Irena Oczy miała sporego i bardzo nietypowego zeza rozbieżnego. Z tego powodu często zdarzało jej się płakać po plecach. Jej nieszczęście nie spotykało się niestety ze zbyt częstymi przejawami współczucia. Winnym temu był głównie jej młodszy brat, Struś, a raczej bardzo nietypowa i rzadka przypadłość jaka go dotknęła: efektem jego przemiany materii w znacznej mierze był wosk. Co niemniej dziwne, dotyczyło to wyłącznie moczu Strusia. Innymi słowy, chłopiec sikał woskiem.
- Pani Oczy – zwrócił się do Matki lekarz rodzinny zaraz po tym, jak ujawniła się przypadłość dziecka. – Struś ma jaja z wosku. Nie będzie mógł mieć dzieci.
Początkowo wszyscy bliżsi i dalsi znajomi uważali przez to, że chłopca spotkało straszne nieszczęście, dużo większe niż Irenę Oczy, dla tego też jej tragedia pozostawała niemalże wyłącznie jej własnym osobistym dramatem.
Jeśli zaś chodzi o jej brata, to z czasem okazało się, że nie taki diabeł straszny. Struś okazał się bowiem bardzo zaradnym młodzieńcem i nie tylko nie załamał rąk, ale tak sprytnie wykorzystał swoją, nazwijmy to, inność, że mało, iż nie popadł w niedolę i depresję, to jeszcze wyprowadził swoją rodzinę z ekonomicznego kryzysu. Trzeba zupełnie obiektywnie przyznać, że radził sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu całkiem nieźle zyskując przy tym szacunek, swobodę i niezależność.
Zanim Struś doprowadził do takiej sytuacji, musiał wszakże sporo po drodze wycierpieć, narażając się na szykany, kpiny, pomstowanie, a niejednokrotnie i na dotkliwe razy. Aby plan, który od pewnego czasu nabierał w jego głowie kształtów, mógł się zmaterializować, koniecznym było zdobycie środków płatniczych, a będąc ułomnym (tak przynajmniej był postrzegany) ciężko było mu zdobyć nie tylko uczciwą, ale w ogóle jakąkolwiek pracę. Miał również problemy ze skończeniem nawet byle jakiej szkoły. Wszędzie słyszał, że nie mogą go przyjąć, bo przez niego zatyka się kanalizacja.
Z tego też powodu, na jakiś czas musiał zapomnieć o godności i porzucając młodzieńcze ideały zaczął żebrać. Nie szło mu to najlepiej. Wyciąganie do ludzi rękę w proszącym geście przychodziło mu niezwykle trudno. Dosyć szybko postanowił więc zaprzestać żebrania i zastąpić je sępieniem, jak nazywał wystawanie pod monopolowym i zaczepianie ludzi w celu wydębienia od nich paru groszy. Zmienił również formułkę, którą wypowiadał do potencjalnego darczyńcy. I tak też zaprzestał przesiadywania w przeróżnych pasażach i pod domami handlowymi, z wypisaną na tekturowej kartce prośbą o jałmużnę, a zamiast tego zaczepiał klientów sklepu i, w zależności od indywidualnej oceny danej osoby, przybierając cwaniacką bądź groźną minę domagał się tak zwanej dorzutki do wina.
Był to łatwy zarobek, ale nie do końca pozostawał w zgodzie z przekonaniami Strusia. Na swoje szczęście nie potrzebował dużej kwoty i trwało to tylko kilkanaście dni. Poszłoby mu nawet szybciej, ale dla zachowania pozorów musiał część uzbieranych pieniędzy przeznaczać na wino, które następnie spożywał wraz z kilkoma innymi, nazwijmy to, wspólnikami w interesie.
Wreszcie jednak zgromadził satysfakcjonującą go kwotę, za którą kupił kilkadziesiąt metrów sznurka, z którego wykonał pierwsze w swoim życiu knoty. Później było już z górki. Wystarczyło tylko przejść się po cmentarzach i pozbierać szklane pojemniki wypalonych zniczy. W ten sposób posiadał już wszystko, co było niezbędne do produkcji. Za resztę pieniędzy wykupił miejsce handlowe przy parkingu pod cmentarzem miejskim.
Przeciętnie był w stanie wyszczywać z siebie dziennie od trzech, nawet do pięciu litrów płynnego wosku, a to pozwalało produkować kilka, a nawet kilkadziesiąt zniczy i świeczek, co początkowo było uzależnione od gabarytu posiadanych akurat opakowań. Później, jak już jego działalność porządnie się rozwinęła, miał ich pod dostatkiem i produkował takie znicze, na jakie akurat był największy zbyt. Na co dzień handlował pod cmentarzem sam, zaś przed świętami pomagała mu starsza siostra, gdyż pracując sam, nie nadążał z produkcją, którą wykonywał również na indywidualne zamówienia klientów.
Matka Ireny Oczy była chora. Nie dość, że była skrajnie zamknięta w sobie i nie utrzymywała żadnych kontaktów towarzyskich z nikim, prócz własnych dzieci, dodatkowo miała nietypową egzemę na piersiach, na którą nie znajdowali antidotum nawet najbardziej wybitni specjaliści, których zatrudnił Struś, gdy zaczął uzyskiwać znaczne dochody z działalności gospodarczej. Szczepionki, maści, pastylki, naświetlanie, kąpiele w różnych solach i błotach. Nic.
Aż wreszcie zadziałał przypadek. A właściwie, można by rzec, kufajka. Otóż którejś nocy (za dnia Matka nie wychodziła, aby przypadkiem kogoś nie spotkać) przechadzała się po ogrodzie oceniając przeprowadzone za dnia prace budowlane, w efekcie których miały stanąć pomieszczenia gospodarcze mające służyć za magazyny dla produktów Strusia. W pewnym momencie stanęła oko w oko z obcym murarzem, co niemalże śmiertelnie ją wystraszyło. Później okazało się wprawdzie, że to nie był żaden murarz, tylko rozwieszona na dwóch wbitych w ziemię sztychówkach, poplamiona cementem kufajka. Ale nie ważne było to, czego tak naprawdę Matka się wystraszyła, ale liczyło się to, co wskutek owego przestrachu nastąpiło. A mianowicie uciekając w popłochu, Matka zawadziła nogą o koło stojącej spokojnie (jak pasąca się klacz) betoniarki i runęła do dołu wypełnionego gaszonym wapnem. Aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby Irena nie cierpiała na bezsenność…
Matkę z trudem odratowano. Dół co prawda nie był głęboki i wapienna zaprawa sięgała ledwo pasa, ale szok w jaki wpadła kobieta sprawił, że wcale nie chciała wynurzyć się na powierzchnię, woląc utonąć niż stanąć oko w oko z murarzem, którego intencji zupełnie nie mogła być pewna. Na szczęście Irena niezwłocznie skoczyła jej z pomocą i z niemałym trudem, szamoczącą się i wrzeszczącą, wywlekła na wpół żywą na brzeg.
Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy po zdjęciu ubrania okazało się, że uczulenie znikło. Od tej pory wystarczyło, że Matka dwa, trzy razy tygodniowo nakładała sobie na piersi gaszone wapno i po egzemie nie było śladu. Mało tego. Okazało się, że nowatorska terapia ma jeszcze inny efekt uboczny. Otóż po każdym takim zabiegu mocno puchł jej biust, co z początku bardzo wszystkich przeraziło. Ale wówczas ponownie nieocenionym instynktem zachowawczym wykazała się Irena, pożyczywszy od sąsiadki, której nieboszczyk ojciec zajmował się ongiś hodowlą kóz, małą dojarkę. Dzięki temu nie dość, że przyniosła cierpiącej nieopisaną ulgę, to jeszcze okazało się, że Matka zamiast spodziewanego mleka zaczęła dawać pianę do gaśnic!
Ten incydent zapoczątkował znaczny, galopujący wręcz wzrost dochodów i, co za tym płynie, poziomu życia całej rodziny. Do pomnożenia majątku w nie małym stopniu przyczyniło się także to, że Matka i Irena miły drugą grupę inwalidzką, dzięki czemu mogli założyć zakład pracy chronionej, co mocno ograniczyło wydatki podatkowe i tym samym zmniejszyło koszty uzyskiwania przychodu. Nie byli zachłanni, więc nie zatrudniali dodatkowych pracowników, więc i sama praca niewiele ich kosztowała. Byli świadomi, że zatrudnienie pracowników zdecydowanie umożliwiłoby im podniesienie wydajności produkcji, ale, głównie z uwagi na Matkę, nie zdecydowali się jednak na to posunięcie.
*
„Znicze i Gaśnice – Recycling. Zakład Pracy Chronionej” prężnie i bez większych przeszkód prosperował przez niemal pięć lat. Ale jak to na ogół bywa, dobra passa musi zostać w końcu przerwana. Jak na ironię, przyczyniło się do tego coś, co zrazu sprawiało wrażenie, że może mieć jedynie pozytywny wpływ na rozwój firmy i sytuację rodziny.
Pewnego dnia w ogólnokrajowej telewizji, w cyklicznym programie publicystyczno gospodarczym „Łeb na karku” wyemitowano odcinek pod tytułem „Jaja i cyce. Sukces w praktyce”. Jak łatwo się domyśleć bohaterami programu była rodzina Ireny Oczy, a ściślej mówiąc, ona i Struś. Jak już wcześniej wspomniano Matka nie znosiła ludzi. Odkąd zniknął Ojciec i zaczęła chorować, rozmawiała i widywała się wyłącznie ze swoimi dziećmi, wychodziła z domu tylko wtedy, gdy miła pewność, że nikogo nie spotka. Sukces jaki odnieśli nie miał najmniejszego wpływu na jej zasady w tym zakresie. Nie pozwoliła zrobić sobie nawet jednego zdjęcia, ani udzielić przynajmniej krótkiego wywiadu, choćby przez zamknięte drzwi, czy też za pośrednictwem telefonu.
Jak zapewniali organizatorzy całego przedsięwzięcia, rodzina miała tylko zyskać na programie, korzystając przede wszystkim z bezpłatnej promocji firmy. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna. Emisja odcinka wywołała burzę medialną. Mieli tyleż zwolenników, co i przeciwników. To oczywiście nie było nic złego. Przyniosło bowiem rozgłos, w wyniku którego, zgodnie z oczekiwaniami, popyt na znicze i gaśnice znacznie wzrósł. Jak wszystko, również i to, miało jednakże drugie dno. O sukcesie rodziny dowiedział się bowiem Ojciec, który opuścił rodzinę, gdy ujawniła się przypadłość Strusia, uznając, że w takim środowisku nie jest w stanie się rozwijać. Był złym człowiekiem. Irena była pewna, że to z jego przyczyny Matka nabawiła się swoich fobii, Struś bardzo ciężko przeszedł nękającą go przez kilka lat chorobę sierocą, a ona zaś, zamykana była w piwnicy, gdy tylko do ich domu zbliżał się jakiś potencjalny kawaler.
Ale w końcu i na Ojca spadło nieszczęście. Można powiedzieć, że zwróciła się przeciw niemu jego własna broń dręczyciela. Mianowicie, z uwagi na mankamenty urody Irena nie miała, jak łatwo się domyśleć, zbyt wielu adoratorów, a ściślej powiedziawszy, znalazł się tylko jeden, w dodatku niewidomy, co nie było w tym przypadku czymś specjalnie zaskakującym. Oczywiście Ojciec na jego nieśmiałe amory zareagował w sposób tradycyjny, to jest zamykając Irenę Oczy w piwnicy. Dziewczyna miała potem żal do Matki, że nie próbowała mu w tym przeszkodzić. Ale taki był widać ich los. Wszyscy przeżywali wówczas ciężkie chwile. A co na to sam młodzieniec? Cóż. Wykazał się co prawda wytrwałością, ale Ojciec był nieugięty i w końcu zrozpaczony chłopak rzucił zły urok na Ojca i na wszystkich, którzy przeszkodzili mu w zdobyciu ukochanej i zrezygnowany odszedł nieznane, odgrażając się, że jeszcze się spotkają. Może i dobrze, że odszedł, bo Irena zdążyła już przez ten czas nabawić się anemii i mało całkiem nie oślepła od ciemności.
Za to sam Ojciec od tego czasu zaczął zdradzać objawy paranoi. Niedługo po tym jak zniknął z horyzontu niedoszły kawaler Ireny, Ojciec zaczął nucić melodię i pośpiewywać piosenkę o kimś pocącym się. Na pozór zdawałoby się, że żaden problem z tego wyniknąć nie może, ale okazało się być inaczej. Nie chodziło jednak o samą piosenkę, ani o fakt jej śpiewania, czy też małą atrakcyjność melodii. Ta akurat była całkiem znośna. Chodziło o to, że w momencie gdy w słowach tekstu padało imię, bądź też nazwa podmiotu owej piosenki, Ojciec zawsze mamrotał tak niewyraźnie, że nie sposób było odczytać, kim, czy też może czym, był ów pocący się ktoś, albo też coś. Ojciec nie chciał zdradzić swojej tajemnicy. Im był starszy tym mniej wyraźnie śpiewał.
Początkowo niezrozumiały tekst tylko irytował Matkę, ale z czasem stało się to również jej obsesją. Ojciec coraz częściej śpiewał, a matka wytrwale go śledziła nasłuchując, a gdy w oczekiwanym, pełnym napięcia momencie, mamrotał wpadała w furię i dręczyła go pytaniami. Bez skutku. Matka zaczęła wreszcie podejrzewać, że Ojciec sam nie wie, kto się poci. W końcu po blisko siedmiu latach dociekań i prób wyciągnięcia informacji, Ojciec nie wytrzymał presji psychicznej i nieoczekiwanie odszedł bez pożegnania. I, co gorsza, bez udzielenia odpowiedzi.
Matka na przemian wściekała się i płakała, aż któregoś dnia odkryła na swym ciele wspomnianą wyżej egzemę, walka z którą tak mocno ją pochłonęła, że przestała rozpaczać i szybko zapomniała o wyrodnym mężu. Ale nigdy nie pozbyła się ze świadomości tego przeklętego kogoś.
I teraz gdy interes kwitł i ich zły los zdawał się na dobre ich opuścić, Ojciec pojawił się znowu. I wraz z nim z nową siłą ożyła ta cholerna piosenka.
*
Poci się, poci, strasznie się poci,
Poci się tak bardzo, że bardziej się nie da.
Kto tak się poci, kto tak się poci?
Powiadam wam, że to hmm mmm trata ta
Matka mało się nie udusiła. Wyrywając się z koszmaru zaczerpnęła powietrze tak mocno, że w sypialni na chwilę zapanowała nieważkość. Sen tak mocno ją wyczerpał, że z trudem zwlekła się z łóżka i ostatkiem sił dopełzła do drzwi.
- Irena! – krzyknęła, a raczej wycharczała. – Irena!
Gdy usłyszała na korytarzu szybkie kroki, zemdlała z wycieńczenia.
*
Struś nerwowo drapał się po porastającej podbródek szczecinie.
- Sam nie wiem – powiedział.
- To jedyne rozwiązanie – przekonywał blondwłosy mężczyzna. – Dziesięć procent w zyskach to dla was nic. Więcej o nim nie usłyszycie.
Struś zwlekał z odpowiedzią. Nie chciał samemu decydować, chociaż to bezapelacyjnie on był szefem przedsiębiorstwa. On rozkręcił biznes, on zdobył kontakty rynkowe i dbał o marketing. Ta sytuacja była jednakże zupełnie inna. Mimo iż dotyczyła zysków firmy, to jednak wiązała się bardziej ze sferą prywatną ich życia rodzinnego, a to znacznie przekraczało jego kompetencje. Na tym polu zawsze decydujące słowo należało do Matki, a i zdanie Ireny również nie pozostawało bez znaczenia, chociaż ona na ogół przyjmowała ich decyzje bez protestu.
- Dwa tygodnie – powiedział w końcu. – Dajcie mi dwa tygodnie na zastanowienie. Muszę skontaktować się ze swoimi prawnikami, dokonać wyceny aktywów, oszacować produkcję, zmienić strategię rozwoju. Muszę porozmawiać z rodziną.
- Dwa tygodnie? – obruszył się blondyn. – Za dwa tygodnie, to…
- Inaczej – przerwał Struś. – Odpowiedź brzmi: Nie.
- Ale konsekwencje…
- Bez względu na konsekwencje.
Mężczyzna ściągnął mięsiste wargi i wstał energicznie.
- Nie wie pan, co pan czyni – powiedział chłodno. – To naprawdę może okazać się brzemienne w skutkach, ale… Pana wola. Zatem do zobaczenia. Będę u pana punktualnie o jedenastej.
Wyszedł z biura nie żegnając się.
Struś westchnął. Tego mu tylko brakowało.
*
Wieczorem Struś poprosił obie kobiety do swojego gabinetu.
- Mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia – zaczął, gdy zasiedli przy stole. – Dziś przed południem zjawił się u mnie w biurze pewien człowiek i przedstawił mi propozycję, w zasadzie układ. Chciał, żebym mu odpowiedział natychmiast, ale udało mi się wynegocjować zwłokę. Na podjęcie decyzji mamy dwa tygodnie.
Zamilkł i opuszczając głowę splótł przed sobą dłonie. Kobiety wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem. Po kilku minutach Matka widząc, że syn nie kwapi się do dalszej wypowiedzi rzekła:
- No co z tym chłopem?
Struś aż podskoczył.
- Chodzi o Ojca – powiedział zaciskając szczęki aż słychać było zgrzyt zębów.
Ponownie zapanowało zmilczenie.
- Co z nim? – tym razem ciszę przerwała Irena.
- Chce pieniędzy – powiedział Struś. – Udziału w zyskach.
- A to skurwysyn – nie wytrzymała Irena. – Po tym co nam zrobił! Co za czelność!
Matka zagryzła policzki od wewnątrz. Nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo poruszyła ją informacja przekazana przez syna.
Odetchnęła głęboko.
- Słuchajcie – powiedziała. – Jestem wam winna wyjaśnienia.
*
- Już dobrze – powiedziała Irena przytulając Matkę.
Kobieta przed kilkoma minutami odzyskała przytomność po kolejnym, coraz częściej nawiedzającym ją ostatnimi dniami ataku. Siedziały teraz na kuchennej otomanie i popijały herbatę.
Matka niemal bezradnie objęła córkę.
- Dobrze, że jesteś, kochanie – powiedziała z wdzięcznością.
- Zawsze przy tobie będę.
Matka uśmiechnęła się gorzko.
- Masz całe plecy mokre – powiedziała ze smutkiem. – Znowu płakałaś? Co się stało?
Irena mocniej objęła szklankę.
- Martwię się.
Matka siorbnęła herbaty.
- O Ojca? – zapytała.
- Raczej: Ojcem – odparła Irena. – I tym, jaki ma na ciebie wpływ.
- Nie ma powodu do zmartwień.
- Nie ma powodu do zmartwień – powtórzyła Irena.
- Właśnie.
Irena wstała i stanęła naprzeciwko Matki.
- Jak możesz tak mówić? – zatroskała się. – Przecież jak tak dalej pójdzie, to możesz… możesz się wcale nie obudzić!
- Och, przesadzasz.
- Przesadzam? Przesadzam?!
Irena zacisnęła pięści. Z jej postawy troskę zaczęło wypierać uniesienie. Od dawna miała ochotę porozmawiać z Matką o dręczących ją wątpliwościach, ale dotychczas nie mogła się na to zdecydować. W tym momencie gnębiące ją frustracje sięgnęły jednak takiego poziomu, że nie była w stanie dłużej nad sobą zapanować.
- Jak możesz? – pisnęła. – Po tym wszystkim co razem z tobą przeszliśmy! Struś i ja! To nic dla ciebie nie znaczy? Tylko on się liczy?
Matka mocno się zafrasowała. Irena nie miała racji, ale kobieta mizła świadomość, że tak właśnie mogło to wyglądać. W końcu skąd mogła wiedzieć, że wcale nie chodziło tu o Ojca. Przynajmniej bezpośrednio.
- No powiedzże coś! – krzyknęła Irena.
Matka z żałością spojrzała na córkę. Jej wada spowodowała, że nie mogła znaleźć sobie mężczyzny, co doprowadziło do tego, że z każdym rokiem życia coraz bardziej dziwaczała i gorzkniała. Rodzina nie raz próbowała zainicjować jej jakieś spotkanie, zapraszali do domu różnych znajomych, ale żaden z ich nie wyraził zainteresowania Ireną Oczy. A i ona nie mogła wymazać z pamięci tego jedynego z młodzieńczych lat, którego tak naprawdę nawet nie widziała, a tylko raczej podświadomie go wyczuwała. Biedna kobieta. Wada jej oczu była tak znacząca, że okazała się niemożliwa do korekcji nawet poprzez zabieg chirurgiczny. Ponoć deformacja gałek była zbyt silna. Niestety. Gdy Irena chciała spojrzeć wprost przed siebie musiała patrzeć maksymalnie na lewo, lub w prawo, w wyniku czego jako tako widziała przestrzeń przed sobą, ale tylko jednym okiem, bo drugie uciekało jej wówczas jeszcze bardziej w głąb czaszki. Gdy pozwalała oczom pozostawać w ich naturalnej pozycji, wcale nie było widać jej źrenic, przez co wyglądała jakby przeżywała szczególnie mocny seans spirytystyczny.
- To z tego biorą się te jej wszystkie dziwaczne, jak pani raczyła to nazwać, zachowania – tłumaczył Matce lekarz, gdy jeszcze Irena była w wieku szkolnym. – To wszystko przez to, że ona przez znaczną większość czasu ogląda swój mózg od środka. Widzi same przykre obrazy, jakie tworzy na podstawie własnych doświadczeń, które odzwierciedlają jej zagubiony punkt widzenia na świat.
Teraz Irena Oczy dobiegała już czterdziestki i była niemalże wrakiem człowieka. Stała naprzeciwko Matki łzy z jej zdeformowanych oczu tryskały strumieniami na boki.
- Uspokój się – powiedziała łagodnie wzruszona Matka. – To wcale nie chodzi o Ojca. On nic dla mnie nie znaczy.
Irena przestała płakać i ocierając mokre ramiona spojrzała na Matkę z ukosa.
- Jak to? – zaszlochała.
- Ano tak. Ty i Struś jesteście dla mnie wszystkim. Jak mogłaś pomyśleć, że ten najduch znaczy dla mnie cokolwiek?
Irena niepewnie przestąpiła z nogi na nogi.
- Więc o co chodzi?
Matka pokiwała głową z rezygnacją.
- O tego, co się poci – powiedziała cicho.
*
- To nierealne – powiedział blondyn. – Po prostu nie ma takiej możliwości. Jeśli dalej będzie się pan upierał, mój klient będzie zmuszony zabrać swoją tajemnicę do grobu. Jego dni są policzone, proszę pana. To właśnie z tego też powodu tak opornie przystałem na pańską poprzednią, dwutygodniową zwłokę. A teraz jeszcze to? On może po prostu nie dożyć tej chwili.
Struś się zmarszczył.
- On umiera?
- Dokładnie tak.
- To na jaką cholerę mu pieniądze? – w głosie Strusia dało się wyczuć podejrzliwość. – Jeszcze zrozumiałbym gotówkę. Nie wiem, na pogrzeb, na pomnik, dla kochanki, mniejsza o to. Ale udziały? Skoro, jak pan twierdzi, zostało mu tak niewiele czasu? Przecież nawet ich nie powącha.
- Pieniądze nie są dla niego – odrzekł spokojnie mężczyzna.
- A dla kogo? Dla pana?
- Ja już otrzymałem wynagrodzenie. Pan Oczy spieniężył cały swój majątek, a powiem panu, że było co sprzedawać. Zapewniam, że miał mnie czym wynagrodzić, mimo iż moje usługi nie należą do najtańszych.
Struś pokręcił głową.
- Zdaje się, że czegoś tu nie rozumiem – rzekł. – Skoro był taki majętny… Dla kogo więc te pieniądze.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę powiedzieć.
- Zatem nic z tego – Struś wstał. – Nie mamy o czym rozmawiać. Żegnam i proszę przekazać ojcu, że może mnie co najwyżej…
- Mogę to zdradzić jedynie pańskiej matce – przerwał spokojnie mężczyzna. – Taka jest wola pańskiego ojca.
Struś ponownie usiadł.
- Matce?
- Tak jest.
- Czemu pan od razu nie powiedział? – Struś na chwilę zmarkotniał, ale zaraz znowu się ożywił. – Czy chodzi o… o niego? Chodzi o niego, prawda? Pewnie, że o niego, o kogóż by innego. Matka miała rację. Kim on jest, na litość boską?!
- Wypełniam tylko polecenia swojego klienta – westchnął adwokat. – Jeśli pańska matka zechce się ze mną spotkać jeszcze dziś, powiem jej, kto ma być beneficjentem udziałów. W przeciwnym razie nigdy się nie dowie i... Sam pan zresztą najlepiej wie, co się stanie jeśli mój klient umrze. Nic więcej nie mogę dodać.
*
Kto tak się poci, kto tak się poci?
Powiadam wam, że to hmm mmm trata ta
- Obudź się! – krzyczała Irena Oczy.
Matka otworzyła oczy z przerażeniem.
- Musisz natychmiast ze mną iść – powiedziała córka. – W salonie czeka Struś. Z tym mężczyzną. Z adwokatem Ojca. Ten człowiek… ten człowiek powie to tylko tobie…
- Co? – zapytała Matka ale wyraz twarzy córki wystarczył jej w zupełności.
*
Irena i Struś czekali z niecierpliwością w przedpokoju. Matka rozmawiała z adwokatem od jakiegoś kwadransa. Oboje przyłożyli uszy do drzwi, ale słowa były tak niewyraźne, że dobiegały ich jedynie strzępki wyrazów, które nie chciały ułożyć się w żadną logiczną całość. Struś zaczął podglądać przez dziurkę od klucza, przez którą widział częściowo oboje siedzących, ale obraz bez dźwięku również na niewiele się zdawał.
- Sprzeczają się – relacjonował. – Że też nic nie można zrozumieć. Wyjmuje jakieś dokumenty. Matka kiwa głową, chyba na zgodę, bo przytakuje. Gość wyciąga komórkę. Wybiera numer. Dzwoni.
Struś zamilkł.
- No i? – zniecierpliwiła się Irena.
- Nic się nie dzieje. Chyba nie może się dodzwonić. O! coś mówi do telefonu. Przytakuje. Rozłącza się i siada. Chyba zapewnia Matkę, że wszystko w porządku. Matka czyta jakieś pismo. Znowu milczą.
- A do dupy z takim czymś – przeklęła Irena.
Szybkim krokiem ruszyła do kuchni i po chwili wróciła z dużym blaszanym garczkiem, który przyłożyła do drzwi.
- O – powiedziała usatysfakcjonowana. – Teraz słychać dużo lepiej. Czyta jakieś prawnicze pierdoły – relacjonowała.
- Dawaj i mnie posłuchać.
- Ty lepiej patrz.
- Gówno widać, wolę słuchać. Dawaj garnek! Albo dajesz garnek, albo ci naszczam do magnetofonu! – zagroził przypominając sobie dziecinne lata. – Albo do…
- Niby jak mam, do cholery, patrzeć! – ucięła zwracając ku Strusiowi oczy.
Przez chwilę pojawiła się w jednym z nich źrenica, ale zaraz umknęła. Struś bez słowa wrócił do obserwacji.
- Matka mu przerywa – podjęła Irena. – Mówi, żeby przestał pierdolić i gadał o kogo chodzi.
- No i?
- Cicho być! O i przez ciebie nie usłyszałam!
- Przepraszam.
- Zamknij się wreszcie!
Struś skulił się w sobie i z wyczekiwaniem wlepił wzrok w białka oczu Ireny.
- Znowu to prawnicze ględzenie – podjęła. – Słychać, jak Matka sapie.
Zamilkła w wyczekiwaniu.
- Co tam widzisz? – zapytała zniecierpliwiona.
- Podsuwa Matce jakieś dokumenty – przejął relacjonowanie Struś. – Zdaje się, że do podpisu.
- I co?
- Matka się waha. Nic się nie dzieje.
- Teraz on znowu mówi – podjęła Irena, – że jak ona tego nie podpisze, to on jej nie będzie mógł powiedzieć.
- Matka podpisuje! – niemalże krzyknął Struś. – Adwokat wstaje. Cholera, wyszedł mi z kadru. O teraz widzę jego plecy. Matkę mi zasłonił. Chyba...
- Cicho! – przerwała Irena. – Mówi, że będzie śpiewał, że takie jest życzenie Ojca. Poci się, poci, strasznie się poci – śpiewa – poci się tak bardzo, że bardziej się nie da. Kto tak się poci, kto tak się poci? Powiadam wam, że to ….
Ostatnie słowa zgłuszył dzwonek do drzwi.
- Kurwa! – nie wytrzymała Irena. – Nie usłyszałam!
Struś szarpnął klamkę i szeroko otworzył drzwi. Adwokat stał z miną kogoś, kto jest zadowolony z dobrze wykonanej roboty. Przy stole siedziała Matka ze szklanym wzrokiem. Na pierwszy rzut oka widać było, że słowa, które usłyszała poważnie nią wstrząsnęły.
- Z mojej strony to wszystko – powiedział adwokat pakując dokumenty.
- Jak to wszystko? – zdziwił się Struś. – Powiedział jej pan?
- Oczywiście.
- No i o kogo chodziło?
- Mówiłem już panu, że mogę to powiedzieć tylko pańskiej matce.
- No ale skoro już pan powiedział, to…
- To niczego nie zmienia. Jeśli ona zechce, sama wam powie.
Struś odsunął się przepuszczając adwokata w drzwiach.
- No a umowa prowizyjna? – zapytał.
- Och, to zupełnie nieistotne – uśmiechnął się blondyn. – Chodziło tylko o to, bym mógł przekazać informację pańskiej matce. Taki fortel. Inaczej pan by nie dopuścił do tej rozmowy. A teraz – dodał wskazując na frontowe drzwi. – Zechciałby pan otworzyć?
Dzwonek zawodził natarczywie.
- To nie ważne – odparł hardo Struś, któremu zupełnie nie podobał się rozwój wypadków. – Najpierw niech pan…
- Gwarantuję, że to bardzo ważne – przerwał adwokat.
- Niech mi pan, do jasnej cholery nie przerywa!
- Będzie pan tego żałował.
Dzwonek niemal dudnił w uszach.
- To pana ostatnia szansa – przekonywał adwokat głosem pełnym napięcia.
- Nie pierdol, pan! – nie wytrzymał Struś.
- Tylko, żeby pan nie mówił, że pana nie ostrzegałem.
- Coś pan za jeden? – Struś ze złości spurpurowiał na twarzy. – Co to za komedia? Jakieś pieprzone gierki? Gdzie jest Ojciec? Gadaj pan!
Dzwonek nie przestawał dzwonić. O wejściowe drzwi nerwowo załomotała pięść.
- Mów pan! – twardo trwał przy swoim Struś.
Adwokat spojrzał na zegarek i westchnął.
- Obawiam się, że już za późno – powiedział.
- Za późno na co?
W tym momencie wejściowe drzwi wyskoczyły z zawiasów i do przedpokoju wpadło dwóch policjantów. Zaraz za nimi weszli pracownicy pogotowia.
- Co jest!? – wyjąkał przestraszony Struś.
- Gdzie chory? – zapytał sanitariusz.
- Chory? Nikt tu nie jest…
- Struś! – przerwał mu dobiegający z salonu przerażony krzyk Ireny Oczy. – Struś!
Naraz w mieszkaniu zapanowało poruszenie. Do pokoju wbiegli kolejno Struś, sanitariusze i jeden policjant. Medyk odsunął Irenę, która potrząsała Matką i zbadał kobietę.
- Nie wyczuwam tętna – powiedział.
Położyli kobietę na podłodze i zaczęli reanimację.
- Miała kłopoty z sercem? Cukrzyca? – pytał jeden. – Brała jakieś leki?
- Nic – odparła przestraszona Irena.
Struś stał oparty o ścianę nie mogąc dobyć z siebie słowa.
*
Pogrzeb Matki odbył się w słoneczne popołudnie, w trzy dni po niespodziewanej śmierci. Przyczyną zgonu było ustanie funkcji życiowych. Żaden zawał, ani wylew. Po prostu przestała żyć. Irena bezskutecznie próbowała odnaleźć Ojca, ale straciwszy kontakt z adwokatem nie miała żadnego punktu zaczepienia. Tajemniczy blondyn zniknął z ich domu tak nagle, jak i się pojawił. Zanim sanitariusze zaprzestali zabiegów reanimacyjnych, już go nie było.
Struś załamał się psychicznie, gdy dowiedział się, że o skuteczności interwencji medycznej mogły zadecydować sekundy. Gdyby od razu otworzył drzwi… Nie mógł udźwignąć brzemienia spoczywającej na nim odpowiedzialności. Przestał sikać woskiem i załamała się jego gospodarcza działalność. Szybko zbankrutował. Próbował zatracić się w alkoholu, ale nawet picie mu nie wychodziło. Niecałe pół roku po śmierci Matki palnął sobie w łeb.
A Irena Oczy? Irena była wreszcie szczęśliwa. Odżyła i jakby nawet odmłodniała. Pracownicy Instytutu, do którego należał ambulans, który przyjechał na interwencję do Matki, zaraz po jej pogrzebie zabrali ją do kliniki, gdzie specjaliści przeprowadzili skomplikowany zabieg, dzięki któremu przestała mieć problemy z widzeniem. Nie mogła w to uwierzyć. Przecież byli bodaj u wszystkich najbardziej światłych specjalistów z dziedziny okulistyki i wszyscy bezradnie rozkładali ręce. A mimo to operacja powiodła się. Okazało się, że kluczem do sukcesu nie była korekta oczu, tylko czaszki. Operacja polegała na jej całkowitym rozmontowaniu i zastąpieniu kości czołowej, potylicznej i ciemieniowych precyzyjnie wykonanymi z przezroczystego stopu protezami oraz wszczepieniu w mózg szeregu mikroskopijnych implantów z lusterkami, dzięki którym Irena nie widziała może tak precyzyjnie, jakby patrzyła przez oczodoły, ale za to miała dożo szerszy horyzont widzenia. Kosztowna operacja i kuracja trwająca po niej blisko trzy miesiące została opłacona przez tajemniczego darczyńcę, którego życzeniem było zachowanie anonimowości. Irena mogła tylko domyślać się kim był ów filantrop, chociaż nie było to proste.
Możliwość innego spojrzenia na świat sprawił, że Irena Oczy w miarę dobrze zniosła śmierć bliskich. Niedługo potem poznała też mężczyznę, z którym połączyła ją miłość.
*
Do ich spotkania doszło w trakcie kinowego seansu. Wyświetlano ulubiony melodramat Ireny Oczy, którego fabułę przed odzyskaniem zdolności patrzenia przez dowolny okres czasu w tę samą stronę, znała wyłącznie z opowieści i oglądanych przelotnie fragmentów. Nigdy dotąd nie była w stanie dotrwać do końca. Gdy długo patrzyła w jednym kierunku, strasznie bolała ją głowa, a i oczy same uciekały bez względu na jej starania.
Teraz było inaczej. Siedziała sobie w najlepsze w sali kinowej, zachwycając się już bodaj po raz nasty ulubionym obrazem, gdy wówczas go dostrzegła. Mężczyzna wyróżniał się spośród tłumu. I nie chodziło o to, że wyglądał jakoś bardzo szczególnie. Był zupełnie normalnym facetem, który przyszedł do kina. Niewiele starszy od niej, zadbany i szykowny, ale bez jakiejś ekstrawagancji. Rzuciło jej się w oczy to, że poza nim i nią samą, nikt inny nie siedział tyłem do ekranu.
Mężczyzna był mocno poruszony, widać było, iż mocno przeżywa filmową historię, wzrusza się w tych samych momentach, które poruszają również Irenę Oczy, te same sytuacje wzbudzają w nim radość. To nie mógł być przypadkowy zbieg okoliczności. Była pewna, że oto wreszcie po tylu latach udręki spotkała bratnią duszę. Nie mogła zaprzepaścić takiego zrządzenia losu. Gdy skończył się seans mężczyzna wstał i podpierając się białą laską ruszył ku wyjściu. Irena bardzo się krępowała, nie miała wszakże doświadczenia w obcowaniu z mężczyznami, niemniej postanowiła wykonać jakiś ruch, cokolwiek, by nie mieć później beznadziejnego poczucia, że nie zrobiła nic, by znaleźć szczęście. Nie chciała być jednak nachalna i gdy właśnie miała zagadnąć go delikatnie, ktoś się o niego gwałtownie oparł, ją z kolei ktoś inny popchnął… I tak wpadli na siebie. I już nie mogli się rozstać.
Walerian, tak miał na imię, okazał się być przesympatycznym mężczyzną. Z nikim innym nigdy dotychczas tak jej się nie rozmawiało. Tematy same przychodziły, wręcz przepychały się między sobą i domagały, by o nich rozmawiali, że oboje mięli wrażenie, jakby czas zaczął szybciej płynąć, nie pozwalając im dokończyć zaczętych dialogów. Nie mogli się więc doczekać, by znów się spotkać i zacząć tam, gdzie przerwali. Początkowo spotykali się w restauracjach, po seansach kinowych. Walerian zaczął chadzać na filmy, o których nic wcześniej nie wiedział. Irena była jego Oczami. Cóż za ironia. Ona, która jeszcze nie tak dawno miała problem z patrzeniem na cokolwiek, teraz mogła szeptać fabułę filmu swojemu… Ukochanemu? Irena długo wzbraniała się przed własnymi uczuciami, ale w końcu musiała przyznać, że tak. Kochała tego mężczyznę. I on kochał ją. Wyznali sobie miłość podczas uroczystej kolacji, na którą Walerian zabrał ją po niespełna trzech miesiącach znajomości.
- Jeśli spotyka się tę właściwą osobę, – powiedział zamykając jej dłonie we własnych – nie trzeba dużo czasu. Od razu wiedziałem, że jesteś tą jedyną. Sądzę… jestem pewien, że myślisz podobnie, ach co ja gadam, jestem pewien, że myślisz tak samo jak ja, więc jeśli… Więc jeśli nie przeszkadza ci moja ułomność, przyjmij ode mnie ten drobiazg i zostań moją żoną, Ireno Oczy.
Gdy wsuwał jej na palec skromny, ale bardzo gustowny pierścionek, była najszczęśliwszą osobą na świecie.
Ślub był skromny. Irena nie miała żadnych przyjaciół, straciła też rodzinę. Było kilku znajomych Waleriana i pielęgniarka z kliniki, z którą Irena dosyć mocno się zżyła. Ale młodym małżonkom to nie przeszkadzało. Nie zależało im na hucznym weselu. Oboje nie byli przyzwyczajeni do tłumów i zdecydowanie lepiej czuli się w bardziej kameralnym gronie. Przyjęcie odbyło się w domu Ireny, w którym zdecydowali się wspólnie zamieszkać. Gdy wyszli ostatni goście, przyszła ta chwila, moment o którym Irena Oczy nie potrafiła od dłuższego czasu przestać myśleć. Przed ślubem nie doszło między nimi do zbliżenia, wymieniali jedynie nieśmiałe pocałunki.
Nie spieszyli się, nie byli wobec siebie nachalni. Walerian był niezwykle czułym mężczyzną. Wziął ją na ręce i ruszył schodami ku sypialni. A ona go pilotowała. Była ciepła noc, przez otwarte okna dobiegał szum gałęzi drzew i szelest liści. Wcześniej Irena obawiała się tej chwili, ale gdy znaleźli się w sypialni wszelkie obawy opadły z niej wraz ze zsuwającą się z ramion suknią.
Tak jak sobie wymarzyła, ten pierwszy w jej życiu akt miłosny, okazał się być czymś niezapomnianym. Wówczas tego doświadczyła. Właśnie wtedy. Poczuła to, gdy w jej głowie rozbłysły wszystkie światła tego świata. Walerian pocił się tak bardzo, że bardziej się nie da.
Irena Oczy westchnęła w poczuciu spełnienia.
przysłowie
Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy
czwartek, 18 listopada 2010
wtorek, 16 listopada 2010
Bębenek Koala
Bębenek Koala był bardzo
radosnym zwierzątkiem do momentu, w którym wpadł w sidła zastawione przez
myśliwych. Wówczas stracił swoją wrodzoną wesołość, a jej miejsce na długi czas
zastąpiły smutek, strach, ból, zgryzoty i szereg innych nieprzyjemnych odczuć i
doznań.
Ale zanim do tego doszło
Koala w najlepsze bawił się wśród swoich rówieśników, niespiesznie przechadzał
się po konarach i gałęziach eukaliptusa, przeżuwał smakowite liście i
delektował się upojnym sokiem przysmaku. I wcale nie miał na imię Bębenek.
Takie imię otrzymał dopiero później, gdy został schwytany przez łowców i
następnie sprzedany do cyrku. Tam właśnie otrzymał imię Bębenek. Nim jednak to
nastąpiło inne misie mówiły do niego Józio.
*
Pewnego niezwykle
wilgotnego dnia, gdy Koala nie był jeszcze Bębenkiem i nawet przez chwilę w
myślach mu nie zaświtało, że może się nim stać, bardzo wczesnym rankiem obudził
go wuj Leon. Był wystraszony nie na żarty, cały drżał, był blady na pysku, a
cieniutkie, przyprószone siwizną wąsy zwijały i rozwijały mu się nerwowo.
- Wstawaj, mały –
powiedział podekscytowanym szeptem. – Myśliwi.
Józio zerwał się
najszybciej jak umiał i nie dbając o wygląd wygniecionego futerka, ruszył za
Leonem i innymi wybudzonymi już towarzyszami. Początkowo nic szczególnego się
nie działo, ale po jakimś czasie, mimo iż przemieszczali się po gałęziach ile
tchu, spośród odgłosów budzącej się do dziennego życia dżungli, zaczął
wyłapywać niepokojące, coraz głośniejsze dźwięki kołatek naganiaczy. Koala
nigdy wcześniej ich nie słyszał, znał je wyłącznie z opowieści, ale mimo to od
razu je rozpoznał. Mrożące w żyłach krew i mącące myśli klekotanie sprawiło, że
poczuł dodatkowy przypływ sił i, gdyby był kolażem, jeszcze mocniej nacisnąłby
na pedały i pomknął jak błyskawica pozostawiając pościg daleko za plecami. Ale
że, na swoje w tym momencie nieszczęście, był tylko zwyczajnym małym torbaczem,
to jego ponadkoalowe wysiłki niewiele pomogły i niespełna kwadrans później
leżał spętany wżynającą się w ciało kłującą boleśnie siatką, a już w następnej
chwili siedział skulony w ciasnej, brudnej klatce, cuchnącej potem, rzygowinami
i odchodami przerażenia.
Następne dni były jak
koszmar. Ciemna, duszna ładownia statku, pragnienie, smród, płacz i lament
innych dzielących jego niedolę nieszczęśników i, przede wszystkim, unoszące się
ponad tym wszystkim widmo ściskającego gardło strachu przed tym, co dopiero
miało nadejść, co było nieznane, lecz mimo to było tak przerażające, że aż
bolała cała skóra, pękały wargi i puszczały zwieracze.
Miś nie pamiętał ile czasu
trwała ta katorżnicza podróż. Starał się jak najszybciej zapomnieć o tych
dniach trwogi, wszelkie o niej wspomnienia zepchnąć w jak najgłębsze zakamarki
świadomości. Wbrew pozorom nie było to wcale takie trudne, gdyż galopujące z niesamowitą
prędkością wydarzenia o bardzo dużej wyrazistości doznań jakie ze sobą niosły,
sprawiały, że praktycznie nie miał czasu na zastanawianie się nad niczym innym
jak tylko chwila bieżąca.
*
Port. W nozdrzach Józia, w
zastępstwie za wymieszane fetory dusznej ładowni, zagościła mieszanka smrodu
morskiej wody gęstej od tłustych smarów, okrętowego paliwa i gnijących
odpadków, połączonego z gryzącą wonią psującej się ryby. W oczy kłuło od dawna
nie widziane ostre światło słońca. Nie trwało to długo ale doznanie było
wyraziste. Potem znów trafił do ciemnej ładowni, z tym, że teraz poruszał się
drogą lądową. Ku nieznanemu. Był zmęczony, niewiele spał, a jeśli już, to
bardziej przypominało to trwanie w jakimś delirycznym letargu. A on przecież
tak bardzo kochał spać.
Nie był w stanie określić
jak długo podróżował trzęsącą się i podskakującą ciężarówką, dość powiedzieć,
że brzuszek mocno mu się zapadł, bo mimo iż dostawali jakieś jedzenie, nawet w
dosyć dużych ilościach, to ogólna atmosfera wcale nie sprzyjała apetytowi, co w
połączeniu z bezsennością sprawiło, że miś był bardzo słaby, rozkojarzony i
niezdolny do logicznego myślenia i trzeźwego, racjonalnego oceniania
rzeczywistości. Czy to wszystko działo się naprawdę?
*
- Hej, mały! Obudź się!
Koala zatrzepotał
powiekami i odetchnął. A jednak to był paskudny sen. Otworzył oczy spodziewając
się ujrzeć uśmiechniętą twarz wuja Leona. Niestety zamiast niej zobaczył
podłużną, skrzywioną facjatę, jakiej nigdy w życiu nie widział. Zerwał się
przestraszony rozglądając się na boki. Niestety to nie był koszmar. Był
zamknięty w dużej, zbudowanej z drewnianych bali klatce, w której znajdowały
się różne przedziwne przedmioty, których nie tylko nie znał, ale nigdy w życiu
nie widział podobnych, ani o takich nie słyszał.
- Spokojnie – powiedział
nieznajomy z pociągłą twarzą. – Nic cie nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.
- Ktoś ty? – wysapał
Józio.
- Jestem Jelonek Kaładze –
odparł rozmówca. – Będziemy razem mieszkać i może też pracować.
Koala przyjrzał mu się
uważnie.
- Jelonek… jak?
- Kaładze – powiedział
uprzejmie Jelonek. – Jestem z Gruzji.
- Acha.
Misiowi nic nie dało
wyjaśnienie. Nie miał pojęcia, co to jest Gruzja i gdzie się znajduje. Był
jednak pewien, że daleko od jego rodzinnej dżungli.
- A ciebie jak zwą?
- Józio – odparł
grzecznie. – Józio Koala.
- Józio? – Kaładze się
skrzywił. – Trochę głupie, albo raczej nietypowe. Chociaż. W końcu tutaj
wszyscy są z przeróżnych zakątków świata. Zresztą to nieważne. Niedługo pewnie
i tak dostaniesz nowe imię i zapomnisz o starym.
Koala przełknął ślinę.
- Czemu mam zapomnieć? –
zapytał drżącym głosem.
- Tu nie ma czasu na
wspominanie – Jelonek pokiwał głową ze smutkiem. – Mało kto je pamięta.
Niekiedy często się zmieniają.
Miś czuł jak zbiera mu się
ślina, a do oczu napływają łzy. Nie chciał jednak wyjść na mazgaja, zacisnął
więc ząbki i brnął w dialog.
- A ty pamiętasz, jak
brzmiało twoje stare imię? – zapytał.
- Kaładze.
Miś nieco się speszył.
- Myślałem, że to
nazwisko.
- Nie, imię. U Jelonków
jest inaczej i imię jest na końcu.
- Jakie jest więc nowe?
- Też Kaładze.
- Jak to?
- Po prostu Jelonek
Kaładze. To długa historia. Trafiłem tu jako Jelonek Kaładze, potem dali mi
imię Termofor, Jelonek Termofor, ale to był dla mnie ciężki okres i nie chcę o
tym mówić. Teraz jestem z powrotem Jelonkiem Kaładze, bo to podobno sprzedaje
się lepiej niż Jelonek Łoś, lub Łoś Kaładze.
Nie trzeba było być bardzo
spostrzegawczym, by domyśleć się, że jest to temat Jelonkowi niemiły, gdyż
mówił pospiesznie, chaotycznie i w sposób mocno nie składny. Miś słuchał zatem
nie przerywając.
- Ludzie – kontynuował
Jelonek – bardziej mnie kojarzą ze starego imienia i wolą Jelonka Kaładze w
roli Łosia, niż by Łosiem miało być cokolwiek innego, co wymieniłem ci
wcześniej.
Jelonek zamyślił się na
chwilę, po czym energicznie pomachał na boki głową i czknął nerwowo.
- Oczywiście prócz samego
Łosia – dodał. – Ale takiego tu nie ma.
Koala zrobił niepewną
minę. Zaczął się zastanawiać, czy czasem nie pomieszało mu się w głowie od
słońca, bo nijak nie rozumiał, o czym mówi do niego towarzysz niedoli.
- Co to za miejsce? –
zapytał przyciszonym głosem.
Jelonek zmarszczył brwi.
- To piekło, kochaniutki –
odrzekł. – Najprawdziwsze piekło.
Koala zaczął drżeć na
dobre. Mimowolnie popuścił mocz, co jeszcze dodatkowo negatywnie wpłynęło na
jego i tak bardzo niskie już morale.
Nigdy wcześniej nie był w piekle, ale kilkakrotnie słyszał, jak starsze
misie o nim rozmawiały i wiedział, że nie było to nic dobrego. To było jakieś
bardzo, bardzo straszne miejsce.
Jakby na potwierdzenie
jego podejrzeń uszy przeszył mu wściekły, przyprawiający o drżenie kości pisk.
- Oho – powiedział
Kaładze. – Znowu kogoś przerabiają.
- Przerabiają? – załkał
miś.
Jelonek zrobił kwaśną
minę.
- Niestety. Mało kto ma
tutaj fart pozostawania w niezmienionej postaci.
- Jak.. jak to?
- Jak potrzebują czegoś,
lub kogoś, kogo akurat brakuje, to przerabiają tego, kto jest pod ręką i
spełnia jakieś tam kryteria. Tak jak w moim przypadku. Chociaż, mnie póki co i
tak się poszczęściło, bo, jak już wcześniej wspomniałem, gram teraz łosia, do
którego jestem nieco podobny. Tylko rogi mi podcięli i przed występem zakładają
mi maskę z tymi łosiowymi łopatami. Nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć.
Zdecydowanie dużo gorzej było być Termoforem.
Jelonek wzdrygnął się i z
wdzięcznością potarł racicą o spiłowane poroże.
- No ale dość o mnie –
powiedział. – Ważniejsze jakie mają plany wobec ciebie.
- Wobec mnie?
- A pewnie. Nie myślisz
chyba, że przywieźli cię tu dla twojego uroku osobistego. Nie to żebym coś do
ciebie miał, ale jesteś tylko normalnym torbaczem, a to raczej nie przejdzie.
Zresztą pewnie niebawem się przekonasz. Tu się nie zdarza, by ktoś tak sobie
bezczynnie siedział.
Jakby na potwierdzenie
słów Jelonka, w kłódce szczęknął klucz i do klatki weszło dwóch ludzi, trzeci
pozostał na zewnątrz.
- Bierzta tego małego
zasrańca – powiedział ten ostatni. – Pewnie już mu bońdzioł sflaczał.
Zanim Koala zdążył zrobić
cokolwiek, pochwyciły go mocne dłonie.
- Już się najduch zdążył
ujszczeć! – krzyknął z niesmakiem jeden z mężczyzn i mocniej zacisnął kościste
ręce.
Miś chciał ugryźć jedną z
nich, ale jej właściciel był widać fachowcem w swojej profesji, bo jego uchwyt
nie dość, że był bardzo skuteczny, to jeszcze założony w sposób, który
uniemożliwiał skuteczne kąsanie.
- Trzymaj się! – usłyszał
jeszcze głos Jelonka, zanim wrzucono go do skórzanego worka.
*
Zatrwożony Koala leżał na
boku ze spętanymi rączkami i nóżkami zwrócony pyszczkiem do ściany kremowo
burego koloru. Nie widział swoich ciemiężycieli, słyszał jedynie ich głosy.
- Trza go chyba uśpić –
powiedział mężczyzna. – Będzie wierzgał.
- Jak się dobrze
przywiąże, to nawet nie drgnie – zaoponował drugi.
- E, czy ja wiem? –
jeszcze się weźmie rozedrze gdzie nie trzeba i pójdzie na marne. – Oj, szef by
się nieźle zajeżył.
- Może i racja.
- No to daj mu tego
zaszczyka i zaczynamy.
*
Obudził go łomot i towarzyszący mu ból. Z przerażeniem otworzył
oczy. Leżał rozciągnięty na wysokim pniaku. Jego nienaturalnie rozdęty brzuszek
był gładko ogolony, opinająca go skóra rozciągnięta do granic możliwości i
przytwierdzona nitami do okrągłej obręczy, która jednym brzegiem sięgała jego
podbródka, a druga dostawała do kolan. Gdyby wyciągnął łapki na całą długość i
tak nie dałby rady jej objąć. O środek brzuszka raz po raz uderzały drewniane
pałki, wydobywając z niego głośne, ale nieco głuche dźwięki. Trzymający je
mężczyzna miał skwaszoną minę.
- Wyrobi się – powiedział
drugi z ludzi przysłuchujący się próbom. – Z początku większość instrumentów
nie chce stroić.
- Ale ten brzmi do dupy,
panie Szczaw – nie zgodził się muzyk. – To nie to samo, co brak strojenia.
- Przesadzasz pan. To
całkiem dobry bębenek.
- Mówiłem, żeby kupić w
sklepie zwyczajny werbel. Byłby o wiele lepszy.
- A kogo obchodzi
zwyczajny werbel? Kto kupi bilet, żeby oglądać starego chłopa walącego w
werbel.
- No, no!
- Nie ma się co obruszać.
Takie są fakty. Co innego taki. Sam pan zerknij na nowe afisze.
Szczaw sięgnął po zrolwany
papier i rozwinął go zamaszystym gestem.
- No i?
Duży kolorowy napis
głosił: „Tylko u nas! Jedyny i niepowtarzalny Wielki Winston Panierka i jego
grający miś”. Pod nim skąpany snopami świateł stał muzyk wygrywający pałeczkami
rytmy na Bębenku Koali.
Twarz Winstona Panierki
rozjaśnił szeroki uśmiech.
- No teraz, to co innego –
powiedział pąsowiejąc.
- A coś pan myślał –
ucieszył się Szczaw. – Przecież tu o gruby pieniądz idzie. Ludzie lubią takie
dziwactwa. Inaczej grosza pan nie powąchasz.
- Pan, panie Gerardzie, to
masz łeb nie od parady.
- Ba. To jeszcze nie
wszystko. Daj no pan tę pałkę. Teraz pan uważaj.
To powiedziawszy zamachnął
się i walnął w środek brzuszka Bębenka. Dźwiękowi towarzyszył piskliwy krzyk
Koali. Walnął jeszcze dwa razy i usłyszeli dwa piśnięcia.
- Widzisz pan – powiedział
zadowolony Szczaw. – Masz pan dwa w jednym. Tylko za często tak pan nie wal, bo
jeszcze gotów popękać i trzeba będzie szyć.
- Jak już się wyrobi, to
będzie można naparzać do woli. – Winston pogłaskał misia po czole. – Prawda
mały?
Bębenek zemdlał.
*
- Powtórz jeszcze raz –
powiedział zatrwożony Kaładze.
- Jelonek Kaładze w Afryce
mieszka, czarną ma skórę ten nasz Jelonek – posłusznie wyrecytował Bębenek.
- Matko kochana – jęknął
Jelonek. – Co oni chcą ze mną zrobić?
Strach Jelonka Kaładze nie
był bezpodstawny, Bębenek zacytował mu bowiem tekst wierszyka, jaki przypadkowo
usłyszał w sali prób zaraz po jednym ze swoich występów z Wielkim Winstonem
Panierką.
- Co to może znaczyć?
- Nie mam pojęcia – odparł
Koala. – Najwyraźniej twoja rola łosia zbliża się ku końcowi. Znudziłeś się
ludziom i przymierzają się, by przerobić cię na afrykańskiego jelonka,
cokolwiek to oznacza.
Kaładze popatrzył na
towarzysza z wyrzutem. Lubił Koalę. Ale niestety jego sukces w roli Bębenka był
prawdopodobnie przyczyną spadku popularności Jelonka Kaładze. Odkąd Bębenek
zaczął występować z Wielkim Winstonem Panierką, ludzie zaczęli domagać się
dalszych zmian repertuaru, który był podobno zbyt monotonny i nudny.
Przynajmniej takie krążyły plotki. Kaładze początkowo nie dawał im wiary, ale
ostatnia wiadomość przyniesiona przez Bębenka zdawała się jednak je
potwierdzać.
- O ja pierdolę –
westchnął coraz mocniej przejęty Jelonek. – Czarną ma skórę? Tak śpiewali?
Jesteś pewien?
- Dokładnie tak.
- Kurwa.
- Ciesz się, że chociaż w
dalszym ciągu jelonek.
- Też mi pocieszenie. Nie
chcę być Murzynem. U nas w Gruzji nigdy nie było i nie ma murzynów. Jak w ogóle
można być Murzynem?
- No nie gadaj. A jakby
tak w miejsce jelonka zamiast murzyna miał być, sam nie wiem, dajmy na to
krokodyl? Albo jakieś drzewo?
- To może by wzięli kogoś
innego, a nie mnie? Czemu przerabiać za drzewo akurat Jelonka?
- Oni śpiewali „Kaładze”.
Poza tobą nie ma nikogo innego o tym imieniu.
- No faktycznie.
- Ale może chodzi o innego
Jelonka Kaładze? – wtrącił Struś Parówka, nawiasem mówiąc, biedny ptak.
Struś był przez innych
ignorowany i jego zdanie niewiele znaczyło, ale że nikt nie mógł być pewien swojej przyszłości, od
czasu do czasu był dopuszczany do wspólnych debat. Najczęściej uwagę poświęcał
mu Goryl Równiacha, z którym Struś od kilku miesięcy występował w duecie w
bardzo popularnym wśród widzów programie choreograficznym pod tytułem „Równość
i tolerancja”. Parówka nienawidził Równiachy, mimo iż był świadom, że to nie
Goryl wpadł na pomysł ich wspólnego występowania. Ptak podejrzewał za to, że
Równiacha lubi ten program, choć zawsze zarzekał się, że jest inaczej.
Tym razem to też nie kto
inny, tylko Goryl poparł pomysł Parówki.
- Właśnie – zawtórował
Strusiowi. – Pewnie miałeś w Gruzji jakąś rodzinę?
Kaładze przełknął.
- O nie – jęknął. – Tylko
nie to. Wystarczy już Jelonków w tym przeklętym miejscu.
- Ale to niestety możliwe
– rzekł Bębenek.
Kaładze westchnął
żałośnie, ale po chwili się rozpromienił.
- Ależ ze mnie tłumok –
powiedział. – Przecież ze wszystkich Jelonków w mojej rodzinie, tyko ja jeden
miałem na imię Kaładze.
Zaraz jednak posmutniał.
- Czyli o mnie chodzi –
rzekł z rezygnacją.
- Nie przejmuj się –
próbował pocieszyć go Równiacha. – Pewnie tylko ufarbują ci futro i później...
- Ufarbują futerko? –
przerwał Jelonek. – Widziałeś kiedyś afrykańskie Jelonki? Wiesz coś o nich?
- No właściwie to chyba
nie – przyznał Goryl. – W sumie to dziwne.
- Też tak myślę! –
zacietrzewił się Kaładze. – Siedzicie tylko pochowani po krzakach, wpierdalacie
banany i korzonki i w dupie macie Jelonki!
- O co ci chodzi? –
obruszył się Bębenek. – Chciał tylko być miły.
- Afrykańskie Jelonki nie
mają w ogóle sierści! – krzyknął Kaładze. – Rozumiecie, co to oznacza? Całego
mnie ogolą na łyso i wypastują, jak oficerki! Będę się świecił, jak Gorylowi
jaja i będę czarny! Cały czarny! O ja nieszczęsny!
Na chwilę zapanowało
niezręczne milczenie. Przerwał je Kolala.
- Tego nie wiedziałem –
przyznał kwaśno. – Tak jak i nie wiedziałem, że jesteś…
- Ja też jestem czarny, i
co? – wtrącił obruszony Równiacha. – Mam z tego powodu płakać? Gorsze rzeczy
mam na głowie – dodał z udawaną niechęcią wskazując na Parówkę, który skulił
się z bojaźnią w rozbieganych oczach. – Masz coś do czarnych? – zakończył hardo
zwracając się do Jelonka.
- Nie mam nic do goryli –
odparł z rezygnacją Kaładze. – Ale też nie chciałbym być jednym z nich. Chcę
być zwykłym Jelonkiem.
Wszyscy wpatrywali się w
Kaładze z niepewnymi minami nie wiedząc, co też myśleć o słowach Jelonka.
Pierwszy odezwał się
Bębenek.
- Jesteś jakimś pieprzonym
rasistą! – huknął.
- Nie jestem żadnym
rasistą! Nie chcę tylko być Murzynem!
*
Winston Panierka siedział
przed lustrem w swojej przyczepie. Był wczesny wieczór, do występu pozostało
niecałe czterdzieści minut. Przyjrzał się swojemu odbiciu. Odkąd dzięki jego
występom z Bębenkiem Koalą cyrk zaczął osiągać znaczne dochody widocznej
poprawie uległ jego image. Miał doskonale dopasowaną perukę, makijaż, który nie
rozpływał się pod wpływem temperatury, satynowe szaty najwyższej jakości oraz
solidnie wykonane akcesoria. Był ulubieńcem tłumu.
- A to skurwysyn –
powiedział Winston spluwając na drewnianą podłogę.
Pomstował tak na
wspomnienie rozmowy z właścicielem cyrku, Gerardem Szczawiem, który
kategorycznie odmówił mu podwyżki. Idąc na rozmowę z szefem Winston zakładał,
że może i nie uda mu się wynegocjować podwojenia gaży, ale był pewien, że
dostanie przynajmniej sześćdziesiąt, albo i siedemdziesiąt procent. I co? I
gówno! Szczaw go wyśmiał.
- Słuchaj, śmieciu –
powiedział do niego. – Gdyby nie ja, dalej żonglowałbyś pomidorami, puszczał
nosem bańki i pierdział konfetti. To ja wymyśliłem Bębenka i dałem ci możliwość
pracy z nim. A ty bez niego nie znaczysz nic. Rozumiesz. Zero – krzyknął
uderzając pięścią w stół. – I zapamiętaj sobie. Koala należy do mnie. Beze mnie
byłbyś niczym. Jednym z wielu podrzędnych pajaców rozśmieszających gawiedź
robieniem z siebie durnia. Nie gadaj mi więc o pieniądzach tylko spierdalaj do
roboty, a jak ci się nie podoba, to droga wolna. Wezmę na twoje miejsce byle
aktorzynę i jeszcze mi za to podziękuje.
- A to chuj niewdzięczny –
sapnął Panierka na wspomnienie tej kompromitującej go rozmowy. – Ja ci jeszcze
pokażę, chytry cwaniaczku. Albo ja, albo nikt.
Winston raz jeszcze
przyjrzał się wykonanym dla niego na zamówienie pałeczkom. Gdy nacisnęło się
maleńką dźwignię ukrytą w rękojeści, z czubków pałeczek odpadały kulki, a na
ich miejsce wysuwały się ostro zakończone metalowe haczyki, przypominające
szpony drapieżnika. Uśmiechnął się na ich widok przebiegle. Wspaniale będzie
móc je wypróbować.
W tym momencie usłyszał za
oknem jakiś rumor i szybko wybiegł przed przyczepę. Żywego ducha. Tylko targane
powiewami wiatru gałęzie bujnej paproci raz po raz uderzały w boczną ścianę
przyczepy. Nawet jeśli ktoś się w nich krył, było już zbyt ciemno, by go
dostrzec.
*
Bębenek Koala
przygotowywał się do występu w tradycyjny sposób. Ćwiczył mięśnie brzuszka,
nacierał go olejkami, które nadawały skórze większej elastyczności i czyniły ją
bardziej odporną na uszkodzenia. Golić jej już nie musiał, bo po kilku
miesiącach intensywnych prób i występów, w ogóle przestała już rosnąć.
Właśnie zamierzał
wstrzyknąć sobie w brzuszek miejscowe znieczulenie, gdy ze swojego występu
wrócił podekscytowany Jelonek Kaładze. Gdy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi
powiedział podekscytowany.
- Słuchaj. Musisz stąd
uciekać. Inaczej nie przetrwasz występu.
- No co ty? – nie przejął
się Koala. – Już przywykłem. Gorzej mogłem trafić – dodał wspominając jaką
traumę przeżył Jelonek.
- No to uważaj –
kontynuował Kaładze. – Wielki Winston Panierka zamierza cię dziś podczas
występu podziurawić jak sito.
Koala milczał.
- Poszarpał się z szefem o pieniądze i kazał
wykonać dla siebie specjalne pałeczki ze szpikulcami, takimi którymi można
rozszlachtować wieprzka, a co tu dopiero mówić o wyeksploatowanym torbaczu!
- Bredzisz – zaoponował
niepewnie Bębenek, ale widać już było, że zaczyna poważniej traktować słowa
Jelonka. – I niby skąd ty to wiesz?
- Nieważne. Ważne, żeby…
- Skąd wiesz? – upierał
się Koala.
- Od Mietka Papugi.
- Acha.
Mietek Papuga mieszkał w
drucianej klatce i był ulubieńcem Szczawia. Nie miał żadnych obowiązków i nie
występował przed publicznością, ale mimo to nie był też szczęśliwym ptakiem.
Żeby zostać papugą musiał przejść skomplikowany zabieg zakrzywiania dzioba i
trening prostowania sylwetki. O ile tan drugi proces jako tako się powiódł, to
operację trudno było zaliczyć do udanych. Mietek był wcześniej zwyczajnym
gołębiem. Teraz miał pofarbowane pióra i dziób z plastiku, co bardzo utrudniało
mu przyjmowanie pokarmu.
- Ale to jeszcze nic –
kontynuował podekscytowany Kaładze. – Gdy schodziłem dziś ze sceny zauważyłem
dziwnego jegomościa, kryjącego się za kulisami niedaleko przyczepy Winstona.
Może bym i na niego nie zwrócił uwagi, ale wyraźnie starał się ukryć, to i mnie
zainteresowało. Zaczaiłem się więc w paprociach pod przyczepą Panierki i
czekałem. Mało brakowało i by mnie zauważył. Dobrze, że jestem czarny…
Jelonek zamilkł. Jego oczy
rozbłysły nadzieją.
- Co było dalej?
- Co?
- I co się stało u tego
cholernego Panierki?
- Acha – podjął Kaładze
jak wyrwany z letargu. – Czekałem niedługo. Chwilę później pojawił się Winston.
- Czego tu? – warknął na
nieznajomego. – Coś za jeden?
- Jestem Jerry Zawleczka –
odparł nieznajomy wyraźnie charakterystycznym, dźwięcznym młodzieńczym głosem.
– Czeladnik od rzemieślnika.
Winston rozejrzał się
nerwowo na boki, przybliżył się do przybysza i syknął przez zęby.
- Przecież mówiłem
wyraźnie, żebyście się tu nie pokazywali.
- Ale szef zachorował,
Mistrzu – odparł Zawleczka. – Jest w szpitalu.
- Co?!
Twarz Winstona przybrała
purpurowy odcień.
- A moje pałeczki? –
parsknął. – Zawarliśmy umowę. Miałem je dziś odebrać! Za pół godziny!
- Ja właśnie dlatego tu
jestem – odparł czeladnik. – Szef wykonał je już wczoraj, ale nie
dostarczaliśmy, bo pan zabronił tu przychodzić. Ale wobec jego choroby…
- Masz je ze sobą?
- Mam.
Kaładze westchnął
przerywając relację. Koala przyglądał mu się z nutą niepokoju, chociaż jego
twarz głównie znamionowało niezrozumienie.
- No i poszli do przyczepy
Panierki – podjął po chwili Jelonek. – A ja podglądałem przez okno. To było
straszne.
Kaładze opisał Bębenkowi
sposób działania pałeczek i Koala mocno pobladł. Futerko stanęło mu sztywno,
jak dojrzałe zborze, łapki zaczęły drżeć, pudełeczko z kremem wypadło na
podłogę i poturlało się pod zamkniętą skrzynkę z łańcuchami, uprzężą i różnymi
narzędziami tortur, które miały im na co dzień przypominać jakie są
konsekwencje niesubordynacji.
- To co ja mam zrobić?
- Musisz uciekać!
- Ale jak? Dokąd?
Jelonek zmarszczył chrapy.
- Nie wiem – odparł
bezradnie. – Jestem tylko Jelonkiem.
- Może przez rurę
bardaszaną? – podsunął Struś, który dotychczas trzymał głowę w małym otworze
wydziobanym w podłodze.
Oczy misia przez chwilę
zapłonęły nadzieją, ale zaraz ponownie posmutniały.
- Nie zmieszczę się –
odparł wskazując na bębenek.
- No to…
Jelonek nie dokończył.
Przeszkodziło mu echo kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się sam Wielki
Winston Panierka.
- No mały – powiedział. –
Dziś damy taki występ, że zapamiętają go wszyscy do końca swoich dni. Mam
nadzieję, że dużo dzisiaj jadłeś.
*
- Przed państwem Wielki
Winston Panierka i jego grający miś, Bębenek Koala!
Konferansjer zszedł z
areny, a publiczność wybuchła szaleńczymi brawami, które jeszcze bardziej się
nasiliły, gdy na scenie pojawił się artysta. Ukłonił się nisko i gestem
poprosił zgromadzonych na widowni o spokój. Po chwili w cyrku zapanowała
względna cisza i Wielki Winston przemówił.
- Szanowni państwo!
Dzisiejszy wieczór będzie czymś szczególnym. Nie tylko dla państwa, ale i dla
mnie również. Kochani! Czeka was przeżycie niezapomniane, niepowtarzalne i nie
podobne do niczego, co już kiedykolwiek widzieliście i jeszcze kiedyś
zobaczycie. Aby ten moment należycie uczcić przygotowałem krótką mowę…
- Nie pierdol! – krzyknęła
niecierpliwa dama z loży.
- Pokaż chuja! – dołączyła
się inna.
Publiczność zaczęła
buczeć, ale uspokoiła się, gdy Winston próbując ratować sytuację zmienił plan i
ponownie uniósł dłoń odsuwając się na bok.
- Panie i panowie! –
krzyknął uroczyście. – Przywitajcie go gorąco! Bębenek Koala!
Gdy na środek areny
wjeżdżał wózeczek, na którym leżał miś, publiczność wprost oszalała. Winston
zajął swoje miejsce i gdy ponownie zrobiło się cicho puścił w ruch pałeczki. Po
chwili wnętrze namiotu wypełniły subtelne, liryczne dźwięki wprawiające publiczność
w odprężenie i błogostan. Winston Panierka nie na darmo otrzymał przydomek
Wielki. Jego gra była nie porównywalna z niczym. Był tego świadom. I to jeszcze
mocniej bolało w kontekście słów, jakimi uraczył go Gerard Szczaw. Na to
wspomnienie uderzył mocniej, aż Koala pisnął, co wywołało wśród widowni liczne
jęki, zwiastujące rodzące się w niej emocje.
Gdy po upływie kwadransa
targana namiętnościami, na przemian krzycząca, jęcząca i pomrukująca
publiczność była już rozgrzana niemal do białości, Winston zagrał cichutkie
requiem i zwolnił blokadki w uchwytach pałeczek.
To co się dalej działo
przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Widownia wyła. Wył też Bębenek Koala. I
wył Wielki Winston Panierka.
*
- No i tak się to
skończyło – mruknął Winston przypalając niedopałek szczapą wydobytą z ogniska.
– Najgorsze jest to, że do tej pory nie mam pewności, kto mnie wówczas
załatwił. Jest kilku podejrzanych, ale… Nawet nie miałem szans, żeby się
rozeznać. Ledwo uniknąłem linczu, musiałem się później przez kilka dni ukrywać,
a potem chyłkiem uciekać z miasta. A wróg cały czas deptał mi po piętach,
zakładał pułapki i czyhał na każdym kroku próbując mnie wykończyć, jakby tego
było mało – parsknął ukazując kikuty palców. – Całe zgromadzone oszczędności
poszły na lekarzy, a i na gówno się to zdało.
Panierka westchnął gorzko
i mocniej otulił się sfatygowanym kocem. Jesień na dobre się już rozgościła,
wieczory stawały się coraz bardziej chłodne, czuć było szybko zbliżającą się,
ostrą zimę. Dziurawe buty i stare łachy nie stanowiły wystarczającej ochrony
przez mrozem. Wątpił, by udało mu się przetrwać kolejną zimę. W podobnej
sytuacji byli zresztą i pozostali członkowie tej godnej pożałowania małej
społeczności wyrzutków zamieszkujących wysypisko. Musi czym prędzej się stąd wynieść.
- Ale ja wiem.
Głos należał do
szczupłego, opatulonego płachtą brezentu nieznajomego, który dołączył do nich
dzisiejszego ranka. Początkowo chcieli go przepędzić, ale zmienili zdanie, gdy
spod płachty przykrywającej ciągnięty za sobą rozklekotany wózek wyciągnął
gąsiorek samogonu.
Oczy wszystkich
momentalnie skierowały się ku nowemu przybyszowi. Od ładnych kilku lat
przysłuchiwali się różnym opowieściom Panierki i możliwość poznania rozwiązania
najważniejszej z nich wyraźnie ich ożywiła.
- Co ty nie powiesz –
rzekł podejrzliwie Winston. – Właściwie, to ktoś ty?
Nieznajomy wstał, wolnym
krokiem podszedł do Panierki i energicznym gestem zrzucił okrywającą go szatę.
- Długo cię szukałem,
bydlaku – odparł. – Jestem Jerry Zawleczka.
Panierka na chwilę się skulił,
jakby tuż za jego głową z całych sił uderzono w talerze, a zaraz potem
podskoczył, jak ktoś, kto nagle odkrywa, że siedzi na mrowisku.
- Ty sukinsynu! –
krzyknął, a jego oczy zapłonęły szaleńczą furią odkrywcy. – Tak! To ty
podmieniłeś pałeczki podstępny sukinsynu!
Zawleczka milczał
napawając się widokiem rozgorączkowanego Winstona. A było na co popatrzeć. Tak
niegdyś dumny, zwany Wielkim, dziś był wrakiem, cieniem swojego echa. Jerry nie
czuł do niego nic poza nienawiścią.
- Ale dla czego? – krzyknął
Panierka.
Na chwilę zapanowało
milczenie. W oczekiwaniu na odpowiedź przestali nawet szemrać towarzysze
Panierki, którzy poruszeni niecodziennymi wydarzeniami zaczęli wypełzać z
różnych zakamarków i licznie gromadzić się wokół ogniska. Wszyscy wpatrywali
się w Jerryego z ciekawością, wręcz z fascynacją, jakby zaraz miał im udzielić
odpowiedzi na od dawna nurtujące ich pytanie. Niejedni wstrzymali oddech.
- Bo kocham Koalę.
Głos był pewny i
dźwięczny, a jego moc na wskroś przesycona szczerym uczuciem spowodowała, że
zgromadzeni przypadli do ziemi. Jerry Zawleczka niemal uroczyście dobył ostrej,
zakrzywionej szabli, uniósł ją oburącz wysoko i gdy na jej klindze zagrały
świetlne refleksy dźgnął Panierkę w wańc i zaraz energicznie pociągnął w górę
upodobniając go do przejrzałego pomidora, z którego wnętrza po nacięciu
wyciekają ziarenka i miąższ.
Oczy Winstona szybko
zaszły mgłą. Zanim wyzionął ducha jego uszy wyłowiły subtelne dźwięki
cichutkiego requiem dobiegając z okrytego derką wózka.
21.06; 10,15,16.11.2010r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)