Wieczór był bardzo pogodny. Słońce wolno skrywało się za horyzontem ustępując miejsca kulistemu w kształcie księżycowi. Płaska, wysuszona, czerwonopiaszczysta preria ciągnęła się jak okiem sięgnąć, rozgrzane powietrze falowało i pulsowało wywołując przywidzenia i mamiąc zniekształconymi obrazami. Gdzieniegdzie tylko monotonny krajobraz urozmaicały niewielkie pagórki i kępy rzadkich drzew. Panującą wokół ciszę zakłócały jedynie niesione echem płaczliwe zawodzenia kojotów i popiskiwanie pikujących wysoko w górze orłów.
Jeździec splunął tytoniem w kępę wyschniętej trawy. Od tygodnia był w podróży i jego tułaczka właśnie dobiegała końca. Dziesięć mil na zachód znajdowało się małe miasteczko, do którego zmierzał. Postanowił rozbić obozowisko i spędzić jeszcze jedną noc pod gołym niebem. Rano spotka się z szeryfem i ustali szczegóły swojego pobytu w mieście. Cmoknął na wierzchowca i ruszył w kierunku pagórka z rosnącymi u jego podnóża kolczastymi opuncjami. Uznał miejsce na nadające się do odpoczynku. Rozjuczył konia, rozłożył niewielki bagaż i derkę, które służyły mu za posłanie. Rzucił na ziemię dwa martwe skunksy upolowane przed południem i zebrał trzy naręcza chrustu. Z grubszych gałęzi ustawił prowizoryczny rożen i oprawił zwierzęta. Na ogół skunksy nie bywają rozchwytywaną w celach kulinarnych zwierzyną, ale jemu wyjątkowo smakowały. Odpowiednio przygotowane stanowiły niepowtarzalną ucztę doznań. Dzięki przecinającemu prerię błotnistemu strumieniowi w skórzanej sakwie pozostało jeszcze dość wody, co prawda mętnej, ale w tych warunkach o innej można było jedynie marzyć. Napoił i nakarmił konia poczym rozpalił niewielki ogień. Nie znał zbyt dobrze tych okolic, a nauczony praktyką wiedział, że w takich sytuacjach trzeba zachować szczególną ostrożność. Nigdy nie wiadomo, co mogło kryć się w piaskach, krzakach, czy drzewach.
Usiadł przy ognisku i zaczął obracać nabite na patyk zwierzę. Broń gotową do użycia ułożył na kolanach. Skunksy były młode, więc mięso prędko doszło. Zjadł je niespiesznie przeżuwając metodycznie i zagryzając razowym chlebem. Wszystko popił zalatującą mułem wodą. Wrzucił do ogniska dwa grube konary i wydobył z sakwy niewielkiego, może dwudziestocentymetrowego, blaszanego Listonosza. Podwinął mu małą, granatową marynarkę i mocno nakręcił aluminiowym kluczykiem, który schował następnie w kieszeni na piersi zapinanej guzikiem. Listonosz energicznie zasalutował i patrzył na człowieka wyczekująco.
- Masz coś dla mnie? – zapytał kowboj.
Listonosz zaczął gmerać w torbie. Po chwili wyjął złożoną na czworo kartkę pożółkłego papieru i wręczył ją człowiekowi.
- Zobaczmy, co to takiego – rzekł biorąc z blaszanej dłoni niewielki list.
Rozpoznał niestaranne pismo nadawcy, którym nakreślone było niezgrabnie jego imię i nazwisko: Stanley Podkowa. Złamał pieczęć, rozłożył kartkę i ułożył się wygodnie na posłaniu. Zaczął czytać. Nie były to niestety najlepsze wiadomości. Zmiął papier i wrzucił w płomienie. Listonosz spuścił głowę.
*
Kruczoczarne, opadające kręconymi falami włosy przysłaniały jej uroki. Dziewczyna była piękna. Odgarnął niesforne kosmyki i jego oczom ukazały się cudownie kształtne piersi. Właśnie zamierzał ich dotknąć, gdy poczuł, że ktoś mocno szarpie go za ramię. Już chciał zbluzgać natręta stekiem wyszukanych wyzwisk, gdy nagle idylliczna dziewczyna rozpłynęła się, jak we mgle.
Potrząsnął głową z rozczarowaniem odganiając resztki snu. Tuż obok stał Listonosz i mocno ciągnął go za rękaw. Usiadł sztywno w posłaniu i rozejrzał się wkoło.
- Co się stało? – zapytał.
- Ludzie jacyś jadą jacyś ludzie – odparł Listonosz metalicznym głosem w charakterystyczny dla siebie sposób.
Stenley zerwał się na równe nogi chwytając sztucer. Ruszył we wskazanym przez blaszanego towarzysza kierunku i przypadł do ziemi za kępą wysuszonych na wiór, kolczastych krzewów. Mimo, iż księżyc świecił w pełni nie wiele mógł dojrzeć. Listonosze mięli świetny wzrok, a poza tym wyczuwali człowieka, zanim zdążyli go zobaczyć. Czekał więc w skupieniu, by po kilku minutach dostrzec dwóch zbliżających się z wolna jeźdźców. Ogień nieco przygasł, ale z pewnością był dla nich widoczny.
- Witaj! – krzyknął jeden z nich. – Nie mamy złych zamiarów. Chcieliśmy tylko nieco ogrzać się przy ogniu.
Jasne. Każdy tak mówi. A potem zaczynają się kłopoty. Podkowa nie lubił nieproszonych gości, a ci z pewnością do takich należeli. Przyłożył sztucer do ramienia i dwukrotnie pociągnął za spust. Spłoszone konie zarżały wstając na tylne nogi i pognały wprost na strzelającego. Jeden zgubił jeźdźca, drugi wlókł swojego po ziemi z nogą uwięzioną w strzemionie. Stanley chwycił za uzdę biegnącego w panice wierzchowca sprawnie wskakując mu na grzbiet. Ściągnął cugle i po chwili koń się uspokoił. Poprowadził zwierzę w kierunku obozu i przywiązał do drzewa obok swojego. Obejrzał poturbowane nieco zwłoki. Z zadowoleniem stwierdził, że wystrzelona przez niego kula trafiła idealnie tam, gdzie ją posłał, czyli między oczy. Zabity nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, co również poprawiło mu humor. Nie ma sensu, by tacy ludzie żyli dłużej. Przeszukał kieszenie i sakwy. Znalazł parę dolarów, trochę tytoniu i suszoną wołowinę. Reszta była nieprzydatna. Nawet broń. Stara, wysłużona strzelba nie mogła mu się przydać, a zapasowa amunicja nie pasowała do sztucera. Zawahał się przez chwilę, by w końcu zabrać jednak karabin i naboje. Może sprzeda rano w miasteczku za parę centów. Starczy na obiad i butelkę whisky.
Po chwili usłyszał tętent kopyt drugiego wierzchowca. Listonosz podprowadził go do pozostałych dwóch rumaków i zeskoczył z grzbietu wykonując po drodze podwójne salto. Zgrabnie wylądował w przysiadzie z ramionami wyprostowanymi na boki. Ukłonił się z gracją i odszedł do ogniska. Kowboj ściągnął przerzucone przez siodło ciało i odwrócił je na plecy. Mężczyzna był dużo starszy od swojego niegdysiejszego towarzysza. Do pasa miał przytroczone dwa colty z rękojeściami wykonanymi z perłowej macicy. Wyglądały na całkiem solidne, więc szybko zmieniły właściciela. W sakwach znalazł dodatkowo woreczek z ziarnami ryżu i rulon pięciodolarowych banknotów.
- No – powiedział z satysfakcją. – To dopiero niespodzianka. Kto by pomyślał.
Odwrócił się w kierunku ogniska i rzekł do Listonosza:
- Wyślij do mojego brata wiadomość, że to jednak prawda. Niech pakuje dupsko i przybywa tu jak najszybciej.
Listonosz podskoczył uradowany, usiadł na małym kamyku i wydobył z torby kawałek pergaminowego papieru. Szybko nakreślił kilka zdań charakterem pisma kowboja i wrzucił z powrotem do sakwy.
- Zrobione, szefie, zrobione – zameldował i wrócił do podsycania ognia.
- Spal jeszcze ich ubrania – rzucił Stanley kładąc się z powrotem na legowisku. – Ciał nie zakopuj. Sępy zeżrą. Obudź mnie o piątej.
To powiedziawszy zapadł w sen z nadzieją, że powróci ten przerwany.
*
Biuro szeryfa mieściło się, jak to zazwyczaj miało miejsce, w centrum miasteczka. Przylegał do niego mały trzycelowy areszt. Nieopodal mieścił się zakład pogrzebowy, dalej saloon z burdelem i hotelem oraz sklep z bronią. Po przeciwnej stronie w ciągu podoklejanych do siebie drewnianych budynków rezydował burmistrz mając w sąsiedztwie klitkę z telegrafem pocztowym, kilka sklepów i drugi saloon, z tym, że bez dodatkowych atrakcji. Kuźnia wraz ze stajniami mieściła się dalej po lewej stronie, na prawo zaś, w bezpośrednim sąsiedztwie gabinetu lekarskiego, stał odosobniony mały kościółek, za którym zaczynał się cmentarz, który kończył miejską aglomerację. Dalej rozciągła się preria. Od przeciwnej strony miasteczka znajdowały się domki mieszkalne i niewielka stacja kolejowa, która obsługiwała również dyliżans.
Szeryf John „Dwie Kolby” Bad rozłożył gazetę i usadowił się wygodnie na obitym bizonią skórą krześle opierając wyprostowane nogi na blacie zasłanego różnymi dokumentami biurka. Od czasu do czasu nie przerywając lektury pociągał z dużego porcelanowego garnuszka mocną, aromatyczną, zbożową kawę siorbiąc przy tym niemiłosiernie. Opróżniwszy naczynie do połowy sięgnął do szafki usytuowanej po prawej stronie dolnej części biurka i wyjął butelkę whisky. Dolał do pełna i odstawiał na miejsce. Zawahał się na chwilę, po czym sięgnął ponownie po alkohol i pociągną zdrowy łyk. Nieco przyciepły płyn przyjemnie palił mu gardło. Odstawił butelkę zamykając drzwiczki na klucz. Zapalił skręconego z pośledniego tytoniu papierosa i wrócił do lektury.
Po jakimś kwadransie z piskliwym zgrzytem otworzyły się drzwi i do środka wszedł pomocnik szeryfa, Billy Fajerka, mocno starzejący się, wątłej budowy mężczyzna. Pozdrowił przełożonego, powiesił na wieszaku wysłużony kapelusz i postawił na stoliku pękate, aluminiowe naczynia z żywnością.
- Miałeś naoliwić te cholerne drzwi – rzekł szeryf nie odrywając oczu od prasy.
- Zaraz to zrobię, szefie – odparł staruszek zmieszany. – Właśnie przyniosłem smar, bo ten nasz zupełnie zeschnięty.
Wyjął z kieszeni czarnej skórzanej kamizelki niewielkie zawiniątko, z którego wysupłał małą metalową puszkę. Po chwili z satysfakcją kilkakrotnie otworzył i zamknął drzwi.
- I po kłopocie – powiedział ni to do szeryfa, ni do siebie. – A jak tam nasz gość?
Szeryf dopił kawę i złożył gazetę.
- Zajrzyj, to się dowiesz – odparł nieco opryskliwie. – Mnie to gówno obchodzi.
Humor niezbyt mu dopisywał. W gazecie wyczytał, że nieopodal miasteczka ktoś odnalazł kilka ziaren ryżu. Pewnie niedługo zaroi się w okolicy od wszelkiego rodzaju szumowin i zwyrodnialców. Będzie miał ręce pełne roboty. A tu jeszcze dodatkowo miał w areszcie poszukiwanego listem gończym koniokrada, którego musi przetrzymać pod kluczem trzy dni. Sędzia miał przyjechać dyliżansem i przeprowadzić proces. Irytowało go to niesamowicie. Z góry wiadomo było, że czeka go stryczek. Po co było więc go trzymać, karmić, tracić cenny czas i szczupłe fundusze? Najchętniej sam od razu by go kropnął i kłopot by się rozwiązał. Żałował, że nie było go przy aresztowaniu. Jego dobroduszni i bogobojni zastępcy działali mu na nerwy. Nie mógł się już doczekać przyjazdu tego nowego, zarekomendowanego przez szeryfa z Bull Town i określonego, jako wielce przydatnego i konkretnego.
- Moja żona upiekła doskonały jabłecznik – wyrwał go z zadumy Billy Fajerka. – Prosiła, żeby pan spróbował. Nie ma to jak rozpocząć dzień od aromatycznego ciasta.
To mówiąc postawił przed szeryfem talerzyk z wyrośniętym wypiekiem, z którego aż kipiały owoce. Dwie Kolby popatrzył na placek i poczuł wzbierającą w nim irytację.
- Co ty mi tu pierdolisz o jakimś cieście – burknął. – Ważą się losy naszego miasta, a wy sobie placuszki wypiekacie.
Podniósł się z krzesła, rzucił talerzykiem o ścianę, na której wisiały listy gończe, po czym zakładając kapelusz i długi brązowy, wełniany płaszcz bez słowa wyszedł na zewnątrz. Staruszek zaskoczony nagłym wybuchem przełożonego pozbierał szczątki naczynia i kawałki placka. Było mu przykro, jego żona włożyła w to tyle pracy. Ech, żeby był młodszy o dwadzieścia lat, to pokazałby temu cholerykowi.
Zjadł swoją porcję ciasta popijając kawą i poszedł sprawdzić, jak sprawuje się więzień. W małej ciemnej sali, do której światło docierało jedynie przez trzy małe okienka wychodzące na zachód w tylnych ścianach cel panował nieprzyjemny chłód. Billy podszedł do kraty, za którą spoczywał na leżance potężny, brodaty mężczyzna w średnim wieku. Usłyszawszy staruszka usiadł na pryczy i przetarł podpuchnięte bezsennością oczy.
- Już czas? – zapytał.
- Spokojnie, Hank – odparł Billy. – Przyniosłem ci tylko kawałek ciasta. Robota mojej żony.
Wsunął pod kratą owinięty w kawałek gazety jabłecznik wraz z kubkiem parującej kawy. Brodacz odebrał poczęstunek i szybko go pochłonął. Popatrzył na staruszka z wdzięcznością i zapytał:
- Gdzie ten wszarz?
- Chodzi ci o szeryfa?
- A o kogóż by innego? Ten sadysta powinien pierwszy zadyndać na gałęzi, a nie nosić gwiazdę. Do czego to doszło.
Billy po części podzielał zdanie aresztanta, ale zobowiązany był, przynajmniej oficjalnie, do lojalności wobec przełożonego.
- Może i nie jest wzorem cnót – odparł – ale trzeba przyznać, że odkąd objął stanowisko szeryfa, w miasteczku jest dużo spokojniej.
- Jasne. Zauważ tylko, że po dwóch latach więcej ludzi mieszka na cmentarzu niż w mieście. Mam fart, że nie przyłapał mnie osobiście, bo już pewnie też stary Will zdjąłby ze mnie miarę. A tak, wszystko przed nim. Kiedy przyjedzie sędzia?
- Nie wiem – skłamał Billy. – Może dziś, a może za tydzień. Komunikacja w tych stronach niepewna. Muszę wracać do obowiązków. Trzeba ci czegoś jeszcze?
- Butelki whisky i zdrowej dupy – odparł z przekąsem Hank. – Albo lepiej dwóch.
Billy uśmiechnął się słabo i wychodząc zamknął za sobą drzwi. W międzyczasie do biura przybyli dwaj zastępcy. Sepleniący Frank był trzydziestokilkuletnim, niewysokim i otyłym mężczyzną, który wiecznie obficie się pocił, bez względu na temperaturę. Sapał przy tym nieprzyjemnie, jakby miał zaraz dostać ataku astmy. Rzadkie blond włosy opadały mu na kark, grzywkę zaczesywał na lewą stronę. Oczy miał wiecznie nerwowo rozbiegane, jakby notorycznie się czegoś obawiał. Drugi z zastępców, nazywany przez wszystkich Wujem Bobem, był wysokim, szczupłym pięćdziesięciolatkiem i stanowił zupełne przeciwieństwo swojego kolegi. Schludny z krótko przystrzyżonymi, przyprószonymi siwizną włosami emanował spokojem i rozsądkiem. Mimo kontrastu, jaki obaj względem siebie stanowili, bardzo dobrze się dogadywali i darzyli wzajemną sympatią. Obaj również w tym samym stopniu nienawidzili Johna Bada. Bob, gdy od czasu do czasu będąc w zaufanym gronie znieczulił się alkoholem zwykł nazywać szeryfa zakłamanym sukinsynem, co w jego ustach było bodaj największym wulgaryzmem, jakiego się dopuścił. Frank nigdy nie złorzeczył na szefa, choć w myślach określał go dużo bardziej wyszukanymi epitetami.
Billy lubił obu mężczyzn, chociaż sposób bycia grubasa nieco go irytował. Ale że Frank był dobrym człowiekiem, to staruszek ignorował jego wieczne roztargnienie i chorobliwą nerwowość.
- Gdzie ten… szef? – zapytał Bob.
- Nie wiem – odparł Fajerka. – Jakiś zły dziś wyjątkowo. Wyszedł pół godziny temu nie określając się dokładnie.
- O matko – wtrącił Frank łamiącym się głosem. – Pewnie znowu będzie się na mnie wyżywał.
W tym momencie drzwi otwarły się z rozmachem i ich oczom ukazała się zakrwawiona twarz kobiety. Pchnięta od tyłu poleciała na środek biura i upadła na drewnianą podłogę. Tuż za nią wkroczył Dwie Lufy. Mężczyźni popatrzyli na kobietę zdziwieni i utkwili pytające spojrzenia w szeryfie.
- Co się gapisz, grubasie? – wycedził prze zęby Bad. – Zabieraj to ścierwo do klatki. Później się nią zajmę.
- Co takiego zrobiła? – zapytał Bob.
Szeryf już miał obrzucić zastępcę stekiem wyzwisk, ale w ostatniej chwili zmełł przekleństwo w ustach. Sam nie wiedział, dla czego, ale odczuwał przed Bobem jakąś niewytłumaczalną obawę. Nienawidził go za to tym bardziej.
- Kurwa to jest – odparł. – Nieuczciwa.
- Nieuczciwa kurwa – bezwiednie wyszeptał Frank.
Tego było trzeba Bedowi.
- Coś ci się nie podoba, tłuściochu? – warknął. – Co ci powiedziałem? Zabieraj tego kurwiszona do celi, zanim rozklepię ci tą kretyńską gębę! Już od tego tłuszczu mózg ci nie działa. O ile masz taki w ogóle. Żryj więcej, to Billy będzie twoim kutasem smarował zawiasy!
To powiedziawszy wyszedł z biura zatrzaskując drzwi. Pozostali popatrzyli po sobie w milczeniu. Bob podszedł do kobiety i pomógł jej wstać.
- Choć, mała – rzekł pocieszająco. – Nie wiem, co zrobiłaś, ale lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli po powrocie zastanie cię w celi. Nie bój się. Najdalej wieczorem będziesz w domu.
- Od razu mi lepiej – odparła szyderczo kobieta wstając z podłogi. – To wariat jakiś jest. Chciał, żebym mu obciągnęła gratisowo, bo jest szeryfem. Gdy powiedziałam, że nawet burmistrz płaci dał mi w ryj i przywlókł tu za włosy. Nie puszczę tego płazem, gwarantuję wam.
Otarła twarz podaną jej przez Franka chustką i dumnie się wyprostowała.
- Dobra, prowadźcie do tej celi.
Mimo oszpeconej raną twarzy kobieta była urodziwa. Zgrabna, szczupła sylwetka zdradzała gibkość i drzemiącą w niej energię. Mężczyźni żałowali, że muszą zamknąć ją w celi.
*
Burmistrz, wymuskany i ubrany w nienagannie skrojony błękitny garnitur czterdziestolatek słuchał ze skupieniem relacji szeryfa. Wymodelowany, cienki wąsik od czasu do czasu drgał lekko, z twarzy nie schodził mu dobrotliwy uśmieszek. Siedział wyprostowany za obszernym mahoniowym stołem z kciukami zatkniętymi za boki kamizelki. Nieprzerwanie wpatrując się we współrozmówcę wypuszczał ustami gęste kłęby aromatycznego cygarowego dymu nadając mu co jakiś czas kształt obręczy co, o czym doskonale wiedział, działało na nerwy szeryfowi. Z dobrze ukrywaną niechęcią patrzył na przepoconą czerwoną koszulę mężczyzny, wymięte, zakurzone spodnie i pognieciony kapelusz spoczywający na kolanach rozmówcy.
- A więc powiadasz – podjął temat – że złoża ryżu mogą przysporzyć nam masę kłopotów. Czy tak? Dobrze cię zrozumiałem, Johnny?
- Dokładnie.
- A więc posłuchaj mnie uważnie – rzekł gasząc cygaro w ogromnej, kryształowej popielnicy. – To bardzo dobrze się składa, że w okolicy odkryto złoża. Nie dostrzegasz korzyści jakich przyniesie to naszemu miastu? Zadziwia mnie twoja krótkowzroczność. Zgadza się, przybędzie tu masa różnego rodzaju elementu ale i nie tylko. Zjadą się kupcy z całego świata, rozbuduje się kolej, zakwitnie handel. Miasto wzbogaci się i zacznie wreszcie istnieć na mapach. To dar, a nie przekleństwo. I przynajmniej zaczniesz robić coś konkretnego, zamiast uganiać się za drobnymi złodziejami i dziwkami. W miarę potrzeb dostaniesz nowych ludzi do pomocy. Twój prestiż też wzrośnie.
- W dupie mam taki prestiż – wypalił szeryf. – Co mi po takich pomocnikach? Co ja zrobię, to oni wymiękną? Robota głupiego. Zanim się obejrzę Stary Will zdejmie ze mnie miarkę! Też mi powód do radości. Ty napchasz kieszenie, a brudna robota spadnie na mnie.
Burmistrz popatrzył na pieklącego się Dwie Kolby i zapalił kolejne cygaro nie częstując gościa.
- Nie wiem, czy dobrze widzę, ale mam wrażenie, że po prostu tchórz cię obleciał – skomentował.
Szeryf wyprostował się na krześle. Z jego oczu bił wściekły blask. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, burmistrz podjął.
- Słuchaj. Nie ma powodów do obaw. Jak tylko potwierdzą się wiadomości o złożach, ściągnę tu kilkunastu ludzi, którzy znają się na rzeczy. Oczywiście ty będziesz nadal szeryfem. Nie będziesz musiał nawet wstawać zza biurka. I, pomyśl, wraz ze wzrostem komfortu życia i z przypływem gotówki znacznie poprawi się twoje wynagrodzenie. Wybudujesz nowy dom, kupisz parę krów. Może znajdziesz wreszcie żonę. Wiesz, kobiety lubią pieniądze. Gwarantuję, że aż się tu od nich zaroi. Idzie nowe. Lepsze.
Bad odprężył się nieco. Zaczął sobie wyobrażać luksusy i lenistwo. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie ze słowami burmistrza, to faktycznie mogłoby przysporzyć mu to licznych korzyści. Dostałby większą władzę, pieniądze, nie musiałby uganiać się za tymi wszystkimi drobnymi bandziorzynami. Coś w tym było. Może istotnie, niezbyt trafnie zinterpretował zaistniałą sytuację.
Burmistrz dostrzegłszy zamyślenie i rozjaśniające się oblicze szeryfa, wstał i z obficie wypełnionego barku wyjął karafkę wykwintnej wódki. Nalał dwie szklaneczki i podał jedną Dwóm Kolbom.
- No – rzekł pojednawczo stukając szkłem o szkło. – To za pomyślność. I za ryż. Wypij Johnny. Do dna.
- A niech tam – odparł udobruchany szeryf. – Trzymam cię za słowo, Ken. Za ryż!
Uścisnęli sobie dłonie i pożegnali. W drodze na posterunek John analizował informacje. Był z siebie zadowolony, znakomicie odegrał rolę spanikowanego nieudacznika. Burmistrz zawsze miał go za niezbyt rozgarniętego napaleńca nadającego się tylko do rozwałki. Baran nie zdawał sobie sprawy, jakie zdążył już poczynić kroki. Jeszcze się przekona, kto rozdaje karty. Wypacykowana ciota. Oj, chętnie by mu starł z pyska ten uśmieszek raz na zawsze. I zrobi to. Był tego pewien. Spojrzał na zegarek. Dobiegała dziesiąta. Niebawem powinien się zjawić oczekiwany gość. Plan zaczynał nabierać kolorów i kształtów.
Dotarł do biura w dużo lepszym humorze, który natychmiast niemalże popsuł mu Bob.
- Właśnie dotarł telegram – doniósł zastępca. – Sędzia Watkins nie przybędzie wcześniej, niż za pięć dni. Do tego czasu mamy dopilnować, aby Duży Hank nie podupadł na zdrowiu. Z tego co wiem, to Watkins startuje w zbliżających się wyborach z ramienia jakiegoś nowego liberalnego ugrupowania. Proces będzie pewnie pokazowy i ma dowieść jego wielkoduszności i kompromisu. Pewnie Hank ukradnie w życiu jeszcze nie jednego konia.
Szeryf nie skomentował otrzymanych informacji. Pokiwał tylko głową usiadł za biurkiem opierając nogi na blacie. Wyciągnął się, odchylił do tyłu głowę i zsunął kapelusz na twarz.
- Idźcie wszyscy w pizdu – rzekł. – Macie wolne do wieczora. O ósmej zbiórka.
Mężczyźni postali chwilę niepewnie. Bob wyszedł pierwszy bez słowa. W ślad za nim podążyli pozostali. Uderzył im w twarze gorący wiaterek. Frank wielką kraciastą chustą otarł z czoła pot. Willi popatrzył na aluminiowe menażki, w których przyniósł obiad.
- Słuchajcie chłopaki – zaczął. – Mam trochę peklowanej baraniny w cebuli. Z grzybami. Doskonała robota mojej Molly. Chodźmy do baru. Postawię wam po szklaneczce. Długa Zuza podgrzeje mięsko. Coś nam się u licha należy od życia. Dobrze nam zrobi jeden głębszy.
Frank popatrzyła na Boba pytająco sam nie chcąc podejmować decyzji. Starszy kolega bez słowa skierował kroki do saloonu.
- Pić też mam za ciebie? – rzucił tylko pod adresem Franka.
Mimo wczesnej pory w barze było już kilku klientów. Za pianinem siedział, jak zwykle zamyślony i z przyklejonym do dolnej wargi papierosem, Młody Zed. Cicho intonował nostalgiczną melodię podśpiewując co trzeci wers piosenki. Zed nie był wcale taki specjalnie młody, był po czterdziestce, ale przydomek przyległ do niego ponad dwadzieścia lat temu, kiedy to sprowadził się do miasteczka i zaczął przygrywać w soloonie. Był chyba jedynym pianistą w tej części kraju, który wytrzymywał w takich warunkach. Nie raz kule świszczały mu nad głową, często wysłuchiwał też wyzwisk i szyderstw pod adresem swoim i swoich, nikomu nieznanych tu, najbliższych. Zdawał się być ponad tym. Ze stoickim spokojem ignorował zaczepki całkowicie oddając się muzyce. Z czasem stali bywalcy przestali mu dokuczać niejednokrotnie stając w jego obronie przeciw obcym przejezdnym.
Mężczyźni zajęli stolik w kącie zasnutej gęstą, szarą zawiesiną sali. Przywykli do gryzącego oczy dymu, jak również do woni skwaśniałego piwa, pośledniej whisky, pierdy i moczu. Wszelkie zapachy mieszając się stanowiły niemalże wizytówkę baru. Palone przez właścicielkę kadzidła nie wiele pomagały, ale nadawały woni nieco odmiennej, może odrobinę łagodniejszej wyrazistości.
Długa Zuza postawiła przed klientami talerze parującej potrawy i trzy szklaneczki wykonane z grubego, rżniętego szkła, które napełniła brunatnym płynem.
- Zostawić? – zapytała trzymając w wyciągniętej ręce butelkę.
Bob z Billym mięli pełne usta baraniny. Frank zdążył już przełknąć, więc kobieta stała z utkwionym w nim pytającym spojrzeniem.
- Bo ja wiem – odparł niezdecydowany oczekując pomocy od towarzyszy.
Bob nie przestając przeżuwać skinął głową aprobująco mrugając powiekami. Zuza zostawiła alkohol z politowaniem spojrzawszy na Franka. Do Boba puściła zalotnie oko. Mężczyźni przełknęli niemal jednocześnie. Willi otarł twarz wierzchem dłoni i uniósł szklaneczkę.
- No, panowie – zaczął. – Za moją kochaną Molly. Niech mnie przeżyje, bo ja nie zniosę jej braku.
Frank unosząc rękę zerknął niepewnie na Boba.
- Obyście oboje żyli jak najdłużej – stuknął z brzdękiem w szklaneczki towarzyszy starszy z zastępców. – Szkoda byłoby takiej baraninki.
Wypili i napełnili ponownie naczynia. Fajerka poprosił o jeszcze jedną szklaneczkę, by po chwili zmienić zdanie i poprosić o dwie dodatkowe. Korzystając z chwilowego bezruchu zaprosili Zuzę do stolika. Ta skwapliwie skorzystała z propozycji.
- Franki – rzekł staruszek. – Zanieś szklaneczkę Młodemu. Porządne z niego chłopisko. Niech zagra ciut głośniej. Najlepiej legendę o Trującym Felku.
Grubas spełnił życzenie starego i po chwili usłyszeli głośniejsze dzięki pożądanej melodii. Wszystkich trzech przyjaciół, poza umiłowaniem prawa i porządku łączyła jeszcze jedna pasja. Muzyka. Każdy grał na jakimś instrumencie. Bob na bandżo, Billy umiłował skrzypce, Frank zaś do perfekcji opanował grę na harmonijce. Uwielbiali siadywać w niedzielne dopołudnia na werandzie domu u mieszkającego samotnie Franka i podgrywać różne skoczne melodie. Gospodarz dodatkowo całkiem nieźle śpiewał, tylko był strasznie wstydliwy, więc o publicznych występach wokalnych nie było mowy. W gronie przyjaciół dawał prawdziwe popisy z jodłowaniem włącznie.
Zasłuchali się w dźwięki pianina i lekko senny głos Młodego. Wypili kolejkę i zaraz po niej następną. Alkohol w połączeniu z wysoką temperaturą i dymem szybko robił swoje. Mężczyźni dopili alkohol i z tęsknotom zlustrowali barowe półki.
- Wystarczy już – powiedział Bob wstając od stolika. – Nie wiadomo, co ten sukinsyn przygotował na dzisiejszy wieczór. Chodźmy do domów. Dochodzi już pierwsza.
Zgodnie, ale bez entuzjazmu udali się do wyjścia.
*
Bad w skupieniu czyścił rewolwer. Nie zauważył nawet, jak do biura wkroczył, barczysty mężczyzna.
- Byliśmy, zdaję się, umówieni – odezwał się przybysz.
Szeryf aż podskoczył. Przyjrzał się nieznajomemu i odłożył broń do szuflady.
- Zatłukę tego starego durnia – rzekł. – Przez te naoliwione zawiasy nawet nie słyszę, że ktoś wchodzi. Jestem John Bad. Szeryf.
Wyciągnął ku przybyłemu dłoń.
- Stanley Podkowa – przestawił się przybysz rozglądając się po biurze zdając się nie dostrzegać ręki szeryfa. – Bez profesji, że tak to ujmę.
Spojrzał Badowi głęboko w oczy i dopiero teraz odwzajemnił powitalny gest.
- No. To się, mam nadzieję, szybko zmieni – powiedział John siadając za biurkiem i wskazując Stanleyowi krzesło. – Szeryf z Bull Town wychwalał pańskie umiejętności pod niebiosa.
- Co pan powie? – odparł Podkowa nie kryjąc nuty szyderstwa.
Szeryf udał, że niczego nie wyczuł w tonie jego głosu.
- Przejdźmy do rzeczy – podjął. – Prawdopodobnie w niedługim czasie zaroi się tu od ludzi wszelkiej maści i profesji. Obecnie mam do dyspozycji dwóch zastępców i jednego starego pierdołę. W zasadzie żaden z nich pożytek. Bardziej nadali by się na niańki, niż na stróżów prawa. A ja potrzebuję ludzi energicznych, zdecydowanych i pewnych. Takich, co nie potrzebują pytać, by wiedzieć, co należy zrobić.
To powiedziawszy utkwił wzrok w twarzy Stanleya usiłując dostrzec, jakie wrażenie wywarły na nim jego słowa.
- Proszę kontynuować – odparł Podkowa wkładając do ust tytoń.
- A więc – mówił dalej nieco zbity z tropu Bad – sprawy mogą zacząć się komplikować, a ja tak naprawdę nie mogę tu na nikim polegać. Jeszcze dodatkowo muszę trzymać w areszcie przez tydzień tego pieprzonego koniokrada. I to tylko po to, żeby jakiś spasiony ważniak kazał później wypuścić go na wolność, zamiast od razu obwiesić na gałęzi.
Stanley splunął na podłogę.
- Gdzie go trzymacie? Może bym na niego spojrzał?
- A proszę bardzo. Nie ma za bardzo, na co patrzeć. Niedobrze się robi od tego.
Poprowadził Podkowę korytarzykiem prowadzącym do ciemnej sali z celami. Hank stał przy kracie i z ciekawością przyglądał się nowej twarzy. Stanley bez słowa wydobył rewolwer i strzelił mu między oczy. Ciało złodzieja poleciało w tył na zewnętrzną ścianę. Duży kaliber spowodował, że niemal połowa głowy rozleciała się krwawymi strzępami zbryzgując szaro czerwonymi szczątkami ściany i podłogę celi. Szeryf stał z rozdziawionymi niedowierzaniem ustami.
- Obrona własna – osądził Stanley chowając broń do kabury. – W akcie desperacji rzucił się na szeryfa. Oj, nieładnie. Niegrzeczny był to chłopiec.
- Co się dzieje? – padł kobiecy głos z sąsiedniej celi. – Co wyście zrobili?
Podkowa ponownie sięgnął po broń, ale szeryf powstrzymał go gestem. Podszedł do kraty i spojrzał na stojącą po drugiej stronie wylęknioną kobietę.
- Nic – odparł. – Drań rzucił się na mnie gotów skręcić kark. Gdyby nie mój zastępca, już pewnie bym nie żył. A co? Ty też chcesz na mnie napaść?
Dziewczyna wycofała się w głąb celi zaprzeczając głową. Szeryf wydobył pęk kluczy i przekręcił jeden z nich w zamku.
- Wychodź, zdziro – rzekł. – Za dużo mam ważnych problemów, żeby jeszcze uganiać się z takim ścierwem. Masz dziś dobry dzień. Wypieprzaj stąd. Ale nie ciesz się zbytnio. Niebawem do ciebie przyjdę. No już, jazda stąd. Zabieraj cuchnące dupsko i spieprzaj zanim zmienię zdanie.
Kobieta przemknęła obok mężczyzn skulona. Bad wymierzył jej jeszcze uwłaczającego kopniaka w pośladek, przez co dziewczyna straciła równowagę i ramieniem uderzyła boleśnie w futrynę drzwi. Szeryf zarechotał złośliwie. Podniosła się pospiesznie i uciekła na ulicę.
- Bezużyteczny kurwiszon – skomentował szeryf.
- Ładna dziewczyna – ocenił Stanley. – Dobrze, że jej nie rozwaliłem. Może się z nią jeszcze zaprzyjaźnię.
- O tak – podchwycił Bad. – Prędzej twój kutas.
Ośmiał się sam ze swojego komentarza. Na Stanleyu nie zrobił żadnego wrażenia.
- Podobasz mi się – rzekł szeryf, gdy wrócili już do biura. – Sam bym go załatwił, ale żaden z tych moich pomagierów nie zaświadczyłby, że bydlak mnie zaatakował. Powinniśmy znaleźć wspólny język. Rozumiem, że przyjmujesz posadę?
Bad wyciągnął dłoń. Podkowa ponownie splunął na podłogę zmielonym w zębach tytoniem. Niedbale podał rękę szeryfowi i opuścił biuro.
- Bądź dziś o ósmej w wieczór – rzucił w ślad za nim John. – Poznasz naszych współpracowników. I nie szalej póki co. Nie masz jeszcze gwiazdy.
Stanley nie odwracając się uniósł rękę w geście znamionującym, że przyjął do wiadomości słowa szeryfa i skierował się do koryta z wodą, przy którym stał uwiązany koń. Wskoczył na grzbiet wierzchowca i ruszył ku stajniom.
Tak jak się spodziewał za wysłużony karabin i naboje dostał od sklepikarza półtora dolara i paczkę naboi do swojego sztucera. Może i mógł wytargować nieco więcej, ale nie chciało mu się gadać ze wścibskim Chińczykiem. Kazał dokładnie wyczyścić konia, nakarmić najlepszym ziarnem, wysprzątać boks i w miejsce zbutwiałej, gnijącej słomy narzucić świeżego siana. Polecił też, aby zaprowadzić konia do kowala, żeby sprawdził stan kopyt i podków. Protesty stajennego uciął zmięty i rzucony na ziemię przez Stanleya banknot.
Po opuszczeniu stajni ruszył w kierunku saloonu. Przerzucone przez ramię sakwy nieco mu ciążyły, tak że przyspieszył kroku. Wszedł w dym charakterystyczny dla większości tego typu przybytków. Podszedł do baru, przy którym siedziało dwóch zdrowo już pijanych kowboi. Lokal był zajęty niemal w połowie. Gwar rozmów mieszał się z melancholijnymi dźwiękami pianina. Do kontuaru podeszła kobieta.
- Słucham?
- Pokój. Z oknem na wschód i łazienką. Butelkę whisky. Dobrej. I coś do jedzenia. Byle co.
To rzekłszy położył na ladzie dziesięć dolarów. Kobieta z błyskiem w oku zgarnęła gotówkę.
- Życzy pan sobie zjeść tutaj, czy w pokoju? – zapytała.
- Tutaj. Za dwa kwadranse. Chciałbym się wcześniej nieco odświeżyć.
- Oczywiście – odparła. Przykucnęła za barem i po chwili wyciągnęła do gościa rękę. – Oto pański klucz. Pierwsze piętro. Pokój dwanaście. Do jedzenia może być pieczeń z jagnięcia w kapuście, jajecznica lub kasza z gulaszem. Co pan woli?
Stanley nie odpowiedział kierując się ku schodom. Nagle poczuł, że jeden z siedzących przy szynkwasie mężczyzn przytrzymuje go za rękaw.
- Hola, hola cwaniaczku! – syknął zaczepnie. – Ładnie to tak bez żadnej odpowiedzi odchodzić?
Stanley wyszarpnął rękę z uchwytu i zmierzył obu lodowatym spojrzeniem. Kowboj cofnął rękę, ale nadal zdradzał wrogie nastawienie.
- Podaj panom butelkę na mój koszt – polecił barmance.
- Wedle życzenia – odparła sięgając po trunek.
Kowboje popatrzyli na siebie zdziwieni.
- No, to rozumiemy! – krzyknął jeden za znikającym już na piętrze Podkową. – Zdrowie pana nieznajomego! – i ciszej dodał – Jakiś dupek. Dasz wiarę, Wes? Wystraszył się zanim w ogóle coś mu powiedziałem. Oj, coś czuję, że nie wyjdziemy stąd dziś o własnych siłach. Dobra nasza stary!
Kowboje stuknęli się szklaneczkami i powrócili do rozmowy o krowach.
*
Stanley obejrzał pokój i łazienkę. Jak na taką norę nie było najgorzej. Zamek w drzwiach był mocny, w oknie wisiała regulowana żaluzja. W miarę czysto. Rozpakował sakwy.
Nakręcił Listonosza i zapytał o pocztę. Po chwili otrzymał list od brata.
- OK. – rzekł. – Idę się wykąpać. Poukładaj rzeczy w szafie, broń jak zwykle. Z resztą wiesz co robić.
- Wiem dobrze wiem – odparł entuzjastycznie Listonosz i odwrócił się w podskoku.
Podkowa zniknął w łazience. Po kwadransie wrócił z ręcznikiem przerzuconym przez ramię. Przez całą pierś na ukos przebiegała mu duża, zaczerwieniona od gorącej wody szrama. Plecy pokryte były okrągłymi śladami po kulach. Nie raz zachodził w głowę, jakim cudem udawało mu się przeżyć. W końcu uznał, że chroniącym go talizmanem jest noszone przezeń nazwisko. Wytarł się pospiesznie i ubrał w przygotowane przez Listonosza czarne skórzane spodnie, takąż kamizelkę i białą koszulę. Założył również czarny kapelusz i błyszczące, świeżo wypastowane buty z długimi cholewami. Przytroczył pas z dwoma rewolwerami i przejrzał się w lustrze.
- Dobra robota – pochwalił Listonosza.
- Ma się rozumieć się ma – odparł uradowany blaszak kłaniając się w pas.
- Wrócę późno. Poinformuj mojego brata, że dostałem wiadomość i czekam w ustalonym terminie. Wszystko idzie zgodnie z planem. I nie pij whisky. To znaczy całej mi nie wychlaj.
Zatrzasnął za sobą drzwi i skierował do baru. Tak, jak się spodziewał dwaj kowboje chylili się już ku blatowi. Zdążyli wypić prawie całą butelkę. Stanley minął ich bez słowa i usiadł przy stoliku w kącie zadymionej sali. Po chwili Zuza przyniosła mu trzy parujące z zawartości półmiski.
- Nie określił pan dokładnie, więc przyniosłam wszystko, co jest.
- Powiedziałem, że wszystko mi jedno. To jest dokładne określenie. W porządku. Przynosząc wszystko zastosowała się pani do zamówienia.
- Hm, no tak, rzeczywiście – odparła kobieta nieco zmieszana. – Do picia coś podać? Mamy piwo, wodę sodową, kwas chlebowy, kawę …
- Piwo – uciął. – Jeśli jest zimne.
- Jest zimne. Jak pańskie oczy – odparła odchodząc za bar.
Stanley odprowadził ją wzrokiem. Mogła mieć trzydzieści pięć lat. Wysoka, jak na kobietę, ciemnowłosa, dosyć szeroka w ramionach, ale bez przesady. Wyglądała na silną i zwinną. Potwierdzało to, to jak uwijała się za barem. Spodobała mu się. Aż dziw. Jednego dnia spotkał dwie kobiety, które przy pierwszym kontakcie przypadły mu do gustu. Ostatnią zainteresował się może z osiem miesięcy temu. Nic dobrego z tego nie wyszło. Wbrew zasadom zaangażował się w związek nieco zbyt mocno, a dziewczyna okazała się wyrafinowaną suką. Myślał, że dostatecznie poznał się na ludziach i potrafi odczytywać ich intencje, co niestety okazało się nieprawdą. Znów więc wrócił do motta: nie ufać nikomu, nie zawierać bliższych znajomości z nikim, szybko strzelać. I tak też zrobił. Ze złości ukatrupił wówczas pięciu ludzi, którzy pewnie chodziliby zdrowi do dziś. A ją puścił wolno. Nie wybaczył, ale oszczędził. Chciał, żeby żyła i ciągle przypominała mu o fatalnym błędzie, do jakiego go skłoniła omamiając wdziękiem i ciepłym słowem.
Z zamyślenia wyrwała go barmanka serwując litrowy kufel żółtawego, pienistego płynu. Nie patrząc na nią spróbował piwa i skinął głową z aprobatą. Zabrał się do jedzenia. Zaczął od jajecznicy. Z zaskoczeniem stwierdził, że była wyborna. Tak, jak lubił. Nie za mocno ścięta i nie lejąca. W sam raz. Bekon był dobrze wysmażony, ale nie spieczony na skwarki. Poczuł, że jest bardzo głodny. Odstawił pusty talerz, zapił dwoma potężnymi łykami i zabrał się za kaszę. Równie smaczna. Z początku myślał, że nie podoła wszystkim potrawom, a już zabierał się za pieczeń. Dawno nie jadł lepszej. Chętnie postawiłby kucharzowi szklaneczkę. Powiedział o tym barmance, gdy przyszła posprzątać naczynia i przyniosła kolejny kufel piwa, tym razem półlitrowy. Najwyraźniej doskonale oceniła jego możliwości, czym mu zaimponowała.
- Jeśli chce pan postawić kucharzowi drinka, to niestety w tej chwili jest to niemożliwe. Zbyt duży ruch. Zapraszam jutro przed południem. W tych godzinach na ogół jest mało klientów.
Zanim zdążył odpowiedzieć, już jej nie było. Do diabła. Naprawdę mu się podobała. Odprowadził ją wzrokiem i wrócił do piwa. Po chwili odczuwany od dłuższego czasu czyjś padający na niego wzrok stał się tak natarczywy, że aż trudny do zniesienia. Tak jak się spodziewał świdrowali go mętnymi oczami dwaj kowboje siedzący przy kontuarze. Kiedy spostrzegli, że zwrócił na nich uwagę zeskoczyli z barowych stołków i podeszli do zajmowanego przez niego stolika rozsiadając się na wolnych krzesłach.
- Widzimy, że pan już najedzony. I pragnienie ugaszone – zaczął jeden uśmiechając się odkrywając bezzębne dziąsła.
- A nie wszyscy tacy szczęśliwi – wpadł mu w słowo drugi.
Stanley opróżniwszy kufel bez słowa wstał od stołu i skierował do baru.
- Właśnie o to chodzi, przyjacielu – krzyknął szczerbaty uradowany i puścił oko do towarzysza.
Podkowa podszedł do kontuaru i zagadnął kobietę:
- Jutro do południa, pani mówi?
- Dokładnie. Zapraszam – odparła szczerze się uśmiechając.
Stanley skinął jej dotykając palcami ronda kapelusza i ruszył do drzwi wyjściowych. Po chwili usłyszał za sobą rumot gwałtownie odsuwanych od stolika krzeseł i kierowane pod swoim adresem wyzwiska. Dwaj chwiejący się na nogach kowboje wypadli w kurzawę wyschniętej ulicy.
- No co jest ojczulku – zaczął szczerbaty. – Tak się nie robi.
- Dawaj na flaszkę – dodał drugi. – Albo zaraz pokancerujemy ci tą gładką facjatę.
- Pokancerujcie – odparł spokojnie odwracając się ku nim twarzą.
Kowboje na moment jakby się zawahali, ale wypity alkohol dodał im animuszu. Jednocześnie skoczyli na Podkowę wyciągając noże. Wówczas huknęły dwa strzały i obaj padli martwi na piaszczystą nawierzchnię. Stanley rozejrzał się wokół. Przed biurem stał szeryf chowając colty do kabur.
- Mam u ciebie drinka – rzekł z uśmiechem. – Albo może raczej, rachunki wyrównane. OK.?
- Może być – odparł obojętnie.
- Zapraszam do biura – powiedział Bad i zniknął w środku.
Stanley ruszył z wolna jego śladem. Po drodze minął go uśmiechnięty Willi biegnący z owiniętą wokół dłoni miarką.
*
Burmistrz z zadowoleniem odłożył list. Wspaniale. Właśnie wszedł w posiadanie całej połaci okalających miasteczko gruntów. Nieużytków. Za bezcen. Nikt nie zdążył go ubiec. Martwiło go trochę zobowiązanie, jakiego się podjął w zamian za pozytywne przeprowadzenie przetargu i kredytowanie. Mogło to znacznie ograniczyć jego władzę. Ale to odległa przyszłość. Do tego czasu ustawi się i wzbogaci na tyle, by usamodzielnić się i zgnieść wszystkich wrogów. Wiedział, że jest w stanie tego dokonać. Zapalił cygaro i nalał sobie solidną porcję szkockiej. Powinien jak najszybciej rozpocząć eksplorację. Dał już ogłoszenia w prasie w trzech sąsiednich stanach. Niebawem zaczną zjeżdżać się ochotnicy do pracy. Statek z Europy wypływa jutro, więc transport powinien dotrzeć najpóźniej za dziesięć dni. Do tego czasu wszystko przygotuje, ustawi ludzi, zaprowadzi porządki.
Wezwał sekretarza i wręczył mu kartkę z nakreśloną wcześniej treścią telegramu.
*
Stanley przyglądał się z zaciekawieniem trzem nowym współpracownikom. Dwaj faktycznie nie wyglądali na przydatnych, ale trzeci sprawiał wrażenie konkretnego. Jakby uśpionego, wyczekującego na coś. Będzie go miał na oku. Jeśli nie zechce współpracować wyeliminuje go przy pierwszej sposobności.
Bob zdawał się wyczuwać nie najlepsze intencje Stanleya, ale póki co cierpliwie czekał na rozwój wypadków. Billy wyniósł na zewnątrz wiadro z zaczerwienioną od krwi wodą i wylał ją w kurzawę drogi. Stary Willi zacierając ręce przygotowywał już trzy nowe trumny.
- No panowie – podsumował szeryf. – Sprawa jest jasna. Pan Podkowa jest nowym zastępcą i pod moją nieobecność on tu rządzi. Na dziś to wszystko. Chodźmy do burmistrza. Muszę cię przedstawić.
Dwaj mężczyźni opuścili biuro pozostawiając wewnątrz trzech towarzyszy. Bob skręcił papierosa i nie spiesząc się przypalił go zapałką potartą o cholewę buta.
- Coś mi tu śmierdzi – rzekł. – Nie podoba mi się ten facet. Uważajcie na niego chłopcy. Wygląda na takiego, co najpierw strzela, a potem pyta. Nie wierzycie chyba w tę ich historyjkę z Hankiem.
Frank głośno przełknął ślinę.
- To co mamy robić? – zapytał blednąc. – Już z jednym mięliśmy nieliche problemy. Z dwoma nie wytrzymam. Chyba zrezygnuję.
- Nie przesadzajmy – podjął Billy. – Poczekamy i zobaczymy. Odejść zawsze zdążysz. Czym miałbyś się niby zająć? Na krowach się nie znasz. Ktoś poza tym musi mieć na oku tych rzeźników. Poczekamy, co zrobi burmistrz.
*
Po powrocie Stanley przeczytał wiadomość od brata. Trzy dni i będzie na miejscu. Burmistrz sprawiał wrażenie konkretnego. Trochę nadęty i pyszałkowaty, ale chyba wiedział, czego chce. Był bardzo pewny siebie i coś ukrywał. Stanley nie przejmował się tym zbytnio. Nie z takimi sobie już radził. Jak przyjedzie Wesley razem zrobią tu porządek.
Listonosz siedział na parapecie wpatrując się w Podkowę z wyczekiwaniem.
- Jest jeszcze jedna wiadomość, szefie, wiadomość jedna jeszcze jest. Burmistrz wysłał burmistrz.
- Dawaj.
Spojrzał na list. Nie znał adresata. Data była dzisiejsza. W treści nie było nic o nim, więc pewnie depeszę nadano wcześniej. A to dopiero cwaniaczek. Ładnie to sobie wszystko wykombinował. Jeszcze się zdziwi. Ale trzeba przyznać, że wie, o co mu chodzi. Załatwił już transport bośniackich kretów wraz z ochroną, dodatkowy tabor kolejowy i zgodę na pociągnięcie dodatkowego toru, fundusze na ochronę zdrowia i środowiska. Stanley przez chwilę analizował, czy przypadkiem nie przybył zbyt późno. Trzeba będzie dokonać drobnych zmian w planie.
*
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy szykującego się do wyjścia burmistrza powstrzymała długo oczekiwana informacja.
- Ktoś do pana – zaanonsował sekretarz. – Twierdzi, że był umówiony. Gary Kau.
- A, tak – odparł podekscytowany Ken. – Prosić, prosić. I wyjść.
Po chwili do gabinetu wparował energicznym krokiem średniego wzrostu mężczyzna o raczej przeciętnej budowie ciała. Mimo to emanowała z niego jakaś nieokreślona bliżej siła. Zaczesane do tyłu włosy opadały mu na kark. Za podtrzymującą ją opaskę zatknięte miał trzy orle pióra. Ubrany był w jasną zamszową kurtkę z długimi frędzlami i takież spodnie. Nie były nowe, ale też niezbyt sfatygowane, pokryte licznymi plamami. Nie miał kapelusza.
- Gary Kau – przedstawił się mężczyzna uderzając się w pierś.
- Witam, witam – rzekł burmistrz wychodząc zza biurka nieco zdziwiony wyglądem przybysza. – Jestem Ken Purchawa. Wiele o panu słyszałem. Oczywiście w samych superlatywach. Czego się pan napije? Szkocka? Burbon? Wódka? Gin? Tequila? A może wino lub piwo? Taki dziś upał. W sumie, jak co dzień.
- Proszę zwracać się do Garego po imieniu. Inaczej Gary nie będzie reagował. Prosi o szklankę wody.
Gary usiadł nie czekając na zaproszenie. Jego głos nie zmieniał tonacji i barwy. Jakby pozbawiony był jakichkolwiek emocji. Gary Kau nie uścisnął również wyciągniętej na powitanie dłoni.
- Proszę Garemu wybaczyć – rzekł. – Nigdy nie podaje dłoni na powitanie. Na pożegnanie z resztą również. W ogóle nie zwykł podawać dłoni. Nigdy. Nikomu. Nigdy również nie pija alkoholu. Najwyraźniej jednak niewiele pan słyszał o Garym.
Burmistrz przez chwilę stał niezdecydowany. Miał ochotę przygadać coś niecodziennemu gościowi, ale zbytnio go potrzebował.
- Ale nie będzie panu przeszkadzało, jeśli ja wysączę szklaneczkę?
Gary zaprzeczył ruchem głowy. Purchawa usiadł w fotelu naprzeciwko gościa i zaczął mu się uważnie przyglądać. Gary Kau patrzył wprost przed siebie zdając się wcale nie widzieć gospodarza. Jakby przenikał go na wylot.
- Nie jestem może ekspertem w dziedzinie geografii i antropologii, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek słyszał, że w Europie żyją Indianie. Nie, żebym miał coś przeciwko czerwonoskórym. Sam organizuję regularne dostawy prowiantu do rezerwatu. Szczególnie zimową porą. Wie pan... Wiesz, Gary. Wigwamy teraz już nie takie, jak przed laty. Bizonów jak na lekarstwo, trzeba budować z gałęzi i skór mniejszych zwierząt, a te wiadomo, cieńsze. Rokrocznie ślę żywność, lekarstwa i tkaniny, które specjalnie na ten cel zamawiam. Mało tego. W ubiegłym roku …
- I alkohol – uciął Gary patrząc tym razem prosto w oczy rozmówcy. – Jest pan dobrze zorientowany. W Europie nie żyją Indianie. Chyba, że przywleczeni jako niewolnicy. Szybko umierają. Ciężko znoszą niewolę. Gary nie jest Indianinem. Jest pół Bośniakiem, pół Szkotem pół Amerykaninem. A dokładniej w jednej trzeciej Bośniakiem, w jednej Szkotem, a w jednej Amerykaninem.
- Jak to możliwe?
- Miał dwóch ojców. Szkota i Bośniaka. Matka pochodziła z Arizony.
Burmistrz przez chwilę rozdziawił usta, ale za moment się zreflektował i zdecydował zmienić temat.
- No tak – chciał zacząć z zupełnie innej beczki, ale problem pochodzenia Garego zbytnio go nurtował. – W takim razie skąd ten ubiór i pióra?
- To peruka – odparł Gary Kau zdejmując sztuczne włosy wraz z piórami. Pod nimi ukazała się gładko ogolona głowa. – A zamsz? – kontynuował. – Krety bardzo go lubią. Dobrze pielęgnowany przypomina miękkością ich futerka.
- Ale – Purchawa czuł się nieco nieporadnie. – Przecież krety są czarne? Chyba, że w Bośni jest jakaś żółta odmiana? I po co panu… Po co Garemu peruka?
- Kolor jest nieistotny. Krety są praktycznie ślepe. Mają za to doskonały węch. Dlatego podczas tresury i przy pracy Gary naciera odzież ich łajnem. Bardzo z resztą lubi tę woń. Zbliża do natury. Tak, jak i ta peruka. W Szkocji za to Gary ubiera zawsze kilt i gra na dudach, a w Bośni barani serdak, lub kożuch i takąż czapę. Wszystko oczywiście naciera krecimi odchodami. Oprócz dud. To pogarsza brzmienie.
Ken Purchawa pokiwał głową markując zrozumienie i uznanie. Nie mógł się nadziwić, skąd wzięło się takie indywiduum. I to jeszcze z polecenia niejednego zaufanego i szanowanego obywatela. Ponoć w duszy każdego prawdziwego artysty pobrzmiewa nuta szaleństwa, ale to? Musi to przemyśleć i upewnić się, że na pewno ma do czynienia z tak bardzo oczekiwanym przez siebie człowiekiem.
- Pewnie jesteś Gary zmęczony długą podróżą – zaczął. – Musisz nabrać sił, bo czeka nas mnóstwo naprawdę ciężkiej pracy. Porozmawiamy jutro z rana. Może zechcesz udać się na spoczynek? Mamy tu przygotowany specjalnie dla takiego szczególnego gościa pokój w całkiem przytulnym hoteliku. U Długiej Zuzy. Na pewno zwrócił pan… zwróciłeś uwagę wjeżdżając do miasta.
- Gary nie zważa na przybytki rozpusty i siedliska alkoholików – odparł przybysz w dalszym ciągu nawet przez chwilę nie zmieniając bezbarwnego tonu głosu – Zawsze sypia z kretami. To ich zbliża i czyni czymś na podobieństwo rodziny, której jest ojcem. Obóz Garego jest rozbity nieopodal miasta, z dala od tego zgiełku. Krety szanują sobie ciszę i spokój. Przynajmniej do póki nie oswoją się z nowym otoczeniem. Spłoszenie ich może opóźnić przygotowania do pracy.
- No – odparł mocno już podirytowany burmistrz odwracając się do gościa plecami, wyciągnąwszy wcześniej ze szkatułki grube cygaro. – Jak tam Gary chce. W każdym bądź razie, gdyby czegoś potrzebował, proszę mnie bez wahania niepokoić o każdej porze dnia i nocy. Mój dom stoi trzeci licząc od dworca kolejowego. Duży, z jasnoniebieską elewacją. Na pewno w razie potrzeby łatwy do odnalezienia. Za dnia znajdziesz mnie w biurze, lub na terenie miasta. To niewielka aglomeracja. Można ją przejść w dziesięć minut. Tym czasem, nie podając dłoni, żegnam.
To powiedziawszy odwrócił się z lekko ironicznym, ulubionym przez siebie uśmieszkiem, ale po Garym nie było już śladu.
- Cholera jasna – splunął płatkiem zwilżonego śliną tytoniu. – Co to za typ? Henry!
Niemal natychmiast w pokoju zjawił się sekretarz. Burmistrz pomyślał, że pewnie, jak to miał w zwyczaju, podsłuchiwał. Zwykle, gdy miał do załatwienia poufną sprawę, odprawiał go pod byle pretekstem do miasteczka, ale dzisiejszy gość tak go zaskoczył, że zupełnie o nim zapomniał. To jeszcze dodatkowo go rozeźliło.
- Leć po tego starego pryka – zaordynował. – Niech szybko otwiera budę. Muszę natychmiast nadać telegram.
*
Podkowowie siedzieli w ciemnym barze sącząc whisky. Gwiazda przypięta do klapy Stanleya skutecznie odstraszała natrętów. Ponadto rozłożył przedwczoraj dwóch podpitych kowboi pod pretekstem obrony własnej, co bez wahania potwierdził szeryf, mimo, iż nie był świadkiem incydentu. Dotkliwie poturbował również barmankę łamiąc jej rękę. To z kolei władze uznały za niefortunny wypadek. Wszyscy mięli się więc na baczności. Tym bardziej odkąd przed dwoma dniami dołączył do zastępcy jego brat. Obaj wyglądali identycznie zarówno pod względem ubioru, jak i powierzchowności. Należało zatem założyć, że charakter i temperament również mają zbliżony. Pozostali, dosyć licznie zgromadzeni wieczorną porą goście omijali ich stolik łukiem, ściszając rozmowy i odwracając wzrok.
- Co myślisz o tym całym Garym Kau? – spytał Wesley.
Stanley skrzywił się obojętnie.
- Dziwny jakiś. Śpi w jakimś baraku, śmierdzi od niego na milę. Co tu się zastanawiać? Kropnie się go przy okazji i po kłopocie.
- Listonosz mówił, że skubaniec może groźny być.
- Mnie nic nie mówił.
- Mój mówił.
Stanley splunął na podłogę.
- Zatłukę gówniarza. Wychlał mi wczoraj pół butelki wódki. Pewnie mu zawiasy przerdzewiały.
- Wyluzuj – rzekł uspokajająco Wesley. – Taka ich natura. Z resztą. Nigdy nie piją razem. Zawsze któryś doniesie, co trzeba.
- Co konkretnie mówił?
- Konkretnie, to nic. Ostrzegał tylko, że facet może być niebezpieczny. Ma w sobie, jak to określił, zwierzęcą naturę. I dziwne zwyczaje.
- Też mi informacje – Stanley ponownie spluną dopijając alkohol. – Każdy może mieć dziwne zwyczaje. Jeden lubi krowy, inny kozy. Jeden wali konia na siedząco, drugi na leżąco. Dla jednych dziwne jest to, co robią drudzy. Do dupy z takimi wiadomościami. Słowo daję, że nie dam im tknąć wódy. Za to ich porządnie naoliwię. W tej kurzawie mogły im się tryby pozacierać.
Spojrzał z niecierpliwością w kierunku baru. Zza szpaleru mężczyzn Zuza nie mogła widzieć ich stolika.
- Głupia cipa – mruknął. – Przeleciałem ją już na samym początku. Ładna dupa i gotuje nieźle, ale baby, to nic dobrego. Wiem, co mówię.
To powiedziawszy wstał energicznie przewracając krzesło. W barze momentalnie przycichły rozmowy. Stanley podszedł do kontuaru pomiędzy rozsuwających się szybko mężczyzn. Kobieta wpatrywała się w nadchodzącego blednąc i otwierając szeroko oczy.
- Co jest, kurwa? – zapytał. – Co masz taką zdziwioną minę? Ostatnio cię taką widziałem, jak mi obciągałaś. Nie pamiętasz? Zakrztusiłaś się i aż ci sperma nosem trysnęła. Wódka się skończyła! Raz, dwa mi tu do stolika. Rusz dupę!
Kobieta dławiąc się ze złości i strachu przełknęła zniewagę i odwróciła się po butelkę.
- A wy co tak stoicie? – warknął rozglądając się po najbliższych. – Wypierdalać do stolików, albo won z knajpy. Będą tu śmierdziele tłok robić i pierdzieć zgniłą fasolą, że rzygać się chcę. Zabierać stąd szczerbate pyski, ale już!
Nie czekając na efekt odwrócił się na pięcie i wrócił do stolika. Nikt głośno nie skomentował opryskliwej mowy. Kowboje rozeszli się, niektórzy nie dopili piwa z obawy, aby nie paść trupem.
- Nienawidzę tego miasta – rzekł do brata. – Im szybciej je rozpieprzymy, tym lepiej. Chodźmy stąd. Muszę kogoś rozwalić, bo nie zdzierżę.
- Ej, ej – przytrzymał go za rękę Wesley. – Ciszej trochę. Coś się zrobił taki nerwowy?
W międzyczasie Zuza zrealizowała zamówienie.
- Dziękujemy bardzo – rzekła Stanley uśmiechając się złośliwie.
- Proszę uprzejmie – wydukała mając świeżo w pamięci, co się stało, gdy ostatnio tego nie powiedziała.
W tym momencie do saloonu wszedł uśmiechnięty szeryf z dwoma pomocnikami. Nie było wśród nich Wuja Boba.
- Jeszcze tego wała tylko brakowało – wycedził zastępca.
- Wyluzuj, Stan – rzekł ostrzegawczo Wesley. – Wytrzymaj jeszcze dzień, dwa.
Purpurowy ze złości Podkowa wychyliła jednym haustem zawartość pełnej szklanki i zacisnął zęby.
- Witam panowie – Bad wręcz promieniał ironicznym entuzjazmem. – Nie chcę przeszkadzać w kolacji, ale musimy się naradzić w biurze. Mam ważne i, co istotniejsze, dobre wiadomości przeznaczone tylko dla was. Weźcie butelkę.
Bracia wymieniwszy spojrzenia podnieśli się bez słowa. Nie odzywali się również w drodze do biura. Na miejscu, rozsiadłszy się, na czym kto mógł utkwili wyczekujący wzrok w szeryfie. Bad rozejrzał się w koło i rzekł podekscytowany:
- No, a gdzie Bob? Mów grubasie?
Frank pobladł, ale szybko odparł.
- No, w domu. Jego żona ma dziś imieniny. Szef go zwolnił przecież.
- Pierwsze słyszę – odparł wzruszając ramionami. – Dymajcie po niego obaj i to szybko. Zdaje się, że widziałem w barze kilku obcych. Nie wyglądali przyjaźnie. Posiedźcie tam z godzinkę. Tylko się nie uchlajcie. Potem wszystko wam przekażę.
Po wyjściu obu mężczyzn szeryf kontynuował.
- Musiałem się jakoś pozbyć tych gamoni – zrobił pauzę oczekując aprobaty, ale nie doczekał się żadnej reakcji poza bezdusznymi spojrzeniami obu par identycznych, jasnoniebieskich oczu. – No, ale do rzeczy. Dowiedziałem się od zaufanego człowieka, że ten spec od kretów, to jakiś niezły czubek. Ponoć niejeden już się na niego zasadzał i na próżno. Zawsze uchodził cało i pozostawiał po sobie masę trupów. To świr i musimy go szybko wyeliminować.
- A co z ryżem? – podjął Stanley. – Jak gościa za szybko zdejmiemy, to nie przygotuje kretów i jak go wtedy wyciągniemy?
- Chyba nie wierzysz w te brednie? – odparł pytaniem Bad. – Widziałeś kiedyś kreta? To takie małe gówno ryjące tunele pod ziemią w poszukiwaniu robactwa, różnych pędraków, podgryzające warzywa w ogródkach…
- Daruj sobie.
- W każdym bądź razie nie istnieje coś takiego, jak tresowany kret. To pic dla osiągnięcia dodatkowego efektu reklamowego. Widzieliście ten artykuł w czołówce ostatniej gazety? „Tresowane bośniackie krety przybywają”. Toż to jakaś wierutna bzdura. Chodzi tylko o to, żeby to tałatajstwo poryło trochę korytarzy. Jak na którymś kopczyku pojawi się ziarno, to będzie znak, gdzie kopać. To wszystko. Po co nam więc jakiś pajac, po którym nie wiadomo czego się spodziewać. Każdy głupi wypuści kreta z klatki.
- No dobra. Ale jak zwabić go do niej z powrotem?
- Robactwem, różnymi pędrakami, warzywami – wymieniał szeryf z ironicznym uśmieszkiem. – Zdaje się powiedziałeś, żebym sobie darował?
Stanley nie spuszczając Bada z oczu splunął tytoniem na podłogę i zapytał brata:
- Co myślisz Wes?
- Gada rozsądnie. Myślę tylko, że trzeba się bardzo spieszyć. Już zaczynać. Zanim zjadą robotnicy, prasa. Już widziałem u burmistrza jakiegoś obcego pismaka. Zaczną węszyć, pytać, zgadywać. Po co nam dodatkowe kłopoty i rozgłos. Jak się zacznie zamieszanie, to wszystko powinno być już pod naszą kontrolą.
- Popieram zdecydowanie – szeryf wypuścił kłąb sinego dymu. – Wy załatwcie zatem tego Garego Kau, a ja zajmę się resztą.
- To znaczy czym? – Stanley dalej nie spuszczał szeryfa z oczu. – Dziwkami i opojami?
Dwie Kolby puścił mimo uszu złośliwą uwagę.
- Burmistrzem, przyjacielu, burmistrzem przede wszystkim. Musi przepisać na nas akty własności, sporządzić pełnomocnictwa i inne papiery. Jutro rano przyjeżdża sędzia Watkins. Stary palant i karierowicz. Miał sądzić koniokrada, którego rozwaliłeś. Jest dosyć zasadniczy, ale i przekupny. Jak zaświecą mu przed oczami zielone, to od razu zmięknie.
- A na cholerę nam jeszcze jakiś pieprzony prawnik?
- Dopilnuje, żeby cała dokumentacja sporządzona był zgodnie z literą prawa, kochaniutki. Ta stara pierdoła szykuje się do kampanii wyborczej. Podróżuje w asyście dwóch pomocników. Dla większego efektu i podtrzymania wizerunku niezawisłości. Adwokat i notariusz. Wszystko czego nam trzeba.
Szeryf popatrzył na gości. Tym razem odniósł efekt. Obaj patrzyli na niego nie tyle może z podziwem, ale już bez pogardy.
- Tak więc – kontynuował – załatwiacie tresera, potem moich zastępców. Razem z żonami. Cholera wie, co te ćwoki wygadały swoim babom. Dobrze, że Bob wysłał bachory do jakiejś siostry mieszkającej na Koziej Farmie. To ze dwadzieścia mil stąd. Dzieci to i nawet ja nie lubię rozwalać. I kłopoty potem większe. Chce pewnie dogodzić swojej babie na imieniny. Możecie mieć niezłe widowisko. No, dziś w nocy i jutro z samego rana. Jak około południa przyjedzie dyliżans dobrze byłoby żebyśmy byli pogrążeni w smutku i żałobie po stracie przyjaciół. Najlepiej, żeby tak wszystko zaaranżować, co by wyglądało na robotę tego świra i naszą w efekcie tego interwencję. Możecie przy okazji rozwalić paru przyjezdnych kowboi. Ostatnio trochę się ich tu już zjechało. Połączy się ich z treserem w jedną szajkę. Dla uwiarygodnienia.
Bracia wstali w jednym momencie i skierowali do wyjścia.
- Tylko nie próbuj nas wykiwać – rzucił na odchodne Stanley. – Bo też pójdziesz do piachu. Dobranoc.
Podkowowie szybkim krokiem skierowali się do saloonu. Bez słowa przeszli przez bar i udali do pokoju Stanleya. Nakręcili Listonoszy, którzy natychmiast wpadli sobie w objęcia i zaczęli obcałowywać sobie wzajemnie blaszane policzki. Wesley wydał stosowne dyspozycje. Po chwili mięli już gotowe papiery. Malcy biorąc się pod ręce odtańczyli tradycyjne amerykańskie hop sa sa i popatrzyli z wyczekiwaniem na kowboi.
- Dziś koniec z lenistwem – rzekł Stanley. –. Idziecie z nami. Tylko żadnej gorzały, bo was naoliwię.
Listonosze ze spuszczonymi głowami przestąpili z nogi na nogę.
- No to zaczynamy.
To powiedziawszy bracia wzięli do rąk sztucery i zapakowali do sakw po dwa zapasowe pudełka amunicji i Listonoszy. Wyszli w noc rozdzielając się.
*
Trzej pomocnicy szeryfa odprawieni przez niego bez żadnych wyjaśnień skierowali kroki do domów. Wyczuwali, że coś wisi w powietrzu i rozstając się wzajemnie przypomnieli sobie o zachowaniu szczególnej ostrożności.
Bob spiesznie wracał do domu chcąc spędzić późny wieczór w towarzystwie żony, którą zostawił przy imieninowym stole. Nie była zachwycona jego nagłym wyjściem i chciał jej to w jakiś sposób wynagrodzić. Lampy w domu były pogaszone. Musiała być na niego naprawdę wściekła. Nie zapalając światła wszedł po cichu i ostrożnie skierował po schodach do sypialni. Była pusta. Zaniepokoił się. Wydobył rewolwer i ruszył powrotem na dół. Znalazł kobietę w fotelu z przedziurawioną na wylot głową. Duży kaliber oderwał jej niemal całą potylicę. Okno było otwarte, strzał mógł paść z zewnątrz. Bydlak bał się podejść do jednej maleńkiej, wątłej kobiety. Tyle zdążył pomyśleć i zanim uczynił cokolwiek otrzymał mocny cios w głowę, który pozbawił go przytomności.
*
Stanley delikatnie nacisnął klamkę drzwi wejściowych domu Franka. Były otwarte, w korytarzu i małym saloniku było widno od trzaskającego w kominku ognia i przykrytej mlecznobiałym kloszem dużej olejowej lampy. Wszedł ze sztucerem gotowym do strzału. Otyły mężczyzna leżał na podłodze twarzą do dołu. Miał spodnie rozprute od pasa do krocza, między tłustymi, zakrwawionymi pośladkami tkwił sporych rozmiarów kaktus. Stanley skrzywił się na ten widok i uważnie rozejrzał w koło. Potłuczone naczynia i poprzewracane krzesła świadczyły o szamotaninie. W ścianie, obok okna widniały dwie dziury po kulach. Oj, żebyś ty grubasie nieco lepiej strzelał może jeszcze nadal byś żył. To pomyślawszy Podkowa przekręcił martwe ciało na plecy. Frank miał poderżnięte gardło. Rana był bardzo głęboka, cięcie niemal pozbawiło go głowy. Lekka i szybka śmierć. Twarz wykrzywiał mu grymas bólu, miał pozdzierane paznokcie palców obu dłoni, co świadczyło, że zadano mu ból jeszcze przed śmiercią.
Stanley pokiwał głową z niesmakiem. Zastanawiał się, kto ukatrupił skubańca, ale żadna konkretna odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Z sakwy wystawił głowę Listonosz.
- Oj nieładnie oj – rzekł na widok zwłok.
- Może i nie. Ale całkiem skutecznie. Zadepeszuj o tym do Wesleya. Ktoś nam pomaga. Albo i nie.
- Rozkaz szefie rozkaz.
Listonosz zniknął w torbie gdy kowboj schodził z werandy kierując się do domu Billyego. Po drodze mijali go trzej wracający prawdopodobnie z pubu lekko zataczający się kowboje. Nie znał ich. Pewnie przeganiali bydło pozostawiając stado gdzieś w pobliżu miasta. Zarośnięte twarze, brudne ubrania. Strzelił trzy razy nie zwalniając kroku. Przeładował sztucer i po chwili dotarł do celu. Tu również okna żółciły się od wewnętrznego światła. Podkowa pomyślał, że stary nie za bardzo przykładał się do roboty, bo nie wyszedł nawet sprawdzić źródła huku. Zanim zdążył zajrzeć przez okno z torby ponownie wyłonił się Listonosz z listem w ręce.
- Brat pisze pilnie pisze brat.
Stanley przeczytał. Wesley znalazł Wuja Boba w podobnych okolicznościach, w jakich on natknął się na Frankeigo. Tyle, że jeszcze żona z rozwalonym łbem. Podkowa wiedział, że Wes nie lubił mordować kobiet. Pewnie mu ulżyło. Jemu nie robiło to żadnej różnicy. Przeciwnie. Zrobiłby to chętnie sam, ale wolał zająć się starym, poza którym trzeba było wykończyć jeszcze dodatkowo rodzinę jego córki, która mieszkała nieopodal. Dwoje starych i pięcioro młodych ludzi. Oj, będzie niezła jazda.
Odepchnął kuszące myśli i skupiając się na obecnej sytuacji ostrożnie spojrzał przez otwarte okno. Obraz wnętrza był kopią tego, co opisał Wesley. Nawet już go to nie zaskoczyło. Tyle, że porządnie się zafrasował osobą mordercy. Przyjrzał się raz jeszcze parze zwłok. Nie było kaktusa, tyko butelka po whisky. Poza tym to samo. Wyjął z torby Listonosza i postawił go na parapecie.
- Przyjrzyj się i pisz do Wesa – rzekł. – Niech wraca do hotelu. Musimy się naradzić.
Listonosz zasalutował i dał szczupaka do wnętrza sakwy.
Stanley ruszył pospiesznie na miejsce spotkania. Bar był już pusty. Nawet pianista gdzieś przepadł. Zuza obarczona naręczem kufli po piwie zeszła mu z drogi. Podkowa zignorował ją i za moment znalazł się w pokoju. Zaczął nerwowo przechadzać się po niewielkim pomieszczeniu, co chwila zerkając na zegarek. Wes powinien tu być przed nim. Coś się działo niedobrego. Nagle usłyszał stukanie w okno. Dobył rewolwer i ostrożnie podciągnął żaluzję. Za szybą ujrzał Listonosza. Szybko otworzył okno.
- Co jest?
- Szef kazał mi wracać mi kazał szef – odparł malec.
- Nie mógł wysłać wiadomości?
- Nie chciał nie. Mam przekazać, że to Kau morduje Kau to że, przekazać mam.
Stanley usiadł na łóżku. Listonosz zrelacjonował dalej, że Wesley natknął się na Garego, jak ten w zaułku jednej z krótkich, ciemnych ulic miasteczka dopadł Młodego. Rozciął mu scyzorykiem spodnie, z potężną siłą rzucił jak szmacianą lalkę na ziemię i wychędożył. Potem poderżnął mu gardło. Spłoszony przez Podkowę nie dokończył rytuału upiększania zwłok i zniknął za rogiem. Wes podążył za nim odprawiając Listonosza.
Stanley wiedział, dla czego. Zaczął nie na żarty niepokoić się o brata. Spojrzał na jego Listonosza. Ciął w maleńkie, blaszane karty ze swoim bliźniakiem. Nagle stało się to, czego tak bardzo się obawiał. Listonosz zamarł na moment w bezruchu, zgrzytnęło coś w jego wnętrzu i po chwili malec rozsypał się w drobny proch. Zarówno Stanley jak i jego mały towarzysz doskonale wiedzieli, że rozsypanie się w proch Listonosza oznaczała śmierć jego właściciela. Podkowa przełknął gorzką ślinę. Drugi blaszak z przerażonym wyrazem twarzy skoczył Stanleyowi w ramiona i mocno przytulił do niego łkając z cicha. Podkowa z kamienną miną zebrał szczątki do woreczka i zapakował do sakwy. Szczątki Listonosza mogły okazać się niezbędne w odszukaniu zwłok jego właściciela oraz jego pogromcy. Im bliżej do ciała tym szybciej wirowały barwiąc się na niebiesko lub czerwono, w zależności od celu poszukiwań. Wystarczyło tylko odpowiednio je zaprogramować. Pomyślał w jaki sposób mógł zginąć jego brat i grymas bólu przebiegł mu po twarzy.
- Nie rycz – rzekł. – Urządzimy im piękny pogrzeb. Tylko najpierw trzeba wykończyć tą hołotę. Olewam ryż. Rozpieprzę wszystkich i spalę te cuchnące budy do ostatniej deski. Idziemy.
*
Gary wolno nacierał kurtkę dodatkową warstwą krecich odchodów. Dawno nie był w lepszym nastroju. Wymłócił jednej nocy aż czterech. Żałował, że ten piąty był pozbawionym pasji mdłym przeciętniakiem, który nie nadawał się do chędożenia. I przede wszystkim tego, że nie zdążył zdrowo pobaraszkować z pianistą. Ważnym było również to, że dodatkowo udało mu się z bezpiecznej odległości uśmiercić dwie groźne kobiety, które mogły mu napytać biedy. Dobrze, że w tej mieścinie nie ma ich zbyt wiele. Inaczej trudno byłoby mu poruszać się po okolicy.
Zaczął odczuwać ból w ramieniu. Ten, który udaremnił mu ozdobienie ostatniego nieboszczyka okazał się groźniejszy niż inni. Gary nieźle się natrudził, by go wykończyć, a i tak tamten zdołał postrzelić go w ramię. Dobrze, że kula tylko go drasnęła, bo kaliber był naprawdę pokaźny. Mogłoby całkiem urwać mu rękę i długo trzeba by czekać, zanim się zregeneruje. Regenerowanie głupiego złamania trwało nawet i pięć dni, a co tu mówić o takiej ranie. Kiedyś, podczas ataku na nadwornych minstreli na jakiś zamku (mimo wytężania mózgu nie mógł już sobie przypomnieć dokładnie kiedy i gdzie to było), jeden z halabardników, zanim zginął, odciął mu stopę. Potrzebował prawie miesiąca, by całkiem się odbudowała.
Połknął garść szczurzych bobków i po chwili poczuł się lepiej. Niedługo zacznie świtać, a Gary nie przepadał za blaskiem słońca. Wstał z posłania i ruszył zajrzeć do klatek. Krety spały, ale ich maleńkimi ciałkami wstrząsały dreszcze. Zaniedbał je. Zbyt długo oddawał się uciechom zapominając o swoich podopiecznych. Wydobył ze sporej, drewnianej szkatuły stary flet i odegrał cicho menuet Boccieriniego. Po kilkunastu sekundach krety uspokoiły się, a na ich pyszczki wypełzły maleńkie, błogie uśmieszki.
*
Szeryf raz jeszcze przejrzał dokumenty przygotowane przez siebie i przez do niedawna pozostającego z nim w zmowie sekretarza burmistrza. Teraz już nie byli wspólnikami. Henry leżał na środku biura z trzema kulami w piersi. Głupiec. Wszystko wydawało się być w porządku. Plan działał bez zarzutu. Teraz przejdzie do Purchawy i złoży mu propozycję nie do odrzucenia. Może uda się załatwić sprawę po dobroci. W sumie mieszanie do tego prawników nie było do końca dobrym pomysłem. Poza tym generowało dodatkowe koszty. Zapakował papiery i ruszył do wyjścia. W tym momencie drzwi otworzyły się zamaszyście i do środka wkroczył Podkowa.
- Co się … ? – zaczął zdziwiony szeryf.
Nic więcej nie powiedział. Kula ze sztucera wyrwała mu w piersi dziurę wielkości dolarówki, w plecach talerzyka.
Ciało szeryfa poleciało kilka metrów w tył i spoczęło bezwładnie. Stanley otworzył szafkę i wyjął trzy butelki whisky. Rozlał ich zawartość po zwłokach, podłodze i meblach. Wyszedł podkładając ogień, tak jak uprzednio uczynił to w hotelu. Zabrał ze sobą kilka pudełek dodatkowej amunicji do sztucera i rewolwerów. Wysuszone palącym słońcem budynki szybko zajmowały płomienie przeskakując na sąsiednie. Na ulice zaczęli wybiegać krzyczący ludzie. Podkowa strzelał do każdego starając się w pierwszej kolejności wybierać tych, którzy usiłowali gasić płomienie. Mieszkańcy w panice kryli się gdzie mogli, zaczęły padać pojedyncze strzały, ale wystrzeliwane dosyć chaotycznie mijały Stanleya w dosyć dużej odległości. Idąc ze sztucerem pod pachą co kilkanaście kroków wydobywał z parcianego worka kolejne butelki z alkoholem zmieszanym z naftą i podpalając wykonane z kawałków szmat prowizoryczne lonty ciskał nimi w okna mijanych budynków. Zabrał za sobą również kilka lasek dynamitu.
Noc z każdą chwilą stawała się jaśniejsza. Podkowa stanął wkrótce przed domem burmistrza. Wewnątrz paliło się światło, ale gospodarz najwyżej nie kwapił się do ratowania miasta. Stanley zamaszystym kopniakiem wyważył drzwi z zawiasów i wkroczył do środka. Zastał ubranego Purchawę upychającego w dużej, skórzanej walizie paczki banknotów i biżuterię. Nagle ziemią targnął silny wstrząs serii eksplozji. Wybuchała amunicja i dynamit zgromadzony w biurze szeryfa.
- Co się tam dzieje? – zapytał drżącym głosem burmistrz – Panie Podkowa? Gdzie szeryf? Kto pali miasto?
Czoło Kena zraszał perlisty pot. Zwykle nienagannie zawiązany krawat zwisał teraz przerzucony przez oparcie krzesła.
- Ja palę – odparł Stanley beznamiętnie. – I wykończę wszystko i wszystkich w pizdu!
- Ale dla czego? – ze strachu i zdziwienia burmistrz rozszerzył oczy do granic możliwości. – A… a ryż?
- Sram na ryż. I na ciebie też. Siadaj na wrednym dupsku i słuchaj uważnie.
- Wypraszam sobie ten ton.
Purchawa starał się zachować choć odrobinę godności, ale wyraz twarzy zdradzał, że bał się panicznie. Do oczu zaczęły napływać łzy. Stanley posadził go mocnym ciosem w usta. Wargi pękły mu na cztery.
- Milcz – uciął. – Śmiesz mi się stawiać ty wszawa gnido? Oczy ci się świecą ze strachu, jak starej kurwie dziąsła przy spowiedzi. Srasz w pory. I wiesz co? Masz rację. Zaraz rozwalę ci ten plugawy łeb. Mów, kto to jest ten kutas od kretów?
Burmistrz dostrzegł dla siebie nadzieję. Otarł jedwabną chustką zakrwawioną twarz.
- Nie mam pojęcia – zaczął. – Nie znam go.
Podkowa uniósł sztucer.
- Chwileczkę – podjął łamiącym się głosem Ken. – Ja naprawdę nic nie wiem. Ale mogę się dowiedzieć. Polecił mi go szery z Bull Town. Ponoć to specjalista od tresury kretów. To jakiś czubek. Mieszaniec. Naprawdę. To nie moja wina. Miał pomóc.
- Nie pomógł – rzekł Stanley pociągając za spust.
*
Ogień trawił miasteczko bezlitośnie. Wesley ma piękny pogrzeb. Ilekroć rozmawiali o własnej śmierci zawsze wspominał, że pragnie być skremowany, by jego szczątków nie targały kojoty. I, że pragnie zabrać ze sobą do grobu ilu tylko się da. I tak się stało. Ludzie ginęli we śnie od płomieni i dymu. Licznych wysłał na tamten świat Stanley. Niektórzy ginęli od zabłąkanych kul. Ci, którzy ocaleli zaczęli gromadzić się w kościele, który nieco oddalony od reszty budynków był względnie bezpieczny. Po chwili ulice całkiem opustoszały. Z wnętrza kościoła zaczął dobiegać śpiew. Pastor intonował kolejne wersy psalmów, które wierni powtarzali chórem.
Podkowa włożył w usta szczyptę tytoniu i obserwował zamieszanie zza cmentarnego muru. Odczekawszy kilka minut zbliżył się do wejścia, podpalił lonty czterech lasek dynamitu i odczekawszy aż dostatecznie się wypalą wrzucił do środka. Ledwie zdążył odbiec za mur, gdy budynkiem wstrząsnęły wybuchy.
Oddalił się mijając cmentarz. Wiedział, że Gary rozbił obóz za miastem, właśnie od strony kościoła. Z pewnością łuna i eksplozje już go zaalarmowały. Zastanawiał się, czy wszarz ucieknie, czy podejmie wyzwanie. Był raczej pewny, że stanie do walki. Czuł to podświadomie. Zostawił za sobą cmentarz i wyjął z sakwy woreczek ze szczątkami Listonosza. Pochylił ku nim twarz i szepnął:
- Zabójca.
Po chwili pył zaczął lekko wirować barwiąc się na czerwono. Z każdym krokiem kolor przybierał na intensywności, a tempo obrotów wzrastało. Upewniwszy się, że zmierza we właściwym kierunku schował woreczek do sakwy.
Nagle potknął się o stożek ziemi. Spojrzał pod nogi. Kreci kopiec. Dalej było ich więcej. Cała masa. Wydobył Listonosza i kilkakrotnie przekręcił kluczyk dodając mu energii.
- No mały – rzekł. – Czeka nas robota.
Wtem poczuł ostre ukłucie w okolicach kolana i coś małego bardzo szybko przesuwającego się w górę w obu nogawkach po wewnętrznych stronach ud. Uderzył pięścią na oślep raz i drugi. Uśmiercił jednego małego intruza, drugiego chybił i po chwili potężna fala bólu przeszyła mu lędźwie. U stóp zaroiło się od małych stworzeń. Listonosz nie czekając na komendę zeskoczył na ziemię i zaczął uśmiercać atakujące zewsząd krety tnąc je wyprostowanymi niczym lancety blaszanymi dłońmi. Stanley purpurowy z bólu sięgnął przez rozporek i próbował wyszarpnąć gryzącego go w jądra futrzaka, ale ten uczepił się zębami nie zamierzając puścić. W końcu zaciskając szczęki szarpnął mocno i wydobył kreta trzymającego w pyszczku kawałek worka mosznowego. Podkowa zmiażdżył go w dłoni. Rana odbierała mu siły. Włożył w rozporek dużą chustkę, zapiął spodnie i zrobił kilka kroków gniotąc wrogów. Skupił się wyłącznie na zemście, co dodało mu odrobinę wigoru. Strzelił kilkakrotnie w rojące się kłębowisko zwierząt, ale ocenił, że marnuje tylko cenną amunicję. Krety atakowały Listonosza nie mogąc jednakże uczynić mu większej szkody. Pocięły mu tylko w strzępy granatowy uniform i torbę.
Stanley wyciągnął ostatnie dwie laski dynamitu. Nagle usłyszał dźwięk fletu. Zwierzęta zaczęły szybko znikać w kopczykach i po chwili preria się uspokoiła. Podkowa próbował przeniknąć wzrokiem noc.
- Tam po lewej po tam – wskazał Listonosz.
- Co widzisz? Jak daleko?
- Bliżej niż myślisz. – usłyszał w odpowiedzi.
Głos nie należał jednak do jego pomocnika. Gary Kau. Stanley bodaj pierwszy raz w życiu zaczął odczuwać lęk.
- Twój pomocnik uśmiercił wiele dzieci Garego – podjął niewidoczny intruz.
- A ty zabiłeś mi brata, szczurze – krzyknął w noc Podkowa.
Na skraju pola widzenia Stanleya zamajaczyła niewysoka postać. Podkowa uniósł sztucer, ale wroga już nie było.
- Oddaj małego, a Gary pozwoli ci odejść – usłyszał za swoimi plecami.
- Ni chuja ni – zgrzytnął Listonosz.
Stanley kątem oka dojrzał ruch po prawej i strzelił na oślep.
- Nie łatwo trafić Garego – kontynuował nieuchwytny nieprzyjaciel. – I nie zależy mu na twojej śmierci. Nie zabija przypadkowych i nieprzydatnych. Poza tym podoba mu się, że puściłeś z dymem to plugawe miejsce pełne wszelakich szumowin. Gary mógłby cię z łatwością rozwalić z karabinu. Wiesz o tym dobrze. Oddaj małego. Albo Gary sam go weźmie. Jego też może z stąd zdjąć bez trudu. Ale ma dla niego coś lepszego w zanadrzu.
Jakby dla utwierdzenia Stanleya o celności swoich strzałów wokół niech wzbiły się kłęby piasku pozostawiając w ziemi ślady po kulach.
- Ty chuju ty! – krzyknął Listonosz.
- Oj mały, chyba się zaciąłeś. Ale to nic. Gary zaraz i tak przerobi cię na opakowanie po konserwie.
Podkowa podpalił lont i rzucił dynamit w kierunku, z którego ostatnio dobiegał głos, jednocześnie przypadając do ziemi i przyciskając do siebie Listonosza. Huknęło. Na plecy posypały mu się grudki piasku. Tracił krew. Musi założyć opatrunek, albo się wykrwawi.
- Blisko, blisko.
Stanley rzucił ostatnia laskę.
- Widzisz go? – szepnął po chwili.
- Tak, tak. Jest bardzo szybki bardzo jest. Ciągle w innym miejscu innym w ciągle.
Nagle znów usłyszeli muzykę. Niezbyt melodyjną, raczej piskliwą o bardzo zmiennej tonacji. Listonosz wstał i zrobił kilka kroków.
- Kładź się – szepnął kowboj. – Słyszysz, gnojku. Kładź się, bo cię zaraz rozwali.
Listonosz nie bacząc na kolejne ostrzeżenia i komendy ruszył truchtem i po chwili zniknął mu z oczu. Stanley z wysiłkiem przeturlał się kilka metrów kładąc się na plecach za niewielką fałdą ziemi. Zsunął delikatnie spodnie do połowy ud i wyjął z sakwy jałową gazę i bandaż. Wielokrotnie opatrywał sobie rany, więc szybko zatamował krwotok.
Zaczynało już z wolna świtać. Podkowa przekręcił się na brzuch. Rana nadal doskwierała, ale przynajmniej od niej nie umrze. A miało być tak pięknie. Ostrożnie uniósł głowę i rozejrzał się. Z przerażeniem stwierdził, że otacza go wieniec krecich kopców, z których spoglądały na niego, a raczej węszyły jego woń ich wykonawcy. Czy to koniec? Czy miał umrzeć zagryziony albo nawet pożarty przez krety? To jakiś absurd. Ale niestety prawdziwy. Nie zdoła w tym stanie stawić im czoła.
Nagle poczuł, że karabin wylatuje mu z rąk. Nie miał siły by go nawet podpierać. Zaczęła ogarniać go dziwna senność.
- Nie… – szepnął tylko i odpłynął.
*
Obudziło go skrzeczenie sępa. Było już zupełnie widno i słońce całkiem mocno przypiekało. Przerażony uniósł głowę. Po kretach pozostały tylko kopce. Nie było też śladu Garego Kau. Podkowa machnął ręką i ptaszysko odleciało. Kilkanaście krążyło nad dogasającym miasteczkiem. Nie mógł uwierzyć, że to nie był sen. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Jego brat nie żyje. Stracił Listonosza, bez którego jest jak ślepiec uciekający przed tabunem mustangów. Został pokonany i upokorzony przez jakiegoś wieśniaka. Tresowane bośniackie krety okazały się przy okazji jadowite, tyle, że trucizna działała z opóźnieniem.
Z trudem uniósł się i ruszył w kierunku zgliszcz. Musi dotrzeć na drugi koniec, do stacji. Koło południa ma przyjechać dyliżans. Zwykle woźnica ma jakieś lekarstwa. Na pewno coś do dezynfekcji i środki przeciwbólowe. Jakoś wytrzyma te parę godzin. Wciśnie sędziemu jakąś bajeczkę. W tych okolicznościach nie będzie to trudne. Wlókł się przez dymiące ruiny podziwiając dzieło swoich rąk. Nie wiele poprawiło mu to humor. Nieopodal saloonu znalazł butelkę wódki. Widocznie wyrzuciła ją siła eksplozji i ta jakimś cudem ocalała. Odkręcił nakrętkę i z lubością pociągnął zdrowy łyk.
Popijając dotarł wreszcie do małej stacyjki, po której pozostała tylko blaszana tabliczka z nazwą miasteczka. Usiadł na kamieniu i obficie skropił opatrunek wódką. Mocno zapiekło, aż załzawiły mu oczy. Napił się i polał raz jeszcze. Nagle usłyszał tętent kopyt i turkot drewnianych kół. Wstał na chwiejne nogi i spojrzał w kierunku prerii. Z radością stwierdził, że to przed czasem zbliża się dyliżans.
- Hej! – krzyknął. – Tutaj!
Pociągnął jeszcze z butelki. Alkohol poprawił mu humor i znieczulił nieco ból. Zaprzęgnięty w dwie pary koni dyliżans zbliżał się niespiesznie, by w końcu zatrzymać się przy Stanleyu.
- Co tak wcześnie? – zapytał siląc się na radosny ton. – Mięliśmy tu straszną zadymę. Tylko ja ocalałem. Hej panie sędzio!! Jestem zastępcą szeryfa. Stanley Podkowa.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Powożący chwiał się na boki ze spuszczoną głową. Postrzępiony kapelusz przysłaniał mu twarz. Kowboj dopiero teraz zauważył, że powóz najeżony jest strzałami. Podszedł do wozu i szarpnął drzwiczkami. W środku nie było nikogo, za to wszystko zbryzgane było krwią. Widywał już dużo gorsze rzeczy, więc nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Udawać przerażonego przed jakimś głupkowatym woźnicą też nie zamierzał. Potrzebował tylko lekarstw i sobie poradzi. Najwyżej gnoja kropnie.
- Niezła jatka – podsumował.
Przybysz w dalszym ciągu nie reagował nie zmieniając nawet przygarbionej pozycji.
– Hej! Człowieku! – krzyknął z wolna tracący cierpliwość Stanley. – Jestem ranny. Potrzebuje medykamentów. Macie tam u siebie jakąś apteczkę?
Żadnego efektu. Pewnie też martwy, pomyślał Stanley, a znające drogę konie same się dowlokły. Nagle powożący uniósł głowę i cmoknął na zaprzęg.
- Ej! Hola, hola! – krzyknął zaskoczony i skrajnie zirytowany Stanley unosząc gotowy do strzału sztucer. – Lekarstwa! Te! Woźnica! Zatrzymaj albo…
Nie dokończył. Usłyszał tylko świst bata i jego głowa potoczyła się po ziemi.
Furman świsnął jeszcze kilkakrotnie szatkując zwłoki na drobno. Na koniec splunął na resztki. Że też spotkała go taka obelga. Nie dość, że ktoś puścił z dymem całe miasto pozbawiając go przyjemnego zajęcia, to jeszcze to bydle miało czelność nazwać go Woźnicą. A już miał zamiar go oszczędzić, nie chcąc marnować nowego bata na jednego człowieka. Wściekły smagnął końskie grzbiety lejcami i ruszył galopem przez czarno szare miasto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz