Wprowadzenie
Mońcioch jest dosyć specyficzną istotą. Owa jego inność rozpoczyna się już u samego zaczątka długiego na ogół życia, w momencie, gdy składane jest jajo. Otóż samo jajo niezwykle różni się od wszelkich innych, jakie można spotkać tu i tam. Przede wszystkim odmienne jest to, że jajo ma ręce, nogi, korpus i głowę. Właściwie to samo jajo ma kształt wykluwającego się z niego osobnika, dokładnie się do niego dopasowując. Z każdym dniem jego skorupka twardnieje i staje się mniej elastyczna, przez co kryjący się w niej malec ma coraz bardziej ograniczone pole manewru, aż w końcu zupełnie je traci, kiedy chitynowo wapniowa skorupka staje się twarda niczym narzutowy głaz. Proces ten trwa na ogół od mońciochowego miesiąca do półtora mońciochowego roku w zależności od warunków atmosferycznych, w jakich przechowywane jest jajo.
W tym momencie należy uwypuklić fakt, iż mońciochowe jednostki czasowe różnią się od powszechnie używanych. Z uwagi na długowieczność mońciochów za jednostkę badawczą przyjmiemy jeden mońciochomiesiąc. I tak jeden mońciochomiesiąc wynosi dwa miesiące, z kolei jeden mońciochorok, to rok i osiem miesięcy (rok mońciochowy składa się z dziesięciu mońciochomiesięcy). Tak trwa to do okresu ukończenia przez mońciocha dziesięciu monciocholat (ok. 16,6667 lat). Wówczas zmienia się cykl czasowy i każdy następny mońciochorok ulega wydłużeniu i trwa czternaście mońciochomiesięcy, których czas trwania wydłuża się do trzech i pół miesiąca każdy, czyli jeden mońciochorok po ukończeniu przez mońciocha dziesięciu mońciocholat (16,6667 lat) liczy czterdzieści dziewięć miesięcy, czyli 4,0833 lat. Według takiej rachuby upływa mońciochom czas do osiągnięcia pełnoletniości, czyli pięćdziesięciu mońciocholat (179,9987 lat – wynik uwzględnia fakt, iż mońcioch ukończywszy dziesięć mońciocholat, ma 16,6667 lat). Są to obliczenia uproszczone, ujednolicone i uśrednione. W rzeczywistości bowiem, niewielkim wahaniom ulega długość poszczególnych jednostek czasowych (licząc od ukończenia dziesięciu mońciocholat) i jest uzależniona od długości okresu przebywania w jajku, i wynosi: od jednego do trzech mońciochomiesięcy (wcześniochy – zmniejszenie poszczególnych jednostek czasowych o pięćset pięćdziesiąt proceńciochów), od trzech do dwunastu mońciochomiesięcy (zwyczajniochy – właściwy okres wykluwania – zmiany nie występują) i od dwunastu do piętnastu mońciochomiesięcy (późniochy – przyrost o osiemset dwadzieścia pięć proceńciochów). Stosując te zmienne możemy łatwo wyliczyć, że najmłodsze mońciochy osiągając pełnoletniość mogą liczyć czterdzieści sześć mońciocholat (163,6655 lat), zaś najstarsze pięćdziesiąt sześć (204,4985 lat). Mimo tych różnic w momencie osiągnięcia pełnoletniości wszystkie mają po pięćdziesiąt mońciocholat, bo pełnoletniość sprawia jednocześnie, iż ulega wyrównaniu wiek wszystkich ją osiągających. Z uwagi na powyższe w naturalnych warunkach obliczenia te nie mają większego sensu, poza ciekawostką. No chyba, że naturalność zostanie zachwiana i mońcioch pełnoletniości nie dożyje, wówczas waga obliczeń staje się istotna. W tym momencie może nasunąć się również pytanie, dla czego średniego wieku mońciocha nie określono na pięćdziesiąt jeden monciocholat, co wydaje się logiczne z matematycznego punktu widzenia. Otóż uznano, iż skoro wiek pełnolatka ma oznaczać osiągnięcie jakiegoś istotnego punktu, to należy nakreślić go grubą, wyraźną, nie nasuwającą żadnych wątpliwości linią, a pięćdziesiąt jeden tego nie oddaje, a poza tym nastręcza ponurych skojarzeń, gdyż zbytnio spowinowacone jest z cmentarną aleją. Po uzyskaniu pełnoletniości czas wraca do zasad obowiązujących w pierwszym dziesięcioleciu życia mońciochów, więc z każdym mońciochorokiem przybywa im zwyczajowy rok i osiem miesięcy. Szczegóły ułatwiające obliczenie wieku mońciocha w latach znajdują się w załączniku no niniejszego tekstu.
W tym momencie należy wrócić do ważnego etapu życia mońciocha, jakim jest niezwykle istotne przechowywanie, a nie wysiadywanie. I tu należy raz jeszcze uwypuklić ową różnicę: przechowywanie, a nie wysiadywanie. Otóż w świecie mońciochów rodzice nie przykładają wagi do pielęgnacji w miejsce tego dbając, by jajo zniesione było w optymalnych, jeśli chodzi o względy bezpieczeństwa, warunkach, dzięki czemu opieka nad nim jest zupełnie zbędna. Dzięki temu dorosłe osobniki mogą poświęcić cenny czas na inne niezwykle ważne dla środowiska czynności i działania.
W momencie, gdy skorupka stanie się twarda ponad wyobrażenie, ukryty pod nią malec zaczyna okrutnie się złościć i irytować, czego przejawem jest napinanie wszystkich mięśni, w czego efekcie ograniczający go pancerz rozpada się i na świat przychodzi młodziutki, ale niemalże całkiem już sprawny fizycznie mońcioch. Fizycznie. To bardzo istotne. Dojrzałość psychiczną mońciochy osiągają bowiem dopiero w wieku pięciu mońciocholat od zniesienia jaja. W zależności od tego, ile czasu mońcioch spędził we wnętrzu jaja o tyle skróceniu ulega okres osiągnięcia dojrzałości umysłowej. Niestety czas ten, a zwłaszcza jego późniejsze stadium (po około trzech mońciocholatach) jest okresem niezwykle dla mońciocha nieprzyjemnym, a wręcz bolesnym. Otóż młodym mońciochom bardzo szybko rosną oczy. Tempo to nie jest niestety zgrane z rozrostem kości czaszki, co powoduje niezwykle bolesny ucisk na mózg. W początkowej fazie rozwoju nie stanowi to większego problemu, bo czaszka ma dosyć dużą rezerwę i rozrastające się oczy naciskają na mózg w okolicznościach niewielkiej jedynie migreny. Później natomiast ucisk zaczyna być nieznośny i mońciochy strasznie cierpią, co przejawia się niezwykłą złośliwością i bezczelnością zarówno wobec swoich pobratymców, jak i wszelkich innych istot.
Zdawać by się mogło, że taki element rozwoju mońciochów jest nielogiczny i niezgodny z wszelkimi prawidłami ewolucji, która powinna z czasem ową niedogodność zwalczyć. Jest to jedynie prawa połowiczna. Okazuje się bowiem, że dzięki bólowi jaki odczuwają te istoty w początkowych fazach rozwoju, są nań uodpornione w okresie późniejszym, szczególnie w czasie dojrzewania i osiągnięcia dorosłości, co w przypadku tego gatunku przypada na wiek pięćdziesięciu lat. Od tego okresu mońciochy nabierają umiejętności ziania ogniem o bardzo specyficznych właściwościach, między innymi wysokiej temperaturze spalania, która wynosi dwa i pół tysiąca stopni Celsjusza. Poza uwarunkowaniami biologiczno chemicznymi są do tego zdolne głównie dzięki temu, że w okresie dojrzewania uodporniły się na ból. Inaczej cierpiałyby nieopisane katusze, gdyż za każdym razem podczas ziania ogniem spalają im się wargi i opiekają nozdrza. Na szczęście niemalże natychmiast nowa para ust wyrasta im na chudych, pociągłych dupskach i jak tylko odpadają spopielone stare, na ich miejsce przyklejane są nowe, odklejone z dupy właśnie. Nozdrza nie są wymieniane, gdyż z czasem tak solidnie się zapiekają, że nie reagują już na płomienie. Inne rejony twarzy nie ulegają poparzeniom, gdyż pokrywa je gruba, powlekana zielonkawego odcienia śluzem, łuska, która poza cechami ochronnymi ma też niezwykłe właściwości izolacyjne. Dzięki niej na przykład mońciochy nie przewodzi prądu. Przekonał się o tym nie jeden łowca, który próbował przeciwko mońciochom użyć elektrycznych paralizatorów. Nie do końca wiadomo na jakich zasadach to działa, ale elektryczna wiązka skierowana przeciwko mońciochowi nie dość, że nie robi mu krzywdy, to jeszcze wraca do punktu wyjścia idealnie po pierwotnie pokonanym torze.
Wróćmy jednak do ognia, którym mońcioch może ziać. Jego zarzewie wytwarzane jest w głowach, które są niesamowicie duże. O ile na początku rosną po woli, to później nadrabiają straty z niesamowitą wręcz prędkością. Przez jeden mąciochorok zwiększają swoją objętość czterokrotnie, przy zachowaniu tej samej wielkości oczu i mózgu. Niemal pięciokrotnie przybiera również na grubości tkanka kostna czaszek, co poza niesamowitą odpornością powoduje równocześnie, że głowy okrutnie przybierają na masie. A że jednocześnie skupiają w sobie ośrodek ciężkości, to mońciochy stąpają niepewnie, chwieją się i tracą równowagę często się przewracając. Z wiekiem mońciochy potrafią poruszać się coraz pewniej, gdyż przez całe życie rosną im stopy, co w pewnym stopniu niweluje problemy z błędnikiem równowagi.
Jeżeli zaś chodzi o wzrost, to powszechnie wiadomo, że mońciochy mogą osiągnąć maksymalnie około pięć metrów, ale że z reguły poruszają się pochylone i sylwetka wyprostowana jest dla nich nienaturalną, to przyjmuje się, iż przeciętny wzrost mońciocha waha się pomiędzy trzy i pół, a cztery metry. Długość stopy u najstarszych osobników sięga nawet półtora metra. Jak wspomniano wyżej, wielkość stopy poprawia mońciochową stabilność, niestety negatywnie odbija się na ich ruchliwości i szybkości. I oczywiście precyzji, którą jednakże mońciochy nie grzeszą w żadnym z etapów swojego życia. I tak w przypadku poruszania się metodą skokową, wielkość stopy nie jest większą przeszkodą, a wręcz przeciwnie, wzmacnia siłę odbicia i poprawia zasięg, co przy konieczności szybkiego przeniesienia się w inne miejsce jest znacznym udogodnieniem. Gorzej, jeśli mońcioch zapomniał, że urosły mu stopy i chce skoczyć blisko. Wówczas znacznie przesadza i zdarzają się przypadki, że ulegają w efekcie tego różnym, mniej lub bardziej poważnym kontuzjom. Podobnie, gdy mońcioch chce poruszać się małymi kroczkami, lub iść na palcach. W takim przypadku, jeśli mocno się nie skoncentruje i posiada w tym zakresie odpowiedniego przeszkolenia, efekt marszu wygląd podobnie jak w przykładzie opisanym powyżej.
Mońciochy są ogólnie bardzo podatne na wszelkiej maści defekty. Najbardziej wrażliwa jest u nich psychika, która, jeśli ktoś ją urazi, potrafi sprawić, że mońcioch staje się praktycznie czymś w rodzaju bezużytecznego warzywa. Różnica polega jednak na tym, że mońcioch w takich sytuacjach wcale nie spoczywa w miejscu, a wręcz przeciwnie. Staje się bardzo ruchliwy i jednocześnie niezwykle chaotyczny w swoich poczynaniach. Miota się i rzuca we wszystkich kierunkach, w czego efekcie zniszczeniu ulega środowisko, jak również poważnych dolegliwości może nabawić się sam mońcioch. O ile jego zwijające się, jak węże strażackie ramiona są trudne do uszkodzenia z uwagi na swoją elastyczność, to już gorzej jest z nogami, które wyposażone w dodatkowe stawy często ulegają uszkodzeniom, jak zwichnięcia, skręcenia, nadciągnięcia lub w bardziej ekstremalnej odmianie, złamania. Z kolei długie i ostre haczykowate kolce ciągnące się w dwóch rzędach wzdłuż kręgosłupa sprawiają, że mońcioch upadając na plecy wbija się nimi w różnego rodzaju powierzchnie, jak na przykład drzewo. Wówczas nie może przez długi czas się oswobodzić, nie rozumiejąc przy tym, co powoduje owo unieruchomienie. Ogarnia go wtedy panika, co przejawia się zintensyfikowanym zianiem ogniem. Bywa tak, że zanim mońcioch się w końcu uwolni, zdąży wcześniej wypalić kilka hektarów lasu wraz z jego mieszkańcami.
Środowisko, w jakim najczęściej można spotkać mońciocha to tereny gęsto zalesione, podmokłe i bagienne o umiarkowanym klimacie. Takie warunki sprzyjają przede wszystkim łatwemu dostępowi do pokarmu, na który składają się przede wszystkim gęsty, błotnisty muł wraz z egzystującym w nim robactwem, stare, ledwo żywe ryby i takież żaby, ropuchy, trytony oraz inne płazy, skorupiaki, mięczaki, a także gady, z których do przysmaku należą głównie niewielkich rozmiarów żółwie. Gady i mięczaki zamknięte w twardych, chitynowych skorupach poza wysoko cenionymi walorami smakowymi, dostarczają również dodatkowo składnika na bardzo groźną broń naturalnie wytwarzaną przez mońciochy. Otóż układ trawienny mońciochów nie jest w stanie dokonać rozkładu pancerzy, które wydalane są, podobnie jak inne zbędne do życia składniki wraz z ogniem. W ten sposób zmodyfikowane w procesie przemiany materii skorupy uzyskują wyjątkową odporność na wysokie temperatury, dzięki czemu nie ulegają całkowitemu spalaniu w wydalanym przez mońciochy ogniu, a jedynie rozgrzewają się do zbliżonych płomieniom temperatur i stanowią w efekcie niezwykle niszczycielską broń o bardzo dużej sile rażenia.
Mońciochy nie lubią za to spożywać młodych, energicznych osobników, które, poza tym, że są trudniejsze do złowienia, to jeszcze dodatkowo stawiają duży opór podczas konsumpcji. Ryby frygają się w japie, węże czmychają kącikami ust i nosem, a żaby i ropuchy patrzą tak błagalnym spojrzeniem, że mońcioch będąc z natury istotą łagodną i dobroduszną traci apetyt i popada w długotrwałe stany apatyczne.
Stany apatyczne oraz wszelkie inne rozchwiania o podłożu psychicznym, w które mońciochy popadają, niezwykle często uzależnione są w bardzo dużym stopniu od diety, a co za tym idzie, od miejsca zamieszkania. Najmniej sprzyjającym środowiskiem, w jakim przychodzi im egzystować są te o znacznie obniżonej wilgotności przy jednoczesnych dużych wahaniach temperatur. Przykładem takiego są tereny pustynne. Piaszczyste pustynie w okresie kształtowania się stref klimatycznych były doskonale nadającymi się dla mońciochów trzęsawiskami i mokradłami, które w okresach pradziejowych były licznie zamońciochowane. Niestety w wyniku tego, że środowisko to upodobały sobie również różnych odmian żaby i ropuchy, to mońciochy bezustannie błądziły głodne, dodatkowo targane wewnętrznymi rozterkami, frustracjami i wyrzutami sumienia, w czego efekcie niemal bez przerwy ziały ogniem, co z kolei przyczyniło się do dewastacji środowiska. Z czasem pod wpływem znacznego wzrostu temperatury (w najbardziej ekstremalnym okresie temperatura powietrza wahała się pomiędzy sto osiemdziesiąt, a dwieście stopni Celsjusza) woda wyparowała, mokradła wyschły, roślinność zwiędła, a wszelkie stworzenia powymierały, bądź wyniosły się na tereny, na których panowały warunki bardziej im sprzyjające. W ten sposób liczne mońciochy zmuszone były egzystować w pustynnej rzeczywistości, gdyż będąc istotami sentymentalnymi i silnie związanymi z macierzystym środowiskiem nie były skore do migracji i dalekich wędrówek. W ten sposób narodziła się nieco zmodyfikowana odmiana tych stworzeń, a mianowicie mońcioch piaskowy, na którego główne menu składał się suchy piasek, patyki, niewielkie otoczaki i wiatr. Poza odżywianiem odmiana ta odróżniała się od swoich bagiennych krewniaków również tym, że w przypadku napadu apatii, lęku, przygnębienia, czy innych odmian stanów psychotycznych zamiast ziać ogniem, rzygały potężnymi ilościami wody, której strumienie wydalane były pod ogromnym ciśnieniem, w wyniku czego rzygowiny drążyły w piaszczystym terenie koryta, którymi spływały do najniżej usytuowanych terenów tworząc nieliczne oazy i pozostawiając po sobie wyżłobione w piachu starorzecza o spękanych dnach.
W wyniku przemian ulegały również pewnym modyfikacjom niektóre cechy w wglądzie zewnętrznym mońciochów piaskowych. O ile same nie różniły się niemal wcale kształtem i wielkością, to na przykład śluz, który pokrywał łuskę z czasem uległ transformacji i stał się podobnym do wulkanicznego czerwonawym pyłem, który chronił mońciochowe ciało przed nadmiernym nawilżeniem. Głowy nadal pozostawały bardzo duże, gdyż skupiały w sobie ośrodek odpowiedzialny za gospodarkę wodną. Ciekawostką jest, że groźne schorzenie, jakim bez wątpienia jest wodogłowie, nazwę swą zawdzięcza właśnie anatomii i właściwościom mońciocha piaskowego.
Gwoli usystematyzowania informacji o mońciochach piaskowych należy również dodać, że osiągały one pełnoletniość w najmłodszym wieku, gdyż przebywały w jajach maksymalnie trzy mońciochomiesiące.
Z innymi problemami borykały się mońciochy, które przychodziły na świat i rozwijały się w środowiskach o klimacie arktycznym w rejonach podbiegunowych. Skrajnie niskie temperatury również wymusiły na mońciochach daleko idące procesy przemian genetyczno przystosowawczych. Z uwagi na bardzo duże zdolności adaptacyjne głównym składnikiem menu szybko stał się śnieg, lód, wszelkie zmarzliny, głazy narzutowe naniesione swojego czasu w wyniku silnej aktywności moren, leciwe eskimosy, stare papugi i siano. Leciwe eskimosy znacznie różniły się zarówno od leciwych, jak i wszelkich innych Eskimosów znanych powszechnie, jako mieszkańcy kół podbiegunowych. Najistotniejsze, czym się różniły było to, że leciwe eskimosy były w całości zbudowane z drewna, które pochodziło z drzew nie występujących na lodowych terenach, na których je spotykano. Mońciochy początkowo sądziły, że wyrzucają je fale oceaniczne, ale po długich mońciocholatach obserwacji i informacji dostarczonych im przez Pobucze dowiedziały się, że spadają z nieba i pochodzą z nieudanych prototypów gwiezdnych fur.
Stare papugi stanowiły smakołyk dla lodowych mońciochów głównie dla tego, że były już tak stare, że w ich organizmach nie było już praktycznie kropli wody. Ptaki te przybywały na tereny podbiegunowe głównie z przyczyny zatracenia umiejętności orientacji w terenie i braku akceptacji w środowisku. Migrując coraz dalej i dalej, wszędzie odpychane i odrzucane ostatkiem sił docierały w końcu na tereny arktyczne i tu dokonywały żywota w przepastnych japach mońciochów.
Siano z kolei, jak łatwo się domyśleć, przynosiły ze sobą stare papugi, które roiły sobie, że przed dokonaniem żywota zdążą jeszcze znieść jajo i jeszcze w dodatku je wysiedzieć.
Dużym problemem była konsumpcja kamieni, głównie z uwagi na ich olbrzymie rozmiary. I tu ponownie natura poszła mońciochom w sukurs. Otóż mońciochy lodowe posiadły oba sposoby przemiany materii. I tak, dzięki konsumpcji śniegu i zmarzlin mogły rzygać lodowatą wodą i powietrzem, tyle że o znacznie obniżonej temperaturze, która osiągała nawet minus czterysta stopni Celsjusza, czyli znacznie przekraczała zero absolutne. Z kolei dieta, na którą składały się eskimosy, papugi i siano pozwalała na zianie ogniem o właściwościach termicznych zbliżonych do płomieni mońciochów bagiennych. Dzięki tym umiejętnością głaz narzutowy, jakich rozmiarów by nie był, nie nastręczał już problemów. Wystarczyło bowiem tylko najpierw maksymalnie go zmrozić rzygowinami, a później zionąć w niego ogniem, w wyniku czego eksplodował i rozpadał się na drobne fragmenty, które mońciochy skrupulatnie zbierały i z lubością konsumowały.
Co do zmian w cechach wyglądu zewnętrznego, to w odróżnieniu od mońciochów piaskowych, lodowe uległy im w dużo większej mierze. Spowodowane było to głównie ekstremalnie niskimi temperaturami, w których przyszło im egzystować. Jak łatwo się domyśleć śluz zastąpiła gruba warstwa substancji zbliżonej konsystencją do towotu o bardzo dużych właściwościach termicznej izolacji. Również ogólnemu zmniejszeniu uległo niemal całe ciało, dzięki czemu potrzeba było mniej energii na jego ogrzanie. Wyjątek stanowiła oczywiście głowa odpowiedzialna za skomplikowane procesy dualizmu metabolicznego. Powyższe powodowało, że mońciochy lodowe przez długie lata nie potrafiły prawie wcale poruszać się na dwóch nogach. Dopiero bardzo zaawansowane wiekiem osobniki w nieco większym stopniu posiadły ową umiejętność. Za to całkiem nieźle poruszały się na czterech kończynach dodatkowo podpierając się czołem. Wyglądało to mniej więcej tak, jak skrzyżowanie poruszania się o kulach i na wózku inwalidzkim, z tym że podstawą oparcia nie były stopy, tylko czoło i rulonowate dłonie, a cały organizm w ruch wprawiały silne stopy i nogi. Ponadto ruch ten sprawiał, że mońcioch wyglądał, jakby poruszał się tyłem, bo w momencie opierania twarz skierowana była w stronę przeciwną do kierunku marszu. W sytuacji odwrotnej, mońcioch chodził tyłem, choć patrzył do przodu. Sam sposób poruszania trudno było z resztą nazwać marszem, gdyż bardziej przypominało to połączenie brania potężnego zamachu całym korpusem i skakaniu na głowę do basenu, lub gdziekolwiek indziej, byle na głowę.
Dla zachowania porządku należy tu również dodać, że w przeciwieństwie do mońciochów piaskowych, odmiana lodowa potrzebowała maksymalnego okresu przebywania w jaju, tak więc jej przedstawiciele pełnoletniość osiągały najpóźniej.
*
Wszystkie odmiany mońciochów są istotami niezwykle nieśmiałymi, zamkniętymi w sobie i nie skorymi do nawiązywania kontaktów z innymi. Niechętnie nawet kooperują za swoimi kuzynami i rzadko można spotkać wspólnie działające mońciochy pustynne i bagienne, lub lodowe. Nie są również istotami stadnymi i wiodą raczej samotniczy tryb życia, łącząc się w pary jedynie w okresach godowo lęgowych. Mońciochy są monogamiczne i wybierają partnerów na całe życie, i mimo że każdy z nich może tylko raz w życiu złożyć jaja, to ich związki bywają niezwykle długie. Jeśli dwa mońciochy zdecydują się mieć potomstwo, to muszą na wstępie ustalić, który z nich ma złożyć jaja (każdy mońcioch składa zawsze od jednego do dwóch jaj). Z uwagi na dużą chaotyczność myślową dojście do porozumienia w tej niezwykle delikatnej materii może niejednokrotnie wydłużać się do kilkudziesięciu mońciocholat i nie zawsze kończy się jednomyślnością. W takich sytuacjach oba mońciochy składają po jednym jaju. Jeśli zaś porozumienie do skutku dojdzie, wówczas jeden z partnerów składa ich dwa. W ten sposób na każdego mońciocha przypada jedno jajo, w efekcie czego liczba mońciochów jest stała. Gdy tylko mońcioch osiągnie dojrzałość i uda mu się spłodzić potomka, wówczas ten, który złożył jego jajo umiera w okamgnieniu znikając bez śladu. Są również opinie, że mońciochy po śmierci zamieniają się w rolkę papy, zardzewiałą miednicę lub worek wapna, ale te przypuszczenia nie są udowodnione i nie mają żadnego uzasadnienia. Za to pewnikiem pozostaje fakt, że nigdy nie spotkano martwego mońciocha. Za to do opinii o takiej właśnie a nie innej przemianie przyczyniły się prawdopodobnie przypadki znajdywania ich domniemanych form pośmiertnych w miejscach, w których być ich raczej nie powinno, jak na przykład rolka papy w ukrytym w ostępach leśnych stawie, lub worek wapna na biegunie. Pewne wątpliwości budziły również napotykane na pustyniach zardzewiałe miednice.
Jeżeli chodzi o kwestię braku współżycia mońciochów z innymi istotami na jakiejkolwiek płaszczyźnie, to należy wspomnieć w tym momencie o fakcie, iż mońciochy porozumiewały się bardzo nietypowym językiem, którego nie był w stanie pojąć przedstawiciel żadnego innego królestwa. Same mońciochy z kolei ni w ząb nie mogły pojąć innych istot i każdorazowa konfrontacja wprawiała je w irytację i rozdrażnienie, czego efektem było, jak już wcześniej wspomniano, zianie ogniem, lub rzyganie wodą, a co za tym płynie, unicestwieniem niedoszłego współrozmówcy. Zdarzały się co prawda przypadki, iż niektóre istoty o bardzo oryginalnym, niepowtarzalnym i stricte indywidualnym sposobie egzystowania, rozwoju i pochodzeniu były w stanie w pewien sposób wpłynąć na psychikę konkretnego mońciocha i w ograniczonym stopniu ją kontrolować, ale były to zdarzenia incydentalne i przypadki mońciochów, których to dotyczyło można byłoby zaliczyć do cierpiących na rzadkie schorzenia bądź urazy psychiczne. Jedynymi istotami potwierdzającymi jakoby powyższą regułę były Pobucze, które odbierały bezpośrednio myśli mońciochów i szyfrowanie ich w trakcie wypowiedzi nie stanowiło dla nich żadnej przeszkody. Powyższa zasada obowiązywała w obu kierunkach, tak więc mońcioch otrzymywał od Pobucza drogą telepatyczną wyraźny przekaz w razie potrzeby wzbogacony dodatkowo silną wiązką ubezwłasnowolniającą. Jednakże relacje pomiędzy tymi dwoma gatunkami trudno było nazwać stosunkami partnerskimi. Przynajmniej w początkowym okresie kształtowania się, nazwijmy to, znajomości. Pobucze będąc z natury istotami wyjątkowo egoistycznymi i w stosunku do innych złośliwymi o krańcowo wywróconym systemie wszelkich obowiązujących norm i wartości bezwzględnie wykorzystywały nieświadome i łagodne mońciochy do szerzenia swojej działalności zupełnie nie dbając o ich odczucia i wrażenia zmysłowe. Z czasem jednak specyficzna natura mońciochów sprawiła, że Pobucze zaczęły dostrzegać w nich cechy, które sprawiały, że ich obecność wpływała kojąco na nerwy telepatów. I to nie z powodu czynów, jakich się pod wpływem hipnozy dopuszczały. Sam ów rozstrój nerwowy, owo emocjonalne rozchwianie i skłonność da depresji wzbudzał w Pobuczach niespotykane dotąd wobec innych istot, prócz oczywiście Szalonych Furmanów, instynkty, jak opiekuńczość, troska, czy wreszcie sympatia. Dzięki powyższemu mońciochy lubiły towarzystwo Pobuczy, które dawało im poczucie bezpieczeństwa, względnej harmonii i społecznej przydatności.
Misja pierwsza
Zapadał zmrok, gdy mońcioch ostatni raz odwrócił tęskne oczy w kierunku ukochanego bagniska. Żałość go brała na samą myśl o opuszczeniu zacisznego zakątka, ale wzywała go natura i poczucie obowiązku względem środowiska. Mońcioch, podobnie jak każdy inny przedstawiciel jego gatunku, musiał spełnić dwa z pięciu warunków koniecznych dla jego egzystencji, a tym samym umożliwić życie wielu innym istotom. Długo analizował i zastanawiał się nad dokonaniem wyboru misji, której ma się poddać, aż w końcu postanowił, iż będzie to ratowanie życia kartoflanym bońkom.
Kartoflane bońki są bardzo rzadkimi, niemniej niezwykle pożytecznymi stworzeniami zamieszkującymi wyłącznie dziewicze obszary leśnych ostępów z dala od wszelkich oznak cywilizacji. Wiodą spokojny tryb życia niemalże całe spędzając wśród wysokich i gęstych gałęzi i konarów sędziwych dębowych drzew. Jedynie raz przez cały okres swojego życia schodzą na ziemię, aby zjeść ziemniaka, beknąć na kolana mońciocha i zaraz potem wspinają się z powrotem i dalej medytują wśród konarów. Jeśli po zejściu ziemniaka nie zjedzą, umierają w mękach. Niestety w leśnej gęstwinie nie rosną ziemniaki i stąd jedna z pięciu mońciochowych misji. W celu jej realizacji mońcioch musiał udać się na odległe tereny, gdzie ludzie uprawiali kartofle, zebrać ich jak najwięcej i następnie przenieść je i rozsypać u stóp drzew, na których żyły kartoflane bońki.
*
Mońcioch bał się o swoje nieutwardzone jeszcze kolana, więc nie oddawał dalekich skoków, posuwając się przez to nieco wolniej. Dotarcie do kartofliska zajęło mu półtorej tygodnia. Na polu uwijało się akurat kilkanaścioro chłopów i bab w różnym wieku. Początkowo planował zionąć w nich ogniem i wszystkich tym sposobem na miejscu spalić, ale w ostatniej chwili uzmysłowił sobie, że tak postępując upiecze również ziemniaki, które kartoflane bońki spożywały wyłącznie w stanie surowym. Inne były dla nich śmiertelnie trujące. Tymczasem chłopi wykopywali dorodne bulwy i w kilkunastometrowych odstępach tworzyli z nich niewysokie stożkowate kopce. Pokrzykiwali i nawoływali przy tym w zupełnie niezrozumiałym dla mońciocha języku, co dodatkowo irytowało go i złościło. Mimo tych niesprzyjających warunków zachowywał względny spokój i przyczajony w wysokim świerkowym zagajniku cierpliwie czekał aż ludzie opuszczą pole. Ku jego przerażeniu, kiedy dzień zaczął szarzeć, piaszczystą drogą nadjechały z pobliskiej wioski trzy przystosowane do przewozu plonów drewniane wozy o wysokich burtach. Po chwili chłopi zaczęli wsypywać ziemniaki do parcianych worków i układać je na wozach. Mońcioch zaczął zagryzać z nerwów wargi próbując znaleźć wyjście z tej jakże kłopotliwej dla niego sytuacji. Tymczasem chłopi uwijali się sprawnie i kopce szybko topniały. Prawdopodobnie więc, będzie musiał poświęcić połowę najbliższej nocy na samodzielne wykopywanie kartofli, co zupełnie mu się nie uśmiechało głównie z uwagi na uczulenie na ziemniaczane łodygi, które choć w większości już uschnięte powodowały chroniczny ognisty katar drażniący nozdrza. Z tęsknotą patrzył, jak pierwszy woźnica strzelił batem nad końskim grzbietem i wóz kołysząc się wolno ruszył w kierunku wsi. Po chwili dołączyły do niego dwa pozostałe. W tym momencie mońcioch dostrzegł podążający od strony wsi kolejny wóz zaprzężony w dwa konie. W połowie dzielącego ich dystansu powożący wstał z kozła i zaprzęg znacznie przyspieszył tempa. Chłopi ze zdziwieniem patrzyli na szybko zbliżającą się furę pokrzykując niezrozumiale. Pierwszy z woźniców, Leon Nogawka, uniósł rozpostartą dłoń i wrzasnął:
- Stój! Wszystko już zebraliśmy!
Zamierzał jeszcze dodać jakąś złośliwość, ale nie zdążył i padł przecięty na dwoje w poprzek korpusu.
- Ludzie! – ryknął któryś z chłopów. – Uciekajta! To Szalony Furman!
Mońcioch nie rozumiał słów, ale poznał w przybyszu znajome rysy i jego usta wykrzywiły się w promiennym uśmiechu, co wyglądało nieco dziwacznie, gdyż mońciochy uśmiechały się w odwrotną stronę. Z lubością przyglądał się, jak Furman kolejno wycina pierzchających na boki chłopów nie okazując łaski i litości. Ludzie wrzeszczeli padając poszlachtowani na drobne kawałki lub tratowani przez śmiercionośne kopyta. Ze szczególną wściekłością Furman wyciął woźniców, których w okamgnieniu przerobił na tatara. Fura krążyła po kartoflisku, bat świszczał tnąc powietrze, konie rżały i parskały zajadle. Po kilku minutach Furman zatrzymał zaprzęg i rozejrzał się po pobojowisku. Splunął na najbliższy wóz, strzelił kilkakrotnie batem i uwolnione konie pokłusowały w kierunku domostw. Usiadł i wolno ruszył polną drogą do pobliskiego lasu.
Uradowany mońcioch odczekał, aż fura zniknie za pierwszą linią drzew i wyskoczył z ukrycia. Nie odczuwał większego strachu przed pogromcą, ale niepisana umowa, jaką mońciochy zawarły z Furmanami za pośrednictwem Pobuczy nakazywała, by bez konieczności wzajemnie nie wchodzili sobie w drogę. Uszczęśliwiony nieoczekiwanym obrotem spraw dopadł najbliższego wozu i zaczął owijać ramiona wokół pękatych worków. Dla utrzymania równowagi zabrał pod pachy po dziesięć sztuk i zaczął wycofywać się do ciemnego lasu. W pewnym momencie stanął na leżącą w kartoflanej bruździe głowę i niebezpiecznie się zachwiał. Dolne kolano przeszył mu ostry ból i mońcioch odruchowo zionął ogniem obracając w popiół dwa wypełnione plonami wozy wraz ze szczątkami woźniców. Nie był w stanie zabrać większej ilości ziemniaków, ale nie znosił marnotractwa. Dodatkowo bolało go nie w pełni rozwinięte jeszcze kolano, które przez to było wyjątkowo wrażliwe na nierówności terenu. Uważnie spoglądając pod nogi dotarł do spowitego gęstniejącym mrokiem lasu. Musi jak najszybciej dotrzeć do siedliska kartoflanych bońków. W przeciwnym razie kolano może pozostać uszkodzone na długie lata. Mimo pulsującego bólu mońcioch był z siebie zadowolony. Dwadzieścia worków ziemniaków powinno wystarczyć dla zaspokojenia potrzeb całego stada, co znacznie podniesie prestiż mońciocha wśród innych mońciochów i mocno zahartuje jego kolana. Poza tym, co bodaj najważniejsze, mimo tak młodego wieku, wypełni już pierwszą misję.
*
Ziemniaki były rozsypane wśród strzelistych drzew na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Mońcioch czekał. Wypełniała go duma, ale jednocześnie odczuwał napięcie spowodowane doniosłością mającego niebawem nastąpić wydarzenia. Wpatrywał się w korony drzew próbując dostrzec pierwsze kartoflane bońki, które z pewnością zarejestrowały już obecność uwijającego się wśród drzew mońciocha. Chwile wyczekiwania przeciągały się niemiłosiernie nieprzyjemnie drażniąc skołatane nerwy darczyńcy. Nadwyrężone kolano pulsowało przenikliwym bólem i z każdą chwilą zwłoki z medyczną interwencją wzrastało prawdopodobieństwo jego trwałego uszkodzenia.
Ułożenie na nieboskłonie słońca, którego promienie przenikały przez konary drzew, znamionowało, że niedawno minęło południe. Na miejsce dotarł wczesnym drugim świtem pierwszej półmońciochodoby, rozrzucenie ziemniaków zajęło mu stosunkowo niewiele czasu, tak więc tkwił w oczekiwaniu już blisko mońciochogodzinę.
W tym momencie należy przypomnieć, że mamy tu do czynienia z mońciochem jeszcze niepełnoletnim, co jest niezwykle istotne zwłaszcza w przypadku obliczania czasu. Wiadomo, że dla nie w pełni jeszcze rozwiniętego mońciocha jeden mońciochomiesiąc odpowiada okresowi trzech i pół miesiąca w rachubie tradycyjnej. Przyjmuje się w przybliżeniu, że jeden mońciochomiesiąc ma trzydzieści mońciochodób (sto pięć dób w rozumieniu ogólnie, pozamońcioszo stosowanym), a jedna mońciochodoba liczy dziesięć mońciochogodzin, tak więc jedna mońciochodoba jest równa trzem i pół dobie tradycyjnej. W ujęciu godzinowym mamy zatem dziesięć mońciochogodzin odpowiadające trzem i pół dobie tradycyjnej (osiemdziesiąt trzy godziny), a jedna mońciochogodzina, to osiem i trzy dziesiąte godziny zwykłej (około osiem godzin i osiemnaście minut).
Mońcioch słusznie zatem ocenił, że z pewnością minęła już godzina piąta (osiemnasta drugiej doby). Zaczęły wydłużać się cienie z wolna ograniczając widoczność i tak już mocno utrudnioną przez wypełniającą okolicę gęstwinę. Nagle mońcioch usłyszał charakterystyczny bulgot i serce jęknęło mu z wrażenia (tu ciekawostka: mońciochy miały dosyć specyficzne serca, które w chwilach skrajnych ekscytacji zamiast zamierać, jęczały, a zamiast bić jak szalone, puszczały bąki, których gazowe produkty ulatywały nozdrzami ). Ujrzał pierwszego bońka szybko turlającego się w dół po potężnym pniu dębu. Dzięki przyssawkowato zakończonym włoskom składającym się na gęste, miękkie futerko, którym były całkowicie obrośnięte, bońki mogły sprawnie poruszać się zarówno po powierzchniach o dużym kącie nachylenia, jak nawet po płaszczyznach równoległych i odwróconych względem podłoża.
Po dotarciu tuż nad ziemię boniek początkowo dygotał nieufnie i bojaźliwie w każdej chwili spodziewając się podstępnego ataku bońdziołów, które wyjątkowo w kartoflanych bońkach gustowały. Co prawda obecność mońciocha raczej to wykluczała, ale wrodzone instynkty nakazywały zawsze zachowywać czujność. Wiadomo, jeśli tylko boniek dotknie ziemi, musi zjeść ziemniaka, bo inaczej umrze w mękach. W końcu, najwidoczniej uznawszy, że teren jest czysty, boniek odbił się od pnia i wylądował wśród dorodnych, jasnobrązowych bulw. Cztery mackowate kończyny uniosły cenne znalezisko i wtaszczyły je do lejkowatego ryjka, który na chwilę wyłonił się spomiędzy nich. Przez chwilę boniek drżał, a z jego wnętrza dobiegał stłumiony hałas przypominający dźwięki pracującej na wysokich obrotach sokowirówki, po czym malec ponownie wystawił ryjek i zabulgotał głośno i przenikliwie. Nagle u stóp drzew zaroiło się od kolejnych, ośmielonych powodzeniem towarzysza i kotłujących się w pośpiechu bońków, a okolicę wypełnił mechaniczny zgrzyt spotęgowany przez setki konsumujących. Mońcioch przyglądał się temu doniosłemu widowisku z fascynacją. Wyszedł na wolną przestrzeń i stanął wśród futerkowych istot, które, gdyby tylko miały oczy, z pewnością wpatrywałyby się w niego z bogu chwalczą wdzięcznością. Po kilku minutach bońki zaczęły kolejno przemieszczać się w pobliże mońciocha, bekać na jego kolana i szybko umykać z powrotem ku wysokim koronom drzew.
Mońcioch czuł, jak z każdym beknięciem jaśnieją mu myśli, wracają siły, a ból w kolanie słabnie. Był z siebie po dwakroć dumny. Swoim wyczynem zapewnił byt wielu bońkom i jednocześnie zagwarantował sobie wyjątkowo mocno zahartowane kolana. Niedługo stuknie mu dopiero pięćdziesiątka, a on miał już za sobą jedną z misji. Gdy tylko nastąpi moment, w którym osiągnie pełnoletniość i w pełni ukształtuje się jego umysł będzie mógł przystąpić do dużo trudniejszego i o wiele bardziej niebezpiecznego zadania.
Misja druga
Mońcioch na swojej pięćdziesiątce urżnął się w sztok. Nie świadczyło to wcale o braku obyczajowości i nie stawiało jego postawy w negatywnym świetle. Każdy mońcioch, aby w pełni rozwinąć władze umysłowe musiał w momencie wchodzenia w dorosłe życie porządnie się naprać specjalnie wytwarzanym na tę okoliczność wywarem z brzozowej kory, nagietków, suszonych borsuczych jąder, wiewiórczej uryny, specjalnie po mońciochowemu kiszonej (wcześniej tradycyjnie ukiszonej) kapusty i łokci starych babek Maciejewskich. A żeby osiągnąć stan dostatecznego upojenia musiał wychlać niemal dwanaście metrów sześciennych owego napoju, na co potrzebne były bardzo duże ilości wymienionych wyżej składników. Potem mońcioch jedyny raz w życiu spał, by zaraz po przebudzeniu podjąć się wykonania drugiej, niezwykle ważnej misji. A zadanie wiązało się właśnie z wniesieniem wkładu w produkcję eliksiru dojrzałości, bez którego byt gatunku mońciochów stanąłby pod dużym znakiem zapytania. Miał więc do wyboru: założyć i prowadzić przez pół mońciochoroku hodowlę borsuków, by gdy osiągną odpowiedni wiek wybić je do nogi, pourywać i wysuszyć jaja, bądź nie wybijać, tylko pourywać jaja i następnie je ususzyć, a bezjajeczne borsuki puścić wolno wraz z samicami, które mimo, iż po okresie macierzyństwa były zbędne, to mońciochy trzymały je nadal, aby zapobiec rozstrojowi nerwowemu borsuków samców, którego następstwem często był borsuczy homoseksualizm bardzo wrażliwym mońciochom niesmaczny. Mógł również zająć się hodowaniem wiewiórek, które odpowiednio szkolone i tresowane potrafiły jszczyć w rynienki prowadzone do wielkich dębowych kadzi, które wyposażone w szczelne zamknięcia zapobiegały parowaniu i wietrzeniu drogocennej uryny. Wiewiórki należało hodować około trzech mońciocholat, za to doglądanie nie przysparzało tylu negatywnych emocji, co przypadek borsuczy.
Kolejny wariant wiązał się z równie niełatwym kiszeniem kapusty wedle starej mońciochowej receptury. Problem był o tyle duży, że najpierw trzeba było zdobyć kapustę już ukiszoną w sposób tradycyjny, co czynić umieli jedynie zamieszkujący liczne wiejskie sioła chłopi. A ukraść chłopu kapustę to nie lada sztuka. Szczególnie dla mońciocha, na którego widok chłopi mobilizowali się do walki, a w ostateczności każdy z nich wolał w swoją kapustę nasrać niż ją najeźdźcy oddać. Ale przez długie mońciochowieki udało się opracować na to różne sposoby. Można było dla przykładu śledzić chłopski kalendarz i wypatrywać dni świątecznych, w których zwykli oni urządzać jarmarki i odpusty, a w ich trakcie użynać się samogonem. Wówczas wystarczyło tylko zionąć w nich ogniem nie paląc przy tym chałup, które skrywały pod strzechą drogocenny skarb. W skrajnie trudnych momentach mońciochy zwracały się o pomoc do Pobuczy, które szybko sprawę załatwiały i dzięki nim chłopi oporu nie stawiali lub nawet sami kapustę w knieję przynosili. Ale do takich metod uciekano się wyłącznie w sytuacjach, gdy kończyły się zapasy kapusty, a zbliżał się okres osiągnięcia pełnoletniości większej liczby mońciochów. Wówczas istniało ryzyko, że eliksiru braknie, a jego nie wypicie mogło skończyć się dla młodocianego tragicznie. Na przykład udarem mózgu, lub nieodwracalnym uwstecznianiem, w wyniku czego mońcioch znikał w jajku, z którego się wykluł. Poza tym zorganizowanie kapusty przy tego rodzaju pomocy Pobucza nie oznaczało wywiązania się z podjętej misji, więc na tym etapie sprawy nie rozwiązywało.
Następne zadanie wydaje się dziecinnie łatwe. Chodzi bowiem o pilnowanie starej babki Maciejewskiej, którą mońciochy ukradły jeszcze przed naszą erą. Taka przynajmniej jest wersja oficjalna. W rzeczywistości bowiem mońciochy wcale starej babki Maciejewskiej nie ukradły, a jedynie ją odkupiły od twaroga Jonatana, który to właśnie ukradł ją Burakowi I Wielkiemu Cudakowi, imperatorowi Burakolandii. Mońciochy nie przyznawały się do tego faktu, skrzętnie wstydliwą tajemnicę skrywając, bowiem był to jeden jedyny przypadek, gdzie mońcioch nawiązał wymianę handlową z człowiekiem. I to w dodatku z twarogiem.
Wróćmy jednak do zadania. Otóż babka Maciejewska siedziała zamknięta w komórce, tylko od czasu do czasu wychodząc na świeże powietrze. Nie była zbytnio ruchliwa, tak że wystarczyła jej niewielka zagroda, która solidnie ufortyfikowana i zamaskowana ukryta była w najgłębszych leśnych ostępach. Mońciochy bardzo bały się, by nikt babki nie ukradł, przez co jej posiadanie trzymały w największej tajemnicy. Podobnie z resztą jak i starego dziadka Karbowniczka, bez którego utrzymanie babki było niemożliwe. Czyli, jak łatwo zauważyć, pilnowanie starej babki nie ograniczało się wyłącznie do niej i wymagało również czuwania nad starym dziadkiem. Poza tym należało być przygotowanym na to, że w każdej chwili ktoś, lub coś mogło próbować babkę, bądź dziadka ukraść, co wymagało podwyższonej permanentnej koncentracji i wyjątkowej czujności.
Jednakże najważniejsze, a zarazem najbardziej dla mońciochów uciążliwe było obcinanie babce rąk w celu pozyskania drogocennych i niezbędnych do produkcji eliksiru łokci, a ściślej mówiąc charakterystycznych wyłącznie dla babek Maciejewskich rzepek łokciowych. Początkowo po wydobyciu pożądanej kości resztę mońciochy wyrzucały, gdyż mimo, iż babcyne mięso było w smaku wykwintne nie potrafiły zdobyć się na jego spożycie. Jednakże marnotractwo bardzo źle wpływało na psychikę babki, która wściekając się rzygała siarką i kiełbasianym jadem, co z kolei bardzo drażniło czuwającego nad nią mońciocha. Często zdarzało się wówczas, że dewastacji ulegała cała zagroda wraz z babką i trzeba było czekać na jej regenerację. Aby zapobiec takim przypadkom mońciochy zaczęły hodować bońdzioły, które jadły absolutnie wszystko i miały praktycznie niezaspokajalny apetyt. Od tej pory babka była spokojna, ale za to uwagę i czas mońciochów dodatkowo absorbował nadzór nad bońdziołami, które pożerały ochłapy pozostałe po obcięciu babce rąk i wyłuskaniu łokci. Niestety na prostszą metodę mońciochy wpaść nie były w stanie, po za tym nie pozwalało im na to ich zamiłowanie do tradycji.
W każdym bądź razie pozyskane od babki rzepki trafiały do specjalnych kotłów, w których czekały na transport do gorzelni. Babkom ręce odrastały w przeciągu kilku minut, więc praca była niezwykle ciężka i wymagała wyjątkowej fizycznej tężyzny. Poza tym odżynanie kończyn bardzo mońciochy dołowało przez co często popadały w apatię i stany psychoneurotyczne. To właśnie z powyższych przyczyn zadanie zostało czasowo okrojone i sprowadzone do wymiaru jednego mońciochomiesiąca, ale mimo to pretendenci rzadko wybierali to rozwiązanie.
*
Młody mońcioch początkowo zamierzał założyć hodowlę wiewiórek, ale po tak perfekcyjnym wykonaniu pierwszego zadania postanowił pójść za ciosem i pokazać, że kartoflany sukces nie był dziełem przypadku. Tym bardziej, że misja wydawała mu się w pewnym sensie naturalną kontynuacją pierwszej. Z tychże głównie powodów postanowił zająć się zdobyciem kiszonej kapusty. Na powyższą decyzję miało również wpływ to, że aktualnie pilnujący babki mońcioch dopiero rozpoczął związane z tym obowiązki, a ochotników do jego zastąpienia było już kilku w kolejce, więc realizacja kolejnego zadania, przy takim wyborze mogła znacznie się przeciągnąć. Hodowle wiewiórek i borsuków szły również pełną parą w kilku miejscach gęstego boru i zakładanie kolejnej nie zwróciłoby należytej uwagi.
Decyzję mońciocha przyjęto z nieukrywaną ulgą, zwłaszcza, że już wcześniej moczary i cały las obiegła wiadomość o jego ziemniaczanym wyczynie. Wydawał się więc być stworzonym do tej misji, takim mońciochowym twardzielem. Tym bardziej, że ostatni ochotnik, który podjął się tego zadania przeprowadził kilka prób, które każdorazowo kończyły się zupełnym fiaskiem, między innymi zniszczeniem zapasów drogocennej kiszonki oraz uśmierceniem chłopów i bab trudniących się jej produkcją. Zadanie nie było więc łatwe, zważywszy, że wsie zdążyła obiec już wiadomość o podwyższonej aktywności kapuścianych terrorystów (w skrócie kapter), jak wieśniacy zwykli określać nieznane im bliżej mońciochy.
W celu jak najlepszego przygotowania do wykonania zadania mońcioch najpierw rozeznał się w przebiegu ostatnio przeprowadzonych, zakończonych klęską wypraw. Było ich trzy. Pierwszą przypieczętowała pożoga całego sioła wraz z niemal połową jej ludności i co najgorsze, ziszczeniem kilkudziesięciu bek doskonałej kapusty. Druga, to blamaż i wstyd dla wykonującej ją ochotnika. Ludzie wypatrzyli, bowiem, zbliżającego się mońciocha i zaczęli na niego z daleka pokrzykiwać, co spowodowało, że wyprowadzony z równowagi zanim dostatecznie zbliżył się do wsi spalił kilka owocowych sadów i zagajników, po czym w popłochu uciekł w knieję dalej ziejąc trawiącym drzewa ogniem. Ów wstyd i blamaż wiązał się z tym, że dostrzeżenie mońciocha przez człowieka nie jest wcale proste. Głównie z uwagi na fakt, że ludziom czas upływa w innym tempie, przez co mońcioch porusza niby w nieco innym wymiarze. Z czasem chłopi nauczyli się ponadto stosować różnego rodzaju niedostrzegalne dla mońciochów systemy alarmowo ostrzegawcze, dzięki którym udawało im się co raz częściej mońciochy wytropić. Inną sprawą jest, że przez długie lata walk w obronie kapusty, chłopi wyselekcjonowali metodą prób i błędów kilkanaście słów, które najbardziej destrukcyjnie wpływały na psychiczną kondycję mońciochów i bez pardonu używali ich w obliczu konfrontacji. Do najbardziej rażących i skutecznych zaliczano: szczawik, barszcz, piździak, bździągwa, pierdzioch, skafander, brzoskwinia, szczypawka i grzdyl. Sformułowania wspomagające o wcale niemniejszym znaczeniu to: weźże, zjeżdżaj, mizerny, ciebie, pożałujesz, spieprzaj, szczam i puszczaj.
Misja trzecia mimo, iż była najbliższa optymistycznego zakończenia, niestety również zakończyła się porażką. Mońcioch, który zdołał chłopom wykraść szesnaście beczek kiszonki źle obliczył swoje fizyczne możliwości i po kilku długich skokach pękły mu trzy kolana, w wyniku czego nie był w stanie kontynuować misji i zmuszony był do porzucenia cennego ładunku. Udało mu się dostarczyć jedynie jedną beczkę, co wszakże nie pozwalało na pozytywne zaliczenie zadania. Dwa mońciochy, które wykonywały nieudane kapuściane misje zajmowały się obecnie hodowlą wiewiórek, a jeden czekał w kolejce do opieki nad babką Maciejewska.
Mońcioch nie obawiał się o swoją tężyznę fizyczną. Kolana miał zahartowane lepiej niż jakikolwiek znany mu inny mońcioch. Samopoczucie tym spowodowane sprawiło, że równie znakomicie czuł się pod względem psychicznym, co dawało mu dużo większą odporność na stres, który mogły wywołać niezrozumiałe dla niego słowa wykrzykiwane pod jego adresem przez chłopów.
Przemierzył olbrzymi dystans by w końcu wybrać wieś, której mieszkańcy mozolnie uwijali się w polu zdając się być nieświadomymi grożącemu im niebezpieczeństwu. Mońcioch po drodze mijał kilka wsi, którym przyglądał się długo oceniając stopień ryzyka, jakie może ewentualnie zagrozić jego misji. Ta którą wybrał wydała mu się idealna. Wozy transportowały plony, chłopi zajęci robotą w polu oddawali się jej bez pamięci, wieczorami zaś raczyli się samogonem. Szczególnie ten ostatni element sprawił, że mońcioch uznał sioło za idealne do wykonania zadania. Jakież było jego zdziwienie, gdy podkradając się nocą w pobliże chałup nagle został oświetlony bladożółtym snopem snującym się z mocnych reflektorów, a w jego kierunku poleciał grad kamieni, wypełnionych kocią uryną butelek i stek kłujących uszy znienawidzonych słów. Chłopi ryczeli:
- Zjeżdżaj szczawik!
- Szczamy na ciebie pierdziochu!
- Weźże spieprzaj skafander!
I tym podobne. Gdyby mońcioch nie był tak doskonale przygotowany do misji pewnie nie zniósłby tych wszystkich oszczerstw i skończyłoby się jego psychiczną zapaścią i dewastacją drogocennych złóż kapusty. Na szczęście zdołał w porę powstrzymać narastającą frustrację, w kilku skokach pokonał pola i znalazł się w bezpiecznym lesie, w którym zapadł na kilka mońciochodni. Swoista forma medytacji, jakiej się poddał pozwoliła mu na szybki powrót do równowagi i uspokojenie skołatanych nerwów. Zastanawiał się, czy nie zmienić docelowego miejsca misji, ale w końcu doszedł do wniosku, że skoro przewędrował taki szmat drogi i mimo to natknął się na doskonale zorganizowanych wieśniaków, to prawdopodobieństwo działania z zaskoczenia gdzie indziej było również raczej nikłe. Prędzej ci, którzy go przegonili będą mniej czujni sądząc, że dali mu popalić skutecznie.
Podjąwszy decyzję ruszył na skraj boru mając nadzieję, że obserwacja podda mu jakąś cenną i olśniewającą myśl. Na polu nie było żywego ducha, co bardzo mońciocha zdziwiło, gdyż o tej porze zawsze roiło się od pracujących w pocie czoła chłopów. Mniej więcej w połowie dystansu dzielącego las od wiejskich zabudowań stał pozbawiony koni wóz w połowie wypełniony burakami i kapustą, część plonów poniewierała się w nieładzie porozrzucana wokół po zrytej kopytami ziemi. Z niedowierzaniem wpatrywał się w niecodzienne zjawisko usiłując dociec przyczyny takiego obrotu spraw. Odczekał, aż słońce skryje się za linią drzew i w osłonie cienia chyłkiem ruszył w kierunku nurtującego go miejsca. Wówczas ujrzał poćwiartowane ciała woźnicy i trzech starych bab. Wszystko wskazywało na Furmana. Iskierka nadziei i otuchy rozpaliła całe jego ciało. Raźniej, niemniej zachowując ostrożność, ruszył do wsi wsłuchując się jednocześnie w odgłosy zapadającego zmroku. Nic. Nawet szczekania psów, co sugerowało, że Furman zrobił tu kompletną jatkę. Rzadko spotykany u mońciochów uśmiech wypełzł nieśmiało na twarz misjonarza czyniąc ją nieco groteskową. Gdy wszedł do wsi wszystkie przypuszczenia się potwierdziły. Wszędzie leżały porozrzucane i poszlachtowane ciała. Sklecone naprędce barykady były zdemolowane prawdopodobnie przez śmiercionośny furmański zaprzęg. Ślady po kwasie i zastygła smoła świadczyły, że Furmanowi pomagał Pobucz, co dodatkowo mońciocha ucieszyło. Był już niemal pewien, że nic nie jest w stanie przeszkodzić mu w wykonaniu trudnej misji, która wbrew wszelkim ostrzeżeniom może okazać się wcale nie taka trudna. Ale czyż nie zasłużył na rozdanie tak szczęśliwych kart? Tyle trudu i wyrzeczeń, perfekcyjne wykonanie ziemniaczanego zadania, trening psychiczny i doskonale przygotowana misja pod względem rozpatrzenia wszelkich jej aspektów zarówno logistycznych, jak i militarnych i zapleczowych. Bezsprzecznie nie powinien mieć żadnych wyrzutów sumienia. Nikt też nie może zarzucić mu wykorzystania pomocy Pobucza, gdyż zbieżność sytuacji była zupełnie przypadkowa. Ponadto nie było mowy o telepatii, tylko o zwykłej niezmiennie perfekcyjnie wykonanej furmańskiej robocie.
Szybko dokonał oględzin wsi. Wybrał kilka największych zagród i dokładnie je splądrował. Początkowo niczego nie mógł znaleźć, ale zupełnie się nie niepokoił, gdyż doskonale wyczuwał unoszący się wszędzie intensywny, wykwintny i smakowity zapach kiszonki. Rozbierał chałupę po chałupie, spiżarnię po spiżarni, aż w końcu to czego szukał znalazł w głębokiej kamiennej piwniczce ukrytej pod drewnianą podłogą chałupy. Potem wszystko poszło już szybko i sprawnie. Nie tracił czasu na zbędne przetrząsanie zabudowań gospodarczych, tylko od razu zrywał podłogi i wydobywał cenne beczki, które następnie ustawiał na przyciąganym przed kolejne chałupy drabiniastym wozie. Mońcioch ocenił, że jednorazowo będzie w stanie udźwignąć góra dziesięć wielkich pięćdziesięciokilogramowych dębowych bek, ale dzięki wozowi mógł załadować ich trzy razy tyle. Dopóki pozwoli gąszcz boru będzie ciągnął wóz, później przeniesie łupy w trzech kursach. Uradowany ruszył ku ciemnym drzewom. Pełny księżyc oświetlał drogę ułatwiając orientację. Gdy mijał pierwsze rosnące z rzadka drzewa usłyszał odległe, ale złowieszcze rżenie koni. W ostatniej chwili stłumił zionięcie ogniem, które mogło zdradzić jego pozycję i bacznie zaczął rozglądać się za niespodziewanym prześladowcą w każdej chwili gotów bronić zdobyczy. Wolno lustrował okolicę, ale nie mógł dostrzec niczego niepokojącego. Kolejny koński głos naprowadził go na cel. Na niewielkim wzniesieniu skąpany w księżycowej poświacie stał ponury zaprzęg Furmana. Mimo dosyć dużej odległości, jaka ich dzieliła mońcioch dostrzegł jarzące się czerwienią oczy wpatrujące się wprost w niego. Ciarki przeszły mu po grzbiecie. Na taką potyczkę nie miał najmniejszej ochoty, zwłaszcza, że spoczywała na nim odpowiedzialność za bezpieczeństwo cennego ładunku. Z resztą nie spodziewał się napaści ze strony Furmanów, z którymi od wieków panował niepisany rozejm. Nagle poczuł, jak jego myśli zaczynają kołatać się po głowie nieskładnie, jakby ktoś mieszał mu w mózgu chochlą. Znał to uczucie. W pobliżu był Pobucz. Mońcioch próbował odczytać przekaz, ale nic takiego się nie stało. Jednakże w pewnym momencie jego myśli uspokoiły się, napięcie opadło i na duszy zrobiło się błogo spokojnie. Oczy zaszły mu odprężającą mgiełką niemalże halucynogennego zapomnienia. Trwało to niedługo, ale w skutkach było niezwykle kojące. Spojrzał urzeczony w kierunku zaprzęgu, ale pozostało po nim jedynie mityczne wspomnienie.
28.03.2008r.
Załącznik do Mońciocha
Wyprowadzenie wzoru na wyliczenie wieku mońciocha w jednostkach tradycyjnych
Wszystkie wyniki ułamkowe zaokrąglone są do 4 miejsc po przecinku
Okres przebywania w jajku – od 1 monciochomiesiąca (2 miesiące kalendarzowe) do 1,5 monciochoroku (30 miesięcy – 2,5 roku kalendarzowego)
Pierwsze 10 mońciocholat życia
1 monciochomiesiąc = 2 miesiące tradycyjne
1 monciochorok = 10 monciochomiesięcy
1 monciochorok (10 monciochomiesięcy) = 1 rok i 8 miesięcy (20 miesięcy – 1,6667 lat)
10 monciocholat = 200 miesięcy / 16 lat 8 miesięcy (16,6667 lat)
Po 10 monciocholatach
1 monciochorok = 14 monciochomiesięcy
1 monciochomiesiąc = 3,5 miesiąca
1 monciochorok (14 monciochomiesięcy) = 49 miesięcy / 4 lata i 1 miesiąc (4,0833 lat)
1 monciochorok = 4,0833 lat
50 monciocholat = pierwsze 10 monciocholat (16,6667 lat) + 40 monciocholat (40 x 4,0833 lat = 163,3320 lat) daje 16,6667 + 163,3320 = 179,9987 lat
średni wiek 50 – ciomońciocholetniego mońciocha wynosi 179,9987 lat ≈ 180 lat
uwzględniając różny okres wylęgania:
(korygowane od ukończenia 10 monciocholat)
od 1 do 3 monciochomiesięcy – minus 550 procenciochów
1 monciochomiesiąc = 0,9 monciochomiesiąca
1 monciochorok = 0,9 monciochoroku
14 monciochomiesięcy = 12,6 monciochomiesięcy
0,9 monciochoroku = 12,6 monciochomiesiąca
40 monciocholat = 36 monciocholat
(plus 10 mońciocholat niepodlegających korekcie)
Wcześnioch w wieku 50 mońciocholat ma faktycznie 46 monciocholat
46 mońciocholat = 163,6655 lat (146,9988 + 16,6667)
Od 3,001 do 12 mońciochomiesięcy – bez zmian
Od 12… do 1,5 monciochoroku (15 monciochomiesięcy) – plus 825 procenciochów
1 monciochomiesiąc = 1,15 monciochomiesiąca
1 monciochorok = 1,15 monciochoroku
14 monciochomiesięcy = 16,10 monciochomiesięcy
1,15 monciochoroku = 16,10 monciochomiesiąca
40 monciocholat = 46 monciocholat
(plus 10 mońciocholat niepodlegających korekcie)
Późnioch w wieku 50 mońciocholat ma faktycznie 56 monciocholat
56 mońciocholat = 204,4985 lat (187,8318 + 16,6667)
55 procenciochów = 1%
Wzór na obliczenie wieku mońciocha w latach:
M1 x L +/- % + R + M2 x R = X
Gdzie:
M1 – ilość mońciocholat do ukończenia 50 mońciocholat minus 10
L – stała roczna wynosząca 1,6667
% - procenciochy
R – stała dekadowa wynosząca 16,6667
M2 – ilość mońciocholat powyżej 50 mońciocholat