Zbigniew Rozwiert był na zakładzie popularnie określany jako „złota rączka”. Ot, taki gość, co wszystko potrafi, zawsze chętnie służy radą i pomocą. Uśmiechnięty, pogodny, bezkonfliktowy. Chciałoby się rzec – człowiek dusza. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że Rozwiert miał drugą, zgoła odmienną naturę. Mianowicie był fanatycznym pasjonatem grających studzienek, przez co często narażał się na ataki Garego Kau. Gary Kau mieszkał w miejskich kanałach i odkąd do nich zszedł nigdy nie wychodził na światło dzienne. Opuszczał podmiejskie katakumby wyłącznie nocą by oddawać się swoim zwyrodniałym pasjom. Jego ofiarami padali przeważnie właśnie pasjonaci grających studzienek, rzadziej żulikowie.
Którejś nocy, kiedy studzienka grała niecodziennie urzekająco, Gary Kau zaatakował Zbigniewa Rozwierta, tak jak to miał w zwyczaju, od tyłu, gdy ten klęczał na ulicy zasłuchany w melancholijnie snującej się muzyce. Ku swemu zdziwieniu Gary, mimo precyzyjnemu rozcięciu parcianych portek wraz z majtami, natrafił na wyjątkowo mocno zaciśnięte pośladki Zbigniewa. Postawa niedoszłej ofiary zaskoczyła go do tego stopnia, że stanął osłupiały nie zapinając nawet rozporka. Tymczasem Rozwiert sprawiał wrażenie jakby wcale nie zwrócił uwagi na zaistniała sytuację. Nadal klęczał z głową przyciśniętą do żeliwnej tafli, od czasu do czasu zmieniając tylko ucho, które chłonęło liryczne dźwięki. Błogi uśmiech nie opuszczał jego twarzy.
Po chwili Garego opuściło osłupienie, zamachnął się potężnie i wymierzył klęczącemu solidnego kopniaka w odsłonięte pośladki. Jakież było jego zdziwienie, gdy Zbigniew nawet nie drgnął, podczas gdy jego nogę przeszyła potężna fala bólu. Gary Kau zaczął podskakiwać wokół Rozwierta na zdrowej nodze miotając na wszystkie strony siarczyste przekleństwa. W końcu usiadł obok grającej studzienki masując obolałą kończynę. Zzuł kamasz i obserwował jak puchnie mu stopa. Ani chybi zwichnięta noga. Popatrzył na pochłoniętego muzyką z mieszaniną złości, wręcz nienawiści, a zarazem obawy i ciekawości.
- Mów ktoś ty? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Nie uzyskał odpowiedzi. Zacisnął w pięści scyzoryk z toledańskiej stali i przysunąwszy się na kolanach do Rozwierta dźgnął go mocno w lewy pośladek. Gdyby nie solidna robota oręża ten pewnie złamałby się w pół. Ostrze zsunęło się z celu rozświetlając chwilowo mrok nocy fajerwerkiem wskrzeszonych iskier. Gary ponownie usiadł zrezygnowany z niedowierzaniem wpatrując się na przemian w ostrze noża i miejsce, w które przed chwilą wymierzył cios. Nie pozostawił nawet śladu. W tym momencie Rozwiert oderwał głowę od studzienki i wstał na rozchwiane emocjami nogi.
- Skończyło się – rzekł urzeczony. – Cóż za piękny koncert – powiedział w mrok.
Potarł uszy zgrabiałymi dłońmi i rozejrzał się w koło. Jego wzrok spoczął na siedzącym z niepewną miną Garym.
- Gary Kau – powiedział i pomacał się odruchowo pod plecami.
Stwierdziwszy, że spodnie ma w strzępach spojrzał z wyrzutem na winowajcę.
- Chciałeś mnie wypunktować? W trakcie takiego koncertu? Nie masz za grosz taktu.
Gary spuścił wzrok nie znajdując wytłumaczenia dla swojego postępowania.
- Jak można być tak wyzutym z wrażliwości? – kontynuował reprymendę Rozwiert. – Toż nawet taka menda, jak ty, powinna umieć docenić piękno muzyki.
Długo mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami, noc z wolna zaczęła ustępować blademu świtowi, który przyniósł ze sobą rześkie, chłodne powietrze. Zbigniew zaczął odczuwać mankamenty swojego odzienia. Wczesno poranny, zimny wiaterek w połączeniu ze spadkiem emocji wywołanych piękną muzyką spowodowały, że pośladki pokryły mu się gęsią skórką. Potarł odkryte ciało próbując nieco je rozgrzać. Nie umknęło to uwadze Garego, który czujnie obserwował niedoszłą ofiarę. Dostrzegł, że pod wpływem masażu skóra Zbigniewa marszczy się i fałduje, co wskazywało, że straciła swoją twardość i sprężystość. Złośliwy uśmieszek wypełzł mu na twarz. Bez ostrzeżenia rzucił się na marznącego Rozwierta zapominając na chwilę o bólu w kostce. Noga niestety odmówiła mu posłuszeństwa i zdołał jedynie ułapić odskakującego za prawą kończynę na wysokości łydki. Wystraszony, zaskoczony i pozbawiony magicznej mocy, która rozpierała jego ciało w trakcie słuchania studzienki Zbigniew szarpnął nogą, ale uścisk Garego był zbyt mocny. Palce boleśnie wpiły się w mięsień, ostre, specjalnie do takich celów pielęgnowane paznokcie raniły ciało do krwi.
- Ha – krzyknął triumfalnie Gary Kau – Nie ujdziesz bratku. Gary da ci teraz za swoje!
Agresor czuł wzbierające w nim podniecenie. Chciał bardziej zbliżyć się do ofiary by móc ją przewrócić i obezwładnić, niestety boląca noga znów dała o sobie znać. Przez chwilę poczuł jakby raził go prąd, w czego efekcie na chwilę rozluźnił uchwyt. To jednakże wystarczyło, aby Rozwiert nieco poprawił swoją nie do pozazdroszczenia sytuację. Targnął krwawiącą kończyną i wyswobodził ją z żelaznego uchwytu. Gary zacisnął teraz palce na samej nogawce, która po kolejnym szarpnięciu pozostała mu w dłoniach. Oswobodzony Rozwiert odskoczył od pełznącego w jego kierunku oprawcy. Ten z chorą pasją i niezdrowym podnieceniem w oczach posłał mu nienawistne i pełne zawodu spojrzenie.
- Wracaj tu zaraz, gówniarzu – syknął. – Wracaj natychmiast, albo pożałujesz, żeś się w ogóle urodził.
Zbigniew ani myślał zastosować się do rozkazu. Odwrócił się na pięcie i pościł kłusem w kierunku głównej, oświetlonej latarniami ulicy. Szybko oddalił się od studzienki pozostawiając przy niej pomstującego Garego. Zdążył usłyszeć jeszcze niewyraźną groźbę:
- Gary jeszcze cię dopadnie, szczawiu!!! I załatwi na cacy!!!
i już mknął alejami, a wiatr przyjemnie owiewał mu twarz. Był zły, że taką piękną noc zakłócił mu ten cholerny degenerat. Miał pretensje do policji, że nie zrobiła z nim dotychczas porządku. Zawsze namawiał wszystkich znanych sobie pasjonatów grających studzienek, by o każdej utarczce z Garym dawali znać na policję, ale zdawał sobie sprawę z krępujących okoliczności i nieprzyjemnych przesłuchań, przez jakie musieliby przejść. I tak koło się zamykało, a ten zwyrodnialec bezkarnie krążył po kanałach naprzykrzając się boleśnie i zakłócając odbiór przepięknej muzyki. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i skutecznie, choć niekoniecznie zgodnie z prawem ostatecznie je zakończyć. Wiedział, że wyeliminowanie Garego wyjdzie wszystkim na dobre, nikt nie będzie żałował tej plugawej istoty.
*
Wołodia Jebodupienko mieszkał na peryferiach miasta. Nie był pasjonatem w takim stopniu jak Zbigniew Rozwiert, ale niekiedy lubił oddać się rozkoszy słuchania ujmującej muzyki. Pracował na pół etatu, jako sanitariusz w miejskim pogotowiu ratunkowym i na co dzień w pubie „Blat” w charakterze wykidajły. Bar był czynny do dwudziestej drugiej, więc Wołodia chętnie brał w pogotowiu nocne zmiany, które nie były przez jego kolegów zbyt lubiane. Z uwagi na praktycznie zupełny brak życia towarzyskiego, dodatkowa praca dawała mu poczucie, iż jest komuś potrzebny, że niesie pomoc, ratuje życie. Dowartościowywała go. Wolne noce często poświęcał na wycieczki w rejony grających studzienek, zwykle samotnie, jak to pasjonaci mięli w zwyczaju, ale niekiedy również w duecie, przeważnie z Rozwiertem, który wydał mu się od pierwszego spotkania bratnią duszą. Był wrażliwy, uczynny, delikatny i wyrozumiały. Niestety był również skrajnie uzależniony od muzyki, co niejednokrotnie czyniło go zupełnie biernym na dziejące się wokół niego wydarzenia.
Tego słonecznego poranka Wołodia wrócił po nocnej zmianie do klitki, jaką wynajmował w starej, zapuszczonej kamienicy, a właścicielem której był siedemdziesięciokilkuletni mężczyzna o swojsko brzmiącym i wdzięcznym nazwisku Naprutenko. Michał. Czyli prawie Michaił. Współlokatorzy zwykli określać go mianem „died moroz”, z uwagi na jego długą siwą brodę i zwyczaj mówienia pseudo rosyjskim, zwłaszcza kiedy był pod silnym wpływem napojów wyskokowych. Naprutenko twierdził, że bardzo lubi się napić, ale nie wie dla czego, więc nie spocznie, do póki się nie dowie, co też czynił z nad wyraz dużą częstotliwością. Ilekroć spotykał Wołodię będąc w stanie wskazującym na spożycie odczuwał tyleż silne co i nagłe przypływy sympatii do niego, które objawiały się uwieszeniem się na jego szyj oburącz i zasypywaniem pocałunkami czoła i policzków, przy jednoczesnych gorących wyznaniach braterskiej miłości i oddania.
Tym razem nie było inaczej. Zmęczony nocną pracą Jebodupienko nie miał nawet sił, aby handryczyć się z kamienicznikiem, więc usiłował chyłkiem przemknąć się niepostrzeżenie do swojego pokoiku na poddaszu. Niestety Naprutenko drzemał siedząc oparty plecami o drzwi jego mieszkania, dzierżąc w artretycznych dłoniach ledwo co napoczętą litrową butelkę wódki czystej. Chcąc nie chcąc Wołodia musiał go zbudzić, w następstwie czego już po chwili miał obślinione policzki.
- Wołodia, druhu ty mój – łkał gospodarz. – Ja czekał tu na tiebia całą noc. Ty jeden mnie panimajesz. Kocham cię jak brateńka. Liubliu znaczy się. Możesz ty u mienia mieszkać za darmo ile chcesz. Pij – to rzekłszy począł wciskać lokatorowi butelkę. – Za matuszkę Rasiję!
Sanitariusz z praktyki wiedział, że nie ma sensu przekomarzać się ze starcem i najlepszym sposobem będzie przyjąć poczęstunek, byle tylko nie wpuszczać pijanego staruszka do swojego mieszkania, bo później nie sposób będzie się go pozbyć. Zamarkował więc łyk zadzierając butelkę wysoko do góry, a następnie oddał ją Naprutence. Nieco wypił, nie gardził wszakże wysokoprocentowymi trunkami. Alkohol miło grzejąc przełyk nieco poprawił mu samopoczucie. Wziął słaniającego się na nogach gospodarza pod ramię i zaczął sprowadzać do jego mieszkania na parterze. Na każdym piętrze zatrzymywali się na chwilę, żeby uszczuplić zawartość butelki. Wołodia początkowo moczył tylko usta, przy trzecim razie pociągnął już solidnego łyka. Poczuł się dużo lepiej i już miał zamiar przyłączyć się do gospodarza śpiewającego, a raczej sepleniąco ryczącego „Marei Katiusze”, gdy ten zmienił nagle piosenką na „Kalinkę”, której Jebodupienko zbytnio nie lubił śpiewać w duecie z Naprutenko, gdyż ten znał tylko refren. Dodatkowo po chwili dziadkowi w tyle o ile sprawnym wysławianiu się zaczęła przeszkadzać uciążliwa czkawka, która pojawiła się, jak to miała na ogół w zwyczaju, nagle, podczas połykania wódki, w czego efekcie Naprutenko zachłysnął się i zaczął zataczać się kaszląc, parskając i plując na ściany. W końcu zwymiotował na drzwi lokatora spod piątki. Podczas oddawania zawartości żołądka czkawka nadal pozostawała aktywna więc zasięg był dosyć szeroki, włączając w to odzież obu hałasujących domowników. Wołodię nieco ten fakt podirytował, toteż przeklął siarczyście i zaczął bez pardonu ciągnąć staruszka ku jego mieszkaniu. Nagle z furkotem otworzyły się przed chwilą opaskudzone drzwi i na nieoświetloną zbyt wyraźnie klatkę schodową wypadł, niczym wystrzelony z katapulty, Witold Odrobina, murarz – tynkarz z zawodu, chwilowo bezrobotny.
- Co tu się, kurwa, dzieje !!! – ryknął mimo, iż widać było, że starał się nie podnosić znacznie głosu. – Całe drzwi zarzygane! Wracać mi tu, hołoto, sprzątać, przepraszać, błagać !!! Bo inaczej zaraz karki pokręcę!!!
Wołodia wstrzymał na chwilę holowanie i odwróciwszy się w kierunku zmierzającego w ich zdecydowanym krokiem lokatora rzekł przepraszająco.
- To dziadek się upił, Witia. Do domu go prowadzę. Pomógłbyś lepiej.
Nieco zbity z tropu Odrobina przystanął na chwilę, by zaraz odwrócić się na pięcie i dwoma skokami pokonując schody stanąć przy drzwiach swojego mieszkania.
- A gówno mnie to obchodzi! – wrzasnął. – Toż to już ludzkie pojęcie przechodzi. Ja rozumiem, można się napić dwa, trzy razy w tygodniu, ale żeby tak ludziom rzygać do chałupy i tłuc się po nocy? Rano? Ludzie do pracy chodzą, dzieci do szkoły, spać nie mogą, bo taki drze mordę. I jeszcze ostatnią złotówkę zdziera, jak za jakiś luksusowy hotel. Do dupy z takim mieszkaniem!.
Naprutenko początkowo chichotał, ale ostatnia uwaga była mu najwyraźniej nie w smak. Wyrwał się Wołodii i stając w rozkroku wyciągnął prawe ramię wskazując palcem miotającego się Witolda.
- Ty sobako! – wycedził bełkotliwie wysuwając lśniącą dolną wargę. W jego siwej brodzie tkwiły trudne do określenia w tym świetle kawałki niestrawionego do końca pokarmu, ale zważywszy na to, co od trzech dni konsumował, z dużym prawdopodobieństwem, a wręcz z pewnością były to wyłącznie ociekające wódką kiszone ogórki i surowy czosnek. – Ja dla tiebia jak rodzony otiec, a ty mi tu, tak? Że, ja niby ….
Tu nastąpiła przerwa spowodowana czknięciem i kolejną falą wymiotów, tym razem wprost na klatkę schodową przed swoim mieszkaniem.
- … Że ja niby, że tak? – wlepił w stojącego powyżej lokatora przeszklony wzrok. – To ja tiebia na pysk wyjebuju !!! Paszoł w pizdu won !!!
To powiedziawszy zamachnął się mocno i szarpnął ramieniem w tył za siebie zamierzając teatralnie wskazać frontowe drzwi, w wyniku czego stracił równowagę i zanim Wołodia zdążył go podtrzymać runął jak długi na zanieczyszczoną przez siebie podłogę. Gruchnął przy rym siwą głową o drewnianą barierkę, co porządnie go zamroczyło. Niedopita flaszka odprowadzona tęsknym spojrzeniem sanitariusza potoczyła się po kamiennych schodach, na trzecim tłukąc się z brzdękiem. Wyglądało na to, że uderzenie w połączeniu z wypitym wcześniej alkoholem spowodowało, iż staruszek stracił przytomność spoczywając na wznak z rozrzuconymi szeroko ramionami. Wołodia natychmiast przykląkł przy leżącym, osłuchał klatkę piersiową, sprawdził tętno, odchylając powiekę zajrzał w oko.
- Śpi – ocenił. – Nic mu nie jest – powiedział odwracając się w kierunku Odrobiny, ale ten zniknął już w swoim mieszkaniu.
Uspokojony symptomami nie zdradzającymi zagrożenia dla życia poszkodowanego, odpiął od pasa staruszka pęk kluczy i otworzył drzwi. Wziął śpiącego od tyłu pod pachy i wciągnął do środka. Ułożył gospodarza na wersalce w kuchni i upewniwszy się, że nie grozi mu nic, poza solidnym kacem wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Po chwili był już w swoim mieszkaniu. Wypity alkohol, który początkowo nieco go rozluźnił, teraz w połączeniu z nieprzespaną nocą spowodował, że ogarnęło go silne zmęczenie. Porzucił zamiar wzięcia prysznica i nie zrzucając nawet odzieży runął na posłanie zasypiając w locie.
*
Gary Kau przeglądał asortyment swojego arsenału urządzonego w krótkim, od dawna nieużywanym suchym korytarzu, znajdującym się w odległości około stu metrów od jego głównej siedziby. Miał tu wszelkiego rodzaju broń sieczną, od tak bardzo przez niego ulubionych scyzoryków, poprzez również darzone wielką sympatią różnych rozmiarów kuchenne noże, a także pieczołowicie pielęgnowane bagnety i cieszące się w jego oczach nie mniejszą estymą kosy i sierpy, siekiery i rzeźnickie tasaki. Przez wiele lat uzbierał się tego całkiem spory zestaw. Przez kilka godzin przecierał ostrza miękką szmatką, aż wszystkie zaczęły lśnić w blasku lamp naftowych rzucając na ściany i kopułowate sklepienie wesołe, migocące refleksy.
Teraz rozpostarł przed sobą dużą płachtę podniszczonej mapy miasta, na którą własnoręcznie ponanosił szczegółową sieć linii kanalizacyjnych. Czerwonymi kropkami pozaznaczał znane sobie grające studzienki oraz daty nocy, w których się uaktywniały. Wpatrywał się w coraz gęściejszy rój oznaczeń skrupulatnie notując w kajecie daty i usiłując odnaleźć w nich jakąś prawidłowość, schemat, który pozwoliłby mu przewidzieć, gdzie i kiedy pojawią się następne, co ułatwiłoby mu namierzyć znienawidzonego Rozwierta.
- Za cholerę nie ma w tym żadnej logiki – marudził sam do siebie. – To niemożliwe. Skąd do cholery ten wredny szczur wie, gdzie zacznie grać?
Do tej pory Gary czaił się przy studzienkach na chybił trafił. Nie raz udawało mu się przypadkowo dobrze wycelować i dopadał zdezorientowane i oszołomione muzyką ofiary. Niestety zdarzało się to coraz rzadziej. Od kiedy Rozwiert niejako zalegalizował Związek Miłośników Grających Studzienek, którego został z resztą prezesem, opracował nieznany Garemu i niestety dla niego skuteczny sposób dezorientacji, w czego efekcie Gary Kau całymi nocami ślęczał bez skutku, kryjąc się w śmietnikach, lub koczując w żywopłotach. Z braku ofiar zaczął zadowalać się bezdomnymi pijakami, którzy osłabieni wypitym alkoholem i stale nadwątleni paskudną dietą, nie będąc w stanie się bronić stanowili dlań łatwy cel. Niemniej niechlujni, zaniedbani i cuchnący kloszardzi nie byli na dłuższą metę w stanie zastąpić mu Słuchaczy przeważnie zdrowych, dorodnych i pachnących melancholią.
Nagle doznał olśnienia. Twarz niemalże rozbłysła mu pogodą, znamionujące skrajne skupienie zmarszczki wygładziły się, usta przybrały kształt spoczywającego na grzbiecie półksiężyca. Zerwał się ze skrzynki po jabłkach, na której siedział i puścił się co sił do komory, w której przechowywał różnego rodzaju precjoza na szczególne okazje. Jak wszystkie zaadoptowane przez Garego pomieszczenia, zaułki, korytarzyki i wnęki rozmieszczone w miejskich kanałach, również i ta znajdowała się w niedalekim sąsiedztwie od jego kwatery głównej. Była to również jedyna, poza zbrojownią, kabina, do której wstępu chroniła zardzewiała krata zamykana na dużą mosiężną zasuwę dodatkowo zabezpieczona solidną kłódką. Gary przekręcił klucz, ze stękaniem zdjął ciężką sztabę i odsunął kratę, która zgrzytnęła przeciągle i płaczliwie. Wpadł do środka i gorączkowo zaczął przeglądać zawartość półek zajmujących wszystkie ściany. Był tu między innymi stary gramofon Bambino, szpulowy magnetofon Kapral, radioodbiornik Wanda, w trzech czwartych wypalona gromnica z jego pierwszej komunii świętej, sporo pustych butelek i słoików po różnych trunkach i przetworach wypełnionych teraz kolorowymi kamykami i biżuterią, mundur listonosza wraz ze skórzaną sakwą, w który zwykł się przebierać kiedy jeszcze wypuszczał się za dnia na powierzchnię, przestrzelony na wylot hełm żołnierza Wehrmachtu, taczki kupione przez jego wuja Felka za sto złotych, posrebrzana taca ukradziona za jego młodzieńczych lat proboszczowi Maciejewskiemu, stara maszyna do robienia lodów, niemowlęca wanienka, prodiż i wiele innych przedmiotów, które darzył sentymentem i używał od czasu do czasu w doniosłych dla niego chwilach. I były tu również, a w tym momencie należałoby rzec, przede wszystkim instrumenty muzyczne, jak skrzypce bez strun, czerwona elektryczna gitara basowa, na której w początkach swojej kariery grał sam Isiorte Teantle, ale niestety bez przystawek, organki sąsiada, harmonia sowieckiego sołdata, klawiatura od fortepianu i… flet. Tego właśnie szukał Gary. Porwał instrument w drżące dłonie i ucałował go uroczyście. Wrócił czym prędzej do zbrojowni, usiadł na skrzynce i jął pieczołowicie oczyszczać zakurzony instrument. Delikatnie dmuchnął w drewniany ustnik i w głąb kanałów uniósł się lekko sfałszowany piskliwy ton. Spróbował jeszcze raz, nieco śmielej i po chwili dało się słyszeć jękliwe zawodzenie nostalgicznej melodii, coraz mocniejsze i donioślejsze. Gary grał, jak w transie, spod zmrużonych powiek zaczęły wypływać mu łzy wzruszenia.
*
Rozwiert przejrzał zawartość lodówki. Wyjął trzy gęsie jaja i delikatnie wpuścił je do garnka z wrzącą wodą. Otworzył kubek kefiru i łapczywie pochłonął jego zawartość. Odczekał osiem minut i ostrożnie wyjął ugotowane na twardo jaja, po czym ostudził je zimną wodą i odstawił na chwilę. W międzyczasie przejrzał pobieżnie poranną prasę. Żadnych istotnych dla niego informacji. Szybko zjadł jaja jedno po drugim, nie obierając ich ze skorupek. Długo przeżuwał i gryzł z trzaskiem mrużąc oczy. Od czasu do czasu, kiedy kawałki skorupek raniły dziąsła twarz przenikał mu grymas. Popił wszystko rozpuszczonym w szklance wody miodem spadziowym, następnie pochłonął połowę zawartości półtoralitrowej butelki gazowanej wody mineralnej i głośno beknął. Wyciągnął się na tapczanie i raz jeszcze przeanalizował plan. Dzisiejszego wieczoru mięli go odwiedzić inni pasjonaci grających studzienek. Obecność na razie potwierdziło czterech plus Wołodia Jebodupienko. Zbigniew żałował, że nie będzie mógł przyjść Zenon Baleron, ale ten musiał odrobić w kopalni zaległe godziny. Baleron był ważnym elementem planu Rozwierta, głównie z uwagi na potężne warunki fizyczne górnika, które mogły okazać się bardzo istotne w potyczce z Garym. Ale trudno, ustalenia i szczegóły przekaże mu w późniejszym terminie. Pocieszające było to, że dopiszą za to obaj Mieczysławowie Łodygowie, którzy z bardzo dużym entuzjazmem zareagowali na propozycję definitywnej rozprawy z Garym Kau.
Rozwiert był chyba jedyną osobą, która potrafiła rozróżnić obu bliźniaków. Nie potrafili tego nawet ich rodzice. Zbigniew podziwiał zapobiegawczość ich ojca, który jakby przewidując, iż z dzieci wyrosną identyczni mężczyźni uparł się, aby nadać im takie same imiona, co wykluczało, lub chociaż znacznie ograniczało niezręczne pomyłki w przyszłości. Podobieństwo obu braci było tak ogromne, że oni sami momentami nie wiedzieli, który z nich jest Mieczysławem, a który Mieczysławem. Stan ten pogłębił się jeszcze odkąd razem zamieszkali w małym domku w niedalekim sąsiedztwie Rozwierta. W końcu doszli do wniosku, że tak naprawdę nie są dwoma, ale jedną osobą, tyle, że w dwóch ciałach. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy uwikłali się w romans z kuzynką Rozwierta, Zofią, która odwiedziła go kiedyś w święta i wówczas poznała któregoś Mieczysława, albo może i obu. Tego nie wiedział ani Zbigniew, ani Zofia, ani Mieczysławowie. Dość, że w niedalekiej przyszłości kuzynka trafiła do zakładu dla obłąkanych z objawami ostrej schizofrenii paranoidalnej i mani prześladowczej. Druga Zofia została żoną jednego z Mieczysławów, ale też nie wiedziała, którego więc po kilku dniach szczęśliwego pożycia wyjechała do Gliwic i już stamtąd nie wróciła.
Rozwiert wspominał przeszłość zastanawiając się skąd wzięła się wówczas druga kuzynka i czy w ogóle taka była. Nigdy nie doszedł do logicznych wniosków. Próbował nawet skontaktować się z rodzicami Zofii, ale okazało się, że oboje od dawna nie żyją. Podobnie z resztą, jak wszyscy inni, którzy kiedykolwiek znali ją / je lub widzieli. Jedynymi żyjącymi byli Łodygowie, on sam i Zofia, która, jak wyżej wspomniano, wyjechała i wszelki ślad po niej zaginął.
Zbigniew odepchnął nurtujące go zamierzchłe problemy w najdalsze zakamarki umysłu i skupił się na sprawach bieżących. A więc podsumował raz jeszcze: na spotkaniu obiecali zjawić się, poza Wołodią, dwaj Mieczysławowie, aptekarz Lucjan Ambrozja oraz jedyna znana mu Słuchaczka, Matylda Źdźbło, nauczycielka gimnazjalna. Ona stanowiła najsilniejsze ogniwo planu Rozwierta, głównie z powodu, iż będąc kobietą, nie była praktycznie narażona na atak Garego, który z bliżej nie określonych przyczyn upatrzył sobie wyłącznie mężczyzn. Początkowo wszyscy Słuchacze sądzili, że Kanalarz jest homoseksualistą, ale później okazało się, że nie to jest przyczyną. Gary po prostu panicznie bał się kobiet i jeżeli tylko jakąś zobaczył natychmiast zawodząc żałośnie krył się w kanałach, z których nie wychodził później całymi nocami. Tak więc Matylda była bardzo ważną postacią w szeregach Słuchaczy, przynajmniej jeśli chodziło o czekającą ich konfrontację. Plan zrodzony w głowie Zbigniewa z wolna zaczął nabierać realnych kształtów. Rozmyślając i analizując jego szczegóły mężczyzna zapadł w niespokojny sen.
*
Gary otworzył oczy odejmując jednocześnie od ust instrument. Widok, jaki ukazał się jego przeszklonym oczom ujął go mocno i jednocześnie przeraził. U jego stóp, jak sięgnął wzrokiem kłębiły się całe rzesze minimanów. Wszyscy, jak jeden mąż wpatrywali się w niego z czcią i wyczekiwaniem. Gary ocenił, że zgromadzona ciżba mini ludzików stanowi przekrój wszystkich rodzajów minimanów, od klasycznych bajkowych z rodziny krasnalowatych w kolorowych fatałaszkach i szpiczastych czapkach, poprzez kominiarzy, stolarzy, murarzy, drwali, a skończywszy na żołnierzach, ściślej mówiąc rycerzach. Wszyscy odpowiednio dla danego fachu wyposażeni byli we właściwe atrybuty, a więc drabiny, piły, kielnie, taczki, siekiery, miecze, łuki, tarcze i szereg innych. I każdy z nich jak jeden mąż sprawiał wrażenie pijanego w sztok. Chwiali się na nogach, potykali i przewracali. Dochodziło do sprzeczek i szarpaniny.
Gdy ucichła muzyka, minimani pogrupowali się zgodnie z reprezentowanym przez siebie fachem. Gary powstał i postąpił krok przed siebie. Przez tłum przebiegł szmer podniecenia, by po chwili zapanowała absolutna cisza. Gry Kau uniósł przed siebie lampę i spróbował ocenić przybliżoną liczbę zebranych. Na próżno. Utykając na coraz mocniej bolącą nogę, zrobił z wysiłkiem dalsze kilka kroków przez rozstępujący się przed nim tłum, ale zastępom nie widać było końca. Gary wzruszył się i pokiwał głową z uznaniem. Zacisnął pięść trzymającą flet i wrócił na miejsce. Uroczysty klimat chwili zakłócały jedynie nieudolnie pohamowywane czknięcia oraz stęknięcia będące wynikiem kuksańców, jakie otrzymywali od sąsiadów czkający. Gary Kał nie spodziewał się takiej frekwencji nawet w najśmielszych oczekiwaniach. Zakładał, że na wezwanie stawi się góra kilkunastu pomocników, a tym czasem przed sobą miał ich całe setki. Zatknął flet za parciany pasek przy spodniach i wyprężając dumnie chuderlawą pierś przemówił:
- Witajcie bracia!!!
Wzmógł się szmer, ale nikt się nie odezwał. Gary kontynuował:
- Gary dziękuje, że tak licznie stawiliście się na jego wezwanie. Czeka nas bardzo trudne zadanie, które będzie wymagało od was maksymalnego zaangażowania. Gary musi was ostrzec, że to nie będą przelewki. Sprawa jest bardzo poważna i niebezpieczna. Gary chce być z wami szczery, więc uprzedza, że niejeden z was może nie wrócić żywy z tej wyprawy. Gary przedstawia fakty realnie, bez owijania w bawełnę i w zamian oczekuje od was lojalności, szczerości i oddania. Tylko wspólnymi siłami można pokonać wroga i stawić czoła czekającym niebezpieczeństwom!
Słowa Garego niosły się z echem po kanałach. Zebrani powtarzali je innym, bardziej oddalonym od przemawiającego. Z wolna zaczęły dać się słyszeć pojedyncze głosy zachwytu, gorliwych zapewnień i obietnic. Rozbrzmiały rozmowy i dyskusje. Rycerze zaczęli uderzać mieczami w tarcze, kominiarze tłuc drabinami w kamieniste podłoże, murarze wymachiwać kielniami, drwale siekierami, stolarze piłami i torebkami z butaprenem. W końcu poszczególne cechy zaczęły się wzajemnie przekrzykiwać i obrzucać obelgami, miejscami dochodziło do rękoczynów, a nawet zbrojnych potyczek, w wyniku których dwóch stolarzy padło od ciosów kielniami.
Gary próbował zapanować nad chaosem przekrzykując kłębiące się tłumy, ale bezskutecznie. Wyciągnął więc pospiesznie flet i zaczął grać. Efekt był niemalże natychmiastowy. Krasnale uspokoiły się i ponownie zaczęły kiwać na boki. Murarze po społu z rycerzami i drwalami pociągali z gąsiorów samogon, stolarze z kominiarzami wąchali klej i sadzę. Tylko tradycjonaliści niczym się nie odurzali, ale z kolei ci tak byli urzeczeni melodią, że zaczęli przewracać się od niej samej. Gary grał zastanawiając się, jak zapanować nad tłumem. Nie mógł grać bez przerwy, bo wówczas wszyscy popadają i na nic mu się nie przydadzą, z kolei, jeśli będzie robił zbyt długie przerwy, wówczas pomocnicy gotowi powyrzynać się wzajemnie.
- Słuchajcie! – podjął przemowę. – Musicie za wszelką cenę porzucić targające wami wewnętrzne sprzeczności i animozje. Tylko wspólnymi siłami można osiągnąć cel. Niech wszyscy teraz uważnie Garego słuchają. Jeśli tylko zobaczy, że dochodzi między wami do konfliktów obiecuje że więcej nie zagra!
Ostatnie słowa miały skutek piorunujący. Przez zebranych przeszedł dreszcz strachu, niedowierzania i, niestety, nienawiści.
- To szantaż!!! – krzyknął któryś z murarzy oddając manierkę żołnierzowi.
Gary od razu nie zareagował. Odczekał, aż towarzystwo ochłonęło i rzekł dobitnie.
- To nie szantaż, tylko zapobiegliwość. Uwierzcie, że to jedyny sposób aby uniknąć klęski. Ale dość o tym. To już postanowione. Gary chce teraz, aby każda grupa wytypowała spośród siebie jedną osobę, która będzie ją przed nim reprezentować. Im przekaże instrukcje. To wszystko. Na koniec Gary Kau chce wam jeszcze obiecać, że jeżeli wspólna misja zakończy się sukcesem, będzie każdego dnia o poranku grał wam przez bitą godzinę.
Po tej deklaracji tłum zaczął wiwatować. Nawet murarze się uspokoili.
*
Pięciu mężczyzn siedziało wokół nakrytego kraciastą ceratą, dużego, okrągłego stołu zajmującego centralne miejsce w obszernej kuchni. Zofia parzyła przyniesione przez Lucjana zioła. Wołodia miał lekkiego kaca, więc dodatkowo stała przed nim butelka wody mineralnej. Wolałby, co prawda, przepić nieprzyjemny niesmak jakimś lekkim browarkiem, ale nie chciał, by alkohol mącił mu myśli.
- Przepraszam – bąknął Wołodia usprawiedliwiająco. – Ale nie spodziewałem się, że dziś przyjdzie nam debatować nad tak ważnymi sprawami. Poza tym gospodarz mnie zaskoczył.
- Daj spokój – odparł w imieniu wszystkich któryś z Mieczysławów. – Popijesz ziół i będzie jak ręką odjął.
- Co prawda, to prawda – skwitował mile połechtany Ambrozja.
Po chwili przed zebranymi stanęły parujące kubki zielonkawego naparu roztaczając wokół intensywne mile wiercące w nozdrzach zapachy. Wszyscy, jak jeden mąż i jedna żona, siorbnęli z nie ukrywanym zachwytem. Wołodia poparzył sobie przy tym wargi, więc szybko zamoczył je w zimnej wodzie.
- Tylko nie przepijaj – ostrzegł go aptekarz. – Nie będzie efektu.
Sanitariusz w ostatniej chwili poderwał się od stołu i wypluł zawartość ust do zlewozmywaka, po czym wrócił i już nieco ostrożniej sączył napar.
Po chwili wszyscy nieco się odprężyli. Zioła zaczęły działać, kojąc wszelkie bóle i dolegliwości, rozjaśniając umysły, wyostrzając słuch, węch i wzrok. Mieczysławów przestały nawet swędzieć górne części rowków pomiędzy półdupkami, która to niedogodność permanentnie uprzykrzała im egzystencję. Po krótkiej wymianie informacji dotyczących codzienności Rozwiert rozpoczął debatę.
- Jak wiecie, mam plan, żeby pozbyć się na zawsze tego tyfusa, Garego Kau. Ostatnio stał się już taki nachalny, że nie sposób normalnie funkcjonować. Ani się człowiek obejrzy, jak to bydle w ogóle uniemożliwi nam słuchanie studzienek. Nie dość, że jest ich coraz mniej, to jeszcze trzeba się non stop pilnować, by nie wpaść w łapska tej kanalii.
Zebrani przytaknęli w milczeniu. Zofia, która bezpośrednio nie miała kłopotów z Garym, w pełni solidaryzowała się z przyjaciółmi i ich problemy traktowała, jak swoje własne. Postukała łyżeczką w porcelanowe naczynie i rzekła melodyjnym głosem.
- Słuchajcie. Musimy być bardzo ostrożni, a jednocześnie działać szybko i zdecydowanie. Jeden znajomy stolarz powiedział mi, że Gary również szykuje się do konfrontacji z nami i wezwał na pomoc całe zastępy sprzymierzeńców. Wiecie, o kim mówię.
Szmer niepokoju przemknął przez zebranych. Zbigniew poczuł, jak jeżą mu się na karku włosy.
- To pewne? – zapytał z nadzieją na przeczącą odpowiedź.
- Niestety tak – odparła kobieta zaciskając wargi. – Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy ktoś mu doniósł o naszych planach.
- Nie możliwe – Rozwiert zdenerwowany wstał od stołu. – Nie wie o tym nikt poza nami i kilku innymi zaufanymi, którzy z różnych powodów nie mogli dziś nas zaszczycić swoją obecnością. Poza tym minęło zbyt mało czasu. Widocznie nie w smak mu była dzisiejsza noc. Chciał mnie dopaść, ale nic z tego nie wyszło. Jeszcze chyba dodatkowo zwichnęła, menda, nogę. I to nam bardzo na rękę. Nie będzie taki szybki. Co do pomocników, to faktycznie problem, którego nie możemy bagatelizować, ale nie możemy się też wycofać. Szczerze mówiąc powinniśmy działać jak najszybciej. Początkowo planowałem przeprowadzić akcję jutrzejszej nocy, głównie z uwagi na Zenka, ale cóż. Będziemy musieli poradzić sobie bez niego. Nie możemy czekać, aż tamci się zorganizują. Mają przewagę liczebną, ale my mamy plan i musimy go zrealizować.
- A czemu Zenek nie może brać w nim udziału? – zagadnął któryś z Mieczysławów.
- Właśnie – poparł go drugi – Przecież pracuje do osiemnastej, a potem ma luz.
- Pracuje bite dwanaście godzin do ósmej rano. Nie da rady. Niestety – uciął Rozwiert.
Lucjan dolał wszystkim po drugiej porcji lekko ostudzonego już naparu. Wypili szybko. Rozwiert przedstawił szczegóły planu. Odpowiedział na wszystkie nurtujące zebranych pytania, wprowadził kilka sugerowanych zmian, udzielił ostatnich wskazówek. Po dwóch godzinach zapewniwszy się wzajemnie, że każdy dokładnie zapoznał się z detalami, rozeszli się w bojowych nastrojach.
*
Wieczór był wyjątkowo paskudny. Niebo zasnuły ciężkie chmury, lał rzęsisty deszcz. Z jednej strony, to bardzo dobrze dla Słuchaczy, gdyż studzienki w takie noce grały dużo bardziej wyraźnie. Z drugiej zaś, nieco niebezpieczne, bo intensywna melodia mogła ich nieco rozkojarzyć. Gary doskonale o tym wiedział, więc z zadowoleniem zacierał ręce. Siedział w swojej głównej kwaterze, do której na jego polecenie przetransportowano wybrany na dzisiejszy wieczór oręż. Wyposażenie stanowiła obusieczna siekiera, podziwiana przez drwali, dwa duże rzeźnickie tasaki, bagnet, trzy scyzoryki i harcerska finka. Gary Kau wszystko to przytroczył do specjalnie przygotowanego w tym celu pasa, siekierę umieścił w futerale przytroczonym do pleców. Sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu, w zasięgu ręki i nic nie blokuje swobodnego ich dobywania. W trakcie przygotowań odbierał meldunki przekazywane przez dowódców oddziałów obsadzających poszczególne przyczółki. W sumie plan Garego był banalnie prosty. Głównie dzięki tak dużej liczebności pomocników. Liczna frekwencja pozwalała, aby mógł obsadzić swoimi podkomendnymi wszystkie studzienki w mieście, nawet te, które nigdy dotąd nie grały. Siedział teraz spokojnie i odbierał meldunki. Jak dotąd wszystkie jałowe. Żadnej aktywności Słuchaczy, w studzienkach cisza. W odstępach siedemnasto minutowych, które uznał za optymalne, wygrywał na flecie trzyminutowe fragmenty menueta Boccieriniego. Czas oczekiwania na konkretne informacje urozmaicał sobie prowadząc różnego rodzaju kalkulacje, w których typował konkretne studzienki. Miał kilka, których był niemalże pewien. Instynkt łowcy podpowiadał mu również, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że uaktywni się ta sama, co poprzedniej nocy. To byłoby niezbyt dogodne, bo w okolicy nie było zbyt wielu kryjówek, w których mógłby się zaczaić. Ale nie przejmował się tym zbytnio. Nie zamierzał bowiem atakować tradycyjnie.
Z rozmyślań wyrwał go kolejny emisariusz. Młody drwal stanął przed nim w rozkroku chwiejąc się delikatnie, wspierając dłonie na stylisku solidnego topora. Zadarł ku górze głowę i wykrzyczał:
- Melduję, że pod dwudziestką siódemką znacznie zgęstniało powietrze.
To jeszcze nic nie oznaczało, jednakże każdorazowa zmiana, czy to temperatury, czy wilgotności, czy, jak tym razem, gęstości powietrza mogła znamionować rozpoczęcie procesu aktywacji studzienki. Dla tego też Gary kazał meldować o wszelkich nietypowych symptomach. Podziękował drwalowi skinieniem głowy i nakazał zachować wzmożoną czujność. Poczuł, jak krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach, niemalże słyszał tętno mocno pulsujące w skroniach. Sprawdził raz jeszcze bandaż elastyczny, w który zawinął bolącą kończynę. Trzymał mocno, niemniej ból dawał o sobie znać i krępował ruchy, co osłabiało sprawność fizyczną. Gary połknął dwie garści suszonych szczurzych bobków, które nieco złagodziły ból, a adrenalina, która z każdą minutą kolejnymi falami zalewała mu mózg powodowała, iż ból coraz mniej mu doskwierał.
Po jakichś trzech godzinach od ostatniego meldunku nastąpiła chwila, na którą tak długo czekał. Murarz doniósł bełkotliwie, że na całego zaczęła grać studzienka, nie inna, a ta, którą zlokalizował poprzedniej nocy. Czyli zgodnie z jego przewidywaniami. Sukces w diagnozie dodatkowo dodał mu skrzydeł. Zerwał się gwałtownie z taboretu i ruszył w ślad za zataczającym się minimanem. Po kilkunastu minutach był na miejscu. Faktycznie wiadomość okazała się zgodna z prawdą. Studzienka grała mocno. Gary nie lubił tego dźwięku. Dla niego było to nic innego, jak chaotyczny chlupot i szmer ścieków. Teraz nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać na pojawienie się przyszłych ofiar. Miał nadzieję, że uda mu się trafić na znienawidzonego Rozwierta, a może i na kilku innych. Najchętniej dopadłby wszystkich po kolei i porachował się z nimi raz na zawsze. Na samą myśl o zbliżającej się konfrontacji zgrzytnął aż zębami i poczuł przyjemne mrowienie w lędźwiach. Stał wyprostowany wpatrując się w odległy o blisko osiem metrów dekiel i nasłuchiwał.
Ze skupienia wyrwał go kolejny meldunek. Ten sam, co uprzednio drwal tyle, że jeszcze bardziej pijany, donosił, że uaktywniła się studzienka numer czterdzieści dziewięć. To powiedziawszy osunął się bezwładnie na ziemię. Taka postawa nie była w smak Garemu, który gardził wszelkiego rodzaju powszechnie stosowanymi używkami. Sam, odkąd zszedł do kanałów, nigdy nie pił, nie ćpał, ani nie używał żadnych środków, które nie miały naturalnego pochodzenia, bądź były sztucznie przetwarzane, co gorsza z użyciem chemii. Stosował jedynie szczurze bobki, które miały działanie uśmierzające ból i stymulowały zmysły. Od czasu do czasu pijał również wywar z małych kociąt, które gotował w całość wraz z sierścią. Ten napój z kolei kojąco wpływał na skołatane nerwy, a poza tym bardzo dobrze smakował. Szczególnie z dodatkiem odrobiny psich szczyn, o które niestety nie było łatwo.
Zaraz po drwalu, zanim Gary zdążył wydać stosowne rozkazy, zjawił się lekko wylękniony stolarz i oznajmił, że grają również sześćdziesiątki piątka i siódemka. Ta informacja wprowadziła Kała w lekkie zakłopotanie. Przeklął pod nosem, ale szybko przybrał zdecydowany wyraz twarzy, by nie okazywać, że coś idzie nie zgodnie z planem, by w ten sposób nie osłabiać morale minimanów. Grają już cztery, a nie wykluczone, że dołączą jeszcze kolejne. Sam nie będzie w stanie dopilnować osobiście działań we wszystkich miejscach konfliktu. Szybko doszedł jednak do wniosku, że musi skupić się przede wszystkim na Rozwiercie. Resztę może na razie odpuścić. Zaczął wydawać kolejne komendy, ale z niepokojem dostrzegł, że stan jego pomocników jest już nieco zbyt wewnętrznie rozogniony. Liczył się z tym. Taka była niestety negatywna strona wszelkich uzależnień. Ocenił, że chyba grał ze zbyt dużą częstotliwością. Zweryfikował szybko obliczenia i uznał, że wydłuży czas ciszy o dwie minuty i o połowę skróci okres emisji dźwięków. Podjąwszy decyzję nieco się uspokoił. Wspiął się po metalowych schodkach w górę tunelu i przyłożył ucho do dekla. Żadnych oznak aktywności po drugiej stronie. Słuchał przez klika minut, po czym zaczął schodzić w dół.
Nagle usłyszał kroki i wyraźny przyspieszony oddech. Zamarł w bezruchu. Nie było wątpliwości. Po drugiej stronie ktoś przyłożył głowę do dekla. Gary odczekał chwilę, aż emitowane przez studzienkę dźwięki nieco stępią zmysły Słuchacza i wolno zszedł na dno kanału. Szybko wydał dyspozycje. Nie może zbyt długo zwlekać, bo melodia może spowodować nad zwyczaj dużą odporność Słuchacza, tak jak to miało miejsce poprzedniej nocy w przypadku Rozwierta. Po chwili, dwie studzienki dalej, wolno, niemalże bezdźwięcznie minimani z cechu kominiarzy wspólnymi siłami unieśli nieznacznie chroniące właz metalowe wieko. Jeden z nich, najmniej odurzony, wymknął się przez niewielką szczelinę i zniknął w mroku nocy i strugach niesłabnącego deszczu. Po około dwóch minutach dało się słyszeć stukanie w ustalonej wcześniej konfiguracji. Kominiarze ponownie uchylili dekiel i zwiadowca znalazł się na powrót w kanale. Szybko opuścił się po połączonych ze sobą drabinach, ale nie dosięgnął ziemi, gdyż oczekujący go już zniecierpliwiony Gary zacisnął na nim palce i przybliżył jego niewielkie ciało do twarzy zdradzającej chorobliwą ciekawość.
- Mówże – sapnął.
- Rozwiert – odparł kominiarz stękając z wysiłku.
Gary Kał upuścił pomocnika na ziemię, w wyniku czego ten dotkliwie się potłukł. Szybko ruszył w powrotną drogę odczuwając jak rośnie w nim chęć mordu i podniecenie. Po chwili wspinał się już w górę ku deklowi zaciskając w pięści bagnet.
*
Zbigniew z kołatającym sercem zbliżał się do emitującej rozkoszne tony studzience. Przed minutą któryś z Mieczysławów przekazał mu telefonicznie wiadomość, że gra już w czterech miejscach. Idealnie. Wszystko szło zgodnie z planem. Nawet to, czego zaplanować się nie dało działo się po jego myśli. Wołodia czekał nieopodal skryty za grubym konarem strzelistego kasztana w każdej chwili gotów do działania. Rozwiert z nieukrywaną rozkoszą przycisnął ucho do chłodnej powierzchni włazu kanałowego i pozwolił by upajające dźwięki, choć na chwilę ukoiły jego nerwy. Nagle usłyszał dobiegający z nieopodal niepokojący dźwięk odsuwającej się metalowej pokrywy. Spojrzał w kierunku, w którym spodziewał się dojrzeć jego źródło, następnie szybko rzucił okiem na Wołodię, by przekonać się, iż sanitariusz był również zaniepokojony. Porozumiewawczo skinęli sobie głowami, po czym Jebodupienko sięgnął za pazuchę i wydobył solidnie zbudowaną procę. Przyklęknął i załadował nabój od syfonu przymierzając precyzyjnie. W tym samym momencie Zbigniewowi wydało się, że usłyszał jakiś nieczysty dźwięk dobywający się z wnętrza grającej studzienki. Odskoczył zaniepokojony, ale nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.
*
Gary miotając przekleństwa zeskoczył na dno kanału i najszybszym krokiem, na jaki pozwalała mu boląca noga pokonał dystans dzielący go od najbliższej studzienki. Schował bagnet i na jego miejsce wydobył gumową policyjną pałkę. Po chwili usłyszał chichoty minimanów. Poczuł, jak wzrastająca w nim złość z wolna osiąga apogeum. Wychynął zza rogu i ujrzał przed sobą kilku, może ośmiu murarzy, którzy mocno zataczając się znęcali się nad bezwładnym ciałem stolarza raz po raz wymierzając mu kopniaki.
- A to menda jedna – krzyknął jeden z oprawców piskliwym głosem. – Myślał, że może tak bez pozwolenia dotykać kielni. Do czego to już doszło?
Nagle murarze dostrzegli kroczącego herszta i odskoczyli od ofiary.
- Co tu się, do cholery jasnej dzieje? – Gary próbował zapanować nad emocjami, ale nie do końca mu się to udawało. – Kto wam pozwolił otwierać studzienkę?
Murarze spojrzeli po sobie nie kryjąc zakłopotania i strachu. W końcu jeden z nich, najwyraźniej przywódca, o czym świadczył między innymi nieco ciemniejszego odcienia uniform i delikatnie posrebrzana kielnia, wystąpił krok do przodu i oznajmił:
- My nic sami z siebie nie zrobiliśmy, panie szefie. Stolarz – tu wskazał na leżące ciało – przed chwilą przyniósł wiadomość, że mamy otworzyć studzienkę i obserwować okolicę. Skąd mięliśmy wiedzieć, że to sabotaż? Domyśliliśmy się dopiero, jak ta menda chciała ukraść jednemu z nas kielnię.
Gary pokraśniał na twarzy, żyły na skroniach nabrzmiały mu, jak dżdżownice po letniej ulewie.
- A co powiedział Gary Kau? – syknął przez zaciśnięte zęby. – Żadnych posłańców, tylko on tu wydaję rozkazy! Wy tępe kmiotki!
To rzekłszy solidnie się zamachnął i trzasnął pałką przywódcę murarzy w czego efekcie uderzony poleciał w tył, jak wystrzelony z katapulty roztrzaskując się o kamienną ścianę niczym porcelanowy żołnierzyk. W tym samym niemalże momencie wnętrze kanału rozbłysło jasnym światłem, a w uszy uderzył ostry huk eksplozji. Na dno kanału spadły trzy mocno poharatane, broczące krwią ciała murarzy, jedno zupełnie przepołowione. Zgromadzeni na dole rozpierzchli się w panice krzycząc z przerażenia. Jedynie Gary zachował zimną krew i podbiegłszy ku szybowi kanału spojrzał ku górze. W ostatniej chwili zdążył uskoczyć w tył dostrzegając stojącego okrakiem nad otwartym włazem i mierzącego weń Jebodupienkę. Po raz kolejny wnętrze kanału rozbłysło bladą poświatą, eksplozja rzuciła Garego na ziemię. Oślepiony nie mógł dokładnie oszacować strat, jakie poczynił wybuch, ale charchoczące odgłosy konających nie pozostawiały złudzeń. Dodatkowo gryzący płuca dym mącił myśli i powodował mdłości paraliżując jednocześnie mięśnie. Gary odczołgał się kilka metrów i ostatkiem sił wstał na chwiejne nogi oddalając się jak najszybciej od skażonego trującym gazem miejsca. Po drodze zgubił policyjną pałkę, ale zupełnie o to nie dbał. Na szczęście zasięg zabójczych chemikaliów nie był zbyt duży i po chwili mógł już na powrót swobodnie oddychać. Z przerażeniem usłyszał z różnych miejsc sieci kanalizacyjnej silniejsze lub słabsze odgłosy pojedynczych eksplozji oraz krzyki zdezorientowanych minimanów. Nie tak miało być. Ale nie było jeszcze za późno. Gary dokonał rewizji planu i już po chwili otwierał kratę zbrojowni.
*
Mieczysław przyciskając dłoń do zranionej twarzy odpierał skomasowane ataki wroga. Niestety gaz w butli skończył się przedwcześnie i w chwili obecnej był praktycznie bezbronny. Zdążył uśmiercić raptem kilkunastu napastników, których szczątki dogorywały teraz ostatnimi płomieniami, gdy zawór regulujący dopływ mieszanki gazowej do palnika urwał się pod wpływem uderzenia o rurę kanalizacyjną uwalniając cenny ładunek, który z sykiem uleciał w powietrze. Łodyga zdążył jeszcze odrzucić butlę, która eksplodowała zanim dosięgła podłoża. Niestety nie uczyniła żadnych szkód w szeregach przeciwnika gdyż impet wybuchu został skierowany w puste ramię kanału. Ponadto płomienie poważnie poparzyły nogi Mieczysława, prawą łydkę niemalże piekąc. Spomiędzy palców ociekających krwią sterczały bełty strzał wypuszczonych z kusz rycerskiego zastępu minimanów. Chroniąc jedyne ocalałe oko nie mógł skutecznie się bronić. Początkowo miotał w szyki przeciwnika zalegające dno kanału kamienie i odłamki cegieł, jednakże osłabienie spowodowane ranami i upływem krwi zmusiło go do odwrotu. Kuląc ramiona uciekał na oślep tracąc zupełnie orientację w plątaninie korytarzy. Raz po raz odczuwał przeszywający ból, gdy kolejne strzały raniły mu ciało, jednakże z każdą chwilą dystans dzielący go od pościgu powiększał się. Mieczysław miał nadzieję, że uda mu się zgubić oprawców i najbliższą studzienką wyjść na powierzchnię, gdzie będzie mógł opatrzyć rany i rozeznać się w sytuacji, która przybrała nieoczekiwany obrót.
Nagle poczuł rozdzierający ból tuż za kostką najpierw w lewej i za chwilę w prawej nodze. Kończyny przestały dawać mu oparcie i Łodyga niczym ścięte drzewo runął twarzą do przodu. Przekręcił się na wznak i ujrzał u swych stóp dwóch drwali, którzy precyzyjnymi ruchami toporów przecięli mu ścięgna i teraz ruszyli energicznie ku górze ciała. W obronnym geście próbował zasłonić twarz i odtrącić przeciwników. Udało mu się nawet rozgnieść jednego kolanem o kamienną posadzkę, gdy wówczas zaczął otrzymywać od tyłu silne ciosy w głowę. Po trzecim czoło pękło mu na dwoje, a mózg trysnął na twarz. Skonał targany konwulsjami.
W tym momencie kryjący się w agreście drugi z braci poczuł silne ukłucie w sercu. Wiedział, że wydarzyło się coś strasznego, że Mieczysław nie żyje. Z rykiem wyskoczył z ukrycia i kilkoma krokami pokonał dystans dzielący go od grającej studzienki. Z furią otworzył właz i nie bacząc na niebezpieczeństwo skoczył w ciemny otwór jednocześnie uruchamiając gaśnicę. Wylądował na dnie miażdżąc stopami pijanego w sztok kominiarza. Odbezpieczył zawór i skierował piekący strumień piany na rozpierzchających się zaskoczonych nagłym atakiem pomocników Garego. Mieczysław kroczył przed siebie z wyrazem twarzy zniekształconej fanatycznym grymasem siejąc śmierć i zniszczenie. Trująca piana dosięgała nie nadążających z ucieczką przeciwników paląc ich odzież i skórę, która natychmiast pokrywała się ciemniejącymi szybko pękającymi bąblami. Łodyga chroniony specjalnie przyrządzoną przez Ambrozję miksturą nie odczuwał śmiercionośnego działania trującego preparatu i nie przestawał zadawać dotkliwych strat minimanom. Po kilku chwilach nie miał już kogo unicestwiać. Wokół niego spoczywały w konwulsjach dziesiątki drgających w przedśmiertnej agonii małych ciał. Z braku wroga Mieczysław zaczął rozgniatać konających ciężkimi obcasami kończąc w ten sposób ponure dzieło. Następnie ruszył przed siebie pałając ślepą chęcią mordu. Pokonywał kolejne zakręty gotów w każdej chwili uruchomić broń. Po drodze napotykał maruderów, których miażdżył butami nie bacząc na razy, które zadawali mu przed śmiercią. Kierował się na północ, pamiętając, że brat zszedł do kanałów dwie przecznice od jego studzienki. Za plecami usłyszał w krótkich odstępach czasu dwie eksplozje. To pewnie Wołodia ze Zbigniewem, a więc nie wszystko jeszcze stracone. Nagle łodyga poczuł, że coś jest nie tak. W kanałach zapanowała niemalże absolutna cisza. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Wtedy zupełnie blisko usłyszał szept:
- Dobry wieczór.
I to były ostatnie słowa, jakie dane mu było usłyszeć. Już martwy osunął się na ziemię. Z piersi sterczała mu rękojeść lśniącego bagnetu. Gary opierając kolano na piersi Mieczysława wyciągnął ze stygnącego ciała oręż, dokładnie wytarł krew o kurtkę trupa i splunął martwemu w twarz. Wyjął z kieszeni mały damski zegarek i skontrolował czas. Szybko przytknął do ust flet i zagrał tkliwą melodię.
*
Rozwiert w milczeniu palił papierosa. Wołodia przechadzał się nerwowym krokiem od czasu do czasu pociągając z manierki niewielkie łyki spirytusu.
- To niewiarygodne – mówił bez widocznego adresata. – Skąd tyle się ich zebrało? Toż są ich setki. Nie damy sobie rady. Trzeba przerwać akcję zanim będzie za późno.
- Już jest za późno – zawyrokował Rozwiert. – Mamy dwóch martwych i jednego praktycznie już bezużytecznego.
To rzekłszy Zbigniew spojrzał na Ambrozję, który leżał na boku skryty w krzewach dzikiej róży. Twarz miał spokojną, co zawdzięczał środkom znieczulającym, które zażył, gdy tylko udało mu się wyjść na powierzchnię. Z brzucha wystawały mu dwie niewielkie włócznie, grot jednej wyzierał z pleców. Źdźbło ocierała mu czoło zwilżoną ziołowym naparem szmatką.
- Nie możemy się teraz wycofać – urywanymi słowami wycedził aptekarz. – Im też się nieźle oberwało. Jeśli teraz zrezygnujemy to wszystko pójdzie na marne.
- Co on pieprzy?! – zniecierpliwił się Jebodupienko. – Majaczy, czy co?
- On ma rację – podsumował Rozwiert ciskając niedopałek na asfalt. – Musimy tam wrócić i dokończyć, co zaczęliśmy. Albo zginąć.
To rzekłszy otworzył tyle drzwiczki furgonetki i zaczął wyciągać kanistry z paliwem.
- Moment, moment – zaprotestował Wołodia. – Wcale nie wiemy, czy Mieczysławowie nie żyją. Może są tylko ranni?
- Nie żyją – uciął Rozwiert. – Z pewnością nie żyją. Nie gderaj, tylko łap się za kanistry. Matyldo. Będziesz musiała nam pomóc. Musimy wlać paliwo przynajmniej do sześciu studzienek, najlepiej do co trzeciej po obu stronach skrzyżowania. Gary z pewnością zarządzi jakieś przegrupowanie więc szybko nie rozlezą się po kanałach. Ale mamy niewiele czasu. Tym bardziej, że musimy odczekać, aż paliwo rozpłynie się i wymiesza ze ściekiem. Potem podpalimy jednocześnie i niech się dzieje. Powinno płonąć około kwadransa. Zenek mówił, że ta mieszanka działa podobnie do napalmu, tyle, że nie eksploduje, a jedynie ulega spalaniu bardzo wysoko podnosząc temperaturę i trawiąc wszystko bez wyjątku. Nie ma co dłużej dywagować. Bierzmy się do roboty.
Wołodia szybko przewiózł kanistry w umówione miejsca. Matylda pozostała przy studzience najmniej oddalonej od rannego Lucjana, Zbigniew zajął stanowisko przy najodleglejszej. Po chwili zaczęli wlewać ciecz do kanałów.
*
Roztaczający się po kanałach fetor spalenizny, gazów i innych użytych przez Słuchaczy chemikaliów spowodowała, że Kanalarze nie wyczuli intensywniejącego zapachu paliwa. Odegrana przed momentem melodia wysoce podniosła morale w szeregach minimanów, którzy oszacowawszy straty dokonali szybkich przegrupowań i byli ponownie gotowi do walki. Gary wstępnie uznał, że dotychczasowe wydarzenia nie były tak tragiczne, jak spodziewał się początkowo. Fakt. Stracił kilkudziesięciu pomocników, najwięcej wśród kominiarzy i murarzy, którzy przyjęli bezpośrednią walkę z intruzami. Najmniej ucierpieli stolarze, głównie z uwagi na wrodzoną płochliwość, która nie czyniła z nich najlepszych wojowników. Za to bardzo dobrze sprawdzali się w pracach porządkowych, których to czynności z pewnością jeszcze nie zabraknie. Gary Kau oszacował, że stracił jakąś jedną trzecią podkomendnych, przy dwóch trupach przeciwnika. Dodatkowo jeden prawdopodobnie nie będzie już w stanie dalej walczyć, być może już nie żyje. To całkiem niezły rezultat. Rozkazał zająć podkomendnym wskazane posterunki i czujnie czekać na dalsze wskazówki. Zakazał podejmować żadnych działań z własnej inicjatywy i bezzwłocznie o wszystkim meldować. Potrzebował jakichś piętnastu minut, aby przygotować żelaźniaka. W nim pokładał duże nadzieje. Może odrobinę przesadzał i zupełnie niepotrzebnie chciał wytoczyć swą najgroźniejszą broń, ale z wolna miał już dosyć Słuchaczy i chciał jak najszybciej położyć kres znienawidzonemu wrogowi.
Odkluczył mosiężne drzwi i zniknął w tajnym przejściu do wyższego poziomu kanałów. Od dawna nie używana drabinka pokryta była grubą warstwą kurzu i lepiła się od szczurzych odchodów. Pokonał krótki odcinek pnący się ku górze pod kątem siedemdziesięciu stopni i wymacał zardzewiałą kłódkę. Przekręcił ze zgrzytem klucz i wsunął się w ukrytą za stalową klapą wnękę. Teraz czołgając się musiał pokonać krótki, bardzo ciasny i duszny, klaustrofobiczny korytarz stanowiący kiedyś fragment szybu wentylacyjnego wchodzącego w struktury starej, nieczynnej od lat części kopalni. Po kilku minutach dotarł na miejsce. Spieszył się. Wiedział, że jeśli zabawi tu zbyt długo pomocnicy nie słysząc muzyki gotowi wyrżnąć się nawzajem. Ostrożnie zsunął się do obszernego pomieszczenia i omackiem odszukał półki po prawej stronie wnęki. To czego potrzebował było na swoim miejscu. Przytknął płomień zapalniczki do knota lampy naftowej i ta po chwili rozjaśniła spowite mrokiem wnętrze. Centralne miejsce zajmował dużych rozmiarów obiekt szczelnie okryty brezentem. Szybkimi ruchami ściągnął płótno i jego oczom ukazał się on. Żeleźniak.
Gary natknął się na żeleźniaka zupełnie przypadkiem, kiedy na samym początku, gdy na stałe przeniósł się pod ziemię, stopniowo poznawał kanały i korytarze. Nie do końca wiedział, z czym ma do czynienia, ale uznał, iż żeleźniak był prawdopodobnie rodzajem jakiegoś górniczego pojazdu, czy urządzenia poruszanego siłą mięśni prowadzącego. Skomplikowany układ hydrauliczny powodował, iż mimo sporych rozmiarów i solidnego ciężaru pojazdu był on całkiem łatwy w obsłudze i nie wymagała ona zbyt wiele wysiłku. Przez długie lata Gary wprowadzał pewnego rodzaju modyfikacje i udoskonalenia w urządzeniu dostosowując je do własnych potrzeb. Żeleźniak stał się chlubą Garego. Dbał o maszynę, konserwował, dokonywał cyklicznych przeglądów. No i oczywiście stał się perfekcjonistą w jej obsłudze.
Przeciągnął dłonią po gładkiej powierzchni przedniej maski. Mimo szczelnego zabezpieczenia brezentem zebrała się odrobina kurzu. Otworzył szeroką, zardzewiałą bramę w przeciwległym końcu pomieszczenia. Musiał się spieszyć. Miał do pokonania spory dystans, gdyż z uwagi na rozmiary żeleźniaka mógł poruszać się jedynie szerokimi korytarzami. Sprawdził już wcześniej, że starym kopalnianym chodnikiem jest w stanie dotrzeć do kanałów w jakieś osiem minut. Potem wystarczy góra pięć, by znalazł się w centrum dowodzenia. Do zbrojowni nie musiał zaglądać, żeleźniak miał bowiem na wyposażeniu wszystko, co było Garemu potrzebne. Mało czasu. Jeśli nie zacznie grać w przeciągu dziesięciu minut może być problem. Przygotował flet i dumnie zasiadł za sterami. Zacznie grać jak tylko dotrze do kanałów. Muzyka go wyprzedzi. Ustaliwszy plan działania pociągnął dźwignię blokującą ruchy żeleźniaka i maszyna z delikatnym, miłym dla uszu szczękiem lekko osiadła. Gary pokręcił korbką od dynama i po chwili pomieszczenie i najbliższy chodnik odsłoniły swoje wnętrza. Umieścił stopy w specjalnie skonstruowanych szynach i wykonując nogami ruchy podobne do jadącego rowerzysty, tyle że mniej zamaszyste, wprowadził żeleźniaka w ruch. Maszyna skoczyła do przodu z zadziwiającą szybkością. Gary pociągał za dźwignie i kręcił korbą napędu coraz bardziej energicznie, niczym mały chłopiec na jeszcze mniejszym rowerku. Korytarz wypełnił się metalicznymi dźwiękami pracującego urządzenia i stukotem żelaznych łap o kamienne podłoże.
Nagle Gary poczuł na twarzy niespodziewany gorący podmuch i towarzyszący mu swąd spalenizny, który aż zaparł mu oddech. Fale niemal rozżarzonego powietrza uderzały jedna za drugą z coraz większą intensywnością. Zatrzymał żeleźniaka i z niepokojem zeskoczył na ziemię. Podbiegł do najbliższego zakrętu i zaczął nasłuchiwać. Nie podobały mu się te odgłosy. Twarz wykrzywił mu grymas wściekłości. Wskoczył na powrót do maszyny i energicznie wprawił ją w ruch.
*
Na sygnał Rozwierta obaj wraz z Wołodią zniknęli w oddalonych od siebie o cztery przecznice studzienkach. Mdły i gryzący swąd spalenizny wypełniał wnętrze kanałów dusząc nieprzyjemnie. Zbigniew biegł skulony mijając tlące się truchła Kanalarzy. Niektóre, dające jeszcze oznaki życia miażdżył obcasami lub roztrzaskiwał łomem. Nie był do końca pewien, w którym rejonie kanałów mieści się główna siedziba Garego, ale szacował, że musi to być mniej więcej pod centrum miasta, więc pobiegł w tym kierunku. Szybko zaczął odczuwać zmęczenie, gdyś pożar znacznie uszczuplił zawartość tlenu w powietrzu, a swąd płonących ciał i chemikaliów dodatkowo mącił mu zmysły. Wkrótce kanały zaczęły się rozszerzać, co wskazywało, że zbliża się do celu. Jeśli wszystko poszło dobrze Wołodia powinien teraz docierać do centrum z przeciwnej strony. Po kilku minutach obaj Słuchacze spotkali się wśród zgliszcz kwatery głównej Garego.
- I co? – Wołodia nie krył zniecierpliwienia.
- Ani śladu kanalii – odparł Rozwiert. – Może sukinsyn się upiekł.
Płomienie z wolna dogasały, gdzieniegdzie tylko pełzały po dymiących szczątkach. Jebodupienko zaświecił latarkę.
- Niesamowite ilu było tych kurdupli. Setki. Wydaje mi się, że wszystkich nie dopadliśmy. Kilku ukatrupiłem jeszcze po drodze. Nawet nie stawiali oporu. Nie powinno być już z nimi problemu.
Rozwiert zadumał się nad aktualną sytuacją. Bez wątpienia plan odniósł sukces. Pokonali przeważające siły wroga. Niestety sami też ponieśli dotkliwe straty, co nie dawało Zbigniewowi spokoju. Podobnie, jak brak ciała znienawidzonego Garego. Muszą je za wszelką cenę odnaleźć. Inaczej nie zazna spokoju.
Już miał podzielić się swoimi wnioskami z przyjacielem, gdy nagle w kanale rozbłysło jasne światło, a uszy przeszył metaliczny zgrzyt i ryk Garego miotającego najgorsze przekleństwa. Słuchacze całkowicie zaskoczeni nie zdołali w porę zareagować, tym bardziej, że nie wiedzieli do końca, z czym, lub z kim mają do czynienia. Kryjący się w cieniu krzyżującego się lochu żeleźniak wyskoczył z impetem na zdezorientowanego Rozwierta. Mechaniczne ramię wyposażone w ostrą, jak brzytwa lancę rozpłatało mu ciało od obojczyka po krocze. Zbigniew zginął, zanim zdążył upaść na ziemię. Maszyna z potworną siłą cisnęła zwłokami o boczną ścianę. Wśród metalicznych zgrzytów i pomstowania Garego dał się usłyszeć chrupot miażdżonych kości. Wołodia z przerażeniem chciał rzucić się do ucieczki, ale żeleźniak tratując martwe ciało Rozwierta dopadł go zanim ten zdążył uczynić choćby krok. Wołodia zaczął krzyczeć. Poruszane przez Garego za pomocą dźwigni ramiona chwyciły Jebodupienkę i miotającego się w śmiertelnym uścisku uniosły ku górze. Przez chwilę spojrzenia Kanalarza i Słuchacza skrzyżowały się. Nienawiść i przerażenie pomieszane z rezygnacją. Gary splunął i przeprowadził kombinację drążkami. Ciało Wołodii rozerwane na dwie części na wysokości klatki piersiowej powędrowało w ściek. Dzieło zniszczenia dokończył żeleźniak, który przetoczywszy się po zwłokach znacznie ograniczając możliwość ich późniejszej identyfikacji. Gary poprowadził maszynę w kierunku najbliższej studzienki. Zamierzał sprawdzić na powierzchni, czy gdzieś w okolicy nie czają się jeszcze jakieś niedobitki przeciwnika.
Już ustawiał maszynę w odpowiedniej pozycji, gdy nagle betonowa ściana po prawej stronie żeleźniaka eksplodowała fontanną kamiennych odłamków. Gary zareagował instynktownie kierując maszynę czołem do wyłomu spowitego pyłem i kurzem. Ze zgliszczy wyłoniła się z wolna masywna kruszarka miażdżąc wszystko na swej drodze. Kanalarz wycofał nieco żeleźniaka, żeby mieć trochę czasu na ocenę sytuacji. Mocniej zakręcił dynamem by móc rozpoznać, kto steruje maszyną i jednocześnie oślepić kierowcę. W szoferce dostrzegł masywną sylwetkę mężczyzny, na którego głowie tkwił górniczy kask z jasno świecącą lampą.
- Baleron … – szepnął ze zgrozą.
W tym momencie usłyszał dźwięk przypominający łopot wielkich skrzydeł i zaraz po nim poczuł przeszywający ból w ramieniu. Sporych rozmiarów kilof poszybował wprost z szoferki górnika druzgocząc Garemu bark wraz z obojczykiem. Oczy zaszły mu mgłą, ale zanim zupełnie stracił przytomność sięgnął do kieszeni kombinezonu i wysupłał zeń torebkę szczurzych bobków. Połknął niemalże całą ich zawartość, resztę wcierając bezpośrednio w ranę. Od razu poczuł, jak wracają mu siły. Wiedział, że w bezpośredniej konfrontacji z Zenonem nie ma dużych szans. Zwłaszcza w obecnej kondycji fizycznej. Szarpnął więc żeleźniakiem w kierunku pobliskiego szybu studzienki, jednocześnie zamaszystym ruchem ciskając w przeciwnika bagnetem. Nie tracąc czasu na sprawdzenie efektu swojego rzutu krzywiąc się z bólu wstąpił na drabinkę zwisającą z szybu tuż nad jego głową uruchamiając wcześniej zaprogramowanego autopilota w żeleźniaku. Zgromadzona w dynamach energia powinna wystarczyć na jakiś kwadrans działania. Najszybciej, jak tylko mógł zaczął wspinać się po metalowych stopniach. Spróbuje przebiec ulicą do innej studzienki, zejść z powrotem do kanałów i zaskoczyć Balerona od tyłu, tak jak lubił i umiał najlepiej. Słyszał, jak pod stopami jego maszyna przetacza się po gruzowisku i z wolna oddala w kierunku przeznaczenia. Dobrnął do dekla i zdrowym ramieniem nieznacznie go uchylił. Oceniając sytuację jako bezpieczną odrzucił właz i gramoląc się wypełzł na powierzchnię.
- Witaj kochaniutki – usłyszał piskliwy głos, który zmroził mu szpik w kościach.
Zza wiaty przystanku autobusowego wyłoniła się złośliwie uśmiechnięta Matylda Źdźbło. Nie potrzebowała żadnej broni do walki z Garym, ale mimo to dzierżyła w dłoni butelkę z koktajlem Mołotowa. Sparaliżowany strachem Kanalarz nie bacząc na przeszywający ból w członkach zaczął z powrotem znikać w studzience. Kobieta podpaliwszy prowizoryczny lont cisnęła butelkę w kierunku włazu. Nie trafiła, tak jak chciała centralnie do środka, ale chałupnicza bomba eksplodowała i tak bardzo blisko otworu w ulicy skutecznie płosząc Garego. Schodzącyw dół poczuł jak odłamki szkła wbijają mu się w policzki, a resztki płonącej cieczy opadającej na dno kanału zaczynają palić mu włosy, skórę i odzież. Ból był potworny mimo znieczulenia szczurzymi odchodami. Gary puścił drabinkę i bezwładnie runął w dół.
*
Pierwsze, co zwróciło jego uwagę po odzyskaniu przytomności to przejmująca cisza mącona jedynie kapiącą wodą i szmerem ścieku. Z wolna rozejrzał się w koło. Zza najbliższego zakrętu przenikała delikatna żółtawa poświata. Spróbował się poruszyć, ale przeszywający ból w ramieniu niemalże ponownie pozbawił go świadomości. W nikłym świetle dostrzegł kość wyzierającą z rany. Dotknął twarzy i znów odczuł potężną falę bólu. Miał doszczętnie spalone włosy i bąble na całej głowie. Gdyby nie ścieki pewnie upiekłby się żywcem. Zażył ostatnią porcję bobków i spróbował się podnieść. Teraz dodatkowo dała o sobie znać zwichnięta noga, której stan pogorszył się jeszcze w wyniku upadku. Z wysiłkiem uniósł się jednak na drżące nogi i pełen obaw skierował ku światłu. Po chwili przekonał się, że jego źródłem była lampa umieszczona na kasku Zenona Balerona, który bezwładnie spoczywał w szoferce kruszarki nienaturalnie wyprostowany. Z jego szyi wystawała rękojeść bagnetu, który przebijając ją na wylot przytwierdził ciało martwego górnika do fotela. Mimo fatalnej kondycji fizycznej Gary odetchnął z ulgą i opadł na kolana.
- Nie ciesz się tak słodziutki.
Matylda Źdźbło wyłoniła się cienia. Gary patrzył na nią z przerażeniem nie mogąc się ruszyć. Czuł, że cała energia wyparowała z niego bezpowrotnie. Chciał coś powiedzieć, ale jego usta poruszały się tylko bezdźwięcznie.
- Nie martw się – powtórzyła kobieta z uśmiechem. – Będziemy żyli długo i szczęśliwie...
Zbliżające się kroki Słuchaczki kołatały mu się w głowie. Bezwładnie osunął się w ściek tracąc kontakt z rzeczywistością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz