Władek krzątał się w kuchni próbując uratować potrawę, którą ważył na obiad. A zapowiadała się bardzo obiecująco. Mrożone udka kurczaka, warzywa i suszone boczniaki, które otrzymał jakiś czas temu od brata, wspaniale się komponowały zarówno smakowo, jak i zapachowo. Co też go podkusiło, żeby dodać do niemal gotowego już dania kawałek podeschłej podgardlanej, czy też zwykłej pasztetówki – sam nie był do końca pewien, co to było – którą znalazł w lodówce za słoikiem z kiszonymi ogórkami. Nawet nie pamiętał skąd ją miał. Nie cuchnęła, w ogóle nie wydzielała żadnej woni, przyjął zatem, że nada potrawie odrobinę gęstości. Pomylił się. Przygotowywany na bazie wymienionych wyżej składników i resztek fasolki po bretońsku pomidorowy forszmak w dalszym ciągu był wodnisty, a dodatek spowodował, że zaczął nieprzyjemnie pachnieć, a w dodatku miał lekko wyczuwalny smak starej skarpety. Nigdy nie próbował starej skarpety, ale smak w połączeniu z zapachem tak właśnie mu się skojarzył w pierwszym odczuciu i teraz nie mógł się go pozbyć. Rozgniótł ząbek czosnku. Pomógł tylko na chwilę. Gdy tylko pikantny dodatek zniknął pod bulgoczącą powierzchnią, woń ponownie wróciła. Dodał kolejno pieprz kajeński, zioła prowansalskie, lubczyk, paprykę chili, dolał keczupu, wkroił konserwowego ogórka, pleśniowego sera, lunął obficie sosu sojowego i octu. Na próżno. Forszmak, owszem, zmieniał smak, ale wyrazista nuta starej skarpety za nic nie chciała przestać dominować.
- Co za kurewstwo – mruknął pod nosem. – Jak tak dalej pójdzie, to będzie trzeba wszystko wyjebać do kibla. Tyle jedzenia zmarnować.
Zadzwonił telefon. Władek wyszedł do przedpokoju i podniósł słuchawkę starego, wysłużonego aparatu.
- Słucham?
- Klaudia ma zęby – usłyszał głos swojego starszego brata, Mietka.
- Co?
- Klaudia. Moja kaczka.
- Wiem, kim jest Klaudia. Ale co ona ma?
Władek czuł się niezręcznie ilekroć mówił o kaczce brata „ktoś”, ale wiedział, że jeśli określi ją inaczej narazi się na gniew, a nie miał na to ochoty. Poza tym odkąd Mietek nadał kaczce imię i zaczął z nią rozmawiać, znacznie poprawiła się jego kondycja psychiczna.
- Zęby – odparł Mietek. – Wyrosły jej zęby. W nocy.
- To niemożliwe. Przecież one w ogóle… znaczy się kaczki… ptaki… Klaudia nie może mieć przecież zębów!
- Ale ma. Mówiłem ci przecież, że jest niezwykła.
Tego Władek właśnie się obawiał. Że kaczka tylko przez jakiś czas będzie miała zbawienny wpływ na Mietka, a później jeszcze tylko mu się pogorszy. I najwyraźniej właśnie do tego doszło. Na samą myśl, że będzie musiał znów przechodzić przez chorobę brata zrobiło mu się chłodno.
- Przyjedź i sam zobacz – zaproponował Mietek.
- Byłeś z nią u wet… u lekarza?
- A po co?
- Po co? Bo to, do cholery, nienaturalne.
- Nieprawda.
- Przecież sam się zaniepokoiłeś, że wyrosły jej zęby. Inaczej byś nie zadzwonił.
- Zadzwoniłem, żeby się z tobą podzielić tą radosną wiadomością!
- Radosną?
- Oczywiście.
- Czemu uważasz, że uzębienie u kaczki jest pozytywnym zwiastunem?
- Ależ ty jesteś nieczuły! Albo wręcz tępy! Poza tym ona ma imię!
- No tak, hm, no przepraszam – zmieszał się Władek. – No ale może w takim razie mnie oświeć.
- Żartujesz sobie?
- Bynajmniej.
- No przecież to oczywiste.
- Mów.
- Ona dorasta.
Władek zacisnął dłoń na słuchawce aż ta niepokojąco zatrzeszczała.
- Przyjedziesz? Musimy to uczcić. Rodzice zawsze w takich chwilach świętują, cieszą się radosną chwilą, celebrują ją…
- Ta kaczka nie jest twoim dzieckiem! – nie wytrzymał Władek i zaraz pożałował. – Posłuchaj – próbował opanować nerwy. Przymknął oczy i usiłował wymyślić coś, co mogłoby załagodzić jego wybuch. – Czy… to znaczy ile tych zębów jej wyrosło?
- Wszystkie. Chyba. Nie wiem ile powinna mieć zębów. Ale ma ich przynajmniej czternaście.
- No widzisz. Powinieneś iść z nią do lekarza.
- Nie rozumiem. A to niby czemu?
- Słyszałeś kiedyś, żeby jakiemuś dziecku wyrosło nagle kilkanaście ząbków jednocześnie?
- No niby nie – głos Mietka wyraźnie posmutniał. – Ale Klaudia nie jest zwyczajnym dzieckiem! – ponownie się rozpogodził. – Ona jest taka wyjątkowa.
Władek kilkakrotnie odetchnął.
- Posłuchaj. Nie chcę cię straszyć, to na pewno nic takiego, ale wszelkie odstępstwa od ogólnie przyjętych norm, to dla każdego rodzica – przeklął się w duchu – powinien być sygnał do niepokoju. W końcu po co są lekarze? Chodzi się do nich, gdy coś jest nie takie, jak się przyjmuje, że jest normalne.
Po drugiej stronie linii zapanowało milczenie. Władek miał nadzieję, że udało mu się przekonać brata do wizyty lekarskiej. Miał wyrzuty sumienia, bo najpewniej znów zatrzymają go na obserwacji psychiatrycznej na kolejny miesiąc, ale przecież w obecnej sytuacji nie było lepszego rozwiązania.
- Halo? – zapytał, gdy milczenie brata trwało w jego ocenie zbyt długo. – Halo, Mietek? Jesteś tam?
Cisza ciągnęła się w nieskończoność, ale połączenie nie zostało przerwane. Władek słyszał krzątaninę, szelest odsuwanych i zasuwanych drzwi pokojowych, odgłosy rozmowy… To ostatnie szczególnie go zainteresowało. Od śmierci matki, Mietek mieszkał samotnie i rzadko przyjmował gości. Był dosyć specyficznym człowiekiem i ludzie raczej go nie rozumieli i stronili od jego towarzystwa.
- Halo! – krzyknął do słuchawki zaniepokojony. – Kto tam jest? Mietek, na miłość boską!
- Nic jej nie jest – usłyszał wesoły głos brata. – Dobrze się czuje i nie ma potrzeby jeżdżenie do lekarza. Mówiłem ci, że ona jest niezwykła.
Władek odetchnął z ulgą.
- A skąd wiesz, że nic jej nie dolega? – zapytał na tyle spokojnie, na ile był w stanie zapanować nad głosem. – Powiedziała ci?
- Oczywiście.
- Co?
- Jest głodna. Ona bardzo lubi kaszę mannę dwa razy kraszoną masłem, ale dziś chce coś bardziej treściwego. To przez ząbki. Chce je wypróbować. Mogą być parówki?
- Parówki? – niemal jęknął zaskoczony Władek. – A skąd ja…
- Nie ciebie pytałem – przewał Mietek. – Będę musiał kończyć. Ona jest bardzo głodna. I chyba przez to robi się nerwowa.
Trzask na linii oznaczał, że tym razem połączenie przeszło do historii. Władek stał nieruchomo ze słuchawką przyciśniętą do ucha.
- O kurwa – powiedział po chwili odkładając telefon.
Najwidoczniej z Mietkiem było gorzej niż kiedykolwiek. Co miał robić? Zadzwonić po pogotowie? Może po dzielnicowego? Albo zawiadomić któregoś z bardziej zaufanych sąsiadów? Tylko czy Mietek takich miał? Nie przypominał sobie.
Wszedł do kuchni i w tym momencie niezbyt przyjemny zapach skierował jego myśli na inne tory. Uniósł pokrywkę rondla i powąchał pyrkająca strawę. Skrzywił się i zrezygnowany zgasił palnik.
Niepowodzenie kulinarne tylko dodatkowo spotęgowało wzbierającą w nim frustrację, która zwolna zaczęła przeradzać się w złość. Zgrzytnął zębami i wrócił do telefonu. Wybrał z pamięci numer telefonu pogotowia. Po chwili usłyszał po drugiej stronie linii znajomy głos Dionizego Chłoda.
- Dzień dobry panie doktorze – powiedział. – Mówi Władysław Lamperia. Chciałby zamówić transport dla brata.
- Witam panie Władku – usłyszał. – Znowu się zaczęło? – bardziej stwierdził, niż spytał Chłód.
- Niestety.
- Te same objawy?
Władek od jakiegoś czasu korzystał z prywatnego pogotowia psychiatrycznego, którego usługi były nieporównywalnie bardziej humanitarne, niż szpitalne. Oczywiście wiązało się to z wcale niemałymi kosztami, ale nie dbał o to. Rachunki pokrywał zawsze Mietek. On sam zresztą wymyślił tą formę transportu i leczenia. Gdy objawy choroby psychicznej cofały się, Mietek był całkiem rozsądnym facetem. W odróżnień od „zwyczajnego” pogotowia, zgłoszenia odbierał tu lekarz, który starał się podczas rozmowy pozyskać jak najwięcej informacji mogących okazać się istotnymi przy ewentualnej konieczności użycia wobec pacjenta środków przymusu.
- Niezupełnie – odparł Władek. – To znaczy chodzi o Klaudię, wie pan, tę jego kaczkę.
- Oczywiście.
- Tyle, że tym razem on z nią rozmawia.
- To nic nowego – powiedział lekarz uspokajająco. – Pan Mieczysław niemalże bez przerwy z nią rozmawia.
- Pan mnie nie zrozumiał – wyjaśnił Władek. – Dotychczas on tylko do niej mówił, a teraz utrzymuje, że z nią rozmawia. Słyszałem przez telefon.
- Nie przejmowałbym się tym tak bardzo. W jego głowie z pewnością rozbrzmiewa jej głos. To klasyczny przypadek.
- Ale on twierdzi też, że wyrosły jej zęby.
- Że co proszę?
- Powiedział mi, że Klaudii wyrosły zęby i właśnie zamierza ugotować jej parówki. Myślę, że powinniście go zabrać, zanim nie wpadnie na bardziej zwariowany pomysł.
- Jak pan sobie życzy – zgodził się Chłód. – Zaraz wyślę karetkę.
- Dziękuję. Proszę mnie poinformować, jak go przywieziecie.
- Oczywiście.
Władek odetchnął. Mimo, iż już wielokrotnie postępował w podobny sposób i wiedział, że jest to absolutnie konieczne i najlepsze rozwiązanie, za każdym razem czuł się, jakby zdradzał brata.
- Oj, Mieciu, Mieciu – mruknął pod nosem i ruszył z powrotem ku kuchni.
Otworzył okno, by przewietrzyć mieszkanie i spojrzał z wyrzutem na stojący na palniku rondel.
- Co też mnie podkusiło z tą pasztetówką? – bąknął sam do siebie. – Podgardlanką, znaczy – poprawił się. – Teraz trzeba będzie iść do sklepu. Chyba że…
Z nadzieją otworzył lodówkę, ale niemal w tym samym momencie przypomniał sobie, że przecież kawałek kiełbasy i żółtego sera, które przyszły mu do głowy, wylądowały w nieudanej potrawce. Bez większej nadziei na powodzenie obrzucił spojrzeniem puste półki i z rezygnacją wyjął butelkę jasnego piwa.
- Lepsze to, niż…
Konsumpcję przerwał mu świdrujący dźwięk dzwonka.
- Ki chuj się wlecze? – syknął odstawiając nie otwartą jeszcze butelkę i ruszył ku wyjściu.
Na klatce stał uśmiechnięty Mietek, który gdy tylko Władek otworzył drzwi, niemal wskoczył do mieszkania odpychając brata na stojący w kącie wieszak z ubraniami.
- Niespodzianka! – krzyknął przy tym wesoło.
Zatrzasnął za sobą drzwi i z chłopięcym wrzaskiem przemknął obok oniemiałego, zaskoczonego brata. Przez chwilę Władkowi przemknęło przez myśl, jacy obaj są do siebie fizycznie podobni mimo dzielących ich prawie sześciu lat. Gdy stali się dorośli i zatarła się, czy może raczej przestała być tak istotna dzieląca ich różnica wieku, znajomi, z którymi nie widywali się zbyt często, mylili ich, niektórzy brali ich za bliźniaków, lub też to Władka uważali za starszego. Tym bardziej było mu teraz przykro. Patrzył na Mietka ściskającego pod pachą sporych rozmiarów pudło, brykającego wzdłuż i w poprzek mieszkania nie mogąc pozbyć się myśli, że przecież równie dobrze choroba mogła dotknąć jego. Objawiła się nagle, nie miała żadnego podłoża genetycznego, więc… I pomyśleć, że spotkała człowieka obdarzonego tak światłym umysłem, zdolnego, z perspektywami, przed którym otworem stała kariera naukowa. Cóż. Los chciał inaczej.
Władek pamiętał, jak po raz pierwszy Mietek miał atak choroby. Jechali wówczas razem autem Władka na koncert Iron Maiden, Mietek był świeżo po obronie doktoratu, Władka właśnie relegowano z uniwersytetu. Bez żalu z obu stron. Cieszyli się swoim towarzystwem, rozmawiali o ostatniej płycie ulubionego zespołu, o planach na przyszłość, rodzinie, znajomych, o filmach. Było wesoło. W pewnym momencie Mietek przestał się śmiać i kazał bratu zjechać na pobocze. Jechali akurat przez leśny odcinek drogi, miejsc do parkowania było pod dostatkiem, więc Władek szybko spełnił prośbę brata. Gdy tylko zatrzymał, Mietek spojrzał na niego poważnie.
- Odchodzę, Steve – powiedział otwierając drzwi.
Władek pamiętał, że zupełnie nie miał pojęcia, o co chodzi.
- Co? – zapytał. – Co ty, człowieku? Spóźnimy się na koncert!
- Odchodzę – powtórzył Mietek. – Nie możemy już dłużej razem grać. Powiedz chłopakom, że ich przepraszam, ale nie mogę już tego znieść, duszę się. Długo o tym myślałem, czekałem tylko na właściwy moment, impuls. I to właśnie nastąpiło, Steve. Wczoraj zadzwonił do mnie Tony. Odchodzę do Black Sabbath.
Władek siedział z otwartymi ustami patrząc jak Mietek ukradkiem ociera z kącika oka łzę, wychodzi z samochodu i znika między drzewami. Początkowo sądził, że brat odgrywa przed nim jakąś zasłyszaną historyjkę, tyle, że dziwiło go, że robi to tak doskonale. Iście dramatyczna rola. Gdy minęło dobrych kilkanaście minut Władek zaczął brata szukać, ale bezskutecznie.
Mietek odnalazł się po trzech dniach w jakimś prowincjonalnym szpitalu, gdzie został przywieziony w kaftanie bezpieczeństwa przez pogotowie. Był brudny, zachowywał się agresywnie. Gdy Władek przyjechał w celu dokonania identyfikacji nie posiadającego dokumentów mężczyzny, Mietek był tak opuchnięty od nafaszerowania środkami uspokajającymi, że Władek ledwo go poznał. Nie było z nim absolutnie żadnego kontaktu. Sanitariusze twierdzili, że gdy próbowali zabrać go z baru, z którego otrzymali zgłoszenie, Mietek zarzekał się, że jest muzykiem jadącym w trasę koncertową, a bagaż wraz ze wszystkimi dokumentami skradziono mu na lotnisku. Twierdził, że nazywa się Nicko McBrain…
Po ponad dwudziestu latach od tamtych wydarzeń Mietek stawał się wspomnianym perkusistą kilka razy do roku. Oczywiście za każdym razem nagle, w najmniej spodziewanym momencie, co bywało wielce kłopotliwe i uciążliwe, gdyż na ogół znikał jak kamfora. Po jednej z przemian nie udało się go odnaleźć ani pracownikom pogotowia, ani policji. Pojawił się w mieszkaniu Władka po jakimś tygodniu z małą kaczką pod pachą. Od tej pory był zupełnie innym człowiekiem. W pewnym sensie. Stał się opiekuńczy, cała jego uwaga była poświęcona Klaudii, jak raczył ochrzcić zwierzę. Od trzech lat w jego życiu nie pojawił się Nico, a ptak sprawiał, że Mietek ani myślał o jakiejkolwiek odmianie.
- Przyjechaliśmy się pochwalić – powiedział radośnie Mietek. – Nie sądziłeś chyba, że pozwolimy ci przegapić takie doniosłe wydarzenie, co nie?
Władek z politowaniem popatrzył na brata, który zdążył rozgościć się w saloniku.
- No chodźże! – krzyczał. – Nie każ na siebie czekać! I powiedz, co nam tak pięknie pachnie?
Władek wszedł do pokoju w momencie, w którym brat otwierał pudełko.
- Ładnie pachnie, co skarbie? – zapytał Mietek.
- Ślicznie – odpowiedział mu zniekształcony głos.
Władek skrzywił się zniesmaczony.
- Przestań się wydurniać bardziej niż … – ugryzł się w język, choć przez chwilę miał ochotę wygarnąć bratu, co myśli o jego zdolnościach brzuchomówczych, ale zrezygnował wpół zdania.
Mietek wyjął kaczkę z pudła i postawiają na ławie. Klaudia miała białe upierzenie, zawiązaną na szyi czerwoną kokardkę, na łapkach tej samej barwy zrobione na drutach włóczkowe bamboszki, czarną czapeczkę pilotkę i gogle. Ptak zatrzepotał skrzydłami. Władek pokiwał głową z rezygnacją.
- Posłuchaj, Mietek – powiedział. – Naprawdę cieszę się, że wam się dobrze układa, ale…
- Klaudia – przerwał mu brat. – Pokaż wujkowi ząbki.
Kaczka ochoczo otworzyła pomarańczowy dziób i zaprezentowała błyszczącą nienaganną bielą klawiaturę. Oczy Władka, mimo iż szeroko otwarte nie oddawały nawet w małej części zdziwienia, jakie go ogarnęło.
- Coś… – wydukał. – Coś ty jej zrobił?
- Śliczne, co nie? – cieszył się Mietek. – Dasz wiarę? Wszystkie wyrżnęły się tej samej nocy.
- Wyrżnęły? Przecież kaczki nie mają dziąseł…
- To nie jest żadna kaczka! – ryknął Mietek.
Jego twarz w jednym momencie przeszłą metamorfozę. Nagle znikła z niej beztroska radość ustępując miejsca furii. Klaudia skuliła się szukając kryjówki za pudełkiem, Władek cofnął się o krok.
- W porządku, stary – powiedział z przestrachem. – To przez zaskoczenie. Normalnie szok, że jednej nocy Klaudii wyrosły wszystkie zęby.
Mietek przez chwilę mroził go wściekłym spojrzeniem, poczym na powrót stał się dumnym wesołkiem.
- No nie prawdaż? – przyznał promiennie. – No chodź, maleńka. Nie kryj się przed wujkiem. Odkąd wyrosły – zwrócił się do brata – zrobiła się strasznie nieśmiała, słodki głuptasek.
Kaczka lękliwie wychyliła głowę zza pudła.
- No – zachęcał Mietek. – Nie daj się prosić.
Cała sytuacja mocno tkwiła w absurdzie. Władek nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że ptak zachowuje się tak, jakby doskonale rozumiał o czym rozmawiają. Ale czy to było niemożliwe? Nienormalne? Czyż podobnie nie zachowują się psy, koty, czy inne tresowane zwierzęta? Tylko czy można było tak wyszkolić kaczkę? Wątpił, chociaż z drugiej strony? Mietek był nieprzeciętnym człowiekiem, do tego jego mózg funkcjonował niestandardowo i trudno było stwierdzić, do czego jest zdolny. Ponadto Władek zupełnie nie znał się na kaczkach, co również mogło być nie bez znaczenia przy osądach możliwości tych ptaków.
Mietek usiadł na wersalce układając sobie Klaudię na kolanach.
- Poczęstujesz nas obiadem? – zapytał. – Zdradzisz, co tak wykwintnie pachnie? Smakowicie, nieprawdaż?
Władek dałby głowę, że ptak skinął głową. Zrobiło mu się gorąco i zaraz przeszedł go dreszcz. Coś było nie tak. Początkowo zakładał, że jego brat przechodzi kolejne silne załamanie i w amoku pokusił się o włożenie ptakowi czegoś w rodzaju sztucznej szczęki, ale patrząc na wyszczerzone w uśmiechu zęby gotów był przysiąc, że są prawdziwe, a kaczka jest naturalnie zadowolona. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to jest niemożliwe ale fakty były, jakie były.
- No więc? – domagał się brat.
- Co?
- Herbatę chociaż zrób. Co prawda byłoby miło, gdybyś podał coś symbolicznego da wrzucenia na ząb. Przecież oboje czujemy, że coś dobrego uważyłeś.
- A dajże spokój – Władek machnął ręką. – Taki świetny forszmak zmarnowałem. Na twoich boczniakach i drobiowych udkach – wyjaśnił i przeklął się w duchu, za ten drobiowy dodatek.
- Pachnie świetnie – stwierdził Mietek ignorując źródło obaw brata.
- Kurewsko cuchnie.
- No wiesz? – obruszył się Mietek. – Uważałbyś na słowa.
Władek znów odniósł wrażenie, że kaczka zrobiła zniesmaczoną minę.
- No tak – zmieszał się. – Przepraszam. Znaczy się, mogę zasadniczo poczęstować. Ale dodałem na koniec kawałek pasztetówki. Nie był to dobry pomysł. Zupełnie nieudany – marudził pod nosem kierując się do kuchni. – Właściwie to chyba nie pasztetówka, tylko podgardlanka to była nawet…
- Podgardlanka!
Władek stanął jak wryty. Był pewien, że to nie było słowo wypowiedziane przez jego brata, tylko dziwny, zniekształcony głos, coś jakby… gdaknięcie? Odwrócił się powoli i z lękiem spojrzał na ptaka. Klaudia szczerzyła do niego bukiet zębów machając przy tym skrzydłami.
- Podgardlanka! Podgardlanka! – krzyczała, czy raczej bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie głośno gdakała.
Zanim Władek zdołał w jakikolwiek sposób zareagować rozdzwonił się telefon. Bez zastanowienia podszedł do aparatu na sztywnych nogach i machinalnie podniósł słuchawkę.
- Tak?
- Panie Władysławie, – usłyszał głos lekarza – chłopcy są pod mieszkaniem pańskiego brata, ale zdaje się, że nikogo nie ma w środku. Sąsiedzi twierdzą, że widzieli, jak wychodził jakiś czas temu. Co mają robić? Nie możemy niewiadomo ile stać pod blokiem.
Władek przymknął powieki i odetchnął głęboko.
- Przyjedźcie do mnie – powiedział cicho.
- Do pana do domu?
- Tak.
- Pański brat jest u pana?
- Tak.
- Rozumiem, że nie bardzo pan może rozmawiać?
- Zgadza się.
- Jest jakieś zagrożenie.
- Myślę, że tak.
- Jest z kaczką?
- Oczywiście.
- Będziemy najszybciej jak to możliwe.
- Mam nadzieję.
- Do dziesięciu minut.
- Dziękuję.
Rozłączył się i wróciło kuchni. Czekali na niego oboje. Mietek świdrował go podejrzliwym spojrzeniem, Klaudia łypała na niego z groźbą w oczach jednocześnie próbując zsunąć dziobem przykrywkę rondla z cuchnącą potrawką.
- Z kim gadałeś? – zapytał Mietek.
- Podgardlanka! – zagdakała kaczka zrzucając z brzdękiem pokrywkę.
- Dzwonili z pizzerii – odparł Władek. – Zamówiłem pizzę, bo nie jestem zadowolony z obiadu, który uwarzyłem.
Potwierdzali składniki i adres, bo facet, który przyjmował zamówienie coś pokręcił. Ale wy oczywiście, jeśli tylko macie ochotę, możecie poczęstować się potrawką.
- Podgardlanka!
- Mamy jeść z garnka? – zapytał cynicznie Mietek.
Władek otworzył szafkę z naczyniami i stanął niepewnie przed kuchenką. Dostępu do rondla broniła Klaudia zamaszyście łopocząc skrzydłami i powtarzając w kółko:
- Podgardlanka! Podgardlanka!
- Idźcie, proszę, do salonu – powiedział gospodarz. – Muszę to odrobinę podgrzać i podać gościom jak przystało. Nie podejmę was przecież jak jakąś swołocz.
- No – ucieszył się Mietek. – Wreszcie zacząłeś gadać jak człowiek – mrugnął do kaczki. – Chodźmy skarbie.
- Hurra! – Klaudia łopocząc skrzydłami skoczyła mu w ramiona. – Podgardlanka!
Władek został sam. Z pokoju dochodziły go odgłosy wesołej rozmowy i zabawy. Jemu do śmiechu nie było. Działo się coś niedobrego, nienaturalnego i, co gorsze, nie miał najbledszego pojęcia, jak to wyjaśnić. Próbował uspokoić się przywołując w myśli stwierdzenie, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić, wystarczy tylko pomyśleć. A więc o co tu chodziło? Jedyne, co tłumaczyło takie wydarzenia, to to, że Mietek wytrzasnął skądś robota w cielesnej powłoce kaczki. Potwierdzałby to dość ograniczony repertuar słów, jakim dysponowała potencjalnie elektroniczna Klaudia. Pewnie miała niezbyt skomplikowane oprogramowanie. Mogła działać na pilota, który Mietek miał pewnie ukryty w kieszeni. Innego wytłumaczenia nie było. Możliwość inteligentnej, tresowanej kaczki raczej odrzucał. Zdecydowanie odrzucał.
Mieszał potrawkę próbując nie wdychać coraz mocniej cuchnących oparów. Miał nadzieję, że pogotowie przyjedzie w obiecanym czasie. Po kilku minutach mieszania forszmak zaczął bulgotać i smród stał się niemal nie do zniesienia. Wyłączył palnik i spojrzał na zegarek. Cóż z tego, jak nie skontrolował czasu kończąc telefoniczną rozmowę? Przeklął się w duchu za niefrasobliwość. Miał wrażenie, że minęła cała wieczność i gdy zaczął się już poważnie niepokoić usłyszał dzwonek u drzwi. W tym samym momencie z pokoju obok doszedł go brzdęk tłuczonego szkła i huk przewalającego się na podłogę regału. Władek aż wypuścił z dłoni w połowie wypełnioną potrawką miseczkę i rzucił się do drzwi. Ubiegł go Mietek, który gdy Władek wybiegł na korytarz z parującym cuchnąca wonią rondlem, właśnie wskazywał na niego palcem.
- Uważajcie panowie – mówił do sanitariuszy. – Właśnie wpadł w furię.
Zanim Władek zdołał zorientować się o co chodzi, leżał już obezwładniony na podłodze.
- Panowie, to pomyłka! – krzyknął.
- Trzy jednostki fenobarbituralu – zaordynował Dionizy Chłód.
- Panie doktorze, to ja, Władysław Lamperia! To jego mieliście zabrać! - krzyczał Władek wskazując na brata – Mieczysława!
- Lepiej zachowajcie ostrożność – przestrzegł Mietek. – Tak jeszcze nigdy się nie zachowywał. Usiłował mi wmówić, że jest mną, a ja nim. Potem rzucił się na mnie z toporkiem do siekania kotletów i groził rondlem!
- On łże!
- A kaczka? – zapytał lekarz.
- Włożyłam ją do pudełka – odparł spokojnie Mietek. – Wystraszyła się, jak Mietek zaczął wariować.
- To nieprawda? – zaprzeczył cicho Władek.
Środki uspokajające zaczęły już działać, mężczyzna coraz mocniej czuł ogarniający go zupełny bezwład. Umysł miał jeszcze w miarę trzeźwy, słyszał i rozumiał dobiegające jego uszu słowa, ale nie był w stanie nic zrobić ani powiedzieć.
- Co tu tak śmierdzi? – zapytał jeden z sanitariuszy.
Wobec pytającego wzroku Chłoda, Mietek odparł:
- Nie wiem. Brat przyniósł jakąś swoją potrawkę i uparł się, że ją przyrządzi. Nie docierało do niego, że to tak okropnie cuchnie.
- To nic dziwnego – stwierdził lekarz zaglądając do garnka i krzywiąc się z odrazą. – Chorzy umysłowo często czują zapachy, których nie ma, lub też odwrotnie. A pan? – spytał patrząc uważnie na Mietka. – Dobrze się pan czuje?
- Ja tak – odparł Mietek. – Trochę jestem roztrzęsiony, ale generalnie w porządku. Byłem niedawno przeziębiony, stąd te worki pod oczami. A dla czego?
- Wygląda pan na bardzo zmęczonego – stwierdził Chłód. – Próbował pan tego?
- Nie no co pan? Mietek opędzlował jedną miseczkę i brał się za drugą, gdy zadzwoniliście. A czemu pan pyta?
- Pływają w tym jakieś grzyby.
- Mówił, że boczniaki.
Lekarz uśmiechnął się pod nosem.
- Boczniaki? – powąchał raz jeszcze i ponownie skrzywił się mocno. – Wątpię. Chłopcy, weźcie próbkę tego do analizy. A pan niech się tego szybko pozbędzie. Najlepiej do sedesu wywalić, żeby jeszcze jakieś bezpańskie zwierzęta się nie potruły.
- Co pan powie? – dziwił się Mietek udając zdziwienie. – To niemożliwe. Twierdzi pan, że brat chciał mnie otruć?
- Nie wiem. Może nie miał złych zamiarów. Najpierw musimy zrobić badania. Może to po prostu tylko paskudnie nieudana potrwa.
- Na pewno tak.
- Chociaż jeśli te grzyby są trujące, to też tłumaczyłoby po części jego zachowanie.
Sanitariusze rozłożyli wózek i posadzili na nim półprzytomnego Władka.
- Dobra – powiedział Dionizy. – Będziemy w kontakcie.
- Oczywiście – zgodził się Mietek. – Proszę dzwonić, jak będziecie mieć jakieś konkretne wyniki.
- No to do widzenia.
- Do widzenia, doktorze, dziękuję za pomoc.
- Aha – Chłód zatrzymał się w progu. – Byłbym zapomniał. Co z Klaudią?
- Z Klaudią?
- No, z tą jego kaczką.
- No a co ma być? Siedzi w pudełku.
- Możemy zabrać ją do czegoś w rodzaju schroniska, czy ogrodu zoologicznego mieszczącego się przy klinice. Wśród pacjentów zamiłowanie do zwierząt nie jest rzadkością. Wychodzimy naprzeciw ich potrzebom. Rozwijamy się, że tak to ujmę.
- To wspaniale – ucieszył się Mietek. – Ale nie będzie to konieczne. Zaopiekuję się nią. Jak brat lepiej się poczuje, niech wie, że ma rodzinę, że jego ulubienica miała troskliwą opiekę. Wie pan, takie moralne wsparcie.
- Gdyby jednak były jakieś kłopoty, proszę dzwonić.
- Oczywiście, dziękuję.
Drzwi się zamknęły, kroki na chodach ucichły. Mietek odczekał jeszcze chwilę patrząc przez judasz, poczym wrócił do pokoju i otworzył pudło. Kaczka ochoczo wyskoczyła na stół.
- No i jak? – zapytał.
- Cudnie! Cudnie! – ucieszyła się Klaudia.
- No to teraz pooglądaj chwilę telewizję, – powiedział włączając odbiornik – a ja szybko się spakuję. Musimy się spieszyć. Za niecałe dwie godziny mamy samolot. Nie byłoby ładnie gdybyśmy się spóźnili na pierwszy koncert. Ozzy byłby wściekły.
przysłowie
Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy
sobota, 11 lutego 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Padlinator
- No i co w nim takiego
fascynującego? – zdziwił się Siergiej Siemonowicz Nozdrze.
Naukowiec nie krył irytacji. Jego
najbliższy współpracownik Ławrentin Aleksiejewicz Podbródek zbudził go o
drugiej czterdzieści siedem w nocy, czy może raczej rano, i podekscytowanym
głosem poinformował o nieprawdopodobnym, wiekopomnym odkryciu. Nigdy wcześniej
coś podobnego nie miało miejsca, towarzysz Siergieja był człowiekiem raczej
opanowanym, spokojnym i ostrożnym. Zanim zdecydował się na wygłoszenie jakiegoś
osądu musiał wcześniej dogłębnie problem zbadać, poddać analizie i wykluczyć
wszelkie możliwości pomyłki, czy innego rozwiązania. Skoro zatem zdecydował się
na telefon o tak niefortunnej porze, Siergiej nawet do myśli nie dopuszczał, że
naukowiec może się mylić. Mimo potwornego zmęczenia i protestów żony zebrał się
w przeciągu kwadransa i po kolejnych trzech był już w Instytucie. Tu jednakże
czekał go zawód.
- Zwyczajny nieboszczyk – dodał
wyraźnie rozczarowany i rozdrażniony.
- Nieprawda – zaprzeczył gorliwie
Podbródek.
Nozdrze przyjrzał się trupowi raz
jeszcze.
- Ma podbite oko – zauważył i nagle
doznał olśnienia. – O matko! – krzyknął. – Przecież to Alosza Przyszczęce! Skąd
wiedziałeś, że interesuję się boksem?
- Co? – tym razem to Ławrentin
zdawał się nie rozumieć ekscytacji współpracownika.
- Alosza Przyszczęce! – powtórzył
niemalże uradowany Siergiej. – Mistrz świata w wadze lekko pół średniej. Zmarł
jakiś czas temu w wyniku przyjęcia mocnych ciosów w walce w obronie tytułu
przeciwko Johnnyemu Cztery Ręce. Wygrał, ale niedługo potem zasłabł i zmarł w
drodze do szpitala. Szkoda. Był z niego wielki talent.
Siergiej chwilę kiwał głową z
uznaniem i nagle zmarszczył brwi.
- Moment – powiedział. – Przecież
walka odbyła się jakieś pół roku temu – spojrzał na Ławrentina pytająco. – Co
to ma do cholery znaczyć.
- Zaczynasz rozumieć – nie bez dumy
odparł naukowiec.
Nozdrze raz po raz przenosił wzrok z
Aloszy na Podbródka i w końcu rzekł.
- Gówno rozumiem. Trzymałeś
tragicznie zmarłego bokserskiego mistrza świata wagi lekko półśredniej w
chłodni przez pół roku i wezwałeś mnie w środku nocy, żeby mi go pokazać?
- Można tak powiedzieć, ale w
bardzo, bardzo dużym uproszczeniu.
- Znaczy się?
- Nie jest istotne, że to mistrz
bokserski. Przynajmniej z mojego punktu widzenia.
- Jak to?
- Szczerze mówiąc, nawet nie miałem
pojęcia, że to bokser. Nie interesuję się sportem.
Siergiej miał minę skrajnie
zdziwionego człowieka.
- Chcesz mi powiedzieć, że trzymałeś
w lodówce ciało mistrza świata nie mając pojęcia, że to mistrz świata?
- To prawda. To, że był mistrzem
świata nie ma tu żadnego znaczenia.
- Jak to? To na cholerę wziąłeś
ciało mistrza świata? Mogłeś wziąć jakiegoś średnie klasy zawodnika, który
dokonał żywota. Mimo, że prasa o tym nie pisze, w świecie bokserskim śmierć, to
nie coś deficytowego.
- Nie rozumiesz. Chodzi mi o to, że
nie ma najmniejszego znaczenia, że on był bokserem. W ogóle nie ma znaczenia
kim był. Wcześniej. Ważne kim się stał.
- Czyli, że równie dobrze mógłby to
być jakiś, dajmy na to, hydraulik? Albo spawacz?
- Dokładnie tak.
- To po jaką cholerę brałeś mistrza
świata?
- Bo był akurat pod ręką.
- Co?
- Przestać czepiać się tego, do kogo
należało to ciało. To nie ma najmniejszego znaczenia. To czy był bokserem,
spawaczem, mleczarzem, prawnikiem, piosenkarzem, czy papieżem nie ma nic do
rzeczy. To nieboszczyk.
Nozdrze zagryzł wargi.
- Z punktu widzenia funkcji
życiowych, to faktycznie nie ma znaczenia.
- No. Wreszcie mówisz do rzeczy.
- Czyli chcesz powiedzieć, że…
- Chcę żebyś w tym tu egzemplarzu widział
wyłącznie nieboszczyka.
- Wyłącznie nieboszczyka?
- Tak.
Siergiej Siemonowicz podrapał się po
skroni.
- Załóżmy, że tak jest.
- A jest?
Naukowiec westchnął i pokiwał głową.
- Tak. Trup, to trup.
- No i właśnie w tym momencie musisz
przestać rozumować w ten schematyczny sposób.
- Że co proszę?
Ławrentin szybkim krokiem przeszedł
przez gabinet zabiegowy, otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz.
- Co ci jest?
- Szpiedzy są wszędzie.
- Szpiedzy?
- Błonnickiego.
- Błonnickiego?
- Nie słyszałeś o nim?
- Oczywiście, że wiem, kim jest
Rupert Błonnicki. Nie rozumiem tylko, czemu miałby cię szpiegować?
Podbródek uśmiechnął się nerwowo.
Zamknął drzwi na klucz i kilkakrotnie nimi szarpnął.
- Wyprzedziłem go, Sierioża.
Rozumiesz?
- Wyprzedziłeś?
- Zrobiłem to – Ławrentin
Aleksiejewicz niemal drżał z ekscytacji. – Gdyby Błonnicki się dowiedział, że
tego dokonałem, bezzwłocznie kazałby mnie wyeliminować. Między innymi dlatego
tu jesteś.
- Chyba nie za bardzo rozumiem.
- Nie mam gwarancji, że nie było
jakiegoś wycieku informacji – powiedział nerwowo się rozglądając. – Chociaż
starałem się zachować maksimum ostrożności. Ale nie ma co ryzykować. Chcę mieć
pewność, że moja praca nie pójdzie na marne. Albo, że ten pyszałkowaty bubek
przypisze sobie moje zasługi. I pewnie wykorzysta do niecnych celów. Chcę ci
przedstawić efekty mojej pracy. Jeśli mnie zabiją, ty będziesz jedynym, który
zna prawdę.
- Bardzo przyjemna perspektywa,
- Nie ironizuj.
- Jestem poważny, jak ten tu –
wskazał na Aloszę. – Niemalże.
Ławrentin puścił złośliwość mimo
uszu.
- Posłuchaj – rzekł. – Ten to, to
nie jest zwyczajny nieboszczyk.
- To już przerabialiśmy.
- To padlinator.
- Kto?
- Elektroniczny nieboszczyk.
- Elektroniczny? – Siergiej spojrzał
raz jeszcze na Aloszę, ale w dalszym ciągu nie mógł dopatrzeć się niczego
nietypowego. – Znaczy się taki terminator, tyle że martwy? To bez sensu.
Podbródek w dalszym ciągu nie
słyszał uszczypliwości.
- Ma wszczepiony, a właściwie
lepszym słowem będzie „zaimplementowany” całkiem autonomiczny endoszkielet,
wykonany z tytanowego stopu. Praktycznie niezniszczalny.
- A czip?
- Co?
- No czip. Terminator miał czip, na
którym znajdowało się całe oprogramowanie.
- Jemu to jest niepotrzebne.
- To jak działa?
- Zwyczajnie.
- Zwyczajnie?
- Tak jak widzisz.
Nozdrze mocno się skrzywił.
- Kpisz sobie?
- Bynajmniej.
- Posłuchaj. Ściągasz mnie w środku
nocy, pokazujesz trupa, potem mówisz o wiekopomnym odkryciu, a potem karzesz
się podniecać półrocznym nieboszczykiem Aloszy Przyszczęce. Co to ma niby być?
Jakieś nekroparty?
- O co ci chodzi?
- O co mi chodzi? – Siergiej aż
zafurczał. – Sam nie wiem, o co mi chodzi! – wybuchł. – Każ mu coś zrobić! Daj
jakieś zadanie!
- Zadanie?
- Zadanie! Polecenie, pracę, misję.
Nie ważne jak to nazwiesz!
- Ale przecież on właśnie wypełnia
swoją misję! Czy ty tego nie widzisz?
- Kurwa, nie!
- Jak to? Przecież masz go tu, przed
oczami. Na wyciągnięcie ręki.
- Kogo?
- Padlinatora!
- Ale on tylko leży!
- Bo jest martwy, to co ma niby
robić? Jeździć rowerem? Jeżdżący rowerem nieboszczyk byłby dla ciebie bardziej
do przyjęcia, niż spokojnie spoczywający na stole operacyjnym?
- Ale mówiłeś, że ma endoszkielet z
tytanu! Że jest jak terminator!
- Bo jest, tyle, że martwy.
- To co on ma robić?
- Nic. Leżeć. Przecież jest martwy.
I dlatego Błonnicki nie może się o nim dowiedzieć.
- Bo co?
- Bo wszczepi mu czip.
*
Tydzień później.
Pogrzeb Ławrentina Aleksiejewicza
Podbródka odbył się bez specjalnej pompy. Władze Instytutu nie chciały
sensacji, niepotrzebnego rozgłosu, tłumu ciekawskich reporterów i wścibskich
dziennikarzy. Wszystkim zależało, żeby tragiczna śmierć naukowca jak
najszybciej odeszła w zapomnienie. Na cmentarzu oprócz rodziny i najbliższych
współpracowników było kilku nieznanych Siergiejowi żołnierzy, wśród których
rozpoznał widzianego niegdyś na zdjęciu Ruperta Błonnickiego. Zaniepokoiło go
to odrobinę, ale nie dał po sobie poznać, że w ogóle wie, kim jest mężczyzna.
Na stypę nie poszedł – wykpił się
migreną. Nienawidził takich spotkań, zwłaszcza, że widział iż w kierunku domu
pogrzebowego, w którym przygotowana była dla żałobników pożegnalna uroczystość
zmierza również wojskowy orszak. Nie chciał przebywać teraz w towarzystwie
Błonnickiego. Odkąd Ławrentin zaprezentował mu padlinatora, odczuwał na myśl o
wojskowym pewnego rodzaju niepokój. Zdawał sobie sprawę, że to tylko
irracjonalne odczucie, ale mimo to nie potrafił mu się oprzeć. Wrócili wraz z
żoną prosto do domu i zanim zdążył zrzucić ciemny garnitur rozdzwonił się alarm
przy drzwiach wejściowych.
- Siergiej! – krzyknęła po chwili
Irina Michałowna. – Ktoś do ciebie!
Gdy naukowiec wyszedł do gościa,
przed drzwiami ujrzał odwróconego tyłem mężczyznę. Na ulicy przed bramą stał
zaparkowany motocykl.
- Słucham pana – powiedział starając
się, aby po barwie głosu nieproszony gość rozpoznał, że składa wizytę w
nieodpowiednim momencie.
Gdy nieznajomy odwrócił się ku
niemu, Nozdrze poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
- Dzień dobry, panie profesorze –
powiedział dziarsko i wesoło Alosza Przyszczęce. – Mam dla pana wiadomość –
dodał wyciągając ku zamarłemu w bezruchu naukowcowi.
Zanim Siergiej zdążył cokolwiek
powiedzieć, posłaniec wcisnął mu w zgrabiałe dłonie dużą, szarą kopertę i
zniknął z rykiem motoru.
- Kto to był, kochanie? – usłyszał
głos żony z głębi domu.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł
znaleźć odpowiednich słów. Cokolwiek próbował, więzło mu w gardle.
- Sierioża?
Co powinien zrobić? Przecież sam nie
wiedział, co właśnie się stało. To znaczy wiedział, ale nie potrafił tego
racjonalnie wyjaśnić. Co miał powiedzieć? Że właśnie dostał list od
elektronicznego nieboszczyka, który pół roku wcześniej był bokserskim mistrzem
świata wagi lekkopółśredniej?
Zaniepokojona milczeniem męża Irina
Michałowna wyszła na ganek.
- Skarbie, o co chodzi? – widząc
spopielałą minę mężczyzny dodała zatroskana: – Kto to był?
- Kto?
- Ten motocyklista?
- Motocyklista?
Wzrok kobiety spoczął na
prostokątnej przesyłce.
- Co to jest? Znowu ktoś umarł?
Wzięła kopertę do rąk.
- To pomyłka – wykrztusił.
- Pomyłka? Na liście jest twoje
nazwisko. Mogę otworzyć?
- Co?
Kobieta nie zastanawiając się
rozdarła papierowe opakowanie.
- Zaproszenie na mecz bokserski –
stwierdziła. – Na tym zdjęciu jest chyba ten facet, co przed chwilą tu był. Co
to ma znaczyć? Zaraz, zaraz. Alosza Przyszczęce? Czy to nie ten, co nie żyje?
- Ten sam – odparł Siergiej
Sjemionowicz. W jego głosie kobieta wyczuła napięcie i strach, a to nie
zdarzało się często. Z tego też powodu, gdy usłyszała krótkie: Pakuj się – nie
zadawała zbędnych pytań.
*
- No, Alosza – zachęcał trener,
słynny Jurgen von Harpagan. – Dawaj!
Zawodnik uderzał w tarczę z
nieprawdopodobną prędkością i mocą. Trzymający ją asystent raz po raz lądował
na deskach, choć masą przewyższał boksera niemalże dwukrotnie.
- Może tak całymi godzinami –
powiedział trener. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
- Nie mogłeś – Błonnicki pokiwał
głową. – Nigdy nie było takiego zawodnika.
- To niesamowite – zgodził się
szkoleniowiec. – Nie było. Jak pracuję w tym fachu blisko pół wieku. Poczynił
nieprawdopodobne postępy. Ma niespożyte pokłady energii, cios o sile boksera
wagi ciężkiej, szybkość dzięcioła. Nikt nie ma z nim szans.
- Inaczej by mnie tu niebyło –
wojskowy uśmiechnął się chełpliwie. – A jak z pozostałymi sprawami? Zdążysz
wszystko zorganizować?
Zanim trener zdążył odpowiedzieć,
Błonnicki dodał:
- To retoryczne pytanie. Inne
rozwiązanie jest niedopuszczalne.
Von Harpagan przyjrzał się Rupertowi
uważnie ściągając usta.
- Coraz mniej podoba mi się, jak się
do mnie zwracasz i co się tu dzieje.
- Twoje odczucia są nieistotne. Masz
tylko przygotować zawodnika do pojedynku i zorganizować mu właściwego
przeciwnika. Od tego zależy twoje te be o en te be. I całkiem spora sumka.
- To zabrzmiało jak groźba.
- Bzdura – Błonniki prychnął
poirytowany. – Ja nigdy nie grożę. To takie małostkowe. Przedstawiam ci tylko
hipotetyczną wersję zdarzeń.
- Inaczej śpiewałeś jeszcze miesiąc
temu.
- To ty inaczej słuchałeś.
- Powiedziałeś, że mam przygotować
zawodnika do walki i jeśli wygra, dostanę dwa miliony…
- Zgadza się.
- A jeśli przegra, nic się nie
stanie.
- I to też się zgadza.
- Więc po cholerę ta gadka o być
albo nie być?
- Proforma. Jak przegra, to nic się
nie stanie. Z mojego punktu widzenia nic się nie dzieje.
Trener skrzywił się w grymasie
skrajnego zniesmaczenia.
- Myślisz, że się ciebie przestraszę,
żołnierzyku?
- Myślę, że tak.
Błonniki miał rację. Von Harpagan
również to wiedział. Gdyby choć przypuszczałł, że Instytut macza w tym ręce nie
skusiłaby go żadna kwota. A teraz było za późno by się wycofać. Nie raz bywał
już w podobnych sytuacjach, w świecie bokserskim różowe kontrakty nie rzadko po
jakimś czasie nabierają szarych odcieni. Ale przynajmniej zawsze wszystko
odbywa się z zachowaniem jakichś pozorów, choćby iluzorycznych reguł. Wówczas
wszystkim lepiej się pracuje. A ten bubek zachowuje się, jakby był jakimś
pieprzonym Bogiem. I to jego cwaniackie, rodem z filmu dla gawiedzi „te be o en
te be”. Gówniany buc z Shitcity. Ale niestety on rozdaje karty w tej rozgrywce.
Przynajmniej na razie.
- Do roboty – powiedział bezczelnie
Rupert i odwracając się do trenera plecami sięgnął po telefon. – I co tam? –
rzucił do aparatu wychodząc z sali treningowej. – Dobra. Tylko bez drastycznych
ruchów, wszystko ma się odbywać naturalnie. Ma być gotowy najdalej za trzy
miesiące...
Więcej Von Harpagan nie usłyszał,
zresztą wcale mu na tym nie zależało mu. Szczerze nienawidził wojskowego i
każde jego słowo drażniło go bardziej, niż mocny cios. Starając się nie myśleć
o oficerze przeniósł całą uwagę na swojego podopiecznego. Alosza Przyszczęce
zakończył już tarczowanie i teraz dziarsko i cudownie podskakiwał ćwicząc ze
skakanką. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jeśli ktoś nie
wiedziałby, że bokser ćwiczy ze skakanką, nie miałby szans tego zauważyć.
Alosza podskakiwał nieznacznie, używając do wybicia ciała w górę i jego
zamortyzowania przy lądowaniu wyłącznie siły mięśni śródstopia i palców. Nogi
miał idealnie wyprostowane i sztywne w kolanach, ręce wyciągnięte wzdłuż
tułowia, przylegały idealnie do ud, jakby były przybite doń na stałe. Tylko
nadgarstki Aloszy wykonywały wibrujące, błyskawiczne okrężne ruchy, które
wprawiały w ruch obrotowy skakankę tnącą powietrze ze świstem. Zawodnik
sprawiał wrażenie jakby był tłokiem w jakimś niewidzialnym mechanizmie. Von
Harpagan patrzył na niego zafascynowany. Nigdy nie widział tak doskonałej
motoryki, gry i koordynacji mięśni, sprężystości ścięgien. Organizm Aloszy
podczas rehabilitacji jakiej został poddany w Instytucie Błonnickiego przeszedł
jakąś doskonałą metamorfozę, której trener nie rozumiał i czuł przed nią coraz
większy respekt przeradzający się z wolna w lęk. Przyszczęce był świetnym
pięściarzem już przed walką z Johnnym Cztery Ręce, ale to co prezentował w tym
momencie nie pozostawiło złudzeń, co do jego obecnych nadludzkich
predyspozycji. Von Harpagan zaczął również dostrzegać coraz więcej minusów
takiej formy swojego podopiecznego. To nie było naturalne, by zawodnik wcale
nie odczuwał zmęczenia, nie krwawił nawet po silnym ciosie i, co najbardziej
dziwne, nie miał potem nawet sińca, czy wybroczyn. Początkowo Jurgen tłumaczył
to sobie wyjątkową odpornością zawodnika i szybkością jego reakcji na atak.
Błyskawiczne uniki czyniły w zasadzie czymś niemożliwym dosięgnięcie go przez
przeciwnika, co też wyjaśniało brak jakichkolwiek śladów na jego ciele nawet po
bardzo forsownych sparingach z bardzo doświadczonymi i dobrze wyszkolonymi
przeciwnikami. Z czasem jednakże Von Harpagan doszedł do przekonania, że Alosza
nie jest zwyczajnym, tyle że doskonale predestynowanym do odnoszenia sukcesów
zawodnikiem. Ostatecznym testem, było uderzenie łomem w potylicę. Trener
zaczaił się na boksera w tunelu prowadzącym z sali treningowej do szatni i gdy
ten go mijał, z całych sił zdzielił go żelaznym łomem w tył głowy. Alosza
poszedł dalej nawet się nie zatrzymując podczas gdy łom odbił się od jego
głowy, jakby Von Harpagan zaatakował pancerz wozu bojowego.
Jurgen bardzo cenił sobie wszelkie
trofea, jakie otrzymywał za swoje osiągnięcia najpierw w karierze zawodnika,
później dydaktycznie w szkoleniu młodzieży i seniorów. Medale, puchary,
mistrzowskie pasy… Wszystko to miało dla niego wielkie znaczenie, ale liczyła
się przede wszystkim sportowa rywalizacja. A Alosza Przyszczęce nie był
zwyczajnym tyle, że świetnie przygotowanym do waliki zawodnikiem i doświadczony
trener doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Tak jak równie pewny był tego, że
każdy kto wyjdzie przeciw Aloszy do ringu, już z niego nie zejdzie. I do czegoś
takiego on, Jurgen Von Harpagan, dopuścić nie może. Bez względu na zagrożenie
jakie to stwarzało. Trener znał metody Błonnickiego, szarej eminencji Instytutu
i honorowego członka sztabu szkoleniowego. Rupert pojawiał się zawsze, gdy
działo się coś nieszablonowego. Gdy któryś z zawodników zaczynał osiągać
ponadprzeciętne wyniki, lub jeśli wydarzyła się jakaś tragedia, z której
sportowe stowarzyszenie nie mogło być dumne, nagle zjawiał się czarny wojskowy
karawan z herbem Instytutu na drzwiach i, w zależności od okoliczności, kariera
zawodnika albo nagle wchodziła na niespotykane dotąd tory, lub też wszelki
słuch o nim ginął, jakby człowiek nigdy nie istniał.
Tym razem było podobnie, ale i
zarazem inaczej. Von Harpagan przeczuwał, że skala wydarzenia tym razem
znacznie przekracza wszystko to, czego dotychczas był mniej lub bardziej
bezpośrednim świadkiem.
*
Jechali autostradą na północ. Irina
Michałowna milczała odkąd mąż nakazał jej pakowanie, jak się po chwili okazało,
bardzo ograniczonego podręcznego bagażu. W zasadzie zabrali tylko niezbędne
dokumenty, pieniądze, karty płatnicze, laptopa, lekarstwa, trochę artykułów
higienicznych i żywność nadającą się do dłuższego przechowywania. Irina była
przerażona. Jej mąż zdradzał symptomy paranoi. Nie odzywał się, jeśli nie
liczyć ponagleń, miał nerwowe ruchy, nie chciał udzielić jej żadnych wyjaśnień
ani zdradzić celu podróży. Zaczęli rozmawiać dopiero gdy przekroczyli granicę
okręgu i wyjechali na drogę ekspresową.
- Powiesz mi wreszcie, o co tu
chodzi? – zapytała.
Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- To chociaż, dokąd jedziemy?
- Do znajomego.
Nie było sensu dalej pytać. Jechali
bez przerwy aż do zmroku i potem jeszcze przez połowę nocy. Zatrzymali się
dopiero, gdy osiągnęli pas wód terytorialnych. Jako miejsce popasu Siergiej
wybrał mało atrakcyjny z wyglądu motel o dziwacznej nazwie znajdujący się przy
odnodze głównej trasy prowadzącej wprost do The Bolshoj – największego miasta
tej części Wybrzeża.
„Motel pod wesołą kapustą” brzmiał
szyld. Lokal nie przypadł Irinie Michałownej do gustu, ale nie protestowała
widząc, ze mąż nieco się odprężył wjeżdżając na niewielki, osłonięty drzewami
plac przy zaniedbanym wysokim parkanie grodzącym budynek i jednocześnie
oddzielając go od wyżwirowanej drogi.
- To bardzo dobrze, – powiedział
parkując – że hotel nie jest okazały i leży na uboczu. Ostatnie czego nam teraz
trzeba to gwarne miejsca pełne wścibskich spojrzeń. Spędzimy tu tylko kilka
godzin. Z samego rana powinno udać mi się skontaktować ze znajomym. Musimy
działać szybko ale przy tym bardzo ostrożnie i rozważnie. Rozumiesz? –
zakończył gasząc silnik i spoglądając na kobietę poważnymi, mądrymi oczami.
Kobieta popatrzyła na męża. Miała
wrażenie, że w przeciągu tego tygodnia zestarzał się bardziej, niż przez
ostatnich dziesięciu lat. Przybyło mu zmarszczek, kurze łapki w kącikach oczu
niepokojąco się pogłębiły i wydłużyły, włosy zmatowiały i pożółkły. A najgorsze
były oczy, które jakby zgasły i wypełniły się pustką.
- Wiem, że to z troski o mnie nie
chcesz powiedzieć mi o co chodzi – szepnęła, jakby bała się, że ktoś usłyszy ją
na tym pustkowiu. – Ale ja wiem. Za dobrze cię znam. To wszystko przez ten
projekt, nad którym przez ostatnie lata pracowaliście z Ławrentinem
Aleksiejewiczem? Dla tego on zginął, prawda. Zabili go? To wcale nie był
wypadek. I teraz chcą dopaść ciebie i też…
Siergiej położył żonie palec na
ustach, przytulił ją i pocałował w czoło.
- No już – powiedział. – Nic nam się
nie stanie. Jeśli będziemy ostrożni, nic nam nie będzie. A wiesz dla czego? Bo
jestem od nich mądrzejszy.
Milczeli chwilę, poczym wyszli z
auta. Dochodziła czwarta rano, ale jeśli wierzyć neonowi, motel przyjmował
gości dwadzieścia cztery godziny na dobę. Drzwi były otwarte, co zdawałoby się
potwierdzać ogłoszenie, świeciło się również we wnęce stanowiącej jednocześnie
bar i recepcję. Za ladą nie było nikogo, co nie było szczególnie dziwne, zwarzywszy
na porę. Siergiej nacisnął dzwonek zainstalowany na bocznej ścianie. Nic się
nie stało, ponowił więc wezwanie z podobnym skutkiem. Już miał zadzwonić po raz
kolejny, gdy z zaplecza doszło ich szuranie o podłogę ciężkich kroków. Po
chwili za ladą pojawił się niechlujny, zaspany mężczyzna ubrany w poplamioną
niegdyś białą koszulkę na ramiączkach i popielate, dresowa spodnie. Siwe
skołtunione włosy bezładnie sterczały na wszystkie strony, od kilku dni
niegolona twarz i przykry, odczuwany na odległość metra oddech zdradzały
nieprzychylny stosunek do higieny.
- Czego trzeba? – zapytał ziewając.
- Pokój – rzucił krótko Nozdrze. –
Na noc.
- Gotówka?
- Tak.
Mężczyzna chwilę przyglądał się
gościom ziewając i czochrając z szelestem pod koszulką po obficie obrośniętej
siwiejącymi włosami piersi. Na dłużej zatrzymał wzrok na Irinie oceniając ją
bezczelnie wzrokiem satyra, poczym sięgnął pod kontuar skąd wyciągnął pieczone
kurze udko i wgryzł się w nie łapczywie.
- To będzie dwieście za jeden pokój
– powiedział mlaszcząc i cmokając. – Chyba że dwa osobne mają być, to taniej
mogę policzyć – dodał uśmiechając lubieżnie.
Siergiej bez słowa rzucił na ladę
dwa banknoty. Portier pokiwał głową, skrzywił się, poczym bez słowa wytarł
tłuste palce o koszulkę, schował pieniądze do kieszeni spodni i sięgnął po
klucz.
- Trzysta osiem – powiedział
ponownie sięgając pod ladę, spod której wyciągnął notatnik. – Co szanowni
państwo życzą sobie na kolację?
- Nic – odparli jednocześnie.
- Mamy wyjątkowo wykwintną kuchnię –
zachęcał portier, który w jednej chwili jakby stał się zupełnie inną osobą. –
Zapewniam, że nie ma takiej potrawy, której nie bylibyśmy w stanie sprostać, a
z dużym prawdopodobieństwem, tu wyłącznie przez skromność nie użyłem słowa „z
pewnością”, umiejętności naszego mistrza kuchni przewyższą jakość wszystkich
doświadczeń i doznań podniebienia, jakich tylko kiedykolwiek byli państwo
łaskawi zakosztować. Kuchnie z całego świata, do tego napoje, wina…
- Dziękujemy, ale nie –
bezceremonialnie przerwał Siergiej. – Proszę o klucz.
Portier uprzejmy w momencie ponownie
ustąpił swojej wulgarnej wersji.
- Do południa trzeba opuścić lokal –
rzekł rzucając na ladę klucz. – Cisza nocna do szóstej rano – dodał z
porozumiewawczym mrugnięciem.
- Co za obleśny i wstrętny typ –
powiedziała z obrzydzeniem Irina gdy wspinali się po skrzypiących, wąskich
schodach. Gdyby nie ta cała sytuacja nie zostałabym tu nawet minuty. Może
pojedźmy kawałek dalej – dodała z nadzieją. – Ja mogę poprowadzić, nie jestem
zmęczona, ten typ całkowicie pozbawił mnie ochoty na sen. Nie wiem, czy jestem
w stanie w tym miejscu zmrużyć oko choćby na minutę.
- Rozumiem, skarbie – zgodził się
Siergiej. – Ale zrozum. Tu jest bezpiecznie, a to nasz priorytet. Naprawdę,
uwierz. Jeden obleśny staruch jest niczym w porównaniu z tym, co może czyhać na
nas gdzie indziej. Zaręczam ci, że ten typek już o nas zapomniał, a to dla nas
w tym momencie najważniejsze. Zobaczmy pokój – zakończył wkładając klucz do
zamka.
Pokój mile ich zaskoczył. Szerokie
schludnie zasłane łóżko ze świeżą, puchatą pościelą, przestronna czysta
łazienka, brak kurzu na drewnianych, stylowych meblach, połyskujące polerką
podłogi. Istny kontrast w zestawieniu z niechlujnym portierem.
Niespodziewanie dobre warunki
hotelowe sprawiły, że niechęć Iriny Michałowny nieznacznie osłabła. Po zażyciu
odprężającego prysznica nawet zaczął dopisywać jej humor.
- Może to taka lokalna atrakcja –
rzuciła wycierając włosy miękkim ręcznikiem. – Coś na zasadzie podniesienia
atrakcyjności dania głównego poprzez podanie kiepskiej przystawki.
Oboje byli zmęczeni, ale nerwowy
dzień sprawił, że nie mogli zasnąć. Niespokojne myśli kłębiły się w głowach,
umysł bombardowały pytania pozostające bez odpowiedzi.
- Powiesz mi wreszcie – przerwała
ciszę Irina – dokąd właściwie tak pędzimy?
Nozdrze westchnął i przewrócił się
na bok.
- Mówiłem już przecież, że do The
Bolshoi – odparł wymijająco. – Spróbuj zasnąć. Jutro czeka nas ciężki
dzień. Dobranoc.
- Och, proszę cię – parsknęła
kobieta. – Nie traktuj mnie w ten sposób. Skoro mam w tym uczestniczyć, to
musisz uchylić choć rąbka tej ponurej tajemnicy. Przez tę niewiedzę czuję się
jak zbędny balast.
Siergiej milczał nieugięcie
pochrapując z ścicha. Irina uniosła się na łokciu i pochyliła nad mężem.
- Wiem, że udajesz. – rzekła. – Nie
myśl, że dam ci spokój.
Na potwierdzenie swojej groźby
uszczypnęła go lekko w bok.
- Na litość pańską, kobieto! –
zdenerwował się naukowiec. – Czy ty kiedykolwiek dałaś za wygraną?
- Wiesz, że nie, więc gadaj.
Siergiej usiadł i oparł się o
poduszkę.
- Dobra – powiedział zrezygnowany. –
Ale obiecaj, że jak powiem do kogo jedziemy, to zamkniesz się wreszcie i
pozwolisz mi spać.
- Obiecuję.
- Jedziemy do Wolfa Rozpiżdżły.
- Do Wolfa Roz…? – niemal krzyknęła
Irina. – Tego słynnego boksera?
- Obiecałaś – mruknął Siergiej. –
Dobranoc.
Kobieta był niezwykle ciekawa, ale
obiecała, że da spokój mężowi, więc nie zadawała więcej pytań. Na razie.
Poczeka do rana. Kto by pomyślał. Wolfgang Rozpiżdżło! Nawet na niej, kobiecie,
która przecież specjalnie nie interesowała się boksem i znała ten światek na
tyle, na ile zna go większość żon miłośników pięściarstwa, czyli bardzo
ogólnie, nazwisko to robiło w rażenie. To był mistrz nad mistrzami! A do tego
Rozpiżdżło był mężczyzną niezmiernie przystojnym i inteligentnym, co nieczęsto
szło w parze z zawodem boksera. Nie było co do tego dwóch zdań. Wolfgang
Rozpiżdżło elektryzował kobiety.
Ranek budził się leniwie, ale
Siergiej nie miał problemów ze wstaniem. Nie mogąca doczekać się świtu Irina
najpierw narobiła hałasu przy porannej toalecie, a gdy to nie pomogło
„niechcący” stłukła szklankę.
- Dobra, dobra – mruknął Nozdrze. –
Zaraz wstaję, nie musisz demolować hotelu.
- Pojedziemy do niego do rezydencji?
– zaatakowała pytaniem kobieta.
- Co?
- No, czy pojedziemy do niego do
domu? Do Wolganga?
- Niezupełnie.
- Niezupełnie?
- Proszę, pozwól mi się umyć, ubrać.
Przecież…
- Jak to niezupełnie?
- Myślisz, że do domu mistrza świata
wszechwag można tak po prostu pojechać?
- Ale mówiłeś, że go znasz!
- Nic takiego nie powiedziałem.
- Ale…
Siergiej zamknął kobiecie przed
nosem drzwi łazienki pozostawiając ją miotającą się po pokoju. Załatwił się,
wziął szybki prysznic ignorując dobiegające zza drzwi pytania, ogolił się, umył
zęby i narzucił bieliznę. Gdy wyszedł, Irina czekała już spakowana. Jej nadąsana
mina zdradzała, że jest na niego obrażona. W tym momencie było to dla Siergieja
najmniejsze zmartwienie. Zarzucił na siebie wczorajsze rzeczy i po chwili
opuścili pokój. Po drugiej stronie korytarza stał boy hotelowy z tacą z
parującym aromatyczną kawą dzbanuszkiem i przykrytymi srebrnymi kopułkami
potrawami. Stukał do drzwi prowadząc rozmowę z gościem, który najwyraźniej nie
chciał wpuścić go do środka.
- Liczę do trzech i wyważam drzwi –
krzyknął w końcu pracownik hotelu puszczając do nich porozumiewawcze oko.
Niemal natychmiast drzwi pokoju uchyliły się szybko wpuszczając boya do środka.
- Dziwne miejsce – oceniła Irina. –
Nie chcę więcej tu przyjeżdżać.
- Nie będziesz musiała – obiecał
Siergiej rad, że dziwna scena sprawiła, że kobieta przestała się dąsać.
*
- Zgadza się. Tak jak
ustaliliśmy – powiedział Jurgen von
Harpagan odkładając słuchawkę. – Ja ci, kurwa, pokażę hipotetyczną wersję
zdarzeń – mruknął pod nosem ze złośliwym uśmieszkiem.
- Słucham? – zainteresował się
Alosza Przyszczęce przerywając ćwiczenia na atlasie.
- Nie do ciebie, chłopcze. Ćwicz
dalej.
- Rozkaz!
Zawodnik powróciło do zajęć. Ćwiczył
właśnie na siedząco ze sztangą, którą z nadzwyczajną prędkością raz po raz
wypychał nad głowę do wyprostowania ramion. Trener ukradkiem spojrzał na odczyt
obciążenia. Trzysta dwadzieścia kilogramów. Pokiwał głową ze smutkiem.
- Co się stało trenerze? Mało? Mogę
dołożyć.
Zanim von Harpagan zdołał
zaprotestować, Alosza nie przerywając unosić sztangi jedną ręką, drugą dołożył
po obu jej stronach pięćdziesięciokilogramowe talerze. Jurgen bez słowa opuścił
salę treningową.
Od ostatniej rozmowy z Błonnickim
minęły dwa dni. W tym czasie niewiele się wydarzyło. Alosza trenował
zapamiętale, choć stary trener miał nieodparte wrażenie, że wcale nie musiał
tego robić. Jego zawodnik już jakiś czas temu osiągnął nadludzkie możliwości i
dalsze ich pogłębianie, udoskonalanie, czy szlifowanie nie mieściły się w
granicach pojęcia szkoleniowca. Nie wiedział do czego zmierza, z kim ma do
czynienia i w czym właściwie uczestniczy. Błonnicki go szantażował. Nie było co
do tego najmniejszych wątpliwości. Von Harpagan nie obracał się wprawdzie w
środowisku wojskowych, które było zbyt hermetyczne by dopuszczać do swoich
tajemnic cywilów, ale coś tam słyszał na temat metod szkoleniowych, jakie
stosuje armia w stosunku do swoich żołnierzy. Właśnie. Żołnierzy. A przecież
Przyszczęce żołnierzem nie był. Był tylko utalentowanym, prostym chłopakiem ze
wsi, którym nigdy nie powinna zainteresować się wścibska natura Błonnickiego.
Czego chciał? Przecież nie chodziło o talent Aloszy. Nie on pierwszy miał dobre
wyniki. W dodatku całkiem niedawno mało nie umarł, więc poświęcanie jego osobie
czasu i pompowanie niemałych pieniędzy w jego szkolenie wydawało się Jurgenowi
marnotrawstwem. Przynajmniej z początku. Później dostrzegł ten niecodzienny
talent zawodnika, a potem… Cóż. Potem przekonał się, że nie chodziło tu o
talent, tylko coś w rodzaju eksperymentu. Wiedział, że Alosza nie przyjmuje
żadnych płynów izotonicznych, żadnych anabolicznych odżywek, wzmacniających
zastrzyków, sterydów ani niczego podobnego. Z jednej strony powinno cieszyć, że
bokser rozwija się w zgodzie z własną natura, ale z drugiej dla tak
doświadczonego szkoleniowca wiadomym było, że bez wspomnianych wspomagaczy osiągnięcie
wyników Aloszy było niemożliwe. Z początku i to choć dziwne było też
jednocześnie fascynujące. Aż wreszcie trener zadał sobie pytanie, czy to
możliwe. Próbował za wszelką cenę uargumentować twierdzącą odpowiedź ale
wiedział doskonale, że taka argumentacja nie istnieje. Miał do czynienia z
istotą nienaturalną, z wybrykiem, którym się stała, z tworem genetycznych, jak
przypuszczał, eksperymentów prowadzonych w tajemnicy przed światem w Instytucie
Błonnickiego. Z tworem.
Po ostatniej rozmowie z Rupertem von
Harpagan zamierzał podjąć próbę wymknięcia się z miasta i ucieczkę za granicę,
ale wówczas zadzwonił Siergiej Siemionowicz Nozdrze. Jurgen poznał naukowca
ładnych kilkanaście lat wcześniej na sympozjum poświęconym nekrologii. Wówczas
von Harpagan był jeszcze praktykującym lekarzem, który to zawód traktował nawet
wyżej, niż trenerstwo, a szczególne jego zainteresowania zawodowe skupiały się
właśnie na tej nowatorskiej, dopiero raczkującej dziedzinie nauki. Nekrologia
miała wówczas i ma zresztą do tej pory tyleż zagorzałych zwolenników, co i
zapalczywych przeciwników. Von Harpagana fascynowało w niej przed wszystkim
skupienie uwagi nauki na dających nieograniczone wręcz możliwości funkcjach
regeneracyjnych komórek macierzystych, na których prekursorzy tej gałęzi nauki
opierali swoje teorie. Być może fascynacja sportem i występujące w tej
dziedzinie coraz częstsze tragiczne przypadki zgonów sprawiły, że to właśnie ta
sfera medycyny najbardziej go fascynowała. Regeneracja komórek, tkanek…
Przykładowo, takie zgruchotanie nogi, ręki, czy nawet kręgosłupa przestałoby
przekreślać karierę. Kilka dni rehabilitacji i powrót na bieżnie, boisko, ring…
Gdy dwa dni wstecz wieczorową porą
zadzwonił do niego Siergiej Siemionowicz bardzo się ucieszył. Niestety radość
nie trwała długo. Po krótkiej rozmowie wszystko zaczęło układać się w logiczną
całość. Śmierć bliskiego współpracownika naukowca, aktywność Błonnickiego,
Alosza… Nie zastanawiał się nawet przez chwilę, czym zaskoczył nawet samego
siebie, gdyż nie zwykł podejmować pochopnych decyzji. Zwłaszcza w tak
delikatnych i poważnych sprawach.
Niespełna dwa kwadranse później
siedział już w samochodzie swojego bliskiego współpracownika, zaufanego
masażysty, Stiopy Wywałwadze. Po blisko trzech godzinach szalonej jazdy autostradą
zjechali w boczną drogę i skierowali się ku centralnej części Wybrzeża i po
dalszej godzinie wjechali na rogatki The Bolshoi. Zostały im dwie godziny do
umówionego spotkania z Wolfgangiem Rozpiżdżło i cały następny dzień aby
przekonać go do swojego śmiałego projektu.
Okazało się, że nie potrzebowali aż
tyle czasu. Gdy tylko przy wieczornej kolacji padło nazwisko „Przyszczęce”,
Wolfgang poważnie się ożywił.
- I co z nim? – zapytał głębokim,
niskim głosem. – Chyba nie najlepiej?
- To zależy – odparł ostrożnie stary
trener. – Pod względem fizycznym czuje się lepiej niż kiedykolwiek.
- Doprawdy? Przecież był jedną nogą
na tamtym świecie. Niektóre media podały nawet informację o jego śmierci. Znam
kilku chłopaków, którzy uparcie twierdza, że mieli zaproszenie na stypę po
pogrzebie, ale gdy przyjechali na cmentarz, to okazało się, że chłop nie umarł.
Dziwna historia. I powiadacie, że nie dość, że wznowił treningi, to jeszcze
osiąga dobre wyniki?
- Żeby tam dobre – parsknął
Wywałwadze. – Jak pracuję w tym zawodzie prawie trzydzieści lat, tak nigdy
czegoś takiego nie widziałem.
- Zgadza się – przytaknął Jurgen. –
Nikt nie jest w stanie mu zagrozić.
Wolfgang wyprostował się opierając o
wysokie krzesło i poczekał z komentarzem, aż kelner skończy selekcję właściwych
dla ich zamówienia naczyń i sztućców.
- Nie on pierwszy – rzekł gdy
mężczyzna się oddalił. – Był dobry, nie powiem. Każdy z mistrzów był kiedyś
dobry. I niemalże o każdym, poza kilkoma efektami ustawień, o których nie chcę
wspominać, mówiono, że nie ma na nich przeciwnika. A każdy prędzej, czy później
przegrywał.
- A ty?
- Ja? Ja mam jeszcze czas. Ale chyba
nie przejechaliście takiego szmatu drogi by pogadać ze mną o formie swojego
zawodnika? Jakąż to macie dla mnie propozycję? Rozumiem, że mam wam pomóc
wyszukać godnego przeciwnika w swojej stajni?
- Niezupełnie – odparł Stiopa
zakłopotany.
- Niezupełnie?
- I tak i nie – pomógł mu Jurgen. –
Chodzi nam o ciebie.
- Co?
- Chcemy, żebyś stanął do walki z
Aloszą Przyszczęce.
Wolf uważnie przypatrzył się towarzyszom.
- Żarty sobie robicie, tak? Chcecie
mnie wkręcić w jakiś głupi program?
- Jesteśmy śmiertelnie poważni –
odparł von Harpagan szczególnie naciskając na słowo „śmiertelnie”.
-
Do cholery, Jurgen! Przecież
ten chłopak chodzi w lekko pół! Co ja miałbym z nim niby robić?
- Nic.
- Nic?
- Masz tylko udawać, że chcesz
stoczyć mistrzowski pojedynek z Aloszą. Media, plakaty, afisze, cała ta
nagonka. Trzeba walce dać jak największy rozgłos, a tylko pojedynek z mistrzem
królewskiej daj taką gwarancję.
- Powiedzą, że biorę sobie leszcza,
żeby odbębnić łatwą obronę i zgarnąć kasę. Przecież on waży ze trzydzieści kilo
mniej ode mnie!
- Ważył.
- Ważył?
- No tak. Teraz waży dużo więcej.
- Niby jak? Utył? Nie rozśmieszajcie
mnie.
- Dlatego też jutro przyjeżdża na
spotkanie z nami Siergiej Siemionowicz Nozdrze.
- Ten twój znajomy naukowiec?
- Ten sam.
- I co z nim?
- Wyjaśni ci w szczegółach jak
możliwe jest, że Alosza przybrał na wadze przez kilka miesięcy blisko pół
kwintala.
- Widziałem go parę dni temu w telewizji
podczas treningu – nie dowierzał mistrz. – Wyglądał zupełnie normalnie, jeśli
nie licząc szybkości. Tę miał faktycznie imponującą.
- No właśnie. Tak naprawdę to
ćwiczył tylko na jakieś dziesięć, góra piętnaście procent swoich możliwości.
- Chyba żartujecie? Poruszał się jak
Harold Lloyd na starych taśmach.
- Potrafi dużo szybciej. I bije przy
tym nieprawdopodobnie mocno.
Rozpiżdżło wyraźnie się ożywił,
ironiczny uśmieszek zniknął mu z twarzy.
- Niby jak to możliwe?
- Posłuchaj – Jurgen konspiratorsko
pochylił się nad stolikiem. – Jutro dowiesz się wszystkiego od Siergieja. Póki
co chciałbym też odwołać się do twojej natury biznesmena. Sport sportem, a
rachunki powinny się zgadzać. Wiesz, że brzydzę się ustawianiem walk więc
niczego z tych rzeczy ci nie proponuję. Chodzi tylko o to, by ktoś nie stracił
życia. Jak ty się nie zgodzisz, to w zamian do ringu wyjdzie ktoś, kto już z
niego nie zejdzie. A ty nic nie ryzykujesz. Zorganizujemy medialną nagonkę na
ciebie. Alosza wyzwie cię na pojedynek, ty go początkowo wyśmiejesz, a po tym,
jak prasa posądzi cię o tchórzostwo, przyjmiesz walkę. Błonnicki jest tak pewny
siebie, że przyjmie każdą propozycję. Kontrakt zostanie tak sformułowany, że
mimo iż do pojedynku nigdy nie dojdzie, ty dostaniesz swoje dwadzieścia baniek.
Dostaniesz je z góry, rozumiesz?
Wolf skrzywił się z obrzydzeniem.
- Poczekaj – uprzedził protest
szkoleniowiec. – Zakontraktujemy, że kasa idzie na jakiś charytatywny cel.
Żebyś nie miał wyrzutów sumienia, że bierzesz udział w oszustwie. Oni chcą
twojej zguby. Twojej lub innego zawodnika. Jeśli nam pomożesz, uratujemy życie
jakiemuś chłopakowi i dodatkowo wspomożemy szczytny cel. Nie stracisz nic na
dobrej opinii. Gdy tylko ogłosimy przed przyjęciem pojedynku, że przekazujesz
honorarium na jakiś dom dziecka, opinia publiczna niemal oszaleje na twoim
punkcie. Ale nam nie o to chodzi, nam chodzi o to, żeby wyprowadzić z równowagi
Błonnickiego. Wówczas popełni błąd. A wtedy wkraczamy my.
*
Błonnicki zacierał ręce. Kto by
pomyślał? Wiedział, że von Harpagan ma dobre kontakty, ale nawet w
najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że wybierze akurat Wolfganga
Rozpiżdżło. Gdyby to wiedział, zaoszczędziłby sporo czasu i pieniędzy. Ale
przecież nie to było najważniejsze. Liczył się jego spektakularny sukces na
oczach całego oświata. Pewnie z początku będą go nachodzić jakieś komisje
etyki, ale jak sobie z nimi chwilę po swojemu porozmawia, to i szybko wrócą
skąd przyszły. Gdy wszyscy zobaczą do czego jest zdolny, nic go już nie
powstrzyma. Dostanie fundusze i stworzy całą armię superżołnierzy. Świat ujrzy
jego superwojownika, który nie będzie znał ani strachu, ani bólu, nie będzie
znał litości, nie będzie odczuwał wyrzutów sumienia.
*
W dniu walki Siergiej miał wszystko
zapięte na ostatni guzik. Zgodnie z zapewnieniami Jurgena Rozpiżdżło okazał się
lojalnym współpracownikiem. Mistrz miał prawdziwą duszę sportowca. I był z
niego naprawdę odważny człowiek. Czy mogło być inaczej, skoro zdecydował się
brnąć razem z nimi mimo iż wiedział, że nie ma do czynienia ze zwykłym
przeciwnikiem, tylko posiadającym endoszkielet elektronicznym nieboszczykiem,
nieobliczalnym padlinatorem?
Gruntowne badania jakie Siergiej
przeprowadził potwierdzały, że transformacja jakiej uległ Przyszczęce jest
nieodwracalna i jedynym rozwiązaniem tego szaleństwa jest unicestwienie
cybertrupa zanim ten pod okiem Ruperta przeistoczy się w straszliwą
śmiercionośną bestię. Żeby tego dokonać Nozdrze musi tylko dostać się do szatni
Aloszy. Tylko. Bo wbrew pozorom nie będzie to wcale takie trudne. Zagwarantuje
to Von Harpagan. Bo w końcu kto, jak nie trener ma być ze swoim zawodnikiem tuż
przed walką? Wówczas wystarczy po prostu wymontować bokserowi procesor, tak by
ponownie stał się tylko i wyłącznie elektronicznym nieboszczykiem. Ławrentin miał
rację. Błonnicki musiał wszczepić padlinatorowi czip, bo inaczej nie byłby w
stanie nim manipulować. Ale on nie na darmo był jednym z bardziej
utalentowanych naukowców swoich czasów. Odnalezienie nadajnika nie powinno
nastręczyć mu większego kłopotu. Z pomocą trenera przeprowadzi szybki,
bezbolesny zabieg i wówczas Alosza zgodnie z pragnieniem nieodżałowanego
Podbródka stanie się niegroźnym dla społeczeństwa owocem długich lat pracy
naukowców. Może i Błonnicki miał kontrolę nad padlinatorem, ale to niezawodny
Von Harpagan był jego trenerem i udało mu się znaleźć ze zniewolonym
zawodnikiem wspólny język. Tego bezgranicznie ufny swoim metodom pracy wojskowy
nie przewidział.
Siergiej uśmiechnął się na myśl, że
gdy Przyszczęce nie wyjdzie do ringu po tym jak przez blisko trzy miesiące
szkalował publicznie imię Wolfganga i odgrażał się, że „wyciśnie z niego
wnętrzności przez oczodoły”, wybuchnie skandal. Nie uda się już sprawy
wyciszyć. Tylko nagłośnienie całej sprawy zagwarantuje im nietykalność. Gdyby
spróbowali załatwić Aloszę po cichu, Błonnicki z pewnością ponownie kazałby
wszczepić padlinatorowi implant i poza tym ścigałby ich do końca życia, a tak
będzie skończony i zgnije w więzieniu gdzie powinien już dawno trafić za swoje
zwyrodniałe pomysły. Oczami wyobraźni widział, jak tłum domaga się prawdy, a
wówczas on Siergiej Siemionowicz Nozdrze obnaży przed całym światem zbrodniczy
plan Ruperta Błonnickiego. Ale to nie wszystko. Dzięki temu spektakularnemu
wydarzeniu ludzie poznają również dzieło jego życia. Padlinatora. Tak jest.
Badania otworzyły Siergiejowi oczy na to wiekopomne dzieło, którego dokonanie
odebrało życie jego drogiemu współpracownikowi, Ławrentinowi Siemionowiczowi.
Żeby tylko Podbródek mógł to zobaczyć… Cóż. Nauka wymaga ofiar. Ale on, Siergiej,
dopilnuje, żeby śmierć przyjaciela nie poszła na marne.
Niespełna godzinę przed planowanym
rozpoczęciem walki naukowiec był już w podziemiach wypełnionego po brzegi
stadionu, na którym miał odbyć się pojedynek. Tak jak przypuszczał, obiekt
wręcz roił się od ludzi Błonnickiego. Rupert był profesjonalistą i mimo iż był
pewny swego planu nie pozwalał sobie na niepotrzebne ryzyko. Agenci plątali się
po podziemnych korytarzach pilnując dostępu do szatni Przyszczęce. To akurat
było Siergiejowi na rękę. Dzięki ostrożności Błonnickiego nie było problemów z
reporterami, dziennikarzami i fanami. Po prostu nikogo nie wpuszczano na
poziom, na którym znajdowały się szatnie.
Kryjąc się w schowku na akcesoria
pożarnicze Nozdrze raz jeszcze przeanalizował w myślach plan korytarzy obiektu
i spojrzał na zegarek. Stiopa powinien już być. Mijały kolejne minuty i
Siergiej zaczął się denerwować. Coś musiało pójść nie tak. Po kwadransie
roztrzęsiony opuścił bezpieczne schronienie i ostrożnie ruszył korytarzem w
kierunku szatni Aloszy. Nie uszedł nawet dziesięciu kroków, gdy zza
najbliższego zakrętu wyszło dwóch agentów przebranych za masażystów. Siergiej
znieruchomiał zatrwożony, ale ludzie Ruperta przeszli obok niego nie zwracając
nań uwagi. Byli wyraźnie zaaferowani, co jeszcze mocniej zdenerwowało naukowca.
Przyspieszył kroku. Bez żadnych problemów przeszedł trzy długie korytarze i
dotarł do szatni Aloszy. Drzwi stały szeroko otwarte, w środku nie było nikogo.
Na plecy i czoło wystąpił mu zimny pot. Zaczął biec.
*
Tłum szalał. Anonser przedstawił
zawodników, czemu towarzyszyły gwizdy i wiwaty, z których te pierwsze dostały
się w znaczącej mierze Aloszy, Wolfgang witany był bardziej entuzjastycznie.
Sędzia sprawdził rękawice, powtórzył obowiązujące pięściarzy zasady, zadał bokserom
regulaminowe pytania kontrolne, poczym kazał oddalić się na przepisową
odległość by móc dać sygnał do rozpoczęcia pojedynku. Alosza aż rwał się do
walki, jego ciało drżało, raz po raz z hukiem uderzał o siebie rękawicami.
Twarz wykrzywiał mu wściekły grymas wróżący jego konkurentowi rychłą śmierć,
mięśnie napinały się pod skórą falując i wybrzuszając się jakby coś miało lada
chwila się z nich wylęgnąć. Wolfgang zdawał się być przeciwieństwem
Przyszczęce. Stał spokojnie wyprostowany z rękami uniesionymi w pozycji
klasycznej. Widać było, że jest rozluźniony, pewny swego, ale nie lekceważy
znacznie mniejszego od siebie rywala. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.
Gdy rozbrzmiał gong tłum ryknął, a
zawodnicy ruszyli na siebie jak rozjuszone niedźwiedzie. Chwilę później na
stadionie zapanowała cisza.
*
Siergiej biegł korytarzem w kierunku
wyjścia na stadion. Zanim osiągnął swój cel wpadł na zdążającego w przeciwnym
kierunku Stiopę. Masażysta miał w oczach trwogę.
- Co się stało? – wykrztusił
Siergiej spodziewając się najgorszego, choć sam niezbyt dobrze zdawał sobie
sprawę, co też mogłoby to być.
- Nie udało się – załkał Wywałwadze
i zaniósł się szlochem.
Równie zdenerwowany i wystraszony
naukowiec energicznie potrząsnął mężczyzną kilkakrotnie bez żadnego efektu,
pomijając mlaszczące dźwięki dobywające się z częściowo bezwładnych
niedomkniętych ust Stiopy. W końcu przyłożył mężczyźnie otwartą dłonią w
policzek i poprawił na odlew.
- No mówże człowieku!
- Błonnicki nas załatwił – wyjąkał
cicho, półprzytomnie Wywałwadze. – Razem z Wolfgangiem – dodał i wraz z
wypowiedzeniem imienia sportowca w jego oczach rozbłysła panika. – Załatwili
nas! Oni wszystko od początku ukartowali, a my byliśmy tylko marionetkami!
Gównianymi pionkami na sznurkach!
- Co ty pleciesz, człowieku?
Przecież…
- Rozpizdżło w pierwszej rundzie
wycisnął Aloszy flaki przez oczodoły!
Siergiej puścił przyjaciela i
odsunął się pod przeciwległą ścianę korytarza.
- Co? Jak?
- A skąd ja mam wiedzieć? W życiu
czegoś takiego nie widziałem. Rycząca publiczność w jednej chwili zamarła, Wolf
w mgnieniu oka dopadł Aloszę jedną ręką uniósł w górę za kostki, a drugą
wycisnął go jak dżdżownicę, tyle że przez oczodoły. Potem…
*
- A skąd ja mam wiedzieć? W życiu
czegoś takiego nie widziałem. Rycząca publiczność w jednej chwili zamarła, a
Rozpiżdżło w mgnieniu oka dopadł Aloszę jedną ręką uniósł w górę za kostki, a
drugą wycisnął go jak dżdżownicę, tyle że przez oczodoły. Potem…
Rupert wyłączył głośnik przez który
dobiegał odgłos rozmowy toczącej się w podstadionowych szatniach. Wstał i
wyciągnął dłoń do swojego gościa.
- Dobra robota – powiedział.
- Praca dla pana to zaszczyt –
odparł Ławrentin Aleksiejewicz Podbródek ściskając rękę Błonnickiego.
O5.02.2012r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)