przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


piątek, 7 maja 2010

Przebiegła Stara Baba Na Korbę

Przebiegła Stara Baba Na Korbę urodziła się jako trzecie w kolejności i zarazem ostatnie dziecko stolarza Franciszka Codaleja oraz jego żony Wandy, niemrawej kobiety żyjącej z wydawania się. Dla uściślenia należy tu dodać, że nie chodzi o wydawanie się za mąż, a o wizualizowanie sobie pewnych rzeczy, czy też zdarzeń.
Początkowo wszystko układało się dobrze. Co prawda niekiedy było ciężko, bo prowadzony przez Franciszka zakład stolarski nie przynosił kokosów, a wizje Wandy nie zawsze kończyły się materializacją w ich mieszkaniu drogocennych przedmiotów. Prędzej czy później przychodził jednak moment, że kobiecie wydawało się, że, na przykład, przyniesiony przez Franciszka z warsztatu taboret zamienia się w walizkę wypełnioną pieniędzmi, w następstwie czego stołek natychmiast znikał, a w jego miejsce pojawiał się drogocenny sakwojaż. I tak w całkiem przyjemny i beztroski sposób upływały im lata.
Ale tamte czasy nijak nie przypominają okresu, w którym urodziła się Przebiegła Stara Baba Na Korbę. Wtedy oboje rodzice byli już zupełnie innymi ludźmi, zmęczonymi i doświadczonymi przez los. Gdy Przebiegła Stara Baba Na Korbę przyszła na świat, jej matce wydawało się, że nowo narodzona maleńka śliczna dziewczynka to wcale nie zwyczajne dziecko, a właśnie Przebiegła Stara Baba Na Korbę, tyle że jeszcze nie ukształtowana. Mało tego. Wanda stwierdziła, że przemiana nie nastąpi tak jak miało to miejsce zazwyczaj, czyli w mgnieniu oka na zasadzie zastąpienia dotychczasowej postaci nową. W tym przypadku miało to mieć dużo bardziej złożony, skomplikowany i bardziej drastyczny przebieg.
Przyszłość dziewczynki została z grubsza ustalona w taki właśnie sposób, nie pozostawiając w tym zakresie większego pola manewru zarówno jej samej, jak i rodzicom, czy komukolwiek innemu. Strasznie przeżył ten fakt ojciec, gdyż będąc stolarzem nie potrafił stanowczo sprzeciwić się kobiecie, która mimo iż była bardzo niemrawa, to jednakże stanowiła dla niego poważne zagrożenie. Szczególnie obawiał się jej właśnie jako stolarz, bo przecież w każdej chwili kobiecie mogło zacząć się wydawać, że, dla przykładu, do cna płonie jego warsztat pracy, albo w bardziej drastycznej formie, że on sam wolno, lub natychmiastowo ze stolarza zamienia się w murarza lub w coś jeszcze bardziej odrażającego, czego nie był nawet w stanie sobie wyobrazić. Czy jakiegokolwiek stolarza mogło kiedyś spotkać coś bardziej okropnego?
Tak więc Franciszek zacisnął zęby i przyjął do wiadomości, że jego długo oczekiwana córeczka nie będzie dorastać jako grzeczna, śliczna pociecha o imieniu Różyczka, jak też wymarzył sobie dać jej na imię, a ma się stać Przebiegłą Starą Babą Na Korbę skazaną prawdopodobnie na mrok ponurej egzystencji. Nie mógł do tego dopuścić, a z drugiej strony doskonale wiedział, że tak naprawdę nic nie może zrobić. Prawie nic. Nauczony doświadczeniem miał bowiem w zanadrzu ułożony i skrupulatnie obmyślony na taką drastyczną ewentualność plan, ale z uwagi na fakt, iż przemiana nie nastąpiła od razu, postanowił póki co nie wcielać go w życie. Realizacja jego założeń oznaczała przecież koniec wszystkiego.
Początkowo Franciszek był niezmiernie zadowolony, że podjął taką, a nie inną decyzję, gdyż dziewczynka zdawała się opierać przeznaczeniu, jakie objawiło się dla niej w głowie matki rodzicielki. Codalej przez kilka lat łudził się, że oto może jego ślubna straciła swój niewątpliwie olbrzymi, ale i jednocześnie okrutny dar. Niestety nadzieje okazały się być płonne i jak zwykle wszystko co wydaje się kobiecie ziszcza się w nie tak bardzo odległej przyszłości. Materializacja, czy też wejście w życie przepowiedni trwało na ogół od reakcji natychmiastowej (najczęściej spotykanej) następującej zaraz po wizji począwszy, na blisko pięciu latach skończywszy (sporadycznie występująca reakcja). W przypadku córeczki było to prawie sześć lat, toteż po upływie pięciu nacechowanych permanentnym druzgoczącym nerwy napięciem, w głowie mężczyzny miał prawo zrodzić się taki pomysł nie bez jakichkolwiek podstaw. Wszakże dotychczas wszystkie znane mu przypadki nie przekraczały w swojej reakcji na wizje okresu tych cholernych, niejako magicznych pięciu lat.
Pierwszy, a zarazem ostatni, najbardziej gwałtowny, jednoznaczny i niepozostawiający wątpliwości symptom przemiany miał miejsce w trakcie letniego spaceru na jaki szczęśliwy stolarz zdecydował się wybrać z dzieckiem wzdłuż brzegu niewielkiego polodowcowego jeziora, które ciągnęło się łukiem oddzielając gęsty las od uprawnych, żyznych pól. Aby tam dotrzeć radosny ojciec nie otworzył z samego rana warsztatu, tylko zapiął córeczkę w bezpiecznym foteliku samochodowym i zbytnio się nie spiesząc pomknął ku czekającej ich przygodzie nie zdając sobie sprawy, że będą to zarazem ich ostatnie wspólnie spędzone szczęśliwe chwile. Na miejsce dotarli po godzinie jazdy wygodną i bezpieczną, dwupasmową drogą szybkiego ruchu. Franciszek zostawił samochód w wyznaczonym do tego celu miejscu parkingowym, przerzucił przez ramię koc, wyjął z bagażnika sporych rozmiarów kosz piknikowy i trzymając dziewczynkę za malutką dłoń ruszył wolnym krokiem ku brzegowi delektując się ciepłym, rześkim powietrzem. W wolny od pracy dzień o tej porze roku na ogół roiło się tu od wypoczywających mniej lub bardziej intensywnie ludzi, ale że był dzień powszedni wąska plaża była pusta, jeśli nie liczyć pary staruszków wtulonych w siebie na usytuowanej przy samej wodzie ławeczce. Seniorzy nawet nie zwrócili na nich uwagi mimo, iż stąpając po wyżwirowanej ścieżce czynili sporo hałasu, a wokół panowała błoga cisza mącona jedynie piskami rybitw i szumem liści drzew i gałązek krzewów poruszanych lekkimi powiewami ciepłego wiatru.
Byli może w połowie łuku jeziora gdy się zaczęło. Dziewczynka nagle wyrwała rączkę z ojcowskiej dłoni i odskoczyła na kilka metrów robiąc przy tym bardzo złośliwą minę. W pierwszej chwili Franciszek pomyślał, że to jakaś zabawa i uśmiechnął się czule, ale wówczas twarz dziecka zaczęła się zmieniać. Czoło poszerzyło się, włosy ściemniały i zmatowiały, skóra na policzkach opadła i zaczęła się marszczyć. Całe ciało jęło również pęcznieć nabierając pękatych, koślawych kształtów, mimo lekko pochylonej sylwetki znacznie również zyskało na wzroście. Dziecięce ubranka nienaturalnie się rozciągnęły gdzieniegdzie pękając w szwach i gubiąc guziki. Całemu zajściu towarzyszyły nieprzyjemne i wywołujące ciarki odgłosy, jak trzaski i mlaśnięcia rozciągającego się ciała, chrobot i trzeszczenie rozrastających się kości. Nie trwało to długo. W niespełna trzy minuty zdruzgotany i załamany, jak również zdjęty trwogą Codalej stał naprzeciwko w pełni ukształtowanej, pomarszczonej, nieprzyjemnie wyglądającej, podniszczonej i wiekowej już kobiety. Doskonale wiedział, że to nie zwyczajna babka jakich wiele można spotkać na co dzień na wiejskich drogach, miejskich targowiskach, w kościołach i na cmentarzach. Był pewien, że miał do czynienia z Przebiegłą Starą Babą Na Korbę, której pojawienie się było przecież tylko kwestią czasu. I to już od momentu, gdy jego nieszczęsnej żonie wydało się, że tak ma się stać, a on od samego początku tylko naiwnie się łudził i sam siebie oszukiwał, że tym razem będzie inaczej.
Stolarz uważnie i czujnie przyglądał się babie, która wcale nie pozostawała mu w tym zakresie dłużna. Baba. Stara baba. Rozejrzał się po okolicy w obawie, czy wraz z przemianą nie następują inne transformacje otoczenia, lub nie pojawiają się kolejni bohaterowie wizji jego żony. Co prawda nie pamiętał, by o czymś podobnym wspominała, ale nie o wszystkich szczegółach przecież mówiła, na ogół ograniczając się do przekazania najważniejszych informacji. A zdecydowanie główną postacią rozgrywającej się właśnie tragedii była jego własna córka, która już w żadnym stopniu samej siebie nie przypominała. Mężczyzna wiedział, że to okrutne, ale miał świadomość, że nie ma odwrotu. Że w tym właśnie momencie bezpowrotnie utracił ukochaną i jedyną córeczkę, a to indywiduum, które przed nim stoi nie ma z nią absolutnie nic wspólnego. Na przemian targały nim nienawiść, złość, współczucie ale również niezdrowa fascynacja i ciekawość. Czekał.
Nagle babka wyprostowała się gwałtownie stękając przy tym nieprzyjemnie. Przygarbione plecy jakby na chwilę się zapadły, by po chwili zacząć dziwnie falować, jakby we wnętrzu groteskowego ciała poruszała się jakaś obca istota próbująca wydostać się na zewnątrz. Babka podskoczyła, pierdnęła i niemal w tym samym momencie pęknięty wzdłuż lewej łopatki zbyt ciasny dziecięcy kaftanik rozdarł się na boki i na zewnątrz wystrzelił żółtawy, połyskujący organiczną wilgocią bolec. Babka z krzykiem upadła na kolana. Kostny wyrostek wyciągnął się i wygiął przybierając kształt litery zet, z tym że poszczególne jej elementy krzyżowały się pod kątem prostym. Dłuższy zwisał prostopadle do pleców, jeden z krótszych znikał w ciele idealnie po środku między łopatkami, drugi zaś skierowany był na zewnątrz.
Franciszek zachwiał się niezdecydowany, w głowie eksplodowała mu cała gama kłujących myśli neurotycznych iskier. Po krótkiej chwili wiedział już co musi zrobić. Nie chciał tego, ale nie miał wyboru. Tak chciało przeznaczenie, które sterowało nim i kierowało jego poczynaniami nie bacząc na jego oczekiwania, potrzeby i uczucia. Zacisnął zęby, podszedł do klęczącej i stając za jej plecami, pochylił się, mocno ułapił zwisający uchwyt i kilkakrotnie energicznie zakręcił korbą zgodnie z zasadą ruchu jednostajnie ustajnego. Ślina podeszła mu do gardła, na szyję wystąpiły nabrzmiałe żyły, bezwiednie zacisnął powieki. Wszystko to nastąpiło z chwilą gdy usłyszał tępy chrobot przypominający odgłos wprawianego w ruch układu drewnianych lub kamiennych zębatych kół, którego poszczególne elementy wzajemnie zaczynają się napędzać, jak w trzewiach starego zegara. Odskoczył na bok i zwymiotował. Nie od końca strawiona kolacja i szybkie śniadanie wylatywały z niego ochoczo i nie zamierzały przestać. Kolejne spazmy ściskały żołądek, by w końcu wydusić z niego ostatnią kroplę porannej herbaty. Wolno odwrócił się ocierając usta dużą, bawełnianą chustką.
Przebiegła Stara Baba Na Korbę uśmiechała się do niego złośliwie.
- Dawaj kanapki! – krzyknęła skrzekliwym głosem.
Franciszek ściągnął usta w grymasie niemocy i przepełniającej go złości. Zrobił krok w kierunku porzuconego kosza piknikowego, który leżał teraz przechylony w pobliżu żwirowej ścieżki. Babka nie spuszczała go z oka. Mężczyzna nie miał pojęcia, jakie właściwości może mieć jego była córeczka, ale wiedział doskonale, że nie może jej bagatelizować. Wszystko, co dotychczas wydawało się jego małżonce było na ogół nieprzyjemne i zwykle niebezpieczne. Nawet, gdy miała wizję czegoś miłego, co na pierwszy rzut oka zdawało się być przyjemnym i pożytecznym zjawiskiem zwykle okazywało się czymś paskudnym, uciążliwym, złośliwym lub też wręcz groźnym dla zdrowia, a nawet życia. Tak było na przykład z wyjątkowo nieurodziwą córką aptekarza, która w wyniku widzenia Wandy w przeciągu kilku minut zamieniła się w dziewczynę tak cudnej urody, że nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie. I nie chodziło tu tylko o mężczyzn, którzy na sam jej widok nie mogli powstrzymać się przed natychmiastowym onanizmem. Nie mogły oprzeć się jej również i kobiety potykające się przy niej o własne nogi, ptaki, które przelatując w jej pobliżu całymi stadami rozbijały się o budynki lub bezwładnie spadały na ziemię, a nawet psy i koty, które gdy tylko pojawiała się na ulicy zamierały zapatrzone w nią jak babki w księdza podczas kazania i zaraz potem rzucały się na siebie w zapamiętałej żądzy kopulowania. Niestety nie długo aptekareczka cieszyła się z cudownej odmiany. Po bodajże trzech dniach padła bowiem ofiarą bestialskiego mordu poprzedzonego brutalnym gwałtem na sąsiedzie, których to czynów mięli dopuścić się sam ojciec do spółki z domniemanym kuzynem podejrzanego pochodzenia, prawdopodobnie murarzem z zawodu, który zaraz po tych wydarzeniach uśmiercił również współwinnego aptekarza, a następnie zniknął pozostawiając na miejscu zbrodni tylko kielnię. Policyjne dochodzenie oraz sekcja zwłok ustaliły, że nieszczęsny aptekarz w wyniku przebywania na co dzień w bezpośredniej bliskości osoby o tak niezwykłej i niecodziennej urodzie, która to przecież przez całe dotychczasowe życie była jego córką odznaczającą się przy tym encyklopedyczną wręcz szpetotą, hamując przepełniające go opętańcze podniecenie doznał szoku i odszedł od zmysłów, co też popchnęło go do tego tragicznego czynu. Nie do końca wiadomo było skąd wziął się na miejscu zbrodni domniemany kuzyn, który został uznany za murarza na podstawie znalezionych śladów oraz kielni. Zagadką była też sama dziewczyna, której ciała nigdy nie odnaleziono. Przez pewien czas krążyła nawet opinia, że wcale jej nie zamordowano, tylko najzwyczajniej w świecie uciekła z murarzem, ale wobec braku dowodów na taką ewentualność przyjęto oficjalnie wersję, że padła ofiarą mordu tak bestialskiego, że nawet ślad po niej nie pozostał. Zrodziła się również hipoteza, że kobiety wcale nie było. Że nie istniała w ogóle. W końcu niedorzecznością było przecież uznanie, że zaginęła, tak jak murarz. Właściwie to jedyną ofiarą całego wydarzenia był ów zgwałcony sąsiad, który jednakże nie mógł w tej sprawie zabrać głosu, gdyż postradał zmysły.
Tak to bywało z wizjami Wandy Codalejowej. Nawet najpiękniejsza wizualizacja stawała się przekleństwem tego lub tych, którzy byli jej świadkami lub dalej obcowali z nią na co dzień.
- Dawaj, śmierdzielu, te kanapole i coś do picia, bo mi w japie zaschło – zarechotała Przebiegła Stara Baba Na Korbę. – Byle szybko, bo czasu nie mam na pierdoły.
Franciszek sięgnął do kosza, wolno uniósł wieko i wydobył papierową torbę, w którą zapakowane były świeże bułeczki z szynką, żółtym serem, jajkiem i warzywami. Zanim zdążył odwinąć pieczywo babka doskoczyła do niego jednym susem i wyrwała mu zawiniątko, boleśnie kpiąc go przy tym w przyrodzenie kościstym, sękatym kolanem. Codalej zgiął się w pół wypuszczając ze świstem powietrze. Babka wybuchła rubasznym, jazgotliwym śmiechem i zaczęła wokół niego biegać podskakując z nogi na nogę. Zbyt ciasne buty pospadały jej ze stóp, łydki opinały naciągnięte podkolanówki, postrzępiona, i porozdzierana sukienka gdzieniegdzie odsłaniała przypominające pergamin ciało. Niegdysiejsza Różyczka skakała wesoło podśpiewując zmyślaną na poczekaniu piosenkę.

Tatę bolą jajca
Łajza jest i zdrajca
Kopa mu zasadzę
Zanim ćwoka zgładzę
U ha, ha!!!

Następnie parskając na boki wysuwała ociekający śliną język, podbiegała bliżej i kopała mężczyznę w pośladki lub w podbrzusze zaśmiewając się przy tym w niebogłosy. Codalej nie był w stanie zareagować. Pierwszy cios jaki otrzymał niemal całkowicie go sparaliżował, a kolejne zwaliły na ziemię. Klęczał teraz bezradnie modląc się w duchu o cud, który nie chciał nadejść. Unikał wzroku babki, żeby dodatkowo jej nie prowokować, ograniczając się jedynie do ukradkowej obserwacji jej poczynań, żeby w razie czego chociaż odrobinę uchylić się, by zamortyzować cios. Widział, jak łapczywie pakuje do szczerbatych ust kolejne kanapki i popija je wprost z termosu herbatą zaprawioną malinowym sokiem. Stercząca z jej pleców korba zniknęła, a o jej obecności świadczyło wyłącznie rozdarcie na kwiecistej, czerwono żółtej sukience.
Nagle babka stanęła w miejscu i zamachnąwszy się cisnęła koszykiem w wody jeziora płosząc stado dzikich kaczek, które z furkotem wzbiły się w powietrze lub rozpierzchły po jego tafli.
- Dobra ojciec – rzekła. – Starczy tych ceregieli. Teraz pobawimy się inaczej.
To powiedziawszy ruszyła ku kulącemu się mężczyźnie poruszając ramionami i kołysząc się na podobieństwo opancerzonych graczy futbolu. Zanim jednak zdążyła cokolwiek więcej uczynić, usłyszeli podekscytowane głosy.
- O tam, tam, panie władzo! – krzyczał mężczyzna. – Szybko, szybko, zanim będzie za późno!
Od strony parkingu biegło w ich kierunku cztery postaci. Najpierw dwóch umundurowanych, sadystycznie szczerzących zęby, barczystych i posturnych, funkcjonariuszy w najmniejszym stopniu nie wzbudzających zaufania i poczucia bezpieczeństwa, za to przypominających do złudzenia przerysowane z komiksu czarne charaktery, a kilkanaście kroków za nimi dyszący starszy mężczyzna i na końcu kobieta; ani chybi para, która z rana obejmowała się siedząc na ławeczce. Strażnicy rozglądali się czujnie na przemian chorobliwie się uśmiechając i wykrzywiając usta w odwrócone grzbietem do góry półksiężyce. Jeden odpiął od pasa krótkofalówkę, do której zaczął mówić podekscytowanym głosem, drugi zbliżył się do podnoszącego się mężczyzny.
- Co tu się dzieje? – zaszczekał.
Franciszek stęknął i rozejrzał się w koło zaskoczony i mocno wystraszony. Zdawało mu się, że jeszcze przed momentem dostrzegł w oczach babki dawną iskierkę wesołości, jaka biła z twarzy jego kochanej Różyczki. Teraz nie widział niczego. Obecność strażników nie wróżyła niczego dobrego. Na pierwszy rzut oka Codalej ocenił, że obaj są częścią chorej wizji. Zastanawiał się tylko, czy mają z góry napisane kwestie, czy też będą mogli pofolgować fantazji.
- Hej? – domagał się wyjaśnień zniecierpliwiony mundurowy. – Ogłuchł?
- Co? – odparł Franciszek półprzytomnie drżącym głosem.
- Co tu się dzieje?
- Mówiłem przecież, co się stało – wtrącił się starszy mężczyzna. – Ten pan przyszedł tu z córeczką, a potem napadł ich bandyta przebrany za starą kobietę! A potem…
- Dobra, dobra – przerwał strażnik, który dotychczas rozmawiał przez telefon.
Ton głosu funkcjonariusza zdradzał pewną formę łagodności, nie za wielkiej, ale zawsze. W porównaniu z drugim strażnikiem brzmiał o wiele bardziej optymistycznie.
– Pan chyba już swoje powiedział, no nie? – rzekł do staruszka. – Teraz chcielibyśmy posłuchać bezpośrednio poszkodowanego, dobrze?
- Co im będziesz tłumaczył? – parsknął drugi. – Słuchaj, dziadek – zwrócił się do zdenerwowanego i zaskoczonego mężczyzny. – Mamy wasze dane. Więc wyp… Idźcie spokojnie do domu, a gdy zajdzie potrzeba skontaktujemy się z wami. Jasne?
Postąpił krok w kierunku małżeństwa przybierając jeszcze bardziej groźną minę. Widać, że już nie mógł się doczekać działania i podjęcia czynności, przy których przeprowadzeniu obecność świadków nie była wskazana. Mężczyzna pokraśniał na twarzy, ale zanim zdążył się odezwać, kobieta wzięła go pod ramię i szepnęła coś uspokajająco.
- Pójdziemy już – powiedziała do funkcjonariusza. – W razie czego, proszę dzwonić. Chętnie odpowiemy na pytania. Do widzenia – zakończyła z niepokojem spoglądając na stękającego w dalszym ciągu Franciszka.
- Do widzenia, do widzenia – odparł strażnik. – Dzięki za pomoc.
- Nic panu nie jest? – zapytała jeszcze na odchodne.
Codalej spojrzał na nią z bojaźnią i podejrzliwością.
- W porządku – rzekł bez przekonania.
Po chwili został sam z funkcjonariuszami.
- Więc co tu się stało? – zapytał łagodniejszy ze strażników. – No więc gdzie ta pańska córka?
Franciszek westchnął ciężko i potarł skroń wskazującym palcem. Czujnie rozglądał się nie mając pojęcia czego może się spodziewać.
- Boli coś? Napad był? – wtrącił z nadzieją drugi funkcjonariusz. – Jakieś pobicie, rabunek, porwanie, gwałt?
- Co też pan wygaduje – odparł. – Nic się nie stało.
- Jak to nic?
Strażnicy wymownie rozejrzeli się po okolicy. Roztrzaskany termos, kawałki odzieży, papier i opakowania po prowiancie, pływający po powierzchni jeziora wiklinowy kosz i produkty, które z niego wypadły. Wyjaśnienie Franciszka było naiwne i sam zdawał sobie sprawę, że nie mogli mu uwierzyć nawet, gdyby byli zupełnie zwyczajnymi funkcjonariuszami.
- To co to niby jest? – zapytał ten agresywny.
- Nie wiem – rzekł stolarz wzruszając ramionami próbując tym samym nadać swojej historyjce choć odrobinę prawdopodobieństwa. – Jak przyszedłem, to już tak było. Jacyś wandale pewnie.
- Każdy tak mówi – parsknął strażnik plując na ziemię. – Najłatwiej tak powiedzieć. „Jak przyszedłem to już się paliło”, albo „jak przyszedłem to już leżała zgwałcona z poderżniętym gardłem”, albo…
- Spokojnie, stary – przerwał mu łagodniejszy kolega. – I że nie było żadnego napadu? – zwrócił się do Franciszeka.
- A skąd? – odparł stolarz ze zdziwieniem.
- No przecież jak przyszliśmy, to leżał pan na ziemi.
- Ja?
- No, a kto? Że może niby ja? Albo kolega? – ponownie włączył się agresywny łypiąc na Franciszka podejrzliwie.
- Pierwsze słyszę – szedł w zaparte Codalej. – Ukląkłem bo upadły mi klucze, a potem trochę zakręciło mi się w głowie, bo nie spałem dobrze przez kilka nocy z rzędu. Może to tak wyglądało. Nie wiem, co ci państwo widzieli, ale co by to nie było, to z pewnością im się zdawało.
Strażnicy popatrzyli po sobie niezdecydowani. Agresywny przygryzał wargi i zaciskał pięści. Sprawiał wrażenie, że zupełnie nie interesują go wyjaśnienia jakich udziela pytany mężczyzna. Za to łagodny zdawał się w dalszym ciągu zachowywać cechy stróża prawa i najwyraźniej bardziej obawiał się postawy purpurowego ze złości kolegi, niż obecności potencjalnego agresora, jaki miał zaatakować mężczyznę, który z resztą wcale na poturbowanego nie wyglądał. Funkcjonariusz miał w głowie mętlik, myśli krążyły mu po głowie podsuwając coraz bardziej absurdalne i okropne pomysły, ale ponad nimi w dalszym ciągu unosiła się świadomość bycia strażnikiem, które to przeświadczenie wracało do niego coraz rzadszymi falami, pomiędzy którymi następowały ataki niezrozumiałej złości. Mężczyznę niepokoiła dziewczynka, o której wspomniało starsze małżeństwo.
- No a pańska córka? – zapytał.
- Jaka znowu córka? Ja nie mam żadnej córki. W ogóle dzieci nie mam.
- No ale przecież ci państwo…
Funkcjonariusz odwrócił się, ale po starszym małżeństwie nie było już śladu, jakby nagle zapadło się pod ziemię. Najwyraźniej oboje musieli być w dużo lepszej kondycji, niż się wydawało i do tego widocznie bardzo im się spieszyło.
- Gdzie rzesz oni się podziali – rzekł zbity z tropu. – Poczekaj chwilę – dodał kierując słowa do kolegi i ruszając w kierunku parkingu. – Cholera by to wzięła. Było ich zatrzymać. Zaraz wrócę.
Drugi z funkcjonariuszy pokiwał głową i przez chwilę odprowadzał kolegę wzrokiem. Ściągnął brwi w grymasie zdenerwowania, niepokojąco zaczęła drgać mu górna warga. Odczekał aż towarzysz oddali się na kilkanaście kroków i odwrócił się do stojącego niepewnie Codaleja:
- Dobra, cwaniaczku. Koniec tego pieprzenia w bambus. Dawaj dokumenty, raz dwa, raz dwa – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, twardym i bezwzględnym.
Franciszek obszukał kieszenie doskonale wiedząc, że nie znajdzie nic, co mogłoby potwierdzić jego tożsamość. Co prawda miał przy sobie prawo jazdy, ale nie chciał go póki co pokazywać, by zagrać na zwłokę i poczekać z zeznaniem na powrót drugiego funkcjonariusza. Ten wydawał mu się dużo groźniejszy. Poza tym nie miał ochoty zdradzać tym ludziom adresu.
- No?! – domagał się strażnik.
- Szukam, szukam – marudził stolarz jednocześnie śledząc poczynania drugiego funkcjonariusza, który właśnie się zatrzymał.
- Może pomóc?
- Nie, nie – odparł niezwłocznie Franciszek i widząc, że drugi strażnik już wraca najwyraźniej zrezygnowawszy z pogoni za starszym małżeństwem, dodał szybko – Nie mam. – Wyszedłem tylko na spacer.
- Ha! – krzyknął triumfalnie funkcjonariusz. – Wiedziałem!
- Co wiedziałeś? – odezwał się jego towarzysz.
- Nie ma cwaniaczek dokumentów. Ale my doskonale wiemy, jak sobie radzić z takimi spryciarzami, co nie?
Odwrócił się do stolarza i ryknął:
- Nazwisko, imię i adres! Szybko!
Stolarz aż się skulił wobec tak nagłego ataku.
- Codalej Franciszek – powiedział i zamilkł, gdyż zdawało mu się, że dostrzega jakiś ruch nieopodal za kępą porośniętych gęstym listowiem krzewów.
Łagodniejszy ze strażników zmarszczył brwi wpatrując się uważnie w stojącego z niewyraźną miną mężczyznę.
- Że niby co? – zapytał.
- Widzisz, jaki w dupę uprzejmy cwaniaczek? – wycedził przez niemal zgrzytające zęby ten agresywny.
- No co? – jęknął stolarz w każdej chwili spodziewając się ciosu.
- To ja się pytam?! – krzyknęli obaj jednocześnie.
Franciszek podrapał się po podbródku i cofnął o krok.
- Miałem chyba podać nazwisko?
- Właśnie.
- No to podałem przecież. Codalej Franciszek.
Mundurowi wymienili spojrzenia i zaszurali nerwowo na żwirowanej ścieżce.
- Spokojnie, spokojnie – szepnął łagodniejszy z funkcjonariuszy próbując opanować siebie, a zwłaszcza kolegę.
Strażnik nie rozumiał za bardzo co się dzieje, ale od momentu, gdy dotarł nad jezioro cały czas odczuwał wzrastającą furię. W ogóle nie przypominał sobie, skąd się tu wziął i kto ich skierował w ten rewir. Dziwiło go również, skąd ten zupełnie obcy mężczyzna zna jego imię i zwraca się do niego w sposób tak bezpośredni, jakby byli co najmniej kolegami. Starał się panować nad emocjami, ale był coraz bardziej wewnętrznie rozdygotany. Co dzieje się we wnętrzu kolegi, który był z natury o wiele bardziej porywczy od niego mógł się jedynie domyślać. I miał nadzieję, że to coś nie wyjdzie na zewnątrz.
Za to Codalej wiedział doskonale co się dzieje. No może doskonale to było zbyt dużo powiedziane, ale z pewnością był świadom o wiele bardziej niż ci dwaj przypadkowi nieszczęśnicy, których los najwyraźniej już do nich nie należał. Za każdym razem, gdy wizje jego małżonki wcielały się w życie dziwne rzeczy działy się ze wszystkimi, którzy mniej lub bardziej bezpośrednio stykali się z wydarzeniami. Dla czego więc tym razem miałoby być inaczej? Zagadką było tylko to, w jakim stopniu Wanda podświadomie ułożyła przyszłość aktorów biorących udział w tym dziwnym przedstawieniu, którym przydzieliła główne zadania, a których potraktowała jako statystów pozwalając im na bardziej swobodną interpretację ról pozostawiając miejsce na improwizację.
- My się znamy? – usłyszał głos, który wyrwał go z rozmyślań.
- Słucham? – zapytał mrugając, jakby dopiero co się obudził.
- Czy my się znamy? – powtórzył mundurowy napierając na Codaleja całym majestatem swojego potężnego ciała i mocno przepoconego uniformu.
- Nie wydaje mi się – odparł wolno dobierając słowa. – Z pewnością bym zapamiętał.
- To skąd pan, do ciężkiej cholery wie, jak mam na imię? I w ogóle jakim prawem zwraca się pan do mnie po imieniu? Pan… – ryknął strażnik i zamilkł gwałtownie, jakby nagle stracił mowę.
Funkcjonariuszowi zrobiło się trochę nieswojo, że tak agresywnie zaatakował nieznajomego, ale skoro już to się stało, musiał dalej w to brnąć. Nie może przecież okazać słabości, przyznać się do pomyłki. Nie w obecności tego kogoś. Coś mu podpowiadało, że ten stojący przed nim człowiek ma względem niego niejasne i z pewnością niezdrowe intencje i wrogie zamiary.
Tymczasem stojący niepewnie Franciszek rozdziawił usta z niekłamanym zdziwieniem.
- O co panu chodzi, panie władzo? Gdzieżbym śmiał? – wydukał.
Wypowiedź Codaleja chwilowo najwyraźniej nieco uspokoiła tracącego panowanie nad emocjami, gorączkującego się funkcjonariusza. Jego kolega, który dotychczas sprawiał wrażenie dużo bardziej agresywnego, teraz jakby zszedł na drugi plan, w cień swojego towarzysza.
- No – rzekł strażnik z miną zdradzającą, że intensywnie się nad czymś zastanawiał, lub próbował sobie coś przypomnieć. – Tak lepiej. Wszyscy tacy sami – mamrotał pod nosem niewyraźnie. – Pyskują, cwaniakują i mądrzą się, a wystarczy głośniej kaszlnąć i już chojractwo z nich ulatuje, jak nocna pierda spod pierzyny.
Drugi funkcjonariusz zachichotał chorobliwie najwyraźniej rozbawiony wypowiedzią kolegi, ale w żaden sposób nie skomentował jego słów, w dalszym ciągu milcząc.
- Podaj pan szybko te dane – podjął strażnik ponownie spoglądając na Franciszka ponurym, nieufnym i zmęczonym spojrzeniem. – Nie będziemy tu sterczeć do wieczora. No chyba, że pan woli, to zawieziemy na komendę?
- Nie, nie. Wolę nie. Najpierw na komendę, potem jedno przesłuchanie, drugie i… – zawiesił głos. Ostatnie czego chciał, to wsiadać z tymi ludźmi do radiowozu. – Szkoda ceregieli – dodał pojednawczo. – Codalej Franciszek.
- Nosz karwasz żesz jego mać! – ponownie włączył się w rozmowę drugi strażnik szarpiąc Franciszka za łokieć. – Nie będziemy się tu z nim pierdzielić. Zabieramy go, Franuś, bo mnie tu zaraz krew zaleje. Człowiek się stara pomagać, żyły wypruwa, życie naraża, a taki jeden będzie sobie tu urządzał podśmichujki! Pojedziemy na policję, to sobie pan tam podrwisz do woli i może nawet…
- Hola, hola!
Przerwał mu ostry skrzekliwy głos. Kilka metrów od nich, tuż przed kępą krzaków, w której dotychczas najwidoczniej dotychczas się kryła, stała przyczajona Przebiegła Stara Baba Na Korbę. Resztki jej podartego dziecięcego ubranka zniknęły. Zastąpiła je teraz sukienka, która według szybkiej oceny Franciszka była identyczna jak ta, jaką miała na sobie starsza kobieta, która przed chwilą przecież jeszcze tu była. Codalej na ten widok poczuł ojcowską złość. Babka nie wyglądała jakoś specjalnie groźnie, niemniej było w niej coś tak niesamowitego, że strażników zdjął paniczny strach. Mimowolnie cofnęli się o krok zupełnie tracąc zainteresowanie stolarzem.
- Czego chcecie od mojego tatusia? – syknęła Przebiegła Stara Baba Na Korbę.
Wolnym ruchem sięgnęła do kieszonki na piersi, wydobyła z niej dorodne, czerwone jabłko i zawadiacko przekrzywiając głowę wgryzła się weń z trzaskiem. Widok ten sprawił, że Codalej ponownie ujrzał w niej swoją córeczkę i boleśnie ścisnęło mu się serce.
- Natychmiast powiedz, skąd masz tę sukieneczkę! – krzyknął Franciszek postępując w kierunku kobiety. – Tyle razy tatuś powtarzał, że nie wolno sięgać po cudze bez jego zgody! A chyba nie powiesz mi, że tamta pani dała ci swoje ubranie dobrowolnie!
Strażnicy stali zdezorientowani przenosząc wzrok z mężczyzny na kobietę nie wiedząc zupełnie, co mają począć. Tymczasem Przebiegła Stara Baba Na Korbę znowu wzięła górę nad osobowością Różyczki.
- Że co? – parsknęła. – Co ty mi tu, stary pierdzielu wyjeżdżasz z jakąś gównianą gadką?
To rzekłszy skoczyła ku mężczyznom i okręcając się w powietrzu o trzysta sześćdziesiąt stopni wykonała pełne klasyczne kopnięcie okrężne wymierzając stolarzowi cios w bok wykrzywionej zdziwieniem twarzy. Mężczyzna nie mając innego wyjścia bez przytomności runął na trawnik nakrywając się nogami i przeturlawszy się dwukrotnie spoczął bez ruchu z rozrzuconymi na bok ramionami. Zanim jego ciało znieruchomiało obaj strażnicy rzucili się do ucieczki porzucając krótkofalówkę. Przebiegła Stara Baba Na Korbę szybko ją podniosła i precyzyjnym rzutem posłała ją w ślad za nimi. Urządzenie pomknęło jak ciśnięta przez miotacza piłeczka baseballowa i przeleciawszy blisko trzydzieści metrów trafiło jego dotychczasowego właściciela w potylicę. Energia włożona w rzut była na tyle silna, że krótkofalówka rozprysła się na drobne elementy, jakby była wykonana z kryształu. Przerażony strażnik stracił równowagę i runął przed siebie, niemniej nawet na chwilę nie spoczął na ziemi, tylko kilkakrotnie przekoziołkowawszy wrócił zwinnie na nogi, którymi zaczął jeszcze szybciej przebierać nie oglądając za siebie.
*
Wanda stękając podeszła do drzwi wolnym krokiem i otworzyła je ziewając, nie starając się nawet osłonić ust ręką. Włosy miała poczochrane, oczy podpuchnięte od snu, sukienkę wymiętą i wygniecioną od leżenia na kuchennej kozetce. Na widok męża momentalnie się ożywiła, co przejawiało się u niej rozszerzeniem oczu nadającemu powiekom kształt niemal idealnych okręgów.
- Co? – zapytała.
- Stało się – odparł Franciszek wnosząc na rękach śpiącą dziewczynkę. – Zamknij drzwi.
Kobieta zastosowała się do mężowskich zaleceń i po chwili ruszyła w ślad za nim do stołowego pokoju, w którym mężczyzna troskliwie ułożył dziecko na złożonej wersalce.
- Co ona ma na sobie? – rzekła Wanda wycierając z kącików oczu resztki snu. – A ty co masz na gębie? – dodała dostrzegając opuchliznę pokrywającą policzek i skroń mężczyzny.
- Sukienkę jakiejś baby – odparł stolarz pochłonięty moszczeniem dziewczynce posłania. – Znad jeziora.
Kobieta przypatrzyła się córeczce i aż zachłysnęła się od nadmiaru powietrza, które nagle wciągnęły jej płuca.
- Przemieniła się? – zapytała podekscytowana.
- A jak ci się wydaje? – odparł pytaniem. – Przemieniła się jak cholera.
Podniósł się i pokazał na swoje obrażenia.
- To ona mi to zrobiła – powiedział. – Nogą. Z półobrotu. A właściwie to chyba nawet z pełnego o ile to ma jakieś znaczenie.
Kobieta przyjrzała się uważniej mężowi, pokiwała głową ze zrozumieniem i później ponownie przeniosła wzrok na śpiące dziecko.
- A jej co się stało? – zapytała. – Skoro się przemieniła, to jakim cudem z powrotem jest sobą? Nic takiego mi się nie wydawało. A przynajmniej sobie nie przypominam. Więc?
- A skąd ja mam to wiedzieć? – parsknął rozdrażniony Franciszek. – Ja? Przecież ja nigdy niczego z tego nie pojmowałem. To ty zawsze wszystko wiesz najlepiej. Lepiej niż ja, lepiej niż twoja matka nieboszczka, lepiej niż… – zamilkł jakby się zapowietrzył. – W tych swoich mędrkowaniach – podjął szybko – i tych szatańskich wizjach jesteś mądrzejsza nawet od…
- Skończ lepiej tę gadkę – przerwała kobieta. – Czy ty myślisz, że ja jestem z tego zadowolona? Że sprawia mi radość, jak widzę ludzkie cierpienie? Albo jak hajcuje się twój warsztat?
- Co? – Franciszek pobladł, co biorąc pod uwagę jego aktualny stan oznaczało, że skóra na twarzy przybrała kolor świeżo wyglancowanej muszli klozetowej. – Wydawało ci się, że mój warsztat… że płonie?
- Nie martw się – odparła Wanda. – Powiedziałam tak tylko po to, żebyś przestał się ciskać i skupił na bieżących problemach. Nie wiem nic o warsztacie.
- Na pewno? – dopytywał podejrzliwie.
- Słowo. – potwierdziła. – Powiedz lepiej co się stało. Tylko po kolei i niczego nie pomijaj. Wszystko może być ważne.
Stolarz odetchnął głęboko. Usiedli przy stole nie spuszczając wzroku ze śpiącego dziecka.
- Dojechaliśmy nad jezioro bez przeszkód – zaczął.
- Pod drodze nic się nie wydarzyło? – wpadła mu w słowo kobieta. – Żadnych wypadków, dziwnych pojazdów, niecodziennych wiadomości w radiu? Zupełnie nic?
Franciszek zastanowił się chwilę i zaprzeczył ruchem głowy.
- Zupełnie nic – potwierdził gest słowem. – W parku też nie było żywego ducha. Przy brzegu siedziało tylko dwoje staruszków, którzy nawet nie zwrócili na nas uwagi.
- Jak wyglądali?
- A bo ja wiem? Normalnie.
- Skup się! To może być ważne.
- No zwyczajnie. Baba miała na sobie sukienkę, którą ma teraz Różyczka. Musiała jej zabrać, jak przesłuchiwała mnie straż miejska kiedy…
- Po kolei.
- No to mówię. Kobieta była w tej sukience, a facet miał rozpinany sweter i zwykłe portki z materiału. Nie przyglądałem się im, bo i po co? Uszliśmy ze trzysta metrów i wtedy się zaczęło. Różyczka najpierw odskoczyła ode mnie na kilka metrów, a potem w przeciągu dosłownie kilku minut zamieniała się w… w… – na wspomnienie przykrych wydarzeń łzy napłynęły mu do oczu dławiąc słowa. – W Przebiegłą Stara Babę Na Korbę – dokończył i zamilkł.
- I co było dalej?
- Co było dalej? – wyjąkał. – Powiem ci co było dalej. Tylko najpierw muszę się czegoś napić, bo to ponad moje siły – spojrzał na spokojnie śpiącą dziewczynkę. – Może chodźmy do kuchni? Nie chciałbym, żeby słyszała, to co będę mówił.
Wanda zastanawiała się przez chwilę, w końcu skinęła głową. Przeszli do obszernej, widnej kuchni i kobieta nastawiła czajnik na herbatę. Franciszek wyjął z lodówki napoczętą butelkę słodkiej wódki i napełnił nią szklankę.
- Nie za ostro? – upomniała go żona.
Codalej nie pijał alkoholu, chyba że nadarzała się jakaś szczególna okazja, a i wówczas raczej tylko smakował. W ich małżeństwie to ona była głównym konsumentem alkoholu, ale również nie można było powiedzieć, by go nadużywała. Mocne trunki bardziej preferowała jako dodatek do herbaty, czy kawy dlatego też zwykle kupowała jakieś kolorowe, mocno aromatyczne likiery, czy wódki.
- Potrzebuję tego, mała – powiedział Franciszek wychylając duszkiem połowę zawartości. – Zaraz wszystko powiem, jeszcze chwilka.
Wanda przyglądała mu się z ciekawością. Nie nazywał jej „małą” od czasów narzeczeństwa, a nawet wtedy nie robił tego zbyt często. W sumie nie powinna się dziwić. Dzisiejszy dzień musiał być dla niego wstrząsem.
Kobieta przypilnowała czajnik i wyłączyła gaz, gdy tylko para mocniej zaczęła buchać przez mały dziobek. Nie chciała dopuścić by przeszywający dźwięk gwizdka zbudził odpoczywające dziecko. Do póki nie wiedziała, co dokładnie się wydarzyło nie powinna podejmować żadnych drastycznych i zdecydowanych kroków. Zwłaszcza, że ostatnio nic się jej nie wydawało.
- Usiądź może? – zaproponowała.
Widać słusznie, bo Franciszek od razu zastosował się do propozycji. Krzywiąc się dopił szybko wódkę i popił gorącą herbatą siorbiąc przy tym nieprzyjemnie.
- Gdy się zamieniła – wypalił znienacka drżącym, podekscytowanym głosem. Słowa zaczęły wylatywać z jego ust niezbyt składnie, za to szybko jak seria z karabinu maszynowego. – Gdy przyjęła postać tego pokracznego indywiduum, gdy jej śliczna buzia zamieniła się w tę pomarszczoną jak moszna japę, włosy tak śliczne i lśniące zrzedły i zaczęły zwisać, jak strąki pleśniejącego grochu, a błękitne jak paciorki oczy zżółkły i nabrały jakiejś obcej, wrednej i gadziej barwy... To było okropne. Do tego jeszcze jej ciało – pokiwał głową intensywnie wpatrując się w ścianę, jakby chciał przeniknąć jej strukturę. – Ona… Różyczka zaczęła rosnąć, wyginać się, pęcznieć, jej oliwkowa skóra zaczęła się marszczyć i rozciągać się jak pieprzone reklamówki z supermarketu… ale najgorsza była ta korba. To było okropne. Z pleców sterczała jaj korba, korba z kości, z jej własnych kości, rozumiesz?
Wanda z przejęciem skinęła głową, ale Franciszek zdawał się nawet tego nie dostrzec. Nie oczekiwał odpowiedzi na swoje pytania.
- Potem ona upadła na kolana i znieruchomiała – podjął utrzymując tę samą tonację rozemocjonowanego głosu. – A mnie coś kazało… Coś kazało mi do niej podejść, wziąć w dłonie tę okropną, ociekającą jakimś śluzem kostną korbę i nią zakręcić.
Kaszlnął żałośnie i skrył twarz w dłoniach.
- Nie chciałem tego robić – mówił dalej. – Uwierz mi, że nie chciałem. Ale nie miałem wyboru. To było tak, jakbym stał obok swojego ciała i przyglądał się, jak ja sam podchodzę do niej i kręcę tym cholerstwem, które wydawało te wszystkie okropne dźwięki, jakby łamały się kości. Do tej poty, jak o tym pomyślę, robi mi się słabo. Chociaż trwało to tylko chwilę. Zakręciłem może trzy, cztery razy. Ale i to starczyło. Ona od razu ożyła i zaczęła ze mnie szydzić. Biegała wokół mnie i kopała mnie po dupie i po jajach, a ja nic nie mogłem zrobić. Bóg jeden wie, jakby się to skończyło, gdyby nie nadeszli strażnicy przyprowadzeni przez to starsze małżeństwo, które mijaliśmy siedzące na ławce.
Franciszek zwiesił głowę i zaczął cicho łkać z trudem powstrzymując się przed spazmatycznym wybuchem. Wanda delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu.
- Nie miałeś innego wyboru – powiedziała. – Postąpiłeś słusznie. Nie miałeś żadnego innego wyboru. Gdybyś jej nie nakręcił, zmarła by.
Franciszek przestał łkać i spojrzał na żonę załzawionymi oczami.
- No i co? – zapytał. – Może to właśnie powinienem zrobić. Pozwolić jej tam sczeznąć, zdechnąć w plugawości, na jaką zasługuje?
- O czym ty mówisz? Przecież to nasza córeczka?
- O czym mówię? Ty jej nie widziałaś. Nie widziałaś tego, co z niej wylazło. To z pewnością nie była Różyczka.
- A kto w tej chwili śpi za ścianą?
Franciszek ściągnął wargi.
- Ale jak znowu się przemieni? – zapytał ocierając oczy rąbkiem obrusa.
Wanda strasznie nie lubiła, gdy to robił, jak po posiłku wycierał usta lub dłonie w pokrywającą kuchenny stół tkaninę. W tym jednakże momencie nie było to istotne i nie skomentowała tego na co dzień irytującego ją występku.
- Jak ponownie stanie się tą pokraczną, złośliwą…
Nie dokończył. We wnęce kuchennych drzwi stała Przebiegła Stara Baba Na Korbę świdrując nienawistnym wzrokiem siedzących przy stole, zwłaszcza mężczyznę. Franciszek poderwał się z krzesła i odskoczył w przeciwległy kąt pomieszczenia przywierając plecami do ściany. Wanda nawet nie drgnęła.
- Kto niby jest pokraczny?
Przebiegła Stara Baba Na Korbę miała głos równie skrzeczący, jak za pierwszym razem, gdy Franciszek ją usłyszał. Stała na krzywych nogach oparta o futrynę, w ręce trzymała duży, mosiężny wazon, który dotychczas stał w przedpokoju służąc za stojak na parasole.
- Nie podoba mi się – kontynuowała baba – żeby tu o mnie w ten sposób mówiono. Nie w moim rodzinnym domu.
To powiedziawszy podeszłą do stołu i ciężko klapnęło na miejscu, które zajmował wcześniej Franciszek.
- Dajcie coś zeżreć, bo mi już kiszki sflaczały, że i nawet pierdnąć dobrze nie mogę.
Jakby dla potwierdzenia tych słów lekko się uniosła, wykrzywiając usta i mrużąc oczy ale ku uldze gospodarzy nie uzyskała żadnego efektu.
- Widzicie? – parsknęła z pretensją w głosie waląc o stół kościstą dłonią. – Rusz no się matka!
Wanda nie zareagowała. Siedziała wyprostowana przybrawszy kamienną minę, oddychając równomiernie z lekko rozchylonymi ustami, półprzymkniętymi i ledwie widocznie drgającymi powiekami. Zgięte w łokciach ręce opierała o blat na rozprostowanych dłoniach. W pierwszej chwili Franciszek zaaferowany i przerażony ponownym pojawieniem się Okrutnej Starej Baby Na korbę nie zwrócił uwagi na zachowanie żony. Podczas gdy niecodzienny gość zajmował miejsce przy stole, on drobnymi kroczkami przesuwał się ku oknu, przez które zamierzał dać drapaka nie martwiąc się ewentualnymi skaleczeniami i możliwym upadkiem z wysokiego pierwszego piętra, na którym usytuowane było ich mieszkanie. Gdy był już przy zlewozmywaku, który oddzielał go od upragnionego celu, zauważył duchową nieobecność Wandy. Zamarł ze stopą opartą o kaloryfer, po którym zamierzał wspiąć się na kuchenną konstrukcję.
- No co jest z tym żarłem?! – parsknęła baba.
W tym momencie Wanda gwałtownie wstała. Przebiegła Stara Baba Na Korbę zareagowała natychmiast, instynktownie. Podskoczyła, oburącz uniosła w górę wazon i trzasnęła nim kobietę w czoło. Włożyła w siłę ciosu całą moc, toteż ciężkie naczynie wypadło jej z rąk i z łoskotem upadło na pokrytą linoleum kuchenną podłogę. W momencie gdy oręż dosięgnął głowy Franciszek wstrzymał oddech i zamknął oczy, które otworzył niemal natychmiast, tak że widział, jak wazon odskakuje i upada. Sądził, że w ślad za nim pójdzie ciało jego żony, która po tak mocnym uderzeniu nie powinna ustać na nogach, ale o dziwo tak się jednak nie stało. Wanda spojrzała tylko na agresorkę tępym, nieobecnym wzrokiem i potarła czoło, z którego zwisał strzęp zdartej skóry. Co dziwne, rana w ogóle nie krwawiła, jakby głowa Wandy wykonana była z cebuli, z której miejscowo zdarto płat zewnętrznej łuskwiny. Przebiegła Stara Baba na Korbę nie była przygotowana na taką postawę obiektu swojego ataku. Spodziewała się, z resztą podobnie jak i Franciszek, że kobieta runie jak ścięta brzózka brocząc krwią z rany wielkości stojącego na szafce radia tranzystorowego lub plastra dorodnego salcesonu. Tymczasem Wanda dłuższą chwilę bez słowa wpatrywała się w babkę przenikliwym wzrokiem, poczym przeniosła wzrok na męża, który jakby ściął go arktyczny mróz, w dalszym ciągu stał z nogą opartą o kaloryfer.
- Wybierasz się gdzieś? – zapytała zdziwiona.
Codalej jeszcze szerzej otworzył zdziwione oczy.
- Co? – wydukał.
Wanda z powrotem spojrzała na Przebiegłą Starą Babę Na Korbę.
- Wydawało mi się – rzekła nie kryjąc zdziwienia – że zamieniłaś się w Małego Porcelanowego Łosia.
W tym momencie Przebiegła Stara Baba Na Korbę zrobiła zdziwioną minę i znikła równie nagle, jak znika wystrzelony z pistoletu nabój. Franciszek ze świstem wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. Wanda schyliła się i podniosła z podłogi Małego Porcelanowego Łosia. Figurka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wyglądała jak zwyczajny łoś. Po prostu łoś.
- Trzeba by go wywieźć na wieś, do wuja Leona – powiedział Franciszek ze zbolałą miną. – Tak na wszelki wypadek. Może jeszcze się odmieni.
- Już się nie odmieni – zaprzeczyła Wanda. – Nigdy nie miałam wizji z łosiem.
- Jak to? Przecież … – wskazał na Małego Porcelanowego Łosia. – A ten tu?
- Ten był wyjątkiem. Poza tym zaraz potem jak mi się wydało, że Przebiegła Stara Baba Na Korbę zamieniła się w Małego Porcelanowego Łosia, to od razu wydało mi się, że nigdy więcej nie będzie mi się wydawało nic co dotyczy Małego Porcelanowego Łosia, ani żadnego innego łosia.
- Acha.
Usiedli przy stole wpatrując się w figurkę. Czas płynął leniwie, Wanda ponownie przybrała swoją ulubioną pozę uosabiającą niemrawość. Mały Porcelanowy Łoś zdawał się wcale nie interesować otoczeniem, jakby mieszkanie Codalejów było dlań naturalnym środowiskiem. Za to Franciszek nie mógł tak po prostu przejść obok tych wydarzeń do codzienności. Nie po tym jak na jego oczach jego ukochana córeczka przemieniła się w pomarszczoną babkę. I to przecież nie byle jaką. Szurał nogami pod stołem, kręcił się i drapał, co i rusz rzucając żonie coraz bardziej niecierpliwe spojrzenia, ale bez oczekiwanych efektów. Z niepokojem zauważył, że kobiecie po woli opada głowa i w ten sposób najprędzej zapadnie w sen i wówczas nurtujące go pytania pozostaną bez odpowiedzi. Coraz bardziej intensywnie zastanawiał się również, czy oto właśnie nie przyszedł ostateczny czas na przeprowadzenie jego planu, który miał raz na zawsze rozwiązać ich problemy.
- Jedno nie daje mi spokoju – rzekł w końcu.
- No? – mruknęła Wanda.
- Dla czego ta babka była przebiegła.
- Co?
- No, ta babka. Przebiegła Stara Baba Na Korbę. Wszystko się zgadza poza tym, że wcale nie była przebiegła. Co w niej było takiego przebiegłego?
- Każda stara baba jest przebiegła – odparła Wanda ziewając. – Ja też jak się wystarczająco zestarzeję będę przebiegła jak mało która.
- Gadanie – żachnął się mężczyzna. – Jesteś zbyt niemrawa, by być przebiegłą. Chyba, że z wiekiem stracisz na niemrawości na rzecz przebiegłości.
- Właśnie tak – przyznała spokojnie i bez protestu. – Skoro to ma ci przynieść ulgę.
Franciszek nie był zadowolony z odpowiedzi, chociaż nie mógł nie przyznać żonie racji. W życiu nie widział kobiety zaawansowanej wiekowo w stopniu dostatecznym, by bez dodatkowych uwarunkowań można było nazwać ją starą i by była ona pozbawiona przebiegłości. Widać taka była natura babek. Wydało mu się to całkiem możliwe, przeświadczenie o czym wyraźnie go odprężyło. Rozparł się wygodnie i jego uwagę przykuł teraz Mały Porcelanowy Łoś, który z obojętną miną stał przed nim na stole. Nagle figurka zamigotała i znikła. W tym samym momencie Wanda wstała gwałtownie wciągając spazmatycznie powietrze, jakby dopiero co wypłynęła na powierzchnię wody po dłuższym pod nią przebywaniu.
- O Matko Przenajświętsza! – krzyknęła przerażona chwytając się za serce. – Ależ miałam paskudny sen!
Franciszek pokiwał głową ze smutkiem. A już miał nadzieję, że ich życie ulegnie cudownej odmianie. Ale cóż. Widać taki już był ich los. Pech prześladował ich odkąd zdecydowali się mieć dzieci. Najstarszego syna, Władka, który był wyjątkowo pilnym uczniem i pojętnym chłopcem, rokującym nadzieje na osiągnięcie sukcesu, na wyjazd do jakiegoś większego miasta i poznanie smaku i rozkoszy życia, stracili, gdy Wandzie przez trzy dni z rzędu wydawało się, że synowi rośnie na głowie, a ściślej rzecz ujmując, na czole, jakaś obrzydliwa, wyjątkowo złośliwa, pokryta szorstką, popielatą szczeciną narośl. Oczywiście nietrudno się domyśleć, że okazała się ona śmiertelna. Ale nie to było najgorsze. Najbardziej przerażające i zapadające w pamięć było to, że owa narośl w przerażającym tempie pęczniała pulsując, bulgocząc i wydając odgłosy przypominające stłumione zasysanie, chłeptanie, czy zlizywanie lub też lubieżne siorbanie. W przeciągu doby polip urósł do rozmiarów gruboskórnej, koszykarskiej piłki, która dosłownie przykuła Władysława do łóżka skutecznie odbierając mu przytomność. Przez kolejne dwanaście godzin guz niemalże eksplodował osiągając wielkość balonu wypełniającego niemalże cały pokój. Rozdęta narośl pokryta była cienką, półprzezroczystą błoną, a w jej środku widać było wirujące, krwawe drobiny, pogruchotane chrząstki i kawałki kości wyssane z kurczącego się organizmu targanego konwulsjami młodzieńca. Pod koniec drugiej doby agonii ciało chłopca nie było większe od dorosłego samca nutrii. Jego skóra była pomarszczona i zszarzała, pokryta wrzodami i cieknącymi cuchnącym śluzem ranami. Jęczał przy tym i chrypił przeraźliwie, chociaż z upływającym czasem były to odgłosy coraz cichsze. Franciszek nie mógł na to patrzeć ale był bezsilny. Klęczał całymi godzinami przed małym, domowym ołtarzykiem wykonanym ongiś z wysuszonych łodyg słonecznika, trzciny, skorupy dyni, starego emaliowanego wiadra i borsuczej skóry, modląc się o cud, który uwolni jego pierworodnego syna od koszmaru. I gdy niemal całkowicie utracił już nadzieję stało się coś, czego z początku nie mógł zrozumieć. W okamgnieniu ohydny skórzasty wór zniknął nie wydając z siebie przy tym nawet najmniejszego syknięcia, najcichszego szeptu, ani żadnego innego dźwięku, który mógłby świadczyć, że tak się stało. Po prostu w jednej sekundzie za plecami klęczącego Franciszeka kotłowała się i bulgotała narośl, która przecisnąwszy się przez framugi drzwi niemalże w połowie wypełniała już swoim rozmiarem pomieszczenie, w którym modlił się mężczyzna, a w następnej chwili już jej nie było, jakby w ogóle nigdy nie istniała. Codaleja w pewnym momencie jakby nagle otuliła cisza nie zmącona żadnym niepokojącym dźwiękiem, jakie bombardowały jego mózg od niemal trzech dni. Lękliwie odwrócił głowę i z niedowierzaniem wpatrywał się w pustkę, jaka została po obleśnym, skórzastym balonie. Serce waliło mu jak spadające z dachu na beton blaszane rury. Wolno podniósł się i ostrożnie ruszył do pokoju syna. Po chłopcu nie było śladu. Niemal w tej samej chwili usłyszał ziewnięcie żony, która po kilkunastogodzinnym czuwaniu przy łożu chorego zmożona w końcu snem legła na kuchennej kozetce. Ruszył ku niej bez zwłoki samemu nie wiedząc, czego ma się spodziewać.
Wanda siedziała z pochyloną głową i ramionami swobodnie opuszczonymi wzdłuż tułowia. Skołtunione i przetłuszczone, długie, czarne włosy zwisały zasłaniając twarz gdzieniegdzie do niej przylegając. Nie wyglądała zwyczajnie, jak zmęczona kobieta. Było w niej coś niesamowitego, jakby emanowała drzemiącą w niej mocą, której ujarzmienie kosztowało organizm wiele energii. Ale podekscytowany Franciszek zdawał się tego nie dostrzegać.
- Zniknęło – powiedział do kobiety.
Wanda zdawała się być głucha na słowa męża.
- Słyszysz? – powtórzył wobec braku reakcji. – To cholerstwo zniknęło! Razem z Władkiem – zakończył łamiącym się głosem.
Wówczas Wanda uniosła się wolno, jakby w transie, w dalszym ciągu z opuszczonymi bezwładnie ramionami i lekko pochyloną głową. Odwróciła się do męża i wówczas Franciszek po raz pierwszy ujrzał w jej oczach ten przedziwny, przerażający błysk.
- Wydawało mi się – szepnęła suchym, gardłowym głosem – że Władek zamienił się w boisko do koszykówki.
To powiedziawszy bezwładnie padła zemdlona na kuchenną podłogę.
Franciszek wspomniał teraz tamte wydarzenia i pokiwał głową z westchnieniem. Pamiętał, że w pierwszej chwili sądził, iż żona jeszcze dobrze się nie obudziła, i chociaż był mocno wstrząśnięty jej zachowaniem i wyglądem nie wziął sobie do serca jej słów. Kobieta przez kilka następnych dni była jakby nieobecna duchem, małokomunikatywna, by nie rzec, że nie dało się z nią nawiązać żadnej składnej i logicznej rozmowy, wobec czego Franciszek poświęcił ten czas na poszukiwanie syna. I wówczas jak grom z jasnego nieba spadła na niego druzgocząca wieść. W ogólnokrajowych telewizyjnych wiadomościach, radiu i prasie podano sensacyjną informację, że w pobliżu niewielkiej nadmorskiej wioski rybackiej pojawiło się boisko do koszykówki, którego nigdy wcześniej nikt tam nie widział. Znaleźli się nawet wiarygodni świadkowie, którzy twierdzili, że dzień wcześniej w tym właśnie miejscu testowali nową łódź w płytkiej niecce, w której po intensywnych opadach zbierała się deszczówka. A teraz po sadzawce nie było śladu. Na jej miejscu znajdowała się pięknie wykończona, pokryta tartanową nawierzchnią prostokątna płyta boiska.
Gdy tylko Franciszek połączył ten fakt z wydarzeniami ostatnich dni natychmiast wsiadł do samochodu i ruszył w daleką podróż. Zanim dotarł na miejsce nie mógł uwierzyć w to, co się stało, ale gdy stanął przy bocznej linii boiska już pierwszy rzut oka nie pozostawiał cienia wątpliwości. Boisko było kiedyś jego ukochanym Władziem. Rozpłakał się wówczas jak dziecko. Z jednej strony żałował, że okrutny i bezwzględny los odebrał mu jedyne dziecko, z drugiej zaś był wdzięczny, gdyż upewnił się, że skończyły się potworne cierpienia jakim syn był poddany w końcówce swojego krótkiego żywota. Od tamtej pory – a minęło już blisko siedemnaście lat – co roku jeździł na położone w wiejskiej scenerii boisko w porze Zaduszek zapalić symboliczny znicz.
Zaczął również bacznie obserwować żonę, która coraz częściej popadała w dziwne apatyczne stany, w następstwie których działy się trudne do wyjaśnienia rzeczy i to nie tylko w ich bliższym lub dalszym sąsiedztwie. Franciszek próbował o tym z Wandą rozmawiać, ale kobieta zdawała się nie dostrzegać żadnego problemu, lub po prostu widzieć go nie chciała. Z czasem jednakże zaczęła się jakby mocniej otwierać i po pewnym czasie rozmawiali bardziej szczegółowo i wymieniali się rozmaitymi cisnącymi się do głów spostrzeżeniami. Kobieta przyznała się, że czasami wydaje jej się, że dzieje się coś mniej lub bardziej konkretnego, co następnie okazuje się czymś faktycznie dokonanym. Najczęściej było to zamienienie się kogoś w coś, czegoś w kogoś, kogoś w kogoś, lub czegoś w coś. I tak było również z ich drugim synem, Kazikiem, na którego nie wiedzieć czemu wszyscy od samego początku wołali Józuś.
Józuś miał kręcone blond włosy, pucałowatą buzię i roześmiane błękitne oczy. Wyglądał jak aniołek z kolorowego obrazka, jakie organista roznosił kiedyś po domach przed świętami wraz z opłatkami. I ten śliczny, kochany przez rodziców, choć dosyć psotny Józuś stał się oczkiem w głowie Franciszeka, dając mu nadzieję na szczęśliwe ojcostwo. Niestety nie było mu to dane. Któregoś słonecznego ranka Franciszek szykował się do pracy. Uradowany załadował właśnie do torby nową drewnianą, składaną na pięć części metrówkę, którą udało mu się szczęśliwie poprzedniego dnia nabyć na miejskim targowisku i zamierzał wyjść raźnym krokiem do zakładu stolarskiego, gdy nagle w drzwiach sypialni pojawiła się Wanda z tym swoim niecodziennym, przerażającym wyrazem twarzy. Beznamiętnym tonem oznajmiła, że wydawało jej się, że Józuś wesoło i beztrosko pasie się na łące pod miastem razem z innymi jagniątkami. Zanim Franciszek zdążył dotrzeć na miejsce było już za późno. Malec został zarżnięty i przerobiony częściowo na wysokogatunkową wędlinę, a po części na karmę dla kotów. I znów nieszczęsny stolarz zapłakał nad swym losem, który po raz drugi odebrał mu jedyne dziecko, tym razem nie pozostawiając mu po nim nawet żadnego śladu, którym mógłby podążyć.
A teraz sztuka nazwana życiem prezentowała mu swój trzeci akt, który niezmiennie kończył się dramatycznie, jak klasyczna antyczna tragedia. Z tym, że teraz Franciszek nie zamierzał już płakać. Postanowił raz na zawsze skończyć z tym koszmarem, który niszczył mu życie łapczywie pożerając każdy jego etap i nawet się przy tym nie zachłystując. A mógł to osiągnąć tylko w jeden sposób. Musi zamordować żonę. Myśl ta zaświtała mu w momencie, gdy zaraz po narodzinach Różyczki Wanda oznajmiła, że wydaje jej się, iż dziewczynka stanie się Przebiegłą Starą Babą Na Korbę. Jednak wówczas jeszcze do tego czynu nie dojrzał. Zwłaszcza, że dziecko rozwijało się dobrze i łudził się, iż może tym razem będzie inaczej. Ale stało się jak się stało i teraz stolarz był zdeterminowany dostatecznie by dokonać tego ryzykownego kroku. Nie dbał o konsekwencje. Nie zastanawiał się nad tym, że może resztę dni spędzić w więzieniu, zostać uznanym za bezdusznego mordercę żony. Nie myślał też o tym, co może go spotkać, jeśli kobieta przejrzy jego zamiary lub z jakiegoś powodu nie uda mu się jej wykończyć. Biorąc pod uwagę, jak Wanda zareagowała na cios wazonem, nie mógł mieś pewności, że jemu pójdzie lepiej. Miał jednakże nadzieję, że odporność na czynniki zewnętrzne kobieta zawdzięczała w głównej mierze temu dziwnemu letargowi w jaki popadała. A on zaatakuje ją w momencie, gdy będzie zwyczajną Wandą, a nie jakąś przeklętą wróżbitką. Chciał, musiał spróbować skończyć wreszcie ten koszmar, który wypalił go już do cna, wyzuł z uczuć do tego stopnia, że nie był nawet w stanie ponieść żałoby po zmarłej córeczce.
Spojrzał z nienawiścią na siedzącą przy stole żonę wpatrującą się w stojącą przed nią pustą szklankę i jak gdyby nigdy nic ruszył do szafki, w której cierpliwie czekały na odpowiednią chwilę narzędzia.
- Nastawię jeszcze herbatę – powiedział dla odwrócenia uwagi.
Dolał do czajnika zimnej wody i postawił go na palniku. Wolno odsunął szufladę, w której spoczywały równo ułożone kuchenne akcesoria cięższego kalibru. Był tu zakończony fajansową nakładką młotek do kotletów, wyposażone w długie zęby nożyce do drobiu, chochla do zupy, blaszane sitko do zbierania szumowin z powierzchni rosołu i wreszcie to czego szukał. Lśniący i solidnie naostrzony tasak do ćwiartowania mięsa. Sięgnął do wnętrza mebla i objął wypolerowany, drewniany trzonek. Na chwilę przymknął powieki i raz jeszcze zastanowił się nad czynem, który zamierzał popełnić. Gdy ponownie otworzył oczy, lśniły zaciętym zdecydowaniem i potrzebą działania. Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści, wyciągnął tasak i wolno odwrócił się do siedzącej przy stole żony. Kobieta wpatrywała się w niego szklistym wzrokiem.
- Właśnie to mi się wydawało.
Po tych słowach z impetem opadło ostrze oręża, które z chrobotem zagłębiło się w głowie kobiety aż po żuchwę. Franciszek nawet tego nie zauważył. Zniknął w tym samym momencie nie pozostawiając nawet odcisków palców na trzonku tasaka.

Okrutny Człowiek Kombajn

Człowiek Kombajn wcale nie był okrutny. Niestety okrucieństwo jakie raz mu przypisano sprawiło, że po wsze czasy pozostał już Okrutnym Człowiekiem Kombajnem. A chodziło nie o byle co. Nie o jakieś tam obicie komuś pyska, kradzież krowy, zbałamucenie czyjejś baby, podpalenie chałupy, czy nawet pokiereszowanie kogoś widłami albo siekierą. Szło tu o okrucieństwo tak wielkie, że przez ten czyn Okrutny Człowiek Kombajn stał się niemal uosobieniem okrucieństwa. Bo tak właśnie bardzo szybko zaczęto o nim we wsi mówić i tak o nim myśleć. Okrutny Człowiek Kombajn. Mimo, iż w rzeczywistości był tylko zwyczajnym Człowiekiem Kombajnem i nigdy nie był okrutny. Niestety nikt już o tym nie pamiętał. I nikt nie nazywał go inaczej. Z Człowiekiem Kombajnem nieodłącznie kojarzył się epitet „okrutny”, który z określenia cechy przeistoczył się w nierozerwalną część imienia. On sam zaś nijak nie mógł pogodzić się z tym, że tak go nazywano. Uważał, że wcale nie jest okrutnikiem.
Wszystko zaczęło się od tego, jak któregoś wyjątkowo upalnego lata, jakie nastąpiło po niezwykle wilgotnej wiośnie, urodzaj na polach był tak obfity, że robota wrzała, jak nigdy. Najstarsi mieszkańcy wsi nie pamiętali czasów, by chłopi nie mięli czasu nawet na to, żeby się w niedzielę gorzałki napić, a zajęcie mięli nawet najwięksi obibocy, moczymordzi i włóczędzy. Nikt się nie pałętał bez celu, każdy pracował w pocie czoła w polu, w sadzie, albo w oborze, spichlerzu, lub też przy zwierzynie, w lesie, czy przy rzece. Nawet najmniejsze dzieci miały jakąś robotę, a co starsze, korzystając z wakacyjnej przerwy w nauce, pracowały jak równe dorosłym. Każda baba miała ręce pełne roboty, każdy chłop wypruwał sobie żyły i wszyscy robili to z radością, bo wiedzieli, że po tak urodzajnym sezonie łatwiej będzie przetrzymać zimę, a i będzie można długi popłacić, a nawet dokupić trochę jakiegoś bydełka do przychówku, nowego sprzętu do chałupy albo gospodarki, a i na ubrania i buty powinno obstać. I może coś się jeszcze uda odłożyć na gorsze czasy, jakie na ogół przychodzą po tych lepszych.
Tak upływały kolejne dni, ludzie nie mięli czasu na to, by plotkować, obgadywać, śledzić co się dzieje na świecie, czyli poza wsią. Wręcz i księdza za bardzo nie słuchali w niedzielne nabożeństwa, bo spieszno im było, by do swoich obejść wracać i w ukryciu robotę dalej toczyć. Nawet ci najbardziej bogobojni dnia świętego nie święcili jak należy.
Jak to zwykle bywa, od reguły musiały być jednakże i jakieś wyjątki. I tak było też tym razem. W całej wsi był tylko jeden mieszkaniec, który z roboty na roli się nie utrzymywał. Przynajmniej nie bezpośrednio. Tym kimś był Gerwazy Obojczyk, właściciel jedynego we wsi sklepu spożywczo przemysłowego, któremu zawsze udało się uhandlować tyle, by nie zawracać sobie głowy pogodą, plonami, zimą. Czy był deszcz, czy mróz, czy też słońce paliło jak żar z pieca, to przecież ludzie potrzebowali kupić to i owo, bez czego żyć się nie dało, a co można było dostać tylko u niego. A kupić można było tylko u Obojczyka. Na wycieczki do sąsiednich wsi lub miasta nie było czasu, a i pieniędzy było szkoda. No i przecież u Gerwazego można było dostać praktycznie wszystko. Nie dziwne więc, że właściciel sklepu najpierw zaczął się irytować, a z czasem i znacznie się zaniepokoił drastycznym spadkiem obrotów, a tym samym i zarobku.
- Coś trzeba z tym zrobić – mówił do księdza, ojca Walerego Ruchałki, w trakcie wieczornej posiadówki przy szklaneczce wina. – Nie może tak być, że ludzie niczego nie potrzebują.
- Nie chodzi o to, że nie potrzebują – tłumaczył duchowny – a tylko, że czasu nie mają.
- Na jedno wychodzi – upierał się Gerwazy. – Zobaczy ksiądz, że jak tak dalej pójdzie, to i do kościoła przestaną chodzić, na tacę dawać, kościoła wspierać.
- Bluźnisz, synu!
Tak sobie rozmawiali coraz częściej. Z początku, to może raz w tygodniu umawiali się na partyjkę pokera, do którego wypijali butelkę wina. Na więcej i częściej nie było ani czasu, ani werwy, bo na drugi dzień rano roboty było co niemiara. Z czasem jednak sklepu skoro świt otwierać sensu nie było, o posługę kapłańską nikt nie prosił, konfesjonał stał zakurzony, bo na wyznawanie grzechów nikt czasu nie miał, a kościelny zamiast o porządek w kościele dbać, w polu przy kapuście robił. Tak samo zresztą organista, który wraz z dobrodzieja gospodynią też w ziemię rolną się zapadli.
- Trzeba koniecznie coś uradzić – przyznał w końcu Ruchałko przy jednej z okazji. – Tak dalej być nie może.
- Ba – zgodził się ochoczo sklepikarz. – Ale co?
Ksiądz odstawił do szafki pod zlewem pustą butelkę po winie przyniesionym przez gościa. Obojczyk odprowadził ją tęsknym wzrokiem i przełknął lepką ślinę, ale nie miał śmiałości, by zwrócić uwagę, że to przecież jego koszty, kaucja i tak dalej. A przecież jak dłużej to potrwa, to nie pozostanie mu nic innego jak za butelkami i złomem po wsi chodzić. Zadrżał aż na samą myśl, która to coraz częściej natrętnie atakowała jego rozpaloną niepokojem głowę. Że też nie był przezorny i nie odłożył grosza, gdy handel kwitł. Zawsze niestety miał lekką rękę do pieniądza. Bo był i wygodny i wybredny. Byle czego nie jadł i nie pił. Tak przynajmniej sądził, co nie do końca było zgodne z rzeczywistością, bo jego menu składało się głównie z kartofli z gotowaną wołówką, chleba z salcesonem albo kaszanką i ostrego, sinego samogonu. Jak go wzięło na kucharzenie to i od czasu do czasu nagotował kapusty z mięsem albo kiełbasą, nagniótł klusków ze słoniną albo też uwarzył żuru na kości od boczku.
Na samo wspomnienie tych wszystkich frykasów aż ścisnęło go w gardle. No i gdzie teraz to jego delikatne podniebienie? Od dwóch tygodni jadł suche ziemniaki i cebulę, pił tanie wino.
- Pomysł jest – powiedział ojciec Walery z błyskiem w oku. – Ale do tego trzeba coś poważniejszego.
To powiedziawszy uniósł pokrywę kozetki stojącej przy kaflowym piecu, schylił się podpierając je ramieniem i wyciągnął dużą butelkę whisky. Sklepikarz zauważył, że komora łóżka wypełniona była różnorakimi trunkami po same brzegi.
- To z lepsiejszych czasów – wyjaśnił duchowny. – Jak się z roli utrzymać nie szło, to i kontakt z rodziną zagraniczną ludzie lepszy mięli, a i o słowo dobre często przychodzić prosili, to i z pustymi rękami przecież nie szło. No i zostało sporo po moim poprzedniku, co to go przenieśli na inną placówkę, bo się wokół niego smrodliwie robiło.
Ruchałko postawił na stole brązowy napitek, odsunął kieliszki i w ich miejsce zaproponował dwie szklanki. Usiadł ciężko i z trzaskiem odkręcił metalowy korek. Obojczyk przez chwilę wahał się, czy kontynuować poruszony przez duchownego temat, ale w końcu nie wytrzymał i wypalił:
- Bo to podobno pedał był, proszę księdza – powiedział szybko.
Przez chwilę w izbie panowało niezręczne milczenie.
- Pedał nie pedał – odparł z westchnieniem Walery. – Ważne jest, że go przenieśli, a że on głowy ani też chęci do wypitki nie miał, to i wszystko to po sobie zostawił. Przez lata się nazbierało, pić okazji nie było. Za to teraz się nadarza.
- Ale był pedał, czy nie? – nie ustępował Obojczyk.
Ksiądz popatrzył na gościa ściągając groźnie brwi.
- A co ty tak się dopytujesz? Interes w tym jakiś masz?
- Bo ludzie gadają. Ponoć spaprał pośladki starszemu synowi kołodzieja Chochelki.
Walery pokiwał głową z niedowierzaniem.
- Czego to ludzie nie wymyślą, żeby tylko człowiekowi zaszkodzić – rzekł. – Jak tylko ktoś porządek chce zaprowadzić, żeby było uczciwie, po bożemu, to i zaraz kilku życzliwych się znajdzie, co dowody spreparują, historyjkę podłą zmyślą i do władzy doniosą. A władza, jak to władza. Jednym dogadza, innych odmładza.
Na moment zamyślił się wpatrując w klarowną zawartość trzymanej w dłoni butelki.
- Albo jakoś tak – dokończył myśl. – Na zachodzie, to piją jak wróbelki – niemal natychmiast podjął napełniając szklanki burym płynem. – Ale my tu nie będziemy się wygłupiać. A o tamtej sprawie gadać dziś nie ma co, bo ważniejsze są sprawy. Nie cierpiące zwłoki. Wymagające działania, a nie gadaniny.
- Racja – przystał Obojczyk, który z jednej strony ciekaw był, jak było w rzeczywistości, z drugiej zaś ukontentował się, że skończyli niezdrowy temat. – Trzeba tradycji hołdować. Ważne decyzje zawsze potrzebują solidnego podparcia.
- Ostrożnie, bo piecze – ostrzegł Ruchałko unosząc naczynie. – No. To za lepsze czasy – dodał połykając łapczywie alkohol.
Gerwazy poszedł w jego ślady. Odkaszlnął wybałuszając oczy, choć przyzwyczajony był do palących w gardło cieczy.
- Ależ pierońsko ostre – parsknął.
- Ostrzegałem.
Po kwadransie butelka była pusta, a dialog znacznie się ożywił.
- To znaczy się – upewniał się sklepikarz wpatrując się w rozmówcę – że ten ktoś zrobi w jedną noc tak, że będzie z powrotem tak jak dawniej?
- O to się właśnie rozchodzi.
Obojczyk pokiwał głową z uznaniem.
- I co to za ktoś jest ten ktoś? – parsknął.
Ruchałko dla podsycenia wzniosłości atmosfery uniósł ku górze palec wskazujący i po krótkiej pauzie powiedział przyciszonym głosem:
- Okrutny Człowiek Kombajn.
Gerwazy rozdziawił gębę.
- Człowiek Kombajn? – wyjąkał.
- Okrutny.
- Okrutny – powtórzył sklepikarz.
- Właśnie.
Obojczyk wpatrywał się w duchownego.
- Jak niby może nam pomóc Człowiek Kombajn?
- Okrutny Człowiek Kombajn – powiedział ksiądz z naciskiem.
- Okrutny – powtórzył Gerwazy i niemal natychmiast dodał: – Jak to okrutny?
- Normalnie.
- To Człowiek Kombajn może być okrutny?
- Oczywiście, że Człowiek Kombajn nie może być okrutny – żachnął się duchowny. – Ale to nie jest Człowiek Kombajn, tylko Okrutny Człowiek Kombajn. A Okrutny Człowiek Kombajn potrafi być okrutny jak nikt inny.
- Niebywałe…
Obojczyk wpatrywał się w kleryka zastanawiając się, czy ksiądz z niego dworuje, czy też mówi szczerze. W końcu uznał, że w tak poważnej sprawie nikt nie odważyłby się na żarty. Zwłaszcza osoba duchowna.
- Nigdy bym się nie spodziewał, że to tak się da – powiedział.
Ksiądz wygodniej oparł się o krzesło i z zadowoleniem wpatrywał się w swojego gościa delektując się wrażeniem jakie zrobiły na nim jego słowa.
- Jak nikt – podkreślił.
Sklepikarz dopił szybko palący gardło trunek.
- I skąd on? – zapytał krzywiąc się intensywnym smakiem.
- Ode mnie ze stodoły.
- Ze stodoły?
- Nieważne skąd – odparł lekko podirytowany ksiądz. – Ważne, że jest.
Gerwazy coraz mocniej opierał się o blat pochylając się ku rozmówcy.
- Jako wspólnik powinienem chyba wiedzieć? – syknął.
Ruchałko ściągnął usta, ale w ostatniej chwili powstrzymał się od reprymendy.
- Zamówiłem – odparł spokojnie.
- Zamówił ksiądz?
- Ja zamówiłem.
- O tym mówię.
- Po imieniu miało być. Przy wódce.
Obojczyk potrząsnął głową.
- Zamówiłeś Człowieka Kombajna?
- Przecież mówię. Okrutnego Człowieka Kombajna. Już mówiłem, że to istotne.
- Okrutnego, oczywiście. Ale jak? Skąd?
- Nieważne jak i skąd. Ważne, że zamówiłem.
- Znaczy się wymodliłeś?
Ruchałko w milczeniu napełnił szklanki.
- I jest teraz w stodole?
- Tak.
- Czemu akurat tam?
- A gdzie ma być?
- Tu? Z nami?
- Widziałeś kiedyś Okrutnego Człowieka Kombajna pijącego wódkę przy kuchennym stole?
- W ogóle nigdy nie widziałem Człowieka Kombajna, zwłaszcza Okrutnego.
- I wcale nie musisz. Wszystko przygotowałem. Słuchaj uważnie – duchowny przybrał poważny, znany z ambony wyraz twarzy. – Dziś jest sobota. Znaczy noc z soboty na niedzielę. Jutro z samego rana rozwiesisz to na sklepie i na tablicy przy przystanku. Ja rozwieszę przy kościele.
To rzekłszy położył na stole dwa rulony sztywnego, białego papieru.
- Nie otwieraj! – ostrzegł widząc, że sklepikarz zabiera się do rozwijania.
- To niby jak mam zawiesić.
- Rozwiniesz tuż przed zawieszeniem. Inaczej nic z tego nie będzie. I pamiętaj. Pod żadnym pozorem nie możesz patrzeć na to, co jest na plakacie. Teraz się napijmy.
Wychylili po kolejnej szklance, tym razem jałowcówki.
- Co na nim jest? – sklepikarz czknął. – Na tym plakacie znaczy się. Co na nim jest?
- Okrutny Człowiek Kombajn.
- Acha. No tak – znów pokiwał głową coraz bardziej mętnym wzrokiem wpatrując się w księdza. – Nie rozumiem.
- Nie musisz.
*
Z samego ranka we wsi wybuchł rwetes. Przed niedzielną sumą na przykościelnym placu aż gotowało się od gwałtowności. Ludzie cisnęli się i przepychali w kierunku tablicy ogłoszeniowej, na której wisiała podobizna Okrutnego Człowieka Kombajna. Chłopi podchodzili, patrzyli, spluwali na ziemię z nienawiścią, pomstowali, krzyczeli. Jedni zaczynali drzeć z głów włosy, szarpać odzież, inni biegać jak oszalali, jeszcze następni jęli rozpędzać się i rozbijać o ogrodzenie lub o siebie wzajemnie. Z tumultu słychać było podniecone, rozpalone strachem i nienawiścią głosy:
- To sukinsyn jeden.
- Bydlak.
- Że też Boga się nie boi.
- Ubek.
- Komunista.
- Skurwysyn.
Podobna grupka zebrała się przed sklepem, a następnie zaczęła jątrzyć, szemrać i dokazywać. Czerwony na twarzy sklepikarz otworzył drzwi i stanął w progu patrząc na kłębiący się motłoch podpuchniętymi, przekrwionymi oczami.
- Co się drzecie od rana?! – zgromił zebranych.
- Tyś to wywiesił? – odparł zadziornie kowal.
- Co?
- Sam patrz!
Sklepikarz zszedł po trzystopniowych, drewnianych schodkach i stanął tyłem do obwieszczenia.
- No i co?
- Jak to co? – wrzasnął stary i szczerbaty jak grabie do liści staruszek. – Jak to co, nygusie?
- Człowiek Kombajn – rzekł wolno.
- Człowiek Kombajn? – ryknął dziadek. – Człowiek Kombajn! Patrzcie drania! – Tu odwrócił się do zgromadzonych ludzi. – Słyszeliście, co ten sowiecki szpieg gada?
Postąpił o krok ku podestowi.
- To Okrutny Człowiek Kombajn! – wrzasnął jak parzony od wewnątrz, aż oczy wyszły mu z orbit. – Przypatrz się dobrze, lebiego!
Tłum zafalował.
- To Okrutny Człowiek Kombajn – krzyczeli rozgorączkowani ludzie.
- To on. Biada nam.
- Co za bydle!
- Psi syn!
- Pewnie Ruskie go podrzuciły.
- Albo szwaby!
Ludzie przekrzykiwali się w amoku, a Obojczyk wolno odwrócił się do tablicy, na którą wcześniej zgodnie z przestrogą duchownego nie patrzył. Gdy tylko dostrzegł podobiznę Okrutnego Człowieka Kombajna, z twarzy odpłynęła mu krew, letni mocz pociekł po wątłych udach. Cofnął się chwiejnym krokiem i odwrócił z paniką na twarzy.
- Nic żeś nie widział? – dopytywał się podejrzliwie kowal.
- Dopiero co… – zająkał się Obojczyk. – Dopiero co przyszedłem, żeby sklep przewietrzyć, bo drzwi całymi dniami zamknięte, to i śmierdzi i duszno i robactwo...
Nagle ponad wszystkie głosy wzbił się jeden o znacznie wyższej tonacji.
- Ludzie! – krzyczał rozhisteryzowana kobieta. – Ludzie! Widziałam go! Widziałam!
Twarze zebranych odwróciły się w kierunku głosu. Od strony leśnej drogi biegła żona młynarza Kaliszewskiego, Zośka.
- Kogo? – zapytał kowal.
- No jak to kogo? – odparła zdyszana kobieta opierając się ciężko o brzózkę rosnącą przy sklepie. – Człowieka Kombajna, tego Okrutnego!
- Tego? – zapytali wszyscy chórem, jak w greckiej tragedii, wskazując na podobiznę umieszczoną na plakacie. – Tego Okrutnego Człowieka Kombajna?
- No a znacie jakiegoś innego? – parsknęła młynarzowa. – Biada nam, biada! – załkała i przyciskając dłonie do skroni zaczęła kiwać się na boki.
Zebrani popatrzyli po sobie, potem znów przenieśli wzrok na obwieszczenie i powrotem na kobietę. Ktoś wrzasnął, inny pisnął, rozkaszlała się stara kobieta. Dwaj wyrostkowie puścili się biegiem ku drzewom i obaj niemal jednocześnie trzasnęli głowami w dębowe pnie.
- Nie – wymamrotał kowal.
- Trzeba coś zrobić! – krzyknął ktoś. – Zrobić coś!
- Ale co? Co? Co?
- Coś trzeba zrobić, bo wszystko pójdzie na zatracenie.
- Prawda, prawda.
- Przez tego skurwysyna, najducha.
- Właśnie! Trzeba z nim porządek zrobić.
- Zabić, zabić!
- Cicho byćta! – zgromiła pokrzykujących młynarzowa, która nagle jakby oprzytomniała otrząsając się z chwilowego, gwałtownego amoku. – Do kościoła nam trzeba iść, księdza pytać!
Grupa ruszyła w kierunku kościoła pohukując, jak gradowa chmura. Po chwili połączyła się przed bramą z podobną zgrają rozhisteryzowanych mieszkańców, tylko że jeszcze liczniejszą.
- Śmierć, śmierć! – krzyczeli zebrani pod kościołem.
Gwar był tak mocny, że pojedynczy głos młynarzowej nijak nie mógł się wzbić ponad inne. Gdy na podeście pojawił się ksiądz głosy huknęły jeszcze mocniej.
- Śmierć Okrutnemu Człowiekowi Kombajnowi! – wrzeszczeli zebrani.
- Powiesić go!
- Na pal!
- Spalić, spalić, spalić!
Ksiądz uniósł ramiona wnętrzem dłoni skierowane ku zebranym.
- Ludzie! – krzyczał. – Ludzie uspokójcie się!
Po chwili motłoch nieco okrzepł i głos duchownego stał się wyraźniejszy.
- Straszna tragedia spotkała naszą wieś – mówił. – Ale tak bywa. Tak świat jest skonstruowany. Po dniu jest noc, po deszczu susza, a po latach tłustych przychodzą chude. Nie ma się co załamywać! Po to jesteśmy tu razem, żeby sobie nawzajem w takich chwilach pomagać, by znaleźć rozwiązanie. Módlmy się!
Przez chwilę panowała cisza, którą zakłócał jedynie głos kaznodziei, do którego modlitwy nikt nie kwapił się dołączyć.
- A chuja tam! – wrzasnął nagle kowal. – Powiesić psiego dziada!
Rejwach wybuchł jeszcze większy niż przedtem.
- Zabić, zabić!
- Dajcie go mnie! – ryczał tęgi, rumiany chłop. – Dajcie mnie tego sukinsyna! Całe pole mi zmarnował! Kapusta taka dorodna, a teraz jakby w nią jakiś olbrzym nasrał!
- Nie tylko tobie! – zaprotestował inny, równie rumiany. – Całe życie tyrałem, by mi takie buraki porosły i co!? Jednej nocy wszystko zaprzepaszczone! Na polu gnój, że oddychać się nie da! Dajcie go mnie!
- Mnie dajcie, mnie! Za kapustę!
- Ja go ukatrupię, bydlaka! Tyle pięknego zboża!
Krzyki trwały dobry kwadrans ale w końcu ustały wobec braku konstruktywnych pomysłów.
- No to kogo chcecie zabić? – zapytał ksiądz. – I za co?
Tłum zafalował. W końcu w jego imieniu przemówił młynarz Kaliszewski, mąż Zośki.
- Okrutnego Człowieka Kombajna – rzekł hardo. – Pola nam splądrował, sady wyłamał, wodę zatruł. Ludzie szaleju dostają. Mało jeszcze!
- Zabić go!
- Powiesić!
- Końmi rwać!
- Łeb uciąć!
- Ze skóry oprawić!
- Ugotować!
- Kamieniami, kamieniami, kamieniami!
Ponad wszystkie głosy wzbił się przesycony trwogą pisk młynarzowej.
- To on! To on!
Ludzie zamilkli i spojrzeli w kierunku, w którym wskazywała rozdygotana kobieta. Piaszczysta, prosta jak napięta struna droga skupiała na sobie wzrok wszystkich mieszkańców wsi.
- Gdzie? – zapytał ktoś lękliwie.
- No tam! – rzęziła blada jak nieboszczyk Zośka. – Jak ten dąbczyk.
W tym momencie wszyscy go dostrzegli.
- To on – szepnęła pomarszczona starucha. – Okrutny Człowiek Kombajn.
Na raz na placu zapanował chaos. Ludzie jak po strzale startera rzucili się do ucieczki. Co silniejsi tratowali słabszych, którzy padając na ziemię wrzeszczeli w niebogłosy.
- Ludzie! – słychać było głosy o różnej tonacji. – Ludzie! Do chałup po broń! Brać siekiery i widły, dubeltówki! Ogniem palić, ogniem!
Po kilkunastu sekundach przed kościelną bramą pozostali jedynie ksiądz i sklepikarz, którego zdjęła trwoga tak silna, że nie był w stanie ani się poruszyć, ani też wydobyć słowa. Głosy uciekających z wolna ucichły.
- Dzień dobry – powiedział Okrutny Człowiek Kombajn.
Głos miał dźwięczny, raczej przyjemny, zdradzający jednakże nutę niepokoju.
Ruchałko i Obojczyk stali jak wmurowani w ziemię. Gerwazy z nadzieją i wyczekiwaniem wpatrywał się w duchownego bezdźwięcznie poruszając ustami. Walery nie był w lepszej kondycji. Przyciskał do piersi dłoń i dysząc ciężko opierał się o bramę. Jego wyraz twarzy zdradzał myśli, które kotłowały mu się w głowie. Zaskoczenie, niedowierzanie, przechodzące ludzkie pojęcie wyobrażenia.
- Myślałeś, że się nie ukażę? – zapytał Okrutny Człowiek Kombajn stając naprzeciwko Walerego.
Gdy nieznajomy mijał sklepikarza, ten poczuł w głowie ostrą, przeszywającą eksplozję. Oczy przesłoniła opadająca gwałtownie kurtyna, ciało z westchnieniem osunęło się na pylistą nawierzchnię drogi.
Ruchałko wskazał na leżące, targane przedśmiertnymi drgawkami ciało.
- To jego wina – szepnął.
Okrutny Człowiek Kombajn pokiwał głową ze smutkiem.
- To nieprawda – powiedział. – To wszystko twoja sprawka, klecho. I teraz wszyscy ci biedni ludzie myślą, że to moja robota. Nazywają mnie okrutnym. Mnie! Człowieka Kombajna, który nigdy nikogo nie skrzywdził!
Dwie wielkie łzy spłynęły mu po policzkach.
- Dlaczegoś to zrobił? – kontynuował z wyrzutem. – Przecież jesteś księdzem?
Duchowny oddychał ciężko, na czoło wystąpiły mu wielkie krople potu, który łącząc się w strumyki zaczą ściekać po twarzy i szyi.
- Ja… – zająknął się. – Ja nie wiedziałem… nie byłem świadom… chciałem tylko…
- A co sobie wyobrażałeś? Myślałeś że możesz tak bez żadnych konsekwencji po próżnicy wymawiać moje imię?
- Ja myślałem… myślałem…
- Patrz i podziwiaj swoje dzieło – rzekł Okrutny Człowiek Kombajn stając obok drżącego Ruchałki.
W tym momencie ponownie zaczął dobiegać ich uszu gwar i hałas. Po chwili na drodze pojawił się wóz ciągnięty przez parskające, pokryte pianą galopujące konie, wściekle młócące nawierzchnię kopytami, za nim jechał następny i dalej kolejne układające się w długą kolumnę. Pomiędzy wozami biegli wrzeszczący w panice ludzie, niosąc na rękach małe dzieci, lub dźwigając co cenniejsze przedmioty. Wszystkie wozy wypchane były spakowanym naprędce dobytkiem, workami, sprzętem kuchennym, meblami, odzieżą, żywnością.
Nagle na jednym z zaprzęgów buchnął pożar niemal w jednej chwili spowijając płomieniami cały wóz łącznie z powożącym i ciągnącymi go zwierzętami. Ludzie rozpierzchli się na boki jak najdalej od kąsających, długich jęzorów ognia, ale na próżno. Płomienie zaczęły przeskakiwać z wozu na wóz, z pleców na plecy. Powietrze przeszył swąd dymu i spalenizny, całą okolicę wypełnił wrzask rozpaczy, bólu i nienawiści .
Kleryk osunął się na kolana.
- Com ja uczynił? – jęknął.
Z ust ściekała mu strużka śliny, wargi dygotały, jak w malarycznej gorączce.
- Com ja uczynił?
Okrutny Człowiek Kombajn popatrzył na niego ze smutkiem.
- Patrz – powiedział. – Teraz musisz patrzeć.
Klęczący przewrócił się na bok i zwinął w drżący, wstrząsany spazmami kłębek.
- Myślałem, że… – bełkotał. – Myślałem, że jesteś mitem… że nie istniejesz… że to wszystko co napisano… że to…
Na chwilę przestał łkać i uniósł głowę wpatrując się w Okrutnego Człowieka Kombajna.
- Czy…? Czy ja teraz…
Nie dokończył czując jak zbliża się co nieuniknione. Zaczął mocno wierzgać, tarzać się w kurzawie, pluć pianą i wrzeszczeć, kręcąc się przy tym wokół własnej osi, jak ogarnięty szałem. Obracał się z każdą chwilą szybciej i machał kończynami coraz mocniej, jego głos przeszedł w bulgot, oddech w charczenie. Rzucającego się w agonii Walerego mijały kolejne gorejące wozy i wrzeszczący w bólach mieszkańcy. Drabiniasty, wypełniony po brzegi wóz, ciągnięty przez dwa wielkie ogiery, z których jeden jakimś cudem nadal pozostawał nietknięty ogniem, wyłamał wrota dziedzińca i runął w bramę kościoła. Budynek niemal natychmiast stanął w płomieniach, które niczym sprinterzy czekający na rozpoczęcie biegu z przejmującym świstem wystrzeliły, jak z bloków startowych i buchnęły ze wszystkich otworów krusząc sędziwe ściany i trawiąc zmurszałe drewno.
Wirujące przy drodze w przedśmiertnych drgawkach ciało Walerego zaczęły skrywać kłęby wzbijanego kurzu i drobin brudnego piasku. Z każdą chwilą odgłosy wydawane przez mężczyznę zmieniały swoje natężenie, barwę i tonację coraz mniej przypominając ludzkie, przechodząc w świst, skwierczenie i syk, które zaczęły jakby rozpływać i rozwiewać się w powietrzu. Po kilku minutach ciało znieruchomiało i ucichło, a gęsta atmosfera ponurości jakby wraz z nim znikła bez śladu. Dymiące wozy zniknęły pozostawiając po sobie spalone i dymiące szczątki, kościół zapadł się z westchnieniem, którego podmuch zgasił trawiące jego zgliszcza czerwono pomarańczowe jęzory.
Na pobliskim słupku ogrodzenia wylądował niewielki, nieco pękaty wróbel i przekrzywiwszy główkę zaczął z ciekawością i wyczekiwaniem wpatrywać się w unoszący się nad drogą niewielki, z każdą chwilą kurczący się kłąb wirującego kurzu. Brudny obłok stawał się coraz mniej zwarty, bardziej przezroczysty, chociaż nie chciał jeszcze odsłonić, co sobą skrywa. Wreszcie od strony lasu jednym mocnym kaszlnięciem dmuchnął rześki wiatr rozwiewając pył. Ptak posiedział jeszcze chwilę, po czym rozczarowany odleciał ku błękitnemu niebu.
Po duchownym nie było śladu. Podobnie jak po Okrutnym Człowieku Kombajnie.

Mikołaj

Mikołaj zatoczył się mocno, zaczepiając kożuchem o gałąź kolczastego krzewu rosnącego przy werandzie drewnianego domu. Kolejna próba trafienia kluczem do zamka nie zakończyła się sukcesem. Stojące niedaleko renifery pohukiwały niespokojnie wyczuwając zdenerwowanie gospodarza, który nie zadał sobie trudu, by zadbać o wyprzężenie ich z sań, wprowadzenie do stajni i nakarmienie. Udało im się co nieco pożywić jedynie tym, co wygrzebały spod zmarzniętej ziemi w zasięgu ich pola manewru. Trochę twardych korzonków i suchej trawy. To było naprawdę niewiele. Zwłaszcza po tak ciężkiej i długotrwałej podróży.
Trzy elfy leżały w śniegu nieregularnie porozrzucane w obejściu. Ubrany w zielony surdut, najstarszy ze wszystkich pomocników Mikołaja, Marchewka, spoczywał na szczycie wielkiej zaspy usypanej u samych wrót stajni, z nogami do kolan tkwiącymi w śniegu, leżąc głową w dół, z ramionami rozrzuconymi na boki. Drugi w kolejności pod względem wieku, Prawdziwek, siedział okrakiem obejmując ramionami słupek ogrodzenia, z głową opartą o skrzynkę na listy. Długie, poprzeplatane pasemkami siwizny włosy powiewały targane lekkimi dmuchnięciami nocnej bryzy, przekrzywiona czapka z pomponem leżała nieopodal wdeptana w zmarzniętą nawierzchnię ciężkim obuwiem Mikołaja. Najmłodszy ze skrzatów, rozebrany od pasa w górę, Paprotka, jako jedyny przejawiał oznaki przytomności. Stojąc na szeroko rozwartych, ugiętych w kolanach nogach, mocno pochylał się nad zamarzniętą na kość sadzawką i przesuwał po jej powierzchni dłońmi, jakby nabierał wody, po czym szorował owłosiony obficie tors i brodatą twarz. Przy tych czynnościach co chwila niebezpiecznie zataczał tyłem niewielkie kręgi, by zaraz energicznie wrócić do przerwanych, wyimaginowanych ablucji.
- Szczał na ciebie pies – mamrotał miotając się na boki – ty stary sukinsynu. Taki jesteś cwany? Już ja ci pokażę, kto tu jest pan, a komu szorować reniferom buły słomą.
Przerwał na chwilę, by spojrzeć w kierunku werandy, z której dochodził rumor nie pozwalający mu należycie skupić się na czynnościach, które usilnie próbował wykonać z nad wyraz dokładną precyzją. Zrobił niezadowoloną, zdegustowaną minę ale nie był w stanie zlokalizować ani źródła, ani przyczyny irytującego go hałasu. Obraz, jaki jawił się jego zmęczonym oczom był rozmyty i małoprecyzyjny, a głos, który słyszał brzmiał co prawda znajomo, lecz w żaden sposób nie potrafił przyporządkować go konkretnej osobie.
- A by to jasny chuj! – po okolicy poniósł się gromki, nerwowy głos. – Przecież zaraz mnie krew zaleje z tym dziadostwem!
To powiedziawszy Mikołaj odstąpił o krok od opornego wejścia i wymierzył drewnianym drzwiom solidnego kopniaka.
- Otwierać! – ryknął wobec braku rezultatów. – Bo wyjebię z zawiasami!
Usłyszawszy szuranie i zaraz po nim twarde tąpnięcie odwrócił się na chwiejnych nogach i ze zdziwieniem spojrzał na leżącego u podnóży schodów Paprotkę, który ślizgnąwszy się na oblodzonej ścieżce upadł z zadartymi w górę nogami i nieudolnie próbował teraz podnieść się na odmawiające współpracy kończyny. Z pochyloną głową Mikołaj zmarszczył czoło i wysuwając lśniącą dolną wargę rzekł:
- A ty czego wariujesz, krowi szczochu?
Elf stękając przekręcił się na brzuch, potem z trudem ukląkł, by wreszcie przytrzymując się pnia wysokopiennego jałowca, wolno podnieść się na drżące nogi.
- Szczochu? – zapytał wpatrując się przed siebie niewidzącymi oczami.
Jego wzrok skierowany był tuż nad lewym ramieniem Mikołaja i zdawał się przenikać wszelką napotkaną na drodze materię, ulatując daleko w nieznane, nie rejestrując po drodze żadnych godnych uwagi obrazów.
- Co tu jest, co? – dodał bełkotliwie starając się nadać głosowi pewnego siebie tonu.
- To ja się pytam? – parsknął Mikołaj.
Paprotka zmrużył oczy próbując złapać ostrość widzenia. W końcu jego źrenice zogniskowały się na sylwetce współrozmówcy.
- To ty, Szefie? – zapytał?
- No a kogo się spodziewałeś? – czknął i beknął przeciągle Mikołaj. – Wielkiego koniuszego z fajfusem na wierzchu?
Skrzat przez chwilę milczał kiwając się na boki i analizując usłyszane słowa.
- Nie wiem – odparł po chwili. – Zimno mi – dodał.
- To gdzie żeś podział kapotę?
Paprotka przez chwilę patrzył na swoją gołą pierś i obnażone, pokryte stojącą dęba szczeciną ramiona, po czym ponownie spojrzał na Mikołaja.
- Jaką kapotę? – rzekł i bezwładnie padł w tył w puszysty śnieg pomiędzy kolczaste krzewy żywopłotu.
Mikołaj ponownie zmarszczył czoło, jakby był zaskoczony nagłym zniknięciem swojego podkomendnego.
- Paprotka? – rzucił robiąc przed siebie niewielki, ostrożny krok i przytrzymując się futryny. – Paprotka! Gdzie żeś znowu polazł, huncwocie?
Rozglądał się chwilę ale nie za bardzo rozróżniał obrazy. Miał wrażenie, że wszystko co ma przed oczami widzi po raz pierwszy w życiu, a jednocześnie miał przeświadczenie, że jest w dobrze znanym sobie miejscu.
- Paprotka! Pajacu ty podły!
Odwrócił się i ze zdwojoną energią ponownie zaatakował drzwi.
- Otwierać! – ryknął. – Otwierać, bo rozpieprzę wszystko w pizdu!
Nagle werandę rozświetlił jasny, silny blask dochodzący z góry, z bliżej nie określonego miejsca. Mikołaj stał w centrum świetlistego snopa niczym konferansjer zapowiadający główny numer jakiegoś wielce popularnego i zorganizowanego z rozmachem programu artystycznego.
- Czego się drzesz po nocach? – zabrzmiał dochodzący zewsząd głos.
- Bo mi nie chce otworzyć! – parsknął hardo Mikołaj opierając się plecami o niesforne drzwi. – A strudzony jestem okrutnie – dodał i zaraz potem głowa opadła mu na pierś. – I spać – sapnął.
- Po mojemu, to spity jesteś, jak baleron, a nie znużony – odparł Głos.
Mikołaj z trudem uniósł głowę i szeroko otworzył przekrwione, zeszklone oczy.
- Ja spity? – żachnął się urażony. – Ja? Przecież prezenty roznosiłem cały dzień. I noc! To i chyba mam prawo być zmęczony, nie?
- Gdzie niby te prezenty roznosiłeś?
Głowa Mikołaja ponownie opadła na pierś, ramiona bezwładnie zwisały wzdłuż tułowia. Przez chwilę pytanie Głosu pozostawało bez odpowiedzi.
- Cooo? – niemalże ryknął w końcu Mikołaj głosem zdradzającym coraz większe obruszenie. – Jakim prawem? Że niby co? Że jaaa? Jaaa?
Nagle grunt umknął mu spod nóg i z hukiem obsunął się na podest.
- No widzisz? – rzekł urażony. – Ledwo żyję, a ty mi tu, że… że niby… że… Jaaa?
W tym momencie drzwi otworzyły się ze zgrzytem od dawna nie konserwowanych zawiasów i Mikołaj młócąc przed sobą ramionami przy nieporadnej próbie złapania oparcia, bezwładnie runął do wewnątrz z łoskotem stłumionym grubą tkaniną podwatowanego żupana. Niemal w tym samym momencie na werandę wybiegły dwie niewielkie, opatulone w ciepłe nocne koszule i szlafmyce, przygarbione, mocno wylęknione babki i chwyciwszy ciężkie, mokre nogi pod pachy wróciły z powrotem do środka zatrzaskując za sobą drzwi. Nie przebrzmiało jeszcze echo, gdy świetlista poświata znikła pozwalając nocy skryć wszystko pod gęstym zimowym kożuchem.
*
Mikołaj odrzuciwszy grubą, puchatą pierzynę, poderwał się z posłania przestraszony, spazmatycznie łapiąc powietrze mocno rozwartymi ustami. Przez niewielkie okienko przenikały ostre promienie polarnego słońca, w izbie było chłodno i rześko, ale mimo to, na szerokie, czerwone czoło wystąpiły wielkie, perliste krople potu. Od dłuższego czasu śniło mu się coś bardzo nieprzyjemnego, wręcz przerażającego, co sprawiało, że rzucał się na boki, parskał, mówił, a raczej mamrotał niezrozumiałe słowa, stękał, od czasu do czasu nawet krzyczał, by wreszcie jego zmęczony organizm nie wytrzymał wewnętrznego, targającego nim napięcia i wyrwał się z koszmaru.
Siedział teraz oparty o wielką poduchę ułożoną u wezgłowia łóżka oddychając ciężko, ze świstem. Skołtunione włosy i posklejana strużkami śliny gęsta, siwa broda oklejały wilgotnymi pasemkami rozpaloną twarz, podkrążone oczy usiłowały przywyknąć do rzeczywistości, do której wrócił po ciężkiej batalii, jaką stoczył z senną marą. Nie zrzucona do snu gruba odzież spowodowała, że spływały po nim gorące strużki potu, przemoczona tkanina przylegała do skóry, poza tym spodnie były zaszczane, o czym poza wilgocią świadczył unoszący się w powietrzu gryzący, ostry fetor. Ciało miał obolałe, rwało go w trzewiach, pękała głowa i, co najgorsze, piekło między pośladkami. Z przestrachem przytknął do ust wielką, jak bochen chleba dłoń, chuchnął i powąchał z bojaźnią. Skrzywił się zdegustowany. Woń częściowo przetrawionego alkoholu zdecydowanie dominowała nad innymi, również mało przyjemnymi.
- Olaboga – stęknął. – Tylko nie to.
Poderwał się z posłania i skoczył ku szafie. Na chwilę znieruchomiał wstrzymując oddech, po czym zamaszystym ruchem otworzył szerokie, podwójne drzwi. Na dnie spoczywały trzy jaja o różowego odcienia skorupce, wielkością porównywalne z orzechem kokosowym, z tym że wyprofilowane w bardziej opływowy, podłużny kształt.
- Pięknie – rzekł zrezygnowany z powrotem ciężko opadając na łóżko.
Oparł łokcie o kolana i objął dłońmi rozgrzaną, bolącą głowę.
- Co ja najlepszego narobiłem? – marudził retorycznie. – Po co mi to było?
Ostatni raz zdarzyło mu się coś podobnego ponad ćwierć wieku temu, niedługo po tym, jak objął etat. Był wówczas nieopierzonym jeszcze Mikołajem i nie do końca zdawał sobie sprawę z konsekwencji i następstw swoich pochopnych, lekkomyślnych poczynań. Mimo, iż Głos przestrzegał go, by nie folgował różnym zachciankom i dodatkowo informował jakimi grozi to implikacjami, niesiony pokrzepieniem własnego majestatu Mikołaj zbagatelizował go i po zakończeniu sezonu uchlał się w sztok. Jakież było jego zdziwienie i przerażenie, gdy następnego ranka zbudził się z potwornym bólem w centralnej części poniżej pleców. Gdy wówczas posądził jednego wyjątkowo kapryśnego i nieco dziwnie zachowującego się pomocnika o to, że ten wykorzystał w sposób nieetyczny jego niedyspozycję, otrzymał chłodne wyjaśnienie odsyłające go do szafy, w której znalazł siedem różowych jaj.
Wspomnienia zakłóciły mu odgłosy dobiegające z pokrytych skorupkami wnętrz.
- O nie – jęknął.
Był pewien, że poprzednim razem od złożenia jaj do rozwiązania upłynęło więcej czasu niż doba. Całe szczęście, że wykluły się z nich bociany, które stosunkowo szybko odleciały do ciepłych krajów i nie zawracały mu dupy sprawami wychowawczymi, ale że i tak będzie teraz, gwarancji mieć nie mógł.
Poderwał się na rozedrgane nogi przerażony, że nawet nie zdąży przygotować gniazda na ewentualną niespodziankę. Skoczył ku oknu i wyjrzał na podwórze.
Zaprzęg stał przechylony na bok, deski lewej burty sań były roztrzaskane, na ziemi leżała pusta skrzynia po prezentach, poniewierały się części garderoby, głównie czapki, rękawice i surduty, fragmenty rozbitych świątecznych ozdób oraz szklanych i glinianych opakowań po trunkach, których przed zniszczeniem nie uratowało nawet owinięcie kolorową, grubą plecionką i łykową siateczką. Wzrok Mikołaja na chwilę zatrzymał się na parze kraciastych kaleson zwisającej ze świerkowej gałęzi i zaraz potem przeniósł się na leżące w żywopłocie obnażone do pasa ciało jednego z jego elfów, którego wszakże nie mógł z tej perspektywy rozpoznać, bo widział jedynie rozrzucone na boki nogi obute w futrzane okrycia, jakie nosili wszyscy trzej pomocnicy. Założył jednakże że to Prawdziwek, bo ten miał nad wyraz duże parcie na obnażanie się w efekcie upojenia.
- Przecież odmrozi dupsko – mruknął z troską Mikołaj zapominając na chwilę o jajkach i szeroko otworzył niewielki okienko.
Mroźne, wczesno poranne powietrze bezlitośnie wdarło mu się do płuc wywołując krótki atak kaszlu.
- Prawdziwek! – krzyknął po chwili gdy tylko udało mu się unormować oddech, ale nie uzyskał żadnego efektu. – Wstawaj, durniu! Bo będziesz znowu przez trzy dni srał jakimiś farfoclami!
Wybiegł z chaty przez kuchenne wyjście i dopiero wówczas dostrzegł Prawdziwka pochrapującego wzdłuż murka ogrodzenia. Był przykryty derką ściągniętą z sań, pod głowę miał podłożoną zwiniętą w bezładny rulon jedną z parcianych toreb po prezentach. Po kilku krokach dojrzał leżącego przy stodole Marchewkę, który zakopał się w śniegu po samą pierś. Na widok gospodarza cztery renifery zaczęły targać łbami i ryć racicami w pokrytej lodem nawierzchni ścieżki. Mikołaj tylko obrzucił je czujnym spojrzeniem i stwierdziwszy, że nic im nie dolega minął zaprzęg i skierował się ku werandzie.
- Wstawać mi tu raz, dwa! Będziemy mieć Dzień Dziecka! – ryknął aż parsknęły zaskoczone i przestraszone zwierzęta. – Do roboty, pijaki! Za kwadrans macie być glanc, albo dupska wam skopię na galaretę!
Zanim którykolwiek z elfów zdążył zareagować Mikołaj zamaszystym ruchem wyciągnął za nogi śpiącego w żywopłocie Paprotkę i rzucił go na werandę. Jego zmarznięte na kamień ciało nie zmieniając pozycji zadudniło z łoskotem o drewnianą podłogę. Następnie przyszła kolej na Prawdziwka, który jednak zdążył się już przebudzić i siedział teraz na ziemi dygocząc i rozcierając zmarznięte ramiona. Mikołaj podszedł do niego energicznie i chlasnął go w zdziwiony pysk gumowym termoforem, który podniósł wcześniej spośród różnych poniewierających się po podwórzu przedmiotów. Elf poturlał się wzdłuż ogrodzenia, ale zaraz szybko stanął na nogi przybierając postawę zasadniczą gotów do wykonywania poleceń.
- Ruchy! – krzyczał Mikołaj. – W piecu napal, bo Paprotka zamarzł na kość! I ten bajzel mi tu migiem posprzątać.
- Rozkaz! – pisnął Prawdziwek i ruszył biegiem do chaty.
W tym czasie ostatni z pomocników wygrzebał się już z pryzmy śniegu i otrzepywał sztywne od mrozu odzienie. Na widok Mikołaja uśmiechnął się głupkowato.
- Szefie – rzekł bez najmniejszego zażenowania. – Szef ma całe gacie zaszczane. Niech Szef lepiej je zmieni, bo Szefowi jaja odpadną i będzie…
Dokończenie wypowiedzi udaremnił mu ponownie puszczony w ruch gumowy termofor, który podobnie jak wcześniej w przypadku Prawdziwka, boleśnie ugodził go w beztrosko uradowaną japę. Marchewka ponownie runął w zaspę, ale niemal natychmiast był z powrotem na nogach stojąc wyprężony w oczekiwaniu na rozkazy. Mikołaj wskazał na renifery.
- Do stajni – wycedził przez zaciśnięte ze złości zęby.
Po chwili podwórze tętniło życiem. Elfy uwijały się jak postaci na taśmie celuloidowej wyświetlanego w przyspieszonych obrotach filmu. Mikołaj wszedł powrotem do chaty i zrzucił przemoczoną odzież, która już miejscami zaczynała zamarzać. Z pomocą przyszły mu cztery milczące babki pokojówki, które doskonale znając swoje obowiązki nie czekały na jakiekolwiek polecenia i szybciutko dzieląc między sobą czynności przystąpiły do domowej krzątaniny. Po chwili brudna odzież pyrkała już w kotle na pranie, skołtuniona pościel była wypłukana i wietrzyła się rozwieszona na sznurach, w rondlach grzała się strawa, w ruch poszły ścierki, zmiotki i szufelki. Babkojówki nie były rozmowne, nie stanowiły więc dobrej kompanii do towarzystwa, poza tym alkohol wywoływał u nich stany niekontrolowanego, trudnego do przezwyciężenia lęku. Były za to pracowite i niezwykle wydajne. Nie musiały spać, niewiele jadły, nie narzekały, nie marudziły i nie plotkowały. Były też okrutnie paskudne, żeby nie mącić czystości myśli Mikołaja. Ich pomarszczone, powykrzywiane pyski i przy tym mocno korpulentne, karłowate i przygięte do ziemi postaci przypominały rozmiarem elfy, ale z pewnością nimi nie były. W poczynaniach niezwykle żwawe i energiczne, z sylwetkami przygarbionymi, o wystających, nieco krępujących ruchy pękatych brzuchach i płaskich cyckach, opiętych kraciastymi, wiązanymi z tyłu na szerokich dupach fartuchami, odrobinę przypominały poobijane w transporcie aluminiowe czajniki, które w bezładzie tłukąc się o siebie pokrzywiły i spłaszczyły sobie dziobki. Ale było to tylko złudzenie. Na swoich krzywych, krótkich nogach stąpały pewnie, ruchy miały precyzyjne, nie wchodziły sobie w paradę, ich wszelkie czynności zaplanowane i podzielone były z zachowaniem maksymalnej efektywności.
Pozostawiając sprawy porządkowe czterem kompetentnym i biegłym w tych sprawach babkojówkom, Mikołaj wziął pod pachy dwie pozostałe i zszedł z nimi do piwnicy. Nie protestowały przywykłe do przedmiotowego ich traktowania. Z resztą jakiekolwiek inne podejście do ich osób byłoby dla nich zupełnie niezrozumiałe i mogło wywołać w nich rozchwianie emocjonalne, co z kolei z wszelkim prawdopodobieństwem pociągnęłoby za sobą zakłócenia w precyzji ich poczynań.
Mikołaj szybkim krokiem pokonał krótki korytarzyk prowadzący do jednego z licznych małych pomieszczeń, przełożył obie babki pod jedną pachę, odsunął ciężką, żelazną sztabę i otworzył drzwi. W twarz buchnął mu kłąb gorącej pary. Odstawił babkojówki na kamienną półkę i wskoczył do wypełnionej żółtawą cieczą sadzawki bulgoczącej w dziurze ziejącej w miejscu, w którym powinna znajdować się podłoga. Temperatura spowodowała, że niemal zaczęła skwierczeć mu skóra. Babki, jak to miały w zwyczaju, bez słowa zakasały rękawy, złapały wielkie ryżowe szczotki, a następnie zamaszystymi ruchami zaczęły szorować mu plecy, ramiona i pomarszczone dupsko. Po kilkunastu minutach ciężkiej pracy jedna przerwała szczotkowanie, podeszła do ściany skrywającej półki z przeróżnej maści butelkami, fiolkami, słojami i pudełeczkami, po czym po kolei zaczęła wlewać zawartość wszystkich do szeroko rozdziawionej japy. Następnie zrzuciła odzienie i dołączyła do kąpiącego się Mikołaja wskakując w parującą ciecz. Unosząc się na powierzchni jak boja, ustawiła się naprzeciw jego czerwonej twarzy i zaczęła mu wcierać, wklepywać i wmasowywać w brodę, we włosy, w całe odsłonięte, nagie ciało wyrzygiwane krótkimi strumieniami dopiero co pozyskane i odpowiednio poporcjowane dozy mydła, olejków i balsamów, soli i eliksirów. Mikołaj tylko przekręcał się i nadstawiał, a babki doskonale wiedziały, czego od nich w danej chwili oczekuje. I spełniały wszystkie jego najdrobniejsze kaprysy i najbardziej wyrafinowane zachcianki. Bo przecież tego właśnie potrzebował. Oczyszczenia, orzeźwienia, wymazania z pamięci wczorajszego, skrajnie wyczerpującego wieczora i części koszmarnej nocy. Relaksu, odprężającego zapomnienia i ciszy zakłócanej jedynie jego świszczącym oddechem, bulgotem gorącej wody, odgłosami tarcia twardej szczeciny o ciało i chrzęstem strzelających w kościach uwijających się jak w ukropie łaziennych pomocnic.
*
Po dwugodzinnej kąpieli Mikołaj ponownie stał już na werandzie ze splecionymi na dużym brzuchu ramionami, ubrany w świeżutki, bordowy komplet z białymi elementami. Broda i wystające spod wielkiej czapy włosy połyskiwały w promieniach słońca, twarz emanowała zdrowiem i serdecznością. Humor miał już doskonały, dodatkowo pokrzepiony widokiem sprawnie uwijających się przy pracy elfów, które szybko uprzątnęły podwórze, uwiły i wymościły w części stajni wygodne gniazdo, gdzie ostrożnie przeniosły jaja. Mikołaj pokrzykiwał gromko i radośnie wybuchając od czasu do czasu rubasznym śmiechem, aż drżał cały podest.
- Dalej, dalej! – krzyczał rozpromieniony. – Ruszać pryszczate dupska!
Był szczęśliwy. Oswoił się już z myślą o potomstwie które, sądząc po wydobywających się z wnętrza jaj odgłosach sprawi mu nieoczekiwaną, miłą niespodziankę jakiej sobie nie wyobrażał nawet w najśmielszych fantazjach. Pod żadnym względem nie będą to bociany, jak się z początku obawiał, ani też żadne inne ptactwo. Z początku, gdy tylko doznał olśnienia nie mógł uwierzyć, że będzie tak jak dawniej. I wcale nie był mu też straszny fakt, że spadnie na niego więcej obowiązków i z pewnością o wiele mniej czasu pozostanie na rozrywkę. Zyska w ich miejsce coś szczególnego i wyjątkowego. Niebawem zaczną się wykluwać zdrowe i radosne mikołajątka i jego pusta chata znowu rozbrzmi od gwaru zabaw i pląsów. A czyż radość dzieci nie jest droższa niż wszystkie inne razem wzięte doczesne uciechy tego świata? Żaden Mikołaj nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.