przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 20 października 2007

BOW - Stolarze, murarze i krawcy

Popołudnie było wyjątkowo piękne. Po błękitnym niebie gdzieniegdzie tylko błąkały się pojedyncze nitki śnieżnobiałych chmur leniwie, ledwo widocznie, jakby ospale poganiane przez delikatny letni wietrzyk. Słońce paliło mocno powodując tuż nad żółtoszarym piaskiem wibracje powietrza, które niejednokrotnie towarzyszy zjawisku fatamorgany[1], rzadziej fotosyntezy cynku. Widownia zgromadzona wokół potężnej, owalnej areny dosłownie pękała w szwach. Z uwagi na cykliczność owego zjawiska zapobiegawczo przygotowano zawczasu najbieglejszych w królestwie szwaczy, niezastąpionych i niedoścignionych w fechtunku igłą, szydłem i innymi akcesoriami krawieckimi. Każdy z nich miał do pomocy kilku czeladników, między innymi gościa od wycierania szmatą upoconej japy, głównie czoła, z którego pot lał się strugami na oczy znacznie utrudniając skuteczne udaremnianie rozłażenia się poszczególnych elementów misternie skleconej konstrukcji okołoarenowych trybun. W związku z powyższym ów pomagier uważał się za najpoważniejszego ze wszystkich, co niejednokrotnie wywoływało szereg animozji pomiędzy nim, a pozostałymi krawieckimi pomocnikami, którzy wykonywali niemniej istotne czynności, jak podawanie nowych igieł, nawlekanie sznurka, pojenie krawca wodą, lub częściej kwaśnym wińskiem[2], czy też torturowanie obcego, przypadkiem napotkanego murarza[3], przez co również uzurpowali sobie prawo do miana najważniejszych, najrzetelniejszych, niezastąpionych i ze wszech miar niedocenionych fachowców. Stanowiska krawieckie rozmieszczone były wokół (ściślej rzecz ujmując wowal) okalających arenę trybun oddalonych od siebie o mniej więcej dwadzieścia imperatorskich metrów (im)[4]. Przy okazji odbywających się dotychczas igrzysk każdorazowo zmieniano odległość pomiędzy poszczególnymi ekipami łatającymi uzależniając je od wcześniejszych wyliczeń prawdopodobieństwa powstania szczelin w trybunach, które to rachunki prowadzono głównie w oparciu o umiejscowienie uprzednio powstałych rozwarć. Niestety powyższe metody zaradcze nie do końca się sprawdzały, rozstępy powstawały w coraz to nowych miejscach powodując niesnaski pomiędzy rywalizującymi ze sobą grupami remontowymi. Polegały one głównie na odwiecznie panującej zasadzie kto pierwszy ten lepszy, która to skutkowała znacznym obniżeniem efektywności prac jak również poważnym obniżeniem czasu reakcji podjętych działań naprawczych. Powyższe wynikało często z ostrych starć pomiędzy najbliższymi szczelin, w danym momencie bezczynnymi ekipami, najczęściej dwoma, ale bywało, że i trzema (w myśl zasady: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta), czy siedemdziesięcioma ośmioma (w myśl zasady: lepiej później niż wcale), z których każda chciała wykazać się najwyższym kunsztem wykonanych czynności oraz niepodważalnymi kompetencjami. Taka sytuacja pociągała za sobą niejednokrotnie katastrofalne w skutkach konsekwencje, jak np. totalne rozpierdyknięcie się trybun w dwóch miejscach jednocześnie, czego następstwem było dosłowne wylanie się licznie zgromadzonej, upojonej emocjami i wińskiem gawiedzi wprost w kotłujące się ciżby krawców i ich pomocników. W wyniku stłamszenia, zaduszenia, rozgniecenia czy zmiażdżenia poważne obrażenia, niejednokrotnie śmiertelne, odniosło wówczas wielu doskonałych fachowców, co na długie lata spowodowało w królestwie obniżenie jakości usług w zakresie krawiectwa. Jedynym plusem owego incydentu była dla światka krawieckiego śmierć siedmiu w większości sabotujących wówczas murarzy. Niestety pociągnęło to za sobą z kolei zachwianie i tak już ubogiego w owym okresie rynku usług murarskich. Przedmiotowe zubożenie nie wynikało wszakże ze znikomej ilości murarzy, lecz z nad wyraz rozrośniętej populacji stolarzy, którzy znani ze swej wrodzonej płochliwości bezustannie absorbowali uwagę złośliwych w naturze murarzy. Jak powszechnie wiadomo żaden pospolity murarz nie jest w stanie obojętnie przejść obok wylęknionego stolarza kryjącego się w cieniu nad wyraz obfitej w tej części świata olszyny, bądź koczującego w zakamarkach licznych i wyjątkowo zagraconych krużganków. Powyższe prowadziło każdorazowo do nagminnego opuszczania przez tych pierwszych stanowisk pracy w celu pogoni za umykającymi w popłochu stolarzami. Tylko nieliczne jednostki były w stanie oprzeć się stolarskiemu urokowi. Tych z kolei należy podzielić na dwie kategorie. Pierwszą z nich uwarunkowana jest wysoko rozwiniętym wśród poszczególnych jednostek poczuciem konieczności wywiązania się z powierzonych im obowiązków oraz świadomości z powagi i nienaganności w jakości świadczonych przez siebie usług. Przynależnych do drugiej grupy charakteryzowała obojętność wobec stolarzy, która wynikała z niczego innego, jak z murarskiego homoseksualizmu[5]. Jak wspomniano wcześniej nadnaturalny wzrost populacji płochliwych i niejednokrotnie, z murarskiego punktu widzenia, wyjątkowo ponętnych stolarzy, absorbował coraz większą liczbę nadpobudliwych murarzy. Jedynymi zdolnymi w takich warunkach do wykonywania trudnego zawodu byli wyłącznie ci przynależni do powyższych dwóch kategorii. Ci z kolei w znacznej mierze charakteryzowali się, przytoczoną uprzednio, wyjątkową złośliwością i wrogością skierowaną wobec cechu krawieckiego, co natomiast było piętnowane poprzez pozostałych murarzy. Opisany wcześniej incydent towarzyszący rozpierdyknięciu się trybun spowodował poza krawcami śmierć 7 murarzy, z których czterech usiłowało zastąpić igły kielniami, wyrąbując sobie uprzednio drogę poprzez powstrzymujących ich działania krawieckich pomocników. Pozostałych trzech murarzy cechowało się murarskim homoseksualizmem, więc nie czynili szkód krawcom, z którymi na ogół żyli w przyjaźni, lecz ich wysiłek skupiał się głównie na odciąganiu pobratymców od zbrodniczych zamiarów.
Poza opisanymi powyżej następstwami przytoczone wypadki miały również pozytywne konsekwencje w postaci zmiany priorytetów warunkujących sposób rozmieszczania wokół trybun poszczególnych grup remontowych. Otóż powołana w wyniku tragicznego rozchwiania rynku podstawowych usług komisja ustaliła, iż liczba ekip krawieckich przede wszystkim powinna być proporcjonalna do ilości zgromadzonej na trybunach publiczności. Tu jednakże pojawił się problem oceny owej ilości. O ile w przypadku wyjątkowo atrakcyjnego w repertuarze widowiska wcześniej udostępnionego do wiadomości potencjalnej widowni łatwo było przewidzieć jej liczną frekwencję obliczając liczbę rozdysponowanych wejściówek i zaproszeń, to w razie zamknięcia menu igrzysk w przeddzień lub już w dniu ich rozpoczęcia było to znacznie utrudnione. Ustalono wobec powyższego stałą liczbę stanowisk w jednakowej odległości od siebie (20 im) oraz, dla uniknięcia potencjalnych utarczek, pomiędzy każdymi dwoma sobie najbliższymi ekipami usadowiono po jednym arbitrze, do którego obowiązków należało w sytuacjach spornych wskazanie grupy mającej interweniować. System okazał się w swojej prostocie idealny i pomimo kilku niepowodzeń w trakcie początków jego zastosowania stał się najefektywniejszy zarówno z uwagi na skuteczność jaki i ekonomiczność. Pojawiające się nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu mające miejsce przy okazji jego wdrażania były spowodowane głownie pośpiechem wynikającym z rutyny, brakiem zrozumienia będącym następstwem nie przywiązywania uwagi do podstawowych zasad komunikacji pomiędzy członkami poszczególnych eikp oraz falstartami. Ostatecznie ustalono, że rozpoczęcie prac jest możliwe wyłącznie po wyraźnym sygnale arbitra polegającym na oddelegowaniu do wykonania zadania konkretnej grupy krawieckiej poprzez wskazanie jej krawca za pomocą wyraźnego, nie podlegającego dyskusji gestu lub słowa, np. poprzez:
- Dawaj Stachu !!! – przykładowy okrzyk arbitra skierowany do krawca znanego mu z imienia Stach.
Lub:
- Dawaj, kutafonie !!! – przykładowy okrzyk arbitra skierowany do krawca nie znanego mu z imienia poparty gestem wskazującym konkretnego wykonawcę.
Co bardziej doświadczony arbiter potrafił również dostrzec zagrożenie w postaci czającego się w tłumie murarza o zbrodniczych skłonnościach, co umożliwiło ekipom zwalczającym działalność sabotażową poczynienie czynności zaradczych udaremniających szkodliwą aktywność murarską. Najczęściej używanym okrzykiem ostrzegawczym arbitrów był np.:
- Stachu!!! Uwaga kielnia na piętnastej !!! – przykładowy okrzyk arbitra skierowany do krawca znanego mu z imienia Stach wskazujący potencjalne miejsce ataku murarza.
Lub:
- Uwaga kielnia !!! – przykładowy okrzyk w tzw. ostatniej chwili, jeśli nie
ma już czasu na wskazanie konkretnego obiektu agresji. Wówczas ostrzeżenie stawia na nogi wszystkie najbliższe ekipy remontowe.
Jak wcześniej wspomniano powyższy sposób po kilkakrotnym przećwiczeniu i prawnym uregulowaniu zasad funkcjonowania doskonale sprawdzał się w praktyce. Imperator rzuciwszy wyćwiczonym do perfekcji rzekomo niedbałym, pozbawionym najmniejszego zainteresowania spojrzeniem na poszczególne posterunki krawieckie zwrócił się flegmatycznie do Wielkiego Wezyra:
- Lucjan? Który z obecnych tu krawców jest natenczas najbieglejszy w
swoim fachu?
Wielki Wezyr nie dał się zaskoczyć podchwytliwym pytaniem i odpowiedział dokładnie, inteligentnie, kompetentnie i wyczerpująco.
- Mietek.
Odpowiedź wyczerpała temat i kondukt dalej posuwał się ślamazarnym, acz dostojnym tempem wokół (wowal) trybun.

[1] Fatamorgana – zjawisko występujące najczęściej w środowisku pustynnym (dużo piachu, zero wody). Podróżnicy strudzeni długą wędrówką przez piaszczyste tereny, odwodnieni i uprażeni słoneczną kąpielą często w wibrującym, gorącym powietrzu widzą rzeczy, których faktycznie w danym miejscu nie ma. Często są one optycznym omamem, jakby odbiciem zjawisk występujących w innym miejscu. Najczęściej spotykaną postacią fatamorgany są w łagodnej wersji palmowe drzewa, oczko wodne, czy karawana, lub w ostrzejszej formie stara baba na rowerze, tudzież podchmielony wędkarz w gumofilcach.
[2] Kwaśne wińsko znakomicie nadaje się do uzupełniania gospodarki płynów w organizmie ludzkim narażonym na długotrwały wysiłek fizyczny, szczególnie w czasie upalnej pogody. Nadaje się dużo bardziej, niż słodkie wińsko, które powoduje uczucie lepkości w japie, w następstwie czego koniecznym staje się opłukanie jej wnętrza, co pociąga za sobą przyspieszoną konsumpcję zapasów posiadanych płynów i napoi. Kwaśne wińsko jest również dużo znakomitsze od np. wody pitnej czy buskowianki z uwagi na różnice (poza walorami smakowymi i odczuciami psychofizycznymi) czasu niezbędnego do ich metabolizmu przez organizm ludzki* oraz ilością możliwą do przyjęcia jednorazowo**.
* kwaśne wińsko, wodę i buskowiankę mogą pić również inne organizmy np. łaciaty pies sąsiada, kot (wszystkie znane gatunki lubiące się napić), koń (lub kuń, może być podkuty, co nie czyni go podciętym lub podpitym), wiewiórka (żywa), wielbłąd (wyłącznie dwu i jednogarbny z uwagi na pojemność), zimorodek (któremu chce się pić okrutnie), zając (z zamkniętymi oczami), bardzo mały osioł (większym i dużym pić nie wolno z uwagi na fakt, iż duże nawilżenie osła powoduje zmniejszenie intensywności nasycenia solą salami, co każdorazowo pociąga za sobą obniżenie jego walorów smakowych).
** na ogół jednorazowo kwaśnego wińska można przyjąć znacznie mniej niż np. wody, czy mineralki, niemniej znane są przypadki obalające wręcz druzgoczące ową regułę. Znani są osobnicy spożywający wyłącznie kwaśne wińsko oraz inne napoje z gatunku tzw. wyskokowych (geneza słowotwórcza: wy – znaczy, że nie my; skoko – znaczy, że można je spożywać w towarzystwie drobiu pochodzenia kurzego; wych – znaczy, że nie mych (mych – tu oznacza „moich”, nie mylić z dopełniaczem liczby mnogiej słowa „mysz”)). Zdawałoby się, że z uwagi na właściwości uśmierzające pragnienie popyt na spożywanie kwaśnego wińska jest znacznie ograniczony, jednakże rzeczywistość jest zgoła odmienna. Powyższa reguła sprawdza się bowiem wyłącznie w warunkach pustynnych, w środowisku o wyższej wilgotności chęć spożywania wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości nasączenia organizmu, aż do osiągnięcia pełnego nawilżenia i w efekcie czego chwilowego wyzbycia się potrzeby dalszego spożywania, które to uczucie występuje wyłącznie w trakcie całkowitej utraty jaźni, tu zwanej snem.
[3] Przypadkiem napotkany murarz potrafi bardzo skutecznie udaremnić efektywne prace szwackie. Murarze znani są bowiem z wrodzonej złośliwości i szczególnej, niczym nie wytłumaczonej nienawiści i wrogiego usposobienia w stosunku do krawców wszelkiej maści. Najprostszym, najczęściej spotykanym i jednocześnie bardzo skutecznym sposobem dezorganizacji prac krawieckich jest błyskawiczne i niedostrzegalne dla krawca podmienienie igły na kielnię o wyostrzonych krawędziach, w czego efekcie zapracowany krawiec zamiast skutecznie szyć, przecina pieczołowicie wytworzone wcześniej ściegi. Innym, mniej subtelnym przejawem powyższych nienajlepszych relacji murarsko – krawieckich jest solidny kop w żyć, który potrafi bardzo poważnie zakłócić rytmikę pracy lub, co gorsza, spowodować nierówne poprowadzenie ściegu, które niejednokrotnie skutkuje przyszyciem dłoni do obiektu, nad którym w danej chwili krawiec pracuje np. do kapoty.
[4] Imperatorski metr = 100 imperatorskich centymetrów
[5] murarski homoseksualizm – permanentny stan niepohamowanego pożądania stolarza przez murarza. Bardziej szczegółowa charakterystyka mh zostanie przytoczona w terminie późniejszym, w bardziej sprzyjających temu okolicznościach.

Brak komentarzy: