przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


wtorek, 16 listopada 2010

Bębenek Koala

Bębenek Koala był bardzo radosnym zwierzątkiem do momentu, w którym wpadł w sidła zastawione przez myśliwych. Wówczas stracił swoją wrodzoną wesołość, a jej miejsce na długi czas zastąpiły smutek, strach, ból, zgryzoty i szereg innych nieprzyjemnych odczuć i doznań.
Ale zanim do tego doszło Koala w najlepsze bawił się wśród swoich rówieśników, niespiesznie przechadzał się po konarach i gałęziach eukaliptusa, przeżuwał smakowite liście i delektował się upojnym sokiem przysmaku. I wcale nie miał na imię Bębenek. Takie imię otrzymał dopiero później, gdy został schwytany przez łowców i następnie sprzedany do cyrku. Tam właśnie otrzymał imię Bębenek. Nim jednak to nastąpiło inne misie mówiły do niego Józio.
*
Pewnego niezwykle wilgotnego dnia, gdy Koala nie był jeszcze Bębenkiem i nawet przez chwilę w myślach mu nie zaświtało, że może się nim stać, bardzo wczesnym rankiem obudził go wuj Leon. Był wystraszony nie na żarty, cały drżał, był blady na pysku, a cieniutkie, przyprószone siwizną wąsy zwijały i rozwijały mu się nerwowo.
- Wstawaj, mały – powiedział podekscytowanym szeptem. – Myśliwi.
Józio zerwał się najszybciej jak umiał i nie dbając o wygląd wygniecionego futerka, ruszył za Leonem i innymi wybudzonymi już towarzyszami. Początkowo nic szczególnego się nie działo, ale po jakimś czasie, mimo iż przemieszczali się po gałęziach ile tchu, spośród odgłosów budzącej się do dziennego życia dżungli, zaczął wyłapywać niepokojące, coraz głośniejsze dźwięki kołatek naganiaczy. Koala nigdy wcześniej ich nie słyszał, znał je wyłącznie z opowieści, ale mimo to od razu je rozpoznał. Mrożące w żyłach krew i mącące myśli klekotanie sprawiło, że poczuł dodatkowy przypływ sił i, gdyby był kolażem, jeszcze mocniej nacisnąłby na pedały i pomknął jak błyskawica pozostawiając pościg daleko za plecami. Ale że, na swoje w tym momencie nieszczęście, był tylko zwyczajnym małym torbaczem, to jego ponadkoalowe wysiłki niewiele pomogły i niespełna kwadrans później leżał spętany wżynającą się w ciało kłującą boleśnie siatką, a już w następnej chwili siedział skulony w ciasnej, brudnej klatce, cuchnącej potem, rzygowinami i odchodami przerażenia.
Następne dni były jak koszmar. Ciemna, duszna ładownia statku, pragnienie, smród, płacz i lament innych dzielących jego niedolę nieszczęśników i, przede wszystkim, unoszące się ponad tym wszystkim widmo ściskającego gardło strachu przed tym, co dopiero miało nadejść, co było nieznane, lecz mimo to było tak przerażające, że aż bolała cała skóra, pękały wargi i puszczały zwieracze.
Miś nie pamiętał ile czasu trwała ta katorżnicza podróż. Starał się jak najszybciej zapomnieć o tych dniach trwogi, wszelkie o niej wspomnienia zepchnąć w jak najgłębsze zakamarki świadomości. Wbrew pozorom nie było to wcale takie trudne, gdyż galopujące z niesamowitą prędkością wydarzenia o bardzo dużej wyrazistości doznań jakie ze sobą niosły, sprawiały, że praktycznie nie miał czasu na zastanawianie się nad niczym innym jak tylko chwila bieżąca.
*
Port. W nozdrzach Józia, w zastępstwie za wymieszane fetory dusznej ładowni, zagościła mieszanka smrodu morskiej wody gęstej od tłustych smarów, okrętowego paliwa i gnijących odpadków, połączonego z gryzącą wonią psującej się ryby. W oczy kłuło od dawna nie widziane ostre światło słońca. Nie trwało to długo ale doznanie było wyraziste. Potem znów trafił do ciemnej ładowni, z tym, że teraz poruszał się drogą lądową. Ku nieznanemu. Był zmęczony, niewiele spał, a jeśli już, to bardziej przypominało to trwanie w jakimś delirycznym letargu. A on przecież tak bardzo kochał spać.
Nie był w stanie określić jak długo podróżował trzęsącą się i podskakującą ciężarówką, dość powiedzieć, że brzuszek mocno mu się zapadł, bo mimo iż dostawali jakieś jedzenie, nawet w dosyć dużych ilościach, to ogólna atmosfera wcale nie sprzyjała apetytowi, co w połączeniu z bezsennością sprawiło, że miś był bardzo słaby, rozkojarzony i niezdolny do logicznego myślenia i trzeźwego, racjonalnego oceniania rzeczywistości. Czy to wszystko działo się naprawdę?
*
- Hej, mały! Obudź się!
Koala zatrzepotał powiekami i odetchnął. A jednak to był paskudny sen. Otworzył oczy spodziewając się ujrzeć uśmiechniętą twarz wuja Leona. Niestety zamiast niej zobaczył podłużną, skrzywioną facjatę, jakiej nigdy w życiu nie widział. Zerwał się przestraszony rozglądając się na boki. Niestety to nie był koszmar. Był zamknięty w dużej, zbudowanej z drewnianych bali klatce, w której znajdowały się różne przedziwne przedmioty, których nie tylko nie znał, ale nigdy w życiu nie widział podobnych, ani o takich nie słyszał.
- Spokojnie – powiedział nieznajomy z pociągłą twarzą. – Nic cie nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.
- Ktoś ty? – wysapał Józio.
- Jestem Jelonek Kaładze – odparł rozmówca. – Będziemy razem mieszkać i może też pracować.
Koala przyjrzał mu się uważnie.
- Jelonek… jak?
- Kaładze – powiedział uprzejmie Jelonek. – Jestem z Gruzji.
- Acha.
Misiowi nic nie dało wyjaśnienie. Nie miał pojęcia, co to jest Gruzja i gdzie się znajduje. Był jednak pewien, że daleko od jego rodzinnej dżungli.
- A ciebie jak zwą?
- Józio – odparł grzecznie. – Józio Koala.
- Józio? – Kaładze się skrzywił. – Trochę głupie, albo raczej nietypowe. Chociaż. W końcu tutaj wszyscy są z przeróżnych zakątków świata. Zresztą to nieważne. Niedługo pewnie i tak dostaniesz nowe imię i zapomnisz o starym.
Koala przełknął ślinę.
- Czemu mam zapomnieć? – zapytał drżącym głosem.
- Tu nie ma czasu na wspominanie – Jelonek pokiwał głową ze smutkiem. – Mało kto je pamięta. Niekiedy często się zmieniają.
Miś czuł jak zbiera mu się ślina, a do oczu napływają łzy. Nie chciał jednak wyjść na mazgaja, zacisnął więc ząbki i brnął w dialog.
- A ty pamiętasz, jak brzmiało twoje stare imię? – zapytał.
- Kaładze.
Miś nieco się speszył.
- Myślałem, że to nazwisko.
- Nie, imię. U Jelonków jest inaczej i imię jest na końcu.
- Jakie jest więc nowe?
- Też Kaładze.
- Jak to?
- Po prostu Jelonek Kaładze. To długa historia. Trafiłem tu jako Jelonek Kaładze, potem dali mi imię Termofor, Jelonek Termofor, ale to był dla mnie ciężki okres i nie chcę o tym mówić. Teraz jestem z powrotem Jelonkiem Kaładze, bo to podobno sprzedaje się lepiej niż Jelonek Łoś, lub Łoś Kaładze.
Nie trzeba było być bardzo spostrzegawczym, by domyśleć się, że jest to temat Jelonkowi niemiły, gdyż mówił pospiesznie, chaotycznie i w sposób mocno nie składny. Miś słuchał zatem nie przerywając.
- Ludzie – kontynuował Jelonek – bardziej mnie kojarzą ze starego imienia i wolą Jelonka Kaładze w roli Łosia, niż by Łosiem miało być cokolwiek innego, co wymieniłem ci wcześniej.
Jelonek zamyślił się na chwilę, po czym energicznie pomachał na boki głową i czknął nerwowo.
- Oczywiście prócz samego Łosia – dodał. – Ale takiego tu nie ma.
Koala zrobił niepewną minę. Zaczął się zastanawiać, czy czasem nie pomieszało mu się w głowie od słońca, bo nijak nie rozumiał, o czym mówi do niego towarzysz niedoli.
- Co to za miejsce? – zapytał przyciszonym głosem.
Jelonek zmarszczył brwi.
- To piekło, kochaniutki – odrzekł. – Najprawdziwsze piekło.
Koala zaczął drżeć na dobre. Mimowolnie popuścił mocz, co jeszcze dodatkowo negatywnie wpłynęło na jego i tak bardzo niskie już morale.  Nigdy wcześniej nie był w piekle, ale kilkakrotnie słyszał, jak starsze misie o nim rozmawiały i wiedział, że nie było to nic dobrego. To było jakieś bardzo, bardzo straszne miejsce.
Jakby na potwierdzenie jego podejrzeń uszy przeszył mu wściekły, przyprawiający o drżenie kości pisk.
- Oho – powiedział Kaładze. – Znowu kogoś przerabiają.
- Przerabiają? – załkał miś.
Jelonek zrobił kwaśną minę.
- Niestety. Mało kto ma tutaj fart pozostawania w niezmienionej postaci.
- Jak.. jak to?
- Jak potrzebują czegoś, lub kogoś, kogo akurat brakuje, to przerabiają tego, kto jest pod ręką i spełnia jakieś tam kryteria. Tak jak w moim przypadku. Chociaż, mnie póki co i tak się poszczęściło, bo, jak już wcześniej wspomniałem, gram teraz łosia, do którego jestem nieco podobny. Tylko rogi mi podcięli i przed występem zakładają mi maskę z tymi łosiowymi łopatami. Nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć. Zdecydowanie dużo gorzej było być Termoforem.
Jelonek wzdrygnął się i z wdzięcznością potarł racicą o spiłowane poroże.
- No ale dość o mnie – powiedział. – Ważniejsze jakie mają plany wobec ciebie.
- Wobec mnie?
- A pewnie. Nie myślisz chyba, że przywieźli cię tu dla twojego uroku osobistego. Nie to żebym coś do ciebie miał, ale jesteś tylko normalnym torbaczem, a to raczej nie przejdzie. Zresztą pewnie niebawem się przekonasz. Tu się nie zdarza, by ktoś tak sobie bezczynnie siedział.
Jakby na potwierdzenie słów Jelonka, w kłódce szczęknął klucz i do klatki weszło dwóch ludzi, trzeci pozostał na zewnątrz.
- Bierzta tego małego zasrańca – powiedział ten ostatni. – Pewnie już mu bońdzioł sflaczał.
Zanim Koala zdążył zrobić cokolwiek, pochwyciły go mocne dłonie.
- Już się najduch zdążył ujszczeć! – krzyknął z niesmakiem jeden z mężczyzn i mocniej zacisnął kościste ręce.
Miś chciał ugryźć jedną z nich, ale jej właściciel był widać fachowcem w swojej profesji, bo jego uchwyt nie dość, że był bardzo skuteczny, to jeszcze założony w sposób, który uniemożliwiał skuteczne kąsanie.
- Trzymaj się! – usłyszał jeszcze głos Jelonka, zanim wrzucono go do skórzanego worka.
*
Zatrwożony Koala leżał na boku ze spętanymi rączkami i nóżkami zwrócony pyszczkiem do ściany kremowo burego koloru. Nie widział swoich ciemiężycieli, słyszał jedynie ich głosy.
- Trza go chyba uśpić – powiedział mężczyzna. – Będzie wierzgał.
- Jak się dobrze przywiąże, to nawet nie drgnie – zaoponował drugi.
- E, czy ja wiem? – jeszcze się weźmie rozedrze gdzie nie trzeba i pójdzie na marne. – Oj, szef by się nieźle zajeżył. 
- Może i racja.
- No to daj mu tego zaszczyka i zaczynamy.
*
  Obudził go łomot i towarzyszący mu ból. Z przerażeniem otworzył oczy. Leżał rozciągnięty na wysokim pniaku. Jego nienaturalnie rozdęty brzuszek był gładko ogolony, opinająca go skóra rozciągnięta do granic możliwości i przytwierdzona nitami do okrągłej obręczy, która jednym brzegiem sięgała jego podbródka, a druga dostawała do kolan. Gdyby wyciągnął łapki na całą długość i tak nie dałby rady jej objąć. O środek brzuszka raz po raz uderzały drewniane pałki, wydobywając z niego głośne, ale nieco głuche dźwięki. Trzymający je mężczyzna miał skwaszoną minę.
- Wyrobi się – powiedział drugi z ludzi przysłuchujący się próbom. – Z początku większość instrumentów nie chce stroić.
- Ale ten brzmi do dupy, panie Szczaw – nie zgodził się muzyk. – To nie to samo, co brak strojenia.
- Przesadzasz pan. To całkiem dobry bębenek.
- Mówiłem, żeby kupić w sklepie zwyczajny werbel. Byłby o wiele lepszy.
- A kogo obchodzi zwyczajny werbel? Kto kupi bilet, żeby oglądać starego chłopa walącego w werbel.
- No, no!
- Nie ma się co obruszać. Takie są fakty. Co innego taki. Sam pan zerknij na nowe afisze.
Szczaw sięgnął po zrolwany papier i rozwinął go zamaszystym gestem.
- No i?
Duży kolorowy napis głosił: „Tylko u nas! Jedyny i niepowtarzalny Wielki Winston Panierka i jego grający miś”. Pod nim skąpany snopami świateł stał muzyk wygrywający pałeczkami rytmy na Bębenku Koali. 
Twarz Winstona Panierki rozjaśnił szeroki uśmiech.
- No teraz, to co innego – powiedział pąsowiejąc.
- A coś pan myślał – ucieszył się Szczaw. – Przecież tu o gruby pieniądz idzie. Ludzie lubią takie dziwactwa. Inaczej grosza pan nie powąchasz.
- Pan, panie Gerardzie, to masz łeb nie od parady.
- Ba. To jeszcze nie wszystko. Daj no pan tę pałkę. Teraz pan uważaj.
To powiedziawszy zamachnął się i walnął w środek brzuszka Bębenka. Dźwiękowi towarzyszył piskliwy krzyk Koali. Walnął jeszcze dwa razy i usłyszeli dwa piśnięcia.
- Widzisz pan – powiedział zadowolony Szczaw. – Masz pan dwa w jednym. Tylko za często tak pan nie wal, bo jeszcze gotów popękać i trzeba będzie szyć.
- Jak już się wyrobi, to będzie można naparzać do woli. – Winston pogłaskał misia po czole. – Prawda mały?
Bębenek zemdlał.
*
- Powtórz jeszcze raz – powiedział zatrwożony Kaładze.
- Jelonek Kaładze w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz Jelonek – posłusznie wyrecytował Bębenek.
- Matko kochana – jęknął Jelonek. – Co oni chcą ze mną zrobić?
Strach Jelonka Kaładze nie był bezpodstawny, Bębenek zacytował mu bowiem tekst wierszyka, jaki przypadkowo usłyszał w sali prób zaraz po jednym ze swoich występów z Wielkim Winstonem Panierką.
- Co to może znaczyć?
- Nie mam pojęcia – odparł Koala. – Najwyraźniej twoja rola łosia zbliża się ku końcowi. Znudziłeś się ludziom i przymierzają się, by przerobić cię na afrykańskiego jelonka, cokolwiek to oznacza.
Kaładze popatrzył na towarzysza z wyrzutem. Lubił Koalę. Ale niestety jego sukces w roli Bębenka był prawdopodobnie przyczyną spadku popularności Jelonka Kaładze. Odkąd Bębenek zaczął występować z Wielkim Winstonem Panierką, ludzie zaczęli domagać się dalszych zmian repertuaru, który był podobno zbyt monotonny i nudny. Przynajmniej takie krążyły plotki. Kaładze początkowo nie dawał im wiary, ale ostatnia wiadomość przyniesiona przez Bębenka zdawała się jednak je potwierdzać.
- O ja pierdolę – westchnął coraz mocniej przejęty Jelonek. – Czarną ma skórę? Tak śpiewali? Jesteś pewien?
- Dokładnie tak.
- Kurwa.
- Ciesz się, że chociaż w dalszym ciągu jelonek.
- Też mi pocieszenie. Nie chcę być Murzynem. U nas w Gruzji nigdy nie było i nie ma murzynów. Jak w ogóle można być Murzynem? 
- No nie gadaj. A jakby tak w miejsce jelonka zamiast murzyna miał być, sam nie wiem, dajmy na to krokodyl? Albo jakieś drzewo?
- To może by wzięli kogoś innego, a nie mnie? Czemu przerabiać za drzewo akurat Jelonka?
- Oni śpiewali „Kaładze”. Poza tobą nie ma nikogo innego o tym imieniu.
- No faktycznie.
- Ale może chodzi o innego Jelonka Kaładze? – wtrącił Struś Parówka, nawiasem mówiąc, biedny ptak.
Struś był przez innych ignorowany i jego zdanie niewiele znaczyło, ale że nikt  nie mógł być pewien swojej przyszłości, od czasu do czasu był dopuszczany do wspólnych debat. Najczęściej uwagę poświęcał mu Goryl Równiacha, z którym Struś od kilku miesięcy występował w duecie w bardzo popularnym wśród widzów programie choreograficznym pod tytułem „Równość i tolerancja”. Parówka nienawidził Równiachy, mimo iż był świadom, że to nie Goryl wpadł na pomysł ich wspólnego występowania. Ptak podejrzewał za to, że Równiacha lubi ten program, choć zawsze zarzekał się, że jest inaczej.
Tym razem to też nie kto inny, tylko Goryl poparł pomysł Parówki.
- Właśnie – zawtórował Strusiowi. – Pewnie miałeś w Gruzji jakąś rodzinę?
Kaładze przełknął.
- O nie – jęknął. – Tylko nie to. Wystarczy już Jelonków w tym przeklętym miejscu.
- Ale to niestety możliwe – rzekł Bębenek.
Kaładze westchnął żałośnie, ale po chwili się rozpromienił.
- Ależ ze mnie tłumok – powiedział. – Przecież ze wszystkich Jelonków w mojej rodzinie, tyko ja jeden miałem na imię Kaładze.
Zaraz jednak posmutniał.
- Czyli o mnie chodzi – rzekł z rezygnacją.
- Nie przejmuj się – próbował pocieszyć go Równiacha. – Pewnie tylko ufarbują ci futro i później...
- Ufarbują futerko? – przerwał Jelonek. – Widziałeś kiedyś afrykańskie Jelonki? Wiesz coś o nich?
- No właściwie to chyba nie – przyznał Goryl. – W sumie to dziwne.
- Też tak myślę! – zacietrzewił się Kaładze. – Siedzicie tylko pochowani po krzakach, wpierdalacie banany i korzonki i w dupie macie Jelonki!
- O co ci chodzi? – obruszył się Bębenek. – Chciał tylko być miły.
- Afrykańskie Jelonki nie mają w ogóle sierści! – krzyknął Kaładze. – Rozumiecie, co to oznacza? Całego mnie ogolą na łyso i wypastują, jak oficerki! Będę się świecił, jak Gorylowi jaja i będę czarny! Cały czarny! O ja nieszczęsny!
Na chwilę zapanowało niezręczne milczenie. Przerwał je Kolala.
- Tego nie wiedziałem – przyznał kwaśno. – Tak jak i nie wiedziałem, że jesteś…
- Ja też jestem czarny, i co? – wtrącił obruszony Równiacha. – Mam z tego powodu płakać? Gorsze rzeczy mam na głowie – dodał z udawaną niechęcią wskazując na Parówkę, który skulił się z bojaźnią w rozbieganych oczach. – Masz coś do czarnych? – zakończył hardo zwracając się do Jelonka.
- Nie mam nic do goryli – odparł z rezygnacją Kaładze. – Ale też nie chciałbym być jednym z nich. Chcę być zwykłym Jelonkiem.
Wszyscy wpatrywali się w Kaładze z niepewnymi minami nie wiedząc, co też myśleć o słowach Jelonka.
Pierwszy odezwał się Bębenek.
- Jesteś jakimś pieprzonym rasistą! – huknął.
- Nie jestem żadnym rasistą! Nie chcę tylko być Murzynem!
*
Winston Panierka siedział przed lustrem w swojej przyczepie. Był wczesny wieczór, do występu pozostało niecałe czterdzieści minut. Przyjrzał się swojemu odbiciu. Odkąd dzięki jego występom z Bębenkiem Koalą cyrk zaczął osiągać znaczne dochody widocznej poprawie uległ jego image. Miał doskonale dopasowaną perukę, makijaż, który nie rozpływał się pod wpływem temperatury, satynowe szaty najwyższej jakości oraz solidnie wykonane akcesoria. Był ulubieńcem tłumu.
- A to skurwysyn – powiedział Winston spluwając na drewnianą podłogę.
Pomstował tak na wspomnienie rozmowy z właścicielem cyrku, Gerardem Szczawiem, który kategorycznie odmówił mu podwyżki. Idąc na rozmowę z szefem Winston zakładał, że może i nie uda mu się wynegocjować podwojenia gaży, ale był pewien, że dostanie przynajmniej sześćdziesiąt, albo i siedemdziesiąt procent. I co? I gówno! Szczaw go wyśmiał.
- Słuchaj, śmieciu – powiedział do niego. – Gdyby nie ja, dalej żonglowałbyś pomidorami, puszczał nosem bańki i pierdział konfetti. To ja wymyśliłem Bębenka i dałem ci możliwość pracy z nim. A ty bez niego nie znaczysz nic. Rozumiesz. Zero – krzyknął uderzając pięścią w stół. – I zapamiętaj sobie. Koala należy do mnie. Beze mnie byłbyś niczym. Jednym z wielu podrzędnych pajaców rozśmieszających gawiedź robieniem z siebie durnia. Nie gadaj mi więc o pieniądzach tylko spierdalaj do roboty, a jak ci się nie podoba, to droga wolna. Wezmę na twoje miejsce byle aktorzynę i jeszcze mi za to podziękuje.
- A to chuj niewdzięczny – sapnął Panierka na wspomnienie tej kompromitującej go rozmowy. – Ja ci jeszcze pokażę, chytry cwaniaczku. Albo ja, albo nikt.
Winston raz jeszcze przyjrzał się wykonanym dla niego na zamówienie pałeczkom. Gdy nacisnęło się maleńką dźwignię ukrytą w rękojeści, z czubków pałeczek odpadały kulki, a na ich miejsce wysuwały się ostro zakończone metalowe haczyki, przypominające szpony drapieżnika. Uśmiechnął się na ich widok przebiegle. Wspaniale będzie móc je wypróbować.
W tym momencie usłyszał za oknem jakiś rumor i szybko wybiegł przed przyczepę. Żywego ducha. Tylko targane powiewami wiatru gałęzie bujnej paproci raz po raz uderzały w boczną ścianę przyczepy. Nawet jeśli ktoś się w nich krył, było już zbyt ciemno, by go dostrzec.
*
Bębenek Koala przygotowywał się do występu w tradycyjny sposób. Ćwiczył mięśnie brzuszka, nacierał go olejkami, które nadawały skórze większej elastyczności i czyniły ją bardziej odporną na uszkodzenia. Golić jej już nie musiał, bo po kilku miesiącach intensywnych prób i występów, w ogóle przestała już rosnąć.
Właśnie zamierzał wstrzyknąć sobie w brzuszek miejscowe znieczulenie, gdy ze swojego występu wrócił podekscytowany Jelonek Kaładze. Gdy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi powiedział podekscytowany.
- Słuchaj. Musisz stąd uciekać. Inaczej nie przetrwasz występu.
- No co ty? – nie przejął się Koala. – Już przywykłem. Gorzej mogłem trafić – dodał wspominając jaką traumę przeżył Jelonek.
- No to uważaj – kontynuował Kaładze. – Wielki Winston Panierka zamierza cię dziś podczas występu podziurawić jak sito.
Koala milczał.
-  Poszarpał się z szefem o pieniądze i kazał wykonać dla siebie specjalne pałeczki ze szpikulcami, takimi którymi można rozszlachtować wieprzka, a co tu dopiero mówić o wyeksploatowanym torbaczu!
- Bredzisz – zaoponował niepewnie Bębenek, ale widać już było, że zaczyna poważniej traktować słowa Jelonka. – I niby skąd ty to wiesz?
- Nieważne. Ważne, żeby…
- Skąd wiesz? – upierał się Koala.
- Od Mietka Papugi.
- Acha.
Mietek Papuga mieszkał w drucianej klatce i był ulubieńcem Szczawia. Nie miał żadnych obowiązków i nie występował przed publicznością, ale mimo to nie był też szczęśliwym ptakiem. Żeby zostać papugą musiał przejść skomplikowany zabieg zakrzywiania dzioba i trening prostowania sylwetki. O ile tan drugi proces jako tako się powiódł, to operację trudno było zaliczyć do udanych. Mietek był wcześniej zwyczajnym gołębiem. Teraz miał pofarbowane pióra i dziób z plastiku, co bardzo utrudniało mu przyjmowanie pokarmu.
- Ale to jeszcze nic – kontynuował podekscytowany Kaładze. – Gdy schodziłem dziś ze sceny zauważyłem dziwnego jegomościa, kryjącego się za kulisami niedaleko przyczepy Winstona. Może bym i na niego nie zwrócił uwagi, ale wyraźnie starał się ukryć, to i mnie zainteresowało. Zaczaiłem się więc w paprociach pod przyczepą Panierki i czekałem. Mało brakowało i by mnie zauważył. Dobrze, że jestem czarny…
Jelonek zamilkł. Jego oczy rozbłysły nadzieją.
- Co było dalej?
- Co?
- I co się stało u tego cholernego Panierki?
- Acha – podjął Kaładze jak wyrwany z letargu. – Czekałem niedługo. Chwilę później pojawił się Winston.
- Czego tu? – warknął na nieznajomego. – Coś za jeden?
- Jestem Jerry Zawleczka – odparł nieznajomy wyraźnie charakterystycznym, dźwięcznym młodzieńczym głosem. – Czeladnik od rzemieślnika.
Winston rozejrzał się nerwowo na boki, przybliżył się do przybysza i syknął przez zęby.
- Przecież mówiłem wyraźnie, żebyście się tu nie pokazywali.
- Ale szef zachorował, Mistrzu – odparł Zawleczka. – Jest w szpitalu.
- Co?!
Twarz Winstona przybrała purpurowy odcień.
- A moje pałeczki? – parsknął. – Zawarliśmy umowę. Miałem je dziś odebrać! Za pół godziny!
- Ja właśnie dlatego tu jestem – odparł czeladnik. – Szef wykonał je już wczoraj, ale nie dostarczaliśmy, bo pan zabronił tu przychodzić. Ale wobec jego choroby…
- Masz je ze sobą?
- Mam.
Kaładze westchnął przerywając relację. Koala przyglądał mu się z nutą niepokoju, chociaż jego twarz głównie znamionowało niezrozumienie.
- No i poszli do przyczepy Panierki – podjął po chwili Jelonek. – A ja podglądałem przez okno. To było straszne.
Kaładze opisał Bębenkowi sposób działania pałeczek i Koala mocno pobladł. Futerko stanęło mu sztywno, jak dojrzałe zborze, łapki zaczęły drżeć, pudełeczko z kremem wypadło na podłogę i poturlało się pod zamkniętą skrzynkę z łańcuchami, uprzężą i różnymi narzędziami tortur, które miały im na co dzień przypominać jakie są konsekwencje niesubordynacji.
- To co ja mam zrobić?
- Musisz uciekać!
- Ale jak? Dokąd?
Jelonek zmarszczył chrapy.
- Nie wiem – odparł bezradnie. – Jestem tylko Jelonkiem.
- Może przez rurę bardaszaną? – podsunął Struś, który dotychczas trzymał głowę w małym otworze wydziobanym w podłodze.
Oczy misia przez chwilę zapłonęły nadzieją, ale zaraz ponownie posmutniały.
- Nie zmieszczę się – odparł wskazując na bębenek.
- No to…
Jelonek nie dokończył. Przeszkodziło mu echo kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się sam Wielki Winston Panierka.
- No mały – powiedział. – Dziś damy taki występ, że zapamiętają go wszyscy do końca swoich dni. Mam nadzieję, że dużo dzisiaj jadłeś.
*
- Przed państwem Wielki Winston Panierka i jego grający miś, Bębenek Koala!
Konferansjer zszedł z areny, a publiczność wybuchła szaleńczymi brawami, które jeszcze bardziej się nasiliły, gdy na scenie pojawił się artysta. Ukłonił się nisko i gestem poprosił zgromadzonych na widowni o spokój. Po chwili w cyrku zapanowała względna cisza i Wielki Winston przemówił.
- Szanowni państwo! Dzisiejszy wieczór będzie czymś szczególnym. Nie tylko dla państwa, ale i dla mnie również. Kochani! Czeka was przeżycie niezapomniane, niepowtarzalne i nie podobne do niczego, co już kiedykolwiek widzieliście i jeszcze kiedyś zobaczycie. Aby ten moment należycie uczcić przygotowałem krótką mowę…
- Nie pierdol! – krzyknęła niecierpliwa dama z loży.
- Pokaż chuja! – dołączyła się inna.
Publiczność zaczęła buczeć, ale uspokoiła się, gdy Winston próbując ratować sytuację zmienił plan i ponownie uniósł dłoń odsuwając się na bok.
- Panie i panowie! – krzyknął uroczyście. – Przywitajcie go gorąco! Bębenek Koala!
Gdy na środek areny wjeżdżał wózeczek, na którym leżał miś, publiczność wprost oszalała. Winston zajął swoje miejsce i gdy ponownie zrobiło się cicho puścił w ruch pałeczki. Po chwili wnętrze namiotu wypełniły subtelne, liryczne dźwięki wprawiające publiczność w odprężenie i błogostan. Winston Panierka nie na darmo otrzymał przydomek Wielki. Jego gra była nie porównywalna z niczym. Był tego świadom. I to jeszcze mocniej bolało w kontekście słów, jakimi uraczył go Gerard Szczaw. Na to wspomnienie uderzył mocniej, aż Koala pisnął, co wywołało wśród widowni liczne jęki, zwiastujące rodzące się w niej emocje.
Gdy po upływie kwadransa targana namiętnościami, na przemian krzycząca, jęcząca i pomrukująca publiczność była już rozgrzana niemal do białości, Winston zagrał cichutkie requiem i zwolnił blokadki w uchwytach pałeczek. 
To co się dalej działo przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Widownia wyła. Wył też Bębenek Koala. I wył Wielki Winston Panierka.
*
- No i tak się to skończyło – mruknął Winston przypalając niedopałek szczapą wydobytą z ogniska. – Najgorsze jest to, że do tej pory nie mam pewności, kto mnie wówczas załatwił. Jest kilku podejrzanych, ale… Nawet nie miałem szans, żeby się rozeznać. Ledwo uniknąłem linczu, musiałem się później przez kilka dni ukrywać, a potem chyłkiem uciekać z miasta. A wróg cały czas deptał mi po piętach, zakładał pułapki i czyhał na każdym kroku próbując mnie wykończyć, jakby tego było mało – parsknął ukazując kikuty palców. – Całe zgromadzone oszczędności poszły na lekarzy, a i na gówno się to zdało.
Panierka westchnął gorzko i mocniej otulił się sfatygowanym kocem. Jesień na dobre się już rozgościła, wieczory stawały się coraz bardziej chłodne, czuć było szybko zbliżającą się, ostrą zimę. Dziurawe buty i stare łachy nie stanowiły wystarczającej ochrony przez mrozem. Wątpił, by udało mu się przetrwać kolejną zimę. W podobnej sytuacji byli zresztą i pozostali członkowie tej godnej pożałowania małej społeczności wyrzutków zamieszkujących wysypisko. Musi czym prędzej się stąd wynieść.
- Ale ja wiem.
Głos należał do szczupłego, opatulonego płachtą brezentu nieznajomego, który dołączył do nich dzisiejszego ranka. Początkowo chcieli go przepędzić, ale zmienili zdanie, gdy spod płachty przykrywającej ciągnięty za sobą rozklekotany wózek wyciągnął gąsiorek samogonu.
Oczy wszystkich momentalnie skierowały się ku nowemu przybyszowi. Od ładnych kilku lat przysłuchiwali się różnym opowieściom Panierki i możliwość poznania rozwiązania najważniejszej z nich wyraźnie ich ożywiła.
- Co ty nie powiesz – rzekł podejrzliwie Winston. – Właściwie, to ktoś ty?
Nieznajomy wstał, wolnym krokiem podszedł do Panierki i energicznym gestem zrzucił okrywającą go szatę.
- Długo cię szukałem, bydlaku – odparł. – Jestem Jerry Zawleczka.
Panierka na chwilę się skulił, jakby tuż za jego głową z całych sił uderzono w talerze, a zaraz potem podskoczył, jak ktoś, kto nagle odkrywa, że siedzi na mrowisku.
- Ty sukinsynu! – krzyknął, a jego oczy zapłonęły szaleńczą furią odkrywcy. – Tak! To ty podmieniłeś pałeczki podstępny sukinsynu!
Zawleczka milczał napawając się widokiem rozgorączkowanego Winstona. A było na co popatrzeć. Tak niegdyś dumny, zwany Wielkim, dziś był wrakiem, cieniem swojego echa. Jerry nie czuł do niego nic poza nienawiścią.  
- Ale dla czego? – krzyknął Panierka.
Na chwilę zapanowało milczenie. W oczekiwaniu na odpowiedź przestali nawet szemrać towarzysze Panierki, którzy poruszeni niecodziennymi wydarzeniami zaczęli wypełzać z różnych zakamarków i licznie gromadzić się wokół ogniska. Wszyscy wpatrywali się w Jerryego z ciekawością, wręcz z fascynacją, jakby zaraz miał im udzielić odpowiedzi na od dawna nurtujące ich pytanie. Niejedni wstrzymali oddech.
- Bo kocham Koalę.
Głos był pewny i dźwięczny, a jego moc na wskroś przesycona szczerym uczuciem spowodowała, że zgromadzeni przypadli do ziemi. Jerry Zawleczka niemal uroczyście dobył ostrej, zakrzywionej szabli, uniósł ją oburącz wysoko i gdy na jej klindze zagrały świetlne refleksy dźgnął Panierkę w wańc i zaraz energicznie pociągnął w górę upodobniając go do przejrzałego pomidora, z którego wnętrza po nacięciu wyciekają ziarenka i miąższ.
Oczy Winstona szybko zaszły mgłą. Zanim wyzionął ducha jego uszy wyłowiły subtelne dźwięki cichutkiego requiem dobiegając z okrytego derką wózka.
21.06; 10,15,16.11.2010r.                     

Brak komentarzy: