przysłowie
Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy
piątek, 21 października 2011
Śniegusek
Wszyscy bez wyjątku byli kompletnie zaskoczeni i zszokowani, gdy okazało się, że Śniegusek jest terrorystą.
Prawda wyszła na jaw bardzo przypadkowo. Palacz Leon Pomponkiewicz miał nocną zmianę w szkole podstawowej, w której dorabiał na pół etatu. Zima przyszła nagle i mężczyzna został ściągnięty do pracy w trybie natychmiastowym.
- Panie Leonie – powiedziała do niego stojąca w wejściu do budynku dyrektor szkoły, Katarzyna Porzeczka. Kobieta była odziana w mocno za duży, puchowy skafander. – Musi pan ratować dzieci. Jest minus trzydzieści stopni, kaloryfery zamarzną i popękają jak amen w pacierzu. Biedactwa nie będą miały gdzie się uczyć
- Rozkaz! – krzyknął ochoczo Pomponkiewicz i zakasawszy rękawy, rzucił się do pracy.
Niestety jego wysiłki u samego zalążka zdusił Śniegusek, który zanim palacz zdołał uruchomić piec, śmiertelnie ukłuł go w czoło łopatą, sztychówką, potocznie zwaną szpadlem.
Następstwa tego czynu były tragiczne nie tylko dla samego Pomponkiewicza. Zgodnie z przewidywaniami pani dyrektor, w całej szkole popękały kaloryfery i trzeba było odwołać wszystkie zajęcia i zamknąć szkołę.
Pół roku wcześniej.
- Ale proszę zrozumieć – tłumaczyła dyrektor Porzeczka. – Zima już się skończyła, mamy pełnię wiosny. Szkoła nie ma środków na regularne opłacanie pensji nauczycielom i stałym pracownikom administracji, a co tu dopiero mówić, o ponadplanowych pracach sezonowych. Poza tym… słucham? – przez chwilę marszczyła czoło przyciskając do ucha słuchawkę. – Charytatywnie pan powiada? No, to zmienia postać rzeczy. Tylko nie rozumiem, co miałby pan robić? Zima zacznie się dopiero za pół roku. Najwcześniej. Słucham? – tym razem rozszerzyła oczy ze zdziwienia. – Najbliższa akademia? No będzie, za dwa tygodnie. Jako kto? – ponownie słuchała przez dłuższa chwilę. – Wie pan co? Sądzę, że powinniśmy porozmawiać osobiście, bo… Nie, no proszę póki co nie dziękować, jeszcze nie podjęłam decyzji. Proszę przyjść do szkoły… – zawiesiła głos spoglądając na kalendarz zajęć. – Powiedzmy, jutro o jedenastej trzydzieści, pasuje panu? Doskonale. Zatem do zobaczenia.
Dwa tygodnie później.
- Doprawdy, gratuluję pani śmiałości tej decyzji – rozpływał się w uprzejmościach prezes Widnokrąg. – Doskonale się bawiliśmy z małżonką. I te wszystkie uradowane dzieci…
- Wspaniałe, wspaniałe – zawtórowała prezesowa Widnokręgowa. – Śniegusek jest boski.
- Urzekający.
- Przeuroczy.
- Cudowny.
- Olśniewający.
Gratulacjom i zachwytom nad Śnieguskiem nie było końca. Porzeczka była wniebowzięta. Faktycznie, przedstawienie przygotowane przez Śnieguska było czarujące. Dzieci bawiły się fantastycznie, a i dorośli zdawali się być szczerze ujęci profesjonalizmem i kunsztem artysty, czemu dawali wyraz ściskając jej teraz rękę. I pomyśleć, że jeszcze dziś, przed rozpoczęciem akademii, miała obiekcje i wątpliwości.
- Koniecznie musicie to jeszcze powtórzyć – apelował prezes. – To było zbyt wspaniałe, żeby wydarzyło się tylko raz. To byłoby niewybaczalne marnotrawstwo sztuki i talentu!
- Zorganizujcie tourne! – zaproponował proboszcz Maciejewski. – Jeszcze dziś porozmawiam z kurią, żeby we wszystkich parafiach zorganizować zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów.
- Miasto zapłaci! – krzyknął prezydent Guliński.
- Przedsiębiorcy! – zaproponował Widnokrąg.
Tego samego wieczora dyrektor Porzeczka przyjęła zaproszenie redaktora Mieczysława Bylinki i udała się z nim na kolację do korsykańskiej restauracji. Był miłym i uprzejmym mężczyzną, którego Katarzyna poznała jeszcze w czasach studenckich. Doskonale wiedziała, że po kryjomu podkochiwał się w niej od czasu wspólnej wycieczki, jaką zorganizowała uczelnia na drugim roku. Co prawda nigdy jej o tym otwarcie nie powiedział, ale takie rzeczy da się wyczuć. Zastanawiała się, czemu jej się dotychczas nie oświadczył, albo chociaż, dla czego nawet raz nie spróbował zaprosić jej na randkę, czy do kina. Dopiero teraz zrobił to pierwszy raz. Po blisko piętnastu latach znajomości. Jaki był powód? Oczywiście, Śniegusek. Niestety. Nie ona. I to sprawiało, że nie czuła się tego wieczora najlepiej, mimo, iż Miecio bardzo się starał. Ale on zawsze się starał.
- Jak wino? – zapytał.
- Wyborne – skłamała.
- A ciasto?
- Również doskonałe.
Nie była w najlepszym nastroju, więc i nic jej nie smakowało.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał nagle Bylinka.
- Że co proszę?
- Chciałbym cię prosić o rękę, ożenić się z tobą, spędzić całe życie, o matko, czemu tak długo zwlekałem, proszę nie odmawiaj, nie musisz od razu odpowiadać, kocham cię okrutnie.
Wypowiedź była nieco bezładna, co wskazywało, że bardzo przeżywał swoje słowa, znakiem czego z kolei było, że są szczere. Katarzyna wstrzymała oddech, nie bardzo wiedząc, czy dobrze zrozumiała.
- Przepraszam – powiedziała wolno. – Mógłbyś powtórzyć?
- Chciałbym cię prosić o rękę, ożenić się z tobą, spędzić całe życie, o matko, czemu tak długo zwlekałem, proszę nie odmawiaj, nie musisz od razu odpowiadać, kocham cię okrutnie.
Katarzyna uśmiechnęła się słodko, poczym uśmiech jej skwaśniał. To co początkowo brała za spontaniczne wyznanie miłości okazało się wyuczoną na pamięć regułką nastawioną na określony efekt. Zaraz pewnie zapyta o Śnieguska, a jak już dowie się wszystkiego, co go interesuje, powie, że musi jeszcze swoją propozycję przemyśleć.
- Proszę, przyjmij ten drobiazg – powiedział Miecio stawiając na stoliku przed nią maleńkie, uroczo ozdobione, eleganckie pudełeczko.
- Co to jest? – zapytała doskonale wiedząc, co jest w środku.
- Wiertarka – odparł Bylinka.
- Wiertarka – kobieta nie kryła zaskoczenia, wręcz szoku jaki ją ogarnął. – Skąd… Skąd wiedziałeś…? – załkała przejęta.
- Przecież znam cię doskonale – odparł wpatrzony w nią mężczyzna. – Kocham cię, Katarzyno. Od dawna wiem, że zbierasz miniaturowe urządzenia elektryczne.
- Ale, jak? Gdzie udało ci się to zdobyć?
Miecio uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową.
- To, niech pozostanie moją słodką tajemnicą.
- Och.
Kobieta była bardzo zaskoczona. Jej kolekcja miniaturowych urządzeń elektrycznych liczyła ponad trzy tysiące egzemplarzy. Miała dziesiątki mnitelewizorków, mnilodówek, mnikuchenek, mniobrabiarek, mniżelazek, mnimikserów, mnitosterów, mnikserokopiarek i wielu, wielu mniinnych. Nie miała natomiast mniwiertarki. Nigdzie nie była w stanie jej zdobyć, choć wiedziała, że taka istnieje. Widziała w katalogach. Nigdy na żywo. Aż do dziś.
- Jesteś… – powiedziała szlochając ze wzruszenia. – Jesteś cudowny, kochany. A ja podejrzewałam…, myślałam…
- Co, kochanie? – Miecio zamknął jej drżące małe dłonie w swoich, również małych, ale nieco większych.
- Myślałam, że zaprosiłeś mnie tylko dla tego…
- Dla czego, najsłodsza.
- Że.., że..
- Że co, najdroższa?
- Że chodzi ci o…
- O co, serce ty moje?
- O Śnieguska – powiedziała wreszcie spuszczając wzrok.
-O Śnieguska?
- Tak.
- A któż to taki?
- Któż to taki?
- No któż?
- Nie wiesz, kto to jest Śniegusek?
- Nie mam pojęcia.
Katarzyna wyrwała dłonie z rąk mężczyzny i gwałtownie wstała.
- Ty bezduszny chuju – powiedziała i trzasnęła go otwartą dłonią w twarz, a potem chlusnęła mu w oczy resztką wina z kieliszka.
Gdy wyszła, poprosił o rachunek i uregulowawszy należność szybko umknął przed zaciekawionymi spojrzeniami pozostałej klienteli i obsługi, których uwadze nie umknęło niecodzienne zajście. Co ją ugryzło? Wszystko szło mu już tak dobrze. Przecież widział w jej oczach wzajemność, zrozumienie, zainteresowanie i nagle co się stało? O co jej chodziło? O jakiegoś Śnieguska. Nie miał pojęcia o kogo, czy też o co chodzi. Nic nie przychodziło mu do głowy. Żadnego śladu zaczepienia. Kompletna śnieguskowa tabula rasa.
Rześki, ciepły wiatr owiał mu twarz. Był wczesny, ciepły wieczór, doskonały na randkę. A on stał samotnie dusząc w sobie złość z niemocy i niewiedzy. Odetchnął głęboko, otarł twarz i sięgnął po telefon. Wybrał nr redakcyjnego kolegi.
- Cześć, Wiesiu – powiedział. – Może to głupio zabrzmi, ale wiesz może, co, lub kto to jest Śniegusek? Nie wiem, ale chyba…
Przerwał wobec żywiołowej reakcji Wiesława. Słuchał w milczeniu potoku słów, głównie entuzjastycznych zachwytów i podziwu. Na koniec kolega wyraził ubolewanie dla Miecia, że ten nie mógł być na szkolnej akademii i rozłączył się nie dając mu szansy na powiedzenie czegokolwiek.
- Co jest z tym cholernym Śnieguskiem? – zdziwił się. – Wszyscy powariowali.
Miesiąc później
- Przywitajmy go gromkimi brawami! Przed państwem! Jedyny! Niepowtarzalny! Boski! Śniegusek!
Blisko dziesięciotysięczna widownia oszalała. Mężczyźni rzucali na scenę krawaty, kobiety darły odzież i ściągały staniki, wszyscy wrzeszczeli ile sił, domagając się wyjścia na scenę swojego ulubieńca. Gdy pogasły światła i z głośników zaczęła snuć się liryczna melodia introdukcji, publiczność zamilkła w skupieniu wypatrując bohatera dzisiejszego wieczoru. Mimo, iż koncert opóźnił się o prawie dwie godziny, nikt nie miał pretensji do artysty. Jeśli trzeba by było, czekaliby na niego i pięć godzin, albo i dłużej. Przecież to był on. Cudowny i uwielbiany Śniegusek.
Trzy miesiące później (licząc od ostatniego miesiąca później)
Stadion pękał w szwach. Bilety zeszły na pniu w przeciągu kliku godzin i teraz można je było dostać wyłącznie u koników za horrendalne stawki. Ale nikt nie szczędził grosza. Show wart był każdych pieniędzy. Wokół obiektu kłębiło się tysiące fanów gotowych zapłacić ile trzeba, niestety ilość miejsc była ograniczona mimo, iż stadion był w stanie pomieścić nawet sto tysięcy osób. Bojąc się zamieszek, organizatorzy zdecydowali się wystawić wokół stadionu cztery wielkie telebimy, na których kłębiący się tłum mógł oglądać widowisko.
Pół roku później (licząc od momentu wydarzeń mających miejsce pół roku wcześniej)
Leon Pomponkiewicz był martwy poza wszelką wątpliwość. Jego głowa była niemal przecięta na pół w poprzek czoła. I nie był jedyny. Tej nocy w podobnych okolicznościach zmarli wszyscy palacze pełniący dyżury w szkołach.
Bordowy na twarzy redaktor Bylinka wyłączył telefon komórkowy, który dzwonił bez przerwy. Wcześniej odłączył też stacjonarny. Ślęczał nad rozłożonymi dokumentami i odbitkami zdjęć nie mogąc zrozumieć, co się stało i dla czego. Termometr okienny wskazywał trzydzieści dwa stopnie mrozu. I było coraz zimniej.
Dupapra
Gienadij Kaseton miał jeszcze trzy dni do emerytury. Przez cały długi okres pracy zawodowej nie szczędził sił, by wykonywać ją najlepiej jak umiał. I teraz zakład pracy, któremu był wierny odkąd skończył przyzakładówkę, docenił jego lojalność wręczając mu rękami dyrektora Wąchały, wysoce wysmakowaną we wzorzystym zdobieniu, bambusową wędkę. Dwuczęściową, z kołowrotkiem. Spinning. Piękna rzecz. Zawsze o takiej marzył. Przynajmniej dopóki był małym chłopcem i lubił chodzić na ryby. Potem zmieniły mu się zainteresowania. Poszerzyły. Przynajmniej tak sobie to tłumaczył, ściskając w drżących rękach ofiarowany mu prezent. Teraz, gdy nie będzie musiał codziennie zrywać się do pracy, czasu będzie miał pod dostatkiem na to by oddać się relaksowi. A czyż wędkowanie, to nie jedno z najbardziej relaksujących zajęć? Nawet przez myśl mu nie przemknęło, że zakład pracy powinien docenić jego pracę bardziej wyszukanym, wartościowym prezentem.
Gdy minęły owe trzy, przytoczone na wstępie, dni, obuty w walonki Gienadij stanął nad brzegiem toczącej brudnawe wody rzeki. Świt dopiero co zaczął dawać nieśmiałe oznaki wstawania, powietrze przesycone było chłodem i wilgocią, które jednakże nie czyniły Kasetonowi większych szkód, głównie dzięki wysłużonej służbowej kufajce, którą fabryka wspaniałomyślnie pozwoliła mu zatrzymać.
Zanęcił wodę, przygotował przynęty, sprawdził kołowrotek, spławiki, zapasowe żyłki, ciężarki i haczyki. Proforma. Wszystko było przygotowane perfekcyjnie. Zanim przyszedł ten doniosły dla niego dzień, Gienadij przeczytał gruby na niemalże siedemdziesiąt stron poradnik „ABC wędkowania” oraz trzy numery miesięcznika „Jazgarz”, z których dowiedział się wszystkiego, co powinien wiedzieć początkujący wędkarz.
Zarzucił w miejscu, gdzie woda płynęła bardzo leniwie, poczym rozbił mały namiocik ochronny na wypadek deszczu, rozłożył przy samym brzegu stary flanelowy kocyk i usiadł wygodnie. Nie zależało mu jakoś szczególnie na udanym połowie. Chciał tylko poobcować z naturą z dala od miejskiego zgiełku. Nalał sobie kubek herbaty z termosu, odwinął kanapkę z razowego chleba przełożonego gotowanym boczkiem i, wgryzając się w nią, oddał się rozmyślaniom. Był emerytem. Nie był młodzieniaszkiem, ale czy było to jednoznaczne z byciem starym pierdzielem? Na pewno nie. Czuł się doskonale, był pewien, że jeszcze mnóstwo udanych lat przed nim, które bez wątpienia będą beztroskie, leniwe i radosne. Ciągnęło go w świat, ale podróże były niestety bardzo drogie, a on nie zgromadził zbyt dużo oszczędności. Wysokość świadczenia emerytalnego też nie pozwalała na rozrzutność. Nie to, żeby narzekał, bo na życie mu starczy, ale o żeglowanie po morzach i oceanach już raczej będzie ciężko.
Z rozmyśleń wyrwało go drżenie spławika. Z początku myślał, że to tylko wiatr, ale kilkakrotne podszczypywanie zaalarmowały jego nieaktywne od młodzieńczych lat instynkty. Kucnął klnąc w myślach strzelające w nogach kości i chwycił drżącymi z podniecenia rękami stylisko wędki. Spławik podrygiwał nerwowo nie zanurzając się jednak na tyle, by dać pewność udanego połowu niewytrenowanemu amatorowi wędkarstwa. Teoretycznie Kaseton wiedział, co należy zrobić, niemniej brak praktyki nie pozwalał mu na podejmowanie takiego ryzyka. W końcu to jego pierwsze branie od bez mała pięćdziesięciu lat. Pot wystąpił mu na czoło. Wstrzymał oddech. Czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, wpadnie do rzeki i tym samym udaremni całe jego plany o beztroskim emerytowaniu.
Zaciął niemal w tej samej chwili, w której spławik zniknął w toni. Poczuł opór i po chwili wędzisko wygięło się w łuk próbując wyrwać się z rąk Gienadija niczym wściekle rozjuszony, dziki kij od szczotki. W pierwszej chwili Kaseton niemal puścił wędkę, ale szybko się opanował i zaczął prowadzić w pełni kontrolowany proces wydobywania zdobyczy z jej naturalnego środowiska. Początkowo ciągnął delikatnie, ale widocznie ryba musiała być sporych rozmiarów, bo nie zwinął nawet centymetra żyłki. Szarpnął mocniej z tym samym efektem. Przez moment pomyślał z obawą o wytrzymałości żyłki, ale zaraz przypomniał sobie, że, zgodnie z zapewnieniami producenta, powinna spokojnie wytrzymać ciężar nawet dwudziestokilogramowej ryby, a w tych wodach największe, co mógł złowić, to Japoniec, albo lin, które nie osiągały tak imponującej wagi.
- Będzie co będzie – powiedział półgłosem i szarpnął z całych sił.
Wędka niepokojąco zatrzeszczała, żyłka naprężyła się, jak struna harfy, gumowe podeszwy wryły się w darń i poza tym nic szczególnego się nie wydarzyło. Gienadij, zapierając się nogami, stał jak wmurowany w ziemię, a ryba wspomagana cudowną mocą niewzruszenie tkwiła w toni najwidoczniej nie zamierzając jej opuścić. Kaseton pomyślał, że chyba na jego haczyk złapał się jakiś gruby korzeń drzewa i będzie zmuszony stać tak do końca świata, gdy nagle poleciał w tył kątem oka wychwytując rozpryskującą się powierzchnię wody. Upadł na plecy. Tuż obok niego coś wylądowało z plaśnięciem i zarechotało złośliwie. Żaba. Złapał żabę. Mężczyzna przekręcił się na bok i popatrzył na zdobycz z rozczarowaniem. To jednak nie była żaba. Coś, w czego ustach znikała żyłka było niewysokie, ale z pewnością od żaby znacznie większe, bryłowate, miało cztery koślawe, człapiaste odnóża, ciemnozielony odcień skóry, bardzo niewyraźnie oddzielającą się od korpusu głowę z parą wielkich okrągłych oczu pozbawionych źrenic i nadzwyczaj wrednym wyrazem twarzy.
Kaseton odruchowo przeturlał się dalej od dziwnego stworzenia. Nigdy nie widział podobnego. Zaczął szybko myszkować po zgromadzonych przez całe życie pokładach wiedzy, ale na próżno. Nic nie pasowało. W końcu pomyślał, że może to być nutria. Nigdy nie widział nutrii (nawet na zdjęciu), więc mogło to być właśnie to, chociaż opisy jakie pamiętał, nie za bardzo pasowały do jego zdobyczy.
- Czego, padalcu? – zapytała nagle poczwarowata istota próbując wyciągnąć haczyk z miejsca, w którym utkwił.
Gienadij nie zareagował. Kompletnie nie był przygotowany na rozwój podobnej sytuacji. Co powinien zrobić? Może uciec? W końcu jeśli to nawet była nutria, to nie powinna do niego przemawiać, a tym bardziej czynić mu wyrzutów. Chyba że...? Próbował szybko przypomnieć sobie wszystko, co też kiedykolwiek zdarzyło mu się wyczytać o nutriach. Na próżno. Z pewnością żadne ze znanych mu źródeł nie donosiło o zdolnościach nutrii do mówienia. No tak. Ale przecież nigdzie nie wczytał również, że jest inaczej. Może umiejętność mówienia u nutrii była czymś powszechnym i pisanie o tym w książkach mijało się z celem. To mniej więcej tak samo, jakby pisać o psie, że umie szczekać. Wszyscy to wiedzą.
Z mniejszym niepokojem popatrzył na dziwną, siedzącą z rozrzuconymi odnóżami postać siłującą się z żyłką.
- Jesteś nutrią? – zapytał niepewnie.
Istota łypnęła na niego wodnistymi ślepiami i mlasnęła niesmacznie, szerokimi, wyposażonymi w mocno sflaczałe wargi, ustami.
- A ty? – odparła pytaniem.
- Ja?
- No tak, ty. A widzisz tu jeszcze kogoś wyglądającego jak nutria?
- Ja nie wyglądam jak nutria.
- Ja też nie.
- Nigdy nie widziałem nutrii – tłumaczył się nieudolnie Kaseton. – Myślałem, że to ty.
- Zaręczam, że nie.
- No to coś za jeden?
- Jedna, jeśli już.
- Co?
- Jedna – parsknęła istota. – Jestem kobietą.
- Samicą, chyba.
- Jak ty jesteś samcem, to tak.
- Ja jestem człowiekiem.
- A ja dupaprą i co to zmienia?
- Dupaprą?
- Zamiast w kółko zdawać głupie pytania, lepiej wywlecz mi z japy to żelastwo.
Gienadij uklęknął i przysunął się do dupapry. Haczyk tkwił w mięsistym dziąśle.
- Może boleć – skrzywił się.
- Po prostu wywlecz.
- Nie ugryziesz?
- Wywlekaj.
Po chwili haczyk leżał na błoniasto palczastej dłoni. Poszło dużo łatwiej, niż Kaseton się spodziewał. Dupapra nawet nie pisnęła. Popatrzył na dziwną postać z jeszcze większą ciekawością.
- Nie jesteś rybą, no nie? – zapytał. – Ryby i dzieci głosu nie mają przecież.
I zaraz znowu się zafrasował. Przecież dzieci mają głos i to jeszcze jaki! Jego sąsiadka ma troje i całe dnie wszystkie się drą, jakby je ktoś polewał jadem mściucha. Więc?
- Nie, nie jestem rybą – odparła dupapra. – Jestem dupaprą, już mówiłam.
- Ale że tylko dupaprą?
- Rozczarowany?
- Nie, nie o to chodzi. Nie dzielicie się na różne rodzaje, albo, no sam nie wiem, rasy?
- Ja jestem jedna.
- Jedna?
- Jedna jedyna.
- Och.
Gienadijowi w momencie zrobiło się przykro. Żal mu było dupapry. Pomyślał, jakby to było, jakby on był jedynym przedstawicielem gatunku ludzkiego. Pobladł i poczuł się autentycznie przygnębiony.
- Była u was jakaś wojna, czy jak?
- U nas? To znaczy gdzie?
- No tam, skąd pochodzisz.
- Całe życie mieszkam w tej rzece.
Kaseton pokiwał głową.
- Musi ci się nudzić samej.
- Chyba żartujesz? – parsknęła dupapra. – Wyobraź sobie, jakbyś ty był jedynym człowiekiem na świecie. Miałbyś kupę roboty.
Gienadij podrapał się za uchem.
- Chyba masz rację.
- No więc gadaj, co tam chcesz i znikam.
- Gadać, co chcę?
- No a jak?
- Ale, że mam tak pleść bez sensu?
- To życzenie jest? Chcesz pleść bez sensu? To chyba, można by rzec, utrata kolejki, bo umiejętność tę, zdaje się, opanowałeś już do perfekcji.
- Co?
- Proca, cycki i szkło!
Dupapra podskoczyła i stanęła w wyzywającej pozie, a przynajmniej tak ją Kaseton odczytał.
- Posłuchaj, chłoptasiu – rzekła. – Zaraz wskoczę do wody i więcej się nie spotkamy. Zanim to zrobię mogę spełnić twoje dwa neutralne życzenia albo wykonać jeden rozkaz. Od razu mówię, że życzenie od rozkazu niczym się w tym przypadku nie różni, poza tym, że rozkaz nie musi być neutralny.
Kaseton patrzył bez zrozumienia.
- Neutralność polega na tym, – tłumaczyła dupapra – że nie możesz sobie zażyczyć nic, co bezpośrednio zadziała na szkodę kogoś drugiego. Wolę to od razu zaznaczyć, bo ludzie zamiast chcieć coś dla siebie, wolą zawsze, żeby komuś innemu stało się coś złego. Taki altruizm w postaci czystej, hłe, hłe, hłe – zarechotała i składając dłonie jak do modlitwy, przybrała świętoszkowatą minę. – Mnie tam nic nie trzeba – szydziła – ale niech Malinowskiemu córka się puszcza, albo pies niech mu zdechnie – splunęła nie kryjąc pogardy. – Takich życzeń nie spełniam. Mogę za to dać ci telewizor albo pralkę. Jak chcesz.
- Mam – odparł lekko oszołomiony Gienadij.
- To gówno z tego będzie.
- Jak to?
- No bo jak masz, to na cholerę ci drugi?
Kaseton skrzywił się, ale zaraz szybko się rozpromienił.
- Nie mam komputera! – niemal krzyknął rozradowany jak uczniak. – A przydałby mi się, że hej. Mógłbym…
- Nie ma szans – ucięła bez ogródek dupapra.
Kaseton błyskawicznie posmutniał.
- Czemu?
- Mogę dać ci tylko telewizor, albo pralkę. Albo to i to, ale wtedy wykorzystasz oba życzenia.
- Jak to? To co to za życzenia? – Kaseton nie krył rozczarowania. – Było od razu mówić, że możesz mi dać telewizor lub pralkę, a nie, że spełnisz dwa życzenia.
- Na jedno wychodzi, tylko się nie zgrało.
Zamilkli i chwilę stali w milczeniu. Czas płynął leniwie, dzień na dobre rozgościł się na świecie, promienie słońca coraz żwawiej przeskakiwały po marszczącej się wodzie płynącej rzeki.
W końcu dupapra parsknęła rubasznym śmiechem. Gienadij patrzył, jak rechocze, niemal zwija się z radości, wskazując na niego palcem. Jemu wcale do śmiechu nie było. Czuł się oszukany. Nie tak wyobrażał sobie pierwszy dzień emerytury.
Tymczasem niewiadomo skąd w dłoni dupapry pojawił się telefon komórkowy.
- Chce komputer – powiedziała rechocząc coraz mocniej. – Dacie wiarę? Kto by pomyślał? Nikt na to nie wpadł.
Rozłączyła się i niemal w tym samym momencie przestała głupio chichotać.
- Panie Gienadiju kochany – powiedziała poważnie. – Proszę nam wybaczyć ten niewybredny dowcip, ale nie chcieliśmy niepotrzebnie wyrzucać pieniędzy. Naprawdę jesteśmy panu wdzięczni za wspólne lata pracy i trud, jaki włożył pan w rozwój przedsiębiorstwa.
- Chyba nie rozumiem.
Dupapra podskoczyła teatralnie i ściągnęła maskę.
- Dyrektor Wąchała! – krzyknął rozpromieniony Kaseton.
- We własnej osobie – odparł dyrektor Wąchała, który wcale nie przypominał już dupapry.
- Jak też mogłem nie poznać pańskiego głosu? – nie mógł uwierzyć do głębi przejęty Gienadij.
- Zmieniłem.
- Ach…
Dyrektor odchrząknął, podszedł do emeryta i serdecznie objął go ramieniem.
- Pewnie pana dziwi cała ta maskarada?
- No chyba trochę tak. Dupapra mnie zaskoczyła.
Wąchała pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Widzi pan – powiedział dyrektor wolno dobierając słowa. – Jak zrobiliśmy zebranie w celu uradzenia, co też panu sprawić na pamiątkę, nie mogliśmy dojść do konsensusu. Porozumienia, znaczy się. No chyba nie myślał pan, że skończy się na głupiej wędce?
- Wędka jest śliczna.
- W każdym bądź razie, – ciągnął myśl dyrektor – zrobiliśmy w końcu tajne głosowanie z karteczkami, na których zebrani pisali swoje propozycje. I tak najwięcej padło z telewizorem i pralką. Było też i mnóstwo innych, całości wymienić uniesposób, ale czymże byłaby fabryka, gdyby wszystko nie było skrupulatnie zapisane i udokumentowane, co nie panie Gienadiju?
- Oczywiście – przyznał gorliwie.
Dyrektor sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i po chwili szperania wyciągnął złożoną na czworo kartkę papieru. Rozłożył ją i uśmiechnął się delikatnie.
- Dla przykładu, żeby nie być gołosłownym – zawiesił głos przemykając po tekście czujnym wzrokiem. – O jest! Rower. Propozycja magazyniera Stadrysia Jerzego, poparta przez kucharza Dużego Mietka i sprzątaczkę, Kuzaj Helenę. Albo tu, kuchenka mikrofalowa. Pomysłodawca: starszy inspektor sanitarny Wiklina Waldemar. Pięć osób popierających propozycję. Albo jeszcze to. Przeczytam, bo dziwne wszystkim się wydało nieco. Kurczęta. Pielęgniarka, Mariolka, wie pan, ta ruda z… – tu dyrektor wykonał dłońmi koliste ruchy na wysokości piersi, czym wprawił Kasetona w zakłopotanie. – Chciała, żeby pan otrzymał od zakładu pudło z kurczętami. Trzydzieści sztuk. Była bardzo uparta. Krzyczała i darła włosy z głowy, musieliśmy podać jej valium i zamknąć ją w łazience, żeby się uspokoiła – dyrektor skrzywił się na wspomnienie. – Podobno pan lubi kury. Lubi pan?
- Tylko małe jak są. Takie puchate.
- No – ucieszył się Wąchała. – Nie będę panu czytał więcej, bo byśmy tu do wieczora stali. Było ponad sto… – raz jeszcze rzucił okiem na kartkę. – Prawie dwieście pięćdziesiąt propozycji, dwieście trzydzieści siedem dokładnie. Próbowaliśmy to przegłosować w głosowaniu jawnym, ale nie było łatwo. Zaczęliśmy odrzucać to, co nie przekroczyło progu wyborczego, ustalonego na dziesięć procent. Potem zawyżaliśmy minimum, aż zostały nam tylko dwie, o których już pan wie: telewizor i pralka. No i znowu nie było z górki, bo wyszło równo po połowie. Chcieliśmy, żeby rozstrzygnął głos pielęgniarki Mariolki, która nie brała udziału w głosowaniu, bo siedziała w łazience, ale ona nie chciała nawet słyszeć o czymkolwiek innym, niż te kurczęta. Trzydzieści sztuk kurcząt. No i w końcu uznaliśmy, że przecież może pan wcale nie potrzebuje żadnego z tych urządzeń, więc po co o nich radzić, głosować, kłócić się, tracić czas i energię? To była sytuacja patowa w obradach. Znaczy się, ni w tę, ni we w tę. Dopiero brygadzista Mazurkiewicz wpadł na pomysł z dupaprą. Bystry z niego chłop, nie ma co. I dziś wiemy już, że to był świetny pomysł, prawdziwy strzał w dziesiątkę. Inaczej miałby pan teraz dwie pralki, albo dwa telewizory, a tak, to jak wróci pan do domu, będzie na pana czekał nowiutki komputer.
Dyrektor schował kartkę do kieszeni.
- I co zadowolony?
Kaseton patrzyła na uwielbianego dyrektora z czcią i szacunkiem.
- Dziękuję – powiedział łamiącym się z wdzięczności głosem i dwie wielkie łzy szczęścia spłynęły mu po policzkach.
Wpadli sobie w objęcia. Przez krótką chwilę Gienadij pomyślał o trzydziestu puchatych kurczątkach i zrobiło mu się chyba nawet troszkę szkoda, ale trwało to ułamek sekundy. Przecież byłyby takie fajne tylko przez parę dni, a potem by podrosły i zaczęły cuchnąć kurzym gównem, a jeszcze później trzeba by im poucinać łby. Wolał komputer.
Miś Trumniś
Był wczesny jesienny wieczór. Dżdżysta i kłująca już coraz mocniejszym chłodem, zwiastującym nadejście rychłej zimy, aura nie napawała radością.
Bębenek Koala splunął gęstą plwociną i zdusił niedopałek na brudnej płycie zaniedbanego, marmurowego nagrobka. Z oddali dochodziły już coraz donośniejsze głosy żałobników i górujący nad nimi śpiew prowadzącego orszak kaznodziei. Niedźwiadek podniósł się z ławeczki i zaczął wygrywać monotonny rytm marsza żałobnego. Dwaj znudzeni grabarze, nie chcąc rzucać się w oczy uczestnikom ceremonii, ustawili się w cieniu dużego, rodzinnego grobowca, w którego bezpośrednim sąsiedztwie ziała w ziemi głęboka, prostokątna, niepokojąco czarna dziura, sprawiająca wrażenie, jakby nie mogła się już doczekać przyjęcia lokatora. Bębenek bardzo nie lubił tego krótkiego momentu, gdy samotnie stał przy emanującym nieprzyjemnym chłodem dole, w oczekiwaniu na zbliżających się żałobników. Poza tym, wszystko było w porządku. Robota nie była może ciekawa, ani z pewnością przyjemna, ale zdecydowanie było to coś o niebo lepszego, od katorżniczej harówki w cyrku w duecie z Winstonem Panierką. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Mimo, iż od czasu, kiedy udało mu się zbiec z tego cuchnącego śmiercią przybytku minęło już ładnych kilka lat, wspomnienia były nadal bardzo wyraziste, nie tracące nic z mocy negatywnych odczuć, jakie sobą wywoływały.
Koala zamrugał szybko odganiając przykre wspomnienia i wzmógł wygrywany na lśniącym od deszczowej wilgoci brzuszku rytm. Po chwili ponury orszak skręcił z głównej alejki i zatrzymał się przy wąskiej ścieżce, prowadzącej do świeżego grobu. Ludzie w milczeniu rozchodzili się na boki, przeciskając się pomiędzy gęstą zabudową nekropolii, zwolna otaczając ostateczny cel wędrówki mieszkańca niesionej przez żałobników trumny. Co bardziej niecierpliwi zaczęli szeptać, okazując niezadowolenie warunkami panującymi na starym cmentarzysku, inni przepychali się mocno robiąc łokciami, by znaleźć się jak najbliżej pogrążonej w żałobie rodziny i tym samym móc bardziej aktywnie, czy bezpośrednio połączyć się z nią w poczuciu żalu po stracie bliskiej osoby. Albo po prostu, żeby lepiej widzieć i nie przegapić czegoś, o czym później ludzie będą mówić. No i oczywiście wśród gniotącej się całkiem licznej grupy ludzi znaleźli się również tacy, którzy koniecznie musieli na bieżąco śledzić reakcje najbliższych zmarłego, by móc ocenić stopień ich pogrążenia w żalu. A ten był całkiem spory, ale nie na tyle by usatysfakcjonować najbardziej wybrednych.
- Pani Paprotkowa? – szepnęła przysadzista, odziana w futro z nutrii, pyzata żona kominiarza Kondrackiego. Było jej gorąco, o czym świadczyło wyraźne zaczerwienienie twarzy i strużki potu sączące się spomiędzy wściekle rudo ufarbowanych, ondulowanych włosów. – Ten pijak, to chyba nawet nie żałuje dziecka, nie sądzi pani?
- Co? – nie zrozumiała zagadywana.
- Mówię, że ten opój, to i nawet przejęty nie jest, że dzieciaka chowa.
Paprotkowa spojrzała w kierunku obmawianego.
- Czemu pani tak mówi?
- No przecież nie płacze nawet – odparła zdziwiona brakiem zrozumienia kominiarzowa.
- A tam zaraz ma ryczeć – nie zgodziła się wzruszając ramionami Paprotkowa. – Przecie to chłop. Pewnie w sercu żal gniecie.
- A już w sercu – niemal krzyknęła Kondracka kuląc się natychmiast zdawszy sobie sprawę ze swojej nietaktownej reakcji. – On ta, pani, lód tam ma w piersiach, a nie serce – dodała powracając do przyciszonego tonu. – Jak i cała ta rodzinka, zresztą. Pewnie ten mały, jak nic, na takiego samego najducha by wyrósł, jak tatuś, gagatek i ladaco, że…
- A niechże pani da spokój – przerwała jej Paprotkowa. – Przecież dzieciak jeszcze nie ostygł, a pani już jęzorem miele takie nieprzyzwoite rzeczy.
- Co? Ja mielę? Nieprzyzwoite? Pani to też, zdaje się, Boga w sercu nie ma – fuknęła żona kominiarza i odwróciła się obrażona, szybko obrzucając tęsknym wzrokiem najbliższe otoczenie. Dojrzawszy kolejną sąsiadkę zaczęła przeciskać się w jej kierunku.
Nieopodal stało w skrzywionych pozach trzech mężczyzn w średnim wieku, którzy, sądząc po minach, czuli się bardzo nieswojo, byli zniecierpliwieni i podenerwowani, o czym świadczyły, między innymi, nadmierna potliwość, skubanie paznokci i dreptanie w miejscu.
- Długo jeszcze? – szepnął jeden.
- Bo ja wiem? – odparł drugi. – Pewnie ze dwadzieścia minut. Albo i lepiej.
- O żesz kurwa.
- Zamknijcie się – upomniał kompanów trzeci z mężczyzn. – Przecież Zenka chłopaka chowają.
- No właśnie – nie ustępował pierwszy z niezadowolonych. – Trza chłopa wspomóc w trudnej chwili należycie, a ci będą teraz pierdolić, śmondy buraczene i tępe ćwoki.
- Pić im się nie chce, to będą tera stać do wieczora – dołączył drugi. – Co ich obchodzi cierpienie bliźniego? Byle się pokazać czarnemu, świętojebki w dupę uprzejme.
Bębenek przysłuchiwał się tym i podobnym rozmowom z niewzruszoną, obojętną miną. Chciało mu się spać, bo poprzedniej nocy nawet nie zmrużył oka przez strzykanie w krzyżu. Humor przez to też mu nie dopisywał, więc tylko pomstował w duchu na narzekających. Starał się nie myśleć o niczym przyjemnym, by nie zapaść w drzemkę i nie przegapić swojego ostatniego, tego popołudnia, wejścia. Próbował skupić uwagę na żałobnikach, którzy każdorazowo wprawiali go w rozdrażnienie, skutecznie tym samym odganiając sen. Obserwował wystrojone w futra kobiety i mężczyzn w opiętych na nich i przyciasnych lub zwisających luźno garniturach. Jedni czuli się doskonale w roli żałujących, znajdując kolejną okazję do rozmów, inni nie mogli się już doczekać zakończenia uroczystości, która zmusiła ich do przywdziania nielubianej, przypominającej lepszą kondycję fizyczną czasy, odzieży. Do tego mało atrakcyjnego zgromadzenia dochodzili jeszcze, pomarszczony jak baranie buły kościelny Jarząbek, stojący nieruchomo i ściskający w sękatych dłoniach stylisko krzyża oraz rumiany na twarzy proboszcz Maciejewski, który załamującym się głosem wygłaszał ostatnią, pożegnalną mowę, wzbudzając tym samym coraz głośniejszy lament i westchnienia zebranych.
Wreszcie kaznodzieja skończył z trzaskiem zamykając biblię i trumna powędrowała na swoje miejsce w zapraszającą ją czerń. Grabarze przystąpili do swoich czynności, czemu towarzyszyło delikatne bębnienie uaktywnionego Bębenka. Ludzie złożyli najbliższym zmarłego kondolencje, poczym zaczęli się rozchodzić i po paru chwilach na cmentarzu zapanowała cisza. Podmuchy wiatru łkały do wtóru stukającym cicho o nagrobki kroplom deszczu, jakby nie chciały zakłócać wiecznego snu ich mieszkańców. Chwilowe ożywienie po krótkiej przygnębiającej ceremonii poszło w zapomnienie. Łopaty odpoczywały wbite w ziemię, przejmująca chłodem otchłań grobu zaspokojona warstwą świeżej ziemi przestała kłuć duszę, nozdrza atakowała za to mieszanina zapachów świeżo rozgrzebanej ziemi, różnych gatunków ciętych kwiatów, igliwia wieńców i swądu trawionych ogniem zniczy.
Bębenek po raz kolejny szybkimi ruchami palców przeliczył banknoty składające się na podzieloną przez starszego z grabarzy dolę za dzisiejszą, nadplanową fuchę.
- Co tak wachlujesz, mały, wachlu, wachlu, co? – zapytał rozbawiony mężczyzna. – Gorąco ci tobie, co?
- Wolę żeby na miejscu wyszło, co ma wyjść – odparł ostro miś. – Żeby potem nie było.
Grabarz momentalnie stracił humor i przybrał obrażoną minę.
- Że niby co ma wyjść komu kiedy, co że ma, co? – syknął.
- Nie wiem – powiedział Koala chowając pieniądze do kieszonki flanelowego kaftanika. – Cokolwiek.
- Że to niby niby oszukać cię niby niby chciałem mieć chęć, czy jak, co? – nie ustępował mężczyzna.
- No? – dołączył z pretensjami drugi.
Miś odsunął drugą, większą kieszonkę, znajdującą się z boku bębenka i wydobył z niej płaską półlitrówkę samogonu.
- Eukaliptusówka – powiedział odkręcając korek. – Niezwykle rzadko spotykanej przedniości.
Grabarze umilkli natychmiast i obserwując przełykającego drobnymi dozami niedźwiadka, przybrali przyjazne oblicza. Koala czknął delikatnie i wyciągnął butelkę ku oczekującym z niecierpliwością mężczyznom.
- Pij, Tygrys – powiedział Bębenek. – Żeby ci na zdrowie poszło.
Zaproszony nie dał się namawiać i szybko przytknął szyjkę do spragnionych ust. Zaraz przejął ją drugi i po chwili naczynie wróciło w ręce właściciela.
- No – powiedział Koala. – To żeby nie było, że tam coś nie tego.
- Jasna sprawa jest, że jest przecież, nie? – przytaknął Tygrys. – Ale dać jeszcze potrzeba jest na drugiego giczoła chęć, to się rozumie oczywiście. No i Lichy nabierze pokory, jak nie przecież, nie?
- No – zgodził się młodszy z grabarzy oblizując spierzchnięte wargi.
Niedźwiadek rzucił okiem na mężczyznę. Jego zmęczona, zszarzała twarz pocięta była wyraźnie widoczną siatką naczyń krwionośnych, ślina sączyła się z kącika ust, oczy płonęły niespokojnym blaskiem.
Szybko podał mu flaszkę.
- Pij, Lichy – powiedział miś. – Żeby ci tam pod czołem szybko okrzepło.
Parę minut później Koala pozostał sam z w połowie opróżnioną butelką. Usiadł na przewróconym wazonie i pociągnął solidny łyk eukaliptusówki. Westchnął przeciągle, schował do futerału pałeczki i już miał odejść w kierunku muru graniczącego z ogródkami działkowymi, gdy jego uszu doszedł ledwo słyszalny szept. Przynajmniej z początku tak sądził. Gdy zaczął nasłuchiwać, szybko doszedł do wniosku, że jest to krzyk, tylko bardzo odległy, jakby z… spod ziemi?
Koala dopadł nowousupanego ziemnego nagrobka i rozchylił zaścielające go kwiaty. Głos słychać było jakby nieco wyraźniej. Zaczął rozgrzebywać łapkami gliniastą, mokrą glebę, aż dotarł do szorstkiej drewnianej płyty, tymczasowo stanowiącej nakrycie grobu. Nie bez wysiłku odsunął ją na bok i spróbował wsunąć głowę w głąb ziejącego czernią dołu, co nie było w jego przypadku łatwe, z uwagi na krępujący ruchy bębenek.
- Jest tam kto? – krzyknął. – Halo!
- Gacie się palą! – padła zniecierpliwiona odpowiedź.
- Co?
- Wypuśćże mnie!
Koala usiadł z szeroko rozrzuconymi na bok nóżkami i skrzywił się w niepewności. Co powinien zrobić? A jak wyjdzie nieboszczyk? Albo, co gorsza, jakaś strzyga? I wychla z niego całą krew z krążącą w niej eukaliptusówką?
- Jesteś tam?! – domagał się głos z głębi grobu. – Powietrza!
Bębenek zerwał się na nogi, zaczął zamaszystymi ruchami rozrzucać wieńce i zbryloną ziemię. Po chwili przez powstały duży otwór, przerzucił spleconą naprędce z taśm kondolencyjnych linę i opuścił się na wieko trumny. Gdy tylko dotknął go stopami, usłyszał od spodu niecierpliwe dudnienie.
- Pospiesz się!
- Nie możesz sam wyjść? – zapytał podejrzliwie Koala.
- Jestem przywiązany!
Przywiązany? Bębenek nieco się zaniepokoił. Kto przywiązuje nieboszczyka do trumny? Po co? To jasne. Żeby nie wyszedł. A jaki nieboszczyk może zechcieć wyjść z trumny? Proste. Zombie, albo inne paskudztwo. Niedźwiadek ostrożnie przyłożył ucho do wieka.
- Ktoś ty? – zagadnął.
Z wnętrza dała się słyszeć szamotanina.
- Otwieraj! – padła nerwowa odpowiedź. – Później będzie czas na prezentację.
- Mów, ktoś ty? – nie ustępował Koala. – Bo cię nie wypuszczę.
Po jego słowach ponownie nastąpiła chaotyczna szarpanina i zapamiętałe walenie w wieko. Wobec widocznego braku efektów po chwili zapanowała cisza.
- Proszę, – dobiegł zrezygnowany głos – wypuść mnie. Jestem tylko małym misiem.
Koala jakby dostał obuchem w potylicę i zaraz potem po pysku z plaskacza i na odlew. Myśl rozjarzyła się w jego umyśle jak noworoczna petarda. Miś! Czy to możliwe? Jacy ludzie chowają w trumnie misia? Przecież to niedorzeczne. Z drugiej strony, który umarlak użyłby takiego fortelu? Każdy wymyśliłby sto lepszych kłamstw, niż podszywanie się w takich okolicznościach pod misia. A może ten nieboszczyk jakoś wyczuł, że ma do czynienia właśnie z misiem i próbuje go teraz omamić i wykorzystać jego słabości?
Po początkowej euforii, Bębenek nabrawszy nowych podejrzeń, ponownie przycisnął twarz do wieka.
- Jaki miś? – zapytał.
- Normalny – padła odpowiedź. – Miś, jak miś. Zwykły mały miś.
Koala spochmurniał. Nie ma takiego czegoś, jak zwykły miś. Żaden miś nie określi się w taki sposób.
- Ale jaki? – dopytywał. – Panda?
- Sranda, a nie panda! – padła ostra odpowiedź, aż Bębenek podskoczył na wieku. – Jestem Miś Trumniś! Otwieraj w tej chwili, albo będziesz mnie miał na sumieniu i będę cię nawiedzał w nocnych koszmarach!
Koala nigdy nie słyszał o takim misiu, ale stanowczość i szczerość słów uderzyły go tak mocno, że nie tracąc czasu zsunął się w wąską szczelinę z boku trumny i zaczął podważać wieko. Nie obyło się bez pomocy uwięzionego i po kilku minutach udało się otworzyć skrzynię. Ciemność była absolutna i Bębenek niewiele widział. Z obawą sięgnął w głąb, w kierunku dobiegających z dołu dźwięków łapczywego oddechu i zaczął po omacku szukać jego właściciela. Wzdrygnął się, gdy natrafił na zimną twarz nieboszczyka, ale zaraz potem wyczuł pod palcami miękkie, ciepłe futerko. To zmobilizowało go do działania i po chwili udało mu się przy pomocy małego scyzoryka przeciąć krępujące misia więzy. Nie tracąc czasu na rozmowy w ciemnościach szybko wydostali się na powierzchnię, powtórnie wykorzystując splecioną przez Bębenka linę z taśm żałobnych.
- Olaboga – westchnął z wdzięcznością Trumniś. – A myślałem, że już się uduszę. Dziękuję ci po stokroć. Zrobiłeś wielki uczynek całemu społeczeństwu.
Koala przyjrzał się uważnie nowopoznanemu. Miś miał brązowe, lekko przybrudzone ziemią, ale bardzo zadbane i puszyste futerko. Był misiem sztucznym, pluszowym, z zawiązaną pod szyją kokardką z biało czarnej taśmy, z wykaligrafowanym pożegnalnym tekstem podpisanym „Zawsze kochający mama i tata”. Jego brązowe oczy i duże, odstające uszy były niemalże idealnie okrągłe.
- Co się tak gapisz? – zapytał ostro Trumniś.
Koala przerwał obserwację nowego towarzysza.
- Skąd się wziąłeś? – odparł pytaniem.
Miś parsknął zdziwiony.
- Nie poznajesz mnie? – rzucił z niedowierzaniem. – Przecież codziennie mówią o mnie w telewizji. I to w prime timie. Zawsze przed dobranocką i zaraz po, no i oczywiście po wiadomościach. Rzecz jasna nie tylko, bo jeszcze…
- Ja nie oglądam telewizji – przerwał Bębenek. – Szkoda czasu.
- Jak to? – nie mógł uwierzyć Trumniś. – A jak byłeś mały?
- Jak byłem mały, to występowałem w cyrku.
- Pracowałeś od dziecka? – zafrasował się Miś. – No trudno. Ale nic nie szkodzi. Koniecznie musisz mnie zobaczyć. O! – ożywił się. – Na przykład w gazecie. Przecież moje zdjęcia są prawie w każdej gazecie! I to na okładce!
- Daj spokój – skrzywił się Koala, któremu przypomniały się plakaty z własną podobizną. – Wystarczy, że opowiesz.
- Nie! – Trumniś poderwał się na krzywe nóżki. – Musisz koniecznie zobaczyć!
Wybiegł na alejkę i zaczął gorączkowo się rozglądać.
- Gdzie brama? – zapytał. – Pewnie jest tam jakiś kiosk. Zawsze są przy cmentarzach.
Mimo oporów Bębenka, po chwili znaleźli się przy bramie. Kiosk był nieczynny, ale przez okratowane okna widać było mnóstwo okładek kolorowych magazynów. Trumniś podskoczył, zgrabnie wspiął się po kracie i zaczął przegląd witryny.
- O! – krzyknął. – Jestem! Musisz zobaczyć!
Koala westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty oglądać zdjęć swojego nowego, chełpliwego kolegi. Zwłaszcza, że we wspinaczce trochę przeszkadzał mu bębenek.
- No chodź! – ponaglał Trumniś.
- Nie jestem ciekaw – krzyknął Bębenek.
Trumniś zaczął z łoskotem szarpać kratą.
- Uspokój się! – upomniał go Koala. – Bo ktoś zadzwoni na policję!
- A niech zadzwoni! – nie dawał za wygraną Miś. – Nie przestanę, dopóki nie zobaczysz.
Widząc, że nie ma szans na upór Trumnisia, Koala zaczął wolno wspinać się po okratowaniu.
- Dawaj! – zachęcał go Miś. – Jeszcze trochę, dasz radę!
Koala zacisnął zęby i po chwili zawisł obok kolegi.
- No i? – zapytał bez większej ekscytacji.
- Patrz – Trumniś wskazał z dumą na kolorowy magazyn.
Na dużej rozkładówce faktycznie widniały fotografie jego nowego znajomego. W nagłówku strony widniał napis: „Miś Trumniś. W trumnie każdego dziecka”.
- No i jak? – zapytał nie kryjąc dumy Trumniś. – Robi wrażenie, co nie?
Bębenek miał mieszane uczucia.
- Czy ja wiem?
Miś zeskoczył na ziemię.
- Jesteś po prostu zazdrosny.
- Gówno prawda – zaprzeczył Koala lądując obok Trumnisia. – To przykre, być na zdjęciach w trumnie. Poza tym, to nic innego, jak tylko zwyczajna reklama, a to oznacza, że wcale nie chodzi konkretnie o ciebie. Tłuką was taśmowo, jak odważniki, albo szczotki do kibli.
Trumniś początkowo parsknął sądząc, że to dobry dowcip, ale widząc poważną minę Koali, nie krył zdziwienia jego oceną stanu rzeczy.
- Ty chyba nie mówisz poważnie? – niedowierzał.
- Przeciwnie.
- Przecież widzisz, że to moje zdjęcie jest na okładce.
- Nie twoje, tylko pluszowego Misia Trumnisia – zaznaczył Bębenek.
- Czyli moje – upierał się Miś.
- Niekoniecznie.
- Dobrze pamiętam, jak robili mi to zdjęcie. I wiele innych do różnych folderów. Jestem sławny i dla tego mi dokuczasz.
- Jesteś głupi.
- Sam jesteś głupi – odgryzł się Trumniś. – Czemu nie chcesz przyjąć do wiadomości, że masz do czynienia z gwiazdą?
- Gwiazdą? – Koala wydął policzki i parsknął. – Raczej nikomu nie potrzebnym, fartownie niedoszłym kawałkiem zgniłego pluszu. Powinieneś mnie całować po stopach za uratowanie nędznego żywota, gwiazdorze.
- Aleś ty tępy.
- Inaczej mówiłeś, jak wąchałeś kwiatki od spodu.
- Było mi całkiem dobrze.
- To po jaką cholerę darłeś mordę, by cię wypuścić? – nie wytrzymał Koala.
Trumniś skrzywił się, rozdziawił bezzębną buzię, ale słowa, uwięzły mu w gardle.
- No, bo…
- Co „no, bo”? – nie ustępował Bębenek. – Jesteś hipokrytą! Najpierw chełpisz się, że chcą cię włożyć do każdej trumny zmarłego dzieciaka, a gdy już się to stanie, drzesz japę, żeby cię wyciągnąć. Bardziej zależy ci, by dostać się na pierwsze strony gazet, byle jakim kosztem, a potem co? Walisz w pory ze strachu! Strugasz twardziela, żeby wszyscy zazdrościli ci popularności, a jak już zniknąłeś z oczu gawiedzi, wyłazi z ciebie gnida, prostaczek i sprzedawczyk. A do tego bezdennie tępy dzwon. Jak mogłeś myśleć, że jesteś jednym jedynym Misiem Trumnisiem? Że niby co? Dadzą cię umarlakowi na pięć minut i potem z powrotem na salony? Przecież wy jesteście jak karma dla psów, jak nawóz, szampon do włosów, puder albo bierki. Produkt, który nie jest nawet dobry i trzeba go szeroko rozreklamować, bo inaczej nikt tego nie kupi. Z wami to nawet gorsza sprawa niż z karmą, czy tym wszystkim innym, bo jesteście zupełnie niepotrzebni. Wkładanie pluszowego misia do trumny to pomysł absurdalny. Po jaką cholerę? Jeśli spojrzeć z estetycznego punktu widzenia, to może i ładnie, bo dzieciak nie idzie do gleby sam, tylko z maskotką, ale to również kupy się nie trzyma. W końcu każdy ma swoją ulubioną zabawkę i wolałby być pochowany z nią, a nie z jakimś nadętym bufonem.
Trumniś patrzył na Koalę z niedowierzaniem, jego oczy robiły się coraz większe i większe, by w końcu wypełnić się łzami, które nie mogąc się w nich pomieścić, trysnęły na wszystkie strony, jak na kreskówce.
- To nieprawda – rozszlochał się nieporadnie. – Nie prawda, nie prawda, nie prawda!
Miś przewrócił się na brzuszek i zaczął zapamiętale tłuc w ziemię zaciśniętymi piąstkami.
- To podłe kłamstwo! – krzyczał przez łzy. – Kłamstwo i oszczerstwo!
Widząc, że Miś mocno przeżywa słowa prawdy, Bębenek zaprzestał oskarżeń, usiadł na niskiej ławeczce, sięgnął do kieszonki i wyciągnął butelkę. Odkręcił kapsel i pociągnął tęgi łyk. Trumniś nie przestawał płakać, ale coraz mniej się miotał i po chwili już tylko wstrząsały nim coraz rzadsze spazmy.
- No nie rycz już – powiedział Bębenek. – Masz, pociągnij łyk. Dobrze ci zrobi.
Miś nie wstając, ukradkiem spojrzał na Koalę.
- Co to jest? – zapytał stłumionym, przerywanym głosem.
- Napój z eukaliptusa – padła odpowiedź. – Mój ulubiony. Orzeźwia i stawia na nogi, jak żaden inny.
Trumniś usiadł okrakiem i przejął butelkę. Powąchał ostrożnie.
- Pfuj! – skrzywił się. – Przecież to alkohol jest!
- Pewnie, że tak – przyznał zdziwiony Koala. – A cóż by innego?
- Przecież ja jestem ulubieńcem dzieci! – oburzył się Miś. – Jak możesz mi to proponować!? To niesmaczne, niestosowne i…
- Przestań pierdolić i wal banię, bo cię zostawię tu na deszczu – ryknął Bębenek zrywając się z ławeczki. – I będziesz siedział sam, aż znajdą cię jakieś menele i przerobią na bambosze! I to samo cię czeka, jak usłyszę choćby jeszcze jedno słowo o dzieciach, telewizji i popularności. Jesteś niczym innym, jak nikomu niepotrzebnym, zużytym i zakopanym w ziemi pluszowym misiem. Rozumiesz, gówniarzu!
Trumniś zamarł z miną znamionującą niedowierzanie z przewagą ogarniającego go przerażenia.
- Pij!
Miś posłusznie uniósł butelkę i pociągnął niewielki łyk.
- Więcej! – strofował go Koala waląc w bębenek mocno zaciśniętą pięścią. – Mam widzieć, jak opróżniasz butelkę! Inaczej z powrotem wrzucę cię do grobu i zakopię!
Trumniś przymknął oczy i przełknął trzy spore łyki. Ostatni wykrzywił mu pyszczek, strużka pomknęła z kącika ust.
- Dobra – powiedział Bębenek odbierając butelkę z drżących dłoni. – Będzie ci.
Opróżnił flaszkę do końca i schował puste naczynie do kieszonki. Poparzył w niebo, przeklął w duchu przesuwające się nisko chmury i coraz mocniej siąpiący deszcz.
- Czas na nas – ocenił. – Zbieraj dupsko i spadamy stąd.
Trumniś nie bez trudu wstał na rozchwiane nogi. Minę miał niepewną, ale na szczęście zniknął z niej strach.
- To znaczy się, idziemy gdzie? – zagadnął.
Język mocno mu się plątał, głowa lekko opadała na pierś gniotąc zgrabnie zawiązaną pod szyją, kolorową kokardkę.
- Do domu. Na działki.
*
Koala ogryzał lekko podwiędłe jabłko obserwując z ciekawością, jak Trumniś znika w zakrytym kwiatami świeżym grobie. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że grabarze coś podejrzewają, choć żaden z nich nie dał temu świadectwa oskarżeniami, czy niewygodnymi pytaniami. Bębenek po prostu przeczuwał, że coś jest nie tak, dlatego też nie zaglądali do grobów bezpośrednio po pochówku, tylko wracali po kilku godzinach, upewniwszy się wcześniej, że mężczyźni nie czają się gdzieś w pobliżu. Nie było sensu ryzykować. Mieli zbyt dużo do stracenia. Z tego też powodu nie obnosili się z sukcesem, jaki osiągnęli, tylko Koala inwestował zgromadzony majątek w sekrecie i pod pseudonimem. Przyjdzie jeszcze czas na korzystanie z jego dobrodziejstw. Najważniejsze, to nie pozwolić, by sodówka uderzyła do głowy.
Dwukrotne szarpnięcie sznurkiem oznaczało, że Trumniś przymocował linę. Koala zaparł się nóżkami, mocno ją pociągnął i zwinąwszy dwa łokcie, zawiązał koniec o wkopaną w ziemię ławeczkę. Gdy po chwili nasłuchiwania przy otworze w nagrobku usłyszał umówiony dźwięk, odwiązał linę i zaraz potem zaczął ją ponownie wciągać na górę, posapując z wysiłku. Po kilkunastu mocnych ruchach Miś ukazał się w rozgrzebanej w ziemi dziurze.
- No i? – niecierpliwił się Koala.
- Nie najgorzej – odparł Trumniś. – Złota obrączka i sygnet. Miał jeszcze zegarek, ale na sztucznym pasku i jakiś gówniany, elektroniczny, to nie brałem.
- I dobrze – zgodził się Koala. – I tak nikt tego później nie chce odkupić, a wpaść łatwo. Masz – dodał wyciągając ku Misiowi piersiówkę. – Golnij sobie.
- Jasne – odparł Trumniś z wdzięcznością przyjmując poczęstunek.
Odkąd Koala uratował małego Misia od niechybnego zgnicia w grobie, ten wielokrotnie już odwdzięczył mu się wysoce rozwiniętymi zdolnościami w plądrowaniu grobów i włamywania się do najróżniej zabezpieczonych trumien, owocem czego był szybki przypływ gotówki, jaką otrzymywali za drogocenne przedmioty, w których posiadanie dzięki owym umiejętnościom weszli.
A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Na drugi dzień po wyciągnięciu Trumnisia z grobu, Miś mocno odchorował kurację eukapliptusówką, którą uraczył go Bębenek. Za nic nie chciał uwierzyć też w słowa Koali, które tak drastycznie druzgotały całe jego wyobrażenie o swojej pozycji społecznej, nie wspominając już o karierze. Dopiero, gdy wraz z Bębenkiem włamali się do kilku kolejnych grobów, w których znaleźli mniej lub bardziej zbutwiałe szczątki Misi Trumnisi, uwierzył. Przeżył wówczas głębokie załamanie, z którego pewnie by się nie podźwignął, gdyby nie eukaliptusówka. Dla Koali, pozytywnym efektem uświadomienia Misia, było z kolei to, że przy okazji jednej z wizyt w grobie, Bębenek zabrał ze sobą zegarek, jaki zsunął się z gnijącej ręki nieboszczyka. Wydał mu się całkiem ładny, więc powiesił go na gwoździku nad łóżkiem. Później okazało się, że to bardzo drogocenny egzemplarz, o czym poinformował go Trumniś. Podobno jeden z telewizyjnych producentów miał taki sam i twierdził, że to pamiątka z komunii. Bębenek powątpiewał, ale zmienił zdanie, gdy zgarnął za niego całkiem pokaźną sumkę u pasera.
I w tenże sposób rozpoczęła się passa. W tygodniu robili kilka świeżych grobów, zanim te zostały przykryte pomnikami i w ten sposób, w przeciągu kilku miesięcy uskładali całkiem niezłą gotówkę, która pozwoliła im już całkiem poważnie myśleć o wyprowadzce z działkowej altanki, wzbogacenia i urozmaicenia menu i ogólnie, znacznym podniesieniu statusu społeczno – ekonomicznego. Trumniś bardzo chciał wrócić do wielkiego świata, o czym coraz częściej wspominał Koali przy każdej nadarzającej się okazji do momentu, gdy jedną z takich uwag sprawił, że Bębenek wpadł w furię. Od tamtej pory Miś drżał na samą myśl napomknięcia Koali o zmianie ich losu, mimo iż nie przestawał o tym marzyć. Cóż. Koala miał już w swoim życiorysie występy dla tłumów w blasku fleszy, o czym z taką goryczą wspominał, gdy ciut za dużo sobie podechlał. Czy zaryzykowałby powtórne wyjście z cienia? Miś srodze w to wątpił i bał się, że na samą myśl o takiej odmianie Bębenek znów wpadnie we wściekłość i jeszcze zrobi komuś (jemu) krzywdę albo sam dostanie zapaści.
Wszystkie te obawy były jednakże niczym innym, jak owocami spaczonego traumatycznymi przeżyciami umysłu Trumnisia, bezpodstawnymi obawami i wysnutymi z palca nie znajdującymi w rzeczywistości źdźbła pokrycia. Koala nie raz dawał mu już do zrozumienia, że jak tylko się odkują i odpowiednio ostrożnie zaplanują wydatki, sam z ulgą porzuci cmentarny klimat i wypłynie na szerokie wody, może nie od razu show bussinesu, ale z pewnością, konsumpcjonizmu.
Mimo zapewnień Bębenka, Trumnisia w dalszym ciągu trawiły jednak obawy i zgryzoty. Śnił nocami koszmary, w których Koala przybierał postać rozwścieczonego demona, który dybie na życie Misia, gdy tylko ten choćby wspomni o zmianie trybu życia. Zaczynał nawet na jawie dostrzegać na obliczu Bębenka niepokojące grymasy, które zawsze występowały przy okazji, gdy ich rozmowa zbaczała na drażniący Trumnisia temat wzrostu wydatków, wyjścia z cienia i porzucenia cmentarnego procederu.
Z upływem kolejnych miesięcy gniotące malutkie serduszko rozterki, żale i coraz mocniejsze ukłucia strachu zaczęły wpędzać Misia w szpony eukaliptusowego nałogu, który początkowo uśmierzał jego obawy i lęki, ale z czasem stał się dodatkowym ich katalizatorem. To z kolei sprawiło, że wyrzuty sumienia zaczął odczuwać Koala, który miał do siebie pretensje, że wpędził młodszego kolegę w nałóg.
I tak, aby jak najmniej myśleć o trapiących ich rozterkach, pracowali coraz więcej rozszerzając swoją działalność na inne, coraz odleglejsze nekropolia, wchodząc we współpracę z zaufanymi znajomymi Bębenka z danych lat, jak Jelonek Kaładze, który otworzył całkiem nieźle prosperujący zakład pogrzebowy, czy Goryl Równiacha spełniający się od jakiegoś czasu w roli głównego palacza dużego miejskiego krematorium. Razem tworzyli filie i terenowe agentury, co przyczyniało się do pomnażania ich majątku, a to paradoksalnie zamiast cieszyć, wpędzało Trumnisia w coraz większe obawy o zdrowie psychiczne Koali, który sam czuł się doskonale, ale za to srodze martwił się o kondycję małego Misia.
*
- Bardzo dobrze – ocenił Koala chowając trofea do kieszonki. – Jeszcze parę wypadów i będziemy musieli się przyczaić.
- A to czemu? – zdziwił się Trumniś. – Przecież idzie nam coraz lepiej? Chodźmy lepiej się gdzieś zabawić, wydajmy trochę szmalcu, a nie siedzimy w twojej szopie, jak te dwa menele.
Koala zmierzył Misia piorunującym wzrokiem.
- No wiem, wiem – powiedział szybko Trumniś. – Jeszcze nie czas, musimy być ostrożni, zachować czujność, ble, ble, ble.
- A w dupsko cię nie kopnąć, konusie?
- Sam się kopnij – odparł hardo Miś. – Najlepiej w ten pusty łeb! Ty masz jakąś manię prześladowczą, czy co? Na cholerę zbieramy to wszystko, skoro od miesięcy żremy szczaw i jagody?
Koala zmarszczył brwi.
- Tyle razy ci tłumaczyłem, półgłówku – parsknął purpurowiejąc na twarzy. – A ty znowu swoje?
- Bo z ciebie chytry ćwok.
Tego było Bębenkowi za wiele. Podbiegł do mniejszego kolegi i huknął go pięścią między oczy. Zaskoczony Trumniś poleciał w tył lądując bezwładnie w kępie porastających przygrobową rabatkę, bratków. Koala skoczył ku leżącemu i unieruchomił go siadając na nim okrakiem. Wymierzył leżącemu jeszcze dwa ciosy i pochylił się nad półprzytomnym.
- Posłuchaj, gwiazdorku – wycedził przez zęby. – Gówno mnie obchodzi, co o tym myślisz. Pamiętaj, że jak mnie jeszcze raz wkurwisz, to łeb ci rozwalę i wrzucę do pierwszego lepszego grobu, gdzie zgnijesz, jak powinieneś to zrobić pół roku temu. Rozumiesz co do ciebie mówię? Tu nie telewizja, pajacu, tylko zwykła, szara codzienność. Obudź się wreszcie!
Dla podkreślenia wagi swoich słów chlasnął leżącego z otwartej.
- Wystarczy! – krzyknął przerażony wybuchem Koali, Trumniś.
- Obudź się! – jeszcze raz poprawił, tym razem z główki.
- Przestań! Proszę! Już nie będę! Ty tu rządzisz. Zrobię, co karzesz! – przełknął gromadzącą się gorzką ślinę rozczarowania i porażki, którą dodatkowo wycisnęło z niego kolejne, piekące policzek uderzenie. – Wystarczy!
- Na pewno?
- Przysięgam!
- No – Bębenek zszedł z leżącego. – Tylko, kurwa, mi podskocz jeszcze kiedyś. Będziesz do końca życia popijał końskie szczyny i srał agrestem.
Trumniś pozbierał się z trudem i, uważając by Koala nie patrzył, pokazał mu język.
W tym też momencie poprzysiągł sobie, że tego już Bębenkowi darować nie może. Był mu wdzięczny za ocalenie życia, ale wszystko ma swoje granice. Ponad pół roku harował już na usługach niedźwiadka i co z tego miał? Ból, cierpienie i szykanowanie. I za co? Przecież starał się jak mógł, pracował ciężko w dzień i w nocy, był praktycznie na każde skinienie despotycznego Koali, a w zamian nie otrzymywał prawie nic. Nic poza miską podłej strawy. Nie licząc pojenia eukaliptusówką, od której chyba się już uzależnił. To nie może dłużej trwać. Nie wytrzyma takiego rygoru. Co innego gdyby mógł korzystać z majątku, w jaki dzięki jego pracy weszli. Nie chodzi nawet o jakieś szczególne luksusy, wystarczyłoby tylko od czasu do czasu wyskoczyć gdzieś, zabawić się, posmakować świata. A nie całymi dniami przesiadywać na cmentarzu i bawić się w ciociu babkę z grabarzami. I popijać eukaliptusówkę. I zasypiać po niej niespokojnie i budzić się na nowo i ponownie zapadać w eukaliptusowy sen… I śnić koszmar za koszmarem, koszmar za koszmarem…
*
- Ułech, łech, błeeee, łeee!!!
Bębenek zerwał się z posłania, czując jak jeży mu się futerko na całym ciele, poza, rzecz jasna, bębenkiem. Panująca w domu nieprzenikniona ciemność nie pozwoliła mu na należyte ocenienie sytuacji, ale perfekcyjnie działający słuch (poza tym, że wyjątkowo wyostrzony naturalnie, to jeszcze dodatkowo wyszlifowany długoletnią karierą sceniczną i późniejszą pracą zawodową) wyraźnie wskazywał jako źródło obłąkańczego wrzasku, sąsiedni pokój, który zajmował Trumniś. Koala nie tracąc czasu skrzesał płomień i podpalił lampę naftową (drzemiąca w nim wrodzona dzika natura, w dalszym ciągu nie pozwalała mu całkiem oswoić się z dobrami cywilizacji, spośród których elektryczność stanowiła najtrudniejszą do pokonania barierę). Z walącym sercem ruszył wąskim korytarzem. Rozpełzające się po ścianach żółte światło ukazało zamknięte drzwi sypialni Trumnisia. Bębenek nacisnął klamkę i pchnął je do wewnątrz. Wkroczył do środka i uniósł lampę. Miś siedział w łóżku wyprostowany, z wykrzywionym przerażeniem pyszczkiem i wrzeszczał wniebogłosy. Koala westchnął przeciągle. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu musi upłynąć, by malec doszedł wreszcie do siebie? Przeszłość była bolesna. Jemu samemu też zdarza się jeszcze od czasu do czasu budzić z krzykiem. Nie pomagały na to żadne lekarstwa, luksusy i zagraniczne wojaże. I eukaliptusówka również. Wspomnienia, bez względu na to, czy są dobre, czy paskudne, nie mają ceny.
Bębenek podszedł do łóżka i chlasnął Trumnisia z otwartej.
- Obudź się! – krzyknął.
Głowa misia przekrzywiła się w bok od uderzenia, ale krzyk nie ustał.
- Obudź się! – powtórzył Koala poprawiając na odlew znacznie mocniej, aż uwolniony uderzeniem różowy język Trumnisia wymknął się z rozwartych ust i zatoczył szeroki łuk zawijając się niemal za ucho.
Miś przestał krzyczeć, otworzył szeroko oczy i zaczął się rozglądać z półprzytomną twarzą. Gdy jego wzrok spoczął na Bębenku odetchnął z wyraźną ulgą.
- O kurwa! – jęknął opadając na poduszkę. – Ależ miałem sen.
Koala pokręcił głową i wycofał się do swojego pokoju gasząc światło. Trumniś otarł spoconą buzię jedwabną chustką i sięgnął po stojącą na nocnej szafce szklankę z whisky (od jakiegoś czasu wolał ją od eukaliptusówki). Pociągnął tęgi łyk. Przyjemne palenie w gardle rozjaśniło mu myśli. Wymacał pod poduszką pilota. Serce waliło mu jeszcze mocno, ale wyraźnie się uspokoiło, gdy połowa ściany sypialni rozbłysła jaskrawymi kolorami panoramicznego ekranu telewizora, nastawionego na program, na którym, bez względu na porę, emitowane były bajki o Misiu Uszatku. Na pyszczek Trumnisia nieśmiało wypełzł błogi uśmiech. Zwolna odprężając się zaczął podśpiewywać wraz z narratorem:
Jestem sobie mały miś, gruby miś
Znam się z dziećmi nie od dziś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)