przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


piątek, 18 listopada 2011

Ponury traktorzysta

Wincenty Podpierdko był tchórzem ponad wszelką wątpliwość. Próbował z tym walczyć, ale bez względu na trudy jakie podejmował, nic się w tej materii zmienić nie chciało.
Któregoś letniego popołudnia Wincenty Podpierdko wracał leśną ścieżką z pracy w tartaku, gdzie pełnił zgodną ze swoją naturą funkcję, młodszego ostrzegacza. Mijał właśnie sporą kępę gęstych żarnowców, gdy z zamyślenia wyrwał go niepokojący dźwięk. Coś jakby nakręcanie starego budzika. Niby w samym nakręcaniu zegarka niczego frapującego nie było, ale okoliczności temu towarzyszące sprawiły, że tchórz stanął jak wryty wstrzymując oddech. Najwyraźniej jednak zareagował zbyt późno, gdyż dźwięk niemal w tym samym momencie ustał, a wokół zapanowała bez mała absolutna cisza, zakłócana jedynie szelestem liści i turkotem dzięcioła, który jak seria z karabinu rozległ się w konarach pobliskiego drzewa.
Pat trwał blisko pięć minut, zanim Wincenty zdecydował się na ruch. Stąpając uważnie, bacząc by nie nadepnąć na zdradliwą gałązkę, czy szyszkę, zbliżył się do kępy krzewów i zaczął bacznie lustrować ich gęstwinę. Z początku niczego nie dostrzegł, ale nie rezygnował, bo przecież wyraźnie słyszał charakterystyczny mechanizm. A pomylić się nie mógł, bo z zamiłowania był przecież zegarmistrzem amatorem i to całkiem niezłym. Kilkakrotnie obszedł żarnowce, ale z tym samym efektem. W końcu zdecydował się podjąć ryzyko i rozgarnął gałęzie. Jego oczom ukazał się leżący na wygniecionym skrawku leśnej ściółki metalowy budzik. Nic poza tym. Żywego ducha. Wincenty poczuł się nieco pewniej, choć z drugiej strony mocno dziwiła go nieobecność kogokolwiek. No bo przecież ktoś musiał nakręcać zegarek, sam tego nie robił. Chyba, że może to odgłos pracy dzięcioła wprowadził go w błąd? Może mu się tylko zdawało, że ktoś kręci kluczykiem, a w rzeczywistości był to łomot w drzewo twardego ptasiego dziobka, który od jakiegoś czasu dudnił mu w uszach nie pozwalając się skupić?
Wincenty raz jeszcze rozejrzał się uważnie. Może powinien zawołać? Zanim podjął decyzję krzaki rozdzwoniły się przenikliwym sygnałem i niemal w tym samym momencie ustał turkot wraz z krótkim, zdławionym piskiem. Tchórz spojrzał z lękiem w górę. Spomiędzy gałęzi smukłej sosny szybowało ku ziemi kilka ptasich piór. Podpierdko poczuł, jak włos jeży mu się na całym ciele, a serce mało nie wyskoczy z piersi. Coś najwyraźniej capnęło dzięcioła. Najprawdopodobniej jastrząb. Na samą myśl czmychnął w najgęstszą część prowizorycznego schronienia nie dbając o targające futerko patyki. Uczesze się. Ale żeby to zrobić, musi przeżyć. Polujący ptak nie zaryzykuje zapuszczenia się w taką plątaninę gałęzi. Nawet jeśli go dostrzeże. Podpierdko był pewien, że jest w stanie wziąć drapieżnika na cierpliwość. Może przecież leżeć plackiem i do północy. Co mu tam. Lepsze to, niż skończyć w brzuchu jastrzębia, albo jakiejś innej krwiożerczej bestii. Był pewien, że nie będzie to trwało tak długo, ale gdyby jednak, to on był gotów. Przykrył drżącymi łapkami budzik (zdawało mu się, że tyka głośno niczym strzały z kapiszonowca) i znieruchomiał, uwalniając przy tym, po części profilaktycznie, a częściowo nieświadomie, ale i zgodnie ze swoją naturą, odstraszającą potencjalnego agresora woń.
Podpierdko przez nikogo nie niepokojony przeczekał do późnej nocy poczym, w dalszym ciągu zachowując należytą ostrożność, przemknął do swojego oddalonego o pół godziny szybkiego truchtu, domostwa.
Chatka była nieduża, ale bardzo praktycznie zbudowana i urządzona. Składała się z trzech połączonych krótkimi korytarzami pomieszczeń, sieni, małego stryszku i spiżarni. Poza wygodą i oszczędnym gospodarowaniem powierzchni, nadrzędną istotą podczas projektowania domku było stworzenie pewnego rodzaju sieci na pierwszy rzut oka niewidocznych przejść pomiędzy wszystkimi pomieszczeniami, pozwalających w razie potrzeby przemknąć się z jednego do drugiego, co było niebywale istotne w przypadku konieczności ucieczki. Co prawda dotychczas gospodarz nigdy takiej potrzeby nie miał, ale świadomość, że jest to możliwe pozwalała mu spać spokojniej.
Zamykając za sobą drzwi na dwie zasuwki, łańcuch, dużą poprzeczną sztabę i przekręcając dodatkowo w zamku wielki klucz, poczuł się zdecydowanie pewniej i bezpiecznej. Mało nie dostał zawału na widok nieco pokracznej postaci rozpartej wygodnie w jego wygodnym foteliku, nieopodal kominka. Intruz korpus miał baniasty, głowę dużą, pierwotnie pewnie okrągłą, teraz lekko zdeformowaną, spłaszczoną od tyłu, jakby ktoś walnął go w potylicę niewielkim kowadłem. Nieproszony gość siedział sobie w najlepsze patrząc na niego z obojętną miną. Wokół fotela poniewierały się pióra, z dłoni sterczało truchło w połowie pożartej wiewiórki. Podpierdko zebździał się paskudnie, ale nie zrobiło to na obcym najmniejszego wrażenia.
- Masz coś, – brzmiący w głowie Wincentego głos nawet na chwilę nie zawisł, gdy Pobucz łapczywie pochłaniał wiewiórkę – co należy do mnie.
Nieznajomy zamilkł ocierając skórzaste wargi wierzchem dłoni. Wincenty nie był w stanie powiedzieć czegokolwiek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że powinien być już martwy. A skoro było inaczej, znaczyło, że telepata ma względem niego jakieś palny, co było jeszcze bardziej przerażające.
Pobucz oblizał palce i klasnął w dłonie.
- No dobra – słowa wdzierające się do świadomości Podpierdki brzmiały dlań obezwładniająco i hipnotyzująco. – Podoba ci się?
Pobucz wskazał na trzymany przez tchórza budzik. Nie czekając na odpowiedź dodał:
- Jutro zaniesiesz go do tartaku i zostawisz w szafce u tego ponurego traktorzysty. Albo, jeszcze lepiej, wręcz mu go osobiście.
Zanim Wincenty zdążył złapać drugi haust powietrza, Pobucz naładował mu głowę skompensowaną pastylką poleceń i dyrektyw, poczym zniknął z hukiem wraz z solidnie zamkniętymi przez tchórza drzwiami, po których pozostała teraz tylko ziejąca smolistą czernią i dymiąca dziura.
*
- To moje ostatnie słowo w tej sprawie – powiedział Furman.
- Jasna sprawa – zgodził się telepata. – Przecież wcale tego nie kwestionuję. Wiadomo. Ustalamy ostatecznie, że jak nie zadziała mój plan, to pojedziemy do tartaku i wytniemy wszystkich w pień.
Furman usiadł na szerokiej, dębowej ławie i sięgnął po wysłużony futerał. Z namaszczeniem ujął stylisko wydobytego bata i długo mu się przyglądał wspominając wspólne misje, w które rzucał ich los.
- Zgoda? – upewniał się Pobucz.
Furman łypnął na niego krwistoczerwonym okiem i podrapał szczeciniasty podbródek. Skrzywił usta w grymasie irytacji, machnął ręką i bez słowa wrócił do oględzin bata.
- Jak mój pomysł nie wypali, robimy wycinkę, tak? – drążył telepata. – To pewne?
Furman schował bat, wstał z westchnieniem i ruszył do drzwi. Pchnął je lekko. Otwarły się ze skrzypieniem zawiasów. W nozdrza uderzyły intensywne zapachy dusznego, przesyconego wilgocią powietrza spowijającego gęsty, dziki bór.
- Pewna jest tylko wycinka – odparł i wyszedł kierując się ku stajni.
*
Hans Helmut Poniewierka stronił od towarzystwa. A i pozostali pracownicy tartaku, najoględniej mówiąc, nie przepadali za jego kompanią. Wszyscy uważali go za ponuraka i choleryka. I było w tym sporo racji. Hans był dość nerwowy. Gdyby nie jego wyjątkowe umiejętności w obsłudze maszyn tartacznych, kierownictwo pewnie już dawno zmuszone by było pozbyć się go z zakładu. A byłaby to niepowetowana strata. Nikt bowiem nie mógł się równać osiągnięciom Poniewierki w dziedzinie, w której był mimowolnie wybitnym specjalistą. Mianowicie chodziło o zastraszanie załogi i tym samym jej zdyscyplinowanie, prowadzące w linii prostej do optymalizacji produkcji.
Życie towarzyskie Hansa Helmuta poza pracą również praktycznie nie istniało. Jedyną osobą, której towarzystwo Poniewierka sobie cenił, był młodszy ostrzegacz Podpierdko. Mimo, iż byli skrajnie różnymi osobowościami, mieli jedną wspólną pasję. Zegary. To dzięki nim mężczyzna mógł się wyciszyć, uspokoić nerwy, to dzięki zegarom jego twarz przestawała być tak okrutnie pochmurna i ponura.
Tego popołudnia traktorzysta zjechał ze zmiany nieco później niż zazwyczaj. Humor miał jak zwykle paskudny, był zły, twarz wykrzywiał mu grymas nienawiści, zęby zgrzytały niepokojąco, mięśnie i ścięgna były napięte. Hans Helmut wyglądał, jakby nie mógł już wytrzymać i koniecznie musiał zaraz wyładować na kimś nagromadzoną agresję. System wczesnego ostrzegania z odpowiednim wyprzedzeniem doniósł innym pracownikom, że do szatni zbliża się Poniewierka, dzięki czemu, gdy traktorzysta wszedł do środka z zaciśniętymi pięściami, wewnątrz było pusto. Nie było nikogo poza Podpierdką. Na widok tchórza Hans Helmut lekko się odprężył i jego twarz na moment się rozjaśniła. Za chwilę jednak ponownie zgrzytnął zębami. Gdyby to był ktoś inny, mógłby skopać mu dupsko, a tak? Przecież nie tknie Podpierdki. Traktorzysta nie mogąc dłużej tłumić agresji, łupnął pięścią w najbliższą szafkę, a następnie przeszedł szybkim krokiem do obszernej sali urządzonej specjalnie dla jego potrzeb destrukcyjnych. Wewnątrz składowano przeróżny przeznaczony do demobilu sprzęt, uszkodzone i wyeksploatowane maszyny i urządzenia, które Poniewierka mógł do woli dewastować.
Podpierdko odczekał kilka minut, w trakcie których traktorzysta dokonywał całkowitej kasacji starej obrabiarki i dwóch spalonych agregatów wymontowanych z krajalnic. Gdy odgłosy dewastacji i pomstowanie nieco zelżały, Wincenty stanął w drzwiach i wyciągnął przed siebie łapkę, w której trzymał wypolerowany wcześniej budzik. Hans Helmut zamarł. Wolno wyprostował sylwetkę i wypuścił z rąk fragmenty zniszczonej maszyny, którymi okładał stawiającą wściekły opór obudowę akumulatora i przekrzywiwszy głowę na ramię zaczął bacznie przyglądać się zegarowi. Tchórz zadowolony z efektu jaki osiągnął zaczął wolno wycofywać się do szatni. Usiadł przy dużym, prostokątnym stole stawiając budzik na jego środku i spokojnie czekał aż Hans Helmut wyjdzie z warsztatu. Po chwili obaj siedzieli naprzeciw siebie wsłuchani w spokojne cykanie blaszanych wskazówek.
- Skąd go masz? – przerwał ciszę traktorzysta.
Mężczyzna miał dźwięczny, tubalny głos kojarzący się z kimś o bardzo słusznych rozmiarach, co też stało w zgodzie z rzeczywistością. Barki wysokiego na półtora chłopa traktorzysty były szerokie jak stara stolnica. Na ponurą twarz składały się kwadratowa pokryta kilkudniowym ciemnym zarostem szczęka, wąsko osadzone oczy otoczone masywnymi oczodołami, wypukłym sklepieniem czoła i wystającymi kośćmi policzkowymi. Dużą owalną, nieco szpiczastą ku górze głowę porastały nieregularnie podcięte, gęste, silnie kędzierzawe, krwisto rude strąki mocno przetłuszczonych, spotniałych wysiłkiem fizycznym włosów. Twarz pokrywały wyschnięte korytka wyryte przez strużki potu, pasemka suchej trawy, kawałki trocin i kory.
„Powinien cuchnąć, jak diabli” – pomyślał Podpierdko, gdy ujrzał traktorzystę po raz pierwszy.
Ale Hans Helmut Poniewierka wcale nie cuchnął. Mało tego. Pachniał świeżą żywicą i drewnem, ściółką i szyszkami jałowca.
- Podoba ci się? – zapytał tchórz.
- Jest piękny – odparł urzeczony traktorzysta.
- Zaiste.
Siedzieli w ciszy zasłuchani w melodię wygrywaną przez cichy mechanizm
- Jest twój – powiedział w końcu Wincenty.
Hans Helmut rozpromienił się serdecznie. Zaraz jednak z powrotem spochmurniał.
- Nie mogę go przyjąć – rzekł smutno. – Wiem ile jest wart.
- Należy do ciebie.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Nie.
Tchórz wpatrywał się przez chwilę w ściągniętą napięciem twarz traktorzysty. Wiedział doskonale, że jak mężczyzna coś sobie postanowi, to niełatwo jest go z owego stanowiska wytrącić. Potrzeba było mocnych argumentów.
- Ktoś prosił mnie, – rzekł po chwili – żebym ci go przekazał.
Hans Helmut wyprostował się opierając o blat szeroko rozstawione ramiona.
- Któż niby? – niedowierzał.
Wincenty zagryzł wargi. Bał się reakcji Poniewierki. Ale jeszcze bardziej bał się Pobucza. A poza tym, przecież tylko przekazywał prezent. Cóż w tym złego?
- Pobucz – powiedział.
Paznokcie Hansa Helmuta zaskrzypiały na blacie stołu wydrapując w nim dziewięć płytkich bruzd. Gdyby przed laty nie amputował sobie prze przypadek końcówki małego palca przy pomocy jajcarni, wówczas bruzd byłoby dziesięć.
- Kpisz? – wycedził niepokojąco zgrzytając zębami, aż sypnął się na stół biały pył.
Podpierdko skulił ramiona.
- Ja tylko przekazuję, co mi kazano – jęknął.
Poniewierka zmierzyło tchórza chłodnym, lodowato zimnym wręcz spojrzeniem. Zaraz jednak jego wzrok odszukał budzik i twarz mu złagodniała. Pogładził połyskujące świetlnymi refleksami opływowe kształty zegarka. Przystawił go do ucha i słuchał z przymrużonymi oczami. Trwało to dobrych kilka minut, gdy Poniewierka odstawił nagle urządzenie i pochylił się ku tchórzowi.
- Jak wyglądał ten Pobucz? – zapytał.
- Jak wyglądał? No, jak Pobucz. Nie za duży, wredny – Wincenty skrzywił się próbując przypomnieć sobie coś, co konkretnie w tym osobniku było akurat takiego, co mogło wyróżniać go spośród jego pobratymców. – Czy ja wiem?
Tchórz nie widział zbyt wielu Pobuczy. Może ze dwóch. Z daleka. I paru na obrazkach w elementarzu.
I nagle sobie przypomniał.
- Wiem! – niemal krzyknął. – Miał głowę nieźle z tyłu spłaszczoną, jakby ktoś walnął go niewielkim kowadłem. – przytknął palec do miejsca, w którym Pobucz miał owo wgniecenie. – Pośrodku.
Traktorzysta wypuścił ze świstem powietrze.
- Wiedziałem – sapnął. – Richie Ciemiączko. Kawał sukinsyna.
*
- Trzeba ich wszystkich wysiec – powiedział Furman po raz kolejny.
Od kilku godzin Pobucz próbował go przekonać, by wstrzymali się z ostatecznym rozwiązaniem. Nie to, żeby wycinki nie lubił, ale jednak zdecydowanym faworytem było u niego dręczenie psychiczne. Sieczka zawsze była możliwa, a stanowiące dobre podłoże pod nikczemną intrygę warunki nie zdarzały się często. Potrzeba było kilku różnych czynników, swoistych warunków koniecznych, jak choćby czas, czy okoliczności, oczywiście odpowiedni bohaterowie, no i rzecz jasna potrzeba, bo i nie zawsze Pobucz miał chęć na zajmowanie się knowaniem. A teraz miał. I to bardzo dużą.
Równie dużą ochotę co Pobucz do dręczenia, przejawiał również Furman, z tą niestety różnicą, że do wycinki. Wszelka argumentacja telepaty trafiała na skałę, jaką była wola Furmana. Wszystkie najbardziej chytre podstępy i podchody Pobucz czynił na próżno.
Furman siedział przy stole niewzruszony z głową podpartą na zgiętej w łokciu ręce i każdą propozycję kwitował niezmiennie:
- Trzeba ich wszystkich wysiec.
Lub też innymi słowy, niemniej bez zmiany sensu:
- Obstaję przy wycince.
Albo jeszcze krócej ale w tym samym tonie:
- Wycinka.
Pobucz dwoił się i troił, ale nic nie uzyskiwało należytego, oczekiwanego przezeń skutku. W końcu, wyczerpując wszelką argumentację i tracąc najniklejszą nawet nadzieję, oklapł w swoim kojcu i popadł zadumę. Milczenie trwało ładnych kilka godzin, na zewnątrz zaczęło się zwolna rozjaśniać. Mgła wciskała się przez szczeliny pod wysłużonymi, starymi drewnianymi drzwiami, czuć było nieprzyjemną, jesienną wilgoć, która docierała do każdego zakamarka ich skromnego gospodarstwa.
- Ale on tak okropnie psuje nam PR – pomyślał telepata.
Pomysł niespodziewanie podziałał otrzeźwiająco na Furmana. Wyprostował się i popatrzył uważnie na Pobucza.
- Co? – rzucił z ciekawością.
- Ano tak – podchwycił żywo telepata. – Ten traktorzysta jest tak ponury, że nawet ciebie przebija w tym zakresie. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji lokalnej społeczności. Powiedzonko „ponury” czy też „groźny jak Furman” już coraz rzadziej się trafia. Teraz mówi się po prostu „ponury jak HHP”. Albo „groźny”. Też jak HHP
Widząc brak zrozumienia w twarzy towarzysza, malec szybko dodał:
- Hans Helmut Poniwierka. Tak nazywa się ten traktorzysta.
Usta Furmana wolno wygięły się w odwrócony grzbietem do góry rogalik. Nie to, żeby jakoś zależało mu na popularności w jakimkolwiek zakresie tego słowa, ale to o czym wspomniał Pobucz, to było coś więcej. Rywalizacja. Współzawodnictwo. A od tego już bardzo blisko do walki. A walka, to przecież jego żywioł. Przeznaczenie. Istota bytu.
Wstał od stołu odsuwając z szurgotem drewniany taboret i zaczął nerwowo przechadzać się po izbie, czym zdecydowanie poprawił humor telepacie. Zawsze to jakaś odmiana. Znaczyło, że w umyśle Furmana rodzi się coś szerszego, bardziej złożonego, staje się otwarty na propozycje, odmianę, wariację, może nawet da mu wolną rękę i pozwoli samotnie przeprowadzić akcję, do której telepata od dłuższego czasu próbował go przekonać?
Furman uderzył pięścią w ścianę.
- Trzeba natychmiast wszystkich wyciąć – rozwiał rodzące się nadzieje telepaty.
Pobucz nie wytrzymał i wyskoczył z kojca, stając w rozkroku na środku stołu i przybierając wojowniczą minę.
- Wycinka – powiedział głośno – jest z wszech miar szlachetnym rozwiązaniem, ale w tym przypadku to rezygnacja, wręcz poddanie się, dezercja.
Furman sapnął niepokojąco.
- Posłuchaj – głos Pobucza przyjął uspokajający ton. – Posłuchaj uważnie, a nie pożałujesz. Daję słowo. Jeszcze mi podziękujesz.
Furman wolno rozluźnił dłonie, które zdążyły się zacisnąć w twarde jak kamienie pięści.
- Trzeba doprowadzić do takiej sytuacji – powiedział wolno telepata – by ludzie przestali uważać traktorzystę za ponurego i groźnego, żeby ponownie zaczęli lękać się, tego, który jest naprawdę ich utrapieniem. I jak tylko do tego doprowadzimy, będzie można wszystkich wyciąć do nogi, wybić wszystkie psy i spalić całą tę wszawą wioszczynę. A knieja poniesie wieść.
Oczy Furmana rozbłysły.
*
Hans Helmut Poniewierka piąty tydzień z rzędu nie stawiał się w pracy. Pewnego, dość już chłodnego, zwiastującego nadejście rychłej jesień dnia, pod koniec zmiany, młodszy ostrzegacz został wezwany do baraku kierownika tartaku, tłustego borsuka, Henryego Pustostana.
- Siadajcie – powiedział kierownik wskazując Wincentemu niewysoki, kwadratowy taboret.
Tchórz usiadł. Mimo niewielkich rozmiarów stołka i tak nie dostawał łapkami podłogi.
- Pewnie zastanawiacie się, – kontynuował borsuk – dlaczegóż to was to zawezwałem?
Zanim Podpierdko zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kierownik podjął:
- Otóż, widzicie, sprawa nie jest taka prosta, żeby nie powiedzieć, że jest dosyć skomplikowana. To mniej więcej tak, jak z pytaniem i odpowiedzią. Im pytanie mniej jasne, tym odpowiedź mniej oczywista.
Henry Pustostan podrapał się między oczami. W tym momencie Wincenty zdał sobie sprawę, ze borsuk jest zafrasowany, by nie rzec, zdenerwowany. Rzadki to był widok. Dla tchórza coś zupełnie nowego.
- Widzicie,– podjął po chwili kierownik – chodzi nam o tego traktorzystę, wiecie na pewno o kim mówię – przyciszył głos i odruchowo rozejrzał się na boki. – O tego ponurego – dokończył konspiratorsko.
- Doskonale wiem o kogo chodzi – odparł Wincenty. – O Hansa Helmuta Poniewierkę.
Pustostan pokiwał głową.
- No właśnie – przyznał. – Przestał stawiać się w tartaku. Nie robiłbym z tego szumu, gdyby nie fakt, że to trwa już ponad miesiąc. A wiecie jakie jego nieobecność rodzi konsekwencje. Pracownicy zaczynają szeptać, rozłazić się, za długo odpoczywać, spóźniać się, nie wyrabiają norm, poniektórzy wyrażają niezadowolenie, nawet ośmielają się pyskować. Totalny brak dyscypliny. A do czego prowadzi takie zachowanie? W przypadku społeczności ciemiężonej, do rewolucji i anarchii, a tak jak u nas, gdzie życie biegnie dosyć monotonie i leniwie, może doprowadzić do wykreowania jakiegoś zastępczego fatum, albo powstania innych fobii, a i jeszcze dalej. Do czynów skrajnie patologicznych. A wtedy dni tartaku będą policzone. – Borsuk spojrzał na Wincentego. – Rozumiecie, co do was mówię?
- Przyznam, że nie za bardzo.
Kierownik trzasnął piąstką w blat biurka.
- Poniewierka musi wrócić! – krzyknął piskliwie. – I wy mu w tym pomożecie. Doskonale wiem, że potajemnie się spotykacie. Co jesteście tacy zdziwieni? Wywiad u nas pracuje pełną parą – zarechotał nerwowo. – Wraz z kadrami – dodał robiąc wymowną minę. – Nic, a nic nam nie umknie.
Tchórz poczuł, że skóra czerwieni mu się pod futerkiem.
- Ale spokojnie, spokojnie – pokiwał głową Pustostan. – Mnie tam nic do tego. Póki nie cierpi na tym produkcja, nie ma sprawy. Chodzi tylko o to, żebyście go poszukali, odnaleźli i nakłonili do powrotu. I to jak najrychlej. Tylko wy wiecie, gdzie ten odmieniec mieszka. Do dzieła Podpierdko! – zawołał gorliwie. – Do boju! Inaczej biada nam wszystkim!
*
Wincenty dostał bezterminowy urlop. Odnalezienie Hansa Helmuta Poniewierki było dla władz tartaku priorytetem. Dla niego również. I nie chodziło o samą troską o przyjaciela. W końcu utrzymywanie etatu młodszego ostrzegacza, wobec braku traktorzysty, wydawało się być mniej potrzebne, by nie rzec, zbędne.
Od przygodnie spotkanej zielarki Podpierdko dostał maleńką torebeczkę sproszkowanej hubki, nasączonej jakimiś jej tylko znanymi esencjami, dzięki którym w ogóle nie czuł senności, był cały czas rześki, nie odczuwał też głodu. Pozwoliło mu to na pełnienie permanentnej warty przy chacie traktorzysty. Kondycja fizyczna nie szła niestety w parze z harmonią duchową. Myśli miał jakieś takie niejasne, zmącone, jakby nie należały do niego. Nie potrafił tego wyjaśnić i im dłużej o tym myślał, tym gorzej się czuł. Nie wiedział czemu, ale martwił go też Pobucz. Nigdy nie zastanawiał się dłużej nad ewentualnymi konsekwencjami spotkania telepaty, bo zawsze zakładał, zresztą trudno mu się dziwić w jego osądzie, że efekt takiej konfrontacji może być tylko jeden. Ale nie był. I teraz cały czas dręczyło go przeświadczenie, że telepata wtrąca się w jego poczynania. Że go po swojem wykorzystuje. Do czegoś nikczemnego. Miał też wrażenie, że ostatnie dni, a nawet tygodnie przeciekły mu przez palce, jakby jego życie toczyło się bez jego udziału, bez woli, bez emocji. Za bardzo nawet nie pamiętał, co robił choćby wczoraj. Zdawało mu się, że odkąd zniknął Hans Helmut, wszystkie dni były jakieś niemrawe, monotonne, bezbarwne i nie warte uwagi. Czy możliwe, by był pod wpływem Pobucza? Przecież to absurdalne. W końcu wiedział doskonale, że jeśli by tak było, to nic by nie czuł, zatem pewnie mu się tylko zdawało. Nic się ostatnimi czasy istotnego nie działo, to i nie miał co wspominać. No i misja jaką teraz otrzymał od Pustostana. W końcu to chyba najważniejsza praca, jaką miał do wykonania w całym swoim życiu zawodowym, a coś takiego nie mogło nie wstrząsnąć jego spoczywającym w letargu bezczynności i spokoju umysłem. Albo to przez tę cholerną hubkę. Co też podkusiło go, by przyjąć nieznaną miksturę od kogoś zupełnie obcego? A może to wcale nie była zielarka? Może to Pobucz napasł go jakimś świństwem i teraz obserwuje go gdzieś z koron drzew i podśmiewa się w najlepsze?
Odruchowo zadarł głowę, ale oczywiście niczego nie dojrzał. Tkwił w pobliżu chatki Hansa Helmuta Poniwierki już trzecią dobę. Próbował wyczekać momentu, gdy traktorzysta zaśnie, lub zajmie się czymś innym niż wsłuchiwanie się w cykanie i obserwowanie zegarka, ale na próżno. Mężczyzna nawet na moment nie spuszczał budzika z czujnego oka. Nie spał, nie jadł i nie pił. Przez to nie musiał też jszczyć, na co po cichu liczył Podpierdko. Choć jednocześnie powątpiewał też, by idąc za potrzebą, Poniewierka rozstał się ze swoim nowym skarbem. Tchórz podejrzewał, że traktorzysta musiał spotkać tę samą zielarkę, co i on. Albo może sam zegarek zastępował mu wszelkie potrzeby? Było to możliwe. W końcu to nie byle jaki budzik. To było cacko nie lada. Mistrzowska robota.
No ale nie czas na zachwyty. Czekało go zadanie zlecone przez samego Henryego Pustostana, a to nie było byle co. Kierownik niezwykle rzadko wydawał osobiście polecenia i w ogóle odzywał się do kogokolwiek spoza rady nadzorczej składającej się z trzech najbliższych mu współpracowników, którzy następnie przekazywali jego decyzje swoim zastępcom, a ci puszczali je w dalszy obieg. Bezpośrednio borsuk robił to wyłącznie w sytuacjach najwyższej wagi, w trudnych momentach kryzysowych, lub w trakcie jakichś wyjątkowo doniosłych uroczystości. I nagle wezwał na audiencję jego, tchórza, Wincentego Podpierdkę, młodszego ostrzegacza. Czyż nie było to fascynujące wyróżnienie? Zaszczyt jakiego nie dostąpił żaden pracownik liniowy, nie mówiąc już o ostrzegaczach.
Rozmyślania przerwał mu zdławiony ptasi pisk. Spomiędzy korony pobliskiego dębu swobodnie opadło kilka kolorowych piór. Podpierdko rzucił się szczupakiem w kępę gęstych paproci i odruchowo przybrał pozycję „na martwego”, co, w jego wersji, przejawiało się we w miarę swobodnym (bezwładnym) ułożeniu ciała na grzbiecie z wszystkimi czterema nóżkami nieznacznie ugiętymi i zwróconymi ku górze, lekkim przekrzywieniu głowy w bok z wywalonym językiem i, to już jego patent, maksymalnym wypięciu białego brzuszka, co miało wskazywać na pośmiertne wypełnienie gazami, a tym samym świadczyć o jego nieświeżości. Zanim jednak zdążył na dobre wczuć się w rolę dotarło do niego, że przecież udawanie nie ma sensu. Nie przed Pobuczem. Żeby oszukać tego małego złośliwego, przebiegłego i chytrego osobnika, Wincenty musiałby dostać autentycznego zawału i na dobre rozstać się z życiem, co jednakże na obecną chwilę przekraczało zarówno jego możliwości jak i chęci. Wstał szybko i otrzepał futerko bacznie lustrując przy tych czynnościach konary drzew. Ale Richie Ciemiączko pozostawał niewidoczny. O ile w ogóle tu był. W końcu dzięcioł mógł równie dobrze paść ofiarą jakiegoś drapieżnika, np. myszołowa albo leśnej szui. Na myśl o zagrożeniu Podpierdko ponownie przybrał bezpieczną pozycję, tym razem instynkt samozachowawczy podsunął mu opcję „nagły atak serca” (twarz wykrzywiona skrajnie bolesnym grymasem, górne łapki przyciśnięte do piersi, dolne mocno podkurczone). Myśli burzyły mu się w głowie. To był dobry sposób na ptaka, ale leśna szuja tak łatwo nabrać się nie da. Co robić? Najlepiej byłoby się zakopać i poczekać do zmroku, ale wówczas nie będzie mógł wypełnić swojego zadania, czym niechybnie narazi się Pobuczowi, a to było zdecydowanie gorsze rozwiązanie niż zagrożenie ze strony drapieżników. Z walącym sercem wstał ponownie i korzystając z osłony krzaków zaczął wolno przeciskać się ku chatce traktorzysty.
*
Richie Ciemiączko siedział na gałęzi dębu i wesoło przebierał w powietrzu krótkimi nóżkami. Humor mu dopisywał całkiem niezły, głowę miał wolną od trosk, brzuszek pełny. Idealny stan do zabawy. A ta zapowiadała się przednio, mimo iż z początku nieco niemrawo się rozwijała. A może to suty obiad tak podkręcał jego sposób odbioru okoliczności? W końcu nie często zdarzało mu się jednego popołudnia znaleźć dwa gniazda dzięciołów i jeszcze dopaść trzy swobodnie żerujące. Furman miał do niego pretensję, że jak w takim tempie będzie trzebił populację tego ptactwa, to wieść o tym może szybko roznieść się szerzej i jeszcze ściągnąć na nich uwagę niepożądanych osobników. Już dosyć długo udawało im się zwodzić Listonosza, dzięki czemu mieli spokój z Meganieboszczykiem, ale obaj doskonale wiedzieli, że im dłużej udawało im się unikać niebezpiecznej konfrontacji, tym, gdy ta już następowała, była bardziej drastyczna w przebiegu. No ale cóż. Gdyby w pobliskiej kniei pogłowie sów było bardziej obfite, nie musiałby polować na dzięcioły. Furman sugerował mu, by spróbował przerzucić się na inne, np. kukułki, albo lelki kozodoje, ale Pobucz nie za bardzo palił się do zmiany menu. Kukułki były wredne w usposobieniu, co sprawiało, że Pobucz pałał do nich pewnego rodzaju sympatią, zaś lelki odpadały z zupełnie odwrotnej przyczyny – były w swoim bytowaniu tak poprawne, że wywoływały w telepacie niechęć prowadzącą do mdłości lub niestrawności, którego to stanu szczególnie nie lubił.
Richie był porządnie najedzony, dzięki czemu mógł sobie pozwolić na powolne wyskubywanie piór ze zmaltretowanego dzięcioła. Ptak patrzył na niego z wyrzutem, wcale nie zdradzał objawów paniki, czy chęci podjęcia walki o przetrwanie. Jak w przypadku większości dzięciołów, temu również instynkt podpowiadał, że walka nie ma sensu, bo i tak jego los był już przesądzony. Gdy Pobucz dostrzegł to w jego oczach pożarł ptaka łapczywie, zanim pióra sięgnęły podłoża. Z lubością obserwował teraz, jak Podpierdko nurkował w paprociach, potem podnosił się i znowu nieruchomiał. Richie, jak każdy Pobucz, po prostu uwielbiał jak jego ofiary miotały się nieświadome własnego zniewolenia. A tchórz w swojej roli był wyjątkowy. Początkowo miało paść na traktorzystę, ale telepata doszedł do wniosku, że byłoby to zbyt proste. Nakazanie mężczyźnie zaszycia się w kniei nie nastręczało żadnego kłopotu. To nie było żadne wyzwanie. Co innego sprawić, by zdecydował się zrobić to sam z drobną tylko pomocą. No i to właśnie się dzieje ku radości Pobucza. W dole Wincenty właśnie zmógł w sobie obawy i przemieścił się pod ścianę chaty. A nieopodal przez świerkowy zagajnik przemykał gajowy, co nie było zaplanowane, ale stanowiło o dodatkowej atrakcji nadchodzącego widowiska. Właśnie to Pobucz lubił najbardziej. Zainicjować zdarzenie i potem oglądać następujące po sobie sceny, jak w teatrze. Chyba, że coś zacznie wyjątkowo odbiegać od założeń. Wówczas wkroczy do akcji. Byle z umiarem i rozwagą. Na wycinkę zawsze jest czas.
*
Hans Helmut Poniewierka udawał że śpi. Symulował sam przed sobą, bo nikogo innego w chacie nie było. Traktorzysta leżąc na wznak pochrapywał z cicha. Jego ciało było nieruchome, jeśli nie liczyć miarowo unoszącej się klatki piersiowej. Gdy budzik zaczął dzwonić, Hans Helmut drgnął i przewrócił się na bok.
- Jeszcze minutka – powiedział w pustkę.
Kręcił się i mamrotał przez sen do momentu, gdy zegarek przestał hałasować i wówczas jak sprężyna wyskakiwał z posłania, by ponownie go nakręcić, ustawić w pozycji na dzwonienie i z powrotem położyć się do łóżka i natychmiast zasnąć symulowanym snem. Po równym kwadransie wszystko się powtórzyło.
Wincenty miał dość. Po raz kolejny wytrzymał obserwując bez przerwy piętnaście kolejnych procesów „budzenia” traktorzysty i nic. Żadnych zachwiań w układzie poszczególnych elementów rytuału. Niewiarygodne. Czyżby Poniewierka zapadł na starą, od dawna już nie spotykaną, chorobę zegarową? Podpierdko czytał kiedyś o niej w historycznym dodatku do miesięcznika „Poradnik zegarmistrza”. Schorzenie to nawet w zamierzchłych czasach przytrafiało się niezbyt często i charakteryzowało się wyraźnymi objawami osobliwego uzależnienia od zegara, którego urokowi ulegał chory. Było kilka odmian choroby, w zależności od rodzaju zegara, którego urokowi ulegał pacjent. W tym przypadku wyraźnie chodziło o mały zegarek stojący, zwłaszcza o jego funkcję budzącą. Czy to możliwe, by twardy jak skała Hans Helmut Poniewierka padł ofiarą starej zegarówy? Początkowo tchórz odrzucał tę myśl, ale z czasem wszystko zaczynało na to wskazywać poza wszelką wątpliwość. Każdy element układanki pasował. W końcu w tym zegarku naprawdę było coś szczególnego. Przecież on sam również uległ jego urokowi. Kto wie? Może gdyby nie podarował go traktorzyście, teraz sam leżałby w łóżku wyczekując na kolejny niewolący umysł sygnał? Ale może się myli? Może Hans Helmut wcale nie jest chory, tylko padł ofiarą jakiegoś przejściowego, uciążliwego wirusa, albo coś go opętało i wystarczy go tylko wyrwać z letargu? A jeśli nawet, to może jeszcze nie jest za późno? W artykule pisali, że jeśli przypadłość zdiagnozowało się w początkowym stadium, to można było chorego jeszcze z niej wyciągnąć... Ile minęło czasu odkąd mężczyzna dostał zegar? Trzy dni? Chyba dłużej. Miał w głowie mętlik. Może to były dwa tygodnie? Albo i miesiąc? Chyba może i ponad miesiąc. Kierownik, zdaje się, wspominał mu, że trwa to już ponad miesiąc. Tylko co? Może chodziło mu o coś innego, tylko Wincenty nie zrozumiał?
Aby znaleźć odpowiedź na nurtujące Podpierdkę pytania sposób był tylko jeden. Trzeba było natychmiast wkroczyć do akcji. Tylko kto miał to zrobić, bo przecież nie on? Kierownik Pustostan? Nie było takiej możliwości. Może któryś z pozostałych traktorzystów, lub innych pracowników tartaku? Raczej nie. Wszyscy przecież panicznie lękali się Hansa Helmuta, nawet gdy był w dobrym humorze, a co tu dopiero mówić o okolicznościach, w których obecnie się znajdowali. Niestety, pozostał sam na posterunku. Czy podoła? To było poważnie wątpliwe. Co prawda pozostawał z traktorzystą w poprawnych stosunkach, ale czy to czyniło go bezpiecznym? A nawet jeśli ,to przecież nie chodziło wyłącznie o jego bezpieczeństwo, tylko o zdrowie Poniewierki? Co miał robić?
Myśli kłębiły się w głowie Podpierdki sprawiając, że bezwiednie osunął się na ziemię i usiadł w rozkroku opierając się o ścianę chaty. W takim stanie zastał go gajowy, Erwin Stewart Poziomica.
- Cóż to? – zapytał leśnik. – Dolega wam coś, Wincenty?
Tchórz poderwał się z podłoża. Gajowy! Jakżesz mógł o nim zapomnieć? Przecież to był ktoś, kogo było mu trzeba! Energiczny i postawny mężczyzna, w dodatku przedstawiciel władzy!
- Panie Erwinie kochany! – krzyknął Wincenty. – Z nieba mi pan spadł!
Widząc zaskoczoną i wyczekującą minę gajowego, Wincenty szybko przedstawił mu sytuację.
- Czyli, że co? – powiedział Poziomica wysłuchawszy relacji. – Że mam wejść do mieszkania Poniewierki i zabrać mu budzik?
- Właśnie – przytaknął żarliwie tchórz. – Byle sprytnie. Ja odwrócę jego uwagę, a pan zabierze budzik i niepostrzeżenie się ulotni. Reszta na mojej głowie. Nic pan nie ryzykuje.
Erwin Stewart skrzywił się nie do końca przekonany.
- Proszę… – jęknął Podpierdko załamując łapki w błagalnym wyczekiwaniu.
Gajowy krzywił się chwilę i mamrotał pod nosem coś niezrozumiałego, by w końcu cmoknąć, jakby powoził bryczką.
- Nie ma problemu – powiedział. – Ale nie bardzo widzę sens.
- Gwarantuję panu, że jest znaczący.
- Zrobię to tylko dla tego, że odkąd Poniewierka zaszył się w chacie, w tartaku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Towarzystwo zaczęło się panoszyć, po lesie mi srają, łażą pijani i zieleń niszczą. Ja nie mam czasu takimi duperelami się zajmować.
Mężczyzna splunął i wzruszywszy ramionami ruszył do wejścia, przybierając wyprostowaną, służbistą postawę. Energicznie szarpnął za klamkę ale drzwi zamknięte były na zasuwkę. Zastukał raz i drugi, a nie uzyskawszy żadnego efektu, zwrócił się do Podpierdki:
- Na pewno jest w środku?
- Na pewno – potwierdził tchórz. – Widać go przez okno. Ma mocny sen. Poza tym reaguje tylko na sygnał budzika.
- To się zaraz okaże – burknął gajowy. – Idźcie do tego okna i obserwujcie – polecił i załomotał pięścią w deski drzwi. – Panie Poniewierka! – krzyknął – Tu gajowy Erwin Stewart Poziomica! Otwierajcie! Wiem, że tam jesteście! Bo drzwi wywalę!
W tym momencie zaczął dzwonić budzik i gajowy odruchowo odskoczył od progu.
- Teraz powinien wstać! – ostrzegł Wincenty.
- Panie Poniewierka – powtórzył głośniej gajowy. – Do roboty trzeba wracać. W imieniu prawa…
- A spierdalaj pan! – usłyszeli z wnętrza chaty nerwowy głos traktorzysty.
- Co? – gajowy spurpurowiał na twarzy. – Wy do władzy tak?
Erwin Stewart ściągnął z ramienia fuzję i ze szczękiem ją przeładował.
- Niech pan tego nie robi – jęknął tchórz. – Jeszcze będzie nieszczęście.
- A żebyście wiedzieli.
Gajowy odsunął się o krok i przymierzywszy w zamek, zaczął recytować wyuczoną regułkę.
- Mocą nadanej mi władzy, nakazuję…
- Spierdalaj pan, mówię!
- Ech, ty! – Poziomica aż się zachłysnął jednocześnie pociągając za spust.
Huk wystrzału poniósł się echem po lesie płosząc ptaki, które z furkotem wytrysnęły spomiędzy gałęzi pobliskich drzew. Chmura dymu spowiła postać gajowego, który sam nieco zaskoczony efektem swojej interwencji stał w miejscu lekko zbity z tropu. W drzwiach ziała dziura wielkości deserowego talerzyka.
- Ale żeś pan przykurwił – jęknął tchórz głosem zawierającym mieszaninę strachu i podziwu.
Słowa podziałały na Poziomicę jak sygnał do akcji. Ruszył zdecydowanym krokiem do wejścia, ale wkroczenie do chaty udaremniły mu drzwi, które niemalże wystrzeliwszy z zawiasów, ze świstem poleciały w rosnące nieopodal chaty zarośla, po drodze zabierając ze sobą zaskoczonego gajowego. Została po nim tylko dymiąca fuzja. W progu stał obnażony od pasa w górę traktorzysta. Twarz miał czerwoną i wykrzywioną wściekłym grymasem, pięści zaciśnięte, dyszał niebezpiecznie nerwowo, z oczu niemal tryskały mu iskry szaleństwa. Obrzucił otoczenie niosącym pożogę wzrokiem. Zignorował broń, ale zatrzymał go na spowitym cuchnącym żółtawym obłokiem Podpierdce. Na chwilę twarz mu złagodniała, ale, niestety dla Wincentego, trwało to bardzo krótko. Szybko ponownie wykrzywił ją paskudny grymas zwiastujący rządzę mordu, lub w najlepszym razie, destrukcji.
- Ty Judaszu – wycedził przez zaciśnięte zęby i ruszył ku młodszemu ostrzegaczowi nie kryjąc zbrodniczych zamiarów.
Na szczęście Wincenty w porę odzyskał zdolności ruchowe i zdołał czmychnąć traktorzyście sprzed nosa. Poczuł tylko świst, gdy pięść mężczyzny łupnęła w ścianę w miejscu, w którym dopiero co stał.
- Wstrzymaj swe zbrodnicze zamiary – krzyknął odbiegając od ogarniętego furią mężczyzny na stosunkowo bezpieczną odległość. Gdy był już na skraju lasu odwrócił się ku chacie. – Jesteś chory!
Traktorzysty nie było już przed domem. Tchórz chwilę stał niezdecydowany, by w końcu zaryzykować powrót. Był w połowie drogi, gdy tym razem z zawisów wystrzeliły drzwi przylegającej do chaty niewielkiej przybudówki i zaraz za nimi pojawił się ryczący traktor. Wincentemu udało się odskoczyć w ostatniej chwili.
- Krwi! – ryczał Hans Helmut Poniewierka szarpiąc drążki pojazdu. – Śmierć!
- Zatrzymaj się! – krzyknął tchórz, ale jego głos przepadł w jazgocie wyjącego motoru.
Zrezygnowany odprowadził podskakującego na siedzisku Hansa Helmuta rzucającego wściekłe spojrzenia i klnącego na czym świat stoi. Było znacznie gorzej niż zakładał. Mężczyzna najwyraźniej postradał rozum. Podpierdko pobiegł szybko w kierunku krzaków, gdzie wylądował Erwin Stewart Poziomica. Gajowy jęczał w okrutnych boleściach. Bark miał wykręcony pod nienaturalnym kątem, nos na płasko zrównany z twarzą, przetrąconą w kolanie nogę. Wystarczył jeden krótki rzut oka, by ocenić jego stan jako chwilowo całkiem nieprzydatny. Wincenty przełknął gorzką ślinę.
- To moja wina – jęknął. – Com ja uczynił?
Usiadł na pniaku i zrezygnowany spuścił głowę. Był załamany. Nigdy nie czuł się bardziej podle. Co powinien zrobić? Czy jest w stanie zrobić cokolwiek? Czy miał siłę? Motywację? Chęci? Chyba powinien spróbować pomóc gajowemu, ale czy potrafił? Przypomniał sobie o proszku, którego znaczną ilość miał jeszcze w kieszonce. Dobrze się po nim czuł, myśli miał jakieś takie bardziej przejrzyste i wszystko wydawało się mniej zawiłe. Przynajmniej przez jakiś czas. Może pomoże i Erwinowi Stewartowi.
Tchórz wyciągnął woreczek i ledwo się obejrzał, zażył trzy szczypty.
- A chuj z gajowym – mruknął pod nosem czując, jak chmury kłębiące się nad jego umysłem prędko się rozwiewają.
Zanim schował saszetkę, przyjął jeszcze jedną porcję. Poczwórna dawka. W końcu potrzebował porządnego bodźca. Poczuł jak po ciele rozlewa się fala energii, w żyłach zaczyna szybciej krążyć gorąca krew. Po chwili biegł już ku chacie. Wpadł do środka i pierwsze co ujrzał, to fragmenty pogiętej blachy i porozrzucane szczątki mechanizmu zegarka. Kula roztrzaskała go na drobno.
- Acha…
Wincenty teraz wszystko zrozumiał. Hans Halmut Poniewierka był wściekły, bo Poziomica zniszczył jego ukochany zegarek. Czyli, pominąwszy nieszczęśliwą ofiarę jaką złożył gajowy, plan został zrealizowany. Traktorzysta wyzdrowiał, czego dowodem był jego furiacki stan. W końcu od jakiegoś czasu nie wychodził z chaty, więc nagromadziło się w im sporo negatywnej energii, którą teraz musiał uwolnić. Byle tylko nie zrobił czegoś głupiego.
Podpierdko wybiegł z chaty i ile sił ruszył do tartaku.
*
Pobucz stracił głowę tylko na parę minut. Wszystko przez starą tłustą sowę błotną, którą niespodziewanie dojrzał pomiędzy gęstymi konarami. Ile już czasu nie jadł sowy? Rok? Chyba nawet dłużej. W dodatku ta ostatnia, ledwo ją już pamiętał, to był lekko żylasty puszczyk, nie mogący pod żadnym względem równać z okazem, który właśnie nieoczekiwanie wypatrzył. Nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Stracił zainteresowanie wydarzeniami na dole i zaczął podchodzić patka. Nie musiał jakoś szczególnie się przy tym starać, bo sowa najwyraźniej mocno spała i nie spodziewała się zagrożenia. Była sporych rozmiarów, nawet jak na gatunek, którego była przedstawicielem, co dodatkowo stanowiło o jej atrakcyjności. Pióra miała sztywne i mocno przyciemnione. Musiała mieć ze sto lat. Prawdziwy rarytas.
Pobucz przemykając bezszelestnie po konarach dotarł do interesującego go drzewa i nie spuszczając wzroku z ptaka, zaczął przesuwać się w jego kierunku po grubej gałęzi. Gdy był już tuż obok sowy nie mógł sobie odmówić rozkoszy jej śmiertelnego wystraszenia. Uwielbiał moment, w którym jego ofiary uświadamiały sobie, że nie mają już szans. To była rozkosz dla duszy, która doskonale stymulowała apetyt i była swoistym preludiom dla uczty, jaka czekała Poabucza. Telepata zaszedł ptaka od tyłu i klasnął w dłonie szykując się do zadania morderczego ciosu ostrymi jak igły zębami. Sowa nawet nie drgnęła. Niemal w tym momencie Richie poczuł ten nieprzyjemny zapach. Odór sowiego nieboszczyka. Twarz wykrzywił mu grymas wściekłości. Huknął sowę w grzbiet i ta bezwładnie runęła w dół rozsiewając na boki pierze i kłębuszki stęchłego puchu. Co za niepowetowana strata! Taki kawał przedniego mięsiwa! Na samą myśl zrobiło mu się słabo i zakręciło się w głowie.
Do świadomości przywrócił go karabinowy wystrzał. Sowa nadal absorbowała jego myśli, ale już nie całkowicie. Miał przecież zadanie do realizacji. Musi je wykonać, bo inaczej Furman się zdenerwuje i znowu będzie miał szlaban na samowolkę, do czego nie może dopuścić. Ruszył szybko w kierunku chaty Hansa Helmuta Poniewierki przeskakując z gałęzi na gałąź. Dotarł na miejsce w momencie, w którym ponury traktorzysta nie bacząc na przeszkody darł traktorem w kierunku tartaku. No i masz. Tyle roboty na marne. Było jednak skupić się na samym traktorzyście, a nie wymyślać sobie rebusy i łamigłówki. Teraz będzie musiał porzucić zamiary i poważnie zrewidować plany. Inaczej jak nic znowu podpadnie Furmanowi i będzie musiał wysłuchiwać pretensji.
Nie tracąc czasu pomknął w kierunku tartaku.
*
Hans Helmut Poniewierka przejechał brygadzistę Jankowskiego w pobliżu czwartej przecinki. Wcale tego nie chciał. Miał zamiar tylko go wystraszyć, ale ten najwyraźniej wcale się nie bał i nie zamierzał uskoczyć mu z drogi. Zanim Hans Helmut odbił w bok, było już po brygadziście. Świadkiem całego zajścia był emerytowany siekierowy, Stanisław Organki, który nie tracąc czasu wskoczył na siodełko motoroweru i czym prędzej pomknął na przełaj w kierunku najbliższego czynnego wyrębu, niosąc ostrzeżenie. Siekierowemu od samego początku nie podobało się, co ludzie gadali o Poniewierce. Że niby się uspokoił i teraz można go lekceważyć. On jedyny, stary tartaczny wyga, nie dał się nabrać. Ostrzegał, że traktorzysta tylko się przyczaił, albo jest chory. Nikt go nie słuchał. Dopiero Pustostan wyraził jakieś tam zainteresowanie jego ostrzeżeniem, ale czy coś z tym zrobił? Tego Stanisław nie wiedział.
Organki ciął pomiędzy drzewami nie zważając na gałęzie chłoszczące go po pomarszczonej twarzy. Nic to. Jak nie zdąży, jego pokiereszowane oblicze będzie najmniejszym problemem. Nie słyszał za sobą ryku silnika, miał więc jakąś przewagę. Przy odrobinie szczęścia uda mu się i wszystko wróci do normy. Miał do przejechania jakieś siedem kilometrów leśną szosą, a skrótami i przełajem było góra pięć. Musi tylko uważać na… W tym momencie koło motoroweru podskoczyło na wystającym z ziemi konarze i Stanisław wyleciał z siodełka. Nie dał wszakże za wygraną. Mimo dotkliwego potłuczenia i rozcięcia skroni, podniósł pojazd. Szybko naprostował skrzywioną lekko kierownicę i mocno zakręcił pedałami. Silnik zakaszlał, jęknął, potem niepokojąco zagrzechotał.
- Nie teraz staruszku – zachęcał Organki. – Nie możesz mi tego zrobić.
Motor jakby posłuchał słów mężczyzny i z rury wydechowej z hukiem buchnął kłąb dymu. Uradowany i zachęcony małym sukcesem emeryt odepchnął się energicznie od młodego dąbczaka i pomknął dalej.
Prując krzaki i przecinając kolejne ścieżki dotarł do pierwszej polany pokrytej pniakami ściętych drzew i pokonał ją na przełaj. Jeszcze tylko mały pagórek i będzie na miejscu. Uda mu się. Przekręcając gaz do oporu okrążył wzniesienie wybierając wąską ścieżkę oddzielającą je od dołu starego kopalnianego wyrobiska i wypadł pomiędzy zabudowania tartaku. Kierujące nim zapamiętanie sprawiło, że w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na ciszę, jaka spowijała teren prac, co było z wszech miar nienaturalne, zważywszy na wczesną godzinę. Prace w tartaku powinny iść o tej porze pełną parą.
- Co jest do cholery? – mruknął pod nosem zwalniając tempo jazdy.
Minął długi ciąg gotowych do transportu pni i już miał skręcić w kierunku baraku Pustostana, gdy drogę zablokowała mu stojąca w poprzek fura. Zanim Stanisław domyślił się, że to nie wóz do przewozu ściętego drewna, jego korpus wraz z motorowerem rozpadł się na kilkanaście nieregularnych części.
*
Wincenty Podpierdko wybiegł zza zakrętu w momencie, gdy Hans Helmut Poniewierka klepał po twarzy brygadzistę Jankowskiego.
- O matko! – wyrwało się tchórzowi.
Nie uzyskawszy oczekiwanego efektu traktorzysta przeszedł do masarzu serca. Pot skroplił się na wąskim czole mężczyzny, mięśnie ramion były napięte jak wyrośnięte bochenki chleba. Pracował wytrwale ale brygadzista nie odzyskiwał przytomności.
- Co tak siedzisz? – rzucił przez zaciśnięte zęby traktorzysta w kierunku Podpierdki. – Pomóż.
Wincenty poderwał się i doskoczył do rannego.
- Co mam robić?
- A skąd mam wiedzieć? Zaczął oddychać trochę, ale coś z nim nie tak. Niemrawy jakiś.
Tchórz chwilę wpatrywał się w nieprzytomnego, jakby oceniał jego stan. Nie wyglądał najlepiej, co było niepokojące, ale za to Hans Helmut zdawał się odzyskiwać formę.
Podpierdko zdecydowanym ruchem sięgnął do kieszonki i wyciągnął woreczek.
- Wsypmy mu to do japy – powiedział pewnym siebie tonem.
Traktorzysta popatrzył na niego podejrzliwie.
- Co to jest?
Wincenty spojrzał mężczyźnie w oczy.
- Lekarstwo – odparł.
Widząc niezdecydowanie na twarzy traktorzysty, tchórz dodał szybko:
- Inaczej umrze. Niczego nie ryzykujemy.
Hans Helmut bez słowa skinął głową i rozchylił usta leżącego.
- Moment – powstrzymał go Wincenty.
Sięgnął do skórzanej sakwy i wydobył z niej niewielką manierkę.
- Trochę tego mało dla takiego Jankowskiego – powiedział – ale musi starczyć.
To powiedziawszy odmierzył pół garści proszku, wsypał brygadziście w usta, wlał w nie zawartość naczynia i dał znak traktorzyście, który zacisnął na wargach potężną dłoń. Przez chwilę nic się nie działo. Ranny leżał bez ruchu, sztywno i spokojnie. Dopiero, gdy tchórz zacisnął mu łapką nozdrza mężczyzna zakrztusił się, szeroko otworzył oczy i wciągnął potężny haust powietrza.
- Podpierdko? – bąkną zdziwiony.
- Tak, to my, panie brygadzisto – ucieszył się Wincenty.
Jankowski wstał i zatoczył się lekko. Rozejrzał się niepewnie i gdy rozpoznał Hansa Helmuta wyraźnie skulił ramiona. Usiadł powoli na wysokim pniaku i zaczął poprawiać ubranie starając się unikać wzroku traktorzysty.
- Spokojnie panie brygadzisto – powiedział Wincenty. – To już nie ten sam Hans Helmut. Został odmieniony. Prawda? – zwrócił się do Poniewierki z nadzieją.
- Prawda – potwierdził Poniewierka. – Jestem teraz łagodnym traktorzystą. Już nie ponurym. Od teraz wszystko się zmieni i nie będzie już…
Jego ostatnie słowa zagłuszyło rżenie konia.
*
Wracając do siedliszcza Pobucz zacierał dłonie z zadowolenia. Zdążył w ostatniej chwili. Musiał trochę zmienić swoje palny, ale najważniejsze, żeby efekt końcowy był oczekiwany. I tak pozwolił sobie na sporo spontaniczności. Biorąc pod uwagę całokształt, miał wszelkie prawo na interwencję w samej końcówce. Lepsze to, niż podły humor Furmana.
Zastał go przed chatą, czyszczącego bat. Na sznurze rozpiętym pomiędzy chatą a stajnią wisiały ociekająca posoką kufajka i hajdawery.
- Co to ma być? – bąknął. – Przecież obiecałeś...
Furman nie przestając czynności uniósł głowę i spojrzał na Pobucza rozjarzonymi oczami.
- Liczy się tylko wycinka – powiedział.