Fantastyczny Billy Dwa Kolana Ślizgawka był
niezwykle skutecznym fachowcem, który, co może dziwić, swój kunszt zawdzięczał
fizycznej ułomności swojego ciała. Chociaż może nie do końca o ułomność
chodziło. Bardziej zasadne byłoby stwierdzenie, że Ślizgawka miał budowę anatomiczną
ciała nieco odmienną, niż ma to miejsce u przeciętnego przedstawiciela gatunku.
Otóż Ślizgawka miał w każdej nodze po dwa kolana. Odmienność ta sprawiła, że od
najmłodszych lat Billy miał poczucie, że jest inny niż wszyscy, co nie
pozostało bez wpływu na jego rozwój emocjonalny.
Gdy Dwa Kolana był jeszcze dzieckiem,
rówieśnicy bali się go sądząc, że chłopiec może być pokątnym krewniakiem
mońciocha. Ale Billy nie był krewniakiem mońciocha. Co prawda miał po dwa
kolana w każdej nodze, ale jego stawy zginały się w tym samym kierunku, co od
mońciocha diametralnie go odróżniało. Jednakże to nie owe podobieństwa, czy
różnice były najważniejsze. Najbardziej istotnym był sam fakt posiadania dwóch
kolan w każdej kończynie, co czyniło Billyego osobliwym wybrykiem natury.
Na szczęście owo wynaturzenie nie stało się
dla niego, zgodnie z przewidywaniami rodziny, przekleństwem. Przeciwnie, z
czasem anatomiczna odmienność stała się fenomenem, dzięki któremu Ślizgawka
zaczął zarabiać na życie. I to całkiem nieźle. Zaczęło się od lekcji wychowania
fizycznego w powszechnej podstawówce, do której uczęszczał (początkowo chciano
odesłać go do szkoły specjalnej, ale z uwagi na względną sprawność fizyczną i
brak widocznych uszczerbków psychicznych, wyjątkowo pozwolono mu uczyć się z
innymi dziećmi, uznanymi społecznie za normalne.). Któregoś dnia na jedną z
lekcji, na specjalne zaproszenie dyrektora szkoły, przybył cieszący się lokalną
sławą i popularnością Monthy Skakanka, bardziej rozpoznawany przez publiczność
jako Niesamowity Gumochłop. Monthy urządził dla dzieci i grona nauczycielskiego
specjalny pokaz elastyczności, w trakcie którego zaprezentował nieprawdopodobne
możliwości giętko-rozciągliwe swojego ciała. Wśród aplauzu publiczności występ
magika zakończył się popisowym numerem ze skakanką. Numer polegał na złożeniu
się Gumochłopa w pół pod kątem bliskim stu osiemdziesięciu stopni i zadarciu
nóg w górę na plecy w taki sposób, by stopy sterczały piętami do przodu na
blisko pół metra ponad głowę. Po przybraniu takiej pozycji Monthy puszczał w
ruch skakankę i podskakując wyłącznie na lędźwiach, jak na gumowej piłce (albo też
piłkach), śpiewał popularny szlagier z repertuaru Saksofonisty pt. „Czy
ktokolwiek wie, dlaczego mój ukochany wujek Leon spierdolił traktorem do Rio”.
Oklaskom i wiwatom nie było końca. Po kilku
bisach zmęczony artysta zaproponował, czy może któreś z dzieci zechciałoby
spróbować pod jego czujnym okiem wykonać jakiś mniej skomplikowany numer ze
skakanką. Oczywiście chętnych było co niemiara, ale wszystkie występy minęły
bez większych emocji. Aż do momentu, gdy na scenie pojawił się nieśmiały Billy
Ślizgawka. Początkowo, lekko znudzony dotychczasowym przebiegiem ćwiczeń mistrz
nie wyraził większego zainteresowania Billym, bo chłopiec mając na sobie długie
drelichy nie zdradzał większych anomalii fizycznych. Na pierwszy rzut oka
odznaczał się tylko odchyloną w tył sylwetką i długim, wysokim krokiem, jakby
próbował pokonywać niewielki murek, za którym znajduje się spora kałuża, czego
dokonanie utrudniały mu zbyt ciężkie buty. No ale przecież sam dziwny krok nie
mógł zrobić wrażenia na takim mistrzu, jakim był Monthy Skakanka. Stan ten się
zmienił dopiero, gdy chłopiec zzuł krępujące ruchy spodnie i wciągnął na chude
pośladki błyszczące, jedwabiste szorty. Gdy Billy chwycił skakankę szczęka
Niesamowitego Gumochłopa zaczęła wolno opadać, przez co, zważywszy na rozciągliwość
skóry i kośćca mistrza, pod koniec występu sięgała połowy piersi. A tym czasem
Ślizgawka w najlepsze złożył się w pół zarzucając sobie od tyłu nogi przez
barki. Dzięki dwóm kolanom uzyskał do tego znakomity rezultat, jakim było
zaplecenie nóg pod pachami i przerzucenie ich nad głową po raz kolejny. Efekt
był piorunujący. Początkowo salę gimnastyczną ogarnęła niemal nabożna cisza,
ale gdy Billy dodatkowo zaczął podskakiwać na lędźwiach nad puszczoną w ruch
skakanką, mistrz zaskowytał z zachwytu, do którego zaraz dołączyli pozostali. I
nie było już ważne, że Billy zupełnie położył szlagier Saksofonisty. Został
okrzyknięty przez Monthyego nową nadzieją giętkości w sztuce i jeszcze tego
samego dnia zaapelował do rodziny Billyego, by oddali mu chłopca na praktykę i
szkolenie. Oczywiście rodzice ofertę przyjęli, zwłaszcza, że mistrz zaoferował
szkolenie darmowe oraz ekwiwalent za rozłąkę z dzieckiem, w postaci trzech
pękatych sakiewek lokalnej waluty.
Sam Billy początkowo bardzo cieszył się ze
zmiany, jaka zaszła w jego dotychczas monotonnym życiu. Jego radość nie trwała
długo. W zasadzie, to nawet na dobre nie zdołał zaznać szczęścia na praktyce u
mistrza. Monthy okazał się niestety zawistnym i podstępnym człowiekiem, który
gdy tylko opuścili rodzinne strony chłopca, chciał pogruchotać mu kolana
motyką. Poczekał aż zmęczony emocjami Billy zaśnie w okrytym plandeką wozie i
upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żywej duszy, ani tym bardziej ciała,
przystąpił do swojego niecnego planu. Tylko dzięki nieprawdopodobnemu łutowi
szczęścia Ślizgawka wyszedł z opresji bez szwanku. Otóż w momencie, gdy
Skakanka, zaraz po wzięciu potężnego zamachu, opuścił oręż na kończyny
pogrążonego we śnie Billego, temu przyśniło się, że bierze udział w popularnych
zawodach w podskakiwaniu w górę z miejsca na czas, bez możliwości powtórki. W
momencie druzgoczącego uderzenia, Ślizgawka wykonał we śnie mistrzowski skok,
czego wyrazem na jawie było gwałtowne podkurczenie nóg i następnie równie
energiczne ich rozprostowanie. Sen chłopca sprawił, że motyka huknęła w pryczę,
a zdezorientowany Monthy, straciwszy równowagę, poleciał na nią bezwładnie, by
zaraz otrzymać morderczy cios w klatkę piersiową zadany powracającymi na swoje
miejsce stopami. Gdy przerażony Billy z krzykiem zerwał się z posłania, przez
mgnienie oka, zobaczył tylko skrajnie zdziwioną twarz Monthyego, która
błyskawicznie oddalała się od wozu znikając w ciemnościach. Tuż przed tym, jak
nogi Billyego wyekspediowały niedoszłego zamachowca za burtę wozu, ten zdołał
jednak złapać się sprytnymi i silnymi dłońmi za rusztowanie wozu. Uchwyt
sprawił, że jego palce, potem, nadgarstki, dalej przedramiona, ramiona i
wreszcie obojczyki rozciągnęły się do granic możliwości, które nawet u
Niesamowitego Gumochłopa musiały zostać końcu osiągnięte. Wówczas Monthy na
ułamek sekundy zawisł w bezruchu, by zaraz potem z niesamowitą prędkością
pomknąć z powrotem ku drewnianemu przeznaczeniu.
Błyskawiczne wydarzenia, niespodziewanie tak
tragiczne w skutkach dla Monthyego, miały równie gwałtowny przebieg i dla
Billyego. Dla niego były jednak zgoła odmienne w następstwach. Znikająca w
ciemności twarz Skakanki po chwili ponownie pojawiła się w zasięgu wzroku
chłopca zbliżając się ku niemu i rosnącą prędkością. Monthyemu nie pomogły
wszelkie próby wyhamowania prędkości. Mknący ku wozowi mistrz otworzył szeroko
usta niewiarygodnie wydymając policzki, które rozwierając się, zaokrągliły się
wypełnione powietrzem i załopotały na wietrze zmniejszając impet uderzenia. Ale
było za późno. Skakanka uderzył w tępą krawędź stropu wozu czołem pozostawiając
je na zewnątrz. Reszta jego ciała tylko śmignęła obok zdezorientowanego i
przerażonego Ślizgawki, przeleciała cały wóz na wylot i roztrzaskała się o
skały na setki mniejszych i większych cząstek, jak śnięta chełbia.
Wszystko to trwało chwilę. Chłopiec przez
moment kompletnie nie zdawał sobie sprawy z zaistniałych wydarzeń i sądząc, że
to senny koszmar, padł wycieńczony na posłanie. Kiedy przebudził się po kilu
godzinach, po ciele Skakanki nie było już śladu – wszystko rozwlekły małe pleśniaki
preriowe i inni drobni padlinożercy. Po mistrzu zostało tylko czoło, które
zawisło u sklepienia wozu. Dostrzegając w całym tym zajściu rodzaj transcendentnej
opatrzności Billy uznał, że najwyższy już czas przestać być chłopcem. Teraz
nadeszła jego kolej. Los dał mu szansę i on musi ją wykorzystać.
Z kości czołowej mistrza młodzieniec, przy
pomocy rylca i scyzoryka, wykonał ozdobną miniaturkę dwukomorowego
zlewozmywaka, którą za całkiem pokaźną sumkę sprzedał kolekcjonerowi na
odpuście. Skórę rozciągnął, przyciął na miarę, przefastrygował i od tej pory
skutecznie służyła mu za przeciwdeszczową pelerynę. W ten sposób zaczęła się
dla chłopca nowa era. Era Fantastycznego Billyego Dwa Kolana Ślizgawki.