przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


piątek, 23 grudnia 2011

Kręgosłup

Westchnął i szybko przemykając wzrokiem po tekście powtórzył:
- Nieznacznego stopnia skolioza piersiowa w lewo, pogłębienie naturalnej kyfozy piersiowej, drobne osteofity na przednich krawędziach trzonów środkowo dolnych kręgów piersiowych.
Po drugiej stronie połączenia przez chwilę panowała cisza. W końcu usłyszał zniecierpliwiony głos Zygfryda z trudem opanowującego się przed wybuchem.
- I co to ma niby znaczyć?
- A skąd mam wiedzieć – odparł równie poirytowany. – Tyle napisał radiolog.
- I nic więcej? – domagał się Zygfryd. – Jakieś objaśnienia, wskazówki, nic? Musisz przecież coś więcej wiedzieć, do psiej dupy?
Stefan ścisnął słuchawkę, aż ta niepokojąco zatrzeszczała.
- Wiem tyle, – wycedził – że mnie coś niemiłosiernie napierdala w plecach. Nie mogę, kurwa, spać, nie mogę dłużej siedzieć, leżeć, ani stać w tej samej pozycji, nie mogę sobie nawet podetrzeć dupska, do chuja jasnego pana!
Trzasnął słuchawką o widełki raz, drugi i trzeci, jednocześnie wyrzucając z siebie przekleństwa z prędkością i intensywnością zbliżoną do tej, z jaką maszynka wytwarza konfetti.
Nerwy puściły go dopiero w domu. Od bez mała sześciu miesięcy odczuwał bóle w plecach, a w ostatnich tygodniach dolegliwości osiągnęły taki poziom ostrości, że nie był już w stanie normalnie funkcjonować. Mimo szczerej niechęci do lekarzy, musiał poddać się badaniom. Okazało się, że przyczyna silnego bólu pleców tkwi w ich środkowej części. Przynajmniej tak brzmiał werdykt, czy jak kto woli, diagnoza. On sam nie był w stanie precyzyjnie określić, w którym miejscu go boli. Lekarz osądził, że to bardzo dobrze. Jeśli ból doskwierałby mu w jednym konkretnym miejscu mogłoby to oznaczać coś naprawdę groźnego, a tak, to po prostu naturalna dla mężczyzny w jego wieku amortyzacja. Może jeszcze dochodziła kwestia sporej nadwagi, statecznej, siedzącej pracy i tym samym, braku ruchu. Ale przecież, jak oznajmił z uśmiechem pan doktor, z tym można łatwo sobie poradzić. Wystarczy odrobina dobrej woli.
- Chuja prawda – westchnął Stefan. – Jakby to takie proste było, to ważyłbym siedemdziesiąt, góra siedemdziesiąt pięć kilo, a nie sto dwa.
Pomstując pod nosem wyjął z lodówki butelkę porteru i podszedł do półek z płytami kompaktowymi. Popijając niewielkie łyki wyrazistego, mocno przesyconego smakiem chmielowego ekstraktu napoju, zaczął przeglądać nagrania nie mogąc się zdecydować, na co ma ochotę. W chwilach podenerwowania często łapał się na tym, że mimo iż dysponował sporym zbiorem muzyki, tak naprawdę nie ma czego słuchać. Zanim zdołał się zdecydować, opróżnił butelkę i odniósł ją do kuchni, z której wrócił z kolejną. Przez kolejne kilka minut rozważał kolejne kandydatury, by w końcu zdecydować się na Enemy Of The Music Business.
- Właśnie – mruknął sięgając po płytę.
- No chyba cię pogrzało, stary pierdoło.
Odwrócił się energicznie o mało nie wypuszczając z ręki butelki, aż coś chrobotnęło mu w krzyżu.
- Olaboga – jęknął.
- No widzisz – zawtórował mu nieznajomy głos.
- Kto, co? – wybełkotał nieskładnie.
- Opamiętaj się, nie masz już dwudziestu lat.
Głos znów dobiegał zza pleców. Stefan ponownie się odwrócił, ale nikogo nie dojrzał. Mieszkał sam i nie spodziewał się gości, niemniej wyraźnie słyszał głos, zatem ktoś musiał być w mieszkaniu.
- Ktoś ty? – zapytał lekko drżącym głosem rozglądając się nerwowo – Co to za numery?
- Nie wiesz?
- Gadaj, pajacu, albo spierdalaj!
- Włącz lepiej coś spokojniejszego – nieznajomy puścił groźbę mimo uszu. – Od sieczki zawsze cię później łupie i biadolisz, jak jakieś cherlawe stare babsko.
- Co? Co to za jakaś gówniana gadka?
- Jak słuchasz Naplam Death lub innej siekaniny, dostajesz głupawki i wyginasz się, jakby cię ktoś podłączył do gniazdka. Od tego potem mnie łamie okrutnie i nie mogę wytrzymać.
Stefan zajrzał za szafę, sprawdził klosz lampki nocnej i pudło telewizora. Nigdzie nie było śladu mikrofonów, czy innych niespodziewanych urządzeń, czy nadajników, które mogłyby emitować głos.
- Ciebie? – zapytał nie przestając przeszukiwać kolejnych potencjalnych nadających się do zakamuflowania głośnika zakamarków.
- Ano mnie. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał wyjść.
Prowadząc zdawkową rozmowę Stefan przeszedł do kuchni, zajrzał do sypialni i łazienki, sprawdził też niewielką spiżarnię i balkon. Nie było co do tego wątpliwości – był w mieszkaniu sam. Nikt nie czaił się taż na klatce schodowej. A mimo to przecież cały czas ktoś do niego mówił. I krył się za nim. Ilekroć się odwracał głos dobiegał zza jego pleców. Zajrzał do szafy ubraniowej, bieliźniarki i schowka na odkurzacz. W końcu wrócił do pokoju i usiadł na złożonej wersalce.
- No dobra – powiedział. – Co to za numery?
- Och – w głosie dało się wyczuć ulgę. – Tak zdecydowanie lepiej.
Stefan ponownie zerwał się na nogi stając przodem do wersalki.
- Przestańże się już rzucać, jak potłuczony – usłyszał. – Gorzej z tobą, niż z krnąbrnym bachorem.
Przeszło mu przez myśli, że traci rozum. Nie raz czytał, że jedną, dosyć częstą, z objaw paranoi jest słyszenie nieistniejących głosów. To co działo się aktualnie zdecydowanie podpadało pod ten przypadek. Co powinien zrobić? Udawać, że go nie słyszy i ignorować? A może przeciwnie, rozmawiać z nim i próbować dowiedzieć się o co mu chodzi, do kogo należy? A może to jakaś forma nawiedzenia? Opętanie?
- Weźże usiądź z powrotem na tym wygodnym łóżku – domagał się głos. – Garbisz się, jak jakaś stara, zniedołężniała pierdoła. Znowu nie będziesz mógł spać.
Stefan usiadł zachowując wszakże czujność. Był maksymalnie skoncentrowany, oczy przemykały po wszystkich zakamarkach pomieszczenia próbując wychwycić jakiś ruch, załamanie światła, wibracje powietrza, coś, cokolwiek, co wskazywałoby, że padł ofiarą niewybrednego żartu. Niestety nic takiego nie wyłowił. No i oczywiście przemawiający do niego głos dobiegał zza pleców.
Spróbował opanować nerwy, skoncentrować się, ochłonąć i zacząć działać racjonalnie. Odetchnął i postanowił przejąć sprawy we własne ręce. Tylko jak ma to zrobić, skoro nie ma bladego pojęcia z kim, lub z czy też z czym ma do czynienia.
- Może byś tak… – zaczął niepewnie. – Byłoby chyba łatwiej, mnie byłoby łatwiej, jakbyś się przedstawił. Skoro mamy ze sobą rozmawiać, to byłbym wdzięczny, jakbym wiedział, jak mam się zwracać do ciebie, co?
- Heniek – odparł szynko głos. – I przestań się tak kręcić.
Stefan nie mógł opanować notorycznego oglądania się przez ramię.
- Czego chcesz? – zapytał.
- Głupie pytanie.
- Jak dla kogo – nie dawał za wygraną Stefan. – Odpowiedz.
- Tego samego, co i ty, rzecz jasna.
- To znaczy?
- Mniej bólu.
- Mniej bólu?
- Właśnie.
- Zależy ci na tym, żebym odczuwał mniejszy ból? Jesteś jakimś pieprzonym altruistycznym świętym Heniem?
- Nic podobnego nie powiedziałem. Chodzi mi tylko o mnie samego. Ja nie chcę odczuwać bólu. Niestety mój ból wynika z twojego, jeśli byłoby inaczej, nie zawracałbym sobie tobą dupy.
- Jak to? Nie rozumiem, zdaje się.
- Aleś ty tępy.
- Niemniej odpowiedz.
- Jestem twoim kręgosłupem.
Stefan otworzył szeroko oczy, potem zarechotał chorobliwie i zamilkł. W głowie mu zawirowało, jakby wypił nie dwa piwa, tylko z litr wódki, zrobiło mu się niedobrze. Potem coś mocno łupnęło go w krzyżu, aż zobaczył nie tyle gwiazdy, co dwa snopy iskier.
*
Ocknął się skulony na wersalce. Okno było otwarte, firanka falowała od lekkich, ale mroźnych podmuchów nocnego, zimowego powietrza. Usiadł szczękając zębami. Było mu okropnie zimno. Wstał i zamknął okno, potem ruszył do toalety opróżnić napełniony pęcherz, następnie przeszedł do kuchni i nastawił czajnik na herbatę. Był późny wieczór, wpół do dziesiątej. Przespał cały dzień. Śniły mu się absurdalne rzeczy, był zmęczony, jakby zamiast spać, ciężko fizycznie pracował. Ostrożnie się przeciągnął i ze zdziwieniem stwierdził, że nie odczuwa żadnego bólu w plecach. Zrobił delikatny skłon, potem drugi głębszy. Nic. Niesamowite. Jeszcze wczoraj po takim ćwiczeniu strzeliłoby mu w plecach i pewnie nie udałoby mu się wyprostować przez parę minut. Czyżby zatem lekarz miał rację, że to tylko naturalna amortyzacja i od czasu do czasu ma prawo boleć, tak samo, jak i czasami zupełnie nie dawać o sobie znać? Najwidoczniej tak.
Zaparzył herbatę i popijając maleńkie łyczki przejrzał szybko program telewizyjny. Za parę minut powinien zacząć się jakiś film SF, który to gatunek Stefan cenił sobie najbardziej. Zadowolony ruszył do pokoju. Jego ulubione miejsce na wersalce zajmował jakiś obcy mężczyzna, który właśnie włączył telewizor ustawiając go na program sportowy.
- Siadaj, siadaj Stefciu – powiedział nieznajomy. – Mistrzostwa świata w pływaniu synchronicznym. To dopiero sztuka.
Stefan znieruchomiał w progu. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, który właśnie zwrócił się do niego per „Stefciu”, ale znał jego głos. To był bez wątpienia ten sam, który przemawiał do niego dzisiejszego popołudnia. Tyle, że Stefan sądził, że to mu się tylko przyśniło. Najwidoczniej tak nie było, a mężczyzna musiał ukrywać się skutecznie w jakimś nieodgadnionym dla gospodarza miejscu. W tym samym momencie Stefan już wiedział. Wersalka. Niepoprawny dowcipniś ukrywał się w wersalce. Co to za typek? Chyba, że sen nadal trwa.
Stefan klepnął się w twarz, ale nieznajomy nie chciał zniknąć.
- No siadaj – nalegał. – Powinieneś na poważnie zainteresować się pływaniem. Dobrze na tym wyjdziesz. Obaj wyjdziemy na tym dobrze.
Stefan wszedł do pokoju na sztywnych nogach i stanął oparty o szafę nie spuszczając nieproszonego gościa z oczu. Zanim zdołał z siebie cokolwiek wykrztusić, nieznajomy klasnął w dłonie i spojrzał na niego badawczo.
- Pewnie dziwi cię moja obecność?
Stefan z trudem przełknął suchą ślinę.
- Nie ukrywam – bąknął.
- Mogę w każdej chwili zniknąć z twoich oczu. Powiedz tylko słowo.
Stefan wzruszył ramionami.
- Znikaj – powiedział bez zastanowienia.
W momencie, zgodnie z obietnicą, po mężczyźnie nie było śladu. Jednocześnie Stefan poczuł znajomy, przeszywający ból w plecach.
- O rzesz w twarz – jęknął podchodząc w zgiętej pozie do najbliższego krzesła i siadając na nim ostrożnie.
- Tak lepiej? – usłyszał głos dobiegający oczywiście zza pleców.
- Boli zajebiście – powiedział Stefan. – Tak źle jeszcze nie było.
- Mogę to w każdej chwili zmienić – zaproponował głos. – Tylko powiedz.
- Dawaj.
W tym momencie ból minął, a na wersalce na powrót pojawił się właściciel głosu. Stefan wstał ostrożnie i zrobił kilka skłonów.
- Niebywałe – powiedział nie kryjąc podziwu. – Jak ty to robisz?
- Zwyczajnie.
Stefan parsknął.
- A to ci dopiero. A może powinieneś … – zawiesił głos i uważnie przyjrzał się mężczyźnie. – Ale kim ty właściwie jesteś? Jak się do ciebie zwracać?
Nieznajomy skrzywił się nie kryjąc zniecierpliwienia.
- Już ci mówiłem – odparł. – Jestem Heniek. Twój kręgosłup.
- Mój co? – Stefan aż się zakrztusił.
- Kręgosłup – powtórzył spokojnie Heniek. – Dziwne, że jeszcze się nie domyśliłeś.
- Domyśliłem?
- Jasne. Przecież sam widzisz jak to działa. Jak jestem w tobie, to cię napierdala, a jak jestem na zewnątrz, to mnie nie czujesz.
- To jaja jakieś są.
- Żadne jaja.
Stefan przez chwilę zanosił się niezdrowym, paranoicznym śmiechem by na raz raptownie spoważnieć.
- Jak to możliwe niby?
- Nie mam pojęcia.
- Jak to?
- Jak to? Jak to? A skąd ja mam to wiedzieć? Jestem przecież tylko kręgosłupem. Nie mam właściwości, a tym samym również umiejętności decyzyjnych. Do mnie należy tylko dokonywanie prostego wyboru, czy mam być tam – tu wskazał na korpus Stefana – czy na zewnątrz.
- To ciekawe co mówisz.
Kręgosłup spojrzał na Stefana podejrzliwie.
- Ty chyba mi nie wierzysz, co?
Stefan zachichotał szyderczo.
- A skądże znowu? – pisnął nerwowo. – Czy ja wyglądam na niedowiarka? Jestem tylko zwyczajnym chłopem. Nie ma problemu. Jesteś moim kręgosłupem i siedzisz sobie na wersalce prowadząc ze mną dyskusję. Normalka.
- Wyczuwam sarkazm.
- Coś ty?
- Nie przeginaj, bo wrócę na miejsce.
- Chwila, chwila.
Stefan wyszedł z pokoju i zamknął się w łazience. Przejrzał się w lustrze. Wyglądał dobrze. Lepiej niż w którykolwiek dzień przez ostatni miesiąc. Prosta, nienaganna sylwetka mimo nadwagi, gładkie rysy twarzy pozbawione śladów nerwowych skurczy, które wypełzały na nią każdorazowo, gdy odczuwał ukłucia bólu krzyża. Podskoczył kilkakrotnie, zrobił parę ćwiczeń rehabilitacyjnych, o których jeszcze tego ranka mógłby co najwyżej pomarzyć.
- No i jak? – usłyszał zza drzwi. – Chyba lepiej, no nie? Ale jak chcesz, to wracam na miejsce i znowu dupska nie będziesz mógł podetrzeć bez jęczenia.
- A spierdalaj!
Ledwo to powiedział, a błysnęło mu przed oczami i upadł na podłogę wyginając się w pałąk. Ból był straszliwy. Miał wrażenie, że za chwilę jego kręgosłup trzaśnie w połowie i unieruchomi go w tej pozycji na resztę życia.
- Przestań – spróbował krzyknąć, ale słowa ledwo słyszalnie zabrzmiały w pustej łazience.
- Co tam brzęczysz?
Kolejna fala bólu przelała się przez jego ciało, jakby ktoś próbował rozprostować jego ciało przy pomocy wielkiego wałka do ciasta.
- Litości – jęknął. – Przestań.
- Co słyszę? – ton głosu zdradzał niespecjalnie kamuflowane, udawane zdziwienie. – Czyżbyś chciał, żebym cię opuścił?
- Tak…
- Całym zdaniem poproszę.
- Opuść mnie.
- A nie, nie. Powtórz: kochany mój kręgosłupkiu, opuść moje ciało.
- Co?
Dojmujący ból wygiął ciało Stefana w łuk, coś chrupnęło mu w plecach.
- Kochany mój kręgosłupiku opuść moje ciało – wyjęczał.
Ból minął natychmiast. Chwilę leżał nie wierząc, że krótki, acz wyjątkowo nieprzyjemny koszmar przeminął. Wstawał początkowo powoli, potem bardziej energicznie, ale nic przykrego go nie spotkało. Wyszedł z łazienki i wrócił do pokoju. Usiadł na fotelu i utkwił wzrok w mężczyźnie oglądającym telewizję. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak dobrać słowa. Czuł się dziwnie. W dalszym ciągu nie mógł uwierzyć w to, czego przed chwilą doświadczył, ale fakty były, jakie były.
- Daj spokój – przerwał jego rozważania kręgosłup. – Po prostu mów mi Heniek i jakoś to będzie. Podleczysz się, to wrócę na swoje miejsce i będę milczał. Będzie jak dotychczas. Tylko musisz się wziąć za siebie.
Stefan pokiwał głową.
- Mam jedno pytanie – powiedział.
- No?
- Skoro ty siedzisz na wersalce, to kto jest na twoim miejscu?
- Mietek.
- Mietek?
- Kumpel z wymiennikowni. Zawsze się zmieniamy, jak któryś gorzej się poczuje. Jak wyzdrowiejesz, Mietek wróci do firmy, a ja na swoje miejsce.
Stefan siedział z nietęgą miną.
- Żartowałem – kręgosłup wybuchł gromkim śmiechem. – Oczywiście na moim miejscu nie ma nikogo.
Stefan wypiął pierś, potem się zgarbił i zrobił kilka młynków ramionami.
- Jak to? – drążył. – Doskonale czuję, że kręgosłup mam na miejscu.
- Oczywiście – zgodził się Heniek. – Inaczej zwinąłbyś się jak rolka tapety.
Dalszą konwersację przerwał im dzwonek do drzwi.
- A kogóż tam niesie po nocy?– skomentował Stefan spoglądając na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga trzydzieści.
Nie zdradzając aktywności podszedł cicho do drzwi i wyjrzał przez judasz. Na zewnątrz stał Lutek Kropielnicki, sąsiad mieszkający klatkę wyżej. Mimo mocnego zniekształcenia obrazu widać było, że mężczyzna ma tęgo w czubie, co jakoś Stefana nie dziwiło. Zaskoczeniem byłoby, gdyby był o tej porze trzeźwy.
- No i kogo tam przywiało?! – krzyknął z głębi mieszkania Heniek.
Stefan aż się skulił. Zmysły Lutka może i były mocno przytępione przez lata nadużywania alkoholu, ale jeśli chodzi o wietrzenie okazji do wypitki, był niezastąpiony. Zachowanie kręgosłupa było niczym zaproszenie. Teraz nie było sensu zwodzić sąsiada, bo gotów tylko narobić hałasu na całą kamienicę.
Stefan przekręcił zamek i uchylił drzwi.
- Co jest? – zapytał nie zdradzając chęci wpuszczenia gościa do środka.
Kropielnicki zdawał się nie oczekiwać na zaproszenie, tylko najzwyczajniej popchnął drzwi i wmaszerował do mieszkania.
- Co się czaisz, jak gajowy w paprociach? – zgromił w progu gospodarza.
- Że jak?
- Flachy mi pół zostało.
- Ja nie mogę…
- Nie pierdol mi tu kocopołów!
- Mówię poważnie.
Lutek nie zwracając uwagi na nieudolne protesty Stefana wszedł do pokoju i rozsiadł się wygodnie obok Heńka.
- Dawaj jakieś miarki, bo czasu nie mam – zaordynował. – Kobita i tak już na mnie warczy od rana.
Stefan stał chwilę niezdecydowany. Kręgosłup nie zwracał uwagi na Kropielnickiego, tylko z lekkim uśmieszkiem śledził wydarzenia na ekranie.
- Ale ja leki biorę – powiedział Stefan.
- I dobrze – przytaknął sąsiad. – Ja też biorę. Odkąd pamiętam. Inaczej pewnie już bym nie żył. Nie zmińdź mi tu, tylko dawaj te szklanki.
- Nie zmindzę, tylko sytuacja jest nietypowa – motał się Stefan. – A właściwie to chyba powinienem was przedstawić. To jest Heniek, mój… znajomy. Heniek, to jest mój sąsiad Lucjan, ale wszyscy mówią mu Lutek.
Kropielnicki spojrzał na gospodarza z wesoło.
- Świetnie! – krzyknął. – Od razu lepiej! Dawaj te kielonki. Wypijemy brudzia!
- Ale Heniek nie pije, zdaje się – Stefan spojrzał nieco bojaźliwie na kręgosłupa. – Zgadza się, no nie?
- Jasne że nie – przyznał Heniek. – I tobie też nie radzę. Jak tylko spróbujesz choćby jedną banię, to od razu wracam na miejsce.
- Nawet jednej?
- Kropelki.
- Olaboga.
- Co ty mi tu odstawiasz jakieś modlitwy? – wtrącił Kropielnicki przyglądając się bacznie sąsiadowi. – Tyś wypity już jest, czy jak?
- Kto? – zdziwił się Stefan. – Że niby ja?
- No przecież nie ja. To znaczy ja jestem, ale przecież siebie nie pytam. Dawaj te miarki, bo z gwinta to mogłem sobie na klatce kropnąć.
- Ale ja nie mogę pić, człowieku! – zdenerwował się Stefan. – Słyszałeś Heńka?
Lutek znieruchomiał w trakcie odkręcania nakrętki.
- Ty się dobrze czujesz, gościu?
- O to się rozchodzi, że tak – przyznał gorliwie Stefan. – Ale żeby ten stan się nie zmienił, nie wolno mi pić. Zgadza się? – zakończył zwracając się do Heńka.
- Dokładnie – przytaknął kręgosłup. – Szybko się uczysz. Może jeszcze nie jest za późno.
- Za późno na co?
- Co? – zdziwił się Lutek.
- Jak będziesz się stosował do wskazówek, to może jeszcze będziesz mógł coś w życiu chlapnąć. Oczywiście nie wiadrami, jak do tej pory, ale zawsze jakiś browarek będziesz mógł wychylić.
- Browarek? – ucieszył się Stefan, a nadzieja rozświetliła jego oblicze.
- Czemu nie? – zgodził się Kropielnicki. – Na popitkę jak ta lala.
- Co najwyżej – przyznał Heniek. – Ale nie w tej chwili.
- Szkoda – mruknął.
- Nosz kurwa mać! – poirytował się Lutek. – To albo proponujesz albo nie! Bez łaski.
- O co ci chodzi? Słyszałeś co Heniek mówił.
- On mnie nie słyszy – odezwał się kręgosłup.
- Co?
- W łeb ci się coś robi? – zapytał Kropielnicki.
- Jak to?
- Bo pieprzysz od rzeczy.
- Nie widzi, ani nie słyszy.
- Ach…
- Nie ach, tylko dawaj te cholerne kielonki! – ryknął Lutek.
- Nie widzisz go?
- Kogo?
- No Heńka! Siedzi przecież obok ciebie.
Kropielnicki mimowolnie spojrzał w kierunku, w którym podążyło spojrzenie sąsiada.
- Wiesz co? – rzekł wstając z wersalki. – Chyba jednak zostawię cię z twoim kompanem. A na przyszłość się zastanów. Bo jak nie chcesz pić, to na chuj mi dupę trujesz?
- Ja dupę truję?
Lutek bez słowa minął Stefana z obrażoną miną mierząc go pełnym wyrzutu wzrokiem i bez pytania zabrał po drodze szklankę z szafki.
- Namolny pierdoła – rzucił na odchodne i zniknął w ciemności skrywającej klatkę schodową.
- Co to miało znaczyć? – spytał z wyrzutem Stefan.
- Niby co?
- No to, że widzę cię i słyszę tylko ja?
- Tak to działa.
- Tak to działa? Jaja sobie ze mnie robisz?
Kręgosłup przeciągnął się rozrzucając szeroko ramiona i głośno ziewając.
- Połóż się spać – powiedział spokojnie. – Późno się robi, a ślęczenie po nocach nie robi ci dobrze na kręgosłup.
Stefan nerwowo ściągnął usta, ale powstrzymał się od komentarza.
*
Obudził go dzwonek do drzwi. Za oknami już się ściemniało. Albo dopiero szarzało. Od kilku dni czas płynął jakby niezależnie od Stefana, pozostawiając go gdzieś z boku, tkwiącego w letargu. Nie był pewien, czy powinno świtać, czy zmierzchać.
Zygfryd był jego starszym bratem. Zyga, jak zwykł nazywać go Stefan, bez żadnej zapowiedzi przejechał ponad trzysta kilometrów, by się z nim zobaczyć. Nie było to normalne zachowanie, ale Stefan był zbyt skołowany ostatnimi wydarzeniami, by to docenić, czy w ogóle poddać jakiejkolwiek krytyce.
- Co jest z tobą? – Zygfryd naskoczył na Stefana od progu. –Myślałem, że ci się stało coś złego, żeś jakiś wypadek miał. Nie odbierasz telefonów, w robocie nic nie wiedzą, dobrze że miałem numer do tego twojego sąsiada, pijaczyny, chociaż ten też nie był zbytnio rozmowny. Ale powiedział przynajmniej, że żyjesz. Tyle, że podobno ci się z rozumem pomieszało.
Stefan zamknął za bratem drzwi i ziewając podrapał się pod pachą.
- O co ci chodzi? – zdziwił się. – Mówiłem ci wczoraj, że mam problemy z kręgosłupem i że…
- Jesteś chory?
Stefan przeciągnął się, podskoczył, zrobił kilka skłonów, wykonał półobrót głową w górę i w dół, potem na boki.
- I tak i nie – odparł. – Dzwoniłeś do mnie do roboty? – spróbował zmienić temat.
- Dzwoniłem.
- Po jaką cholerę.
- Boś milczał, jak szczur w piekarni.
- Spałem.
- Przez dwa tygodnie?
- Tydzień, czy dwa – Stefan machnął ręką lekceważąco. – Nie czepiaj się pierdół.
Zygfryd przyjrzał się bratu uważnie. Sprężysta sylwetka, pewne ruchy, energia bijąca z postawy. W niczym nie przypominał schorowanego człowieka z jakim ostatnim razem rozmawiał.
Westchnął przeciągle i wolnym krokiem ruszył do kuchni. Bez słowa nalał sobie do kubka wody wprost z kranu i usiadł przy stole.
- Wylazł z ciebie, prawda? – zapytał monotonnym głosem.
Stefan odchrząknął.
- O czym mówisz?
- Nie udawaj.
- Nie udaję. Po prostu nie wiem, o co ci chodzi.
- O twój kręgosłup.
- Tak? Co z nim? Wiesz o nim coś więcej, niż ja?
- Rozchodzi się o to, że niestety tak.
- Chyba ci, staruszku, zwęgliło obwody od…
- Od ilu dni nie wyłazi?
Stefan popatrzył na brata z nieukrywaną irytacją.
- Zupełnie nie wiem o co ci chodzi – mimo wyraźnych starań nie udawało mu się jednak ukryć zdenerwowania. – Jak się czułem chory, to było źle, jak jestem zdrowy, to też jest źle. Jak tak dalej pójdzie, to faktycznie wyląduję w…
Zygfryd nie pozwolił mu skończyć i przypadając do brata, ułapił go za kołnierzyk koszuli przyciskając do ściany.
- Od ilu dni nie wyłazi?! – krzyknął. – Przestań pieprzyć i mów! Może jeszcze nie jest za późno!
- Co? Na co za późno? Pojebało cię? Puszczaj bo…
- Od kiedy twój kręgosłup siedzi na swoim miejscu!?
Stefan przyjrzał się bratu uważnie. Dobrze go znał. Wiedział, że ten nie żartuje, ani nie blefuje.
- Dziś trzeci – wykrztusił z rezygnacją.
- Jesteś pewien? – nie ustępował Zyga mocniej zaciskając dłonie, niemal przyduszając brata.
Stefan szarpnął się gwałtownie i uwolnił z uścisku.
- A odpieprz że się! – krzyknął. – Jasne że jestem pewien! W życiu nie spotkało mnie nic równie dziwnego! Nawet nie czytałem o czymś podobnym, ani nie widziałem w kinie.. – tu na chwilę zawiesił głos, bo przypomniał sobie film „Plecy”, ale szybko uznał, że przypadek bohaterów filmu i jego nazbyt się różniły, by je porównywać. – Doskonale wiem kiedy ze mnie wylazł i kiedy wrócił! Zresztą, jakie to ma do cholery znaczenie? Ważne, że już go nie ma. I nie zamierzam dopuścić, by wrócił. Stosuję się do wskazówek, nie zamierzam więcej pić. Będę przykładnym obywatelem, który sumiennie wykonuje obowiązki wobec społeczeństwa i kraju. Nie dopuszczę, by to się jeszcze kiedyś powtórzyło.
Zygfryd uśmiechnął się, ale nie był to z pewnością przejaw radości.
- Nie masz pojęcia – westchnął – z czym masz do czynienia.
- Wiem wystarczająco, by więcej tego nie doświadczać.
- Obawiam się, że masz tu gówno do gadania, braciszku. To jest jak młyńskie koło. Dopóki woda płynie, będzie się kręcić. Rozumiesz?
- Chyba nie za bardzo, ale co tu rozumieć? To absurdalne.
- Z racjonalnego punktu widzenia…
- Podchodząc do tego z racjonalnego punktu widzenia, – tym razem to Stefan się uniósł i przerwał bratu – to nic z tego co spotkało mnie przez ostatnie dwa tygodnie nie powinno się wydarzyć, a my obaj powinniśmy ten dialog prowadzić w zakładzie zamkniętym smarując sobie twarze gównem, albo jsząc dziadkom w bambosze!
- Uspokój się.
- Jestem spokojny! Kurwa!
Przez chwilę obaj milczeli. Zygfryd popijał wodę, podczas gdy Stefan próbował opanować nerwowy oddech. W końcu młodszy z braci dołączył do starszego i przez kilka minut siedzieli przy kuchennym stole naprzeciwko siebie wpatrzeni w nieregularny wzór oklejających ściany tapet.
- To u nas rodzinne, młody – przerwał ciszę Zyga. – Ojciec to miał, dziadek Zenek, i prababka Józka Miętusianka, po niej kuzyn Władek. W każdym pokoleniu jest ktoś, kto to przejmuje, jak jakieś brzemię. Na ogół jest to najstarszy z rodzeństwa. Nigdy ci o tym nie mówiłem, byś sobie nie zaprzątał głowy. Ale mnie to nie spotkało, Stefciu. I już nie spotka. Wiem to na pewno, bo ty to masz. To klątwa, braciszku. Nie przeżyjesz tego. Nie jesteś przygotowany. To miałem być ja. Słowo daję, że tak bardzo żałuję... On cię rozerwie od środka. Zostanie z ciebie tylko filet.
Stefan przełknął głośno ślinę, ale nie powiedział słowa. Długo wpatrywał się w sypiący za oknem śnieg, którego płatki wylatywały z czerni głębokiej zimowej nocy, jak wyczarowane niewidzialną różdżką. Ciężko było mu przejść do porządku dziennego z informacjami, jakie przyniósł Zygfryd.
- Załóżmy, że spadło to na mnie – odezwał się nie odrywając oczu od okna. – Co mi grozi? Jak do tej pory dzięki tej, jak ją nazwałeś, klątwie, tylko mi ulżyło. Inaczej nadal żarł bym leki przeciwbólowe, smarował się maścią, jęczał i chodził wysztywniony, albo pogięty, w zależności od dnia. A tak, mam święty spokój, dobre samopoczucie, nic mnie nie boli, jestem po prostu zdrowy. I to ma być klątwa?
- Niczego nie rozumiesz – westchnął Zygfryd.
- Najwyraźniej.
Starszy z braci pokręcił głową.
- Pamiętasz, jak ojciec pierwszy raz dostał ataku? – zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował. – Leżał pokrzywiony przez trzy dni, a potem nagle był zdrów jak ryba.
- No pamiętam, i co z tego?
- A pamiętasz tego chudego gościa, jego kolegę z pracy, tego psychola Mietka Wasilewskiego?
- Jasne, że pamiętam! – ożywił się Stefan. – Poznał go na jakimś szkoleniu, czy jakoś tak. Potem razem pracowali w fabryce. Oj niezły był czubens z tego Mietka.
- Czubens? Nie rozumiem twojego entuzjazmu. Przecież to był potwór.
- I co z nim?
- To nie był kolega ojca.
- A kto, niby?
Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa.
- Nie – powiedział w końcu Stefan z niedowierzaniem.
- Właśnie, że tak – zaprzeczył Zygfryd.
- To nie możliwe. Przecież wszyscy go widzieli. Zresztą widywaliśmy go też wcześniej, zanim ojciec zachorował.
- Oczywiście. Przybrał znajomą postać, żebyśmy nie nabrali podejrzeń. On może wyglądać jak chce. Jak listonosz, dzielnicowy, ciotka Lidka, sklepowa z warzywniaka, kuzyn Wiktor, albo lekarz. Co tylko chcesz. No i przecież nie zadomowił się wtedy tak od razu. Z początku ojciec tylko o nim wspominał, potem odwiedzał nas raz, czy dwa na tydzień, a dalej wiesz co się stało. Twój zrobi to samo. Da ci spokój na tydzień, potem na pięć dni, aż dojdzie do codzienności i doprowadzi cię do tego, do czego tamten przywiódł ojca.
- Skąd ta pewność? Może mój przypadek jest inny?
- Każdy jest taki sam. To potwór, nie znający ludzkich odruchów i uczuć odmieniec z piekła rodem. Doprowadzi cię do szaleństwa, zmaterializuje się, a potem zniknie. Ale zanim tego dokona, zrobi ci to, co Wasilewski zrobił naszemu ojcu, najpierw zmusi cię do jakiegoś bestialstwa, a potem rozerwie go na strzępy.
Stefan wyraźnie zmarkotniał.
- Po jaką cholerę?
- Nie mam pojęcia. Próbowałem to ogarnąć, przestudiowałem bodaj wszystkie znane przypadki opętania powiązanego z chorobą krzyża opisane na przestrzeni dziejów przez starych kronikarzy, historyków, a nawet ojców zakonnych, ale nigdzie nie natrafiłem na jakąkolwiek wzmiankę o przyczynach. To zdaje się wywodzić z czasów tak zamierzchłych, że kroniki do nich nie sięgają, zamieszczone wzmianki i informacje zniekształcane przez wielokrotne przepisywania, interpretacje i tłumaczenia sprawiają, że zapiski są pełne sprzeczności, niedomówień, tajemnic i niezgodności. Próbowałem więc skupić się wyłącznie na faktach dotyczących naszej rodziny. Udało mi się ustalić, że pierwszy opisany przypadek zdiagnozowano u naszych przodków bez mała pięć wieków temu. Dalej nie udało mi się dotrzeć. Trudno powiedzieć kto nam to przekazał, czy na nas rzucił. Wiem tylko, że każdy przypadek kończył się podobnie. To w zasadzie jedyna mocna część wspólna ich wszystkich. Naturalnie poza samą istotą. Najpierw jest cierpienie, potem cudowne uzdrowienie i w finale jakaś makabra. Potem wszystko się kończy i cichnie na pewien czas. Do następnego odrodzenia.
Stefan jęknął, a Zyga na chwilę opuścił głowę z rezygnacją, ale szybko ponownie się ożywił.
- Ale jeszcze nie jest za późno – rzekł z zapałem. – Jestem tego niemal pewien. Możemy to przerwać! Skoro to dopiero trzeci dzień, to znaczy, że jeszcze na dobre się nie zaaklimatyzował, że wybrał niewłaściwą postać, która nie ma na ciebie należytego wpływu. Możemy go jeszcze pokonać, tylko musimy trzymać się razem! Trzeba tylko uwierzyć! Nasi przodkowie nigdy nie próbowali z tym walczyć, stawić czoła, pokrzyżować szyki. Zawsze biernie czekali na wyrok modląc się o miłosierdzie. Ale my zrobimy inaczej! Będziemy walczyć razem. Jeśli teraz się poddamy, to nigdy się nie skończy!
Stefan siedział z załamanymi rękami i szeroko rozwartymi oczami, w wyczekiwaniu pełnym bezradności. W pewnym momencie trzasnął pięścią w stół.
- Jak może się nie skończyć? – rozpromienił się fanatycznie. – Właśnie, że się skończy! Przecież ja nie mam dzieci! Jak mnie szlak trafi, to to cholerstwo umrze razem ze mną!
- To tak nie działa – zaprzeczył smutno Zygfryd. – Jak cię już wypatroszy, wlezie po prostu w kogoś następnego. W pierwszego, który się nawinie, albo wybierze z premedytacją kogoś ci bliskiego. Na przykład mnie. Nie ma na to rady.
- To co możemy zrobić?
- Przede wszystkim ustalić, pod czyją postacią obecnie się ukrywa.
- To akurat nie jest problem. Pod postacią Heńka.
- To tylko postać przejściowa i kamuflaż. Żeby móc się odrobinę zbliżyć i zamieszać ci w głowie. W rzeczywistości musi opanować kogoś ci bliższego, z najbliższego otoczenia, żeby mógł wniknąć głęboko w twój umysł. Zastanów się. Odkąd to się zaczęło był u ciebie ktoś z rodziny?
- A skąd? – żachnął się Stefan chwilowo zapominając o problemie. – Przecież wiesz, że wszyscy, oprócz ciebie, mają mnie w dupie. Kogo by interesował taki leszcz?
- No, chyba trochę przesadzasz.
- Taka jest prawda.
- Zawsze miałeś skłonności do gderania i utyskiwania nad swoim losem.
- Dzięki rodzince. Już ona zadbała, bym miał na co narzekać.
- Może i masz rację, ale…
- Na pewno mam.
- … ale wróćmy do tematu. Jacyś bliscy kumple?
- Żartujesz?
- Koledzy z pracy?
- To chuje i szubrawcy.
- To nie wiem, może znajomi z knajpy, baba z gazowni, mleczarz, sklepowa, stolarz, elektryk, sąsiedzi…
- Kropielnicki – przerwał wyliczankę Stefan.
- Co, kto?
- Lutek Kropielnicki. Mój sąsiad z góry. Wiesz o kim mówię, przecież do niego dzwoniłeś. Był tu u mnie zaraz pierwszej nocy, jak pojawił się kręgosłup.
- No proszę.
- Chciał mnie na wódkę namówić.
- Widział go?
- Znaczy się, kto kogo?
- No ten sąsiad. Czy widział się z kręgosłupem.
- Coś ty. Przecież jego nikt nie widzi, oprócz mnie.
- A to sukinsyn sprytny. Zrobił się niewidzialny, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
- Co?
- A coś myślał? Wybrał złą powłokę. Tego Heńka. Wyczuł to i szukał zamiennika. Jak przyszedł sąsiad, od razu zwietrzył okazję i dlatego zrobił się niewidzialny. Żeby móc dobrze zlustrować potencjalnego biorcę i w ten sposób uniknąć kolejnej pomyłki. Pewnie zaraz potem cię uśpił.
Stefan chwilę się zastanawiał.
- No w zasadzie mogło tak być. Lutek siedział krótko i zaraz sobie poszedł, a potem nie pamiętam. Obudziłem się rano.
- A później go jeszcze widziałeś?
- Kropielnickiego? Był parę razy, ale go nie wpuściłem. Udawałem, że mnie nie ma.
- No to wszystko jasne.
- Znaczy co?
- Przybrał postać sąsiada i będzie cie próbował przekabacić, osaczyć, opanować twój umysł i cię wykończyć w jakiś wyjątkowo paskudny sposób.
- Nie wpuszczę go i tyle.
- To nie zdziała. Prędzej czy później spotkasz go na schodach, w sklepie, czy w knajpie, albo tylko na chwilę stracisz czujność i będzie po zawodach.
- To co radzisz?
- Jest tylko jedno wyjście.
- Mianowicie?
- Trzeba go załatwić zanim on wykończy ciebie.
*
Kropielnicki leżał u siebie w mieszkaniu przygwożdżony do podłogi pogrzebaczem. Krew sączyła mu się z kącików ust i rany na skroni. W korytarzyku prowadzącym do kuchni spoczywało ciało jego żony. Kobieta miała niemal odciętą od korpusu głowę. Z szyi sterczała szufelka do wybierania popiołu z paleniska.
Stefan z nieprzyjemnym dla ucha chrobotem wyszarpnął pogrzebacz z głębokiej rany na piersi martwego już sąsiada i zawiesił je na haczyku przy kaflowym piecu.
- No i masz, sukinsynu – powiedział zadowolony. – I co? – zwrócił się do brata. – Już po wszystkim?
- Niezupełnie – odparł Zygfryd paskudnie się uśmiechając.
W tym momencie zniknął, a ciało Stefana rozkwitło.

wtorek, 20 grudnia 2011

Klątwa brygadzisty

- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie Zbyś nie kryjąc radości.
Zbyś nienawidził zmarłej bardziej niż kogokolwiek innego. No chyba, żeby liczyć jej męża, który dokonał żywota kilka lat wcześniej. Ale Zbyś mało kogo lubił. Poza Zygmuntem. Ale Zygmunt to był ktoś szczególny. Wrażliwy człowiek, trudno było go nie lubić, nawet Zbigniewowi.
Zygmunt był wrażliwy, a Zbyś szorstki. Tyle można by z grubsza powiedzieć o dwóch serdecznych przyjaciołach z fabryki. Ciekawostką było bez wątpienia to, że obaj panowie nosili nazwiska idealne dla cech, które ich charakteryzowały. I tak Zygmunt nazywał się Wrażliwy, a Zbyś Szorstki. Zbigniew.
Zygmunt pracował na montowni, gdzie zajmował się montowaniem, zaś Zbyś w dziale technologicznym, w którym piastował stanowisko młodszego technologa. W tym zakresie zatem, również nie było niedomówień.
Oczywiście obaj lubili wypić. Jak każdy w zakładzie. Po wypitce Zygmunt robił się nieco awanturny, a Zbyś nie za wiele się zmieniał. Nadal był szorstki w obejściu, tyle że nabierał większej śmiałości do ludzi, dzięki czemu gdy sobie podechlał, szersze grono niż zazwyczaj mogło przekonać się o jego szorstkości. Może słowo „zazwyczaj” nie jest tu najszczęśliwiej użyte. Bezpieczniej będzie napisać „po trzeźwemu”.
Obaj mieszkali w obskurnej kamienicy na starym osiedlu w fabrycznej części miasta. W tej samej klatce, naprzeciwko siebie. Na trzecim piętrze. Ich sąsiadem, a raczej sąsiadką, była samotnie dogorywająca, dość starawa, ale chyba jeszcze nie do końca babka, wdowa po brygadziście Leonie Paprotkiewiczu, którego nikt na zakładzie nie darzył sympatią, nawet Zygmunt, który bardzo niewielkiej liczbie ludzi okazywał niechęć. Zbyś, rzecz jasna, uważał brygadzistę za „kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja”. Niezwykle rzadko zdarzało mu się określać mężczyznę innymi słowy. Wyglądało to tak, jakby brygadzista tak właśnie miał na imię. Brygadzista Kawał Wrednego Skurwysyna I Kłamliwego Chuja. I ilekroć Szorstki wypowiadał te słowa, jago twarz wykrzywiał niemal fatyczny grymas.
Po śmierci Paprotkiewicza cała chowana do niego niechęć i nienawiść przelały się na jego żonę, która od dnia pogrzebu nie miała lekkiego żywota. Wcześniej zresztą Zbyś również szczerze jej nie znosił, ale przynajmniej tak mocno tego nie okazywał.
- Znowu zaczepiało mnie to stare kurwiszcze – oznajmił któregoś dnia Zbyś ledwo tylko odbił butelkę prostego wina owocowego marki „komandos”. – Że też toto żyje tyle lat i jeszcze ma siłę żeby człowiekowi pyskować.
- Powiedziała ci tylko „dzień dobry” – nie zgodził się Zygmunt.
Szorstki przechylił butelkę i długo pił drobnymi łyczkami.
- Gówno prawda – powiedział wypuszczając powietrze.
- Słyszałem.
- Udawała, pizda wredna.
Zygmunt przejął trunek i powtórzył czynności przyjaciela niemal w identyczny sposób.
- Jak mogła udawać, że mówi? – powiedział wypuszczając powietrze. – Że niby nie mówiła, a mówiła? Nagrane to miała gdzieś na taśmę, czy jak?
Zbyś otworzył drugą butelkę i tym razem popił tylko odrobinę.
- Nie udawała, że mówi, – wyjaśnił – tylko, że niby mówi „dzień dobry”. W rzeczywistości powiedziała „by cię chuj strzelił”, albo „by ci fiut odpadł”, nie zrozumiałem dokładnie. Tyle, że tak modulowała tym mamrotem, że brzmiało to jak „dzień dobry”. To mniej więcej tak, jak my byliśmy gówniarzami i mówiliśmy sąsiadom „indory”, albo „cień kobry”, zamiast „dzień dobry”.
Zygmunt podrapał się po udzie.
- Czepiasz się baby.
- Nienawidzę, krowy.
*
Wdowa po Paprotkiewiczu umarła pewnego zimowego popołudnia zupełnie niespodziewanie. Może nie przedwcześnie, ale i nie w wieku na tyle sędziwym, by nie można było powiedzieć, że zgon nastąpił nieoczekiwanie. Zwłaszcza, że mając siedemdziesiąt trzy lata nigdy nie skarżyła się na jakieś poważniejsze dolegliwości, mogące przynieść na nią nagłą śmierć.
Martwa kobieta przeleżała w mieszkaniu ponad miesiąc, zanim odnaleźli ją sąsiedzi w towarzystwie dzielnicowego Mierzejewskiego i listonosza Wyjęłły. Zima była wyjątkowo mroźna tamtego roku, a szczęśliwym trafem w mieszkaniu kobiety zapowietrzyły się kaloryfery, przez co temperatura spadła do na tyle niskiej, że zwłoki się nie zaśmierdły. Dopiero gdy po nieskutecznym nawoływaniu i dobijaniu się do drzwi listonosz zawiadomił policję, na miejscu zjawił się dzielnicowy i komisyjnie wyważono drzwi. Babka siedziała przy stole pochylona, przed nią stał talerz z zamarzniętą zupą. W uniesionej ręce trzymała łyżkę w połowie drogi do rozwartych ust.
Mężczyźni kłębili się w korytarzyku tuż za plecami dzielnicowego, który zatrzymał ich w drzwiach. Widok był dosyć niesamowity, więc przez chwilę nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał Zbyś.
- Kurwa, nie żyje, czy jak?
- No na to wygląda – odparł Mierzejewski. – Trza pogotowie wezwać.
- Chyba karawan – zaproponował Wyjęłło.
- Najpierw musi lekarz stwierdzić zgon.
- Na chuj lekarz, przecież babka sztywna, z daleka widać.
- Procedury takie są.
Zygmunt wyszedł zadzwonić ze swojego mieszkania. Szorstki krzywił się z niesmakiem ale i z nie kłamaną ciekawością intensywnie przyglądał się nieboszczce.
- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie nie kryjąc radości.
*
Zbysio Szorstki trafił do domu dziecka w wieku lat niespełna trzech i przebywał w nim do momentu osiągnięcia pełnoletniości. W szkole przyzakładowej, do której uczęszczał po ukończeniu podstawówki, nauczył się podstaw zawodu, który później szlifował w technikum. Robota i fach, który dzięki niej doskonalił, stała się jego swoistym azylem, pielęgnował ją i dopieszczał stając się w wieku dwudziestu lat jednym z lepszych fachowców na zakładzie.
Zygmunta poznał w okolicznościach raczej nie zapowiadających wywiązaniu się później między nimi zażyłości, która z czasem przerodziła się w szczerą i bezinteresowną, czystą przyjaźń. Wymienili wówczas tylko kilka słów.
- Nie masz gdzie jszczyć? – zapytał Zygmunt widząc Zbysia oddającego mocz w osiedlowym śmietniku.
- Chuj ci do tego.
I to było wszystko. Zygmunt machnął ręką i odszedł w kierunku swojej kamienicy, zaś Zbyś udał się do szkolnej bursy, w której mieszkał przez cały okres nauki w technikum. Zanim zaczęli pracować w fabryce, gdzie wspólna robota poniekąd zmusiła ich do nawiązania bliższych stosunków, widywali się na ulicy wzajemnie się ignorując. Gdy umarł stary Gawroński spod dziewiętnastki, mieszkanie po nim przypadło Szorstkiemu. Zadbał o to sam dyrektor działu, w którym pracował Zbyś. Miało to miejsce w okresie, gdy o dobrego fachowca było trudno, a Szorstkiego kusił konkurencyjny zakład. Dzięki temu otrzymał mieszkanie i podwyżkę. I w ten sposób został vis a vis sąsiadem Zygmunta, zaś bezpośrednio przez ścianę dzielił klatkę z brygadzistą Paprotkiewiczem. O ile Zygmunt zdawał się wcale nie interesować Zbysia, to sąsiad zza ściany notorycznie spędzał Szorstkiemu sen z powiek. Mężczyzna prześladował go w zakładzie, potem śledził w życiu prywatnym, podsłuchiwał, obserwował, donosił, skarżył i uprzykrzał mu życie w każdy inny możliwy sposób. Oczywiście przy aktywnym współudziale żony, która w świadomości Zbysia zagościła od pierwszego spotkania jako „stare kurwiszcze”, mimo że gdy pierwszy raz ją zobaczył, kobieta nie mogła mieć więcej, niż trzydzieści pięć, góra czterdzieści lat. Gdy już nawiązała się nić przyjaźni pomiędzy Zbysiem i Zygmuntem, Wrażliwego niespecjalnie to dziwiło, choć i nie było do końca jasne. W końcu dla dwudziestolatka prawie dwukrotnie starsza od niego kobieta mogła wydawać się kimś starym, ale że i przy okazji kurwiszczem, to nie było normalne. Podejrzewał, że Szorstkiego fascynowała dojrzałość sąsiadki, ale nie miał co do tego pewności. Któregoś wieczoru postanowił zapytać o to nowego, nie całkiem jeszcze dobrze poznanego kolegę.
- Przecież ma ze czterdzieści lat – wyjaśnił wówczas Zbyś.
- Załóżmy, że to tłumaczy określanie jej „starą” – przyznał Zygmunt. – Ale dla czego od razu „kurwiszcze”?
Wrażliwy doskonale pamiętał, że Szorstki na chwilę się wówczas zaczerwienił, czego później nigdy już u niego nie zaobserwował. Nic nie odpowiedział tylko przez prawie minutę pomstował i mamrotał pod nosem, aż w kącikach ust zebrała mu się piana.
Zygmunt nigdy więcej nie zapytał Zbysia o powód takiego, a nie innego określania sąsiadki. Aż do tego dnia, w którym ją pochowano.
- Rozumiem, że „stare”, ale dla czego „kurwiszcze”? – niespodziewanie powrócił do nurtującego go tematu, w momencie, gdy Zbyś skończył mocować się z korkiem.
Szorstki początkowo nie zareagował, jakby nie dosłyszał pytania lub tez puścił je mimo uszu, albo go nie zrozumiał. Zanim jednak Zygmunt zdołał je powtórzyć, do mieszkania wmaszerował Stasiu Gołąbek, wyjątkowo złośliwy staruszek, który, mimo iż mieszkał w dzielnicy przyportowej, bardzo często pałętał się po „fabrycznej”. Zbyś go nie lubił.
- Zenka szukam – powiedział mężczyzna łakomym spojrzeniem obrzucając butelkę.
- Tu go nie ma – odparł Zygmunt.
- To akurat widzę – odparł Gołąbek nie odrywając tęsknego spojrzenia od alkoholu. – Może go widzieliście, albo..
- Gówno mnie obchodzi – przerwał Zdziś. – Zapukać nie łaska?
- W łeb się puknij – odpysknął hardo Stasiu. – Otwarte było.
- Nie dla ciebie.
- Jak drzwi do obory.
- Spierdalaj mi stąd ale już, dziadu! – Zbyś poderwał się od stołu. – Bo w ryja dam, że ci się pysk wygładzi i moment spokorniejesz.
- Hola, hola! – próbował załagodzić Zygmunt.
- Nie groź mi to, szczawiu – nie dawał się zastraszyć Gołąbek wychodząc niespiesznie z mieszkania. – Nie z takimi ja już miałem do…
Dokończenie wypowiedzi przerwał mu kopniak, który wyekspediował go na klatkę schodową. Staruszek chciał złapać równowagę próbując przytrzymać się barierki, ale nie zdołał i runął na brudną posadzkę tłukąc głową o pokrytą gołą, zmurszałą cegłą ścianę. Drzwi do mieszkania zatrzasnęły się z hukiem, by zaraz na powrót się otworzyć. Nad leżącym nieruchomo pochylił się z Zygmunt i szturchnął go w ramię.
- Hej! – zagadnął. – Stasiu?
Staruszek nie reagował.
- I co żeś, kurwa zrobił, czubie? – rzucił przez ramię w głąb mieszkania. – Chłop bez życia leży.
- Niech leży! – głos Zbysia dobiegał z wnętrza kuchni. – Nie będzie mi tu menda wchodziła, jak do swojego!
Zygmunt przeklął pod nosem. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że na szczęście nie żyje stara Paprotkiewiczowa, bo pewnie narobiłaby już rabanu, i zaraz zrobiło mu się jeszcze bardziej nieswojo. Przekręcił Gołąbka na plecy i poklepał go lekko po twarzy. Mężczyzna nie zareagował, ale widać było, że oddycha, co odrobinę Zygmunta uspokoiło. Wszedł z powrotem do mieszkania i po chwili wrócił ze szklanką wody, zamoczył w niej palce i prysnął staremu w twarz. Stasiu w dalszym ciągu nie reagował.
- No weźże się człowieku nie wygłupiaj – mamrotał sam do siebie Wrażliwy. – Będzie mi tu leżał na schodach, jak tam wino czeka do wypicia.
W tym momencie powieki Gołąbka zatrzepotały nerwowo.
- Coś powiedział? – rzucił całkiem już przytomny.
Niespełna minutę później we trzech siedzieli przy kuchennym stole. Zbyś usadowił się bokiem do Gołąbka i zwyczajnie dla siebie go ignorował. Bez słowa wypili po szklaneczce, potem po drugiej.
- Chyba już czas na ciebie – powiedział w końcu gospodarz zwracając się do staruszka, bardziej stwierdzając, niż pytając.
- Czy ja wiem?
Zygmunt widząc, że ledwo załagodzona sytuacja znów może zboczyć na złą drogę, szybko uznał, że jedynym rozwiązaniem jest wyprowadzić staruszka. A żeby to osiągnąć, musi wyjść wraz z nim i zaproponować mu pójście do knajpy. Inaczej Gołąbek się nie ruszy. Nie uszła jego uwadze stojąca w kącie siatka z butelkami i nie było sensu próbować go wyprosić. A to z kolei wróżyło kolejną awanturę ze Zbysiem, który i tak z bardzo wielkim oporem przyjął, że starego trzeba udobruchać szklanką wina.
- Nie wiem jak wy – powiedział Zygmunt – ale ja mam ochotę na cos mocniejszego. Co powiesz Stasiu? Skoczymy na jednego do Kolarza?
Oczy Gołąbka rozbłysły.
*
Lokal „U Kolarza” był usytuowany na zapleczu budynku, w którym mieścił się osiedlowy spożywczak, prowadzony przez żonę właściciela baru. Do knajpy wchodziło się drzwiami od podwórza, na którym na co dzień stały kontenery ze śmieciami, zabezpieczone siatką pojemniki i kartony po towarze, leżał potężny pień starego, wyschniętego na wiór drzewa, do którego poprzybijane były szerokie prostokątne deski imitujące blaty stolików i węższe, podparte mniejszymi pieńkami, służące za siedziska. Gdy była ładna pogoda wokół pnia mogło znaleźć miejsce kilkunastu amatorów serwowanych przez bar dobrodziejstw. Tego dnia na podjeździe parkowały dodatkowo dwa samochody dostawcze.
Wejście do lokalu było wąskie, jednodrzwiowe, że nie sposób było się w nim wyminąć. Zaraz za nim zwisała gruba kotara wykonana z dwóch starych zszytych ze sobą koców wojskowych, które zimą miały chronić wnętrze przed bijącym z zewnątrz zimnem, zaś latem doskonale tłumiły odgłosy życia barowego, które nie były miłe dostawcom towaru, potencjalnym kontrahentom i pracownikom sanepidu. Po za tym amortyzowały konsekwencje poczynań niestosownie zachowujących się biesiadników, których właściciel zwykł doprowadzać w sąsiedztwo drzwi i następnie wyrzucać na zewnątrz zamaszystym ruchem potężnych ramion. Delikwenci wylatywali jak wystrzeleni z procy i przed bolesnym upadkiem na wyszlakowany podjazd chroniły ich właśnie owe koce, po których zsuwali się względnie łagodnie.
Sala barowa była niezbyt obszerna, zaciemniona, wypełniona zatęchłym powietrzem rzadko wietrzonego pomieszczenia i klasycznymi woniami charakterystycznymi dla podrzędnych barów – dymu tytoniowego, alkoholu, bździn i jszczyn. Przy niewielkich okrągłych stolikach kuliło się kilku stałych bywalców. Był środek zimy, na zewnątrz panował dojmujący mróz, toteż wszyscy siedzieli opatuleni nie zdejmując nawet czapek.
- Hanka Paprotkiewiczowa, to była ekstra kobitka – powiedział z rozmarzonymi oczami Gołąbek. – Wszyscy tu do niej wzdychali na całym Fabrycznym, przyłazili do niej chłopaki z Przyporcia, z Dworcowego, a i z samego centrum zjeżdżali. A ona nikogo nie chciała. Jak wyszła za tego gamonia, co robił potem w fabryce jako brygadzista, to wszyscy w szoku byli. Taki memłok z taką lalunią.
Wypili po kolejnej pięćdziesiątce czystej i zagryźli kiszonym ogórkiem. Zygmunt chciał zapytać wprost o potencjalną rozwiązłość Hanki, ale nie miał śmiałości. Ilekroć próbował sprowadzić rozmowę na temat kobiety, Gołąbek każdorazowo rozpływał się w zachwycie nad jej urodą. W końcu wypity alkohol sprawił, że Wrażliwy poczuł więcej wigoru i wyzbył się zahamowań.
- A jak tam z nią było? – zaczął. – No wiesz, z tymi sprawami, czy ten tegens szło z nią ciężko, czy pruła się gładko?
- Że co? – Stasiu wywalił dolną wargę i zmrużył jedno oko, co świadczyło, że nie do końca rozumie pytanie, ale podejrzewa coś nieprzyjemnego.
Nie uszło to uwadze Zygmunta, ale było mu już wszystko jedno.
- No czy sypała się – czknął – ruchała, w znaczeniu?
Gołąbek wyprostował się przy stoliku i zmierzył kompana marsowym wzrokiem.
- Coś ty ocipiał? Hanka? To przecież uosobienie cnót wszelkich było.
- Może cicha woda?
- Cicha dupa!
- O tym właśnie mówię.
Zygmunt prowokował jak mógł, ale bez skutku. Gołąbek kategorycznie zaprzeczał, by wiedział coś na temat domniemanego nierządu kobiety.
- Nikt jej nie dupczył – powiedział śliniąc się nieprzyjemnie – oprócz tego wymoczka. Do tej pory zachodzę w głowę, jak to możliwe. Przecież nie dość, że to była taka niećwieja, to jeszcze był z niego… – zawiesił głos i jego twarz przybrała dziwny, zacięty, niemal fanatyczny wyraz – kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja.
Po tych słowach koce chroniące wnętrze lokalu przed podmuchami mroźnego powietrza zafalowały i niemal w tym samym momencie Wrażliwy zastygł w bezruchu ze szklanką z buskowianką zawieszoną wpół drogi pomiędzy blatem stolika, a rozwartymi ustami.
*
Zygmunta pochowano na cmentarzu komunalnym dwie albo trzy alejki od miejsca spoczynku małżeństwa Paprotkiewiczów. Po pogrzebie nie mogący sobie poradzić ze śmiercią przyjaciela Zbyś, pił okrągłe dwa miesiące. Gdyby nie to, że był doskonałym fachowcem, niechybnie dostałby wymówienie z fabryki, ale że na jego pracy zależało włodarzom zakładu, wysłano go na rzekomą kurację, którą faktycznie odbywał tylko na papierze.
Otrzeźwienie przyszło równie nagle, jak nastąpiła przyczyna popadnięcia w alkoholowy marazm.
- Hej! – krzyczał dzielnicowy klepiąc go po twarzy. – Wstawaj pan! Gościa pan masz. Ze sądu.
Po kilku minutach Zbyś doszedł do siebie tyle o ile. Usiadł ze zwieszonymi wzdłuż tułowia ramionami i zaczął wpatrywać się w niespodziewanych gości nie wiele rozumiejąc z tego, co próbują mu zakomunikować. Dopiero po wypiciu dwóch tęgich łyków owocowej nalewki wprost z butelki, w jego skołatanej głowie zaczęły obracać się trybiki. Odepchnął od siebie opróżnioną butelkę, potrząsnął głową i spróbował zogniskować wzrok na przybyszach. Wraz z krążącym w żyłach alkoholem, zaczął dostrzegać rysy stojących nieopodal postaci. Mierzejewski prężył się służbiście, co wskazywało, że jego towarzysz to nie byle kto. Przynajmniej w mniemaniu policjanta. Jak się po chwili okazało, Zbyś nie mylił się w swoim osądzie sytuacji. Adwokat, ubrany w elegancki popielaty garnitur, stonowany krawat i wyczyszczone na wysoki, rażący oczy, połysk półbuty, przedstawił się jako Maurycy Paragraf, wykonawca ostatniej woli niedawno zmarłej Hanny Paprotkiewicz.
- A co mi do tej starej pizdy? – zdołał wymamrotać Szorstki sięgając po szklaneczkę, do której zdążył przelać zawartość odnalezionej pod łóżkiem częściowo opróżnionej półlitrówki.
- Zachowuj się pan, na litość boską – zestrofował go Mierzejewski. – Ależ tu syf u pana – dodał podchodząc do okna. – Jak w jakieś mordowni.
- Znaczy się co mam niby robić? – parsknął Szorstki puszczając uwagę policjanta mimo uszu.
- Nie bluźnij pan chociaż na nieboszczkę – zaproponował Mierzejewski siłując się z okiennym zamknięciem. – Ależ cholera się zapiekła – mruknął. – Chybaś pan tu wietrzył w poprzednim wieku.
Zbyś wzruszył ramionami.
- Zima jest – beknął przeciągle. – A skoroś pan taki wrażliwy na pomstowanie na sztywniaków, to mogę dla odmiany rzec, że pan też jesteś niezły kawał kutafona – powiedział z szyderczym uśmiechem wypijając połowę zawartości szklanki. – Tak lepiej?
- Ja na służbie jestem – parsknął obruszony policjant czerwony z wysiłku. – Na mundur pan bluźnisz, a na to jest paragraf.
Zbyś wskazał na adwokata.
- Znaczy się ten gość?
- Przepraszam – wtrącił się Maurycy. – Pozwoli pan, że przekażę mu to, po co przyszedłem, a potem będzie pan mógł sobie przeklinać do woli kogo pan chce, w porządku?
Zbyś wykrzywił usta w grymasie niechętnego wytężania myśli.
- Wal, goguś – zgodził się.
Adwokat odetchnął.
- Otóż pańska sąsiadka, Hanna Paprotkiewicz, zostawiła ostatnią wolę na piśmie. Jak się okazuje, była posiadaczką całkiem pokaźnej fortunki. Gotówka i majątek rzeczowy. Sporej wartości, dodam. Szczegóły są w tej dokumentacji – zakończył kładąc na stole plastikową teczkę.
- A to stary kurwiszon – mruknął pod nosem Zbyś dopełniając szklankę płynem z kolejnej odnalezionej w okolicy łóżka butelki. – Co mnie do tego? – dodał głośniej – Skarży mnie zza grobu, jebaczysko? – zarechotał chorobliwie.
- Rozchodzi się o to, że wszystko to zapisała panu. Jest pan jedynym spadkobiercą spuścizny po niej i po jej nieboszczyku małżonku, z którego to nawiasem mówiąc, był kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja.
W tej chwili okno ustąpiło z trzaskiem i zgrzytem od dawna niekonserwowanych zawiasów, Mierzejewski stęknął głośno i, tracąc przy tym równowagę, poleciał w tył przewracając się na plecy. Powiew mroźnego, rześkiego powietrza zrzucił mu z głowy czapkę.
- A niech to cholera – sapnął.
Wstał otrzepując spodnie dłonią i spojrzał z wyrzutem na gospodarza. Szorstki siedział nieruchomo ze szklanką uniesioną wpół drogi do rozwartych ust.

piątek, 18 listopada 2011

Ponury traktorzysta

Wincenty Podpierdko był tchórzem ponad wszelką wątpliwość. Próbował z tym walczyć, ale bez względu na trudy jakie podejmował, nic się w tej materii zmienić nie chciało.
Któregoś letniego popołudnia Wincenty Podpierdko wracał leśną ścieżką z pracy w tartaku, gdzie pełnił zgodną ze swoją naturą funkcję, młodszego ostrzegacza. Mijał właśnie sporą kępę gęstych żarnowców, gdy z zamyślenia wyrwał go niepokojący dźwięk. Coś jakby nakręcanie starego budzika. Niby w samym nakręcaniu zegarka niczego frapującego nie było, ale okoliczności temu towarzyszące sprawiły, że tchórz stanął jak wryty wstrzymując oddech. Najwyraźniej jednak zareagował zbyt późno, gdyż dźwięk niemal w tym samym momencie ustał, a wokół zapanowała bez mała absolutna cisza, zakłócana jedynie szelestem liści i turkotem dzięcioła, który jak seria z karabinu rozległ się w konarach pobliskiego drzewa.
Pat trwał blisko pięć minut, zanim Wincenty zdecydował się na ruch. Stąpając uważnie, bacząc by nie nadepnąć na zdradliwą gałązkę, czy szyszkę, zbliżył się do kępy krzewów i zaczął bacznie lustrować ich gęstwinę. Z początku niczego nie dostrzegł, ale nie rezygnował, bo przecież wyraźnie słyszał charakterystyczny mechanizm. A pomylić się nie mógł, bo z zamiłowania był przecież zegarmistrzem amatorem i to całkiem niezłym. Kilkakrotnie obszedł żarnowce, ale z tym samym efektem. W końcu zdecydował się podjąć ryzyko i rozgarnął gałęzie. Jego oczom ukazał się leżący na wygniecionym skrawku leśnej ściółki metalowy budzik. Nic poza tym. Żywego ducha. Wincenty poczuł się nieco pewniej, choć z drugiej strony mocno dziwiła go nieobecność kogokolwiek. No bo przecież ktoś musiał nakręcać zegarek, sam tego nie robił. Chyba, że może to odgłos pracy dzięcioła wprowadził go w błąd? Może mu się tylko zdawało, że ktoś kręci kluczykiem, a w rzeczywistości był to łomot w drzewo twardego ptasiego dziobka, który od jakiegoś czasu dudnił mu w uszach nie pozwalając się skupić?
Wincenty raz jeszcze rozejrzał się uważnie. Może powinien zawołać? Zanim podjął decyzję krzaki rozdzwoniły się przenikliwym sygnałem i niemal w tym samym momencie ustał turkot wraz z krótkim, zdławionym piskiem. Tchórz spojrzał z lękiem w górę. Spomiędzy gałęzi smukłej sosny szybowało ku ziemi kilka ptasich piór. Podpierdko poczuł, jak włos jeży mu się na całym ciele, a serce mało nie wyskoczy z piersi. Coś najwyraźniej capnęło dzięcioła. Najprawdopodobniej jastrząb. Na samą myśl czmychnął w najgęstszą część prowizorycznego schronienia nie dbając o targające futerko patyki. Uczesze się. Ale żeby to zrobić, musi przeżyć. Polujący ptak nie zaryzykuje zapuszczenia się w taką plątaninę gałęzi. Nawet jeśli go dostrzeże. Podpierdko był pewien, że jest w stanie wziąć drapieżnika na cierpliwość. Może przecież leżeć plackiem i do północy. Co mu tam. Lepsze to, niż skończyć w brzuchu jastrzębia, albo jakiejś innej krwiożerczej bestii. Był pewien, że nie będzie to trwało tak długo, ale gdyby jednak, to on był gotów. Przykrył drżącymi łapkami budzik (zdawało mu się, że tyka głośno niczym strzały z kapiszonowca) i znieruchomiał, uwalniając przy tym, po części profilaktycznie, a częściowo nieświadomie, ale i zgodnie ze swoją naturą, odstraszającą potencjalnego agresora woń.
Podpierdko przez nikogo nie niepokojony przeczekał do późnej nocy poczym, w dalszym ciągu zachowując należytą ostrożność, przemknął do swojego oddalonego o pół godziny szybkiego truchtu, domostwa.
Chatka była nieduża, ale bardzo praktycznie zbudowana i urządzona. Składała się z trzech połączonych krótkimi korytarzami pomieszczeń, sieni, małego stryszku i spiżarni. Poza wygodą i oszczędnym gospodarowaniem powierzchni, nadrzędną istotą podczas projektowania domku było stworzenie pewnego rodzaju sieci na pierwszy rzut oka niewidocznych przejść pomiędzy wszystkimi pomieszczeniami, pozwalających w razie potrzeby przemknąć się z jednego do drugiego, co było niebywale istotne w przypadku konieczności ucieczki. Co prawda dotychczas gospodarz nigdy takiej potrzeby nie miał, ale świadomość, że jest to możliwe pozwalała mu spać spokojniej.
Zamykając za sobą drzwi na dwie zasuwki, łańcuch, dużą poprzeczną sztabę i przekręcając dodatkowo w zamku wielki klucz, poczuł się zdecydowanie pewniej i bezpiecznej. Mało nie dostał zawału na widok nieco pokracznej postaci rozpartej wygodnie w jego wygodnym foteliku, nieopodal kominka. Intruz korpus miał baniasty, głowę dużą, pierwotnie pewnie okrągłą, teraz lekko zdeformowaną, spłaszczoną od tyłu, jakby ktoś walnął go w potylicę niewielkim kowadłem. Nieproszony gość siedział sobie w najlepsze patrząc na niego z obojętną miną. Wokół fotela poniewierały się pióra, z dłoni sterczało truchło w połowie pożartej wiewiórki. Podpierdko zebździał się paskudnie, ale nie zrobiło to na obcym najmniejszego wrażenia.
- Masz coś, – brzmiący w głowie Wincentego głos nawet na chwilę nie zawisł, gdy Pobucz łapczywie pochłaniał wiewiórkę – co należy do mnie.
Nieznajomy zamilkł ocierając skórzaste wargi wierzchem dłoni. Wincenty nie był w stanie powiedzieć czegokolwiek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że powinien być już martwy. A skoro było inaczej, znaczyło, że telepata ma względem niego jakieś palny, co było jeszcze bardziej przerażające.
Pobucz oblizał palce i klasnął w dłonie.
- No dobra – słowa wdzierające się do świadomości Podpierdki brzmiały dlań obezwładniająco i hipnotyzująco. – Podoba ci się?
Pobucz wskazał na trzymany przez tchórza budzik. Nie czekając na odpowiedź dodał:
- Jutro zaniesiesz go do tartaku i zostawisz w szafce u tego ponurego traktorzysty. Albo, jeszcze lepiej, wręcz mu go osobiście.
Zanim Wincenty zdążył złapać drugi haust powietrza, Pobucz naładował mu głowę skompensowaną pastylką poleceń i dyrektyw, poczym zniknął z hukiem wraz z solidnie zamkniętymi przez tchórza drzwiami, po których pozostała teraz tylko ziejąca smolistą czernią i dymiąca dziura.
*
- To moje ostatnie słowo w tej sprawie – powiedział Furman.
- Jasna sprawa – zgodził się telepata. – Przecież wcale tego nie kwestionuję. Wiadomo. Ustalamy ostatecznie, że jak nie zadziała mój plan, to pojedziemy do tartaku i wytniemy wszystkich w pień.
Furman usiadł na szerokiej, dębowej ławie i sięgnął po wysłużony futerał. Z namaszczeniem ujął stylisko wydobytego bata i długo mu się przyglądał wspominając wspólne misje, w które rzucał ich los.
- Zgoda? – upewniał się Pobucz.
Furman łypnął na niego krwistoczerwonym okiem i podrapał szczeciniasty podbródek. Skrzywił usta w grymasie irytacji, machnął ręką i bez słowa wrócił do oględzin bata.
- Jak mój pomysł nie wypali, robimy wycinkę, tak? – drążył telepata. – To pewne?
Furman schował bat, wstał z westchnieniem i ruszył do drzwi. Pchnął je lekko. Otwarły się ze skrzypieniem zawiasów. W nozdrza uderzyły intensywne zapachy dusznego, przesyconego wilgocią powietrza spowijającego gęsty, dziki bór.
- Pewna jest tylko wycinka – odparł i wyszedł kierując się ku stajni.
*
Hans Helmut Poniewierka stronił od towarzystwa. A i pozostali pracownicy tartaku, najoględniej mówiąc, nie przepadali za jego kompanią. Wszyscy uważali go za ponuraka i choleryka. I było w tym sporo racji. Hans był dość nerwowy. Gdyby nie jego wyjątkowe umiejętności w obsłudze maszyn tartacznych, kierownictwo pewnie już dawno zmuszone by było pozbyć się go z zakładu. A byłaby to niepowetowana strata. Nikt bowiem nie mógł się równać osiągnięciom Poniewierki w dziedzinie, w której był mimowolnie wybitnym specjalistą. Mianowicie chodziło o zastraszanie załogi i tym samym jej zdyscyplinowanie, prowadzące w linii prostej do optymalizacji produkcji.
Życie towarzyskie Hansa Helmuta poza pracą również praktycznie nie istniało. Jedyną osobą, której towarzystwo Poniewierka sobie cenił, był młodszy ostrzegacz Podpierdko. Mimo, iż byli skrajnie różnymi osobowościami, mieli jedną wspólną pasję. Zegary. To dzięki nim mężczyzna mógł się wyciszyć, uspokoić nerwy, to dzięki zegarom jego twarz przestawała być tak okrutnie pochmurna i ponura.
Tego popołudnia traktorzysta zjechał ze zmiany nieco później niż zazwyczaj. Humor miał jak zwykle paskudny, był zły, twarz wykrzywiał mu grymas nienawiści, zęby zgrzytały niepokojąco, mięśnie i ścięgna były napięte. Hans Helmut wyglądał, jakby nie mógł już wytrzymać i koniecznie musiał zaraz wyładować na kimś nagromadzoną agresję. System wczesnego ostrzegania z odpowiednim wyprzedzeniem doniósł innym pracownikom, że do szatni zbliża się Poniewierka, dzięki czemu, gdy traktorzysta wszedł do środka z zaciśniętymi pięściami, wewnątrz było pusto. Nie było nikogo poza Podpierdką. Na widok tchórza Hans Helmut lekko się odprężył i jego twarz na moment się rozjaśniła. Za chwilę jednak ponownie zgrzytnął zębami. Gdyby to był ktoś inny, mógłby skopać mu dupsko, a tak? Przecież nie tknie Podpierdki. Traktorzysta nie mogąc dłużej tłumić agresji, łupnął pięścią w najbliższą szafkę, a następnie przeszedł szybkim krokiem do obszernej sali urządzonej specjalnie dla jego potrzeb destrukcyjnych. Wewnątrz składowano przeróżny przeznaczony do demobilu sprzęt, uszkodzone i wyeksploatowane maszyny i urządzenia, które Poniewierka mógł do woli dewastować.
Podpierdko odczekał kilka minut, w trakcie których traktorzysta dokonywał całkowitej kasacji starej obrabiarki i dwóch spalonych agregatów wymontowanych z krajalnic. Gdy odgłosy dewastacji i pomstowanie nieco zelżały, Wincenty stanął w drzwiach i wyciągnął przed siebie łapkę, w której trzymał wypolerowany wcześniej budzik. Hans Helmut zamarł. Wolno wyprostował sylwetkę i wypuścił z rąk fragmenty zniszczonej maszyny, którymi okładał stawiającą wściekły opór obudowę akumulatora i przekrzywiwszy głowę na ramię zaczął bacznie przyglądać się zegarowi. Tchórz zadowolony z efektu jaki osiągnął zaczął wolno wycofywać się do szatni. Usiadł przy dużym, prostokątnym stole stawiając budzik na jego środku i spokojnie czekał aż Hans Helmut wyjdzie z warsztatu. Po chwili obaj siedzieli naprzeciw siebie wsłuchani w spokojne cykanie blaszanych wskazówek.
- Skąd go masz? – przerwał ciszę traktorzysta.
Mężczyzna miał dźwięczny, tubalny głos kojarzący się z kimś o bardzo słusznych rozmiarach, co też stało w zgodzie z rzeczywistością. Barki wysokiego na półtora chłopa traktorzysty były szerokie jak stara stolnica. Na ponurą twarz składały się kwadratowa pokryta kilkudniowym ciemnym zarostem szczęka, wąsko osadzone oczy otoczone masywnymi oczodołami, wypukłym sklepieniem czoła i wystającymi kośćmi policzkowymi. Dużą owalną, nieco szpiczastą ku górze głowę porastały nieregularnie podcięte, gęste, silnie kędzierzawe, krwisto rude strąki mocno przetłuszczonych, spotniałych wysiłkiem fizycznym włosów. Twarz pokrywały wyschnięte korytka wyryte przez strużki potu, pasemka suchej trawy, kawałki trocin i kory.
„Powinien cuchnąć, jak diabli” – pomyślał Podpierdko, gdy ujrzał traktorzystę po raz pierwszy.
Ale Hans Helmut Poniewierka wcale nie cuchnął. Mało tego. Pachniał świeżą żywicą i drewnem, ściółką i szyszkami jałowca.
- Podoba ci się? – zapytał tchórz.
- Jest piękny – odparł urzeczony traktorzysta.
- Zaiste.
Siedzieli w ciszy zasłuchani w melodię wygrywaną przez cichy mechanizm
- Jest twój – powiedział w końcu Wincenty.
Hans Helmut rozpromienił się serdecznie. Zaraz jednak z powrotem spochmurniał.
- Nie mogę go przyjąć – rzekł smutno. – Wiem ile jest wart.
- Należy do ciebie.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Nie.
Tchórz wpatrywał się przez chwilę w ściągniętą napięciem twarz traktorzysty. Wiedział doskonale, że jak mężczyzna coś sobie postanowi, to niełatwo jest go z owego stanowiska wytrącić. Potrzeba było mocnych argumentów.
- Ktoś prosił mnie, – rzekł po chwili – żebym ci go przekazał.
Hans Helmut wyprostował się opierając o blat szeroko rozstawione ramiona.
- Któż niby? – niedowierzał.
Wincenty zagryzł wargi. Bał się reakcji Poniewierki. Ale jeszcze bardziej bał się Pobucza. A poza tym, przecież tylko przekazywał prezent. Cóż w tym złego?
- Pobucz – powiedział.
Paznokcie Hansa Helmuta zaskrzypiały na blacie stołu wydrapując w nim dziewięć płytkich bruzd. Gdyby przed laty nie amputował sobie prze przypadek końcówki małego palca przy pomocy jajcarni, wówczas bruzd byłoby dziesięć.
- Kpisz? – wycedził niepokojąco zgrzytając zębami, aż sypnął się na stół biały pył.
Podpierdko skulił ramiona.
- Ja tylko przekazuję, co mi kazano – jęknął.
Poniewierka zmierzyło tchórza chłodnym, lodowato zimnym wręcz spojrzeniem. Zaraz jednak jego wzrok odszukał budzik i twarz mu złagodniała. Pogładził połyskujące świetlnymi refleksami opływowe kształty zegarka. Przystawił go do ucha i słuchał z przymrużonymi oczami. Trwało to dobrych kilka minut, gdy Poniewierka odstawił nagle urządzenie i pochylił się ku tchórzowi.
- Jak wyglądał ten Pobucz? – zapytał.
- Jak wyglądał? No, jak Pobucz. Nie za duży, wredny – Wincenty skrzywił się próbując przypomnieć sobie coś, co konkretnie w tym osobniku było akurat takiego, co mogło wyróżniać go spośród jego pobratymców. – Czy ja wiem?
Tchórz nie widział zbyt wielu Pobuczy. Może ze dwóch. Z daleka. I paru na obrazkach w elementarzu.
I nagle sobie przypomniał.
- Wiem! – niemal krzyknął. – Miał głowę nieźle z tyłu spłaszczoną, jakby ktoś walnął go niewielkim kowadłem. – przytknął palec do miejsca, w którym Pobucz miał owo wgniecenie. – Pośrodku.
Traktorzysta wypuścił ze świstem powietrze.
- Wiedziałem – sapnął. – Richie Ciemiączko. Kawał sukinsyna.
*
- Trzeba ich wszystkich wysiec – powiedział Furman po raz kolejny.
Od kilku godzin Pobucz próbował go przekonać, by wstrzymali się z ostatecznym rozwiązaniem. Nie to, żeby wycinki nie lubił, ale jednak zdecydowanym faworytem było u niego dręczenie psychiczne. Sieczka zawsze była możliwa, a stanowiące dobre podłoże pod nikczemną intrygę warunki nie zdarzały się często. Potrzeba było kilku różnych czynników, swoistych warunków koniecznych, jak choćby czas, czy okoliczności, oczywiście odpowiedni bohaterowie, no i rzecz jasna potrzeba, bo i nie zawsze Pobucz miał chęć na zajmowanie się knowaniem. A teraz miał. I to bardzo dużą.
Równie dużą ochotę co Pobucz do dręczenia, przejawiał również Furman, z tą niestety różnicą, że do wycinki. Wszelka argumentacja telepaty trafiała na skałę, jaką była wola Furmana. Wszystkie najbardziej chytre podstępy i podchody Pobucz czynił na próżno.
Furman siedział przy stole niewzruszony z głową podpartą na zgiętej w łokciu ręce i każdą propozycję kwitował niezmiennie:
- Trzeba ich wszystkich wysiec.
Lub też innymi słowy, niemniej bez zmiany sensu:
- Obstaję przy wycince.
Albo jeszcze krócej ale w tym samym tonie:
- Wycinka.
Pobucz dwoił się i troił, ale nic nie uzyskiwało należytego, oczekiwanego przezeń skutku. W końcu, wyczerpując wszelką argumentację i tracąc najniklejszą nawet nadzieję, oklapł w swoim kojcu i popadł zadumę. Milczenie trwało ładnych kilka godzin, na zewnątrz zaczęło się zwolna rozjaśniać. Mgła wciskała się przez szczeliny pod wysłużonymi, starymi drewnianymi drzwiami, czuć było nieprzyjemną, jesienną wilgoć, która docierała do każdego zakamarka ich skromnego gospodarstwa.
- Ale on tak okropnie psuje nam PR – pomyślał telepata.
Pomysł niespodziewanie podziałał otrzeźwiająco na Furmana. Wyprostował się i popatrzył uważnie na Pobucza.
- Co? – rzucił z ciekawością.
- Ano tak – podchwycił żywo telepata. – Ten traktorzysta jest tak ponury, że nawet ciebie przebija w tym zakresie. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji lokalnej społeczności. Powiedzonko „ponury” czy też „groźny jak Furman” już coraz rzadziej się trafia. Teraz mówi się po prostu „ponury jak HHP”. Albo „groźny”. Też jak HHP
Widząc brak zrozumienia w twarzy towarzysza, malec szybko dodał:
- Hans Helmut Poniwierka. Tak nazywa się ten traktorzysta.
Usta Furmana wolno wygięły się w odwrócony grzbietem do góry rogalik. Nie to, żeby jakoś zależało mu na popularności w jakimkolwiek zakresie tego słowa, ale to o czym wspomniał Pobucz, to było coś więcej. Rywalizacja. Współzawodnictwo. A od tego już bardzo blisko do walki. A walka, to przecież jego żywioł. Przeznaczenie. Istota bytu.
Wstał od stołu odsuwając z szurgotem drewniany taboret i zaczął nerwowo przechadzać się po izbie, czym zdecydowanie poprawił humor telepacie. Zawsze to jakaś odmiana. Znaczyło, że w umyśle Furmana rodzi się coś szerszego, bardziej złożonego, staje się otwarty na propozycje, odmianę, wariację, może nawet da mu wolną rękę i pozwoli samotnie przeprowadzić akcję, do której telepata od dłuższego czasu próbował go przekonać?
Furman uderzył pięścią w ścianę.
- Trzeba natychmiast wszystkich wyciąć – rozwiał rodzące się nadzieje telepaty.
Pobucz nie wytrzymał i wyskoczył z kojca, stając w rozkroku na środku stołu i przybierając wojowniczą minę.
- Wycinka – powiedział głośno – jest z wszech miar szlachetnym rozwiązaniem, ale w tym przypadku to rezygnacja, wręcz poddanie się, dezercja.
Furman sapnął niepokojąco.
- Posłuchaj – głos Pobucza przyjął uspokajający ton. – Posłuchaj uważnie, a nie pożałujesz. Daję słowo. Jeszcze mi podziękujesz.
Furman wolno rozluźnił dłonie, które zdążyły się zacisnąć w twarde jak kamienie pięści.
- Trzeba doprowadzić do takiej sytuacji – powiedział wolno telepata – by ludzie przestali uważać traktorzystę za ponurego i groźnego, żeby ponownie zaczęli lękać się, tego, który jest naprawdę ich utrapieniem. I jak tylko do tego doprowadzimy, będzie można wszystkich wyciąć do nogi, wybić wszystkie psy i spalić całą tę wszawą wioszczynę. A knieja poniesie wieść.
Oczy Furmana rozbłysły.
*
Hans Helmut Poniewierka piąty tydzień z rzędu nie stawiał się w pracy. Pewnego, dość już chłodnego, zwiastującego nadejście rychłej jesień dnia, pod koniec zmiany, młodszy ostrzegacz został wezwany do baraku kierownika tartaku, tłustego borsuka, Henryego Pustostana.
- Siadajcie – powiedział kierownik wskazując Wincentemu niewysoki, kwadratowy taboret.
Tchórz usiadł. Mimo niewielkich rozmiarów stołka i tak nie dostawał łapkami podłogi.
- Pewnie zastanawiacie się, – kontynuował borsuk – dlaczegóż to was to zawezwałem?
Zanim Podpierdko zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kierownik podjął:
- Otóż, widzicie, sprawa nie jest taka prosta, żeby nie powiedzieć, że jest dosyć skomplikowana. To mniej więcej tak, jak z pytaniem i odpowiedzią. Im pytanie mniej jasne, tym odpowiedź mniej oczywista.
Henry Pustostan podrapał się między oczami. W tym momencie Wincenty zdał sobie sprawę, ze borsuk jest zafrasowany, by nie rzec, zdenerwowany. Rzadki to był widok. Dla tchórza coś zupełnie nowego.
- Widzicie,– podjął po chwili kierownik – chodzi nam o tego traktorzystę, wiecie na pewno o kim mówię – przyciszył głos i odruchowo rozejrzał się na boki. – O tego ponurego – dokończył konspiratorsko.
- Doskonale wiem o kogo chodzi – odparł Wincenty. – O Hansa Helmuta Poniewierkę.
Pustostan pokiwał głową.
- No właśnie – przyznał. – Przestał stawiać się w tartaku. Nie robiłbym z tego szumu, gdyby nie fakt, że to trwa już ponad miesiąc. A wiecie jakie jego nieobecność rodzi konsekwencje. Pracownicy zaczynają szeptać, rozłazić się, za długo odpoczywać, spóźniać się, nie wyrabiają norm, poniektórzy wyrażają niezadowolenie, nawet ośmielają się pyskować. Totalny brak dyscypliny. A do czego prowadzi takie zachowanie? W przypadku społeczności ciemiężonej, do rewolucji i anarchii, a tak jak u nas, gdzie życie biegnie dosyć monotonie i leniwie, może doprowadzić do wykreowania jakiegoś zastępczego fatum, albo powstania innych fobii, a i jeszcze dalej. Do czynów skrajnie patologicznych. A wtedy dni tartaku będą policzone. – Borsuk spojrzał na Wincentego. – Rozumiecie, co do was mówię?
- Przyznam, że nie za bardzo.
Kierownik trzasnął piąstką w blat biurka.
- Poniewierka musi wrócić! – krzyknął piskliwie. – I wy mu w tym pomożecie. Doskonale wiem, że potajemnie się spotykacie. Co jesteście tacy zdziwieni? Wywiad u nas pracuje pełną parą – zarechotał nerwowo. – Wraz z kadrami – dodał robiąc wymowną minę. – Nic, a nic nam nie umknie.
Tchórz poczuł, że skóra czerwieni mu się pod futerkiem.
- Ale spokojnie, spokojnie – pokiwał głową Pustostan. – Mnie tam nic do tego. Póki nie cierpi na tym produkcja, nie ma sprawy. Chodzi tylko o to, żebyście go poszukali, odnaleźli i nakłonili do powrotu. I to jak najrychlej. Tylko wy wiecie, gdzie ten odmieniec mieszka. Do dzieła Podpierdko! – zawołał gorliwie. – Do boju! Inaczej biada nam wszystkim!
*
Wincenty dostał bezterminowy urlop. Odnalezienie Hansa Helmuta Poniewierki było dla władz tartaku priorytetem. Dla niego również. I nie chodziło o samą troską o przyjaciela. W końcu utrzymywanie etatu młodszego ostrzegacza, wobec braku traktorzysty, wydawało się być mniej potrzebne, by nie rzec, zbędne.
Od przygodnie spotkanej zielarki Podpierdko dostał maleńką torebeczkę sproszkowanej hubki, nasączonej jakimiś jej tylko znanymi esencjami, dzięki którym w ogóle nie czuł senności, był cały czas rześki, nie odczuwał też głodu. Pozwoliło mu to na pełnienie permanentnej warty przy chacie traktorzysty. Kondycja fizyczna nie szła niestety w parze z harmonią duchową. Myśli miał jakieś takie niejasne, zmącone, jakby nie należały do niego. Nie potrafił tego wyjaśnić i im dłużej o tym myślał, tym gorzej się czuł. Nie wiedział czemu, ale martwił go też Pobucz. Nigdy nie zastanawiał się dłużej nad ewentualnymi konsekwencjami spotkania telepaty, bo zawsze zakładał, zresztą trudno mu się dziwić w jego osądzie, że efekt takiej konfrontacji może być tylko jeden. Ale nie był. I teraz cały czas dręczyło go przeświadczenie, że telepata wtrąca się w jego poczynania. Że go po swojem wykorzystuje. Do czegoś nikczemnego. Miał też wrażenie, że ostatnie dni, a nawet tygodnie przeciekły mu przez palce, jakby jego życie toczyło się bez jego udziału, bez woli, bez emocji. Za bardzo nawet nie pamiętał, co robił choćby wczoraj. Zdawało mu się, że odkąd zniknął Hans Helmut, wszystkie dni były jakieś niemrawe, monotonne, bezbarwne i nie warte uwagi. Czy możliwe, by był pod wpływem Pobucza? Przecież to absurdalne. W końcu wiedział doskonale, że jeśli by tak było, to nic by nie czuł, zatem pewnie mu się tylko zdawało. Nic się ostatnimi czasy istotnego nie działo, to i nie miał co wspominać. No i misja jaką teraz otrzymał od Pustostana. W końcu to chyba najważniejsza praca, jaką miał do wykonania w całym swoim życiu zawodowym, a coś takiego nie mogło nie wstrząsnąć jego spoczywającym w letargu bezczynności i spokoju umysłem. Albo to przez tę cholerną hubkę. Co też podkusiło go, by przyjąć nieznaną miksturę od kogoś zupełnie obcego? A może to wcale nie była zielarka? Może to Pobucz napasł go jakimś świństwem i teraz obserwuje go gdzieś z koron drzew i podśmiewa się w najlepsze?
Odruchowo zadarł głowę, ale oczywiście niczego nie dojrzał. Tkwił w pobliżu chatki Hansa Helmuta Poniwierki już trzecią dobę. Próbował wyczekać momentu, gdy traktorzysta zaśnie, lub zajmie się czymś innym niż wsłuchiwanie się w cykanie i obserwowanie zegarka, ale na próżno. Mężczyzna nawet na moment nie spuszczał budzika z czujnego oka. Nie spał, nie jadł i nie pił. Przez to nie musiał też jszczyć, na co po cichu liczył Podpierdko. Choć jednocześnie powątpiewał też, by idąc za potrzebą, Poniewierka rozstał się ze swoim nowym skarbem. Tchórz podejrzewał, że traktorzysta musiał spotkać tę samą zielarkę, co i on. Albo może sam zegarek zastępował mu wszelkie potrzeby? Było to możliwe. W końcu to nie byle jaki budzik. To było cacko nie lada. Mistrzowska robota.
No ale nie czas na zachwyty. Czekało go zadanie zlecone przez samego Henryego Pustostana, a to nie było byle co. Kierownik niezwykle rzadko wydawał osobiście polecenia i w ogóle odzywał się do kogokolwiek spoza rady nadzorczej składającej się z trzech najbliższych mu współpracowników, którzy następnie przekazywali jego decyzje swoim zastępcom, a ci puszczali je w dalszy obieg. Bezpośrednio borsuk robił to wyłącznie w sytuacjach najwyższej wagi, w trudnych momentach kryzysowych, lub w trakcie jakichś wyjątkowo doniosłych uroczystości. I nagle wezwał na audiencję jego, tchórza, Wincentego Podpierdkę, młodszego ostrzegacza. Czyż nie było to fascynujące wyróżnienie? Zaszczyt jakiego nie dostąpił żaden pracownik liniowy, nie mówiąc już o ostrzegaczach.
Rozmyślania przerwał mu zdławiony ptasi pisk. Spomiędzy korony pobliskiego dębu swobodnie opadło kilka kolorowych piór. Podpierdko rzucił się szczupakiem w kępę gęstych paproci i odruchowo przybrał pozycję „na martwego”, co, w jego wersji, przejawiało się we w miarę swobodnym (bezwładnym) ułożeniu ciała na grzbiecie z wszystkimi czterema nóżkami nieznacznie ugiętymi i zwróconymi ku górze, lekkim przekrzywieniu głowy w bok z wywalonym językiem i, to już jego patent, maksymalnym wypięciu białego brzuszka, co miało wskazywać na pośmiertne wypełnienie gazami, a tym samym świadczyć o jego nieświeżości. Zanim jednak zdążył na dobre wczuć się w rolę dotarło do niego, że przecież udawanie nie ma sensu. Nie przed Pobuczem. Żeby oszukać tego małego złośliwego, przebiegłego i chytrego osobnika, Wincenty musiałby dostać autentycznego zawału i na dobre rozstać się z życiem, co jednakże na obecną chwilę przekraczało zarówno jego możliwości jak i chęci. Wstał szybko i otrzepał futerko bacznie lustrując przy tych czynnościach konary drzew. Ale Richie Ciemiączko pozostawał niewidoczny. O ile w ogóle tu był. W końcu dzięcioł mógł równie dobrze paść ofiarą jakiegoś drapieżnika, np. myszołowa albo leśnej szui. Na myśl o zagrożeniu Podpierdko ponownie przybrał bezpieczną pozycję, tym razem instynkt samozachowawczy podsunął mu opcję „nagły atak serca” (twarz wykrzywiona skrajnie bolesnym grymasem, górne łapki przyciśnięte do piersi, dolne mocno podkurczone). Myśli burzyły mu się w głowie. To był dobry sposób na ptaka, ale leśna szuja tak łatwo nabrać się nie da. Co robić? Najlepiej byłoby się zakopać i poczekać do zmroku, ale wówczas nie będzie mógł wypełnić swojego zadania, czym niechybnie narazi się Pobuczowi, a to było zdecydowanie gorsze rozwiązanie niż zagrożenie ze strony drapieżników. Z walącym sercem wstał ponownie i korzystając z osłony krzaków zaczął wolno przeciskać się ku chatce traktorzysty.
*
Richie Ciemiączko siedział na gałęzi dębu i wesoło przebierał w powietrzu krótkimi nóżkami. Humor mu dopisywał całkiem niezły, głowę miał wolną od trosk, brzuszek pełny. Idealny stan do zabawy. A ta zapowiadała się przednio, mimo iż z początku nieco niemrawo się rozwijała. A może to suty obiad tak podkręcał jego sposób odbioru okoliczności? W końcu nie często zdarzało mu się jednego popołudnia znaleźć dwa gniazda dzięciołów i jeszcze dopaść trzy swobodnie żerujące. Furman miał do niego pretensję, że jak w takim tempie będzie trzebił populację tego ptactwa, to wieść o tym może szybko roznieść się szerzej i jeszcze ściągnąć na nich uwagę niepożądanych osobników. Już dosyć długo udawało im się zwodzić Listonosza, dzięki czemu mieli spokój z Meganieboszczykiem, ale obaj doskonale wiedzieli, że im dłużej udawało im się unikać niebezpiecznej konfrontacji, tym, gdy ta już następowała, była bardziej drastyczna w przebiegu. No ale cóż. Gdyby w pobliskiej kniei pogłowie sów było bardziej obfite, nie musiałby polować na dzięcioły. Furman sugerował mu, by spróbował przerzucić się na inne, np. kukułki, albo lelki kozodoje, ale Pobucz nie za bardzo palił się do zmiany menu. Kukułki były wredne w usposobieniu, co sprawiało, że Pobucz pałał do nich pewnego rodzaju sympatią, zaś lelki odpadały z zupełnie odwrotnej przyczyny – były w swoim bytowaniu tak poprawne, że wywoływały w telepacie niechęć prowadzącą do mdłości lub niestrawności, którego to stanu szczególnie nie lubił.
Richie był porządnie najedzony, dzięki czemu mógł sobie pozwolić na powolne wyskubywanie piór ze zmaltretowanego dzięcioła. Ptak patrzył na niego z wyrzutem, wcale nie zdradzał objawów paniki, czy chęci podjęcia walki o przetrwanie. Jak w przypadku większości dzięciołów, temu również instynkt podpowiadał, że walka nie ma sensu, bo i tak jego los był już przesądzony. Gdy Pobucz dostrzegł to w jego oczach pożarł ptaka łapczywie, zanim pióra sięgnęły podłoża. Z lubością obserwował teraz, jak Podpierdko nurkował w paprociach, potem podnosił się i znowu nieruchomiał. Richie, jak każdy Pobucz, po prostu uwielbiał jak jego ofiary miotały się nieświadome własnego zniewolenia. A tchórz w swojej roli był wyjątkowy. Początkowo miało paść na traktorzystę, ale telepata doszedł do wniosku, że byłoby to zbyt proste. Nakazanie mężczyźnie zaszycia się w kniei nie nastręczało żadnego kłopotu. To nie było żadne wyzwanie. Co innego sprawić, by zdecydował się zrobić to sam z drobną tylko pomocą. No i to właśnie się dzieje ku radości Pobucza. W dole Wincenty właśnie zmógł w sobie obawy i przemieścił się pod ścianę chaty. A nieopodal przez świerkowy zagajnik przemykał gajowy, co nie było zaplanowane, ale stanowiło o dodatkowej atrakcji nadchodzącego widowiska. Właśnie to Pobucz lubił najbardziej. Zainicjować zdarzenie i potem oglądać następujące po sobie sceny, jak w teatrze. Chyba, że coś zacznie wyjątkowo odbiegać od założeń. Wówczas wkroczy do akcji. Byle z umiarem i rozwagą. Na wycinkę zawsze jest czas.
*
Hans Helmut Poniewierka udawał że śpi. Symulował sam przed sobą, bo nikogo innego w chacie nie było. Traktorzysta leżąc na wznak pochrapywał z cicha. Jego ciało było nieruchome, jeśli nie liczyć miarowo unoszącej się klatki piersiowej. Gdy budzik zaczął dzwonić, Hans Helmut drgnął i przewrócił się na bok.
- Jeszcze minutka – powiedział w pustkę.
Kręcił się i mamrotał przez sen do momentu, gdy zegarek przestał hałasować i wówczas jak sprężyna wyskakiwał z posłania, by ponownie go nakręcić, ustawić w pozycji na dzwonienie i z powrotem położyć się do łóżka i natychmiast zasnąć symulowanym snem. Po równym kwadransie wszystko się powtórzyło.
Wincenty miał dość. Po raz kolejny wytrzymał obserwując bez przerwy piętnaście kolejnych procesów „budzenia” traktorzysty i nic. Żadnych zachwiań w układzie poszczególnych elementów rytuału. Niewiarygodne. Czyżby Poniewierka zapadł na starą, od dawna już nie spotykaną, chorobę zegarową? Podpierdko czytał kiedyś o niej w historycznym dodatku do miesięcznika „Poradnik zegarmistrza”. Schorzenie to nawet w zamierzchłych czasach przytrafiało się niezbyt często i charakteryzowało się wyraźnymi objawami osobliwego uzależnienia od zegara, którego urokowi ulegał chory. Było kilka odmian choroby, w zależności od rodzaju zegara, którego urokowi ulegał pacjent. W tym przypadku wyraźnie chodziło o mały zegarek stojący, zwłaszcza o jego funkcję budzącą. Czy to możliwe, by twardy jak skała Hans Helmut Poniewierka padł ofiarą starej zegarówy? Początkowo tchórz odrzucał tę myśl, ale z czasem wszystko zaczynało na to wskazywać poza wszelką wątpliwość. Każdy element układanki pasował. W końcu w tym zegarku naprawdę było coś szczególnego. Przecież on sam również uległ jego urokowi. Kto wie? Może gdyby nie podarował go traktorzyście, teraz sam leżałby w łóżku wyczekując na kolejny niewolący umysł sygnał? Ale może się myli? Może Hans Helmut wcale nie jest chory, tylko padł ofiarą jakiegoś przejściowego, uciążliwego wirusa, albo coś go opętało i wystarczy go tylko wyrwać z letargu? A jeśli nawet, to może jeszcze nie jest za późno? W artykule pisali, że jeśli przypadłość zdiagnozowało się w początkowym stadium, to można było chorego jeszcze z niej wyciągnąć... Ile minęło czasu odkąd mężczyzna dostał zegar? Trzy dni? Chyba dłużej. Miał w głowie mętlik. Może to były dwa tygodnie? Albo i miesiąc? Chyba może i ponad miesiąc. Kierownik, zdaje się, wspominał mu, że trwa to już ponad miesiąc. Tylko co? Może chodziło mu o coś innego, tylko Wincenty nie zrozumiał?
Aby znaleźć odpowiedź na nurtujące Podpierdkę pytania sposób był tylko jeden. Trzeba było natychmiast wkroczyć do akcji. Tylko kto miał to zrobić, bo przecież nie on? Kierownik Pustostan? Nie było takiej możliwości. Może któryś z pozostałych traktorzystów, lub innych pracowników tartaku? Raczej nie. Wszyscy przecież panicznie lękali się Hansa Helmuta, nawet gdy był w dobrym humorze, a co tu dopiero mówić o okolicznościach, w których obecnie się znajdowali. Niestety, pozostał sam na posterunku. Czy podoła? To było poważnie wątpliwe. Co prawda pozostawał z traktorzystą w poprawnych stosunkach, ale czy to czyniło go bezpiecznym? A nawet jeśli ,to przecież nie chodziło wyłącznie o jego bezpieczeństwo, tylko o zdrowie Poniewierki? Co miał robić?
Myśli kłębiły się w głowie Podpierdki sprawiając, że bezwiednie osunął się na ziemię i usiadł w rozkroku opierając się o ścianę chaty. W takim stanie zastał go gajowy, Erwin Stewart Poziomica.
- Cóż to? – zapytał leśnik. – Dolega wam coś, Wincenty?
Tchórz poderwał się z podłoża. Gajowy! Jakżesz mógł o nim zapomnieć? Przecież to był ktoś, kogo było mu trzeba! Energiczny i postawny mężczyzna, w dodatku przedstawiciel władzy!
- Panie Erwinie kochany! – krzyknął Wincenty. – Z nieba mi pan spadł!
Widząc zaskoczoną i wyczekującą minę gajowego, Wincenty szybko przedstawił mu sytuację.
- Czyli, że co? – powiedział Poziomica wysłuchawszy relacji. – Że mam wejść do mieszkania Poniewierki i zabrać mu budzik?
- Właśnie – przytaknął żarliwie tchórz. – Byle sprytnie. Ja odwrócę jego uwagę, a pan zabierze budzik i niepostrzeżenie się ulotni. Reszta na mojej głowie. Nic pan nie ryzykuje.
Erwin Stewart skrzywił się nie do końca przekonany.
- Proszę… – jęknął Podpierdko załamując łapki w błagalnym wyczekiwaniu.
Gajowy krzywił się chwilę i mamrotał pod nosem coś niezrozumiałego, by w końcu cmoknąć, jakby powoził bryczką.
- Nie ma problemu – powiedział. – Ale nie bardzo widzę sens.
- Gwarantuję panu, że jest znaczący.
- Zrobię to tylko dla tego, że odkąd Poniewierka zaszył się w chacie, w tartaku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Towarzystwo zaczęło się panoszyć, po lesie mi srają, łażą pijani i zieleń niszczą. Ja nie mam czasu takimi duperelami się zajmować.
Mężczyzna splunął i wzruszywszy ramionami ruszył do wejścia, przybierając wyprostowaną, służbistą postawę. Energicznie szarpnął za klamkę ale drzwi zamknięte były na zasuwkę. Zastukał raz i drugi, a nie uzyskawszy żadnego efektu, zwrócił się do Podpierdki:
- Na pewno jest w środku?
- Na pewno – potwierdził tchórz. – Widać go przez okno. Ma mocny sen. Poza tym reaguje tylko na sygnał budzika.
- To się zaraz okaże – burknął gajowy. – Idźcie do tego okna i obserwujcie – polecił i załomotał pięścią w deski drzwi. – Panie Poniewierka! – krzyknął – Tu gajowy Erwin Stewart Poziomica! Otwierajcie! Wiem, że tam jesteście! Bo drzwi wywalę!
W tym momencie zaczął dzwonić budzik i gajowy odruchowo odskoczył od progu.
- Teraz powinien wstać! – ostrzegł Wincenty.
- Panie Poniewierka – powtórzył głośniej gajowy. – Do roboty trzeba wracać. W imieniu prawa…
- A spierdalaj pan! – usłyszeli z wnętrza chaty nerwowy głos traktorzysty.
- Co? – gajowy spurpurowiał na twarzy. – Wy do władzy tak?
Erwin Stewart ściągnął z ramienia fuzję i ze szczękiem ją przeładował.
- Niech pan tego nie robi – jęknął tchórz. – Jeszcze będzie nieszczęście.
- A żebyście wiedzieli.
Gajowy odsunął się o krok i przymierzywszy w zamek, zaczął recytować wyuczoną regułkę.
- Mocą nadanej mi władzy, nakazuję…
- Spierdalaj pan, mówię!
- Ech, ty! – Poziomica aż się zachłysnął jednocześnie pociągając za spust.
Huk wystrzału poniósł się echem po lesie płosząc ptaki, które z furkotem wytrysnęły spomiędzy gałęzi pobliskich drzew. Chmura dymu spowiła postać gajowego, który sam nieco zaskoczony efektem swojej interwencji stał w miejscu lekko zbity z tropu. W drzwiach ziała dziura wielkości deserowego talerzyka.
- Ale żeś pan przykurwił – jęknął tchórz głosem zawierającym mieszaninę strachu i podziwu.
Słowa podziałały na Poziomicę jak sygnał do akcji. Ruszył zdecydowanym krokiem do wejścia, ale wkroczenie do chaty udaremniły mu drzwi, które niemalże wystrzeliwszy z zawiasów, ze świstem poleciały w rosnące nieopodal chaty zarośla, po drodze zabierając ze sobą zaskoczonego gajowego. Została po nim tylko dymiąca fuzja. W progu stał obnażony od pasa w górę traktorzysta. Twarz miał czerwoną i wykrzywioną wściekłym grymasem, pięści zaciśnięte, dyszał niebezpiecznie nerwowo, z oczu niemal tryskały mu iskry szaleństwa. Obrzucił otoczenie niosącym pożogę wzrokiem. Zignorował broń, ale zatrzymał go na spowitym cuchnącym żółtawym obłokiem Podpierdce. Na chwilę twarz mu złagodniała, ale, niestety dla Wincentego, trwało to bardzo krótko. Szybko ponownie wykrzywił ją paskudny grymas zwiastujący rządzę mordu, lub w najlepszym razie, destrukcji.
- Ty Judaszu – wycedził przez zaciśnięte zęby i ruszył ku młodszemu ostrzegaczowi nie kryjąc zbrodniczych zamiarów.
Na szczęście Wincenty w porę odzyskał zdolności ruchowe i zdołał czmychnąć traktorzyście sprzed nosa. Poczuł tylko świst, gdy pięść mężczyzny łupnęła w ścianę w miejscu, w którym dopiero co stał.
- Wstrzymaj swe zbrodnicze zamiary – krzyknął odbiegając od ogarniętego furią mężczyzny na stosunkowo bezpieczną odległość. Gdy był już na skraju lasu odwrócił się ku chacie. – Jesteś chory!
Traktorzysty nie było już przed domem. Tchórz chwilę stał niezdecydowany, by w końcu zaryzykować powrót. Był w połowie drogi, gdy tym razem z zawisów wystrzeliły drzwi przylegającej do chaty niewielkiej przybudówki i zaraz za nimi pojawił się ryczący traktor. Wincentemu udało się odskoczyć w ostatniej chwili.
- Krwi! – ryczał Hans Helmut Poniewierka szarpiąc drążki pojazdu. – Śmierć!
- Zatrzymaj się! – krzyknął tchórz, ale jego głos przepadł w jazgocie wyjącego motoru.
Zrezygnowany odprowadził podskakującego na siedzisku Hansa Helmuta rzucającego wściekłe spojrzenia i klnącego na czym świat stoi. Było znacznie gorzej niż zakładał. Mężczyzna najwyraźniej postradał rozum. Podpierdko pobiegł szybko w kierunku krzaków, gdzie wylądował Erwin Stewart Poziomica. Gajowy jęczał w okrutnych boleściach. Bark miał wykręcony pod nienaturalnym kątem, nos na płasko zrównany z twarzą, przetrąconą w kolanie nogę. Wystarczył jeden krótki rzut oka, by ocenić jego stan jako chwilowo całkiem nieprzydatny. Wincenty przełknął gorzką ślinę.
- To moja wina – jęknął. – Com ja uczynił?
Usiadł na pniaku i zrezygnowany spuścił głowę. Był załamany. Nigdy nie czuł się bardziej podle. Co powinien zrobić? Czy jest w stanie zrobić cokolwiek? Czy miał siłę? Motywację? Chęci? Chyba powinien spróbować pomóc gajowemu, ale czy potrafił? Przypomniał sobie o proszku, którego znaczną ilość miał jeszcze w kieszonce. Dobrze się po nim czuł, myśli miał jakieś takie bardziej przejrzyste i wszystko wydawało się mniej zawiłe. Przynajmniej przez jakiś czas. Może pomoże i Erwinowi Stewartowi.
Tchórz wyciągnął woreczek i ledwo się obejrzał, zażył trzy szczypty.
- A chuj z gajowym – mruknął pod nosem czując, jak chmury kłębiące się nad jego umysłem prędko się rozwiewają.
Zanim schował saszetkę, przyjął jeszcze jedną porcję. Poczwórna dawka. W końcu potrzebował porządnego bodźca. Poczuł jak po ciele rozlewa się fala energii, w żyłach zaczyna szybciej krążyć gorąca krew. Po chwili biegł już ku chacie. Wpadł do środka i pierwsze co ujrzał, to fragmenty pogiętej blachy i porozrzucane szczątki mechanizmu zegarka. Kula roztrzaskała go na drobno.
- Acha…
Wincenty teraz wszystko zrozumiał. Hans Halmut Poniewierka był wściekły, bo Poziomica zniszczył jego ukochany zegarek. Czyli, pominąwszy nieszczęśliwą ofiarę jaką złożył gajowy, plan został zrealizowany. Traktorzysta wyzdrowiał, czego dowodem był jego furiacki stan. W końcu od jakiegoś czasu nie wychodził z chaty, więc nagromadziło się w im sporo negatywnej energii, którą teraz musiał uwolnić. Byle tylko nie zrobił czegoś głupiego.
Podpierdko wybiegł z chaty i ile sił ruszył do tartaku.
*
Pobucz stracił głowę tylko na parę minut. Wszystko przez starą tłustą sowę błotną, którą niespodziewanie dojrzał pomiędzy gęstymi konarami. Ile już czasu nie jadł sowy? Rok? Chyba nawet dłużej. W dodatku ta ostatnia, ledwo ją już pamiętał, to był lekko żylasty puszczyk, nie mogący pod żadnym względem równać z okazem, który właśnie nieoczekiwanie wypatrzył. Nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Stracił zainteresowanie wydarzeniami na dole i zaczął podchodzić patka. Nie musiał jakoś szczególnie się przy tym starać, bo sowa najwyraźniej mocno spała i nie spodziewała się zagrożenia. Była sporych rozmiarów, nawet jak na gatunek, którego była przedstawicielem, co dodatkowo stanowiło o jej atrakcyjności. Pióra miała sztywne i mocno przyciemnione. Musiała mieć ze sto lat. Prawdziwy rarytas.
Pobucz przemykając bezszelestnie po konarach dotarł do interesującego go drzewa i nie spuszczając wzroku z ptaka, zaczął przesuwać się w jego kierunku po grubej gałęzi. Gdy był już tuż obok sowy nie mógł sobie odmówić rozkoszy jej śmiertelnego wystraszenia. Uwielbiał moment, w którym jego ofiary uświadamiały sobie, że nie mają już szans. To była rozkosz dla duszy, która doskonale stymulowała apetyt i była swoistym preludiom dla uczty, jaka czekała Poabucza. Telepata zaszedł ptaka od tyłu i klasnął w dłonie szykując się do zadania morderczego ciosu ostrymi jak igły zębami. Sowa nawet nie drgnęła. Niemal w tym momencie Richie poczuł ten nieprzyjemny zapach. Odór sowiego nieboszczyka. Twarz wykrzywił mu grymas wściekłości. Huknął sowę w grzbiet i ta bezwładnie runęła w dół rozsiewając na boki pierze i kłębuszki stęchłego puchu. Co za niepowetowana strata! Taki kawał przedniego mięsiwa! Na samą myśl zrobiło mu się słabo i zakręciło się w głowie.
Do świadomości przywrócił go karabinowy wystrzał. Sowa nadal absorbowała jego myśli, ale już nie całkowicie. Miał przecież zadanie do realizacji. Musi je wykonać, bo inaczej Furman się zdenerwuje i znowu będzie miał szlaban na samowolkę, do czego nie może dopuścić. Ruszył szybko w kierunku chaty Hansa Helmuta Poniewierki przeskakując z gałęzi na gałąź. Dotarł na miejsce w momencie, w którym ponury traktorzysta nie bacząc na przeszkody darł traktorem w kierunku tartaku. No i masz. Tyle roboty na marne. Było jednak skupić się na samym traktorzyście, a nie wymyślać sobie rebusy i łamigłówki. Teraz będzie musiał porzucić zamiary i poważnie zrewidować plany. Inaczej jak nic znowu podpadnie Furmanowi i będzie musiał wysłuchiwać pretensji.
Nie tracąc czasu pomknął w kierunku tartaku.
*
Hans Helmut Poniewierka przejechał brygadzistę Jankowskiego w pobliżu czwartej przecinki. Wcale tego nie chciał. Miał zamiar tylko go wystraszyć, ale ten najwyraźniej wcale się nie bał i nie zamierzał uskoczyć mu z drogi. Zanim Hans Helmut odbił w bok, było już po brygadziście. Świadkiem całego zajścia był emerytowany siekierowy, Stanisław Organki, który nie tracąc czasu wskoczył na siodełko motoroweru i czym prędzej pomknął na przełaj w kierunku najbliższego czynnego wyrębu, niosąc ostrzeżenie. Siekierowemu od samego początku nie podobało się, co ludzie gadali o Poniewierce. Że niby się uspokoił i teraz można go lekceważyć. On jedyny, stary tartaczny wyga, nie dał się nabrać. Ostrzegał, że traktorzysta tylko się przyczaił, albo jest chory. Nikt go nie słuchał. Dopiero Pustostan wyraził jakieś tam zainteresowanie jego ostrzeżeniem, ale czy coś z tym zrobił? Tego Stanisław nie wiedział.
Organki ciął pomiędzy drzewami nie zważając na gałęzie chłoszczące go po pomarszczonej twarzy. Nic to. Jak nie zdąży, jego pokiereszowane oblicze będzie najmniejszym problemem. Nie słyszał za sobą ryku silnika, miał więc jakąś przewagę. Przy odrobinie szczęścia uda mu się i wszystko wróci do normy. Miał do przejechania jakieś siedem kilometrów leśną szosą, a skrótami i przełajem było góra pięć. Musi tylko uważać na… W tym momencie koło motoroweru podskoczyło na wystającym z ziemi konarze i Stanisław wyleciał z siodełka. Nie dał wszakże za wygraną. Mimo dotkliwego potłuczenia i rozcięcia skroni, podniósł pojazd. Szybko naprostował skrzywioną lekko kierownicę i mocno zakręcił pedałami. Silnik zakaszlał, jęknął, potem niepokojąco zagrzechotał.
- Nie teraz staruszku – zachęcał Organki. – Nie możesz mi tego zrobić.
Motor jakby posłuchał słów mężczyzny i z rury wydechowej z hukiem buchnął kłąb dymu. Uradowany i zachęcony małym sukcesem emeryt odepchnął się energicznie od młodego dąbczaka i pomknął dalej.
Prując krzaki i przecinając kolejne ścieżki dotarł do pierwszej polany pokrytej pniakami ściętych drzew i pokonał ją na przełaj. Jeszcze tylko mały pagórek i będzie na miejscu. Uda mu się. Przekręcając gaz do oporu okrążył wzniesienie wybierając wąską ścieżkę oddzielającą je od dołu starego kopalnianego wyrobiska i wypadł pomiędzy zabudowania tartaku. Kierujące nim zapamiętanie sprawiło, że w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na ciszę, jaka spowijała teren prac, co było z wszech miar nienaturalne, zważywszy na wczesną godzinę. Prace w tartaku powinny iść o tej porze pełną parą.
- Co jest do cholery? – mruknął pod nosem zwalniając tempo jazdy.
Minął długi ciąg gotowych do transportu pni i już miał skręcić w kierunku baraku Pustostana, gdy drogę zablokowała mu stojąca w poprzek fura. Zanim Stanisław domyślił się, że to nie wóz do przewozu ściętego drewna, jego korpus wraz z motorowerem rozpadł się na kilkanaście nieregularnych części.
*
Wincenty Podpierdko wybiegł zza zakrętu w momencie, gdy Hans Helmut Poniewierka klepał po twarzy brygadzistę Jankowskiego.
- O matko! – wyrwało się tchórzowi.
Nie uzyskawszy oczekiwanego efektu traktorzysta przeszedł do masarzu serca. Pot skroplił się na wąskim czole mężczyzny, mięśnie ramion były napięte jak wyrośnięte bochenki chleba. Pracował wytrwale ale brygadzista nie odzyskiwał przytomności.
- Co tak siedzisz? – rzucił przez zaciśnięte zęby traktorzysta w kierunku Podpierdki. – Pomóż.
Wincenty poderwał się i doskoczył do rannego.
- Co mam robić?
- A skąd mam wiedzieć? Zaczął oddychać trochę, ale coś z nim nie tak. Niemrawy jakiś.
Tchórz chwilę wpatrywał się w nieprzytomnego, jakby oceniał jego stan. Nie wyglądał najlepiej, co było niepokojące, ale za to Hans Helmut zdawał się odzyskiwać formę.
Podpierdko zdecydowanym ruchem sięgnął do kieszonki i wyciągnął woreczek.
- Wsypmy mu to do japy – powiedział pewnym siebie tonem.
Traktorzysta popatrzył na niego podejrzliwie.
- Co to jest?
Wincenty spojrzał mężczyźnie w oczy.
- Lekarstwo – odparł.
Widząc niezdecydowanie na twarzy traktorzysty, tchórz dodał szybko:
- Inaczej umrze. Niczego nie ryzykujemy.
Hans Helmut bez słowa skinął głową i rozchylił usta leżącego.
- Moment – powstrzymał go Wincenty.
Sięgnął do skórzanej sakwy i wydobył z niej niewielką manierkę.
- Trochę tego mało dla takiego Jankowskiego – powiedział – ale musi starczyć.
To powiedziawszy odmierzył pół garści proszku, wsypał brygadziście w usta, wlał w nie zawartość naczynia i dał znak traktorzyście, który zacisnął na wargach potężną dłoń. Przez chwilę nic się nie działo. Ranny leżał bez ruchu, sztywno i spokojnie. Dopiero, gdy tchórz zacisnął mu łapką nozdrza mężczyzna zakrztusił się, szeroko otworzył oczy i wciągnął potężny haust powietrza.
- Podpierdko? – bąkną zdziwiony.
- Tak, to my, panie brygadzisto – ucieszył się Wincenty.
Jankowski wstał i zatoczył się lekko. Rozejrzał się niepewnie i gdy rozpoznał Hansa Helmuta wyraźnie skulił ramiona. Usiadł powoli na wysokim pniaku i zaczął poprawiać ubranie starając się unikać wzroku traktorzysty.
- Spokojnie panie brygadzisto – powiedział Wincenty. – To już nie ten sam Hans Helmut. Został odmieniony. Prawda? – zwrócił się do Poniewierki z nadzieją.
- Prawda – potwierdził Poniewierka. – Jestem teraz łagodnym traktorzystą. Już nie ponurym. Od teraz wszystko się zmieni i nie będzie już…
Jego ostatnie słowa zagłuszyło rżenie konia.
*
Wracając do siedliszcza Pobucz zacierał dłonie z zadowolenia. Zdążył w ostatniej chwili. Musiał trochę zmienić swoje palny, ale najważniejsze, żeby efekt końcowy był oczekiwany. I tak pozwolił sobie na sporo spontaniczności. Biorąc pod uwagę całokształt, miał wszelkie prawo na interwencję w samej końcówce. Lepsze to, niż podły humor Furmana.
Zastał go przed chatą, czyszczącego bat. Na sznurze rozpiętym pomiędzy chatą a stajnią wisiały ociekająca posoką kufajka i hajdawery.
- Co to ma być? – bąknął. – Przecież obiecałeś...
Furman nie przestając czynności uniósł głowę i spojrzał na Pobucza rozjarzonymi oczami.
- Liczy się tylko wycinka – powiedział.