przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


niedziela, 27 stycznia 2008

Armagedon

Wstęp

To jest historia o karpiach. Dla czego właśnie o karpiach? Cóż w nich jest takiego ciekawego, czy fascynującego by zawracać sobie głowę spisywaniem ich historii? Otóż wbrew pozorom coś takiego jest. A mianowicie to, że karpie jako jedyni przedstawiciele fauny przetrwały wojnę jądrową. Oczywiście nie wszystkie. Dotyczyło to wyłącznie tych, które tuż przed wybuchem skazane były na pewną śmierć i ostatnie dni przeżywały w mękach i warunkach uwłaczających rybiej naturze. Ponadto znaczna większość spośród nich całe swoje życie spędziła w sprzyjających rozwojowi przeróżnych patologii warunkach, które z kolei zdaniem hodowców, pretendowały do mina środowiska naturalnego, w rzeczywistości będąc tylko ich nędzną imitacją, czymś w rodzaju indiańskiego rezerwatu. Niektóre karpie nie spotykając na swej drodze życiowej innych, znających prawdziwą wolność, żyła, a właściwie biernie egzystowała w błogiej nieświadomości, inne, będące jednakże w mniejszości, dzieciństwo spędziły w rzekach i jeziorach, lub chociażby dzikich stawach. Ci szczęśliwcy wspominali piękny, choć niebezpieczny świat, zróżnicowany, pełen niespodzianek, każdego dnia przynoszący coś nowego, innego. Nie to co w stawie hodowlanym, gdzie nie działo się zupełnie nic. Każdy dzień był identyczny z poprzednim. Aż do momentu wyłowienia i wywiezienia do sklepu, bądź bezpośrednio do kuchni. Pod nóż. Do tego dnia wszystko było nudne i monotonne. Całe dnie spędzało się na napychaniu kałduna dostępną wszędzie żywnością, sraniu i oglądaniu innych leniwie pływających, tłoczących się w mętnej wodzie karpi. Praktycznie żadnych innych ryb. Nuda.
W życiu karpia jest jeden raz w roku szczególny dzień. Dwudziesty czwarty grudnia. Ciężki bywa też dwudziesty trzeci. Wówczas nie wiedząc czemu, całe rzesze bogu ducha winnych, leniwych i przyjaźnie nastawionych do życia ryb umiera od uderzenia w łeb pałką, tłuczkiem, młotkiem do kotletów, czy też innym kuchennym orężem. Większość ginie dwudziestego czwartego, ale część i dzień wcześniej, jakby ciemiężyciel i oprawca obawiał się, że nie zdąży. Czemu ciemiężyciel i oprawca? Co do drugiego, to chyba wyjaśniać nie trzeba. W końcu to ten, co daje w łeb i patroszy. Dalsze losy są już nieistotne. A ciemiężyciel? No cóż. Niestety niemal każdorazowo dzień wyzionięcia ducha poprzedza przynajmniej jeden, a bywa, że i dwa lub nawet (na szczęście bardzo rzadko) trzy dni straszliwej katorgi. O ile jeden dzień byłby jeszcze, mówiąc kolokwialnie, jako tako do zniesienia, to więcej było już grubą przesadą. Mówiąc, że do zniesienia rozumie się oczywiście w miarę godziwe warunki, co zdarza się również niezbyt często. Wiele przypadków dotyczy niestety jakiejś małej wanienki, miski lub wiaderka. Nieczęsto ostatnie chwile żywota karpie spędzają we względnych, jak na te okoliczności warunkach, czyli w głębokiej, wypełnionej wodą wannie. Ale to na ogół i tak na niewiele się zdaje, bo woda jest najczęściej tak nasycona chemikaliami, że życie w niej przypomina powolną agonię. Ma to chyba tylko jeden plus. Po kilkunastu godzinach spędzonych w takich warunkach, karpie nawet nie zdają sobie sprawy, że ktoś wali je w łeb. Ha! Jeśli to byłoby wszystko, to jeszcze pół biedy. Niestety cały ten diabelski wanienny cyrk poprzedzają dni o jeszcze bardziej makabrycznym przebiegu. Zanim karp dostanie się do domu, w którym dokonuje żywota, przez kilka dni dusi się w zbiornikach sklepowych, w których więcej miejsca zajmują ryby niż woda. Dodatkowo wokół panuje niesamowity huk i gwar. Często z tego zbiornika karpie nie trafiają też do domów żywe znajdując śmierć na desce zaraz po wyłowieniu z wody. Bywa niestety tak, że ostatnia rzecz, którą rejestrują, to pani lub pan wskazujący ją palcem przez mętną szybę. Potem już tylko duszące powietrze i sru w łeb.
Nasza historia nie dotyczy ani tych karpi, które zginęły dwudziestego trzeciego grudnia, ani tych, które dwudziestego czwartego pływały, lub raczej dogorywały, w wiadrach, miskach lub dziecięcych wanienkach. Dotyczy tylko tych spośród wszystkich karpi, które dnia dwudziestego czwartego owego felernego roku między godziną czwartą, a szóstą rano spełniały trzy, jak się okazało, niezbędne do przetrwania warunki. Po pierwsze i najważniejsze – były żywe. Po drugie – przebywały w wannie. I po trzecie – wanna była żeliwna. W sumie można by ograniczyć się wyłącznie do dwóch warunków. Czyli, po pierwsze – były żywe, i po drugie – przebywały w żeliwnej wannie. W tym momencie nasuwa się pytanie, czemu właśnie takie warunki? Otóż odpowiedź jest prozaicznie prosta – nie wiadomo. To znaczy, o ile w pierwszym przypadku rzecz jest banalna – karp musiał być żywy, bo inaczej by nie przeżył. To tak logiczne, że aż bolące. Ale co do drugiego warunku, czyli żeliwnej wanny, to niestety, wiedza na ten temat jest najoględniej mówiąc niekompletna, mętna i zbyt ogólna. Byłoby inaczej, gdyby dotyczyło to również karpi przebywających w owym czasie w innych żeliwnych zbiornikach. Ale tak nie było. Dotyczyło to wyłącznie wanien. Czyli istotnym było nie tylko tworzywo, ale również kształt. I właśnie to jest w swojej istocie niejasne. Nawiasem mówiąc, nie same powyższe warunki są w tej historii najważniejsze i z uwagi na to może nie czas i miejsce na tego typu dywagacje. Najistotniejsze jest to, że dwie tragiczne godziny, w trakcie których przestały istnieć wszystkie zamieszkujące ziemię gatunki okazały się zbawienne dla karpi czekających na egzekucję. Jeśli wojna jądrowa by nie wybuchła karpie trafiłyby pod młotek, potem nóż i na patelnię. Czyż to nie ironia? No, ale jakby tego nie nazywać faktem stało się, że w pewnym momencie jedynym żywym gatunkiem zamieszkującym błękitny glob były właśnie wigilijne karpie z żeliwnych wanien.
*
Rybia społeczność, jaka wiodła w owym czasie prym na naszym globie radziła sobie całkiem dobrze. Z czasem okazało się, że znalazło się jednak kilka innych gatunków ryb, które przetrwały kataklizm, ale ogólnie przyjęto, że przeżyły wyłącznie karpie. A to z tego powodu, że inne przypadki wzięły się tylko i wyłącznie ze zwyczajnej pomyłki. Dotyczyło to zdarzeń, w których do żeliwnej wanny trafiły zamiast karpi leszcze, lub karasie złociste popularnie nazywane „japońcami”. Nie były to liczne przypadki, gdyż większość ludzi potrafiła odróżnić karpia od innej ryby, ale jak widać trafiały się wyjątki. Być może przytrafiło się to osobom niewidomym, ale to poza tym, że bardzo prawdopodobne, nie zostało udowodnione i nie jest zbyt istotne. Trudno jednakże wyjaśnić, jak w wannie mógł w miejsce karpia trafić żółw błotny, lub żaba. A i takie cuda miały miejsce. A osioł? Jednakże mniejsza z tym. Populacja karpi była tak przytłaczająca, że inne organizmy zostały zepchnięte w społeczną niszę i żyły praktycznie na marginesie w enklawach biedy i skrajnego ubóstwa.
Po wojnie karpie jakby złapały drugi oddech. Zaczęły szybko nadrabiać braki ewolucyjne i wchodzić w posiadanie umiejętności, które dla ich krewniaków z przeszłości były nieosiągalne. Nauczyły się, dla przykładu, żyć w słonej wodzie, dzięki czemu poza nabraniem większej tężyzny fizycznej niezbędnej do zdobywania i poznawania bezkresnych mórz i oceanów, zyskały też na pewności siebie, hardości i pomysłowości.
W niniejszej historii często również, lub ściślej mówiąc za każdym kroku, przytaczane będą zdarzenia, w których uczestnictwo karpi w rolach głównych aktorów byłoby przed wojną nie do pomyślenia, ale już po niedługim czasie po jej zakończeniu stało się zupełnie normalne. Karp pijący wódkę, karp jadący rowerem, karp kominiarz, karp z dykty. Wszystko to było na porządku dziennym. Za to nie spotykało się już karpi na wigilijnych stołach. W ogóle karpie zastąpiły wigilię Bożego Narodzenia dniem żałoby narodowej i jednocześnie świętem dziękczynienia. Było to trudne do połączenia, ale po jakimś czasie udało się to pogodzić. Karpie po prostu spędzały ten dzień, jak chciały. Te, które miały nastrój smutny, czy melancholijny obchodziły dzień żałoby i oddawały się zadumie i refleksji. Inne, które miały ochotę na zabawę świętowały rocznicę dnia, który ocalił życie ich przodkom i rozpoczął nową erę w egzystencji karpi.
Przemianom towarzyszyła również chęć korzystania z nowonabytych zdolności w sposób nadmierny, rekompensujący miliony lat zastoju. Karpie zaczęły, dla przykładu, jak w obłędzie jeździć pociągami. Nawet, gdy przyszło im przebyć dystans, który płynąc pokonałyby w przeciągu kilkunastu zaledwie minut, wolały wyczekiwać na peronach i następnie gnieść się w zatłoczonych wagonach, niejednokrotnie przez to tracąc wiele cennego czasu. Albo jeszcze lepszym przykładem jest sama mowa w sensie opanowania jej zdolności. Dotyczyło to głównie starych karpi, które przetrwały wojnę i pamiętały czasy, gdy umiejętność mowy była im zupełnie obca, podobnie, jak i innym rybom. W obecnych czasach, jeśli tylko nadarzała się okazja, stare karpie gadały, jak najęte. Dla wyraźniejszego zobrazowania tego stwierdzenia w pierwszym rozdziale przytoczę pewien przykład, który będzie znakomitym wprowadzeniem do opowiedzenia właściwej, tytułowej historii.






















Rozdział I
Dialog

Pewnego słonecznego poranka, gdy w jeziorze woda była ciepła i orzeźwiająca pewien młody karp o imieniu Stefan podpłynął do okienka kiosku ruchu. Spieszyło mu się niezmiernie, więc ucieszyło go, że nikt nie ślęczy przy okienku. Powiedział grzecznie „dzień dobry” i poprosił o swoją ulubioną markę papierosów.
- Dzień dobry – odparł sędziwego wieku sprzedawca. – Z filtrem czy bez?
- A są z filtrem? – zapytał zdziwiony Stefan.
- Mają być z filtrem? – rzekł sprzedawca ignorując pytanie.
- Nie – odparł Stefan nieco zmieszany. – Tylko pytam, czy są z filtrem. Poproszę bez.
- Chce pan bez, a pyta czy są z filtrem? – nie dawał za wygraną kioskarz.
- Nie o to chodzi – odpowiedział uprzejmie Stefan, choć już zaczął się nieco niecierpliwić postawą sprzedawcy. – Palę bez, od lat. Po prostu nie wiedziałem, że produkują tę markę również z filtrem. Kiedyś były tylko bez. Pytałem z ciekawości.
- Jest pan ciekaw, czy są z filtrem, chociaż zamierza pan kupić bez filtra?
- Dokładnie – uciął Stefan nie siląc się już na uprzejmości.
Staruszek pochylił się (na ile to możliwe w przypadku karpia) i zaczął grzebać w stojącym na podłodze tekturowym pudle na chwilę znikając Stefanowi z oczu. Upływały cenne minuty. Młodzian zaczął żałować, że zatrzymał się przy tym kiosku. Już miał odpłynąć, gdy w okienku ponownie pojawił się kioskarz.
- Zawsze pan tak robi zakupy? – zapytał kiwając się nerwowo.
- Słucham?
- Pytam, czy zawsze pan w ten sposób robi zakupy?
- Znaczy się w jaki?
Nerwowość sprzedawcy zaczęła z wolna udzielać się również Stefanowi. Tracił czas na jakieś idiotyczne dyskusje z prawdopodobnie niespełna rozumu sprzedawcą, zamiast delektować się tak miło zapowiadającym się dniem.
- Znaczy się w taki, młodzieńcze, – odparł z cieniem wyrzutu staruszek – że pyta pan o co innego, niż zamierza kupić. To tak, na przykład, jakby chcąc kupić ziemniaki, pytał pan o ogórki.
- To zupełnie co innego – zaprzeczył Stefan.
- Dla mnie to samo – nie ustępował sprzedawca.
- Jak to, to samo? – obruszył się młody karp. – Uważa pan, że między papierosem tej samej marki, tyle, że z filtrem lub bez filtra jest taka sama różnica, jak między kartoflem, a ogórkiem?
- Ziemniakiem – poprawił go kioskarz.
- Ziemniakiem?
- Między ziemniakiem, a ogórkiem – wyjaśnił sprzedawca.
- Przecież mówię!
- Proszę się nie unosić – zestrofował klienta staruszek. – Powiedział pan „kartoflem”.
- Mniejsza z tym – Stefan nie krył irytacji. – No więc uważa pan, że między papierosem tej samej marki tyle, że z filtrem lub bez filtra jest taka sama różnica, jak między ziemniakiem, a ogórkiem?
- W tym przypadku taka sama – odparł ze spokojem staruszek.
Stefan spojrzał na zegarek. Wiedział już, że nie zdąży na pociąg, a następny był dopiero za godzinę, więc nie musiał się już spieszyć. Sędziwy karp tak go już podirytował, że postanowił dalej brnąć w absurdalny dialog i postawić na swoim. Stary mądrala myśli, że pozjadał wszystkie rozumy i może go bezkarnie wodzić za skrzela.
- Przecież w przypadku papierosów – podjął Stefan – różnica jest tylko taka, że jeden ma filtr, a drugi nie. To papieros i to papieros. A ziemniak i ogórek to dwie różne rośliny o całkowicie odmiennym smaku.
- A czy papierosy z filtrem i bez smakują tak samo? – zapytał staruszek z błyskiem w żółtych oczach.
- No oczywiście, że nie – odparł młodzieniec.
- No widzi pan – triumfował sprzedawca. – Z ziemniakiem i ogórkiem jest tak samo. Inaczej smakują, ale obydwa pozostają roślinami, a idąc dalej w podziały, również warzywami.
Stefan zamachał nerwowo płetwą ogonową i zrobił kółko, aby nieco ochłonąć i nie nawtykać starcowi. Po chwili uspokoił się z lekka i podjął:
- W przypadku papierosów chodzi głównie o moc – próbował wytłumaczyć swoje racje. – Bez filtra są znacznie mocniejsze niż z filtrem. A czy ziemniak jest mocniejszy od ogórka? Czy na odwrót?
Był z siebie zadowolony. Tym pytaniem zapewne zbije wścibskiego, przemądrzałego i złośliwego kioskarza z pantałyku i niechybnie zapędzi w kozi róg. Tymczasem staruszek wypuścił z wąsatego pyska kilka baniek powietrza i ni z tego ni z owego zapytał przysuwając się bliżej klienta:
- Dojrzałe?
- Słucham? – odparł zaskoczony Stefan.
- Pytam czy dojrzałe – zaczął kolejny wywód sprzedawca. – Jeśli tak, to ziemniak jest mocniejszy. Zdecydowanie. Chyba, że go pan ugotuje, a ogórka nie. Wówczas ogórek staje się znacznie mocniejszy. Ale na surowo rywalizację w tej materii wygrywa ziemniak w stu procentach. Chyba, że niedojrzałe. Wówczas różnica nie jest aż tak bardzo wyraźna, niemniej ziemniak w dalszym ciągu pozostanie mocniejszy.
- Chyba chodzi o twardość, nie o moc? – próbował Stefan.
- A panu o co chodzi? – podjął staruszek. – O moc? Taką magiczną?
- Olaboga, nie o żadną moc magiczną! – Stefan aż się zatrząsł ze złości. – Ziemniaki mają moc magiczną? Albo buraki? Ogórki, znaczy się?
- No widzi pan? – odparł spokojnie kioskarz uśmiechając się triumfująco. – Sam pan przed chwilą przyznał, że nie ma żadnej różnicy między ogórkiem, a burakiem. To tak samo, jak między ogórkiem i ziemniakiem, czy ziemniakiem i burakiem. Chociaż w przypadku ziemniaka i buraka kwestia mocy byłaby nieco bardziej dyskusyjna – zakończył z nadzieją na rozwinięcie dialogu w tym kierunku.
- Wcale nie przyznałem niczego podobnego – zaoponował nieco już zrezygnowany Stefan. – Po prostu się pomyliłem.
- Wszystko jedno – skwitował kioskarz.
- Zupełnie nie – stanął okoniem Stefan.
- Oczywiście, że wszystko jedno – kontynuował pewnym siebie tonem staruszek – Skoro pomylił pan ziemniaka z burakiem, to oznacza, że nie dostrzega pan między nimi większej różnicy.
- Bzdura – żachnął się ponownie młodzian. – Różnica jest zasadnicza. Zwyczajnie się przejęzyczyłem. Poza tym, pomyliłem nie ziemniaka z burakiem, tylko buraka z ogórkiem.
W tym momencie należy się kilka słów dodatkowego wyjaśnienia. Otóż przejęzyczenie w przypadku karpi jest w dosłownym tego słowa znaczeniu niemożliwe z uwagi na budowę anatomiczną ich organizmów. Niemniej pewne powiedzenia z języka obowiązującego przed wojną weszły na stałe i wtopiły się w życie karpi. Innym przykładem takiego stwierdzenia, ale o nieco innym wymiarze, jest na przykład „wodzenie za nos”. To również z powodu takiego samego, jak przytoczony powyżej jest niemożliwe, niemniej używane jest nieco rzadziej, gdyż z czasem zaczęło wypierać je powiedzenie, z resztą użyte wcześniej w przytoczonym w tekście dialogu, o brzmieniu „wodzić za skrzela”. W przypadku języka ciężko było znaleźć jakieś zastępstwo, z uwagi na brak odpowiednika narządu, jakim jest język. Z kolei inaczej jest z zaprezentowanym powyżej powiedzeniem „stanąć okoniem”. Przed wojną ludzie używali tego określenia nie do końca zdając sobie sprawy, dla czego stanie okoniem oznacza nieuzasadniony upór. Często tłumaczyli sobie, że to z uwagi na mocno rozbudowany ościec, który niekiedy utrudniał ludziom konsumpcję okoni. Karpie za to doskonale wiedziały jaka była geneza takiego stwierdzenia. Otóż spośród wszystkich ryb okonie były najbardziej konfliktowe.
Wróćmy jednakże do rozmowy.
- Wszystko jedno – nie ustępował staruszek.
- Zgadza się – przyznał Stefan po raz pierwszy z nadzieją, że dialog zaczyna zmierzać we właściwym dla jego toku myślenia kierunku. – W tym przypadku to faktycznie wszystko jedno. Ale tylko w tym.
W międzyczasie do kiosku podpłynął kolejny elegancko prezentujący się karp i przysłuchując się rozmowie znacznie się już zniecierpliwił.
- Długo panu jeszcze zejdzie? – zapytał szeroko rozdziawiając pysk.
- Słucham? – odparł zaskoczony Stefan, który nie dostrzegł nowego klienta.
- Pytam czy długo panu jeszcze zejdzie? – powtórzył karp wachlując nerwowo skrzelami. – Spieszę się, a pan już ładnych parę minut blokuje kolejkę.
- Jaką znowu kolejkę? – odparł porządnie już całą sytuacją zirytowany Stefan. – Przecież za panem nikt nie stoi? – dodał złośliwie.
- Ale za to pan stoi przede mną, a ja za panem – odburknął klient.
- Więc nie blokuję kolejki, tylko pana – odparł ze złośliwym uśmieszkiem Stefan. – Pan sam nie tworzy kolejki.
- Ale z panem tworzę – upierał się elegant.
- Ja siebie nie blokuję – rzucił Stefan odwracając się do kioskarza.
- Słucham pana? – wtrącił się staruszek w tym samym momencie kierując pytanie do eleganta i zupełnie ignorując młodzieńca.
- Zaraz, zaraz – zaprotestował Stefan. – Przecież jeszcze nie skończyliśmy.
- Skończymy, niech karp kupi, co mu trzeba. Mówi przecież, że się spieszy.
- Ja też się spieszę – odparł. – A właściwie spieszyłem. Przez takie biadolenie spóźniłem się na ważne spotkanie. Ale z resztą. Teraz to już wszystko jedno. Niech kupuje – ustąpił.
- Wielkie dzięki!
W głosie eleganta dało się wyczuć wyraźną nutę szyderstwa. Poprosił o ulubioną markę papierosów Stefana, dodając:
- Z filtrem, proszę.
- Nie mam niestety – odparł kioskarz z bolesną miną. – Są tylko bez filtra.
- Jak to? – wtrącił się Stefan zbity z tropu. – No przecież...
- Zaraz, poczekaj pan jeszcze chwilę. A są inne z filtrem?
- Nie ma z filtrem? – nie ustępował Stefan zanim jeszcze kioskarz zdążył odpowiedzieć elegantowi.
- Są – powiedział kioskarz.
- Przed chwilą powiedział pan karpiowi, że nie ma!
Stefan niemalże ryknął gdyż coraz bardziej ogarniało go przeświadczenie, że staruszek usiłuje za wszelką cenę zrobić mu na złość.
I tu, podobnie jak w poprzednim przypadku, należy się kilka słów, które mogą być istotne dla lepszego rozumienia przedstawianej historii. Otóż karpie raczej nie ryczą, ale niekiedy bywają oburzone i wówczas im się zdarza wydawać dźwięki, które umownie określane są „rykiem”. To w zasadzie tak, jak w przypadku ludzi, którzy również nie ryczą, ale takie określenie było w powszechnym użyciu. Można było powiedzieć, że ryczy krowa, albo lew i nikogo to nie dziwiło, ale już np. ryczy wiewiórka, gołąb lub żyrafa było uznawane za co najmniej nie na miejscu w związku z czym zestawiania słowa „ryk” z niektórymi gatunkami nie stosowało się w powszechnym użyciu. Ryk był również odpowiednikiem ludzkiego płaczu o znacznej intensywności, ale w tym przypadku chodziło o ryk w sensie podniesionego, donośnego głosu. I w tym miejscu należy też dodać, że w czasach, o których mowa w niniejszej historii nie miała racji bytu maksyma, że ryby i dzieci głosu nie mają, bo karpie głos miały i, co równie istotne, małe karpie, będące dziećmi, również. I dotyczyło to zarówno ryku w sensie podniesionego głosu, jak i płaczu.
A rozmowa i towarzyszące jej zdarzenia w dalszym przebiegu wyglądały następująco:
- Czekaj Pan – wtrącił zniecierpliwiony elegant. – Kupię i spływam.
W tym momencie ponownie odejdziemy na chwilę od istoty przytaczanej rozmowy, mamy tutaj bowiem sprawę odwrotną względem dwóch opisywanych powyżej. Otóż stosowane w mowie potocznej określenie „spływam” często używane było przed wojną w sytuacjach analogicznych do tych z czasów dla tej historii aktualnych, mimo, iż spłynięcie w sensie dosłownym możliwe było dopiero teraz, przed Armagedonem zaś, bardziej właściwym dla oddania czynności określanej tym terminem, było odejście, pójście, wyjście itd. Wyjątek stanowić mogły sytuacje, w których używający tego określenia człowiek płynął akurat kajakiem, pontonem, materacem lub też inną jednostką zdolną do unoszenia się na wodzie.
Tym czasem w naszej historii elegancko przyodziany karp odebrał podane przez sprzedawcę papierosy, uiścił zapłatę i powiedziawszy „dziękuję” i „do widzenia” odpłynął.
- To w końcu są z filtrem, czy nie ma? – zaatakował zdeterminowany do granic wytrzymałości Stefan.
- Są – odparł staruszek spokojnym głosem. – Widział pan przecież, że karp kupił.
- Ale kupił inne, a nie te, o które prosiłem – drążył młodzian.
- Bo, te, o które pan prosił – wyjaśnił kioskarz – są tylko bez filtra.
- No właśnie to mnie od początku ciekawiło – triumfował Stefan. – Czy są takie z filtrem w ogóle, nie tylko u pana w kiosku, tylko w ogóle. Widzi pan różnicę? Jest zasadnicza.
Wypowiedź klienta nie zrobiła na sprzedawcy większego wrażenia. Spojrzał tylko na niego z litościwym wyrazem pyska i rzekł:
- A, w ogóle to są. U mnie nie ma. W tej chwili. Ale tak w ogóle, to bywają.
- Karpiu! – przechodził do zdecydowanego ataku Stefan. – To po co na samym początku mnie pan pytał, czy chcę z filtrem, skoro takowych pan nie posiadał?
- Bo mógłby pan takie chcieć – wyjaśnił w dalszym ciągu spokojnym głosem kioskarz. – Wówczas powiedziałbym panu, że takich nie ma.
Stefanowi aż skrzela poczerwieniały ze złości. Dziadek najwyraźniej bezczelnie się z nim drażnił. Nie wiedział dlaczego akurat jego wybrał sobie za ofiarę, ale, mimo iż nie był z natury mściwy, postanowił teraz odegrać się na złośliwym staruszku i wyładować na nim wszystkie zgromadzone frustracje, których obecności sprzedawca był sprawcą.
- Było powiedzieć, że ma pan tylko takie! – parsknął. – A nie popadać w te wszystkie zawiłe dywagacje. I tak właśnie takie chciałem!
- Z filtrem? – stary karp nadal był niewzruszony.
- Bez!
- Ale pytał pan o te z filtrem? – pytał dalej ze stoickim spokojem kioskarz.
Stefan czuł, jak coś w nim pęka. Popatrzył na staruszka i nagle jakby uszło z niego całe powietrze wraz z ogarniającą go złością. W kiosku pływał stary, zmęczony życiem karp. Pewnie żył samotnie i potrzebował po prostu od czasu do czasu uciąć sobie z kimś gawędę. I tyle. Pewnie personalnie nie czuł do Stefana żadnego żalu, tylko po prosu na niego akurat padło. Ot i wszystko. Spojrzał na staruszka już bez złości, raczej z litością.
- Chcę bez filtra – rzekł spokojnie.
- Ale pytał pan o te bez filtra? – upewniał się kioskarz.
- Tak oczywiście – odparł uprzejmie. – Pytałem z ciekawości, czy są w ogóle, nie tylko u pana w kiosku, tylko w ogóle. Proszę podać te bez filtra i skończmy już tę rozmowę.
- Mogę co najwyżej sprzedać – powiedział kioskarz zwijając boczne płetwy zdradzając tym samym cechy przekorności i uporu.
- Słucham?
- Mówię, że mogę sprzedać, a nie dać, jak pan przed chwilą zażądał – odrzekł sprzedawca.
Stefan czuł, jak ponownie wzbiera w nim złość. Miał wrażenie, że wpadł w jakąś pętęe czasową i zaczął obawiać się, że nigdy nie uda mu się odejść od okienka.
- Niczego nie żądałem – zaoponował. – I tym bardziej nie chciałem, żeby mi pan coś dawał za darmo. Zamierzałem zapłacić. Dawaj pan te fajki, bo zwariuję za moment!
- O proszę! – obruszył się kioskarz odwracając się w bok.
Stefan ponownie musiał zrobić kółko bo czuł, że inaczej zaraz zrobi coś, czego będzie później żałował. W międzyczasie do okienka podpłynął kolejny klient i również chciał nabyć papierosy przez niego preferowane. Szybko, zanim Stefan zdążył zareagować zapytał o nie staruszka.
- Są – odparł kioskarz – Ale tylko bez filtra.
- Mogą być – zgodził się klient. – Dwie paczki proszę.
- Proszę uprzejmie – rzekł staruszek i podał klientowi tytoń.
- Dzięki – rzucił szybko karp. – Do widzenia – dodał i już go nie było.
- Do widzenia – burknął pod nosem kioskarz.
Tu, po raz ostatni wtrącenie – burknięcie pod nosem weszło do powszechnej mowy na zasadach wyjaśnionych już wcześniej w odniesieniu do wodzenia za nos. Od tego momentu wiele innych podobnych w sensie mechanizmu działania określeń i powiedzeń, które pojawią się w dalszej części tekstu pozostaną bez dodatkowego komentarza.
- O – zauważył podekscytowany Stefan. – I teraz zrobił pan tak jak trzeba. Od razu mu pan powiedział, że są wyłącznie bez filtra i facet tylko przemknął. Ze mną byłoby tak samo, ale Pan musiał zacząć z tymi warzywami dokazywać.
Staruszek spojrzał na niego obojętnym wzrokiem dając mu tym samym do zrozumienia, że uwaga nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.
- Teraz też pan może już spokojnie odejść, bo ten gość kupił właśnie ostatnie dwie paczki.
- Że co?
- Mówię, że ten gość przed chwilą wziął ostatnie dwie paczki – powtórzył kioskarz.
Stefan poczuł jak serce wali mu jak grom i o mało nie wyskoczy.
- No chyba pan żartuje? – zapytał z niedowierzaniem.
- Zupełnie nie – usłyszał w odpowiedzi.
Zanim zdążył zareagować staruszek zatrzasnął okienko z tak silnym hukiem, że spowodowało to wybudzenie się Stefana z koszmarnego snu.
W tym momencie nasza historia wkracza na inny tor. Przytoczony powyżej przykład był niejako wprowadzeniem do zasadniczej opowieści, której jednym z głównych bohaterów jest właśnie Stefan, młody, inteligentny i ambitny karp, który dopiero co zakończył edukację i obecnie stanął na rozstaju dróg, musząc dokonać wyboru, co do kierunku swojej przyszłości.










Rozdział II
Stefan

Stefan zerwał się z posłania zlany potem i zaczął łapczywie połykać powietrze szeroko rozwartą paszczą. Koszmary dręczyły go od dnia, w którym dowiedział się, że zaliczył ostatni egzamin i zakończył szkołę uzyskując zawód sołtysa. Nie był z tego powodu jakoś zbytnio zadowolony. Poszedł na studia nie mając jeszcze konkretnie ukierunkowanych zainteresowań. Ojciec wysłał go do szkoły przedwcześnie widząc drzemiący w nim potencjał, co spowodowało, że w momencie podejmowania wyboru o zawodzie, za namową rodziców, wybrał sołectwo, głównie z uwagi na wszechstronność i elastyczność tej profesji. Trudno było dziwić się takiej sugestii. Wiadomo, że sołtys potrzebny był wszędzie i znalezienie pracy z takim zawodem nie nastręczało praktycznie żadnych problemów. Niestety Stefan nie bardzo czuł powołanie do tej profesji. Zdecydowanie bardziej interesowały go inne. Gdyby miał podjąć studia obecnie, czyli w wieku dorosłym, z pewnością wybrałby jeden z wielu innych zawodów. Wolałby zostać na przykład wykwalifikowanym emerytowanym listonoszem lub starym chłopem spod geesu. Albo choćby facetem, który chce żaru.
Tu po raz kolejny koniecznym wydaje się kilka słów dodatkowego wyjaśnienia jednakże z zupełnie innej niż dotychczas przyczyny. Otóż o ile karpiom w znacznym stopniu udało się wypełnić niszę jaka powstała po nuklearnym kataklizmie i przejąć większość obowiązków rasy dominującej, to jednak z czasem na plan pierwszy zaczęły wypływać nawyki i zwyczaje właściwe dla ryb tegoż właśnie gatunku. Stąd obecność takich, a nie innych zawodów, które karpie zwykły preferować. Większość profesji charakterystycznych i cieszących się wielką estymą w okresie przedwojennym straciły swój wysoki status i coraz częściej zanikały, bądź były spychane na margines, a karpie nimi się trudniące pochodziły głównie z rodzin ubogich i patologicznych, których nie stać było na kształcenie na bardziej szanowanych kierunkach. Tak więc przestały odgrywać większe znaczenie takie zawody jak prawnik, lekarz, czy artysta malarz, bądź kompozytor. Zastąpiły je odpowiednio przytoczone w tekście: emerytowany listonosz, chłop spod geesu lub facet, który chce żaru albo na wino, które to profesje w świecie karpi spełniały dokładnie te same funkcje, co przez nie zastąpione, tyle, że w stricte rybim charakterze.
Powróćmy jednakże do Stefana.
W tymże momencie wszystkie zawody wydawały mu się o wiele ciekawsze niż bycie sołtysem. Ale cóż. Stało się. Niby mógłby ubiegać się o drugi fakultet, ale odeszły go już wszelkie chęci do nauki. Chciał teraz pełną gębą korzystać z życia nie zastanawiając się nad niczym ważkim, odbijając sobie tym samym długie lata ślęczenia nad książkami i uczestniczenia w żmudnych ćwiczeniach.
System edukacyjny, jaki ukształtował się w świecie zdominowanym przez karpie był, podobnie zresztą, jak wiele innych dziedzin życia, bardzo specyficzny. Szkoła podstawowa był obowiązkowa i na tym etapie szkolnictwa podobieństwo do wcześniej praktykowanych się kończyło. Szkoły średnie jedynie z otoczki przypominały stare, sprawdzone metody. Były więc ogólnokształcące licea, specjalistyczne technika i szkoły zawodowe, edukacja w których różniła się czasem pobierania nauki. I w zasadzie jedynie tym. Następnym stopniem były studia wyższe, lub dwuletnie o mniej prestiżowym znaczeniu. Po wybraniu kierunku, w którym dany karp chciał pogłębiać swoją wiedzę, kierowano go na spełniające wymagania uczelnie i dalej pozostawało tylko czekać, czy dany kandydat wytrwa trudy pobierania nauk. W przypadku uczelni wyższych i w mniejszym nieco stopniu również szkół średnich, w zależności od prestiżu szkoły, odpowiednio różniły się również opłaty związane z uczęszczaniem do nich, co nie było akurat czymś szczególnie oryginalnym. Dziwne było jedynie to, że niczym nie różnił się sam tok i program nauczania, bez względu na kierunek nauki. Należało po prostu uiścić odpowiednie opłaty, a później przez wyznaczony okres czasu uczęszczać na zajęcia do wskazanych obiektów szkolnych. Zajęcia były dowolne. Warunkiem było, aby odbywały się w szkolnych murach. Może takie rozwiązanie wydać się nieco dziwne, albo wręcz absurdalne, ale nic bardziej mylnego. W trakcie dziesiątek, potem setek lat kształtowania się społeczności karpi dostrzeżono pewną prawidłowość. Otóż wszystkie karpie prezentowały ten sam poziom intelektualny i bez względu na intensywność, sposób, czy długość pobierania nauk, nie ulegał on najmniejszej zmianie. Wobec powyższego uznano, że nie ma sensu rewolucjonizować i różnicować programu nauczania, skoro i tak żaden z karpi nie jest w stanie przyjąć więcej wiedzy, niż już posiada i jaką wyniósł ze szkoły podstawowej, w której, nawiasem mówiąc, tok nauczania niczym się od późniejszych nie różnił. Jaki więc był sens w ogóle dzielić uczelnie na rodzaje, różnicować wydziały i kierunki? A wbrew pozorom bardzo duży. Po pierwsze, dzięki temu można było już na wstępie wyselekcjonować najbardziej leniwe i najmniej ambitne jednostki. Tacy kończyli na podstawówce. Potem odpadali ci najubożsi, których nie było stać na opłacenie składek na komitet rodzicielski, pokrycie kosztów czesnego, zakwaterowanie, kart członkowskich, korepetycji, obozów koedukacyjnych, szkoleń i dodatkowych kursów dokształcających. W ten sposób kolejno wykrystalizowały się szeregi karpi o wykształceniu zasadniczym zawodowym i średnim, potem niepełnym wyższym i wreszcie wyższym magisterskim oczywiście z dalszym istotnym podziałem prestiżowym w zależności od renomy uczelni. Nikogo nie dziwiło, że bardziej szanowany był magister, który ukończył cieszący się bardzo dużą estymą kierunek filozoficzny, jakim był dla przykładu bliski znajomy mleczarza, na Uniwersytecie Stołecznym Jeziornym, niż w jakimś stawie na peryferiach, w których często wystarczyło dać wykładowcy flaszkę i można było nie przychodzić przez tydzień na zajęcia.
Tak więc z grubsza mamy za sobą przybliżenie rzeczywistości świata Stefana. Młody karp niemal całe dotychczasowe życie spędził w szkolnych murach, w najbardziej prestiżowych uczelniach i właśnie został świeżo upieczonym magistrem sołtysem, którym za nic w świecie nie chciało mu się być. Z kolei, jak już wcześniej wspomniano, nie uśmiechało mu się spędzać kolejnych dwóch lat na robieniu dodatkowego fakultetu. Ojciec tłumaczył mu, że gdy zostanie już sołtysem zawodowo, nie tylko z wyuczenia, nie będzie się musiał martwić o nic, wszystkie drzwi będą stały przed nim otworem i będzie mógł robić czego tylko dusza zapragnie. No tak. Ojciec miał bez wątpienia rację. Ale Stefanowi sen z powiek spędzało to, że w ten sposób do końca życia zostanie już sołtysem. A on potrzebował czegoś więcej. Chciał czuć wiatr w żaglach, pragnął ciągle poznawać nowe lądy i krainy, nowe jeziora, morza i oceany. Nowe gatunki. Gdy tylko poruszał te z wszech miar nurtujące go tematy rodzice zawsze karcili go mówiąc, że przecież nigdzie nie żyją żadne inne gatunki poza karpiami, więc prawdopodobieństwo spotkania jakiegokolwiek odmieńca jest praktycznie zerowe. A na wycieczki spokojnie będzie mógł jeździć, kiedy tylko jego serce za nimi zatęskni. Oczywiście, żeby tak było, musi spełnić jeden podstawowy warunek nie do zastąpienia i nie do podważenia. Mianowicie musi zostać sołtysem. I tu koło się zamykało. Dla Stefana znaczyło to wprost: żeby nie być sołtysem musi zostać sołtysem. Istny paragraf dwudziesty drugi. I może by w końcu uległ namowom rodziców, gdyby nie pewne zdarzenie, którego doświadczył będąc na ostatnim roku studiów, może na dwa miesiące przed egzaminem magisterskim, który notabene, polegał na kilkugodzinnym tłoczeniu się w korytarzu, wypaleniu w tym czasie dwóch paczek papierosów, spluciu podłogi korytarza, kilkakrotnym odwiedzeniu kibla, następnie dziesięciominutowym uśmiechaniu się do komisji egzaminacyjnej, a na końcu szczerym uradowaniu się, wręczeniu przedstawicielom grona pedagogicznego upominków w postaci butelek jakiegoś wykwintnego trunku, eleganckich bombonierek oraz wiechci kwiatów i wreszcie urżnięciu się w trupa w knajpie, w domu lub w plenerze. W każdym bądź razie zanim nastąpił w życiu Stefana ten niezwykle ważki dzień miało niezwykle brzemienne w skutkach dla jego przyszłości zajście. Otóż przebywał na weekendowym wypadzie z dala od zgiełku wielkiej miejskiej metropolii na łonie względnie cichej i nieskażonej przemysłem natury. Wówczas spotkał sędziwego karpia liczącego sobie bez mała siedemset lat. Albo i tysiąc siedemset, tego jakoś karp nie mógł sobie za żadne skarby przypomnieć. W każdym bądź razie istotnym było to, że ów staruszek pamiętał jeszcze czasy sprzed wojny, bez przerwy mając przed oczami ciasne, przytłaczające poczuciem klaustrofobii wnętrze żeliwnej wanny, którego nijak nie mógł się pozbyć. I nawet fakt, że to właśnie jej zawdzięcza życie nie pomagał w wyzbyciu się gnębiących i bolących wspomnień. Stefan zamiast zwiedzać okolicę i delektować się dzikim krajobrazem całe trzy dni i noce spędził z Zozolem, bo tak miał na imię sędziwy karp, wsłuchując się w snute przez niego opowieści. Słowa starca tak zafascynowały chłopca, że do tej pory nie był w stanie ich zapomnieć, jakby usłyszał je dopiero przed chwilą. Mało. Miał wrażenie, że widział to wszystko, o czym prawił Zozol, że doświadczył tych dziwnych rzeczy, poznał te wszystkie istoty, odczuł ich obecność, oddech i ciepłotę ich ciał. Na samą myśl o czymkolwiek, co dotyczyło fantastycznego świata z opowieści doświadczał czegoś w rodzaju skurczu w głównym ośrodku nerwowym. Poza samą treścią Stefana bardzo fascynowało to, w jaki sposób, staruszek o tym wszystkim opowiadał, jak nagle zaczynały lśnić mu pokryte na co dzień gęstym bielmem oczy, drżał głos i mięśnie.
Od tamtego spotkania upłynęło już sporo wody w rzekach, a Stefan każdą wolną chwilę poświęcał na odwiedziny staruszka.
- Spotkałem raz osła – rzekł któregoś dnia Zozol.
- O Matko Boska – wyszeptał podekscytowany Stefan składając płetwy, jak do modlitwy.
- Żebyś ty go widział! – kontynuował staruszek. – Był piękny. I jaki wielki, a przy tym cholernie mądry, choć i nieco uparty. Skąd wiem, że uparty? Ano już ci mówię. Pewnego dnia nad staw, w którym w tamtych czasach mieszkałem przyszedł ów osioł w celu napicia się wody. Widać bardzo był spragniony, bo gdy tylko zanurzył pysk pod powierzchnią powstał taki prąd, jakby wóz strażacki wodę ciągnął do pożaru jakiegoś. Traf chciał, że przepływałem akurat w pobliżu, bo jak ci wcześniej napomknąłem ten osioł był bardzo mądry i wybrał miejsce gdzie woda był najbardziej czysta, miała optymalną temperaturę i odpowiednie nasycenie minerałami, stąd też właśnie i ja tam się znalazłem. W każdym bądź razie tak zaczął ciągnąć, że nie dałem rady zbyt długo walczyć z nurtem, w który nieopatrznie wpadłem. Oczywiście nie to, że od razu dałem się wciągnąć. Bity kwadrans młóciłem wodę wszystkimi płetwami z całych sił, ale mój wysiłek okazał się niestety próżny. Wówczas myślałem, że niestety. Do teraz dziękuję wszelkim najwyższym mocom, że nie wygrałem tego pojedynku. No, ale nie przeciągając opowieści, dość powiedzieć, że w końcu poddałem się i w pewnym momencie po prostu znieruchomiałem. Poczułem wówczas, jak z ogromną prędkością mknę w tył, a wraz ze mną inne mniejsze i większe stworzenia. Widać osioł był nie tylko spragniony, ale i również nielicho głodny. Pożarł wówczas, niczym wieloryb, mnóstwo mniejszych ryb, żab, kijanek, trytonów, ślimaków, pijawek, różnego rodzaju robactwa, skrzeku, glonów, rzęsy wodnej, różnej innej roślinności, drobnych kamyków i piachu. Do tego oczywiście wypił ze dwanaście metrów sześciennych wody, albo i lepiej.
- Może i z pięćdziesiąt… – wtrącił z szeroko otwartymi oczami zafascynowany opowieścią Stefan.
- A może i z pięćdziesiąt, kto go tam wie? – nie sprzeciwił się Zozol. – Faktem jest, że poziom wody opadł, co było dostrzegalne gołym okiem, a biorąc pod uwagę powierzchnię akwenu, to musiało być wypite całkiem sporo.
- Ale, jak to możliwe? – znów przerwał rozgorączkowany Stefan.
- Nie przerywaj mi, gdy mówię! – zestrofował go staruszek. – Po kolei wszystko powiem, nie na łeb przez dupę i po płetwach! Chaos wtedy będzie w historii i nic nie zrozumiesz. O ile w ogóle coś zrozumiesz, boś młody, to i głupi i tępy, jak śledź. Jak będziesz przerywał, to spływam w pierony i sam sobie resztę dopowiesz, rozumiemy się?
- Przepraszam – rzekł skruszony Stefan.
Zozol chwilę nerwowo się pokręcił, ale widać było, że wcale nie ma ochoty kończyć opowieści, że sprawia mu ona niemniejszą frajdę, jak słuchającemu. Wypuścił z pyska dwie duże powietrzne bańki i podjął:
- Nagle poczułem, że moja droga się skończyła. Na grzbiecie i brzuchu poczułem, choć miękkie, to wcinające się w ciało, napięte do granic wytrzymałości kąciki ust osła, a na bokach jego na szczęście dla mnie niezbyt ostre, by nie powiedzieć tępe zęby. Myślałem, że zaraz powędruję do jego przepastnego żołądka w ślad za innymi nieszczęśnikami, ale o dziwo nic takiego się nie stało. Znieruchomiałem. Po chwili poczułem, że osioł próbuje na powrót mnie wypluć, ale bez pozytywnego rezultatu. Najwyraźniej zaklinowałem się w jego paszczy, w skutek czego musiał wyciągnąć pysk z wody, by móc złapać oddech przez nozdrza. Kilkakrotnie machnął łbem, aż wreszcie wystrzeliłem z powrotem ku wolności. Niestety nie dotarłem do stawu, tylko spocząłem na trawie kilka metrów od brzegu. Z trudem łapałem oddech i nie mogłem przemówić, ale widziałem, że osioł bacznie mi się przygląda. Obwąchał mnie, po czym rozwarł wargi, ale nie wypowiedział żadnego słowa. Zbliżył je do mnie drżące i gorące, kilkakrotnie delikatnie trącił wilgotnymi chrapami i parskając wrzucił na powrót do życiodajnego stawu. Odetchnąłem z ulgą nurkując głęboko, aż do samego dna. Chwilę potem mknąłem już ku górze, chciałem wypłynąć na powierzchnię i podziękować za wspaniałomyślne oszczędzenie mnie i dodatkowo uratowanie życia. Mniej więcej w połowie drogi do powierzchni ponownie poczułem ów śmiertelny nurt i znów niestety zbyt późno. Pomyślałem wówczas, że osioł wziął mój sprint ku dnie za ucieczkę, a chciał o czymś ważnym porozmawiać, więc nie walczyłem z prądem, tylko pozwoliłem się nieść ku górze. I w ten sposób po chwili znalazłem się w tej samej sytuacji, co chwilę wcześniej. Gdy leżałem ponownie na trawie przy brzegu osioł uniósł kopyto, tak, że cień padł na me błyskawicznie wysychające ciało, chroniąc mnie w ten sposób od wyjątkowo mocno palącego tego dnia słońca. Doprawdy wspaniała istota. Nagle nie wiedząc z jakiej przyczyny osioł zachwiał się i opuścił gwałtownie nogę. W ostatniej chwili jednak zdążył ją cofnąć zahaczając mnie tylko o grzbiet. Nie powiem, było to dosyć bolesne, ale dzięki kopnięciu znów wróciłem do wody. Tym razem już nie nurkowałem, tylko nie tracąc czasu wypłynąłem na powierzchnię. Osioł widocznie również zaspokoił swój głód i pragnienie, bo stał tylko przy brzegu wpatrując się w toń, prawdopodobnie czekając wyłącznie na mój powrót. Gdy wypłynąłem na powierzchnię cofnął nieco łeb i nadal milczał. No to wówczas ja mówię do niego mniej więcej w te słowa:
- Dzięki ci za uratowanie życia po dwakroć – zacząłem. – Zdradź kimże jesteś, jeśli możesz rzecz jasna – dodałem.
Czworonóg spojrzał na mnie wytrzeszczając oczy i strzygąc uszami. Świdrował mnie tak przez blisko kwadrans, a ja nie byłem w stanie oderwać od niego spojrzenia. W końcu osioł odwrócił się, kucnął i wypróżnił się wprost do stawu.
Stefan patrzył na Zozola czekając, aż ten podejmie opowieść, ale karp przymknął oczy w zadumie i lekko, majestatycznie kołysał się zaciskając wargi, jakby podkreślając w ten sposób niebagatelną wagę swoich słów. Minęło pięć, dziesięć, potem już i piętnaście minut, a dziadek milczał. W końcu Stefan nie wytrzymał i już miał się odezwać, gdy Zozol wreszcie przemówił.
- Robi wrażenie, nie?
Uśmiechnął się triumfująco lewym półgębkiem i znów zaczął się kiwać. Stefan nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Owszem, opowieść wydała mu się całkiem ciekawa, niemniej nigdzie nie mógł dostrzec tego fenomenu owego osła. Nie chciał jednak uderzać zbyt ostrym pytaniem i głowił się długo, co by tu rzec. Nagle go olśniło.
- Skąd wiesz, że to był osioł? – zapytał.
- Że co? – odparł pytaniem, jakby budząc się z letargu.
- Pytam, skąd wiesz, że to był osioł? – powtórzył. – Widziałeś jakiegoś wcześniej?
- Oczywiście, że nie – obruszył się Zozol. – A ty widziałeś?
Stefan skulił się wobec ataku starca. Doskonale wiedział, że pytanie było nie fair, bo niby jakim cudem miałby widzieć osła, skoro żaden nie przeżył wojny, a on urodził się setki lat po niej.
- Wiesz, że nie – odparł pokornie. – Niby jak?
- Oczami – parsknął Zozol. – Przecież nie kawałkiem nadpalonego, starego drewna.
Stefan ponownie się zmieszał. Na ogół nie był taki potulny, ale szanował tego starego dziwaka i nie chciał sprawiać mu przykrości arogancją i fizycznością, którą z pewnością nad nim górował. W ogóle brzydził się takich postaw. Przemocy i takich tam. Nabywanie tężyzny fizycznej w celu szerzenia agresji wywoływało w Stefanie torsje i jakąś taką ogarniająca z wszech miar rezygnację i pogardę dla całego karpiego gatunku.
- Nie widziałem – powtórzył więc grzecznie. – A ty rozumiem, że widziałeś wcześniej, bo niby skąd byś wiedział, że to osioł, a nie na przykład bocian, lub słoik z musztardą?
- Gówno tam rozumiesz! – wybuchnął ponownie Zozol. – Myślisz, że jesteś taki mądry, bo szkoły pokończyłeś? Głupiś, ci mówię! Głupiś!
Zozol odwrócił się i czmychnął między gęste trzciny. Dno zamuliło się spowijając najbliższą okolicę mleczno burą zawiesiną drobin piasku i glonów. Nie było go dobry kwadrans, ale w końcu powrócił z mocno nadąsaną miną.
- Spotkałem go później – powiedział. – Stąd wiem, że tamten, to też był osioł. Wcześniej nie wiedziałem. Wówczas myślałem, że to wóz strażacki. W dodatku niemowa.
Stefan pokiwał się ze zrozumieniem. Temat bardzo go zaintrygował.
- A kiedy przekonałeś się, że to właśnie osioł? – dopytywał.
Zozol zamyślił się głęboko. Dumał i dumał, wiercił się i kręcił na boki, aż w końcu podpłynął do Stefana energicznie i rzekł:
- Powiem ci teraz coś, co musisz zachować wyłącznie dla siebie – zawiesił głos. – Musisz mi to obiecać.
- Obiecuję – powiedział Stefan bez zastanowienia.
- Dobrze się zastanów – przestrzegł Zozol. – Staniesz się powiernikiem jednej z największych tajemnic tego świata i nic już nie będzie dla ciebie takie samo, jak dotychczas. Rozumiesz to?
Stefan przez chwilę zastanawiał się, czy staruszek z niego nie drwi, ale marsowa mina Zozola rozwiała jego wątpliwości. Młodzieniec wykonał czynność zbliżoną do przełknięcia śliny i zdrowo beknąwszy rzekł:
- Rozumiem.
Zozol przyjrzał mu się uważnie patrząc głęboko w oczy.
- Przysięgnij – rzekł.
Stefan zatrzepotał płetwami, pokraśniał i czknął nerwowo.
- Przysięgam.
















Rozdział III
Osioł

Władze karpiego społeczeństwa skupiały się w potężnym gmachu umiejscowionym w rejonie wielkiej zatoki słodkowodnej u podnóża masywnych gór skalistych w umiarkowanym klimacie śródziemnomorskim. Najważniejszą postacią w rządzie był Porucznik Gustaw, karp w średnim wieku, potężnie zbudowany, o wyrazistym, mądrym spojrzeniu. Cieszył się ogólnym społecznym poparciem, głównie z uwagi na liberalne decyzje i szeroko posunięte reformy w systemie edukacji i infrastrukturze. Prócz niego w ekipie rządzącej zasiadało jeszcze cztery karpie pełniące role doradcze, a zarazem kontrolne, choć władza, którą dzierżył Porucznik była autorytarna i jego decyzje nie podlegały wetowaniu. Karpi świat był rodzajem monarchii i cała odpowiedzialność za wydawane rozkazy, decyzje i ustawy spadała wyłącznie na Gustawa.
Przez ostatnie kilka dni monarcha nie opuszczał swoich komnat usilnie pracując nad nowym programem reformatorskim mającym na celu uzdrowienie społeczeństwa, które ostatnimi czasy popadło w marazm i swoistego rodzaju letarg spowodowany głównie monotonią i bezczynnością. Doradcy głowili się, co też wymyśli ich przywódca, ale nie olśniły ich żadne konkretne pomysły. Wreszcie, kiedy niecierpliwość i troska o losy narodu sięgały już apogeum, drzwi prowadzące do osobistego, nie udostępnianego nikomu bez wyjątku gabinetu otworzyły się z sapnięciem i w progu pojawił się sam Porucznik Gustaw. Z jego postawy i wyrazu twarzy można było odczytać, że podjął jakąś bardzo ważną decyzję.
- Słuchajcie – przemówił zasiadając przy okrągłym stole. – Jedyną szansą na ratunek naszego zapadającego się coraz głębiej w nicości społeczeństwa, jest wprowadzenie jego zróżnicowania. Tylko to może przynieść pożądane efekty. Musimy doprowadzić do tego, aby nasz świat nie był zamieszkany wyłącznie przez jeden gatunek. Ma być ich przynajmniej tyle, co przed wojną.
Doradcy popatrzyli po sobie bez zrozumienia.
- To znaczy, że jak? – rzekł Sułtan Ibrahim, przewodniczący kapituły doradczej.
- Zwyczajnie – odparł spokojnie monarcha. – Zrobimy tak, że na powrót nasze wody i lądy zasiedlą inne ryby, gady, płazy i ssaki.
- To przecież niewykonalne – zaprotestował inny zastępca, Gerwazy z Gliwic. – Poza tym bardzo dla nas niebezpieczne, gdyby już się stało.
- Nic bardziej mylnego – głos Porucznika nadal był spokojny. – Podzielimy się po prostu na ryby i inne istoty. Ot i wszystko.
Karpie popatrzyły po sobie niezdecydowane. Na pierwszy rzut oka widać było, że ni w ząb nie dotarło do nich to, co przed chwilą dotrzeć powinno.
- Znaczy się jak? – zapytał w końcu Sułtan. – Że co?
Porucznik okrążył stół delektując się wrażeniem, jakie robi na zebranych, którzy wodzili za nim wybałuszonymi ze zdziwienia i niezrozumienia oczami. Nie zatrzymując się podjął świadomie używając protekcjonalnego tonu.
- Najzwyczajniej w świecie. Część wyłonimy na podstawie informacji o poszczególnych osobnikach, ich predyspozycjach i umiejętnościach. Resztę podzieli się zgodnie z rejonizacją i liczebnością.
- Jak to podzieli? – dopytywał Wania Podjebiełkow, najmniej przez Porucznika ceniony zastępca, którego Gustaw podejrzewał zresztą o dywersję i szpiegostwo. – Coś, jak losowanie?
- Bardzo dobrze kombinujesz, Waniuszka – pochwalił Podjebiełkowa monarcha. – Właśnie o to mniej więcej chodzi. Musimy najpierw ustalić jakie gatunki i rasy są nam potrzebne, a potem po prostu przyporządkujemy poszczególne jednostki do ustalonych wcześniej grup i po krzyku. Oczywiście w sferach rządowych i na głównych stanowiskach administracyjnych pozostaną karpie właściwe, tak samo, jak we wszystkich guberniach jakie wyłonimy w drodze podziałów i rejonizacji. Oczywiście wszystkie one będą tylko umowne, w rzeczywistości nic nie ulegnie zmianom, ale samo zróżnicowanie, choć stricte symboliczne powinno przynieść pożądane skutki.
- No dobrze – wtrącił Karmazynowy Ed Bulwa, ostatni i zarazem najmłodszy z doradców. – Jak zatem odróżnimy poszczególne gatunki?
- Dobre pytanie – podchwycił Gerwazy z Gliwic. – Każemy im nosić jakieś czapeczki identyfikacyjne?
- Niekoniecznie – odparł Porucznik. – Chociaż takie rozwiązanie też jest nienajgorsze. Ja w każdym bądź razie proponuję tatuaże na czołach, tuż nad oczami, tak żeby zawijały się na boki i dodatkowo na płetwie grzbietowej. Będą widoczne z każdej strony.
- No tak – podjął po chwili niezręcznego milczenia Sułtan Ibrahim. – Ale to załatwi sprawę jedynie z bliskiej odległości. Z daleka nie sposób będzie odczytać napisów.
- A kto mówił o napisach? – obruszył się Gustaw – Kolorystyka, chłopie, kolorystyka. To symbole. Załóżmy, że czerwony odcień będzie oznaczał psa, zielony krowę, a niebieski niedźwiedzia, lub jakoś tak. Podkreślam, że to tylko przykład. Konkrety ustalimy w drodze głosowania. Chodzi tylko, żebyście pojęli istotę zmian. Oczywiście wszystko musi być zrobione z głową, stopniowo. Rozpoczniemy od innych ryb, i póki co, na tym poprzestaniemy. Aby nie wprowadzać zbędnego zamieszania proponuję na początek reaktywować tylko kilka względnie łagodnych i niezagrażających nam gatunków, żeby uniknąć paniki i nie pobudzać negatywnych emocji. Więc płastugi, może uklejki i szczupieńczyki. Zobaczymy, jak to się przyjmie. Proponuję, żeby wszystkim zajął się Karmazynowy Ed Bulwa.
- Dla czego właśnie on? – zaoponował Wania. – A nie, na przykład Gerwazy, lub ja?
- A jakie to ma znaczenie? – odparł Porucznik. – Ktoś musi to zrobić. Każdy będzie miał swoją robotę. Ty, będziesz nadzorował kolejne projekty. Nie ma co dyskutować. Moja decyzja jest nieodwracalna. Koniec posiedzenia. Teraz żegnam.
- Jeszcze tylko jedno – dodał Wania. – Na jaki kolor mam pomalować płetwy?
- Ty na żaden. Masz trzy gatunki ryb. Każdy ma być niebieski i dodatkowo odcień uszczegółowiający, czyli odpowiednio ciemniejący dla płastugi, uklejki i szczupieńczyka. Jasne?
*
Zozol płynął z nadzwyczajną, jak na swój wiek, gracją, determinacją i temperamentem. Pokonywał kolejne przeszkody nie oglądając się za siebie. Stefan dzielnie dotrzymywał mu kroku. Zżerała go ciekawość i niepokój. Miał wrażenie, że mijają niektóre miejsca kilkakrotnie, jakby Zozol nie był pewien, gdzie dokładnie zmierza, lub przeciwnie, drogę znał doskonale, a tylko celowo ją gubił, by zdezorientować go na wypadek, gdyby Stefan chciał kiedyś samemu tu wrócić. Jeśli celem był drugi z powodów to po pewnym czasie okazał się skuteczny. Młodzian płynął nie próbując już nawet rejestrować elementów krajobrazu, które mogłyby pomóc mu w odnalezieniu drogi. Mijali wzgórza i doliny, przełęcze, łąki i piaszczyste równiny, kręte plątaniny wąwozów, wreszcie podziemnych korytarzy i kompleksów częściowo zatopionych jaskiń i pieczar. Wreszcie, po upływie kilku godzin żmudnej wędrówki Zozol znacznie zwolnił. Gdy Stefan zrównał się z nim w szeregu, staruszek rzekł:
- Za chwilę będziemy na miejscu. Czeka nas jeszcze pokonanie jednego stromego i dosyć wąskiego syfonu. Bądź ostrożny i uważaj, żeby się nie zaklinować i nie pogubić drogi. Woda tam wyjątkowo mętna i zimna. Brak też jakiegokolwiek oświetlenia. Trzymaj się blisko i nie trać mnie z oczu.
Stefan zastosował się do wskazówek bez zbędnych pytań. Ani myślał teraz się zgubić. Nie miał bladego pojęcia gdzie się znajduje. Czy popłynęli na wschód, czy na zachód? Na północ? A może na południe? Jak daleko odpłynęli od rodzinnych stron? Nie miał najmniejszego pojęcia.
W pewnym momencie wąski przesmyk, jakim już od dłuższego czasu podążali zaczął się znacznie rozszerzać, woda stała się bardziej przejrzysta, z każdą chwilą było jaśniej i cieplej. Wreszcie wyraźnie dało się odczuć przenikające wodę promienie słonecznego światła. Po chwili wynurzyli się na powierzchnię i zaczerpnęli powietrza.
- Jesteśmy na miejscu – oznajmił Zozol.
- Cieszę się – rzekł Stefan. – Nie rozumiem tylko, po co była ta cała heca z przysięganiem, skoro tak mnie zmotałeś, że nawet jakbym bardzo chciał, to za cholerę tu nie trafię.
Staruszek uśmiechnął się półgębkiem zadowolony, że nie zatracił jeszcze zdolności kamuflażu.
- Nie chodzi o to, jak tu trafić, tylko raczej o to, co tu zobaczysz. A zresztą. Pewnie i tak nikt ci nie uwierzy.
To powiedziawszy ruszył w kierunku oddalonego o kilka mil brzegu. Płynęli bez pośpiechu tuż pod powierzchnią delektując się słoneczną kąpielą. Po kilku minutach wpłynęli do niewielkiej, lekko zacienionej skalistej zatoczki.
- A teraz uważaj – ostrzegł staruszek wychylając się na powierzchnię. – Gialuka! Ryknął ile sił w skrzelach. – Gialuka! Właź! To ja, Zozol!
Stefan zlustrował uważnie okolicę ale nie mógł dostrzec niczego szczególnego. Słychać było szum poruszanego wiatrem listowia i nic poza tym. Nagle, spomiędzy osłoniętej gęstymi zaroślami sterty kamieni rozległ się donośny, wolny i dosyć głęboki głos z mglistą naleciałością trudnego do zidentyfikowania akcentu.
- A co to za ojszczymura tu ze sobą przyprowadziłeś?
Zozol lekko się zmieszał i mrugnął do Stefan porozumiewawczo.
- To mój zaufany! – odparł pośpiesznie. – Uczeń! Ręczę za niego!
Ciszej nieco zwrócił się do młodzieńca.
- Przepraszam. Zapomniałem cię ostrzec, że Gialuka ma nieco niewyparzoną gębę. To jeszcze pozostałość, a raczej efekt ciężkiego i trudnego dzieciństwa. Poza tym wychował się pod Palermo. W sumie jest bardzo łagodny, tylko nieco nieufny.
- Ma ryj jakiś taki cwaniacki! – nie ustępował w podejrzliwościach Gialuka.
- Tylko ciekawy i wystraszony! – wyjaśnił Zozol.
- Wcale się nie boję – obruszył się Stefan. – Tylko…
- Zamknij się – przerwał szeptem staruszek. – Milcz, aż powiem.
- Co tam mamroczecie? – głos nieznajomego dobiegał już z bliższej odległości. – Mamrot oznacza, że macie coś do ukrycia!
Stefan ocenił, że cierpliwość Zozola jest już nadwyrężona. Staruszek zamachał nerwowo płetwą i podpłynął wprost do kępy wyrastających spomiędzy kamieni krzewów i rzekł:
- Słuchaj, capie – zaczął. – Płynęliśmy tu prawie pół dnia nie po to, żeby pogadać z krzakiem. Wyłaź z łaski swojej i chociaż przywitaj się jak należy.
Gęste od liści gałęzie zatrzęsły się, do wody chlupnęło kilkanaście niewielkich kamieni. Stefan wytrzeszczał ciekawskie oczy, gdy wreszcie dostrzegł wolno, jakby ostrożnie wyłaniającą się spośród gęstwiny postać. Nie wiedział zupełnie czego się spodziewać, choć przygotowany był na coś niecodziennego. Jednakże to co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Oto na brzeg wyłoniło się olbrzymie, włochate, zwierzę, jakiego nie powinno być wśród żywych. Pociągła głowa ozdobiona była parą długich uszu, a paszcza baterią prostokątnych, raczej tępych zębów. Zwierz stał na czterech łapach i wyglądał nadzwyczajnie.
- Cześć, Gialuka – zaczął Zozol. – To jest Stefan, mój podopieczny – dodał wskazując na młodzieńca.
- Witaj – odparł Gialuka zupełnie ignorując młodego karpia. – Dużo lat upłynęło od naszego ostatniego spotkania. Widzę, że pozostajesz w dobrym zdrowiu, co mnie cieszy.
- Wzajemnie – rzekł staruszek. – Mój przyjaciel – ponownie wskazał na Stefana – jak już pewnie sam się domyśliłeś, urodził się po wojnie. Nigdy nie widział niczego żywego, prócz karpia.
Gialuka spojrzał wreszcie na zaszokowanego młodzieńca. Pokiwał głową wyrozumiale.
- I cóż tak wytrzeszczasz ślepia? – zapytał. – Więcej już nie zobaczysz. Jestem osłem.
Wobec takiego oświadczenia Stefan dodatkowo rozdziawił jeszcze usta.
- Jak to? Jakim cudem? – zapytał oniemiały.
Gialuka spojrzał na Zozola pytająco.
- Możesz mówić spokojnie – rzekł karp.
Osioł usiadł wygodnie, podłubał kopytem między kamieniami, jakby szukał między nimi zegarka lub plasterka marchwi, albo jeszcze czegoś zupełnie innego, byle o niewielkich rozmiarach i strzygąc uszami rzekł:
- Byłem małym, bardzo małym osłem. Na dwa dni przed wybuchem wojny kąpałem się akurat w sadzawce razem z innymi oślątkami. Moi rodzice już wtedy nie żyli. Ojca przerobili na salami jeszcze przed moimi narodzinami, a matkę chłop sprzedał na targowisku, gdy miałem pół roku. Później też przerobiono ją na salami. W każdym bądź razie byłem pozbawiony nadzoru w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Zbliżały się te cholerne święta i poszła wieść, że nasz gospodarz ma intratne zamówienie na kiełbasę i inne wędliny, więc stało się jasne, że wszyscy trafimy pod nóż. Próbowałem przekonać o tym innych, ale z uwagi na mój młody wiek nie byłem w stanie przemówić nikomu do rozumu. Wobec tego, gdy wszyscy wyleźli z porannej kąpieli ja przyczaiłem się w tej sadzawce i zamierzałem bezpiecznie przeczekać do wieczora, a potem pod osłoną ciemności wydostać się na brzeg i dać nogę w góry, w których żyły wówczas dzikie osły. Ale niestety nie udało się. Byłem bardzo głodny i połakomiłem się na dorodną marchewkę, którą dostrzegłem unoszącą się w blasku księżyca wśród fal. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zaraz po tym, jak ją capnąłem spragnionymi ustami poczułem w wardze ostry ból, aż oczy zaszły mi mgłą. Coś z potworną siłą ciągnęło mnie w kierunku brzegu.
I co się okazało? Teraz, z perspektywy czasu aż mnie śmiech ogarnia, a poza tym całemu temu dziwnemu zajściu zawdzięczam przetrwanie. Jestem jednym z nielicznych, a może i jedynym osłem, który został złapany na wędkę. Wędkarz, co nie mniej dziwne, był przekonany, że jestem karpiem i mimo, iż każdy napotkany przez niego człowiek tłumaczył mu, że jestem małym osłem, ten nie dał się przekonać i po powrocie do domu wrzucił mnie do wanny. Resztę możesz sobie dopowiedzieć. Od tamtej pory ukrywam się w tej dolinie, na którą zawaliła się cała okolica. Wanna uratowała mi życie zarówno przed wojną, jak i przed lawiną, jaka runęła na chałupę, w której stała.
Stefan, wysłuchawszy opowieści, popatrzył na osła z podziwem i współczuciem.
- I nie spotkałeś od tamtej pory żadnego krewniaka? – zapytał.
- Nikogo – odparł roniąc łzę. – Tylko Zozola. I teraz ciebie.
- Nie łżyj – skarcił go stary karp. – Należy mu się prawda. To w porządku chłopak.
- No skoro tak mówisz – rzekł bez większego przekonania Gialuka. – Mam znajome trzy żółwie, kota i miniławicę „japońcy”. Kot mieszka ze mną, żółwie po drugiej stronie doliny, a ryby odwiedzają mnie często.
W tym momencie na powierzchni pojawiło się pięć złotawych rybich łebków.
- Ot i „japońce” – przedstawił Gialuka.
Stefan ponownie rozdziawił oczy i paszczę. Zozol przywitał się grzecznie wymieniając pozdrowienia. Największy ze złocistych karasi, sprawiający wrażenie przywódcy, przemówił zdradzając symptomy zatrwożenia.
- Nadchodzi koniec świata! – zaczął bez wstępnej zwłoki.
Dalszej relacji Stefan nie usłyszał, gdyż jego umysł nie był przygotowany na jednorazowe przyjęcie tak potężnej dawki emocji.
*
Koncepcja Gustawa sprawdziła się lepiej, niż przypuszczał sam jej pomysłodawca. Po niedługim czasie wody zaroiły się od przeróżnych gatunków ryb. Zgodnie z założeniami planu znacznemu zróżnicowaniu i urozmaiceniu uległa egzystencja karpiego społeczeństwa. Szybko zaczęto odczuwać obecność innych niż karpie mieszkańców wód, którzy bez większych przeszkód przyjęli na swoje barki ciężar bycia kimś innym niż dotychczas. W ślad za tym rozwinęło się również szkolnictwo, które kształciło adeptów w sztuce adaptacji i znajomości zwyczajów, historii, nawyków i upodobań swoich świeżo poznanych protoplastów. Niestety radość ze zmian nie trwała długo. Zanim władze dostrzegły stopień zaawansowania prac i zaangażowania społeczeństwa w program naprawczy, było już za późno. Długie lata marazmu, w jakim tkwiły karpie wcale nie spowodowały, jak początkowo przypuszczano, zastoju rozwojowego i braku akceptacji dla zmian. Wręcz przeciwnie. Okazało się bowiem, że monotonia budowała w masach coś na wzór stosu atomowego, który tylko czekał, aby się uaktywnić. Rzekoma obojętność i apatia okazała się odpowiednikiem społecznego zaciskania zębów i czekania na sygnał. Gdy Porucznik kazał wyodrębnić pierwszy odmienny od karpi gatunek, dalej zmiany przebiegły wręcz lawinowo. Nie nadążano dobierać kolorów i innych elementów rozróżniających poszczególne osobniki. Mało tego. Jak wspomniano wcześniej, zmiany pociągnęły za sobą szeroko zaawansowaną transformację i rozłamy społeczne. Poszczególne gatunki zaczęły zdradzać cechy obce karpiom, właściwe za to dla ich nowo uzyskanej tożsamości. I o ile w przypadku, dajmy na to, śledzi problem na szerszą skalę w zasadzie nie istniał, to już w odniesieniu do gatunków drapieżnych, które nierozważnie również powołano do życia, konsekwencje i zasięg zmian wymykając się spod kontroli przybrał dalece niepokojące rozmiary. Przykładowo karpie rekiny zaczęły szerzyć terror i zanim władze się spostrzegły pożerały już swych dotychczasowych pobratymców całymi stadami i ławicami rosnąc przy tym w siłę i potęgę. Jeszcze dalej zaawansowane mutacje zaszły w wyniku fatalnego w skutkach pomysłu, aby powołać do życia również istoty, które nie ograniczały się do egzystencji wyłącznie w środowisku wodnym, ale i wodno – lądowym, a następnie również wyłącznie lądowym. Tak więc po rzekach, jeziorach i morzach zaczęły krążyć watahy krokodyli i aligatorów, które aby dać zadość tradycji zaczęły coraz częściej wypełzać na ląd. Początkowo wyłącznie po to, żeby wylegiwać się na słońcu, ale z czasem również, aby polować na zwierzynę, która coraz liczniej zamieszkiwała podmokłe tereny nadbrzeżne, lub przychodziła do wodopoju. Szczególnym przysmakiem karpi krokodyli stały się też ptasie jaja. Gady potrafiły spędzić całe godziny na ich poszukiwaniu wśród gęstych krzewów, bujnej trzciny, czy obfitego w nadrzecznych terenach poszycia.
Po pewnym czasie rząd Porucznika Gustawa stracił jakąkolwiek kontrolę nad procesami przemian społeczno środowiskowych i musiał abdykować, ograniczając swoje wpływy jedynie do karpi, które pozostały karpiami. Niestety i te z czasem zaczęły słabnąć i ich prestiż stawał się coraz mniejszy. Powyższe spowodowane było tym, że coraz większe rzesze karpi, jakby całkiem już znudzone swoją tożsamością, bądź wiedzione ciekawością, chciały zostać kimś zupełnie innym. Z uwagi na to, że proces transformacji był wyłącznie jednostronny nawet w przypadku rozczarowania nowym wcieleniem nie było już szansy powrotu. I tak po kilku latach ze świata karpi pozostały już tylko zgliszcza. Najbardziej zagorzali autochtoni rekrutujący się z szeregów osobników, które pamiętały jeszcze okres przedwojenny zostali wytępieni przez specjalnie przeszkolone w tym celu oddziały wydr i wędkarzy. Porucznik został w końcu jednym z dwóch karpi, które aby przeżyć musiały ukrywać się w brudnych, cuchnących, omijanych przez inne istoty szerokim łukiem wodach. Drugim był Zozol. Przez pewien czas współpracował z nimi również Stefan, ale w końcu nie oparł się pokusie i zostając niedźwiedziem polarnym wyniósł się w arktyczne rejony pozostając jednakże wiernym swoim towarzyszom nie zdradzając ich.
I tak z rasy panującej karpie stanęły przed widmem wymarcia. Odcięci od świata przez długie dziesięciolecia nie wiedzieli, co dzieje się poza sadzawką. Tak trwali w ciemnocie aż do dnia, w którym na brzegu bajora stanął Gialuka.

Gwiezdny Furman vs. obce coś

Ostatni raz sprawdził wskazania czujników i sygnalizatorów. Wyglądało na to, że wszystko działa bez zarzutu. Nadał przez interkom wiadomość o gotowości do startu i po uzyskaniu zgody na lot uruchomił turbiny odpalające. Chwilę później pilotowana przez niego fura przebiła się przez stratosferę i znalazła na orbicie okołoziemskiej. Furman odpieczętował kopertę z tajnymi rozkazami, którą zgodnie z procedurami mógł otworzyć dopiero po opuszczeniu atmosfery ziemskiej i wprowadził do systemu sterowniczego odpowiednie parametry.
- Furfurman do załogi – powiedział uruchomiwszy wewnętrzny system komunikacyjny. – Proszę wszystkich o przygotowanie się do hibernacji. Pozostały czas do startu minut piętnaście minus dziesięć sekund.
Chwilę później nadzorował już końcowe przygotowania załogi do umieszczenia w kabinach kriogenicznych.
- To krótki lot – mówił. – Żadnych udziwnień i dodatkowych atrakcji. Miłych snów życzę.
Patrzył jak kolejne sześć kabin zamyka się przeszklonymi pokrywami nad ułożonymi w ich wnętrzach ciałami. Sam ulokował się w ostatniej i czekał na rozpoczęcie letargicznego procesu. Po kilku precyzyjnie obliczonych minutach zaczął spokojnie śnić. Uśmiechał się błogo nosząc w ramionach małe, różowiutkie i urocze, kochające Furmaniątka, wyjątkowo namiętne Furmanki bezustannie czule całowały go na dzień dobry, dowidzenia, dobry wieczór i dobranoc. Skrwawione ludzką posoką baty lśniły równo ułożone w usytuowanym w sieni nabatniku w każdej chwili chętne i gotowe, by wyskoczyć wprost do sięgających po nie spragnionych rozrywki dłoni. Programista dobrze się spisał. Dzięki takim wizjom zarówno Furfurman, jak i pozostali członkowie załogi obudzą się zrelaksowani, rześcy i gotowi do wypełnienia czekającej ich misji.
*
Pulpit zamigotał, na chwilę całkowicie zgasł, by zaraz potem z elektronicznym westchnięciem rozbłysnąć gamą świetlistych barw. Pokrywy kabin uniosły się wolno uwalniając kłęby obojętnej dla Furmanów i Pobuczy mieszaniny dwutlenku węgla, siarkowodoru i amoniaku. Członkowie załogi przebudziwszy się wymieniali tradycyjne w takich okolicznościach żarty i pozdrowienia, rozciągali, masowali ścięgna i mięśnie. Po dwóch kwadransach wszyscy spotkali się w mesie i przystąpili do gotowego, skondensowanego posiłku, na który składały się głównie odpowiedniki wieprzowej słoniny, tłustego boczku, przesyconej czosnkiem kiełbasy, pobuczowego drobiu, cebuli i razowego pieczywa. Wszystko zapijali kwasem chlebowym lub buskowianką. Gdy pierwszy głód został zaspokojony rozgorzały rozmowy dotyczące przede wszystkim planów na przyszłość. Po kilku chwilach beztroskiej wymiany zdań Furfurman poprosił o uwagę.
- Słuchajcie – zaczął. – Nie wiem, jeszcze nie wiem, dokładnie dla czego, ale fura obudziła nas przedwcześnie. Zgodnie z planem obecnie powinniśmy nadal błogo chrapać zmierzając do układu C11, z którego mięliśmy zabrać interesujące naukowców próbki. Tymczasem zostaliśmy wybudzeni. W tej chwili matka analizuje dane. Za jakiejś pół godziny powinniśmy znać przyczyny przerwania misji.
Po sali poniósł się odgłos podekscytowanych szeptów. Glebiarz aż zachłysnął się plastrem soczystego, sprawiającego wrażenie świeżo uwędzonego boczku.
- Czy to oznacza odwołanie priorytetowych założeń? – spytała Furmanka Gazownik.
- To oznacza wyłącznie to – odparł Furfurman, – że priorytety prawdopodobnie ulegną zmianie, ale poza tym zawsze pozostaną priorytetami, które jesteśmy zobowiązani wykonać.
Furmani popatrzyli po sobie niezdecydowani. Wyjaśnienie Furfurmana było co najmniej mało precyzyjne i raczej wymijające. Oznaczało to, że przerwanie misji nie wróży niczego dobrego. Skończyli posiłek i udali się do sterowni. Za oknami ukazała się ich oczom nieznana im konstelacja gwiezdna. Po lewej stronie majestatycznie prezentowała się średniej wielkości, różowego odcieniu planeta otoczona pierścieniem wirujących meteorytów, pyłu i różnych kosmicznych śmieci.
- Gdzie my jesteśmy? – spytał podekscytowany Glebiarz. – Nie przypomina mi to żadnego znanego układu. I ten odcień planety…
- Matka już wypluwa dane – odparł Furfurman. – Zaraz wszystko będzie jasne. Miejmy nadzieję.
Na ekranie monitorów zaczęły migotać ciągi szybko przesuwających się cyfr, liter i innych znaków, które układając się w słupki i tabele znikały ustępując miejsca kolejnym.
- Co to ma być? – Furmanolog nie krył zdziwienia. – To jakieś żarty. Potrzeba by tygodnia, żeby wyciągnąć z tego jakiekolwiek logiczne informacje.
Wszyscy utkwili wzrok w Pobuczu, który intensywnie wpatrywał się w zmieniające się alfanumeryczne układy.
- Wszystko jest w porządku – wtrącił Furman w ostatniej chwili dokooptowany do załogi przez Firmę na polecenie Cybermózgu w charakterze Motorniczego. – To zaszyfrowana informacja.
- Jak to zaszyfrowana? – podirytowany Furfurman zgrzytnął aż zębami – Nie jesteśmy na wakacjach. Cholera, w ogóle nie wiadomo gdzie jesteśmy. Należy się chyba jakieś wyjaśnienie?
W tym momencie zmieniające się wykresy znieruchomiały. Pobucz podrapał się po czole i przekazał komunikat Furmanowi Firmy.
- Już mówię – rzekł po chwili Motorniczy. – Matka odebrała z tej planety sygnały o nieznanej formie życia. Musimy pobrać próbki.
Furmani nieco się odprężyli.
- I to wszystko? – spytał Furfurman. – To nie mogliśmy tego zbadać w drodze powrotnej? Po co przerywać misję?
- Jest jeszcze coś – odparł Motorniczy. – Na tej planecie… Tam prawdopodobnie mieszkają Woźnicowie.
Furmani jak jeden mąż podskoczyli sięgając odruchowo po baty.
- Trzeba było tak od razu mówić – powiedział podekscytowany Glebiarz. – Wiadomo w jakiej liczbie i konkretnie gdzie?
- Dane nie są kompletne, ale to raczej bardzo niewielka kolonia. Góra kilkadziesiąt sztuk. A co do miejsca ich pobytu, to mamy konkretne współrzędne. Niestety atmosfera na tej planecie nie jest zbyt przyjazna. Niezbędne będą grube kufajki i blaszane berety.
*
Luk w dnie dryfującej na orbicie planety fury otworzył się wolno i po chwili w atmosferę wpłynął niewielkich rozmiarów wóz, na pokładzie którego znajdowało się trzech Furmanów: Furfurman, Furmanolog i Glebiarz. Po krótkim, spokojnym locie mała fura łagodnie wylądowała pośród karłowatych, dziwnie w kształcie uformowanych grzbietów górskich. Miejscowa grawitacja była dosyć silna, więc Furmani ciężko stąpali po pylistej nawierzchni. Glebiarz pozostał na pokładzie, podczas gdy dwaj pozostali uzbrojeni w świetlne baty zniknęli w plątaninie głębokich rowów i kanałów.
- Według danych – odezwał się Furfurman za pośrednictwem umieszczonego w baretce nadajnika – za tym zakrętem powinniśmy natknąć się na osiedle Woźniców. Przygotuj broń. Najpierw wyrżniemy wszystkich do nogi, a potem rozejrzymy się za interesującymi Firmę próbkami.
Baty rozbłysły jasnym, błękitnym światłem. Na trzy cztery Furmani wyskoczyli zza węgła, ale nie natknęli się na spodziewane domostwa. Mało tego. W miejscu domniemanych budynków nie było nic, co by je odróżniało od i tak wyjątkowo skąpego krajobrazu planety. Furmani zbadali otoczenie i przekazali stosowny meldunek. Mięli już wycofać się do fury, gdy nagle uwagę Furmanologa przykuł blaszany kocił na bieliznę, którego w tym miejscu w żadnej mierze być nie powinno. Był pusty. Postanowili zabrać trofeum ze sobą, ale ich oczom ujawnił się kolejny, nieco większy i o nietypowo pofałdowanej powierzchni. Zbliżając się do niego dostrzegli następny i za im jeszcze parę innych, a ponadto kilka obiektów przypominających kształtem dwukomorowe zlewozmywaki. Zachowując szczególną ostrożność badali je wnikliwie zeskrobując z wnętrz drobiny blachy. Cała okolica, jak okiem sięgnąć była nimi usłana.
- W życiu nie widziałem tylu kotłów na bieliznę – powiedział podekscytowany Furfurman. – Nawet w pralni.
Furmanolog przytaknął w milczeniu. Zbadali jeszcze kilkanaście pustych kubłów. Po woli zaczęli mieć dosyć nudnych, niewiele lub wręcz nic nie rokujących badań. Żadnych konkretnych, ciekawych śladów.
- Do dupy z takimi próbkami – rzekł w końcu podirytowany Furmanolog i rzucił przed siebie jednym z kubłów.
Wówczas to dostrzegli. A właściwie usłyszeli. Głuchy odgłos uderzenia metalu o metal. Dopiero wtedy zrozumieli swoją pomyłkę. Obiekt był tak wielki, że początkowo wzięli go za jedno z otaczających ich wzgórz lub masywów. A niewątpliwie tym nie był. Zwalistą, monumentalną konstrukcję pokrywała warstwa pyłu i kurzu. Podzielili się informacjami z pozostałymi na głównej furze członkami załogi i zachowując szczególną ostrożność przystąpili do oględzin znaleziska. W międzyczasie w pobliżu ukrytego obiektu wylądowała fura sondująca, z której wysiadł Glebiarz i dołączył do towarzyszy. Gdy obeszli konstrukcję dokoła znaleźli szczelinę w roztrzaskanej ścianie bocznej, która okazała się być zewnętrzną powłoką kadłuba statku gwiezdnego. Wnętrze nie wiele różniło się od tego, co już wcześniej obejrzeli. Wszystko pokrywał osad i drobny żwir. Ruszyli długim, zagraconym różnym sprzętem korytarzem. Oczy lśniły im czerwienią bez trudu przenikając najgłębsze ciemności. Większość wyposażenia statku uległo zniszczeniu prawdopodobnie w wyniku awaryjnego lądowania. Co i rusz drogę zagracały im różne bojlery, rury, kable, mnóstwo szczątków większych, bardziej złożonych konstrukcji. Zdziwiło ich to, że pomieszczenia, które po drodze mijali pozbawione były drzwi, lub sposób zamykania ich był efektem technologii, której nie znali. Zaglądali do kolejnych kabin. Żadnych śladów życia. Dotarli do rozwidlenia, które prowadziło na wyższy i niższy poziom. Z uwagi na ograniczenia czasowe, jakie narzucała im tutejsza atmosfera postanowili się rozdzielić. Furfurman ruszył w dół, pozostali zaś skierowali się ku górnemu pokładowi. Marsz był trudny, gdyż poza zagraceniem podłogi musieli pokonać dodatkowo pozbawioną stopni pochylnię o bardzo dużym kącie nachylenia. Po kilku minutach stanęli na równej powierzchni kabiny nawigacyjnej. Pulpity sterownicze były potrzaskane tak, że na pierwszy rzut oka widać było, iż nie da się ich uruchomić. Nietknięte były za to ziejące na nich czernią różnych rozmiarów monitory. Przyjrzeli się im uważnie. Pod warstwą kurzu skrywały się idealnie gładkie metaliczne powierzchnie pod wpływem stuknięcia dające w sumie zwyczajny, zniekształcony jedynie tutejszą grawitacją blaszany rezonans. Furmani wymienili zdziwione spojrzenia i zaczęli skrupulatnie przeglądać rumowisko. Początkowo nie stwierdzili niczego szczególnego, poza metalowymi monitorami. Jednakże to, co początkowo wydawało się być na pokładzie gwiezdnego statku czymś zupełnie zwyczajnym, zaczęło być w końcu przynajmniej nieco dziwne. Wszystko czego by nie dotknęli było wykonane z metalu. Żadnych przedmiotów z syntetycznego tworzywa. Siedziska i oparcia foteli pilotów, naczynia, szafki, ściany i podłogi, kable i cały otaczający ich sprzęt. Wreszcie sam pilot, który spoczywał na głównym, umieszczonym w centralnej części pomieszczenia stanowisku. Był furmanokształtny, ale zarazem zdradzał cechy jakiejś zupełnie innej, nieznanej formy życia. Dwie pary kończyn były częściowo przyspawane, a w niektórych miejscach przykręcone do fotela wyposażonymi w duże głownie śrubami. Groteskową, przypominającą nieco w kształcie końską głowę unieruchamiał długi nit zasklepiony na środku czoła i przytwierdzający ją do oparcia. Drążki i lewarki sterownicze zlewały się z dodatkowymi parami odnóży w jedną całość, co powodowało wrażenie, jakby nogi wrastały w podłogę, bądź przyrządy zasymilowały się z organizmem pilota przybierając kształt na podobiznę elementów jego ciała. Nienaturalnie długa, harmonijnie zwinięta druga para rąk sięgała wysoko ponad głowę istoty i przytwierdzona była do skomplikowanego w układzie zestawu szyn, rur i suwnic rozmieszczonych gęstą siecią pokrywającą sklepienie kabiny. Wyglądało na to, że w trakcie sterowania statkiem pilot mógł dzięki temu zmieniać usytuowany ponad głową układ, w czego efekcie skutecznie manewrował pojazdem. Glebiarz początkowo bojaźliwie, a po chwili nieco bardziej śmiało przystąpił do oględzin organizmu. Przy pomocy małego, ostrego dłuta pobrał próbki z różnych rejonów ciała i zapakował je wraz z innymi do pokrytej warstwą aluminium sakwy. Zrobili kilka zdjęć. Mięli już wychodzić, by odszukać samotnie dokonującego rekonesansu Furfurmana, gdy nagle pilot się poruszył. Właściwie to niczego nie dostrzegli, usłyszeli tylko piskliwy zgrzyt. Gdy odwrócili się w kierunku zajmowanego przez niego fotela ponad głową istoty unosiła się tylko smużka kurzu. Ponownie zbliżyli się do siedzącego dobywając dla bezpieczeństwa batów. Na pierwszy rzut oka nic się w jego wyglądzie nie zmieniło. Dopiero po chwili Glebiarz dostrzegł, że pilot miał nieco rozchylone, zamknięte wcześniej usta. Przypominające podkowy wargi odsłaniały gładko wyprofilowane wnętrze. Nagle z wnętrza metalicznego czerepu ponownie doszedł ich zgrzyt i groteskowy pysk rozchylił się jeszcze mocniej. Furmani instynktownie odskoczyli unosząc emanujące światłem baty. Trzy pary połyskujących, mechanicznych ust rozchyliły się w pionie i po chwili środkowe wypadły z brzdękiem i głuchym rezonansem. Odbijając się od korpusu potoczyły się z łoskotem na podłogę, po czym usta trzasnęły z pogłosem nieruchomiejąc w pozycji pierwotnej. Aż prosiło się, by dokonać szczegółowych badań dziwnego znaleziska, ale na obecną chwilę było to niemożliwe. Zapakowali więc szczękę wraz z resztą próbek i udali się w drogę powrotną. Minęli miejsce, w którym rozstali się z Furfurmanem i ruszyli dalej w dół korytarza. Kilka minut wcześniej stracili kontakt z przełożonym. Teraz tylko coś trzeszczało i świszczało w słuchawkach niczym z głośników starego, rozregulowanego radioodbiornika. Wyposażeniem dolny pokład zasadniczo nie różnił się od pozostałych poziomów. Tutaj również wszystko wykonane było z elementów metalicznych, ale tylko miejscami pokrytych pyłem, gdzieniegdzie zaś czymś w rodzaju organicznego nalotu lub pleśni. Różnica wynikała ze stopnia zawilgocenia i podwyższonej względem górnych poziomów temperatury. Czujniki w beretkach wskazywały poważne odchylenia w tym zakresie, co było odczuwalne fizycznie mimo, iż Furmani mięli na sobie solidne ochronne kufajki, gumofilce, waciaki, rękawice i beretki. Zwykle taki uniform pozwalał na swobodną egzystencję w temperaturze do minus stu dwudziestu i plus trzystu stopni Celsjusza. W temperaturze niższej Furmani zaczęli tracić szybkość i zapadali w coś na podobieństwo letargu, w którym trwali aż do momentu jej podniesienia. Potem szybko wracali do uprzedniej, niezmiennie bardzo wysokiej formy psychofizycznej. Więcej niż trzysta dodatnich stopni powodowało, że najpierw kombinezony, a następnie same chronione przez nie organizmy parowały lub topiły się w zależności od stopnia wilgotności, a przede wszystkim składu chemicznego atmosfery, w której przebywali. Obecne warunki sprzyjały raczej parowaniu, ale nie było aż tak bardzo gorąco. Wskaźniki informowały, że temperatura sięga stu osiemdziesięciu stopni. Zaczęli coraz bardziej zagłębiać się w czeluści obcego statku. W dalszym ciągu nie mogli nawiązać łączności z Furfurmanem. Nigdzie również nie było go widać. Nagle Glebiarz dostrzegł kątem oka, a właściwie nie tyle dostrzegł, co podświadomie wyczuł ruch po swojej lewej stronie. Mimo, iż zareagował błyskawicznie, jego bat tylko przeciął powietrze ze świstem. Profilaktycznie i dla pewności, czy też bezpieczeństwa smagnął jeszcze kilkakrotnie kierując śmiercionośny oręż w różne strony omiatając w ten sposób całą przestrzeń wokół nich. Gdy bat spoczął bez ruchu w okolicy zapanowała niczym niezmącona, wręcz nienaturalna cisza. Astronauci nasłuchiwali z wyczekiwaniem oddychając ciężko w każdej chwili gotowi do odparcia ataku, bądź jego przeprowadzenia. Bezdźwięk aż kłuł ich wrażliwe uszy. Po kilku chwilach wyczekiwania usłyszeli początkowo cichy z każdą sekundą narastający metaliczny odgłos przypominający wydźwiękiem zbliżający się pojazd o metalowych, cienkich kołach toczący się po równie martwej nawierzchni. Stanęli w rozkroku dzierżąc baty uniesione nad głowami i wyczekiwali na spotkanie z nieznanym przeciwnikiem. Huk był coraz większy, spotęgowany dodatkowo echem i rezonansem, jakie niosły się metalowymi, przypominającymi wielkie blaszane rurociągi korytarzami. Jednak odgłos, mimo iż coraz głośniejszy, z każdą chwilą stawał się mniej złowróżbny, jakby mniej masywny i druzgoczący. W końcu dostrzegli źródło dźwięku i nieco się uspokoili. Do wnętrza sali wolno wturlała się niewielkich rozmiarów pokrywa od kotła, jakich widzieli wcześniej mnóstwo poniewierających się wewnątrz i na zewnątrz statku. Wieko zatoczyło wokół nich krąg, potem kolejny o mniejszej średnicy i jeszcze kilka dalszych. Furmani roztropnie wykroczyli na zewnątrz zacieśniających się pierścieni i spokojnie odczekali aż pokrywa się zatrzyma, co wkrótce nastąpiło. Wieko znieruchomiało kilkakrotnie wcześniej podskoczywszy. Nigdy wcześniej nie widzieli tu kotłów z pokrywami zachowywali, więc największą ostrożność. Glebiarz zbliżył się do krągłego przedmiotu i trącił go końcem bata. Wieko przesunęło się o kilka centymetrów. Podważył pokrywę i przekręcił na drugą stronę. Nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Może poza śladami świeżego spoiwa pokrywającego jego zewnętrzne krawędzie. Początkowo zamierzali zabrać znalezisko, ale w końcu zdecydowali się tylko pobrać stosowne próbki i skupić się na poszukiwaniu Furfurmana. Opuścili salę i ruszyli długim, wąskim korytarzem w kierunku, z którego przytoczyło się wieko. Wkrótce doszli do obszernej, niezwykle zagraconej maszynowni. Niekończąca się plątanina rur i kabli pokrywała na całej powierzchni zarówno ściany, jak i kopułowate sklepienie sufitu. Masywne zbiorniki przypominające cylindry i bojlery wyrastały wprost z podłogi, jakby były z nią zlane i stanowiły nierozerwalną całość. Pomiędzy nimi poniewierały się różne bliżej nieokreślone przedmioty o opływowych kształtach, płaty cienkiej falistej blachy, kawałki zgruchotanych i pogiętych rur, a także pokrywy, podobne do tej, którą przed chwilą poddawali oględzinom. Furmani przyglądali się pobojowisku z nieukrywanym zdziwieniem stąpając ostrożnie pomiędzy tymi wszystkimi dziwacznymi sprzętami i akcesoriami. Nagle oczom Furmanologa ukazały się obute w gumofilce stopy wystające spod sporego kawała blachy, które prawdopodobnie stanowiło niegdyś fragment jednej z kilkunastu połamanych i pogiętych ścianek działowych. Obaj natychmiast skoczyli ku nieruchomemu ciału towarzysza i zaczęli ściągać z niego przykrywający go ciężar spotęgowany dodatkowo miejscową siłą ciążenia. Nie bez trudu podźwignęli blaszaną ścianę i wydobyli spod niej nieprzytomnego Furfurmana. Jego głowa skrywała się w jednym z pogniecionych kotłów, którego brzegi zaginały się do wewnątrz szczelnie oplatając ją pomarszczonymi krawędziami nie pozwalając uwolnić. Kombinezon nieprzytomnego nie był uszkodzony, tętno było łatwo wyczuwalne, pierś unosiła się w miarowym oddechu.
- Zabieramy go na pokład – zadecydował Glebiarz. – Tutaj nic nie wskóramy.
- Racja – przytaknął Furmanolog. – Gazownik powinna szybko uporać się z tym cholerstwem. A z drugiej strony to może i dobrze, że ten kocioł spadł mu na głowę. Inaczej coś mogłoby ją roztrzaskać
Nie tracąc czasu na pobieranie kolejnych próbek ponieśli bezwładne ciało ku wyjściu. Na zewnątrz poruszali się już nieco szybciej. Dotarli do sondy i unieruchomiwszy Furfurmana pasami bezpieczeństwa włączyli silniki odpalające. Po chwili pozostawili dziwną planetę daleko za sobą. Żałowali, że nie zdołali bardziej dokładnie jej zbadać, ale z drugiej strony odczuwali pewną ulgę, że już ją opuszczają. Niepokój wyparował niemalże bez śladu. O kłopotliwej eskapadzie przypominał jedynie nietypowy kask na głowie Furfurmana.
*
Cała załoga zebrała się w gabinecie medycznym wokół stołu, na którym spoczywało groteskowo przyozdobione ciało dowódcy. Cyrulik pobrał wcześniej nieprzytomnemu krew i wykonał szereg badań, których wyniki, jak się szybko okazało, niczym nie odbiegały od standardowych.
- Wszystko w normie – ocenił. – Żadnych odchyleń. Oddech również miarowy, co zważywszy na to okuwające jego głowę żelastwo jest, rzekłbym, nieco dziwne.
- A co – wypalił Glebiarz. – Lepiej byłoby może, żeby się udusił?
Cyrulik wykonał dłonią uspokajający gest i odczekał chwilę, aż Furman ochłonie. Po chwili dalej kontynuował.
- Oczywiści nie o to chodzi – zaczął ostrożnie. – Ale to nienaturalne. To mniej więcej tak, jakby założyć Furmanowi na głowę foliowy worek i zacisnąć pętlę wokół szyi, a ten mimo to zupełnie swobodnie by oddychał. Nie twierdzę, że to źle. Ale z pewnością jest to co najmniej nienaturalne.
- E tam – nie dawał za wygraną Glebiarz. – Pewnie jest jakaś szczelina, albo dziura, przez którą dochodzi powietrze. Musiałeś cos przegapić.
To rzekłszy podszedł do leżącego i zaczął uważnie przyglądać się metalowemu kotłowi. Nie dojrzawszy niczego szczególnego jął obmacywać go chropowatymi dłońmi. Na ten gest Cyrulik lekko drgnął.
- Nie radziłbym tego robić – ostrzegł.
Glebiarz szybko cofnął ręce nerwowo postępując krok do tyłu.
- Co do cholery? – syknął rozdrażniony.
Medyk lekko wzruszył ramionami robiąc minę zdradzającą niedostateczny zasób wiedzy w zakresie zadanego pytania.
- Nie wiem – odparł wydymając usta. – Może nic.
- To po jaką cholerę straszysz Furmanów? – odparł z pretensją w głosie Glebiarz.
- Chodziło mi tylko o to, że nie miałem jeszcze dostatecznie dużo czasu, aby przeprowadzić kompleksowe badania. Póki co mogę jedynie stwierdzić, że to nie jest zwykły blaszany kociołek, który przypadkowo zakleszczył się na głowie naszego dowódcy.
Furmani popatrzyli po sobie szukając w oczach towarzyszy nici zrozumienia.
- To znaczy? – zapytała wreszcie Gazownik.
Cyrulik zbliżył się nieco do ciała i wskazał na szyję Furfurmana, na której niczym macki zaginał się metaliczny płat cylindrycznego naczynia.
- Widzicie to? – rzekł. – Wygląda, jakby ktoś celowo nałożył mu to na głowę i potem szybko przy pomocy nie znanej mi technologii zacisnął krawędzie naczynia wokół dolnej szczęki, z tyłu również w dolnych partiach potylicy i w reszcie oplótł w bocznych częściach szyi po obu stronach. Coś na wzór pancerza z przedłużeniem na podobiznę starej kolczugi.
- Ależ to jakiś absurd – wtrącił Furmanolog. – Kto miałby niby to zrobić? Byliśmy tam kilka godzin i nie spotkaliśmy żywego ducha. Statek był absolutnie opustoszały, przynajmniej jeśli chodzi o życie biologiczne. Nawet po spodziewanych Woźnicach żadnego śladu – dodał z przekąsem i rozczarowaniem.
- Trafiłeś w sedno, złociutki – podchwycił Cyrulik. – Nie mam jeszcze na to dowodów, ale jestem niemal pewny, że właśnie spotkaliście tam żywe istoty, tylko nie w znaczeniu, jak to ująłeś, biologicznym. Przynajmniej w naszym rozumieniu.
- Mówże Furmanie jaśniej – nie wytrzymał lekko podekscytowany i podirytowany tajemniczością wypowiedzi Glebiarz.
- Toć wam mówię, że jaśniej będę mógł się wyrazić, jak skończę badania. Na razie, chylę się ku osądowi, że to co widzicie na jego głowie, to nie blaszana martwa skorupa, tylko żywy organizm. W pewnym sensie autonomiczny. Częściowo.
- Żywy? – niemalże wypaliła Gazownik. – Autonomiczny? Co to znaczy.
Cyrulik zamyślił się chwilę, podrapał w pokryty szczeciniastym zarostem podbródek i odparł wolno dobierając słowa.
- To znaczy, że to coś jest żywe. I że dobrze się czuje na głowie Furfurmana. Lepiej niż gdzie indziej. Potrzebuje go do życia. Nie wiem, czy to stadium przejściowe, a tak mi się na razie wydaje, czy też końcowa forma organizmu. W każdym bądź razie potrzebuje naszego dowódcy do egzystencji, dla tego podtrzymuje go przy życiu. Nie wiem w jaki sposób i w jakim celu. Po to właśnie chciałem przeprowadzić dalsze badania. I byłbym bardzo wdzięczny – dodał nieco ostrzejszym tonem – gdybyście zajęli się swoimi sprawami i pozwolili mi się skupić i popracować. Wówczas możliwe będzie odpowiedzenie na większość nurtujących nas pytań. Stercząc tu i kłócąc się nie posuwamy się nawet o krok, a może okazać się cenna każda sekunda. Czy to jest jasne?
Furmani spuścili oczy, Pobucz odwrócił głowę i wydął skórzaste wargi. Po chwili członkowie załogi zaczęli opuszczać gabinet.
- Zostań – Cyrulik zwrócił się do Motorniczego. – O ile nie masz innych zadań. Może przydać mi się pomoc. Trzeba przenieść go do laboratorium.
- Póki co, nigdzie się nie wybieramy – padła odpowiedź. – Fura jest w doskonałym stanie. Przegląd nie wykazał żadnych awarii, napęd w porządku, paliwa pod dostatkiem. Chętnie pomogę.
Gdy wszyscy pozostali opuścili pomieszczenie mężczyźni przenieśli ciało na mały wózek platformowy i skierowali się ku laboratorium. Cyrulik szybko przygotował akcesoria niezbędne do przeprowadzenia stosownych badań.
- Skąd takie odważne wnioski? – zapytał Motorniczy.
Medyk nie przestając krzątać się wskazał kciukiem na monitory.
- Zrobiłem kilka prześwietleń – odparł. – Tak profilaktycznie. Początkowo chodziło mi tylko o to by sprawdzić, czy Furfurman nie ma przypadkiem uszkodzonej mózgoczaszki. Ale w tym zakresie wszystko jest w porządku.
W tym momencie Cyrulik przerwał relację i delikatnie zbadał zabezpieczonymi gumowymi rękawiczkami dłońmi szyję w okolicach, w których przylegały do niej metalowe wypustki.
- A w jakim zakresie nie jest w porządku? – drążył Motorniczy.
Lekarz spojrzał na niego przeciągle i przejechał językiem wzdłuż zębów pod górną wargą.
- Wydaje mi się – odparł, – że w tym akurat zakresie jesteś dużo lepiej poinformowany, niż mogłoby się zdawać.
Motorniczy pokraśniał nieco, ale już za chwilę nabrał zwyczajnych barw.
- O co ci chodzi?
Cyrulik wyprostował się przerywając badanie i nie odwracając wzroku od bladych oczu Motorniczego rzekł.
- O to, że Firma przysłała cię w ostatniej chwili. Że nasz stały Motorniczy nagle się rozchorował, chociaż zawsze był zdrów i nic mu nie dolegało od kilkudziesięciu lat. To, że misja nagle została przerwana, a ty nawet zbytnio się nie zdziwiłeś. Że zmianie uległy priorytety. Że na planecie nie było nawet śladów osiedla Woźniców. I ta twoja mina na widok nieprzytomnego Furfurmana. Przyznaj się. Spuściłeś się wtedy, ty chory sukinsynu?
W tym momencie należy się kilka słów wyjaśnienia. Otóż, jak powszechnie wiadomo, Furmani od zarania dziejów kierowali się w życiu żelaznymi zasadami Kodeksu Furmana, którego jednym z założeń jest przykazanie mówiące o tym, że żaden Furman nigdy nie podniesie ręki na drugiego Furmana i nigdy nie będzie działał na jego niekorzyść. W zamierzchłych, bardziej osnutych na tradycji latach takie zachowanie, jak przytoczone w niniejszym tekście byłoby nie tyle nieetyczne, ale po prostu niemożliwe. Żadnemu Furmanowi nie przyszłoby nawet do głowy, że inny Furman mógłby knuć, czy uprawiać sabotaż nakierowany na któregoś z braci. Niestety kryzys obyczajowości, jaki zaczął wdzierać się w szeregi Furmanów w dobie industrializacji, potem postępującej globalizacji, zacieśnianiu się przestrzeni w wyniku funkcjonowania źródeł błyskawicznego przekazywania informacji i komunikacji z wolna spychał Kodeks na drugi plan i w obecnych czasach uczynił z niego coś na modłę symbolu, do którego odwoływano się w doniosłych chwilach. Tak naprawdę przestrzegali go już tylko najbardziej zatwardziali autochtoni i konserwatywni kaznodzieje.
Motorniczy początkowo miał zamiar oponować, ale widząc determinację i pewność siebie Cyrulika zrezygnował z tego pomysłu.
- Dobrze – zaczął pojednawczo. – Masz nieco racji. Ale jestem tu wyłącznie po to, aby pomóc. Nasi uczeni otrzymali dziwne odczyty emanujące z tej niezbadanej dotąd planety. Ja nie jestem dostatecznie wtajemniczony, mam jedynie pilnować, aby wszystkie założenia zostały wykonane zgodnie z planami. Mamy tylko zebrać próbki i zawieść je na Ziemię celem dalszych badań. Nie było mowy o żadnych ofiarach. Życie załogi nadal jest głównym priorytetem…
- Pieprzenie! – przerwał medyk. – Nie zawahałbyś się nawet na chwilę. Poświęciłbyś wszystkich, aby tylko dostarczyć to draństwo Firmie. Mów lepiej, co wiesz zanim sam to ustalę i opowiem o wszystkim załodze.
Motorniczy żachnął się i obrócił nerwowo wokół własnej osi.
- Co mam ci powiedzieć? – odparł. – Wiem tylko, że odkryto aktywność jakiejś nieznanej formy życia, której poznanie może zrewolucjonizować znaną nam technologię i przyspieszyć nasz rozwój o lata gwiezdne. To może być kamień milowy w dziejach nie tylko kosmonautyki, ale w ogóle wszelkiej nauki i techniki. Nie możemy być tak krótkowzroczni i nie dostrzegać szansy, jaką zgotował nam los, przypadek. To byłby niewybaczalny grzech, niemal świętokradztwo…
- Nie wyjeżdżaj mi tu z tym politycznym gównem! – ponownie przerwał Cyrulik. – Ja jestem przede wszystkim lekarzem odpowiedzialnym za zdrowie załogi. Nikt jeszcze nigdy nie umarł pod moją opieką. A to? Nie wiem co to jest, ale czuję, że moja doskonała statystyka w zakresie niesienia pomocy medycznej może zostać znacznie pogorszona. Mówiąc wprost: nie sądzę, by Furfurman przeżył ten kontakt. Nie powiedziałem wszystkiego. Doskonale wiem, że ten organizm, to rodzaj jakiegoś dziwnego pasożyta, który traktuje naszego dowódcę wyłącznie jako nosiciela. To stadium przejściowe. Tego jestem pewien, ale za cholerę nie wiem, jakie będzie kolejne wcielenie. Nie wiem, jakie są drogi i warunki rozrodu tego czegoś. I jakie jest jego nastawienie. Ale na pokojowe mi nie wygląda. To traktuje nas czysto przedmiotowo, nie partnersko. I daję słowo. Dopóki się tego nie dowiem nie pozwolę, by to trafiło na Ziemię i rozprzestrzeniło się po globie. Albo, żeby wasi rzeźnicy mutowali to i asymilowali z innymi gatunkami.
- O czym ty mówisz, Furmanie? – Motorniczy nie krył naturalnego uniesienia. – Kto by podjął takie ryzyko? Jesteśmy pokojową misją badawczą, a nie ekstremistyczną bandą krwiopijców. To, co przytrafiło się Furfurmanowi to czysty, nieszczęśliwy, ale wciąż tylko i wyłącznie czysty przypadek. Wypadek, jakie zdarzają się wszędzie.
- Jasne – rzekł Cyrulik sarkastycznie. – I pewnie nie masz pojęcia, czym jest to, co siedzi na jego głowie?
Motorniczy zmieszał się odrobinę.
- Nie do końca – odparł. – Wiem tylko, co z resztą sam już zauważyłeś, jest to rodzaj pasożyta, przynajmniej na tym etapie rozwoju. Co będzie dalej… nie wiem.
- Przestań wreszcie pieprzyć! – nie wytrzymał medyk.
- Mówię prawdę – Motorniczy kontynuował spokojnym tonem. – Jestem tylko prostym pracownikiem. Wiem, że już wcześniej Firma miała jakiś kontakt z tymi organizmami, ale nie znam szczegółów. Nasza misja powinna tylko zebrać potrzebne do badań próbki i dopiero na podstawie ich wyników miała być przygotowana kolejna, nakierowana na bardziej, że tak to ujmę, radykalne działania. Jakie konkretnie nie wiem. Co ty myślisz? Że komuś takiemu jak ja zdradziliby swoje zamiary? Dostałem tylko rozkazy, które mam wykonać. Myślę, że zamiast się tu kłócić powinniśmy skupić się raczej na rozwiązaniu problemu. W końcu próbki, o jakich mówię zostały zebrane, więc misja jest w tym kontekście wykonana. Nie jestem w stanie powiedzieć ci, co stanie się z Furfurmanem z prostych przyczyn. Po prostu nie mam o tym bladego pojęcia. Poza tym, że coś stanie się na pewno. Wiem, że postać pasożytnicza nie jest ostatnim stadium tego organizmu. Końcowa forma jest całkowicie autonomiczna, ale czym się charakteryzuje? Niestety nie wiem.
Cyrulik wysłuchał relacji w skupieniu. Niewiele się dowiedział, ale przynajmniej potwierdziły się jego przypuszczenia. Uznał, że Motorniczy raczej mówi prawdę. Był pracownikiem zbyt niskiego szczebla, aby był wtajemniczony w szczegóły i detale planu.
- Próbowałeś to zdjąć? – zapytał w końcu Motorniczy usiłując rozładować niezbyt przyjacielską atmosferę
- Tak – odparł medyk. – Ilekroć próbowałem podważyć, czy naciąć powierzchnię tego natychmiast wydłużały się te macki, które oplatają szyję. I niebezpiecznie słabło tętno. Wygląda na to, że organizm prędzej sam się unicestwi niż pozwoli oddzielić się od żywiciela. Oczywiście umrze wraz z nim niestety.
- Czyli co? Pozostaje nam tylko czekać?
- Na to wygląda. Nic tu po nas. Umieścimy go w izolatce i wyznaczymy trzygodzinne dyżury. Jeżeli coś zacznie się dziać… Zobaczymy. Póki co, chodźmy zbadać tę, jak to ujął Glebiarz, szczękę. Pobucz sądzi, że jest to coś w rodzaju nośnika danych. Może uda nam się czegoś dowiedzieć.
- Nie wiem, czy wolno nam to robić – zaooponował niepewnie Motorniczy. – Wszystkie próbki powinniśmy dowieźć w nienaruszonym stanie, takim w jakim je znaleźliśmy.
- Chodzi o to, że nic już nie jest w nienaruszonym stanie – skwitował Cyrulik i popchnął wózek w kierunku izolatki
*
Pobucz od dłuższego czasu obracał w malutkich dłoniach kanciastą metalową puszkę, która wypadła z czaszki groteskowego astronauty odnalezionego na planecie. Wpatrywał się w nią przenikliwie, gładził i obracał na wszystkie strony. W końcu umieścił znalezisko na niewielkiej błyszczącej platformie pulpitu wyposażonego w mnóstwo migających diod, pokręteł, przycisków, joysticków i pól dotykowych. Uaktywnił deszyfrator i niezwykle czuły odbiornik fal elektromagnetycznych. Po chwili zamigotały dwa niewielkie monitory, jeden niezwykle intensywnym, rażącym oczy bladym blaskiem, drugi matowym w zielonym odcieniu. Telepata był nieco podirytowany i zaniepokojony faktem, iż nie mógł nawiązać żadnego kontaktu z Furfurmanem. Tak, jakby umysł tamtego wcale nie funkcjonował. I nie chodziło o sen, letarg, czy hipnozę. W takich przypadkach Pobucz zawsze szybko i bezbłędnie potrafił wniknąć w myśli Furmanów i nawiązać z nimi choćby nić łączności. W tym przypadku odbierał tylko pustkę, nicość, czarną dziurę, jakby próbował skontaktować się z martwą istotą, a tak przecież z wszech miar nie było. Wobec niemocy Pobucza i Cyrulika jedynym sposobem na zdobycie namiastki informacji na temat zaistniałej sytuacji była tajemnicza skrzyneczka, która zaczęła właśnie drgać rytmicznie oddając jednocześnie swoją zawartość aparaturze komunikacyjnej, której działaniu została poddana. Monitory migotały na przemian jaśniejąc i ciemniejąc. Przez jaśniejszy przebiegały poziome, szerokie na jedną czwartą wysokości ekranu pasy w różnych odcieniach i kolorach, na lśniącym zielenią pojawiały się z coraz większą szybkością różnego rodzaju znaki specjalne, cyfry i litery wszelkich znanych i nieznanych Furmanom alfabetów. Trwało to około kwadransa by w końcu znaki ustawiły się w słupki, a przesuwające się pasy znikły i ustąpiły miejsca nieco mniej jaskrawemu tłu w odcieniu deszczowej szarości. Cała załoga, z wyjątkiem Furmanologa, który pełnił właśnie dyżur przy izolatce, wpatrywała się w monitory z nadzieją na odgadnięcie jakiejkolwiek informacji. Kiedy ruch na ekranach ustał wszyscy wstrzymali oddechy. Po chwili sala wypełniła się westchnieniami rezygnacji.
- I co to ma być? – spytał rozdrażniony Glebiarz. – Kolejny jakiś rebus – jebus?
- Przestań – skarciła go Furmanka. – Spójrz na Pobucza.
Jak na komendę cztery pary oczu spoczęły utkwione w telepacie, który spod szeroko rozwartych powiek bacznie lustrował słupki danych. Po chwili wklepał na klawiaturze kombinację znaków i słupki zaczęły ponownie przesuwać się w górę ekranu. Pobucz przekazał Furmanom informację, że w skomplikowanym układzie znaków jest ukryty kod, dzięki któremu będą mogli odebrać wiadomość wizualno – fonijną, która, jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, niedługo powinna zacząć pojawiać się na szarym monitorze. Po upływie kolejnych kilku minut ekran zaczął migotać i po chwili jednolita dotychczas szarość zaczęła miejscami rzednąć, a gdzieniegdzie gęstnieć przybierając obraz zachmurzonego, zimowego, zwiastującego obfitą i intensywną śnieżycę nieba. Z wolna oczom oglądających zaczęła ukazywać się coraz wyraźniejsza sylwetka postaci spoczywającej w fotelu na wprost kamery rejestrującej obraz. Nie byli do końca pewni, czy istota siedzi przodem, czy tyłem. Cała sala wyposażona była w lustrzane monitory, które odbijały obraz powodując, iż jednocześnie widać było twarz, tył oparcia fotela oraz oba jego boki.
- To on – szepnął Glebiarz. – Pilot z tego statku… Tylko inny jakiś trochę jakby.
- Nie całkiem z blachy – dodał Furmanolog.
- Właśnie – przytaknął Glebiarz. – Chyba wcale nawet..
Tymczasem ekran ustabilizował się i spoglądali teraz na nieznanego im astronautę, który, mimo nieznanej im fizjonomii, bezsprzecznie zdradzał symptomy zdenerwowania, wręcz przerażenia, skrajnego wyczerpania i panicznego pośpiechu, jakby od realizacji tego nagrania zależeć miało jego życie. Było to wręcz wyczuwalne. Co najmniej. Co chwila, nie przestając relacjonować, oglądał się przez ramię w kierunku wyjścia. Jego głos brzmiał dziwnie szczebiotliwie, niemalże piskliwie i przypominał nieco nieudolne granie na harmonijce ustnej. Nienaturalnie wydłużona, w stosunku do furmańskiej, przypominająca końską twarz wyposażona była w trzy pary szczęk, z których skrajne poruszały się wyłącznie w pionie, natomiast środkowa odchylała się również na boki. Opinająca długie usta skóra co i rusz zwijała się i rozwijała odsłaniając bądź skrywając groteskowe szczęki. Istota nie miała języka, w jakimś stopniu jego brak rekompensowała środkowa szczęka, brak było również widocznych organów wzroku. W miejscu nieco spłaszczonego pod ostrym kątem czoła widniała przypominająca moszno narośl, która bezustannie zmieniała barwę i pokrywała się na zmianę lśniącym bądź zmatowiałym śluzem emitującym niewielkie, przypominające krzesane przez zapalniczkę iskry, ładunki elektryczne. Nagle pilotem zaczęły targać silne drgawki i skurcze. Jego ciało wyprężyło się w fotelu w łuk, zawisło na chwilę w powietrzu, po czym opadło z powrotem i znieruchomiało. Przez dłuższy czas po tym nic się nie działo. Furmani zaczęli niecierpliwie chrząkać, gdy nagle czoło nieruchomej istoty pękło i z środka wystrzelił z przejmującym zgrzytem długi na blisko pół metra bolec. Oglądający aż odskoczyli od ekranu patrząc, jak pręt rozszerza się na końcu tworząc coś na podobieństwo czopa, lub niewielkiego grzybowego kapelusza i następnie z niesamowitą siłą cofa się ku roztrzaskanej od wewnątrz głowie przebijając ją na wylot znajdując ujście w potylicy. Otwór w czole zamknął się morderczym nitem. W chwilę później podobnie znieruchomiał drugi jego koniec przytwierdzając głowę do oparcia fotela. Dalsze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Skórę, a następnie kombinezon pilota zaczęły przebijać kolce i druty, które topiąc się, wnikając w ciało na powrót zmieniając jednocześnie jego barwę i strukturę, bądź przeszywając je wraz z fotelem wystrzeliwały w dół i ku górze doprowadzając istotę do stanu, w jakim odnaleźli ją Furmani. Po niespełna dwóch minutach astronauci z rozszerzonymi zdziwieniem i przerażeniem oczami spoglądali na zespoloną z otoczeniem istotę. Całe pomieszczenie, w którym odegrały się makabryczne wydarzenia, wraz ze wszystkimi znajdującymi się weń elementami wyposażenia przybrało jednolity, metaliczny odcień. Po chwili zaczął również szarzeć sam obraz. Robił się coraz ciemniejszy, jakby ktoś zamalowywał ekran od wewnątrz stygnącą z wolna, rzadką, szaroburą mazią. Furmani dalej wpatrywali się w martwy obraz z nadzieją, że coś jeszcze dostrzegą, ale na próżno. Po chwili ucichły również metaliczne dźwięki, które początkowo docierały pourywanymi, zniekształconymi sekwencjami, jak muzyka wydobywająca się z do cna wyeksploatowanych, dogorywających, starych przepalonych głośników.
- Co to ma być? – przerwała ciszę Gazownik – Co tam się stało? Czy ten dziwny chłop zamienił się w kredens?
Furmani popatrzyli na koleżankę ze zdziwieniem. Jej uwaga była równie niecodzienna, jak całe zjawisko, którego świadkami przed chwilą byli. Wszyscy wyczekiwali wyjaśnienia od skoncentrowanego i pogrążonego we własnych rozważaniach i interpretacjach Pobucza. Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć całą salę wypełnił przenikliwy dźwięk wyjącego alarmu.
- Laboratorium! – krzyknął Glebiarz i rzucił się do wyjścia.
W ślad za nim podążyła reszta załogi pozostawiając przed monitorami jedynie milczącego, sprawiającego wrażenie zafrasowanego, telepatę. Pobucz nie był do końca pewien treści przekazu, jaki odebrali od obcego astronauty, ale coraz bardziej przepełniało go przekonanie, że popełnili błąd schodząc na tę planetę. Błąd, który może okazać się fatalny w skutkach. Wysłał załodze ostrzeżenie i nakaz maksymalnej ostrożności samemu skupiając się na dalszej, głębszej analizie przekazu.
*
Przed zamkniętymi drzwiami izolatki czekał zdenerwowany Furmanolog. Dysząc ciężko rozglądał się na boki rozbieganym, rozgorączkowanym wzrokiem ściskając w dłoniach lśniący bat.
- Co się dzieje? – rzucił Glebiarz wybiegając z korytarza.
Furmanolog aż podskoczył zwracając się w kierunku astronautów. Na ich widok nieco się uspokoił.
- Co się dzieje? – powtórzył nerwowo. – Sam chciałbym wiedzieć, co się dzieje. Nie wiem, co to jest, to tam w środku, ale to na pewno nie nasz Furfurman.
- To znaczy? Mówże jaśniej – domagała się Furmanka.
Furmanolog parsknął podirytowany, jakby domagano się od niego niemożliwego.
- Jaśniej? – odparł. – Już mówię. Przez dłuższy czas wszystko było w porządku. To znaczy, tak, jak go zostawiliśmy z tym czymś na głowie. Przed jakimś kwadransem targnęły nim konwulsje, jakby poraził go prąd. Potem odpadł ten cholerny cylinder.
- Jak to odpadł? – dopytywał Cyrulik. – Przecież nie mogliśmy go zdjąć za cholerę.
- Nie wiem, jak – kontynuował Furmanolog. – Mówię, co widziałem. Po prostu nagle odgięły się te blaszane macki i odpadł z łoskotem, jak wiadro rzucone na betonową posadzkę.
- Czy on żył?
- A jakże. To znaczy z początku tak mi się wydawało. Zerwał się z łóżka i zaczął demolować wszystko wokół siebie. Rzucał się na szafki, monitory, przewracał się na podłogę, to znów podskakiwał wysoko i uderzał całym ciałem o ściany i sufit, jakby chciał je przebić, czy staranować.
- Że jak? – podchwycił Motorniczy – O sufit?
- No mówię przecież – żachnął się relacjonujący. – Tak z początku przypuszczałem. Później dopiero doszedłem do wniosku, że to nie on sam, tylko jakaś obca, tkwiąca w jego wnętrzu siła próbowała wydostać się z ciała, bądź je zniszczyć. To coś ciskało nim jak szmacianą lalką. A wiecie, co w tym wszystkim było najdziwniejszego i jednocześnie przerażającego? Że mimo, iż jego ciało powinno rozlecieć się na kawałki, to nie uronił nawet kropli krwi. I ten dźwięk towarzyszący uderzeniom. Jakby ktoś walił młotkiem w blaszaną ścianę. Chciałem wbiec do środka, ale nie mogłem otworzyć drzwi. Potem szyba zaczęła szarzeć i wszystko ucichło. A teraz macie to.
To powiedziawszy podszedł do popielatej powierzchni i rąbnął w nią rękojeścią bata. Głuchy metaliczny dźwięk. Zebrani popatrzyli na siebie niepewnie niezdecydowani, co do dalszych działań. Dodatkowo zaniepokoiło ich ostrzeżenie przekazane przez Pobucza.
- Musimy dostać się do środka – zadecydował Glebiarz. – Może on jeszcze żyje – dodał bez przekonania.
- Chyba żartujesz? – zaoponował Furmanolog. – To co jest w środku, to na pewno nie jest już Furfurman. Z nim stało się to samo, co z tym pilotem. Sam dobrze o tym wiesz.
- Nie możemy być tego pewni.
- Jak to nie możemy…
- Glebiarz ma rację – przerwał Motorniczy. – Bez względu na to, co stało się wewnątrz nie możemy tego tak zostawić. Trzeba przepalić drzwi.
- Przepalić drzwi? – zapytał z niedowierzaniem Furmanolog. – Chcesz wypuścić to z środka? Żeby wszystkich nas dopadło? To niedorzeczne. Spójrzcie na podgląd z kamer wewnętrznych. Nic. Szarość. To coś najwyraźniej nie chce byśmy wiedzieli, co dzieje się w środku. I bardzo dobrze. Wcale nie jestem ciekaw.
- Więc co proponujesz? – wtrąciła Furmanka.
- Wsiądźmy w kapsuły ratownicze i spadajmy – odparł ocierając pot z czoła.
- Nie ma takiej możliwości. Zbyt duża odległość od najbliższej stacji. To pewna, powolna śmierć. Poza tym. Przestań panikować. To nie przystoi Furmanowi.
- Nie przystoi? Gówno tam. Ty tego nie widziałeś. Spadajmy stąd. Może ktoś nas odnajdzie – nie ustępował Furmanolog. – Misja ratownicza, badawcza, jakiś transport, lub cokolwiek innego…
W tym momencie wszyscy odebrali komunikat od Pobucza. Mięli natychmiast udać się do sterowni, w której go zostawili.
- Ktoś powinien tu zostać na wszelki wypadek – zaproponowała Gazownik.
- A niby po co? – sprzeciwił się Furmanolog. – Pilnować blachy? Żeby nie zardzewiała?
Kobieta puściła uwagę mimo uszu i bez słowa ruszyła korytarzem. Po chwili wszyscy zebrali się wokół Pobucza.
- Słuchajcie – przemówił telepata, co zdarzało się niezwykle rzadko – Mamy tu zdaje się całkiem spory problem.
Astronauci zamilkli wpatrzeni w niewielką postać. Pobucz zakręcił się w fotelu, skrzyżował krótkie nóżki i podjął:
- Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z zupełnie obcą, nieznaną nam i do niczego nie podobną formą życia. To nie jest żaden pasożyt, który wykorzystuje inne organizmy do podtrzymywania się przy życiu. To raczej coś w rodzaju kreatora własnej rasy.
- Że co?
- Ten organizm to fenomen. Istota idealna. Tak dalece posunięta w rozwoju, że kolejny etap ewolucyjny w jej przypadku jest już nie możliwy. To opracowało i wykształciło do perfekcji własną strukturę molekularną i przekonane, nie bez przyczyny, o swoim ideale propaguje się na zewnątrz poprzez przetwarzanie wszystkiego na swoje podobieństwo. I nie pyta o zgodę.
- I to ma być kreowanie? – przerwał Glebiarz. – Toż to bezpardonowe unicestwianie!
Pobucz popatrzył na wszystkich spokojnym wzrokiem i westchnął.
- Spójrzcie na to z innej strony. Na przykład z naszego punktu widzenia. Uważamy się za istoty rozumne, doskonale przygotowane do życia, organizmy mądrzejsze, przez co lepsze od innych, predestynowane do tego, aby rządzić, podbijać, niewolić, narzucać własne obyczaje i tępić wszelki opór. I to według nas jest słuszne i nie ma w tym nic dziwnego. Od setek lat kolonizujemy wszechświat mordując wszystkie sprzeciwiające się nam rasy.
W pomieszczeniu jakby zgęstniała atmosfera, słychać było pochrząkiwania i posapywania zdenerwowanych Furmanów.
- Spokojnie – kontynuował Pobucz. – Ja tego nie potępiam. Podkreślam tylko, abyście lepiej mogli pojąć to, co chcę wam przekazać. Otóż wyobraźcie sobie, że zamiast prowadzić nieustanne wojny możecie wylądować na dowolnej planecie i jak za dotknięciem różdżki zamienić wszystkich jej mieszkańców w Furmanów. Zamiast wyrzynać całe kolonie nawet nie poznanych dobrze istot zamienić je w swoich braci. Zobaczcie jakie to fenomenalne. Jak było dotychczas? Lądujemy na jakiejś zapomnianej, zapuszczonej, brudnej nie nadającej się do kolonizacji planecie zamieszkałej przez nieznane prymitywne komórczaki, wiązki energii, mieszanki gazowe, nieorganiczne kłębowiska pyłów, lub cokolwiek innego, z czym musimy męczyć się całymi latami, żeby to wytępić, okiełznać, podporządkować i wydrzeć choć kawałek możliwego do użytkowania gruntu niejednokrotnie bez spodziewanych efektów. Ilu przy tym ginie naszych braci? I ile razy na próżno, bo okazuje się, że nie jesteśmy w stanie przystosować się do panujących tam warunków, lub tubylcy okazują się odporni na naszą ekspansję.
- Do czego zmierzasz? – rzuciła Furmanka.
- Zmierzam do tego, że mając zdolności takie, jak nasz nieproszony gość, moglibyśmy przeprowadzić sprawną kolonizację dowolnej planety bez najmniejszego ryzyka uszczerbku na zdrowiu kogokolwiek z nas i mieć jednocześnie zagwarantowaną możliwość swobodnej egzystencji na nowych obszarach. Wszystko dzięki temu, iż cała miejscowa populacja zamienia się w Furmanów przekształcając jednocześnie naturalne miejscowe środowisko w nam przychylne.
- Że niby jak? – wtrącił ironicznie Glebiarz. – Że niby lądujemy na planecie, której atmosfera składa się z nieznanej nam mieszanki trujących gazów, gdzie minimalna temperatura wynosi tysiąc stopni i jest zamieszkała przez, dajmy na to, niewidzialne kuliste pioruny i jak od dotknięcia czarodziejskiej różyczki wszystkie te pioruny zamieniają się w Furmanów, atmosfera się oczyszcza, temperatura maleje, w koło rośnie trawa i bawimy się w hopsasa?
- Dokładnie tak. Z grubsza – odparł Pobucz.
W sali zapanowała cisza. Wiadomość podziałała na załogę, jak wyrok.
- Skąd takie wnioski? – zapytał po dłuższej chwili Cyrulik. – Co było w tej zaszyfrowanej wiadomości?
- Sama wiadomość niewiele ma w sobie logicznych i jasnych informacji. To coś jakby zaproszenie pomieszane z ostrzeżeniem, a raczej na odwrót. Sądzę, że pilot będąc jeszcze sobą próbował ostrzec przed niebezpieczeństwem, ale zanim zakończył przekaz ta istota przejmowała już nad nim kontrolę i zmieniła treść transmisji. Nie to jest jednak najważniejsze. Bardziej fascynujące są wyniki próbek, które przywieźliście ze sobą. Cyrulik przeprowadził wstępną analizę, z której wyników wyselekcjonowałem pewne dane i poddałem je dalszej obróbce przy pomocy specjalnego oprogramowania. Nie trwało to długo. Wygląda na to, że wszystkie próbki zawierają ten sam identyczny skład chemiczny. Pilot, statek, cylindry, nawet tamtejsza gleba zbudowane są z tego samego materiału. Chciałoby się powiedzieć „genetycznego”, ale to nieodpowiednie słowo. W ogóle nie potrafię znaleźć odpowiedniego określenia na zdefiniowanie tej materii. Wszystkie dane, jakie otrzymałem w wyniku analizy komputerowej wskazują na jeden składnik nigdy wcześniej niepoznany. Żadnych pierwiastków chemicznych, nic, co dałoby jakikolwiek punkt zaczepienia do dalszych badań. Z całą stanowczością mogę jednak stwierdzić, że to na swój sposób żyje.
- Na podstawie czego takie wnioski? – dopytywał Cyrulik.
- Z zapisu umieszczonego na przekaźniku, który został przyniesiony z tej planety wynika coś jeszcze. To szczątkowe, nieco zniekształcone i mocno zanieczyszczone informacje, ale dają jakiś, co prawda nieco mglisty, pogląd na sposób rozwoju tego organizmu. Może nie tyle rozwoju, co etapów przekształcania. Nie mam pewności, czy to zawsze odbywa się w ten sam sposób, ale w przypadku naszego znajomego pilota wyglądało to w następujący sposób. Statek odebrał sygnał podobny do tego, jaki przechwycił nasz komputer. Po wylądowaniu na planecie załoga rozpoczęła badania z raczej mało efektywnymi wynikami i jałowymi wnioskami, co do samego źródła sygnału. Niemniej wszystko wskazuje na to, że próbki, jakie zebrali w zasadzie niczym nie różniły się od naszych, czyli mówiąc wprost nic im nie powiedziały. W trakcie badań zaginął jeden z członków załogi. Dalej zapis jest już tak niewyraźny, że trudno cokolwiek konstruktywnego z niego wywnioskować. Wygląda na to, że zaginionego odnaleziono po jakimś czasie unieruchomionego w jakimś pancerzu. Brzmi dziwnie znajomo, nieprawdaż?
- Ale do rzeczy może dalej – Glebiarz nie krył zniecierpliwienia.
- Co dalej? A co ma być? Chaos w przekazie. Jakieś obliczenia, diagnozy, mnóstwo wymienianych z nieznanym źródłem informacji. Wreszcie komunikat z obrazem, który wszyscy widzieliśmy. Nie mam pewności, ale skłaniam się do wniosku, że reszta załogi podzieliła losy owego nieszczęśnika, który zaginął, a ten, który przekaz nagrał był ostatnim, który pozostał przy życiu. Do czasu. Niestety dla naszego obcego pojawił się nieoczekiwany problem. A mianowicie ów komunikat, który otrzymaliśmy. Opracowany przez intruza miał zachęcać wszelkie znajdujące się w okolicy załogi do odwiedzin tej felernej planety, ale tu nasz geniusz się przeliczył. Ten przykuty do fotela nieszczęśnik, prawdopodobnie tuż przed śmiercią, na tyle skutecznie zniekształcił wiadomość, że ta uzyskała bardzo niewielki zasięg i bardzo zawężony poziom odbioru, skutkiem czego było to, że nikt owego sygnału nie odebrał. Aż do tego momentu. Brak kolejnych żywicieli spowodował, że obcy strawił wszystko na tej planecie i prawdopodobnie rozpoczął konsumować sam siebie. Dla tego sam wprowadził się w rodzaj letargu czekając na kolejne odwiedziny. I właśnie się doczekał. Gdybyśmy przelatywali w nieco większej odległości, nic by się nie wydarzyło.
- Czyli co? Wszyscy umarli zabici przez to obce nie wiadomo co i teraz my mamy podzielić ich los?
- Z dużym prawdopodobieństwem, lecz niekoniecznie – odparł Pobucz tajemniczo.
- Mówże jaśniej – parsknęła Furmanka.
- Wygląda na to, że w przypadku naszych przyjaciół wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Z przekazu wynika, że od momentu odnalezienia i przetransportowania na pokład nieprzytomnego towarzysza do chwili rejestracji znanego nam nagrania minęło bardzo niewiele czasu. Może jakieś półtorej, góra dwie godziny. Zapis informacyjny jest od chwili potwierdzenia odszukania zaginionego niemal ciągły. Wygląda na to, że nasz kreator nowej mody egzystencjonowania przekonał do swych racji całą załogę w przeciągu kilku kwadransów.
- Sprawiasz wrażenie, jakby cię to bawiło – syknął Motorniczy. – Poza tym, to się jakoś kupy nie trzyma. I jakie wnioski? Skoro było tak, jak mówisz, to już dawno powinniśmy stać się częścią tego czegoś. Tymczasem żyjemy sobie już prawie całą dobę z tym skubańcem na pokładzie.
- I w tym właśnie upatruję naszej szansy. Nie łudziłbym się, że jesteśmy uodpornieni. To wykluczone. Świadczy o tym sam nieszczęsny Furfurman. Ale wygląda na to, że przybysz ma jakiś problem z przetwarzaniem waszych organizmów. Nie wiem. Może są zbyt złożone, lub zawierają jakieś znikome antidotum na zmiany? Możliwe, że czas reakcji uzależniony jest indywidualnie od rodzaju materiału genetycznego, organizmu, jego struktury molekularnej, chemicznej, liczby chromosomów, czy czegoś jeszcze innego. Znaczenie ma też niewątpliwie liczebność załogi. Sądząc po rozmiarach tamtego statku, jego obsada z pewnością nie była mniejsza od naszej, więc to tylko potwierdza moje założenia. Albo…
Pobucz przerwał na chwilę obserwując towarzyszy. Wszyscy z maksymalnym skupieniem wpatrywali się w niego wyczekując kolejnych słów, jak ostatecznego wyroku. Splótł czułki w świderek i podjął.
- Chodzi o naszą więź telepatyczną. O mnie. W dalszym ciągu odbieram Furfurmana. No może odbieram, to zbyt dużo powiedziane, ale wyczuwam go. Nie potrafię nawiązać z nim kontaktu, ale mam świadomość jego obecności. To zjawisko, z jakim nasz przybysz nie miał, jak widać dotąd sposobności konfrontacji i nie bardzo może to zrozumieć. I my musimy za wszelką cenę to wykorzystać, zanim to cholerstwo znajdzie sposób na rozwiązanie tego problemu. A sądzę, że prędzej czy później to nastąpi.
- Co mamy więc zrobić? – zapytała Gazownik z mieszaniną rezygnacji i nadziei.
- Rozpieprzmy to! – rzucił Glebiarz.
- Racja – podchwycili pozostali. – Rozpieprzmy i wracajmy do domu!
- A niby jak zamierzacie to zrobić? – rzucił Pobucz. – Całe laboratorium jest już tym organizmem. Chcecie wyciąć je ze statku i wystrzelić w przestrzeń? W tym przypadku ten numer raczej nie przejdzie. Cieszmy się, że obcy skupił się na nas, jako istotach rozumnych i podstawowych przeciwnikach w tej rozgrywce. Jeśli ograniczyłby się do samego statku, to mógłby szybko go opanować pozostawiając nas na pastwę losu.
- Czy można to w ogóle zabić, skoro to jest takie, jakie jest?
Zapanowało milczenie. Zaczęły padać różne propozycje rozprawy, ale ich pomysłodawcy proponowali je raczej bez przekonania. W końcu Pobucz westchnął i przemówił.
- W zasadzie, to wszystko, co żyje z samej definicji można uśmiercić w ten, czy inny sposób. Kwestia jego odnalezienia. Niestety póki co, ja nie widzę takowego.
- Więc co radzisz?
Telepata podrapał się w głowę pomiędzy czułkami, wydął skórzaste wargi odsłaniając szpiczaste, drobniutkie zęby.
- Wydaje mi się, że jedynym sposobem jest zaprzyjaźnić się z naszym gościem.
W sali zapadła kompletna cisza. Furmani wpatrywali się w Pobucza z niedowierzaniem analizując jednocześnie uzyskane od niego informacje. Sytuacja była z pewnością trudna, przeciwnik niecodzienny i nieokreślony.
- Jak chcesz tego dokonać? – przerwał ciszę Furmanolog.
- Musimy przekonać tę istotę, że jesteśmy równie wartościowi, jak ona sama i nie ma potrzeby nas eliminować.
- Łatwo powiedzieć – skomentował z przekąsem Glebiarz.
- Zgadza się. Łatwo powiedzieć. Ale wydaje mi się, że jest pewien sposób. Dajcie mi godzinę na dopracowanie szczegółów. Wy w tym czasie dokonajcie oględzin statku, czy nie zaszły w nim jakieś zmiany. Wiecie, chodzi o ogniska obcej materii. Wydaje mi się to raczej mało prawdopodobne, ale to może próbować rozprzestrzenić się przez szyby wentylacyjne. Zachowajcie ostrożność i nie podejmujcie żadnych działań indywidualnie. Jeśli coś będzie nie tak w żadnym razie nie zbliżać się do tego i nie dotykać. Najlepiej odciąć tę część statku. O ile będzie to możliwe.
***
Motorniczy był w rozterce. Z jednej strony w pełni solidaryzował się z załogą, z drugiej jednak będąc osobą lojalną i zasadniczą czuł się zobowiązany do wypełnienia misji powierzonej mu przez Firmę. Plan Pobucza nie kolidował z jej założeniami, gwarantował bowiem dostarczenie obcego do siedziby. Jednakże miał wrażenie, że jego przełożeni nie do końca zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie mieli tu bowiem do czynienia z jakąś tam obcą inteligencją, nad którą można będzie prowadzić badania, doktoryzować się, pasjonować nowymi odkryciami i owocną w skutkach współpracą. Coraz bardziej skłaniał się do opcji samodestrukcji statku. Zrobiłby to bez wahania, gdyby nie wątpliwości, co do skuteczności takiego zabiegu. Z pewnością takie rozwiązanie zabiłoby ich, ale czy uśmierciłoby tą istotę? Czy tylko rozczłonkowało ją i rozsiało jej fragmenty po całej galaktyce? Musi poczekać na wyniki dalszych badań Pobucza. Skoro ta istota jest wysoce rozwiniętym organizmem, to sugerowałoby, że ma jakiś centralny ośrodek mózgowy odpowiedzialny za poczynania całości. Tak przynajmniej wskazuje logika, nauka i doświadczenie. Ale przecież, to co spotkali w niczym nie przypomina dotychczas poznanych organizmów, więc dla czego akurat ma mieścić się w opracowanych schematach i konwenansach? A może jednak Firma doskonale wie, co robi? Może naukowcy tylko czekają na dostarczenie tego czegoś do bazy i zaraz potem przejmą nad tym kontrolę? Ilość pytań i wątpliwości przerastała go przysparzając o natarczywy ból głowy i mdłości. Wszedł do mesy i wypił szklankę kwasu chlebowego. Wsunął do ust suszony plaster boczku i przeżuwając utkwił wzrok w martwym punkcie analizując niemożliwe do przeanalizowania dane i informacje.
***
Furmanolog siedział oparty o ścianę z szeroko rozrzuconymi nogami. Nie pamiętał dokładnie, co się stało. Wiedział jedynie, że przeczesując górny pokład rufowy, w pewnym momencie bez widocznej przyczyny stracił równowagę i bezwładnie runął twarzą do przodu. Nie sądził, by stracił przytomność, ale dotkliwy, przeszywający ból, który wdarł się w prawe kolano zaćmiewał mu umysł. Przez nogawkę drelichowych portek kombinezonu dostrzegał rosnącą opuchliznę promieniującą palącym żarem na całą nogę i uniemożliwiającą zginanie kończyny. Skroplony na czole pot coraz obficiej zraszał koszulę na piersi, skronie pulsowały ze wzmożoną częstotliwością, twarz przybrała barwę purpury. Delikatnie dotknął opuszkami palców obolałe miejsce i wyczuł nieregularny kształt powierzchni. Pobladł na samą myśl o roztrzaskanym, niemożliwym do rekonstrukcji kolanie. Czeka go kalectwo i endoproteza, bądź w najlepszym przypadku przeszczep nowej rzepki od jakiegoś nieszczęśnika, który będzie jej potrzebował mniej niż on, czyli najprawdopodobniej od świeżo upieczonego nieboszczyka. Pomiędzy napływającymi falami bólu i mdłości zastanawiał się, jakim cudem podczas upadku na prostej, gładkiej powierzchni mógł tak zgruchotać kość? Rozejrzał się po ścianach w poszukiwaniu przełącznika nadajnika komunikacyjnego. Tak jak się spodziewał dostrzegł go przy zabudowanej skrzyni ze sprzętem przeciwpożarowym w odległości jakichś pięciu metrów. Komunikator standardowo znajdował się mniej więcej na wysokości szyi Furmana przeciętnego wzrostu. Sięgnął do pasa po bat i zaklął w duchu siarczyście. Rozejrzał się ponownie i dostrzegł oręż spoczywający tuż przed zakrętem korytarza, kilka metrów za komunikatorem. Musiał wysunąć się zza pasa podczas upadku. Mężczyzna splunął ze złości spotęgowanej bezradnością i zaciskając zęby zaczął pełznąć ku wyznaczonemu celowi. Każdemu ruchowi towarzyszyła potężna fala bólu, który ogarnął już z niemal równą mocą całą nogę i część stawu biodrowego. Po pokonaniu połowy drogi Furman położył się na wznak dysząc ciężko. Pienista ślina ściekała mu z kącików ust, krwawiła przygryziona warga, oczy przesłoniły się delikatną mgiełką nieobecności. Mimo, iż ranny tkwił bez ruchu, ból nie przestawał doskwierać. Po kilku minutach oddech w miarę się ustabilizował i Furmanolog podjął kolejną mozolną próbę dostania się do interkomu. Najpierw uniósł się ostrożnie na łokcie i spojrzał na swoje obolałe ciało. Z przerażeniem stwierdził, że noga jest mocno opuchnięta i nienaturalnie powyginana, co było wyraźnie widoczne nawet mimo szerokiej nogawki. Na wysokości kolana tkanina była rozerwana i wyzierał spod niej krótki kikut ostro i nieregularnie zakończonej, postrzępionej kości sinawego odcienia, który lekko drgał, jakby jakaś siła próbowała wypchnąć go na zewnątrz.
- O nie… – jęknął. – To jakiś koszmar. To nie może się dziać.
Na ile tylko pozwalały mu nadwątlone siły i odporność na ból odepchnął się łokciami i posunął o dalsze kilkadziesiąt centymetrów. Co i rusz zerkał na ziejącą spod rozdartej tkaniny bezkrwawą ranę nie wiedząc, czego może się spodziewać. Łzy bólu i złości napływały mu do oczu, sapał i oddychał ciężko przez zaciśnięte zęby rozpryskując wokół nitki kleistej śliny i śluzu napływającego z nozdrzy. Uspokoił się nieco, gdy poczuł pod plecami gładką powierzchnię ściany. Otarł rękawem twarz i wyciągnął ku górze dłoń. W tym momencie pod wpływem pęczniejącego ciała trzasnęła nogawka wzdłuż na całej rozciągłości odsłaniając groteskowo zniekształconą, niemalże zgruchotaną kończynę. Ciało zsiniało nabierając matowego odcienia. Skóra od kolana w dół pękła i zwinęła się po obu stronach łydki odsłaniając najeżony kolczastymi wypustkami piszczel. Rzepkę kolanową zastąpiła kanciasta narośl, która wydłużając się ku górze zaczęła pruć mięsień uda. Płaty ciała opadały na boki nienaturalnie sztywne i pozbawione oznak organicznego pochodzenia. Furman przez chwilę patrzył na mutację z przerażeniem i niedowierzaniem przygotowany na towarzyszące zmianom obezwładniające cierpienie. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie odczuwał nic z wyjątkiem mrowienia, jakiego doświadcza się w znieczulonym miejscu podczas interwencji chirurgicznej. Wykorzystując chwilę pozbawioną paraliżującego bólu Furmanolog nieporadnie ukląkł na zdrowej nodze, drugą usiłując wyciągnąć daleko w tył. Niestety nie miał już kontroli nad zdeformowanym ciałem. Pod wpływem siły nacisku noga pękła z trzaskiem łamiąc się w miejscu, gdzie niegdyś było kolano. Mężczyzna z trudem dźwignął się na drżącą nogę i podtrzymując się ściany niemalże do niej przywierając sięgnął do przełącznika. W tym momencie poczuł, jak jego lędźwie wypełnia coś o właściwościach ciekłego ołowiu. Zwymiotował z bólu, ale nie przestał przesuwać dłoni do upragnionego celu. Wiedział, że nie ma szans. Był zbyt słaby, żeby przekazać jakikolwiek komunikat zanim umrze. Uruchomienie interkomu powinno jednakże zwrócić uwagę i ostrzec towarzyszy przed niebezpieczeństwem. To była jego misja. Od jej wypełnienia dzieliły go już tylko centymetry. Zaciskając szczęki tak mocno, że aż skruszyły się zęby nawet nie poczuł, jak eksploduje mu kręgosłup uwalniając szereg długich i ostrych, sierpowato zakończonych kolców, które wystrzeliwszy rozrywając i szarpiąc na strzępy nienaturalnie szeleszczące ciało zatoczyły ostry łuk kierując się ku targanemu konwulsjami Furmanowi.
*
Motorniczy był skrajnie zdezorientowany. Przyglądał się swoim dłoniom. Jego skóra co kilka minut nabierała popielatego odcienia, by chwilę później powracać do swojej naturalnej barwy. Zjawisko było fascynujące, Furman nie mógł oderwać od niego wzroku.
Zaczęło się od tego, że podczas przeczesywania maszynowni poczuł nagle straszny głód. Nie potrafił na niczym skupić uwagi, wszystkie myśli koncentrowały się na potrzebie zaspokojenia łaknienia. Było to dodatkowo o tyle dziwne, że Motorniczy przyjmował na co dzień bardzo ograniczone ilości pokarmu, niekiedy wystarczył mu jeden posiłek na dwa dni. I jadł raczej z konieczności nie znajdując w tym najmniejszej przyjemności. A teraz czuł się jak dwustukilowy, tłusty chłop, który nie żarł nic od kilku dni. Głód aż palił od środka, skręcając trzewia, ślina napływała falami do ust sprawiając, że Furmanowi, mimo, iż nieustannie przełykał, pieniste strużki spływały po podbródku skapując na uniform. Motorniczy porzucił poszukiwania i szybkim krokiem, niemal biegnąc, skierował się do mesy zupełnie ignorując priorytetowe bieżąco problemy załogi. Dopadłszy do drzwi dzielących korytarz od stołówki rozniósł je kopniakami nie mogąc opanować wywołanego głodem drżenia rąk, które uniemożliwiło mu otwarcie przejścia, do czego niezbędne było przystawienie kciuka do umieszczonego na ścianie dekodera i przytrzymanie go nieruchomo przez kilka sekund. Gdy uporał się z wejściem rozpoczął plądrowanie szafek i hermetycznie zamykanych zbiorników z różnego rodzaju pożywieniem. Dziwne było to, że jak już dostał się do pokarmu nie był w stanie go spożyć, przenosił tylko kolejne porcje na ustawiony w centralnej części pomieszczenia stół i zaraz wracał po następne. Gdy nie było już miejsca na blacie, na którym piętrzyły się już niemal całe zapasy załogi Furman przestał i uspokoił się nieco. Na wolnym skrawku stołu postawił metalową tacę i kubełek ze sztućcami. Usiadł na taborecie i z chorobliwą satysfakcją zaczął lustrować zgromadzone smakołyki. Nie wiedział od czego zacząć. Było tu wszystko: boczek, kiełbasa, salceson, kaszanka, pasztetówka, galareta, wiewiórki, dzięcioły, sowy, pojemniki i termosy z kwasem chlebowym, kawą zbożową i buskowianką. Motorniczy jak zahipnotyzowany wpatrywał się w zwały mięsiwa. Ślina coraz obficiej ciekła mu z ust, potężna erekcja niemal rozerwała mu portki. W końcu, jak po sygnale startera, rzucił się na pożywienie. Zaczął wgryzać się w kolejne spłachcie, kawały i pęta mięsiwa wpychając je sobie w usta zaciśniętymi w kułaki dłońmi. Nie czuł żadnego smaku, ale samo jedzenie sprawiało mu niesamowitą satysfakcję. Im więcej pożerał, tym odczuwał większą potrzebę konsumpcji. Kolejne kawały wędlin coraz szybciej znikały w błyszczących tłuszczem ustach. Zarówno ręce sięgające po żywność, jak i rozdrabniające je szczęki pracowały z zawrotną szybkością, sprawiając wrażenie, jakby pochodziły z projekcji filmu wyświetlanego w przyspieszonym tempie. Myśli Furmana były uśpione. Sprawiał wrażenie nieobecnej, psychicznie zniewolonej, pozbawionej samoświadomości istoty lub zaprogramowanego robota. Twarz nie zdradzała żadnego wyrazu, mimika ograniczała się jedynie do wykrzywienia warg w drżący grymas zwierzęcego pożądania. Pożerał coraz szybciej nie odpakowując nawet poszczególnych produktów, połknął nawet w całości pięciolitrowy termos z kawą zbożową, na czym ucierpiało poważnie jego podniebienie miękkie, co jednakże nie wpłynęło w żaden sposób na tempo dalszej konsumpcji. Furman nawet nie zwrócił uwagi, jak rosnący i pęczniejący wańc rozerwał mu w pasie portki i opinającą korpus kapotę. Potężnie wywalone brzuszysko zaczęło jednak nieco krępować ruchy ograniczając zasięg. Motorniczy przerwał na chwilę ucztę i gorączkowo rozejrzał się po mesie. To, czego potrzebował było na wyciągnięcie ręki. Sięgnął za siebie po osadzoną na około półtorametrowym stylu szczotkę i za jej pomocą przygarnął do siebie ostatnie kawałki mięsa. Pożarł nawet wszystkie pobuczowe smakołyki, których w normalnej rzeczywistości żaden Furman by nie tknął. Uspokoił się dopiero, kiedy z całych zapasów pozostało na tacy przed nim tylko sześciozwojowe pęto nasyconej czosnkiem kiełbasy. W tym momencie głód jakby nieco zelżał. Kilkudziesięciokilogramowy posiłek sprawił, że nienaturalnie rozepchany żołądek cudem jedynie nie został rozerwany, a monstrualnie napęczniały brzuch opięty rozciągniętą ponad granice wytrzymałości, miejscami popękaną skórą zwisał spomiędzy rozerwanej garderoby i szeroko rozstawionych nóg spoczywając na podłodze na podobiznę ciasta przygotowywanego do lepienia pierogów. Ciężar zawartości jamy brzusznej powodował, że Furman siedział pochylony nad blatem stołu z purpurową twarzą dysząc ciężko z trudem łapiąc powietrze szeroko rozchylonymi ustami. Rozrośnięty żołądek mocno uciskał inne narządy wewnętrzne, utrudniając oddychanie i tamując krwioobieg, w czego efekcie na ciele Motorniczego zaczęły uwidaczniać się napęczniałe i pulsujące żyły, niebezpiecznie wzrosło ciśnienie, oczy niemal wyszły z orbit. Bezmyślnie wpatrywał się w zawartość tacy sprawiając wrażenie maszyny, którą jakaś niewidzialna moc nagle wyłączyła pozostawiając w stanie czuwania zasilając jedynie minimalną, niezbędną do funkcjonowania wiązką energii.
W tym momencie Motorniczy ocknął się z głębokiego zamyślenia. Mocno zdezorientowany potrząsnął głową i stwierdził, że siedzi przy stole w mesie i najwidoczniej zabiera się właśnie do spożycia posiłku. Spoczywał na taborecie mocno pochylony do przodu boleśnie odczuwając blat wbijający się w ciało na wysokości połowy klatki piersiowej. Nie pamiętał, jak się tu znalazł i dla czego porzucił przeszukiwanie maszynowni. Wcale nie był głodny. Przeciwnie. Mdliło go i nie miał najmniejszej ochoty na spoczywającą przed nim kiełbasę. Stwierdził, że ogólnie czuje się nienajlepiej, jakby znajdował się w nie swoim, zbyt ciasnym ciele, nad którym nie panuje. Ale mimo, iż podświadomie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wokół dzieje się coś dziwnego i raczej niedobrego nie mógł przestać z fascynacją kontemplować zmieniających barwę dłoni. Obracał je przed oczami, zginał i rozprostowywał palce uśmiechając się początkowo kącikami ust, po kilku chwilach już szeroko szczerząc zęby, spomiędzy których wystawały wstążki nie do końca przerzutej żywności. W pewnym momencie paznokcie przestały zmieniać barwę nabierając koloru rtęci. Wsunął palce do ust i postukał końcówkami w górny rząd zębów. Rozległ się twardy, dźwięczny stukot.
- Che, che – zaśmiał się z wyrazem twarzy pensjonariusza szpitala dla obłąkanych. – Ale jaja. Mam paznokcie z blachy.
Zmarszczył usta, jak do gwizdania i przekrzywiając na boki głowę sięgnął po nóż i widelec. Odkroił gruby plaster kiełbasy i uniósł go przed oczy. Wędlina prezentowała się bardzo apetycznie, ale to nie ona przyciągała wzrok Furmana. Interesowały go przed wszystkim sztućce. Prosty, czterozębny widelec rzucał na boki świetlne refleksy, które odbijając się od połyskującej powierzchni tacy wesoło igrały po powierzchni ścian i drzwiczek kuchennych szafek. Motorniczy śledził je wzrokiem zafascynowany niczym dzieciak nowootrzymaną zabawką. Nagle trzymany pomiędzy kciukiem a wskazującym palcem sztuciec zaczął zmieniać kształt. Na początku zgiął się, jak w ukłonie, po czym wyprostował i potrząsnął górnym końcem, być może w daremnej próbie pozbycia się ozdabiającego go plastra kiełbasy. Kilkakrotnie gwałtownie zgięły się u podstaw zęby, ale bez żadnego efektu. Zafascynowany Furman wpatrywał się w przedziwne zjawisko, którego był świadkiem zapominając o dolegliwościach, jakie odczuwał. Widelec zwijał się, giął i prostował, jakby nie mógł zdecydować się na ostateczny kształt postaci, którą chce przybrać. Przedstawienie trwało około pięciu minut. W kulminacyjnym momencie sztuciec zupełnie przestał przypominać to, czym był w początkowej postaci. Najpierw jakby stopił się w bezkształtną bryłę, która na chwilę zastygła w bezruchu, po czym zaczęła się wydłużać pnąc ku górze. Metal pulsował i falował kształtując swoją formę w coraz bardziej wyraźną i konkretną formę przybierając postać podobną do niewielkich, ale względnie proporcjonalnych rozmiarów Furmana. Zachwyt, jaki przeobrażenie wywołało w Motorniczym spowodowało, że mężczyzna jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy, co nieco upodobniło go do bazyliszka. Patrzył jak metalowy Furman bezskutecznie próbował oswobodzić nogi z uścisku jego silnych palców, co szczerze go rozbawiło. Zaczął trząść się od rechotu, który stawał się tym mocniejszy im bardziej malec miotał się w okowach. W pewnym momencie unieruchomiony przestał się szarpać i stanął wyprostowany sprawiając wrażenie, jakby wpatrywał się z wyrzutem w swojego ciemiężyciela. Śmiech z wolna cichł, by w końcu zniknąć ustępując miejsca niemalże absolutnej ciszy przerywanej jedynie świszczącym oddechem Furmana. Twarz mężczyzny stężała i ponownie zaczęła przybierać tępy wyraz posiadacza zniewolonego umysłu. Zwolnił uścisk i widelcowy Furmanek wyswobodził uwięzione nogi. Wdrapał się na czubek dłoni wyprostowanej w dalszym ciągu na wysokości oczu i zajął miejsce na opuszku środkowego palca. Po chwili Furman uniósł drugą rękę, w której dzierżył nóż i wbił jego ostro zakończony szpic w środek rozpostartej dłoni. Rozciął ją wolno wzdłuż, następnie w poprzek i podważył do góry trójkątne płaty ociekającego krwią ciała. Cała ceremonia przypominała nieco rozkwitający kwiat, którego płatki kolejno powstają zwracając ukryte dotychczas twarze ku życiodajnemu słońcu. Uzbrojona ręka opadła na blat, podczas gdy rozorana dłoń odchyliła się na podobiznę poziomej platformy nadal pozostając tuż przed twarzą tępo wpatrującego się weń Motorniczego. Gdy dłoń znieruchomiała Furmanek podszedł sztywno na skraj kipiącej czerwienią rany, chwilę się w nią wpatrywał, by po chwili ugiąć nogi, podskoczyć wysoko i składając się jak do nurkowania zniknąć w jej wnętrzu. Zaraz potem rana przestała krwawić, a Furman na nieszczęście dla siebie wrócił do rzeczywistości. Natychmiast poczuł przeszywający ból, gdy mały intruz zaczął brnąć wnętrzem przegubu. Zamachał ręką kilkakrotnie i spróbował zerwać się z siedzenia. Stół odskoczył od miotającego się w bólach Motorniczego odsłaniając zdeformowane, rozdęte i rozwleczone po podłodze cielsko. Pod wpływem gwałtownego szarpnięcia taboret wysunął się spod siedzącego i mężczyzna runął bezwładnie na podłogę. Brzuch przypominający olbrzymich rozmiarów tarczycowe wole leżał pulsując pomiędzy rozrzuconymi szeroko nogami unieruchamiając leżącego swym ciężarem. W międzyczasie wewnątrz ciała Furmana rozpalały się kolejne ogniska rażącego ogniem bólu. Motorniczy widział, jak unosi się powierzchnia ciała w miejscach, pod którymi akurat przebywał Furmanek. Niekiedy napięta skóra tak mocno przylegała do małego intruza, że można było dostrzec kształt jego głowy. Nagle wewnętrzny penetrator zniknął z powierzchni ciała i jakby zupełnie przestał być aktywny. Furman będąc nadal w szoku, jakiego doznał wracając do świadomości przerażonymi oczami przyglądał się swemu monstrualnemu ciału zupełnie nie mogąc odnaleźć się w rzeczywistości. W tym momencie eksplodował brzuch rozcięty, a raczej przebity i rozorany od wewnątrz przez czterozębny widelec. Uwolnione, lekko tylko nadtrawione, niedokładnie przeżute mięso wymieszane z kwasem żołądkowym, chlebowym i buzującą buskowianką z dużą mocą wystrzeliło zbryzgując krwisto brunatną mazią sufit, ściany i meble. Wnętrzności rozlały się wokół rozprutego martwego, targanego pośmiertnymi drgawkami ciała. Gasnący umysł Motorniczego tuż przed śmiercią zdążył jeszcze zarejestrować obraz przebijających skórę kościstych, popielato sinych ostrokrawędzistych strzępów i wystrzeliwujących z rozerwanego korpusu kawałków potrzaskanego kręgosłupa i żeber.
***
Odebrawszy komunikat od Pobucza Cyrulik szybkim krokiem zmierzał do sterowni. Nie zdążył zbadać przypadającej mu części statku, ale telepata najwyraźniej uznał, że to może poczekać. Podekscytowany Furman wkroczył do niewielkiego pomieszczenia i zatrzymał się z niemałym zdziwieniem. Uśmiechnięty Pobucz siedział na pulpicie i wesoło wymachując krótkimi nóżkami ze smakiem zagryzał wędzoną wiewiórką. Na podłodze poniewierało się też kilka nieapetycznie uślinionych łebków suszonych dzięciołów. W pierwszej chwili Cyrulik uznał, że dobry humor oznacza, iż Pobucz znalazł rozwiązanie nękającego ich problemu. Jednakże przyjrzawszy się uważniej telepacie doszedł do wniosku, że może jednak chodzić o coś innego. Wyraz twarzy mimo uśmiechu zdradzał jakieś wewnętrzne napięcie, którego źródła mogły być skrajnie różne. Mimo wzajemnej zażyłości i miłości do Pobuczy Furmanom nigdy nie udało się do końca zgłębić fenomenu psychiki telepatów.
- O co chodzi? – zapytał Cyrulik – Znalazłeś rozwiązanie?
Nie przestając machać nogami i przeżuwać wiewiórczyzny Pobucz przekazał twierdzącą odpowiedź. Furman odetchnął z ulgą. Rysy twarzy złagodniały przeganiając z niej napięcie, miejsce którego zajęło odzwierciedlenie rozlewającej się po całym ciele ulgi. Usiadł na fotelu i ukrył twarz w dłoniach.
- Mówże – powiedział. – Gdzie są pozostali? Już im powiedziałeś?
Pobucz skończył posiłek wypluwając koniec rudej kitki. Zeskoczył na podłogę i podszedł bliżej Cyrulika.
- Rozwiązanie znalazłem – rzekł. – Ale chyba nie o takie nam chodziło.
- To znaczy?
- Rozwiązaniem jest uświadomienie sobie beznadziejności naszego położenia.
- Co?
- Przeanalizowałem dane na wszystkie sposoby i wychodzi na to, że obcy pozwalał utrzymywać mi kontakt z Furfurmanem, żeby za moim pośrednictwem manipulować resztą załogi. Może nie tyle manipulować, co znać zamiary i poczynania poszczególnych osób. Niestety. Nie mamy szans w konfrontacji z tą istotą. I o zaprzyjaźnieniu też możemy zapomnieć. To zdaje się ma w głębokiej pogardzie wszystko i wszystkich. Wyjątkowo ognisty przejaw megalomanii.
- Co mamy więc robić?
Pobucz pokiwał głową i wydął policzki.
- Cokolwiek – odparł. – To i tak bez znaczenia.
*
Wracając do sterowni po zakończeniu obchodu ładowni i magazynów Glebiarz spotkał w dolnym korytarzu Furmankę, która zakończyła właśnie przegląd pokładu, na którym znajdowały się kajuty rekreacyjne. Wymienili informacje i zadowoleni z braku rezultatów poszukiwań skierowali się wspólnie ku kabinie nawigacyjnej. Przez interkom przekazali Pobuczowi informację o efektach swojej pracy i ruszyli dalej. Zanim opuścili korytarz nadajnik ponownie zatrzeszczał. Zatrzymali się, żeby wysłuchać komunikatu, ale z głośnika nie wydobywało się nic poza suchymi trzaskami i piszczeniem o niskiej tonacji. Gazownik wcisnęła przełącznik odbiornika.
- Halo? – zaczęła – Tu Glebiarz i Gazownik. Jesteśmy na drugim poziomie centralnym. Nasze rewiry są czyste. Kto nadał sygnał?
Wobec braku odpowiedzi wprowadziła kod zabezpieczający i otworzyła klapkę, w której znajdował się rejestrator połączeń.
- Górna rufa – powiedziała. – Kto miał tam być? Furmanolog?
- Chyba tak. Na pewno. Motorniczy sprawdza maszynownię, a Cyrulik pierwszy poziom środkowy i pomieszczenia medyczne. Co wynika z rejestratora?
- Właśnie chodzi o to, że nic.
- No to w porządku. Pewnie przypadkowo nacisnął.
- Wątpię – powiedziała z przekonaniem Furmanka. – Sygnał jest nadal aktywny.
To powiedziawszy przełączyła urządzenie na odbiór i w tym samym momencie ponownie usłyszeli trzaski i świsty.
- No i co z tego? – Glebiarz wzruszył ramionami. – Zahaczył niechcąco ramieniem i nawet nie zauważył.
Kobieta skarciła go wzrokiem.
- Co ty powiesz? Nie byłabym wcale taka pewna. Trudno to włączyć niechcąco. Chyba, że ktoś cię popchnie. A o to ciężko będąc samemu. Z resztą. Ruszając stąd nie nadłożymy wiele drogi. Parę minut nas nie zbawi. Jeśli zajdzie konieczność powrotu ze sterowni stracimy dużo więcej czasu, a może nam go zacząć brakować.
- Chwila – opierał się mężczyzna. – Jeszcze tylko jedna sprawa. Zapytaj sterownię.
Kobieta przytaknęła bez słowa i wywołała Pobucza. Bez pozytywnego skutku. Raz, drugi, trzeci.
- Co jest do cholery – zdenerwowała się. – Wyłączył nadajnik. To nieodpowiedzialne.
- Ma przecież robotę – zaoponował Glebiarz. – Jeśli coś będzie chciał skontaktuje się z nami po swojemu.
- A odwrotnie?
Furman wzruszył ramionami.
- Wiem tyle, co i ty – odparł.
- W takim razie chodźmy sprawdzić co z Furmanologiem – zadecydowała.
- Rozkaz, dziecino – odparł Glebiarz służbiście wypinając pierś.
- Przestań pajacować – skarciła go Furmanka. – Nie czas na to.
Wykrzywił usta w grymasie teatralnej obojętności i w okraszonym pozbawioną złośliwości ironią zapraszającym geście wskazał Furmance dłonią drogę kłaniając się lekko. Gazownik pokiwała głową z udawaną dezaprobatą i ruszyli ku rufowej części statku. Po drodze uruchamiali wszystkie napotkane przekaźniki za każdym razem z tym samym efektem. Wyjechali windą na górny poziom i dalej podążali nieco ostrożniej.
- Co jest do cholery? – syknął Glebiarz.
Zatrzymał się jak wryty powstrzymując jednocześnie od dalszego marszu towarzyszkę.
- O co chodzi? – spytała z niepokojem.
Furman bez słowa wskazał przed siebie. Jakieś piętnaście metrów przed nimi, tuż przed ostatnim zakrętem dzielącym ich od celu, przy ścianie korytarza spoczywał blaszany kocioł.
- Taki sam, jak te, które znaleźliśmy na tym statku – rzekł.
- I jaki zaatakował Furfurmana – przytaknęła przełykając głośno ślinę. – Co robimy?
Furman postąpił kilka kroków przed siebie.
- Jest zamknięty – szepnął.
- Co to znaczy?
- Nie wiem, ale wydaje mi się, że to niedobrze. Na planecie znaleźliśmy mnóstwo otwartych pustych cylindrów. Początkowo myśleliśmy, że to zwyczajne kotły na bieliznę, chociaż wydawało się to co najmniej dziwne. Ale poza tym? Nic niecodziennego. Kształt, rozmiar, kolor. Zwyczajny kocioł, jakie spotykamy w całym wszechświecie. Była ich taka masa, że przestaliśmy zwracać na nie uwagę. Zdaje się, że na zamknięty natknął się tylko nasz dowódca. Z jakim efektem, sama wiesz.
- Czyli, że w tym siedzi to coś? Ale może to i dobrze. Jakby był pusty, to znaczyłoby, że intruz znalazł już swoją ofiarę, a tak…
- Może i masz rację. Oby. A teraz uważaj.
Furman sięgnął po bat i wziąwszy krótki zamach z biodra dwukrotnie precyzyjnie smagnął krzyżowo przecinając kocioł na cztery części. Cylinder rozpadł się uwalniając syczący kłąb mieszanki gazowej, który złowieszczo zawisł mniej więcej metr nad podłogą, jak brudno bury burzowy cumulus gotów w każdej chwili lunąć kwaśnym deszczem. Astronauci milcząc przyglądali się zjawisku niepewnie, zwlekając z decyzją co do dalszego postępowania. Tymczasem chmura zaczęła bezdźwięcznie dygotać i zmieniać kształt przypominając bryłę plasteliny, którą formują niewidzialne ręce nie mogąc zdecydować się na ostateczną formę dzieła. W końcu drżące opary zaczęły przybierać konkretny wygląd na podobieństwo furmańskiej twarzy. Dostrzegalne zaczęły być usta i podbródek, perkaty nos, zamknięte podworkowane oczy, duże lekko odstające i obwisłe uszy. Lico wydawałosię coraz bardziej znajome. Furmani wpatrywali się w obłok coraz szerzej rozdziawiając usta. Po chwili przed nimi zawisła głowa Furfurmana. Postąpili krok w tył i jednocześnie oboje smagnęli batami. Chmura na moment zawirowała, ale niemal natychmiast powróciła do przybranego wcześniej kształtu. Zamknięte powieki otworzyły się wolno odsłaniając jarzące się krwistą czerwienią, wypełnione szaloną pasją oczy wpatrujące się w nich przenikliwie. Usta wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu ukazując dwa rzędy żółtych, szpiczasto zakończonych zębów. Ten jeden szczegół różnił widziadło od oryginalnego Furmana. Astronauci z przerażeniem wpatrywali się w wizerunek dowódcy obezwładnieni swoją beznadziejną niemocą. Usta lewitującej głowy otworzyły się i korytarz wypełnił się bulgoczącym głosem, który nieudolnie próbował wyartykułować jakieś, póki co, niezrozumiałe słowa. Wykorzystując to, że obłok skoncentrował się na modulacji głosu, Glebiarz sięgnął do obszernej kieszeni kombinezonu i wydobył garść ząbków kosmicznego czosnku. Ukrył ręce za plecami i wyłuskał z osłonek trzy kawałki, które uspokoiły go nieco gładkością i sprężystością powierzchni. Z reguły, aby odnieść pożądany skutek wystarczał jeden ząbek, ale z uwagi na powagę sytuacji i brak znajomości przeciwnika Furman wolał nie ryzykować i profilaktycznie przygotował zwielokrotnioną dawkę dezintegratora. Tymczasem imitacja Furfurmana wydęła policzki z miną triumfatora i przemówiła czystym, wyraźnym głosem dowódcy:
- A gdzież to wybieracie się braciszkowie moi?
Na te słowa Glebiarz postąpił dwa kroki przed siebie.
- A pies cię jebał! – krzyknął i z całej siły cisnął czosnkiem o podłogę tuż przed szydzącym z nich wrogiem.
W momencie zetknięcia z podłożem ząbki wydały z siebie ostrą, gryzącą woń wypuszczając żółtawą mgiełkę oparów, które szybko uniosły się spowijając wiszącą gazową chmurę ozdobioną zdziwioną miną. Wizerunek Furfurmana zaczął tracić na ostrości, wykrzywiając usta w grymasie nienawiści. Widać było, że początkowo próbował walczyć, ale wobec potężnej dawki trującego specyfiku obłok odleciał kilka metrów w tył.
- Na razie – rzekła głowa i zniknęła rozpływając się w ścianie korytarza.
Glebiarz spięty i skoncentrowany wpatrywał się w miejsce, w które wniknął obłok czekając na ewentualny kontratak, ale po chwili uznał, że na razie są bezpieczni. Mrużąc oczy oparł się o ścianę dysząc ciężko.
- Skąd miałeś czosnek? – spytała z uznaniem Furmanka.
Astronauta odetchnął i ruszył przed siebie.
- Z Alfa Centauri C – odparł z westchnieniem.
Kobieta wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem.
- Jak to? – zapytała drżącym głosem – Ty.. Ty tam byłeś?
Furman nie odpowiedział tylko przyspieszył kroku. Gazownik ruszyła za nim wpatrując się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami. Swoim wyznaniem jednocześnie przeraził ją, jak i jej zaimponował. Proxima Centauri to niechlubna karta w dziejach furmańskich kosmicznych podbojów. Wydarzenie miało miejsce na samym początku kolonialnej ekspansji kosmosu, jaka rozpoczęła się w połowie ostatniego wieku, poprzedniego milenium. Wówczas fury nie były jeszcze tak technologicznie doskonałe, jak obecne. Miały między innymi bardzo ograniczony zasięg, prowizoryczne uzbrojenie i sprzęt informatyczny, ślamazarną, jak na aktualne standardy, maksymalną prędkość oraz minimalne możliwości transportowe z uwagi na niewielką powierzchnię użytkową i mizerną moc silników. W obecnych czasach większą moc mają dziecięce fury, które można spotkać w miejskich parkach i przedszkolach. Wówczas jednak uważane były za szczyt rozwoju technologicznego i pokładano w nich wielkie nadzieje związane z poznaniem i ekspansją odległych układów i galaktyk. Pobucze przestrzegali przed pochopnymi najazdami na niezbadane wcześniej tereny, ale mało wówczas doświadczony w tym zakresie Cybermózg bagatelizował te ostrzeżenia i głodny wojen i bitew, które dopiero co zakończyły się na rodzimej planecie, nakazał inwazyjną politykę astronautyczną, za wszelką cenę dążąc do opanowywania coraz to nowych terenów, które następnie miały być zafurmaniane i zapobuczane. Początkowo wszystko szło zgodnie z założeniami. Kolejno bez większych problemów Furmani podbili i zasiedlili planety i naturalnych satelitów Układu Słonecznego oraz dalsze rozsiane po całej Drodze Mlecznej. Sukcesy tak rozpaliły apetyty władz, że zaczęto coraz mniej wagi przywiązywać do kwestii bezpieczeństwa astronautów, jak również, a może przede wszystkim, zmniejszono intensywność, szczegółowość i ogólne znaczenie prac rekonesansowo wywiadowczych, które wcześniej każdorazowo przeprowadzano na obiekcie mającego nastąpić ataku. Tak było w przypadku dwóch planet w Galaktyce Andromedy. Misje wysłane w tamten rejon poprzedzono jedynie powierzchownymi badaniami, a plan inwazji oparto głównie na zdjęciach i próbkach pobranych z orbity przez sztuczne satelity. Na podstawie tak nieprecyzyjnie sporządzonych obliczeń przygotowano plan ataku, dobrano wyposażenie i personel. Na szczęście okazało się, że gatunki zamieszkujące obie planety wykazały się szczególną łagodnością i ograniczały się jedynie do postawy obronnej, nie kusząc się o branie odwetu na agresorze. Dość, że w wyniku samego niemalże wyłącznie biernego oporu zniszczeniu uległa połowa galaktycznych fur wysłanych z misja podbojową, druga zaś jej część nie przygotowana na taki obrót sprawy krążyła po orbitach planet nie mając wystarczającej ilości paliwa na powrót do macierzystej bazy. Dopiero powtórnie przygotowana akcja poprzedzona tym razem odpowiednio wcześniej przeprowadzonymi badaniami przyniosła oczekiwane rezultaty i pozwoliła odzyskać część utraconego wcześniej sprzętu, a także wyzwolenie wziętych do niewoli Furmanów. Niestety Cybermózg nie wyciągnął należytych wniosków z pochopnie przeprowadzonej akcji. Prawdopodobnie wpływ na to miała głównie propaganda informacyjna, która skupiła się wyłącznie na efekcie końcowym misji. Opinia publiczna otrzymała wiadomość o całkowitym sukcesie operacji. Wyniki pierwszego etapu były utajnione, zaś opłacane przez rząd media rozpływały się w zachwycie nad sukcesem, mimo tak nikłych nakładów finansowych, które znacznie ograniczono dzięki odstąpieniu od prac wywiadowczych. Pozwoliło to skutecznie pozbawić oręża zwolenników wstępnych misji rozpoznawczych, czego efektem była nieszczęsna w skutkach misja na Alfa Centauri. W owej zupełnie nieprofesjonalnie przeprowadzonej akcji niemal całkowitemu zniszczeniu uległa wyekspediowana tam flota. Mieszkańcy Centauri okazali się narodem bitnym, bardzo znacznym liczebnie, niezwykle odpornym na broń stosowaną przez Furmanów oraz wyjątkowo zajadłym, mściwym i pozbawionym jakichkolwiek skrupułów względem najeźdźcy. W trakcie trzech bitew, jakie miały miejsce na piaszczystych, chłodnych polach w nierównej walce poległo blisko dwa tysiące Furmanów, co jak na statystyki furmańskich wojen było liczbą niebagatelną i przytłaczającą. We wszystkich dotychczas przeprowadzonych akcjach zginęło ich bowiem jedynie kilkunastu. Ponadto sposób, w jaki polegli ci dzielni bohaterowie przywołuje do tej pory ciarki na grzbietach nawet najbardziej emocjonalnie oschłych i odpornych na uczucia jednostek. Palone żywcem, rozrywane na strzępy, gotowane, ćwiartowane i miażdżone ciała, bezczeszczone i plugawione zwłoki do tej pory są symbolem zarówno furmańskiego holokaustu, jak i niefrasobliwości i nieodpowiedzialnego nadzoru elit rządzących. Z pogromu jaki urządzili Centaurzy uszło niewielu. Ci, którzy przeżyli w większości przypadków resztę życia spędzili w odosobnieniu w specjalnie przygotowanych w tym celu klinikach, pod wzmożonym nadzorem i opieką uformowanego naprędce korpusu medycznego. Z dwustu fur biorących udział w tej nierównej, z góry skazanej na niepowodzenie wojnie nie powróciła żadna. Ocalały jedynie dwie kapsuły ratownicze, na pokładzie których powróciło do bazy siedemnastu Furmanów.
- Jak to możliwe? – spytała porażona wyznaniem Glebiarza Furmanka. – Przecież oni wszyscy…
- Nie wszyscy – uciął Furman. – Nie wszyscy.
Gazownik chciała zapytać jeszcze o szereg nurtujących ją związanych z miażdżącą wiadomością problemów, ale mężczyzna wykonał dłonią gest nakazujący milczenie. Weszli właśnie do ostatniego odcinak korytarza dzielącego ich od pokładu rufowego i ich oczom ukazał się makabryczny widok. Ciało Furmanologa, lub raczej to, co z niego pozostało wtopione było w ścianę, z którą niemal się zasymilowało tworząc coś na podobiznę groteskowej płaskorzeźby. Z gładkiej powierzchni wystawała zdeformowana, wykrzywiona nieopisanym bólem twarz, wklęśnięta, przybita po środku zakończonym dużym bolcem pierś i wykoślawione, przypominające zniszczone skrajną wersją artretyzmu dłonie. To, co zostało z Furmana niczym nie różniło się kolorystycznie od połyskującej metalicznym odcieniem ściany korytarza. Glebiarz podszedł wolno do szczątków towarzysza i ostrożnie dotknął nienaturalnie wygiętego palca wyrastającej wprost ze ściany dłoni. Była chłodna i twarda. Jak z ołowiu lub innego metalu. Astronauta cofnął się i rozejrzał w koło, nie wiedząc, czego ma się spodziewać. Nagle usta zniekształconej twarzy drgnęły. Powieki rozchyliły się odsłaniając popielatego odcienia gałki oczne. Przez chwilę Glebiarz miał wrażenie, że dostrzega w dziwnym spojrzeniu nić zrozumienia, coś na wzór rodzinnej więzi potrafiącej przełamać każdą barierę wrogości. Sięgnął ku dłoniom Furmanologa, gdy topniejące wargi rozwarły się ze zgrzytem uwalniając zniekształcony, jazgoczący głos.
- Tu jest tak… pięknie.
W chwilę później twarz zaczęła tracić znajome rysy i znikać wgłębi połyskującej matowo powierzchni. Furman cofnął się patrząc, jak to, co jeszcze niedawno było jego towarzyszem bezpowrotnie znika rozpływając się w wewnętrznej ścianie fury. Nie bez obaw podszedł do miejsca, w którym przepadł astronauta i dotknął go delikatnie. Nie wyczuł niczego szczególnego, czy nietypowego. Powierzchnia była chłodna, gładka i stabilna. Odwrócił głowę i spojrzał przez ramię na Furmankę. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami sprawiając wrażenie, jakby chciała się upewnić, że to wszystko czego przed chwilą była świadkiem z pewnością wydarzyło się naprawdę. A może wręcz przeciwnie? Może wolałaby dostrzec na twarzy kolegi zdziwienie jej własnym wyglądem, zachowaniem? Sama już nie wiedziała, co byłoby gorsze. Realność i potwierdzenie faktu ostatnich wypadków, czy odchodzenie od zmysłów? Gdyby pozostawiono jej wybór zdecydowałaby się na to drugie. Po woli dochodziła bowiem do przekonania, że jeszcze jedno takie wydarzenie, a i tak nie wytrzyma tego emocjonalnie. A przynajmniej dozna poważnych uszczerbków jej psychika.
- Bądź ostrożny – ostrzegła mężczyznę bacznie obserwując jego reakcje. – Nie wiadomo, do czego to jest zdolne. Lepiej wracajmy do sterowni. Trzeba ustalić plan działania.
Glebiarz odsuną się od ściany i stanął obok towarzyszki.
- Masz rację – odparł – Nic tu po nas.
Nie tracąc więcej czasu na oględziny ruszyli w drogę powrotną.
*
Cyrulik opuścił sterownię zaskoczony i podłamany bierną postawą Pobucza, jego rezygnacją z nawiązania prób jakiejkolwiek walki. To do niego nie podobne. Albo więc faktycznie sytuacja była tak skrajnie beznadziejna, w co nie chciał wierzyć, albo nie dokończył jeszcze badań. Może też okazać się, że obca istota wywierała jakiś wpływ na jego postawę lub, co chyba najbardziej prawdopodobne, telepata nie ufał mu i nie chciał zdradzić szczegółów planu. Nie bardzo wiedział, jak ma się zachować, co powinien zrobić. Niedługo powinni wrócić pozostali członkowie załogi i zdać relacje z rekonesansu fury. Wyglądało na to, że nie dzieje się nic złego, bo już otrzymaliby jakieś wstępne informacje na ten temat. Brak komunikatów oznaczał, że nie natknięto się na żadne anomalia, czy poważniejsze nieprawidłowości. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, czarnowidztwo Pobucza niepokoiło więc jeszcze bardziej. Tym bardziej, że odciągnął go od wykonania jego części zadania. Nie sprawdził pomieszczeń medycznych, które na logikę rzecz biorąc były najbardziej narażone na możliwość zainfekowania obcą aktywnością z uwagi na najbliższe sąsiedztwo z izolatką, w której przebywał zarażony Furfurman. Był na siebie zły, że porzucił obowiązki ale skąd mógł wiedzieć, że Pobucz zachowa się w ten sposób? Zdusił przekleństwo na ustach i szybkim krokiem ruszył w kierunku laboratorium. Znał te pomieszczenia, jak rodzinny dom, wystarczy mu więc tylko rzucić okiem, by zorientować się, że coś jest nie tak. W niecały kwadrans skończy obchód i nie da na siebie długo czekać towarzyszom. Na spokojnie znajdą pewnie jakieś rozwiązanie. Uważał, że postępuje rozsądnie i racjonalnie. Nie miał dotychczas żadnych emocjonalnych rozchwiań, zaburzeń koncentracji, czy luk w pamięci mogących świadczyć o chwilowej utracie świadomości. Nie sądził więc, by obca istota próbowała dostać się do jego umysłu, w celu przejęcia nad nim kontroli bądź wyciągnięcia informacji. Nie raz poddawany był hipnozie, różnym formom narkozy, czy psychofizycznym symulacjom. Niejednokrotnie sam je stosował wobec pacjentów, lub uczestników różnych programów badawczych, którym przewodził w trakcie badań uniwersyteckich, wiedział więc doskonale, jakie są tego objawy i symptomy. I był w stu procentach przekonany, że sam nie został ostatnimi czasy poddany żadnemu z takich procesów. Tak rozmyślając i analizując dotarł do izolatki. Nie wyglądała normalnie, ale niczym nie różniła się również od stadium, w jakim widział ją ostatni raz. Podszedł do zmatowiałej szyby i spróbował zajrzeć do środka. Bez pozytywnego rezultatu. Miał wrażenie, jakby próbował przejrzeć ścianę. W tym momencie ponownie pomyślał o Pobuczu. Przecież telepata mógł przenikać materię o określonej grubości i gęstości, a w tym przypadku nie dostrzegał nic. To było co najmniej dziwne. Furman nie dopuszczał dotychczas do wiadomości możliwości sabotowania misji przez Pobucza, ale ostatnie wydarzenia mocno rozchwiały jego poczucie zaufania do innych. Sam już nie wiedział komu może wierzyć i do jakiego stopnia. Najpierw Motorniczy, który okazał się nie do końca tym, za kogo oficjalnie uchodził, a teraz Pobucz zachowujący się w sposób zupełnie irracjonalny. Pochopny i nieodpowiedzialny.
Porzucił daremną próbę dojrzenia czegokolwiek przez niegdysiejszą szybę i skierował się ku pomieszczeniom szpitalnym. Właśnie zamierzał skręcić w krótki prowadzący do nich korytarz, gdy w miejscu rozwidlenia, z którego odchodziła odnoga natknął się na solidną, połyskującą, metalową ścianę. Nie spodziewając się takiej przeszkody Furman solidnie wyrżnął głową w jej twardą powierzchnię mocno rozbijając wystający, orli nos.
- Co, do diabła? – rzekł zdziwiony.
Odsunął się od ściany i rozejrzał na boki. Po drzwiach jeszcze niedawno prowadzących do korytarza nie było śladu. Zastępowała je lita ściana sprawiająca wrażenie stałego elementu konstrukcji ściany. Nie było żadnego śladu spoiwa, rys, jakichkolwiek innych śladów znamionującym ich wcześniejszy brak. Cyrulik patrzył z niedowierzaniem na ścianę usiłując znaleźć racjonalne wytłumaczenie jej obecności w tym miejscu. Na próżno. Zdezorientowany i wylękniony odszukał skrzynkę interkomu i kilkakrotnie przestawił przełącznik usiłując kolejno nawiązać łączność z poszczególnymi towarzyszami, potem nadając na paśmie ogólnodostępnym. Bez efektu. W tym momencie nie tyle usłyszał, co intuicyjnie stwierdził za sobą czyjąś obecność. Poczuł, jak pot spływa mu po skroniach, koszula nieprzyjemnie lepi się do pleców. Wolno odwrócił się i ujrzał stojącego po środku korytarza Furfurmana. Dowódca, albo może bardziej trafnie, były dowódca oddalony był o jakieś pięć metrów i wpatrywał się w niego przenikliwie. Twarz miał uśmiechniętą, ale z jego oczu bił beznamiętny chłód, brak było w nich tego blasku ciekawości, który zawsze Furfurmanowi towarzyszył. Splecione za plecami ręce wprowadzały dodatkowy niepokój w Cyruliku.
- Coś mi się wydaje, kochanieńki, że nikt ci nie odpowie – rzekł spokojnym, czystym głosem. – Jesteśmy tu sami, samiusieńcy. Na razie. Ale spokojnie, to się zaraz zmieni.
Medyk przełknął ślinę i otarł pot skraplający się w brwiach.
- Co to wszystko ma znaczyć? – spytał próbując opanować drżenie głosu. – Dobrze cię widzieć w zdrowiu – dodał. – Chyba lepiej się czujesz?
Nie był zainteresowany odpowiedzią na pytania. Wiedział, że to, co przed nim stoi nie było Furmanem. Próbował jedynie odciągnąć uwagę obcego i grać na zwłokę. Nie spuszczając wzroku z oczu Furfurmana dyskretnie i ostrożnie sięgnął po przytroczony do pasa bat.
- O tak, mój drogi. Czuję cię dużo lepiej. Tak dobrze, jak nigdy. I nawiasem mówiąc, nawet tego nie próbuj.
Cyrulik na moment się zawahał. Nagle jego uwagę przykuła ściana korytarza po prawej stronie Furfurmana. Jej powierzchnia na moment rozbłysła, jakby odbijając docierające do niej z przeciwległej strony światło. Medyk rozejrzał się szybko, ale nie dostrzegł niczego, co mogłoby emanować taką poświatą. Gdy ponownie spojrzał na źródło blasku powierzchnia ściany zafalowała i zaczęła się wybrzuszać. Wyglądało to, jakby konsystencja ściany przybrała stan ciekły, lub półpłynny i pod wpływem zmienionego o dziewięćdziesiąt stopni kąta działania grawitacji zaczęła skapywać olbrzymimi kroplami. Wypukłość z każdą chwilą rosła i pęczniała tuż za plecami zdającego się jej niedostrzegać Furfurmana. Niecodzienny widok nasunął Cyrulikowi skojarzenie z ustami żującymi gumę i nadmuchującymi teraz duży, popielaty balon. W końcu wybrzuszenie zaczęło wydłużać się w pionie, by po chwili łączyć się z nią już tylko cienką metaliczną pępowiną. Medyk z niedowierzaniem patrzył, jak szara masa przybiera kształt Furmana, ściślej mówiąc Motorniczego. Cały proces nie trwał dłużej niż dziesięć sekund. Cyrulik miał teraz przed sobą dwie postaci, które jeszcze całkiem niedawno były częścią załogi, jego towarzyszami, przyjaciółmi i braćmi, na których mógł liczyć w każdej chwili bez względu na stopień zagrożenia. A teraz? Czuł obezwładniające przerażenie, trwogę, która odbierała mu moc i energię wlewając w ich miejsce paraliżujący strach i zwątpienie. Patrzył na przybyszy próbując dostrzec jakiekolwiek symptomy obecności w nich ich poprzednich wcieleń. Na próżno. O ile Furfurman samym wyglądem do cna przypominał swego protoplastę, to w żaden sposób nie można było powiedzieć tego samego o Motorniczym. Zarówno ciało, jak i garderoba kolorystycznie nie różniły się od siebie i przybrały barwę ściany, która wydała je przed chwilą na świat. Dokładne i wyraziste rysy twarzy dodatkowo przysparzały upiorności całej postaci.
Dziwadło postąpiło dwa kroki przed siebie i zrównało się z Furfurmanem. Cyrulika zdziwiło jego bezdźwięczne poruszanie się. Spodziewał się usłyszeć metaliczny odgłos kroków, a tymczasem przy zetknięciu z podłogą stopy Motorniczego jakby na ułamek sekundy delikatnie wtapiały się w jej powierzchnię nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Na skinienie dowódcy groteskowy Furman ruszył dalej w kierunku zdezorientowanego Cyrulika.
- Nie rób głupstw – rzekł Furfurman. – Opór nie ma sensu…
Nie dokończył wypowiedzi, bo w tym momencie świsnął bat i głowa Motorniczego z furkotem poleciała w tył. Cyrulik ponownie spodziewał się usłyszeć brzdęk, ale czerep wylądował na podłodze z ledwosłyszalnym, miękkim plaśnięciem i zniknął pod jej powierzchnią, jak delikatnie wpuszczony do stawu karp. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń Cyrulik rzucił się do ucieczki. Tymczasem z twarzy Furfurmana zniknął błogi uśmiech i zastąpił go grymas mieszaniny rozbawienia i irytacji. Z potworną siłą odepchnął na bok bezgłową postać, która już częściowo zapadła się w podłożu. Pod wpływam działania siły dowódcy ciało znikło częściowo ścianie, a po części w podłodze, która zaczęła je pochłaniać już w chwilę po pozbawieniu go głowy. Medyk tylko kontem oka dostrzegł te iście fantasmagoryczne wydarzenia i nie oglądając się więcej ruszył ile sił do sterowni. Nagle, w odległości kilkunastu metrów przed sobą dostrzegł wyłaniające się ze ściany dłonie, za nimi całe ramiona i w końcu sylwetkę Motorniczego. Zanim obcy zdążył go dosięgnąć, Cyrulik skręcił w lewą odnogę korytarza. Nie słyszał za sobą odgłosów pogoni, ale wiedział, że to coś ściga go stąpając bezdźwięcznie. Uciekał bez żadnego planu. Został zmuszony do zmiany kierunku i nie miał teraz pomysłu na miejsce docelowe. Odwrócił minimalnie głowę i próbując ocenić dzielącą go od pościgu odległość. Z ulgą stwierdził, że Motorniczy pozostawał za nim o całą długość korytarza, czyli jakieś dwanaście metrów. W błyskawicznym tempie przeanalizował wszystkie ewentualności i w końcu uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie winda. Nagle usłyszał świst i poczuł, jak koniec wrogiego bata rani mu plecy przecinając kombinezon od prawego ramienia po lewe biodro. Zachwiał się na chwilę, ale nie zwolnił biegu. Raz jeszcze rzucił okiem przez ramię i wówczas dostrzegł, jak Motorniczy niczym pływak złożył do siebie dłonie i dał nurka wprost w ścianę, w której rozpłynął się bez śladu. Niemalże w tym samym momencie wynurzył się za zakrętem tuż przed uciekającym, jakby przeciął trasę na skróty. Jednakże tym razem medyk nie dał się zaskoczyć i w momencie, gdy tylko intruz zaczął się przed nim materializować ciął batem z mistrzowską precyzją chirurga tym razem odcinając Motorniczemu uzbrojone ramię wraz z częścią korpusu. Wiedział, że nie uśmierci wroga w ten sposób, ale liczył, że przynajmniej zyska na czasie. Nie mylił się. Zanim zainfekowana fura zdążyła ponownie odtworzyć Furmana, Cyrulik był już w windzie. Wciskając guzik zamykający rozsuwane drzwi miał nadzieję, że urządzenie zadziała prawidłowo, nie tak jak na filmach. Na szczęście wszystko funkcjonowało bez zarzutów i skrzydła odcinające go od korytarza zamknęły się w sykiem. Zanim winda ruszyła w górę medyk dostrzegł jeszcze przez wizjer zbliżającego się do drzwi Motorniczego, który zanim kabina odjechała runął na nie z potężnym impetem całym ciężarem swego ciała. Cyrulik odskoczył spodziewając się ujrzeć wyłaniającą się z wewnętrznej strony drzwi sylwetkę swojego prześladowcy, ale zamiast tego usłyszał dźwięczny łoskot, jakby ktoś cisnął w metalową powierzchnię ciężkim, żelaznym taboretem. Najwidoczniej mutacja fury nie sięgnęła jeszcze tak daleko. Niespełna minutę później medyk biegł już górnym korytarzem. Oddalając chwilowo bezpośrednie zagrożenie emocje nieco w nim ostygły i zaczęła bardziej doskwierać odniesiona w potyczce, głęboka i obficie krwawiąca rana. Pokonując kolejne zakręty zaciskał zęby i zmuszał się do niefurmańskiego wręcz wysiłku. Po kilku minutach biegu uznał jednak, że prędzej wykrwawi się na śmierć, niż dobiegnie do celu. Poza tym, jeśli wraz z upływem krwi straci zbyt dużo sił nie będzie w stanie założyć sobie szwów, a nikt inny w przypadku tak dużej rany nie będzie w stanie skutecznie tego zrobić. O ile w ogóle ktokolwiek jeszcze na tej furze oprócz niego przeżył. Zatrzymał się i wyciągnął z saszetki igłę i chirurgiczne nici. Wymienił szybko końcówkę bata i zrzucił przesiąkniętą posoką koszulę kombinezonu. Stanął w rozkroku i maksymalnie się koncentrując smagnął batem za plecy. Poczuł przeszywający ból, ale nie przerwał raz po raz biorąc krótkie i precyzyjne zamachy. Przejechał wzdłuż rany podwójnym overlockiem i po chwili dysząc ciężko upadł na kolana. Ściany korytarza zbryzgane były krwią, ale rana już tak obficie nią nie broczyła. Wykonując prowizoryczny opatrunek przewiązał się strzępami koszuli na wysokości piersi i brzucha i ruszył w dalszą drogę. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, za niespełna dziesięć minut powinien osiągnąć cel. Nie mógł tego dostrzec, ale brzegi rany zaczęły przybierać popielaty, metaliczny odcień.
*
Pobucz opróżnił podręczną sakwę i zapasowy cylinder na prowiant ze wszystkich smakołyków. Nie był przesadnie głodny, ale przeżuwanie uspokajało jego nerwy i pozwalało nie skupiać się wyłącznie na nurtujących problemach, pozwalając jednocześnie na namiastkę odprężenia i uspokojenia wzburzonych myśli. Zastanawiał się, czy zrobił dobrze przekazując Cyrulikowi takie, a nie inne informacje. W sumie nie złamał zasad, bo przecież powiedział mu prawdę. No może nie tyle powiedział prawdę, co nie skłamał. Zataił jedynie pewne istotne szczegóły, ale zrobił to tylko i wyłącznie w dobrej wierze, w interesie załogi. Odkrycie, którego dokonał spowodowało, iż nie był pewien, czy w dalszym ciągu będzie mógł nawiązywać z Furmanami kontakt telepatyczny, który umożliwi odczyt ich myśli bez jakichkolwiek zakłóceń. Zakładał, co potwierdzały również dane uzyskane dzięki przeprowadzonym symulacjom komputerowym, że jeśli obcy nie zainfekuje ciał astronautów na wskutek bezpośredniego kontaktu, to istnieje dla nich cień szansy. Muszą za wszelką cenę utrzymać rozprzestrzenianie się infekcji wyłącznie na pokładzie fury i niedopuścić do przerzucenia jej na mechaniczne wierzchowce. Dla samego statku nie było już ratunku. Obcy zwolna zmieniał jego strukturę na wzór własnej budowy cząsteczkowej i na obecną chwilę, według poczynionych przez Pobucza wyliczeń, przy najbardziej optymistycznych założeniach, zainfekował już minimum jedną trzecią powierzchni fury. Silniki nie przestały reagować na sygnały wysyłane ze sterowni, co świadczyło, że wierzchowce nadal nie zostały zaatakowane. Gorzej było z maszynownią odpowiedzialną za funkcjonowanie wszystkich innych elementów konstrukcyjnych fury. Trawienie pokładu najwidoczniej skupiło się na części rufowej i sięgało do laboratorium i pomieszczeń szpitalnych. Z odczytów wynikało, że w tamtych częściach działo się coś niedobrego. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Dane otrzymywane z analiz pokładowych były wręcz perfekcyjne, niczym z elementarza. Wszystko wyglądało pięknie, dopóki, dopóty wiedziony przeczuciem i instynktem Pobucz nie wydał polecenia, które najwyraźniej było intruzowi nie w smak. Kazał mianowicie odłączyć od fury jeden z przenośnych luków transportowych i skierować go ku powierzchni planety, z której pobrali felerne próbki. Wówczas łączność zaczęła szwankować i po chwili bez wyraźnej racjonalnej przyczyny urwała się. To jeszcze w sumie żaden przeważający dowód, ale Pobucz zestawiwszy fakty i obliczenia nabrał nieodpartego przekonania, że tracą furę. Tym bardziej, że „matka” nie potrafiła podać perfekcyjnych danych na temat stanu technicznego pokładów rufowych. Informacje, jakie dostarczała były za każdym razem wewnętrznie sprzeczne i rozbieżne ze znanymi faktami. Do tego dochodziły anomalia w łączności z poszczególnymi członkami załogi. Próbował skontaktować się z astronautami drogą telepatyczną, ale wibracje jakie napotykał podczas nawiązywania prób łączności wskazywały na aktywność nieznanej energii, która każdorazowo dostarczała mu zwrotne sygnały o tak wysokim stopniu zawiłości, że nie sposób było je jednoznacznie odczytać. Pozostawało już tylko czekać na powrót ocalałych i dać obcemu odczuć, że ma absolutną kontrolę zarówno nad załogą jak i statkiem. To mogło pozwolić odrobinę zyskać na czasie, który stał się obecnie jedynym ich sprzymierzeńcem.
Pobucz uruchomił procedurę dezintegrującą życie biologiczne i odciął łączność sterowni z pozostałymi pokładami fury. Jeżeli tylko stwierdzi, że w przedsionku do komory przejściowej prowadzącej do sterowni znajduje się zainfekowany Furman natychmiast po przekroczeniu przez niego progu teleportuje go w dowolne miejsce pokładu. Jednocześnie wprowadził wadliwe kody rozszczepiające molekuły w sposób uniemożliwiający prawidłową w efekcie skuteczność całego procesu, co pozwoli rozrzucić intruza w różnych miejscach fury. Nie sądził, aby w ten sposób mógł pozbyć się obcych, ale z pewnością odwlecze ostateczny kres ich misji i da cień szansy na ucieczkę. Miał nadzieję, że Cyrulikowi uda się skutecznie dokonać rekonesansu laboratorium. Odwołał go nie dla tego, aby przekazać mu jałowe informacje, jak z resztą uczynił, ale aby odciągnąć go od zainfekowanego terenu w momencie, jak przypuszczał, najbardziej intensywnej w tym rejonie aktywności obcego. Jeśli przetrwa, to powinien dostarczyć istotnych informacji, jeśli nie, potwierdzi tylko jego przypuszczenia i wówczas śmierć Furmana również nie będzie daremna. Przygotował też procedurę odłączenia mechanicznych rumaków, w wykorzystaniu których dostrzegał jedyny skuteczny sposób na ewakuację ocalałych. Przypuszczał, że jeśli uda im się w odpowiednim momencie opuścić furę, ta z braku kolejnych dawców, podobnie jak w przypadku tej nieszczęsnej planety, zacznie trawić się sama, by w końcu zapaść się w sobie, jak coś w rodzaju odpowiednika czarnej dziury i wreszcie ponownie wprowadzić się w letarg i opaść na powierzchnię martwej, wyeksploatowanej do cna planety, na podobieństwo statku, który sami tam odnaleźli. Nie miał innego pomysłu. To co prawda nie unicestwi obcego, ale pozwoli im przeżyć i ograniczyć niebezpieczeństwo aktywności nieznanej istoty. Czekał.
*
Glebiarz i Gazownik dotarli do sterowni z nadzieją, że nie będą jedynymi, którym udała się ta sztuka. Zwykle otwarte przejście było nieaktywne. Od razu zauważyli też pulsującą diodę sygnalizującą uruchomienie procedury dezintegracyjnej.
- Miejmy nadzieję, że nie jest za późno.
To powiedziawszy Glebiarz wprowadził kod uwierzytelniający. W tym samym momencie odebrali czystą wiadomość od Pobucza. Wymienili hasła identyfikujące, które w normalnych warunkach nie były wykorzystywane. Wystarczyła wyłącznie intuicja i telepatyczne umiejętności Pobucza, w tym jednak przypadku nie zdziwiło to astronautów. Podając kody wkroczyli do komory ze świadomością, że mogą być to ostatnie ich kroki. Poczuli, jak urządzenia skanujące filtrują i prześwietlają ich ciała, czemu towarzyszyło nieprzyjemne mrowienie i ucisk w płatach skroniowych. Po chwili drzwi do sterowni otworzyły się z westchnieniem ulgi umożliwiając im wejście do środka. Zastali Pobucza siedzącego w małym foteliku przed migocącymi monitorami pulpitu nawigacyjnego.
- Zajmijcie miejsca – rzekł spokojnie telepata. – Z uwagi na bezpieczeństwo będziemy porozumiewać się wyłącznie konwencjonalnymi metodami.
Astronauci bez sprzeciwu skinęli głowami i usiedli w fotelach. W tym momencie z interkomu odezwał się głos Cyrulika.
- Jestem przed komorą – głos miał spokojny i stonowany, jakby wracał z udanej randki. – Jestem… ranny. To mnie raniło.
Na monitorze pojawiła się zgarbiona sylwetka Furmana. Jego pierś przecinała siatka sinych szram i pęknięć. Twarz miał surową, mocno zdeterminowaną pozbawioną cienia rezygnacji.
- Reszta nie żyje – dodał.
- Wiesz, co to oznacza? – zapytał Pobucz.
- Wiem – odparł medyk tym samym beznamiętnym głosem. – Zrób to szybko – dodał wkraczając do komory.
- Chwila, chwila – odezwała się Furmanka. – Co wy chcecie zrobić?
- To co musimy – rzekł Pobucz. – Jest zainfekowany. Musi umrzeć.
- On ma rację – usłyszeli z głośników. – Już czuję przemianę. Pospieszcie się, zanim zacznę infekować furę. Przerzućcie mnie do laboratorium. Zanim to się skończy jeszcze na coś się przydam.
Pobucz nie czekając na opinię reszty załogi wprowadził odpowiednie współrzędne. Ekran zaczął emanować bladą poświatą, sylwetka Cyrulika zamigotała i zaczęła rozpływać się w przestrzeni. Po chwili znikła.
- Jak mogłeś? – rzuciła z wyrzutem Gazownik. – Wysłałeś go na pewną śmierć!
- Już nie żył – wtrącił Glebiarz. – Widziałaś, co stało się z Furmanologiem. Nic więcej nie mogliśmy zrobić.
Na chwilę zamilkli.
- Co teraz? – zapytała purpurowa ze złości kobieta.
Pobucz bez słowa wyjął z małej, pomarańczowej skrzynki dwie podłużne pastylki.
- Musimy zabrać ze spiżarni trochę prowiantu. W wierzchowcach są tylko kapsuły o bardzo ograniczonych możliwościach i być może część lotu będziemy musieli odbyć tradycyjnie, a wówczas niezbędne będzie zaopatrzenie. Te pastylki to…
- Litościwy Woźnica – dokończył Glebiarz z westchnieniem.
Pobucz pokiwał głową na znak aprobaty.
- Co? – Furmanka aż poderwała się z fotela. – Cokolwiek to znaczy nic a nic mi się nie podoba.
- To znaczy – wyjaśnił Glebiarz. – Że jeżeli uznamy, że nie ma innego wyjścia zgryzamy je, zamieniamy się w Woźniców i nasza śmierć nikogo nie zasmuci.
- Ależ to jakiś absurd – zaoponowała podekscytowana Gazownik. – Przecież sam fakt zamiany nas uśmierci! I to w dodatku w tak haniebny sposób!
- Nie do końca – kontynuował Furman. – W momencie transformacji nasze kody genetyczne zostaną uwolnione do przestrzeni i automatycznie teleportowane wraz z Pobuczem do bazy. Obumrą tylko nasze ciała.
- No i po jaką cholerę? – nie ustępowała kobieta.
- Po taką, – wtrącił Pobucz – że w ten sposób nie zmarnuje się cała wiedza i doświadczenie, jaką posiadacie. Cały wasz duch, który zostanie wykorzystany do celów naukowych. Zachowa się wasza świadomość, która będzie mogła zaistnieć w ciałach zdrowych Furmanów, których mózgi obumarły. I jest to krok nieodwracalny. Nie ma na to jakiegoś antidotum. Zażywasz i po krzyku. Ja mogę jedynie dezaktywować preparat przed użyciem czyniąc z niego bezużyteczne placebo.
- On ma rację – poparł telepatę Glebiarz. – Ja już przez to przeszedłem. Na Zero 37.
Widząc zdziwienie na twarzy Furmanki szybko dodał.
- Tak, tak. To nie był wymysł dziennikarzy. Ta misja naprawdę miała miejsce. Wzięli mnie do niewoli, wraz z trzema innymi. Tortury, jakim nas poddawano wykraczają poza wszelkie granice poznania. Dość powiedzieć, że zgryzłem tabletkę, gdy pozbawili mnie wszystkich kończyn, miałem zmiażdżone genitalia i wnętrzności na wierzchu. Jelita pożerały mi miejscowe pasożyty, twarz była spalona kwasem, do tego wyłupione oko z zatrutym oczodołem kipiącym ropą. W ostatnim przebłysku świadomości zażyłem Woźnicę i ocknąłem się w nowym, zdrowym ciele, w którym obecnie przebywam. Żałuję tylko, że tak długo z tym zwlekałem. Wspomnienia nadal są bolesne.
To powiedziawszy Glebiarz sięgnął po pastylkę i umieścił ją w ustach wzdłuż dolnego rzędu zębów.
- Mogłeś dać to nam wszystkim – skwitował.
- Mogłem – odparł Pobucz. – Ale sam wiesz, że to ostateczność. Dopóki istniała iskierka nadziei … Nie mogłem.
Furmanka idąc w ślady za Glebiarzem wsunęła do ust pastylkę. Nie mogąc opanować emocji dodała:
- Czemu nie dałeś jej Cyrulikowi? Przecież był jeszcze sobą. Taki umysł. Taki hart ducha.
- Uwierz, że nie mogłem – próbował wyjaśnić telepata. – Był już zainfekowany. W ten sposób w zapisie genetycznym obcy mógłby przedostać się na ziemię i zainfekować kolejnego Furmana. To zbyt duże ryzyko. Bez względu na ofiary.
- Nigdy sobie tego nie wybaczę – wycedziła przez zaciśnięte usta.
- Bo i nie masz czego – uciął Pobucz. – To tylko i wyłącznie moja decyzja i ja będę nosił to brzemię.
- Oby było ciężkie – parsknęła.
- Nie będzie – odparł spokojnie telepata. – Nie miałem innego wyjścia. Mam świadomość odpowiedzialnej, dobrze wykonanej roboty. A teraz nie czas na gorzkie żale. Bierzmy się do roboty. Mamy góra trzydzieści minut. To na szczęście nie posuwa się zbyt szybko. Fura jest bardzo duża, jak na tak małą załogę. Sądzę, że szybki i skuteczny proces infekcji może odbywać się wyłącznie przy bezpośrednim udziale Furfurmana, który został zainfekowany we właściwym przebiegu przemiany. Był częścią procesu, nosicielem, żywicielem i obecnie spadkobiercą kodu genetycznego tej istoty. Reszta, to coś w rodzaju zombi, którzy mogą zarażać jedynie swoich byłych pobratymców, a nie są w stanie szerzej infekować. Poruszają się wyłącznie w obszarze, do którego dotarły komórki Furfurmana i przekształciły je w obcą strukturę. Na szczęście nie zdążył znieść jaj. Poza tym jednym, które spotkaliście, ale szczęśliwie udało się je wam unicestwić. Zakażenie dokonane bezpośrednio taką drogą daje po przemianie możliwość dalszego infekowania. No ale już dosyć wyjaśnień. Nie traćmy czasu. Odczyty z okolic spiżarni są mętne. Znaczy, że coś się tam już wydarzyło. Cyrulika przeniosłem w okolice laboratorium i do maszynowni. Powinien na jakiś czas odciągnąć ich uwagę.
- Jak to? – zapytała nie kryjąc oburzenia Furmanka. – W dwa różne miejsca? Ty potworze…
- Bez obaw – odparł spokojnie Pobucz. – Nie będzie cierpiał. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, do czego zdolna jest dzisiejsza nauka. Nie będzie sobie zdawał sprawy, że jest… Niekompletny. Poza tym naświetliłem go taką porcją promieni dezintegrujących, że jego komórki obumrą rozpadając się na atomy, przez co prawdopodobnie nie da się wchłonąć obcemu. Po prostu wyparuje nawet o tym nie wiedząc. Jakby usnął. Spokojnie. Też mam swoje uczucia. Dość o tym teraz. Tracimy tylko cenny czas. Przygotujcie się. Jak tylko wyjdziecie ze sterowni zerwę łączność. Będziecie zdani na siebie. Wracajcie prosto tutaj. To na chwilę obecną najbezpieczniejsze miejsce. Jak tylko wrócicie, wynosimy się stąd w diabły.
Furmani skinęli głowami i opuścili kabinę.
- I weźcie ze sobą sowę lub kilka wiewiórek – rzucił jeszcze na odchodne. – Chętnie przekąszę, jak już to wszystko się skończy.
Ruszyli do windy. Zjechali na niższy poziom i dalej skierowali się w milczeniu. Oboje wiedzieli, co należy robić. Baty trzymali w pogotowiu. Korytarz wydawał się być nietknięty. Nie tracąc czasu na zbędny rekonesans mijali kolejne pomieszczenia i korytarze. Oboje zdawali sobie sprawę, że może to być ostatnia ich misja, ale to dodatkowo dodawało im hartu i determinowało do dalszego działania. Od spiżarni i mesy dzielił ich już tylko jeden korytarz, gdy wzrok Furmanki przykuł drobny zdawałoby się szczegół. Powstrzymała Glebiarza łapiąc go z łokieć.
- Spójrz – rzekła wskazując palcem okienko prowadzące do szybu wentylacyjnego.
Drzwiczki wyposażone w niewielkich rozmiarów wizjer znajdowały się jakieś trzy metry nad podłogą tuż pod sklepieniem. Jego żółty odcień oznaczał prawidłowe funkcjonowanie instalacji, czerwony zaś znamionował awarię. Okienko było matowo szare.
- Już tu dotarło – szepnął Furman. – Może jest już za późno, ale musimy to sprawdzić. W razie czego wiesz, co masz robić.
Skinęła głową i spojrzała na niego przeciągle. W jego oczach dostrzegła coś więcej niż tylko troskę. Chciała o to zapytać, ale znała odpowiedź. Nie było już czasu na słowa. Przynajmniej teraz. Dotarli do zakrętu korytarza. Tuż za nim znajdowało się wejście do mesy, przez którą prowadziła jedyna droga do spiżarni i niezbędnych im zapasów. Drzwi były wyłamane i leżały wewnątrz pomieszczenia, do którego prowadziły. Glebiarz ostrożnie przysunął się do luki wejściowej i zajrzał do środka. Stół, krzesła, szafki. Wszystko wydawało się w porządku. Aż za bardzo. Pobucz sygnalizował przecież, że coś się tu wydarzyło.
- Zaczekaj tu – rzekł Glebiarz.
- Nie ma mowy – sprzeciwiła się kobieta. – Co chcesz zrobić?
Furman spojrzał na nią próbując ukryć rzeczywiste intencje.
- Nie ma sensu, abyśmy oboje ryzykowali – powiedział. – Jeśli coś tam siedzi, to wracaj czym prędzej do Pobucza
- Chyba żartujesz…
- Nie żartuję.
To powiedziawszy przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. Miała wrażenie, że przez moment chciał ją pocałować, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Odepchnął ją od siebie lekko, ale bardzo stanowczo.
- To tak na wszelki wypadek mówię – rzekł uspokajająco. – Przecież nic się nie wydarzy – dodał z przekonaniem, które było bardziej wynikiem jego zdolności aktorskich, niż faktycznym odzwierciedleniem oceny rzeczywistości.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć wszedł do mesy. Ostrożnie podszedł do najbliższej szafki, w której przechowywali produkty przygotowane do bezpośredniej konsumpcji. Wnętrze było puste. Otworzył następną i dwie kolejne z tym samym efektem. Zajrzał do lodówki i trzech dużych zamrażarek. Nic. Gestem uspokoił niecierpliwiąca się Furmankę i otwierał dalej kolejne szafki, zaglądał do słoi i termosów. Wszystko opróżnione. Z rezygnacją otworzył drzwi spiżarni. Większość drzwiczek i wiek chroniących zawartość przed skażeniem była pootwierana. Te zamknięte również świeciły pustkami. Podobnie słoje z kiszonymi ogórkami i kapustą. Pozostały jeszcze cylindry z peklowaną w smalcu kiełbasą na czosnku i galaretą ze świńskich nóżek. Otwierał kolejne kotły i za każdym razem wieka z brzdękiem odpadały ukazując smutną prawdę. Wściekły i rozgoryczony bez nadziei na sukces podważał kolejne blaszane dekle. Wszystkie odskakiwały z łoskotem odsłaniając zawartość, którą każdorazowo stanowiło wyłącznie echo jego przekleństw. Ostatni cylinder nie chciał pozwolić na splądrowanie swojej zawartości. Furman podważał wieko paznokciami, potem wziętą ze stołu stalową łyżką, aż wreszcie wydobył zza pasa solidnej roboty finkę i dopiero wtedy spod szczelnego zamknięcia ze świstem uleciało powietrze i dekiel odskoczył z furkotem. Niestety wewnątrz nie znajdowała się wędzona słonina tylko wszechobezwładniająca, gęsta i złowroga czerń. Zanim Furman zdążył zareagować kocioł wystrzeli w górę i rozwierając brzegi niczym wiecznie głodne pisklę dziób skoczył ku jego zdziwionej twarzy, a ściślej rzecz ujmując za obiekt ataku obierając całą głowę. Tylko dzięki doświadczeniu i instynktowi Glebiarz uniknął podzielenia losu Furfurmana. Instynktownie wtulił czerep w ramiona wystawiając ponad nie zgiętą w łokciu rękę lewą, jednocześnie dając nurka i przekoziołkowywując się po podłodze przez drugie ramię. Cylinder zaciskając brzegi unieruchomił mu kończynę gruchocząc ją w stawie. Furman krzyknął z bólu powstając na kolana. Przezwyciężając miażdżącą obezwładniająca katorgę zerwał się na nogi i usiłował zedrzeć krępujące go naczynie, które coraz mocniej zaciskając się w obwodzie niemal pozbawiło go ręki. Dobył bata, ale nie starczyło mu sił na precyzyjne cięcie. Smagnął tylko powietrze i z powrotem opadł na kolana. W tym momencie usłyszał świst i poczuł piekący ból. Przez zasnuwającą mu oczy mgłę dostrzegł Furmankę, która zręcznie fechtując orężem pochlastała na plasterki cylindrycznego wroga, wraz z bezużyteczną już kończyną Glebiarza. Krew tryskała z kikuta odbierając mu siły i spryskując wszystko czerwoną posoką. Kobieta zacisnęła Furmanowi na ramieniu rzemienny pas i uniosła go podtrzymując pod zdrowe ramię.
- Wynośmy się stąd – usłyszał jej głos. – Wstawaj do jasnej cholery!
Miał wrażenie, że to nie on panuje nad swoim ciałem. Nadfurmańskim wysiłkiem woli zmusił się do powstania na drżące nogi i podążenia za nią w rytm jej kroków. Nie był pewien, czy to co jego mózg zarejestrował później było odzwierciedleniem faktycznych wydarzeń, czy tylko projekcją jego nadwyrężonego do krańcowego stanu umysłu. Dość, że pamiętał wyłaniające się ze ścian groteskowe postaci swoich towarzyszy, którzy kłapiąc nienaturalnymi zębiskami próbowali ich dosięgnąć. Jak przez mgłę rejestrował smagnięcia bata i bezkrwawe plaśnięcia odcinanych członków. Świadomość wracała mu w pourywanych, niezsynchronizowanych sekwencjach. Najpierw oczekiwanie przed szybem windy, gdy oparty o ścianę smagał batem odcinając wyzierające z niej dłonie. Potem bieg korytarzem i zachęcające go do wykrzesania jeszcze odrobiny wysiłku okrzyki i przekleństwa Furmanki. Wreszcie względny spokój i postój przed komorą dezintegrującą. Siedział z rozrzuconymi nogami i opuszczoną głową. Kikut, który jeszcze niedawno był ramieniem leniwie oddawał szkarłatne krople wyraźnie odcinające się na wypolerowanej powierzchni pokładu. Wreszcie wściekły głos kobiety.
- Otwieraj to do jasnej cholery, bo nie ręczę za siebie!
Uniósł głowę i rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem.
- Nie przejmuj się kochany – to szept przeznaczony wyłącznie dla niego. – Wyciągnę nas z tego.
I z chwilę spokojny głos Pobucza:
- Odmawiam – zabrzmiały wolno wypowiadane słowa telepaty. – Wejdź sama. Istnieje duże prawdopodobieństwo infekcji.
- Gówno tam! – to głos wściekłej zdeterminowanej do granic możliwości, kochającej kobiety. – Otwieraj, albo cię, słowo daję, zaszlachtuję! Nic mu nie jest. Stracił tylko trochę krwi.
- Natychmiast odsuń się od Glebiarza – kontynuował beznamiętnym tonem Pobucz. – Nalegam. W przeciwnym przypadku odetnę was oboje.
Furmanka wywrzeszczała bliżej nie określone słowa i pochyliła się nad rannym.
- Poczekaj. Wrócę po ciebie.
Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek, kobieta zniknęła za bezszelestnie zasuwającymi cię drzwiami komory. Siedział w pozycji półleżącej patrząc, jak życie wraz z każdą kroplą oddala się od niego ukradkiem. Uśmiechnął się. Wymacał językiem kapsułkę i wziął ją między zęby. Nie chciał umierać. Teleportacja samego wewnętrznego jestestwa mimo pozornej tylko zmiany szaty była bezsprzecznie śmiercią. Unicestwieniem ciała, które było jego częścią. Poprzedni przypadek był czymś innym. Wówczas miał świadomość, że jego życie tkwi wyłącznie w cielesnych strzępach, w sadystycznie zdewastowanym ochłapie, w nieodwracalnie zepsutym ropieniu, czyraku, wrzodzie, który bezustannie naciskany tryska ropą zepsucia i zgnilizny. Pozostawił tą bezkształtną powłokę z ulgą. Otrzymał nowe ciało, zdrowe, silne i gotowe do życia, jak nowonarodzone. Niemniej nie było dnia, by nie żałował swojego kroku. Każdego ranka budził się ze świadomością, że nie jest sobą. Że tkwi w kokonie, który musi się rozwinąć i wypuścić go na wolność. Musi, ale tego nie zrobi. Wiedział to doskonale i każdego dnia żałował swojej decyzji. Powinien był wówczas umrzeć zamiast powoływać do życia mutanta, klona, który nie posiadał osobowości, był wewnętrznie rozdarty pomiędzy światem cielesnym i duchowym. Był nikim. Do tej chwili. Dopiero teraz, w sytuacji niemalże analogicznej do tamtej, zaczął dostrzegać piękno swojego ciała. Czuł, że to, czym do tej pory wewnątrz siebie pogardzał jest niczym innym, jak nim samym. Że w pozyskanym cudem nowym ciele utopił wszelkie swoje żale, rozterki, problemy i utrapienia. Że łudził się, iż wszystkie niepowodzenia zawdzięcza właśnie jemu. Odnajdywał w nim zarówno przyczynę swoich niepowodzeń, jak i ich następstwo. Dotarło do niego, że nienawiść do swego ciała była niczym innym, jak brakiem umiejętności zrozumienia życia, poddaniem się, tchórzostwem i rezygnacją. Nie mógł znaleźć motywacji do dalszego życia zwalając całą winę na wór mięśni, kości i tłuszczu. Teraz, kiedy stanął przed wyborem kolejnej cielesnej przemiany uświadomił sobie, że nie to jest najważniejsze. To tak, jakby wcisnąć przycisk i otrzymać nowe ciało. Nie chciał go. Kochał to, w którym był. Niech nawet będzie pozbawione ramienia. Sprawdziło się stare porzekadło, że docenia się to, co się ma, w momencie zagrożenia tego utraty. A on nie chciał już więcej tracić. Już wystarczy. Przeżył i zaznał wystarczająco dużo. Może czas, by zejść ze sceny?
Egzystencjonalnego zabarwienia rozmyślania przerwał mu syk rozsuwających się drzwi komory, w których stanęła dysząca Furmanka. Bez słowa wzięła go pod ramiona i wciągnęła do komory dezintegrującej.
- To tylko formalność, najdroższy – rzekła znikając w sterowni.
Formalność. Co za głupie słowo. Patrząc wprost określa coś, co należy zrobić, ale swobodnie można by tego uniknąć bez żadnych konsekwencji. Po cóż więc to robić? No jak to po cóż? Dla formalności. By wszystko było OK. W rzeczywistości dla formalności robi się rzeczy, przez które Furmani umierają bądź przeżywają, czyli ma to dosyć istotne znaczenie. Tak rozmyślając Glebiarz czekał na ukłucie bólu i porażające światło, a potem.. Potem nie wiedział, czego się spodziewać. Nie raz widział efekty nieco w obliczeniach rozmytej, niezamierzonej w skutkach teleportacji, chybionej, jak zwykli nazywać to naukowcy. Miał nadzieję, że go to nie spotka. Że reakcja rozniesie go na strzępy nie karząc oglądać i odczuwać swych drgających, krwawych strzępków. Chwilę później poczuł znajome mrowienie i ciśnienie wewnątrzczaszkowe. Zamknął oczy czekając na niemożliwe do zniesienia. Zamiast tego poczuł unoszące go ramiona i w chwilę później znalazł się w sterowni. Pobucz spojrzał na niego wymownie.
- Przygotujcie się – rzekł. – Zostało niewiele czasu. Weź go za rękę – zwrócił się do Furmanki.
Kobieta podeszła do półprzytomnego Glebiarza i troskliwie go objęła. Spojrzała mu w oczy z czułością i nadzieją, następnie odwróciła się do Pobucza, by dać mu znak o gotowości. Ale telepaty już nie było. Rozpłynął się, jak rozwiany przez letni zefirek, wiszący wśród chmur wizerunek uśmiechniętej buzi. Kobieta zerwała się klnąc. W tym momencie ze ścian wyłonili się pozostali członkowie załogi. Oboje zgryźli w zębach pastylki. Nic się nie stało. Poczuli tylko gorycz.