przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


czwartek, 18 października 2007

Miętki

W sumie chłop był z niego nawet bystry. Niestety problem przed jakim stanął przerastał jego intelektualne możliwości. Tak przynajmniej wydawało się z początku. Siedział teraz od ponad godziny na taborecie przy kuchennym stole i analizował wydarzenia. Masował dłońmi głowę, jakby starał się w ten sposób wydobyć z niej odpowiedzi na nurtujące go pytania. Pomacał obolały, do niedawna krwawiący nos.
- O ja pierdolę – westchnął w końcu i podniósł się na drżące ze zmęczenia nogi.
Otworzył lodówkę i dokonał szybkiego przeglądu jej zawartości. Nie było tego dużo. Resztka musztardy, osiem puszek piwa i pół flaszki wódki czystej. Sięgnął po tę ostatnią, zdjął nakrętkę, przytkną do ust i przechylił odwracając głowę mocno ku górze. Połykał łapczywie alkohol czując jak ten paląc mu gardło i przełyk dociera do żołądka. Opróżniwszy butelkę ważył ją przez chwilę w dłoni wpatrując się w napisy na etykietce. W końcu cisnął nią w pokrytą beżowymi kafelkami ścianę. Roztrzaskała się z hukiem powodując jednocześnie uszkodzenie płytki, o którą uderzyła. Lucjan nie zwrócił na to uwagi. To było teraz nieistotne. Otworzył puszkę z piwem i na powrót usiadł przy stole.
- Jasny chuj – wyszeptał pocierając nie ogoloną od tygodnia twarz.
Pociągnął duży łyk złocistego płynu by za chwilę wypluć go przed siebie na stół i okienne zasłony. Puszka powędrowała w ślad za butelką i odbiwszy się od ściany oddawała zawartość sycząc głośno i spryskując wszystko wokoło. Lucjan nienawidził puszkowego piwa. Nawet nie pamiętał skąd się znalazło w jego lodówce. Pewnie nie jego. Nie ważne. Mężczyzną targały wewnętrzne rozterki. Czuł potworne pragnienie związane z uzależnieniem alkoholowym, a jednocześnie nie mógł przemóc w sobie wstrętu do uwięzionego w blaszanym wnętrzu browaru. Wymacał w tylnej kieszeni spodni portfel i przejrzał jego zasoby.
- Git.
Wreszcie jakaś pozytywna informacja dla jego pogrążonego w przygnębieniu umysłu. Ruszył do wyjściowych drzwi i narzuciwszy wojskową kurtkę wyszedł w mrok zimowej nocy.
Wszystkie osiedlowe sklepy były już pozamykane, ale w dalszym ciągu funkcjonowała meta u Edka Szachisty. Szybko pokonał dzielący go od pożądanej posesji dystans i nacisnął energicznie dzwonek. Kilkakrotnie. Po chwili usłyszał trzaskanie wewnętrznych drzwi i wolne kroki gospodarza.
- Kogo tam licho niesie po nocy?
- Miętki. Dawaj wódę.
- Ile?
- Litrę. I dałbyś jakiś browar. Z osiem.
- Moment.
Usłyszał oddalające się kroki. Po chwili zgrzytnęły zamki i oczom Lucjana ukazało się niechlujne oblicze Szachisty. Wymizerowana twarz nie zdradzała niezadowolenia z późnej wizyty. Przybrudzony szlafrok ukazywał wątły tors mężczyzny, na nogach miał bambosze w kształcie przypominającym niedźwiadki koala.
- Wisisz jeszcze za skrzynkę – rzekł wręczając Miętkiemu dwie wypełnione reklamówki. – Tak na marginesie. Dałam dwanaście piw. Żebyś nie łaził po nocy.
- Kurwa, zapomniałem. Dzięki.
Wręczył Edkowi stuzłotowy banknot.
- Nie wydawaj reszty. Wyrównam przy okazji.
- Wiem.
Szachista zamknął drzwi. Lucjan obciążony cennym ładunkiem ruszył szybko w kierunku domostwa. Idąc nie myślał o niczym konkretnym. Miał ochotę od razu wychylić piwo, ale nie chciał znowu wylądować w izbie wytrzeźwień lub zapłacić kolegium. Ostatni odcinek pokonał truchtem i po chwili był już u siebie. Nie zdejmując kurtki otworzył piwo i trzema potężnymi łykami opróżnił butelkę. Odstawił puste naczynie na podłogę i zzuwając wierzchnią odzież beknął głośno i przeciągle. Wyładował zakupy do lodówki i z butelką piwa zasiadł za stołem obitym kraciastą, biało – żółtą ceratą.
- Jeszcze wróci – zawyrokował kiwając głową. – Albo się powieszę.
Przez ostatni tydzień, poprzedzający ten fatalny dzień, jego burzliwy związek przechodził kolejny kryzys. Nigdy wcześniej jednak ich kłótnie, czy nieporozumienia nie przybierały tak gwałtownych form i nie przynosiły tak drastycznych rozwiązań. Tym razem było inaczej. Dostał w twarz. Pięścią. Chyba miał złamany nos. W każdym bądź razie, mimo iż minęło od tego czasu cztery dni, bolał dalej jak cholera. Ale to drobiazg. Najgorsze było to, że kobiety nie było. Wyprowadziła się trzaskając drzwiami. Nazwała go degeneratem i impotentem. Klęła przy tym jak szewc.
Zaczęło się od tego, że wrócił z pracy zalany w trupa. W sumie nie było w tym nic szczególnego. Często tak wracał. Tym razem jednak oddał mocz do lodówki śpiewając przy tym „Ale w kolo jest wesoło”. To mu się wcześniej nie zdarzało. W dodatku nasikał na pieczeń przygotowaną przez dziewczynę na umówioną wcześniej na ten dzień romantyczną kolację. Potem zwalił się na kuchenną podłogę. W takim stanie znalazła go razem z matką, którą przypadkowo spotkała będąc na zakupach w supermarkecie. Kobieta wpadła na kawę. Nie wypiła.
Lucjan czuł jak alkohol miło rozgrzewa jego ciało i rozluźniająco wpływa na spięte nadwyrężonymi nerwami mięśnie. Odstawił w połowie opróżnioną butelkę piwa sięgnął po mocniejszy trunek. Znów przez chwilę kontemplował informacje umieszczone na etykietce. Ocet spirytusowy. Dziewięćdziesiąt osiem procent. Odkręcił nakrętkę i wlał płyn do nieszczególnie czystej szklanki wypełniając ją do połowy. Szachista robił najlepszy specyfik na osiedlu. Miał konkurencję, ale nie dorastała mu do pięt. Może jeszcze meta u Andzi Rysikowej miała klasę. Ale u niej raczej wina były na topie. Wielce smaczne i skuteczne. Jednakże Lucjan od ładnych kilkunastu lat nie spożywał już tego typu trunków, więc nie odwiedzał Andzi od dłuższego czasu. Upływ lat spowodował, że chyba nawet by jej nie poznał. Ale swojego czasu kilka razy w tygodniu robił u niej zakupy. Zawsze udane. Obecnie korzystał wyłącznie z oferty Edka. Był sprawdzonym bimbrownikiem. Oferowany przez niego trunek był ledwie odrobinkę mętnawy, w odcieniu brunatnym. Miał około sześćdziesięciu pięciu procent zawartości alkoholu, kosztował tyle, co w sklepie butelka pośledniego rodzaju wódki. Edek rozlewał bimber do półlitrowych butelek po czymkolwiek. Najczęściej były to opakowania po wódce, occie, sokach, rzadziej w słoikach. Można było również dostać u niego super czystą klarowną wersję specyfiku, kilkakrotnie destylowaną i zaprawioną karmelem lub skórką z pomarańczy. Tak przygotowany zdecydowanie lepiej wyglądał i nie sprawiał wrażenia samogonu zarówno oceniany optycznie jak i degustowany smakowo. Na początku, przez kilka lat Lucjan preferował taką wersję. Nawet jego partnerka kilkakrotnie próbowała trunku nie oceniając go zbytnio surowo, co zważywszy na jej wyczulony i wysublimowany smak i gust było komplementem nielichym. Z czasem jednak zaczął kupować poślednią wersję specjału. W sumie doszło do tego całkiem przypadkowo. Któregoś razu, kiedy złapał mocnego alkoholowego cuga i dobijał się po nocy do drzwi mety Szachisty, ten oświadczył, że nie zdążył jeszcze przefiltrować produktu i na obecną chwilę ma tylko wersję podstawową. W ten oto sposób Lucjan wszedł w posiadanie bimbru o jakości, którą dotychczas pogardzał. Początkowo smakował go z pewną dozą nieśmiałości, ale już po paru głębszych stwierdził, że w zasadzie w niczym, poza wyglądem, nie odbiega od swojej lepszej wersji. Niestety jego towarzyszka życia zupełnie nie podzielała tego zdania. Wpadła wręcz w furię. Od dawna zwracała mu uwagę, że od pewnego czasu zbyt często zagląda do kieliszka, co niejednokrotnie łączyło się z koniecznością brania urlopu w pracy, bądź zwolnienia lekarskiego. Był dopiero czerwiec, a on wykorzystał już prawie cały urlop, który miał zostać przeznaczony na wspólny wakacyjny wyjazd nad morze. Kobieta zagrażała mu już wcześniej, że od niego odejdzie, jednakże głębokie uczucie, jakim go darzyła trzymało ją przy nim i nie pozwalało opuścić. Lucjan obiecywał, że skończy z alkoholem, lub przynajmniej ograniczy jego spożycie, co początkowo, trzeba uczciwie przyznać, nawet mu się udawało i ograniczało wyłącznie do piątkowo sobotnich popijaw, co dwa, trzy tygodnie. Taka sytuacja utrzymywała się może z pół roku. Potem zaczął się pomiędzy tymi okresami pojawiać, jak to mężczyzna zwykł określać, browar w umiarkowanych ilościach. Kobieta była znów odmiennego zdania. Nie miała nic przeciwko kieliszkowi wina bądź szklaneczki piwa do obiadu, ale w wykonaniu Lucjana było to początkowo cztery browary, a z czasem odpowiednio butelka wina lub sześć do ośmiu piw.
W odczuciu dziewczyny w całej tej sytuacji najbardziej irytujące, a zarazem przerażające było to, że mężczyzna sprawiał wrażenie jakby wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką krzywdę wyrządza jej, jak również samemu sobie. Uwagi dotyczące nadużywania alkoholu, w zależności od nastroju coraz częściej uwarunkowanego ilością spożycia, obracał w żart, ignorował, bądź tłumaczył stresem w pracy lub innymi wyimaginowanymi problemami. Lucjan zdawał się wcale nie dostrzegać, iż kobieta jest na skraju erupcji, że swoim zachowaniem w szybkim tempie doprowadza jej cierpliwość do krańców możliwości. Szala goryczy przelała się owego felernego dnia, w którym wrócił pijany w sztok, mimo iż obiecał jej solennie zmianę postawy, czego początkiem miał być spędzony wspólnie wieczór przy romantycznej kolacji. Dziewczyna wyszła wówczas do marketu po owoce, których notabene on zapomniał kupić w drodze z pracy, o czym poinformował ją telefonicznie. W związku z tym, iż musiał jeszcze wstąpić na pocztę po odbiór przesyłki poleconej, aby nie tracić na daremne czasu, po brakujące zakupy udała się dziewczyna. Lucjan na pocztę wstąpił, ale nie omieszkał wpaść również do Szachisty, który zwerbował go do degustacji nowo wyprodukowanego specyfiku.
- Co ty, nie mogę – protestował początkowo. – Spieszę się jak diabli.
- Weź nie żartuj, koleś – nie ustępował Edek. – Mam taki towar, żeś w życiu nawet nie pomyślał. Nie chcę puszczać w obieg zanim nie dopełnimy rytuału.
Rytuał ów wiązał się z tym, iż każdorazowo, gdy manufaktura Szachisty wyprodukowała nowy rodzaj samogonu, degustacji poddawał go sam mistrz ceremonii zapraszając do towarzystwa wyłącznie zaufanych odbiorców. Lucjan był dotychczas trzy razy na takich libacjach, z których dwukrotnie wynoszony był przez współbiesiadników na przydomowy taras w celu przewietrzenia i odzyskania świadomości. Za pierwszym razem, gdy wypuścili go do domu w stanie totalnego upojenia alkoholowego wylądował na izbie wytrzeźwień zebrawszy wcześniej kilka gum za obrazę munduru i majestatu stróżów prawa.
- Nie mogę – wstrzymywał się Lucjan. – To znaczy mogę, ale nie chcę. Kończę z tym. Przestaję pić. Stracisz klienta, niestety.
- Co ty pieprzysz, Miętki – Szachista nie ukrywał rozbawienia. – Który to już raz? A z resztą. Może masz i rację. Ile można chlać. W porządku. Szkoda będzie takiego odbiorcy. Ale chyba nie odmówisz staremu kumplowi strzemiennego. Ostatnia bania przed nudną i trzeźwą rzeczywistością. Chociaż, mając w domu taką babeczkę, pewnie też bym nie pił.
- Przestań już pieprzyć, Edziu – zawahał się. – Dobra. Ale na chwilę. Dawaj walnę szklanę i spadam.
Z jednej szklanki zrobiło się ich kilka, a że trunek był wyjątkowo mocny powyższa chwila miała finał wcześniej już zaprezentowany. Kidy ocknął się na kuchennej podłodze w domu nie było już rzeczy dziewczyny. Była za to ona sama. Siedziała przy stole i wpatrywała się w niego z żalem. Z trudem podniósł się na nogi.
- Skarbie… – zaczął
Nic więcej nie dodał. Kobieta wstała od stołu bez słowa i zadała mu silny prawy prosty. Runął między taboret, a umywalkę ponownie odpływając w błogi stan nieświadomości. Tracąc jaźń usłyszał jeszcze epitety, o których wspomniano na wstępie. Gdy ponownie się otrząsnął po dziewczynie pozostała w jego życiu jedynie olana przez niego pieczeń.
- Damy radę – wyszeptał z uśmiechem do iluzji kobiety, którą widział siedzącą przy stole, wpatrującą się w niego z czułością.
To rzekłszy wychylił alkohol do dna.

Brak komentarzy: