przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


wtorek, 6 października 2015

Dwa Kolana

Fantastyczny Billy Dwa Kolana Ślizgawka był niezwykle skutecznym fachowcem, który, co może dziwić, swój kunszt zawdzięczał fizycznej ułomności swojego ciała. Chociaż może nie do końca o ułomność chodziło. Bardziej zasadne byłoby stwierdzenie, że Ślizgawka miał budowę anatomiczną ciała nieco odmienną, niż ma to miejsce u przeciętnego przedstawiciela gatunku. Otóż Ślizgawka miał w każdej nodze po dwa kolana. Odmienność ta sprawiła, że od najmłodszych lat Billy miał poczucie, że jest inny niż wszyscy, co nie pozostało bez wpływu na jego rozwój emocjonalny.
Gdy Dwa Kolana był jeszcze dzieckiem, rówieśnicy bali się go sądząc, że chłopiec może być pokątnym krewniakiem mońciocha. Ale Billy nie był krewniakiem mońciocha. Co prawda miał po dwa kolana w każdej nodze, ale jego stawy zginały się w tym samym kierunku, co od mońciocha diametralnie go odróżniało. Jednakże to nie owe podobieństwa, czy różnice były najważniejsze. Najbardziej istotnym był sam fakt posiadania dwóch kolan w każdej kończynie, co czyniło Billyego osobliwym wybrykiem natury.
Na szczęście owo wynaturzenie nie stało się dla niego, zgodnie z przewidywaniami rodziny, przekleństwem. Przeciwnie, z czasem anatomiczna odmienność stała się fenomenem, dzięki któremu Ślizgawka zaczął zarabiać na życie. I to całkiem nieźle. Zaczęło się od lekcji wychowania fizycznego w powszechnej podstawówce, do której uczęszczał (początkowo chciano odesłać go do szkoły specjalnej, ale z uwagi na względną sprawność fizyczną i brak widocznych uszczerbków psychicznych, wyjątkowo pozwolono mu uczyć się z innymi dziećmi, uznanymi społecznie za normalne.). Któregoś dnia na jedną z lekcji, na specjalne zaproszenie dyrektora szkoły, przybył cieszący się lokalną sławą i popularnością Monthy Skakanka, bardziej rozpoznawany przez publiczność jako Niesamowity Gumochłop. Monthy urządził dla dzieci i grona nauczycielskiego specjalny pokaz elastyczności, w trakcie którego zaprezentował nieprawdopodobne możliwości giętko-rozciągliwe swojego ciała. Wśród aplauzu publiczności występ magika zakończył się popisowym numerem ze skakanką. Numer polegał na złożeniu się Gumochłopa w pół pod kątem bliskim stu osiemdziesięciu stopni i zadarciu nóg w górę na plecy w taki sposób, by stopy sterczały piętami do przodu na blisko pół metra ponad głowę. Po przybraniu takiej pozycji Monthy puszczał w ruch skakankę i podskakując wyłącznie na lędźwiach, jak na gumowej piłce (albo też piłkach), śpiewał popularny szlagier z repertuaru Saksofonisty pt. „Czy ktokolwiek wie, dlaczego mój ukochany wujek Leon spierdolił traktorem do Rio”.
Oklaskom i wiwatom nie było końca. Po kilku bisach zmęczony artysta zaproponował, czy może któreś z dzieci zechciałoby spróbować pod jego czujnym okiem wykonać jakiś mniej skomplikowany numer ze skakanką. Oczywiście chętnych było co niemiara, ale wszystkie występy minęły bez większych emocji. Aż do momentu, gdy na scenie pojawił się nieśmiały Billy Ślizgawka. Początkowo, lekko znudzony dotychczasowym przebiegiem ćwiczeń mistrz nie wyraził większego zainteresowania Billym, bo chłopiec mając na sobie długie drelichy nie zdradzał większych anomalii fizycznych. Na pierwszy rzut oka odznaczał się tylko odchyloną w tył sylwetką i długim, wysokim krokiem, jakby próbował pokonywać niewielki murek, za którym znajduje się spora kałuża, czego dokonanie utrudniały mu zbyt ciężkie buty. No ale przecież sam dziwny krok nie mógł zrobić wrażenia na takim mistrzu, jakim był Monthy Skakanka. Stan ten się zmienił dopiero, gdy chłopiec zzuł krępujące ruchy spodnie i wciągnął na chude pośladki błyszczące, jedwabiste szorty. Gdy Billy chwycił skakankę szczęka Niesamowitego Gumochłopa zaczęła wolno opadać, przez co, zważywszy na rozciągliwość skóry i kośćca mistrza, pod koniec występu sięgała połowy piersi. A tym czasem Ślizgawka w najlepsze złożył się w pół zarzucając sobie od tyłu nogi przez barki. Dzięki dwóm kolanom uzyskał do tego znakomity rezultat, jakim było zaplecenie nóg pod pachami i przerzucenie ich nad głową po raz kolejny. Efekt był piorunujący. Początkowo salę gimnastyczną ogarnęła niemal nabożna cisza, ale gdy Billy dodatkowo zaczął podskakiwać na lędźwiach nad puszczoną w ruch skakanką, mistrz zaskowytał z zachwytu, do którego zaraz dołączyli pozostali. I nie było już ważne, że Billy zupełnie położył szlagier Saksofonisty. Został okrzyknięty przez Monthyego nową nadzieją giętkości w sztuce i jeszcze tego samego dnia zaapelował do rodziny Billyego, by oddali mu chłopca na praktykę i szkolenie. Oczywiście rodzice ofertę przyjęli, zwłaszcza, że mistrz zaoferował szkolenie darmowe oraz ekwiwalent za rozłąkę z dzieckiem, w postaci trzech pękatych sakiewek lokalnej waluty.
Sam Billy początkowo bardzo cieszył się ze zmiany, jaka zaszła w jego dotychczas monotonnym życiu. Jego radość nie trwała długo. W zasadzie, to nawet na dobre nie zdołał zaznać szczęścia na praktyce u mistrza. Monthy okazał się niestety zawistnym i podstępnym człowiekiem, który gdy tylko opuścili rodzinne strony chłopca, chciał pogruchotać mu kolana motyką. Poczekał aż zmęczony emocjami Billy zaśnie w okrytym plandeką wozie i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żywej duszy, ani tym bardziej ciała, przystąpił do swojego niecnego planu. Tylko dzięki nieprawdopodobnemu łutowi szczęścia Ślizgawka wyszedł z opresji bez szwanku. Otóż w momencie, gdy Skakanka, zaraz po wzięciu potężnego zamachu, opuścił oręż na kończyny pogrążonego we śnie Billego, temu przyśniło się, że bierze udział w popularnych zawodach w podskakiwaniu w górę z miejsca na czas, bez możliwości powtórki. W momencie druzgoczącego uderzenia, Ślizgawka wykonał we śnie mistrzowski skok, czego wyrazem na jawie było gwałtowne podkurczenie nóg i następnie równie energiczne ich rozprostowanie. Sen chłopca sprawił, że motyka huknęła w pryczę, a zdezorientowany Monthy, straciwszy równowagę, poleciał na nią bezwładnie, by zaraz otrzymać morderczy cios w klatkę piersiową zadany powracającymi na swoje miejsce stopami. Gdy przerażony Billy z krzykiem zerwał się z posłania, przez mgnienie oka, zobaczył tylko skrajnie zdziwioną twarz Monthyego, która błyskawicznie oddalała się od wozu znikając w ciemnościach. Tuż przed tym, jak nogi Billyego wyekspediowały niedoszłego zamachowca za burtę wozu, ten zdołał jednak złapać się sprytnymi i silnymi dłońmi za rusztowanie wozu. Uchwyt sprawił, że jego palce, potem, nadgarstki, dalej przedramiona, ramiona i wreszcie obojczyki rozciągnęły się do granic możliwości, które nawet u Niesamowitego Gumochłopa musiały zostać końcu osiągnięte. Wówczas Monthy na ułamek sekundy zawisł w bezruchu, by zaraz potem z niesamowitą prędkością pomknąć z powrotem ku drewnianemu przeznaczeniu.
Błyskawiczne wydarzenia, niespodziewanie tak tragiczne w skutkach dla Monthyego, miały równie gwałtowny przebieg i dla Billyego. Dla niego były jednak zgoła odmienne w następstwach. Znikająca w ciemności twarz Skakanki po chwili ponownie pojawiła się w zasięgu wzroku chłopca zbliżając się ku niemu i rosnącą prędkością. Monthyemu nie pomogły wszelkie próby wyhamowania prędkości. Mknący ku wozowi mistrz otworzył szeroko usta niewiarygodnie wydymając policzki, które rozwierając się, zaokrągliły się wypełnione powietrzem i załopotały na wietrze zmniejszając impet uderzenia. Ale było za późno. Skakanka uderzył w tępą krawędź stropu wozu czołem pozostawiając je na zewnątrz. Reszta jego ciała tylko śmignęła obok zdezorientowanego i przerażonego Ślizgawki, przeleciała cały wóz na wylot i roztrzaskała się o skały na setki mniejszych i większych cząstek, jak śnięta chełbia.
Wszystko to trwało chwilę. Chłopiec przez moment kompletnie nie zdawał sobie sprawy z zaistniałych wydarzeń i sądząc, że to senny koszmar, padł wycieńczony na posłanie. Kiedy przebudził się po kilu godzinach, po ciele Skakanki nie było już śladu – wszystko rozwlekły małe pleśniaki preriowe i inni drobni padlinożercy. Po mistrzu zostało tylko czoło, które zawisło u sklepienia wozu. Dostrzegając w całym tym zajściu rodzaj transcendentnej opatrzności Billy uznał, że najwyższy już czas przestać być chłopcem. Teraz nadeszła jego kolej. Los dał mu szansę i on musi ją wykorzystać.
Z kości czołowej mistrza młodzieniec, przy pomocy rylca i scyzoryka, wykonał ozdobną miniaturkę dwukomorowego zlewozmywaka, którą za całkiem pokaźną sumkę sprzedał kolekcjonerowi na odpuście. Skórę rozciągnął, przyciął na miarę, przefastrygował i od tej pory skutecznie służyła mu za przeciwdeszczową pelerynę. W ten sposób zaczęła się dla chłopca nowa era. Era Fantastycznego Billyego Dwa Kolana Ślizgawki.


Zozo Bohater



Zozo był małym, zwyczajnym, pospolitym, dębowym nosorożcem. Nosorożczykiem. Tak mówili o nim inni mieszkańcy ogrodu zoologicznego. Określenie „nosorożec” było zarezerwowane dla dużych przedstawicieli jego gatunku z wyraźnie rozwiniętym nosorożem. A on nie był wcale duży. Przeciwnie. Był całkowicie malutki. Ot, taki po prostu nosorożczyk z ledwo widocznym nosorożkiem.
Zozo nie wiedział, kiedy się urodził, ani ile miał lat. Nikt tutaj nie zawracał sobie głowy takimi sprawami. Wiek nie miał znaczenia. Liczyło się tylko, ile czasu przebywało się w ogrodzie. Tutaj czas płynął zupełnie inaczej. Nikt się nie starzał, tylko amortyzował. I tak można było być kimś całkiem nowym, nawet wprost spod igły, ale jednocześnie całkowicie zamortyzowanym wskutek, na przykład, jakiegoś nieszczęśliwego wypadku lub innego zdarzenia, w wyniku którego traciło się szeroko pojętą przydatność. W jednej chwili można było w ten sposób stać się kimś, kto na zewnątrz odpowiadał pojęciu „starzec”.
Zozo był tylko odrobinę zamortyzowany, dlatego uchodził wśród innych mieszkańców za młokosa. Jego mikry wzrost nie miał tu nic do rzeczy. Wielkość nic a nic nie oznaczała. Hipopotam Wania był jeszcze mniejszy od niego, a zasiadał w starszyźnie ogrodu. Status taki osiągnął dzięki stażowi, jaki miał w zoo. Był wszak jednym z najstarszych mieszkańców ogrodu, który przy tym nie uległ amortyzacji. Wania taki stan rzeczy zawdzięczał głównie materiałowi, z jakiego został wytworzony. Hipopotam został wykonany z utwardzonego kauczuku, który to był niezwykle odporny na wszelkiego rodzaju uszkodzenia. W zasadzie jedynym symptomem zużycia były u niego odbarwienia i otarcia, które w jego przypadku nie były uważane za istotne wady i uszczerbki, a tym samym nie wpływały istotnie na proces zużycia. W końcu hipopotam był trudny do pomylenia z innym zwierzątkiem. Nawet, gdyby był żółty, lub czarny.
Klasycznym przeciwieństwem Wani był muflon, któremu nie nadano nawet imienia, bo był tylko efektem ludzkiego kaprysu i został wystrugany ze świeżej marchewki. Od razu wiadomym było, że biedak długo nie pociągnie. I tak też się stało – po dwóch dniach był już staruszkiem, a na trzeci uzyskał status całkowicie zamortyzowanego, innymi słowy – trupa.
Powyższe uwarunkowania sprawiały, że każdy nowy przybysz na wstępie przechodził wiekową kwalifikację. Jej wyniki uzależnione były nie od czasu, jaki upłynął od momentu jego wytworzenia, ale właśnie materiału, z jakiego został wykonany. Dlatego też znacznie poobijany i podrapany jelonek zbudowany z aluminium trafił do kategorii młodzików (z lekkim upośledzeniem), zaś całkiem nowiutki ryś został przydzielony do seniorów dlatego, że budulcem jego ciała był nisko ceniony gips.
Tyle gwoli wprowadzenia. Zozo był więc młodym nosorożczykiem. Solidne wykonanie sprawiło, że już po niedługim okresie pobytu w ogrodzie został przydzielony do zespołu szybkiego, bezpośredniego i gwałtownego reagowania, sekcji szpiegowsko-dywersyjno-desantowo-szturmowej. Poza nim w komórce był jeszcze dorodny guziec o domniemanym latynoskim rodowodzie, zwany przez towarzyszy El Warchlaczczi. El Warchlaczczi wykonany był z wielce cenionego budulca – z kości. W dodatku świńskiej, co czyniło go bardziej od większości autentycznym. Guziec był wielce porywczy i dla tego potrzebował permanentnego nadzoru, co nie czyniło z niego zbyt dobrego szpiega. Ale za to był nieocenionym agentem w sytuacjach wymagających zdecydowanego działania. W akcjach nakazujących gwałtowne ruchy szturmowe stanowił niezawodny oddział jednoosobowy.
Poza Zozo i El Warchlaczczim do zespołu należał ołowiany jenot o imieniu Nieżywy, który był całkowitym przeciwieństwem El Warchlaczcziego. Powolny, mało energiczny, wprost odpowiadający sposobem bycia materiałowi, z którego był wykonany. Jego zalety, to anielska cierpliwość i umiejętność udawania trupa przez nieograniczoną ilość czasu.
Skład zespołu zamykała niezastąpiona w sztuce podchodów i walki podjazdowej ebonitowa hiena Chytrusek. Jej przebiegłość sprawiała, że stanowiła mózg sekcji.
Zozo, El Warchlaczczi, Nieżywy i Chytrusek to była ekipa na sto dwa. Zespół do zadań specjalnych, jakiego nigdy nie dochowało się zoo. Dlatego też starszyzna uznała, że nadszedł czas, by przystąpić do misji, którą u zarania dziejów ogrodu zapisano w Wielkiej Księdze Proroctw. A stało w niej, że „pewnego dnia czterej jeźdźcy odnajdą drogę ku wolności”.
Na dzień przeprowadzenia misji wyznaczono Dzień Wielkiej Wody. Tego dnia można było zginąć, lub nie. Czyli, w sumie dzień, jak każdy inny. Tyle, że szansa na śmierć była dużo większa niż kiedy indziej. W Dniu Wielkiej Wody przez ogród przetaczała się Czyścicielka, czyli tryskająca gryząca pianą olbrzymia włochata bestia, ślepa i bezwzględna, nieznająca litości. Za każdym razem zabierała co najmniej kilka istnień, wiele pozostawiając w chorobie.
W dniu przeprowadzenia misji wszyscy byli w doskonałej formie, gotowi do działania. Chytrusek rozdzielił zadania, udzielił wskazówek i szczegółowych wyjaśnień. Wszystko było zapięte na przysłowiowe ostatnie suszone borsucze jądro. Gdy nadeszła Czyścicielka nie lękali się. Niestety nie zdawali sobie sprawy z powagi zadania. I przede wszystkim z siły Czyścicielki. Wielka Woda pierwszego pochłonęła Nieżywego. Zanim jenot zaczął udawać nieboszczyka zniknął pod wodą i pozostał na dnie do końca misji. Chytrusek, mimo całego swojego sprytu szybko poszedł w jego ślady. Różnica była taka, że nieżywy nawet nie oderwał się od dna, a Chytrusek chwilę na nie opadał. Co innego El Warchlaczczi. Ten dzielnie stawał i niemal całkowicie wykonał swoją część zadania. Długo unosił się na powierzchni walcząc zaciekle. Z czasem jednak stara kość naciągnęła wody i guziec zaczął tonąć tracąc rezon i pomysłowość. W ten sposób na froncie pozostał jedynie Zozo. Bohatersko stawiał czoło wielkim i wściekle walącym falom i opadającymi na niego niszczycielskimi biczami Czyścicielki. Nosorożczyk czuł, jak jego ciało zwolna zaczyna się poddawać, podobnie jako nieszczęsnego El Warchlaczcziego. Ale Zozo zachował zimną krew do końca. Wypatrzył szczelinę pomiędzy słupem znienawidzonego ogrodzenia, a bramą. W momencie, gdy zaczęła już z niego odpadać za ciasna na pęczniejące ciało farba, zanurkował szczupakiem i zaklinował się pomiędzy nimi. Czyścicielka niczego nie zauważyła i dalej siała zniszczenie. Woda w tę i z powrotem przelewała się po ogrodzie zbierając mordercze żniwo. Zginął dzielny gipsowy ryś, umarł wściekle walczący cukrowy pawian, padł gliniany niedźwiadek, stłamszony i zgnieciony odmętem poległ pergaminowy kaszalot, na którego wszyscy liczyli. Przepadła żelazna żyrafa, którą, nim zdążono udzielić jej pomocy, wiotcy pomocnicy Czyścicielki zabrali na powierzchnię i dalej w nieznane.
Masakra nie miałaby końca, gdyby nie Zozo. Gdy wściekła Czyścicielka w bezmyślnym zapamiętaniu miażdżyła, nosorożczyk spokojnie pęczniał rozpierając konstrukcję bramy. Działał zupełnie niepostrzeżenie. W tym czasie niesiona biczami machiny śmierci woda nie okazując łaski gniotła mieszkańców ogrodu nikogo nie oszczędzając. Unoszeni jej falami co lżejsi i kruchsi mieszkańcy rozbijani byli o baraki i zagrody, odzierani z farby jak z godności, pozbawiani tożsamości. Uciemiężeni nie wiedzieli już, czy są zebrami, czy osłami, mułami czy końmi Przewalskiego, żbiki myliły się z dachowcami, psy z szakalami i lisami, karasie srebrzyste wyglądały jak karasie złociste. Zapanował totalny chaos.
I wówczas, gdy już najwięksi optymiści zaczęli tracić wiarę, Zozo rozsadził bramę uwalniając wszystkich uciemiężonych. Zozo. Na zawsze już w sercach wszystkich pozostający jako Zozo Bohater.