Mikołaj zatoczył się mocno, zaczepiając kożuchem o gałąź kolczastego krzewu rosnącego przy werandzie drewnianego domu. Kolejna próba trafienia kluczem do zamka nie zakończyła się sukcesem. Stojące niedaleko renifery pohukiwały niespokojnie wyczuwając zdenerwowanie gospodarza, który nie zadał sobie trudu, by zadbać o wyprzężenie ich z sań, wprowadzenie do stajni i nakarmienie. Udało im się co nieco pożywić jedynie tym, co wygrzebały spod zmarzniętej ziemi w zasięgu ich pola manewru. Trochę twardych korzonków i suchej trawy. To było naprawdę niewiele. Zwłaszcza po tak ciężkiej i długotrwałej podróży.
Trzy elfy leżały w śniegu nieregularnie porozrzucane w obejściu. Ubrany w zielony surdut, najstarszy ze wszystkich pomocników Mikołaja, Marchewka, spoczywał na szczycie wielkiej zaspy usypanej u samych wrót stajni, z nogami do kolan tkwiącymi w śniegu, leżąc głową w dół, z ramionami rozrzuconymi na boki. Drugi w kolejności pod względem wieku, Prawdziwek, siedział okrakiem obejmując ramionami słupek ogrodzenia, z głową opartą o skrzynkę na listy. Długie, poprzeplatane pasemkami siwizny włosy powiewały targane lekkimi dmuchnięciami nocnej bryzy, przekrzywiona czapka z pomponem leżała nieopodal wdeptana w zmarzniętą nawierzchnię ciężkim obuwiem Mikołaja. Najmłodszy ze skrzatów, rozebrany od pasa w górę, Paprotka, jako jedyny przejawiał oznaki przytomności. Stojąc na szeroko rozwartych, ugiętych w kolanach nogach, mocno pochylał się nad zamarzniętą na kość sadzawką i przesuwał po jej powierzchni dłońmi, jakby nabierał wody, po czym szorował owłosiony obficie tors i brodatą twarz. Przy tych czynnościach co chwila niebezpiecznie zataczał tyłem niewielkie kręgi, by zaraz energicznie wrócić do przerwanych, wyimaginowanych ablucji.
- Szczał na ciebie pies – mamrotał miotając się na boki – ty stary sukinsynu. Taki jesteś cwany? Już ja ci pokażę, kto tu jest pan, a komu szorować reniferom buły słomą.
Przerwał na chwilę, by spojrzeć w kierunku werandy, z której dochodził rumor nie pozwalający mu należycie skupić się na czynnościach, które usilnie próbował wykonać z nad wyraz dokładną precyzją. Zrobił niezadowoloną, zdegustowaną minę ale nie był w stanie zlokalizować ani źródła, ani przyczyny irytującego go hałasu. Obraz, jaki jawił się jego zmęczonym oczom był rozmyty i małoprecyzyjny, a głos, który słyszał brzmiał co prawda znajomo, lecz w żaden sposób nie potrafił przyporządkować go konkretnej osobie.
- A by to jasny chuj! – po okolicy poniósł się gromki, nerwowy głos. – Przecież zaraz mnie krew zaleje z tym dziadostwem!
To powiedziawszy Mikołaj odstąpił o krok od opornego wejścia i wymierzył drewnianym drzwiom solidnego kopniaka.
- Otwierać! – ryknął wobec braku rezultatów. – Bo wyjebię z zawiasami!
Usłyszawszy szuranie i zaraz po nim twarde tąpnięcie odwrócił się na chwiejnych nogach i ze zdziwieniem spojrzał na leżącego u podnóży schodów Paprotkę, który ślizgnąwszy się na oblodzonej ścieżce upadł z zadartymi w górę nogami i nieudolnie próbował teraz podnieść się na odmawiające współpracy kończyny. Z pochyloną głową Mikołaj zmarszczył czoło i wysuwając lśniącą dolną wargę rzekł:
- A ty czego wariujesz, krowi szczochu?
Elf stękając przekręcił się na brzuch, potem z trudem ukląkł, by wreszcie przytrzymując się pnia wysokopiennego jałowca, wolno podnieść się na drżące nogi.
- Szczochu? – zapytał wpatrując się przed siebie niewidzącymi oczami.
Jego wzrok skierowany był tuż nad lewym ramieniem Mikołaja i zdawał się przenikać wszelką napotkaną na drodze materię, ulatując daleko w nieznane, nie rejestrując po drodze żadnych godnych uwagi obrazów.
- Co tu jest, co? – dodał bełkotliwie starając się nadać głosowi pewnego siebie tonu.
- To ja się pytam? – parsknął Mikołaj.
Paprotka zmrużył oczy próbując złapać ostrość widzenia. W końcu jego źrenice zogniskowały się na sylwetce współrozmówcy.
- To ty, Szefie? – zapytał?
- No a kogo się spodziewałeś? – czknął i beknął przeciągle Mikołaj. – Wielkiego koniuszego z fajfusem na wierzchu?
Skrzat przez chwilę milczał kiwając się na boki i analizując usłyszane słowa.
- Nie wiem – odparł po chwili. – Zimno mi – dodał.
- To gdzie żeś podział kapotę?
Paprotka przez chwilę patrzył na swoją gołą pierś i obnażone, pokryte stojącą dęba szczeciną ramiona, po czym ponownie spojrzał na Mikołaja.
- Jaką kapotę? – rzekł i bezwładnie padł w tył w puszysty śnieg pomiędzy kolczaste krzewy żywopłotu.
Mikołaj ponownie zmarszczył czoło, jakby był zaskoczony nagłym zniknięciem swojego podkomendnego.
- Paprotka? – rzucił robiąc przed siebie niewielki, ostrożny krok i przytrzymując się futryny. – Paprotka! Gdzie żeś znowu polazł, huncwocie?
Rozglądał się chwilę ale nie za bardzo rozróżniał obrazy. Miał wrażenie, że wszystko co ma przed oczami widzi po raz pierwszy w życiu, a jednocześnie miał przeświadczenie, że jest w dobrze znanym sobie miejscu.
- Paprotka! Pajacu ty podły!
Odwrócił się i ze zdwojoną energią ponownie zaatakował drzwi.
- Otwierać! – ryknął. – Otwierać, bo rozpieprzę wszystko w pizdu!
Nagle werandę rozświetlił jasny, silny blask dochodzący z góry, z bliżej nie określonego miejsca. Mikołaj stał w centrum świetlistego snopa niczym konferansjer zapowiadający główny numer jakiegoś wielce popularnego i zorganizowanego z rozmachem programu artystycznego.
- Czego się drzesz po nocach? – zabrzmiał dochodzący zewsząd głos.
- Bo mi nie chce otworzyć! – parsknął hardo Mikołaj opierając się plecami o niesforne drzwi. – A strudzony jestem okrutnie – dodał i zaraz potem głowa opadła mu na pierś. – I spać – sapnął.
- Po mojemu, to spity jesteś, jak baleron, a nie znużony – odparł Głos.
Mikołaj z trudem uniósł głowę i szeroko otworzył przekrwione, zeszklone oczy.
- Ja spity? – żachnął się urażony. – Ja? Przecież prezenty roznosiłem cały dzień. I noc! To i chyba mam prawo być zmęczony, nie?
- Gdzie niby te prezenty roznosiłeś?
Głowa Mikołaja ponownie opadła na pierś, ramiona bezwładnie zwisały wzdłuż tułowia. Przez chwilę pytanie Głosu pozostawało bez odpowiedzi.
- Cooo? – niemalże ryknął w końcu Mikołaj głosem zdradzającym coraz większe obruszenie. – Jakim prawem? Że niby co? Że jaaa? Jaaa?
Nagle grunt umknął mu spod nóg i z hukiem obsunął się na podest.
- No widzisz? – rzekł urażony. – Ledwo żyję, a ty mi tu, że… że niby… że… Jaaa?
W tym momencie drzwi otworzyły się ze zgrzytem od dawna nie konserwowanych zawiasów i Mikołaj młócąc przed sobą ramionami przy nieporadnej próbie złapania oparcia, bezwładnie runął do wewnątrz z łoskotem stłumionym grubą tkaniną podwatowanego żupana. Niemal w tym samym momencie na werandę wybiegły dwie niewielkie, opatulone w ciepłe nocne koszule i szlafmyce, przygarbione, mocno wylęknione babki i chwyciwszy ciężkie, mokre nogi pod pachy wróciły z powrotem do środka zatrzaskując za sobą drzwi. Nie przebrzmiało jeszcze echo, gdy świetlista poświata znikła pozwalając nocy skryć wszystko pod gęstym zimowym kożuchem.
*
Mikołaj odrzuciwszy grubą, puchatą pierzynę, poderwał się z posłania przestraszony, spazmatycznie łapiąc powietrze mocno rozwartymi ustami. Przez niewielkie okienko przenikały ostre promienie polarnego słońca, w izbie było chłodno i rześko, ale mimo to, na szerokie, czerwone czoło wystąpiły wielkie, perliste krople potu. Od dłuższego czasu śniło mu się coś bardzo nieprzyjemnego, wręcz przerażającego, co sprawiało, że rzucał się na boki, parskał, mówił, a raczej mamrotał niezrozumiałe słowa, stękał, od czasu do czasu nawet krzyczał, by wreszcie jego zmęczony organizm nie wytrzymał wewnętrznego, targającego nim napięcia i wyrwał się z koszmaru.
Siedział teraz oparty o wielką poduchę ułożoną u wezgłowia łóżka oddychając ciężko, ze świstem. Skołtunione włosy i posklejana strużkami śliny gęsta, siwa broda oklejały wilgotnymi pasemkami rozpaloną twarz, podkrążone oczy usiłowały przywyknąć do rzeczywistości, do której wrócił po ciężkiej batalii, jaką stoczył z senną marą. Nie zrzucona do snu gruba odzież spowodowała, że spływały po nim gorące strużki potu, przemoczona tkanina przylegała do skóry, poza tym spodnie były zaszczane, o czym poza wilgocią świadczył unoszący się w powietrzu gryzący, ostry fetor. Ciało miał obolałe, rwało go w trzewiach, pękała głowa i, co najgorsze, piekło między pośladkami. Z przestrachem przytknął do ust wielką, jak bochen chleba dłoń, chuchnął i powąchał z bojaźnią. Skrzywił się zdegustowany. Woń częściowo przetrawionego alkoholu zdecydowanie dominowała nad innymi, również mało przyjemnymi.
- Olaboga – stęknął. – Tylko nie to.
Poderwał się z posłania i skoczył ku szafie. Na chwilę znieruchomiał wstrzymując oddech, po czym zamaszystym ruchem otworzył szerokie, podwójne drzwi. Na dnie spoczywały trzy jaja o różowego odcienia skorupce, wielkością porównywalne z orzechem kokosowym, z tym że wyprofilowane w bardziej opływowy, podłużny kształt.
- Pięknie – rzekł zrezygnowany z powrotem ciężko opadając na łóżko.
Oparł łokcie o kolana i objął dłońmi rozgrzaną, bolącą głowę.
- Co ja najlepszego narobiłem? – marudził retorycznie. – Po co mi to było?
Ostatni raz zdarzyło mu się coś podobnego ponad ćwierć wieku temu, niedługo po tym, jak objął etat. Był wówczas nieopierzonym jeszcze Mikołajem i nie do końca zdawał sobie sprawę z konsekwencji i następstw swoich pochopnych, lekkomyślnych poczynań. Mimo, iż Głos przestrzegał go, by nie folgował różnym zachciankom i dodatkowo informował jakimi grozi to implikacjami, niesiony pokrzepieniem własnego majestatu Mikołaj zbagatelizował go i po zakończeniu sezonu uchlał się w sztok. Jakież było jego zdziwienie i przerażenie, gdy następnego ranka zbudził się z potwornym bólem w centralnej części poniżej pleców. Gdy wówczas posądził jednego wyjątkowo kapryśnego i nieco dziwnie zachowującego się pomocnika o to, że ten wykorzystał w sposób nieetyczny jego niedyspozycję, otrzymał chłodne wyjaśnienie odsyłające go do szafy, w której znalazł siedem różowych jaj.
Wspomnienia zakłóciły mu odgłosy dobiegające z pokrytych skorupkami wnętrz.
- O nie – jęknął.
Był pewien, że poprzednim razem od złożenia jaj do rozwiązania upłynęło więcej czasu niż doba. Całe szczęście, że wykluły się z nich bociany, które stosunkowo szybko odleciały do ciepłych krajów i nie zawracały mu dupy sprawami wychowawczymi, ale że i tak będzie teraz, gwarancji mieć nie mógł.
Poderwał się na rozedrgane nogi przerażony, że nawet nie zdąży przygotować gniazda na ewentualną niespodziankę. Skoczył ku oknu i wyjrzał na podwórze.
Zaprzęg stał przechylony na bok, deski lewej burty sań były roztrzaskane, na ziemi leżała pusta skrzynia po prezentach, poniewierały się części garderoby, głównie czapki, rękawice i surduty, fragmenty rozbitych świątecznych ozdób oraz szklanych i glinianych opakowań po trunkach, których przed zniszczeniem nie uratowało nawet owinięcie kolorową, grubą plecionką i łykową siateczką. Wzrok Mikołaja na chwilę zatrzymał się na parze kraciastych kaleson zwisającej ze świerkowej gałęzi i zaraz potem przeniósł się na leżące w żywopłocie obnażone do pasa ciało jednego z jego elfów, którego wszakże nie mógł z tej perspektywy rozpoznać, bo widział jedynie rozrzucone na boki nogi obute w futrzane okrycia, jakie nosili wszyscy trzej pomocnicy. Założył jednakże że to Prawdziwek, bo ten miał nad wyraz duże parcie na obnażanie się w efekcie upojenia.
- Przecież odmrozi dupsko – mruknął z troską Mikołaj zapominając na chwilę o jajkach i szeroko otworzył niewielki okienko.
Mroźne, wczesno poranne powietrze bezlitośnie wdarło mu się do płuc wywołując krótki atak kaszlu.
- Prawdziwek! – krzyknął po chwili gdy tylko udało mu się unormować oddech, ale nie uzyskał żadnego efektu. – Wstawaj, durniu! Bo będziesz znowu przez trzy dni srał jakimiś farfoclami!
Wybiegł z chaty przez kuchenne wyjście i dopiero wówczas dostrzegł Prawdziwka pochrapującego wzdłuż murka ogrodzenia. Był przykryty derką ściągniętą z sań, pod głowę miał podłożoną zwiniętą w bezładny rulon jedną z parcianych toreb po prezentach. Po kilku krokach dojrzał leżącego przy stodole Marchewkę, który zakopał się w śniegu po samą pierś. Na widok gospodarza cztery renifery zaczęły targać łbami i ryć racicami w pokrytej lodem nawierzchni ścieżki. Mikołaj tylko obrzucił je czujnym spojrzeniem i stwierdziwszy, że nic im nie dolega minął zaprzęg i skierował się ku werandzie.
- Wstawać mi tu raz, dwa! Będziemy mieć Dzień Dziecka! – ryknął aż parsknęły zaskoczone i przestraszone zwierzęta. – Do roboty, pijaki! Za kwadrans macie być glanc, albo dupska wam skopię na galaretę!
Zanim którykolwiek z elfów zdążył zareagować Mikołaj zamaszystym ruchem wyciągnął za nogi śpiącego w żywopłocie Paprotkę i rzucił go na werandę. Jego zmarznięte na kamień ciało nie zmieniając pozycji zadudniło z łoskotem o drewnianą podłogę. Następnie przyszła kolej na Prawdziwka, który jednak zdążył się już przebudzić i siedział teraz na ziemi dygocząc i rozcierając zmarznięte ramiona. Mikołaj podszedł do niego energicznie i chlasnął go w zdziwiony pysk gumowym termoforem, który podniósł wcześniej spośród różnych poniewierających się po podwórzu przedmiotów. Elf poturlał się wzdłuż ogrodzenia, ale zaraz szybko stanął na nogi przybierając postawę zasadniczą gotów do wykonywania poleceń.
- Ruchy! – krzyczał Mikołaj. – W piecu napal, bo Paprotka zamarzł na kość! I ten bajzel mi tu migiem posprzątać.
- Rozkaz! – pisnął Prawdziwek i ruszył biegiem do chaty.
W tym czasie ostatni z pomocników wygrzebał się już z pryzmy śniegu i otrzepywał sztywne od mrozu odzienie. Na widok Mikołaja uśmiechnął się głupkowato.
- Szefie – rzekł bez najmniejszego zażenowania. – Szef ma całe gacie zaszczane. Niech Szef lepiej je zmieni, bo Szefowi jaja odpadną i będzie…
Dokończenie wypowiedzi udaremnił mu ponownie puszczony w ruch gumowy termofor, który podobnie jak wcześniej w przypadku Prawdziwka, boleśnie ugodził go w beztrosko uradowaną japę. Marchewka ponownie runął w zaspę, ale niemal natychmiast był z powrotem na nogach stojąc wyprężony w oczekiwaniu na rozkazy. Mikołaj wskazał na renifery.
- Do stajni – wycedził przez zaciśnięte ze złości zęby.
Po chwili podwórze tętniło życiem. Elfy uwijały się jak postaci na taśmie celuloidowej wyświetlanego w przyspieszonych obrotach filmu. Mikołaj wszedł powrotem do chaty i zrzucił przemoczoną odzież, która już miejscami zaczynała zamarzać. Z pomocą przyszły mu cztery milczące babki pokojówki, które doskonale znając swoje obowiązki nie czekały na jakiekolwiek polecenia i szybciutko dzieląc między sobą czynności przystąpiły do domowej krzątaniny. Po chwili brudna odzież pyrkała już w kotle na pranie, skołtuniona pościel była wypłukana i wietrzyła się rozwieszona na sznurach, w rondlach grzała się strawa, w ruch poszły ścierki, zmiotki i szufelki. Babkojówki nie były rozmowne, nie stanowiły więc dobrej kompanii do towarzystwa, poza tym alkohol wywoływał u nich stany niekontrolowanego, trudnego do przezwyciężenia lęku. Były za to pracowite i niezwykle wydajne. Nie musiały spać, niewiele jadły, nie narzekały, nie marudziły i nie plotkowały. Były też okrutnie paskudne, żeby nie mącić czystości myśli Mikołaja. Ich pomarszczone, powykrzywiane pyski i przy tym mocno korpulentne, karłowate i przygięte do ziemi postaci przypominały rozmiarem elfy, ale z pewnością nimi nie były. W poczynaniach niezwykle żwawe i energiczne, z sylwetkami przygarbionymi, o wystających, nieco krępujących ruchy pękatych brzuchach i płaskich cyckach, opiętych kraciastymi, wiązanymi z tyłu na szerokich dupach fartuchami, odrobinę przypominały poobijane w transporcie aluminiowe czajniki, które w bezładzie tłukąc się o siebie pokrzywiły i spłaszczyły sobie dziobki. Ale było to tylko złudzenie. Na swoich krzywych, krótkich nogach stąpały pewnie, ruchy miały precyzyjne, nie wchodziły sobie w paradę, ich wszelkie czynności zaplanowane i podzielone były z zachowaniem maksymalnej efektywności.
Pozostawiając sprawy porządkowe czterem kompetentnym i biegłym w tych sprawach babkojówkom, Mikołaj wziął pod pachy dwie pozostałe i zszedł z nimi do piwnicy. Nie protestowały przywykłe do przedmiotowego ich traktowania. Z resztą jakiekolwiek inne podejście do ich osób byłoby dla nich zupełnie niezrozumiałe i mogło wywołać w nich rozchwianie emocjonalne, co z kolei z wszelkim prawdopodobieństwem pociągnęłoby za sobą zakłócenia w precyzji ich poczynań.
Mikołaj szybkim krokiem pokonał krótki korytarzyk prowadzący do jednego z licznych małych pomieszczeń, przełożył obie babki pod jedną pachę, odsunął ciężką, żelazną sztabę i otworzył drzwi. W twarz buchnął mu kłąb gorącej pary. Odstawił babkojówki na kamienną półkę i wskoczył do wypełnionej żółtawą cieczą sadzawki bulgoczącej w dziurze ziejącej w miejscu, w którym powinna znajdować się podłoga. Temperatura spowodowała, że niemal zaczęła skwierczeć mu skóra. Babki, jak to miały w zwyczaju, bez słowa zakasały rękawy, złapały wielkie ryżowe szczotki, a następnie zamaszystymi ruchami zaczęły szorować mu plecy, ramiona i pomarszczone dupsko. Po kilkunastu minutach ciężkiej pracy jedna przerwała szczotkowanie, podeszła do ściany skrywającej półki z przeróżnej maści butelkami, fiolkami, słojami i pudełeczkami, po czym po kolei zaczęła wlewać zawartość wszystkich do szeroko rozdziawionej japy. Następnie zrzuciła odzienie i dołączyła do kąpiącego się Mikołaja wskakując w parującą ciecz. Unosząc się na powierzchni jak boja, ustawiła się naprzeciw jego czerwonej twarzy i zaczęła mu wcierać, wklepywać i wmasowywać w brodę, we włosy, w całe odsłonięte, nagie ciało wyrzygiwane krótkimi strumieniami dopiero co pozyskane i odpowiednio poporcjowane dozy mydła, olejków i balsamów, soli i eliksirów. Mikołaj tylko przekręcał się i nadstawiał, a babki doskonale wiedziały, czego od nich w danej chwili oczekuje. I spełniały wszystkie jego najdrobniejsze kaprysy i najbardziej wyrafinowane zachcianki. Bo przecież tego właśnie potrzebował. Oczyszczenia, orzeźwienia, wymazania z pamięci wczorajszego, skrajnie wyczerpującego wieczora i części koszmarnej nocy. Relaksu, odprężającego zapomnienia i ciszy zakłócanej jedynie jego świszczącym oddechem, bulgotem gorącej wody, odgłosami tarcia twardej szczeciny o ciało i chrzęstem strzelających w kościach uwijających się jak w ukropie łaziennych pomocnic.
*
Po dwugodzinnej kąpieli Mikołaj ponownie stał już na werandzie ze splecionymi na dużym brzuchu ramionami, ubrany w świeżutki, bordowy komplet z białymi elementami. Broda i wystające spod wielkiej czapy włosy połyskiwały w promieniach słońca, twarz emanowała zdrowiem i serdecznością. Humor miał już doskonały, dodatkowo pokrzepiony widokiem sprawnie uwijających się przy pracy elfów, które szybko uprzątnęły podwórze, uwiły i wymościły w części stajni wygodne gniazdo, gdzie ostrożnie przeniosły jaja. Mikołaj pokrzykiwał gromko i radośnie wybuchając od czasu do czasu rubasznym śmiechem, aż drżał cały podest.
- Dalej, dalej! – krzyczał rozpromieniony. – Ruszać pryszczate dupska!
Był szczęśliwy. Oswoił się już z myślą o potomstwie które, sądząc po wydobywających się z wnętrza jaj odgłosach sprawi mu nieoczekiwaną, miłą niespodziankę jakiej sobie nie wyobrażał nawet w najśmielszych fantazjach. Pod żadnym względem nie będą to bociany, jak się z początku obawiał, ani też żadne inne ptactwo. Z początku, gdy tylko doznał olśnienia nie mógł uwierzyć, że będzie tak jak dawniej. I wcale nie był mu też straszny fakt, że spadnie na niego więcej obowiązków i z pewnością o wiele mniej czasu pozostanie na rozrywkę. Zyska w ich miejsce coś szczególnego i wyjątkowego. Niebawem zaczną się wykluwać zdrowe i radosne mikołajątka i jego pusta chata znowu rozbrzmi od gwaru zabaw i pląsów. A czyż radość dzieci nie jest droższa niż wszystkie inne razem wzięte doczesne uciechy tego świata? Żaden Mikołaj nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz