Bębenek Koala był bardzo
radosnym zwierzątkiem do momentu, w którym wpadł w sidła zastawione przez
myśliwych. Wówczas stracił swoją wrodzoną wesołość, a jej miejsce na długi czas
zastąpiły smutek, strach, ból, zgryzoty i szereg innych nieprzyjemnych odczuć i
doznań.
Ale zanim do tego doszło
Koala w najlepsze bawił się wśród swoich rówieśników, niespiesznie przechadzał
się po konarach i gałęziach eukaliptusa, przeżuwał smakowite liście i
delektował się upojnym sokiem przysmaku. I wcale nie miał na imię Bębenek.
Takie imię otrzymał dopiero później, gdy został schwytany przez łowców i
następnie sprzedany do cyrku. Tam właśnie otrzymał imię Bębenek. Nim jednak to
nastąpiło inne misie mówiły do niego Józio.
*
Pewnego niezwykle
wilgotnego dnia, gdy Koala nie był jeszcze Bębenkiem i nawet przez chwilę w
myślach mu nie zaświtało, że może się nim stać, bardzo wczesnym rankiem obudził
go wuj Leon. Był wystraszony nie na żarty, cały drżał, był blady na pysku, a
cieniutkie, przyprószone siwizną wąsy zwijały i rozwijały mu się nerwowo.
- Wstawaj, mały –
powiedział podekscytowanym szeptem. – Myśliwi.
Józio zerwał się
najszybciej jak umiał i nie dbając o wygląd wygniecionego futerka, ruszył za
Leonem i innymi wybudzonymi już towarzyszami. Początkowo nic szczególnego się
nie działo, ale po jakimś czasie, mimo iż przemieszczali się po gałęziach ile
tchu, spośród odgłosów budzącej się do dziennego życia dżungli, zaczął
wyłapywać niepokojące, coraz głośniejsze dźwięki kołatek naganiaczy. Koala
nigdy wcześniej ich nie słyszał, znał je wyłącznie z opowieści, ale mimo to od
razu je rozpoznał. Mrożące w żyłach krew i mącące myśli klekotanie sprawiło, że
poczuł dodatkowy przypływ sił i, gdyby był kolażem, jeszcze mocniej nacisnąłby
na pedały i pomknął jak błyskawica pozostawiając pościg daleko za plecami. Ale
że, na swoje w tym momencie nieszczęście, był tylko zwyczajnym małym torbaczem,
to jego ponadkoalowe wysiłki niewiele pomogły i niespełna kwadrans później
leżał spętany wżynającą się w ciało kłującą boleśnie siatką, a już w następnej
chwili siedział skulony w ciasnej, brudnej klatce, cuchnącej potem, rzygowinami
i odchodami przerażenia.
Następne dni były jak
koszmar. Ciemna, duszna ładownia statku, pragnienie, smród, płacz i lament
innych dzielących jego niedolę nieszczęśników i, przede wszystkim, unoszące się
ponad tym wszystkim widmo ściskającego gardło strachu przed tym, co dopiero
miało nadejść, co było nieznane, lecz mimo to było tak przerażające, że aż
bolała cała skóra, pękały wargi i puszczały zwieracze.
Miś nie pamiętał ile czasu
trwała ta katorżnicza podróż. Starał się jak najszybciej zapomnieć o tych
dniach trwogi, wszelkie o niej wspomnienia zepchnąć w jak najgłębsze zakamarki
świadomości. Wbrew pozorom nie było to wcale takie trudne, gdyż galopujące z niesamowitą
prędkością wydarzenia o bardzo dużej wyrazistości doznań jakie ze sobą niosły,
sprawiały, że praktycznie nie miał czasu na zastanawianie się nad niczym innym
jak tylko chwila bieżąca.
*
Port. W nozdrzach Józia, w
zastępstwie za wymieszane fetory dusznej ładowni, zagościła mieszanka smrodu
morskiej wody gęstej od tłustych smarów, okrętowego paliwa i gnijących
odpadków, połączonego z gryzącą wonią psującej się ryby. W oczy kłuło od dawna
nie widziane ostre światło słońca. Nie trwało to długo ale doznanie było
wyraziste. Potem znów trafił do ciemnej ładowni, z tym, że teraz poruszał się
drogą lądową. Ku nieznanemu. Był zmęczony, niewiele spał, a jeśli już, to
bardziej przypominało to trwanie w jakimś delirycznym letargu. A on przecież
tak bardzo kochał spać.
Nie był w stanie określić
jak długo podróżował trzęsącą się i podskakującą ciężarówką, dość powiedzieć,
że brzuszek mocno mu się zapadł, bo mimo iż dostawali jakieś jedzenie, nawet w
dosyć dużych ilościach, to ogólna atmosfera wcale nie sprzyjała apetytowi, co w
połączeniu z bezsennością sprawiło, że miś był bardzo słaby, rozkojarzony i
niezdolny do logicznego myślenia i trzeźwego, racjonalnego oceniania
rzeczywistości. Czy to wszystko działo się naprawdę?
*
- Hej, mały! Obudź się!
Koala zatrzepotał
powiekami i odetchnął. A jednak to był paskudny sen. Otworzył oczy spodziewając
się ujrzeć uśmiechniętą twarz wuja Leona. Niestety zamiast niej zobaczył
podłużną, skrzywioną facjatę, jakiej nigdy w życiu nie widział. Zerwał się
przestraszony rozglądając się na boki. Niestety to nie był koszmar. Był
zamknięty w dużej, zbudowanej z drewnianych bali klatce, w której znajdowały
się różne przedziwne przedmioty, których nie tylko nie znał, ale nigdy w życiu
nie widział podobnych, ani o takich nie słyszał.
- Spokojnie – powiedział
nieznajomy z pociągłą twarzą. – Nic cie nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.
- Ktoś ty? – wysapał
Józio.
- Jestem Jelonek Kaładze –
odparł rozmówca. – Będziemy razem mieszkać i może też pracować.
Koala przyjrzał mu się
uważnie.
- Jelonek… jak?
- Kaładze – powiedział
uprzejmie Jelonek. – Jestem z Gruzji.
- Acha.
Misiowi nic nie dało
wyjaśnienie. Nie miał pojęcia, co to jest Gruzja i gdzie się znajduje. Był
jednak pewien, że daleko od jego rodzinnej dżungli.
- A ciebie jak zwą?
- Józio – odparł
grzecznie. – Józio Koala.
- Józio? – Kaładze się
skrzywił. – Trochę głupie, albo raczej nietypowe. Chociaż. W końcu tutaj
wszyscy są z przeróżnych zakątków świata. Zresztą to nieważne. Niedługo pewnie
i tak dostaniesz nowe imię i zapomnisz o starym.
Koala przełknął ślinę.
- Czemu mam zapomnieć? –
zapytał drżącym głosem.
- Tu nie ma czasu na
wspominanie – Jelonek pokiwał głową ze smutkiem. – Mało kto je pamięta.
Niekiedy często się zmieniają.
Miś czuł jak zbiera mu się
ślina, a do oczu napływają łzy. Nie chciał jednak wyjść na mazgaja, zacisnął
więc ząbki i brnął w dialog.
- A ty pamiętasz, jak
brzmiało twoje stare imię? – zapytał.
- Kaładze.
Miś nieco się speszył.
- Myślałem, że to
nazwisko.
- Nie, imię. U Jelonków
jest inaczej i imię jest na końcu.
- Jakie jest więc nowe?
- Też Kaładze.
- Jak to?
- Po prostu Jelonek
Kaładze. To długa historia. Trafiłem tu jako Jelonek Kaładze, potem dali mi
imię Termofor, Jelonek Termofor, ale to był dla mnie ciężki okres i nie chcę o
tym mówić. Teraz jestem z powrotem Jelonkiem Kaładze, bo to podobno sprzedaje
się lepiej niż Jelonek Łoś, lub Łoś Kaładze.
Nie trzeba było być bardzo
spostrzegawczym, by domyśleć się, że jest to temat Jelonkowi niemiły, gdyż
mówił pospiesznie, chaotycznie i w sposób mocno nie składny. Miś słuchał zatem
nie przerywając.
- Ludzie – kontynuował
Jelonek – bardziej mnie kojarzą ze starego imienia i wolą Jelonka Kaładze w
roli Łosia, niż by Łosiem miało być cokolwiek innego, co wymieniłem ci
wcześniej.
Jelonek zamyślił się na
chwilę, po czym energicznie pomachał na boki głową i czknął nerwowo.
- Oczywiście prócz samego
Łosia – dodał. – Ale takiego tu nie ma.
Koala zrobił niepewną
minę. Zaczął się zastanawiać, czy czasem nie pomieszało mu się w głowie od
słońca, bo nijak nie rozumiał, o czym mówi do niego towarzysz niedoli.
- Co to za miejsce? –
zapytał przyciszonym głosem.
Jelonek zmarszczył brwi.
- To piekło, kochaniutki –
odrzekł. – Najprawdziwsze piekło.
Koala zaczął drżeć na
dobre. Mimowolnie popuścił mocz, co jeszcze dodatkowo negatywnie wpłynęło na
jego i tak bardzo niskie już morale.
Nigdy wcześniej nie był w piekle, ale kilkakrotnie słyszał, jak starsze
misie o nim rozmawiały i wiedział, że nie było to nic dobrego. To było jakieś
bardzo, bardzo straszne miejsce.
Jakby na potwierdzenie
jego podejrzeń uszy przeszył mu wściekły, przyprawiający o drżenie kości pisk.
- Oho – powiedział
Kaładze. – Znowu kogoś przerabiają.
- Przerabiają? – załkał
miś.
Jelonek zrobił kwaśną
minę.
- Niestety. Mało kto ma
tutaj fart pozostawania w niezmienionej postaci.
- Jak.. jak to?
- Jak potrzebują czegoś,
lub kogoś, kogo akurat brakuje, to przerabiają tego, kto jest pod ręką i
spełnia jakieś tam kryteria. Tak jak w moim przypadku. Chociaż, mnie póki co i
tak się poszczęściło, bo, jak już wcześniej wspomniałem, gram teraz łosia, do
którego jestem nieco podobny. Tylko rogi mi podcięli i przed występem zakładają
mi maskę z tymi łosiowymi łopatami. Nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć.
Zdecydowanie dużo gorzej było być Termoforem.
Jelonek wzdrygnął się i z
wdzięcznością potarł racicą o spiłowane poroże.
- No ale dość o mnie –
powiedział. – Ważniejsze jakie mają plany wobec ciebie.
- Wobec mnie?
- A pewnie. Nie myślisz
chyba, że przywieźli cię tu dla twojego uroku osobistego. Nie to żebym coś do
ciebie miał, ale jesteś tylko normalnym torbaczem, a to raczej nie przejdzie.
Zresztą pewnie niebawem się przekonasz. Tu się nie zdarza, by ktoś tak sobie
bezczynnie siedział.
Jakby na potwierdzenie
słów Jelonka, w kłódce szczęknął klucz i do klatki weszło dwóch ludzi, trzeci
pozostał na zewnątrz.
- Bierzta tego małego
zasrańca – powiedział ten ostatni. – Pewnie już mu bońdzioł sflaczał.
Zanim Koala zdążył zrobić
cokolwiek, pochwyciły go mocne dłonie.
- Już się najduch zdążył
ujszczeć! – krzyknął z niesmakiem jeden z mężczyzn i mocniej zacisnął kościste
ręce.
Miś chciał ugryźć jedną z
nich, ale jej właściciel był widać fachowcem w swojej profesji, bo jego uchwyt
nie dość, że był bardzo skuteczny, to jeszcze założony w sposób, który
uniemożliwiał skuteczne kąsanie.
- Trzymaj się! – usłyszał
jeszcze głos Jelonka, zanim wrzucono go do skórzanego worka.
*
Zatrwożony Koala leżał na
boku ze spętanymi rączkami i nóżkami zwrócony pyszczkiem do ściany kremowo
burego koloru. Nie widział swoich ciemiężycieli, słyszał jedynie ich głosy.
- Trza go chyba uśpić –
powiedział mężczyzna. – Będzie wierzgał.
- Jak się dobrze
przywiąże, to nawet nie drgnie – zaoponował drugi.
- E, czy ja wiem? –
jeszcze się weźmie rozedrze gdzie nie trzeba i pójdzie na marne. – Oj, szef by
się nieźle zajeżył.
- Może i racja.
- No to daj mu tego
zaszczyka i zaczynamy.
*
Obudził go łomot i towarzyszący mu ból. Z przerażeniem otworzył
oczy. Leżał rozciągnięty na wysokim pniaku. Jego nienaturalnie rozdęty brzuszek
był gładko ogolony, opinająca go skóra rozciągnięta do granic możliwości i
przytwierdzona nitami do okrągłej obręczy, która jednym brzegiem sięgała jego
podbródka, a druga dostawała do kolan. Gdyby wyciągnął łapki na całą długość i
tak nie dałby rady jej objąć. O środek brzuszka raz po raz uderzały drewniane
pałki, wydobywając z niego głośne, ale nieco głuche dźwięki. Trzymający je
mężczyzna miał skwaszoną minę.
- Wyrobi się – powiedział
drugi z ludzi przysłuchujący się próbom. – Z początku większość instrumentów
nie chce stroić.
- Ale ten brzmi do dupy,
panie Szczaw – nie zgodził się muzyk. – To nie to samo, co brak strojenia.
- Przesadzasz pan. To
całkiem dobry bębenek.
- Mówiłem, żeby kupić w
sklepie zwyczajny werbel. Byłby o wiele lepszy.
- A kogo obchodzi
zwyczajny werbel? Kto kupi bilet, żeby oglądać starego chłopa walącego w
werbel.
- No, no!
- Nie ma się co obruszać.
Takie są fakty. Co innego taki. Sam pan zerknij na nowe afisze.
Szczaw sięgnął po zrolwany
papier i rozwinął go zamaszystym gestem.
- No i?
Duży kolorowy napis
głosił: „Tylko u nas! Jedyny i niepowtarzalny Wielki Winston Panierka i jego
grający miś”. Pod nim skąpany snopami świateł stał muzyk wygrywający pałeczkami
rytmy na Bębenku Koali.
Twarz Winstona Panierki
rozjaśnił szeroki uśmiech.
- No teraz, to co innego –
powiedział pąsowiejąc.
- A coś pan myślał –
ucieszył się Szczaw. – Przecież tu o gruby pieniądz idzie. Ludzie lubią takie
dziwactwa. Inaczej grosza pan nie powąchasz.
- Pan, panie Gerardzie, to
masz łeb nie od parady.
- Ba. To jeszcze nie
wszystko. Daj no pan tę pałkę. Teraz pan uważaj.
To powiedziawszy zamachnął
się i walnął w środek brzuszka Bębenka. Dźwiękowi towarzyszył piskliwy krzyk
Koali. Walnął jeszcze dwa razy i usłyszeli dwa piśnięcia.
- Widzisz pan – powiedział
zadowolony Szczaw. – Masz pan dwa w jednym. Tylko za często tak pan nie wal, bo
jeszcze gotów popękać i trzeba będzie szyć.
- Jak już się wyrobi, to
będzie można naparzać do woli. – Winston pogłaskał misia po czole. – Prawda
mały?
Bębenek zemdlał.
*
- Powtórz jeszcze raz –
powiedział zatrwożony Kaładze.
- Jelonek Kaładze w Afryce
mieszka, czarną ma skórę ten nasz Jelonek – posłusznie wyrecytował Bębenek.
- Matko kochana – jęknął
Jelonek. – Co oni chcą ze mną zrobić?
Strach Jelonka Kaładze nie
był bezpodstawny, Bębenek zacytował mu bowiem tekst wierszyka, jaki przypadkowo
usłyszał w sali prób zaraz po jednym ze swoich występów z Wielkim Winstonem
Panierką.
- Co to może znaczyć?
- Nie mam pojęcia – odparł
Koala. – Najwyraźniej twoja rola łosia zbliża się ku końcowi. Znudziłeś się
ludziom i przymierzają się, by przerobić cię na afrykańskiego jelonka,
cokolwiek to oznacza.
Kaładze popatrzył na
towarzysza z wyrzutem. Lubił Koalę. Ale niestety jego sukces w roli Bębenka był
prawdopodobnie przyczyną spadku popularności Jelonka Kaładze. Odkąd Bębenek
zaczął występować z Wielkim Winstonem Panierką, ludzie zaczęli domagać się
dalszych zmian repertuaru, który był podobno zbyt monotonny i nudny.
Przynajmniej takie krążyły plotki. Kaładze początkowo nie dawał im wiary, ale
ostatnia wiadomość przyniesiona przez Bębenka zdawała się jednak je
potwierdzać.
- O ja pierdolę –
westchnął coraz mocniej przejęty Jelonek. – Czarną ma skórę? Tak śpiewali?
Jesteś pewien?
- Dokładnie tak.
- Kurwa.
- Ciesz się, że chociaż w
dalszym ciągu jelonek.
- Też mi pocieszenie. Nie
chcę być Murzynem. U nas w Gruzji nigdy nie było i nie ma murzynów. Jak w ogóle
można być Murzynem?
- No nie gadaj. A jakby
tak w miejsce jelonka zamiast murzyna miał być, sam nie wiem, dajmy na to
krokodyl? Albo jakieś drzewo?
- To może by wzięli kogoś
innego, a nie mnie? Czemu przerabiać za drzewo akurat Jelonka?
- Oni śpiewali „Kaładze”.
Poza tobą nie ma nikogo innego o tym imieniu.
- No faktycznie.
- Ale może chodzi o innego
Jelonka Kaładze? – wtrącił Struś Parówka, nawiasem mówiąc, biedny ptak.
Struś był przez innych
ignorowany i jego zdanie niewiele znaczyło, ale że nikt nie mógł być pewien swojej przyszłości, od
czasu do czasu był dopuszczany do wspólnych debat. Najczęściej uwagę poświęcał
mu Goryl Równiacha, z którym Struś od kilku miesięcy występował w duecie w
bardzo popularnym wśród widzów programie choreograficznym pod tytułem „Równość
i tolerancja”. Parówka nienawidził Równiachy, mimo iż był świadom, że to nie
Goryl wpadł na pomysł ich wspólnego występowania. Ptak podejrzewał za to, że
Równiacha lubi ten program, choć zawsze zarzekał się, że jest inaczej.
Tym razem to też nie kto
inny, tylko Goryl poparł pomysł Parówki.
- Właśnie – zawtórował
Strusiowi. – Pewnie miałeś w Gruzji jakąś rodzinę?
Kaładze przełknął.
- O nie – jęknął. – Tylko
nie to. Wystarczy już Jelonków w tym przeklętym miejscu.
- Ale to niestety możliwe
– rzekł Bębenek.
Kaładze westchnął
żałośnie, ale po chwili się rozpromienił.
- Ależ ze mnie tłumok –
powiedział. – Przecież ze wszystkich Jelonków w mojej rodzinie, tyko ja jeden
miałem na imię Kaładze.
Zaraz jednak posmutniał.
- Czyli o mnie chodzi –
rzekł z rezygnacją.
- Nie przejmuj się –
próbował pocieszyć go Równiacha. – Pewnie tylko ufarbują ci futro i później...
- Ufarbują futerko? –
przerwał Jelonek. – Widziałeś kiedyś afrykańskie Jelonki? Wiesz coś o nich?
- No właściwie to chyba
nie – przyznał Goryl. – W sumie to dziwne.
- Też tak myślę! –
zacietrzewił się Kaładze. – Siedzicie tylko pochowani po krzakach, wpierdalacie
banany i korzonki i w dupie macie Jelonki!
- O co ci chodzi? –
obruszył się Bębenek. – Chciał tylko być miły.
- Afrykańskie Jelonki nie
mają w ogóle sierści! – krzyknął Kaładze. – Rozumiecie, co to oznacza? Całego
mnie ogolą na łyso i wypastują, jak oficerki! Będę się świecił, jak Gorylowi
jaja i będę czarny! Cały czarny! O ja nieszczęsny!
Na chwilę zapanowało
niezręczne milczenie. Przerwał je Kolala.
- Tego nie wiedziałem –
przyznał kwaśno. – Tak jak i nie wiedziałem, że jesteś…
- Ja też jestem czarny, i
co? – wtrącił obruszony Równiacha. – Mam z tego powodu płakać? Gorsze rzeczy
mam na głowie – dodał z udawaną niechęcią wskazując na Parówkę, który skulił
się z bojaźnią w rozbieganych oczach. – Masz coś do czarnych? – zakończył hardo
zwracając się do Jelonka.
- Nie mam nic do goryli –
odparł z rezygnacją Kaładze. – Ale też nie chciałbym być jednym z nich. Chcę
być zwykłym Jelonkiem.
Wszyscy wpatrywali się w
Kaładze z niepewnymi minami nie wiedząc, co też myśleć o słowach Jelonka.
Pierwszy odezwał się
Bębenek.
- Jesteś jakimś pieprzonym
rasistą! – huknął.
- Nie jestem żadnym
rasistą! Nie chcę tylko być Murzynem!
*
Winston Panierka siedział
przed lustrem w swojej przyczepie. Był wczesny wieczór, do występu pozostało
niecałe czterdzieści minut. Przyjrzał się swojemu odbiciu. Odkąd dzięki jego
występom z Bębenkiem Koalą cyrk zaczął osiągać znaczne dochody widocznej
poprawie uległ jego image. Miał doskonale dopasowaną perukę, makijaż, który nie
rozpływał się pod wpływem temperatury, satynowe szaty najwyższej jakości oraz
solidnie wykonane akcesoria. Był ulubieńcem tłumu.
- A to skurwysyn –
powiedział Winston spluwając na drewnianą podłogę.
Pomstował tak na
wspomnienie rozmowy z właścicielem cyrku, Gerardem Szczawiem, który
kategorycznie odmówił mu podwyżki. Idąc na rozmowę z szefem Winston zakładał,
że może i nie uda mu się wynegocjować podwojenia gaży, ale był pewien, że
dostanie przynajmniej sześćdziesiąt, albo i siedemdziesiąt procent. I co? I
gówno! Szczaw go wyśmiał.
- Słuchaj, śmieciu –
powiedział do niego. – Gdyby nie ja, dalej żonglowałbyś pomidorami, puszczał
nosem bańki i pierdział konfetti. To ja wymyśliłem Bębenka i dałem ci możliwość
pracy z nim. A ty bez niego nie znaczysz nic. Rozumiesz. Zero – krzyknął
uderzając pięścią w stół. – I zapamiętaj sobie. Koala należy do mnie. Beze mnie
byłbyś niczym. Jednym z wielu podrzędnych pajaców rozśmieszających gawiedź
robieniem z siebie durnia. Nie gadaj mi więc o pieniądzach tylko spierdalaj do
roboty, a jak ci się nie podoba, to droga wolna. Wezmę na twoje miejsce byle
aktorzynę i jeszcze mi za to podziękuje.
- A to chuj niewdzięczny –
sapnął Panierka na wspomnienie tej kompromitującej go rozmowy. – Ja ci jeszcze
pokażę, chytry cwaniaczku. Albo ja, albo nikt.
Winston raz jeszcze
przyjrzał się wykonanym dla niego na zamówienie pałeczkom. Gdy nacisnęło się
maleńką dźwignię ukrytą w rękojeści, z czubków pałeczek odpadały kulki, a na
ich miejsce wysuwały się ostro zakończone metalowe haczyki, przypominające
szpony drapieżnika. Uśmiechnął się na ich widok przebiegle. Wspaniale będzie
móc je wypróbować.
W tym momencie usłyszał za
oknem jakiś rumor i szybko wybiegł przed przyczepę. Żywego ducha. Tylko targane
powiewami wiatru gałęzie bujnej paproci raz po raz uderzały w boczną ścianę
przyczepy. Nawet jeśli ktoś się w nich krył, było już zbyt ciemno, by go
dostrzec.
*
Bębenek Koala
przygotowywał się do występu w tradycyjny sposób. Ćwiczył mięśnie brzuszka,
nacierał go olejkami, które nadawały skórze większej elastyczności i czyniły ją
bardziej odporną na uszkodzenia. Golić jej już nie musiał, bo po kilku
miesiącach intensywnych prób i występów, w ogóle przestała już rosnąć.
Właśnie zamierzał
wstrzyknąć sobie w brzuszek miejscowe znieczulenie, gdy ze swojego występu
wrócił podekscytowany Jelonek Kaładze. Gdy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi
powiedział podekscytowany.
- Słuchaj. Musisz stąd
uciekać. Inaczej nie przetrwasz występu.
- No co ty? – nie przejął
się Koala. – Już przywykłem. Gorzej mogłem trafić – dodał wspominając jaką
traumę przeżył Jelonek.
- No to uważaj –
kontynuował Kaładze. – Wielki Winston Panierka zamierza cię dziś podczas
występu podziurawić jak sito.
Koala milczał.
- Poszarpał się z szefem o pieniądze i kazał
wykonać dla siebie specjalne pałeczki ze szpikulcami, takimi którymi można
rozszlachtować wieprzka, a co tu dopiero mówić o wyeksploatowanym torbaczu!
- Bredzisz – zaoponował
niepewnie Bębenek, ale widać już było, że zaczyna poważniej traktować słowa
Jelonka. – I niby skąd ty to wiesz?
- Nieważne. Ważne, żeby…
- Skąd wiesz? – upierał
się Koala.
- Od Mietka Papugi.
- Acha.
Mietek Papuga mieszkał w
drucianej klatce i był ulubieńcem Szczawia. Nie miał żadnych obowiązków i nie
występował przed publicznością, ale mimo to nie był też szczęśliwym ptakiem.
Żeby zostać papugą musiał przejść skomplikowany zabieg zakrzywiania dzioba i
trening prostowania sylwetki. O ile tan drugi proces jako tako się powiódł, to
operację trudno było zaliczyć do udanych. Mietek był wcześniej zwyczajnym
gołębiem. Teraz miał pofarbowane pióra i dziób z plastiku, co bardzo utrudniało
mu przyjmowanie pokarmu.
- Ale to jeszcze nic –
kontynuował podekscytowany Kaładze. – Gdy schodziłem dziś ze sceny zauważyłem
dziwnego jegomościa, kryjącego się za kulisami niedaleko przyczepy Winstona.
Może bym i na niego nie zwrócił uwagi, ale wyraźnie starał się ukryć, to i mnie
zainteresowało. Zaczaiłem się więc w paprociach pod przyczepą Panierki i
czekałem. Mało brakowało i by mnie zauważył. Dobrze, że jestem czarny…
Jelonek zamilkł. Jego oczy
rozbłysły nadzieją.
- Co było dalej?
- Co?
- I co się stało u tego
cholernego Panierki?
- Acha – podjął Kaładze
jak wyrwany z letargu. – Czekałem niedługo. Chwilę później pojawił się Winston.
- Czego tu? – warknął na
nieznajomego. – Coś za jeden?
- Jestem Jerry Zawleczka –
odparł nieznajomy wyraźnie charakterystycznym, dźwięcznym młodzieńczym głosem.
– Czeladnik od rzemieślnika.
Winston rozejrzał się
nerwowo na boki, przybliżył się do przybysza i syknął przez zęby.
- Przecież mówiłem
wyraźnie, żebyście się tu nie pokazywali.
- Ale szef zachorował,
Mistrzu – odparł Zawleczka. – Jest w szpitalu.
- Co?!
Twarz Winstona przybrała
purpurowy odcień.
- A moje pałeczki? –
parsknął. – Zawarliśmy umowę. Miałem je dziś odebrać! Za pół godziny!
- Ja właśnie dlatego tu
jestem – odparł czeladnik. – Szef wykonał je już wczoraj, ale nie
dostarczaliśmy, bo pan zabronił tu przychodzić. Ale wobec jego choroby…
- Masz je ze sobą?
- Mam.
Kaładze westchnął
przerywając relację. Koala przyglądał mu się z nutą niepokoju, chociaż jego
twarz głównie znamionowało niezrozumienie.
- No i poszli do przyczepy
Panierki – podjął po chwili Jelonek. – A ja podglądałem przez okno. To było
straszne.
Kaładze opisał Bębenkowi
sposób działania pałeczek i Koala mocno pobladł. Futerko stanęło mu sztywno,
jak dojrzałe zborze, łapki zaczęły drżeć, pudełeczko z kremem wypadło na
podłogę i poturlało się pod zamkniętą skrzynkę z łańcuchami, uprzężą i różnymi
narzędziami tortur, które miały im na co dzień przypominać jakie są
konsekwencje niesubordynacji.
- To co ja mam zrobić?
- Musisz uciekać!
- Ale jak? Dokąd?
Jelonek zmarszczył chrapy.
- Nie wiem – odparł
bezradnie. – Jestem tylko Jelonkiem.
- Może przez rurę
bardaszaną? – podsunął Struś, który dotychczas trzymał głowę w małym otworze
wydziobanym w podłodze.
Oczy misia przez chwilę
zapłonęły nadzieją, ale zaraz ponownie posmutniały.
- Nie zmieszczę się –
odparł wskazując na bębenek.
- No to…
Jelonek nie dokończył.
Przeszkodziło mu echo kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się sam Wielki
Winston Panierka.
- No mały – powiedział. –
Dziś damy taki występ, że zapamiętają go wszyscy do końca swoich dni. Mam
nadzieję, że dużo dzisiaj jadłeś.
*
- Przed państwem Wielki
Winston Panierka i jego grający miś, Bębenek Koala!
Konferansjer zszedł z
areny, a publiczność wybuchła szaleńczymi brawami, które jeszcze bardziej się
nasiliły, gdy na scenie pojawił się artysta. Ukłonił się nisko i gestem
poprosił zgromadzonych na widowni o spokój. Po chwili w cyrku zapanowała
względna cisza i Wielki Winston przemówił.
- Szanowni państwo!
Dzisiejszy wieczór będzie czymś szczególnym. Nie tylko dla państwa, ale i dla
mnie również. Kochani! Czeka was przeżycie niezapomniane, niepowtarzalne i nie
podobne do niczego, co już kiedykolwiek widzieliście i jeszcze kiedyś
zobaczycie. Aby ten moment należycie uczcić przygotowałem krótką mowę…
- Nie pierdol! – krzyknęła
niecierpliwa dama z loży.
- Pokaż chuja! – dołączyła
się inna.
Publiczność zaczęła
buczeć, ale uspokoiła się, gdy Winston próbując ratować sytuację zmienił plan i
ponownie uniósł dłoń odsuwając się na bok.
- Panie i panowie! –
krzyknął uroczyście. – Przywitajcie go gorąco! Bębenek Koala!
Gdy na środek areny
wjeżdżał wózeczek, na którym leżał miś, publiczność wprost oszalała. Winston
zajął swoje miejsce i gdy ponownie zrobiło się cicho puścił w ruch pałeczki. Po
chwili wnętrze namiotu wypełniły subtelne, liryczne dźwięki wprawiające publiczność
w odprężenie i błogostan. Winston Panierka nie na darmo otrzymał przydomek
Wielki. Jego gra była nie porównywalna z niczym. Był tego świadom. I to jeszcze
mocniej bolało w kontekście słów, jakimi uraczył go Gerard Szczaw. Na to
wspomnienie uderzył mocniej, aż Koala pisnął, co wywołało wśród widowni liczne
jęki, zwiastujące rodzące się w niej emocje.
Gdy po upływie kwadransa
targana namiętnościami, na przemian krzycząca, jęcząca i pomrukująca
publiczność była już rozgrzana niemal do białości, Winston zagrał cichutkie
requiem i zwolnił blokadki w uchwytach pałeczek.
To co się dalej działo
przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Widownia wyła. Wył też Bębenek Koala. I
wył Wielki Winston Panierka.
*
- No i tak się to
skończyło – mruknął Winston przypalając niedopałek szczapą wydobytą z ogniska.
– Najgorsze jest to, że do tej pory nie mam pewności, kto mnie wówczas
załatwił. Jest kilku podejrzanych, ale… Nawet nie miałem szans, żeby się
rozeznać. Ledwo uniknąłem linczu, musiałem się później przez kilka dni ukrywać,
a potem chyłkiem uciekać z miasta. A wróg cały czas deptał mi po piętach,
zakładał pułapki i czyhał na każdym kroku próbując mnie wykończyć, jakby tego
było mało – parsknął ukazując kikuty palców. – Całe zgromadzone oszczędności
poszły na lekarzy, a i na gówno się to zdało.
Panierka westchnął gorzko
i mocniej otulił się sfatygowanym kocem. Jesień na dobre się już rozgościła,
wieczory stawały się coraz bardziej chłodne, czuć było szybko zbliżającą się,
ostrą zimę. Dziurawe buty i stare łachy nie stanowiły wystarczającej ochrony
przez mrozem. Wątpił, by udało mu się przetrwać kolejną zimę. W podobnej
sytuacji byli zresztą i pozostali członkowie tej godnej pożałowania małej
społeczności wyrzutków zamieszkujących wysypisko. Musi czym prędzej się stąd wynieść.
- Ale ja wiem.
Głos należał do
szczupłego, opatulonego płachtą brezentu nieznajomego, który dołączył do nich
dzisiejszego ranka. Początkowo chcieli go przepędzić, ale zmienili zdanie, gdy
spod płachty przykrywającej ciągnięty za sobą rozklekotany wózek wyciągnął
gąsiorek samogonu.
Oczy wszystkich
momentalnie skierowały się ku nowemu przybyszowi. Od ładnych kilku lat
przysłuchiwali się różnym opowieściom Panierki i możliwość poznania rozwiązania
najważniejszej z nich wyraźnie ich ożywiła.
- Co ty nie powiesz –
rzekł podejrzliwie Winston. – Właściwie, to ktoś ty?
Nieznajomy wstał, wolnym
krokiem podszedł do Panierki i energicznym gestem zrzucił okrywającą go szatę.
- Długo cię szukałem,
bydlaku – odparł. – Jestem Jerry Zawleczka.
Panierka na chwilę się skulił,
jakby tuż za jego głową z całych sił uderzono w talerze, a zaraz potem
podskoczył, jak ktoś, kto nagle odkrywa, że siedzi na mrowisku.
- Ty sukinsynu! –
krzyknął, a jego oczy zapłonęły szaleńczą furią odkrywcy. – Tak! To ty
podmieniłeś pałeczki podstępny sukinsynu!
Zawleczka milczał
napawając się widokiem rozgorączkowanego Winstona. A było na co popatrzeć. Tak
niegdyś dumny, zwany Wielkim, dziś był wrakiem, cieniem swojego echa. Jerry nie
czuł do niego nic poza nienawiścią.
- Ale dla czego? – krzyknął
Panierka.
Na chwilę zapanowało
milczenie. W oczekiwaniu na odpowiedź przestali nawet szemrać towarzysze
Panierki, którzy poruszeni niecodziennymi wydarzeniami zaczęli wypełzać z
różnych zakamarków i licznie gromadzić się wokół ogniska. Wszyscy wpatrywali
się w Jerryego z ciekawością, wręcz z fascynacją, jakby zaraz miał im udzielić
odpowiedzi na od dawna nurtujące ich pytanie. Niejedni wstrzymali oddech.
- Bo kocham Koalę.
Głos był pewny i
dźwięczny, a jego moc na wskroś przesycona szczerym uczuciem spowodowała, że
zgromadzeni przypadli do ziemi. Jerry Zawleczka niemal uroczyście dobył ostrej,
zakrzywionej szabli, uniósł ją oburącz wysoko i gdy na jej klindze zagrały
świetlne refleksy dźgnął Panierkę w wańc i zaraz energicznie pociągnął w górę
upodobniając go do przejrzałego pomidora, z którego wnętrza po nacięciu
wyciekają ziarenka i miąższ.
Oczy Winstona szybko
zaszły mgłą. Zanim wyzionął ducha jego uszy wyłowiły subtelne dźwięki
cichutkiego requiem dobiegając z okrytego derką wózka.
21.06; 10,15,16.11.2010r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz