?
- No.
- Skąd żeś ją wziął?
- Zrobiłem.
Bobo był miejscowym wynalazcą amatorem, o
czym wiedzieli wszyscy zaufani mieszkańcy Przyporcia. Ze zgromadzonych części,
które zbierał po wystawkach i złomowiskach, wykonywał przeróżne drobne
urządzenia i konstrukcje mające ułatwiać codzienną egzystencję. Z różnym
efektem. Kiedyś ze starego odkurzacza i kuchennego pochłaniacza woni udało mu
się wykonać bardzo przydatny filtr oparów powstających przy pędzeniu bimbru. Odtąd
ulatująca dotychczas w przestworza cenna mieszanka była przy jego pomocy
pochłaniana i następnie skraplana. Urządzenie praktycznie eliminowało przy tym
wszelkie towarzyszące produkcji zapachy, przez co lokalizacji aparatury nie
mógł wywęszyć zawsze czujny na tym punkcie dzielnicowy Mierzejewski. Dzięki
temu wzrosły zarazem i efektywność produkcji i jej bezpieczeństwo. Filtr oparów,
mimo że z praktycznego punktu widzenia był bardzo przydatnym i cennym
urządzeniem, w żaden sposób nie mógł się przecież równać z androidem. O ile
elektryczna Grażyna nim była. Inny wynalazek Bobo – robot domowy Samopij,
mający zastąpić w potrzebie kompana do wypitki, nie do końca spełnił
oczekiwania. Przez pewien czas nawet dawał radę, ale szybko się przegrzał. Dzieła
rąk Bobo niejednokrotnie wymykały się poza ram zwykłego majsterkowania więc i
mało kogo z wtajemniczonych dziwiły efekty jego pracy. Zaskakiwały i owszem,
ale nie dziwiły.
- Że to robot? – zapytał Stasiu.
- W pewnym sensie.
- W pewnym sensie?
- No tak, w pewnym sensie. Nie całkowicie –
Bobo wzruszył ramionami. – Niełatwo to wyjaśnić.
- Spróbuj.
Konstruktor sprawiał wrażenie znudzonego.
- Grażyna? – zwrócił się do robota.
Głowa wolno uniosła sią znad ramion. Należała
do całkiem niebrzydkiej kobiety w wieku, na oko, trzydziestu pięciu –
czterdziestu lat. Twarz miała przemęczoną, bez makijażu, oczy szkliste, powieki
lekko przymknięte, wargi drżące.
- Sam widzisz – powiedział Bobo.
- Co niby?
- Zmęczona.
- Niedopita pewnie, to i drży.
- Właśnie. Właśnie to jest istota problemu.
Może nie tyle problemu, co różnicy. Robot tej kategorii, cyborg, android, czy
jak to tam chcesz nazwać nie odczuwałaby zmęczenia, byłaby niestrudzonym herosem.
- E tam. Może bateria jej padła, albo co? Na
baterie chyba chodzi no nie? Kabla nie widzę, żeby do gniazda była podłączona.
Bobo westchnął.
- Wiesz co Stachu? Twoje wyobrażenie na temat
robotyki mocno odbiega od aktualnego stanu jej zaawansowania technologicznego.
Gołąbek przesunął językiem po sztucznych
zębach i mlasnął z niecierpliwością.
- Co ty pieprzysz? – powiedział napełniając
szklanki bimbrem. – Wypij gołąbeczko – zwrócił się do Grażyny – a życie samo
się pokryje kolorami. Kilka głębszych i przejdzie jak ręką odjął. Wiem co
mówię.
- Nie da rady – stwierdził Bobo. – Przyjęła
maksymalną ilość alkoholu. Na więcej nie pozwolą jej filtry. Ma zbyt czuły procesor.
Ograniczenia jak i każdy. Tyle, że ona nie wypije już ani kropli, zanim się nie
zregeneruje. Taka różnica. Ty, Zenek, czy kto inny, mimo, że będzie już uchlany
w trzy dupy, to i tak będzie żłopał, potem rzygał i znowu pił. I tu jest ta
różnica, która oczywiście jednym może odpowiadać, a innym niekoniecznie.
- Co? Że nie rzyga? To dobrze chyba, a nie
źle?
Bobo się skrzywił.
- Jak dla mnie to jest właśnie problem. Z
naukowego punktu widzenia. Ona miała być jak człowiek, więc i powinna tak się
zachowywać. Tymczasem, gdy się przeładuje, po prostu przechodzi w stan
spoczynku. Ale to i tak już lepsze niż zwarcie. Taki Samopij, dla przykładu, w analogicznych
sytuacjach pił dalej bez umiaru, przez co dochodziło do przeładowania obwodów i
awarii. W końcu instalacja całkiem się przepaliła i trzeba go było wyrzucić.
- Wiem przecież, pamiętam. Wehrmachta tak
wtedy prąd jebnął, że jąkał się chyba przez dwa tygodnie. Dobrze, że mu
przeszło, bo szkoda chłopa by było. Ale ten tamten twój wynalazek, to nie
umywał się do tej tu. To normalna kobita na pierwszy rzut oka, a i nawet jak
się dobrze przyjrzeć, to różnicy nie widać – dotknął palcem włosów, potem
policzka. – Żadnej różnicy. Ciepła jest nawet. No chyba, że może jakby ją
rozebrać, to by wyszły jakieś anomalie.
- Powierzchowność to nie problem.
- Czy ja wiem? – Stasiu przez chwilę się
zadumał. – Ale tak ze wszystkim jest, czy tylko z piciem?
- Znaczy się?
- No, z robotą jakąś, dajmy na to, ze
sprzątaniem? Też się zmęczy po kwadransie odkurzania i będzie potem leżeć pół
dnia?
- Akurat odkurzać to ona może bezustannie. Prędzej
odkurzacz by się przegrzał niż moja Grażyna. Ona czerpie energię z urządzeń
elektrycznych.
- Acha. No a dajmy na to, jakby trzeba było
pozmywać garczki, podłogę wyszorować, czy działki skopać ze dwa hektary, to co?
- Akumulator spokojnie starcza na całą noc, a
przy świetle dziennym regeneruje się automatycznie dzięki baterii słonecznej,
którą ma w potylicy. Długie włosy mają ułatwiać pobór energii zwiększając
powierzchnię chłonną.
- Czyli, że poza piciem wódki, jest w
zasadzie niewyczerpywalna? Samowystarczalna? Takie perpetuum mobile?
- Takie było założenie.
- Jesteś geniuszem, Bobo.
- A gdzie tam. Popatrz tylko na nią.
Gołąbek niespiesznie wychylił szklankę
specyfiku nie odrywając wzroku od Grażyny.
- O co ci chodzi? Przecież jest w porządku. Wszystko
elegancko, z kulturą i smakiem. No i dotrzymała kroku Zenkowi, to chyba
wystarczy za rekomendację atestową.
Konstruktor ponownie się skrzywił, ale tym
razem dużo mniej kwaśno.
- Czy ja wiem?
- No a jakże! Przecież jakby nie miała
umiaru, albo by rzygała, to byłby o wiele większy problem. Musi się jeszcze ze
mną spróbować i jeśli ten test przejdzie równie pomyślnie, to będzie oznaczało
definitywnie, że stworzyłeś arcydzieło.
*
Minęło dwa tygodnie odkąd Bobo ujawnił światu
(w postaci Zenona Zgliszcza, Stacha Gołąbka i kilku innych zaufanych towarzyszy
z sąsiedztwa) dzieło swojego życia. Elektryczna Grażyna pozytywnie przeszła
weryfikację w postaci alkoholowego mitingu ze Stasiem i stała się niezwykle
pożądaną osobą w towarzystwie. Nie wdawała się w zbędną polemikę ze
współbiesiadnikami, była uczynna i nie stwarzała problemów natury
fizjologicznej. Od kiedy, z inicjatywy Gołąbka, przeprowadzono zrzutkę funduszy
na elegancką odzież, wizytę u fryzjera i w gabinecie kosmetycznym, obecność Grażyny
miała też bardzo istotny wpływ na morale biesiadników. Mężczyźni zgromadzeni
wokół stołu, który współdzieliła z nimi atrakcyjna kobieta, mimowolnie
zachowywali się bardziej przyzwoicie i kulturalnie. Co niektórzy zaczęli także
dbać o wygląd.
Wszyscy byli zadowoleni z pojawienia się
Elektrycznej Grażyny aż do felernej soboty. Tego dnia Zenon od rana urządził w
swoim zapuszczonym mieszkaniu wielkie sprzątanie. Gdy Bobo zaproponował, że Grażyna
może to zrobić za niego, Zgliszcz poczuł się urażony.
- Za kogo ty mnie masz? – zapytał sąsiada. –
Nie będę się wysługiwał kobietą. Zwłaszcza taka elegancką kobietą.
- Przypominam, że ona w dalszym ciągu
pozostaje androidem.
- Sam jesteś android.
Po kilku minutach przekomarzania Bobo doszedł
do ostatecznego wniosku, że Zenon oszalał z miłości.
- Uważam – powiedział – że zatraciłeś
poczucie zdroworozsądkowego postrzegania otaczającej cię rzeczywistości. Innymi
słowy, zdradzasz symptomy młodzieńczego zauroczenia.
- A ja uważam, że ty po prostu nie potrafisz
zrozumieć podstawowych zasad współżycia sąsiedzkiego. Skoro człowiek spodziewa
się gości, w tym tak atrakcyjnej i kulturalnej kobiety, to chyba zrozumiałym
jest, że chce, aby jego domowe pielesze wyglądały czysto i przytulnie. Tak, aby
można było w przyjemnych okolicznościach…
- Zakochałeś się w cyborgu – przerwał
bezceremonialnie Bobo. – Kwalifikujesz się do leczenia klinicznego.
Zenon spurpurowiał, na skronie wypełzły mu
nabrzmiałe od gniewu żyły.
- Wypieprzaj mi z chałupy, ale już –
wrzasnął.
- Stoimy na klatce – stwierdził spokojnie
konstruktor.
Zgliszcz wypuścił z sykiem powietrze, którego
naczerpał szykując się do puszczenia w kierunku Bobo wiązanki wyszukanych
wyzwisk. Odwrócił się na pięcie i zniknął w swoim mieszkaniu z trzaskiem
zamykając drzwi.
Gdy tylko znalazł się sam, złość go opuściła
i ostro zabrał się za porządki. Odniósł do skupu kilka worków nienadających się
do wtórnego obrotu opakowań szklanych i metalowych, butelki kaucyjne przeniósł
do piwnicy, umył podłogę, przetarł z kurzu meble, wytrzepał rozkładany w
korytarzu chodnik. Na koniec wyszorował sedes i wannę. Tak czysto nie miał w
mieszkaniu odkąd zamieszkał w nim sam.
Dochodziła czternasta, goście mieli przyjść
na osiemnastą. Wykąpał się i ogolił się, przebrał w najmniej znoszone ubranie, zmienił
obrus na stole w pokoju, otworzył butelkę piwa i odprężony usiadł na wersalce przed
telewizorem. Zanim zdecydował się na wybór programu w mieszkaniu pojawili się
Gołąbek z Heńkiem Kielonkiewiczem.
- Znowuś drzwi nie zamknął – stwierdził
Stasiu. – Napytasz nam wszystkim biedy.
- Niby czemu?
- Jak to czemu?
- No czemu?
- A ta menda Mierzejewski?
- Co mi niby zrobi? Rozejrzyj się.
Gołąbek dopiero teraz zauważył przemianę
mieszkania. Obaj z Heńkiem obeszli je w milczeniu sapiąc i chrząkając.
- Sam żeś wysprzątał?
- A co?
- Pytam się.
- Nie, Mierzejewski mi ogarnął razem z proboszczem
Piątkiem.
Zenon wypił kilka łyków piwa i usiadł w
milczeniu. Gołąbek wyjął z siatki owocową nalewkę.
- Daj Heniu jakąś szklankę – powiedział
siadając na wersalce.
Zgliszcz chrząknął.
- Mieliście na osiemnastą przyjść.
- A odkąd to żeś taki skrupulatny się zrobił?
– odparł Kielonkiewicz stawiając na stole szklankę.
- Punktualnością wyraża się poszanowanie drugiemu
człowiekowi.
- Bez jaj.
- Przestrzegając umówionych ram czasowych
dajesz świadectwo swojego uznania dla planów i obowiązków osób, z którymi się
umawiasz. Nieraz może przydarzyć się jakiś wypadek, wtedy jest to
wytłumaczalne. Ale jeśli świadomie łamiesz zasady to oznacza, krótko mówiąc, że
masz to w dupie.
Kielonek spochmurniał.
- Co ty w ogóle pieprzysz, człowieku? Jak
filozof jakiś, w znaczeniu. Weź jeszcze kup taki wielki budzik, taki jak
szachiści mają, i weź zacznij odmierzać czas rozmówcom.
- Właśnie – wtrącił poirytowany Gołąbek. –
Kasparow się znalazł, w dupę frasobliwy.
- Przestań mi tu bluźnić! – wypalił Zenon. –
Mam już dość tego rynsztokowego języka!
Przyjaciele popatrzyli na Zgliszcza w
osłupieniu.
- Oszalał jak nic – szepnął Heniek. – Drelinium
termos, w znaczeniu.
Zgliszcz poszedł do kuchni po dwie dodatkowe
szklanki, napełnił je nalewką i wręczył naczynia lekko osłupiałym przyjaciołom.
- Muszę wam coś powiedzieć – stwierdził.
- No chyba.
- Pasowałoby.
Zenon westchnął.
- Jak już pewnie zauważyliście – podjął z
powagą – trochę się tu u nas ostatnio zmieniło. W zasadzie to wszystko się
zmieniło. I już nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Trzeba się z tym pogodzić,
czy komuś to pasuje, czy nie.
- Olaboga – jęknął Heniek. – Jesteś chory na
śmierć. Masz raka, w znaczeniu?
- Jak tak dziś sprzątałem – kontynuował Zenon
ignorując pytanie – to dotarło do mnie, że jestem już zupełnie innym
człowiekiem, niż jeszcze dwa tygodnie temu. Zacząłem dostrzegać ludzkie
wnętrze, wrażliwość, estetykę, kulturę, etykę. To wszystko sprawiło, że zmienił
mi się światopogląd, potrzeby, oczekiwania. Czułem, że odbywa się we mnie
przemiana, ale nie wiedziałem, o co z tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Aż do
dziś. Bobo mi to uświadomił. Bobo. Wielki Bobo. Wypijmy jego zdrowie.
Wychylili bez protestu.
- I jak tu stoję przed wami, tak chciałem wam
coś oznajmić. Zakochałem się w Grażynie. Chcę ją poprosić o rękę.
Gołąbek otarł rękawem koszuli pot, który
gwałtownie wystąpił mu na czoło.
- Polej jeszcze – powiedział do Kielonka. –
Ale się narobiło. Chcesz się żenić z dziewczyną, którą poznałeś dwa tygodnie
temu?
- To cię w tym dziwi najbardziej? – wtrącił
Kielonek.
- No a co?
- No przecież ona jest na prąd!
- W tych okolicznościach, to jest drugorzędna
sprawa.
- Drugorzędna? Nie może mieć przecież elektrycznej
żony!
- Jak wchodzi w grę ożenek przyjaciela, to
nic nie jest ważniejsze – stwierdził Gołąbek. – Co za różnica z kim? Ważne, że
się żeni. Do tej pory nie przeszkadzało ci jakoś, że Grażyna jest elektryczna.
- Ale…
- Stasiu ma rację – wtrącił Zenon. – Każdy z
nas potrzebuje jakiegoś napędu. Co to za różnica, jakiego? Jakby do życia
potrzebowała paliwa lotniczego albo, nie wiem, mordować ludzi tasakiem, to
pewnie byłby dla mnie problem, ale to, że od czasu do czasu musi podłączyć się
do gniazdka, to jakoś mi nie przeszkadza. Przecież poza tym jest jak trzeba.
- Jeszcze jak – zgodził się Gołąbek.
- Z nikim jeszcze nigdy nie czułem się tak
dobrze. Ona jest jakby dla mnie stworzona. Rozumie mnie, nie zadaje głupich
pytań, ma podobne zainteresowania, lubi wypić i ma w zasadzie taki sam litraż jak
ja. Gdzie taką drugą znajdę?
- Bobo o tym wie?
- A skąd. Co mu do tego?
- No jak to co? Przecież to on ją… No jest
dla niej jak ojciec w sumie.
- Stachu ma rację. Musisz go zapytać.
- Zapytać? A o co niby? I po cholerę?
Przecież on do czubków mnie chciał posłać. Że to niby w androidzie się
zakochałem. Słyszeliście? W androidzie! I to ma być ojciec?
- No w sumie trochę przesadził – zgodził się
Heniek.
- Trochę?
- Po prostu przesadził. Grażynie tyle do
androida, co i mnie, czy tobie – przyznał Kielonek.
- Otóż to. Wypijmy.
Przechylili po brzegi wypełnione szklanki.
- Wiesz co? – powiedział Kielonkiewicz. – Żeniaczka
to najgłupsze, co chłopu może się przydarzyć, ale muszę ci powiedzieć po
prawdzie, że trafiło ci się jak ślepej nornicy orzech. Fart, z znaczeniu.
- Poważnie tak myślisz?
- Tak myślę. Trafiła ci się gratka jak ta
lala. Słowo daję, że jakbym nie był zatwardziałym kawalerem, to sam bym się
ożenił. Chociaż ona woli ciebie. Poza tym mamusia by jej nie zaakceptowała.
Wiecie jaka ona jest zasadnicza, do tradycji przywiązana i taka konserwowa.
- Myślisz, ze ona naprawdę mnie woli od
ciebie – podchwycił Zenek.
- Pewnie że tak. Woli ciebie od wszystkich
innych. Od Stacha, od wszystkich, od Tadeo, od Sitarskich, od Korpikiewicza,
Mumina, nawet od Wehrmachta. Widać po tym jak na ciebie patrzy.
- Że jak niby?
- No tak inaczej.
- Jak. No mówże.
- No tak, jak baba na chłopa.
- Z szacunkiem – dodał Stasiu. – Co by nie
gadać, to fakt. Tylko, że szacunek to jeszcze nie powód do ożenku.
- Właśnie.
- Z szacunkiem… Naprawdę tak myślicie?
- Jasne. W końcu ona tylko z tobą zalicza
blat, z nikim innym. Każdego przepije. Myślę, że tu nie idzie o pojemność, czy
możliwości w wypitce, tylko o coś więcej. O jakąś więź duchową, emocjonalną,
czy jakoś tak.
- O zaufanie. Ufa mu, to i pije do
nieprzytomności. Nie boi się, że Zenek ją po pijanemu dmuchnie, albo coś.
- Dmuchnie?
- No a jak? Przecież babka z niej pierwsza
klasa. Buźka jak malowana, cyc…
- Mówisz o mojej przyszłej żonie!
- Pytasz, to mówię.
- Nie pytam o twoją ocenę walorów mojej żony!
- Nie zagalopowuj się.
Zenon łupnął dłonią w stół i wyszedł z pokoju.
Zaczął chodzić po mieszkaniu nerwowym krokiem mamrocząc pod nosem.
- Zawracają głowę, a ja przecież jeszcze tyle
mam do zrobienia. Muszę kopić kwiaty, potem chwilę się zdrzemnąć, żeby nabrać
rześkości i uspokoić nerwy, ogarnąć chałupę, bo przecież to co zrobiłem do tej
pory, to taka prowizorka tylko, a przecież człowiek nie oświadcza się co dzień.
Gdy gospodarz zaczął tłuc się kuchennymi
naczyniami Stasiu rozlał do dwóch szklanek pozostałość alkoholu.
- Jemu to już nie potrzebne – stwierdził. –
Pij i spadamy. Trzeba coś zrobić, ratować chłopa.
Rozgorączkowany i zaaferowany Zenon nawet nie
zwrócił uwagi na wyjście gości.
*
Bobo siedział u siebie w mieszkaniu przed
telewizorem popijając mocną herbatę. Elektryczna Grażyna skończyła właśnie
dobierać kreację na wieczorne przyjęcie u Zenona. Wybrała skromną, ale elegancką,
sięgającą przed kolano jasnoniebieską sukienkę i pantofelki na średniowysokim
obcasie. Schowała odzież do szafy i zaczęła krzątać się w kuchni nucąc z cicha
bliżej nieokreślone melodie.
Domowe czynności przerwało jej stukanie do
drzwi. Po chwili w mieszkaniu pojawili się Stasiu z Heńkiem.
- Dzień dobry Grażynko – powiedział Gołąbek
szarmancko całując ją w dłoń. – My tylko na słówko do Bobo.
- Jest w salonie. Podać wam coś do picia?
- Tak – odparł Henio wpatrując się w dość
głęboki dekolt kobiety. – I ogórki.
Weszli do pokoju. Bobo powitał ich z miną
człowieka pokonanego.
- Musisz coś zrobić – szepnął konspiratorsko
Gołąbek. – Zenkowi całkiem odbiło na punkcie tej twojej lali.
- Zakochał się w niej, w znaczeniu.
- Chce się z nią żenić. Trzeba chłopa ratować
zanim będzie za późno.
Przerwali na chwilę, w której poruszająca się
z gracją Grażyna rozstawiała na stole kieliszki, butelkę z wódką i salaterkę
kiszonych ogórków.
- Smacznego – powiedziała wychodząc.
Heniek odprowadził ją tęsknym wzrokiem głośno
przełykając ślinę.
- Ależ ona ładna. Jak żeś ty to zrobił, Bobo?
- Normalnie. Z naukowego punktu widzenia nie
ma różnicy w zbudowaniu ładnego, czy brzydkiego modelu. To zależy od wzorca do
matrycy, a ja miałem taki.
- Skąd?
- Z gazety.
Konstruktor pogrzebał chwilę na półce pod
stołem.
- O z tej.
Heniek zaczął wertować kolorowe pismo.
- O!
Zaglądający mu przez ramię Stasiu tylko
sapnął.
- I że ona tak wygląda pod tymi łaszkami?
Bobo potwierdził.
- I cię nie kusi, żeby ją... No wiesz, w
znaczeniu…
- My tu nie po to – przerwał Stasiu, choć sam
był równie ciekawy odpowiedzi. – Musisz z nią coś zrobić.
- Z nią?
- No z nią, z nią. Z Zenkiem się nie da
pogadać, nic do niego nie dociera. Chce się oświadczać.
- Grażyna mu odmówi. Nie ma zaprogramowanego
modułu matrymonialnego. Jest tylko dla niego miła, jak dla każdego.
- On to rozumie inaczej. Co gorsza, my sami już
go parę razy podpuszczaliśmy i przekonywaliśmy, że ona na niego leci. Dziś
nawet. No ale przecież nikt nie myślał, że on tak na poważnie.
- Mówię przecież, że ona za niego nie
wyjdzie.
- I co to zmieni? Będzie wtedy jeszcze
gorzej. Pamiętam doskonale, jak przeżył rozstanie z tą swoją poprzednią. Była z
niej też niezła lala, ale przecież nie aż tak jak ta twoja.
Stasiu przechylił kieliszek zimnej wódki i
zagryzł chrupiącym ogórkiem.
- On tego nie przeżyje, Bobo – stwierdził. –
Z dwojga złego, to już chyba lepiej, żeby się ożenił, ale to też fatalny
pomysł.
- To co mam niby zrobić?
- Musisz ją przerobić.
- Przerobić?
- Zmienić, w znaczeniu.
- Rozchodzi się o to, żeby ona tak dupą nie
kręciła niby mimochodem. Takie najgorsze są. Że niby taka grzeczna, niby nic
nie pokazuje, tiu tiu tiu tiu do kościółka, kanapeczki z pomidorkiem, herbatka,
w prasie artykuliki o ciasteczkach, fartuszek do kuchni, a cyckami wali po
oczach, aż od tego człowiekowi rozum się mąci.
- Oj żebyś wiedział – westchnął Kielonek. – Kompletna
niezdolność do myślenia ogarnia całe ciało, nawet plecy.
- Więc? Mam popsuć takie cacuszko?
Stasiu napił się wprost z butelki.
- No tak by pasowało.
*
Wszyscy trzej podskoczyli na dźwięk dzwonka u
wejścia. Zenon nerwowo spojrzał na zegarek. Była punkt osiemnasta.
- Siadać mi i jak na komunii ma być grzecznie
– rzucił do przyjaciół i ruszył do drzwi przeczesując po drodze włosy polizanym
wnętrzem dłoni.
Otworzył drzwi z promiennym uśmiechem. Na
klatce stał dzielnicowy Trojanowski. Zanim zaskoczony Zgliszcz zdążył na powrót
je zamknąć policjant przeskoczył próg.
- Nie tak szybko, Zgliszcz – powiedział. – Ja
tu skargi mam o zakłócanie ciszy i nieobyczajne prowadzenie. Tym razem ci nie
popuszczę!
- Jakie nieobyczajne prowadzenie? Coś pan? Rewiry
się panu nie pomyliły?
- Mierzejewski chory, to go zastępuję. Ja
taki dobrotliwy nie jestem i element utemperować umiem.
- Ale ja przecież przeszedłem diametralną
przemianę, duchową metamorfozę. Jestem już zupełnie innym obywatelem.
- Ludzie co innego mówią.
- Co niby?
- Że poza pijaństwem, to i dziwki tu u was
jakieś się pojawiają, że przytoczę dla przykładu. Coraz częściej.
- Dziwki?! Jak pan śmie!
- Acha! Unosimy się? A więc to prawda!
Wspaniale, wspaniale.
- Gówno prawda!
- Co się tam dzieje, Zenek? – krzyknął Stasiu.
– Pomóc ci trzeba?
- Nie wtrącajcie się!
- No więc? – naciskał Trojanowski.
- Słuchaj pan. Żadna dziwka nigdy w tym domu
stopy nie postawiła.
- To skąd niby ludzie…
- Nie przerywaj pan!
- No, no, tylko bez awantur. Ja tu władzę
uosabiam i nie życzę sobie…
- Jedyna kobieta, jaka ostatnimi czasy
pojawia się w moim mieszkaniu, to moja narzeczona. Najwspanialsza istota jaka
chodziła po tej ziemi. Słodka, subtelna, uprzejma i obezwładniająco urocza.
Policjant zarechotał.
- Narzeczona? Wspaniale.
- Mówię, jak jest. Moja przyszła żona.
- Tak?
- A tak!
- Wspaniale, wspaniale – Trojanowski
wyciągnął z kieszeni notes i ołówek. – A jak, jeśli można wiedzieć, nazywa się
ta pańska przyszła cudowna żona?
Zenon przestąpił z nogi na nogę.
- Grażyna.
- Grażyna? Wspaniale. A to imię, czy
nazwisko?
- No Grażyna… ta od Bobo.
- Grażyna Taodbobo? To ona z Afryki jakiejś
jest czy jak? No wspaniale coraz bardziej. Grażyna Taodbobo z Ghany, przyszła
żona Zenona Zgliszcza, dzielnego moczymordy i obiboka z Przyporcia. Doprawdy
wspaniała wiadomość.
- Prawdę mówię, jak matkę kocham! Zresztą.
Niech pan wejdzie i sam się przekona. Ona zaraz przyjdzie. Już w zasadzie
powinna być, nie wiem, co się dzieje, przecież nigdy się nie spóźnia.
Trojanowski wszedł do pokoju pełen
podejrzliwości. W małżeństwo nie wierzył za grosz, a że miał Zenona za rasową
kanalię, to i dodatkowo przeczuwał jakiś podstęp.
- O, widzę towarzystwo doborowe.
- Niech pan siada – zaprosił Zenon.
- Byle nie koło mnie.
- Ode mnie też z dala.
- Och przestańcie – poirytował się Zgliszcz.
– Co tu się tak bez powodu czubić? Przecież pan Trojanowski wykonuje tylko
swoją pracę. Proszę, niech pan siada obok mnie.
- Wyrzygam się zaraz – bąknął Stasiu.
Zanim sytuacja pomiędzy gośćmi zdołała się
zaognić do pokoju wszedł Bobo.
- Dzień dobry wszystkim – powiedział. – Drzwi
otwarte były więc…
- Ależ oczywiście! – Zgliszcz poderwał się z
wersalki. – Wy tu przecież jak u siebie… ale… A Grażynka gdzie?
- Wlecze się z tyłu. Makijaż poprawia, czy
coś.
- Idę, idę!
- A więc panie oficerze! – Zenon zwrócił się
uroczyście do dzielnicowego. – Oto kobieta, o której panu mówiłem.
Do pokoju weszła Grażyna. Miała nieco zbyt
mocny makijaż i lekko potargane włosy, ale urody nie można było odmówić jej.
Musiała w ostatniej chwili zrezygnować z niebieskiej sukienki, bo miała na
sobie krótką obcisłą nylonową spódniczkę sięgającą brzegu czarnych rajstop i niewiele
zakrywającą koronkową bluzeczkę, spod której prześwitywał uwydatniający
krągłości biustonosz.
Policjant otworzył usta w niemym zaskoczeniu.
Podobnie zresztą zareagowali pozostali, którzy przywykli do eleganckiego i
jednocześnie skromnego sposobu ubierania się Grażyny. Ciszę przerwał Zenon,
który stawiając maleńkie kroczki niczym pląsający na paluszkach baletmistrz
zaczął dreptać wokół obiektu swoich westchnień
- Proszę bardzo, proszę bardzo – rozpływał
się w uprzejmościach. – Czego się napijecie? Może na początek kawy? Herbaty?
Mam też…
- Co ty pieprzysz, łysa pało? – burknęła
Grażyna. – Dawaj gorzałę i ogórki.
- ? – Heniek i Stasiu.
- ?? – Trojanowski.
- ??? – Zenon. – Słucham?
- Gorzałę dawaj mówię, bo mi w japie zaschło.
Herbatą to se możesz dupę nasmarować, jak chcesz na solarium zaoszczędzić –
zarechotała.
Bobo wolno wyciągnął opakowanie papierosów i
przypalił sobie jednego puszczając porozumiewawcze oko do siedzących na
wersalce Stasia i Henia.
- Dawaj szluga! – krzyknęła Grażyna wyrywając
mu papierosa i obrzucając przelotnym spojrzeniem zebranych. – Co tak siedzicie,
jak byście mieli w dupach kowadła?
Stanęła na środku pokoju w lekkim rozkroku przyglądając
się wszystkim kolejno. Zatrzymała się na Trojanowskim.
- O, a tej starej pierdoły jeszcze nie
widziałam. Zenek! Co to za harcerzyka sprowadziłeś? Z mordy mu patrzy szczur i dupoliz.
Dzielnicowy w jednym momencie otrząsnął się z
początkowego stuporu. Uczynił to jako jedyny.
- Wypraszam sobie! – powiedział wstając z
krzesła i zakładając czapkę. – Jestem dzielnicowym! Ja tu reprezentuję prawo.
Proszę o pani dokumenty!
- A spierdalaj zasrańcu!
- Grażynka! – jęknął Zenon. – No co ty…
- A co mi tu będzie wyskakiwał z szarżą taki
ćwok. Tyś zresztą nie lepszy. Przyniosłeś tę wódkę? Gównoś przyniósł. Zawijaj
się na jednej nodze, bo zbierzesz zaraz w ten lśniący pysk. – Odwróciła się do
Bobo. – Gdzieś ty mnie znowu przyprowadził?
- Dokumenty!
- W dupę mnie pocałuj!
Grażyna zakręciła się na pięcie i zamaszystym
krokiem pomaszerowała do kuchni.
- Co to ma znaczyć, Zgliszcz?! – uniósł się dzielnicowy.
– Do tej pory uchodziły ci na sucho zniewagi, ale to… To niedopuszczalne! I w
ogóle co to za indywiduum? Jak to ma być ta twoja narzeczona, to… Wspaniale! Wspaniale!
- Kurwa mać! – dobiegło z kuchni. – Co za burdel?!
Zgliszcz! Wódka ciepła, jakieś wino żeś słodkie kupił, kutasie głupi, ciasteczka
gówniane jakieś, chcesz chyba żebym się porzygała!
Zenon podskoczył jak oparzony. Nerwowo ruszył
do kuchni, ale zaraz się zatrzymał.
- Bobo? – jęknął.
- No?
- Co się z nią stało?
- Że z kim?
- No z Grażynką?
- Nic, a co się miało stać?
- No jak to? Czemu ona jest taka wulgarna?
- Wulgarna? – Bobo zdusił niedopałek w
popielniczce. – Zostawię was tymczasem – stwierdził. – Mam w pracowni trochę
obowiązków, dużo pracy. Bawcie się dobrze
To powiedziawszy opuścił mieszkanie Zenona.
- No co wy? Chłopaki? – zwrócił się do
siedzących dotychczas w milczeniu jak widzowie na ekscytującym seansie. – No
powiedzcie, że ona taka nie jest. Stasiu?
- Co?
- No powiedz.
- A co mam mówić. Jeszcze dostanę po pysku.
Ja ci baby nie doradzałem. Przeciwnie wręcz. Uparłeś się, to masz coś chciał.
- No co ty…
W pokoju na powrót pojawiła się Grażyna. W
jednej ręce trzymała otwartą butelkę wódki, w drugiej nadgryzioną cebulę
- Coś tu się o mnie mówi? Grzeczniej trochę
może, co? Zaruchać to sobie każdy chce, ale żeby tak kobiecie odrobinę kultury
okazać, to już brakuje rycerzy, co?
- Grażynko…
- Ty flaku barani…
Grażyna zamachnęła się na Zenona i pewnie ten
dostałby po głowie, gdyby nie zadziałał instynkt dzielnicowego. Policjant
doskoczył do kobiety i wykręcając jej do tyłu rękę popchnął ja na ścianę.
- Aresztuję panią!
Niestety Trojanowski nie zdawał sobie sprawy,
z kim ma do czynienia, toteż jego uścisk obliczony na zwykłą kobietę okazał się
za słaby. Grażyna zakręciła dzielnicowym jak filigranową baletnicą, uwolniła
się i natychmiast wymierzyła mu potężny cios otwartą dłonią. Czapka policjanta
pofrunęła na drugi koniec pokoju, mężczyzna poleciał jak długi na podłogę
przewracając krzesło.
- A pójdziesz ode mnie chamie!
- Skarbie! – krzyknął Zenon. – Co się z tobą…
Nie dokończył. Android złapał go za kołnierz
koszuli i cisnął nim w stojącą w kącie paprotkę. Zgliszcz pomknął lotem
nurkowym i roztrzaskał głową glinianą donicę. Z jękiem przekręcił się na plecy,
przewracając na siebie obfitą w listowie roślinę i znieruchomiał. Grażyna
skupiła się teraz na siedzących na wersalce. Stasiu nie czekając na atak dał
susa w kierunku przedpokoju. Nie przewidział, że z Grażyny emanuje nie tylko
nieludzka siła, ale i szybkość i refleks. Zanim zdołał opuścić pokój jego
pośladków dosięgnął potężny kopniak, rzucając jego wątłe ciało na stojący w
korytarzu sekretarzyk. Gołąbek z jękiem runął na podłogę zrzucając telefon i
wazon z niedoszłymi oświadczynowymi kwiatami.
Heniek był znacznie bardziej od swoich
przyjaciół postawnym mężczyzną, który był przy tym nieźle wprawiony w ulicznych
bijatykach. Gdy Grażyna wymierzyła mu zamaszysty cios, tym razem pięścią, Heniek
wykonał sprytny unik i potężnie grzmotnął ją kułakiem w żebra. Android zatoczył
się na środek pokoju, ale zaraz gotów był do rewanżu. Natarł na Kielonka z
furią bulgocząc przy tym nieprzyjemnie. Heniek ponownie sprytnie uskoczył, ale
tym razem nie zadał ciosu. Udało mu się za to dosięgnąć opartej o kaflowy piec
żeliwnej szufelki do wybierania popiołu. Gdy Grażyna zaatakowała go po raz
kolejny Heniek z całych sił grzmotnął ją prowizoryczną bronią w skroń. Cyborg z
łoskotem runął na piec. Cios pozbawił go połaci skóry i włosów, ale nie
animuszu. Porwał w dłonie ciężki stojak z pogrzebaczem oraz pozostałymi piecowymi
akcesoriami i uniósł go nad głowę szykując się do zadania morderczego ciosu.
Kielonek nie miał szans.
Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony.
- Padnij pan! – krzyknął z podłogi dzielnicowy.
Gdy Heniek padał na dywan dzielnicowy po
dwakroć wypalił ze służbowej broni.
Pierwsza kula trafiła cyborga w ramię, druga
w szyję. Siła ognia rzuciła go na piec, ramię zwisło wzdłuż boku, stojak
poleciał na podłogę. W drugiej dłoni robota nadal pozostawała graczka do
wygarniania żużlu. Grażyna przekrzywiła na bok groteskową głowę. Jej twarz nie
zdradzała żadnych emocji, była spokojna, zupełnie bez wyrazu. Za to z ust dobywał
się nieartykułowany charchot. Wzrok zogniskowała na Trojanowskim.
- Wal pan w łeb! – krzyknął Heniek.
Cyborg ruszył, dzielnicowy wypalił po raz
kolejny celując w głowę. Robot zatoczył kilka zamaszystych piruetów przy
trzecim wypuszczając z dłoni graczkę, która niczym rzucony oszczep, zatoczyła krótki
łuk i trafiła policjanta w środek czoła. Android runął na wersalkę, odbił się
od oparcia i upadł obok Kielonka. Heniek odskoczył od targanego konwulsjami
ciała. Grażyna wiła się w agonii, jej ciało wyginało się w konwulsjach. Zsunął
się jej biustonosz, ale w tych okolicznościach nikt nie podziwiał już jej
wdzięków. Po blisko minucie szamotania z uszu robota z sykiem wydobył się
kosmyk czarnego dymu i było po wszystkim. Ciało znieruchomiało, przy tym wiotczejąc,
jakby upuszczono za dużo powietrza z dmuchanej lalki.
Heniek ostrożnie dźgnął cyborga pogrzebaczem.
- Chyba sztywna – ocenił.
- A cholera ją tam wie – krzyknął z
przedpokoju Gołąbek. – Trzeba toto spalić dla pewności. Albo jeszcze ze dwie
kule władować. Panie Trojanowski?
Heniek wstał na rozdygotane nogi i podszedł
do leżącego bez ruchu policjanta.
- Wykitował? – zapytał Stasiu.
- E, nie – odparł Kielonek wyczuwając tętno
na szyi leżącego. – Po łbie zebrał fest, bania mu już rośnie jak kolano.
Gołąbek wszedł do pokoju.
- A ty Zenek jak? Wstawaj, narzeczona ci się
przegrzała.
- A idź w cholerę – jęknął Zenek gramoląc się
spod gałęzi paproci. Spojrzał na nieruchome ciało robota. – Zadzwońcie lepiej
po pogotowie i po policję.
- Kiedy telefon rozdupczony – stwierdził Gołąbek.
- Lepiej po Bobo lecieć – zaproponował
Kielonek. – On będzie wiedział, co zrobić z tą… z tym. I na pogotowie zadzwoni.
- Racja. Ale leć ty Heniu. My tu trochę
ogarniemy.
- Dobra.
Gdy Heniek zniknął, Stasiu rozejrzał się po
pobojowisku.
- W sumie, to teraz jest bardziej normalnie,
niż godzinę temu, jak żeś tak wszystko wypucował.
Zenek nie skomentował uwagi. Z nieobecną
twarzą usiadł na wersalce ze wzrokiem utkwionym w ciele robota.
- Ej?
- Co?
- Chcesz, to sobie dmuchnij rozchodniaka. Nikomu
nie powiem.
- Aleś ty głupi.
*
Sanitariusze zanieśli rannego Trojanowskiego
do ambulansu. Zanim umieścili go w karetce dzielnicowy przywołał do siebie
prowadzącego śledztwo aspiranta Podsiadłę.
- Ona jest niebezpieczna… – szepnął. –
Uważajcie, to nie jest człowiek – przymknął powieki. – Wywaliłem w nią pół
magazynku i nic. Rzucała nami jak rzeźnik prosiakami. Nigdy czegoś takiego nie
widziałem na żywo. Mówię ci, że to cyborg, jak ten z trzeciego Terminatora.
Świat oszalał…
- Wszystkim się zajmę, nie martw się –
powiedział Podsiadło. – Musisz teraz odpocząć.
Gdy karetka odjechała policjant wydał
podkomendnym kilka rutynowych poleceń i niecierpliwie ruszył do mieszkania
Zgliszcza. Zastał w nim Zenona i Stasia siedzących przy stole z minami
cierpiętników.
- I co? – zapytał Zenon. – Wyjdzie z tego?
- Co?
- No nasz dzielnicowy tymczasowy? To coś
groźnego?
- Ach to. Kto to może wiedzieć? – odparł
aspirant. – Zostanie jakiś czas na obserwacji. Ale to tam, niech, tego, się
toczy własnym trybem – niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę. – Ja mam tu
jeszcze pilną sprawę do załatwienia – zagryzł dolną wargę przebiegając po
mieszkaniu nieobecnym wzrokiem. – Zostawię wam wezwania. Stawicie się na
komendzie, celem złożenia wyjaśnień.
- Oczywiście. Tylko, co tu wyjaśniać?
Człowiek stresującą robotę ma, to mu się i pomieszało w głowie. To się chyba
zdarza?
- Może i tak – powiedział aspirant chowając
do kieszeni pokwitowania wręczonych wezwań. – Ta miła dziewczyna, która po nas
dzwoniła, to mieszka pod dwadzieścia trzy, tak? – zapytał kierując się do
wyjścia.
- Dwadzieścia cztery.
Podsiadło spojrzał do notesu.
- A tak, faktycznie, mam tu zapisane wyraźnie,
że dwadzieścia cztery. No to dobranoc.
- Dobranoc – odparli.
Trzasnęły drzwi. Zenon przekręcił zasuwkę.
- Bobo jest jednak geniuszem – stwierdził.
Podsiadło wolnym krokiem ruszył w górę po
schodach. Zastukał do drzwi mieszkania Bobo. Po chwili usłyszał szczęk zamka.
Otworzyła mu dziewczyna tak nieprzeciętnie cudnej urody, że aż zakręciło mu się
w głowie i odjęło mowę. Na miękkich nogach wszedł do środka.