- Wszystkich was wytłukę, sukinsyny! – wrzeszczał mężczyzna. – Żywego mnie nie weźmiecie! Kłamliwe, wredne fiuty!
Skryci za radiowozem funkcjonariusze osłaniali głowy przed kawałkami szkła sypiącymi się z rozbitych okien auta.
- Jasiu! – krzyknął aspirant Koliber nie ryzykując wychylania zza osłony. – Jasiu! Nie wariuj! Poddaj się, zanim będzie za późno! Zaraz będą tu terroryści!
- A pocałujcie mnie w dupę!
Kule zadudniły o maskę. Jeden z policjantów syknął z bólu. Rękaw zaczął szybko nasiąkać krwią.
- Nie ma rady – powiedział Koliber. – Jeśli ma przeżyć, musimy go wziąć sami, zanim przyjedzie ekipa specjalna.
- Ja to pieprzę.
- Ja też.
- Odbiła mu szajba.
Koliber popatrzył po twarzach kolegów, ale w żadnej z nich nie dostrzegł wyrozumiałości, czy współczucia.
- Hej – powiedział. – No co jest z wami? Przecież to nasz kumpel. Stasiek? Ty też?
- A co? – parsknął starszy wiekiem policjant. – Przed chwilą mało cię nie rąbnął. Mam się dać rozwalić temu czubowi tylko dla tego, że piliśmy kiedyś razem wódkę?
Kliber zacisnął zęby. Musiał podjąć szybką decyzję. Bez wsparcia nie ma szans. Odkąd przyjechali na anonimowe wezwanie, funkcjonariusz Jan Kredka, który na tutejszym osiedlu był od ładnych kilku lat dzielnicowym, wystrzelił w ich kierunku z dziesięć magazynków. Z broni automatycznej. Z anonimowego telefonu wynikało, że wewnątrz kamienicy policjant zastrzelił trzy osoby. Początkowo nie dawali wiary zgłoszeniu, ale rzeczywistość zdecydowanie to potwierdziła. Z jakiego powodu to zrobił? Nie wiadomo. Nie chciał z nikim rozmawiać, nawet z nim, mimo iż przyjaźnili się od czasów szkolnych. Nie mógł tego zrozumieć. Było w tym wszystkim coś dziwnego, absurdalnego. Jan nigdy nie był zbytnio religijny, a teraz wykrzykiwał coś o bogu, niesprawiedliwości i powszechnym spisku przeciw niemu. Czy to nie objawy klasycznej paranoi? Manii prześladowczej? Nie znał się za bardzo na psychologii, ale co nico pamiętał z wykładów. Cóż. Mniejsza o nazewnictwo. Najwyraźniej jego wieloletni druh wbrew pozorom okazał się zbyt słaby psychicznie, by podołać tej ciężkiej, stresującej i niebezpiecznej pracy. Tylko czy on teraz mógł tak zostawić przyjaciela? W chorobie? Czy powinien za wszelką cenę zaryzykować i próbować go ratować zanim wpadnie ekipa od takich przypadków, której członkowie nie okazywali sentymentów? Nie mniej zastanawiało go, kto w ogóle wezwał ekipę tych rzeźników? Z tego, co się orientował, to delegowano ich do wyjątkowo trudnych i ważnych przypadków, a tu? Ludzie ginęli przecież co dzień. Może więc to nie zwykła choroba?
- Władek?
Głos kolegi wyrwał go z rozmyślań. Otarł krew z czoła. Na szczęście kula tylko go drasnęła. Spojrzał na starszego policjanta. Stasiek patrzył na niego nie zdradzając żadnych emocji.
- Pieprz go – powiedział. – Masz żonę i dzieci.
Kule ponownie zadudniły o samochód. W tym samym momencie obok bloku zaparkowała czarna, nieoznakowana furgonetka. Boczne drzwi otworzyły się gwałtownie i na zewnątrz wyskoczyło pięć uzbrojonych, zamaskowanych postaci. Dowódca wydał szybkie rozkazy i antyterroryści ruszyli na tyły budynku.
*
Komendant Malina odłożył na stertę dokumentów czytany po raz kolejny raport dotyczący sprawy. Pięć trupów. W tym troje przypadkowych cywili. Sprawcą i zarazem jedną z ofiar, był wzorowy funkcjonariusz, który z niewiadomych przyczyn zaczął strzelać. Zginął listonosz, dwoje sąsiadów i jeden członek patrolu, który przyjął anonimowe zgłoszenie. Sekcja zwłok nie potwierdziła zmian w mózgu policjanta, żadnych śladów alkoholu, narkotyków, czy jakichś innych środków znieczulających lub odurzających. Zeznania świadków nie trzymały się kupy. Malina zwrócił też uwagę na jeden szczegół. W relacjach kilku świadków powtarzał się wątek bożka, o którym wrzeszczał policjant zanim został zastrzelony. Czy to może mieć związek z jego dziwną, zaskakującą postawą? W mieszkaniu zabitego nie znaleziono żadnych religijnych, czy okultystycznych symboli, książek, ani magicznych przedmiotów. Żadnych świętych obrazków i krzyży. Jedynie ten dziwny posążek o czterech twarzach, który leżał teraz na jego biurku w pudełku po butach owinięty gazetą.
Figurka nie dawała mu spokoju. Dla czego w ogóle do niego trafiła? Gdyby nie dziwne rozkazy pewnie w ogóle nie zwróciłby na nią uwagi. Sięgnął do pudełka i ponownie wziął ją do ręki. Cóż. Bez wątpienia piękna robota. Może być też bardzo stara. Niewątpliwie miała też swoją wartość. Ale co poza tym? I skąd w ogóle było wiadomo, że to jakieś bóstwo? Malina zastanawiał się przez chwilę, kto pierwszy w ten sposób określił posążek ale nie bardzo mógł sobie teraz skojarzyć. Nawet nie miał czasu by się bardziej tym przypadkiem zainteresować. Ten sukinsyn Błonnicki kazał mu przekazać sprawę i wszystkie dowody z nią związane. Bez żadnego tłumaczenia. Bez żadnej zwłoki. Bardzo sprytnie i wymijająco wydał mu rozkazy za pośrednictwem tego swojego przemądrzałego przydupasa nazywanego adiutantem, który był największym dupkiem jakiego zdarzyło mu się w życiu spotkać. Cóż był robić. Rozkaz to rozkaz. Ale on nie był głupi. Wiedział, że Błonnickiemu zależy na tej figurce. Inaczej nie wysyłał by swoich pupili. Cóż. Zrobił co mógł. Więcej nie może zwlekać bez narażenia się na sankcje.
Odstawił posążek na szafkę i poszedł do sypialni. Usiadł na łóżku i zdjął okulary. Koniecznie musi się przespać. Postanowił, że nie będzie więcej tracił cennego czasu na jakieś dewocjonalia. Zajmie się bieżącymi, realnymi sprawami, od których ugina się już biurko. Jutro każe zanieść figurkę do znajomego antykwariusza, który często pomagał policji w rozwiązywaniu spraw, od których zalatywało tanią magią i okultyzmem. Tak będzie profesjonalnie. Niech się wypowiedzą tak zwani fachowcy. On ma na głowie ważniejsze sprawy. Co go obchodzi Błonnicki i jakiś jego durny bożek? Kawałek starej gliny?. Może go, co najwyżej, w dupę pocałować.
Położył się, zgasił lampkę i naciągnął kołdrę.
***
Niewielki bochenek wypadł Antoniemu Kalfiorowi z rąk i odbiwszy się od stopy potoczył pod szafę, w której mężczyzna trzymał puste butelki i słoiki na przetwory. Przeklął w duchu. Zawsze irytowały go takie sytuacje. Szedł o każdy zakład, że gdyby chciał specjalnie tak wycelować, to i tysiąc prób byłoby za mało. Z trudem usiadł i zajrzał pod mebel. Częściowo sztywna po paraliżu noga znacznie utrudniała mu tego rodzaju akrobacje. Wstydził się swej ułomności, w związku z czym niezbyt często wychodził z mieszkania. Miał również niewielu przyjaciół, z sąsiadami nie zawierał bliższych znajomości. Wstydził się swojego wyglądu, choć córka zapewniała go, że zupełnie bezzasadnie. Faktycznie, na pierwszy rzut oka nie było widać, że coś mu dolega. Antoni Kalafior był jednakże zupełnie innego zdania. Uważał, że wypadek odebrał mu młodość i postarzał go o kilkanaście lat. Od czasu niefortunnego wydarzenia, w wyniku którego stracił władzę nad lewą nogą i był zmuszony podpierać się laską, był przeczulony na punkcie własnego wieku. Kierowane pod jego adresem epitety „starszy”, czy „sędziwy” każdorazowo przyprawiały go o zawrót głowy. Kiedyś, gdy kilkuletni syn sąsiadki zupełnie bez złośliwości nazwał go „dziadkiem”, niemal zdzielił go zwiniętą w rulon gazetą.
Spróbował wygarnąć zgubę laską. Bezskutecznie.
- Cholera – stęknął.
Chleb spoczywał w ciemnym kącie. Musiał niemal położyć się na podłodze, by dosięgnąć bochenek drewnianą laską. Wygarnął pieczywo, do którego poprzyczepiały się różne paprochy, wąsy kurzu i pajęczyn.
- Olaboga – jęknął ponownie.
Odkąd uległ wypadkowi stał się nieco sceptyczny w sprawach religii, zwłaszcza kleru i kościoła jako instytucji, ale w głębi ducha był człowiekiem bogobojnym i jak większość ludzi starej daty chleb traktował z należytą czcią i szacunkiem. Miał wrażenie, że wyciągając bochenek poczuł obluzowaną deskę podłogi. Mieszkanie było stare, jak i sama kamienica, deski podłogi nie zmieniane od nowości. Ale nie miał powodu do narzekań. Solidna, przedwojenna robota. Kanalizacja się nie psuła, z elektryką też większych problemów nie było. Odkąd wprowadził się do mieszkania musiał wymienić jedynie okna, które nie wytrzymały próby czasu. Podłogi położono porządnie, o czym świadczył fakt, że mimo upływu lat deski nie zmurszały i gdzieniegdzie tylko skrzypiały. Dziwne, że obluzowała się akurat ta pod meblami, która z pewnością była jedną z mniej wyeksploatowanych.
Otarł chleb z nieczystości i zajrzał pod szafę ponownie, ale niczego nie mógł dostrzec. Zaczął znów szperać i pukać w deski po omacku. Już gotów był powstać i przyznać, że jednak mu się wydawało, gdy jego cofająca się dłoń wyczuła lekki uskok. Przez moment mocował się z obluzowaną deską, by po chwili stać już przy oknie i z zaciekawieniem przyglądać się nowemu, niespodziewanemu znalezisku. Trzymał w ręce niewielką figurkę przypominającą, czy może raczej kojarzącą się z miniaturą posągu jakiegoś zapomnianego, starego, pogańskiego bóstwa. Przedstawiona postać siedziała na niewysokim prostokątnym postumencie, miała cztery zwrócone w przeciwnych kierunkach twarze i tyleż par kończyn. Wszystkie miały pogardliwy wyraz twarzy i ramiona skrzyżowane w geście Kozakiewicza.
- Ja cie sunę – ucieszył się podekscytowany Antoni Kalafior. – To jak nic jakiś mityczny bożek. Trzeba będzie coś o tym poczytać.
Opłukał posążek pod letnią wodą i wytarł miękką szmatką. Był w całkiem dobrym stanie, bez pęknięć i wyszczerbień. Zważył go w dłoni. Mimo, iż nie był ciężki, sprawiał wrażenie solidnie wykonanego. Prawdopodobnie zrobiony był z gipsu, gliny, majoliki, porcelany lub fajansu. Antoni przez chwilę zastanawiał się nad tym, ale szybko doszedł do wniosku, że żadnych innych ceramicznych tworzyw raczej już nie zna.
Rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na postawienie figurki. Nigdzie mu za bardzo nie pasowało. Opierając się o laskę pokuśtykał do pokoju, ale po chwili z niego wyszedł z podobnym przeświadczeniem. Rozglądał się przymierzając i wyobrażając sobie różne ustawienia, aż wreszcie jego wzrok spoczął na niewielkiej półeczce w przejściowym korytarzyku. Wydało mu się idealne. Zdjął stojącą na niej ramkę z podobizną papieża i umieścił na jej miejscu figurkę bożka.
- Stąd będziesz miał widok na wszystko – rzekł z zadowoleniem.
Popatrzył na uśmiechniętą twarz głowy Kościoła i poczuł się niezręcznie, jak przyłapany na niewybrednej psocie uczniak. Przeniósł fotografię do pokoju i ustawił na regaliku poniżej zdjęcia żony i córki. Usatysfakcjonowany wrócił do kuchni, włączył radio i zaczął odkrajać z bochenka równe, cienkie kromki. W oczekiwaniu na audycję kulinarną wysłuchał wiadomości porannych.
- Śniadanie – powiedział adresując słowa do widocznego w korytarzyku posążku – to podstawowe danie dnia. Można nie jeść obiadu, kolacji to nawet nie trzeba, a śniadanie to żelazny obowiązek. Inaczej…
- Pocałuj mnie w dupę.
Antoni na chwilę przerwał smarowanie kromki masłem i zaczął kręcić gałką próbując dostroić odbiornik.
- Coś się dzieje z tym cholernym radiem? – rzucił retorycznie. – Jak nie trzeszczy, to gubi fale. Trzeba będzie nowe chyba sobie sprawić.
Przez chwilę słuchał audycji uważnie i zadowolony wrócił do przyrządzania posiłku. Nastawił czajnik i sięgnął po kubek i puszkę z kawą. Zawahał się.
- Co pijemy? – rzucił przez ramię nie oczekując odpowiedzi – Kawę, czy herbatę?
- W dupie to mam.
Tym razem Antoni Kalafior odwrócił się gwałtownie. W radio leciała akurat jakaś piosenka w dosyć współczesnym stylu. Nie przepadał za taką muzyką. Wolał zdecydowanie stare, klasyczne granie. Z charakterem. Z duszą. Uważnie wsłuchał się w tekst. Czy aby dobrze usłyszał? Słuchał wyłącznie tej stacji, bo, jego zdaniem, był to bodaj jedyna rozgłośnia o ogólnokrajowym zasięgu, która nadawała jeszcze audycje przestrzegając zasad dobrego smaku.
- No nie – powiedział rozczarowany. – Jeszcze tego brakuje, żeby mi i tu wcisnęli to barachło.
Piosenka dobiegła końca, ale nie dopatrzył się w jej słowach niczego niestosownego. Prowadzący audycję powrócił do podawania oryginalnych receptur i przepisów gastronomicznych. Antoni zaparzył kawę zbożową, posmarował pieczywo dżemem śliwkowym i usiadł przy nakrytym ceratą stole. Za oknem słońce świeciło już jasno, ulice zaczynały tętnić życiem. Była wczesna godzina, ale Antoni nie lubił długo spać. Szczególnie w niedzielne ranki, kiedy to przed blokiem, w którym mieściło się jego skromne, ale przytulne mieszkanko, ożywiało się niewielkie, dosyć malownicze miejskie targowisko, które w powszednie dni tygodnia przeznaczone było wyłącznie na parking. Antoni Kalafior uwielbiał tkwić w oknie i przyglądać się przekupniom. Zwłaszcza w pierwszych dniach wiosny, tak ciepłych i pięknych, jak ten. No, przyznał w duchu. Może nie tyle przekupniom, co tym wszystkim młodym dziewczętom, które, jakby tylko czekały na te najwcześniejsze symptomy upalnych dni. Widok skąpo ubranych, zdrowych ciał cieszył oko starzejącego się, ułomnego fizycznie mężczyzny.
Przeżuwał wolno kolejne kęsy słodkiej kanapki popijając gorzkawą kawą. Spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Jego stary znajomy handlarz, Karol Karp, powinien już dawno być na miejscu, a tym czasem jego szczęka nie była nawet rozłożona. Nie żeby mu jakoś szczególnie zależało na widoku mężczyzny, ale w drodze na bazar Karol zawsze kupował poranną gazetę, którą osobiście przynosił mu na górę, albo wkładał do spuszczonego przez Antoniego z okna plastikowego koszyka. Powinien być już pół godziny temu. Przez te wszystkie lata odkąd Kalafior był na rencie, a uzbierało się ich już bez mała dwanaście, Karp nie opuścił ani jednego targowiska. Czyżby coś mu się stało? Antoni zaczął się niepokoić. Odczekał jeszcze kwadrans i ruszył do przedpokoju. Zdjął z wiszącego aparatu słuchawkę i z pamięci wykręcił numer handlarza. Odpowiedziała mu głucha cisza. Żadnego sygnału. Cóż. Nie pierwszy to już raz. Aparat był już porządnie wysłużony, starego typu. Od pewnego czasu dosyć często miewał awarie.
Kilkakrotnie nacisnął widełki. Wciąż bez efektu.
- Tylko nie teraz? – mruknął – No ruszże się.
- Pocałuj mnie w dupę.
- Co? Halo? Karol?
Znów głucha cisza w słuchawce.
- Halo!
- Gacie się palą.
- A by was wszyscy diabli!
Antoni trzasnął słuchawką o widełki. Zdenerwowany wrócił do kuchni. Był zły. Już kilkakrotnie zgłaszał w telefonizacji awarię aparatu i akces na jego wymianę w ramach umowy, ale mimo gorliwych obietnic urzędników, nie mógł doczekać się wizyty monterów. Teraz jeszcze stronią sobie z niego żarty. Gorąco sobie obiecał, że jutro z samego rana uda się do nich osobiście i narobi takiej awantury, że przybiegną do niego w podskokach. Uśmiechnął się na samą myśl.
Wyjrzał przez okno. Karol rozkładał właśnie szczękę. Antoni uśmiechnął się szeroko. Pokiwał przez okno, ale jego gest nie został dostrzeżony. Otworzył lufcik.
- Karol! – krzyknął. – Karol!
Handlarz rozejrzał się na boki, po czym jego wzrok odszukał okno Antoniego. Pomachał mu ręką. Kalafior pomachał również i sięgnął po koszyk ze sznurkiem.
- Zaraz sobie poczytamy – rzekł.
- O dupie mamy.
Zdenerwowany mężczyzna ruszył ku odbiornikowi.
- Tego już za wiele – rzekł zaciskając wargi.
Wyłączył radio i od razu poczuł się lepiej. Dopił kawę i wypłukał kubek.
- Antek!
Wychylił się prze lufcik. Karol stał pod oknem kiwając mu ręką.
- Zejdź na dół – krzyknął. – Dziś zostaje moja Helka, a ja jadę po towar. Nie masz ochoty na wycieczkę?
Antoni uwielbiał jeździć autem. Zwłaszcza w towarzystwie Karola. Hurtownia, z której korzystał handlarz znajdowała się nieopodal jeziora, które trzeba było objechać dookoła, przez las i malownicze podgórze. To była obecnie bodaj ulubiona forma rozrywki kalekiego mężczyzny. Zwłaszcza w tak piękny dzień wycieczka jawiła się wyjątkowo kolorowo. Nie trzeba było mu więc dwa razy powtarzać.
Narzucił płaszcz, wsunął buty i po kilku minutach był już na zewnątrz.
*
Gdy Karp odstawił go z powrotem, na dworze panował już mrok. Okazało się, że tym razem Karol realizował ekstra zamówienie i dodatkowo musieli więc zrobić kilka kursów zahaczając również o oddaloną o kilkadziesiąt mil miejscowość, gdzie prężnie prosperowała giełda spożywcza, na której spędzili kilka ładnych godzin sprzedając przywieziony towar. Antoni był ledwo żywy, ale zadowolony. Lubił czuć się potrzebny. Ponadto po długiej zimie pooddychać ciepłym, rześkim powietrzem to był czysta rozkosz. Co prawda trochę zmarzł, bo nie był przygotowany na tak długą wyprawę, a o tej porze roku dni były ciepłe, ale wieczory jeszcze chłodne. A ściemniło się tak gwałtownie i niespodziewanie, jakby mrok tylko czyhał, by móc znienacka napaść i zastąpić jasny dzień.
Antoni pstryknął przełącznik światła, ale w przedpokoju nadal panowała ciemność.
- Cholera – mruknął. – Do dupy te dzisiejsze żarówki.
Zostawiając uchylone drzwi, tak aby do mieszkania wpadało światło z klatki schodowej, ruszył ku kuchni.
- Stary pierdoła.
Zatrzymał się i szybko cofnął. Ktoś był na korytarzu. O złodzieja dzisiaj nie trudno. Zamknął drzwi i stojąc w ciemności zaczął uważnie lustrować klatkę schodową przez wizjer. Niczego nie dostrzegł. Odwrócił się i odczekał, aż oczy przywykną do mroku, po czym ostrożnie skierował się do korytarzyka. Zaczął wymacywać laską po ścianie w poszukiwaniu przełącznika światła od lampki przy lustrze. Dawała niewiele światła, ale lepsze to niż nic. Nie mógł go odnaleźć. Spróbował ręką. Zamiast na przełącznik natrafił na dziurę w ścianie i wystające z niej kable. Poczuł mocne szarpnięcie i swąd palonych włosów, coś jednocześnie błysnęło jasnoniebiesko, rozświetlając na chwilę wnętrze mieszkania, rozganiając czające się zewsząd cienie. Odrzucony poleciał na przeciwległą ścianę i boleśnie łupnął w nią głową i plecami.
*
Obudziło go dosyć głośno, jak na tę porę, nastawione radio. Otworzył oczy. Leżał na boku w poprzek korytarza. W głowie mu huczało, czuł ból w niemal każdym zakamarku ciała. Najbardziej jednak doskwierała mu ręka i plecy. Przez chwilę zastanawiał się, co takiego się stało. Prąd. Kopnął go prąd. Musiało być jakieś zwarcie przy przełączniku.
Otaczała go nieprzenikniona ciemność. Nawet z kuchni nie docierała choćby odrobina światła ulicznych latarni, które zawsze irytowało go nocą. Wówczas zaciągał zasłony. Teraz byłby wdzięczny za tę odrobinę blasku. Ciemność go dziwiła. Nie pamiętał, by zasłaniał okno przed wyjściem. Z resztą. Jakie to ma znaczenie. Pewnie to zrobił opuszczając mieszkanie w pośpiechu. I zapomniał wyłączyć radio. Nie. Gdy wrócił wieczorem, z pewnością nie grało. Zapewne samo się włączyło w wyniku zwarcia. Nie był przekonany, czy to możliwe, ale uznał, że to jedyne racjonalne wytłumaczenie.
Głos z radia poinformował, że właśnie minęła godzina pierwsza. A więc przeleżał na podłodze prawie trzy godziny. Głos z radia nazwał go starym pierdołą. A więc…
- Co jest u licha? – westchnął mocno podirytowany.
- Stara kicha – zawtórował głos.
Antoni czuł, jak wzbiera w nim fala gniewu. Potrząsnął głową odganiając resztki nocnych majaków i skupił się na falach eteru. Z radia sączyła się spokojna, przyjemna muzyka. Widać mu się zdawało. Zaczął macać dłońmi podłogę w poszukiwaniu laski. Na próżno. W końcu, dzięki podciągnięciu na klamce drzwi od łazienki, z trudem udało mu się wstać. Wolno zgiął i rozprostował ramiona, skręcił się w pasie. Wydawało się, że nie doznał większych obrażeń. Jedynie ręka była nieco odrętwiona i łupało go w krzyżu. Opierając się o ścianę ruszył do kuchni. Dotknięta paraliżem noga nie pozwalała na szybkie przemieszczanie, a brak laski każdy krok czynił niebezpiecznym. Ostrożnie odszukał włącznik światła i przekręcił go bez przekonania. I słusznie. Ciemność nie ustąpiła. Krok, po kroku posuwał się ku oknu. Przy kuchence powinny być zapałki. Zatrzymał się i zaczął szukać, macając dłońmi powierzchnię szafek. Znalazł je szybciej, niż się spodziewał. A jednak szczęście zupełnie go nie opuściło. Wyjął zapałkę i potarł o draskę. Zachrobotała, ale nie zapłonęła. Podobnie następna. Dziwne. Pudełko było suche. Nie rozumiał, co może być przyczyną niepowodzenia. Podsunął pudełko pod nos i poczuł ostry swąd spalenizny. Przeklął w duchu i ruszył dalej. W szufladzie kuchennego stołu była latarka. Wysunął przed siebie drżącą dłoń, ale nie mógł go wymacać. Bał się puścić szafkę, która dawała mu oparcie. Zaczął się mocno pocić. Dawało o sobie znać ciśnienie. Otarł czoło. Jeśli nie ma zamiaru spędzić w ten sposób reszty nocy, powinien coś zrobić. Odetchnął głęboko i dał krok w kierunku, gdzie spodziewał się odnaleźć stół. Kuchnia nie była duża, powinny wystarczyć trzy kroki. Nie miał się czego przytrzymać, niesprawną nogę musiał przesuwać przy pomocy rąk.
Nagle radio huknęło wściekle głośno jakąś szatańską muzyką. Antoni aż zamarł prostując się ze strachu. Wówczas grunt wyślizgnął mu się spod nóg. Po raz kolejny tej nocy poleciał na podłogę. Na szczęście nie uderzył o nic głową, ani nic nie złamał. Biorąc pod uwagę prześladującego go dzisiaj pecha, było to i tak dosyć duże pocieszenie. Podczołgał się do stołu. Na podłodze wymacał dużą tłustą kałużę. Powąchał. Oliwa z oliwek. Skąd się wzięła? Pewnie przewróciła się butelka potrącona, gdy jak ślepiec wymacywał zapałek. Dowlókł się do stołu i odszukał szufladę. Z ulgą wyjął latarkę. Pstryknął i… No i oczywiście nic. Załkał. Radio wyło niemiłosiernie.
- Pocałuj mnie w dupę! – ryczało – Ty stary pierdoło! Nasram ci na czoło! Pocałuj mnie w dupę! Dupa, dupa, dupa, dupa, chuj!
- O Jezu…
Po omacku podpełzł do ściany i wyszarpnął z gniazdka kabel sieciowy.
- Wsadź sobie w dupę petardę! – nadal wył wściekle głos – Na fajfusie zawiąż kokardę!
- O matko kochana…
- Wsadź jej w dupę banana!
Radio nadal grało. Kalafior dopiero teraz zastanowił się, jak to możliwe. Przecież w mieszkaniu nie było prądu. Opętańczy głos dalej wykrzykiwał obsceniczne, obraźliwe teksty, które rozsadzały mu głowę. Mężczyzna szarpnął za kabel i odbiornik spadł z hukiem na podłogę. Trzasnęło, zgrzytnęło, ale grać nie przestało. Uniósł je ponad głowę i z całych sił trzasnął o ścianę. Musiał źle ocenić kierunek i przypadkowo trafić w półkę ze szklankami i kubkami, bo zamiast wyjącego radia słyszał teraz łomot lecących na podłogę i tłukących się z brzdękiem naczyń. Po chwili jednak zapanowała błoga cisza. Odetchnął opierając się o nogę od stołu. Czy to mu się śniło? Czy rwetes jakiego narobił nie powinien pobudzić sąsiadów? Która mogła być godzina? Najdalej wpół do drugiej.
Nagle wyczuł czyjąś obecność. Żadnego ruchu, żadnego głosu. Po prostu świadomość, że nie jest sam. I że ten ktoś z pewnością nie jest mu życzliwy. Próbował przeniknąć ciemność, ale nie był w stanie dostrzec nawet własnej dłoni wyciągniętej przed siebie.
- Jest tam kto? – zapytał niepewnie.
Nie było słychać nic, poza cykaniem zegara i jego niespokojnym oddechem.
Mijały kolejne minuty i nic się nie działo. Mimo to przeświadczenie czyjejś obecności nie chciało go opuścić. Pełznąc po podłodze przesunął się do okna, sięgnął w górę, chwycił rąbek zasłony i mocno szarpnął. Usłyszał trzask puszczających, metalowych żabek i dartej tkaniny. Blask latarni wdarł się przez okno rozświetlając mroczne wnętrze kuchni i przedpokoju. Przez ułamek sekundy zdawało mu się, że zewsząd otaczają go wykrzywione szyderstwem twarze, które wraz ze światłem zniknęły, jakby coś gwałtownie wyssało je na zewnątrz wraz z uciekającą ciemnością. Niemalże w tej samej chwili, ledwie mózg zdążył przetworzyć obrazy, które do niego dotarły, usłyszał nad głową kolejny trzask i w głowie eksplodował silny ładunek, już drugi tej nocy.
*
Gdy otworzył oczy, w mieszkaniu było całkiem jasno. Za oknem w pełni rozwinął się już nowy, słoneczny dzień, powodując, że wspomnienia ostatniej nocy wydawały się mało realne. Antoni siedział na podłodze oparty bokiem o kaloryfer. Coś ograniczało pole widzenia jednego oka. Dotknął twarzy. Niezbyt jeszcze mocno zakrzepła krew. Miał rozbity łuk brwiowy i rozcięcie na skroni, czoło spuchnięte. Skóra na ręce ściemniała, pokrywające ją włosy cuchnęły spalenizną. Jęknął przeciągle i rozejrzał się po kuchni. Pomieszczenie wyglądało, jak jakaś melina po całonocnej imprezie. Podłogę pokrywały porozrzucane i potłuczone butelki, słoiki i naczynia, rozmazane plamy i smugi oliwy wymieszane z jego własną krwią, porozrzucane, spalone zapałki, elementy roztrzaskanego radia, skołtunione zasłony, kawałki tynku, ziemia z rozbitej doniczki. W poprzek kuchni, oparty o szafkę spoczywał karnisz, który odrywając się wraz z hakami mocującymi do ściany, najpierw musiał trafić w jego głowę, pozbawiając przy okazji przytomności, potem jeszcze dodatkowo zawadził o drzwiczki szafy, z której wyleciały butelki i słoiki.
Podniósł się ostrożnie. W ścianie nad oknem widniały duże dziury po umocowaniach karnisza, parapet i podłogę zaścielała warstwa farby ściennej, pyłu i ziemi, z której ledwo zdążyły wykiełkować zalążki pomidorów.
- O matko – jęknął.
Omijając tłuste plamy wyszedł na korytarz. Laska leżała wzdłuż ściany. Po chwili poczuł się pewniej, opierając się na wysłużonej, drewnianej podporze. Wszedł do łazienki, obmył twarz i zdezynfekował rany. Wbrew obawom nie były groźne, ale z ostrożności nad okiem założył niewielki, jałowy opatrunek. Dochodziła dziewiąta rano. Nocne wydarzenia sprawiły, że nie czuł się najlepiej zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Wczorajszego dnia obiecał sobie, że pójdzie z samego rana do telefonizacji, ale pobojowisko, jakie miał przed oczami zmieniło jego priorytety. Zabrał się za sprzątanie. Karnisza samemu raczej nie zainstaluje, trzeba będzie powiercić nowe otwory, wejść na stół, lub parapet. W jego stanie nie było to możliwe. Ale pozostałe szkody mógł spokojnie uprzątnąć. Pozbierał szkło, nie bez trudu zmył plamy, zamiótł tynk i ziemię. Zdziwiło go, że pudełko z zapałkami jest pełne, ale zawiera same zużyte już sztuki. Co dziwniejsze, upalone były same łebki, jakby ktoś zdmuchnął płomień dosłownie chwilę, po zapaleniu. Wyrzucił opakowanie do kubła ze śmieciami. Nie miał teraz głowy do rozwiązywania takich zagadek. Rozłożył na stole części rozbitego radia. Obudowa była strzaskana, ale głośnik i cała reszta sprawiały całkiem dobre wrażenie. Był na siebie zły, że tak gwałtownie zareagował. W ogóle był wściekły, że dał ponieść się takiej furii. I przez co? Przez głupi brak światła. Postanowił, że po południu podrepcze do Felka Anody, elektryka mieszkającego dwa piętra nad nim. Może on coś poradzi. W przeciwnym razie będzie musiał kupić nowe. O ile bez telewizora jakoś był w stanie sobie poradzić, to bez radia życia sobie nie wyobrażał.
Kończył zmywanie podłogi, gdy w mieszkaniu rozbrzmiał sygnał dzwonka.
- Kogo tam diabli niosą z rana – mruknął do siebie niezadowolony.
Spojrzał przez judasza. Na klatce stał uśmiechnięty mężczyzna w granatowym uniformie i w czapce z daszkiem.
- O co chodzi? – zapytał.
- Jestem facio, co ci dogodzi.
Antoni Kalafior uważniej przyjrzał się mężczyźnie. Musiał się przesłyszeć. W takich okolicznościach, słowa które usłyszał były przecież niedorzeczne.
Mężczyzna nadal się uśmiechał, po raz kolejny naciskając dzwonek. Wydawał się jakiś taki dziwny, podejrzany. Antoni nie potrafił ocenić, co było w nim nie tak, ale mimo to nie miał ochoty go wpuszczać. Z drugiej jednak strony był ciekaw, z czym przybywa.
- Halo! – powiedział głośno nieznajomy stukając energicznie do drzwi. – Panie Kalafior! Jest pan tam? Jestem z telefonii. W sprawie awarii.
Antoni podskoczył. A to ci niespodzianka. Już miał otworzyć, gdy przypomniał sobie różne programy telewizyjne, audycje radiowe i prasowe felietony o przestępcach podszywających się pod inkasentów i innych pracowników administracyjnych, którzy wykorzystując naiwność ludzką dokonywali włamań i innych o wiele bardziej makabrycznych zbrodni. Zabezpieczył drzwi łańcuchem i uchylił wejście.
- Ma pan jakieś dokumenty? – spytał.
- No, mam – odparł mężczyzna. – Pewnie, że mam. Ale z pana cham. Przecież sam zgłaszał pan awarię bodaj trzykrotnie.
- Słucham? Że co proszę?
- Z dokumentów wynika, że zgłaszał pan awarię – rzekł nieznajomy otwierając przerzuconą przez ramię torbę. – Skąd miałbym o tym wiedzieć, gdybym nie był z telefonii – dodał podając mu przez szparę legitymację.
- Nie o to chodzi – powiedział Antoni. – Jak mnie pan nazwał?
- Stary wał. Nijak pana nie nazywałem – odrzekł mężczyzna. – Powiedziałem tylko, że w sprawie awarii przychodzę.
Kalafior spojrzał na dokumenty. Zwyczajna legitymacja służbowa pracownika Zakładu Łączności i Telefonizacji wystawiona na nazwisko Tobiasz Manierka, monter – elektryk, kopia jego zgłoszeń i listów reklamacyjnych, zlecenie usługi. Wszystko wyglądało w porządku.
- Załóż sobie okulary, stary pierdzielu.
Antoni spojrzał na montera. Dalej stał uśmiechnięty, choć na jego twarzy znać już było pierwsze oznaki niecierpliwości.
- Pan sobie robi ze mnie żarty? – rzucił ostro Kalafior. – Zaręczam, że wcale nie są śmieszne. Lepiej niech pan uważa, bo mogę złożyć skargę do biura. Wszystkim, cholera, coś się w głowy robi od tej demokracji i prywatyzacji. Myśli pan, że jak jestem inwalida, to można sobie ze mnie dworować i robić podśmichujki?
Mężczyzna spoważniał zwężając usta.
- O co panu chodzi?
- Dobrze pan wie!
Monter westchnął wyraźnie tracąc humor.
- To kopia pana reklamacji – powiedział. – Zlecenie na usługę i moja legitymacja. Nie widzę w tym żadnych podstaw do pańskich pretensji względem mojej osoby. Nie ma w tym również nic zabawnego. Chyba, że chodzi panu o moje imię i nazwisko. Podłe, stare flecisko. Niektórych to bawi, ale gwarantuję, że są one równie normalne, jak szereg innych i noszę je z dumą – przestąpił z nogi na nogę. – Chce pan, żebym obejrzał ten telefon, czy nie?
Kalafior wahał się, ale otworzył drzwi. Czuł kotłujące się w nim emocje. W końcu dokumenty były w porządku. Jeśli teraz odeśle elektryka, znów będzie musiał czekać miesiąc na kolejną interwencję. Nie był pewien czy czasem nie ma jakichś omamów słuchowych, bo przecież słowa jakie słyszał nie powinny paść w tych okolicznościach. To pewnie efekt uderzenia w głowę, zmęczenia i niewyspania. Musi się wziąć w garść.
Otworzył drzwi.
- Niech pan wchodzi i bierze się do roboty – powiedział.
Tobiasz Manierka wszedł domieszkania i od razu ruszył do telefonu.
- Stary rupieć – powiedział.
- Że co proszę?
- Mówię, że stary rupieć – powtórzył elektryk.
- I otóż właśnie! – krzyknął mocno podenerwowany już Antoni. – Myślisz pan, że to takie śmieszne? Ależ z pana bezczelny typ!
- Nie miałem nic złego na myśli – odparł zdziwiony i również już nieco zły Tobiasz Manierka.
- Nazwanie schorowanego człowieka starym rupieciem, to według pana nic złego? Obyś pan, nie musiał przechodzić tego co ja. Ciekawe, jak sam byś pan wyglądał. Kupa śmiechu!
- Ale ja nie miałem na myśli pana – odparł elektryk. – Tylko pański telefon, stary durniu.
Antoni popatrzył na młodego mężczyzną silnie purpurowiejąc na twarzy. Zanim zdążył się odezwać, monter dodał.
- Powiem panu, że ja osobiście, mam bardzo duży szacunek dla ludzi, których życie doświadczyło, dla starych, dla chorych. Ja w ogóle lubię ludzi. Cieszę się, gdy mogę sprawić im przyjemność, pomóc.
Antoni wypuścił powietrze ze świstem.
- Bierz się pan do roboty – powiedział i pokuśtykał do pokoju.
Usiadł ciężko na wersalce i opadł na miękkie oparcie układając nogę na wyściełanej pluszem podpórce. Słyszał jak Tobiasz Manierka rozkręca aparat, na przemian podgwizdując i nucąc jakąś nieznaną mu, wesołą piosenkę. Rozejrzał się po pokoju. Na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na fotografii przedstawiającej dwie kobiety. Jedną była jego ukochana żona, niestety już nieboszczka, drugą córka, która od kilku lat mieszkała za granicą. Widywał ją raz w roku na święta. Była miłą, zaradną dziewczyną. Uśmiechnął się.
- Niezłe dupy. Stara już pewnie sztywna, ale i tak obie bym wyruchał, jak złoto.
- Coś pan powiedział? – krzyknął z niedowierzaniem Kalafior zrywając się z wersalki.
W progu stał uśmiechnięty Manierka, trzymając w rękach niemalże zabytkowy już aparat telefoniczny.
- Nie ma się co denerwować – powiedział. – Założyłem panu nowiutki aparat.
- Że kto jest stary? – fuknął przez zęby Antoni zaciskając pięści. – Że co byś pan zrobił?
- Mówię tylko, że aparat jest już stary i zużyty, rozlatuje się od wewnątrz. Pocałuj mnie w dupę. Niech pan spojrzy, części nie trzymają się kupy. Ale to naprawdę stara, piękna robocizna. Może pan jak złoto sprzedać go w sklepie z antykami. Dostanie pan za niego…
- Kpisz pan ze mnie? – Antoni wolno postąpił o krok.
- Mówię poważnie. Za taki aparat, pryku, może pan dostać co najmniej tyle, co za trzy takie nowoczesne.
- Zostaw pan swoje dane i wynocha – wycedził purpurowy ze złości Kalafior.
Żałował, że nie miał werwy i energii sprzed wypadku. Oj policzył by się wówczas z tym bezczelnym chamem!
Monter popatrzył na niego zdziwiony.
- Tylko panu radzę – rzekł urażony. – Zrobi pan, co chce.
- Idź pan już w pizdu!
- Dobra już, dobra. Kultury trochę, człowieku.
Mężczyzna zostawił na stoliku wizytówkę i wyszedł.
- Do widzenia – powiedział na odchodne. – Było miło, stara cioto.
Zanim zamknął drzwi, Antoni nie wytrzymał, dopadł ich i otworzył z wściekłością, aż z hukiem trzasnęły o ścianę.
- Sam jesteś pan ciota! – wrzasnął na cały głos wychodząc na klatkę – Pedał, lachociąg, dupodajca! Ruchają cię w dupę wszyscy w tej waszej wszawej, zasranej telekomunikacji!
Tobiasz zamarł w bezruchu przyglądając się rozjuszonemu, czerwonemu ze złości starszemu mężczyźnie. Za jego plecami otworzyły się drzwi i w wejściu ukazała się nieco przysadzista postać sąsiadki, Waldemary Mol, a po chwili zza jej nogi z zaciekawieniem wyjrzał około dziesięcioletni chłopczyk, Józef Mol.
- A co to za wrzaski? O co chodzi? – zapytała patrząc na montera. – Znowu naprzykrza się panu ten stary, niedorozwinięty pierdziel?
Kalafior najpierw pobladł jak kreda, potem zrobił się purpurowy niczym dojrzałe gronowe wino. Tego było za wiele. A córka zawsze mu się dziwi, że nie chce zaprzyjaźnić się z sąsiadami. Jak tu utrzymywać kontakty z takimi ludźmi! I skąd oni w ogóle się biorą! Może to przez to, że jest taki cichy i mało konfliktowy? Widać w obecnych czasach kultura nie była już zaletą i tylko utrudniała i komplikowała życie.
Odłożył na bok konwenanse, nabrał tchu i ryknął na całe gardło.
- A wypieprzaj pani stąd! Oboje wypieprzajcie! Złożę na was skargę o pomówienia, o obrażanie! Pójdziecie pod sąd!
Zarówno Waldemara jak i Tobiasz zamilkli wobec niespodziewanego, nagłego ataku i wpatrywali się w Antoniego z rozdziawionymi ustami.
Uradowany sukcesem mężczyzna postąpił krok naprzód.
- Co tak wytrzeszczacie te świńskie gały? – dodał zadziornie.
Dopiero teraz dostrzegł Józefa i zrobiło mu się trochę nieswojo. Może trochę zbyt ostro ich zaatakował. Z drugiej jednak strony, nie mógł być przecież obojętny na takie obelgi. Spojrzał na dziecko zmieszany, ale zanim zdążył się odezwać, chłopiec z wcale nie wystraszoną miną zerknął na matkę i rzekł piskliwym głosem:
- Mamusiu? Czy ten pan, to jest ta stara parówa, o której mówił tatuś?
- Tak syneczku – odparła kobieta przyklękając i biorąc twarz chłopca w dłonie. – Przecież tatuś ma zawsze rację. Ten pan jest starą, obleśną i śmierdzącą ciotą, kochanie.
Wszyscy troje patrzyli na Antoniego z niesmakiem, wręcz odrazą. Tobiasz Manierka cofnął się kilka kroków i stanął obok kobiety.
- Niech się pan uspokoi i zostanie lepiej w domu – powiedział. – Wezwiemy zaraz karetkę, przyjedzie lekarz, dostanie pan leki.
- W dupę sobie pan wsadź leki! – ryknął Kalafior niebezpiecznie unosząc laskę.
- A ten znowu swoje – szepnęła Mol półgębkiem, z ironicznym uśmieszkiem. – Stary, obleśny świntuch.
Kobieta przybierając niemal natychmiast dobrotliwy, troskliwy wyraz twarzy dodała głośniej:
- Panie Antoni, spokojnie. Czy stało się coś złego? Czy coś z pana córką?
- Właśnie – podchwycił monter. – Ta zdzira pewnie ciągnie gdzieś pod mostem druta jakiemuś murzynowi, wredna dziwka. Nie ma co. Wrodziła się do mamusi, starego kurwiszona. Cała rodzina udana. Ojciec lachociąg, matka dziwka, to i córeczka też daje dupy na lewo prawo. Pieprzony slums i patologia.
Wybuchli szyderczym śmiechem wytykając Antoniego palcami. Śmiał się nawet chłopczyk, trzymając się rękami za brzuch. Ściskając kurczowo laskę mężczyzna czuł, jak krew falami uderza mu do głowy. Nie rozumiał całej tej absurdalnej sytuacji. Co się dzieje? Przecież sąsiadka, mimo, że osoba wcale mu nie bliska, zwykle była miłą, uczynną kobietą, zaś chłopczyk dobrze wychowanym dzieckiem. Pracownika telefonii nigdy wcześniej nie widział na oczy, więc jego wrogość tym bardziej nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia. Ale cóż. Takie czasy. Można polegać wyłącznie na sobie. Ci obcy mu ludzie potwornie szydzili i ubliżali nie tylko jemu, ale przede wszystkim jego ukochanym dziewczynkom. Toż to nie tyle zniewaga, co wręcz obrazoburstwo. Nie może puścić płazem takiej niegodziwości. Poczuł, jak wstępują w niego nadludzkie niemal siły. Zacisnął zęby i skoczył przed siebie. Nie spodziewał się, że ma w sobie tyle energii, nie podejrzewał się również o taką szybkość i refleks. Zanim zdążył zastanowić się nad tym, co robi, jego laska wylądowała na wykrzywionych szyderczym uśmiechem ustach Tobiasza Manierki rozcinając je w poprzek i poprawił rękojeścią przez czoło.
- Ja wam pokażę, wy! – krzyczał z wściekłości parskając pienistą śliną.– Precz mi z oczu wszarze! Degeneraci!
Cała trójka oszczerców zniknęła w mieszkaniu sąsiadki zatrzaskując i ryglując wejście.
- Jeszcze wam się dobiorę do dupy, komuniści! – krzyczał waląc laską w drzwi. – Nie ujdzie wam to na sucho, szmaciarze!
Dysząc wrócił do swojego mieszkania. Usiadł przy kuchennym stole nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. To jakaś paranoja. Otworzył lodówkę i wyjął owocową nalewkę. Nalał niewielki kieliszek i przyjrzał się klarownemu, gęstemu płynowi. Czuł, jak krew niepokojąco pulsuje mu w skroniach, niemal ich nie rozrywając. Musi jak najszybciej się uspokoić, ciśnienie niebezpiecznie mu skoczyło. Roztropnie odstawił kieliszek i sięgnął do szuflady z lekarstwami. Drążącymi palcami wyłuskał z listka tabletkę relanium i szybko połknął, popijając szklanką wody. Niedługo się uspokoi. Byle się już nie denerwować.
Wstał i przeszedł do pokoju, na wersalkę. Zanim usiadł, usłyszał.
- Ale z ciebie stara pierdoła.
Spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos. Korytarzyk był pusty. Na raz, ku jego zaskoczeniu, na półce poruszył się posążek, który wczoraj znalazł pod szafą. Bożek uśmiechał się szyderczo.
- No wreszcie raczyłeś zwrócić na mnie uwagę, stary głupcze.
Mężczyzna podszedł bliżej i z niedowierzaniem zaczął przyglądać się figurce.
- No i cóż się tak gapisz?
Usta bożka wyraźnie się poruszały. Ku zdziwieniu Antoniego czterogłowa postać postukała się maleńkimi palcami we wszystkie czoła.
- Dawno już się tak nie ubawiłem – dodał zaśmiewając się złośliwie.
Mężczyzna wyciągnął rękę, chwycił posążek za dolną część i natychmiast puścił figurkę odskakując przestraszony. Figurka nie była twarda i chłodna, jak wtedy, gdy ją znalazł. Sprawiała wrażenie żywej istoty.
- O – rzekł posążek. – Tak lepiej. Nie wyciągaj do mnie łap, bo karzę im uschnąć.
Mężczyzna czuł łomotanie w głowie i sercu. To nie mogło dziać się naprawdę. Zamachnął się laską i skierował ją w kierunku półki. Zanim dotarła do celu, jakaś tajemnicza siła wyrwała mu ją z rąk i cisnęła w głąb pokoju.
- Następnym razem roztrzaskam ci ją na łbie – parsknął bożek.
Antoni oparł się o ścianę i patrzył z niedowierzaniem.
- Co ty? Kto ty jesteś? – wyjąkał.
Wszystkie cztery główki przybrały mądre i dumne wyrazy twarzy. Dzięki długim, niemal jak u smoka szyjom, mogły jednocześnie patrzyć na mężczyznę. Parsknęły kiwając się idealnie zsynchronizowane. Naraz cztery ciemnożółte, prawie czerwone oczy oderwały się od siebie. Antoni z rozdziawionymi ustami obserwował, jak z małego postumentu wstają kolejno cztery postaci. Dwie stanęły obok siebie wpatrując się w niego, jedna zaczęła swobodnie przechadzać się wzdłuż półki, ostatnia zaś położyła się i zaczęła robić pompki.
- Och, mam wiele, wiele imion.
Mężczyzna miał wrażenie, że słowa wydobywały się ze wszystkich ust jednocześnie, a zarazem głosy nie nakładały się na siebie. Stanowiły groteskową jedność, jakby każdy z osobna wypowiadał tylko część zdania, które idealnie płynnie łączyły się w jedną zamkniętą, niewzruszoną całość. Głos na przemian dobiegał albo zewsząd, albo z konkretnych miejsc w mieszkaniu, z pokoju, kuchni, łazienki, lub też bezpośrednio z maleńkich ust.
- Ale najlepiej lubię – brzmiał wszędobylski tym razem głos – gdy nazywają mnie Pocałujmniewdupę – zakończyły dwie pary ust.
Antoni nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
- Co? – wybełkotał. – To jakiś horrendalna, filmowa mistyfikacja. Co to jest do cholery? Ukryta kamera?
- A to czemu?
- Czemu? – Antoni zaśmiał się nerwowo. – Czemu dziwi mnie, że mówi do mnie gipsowy posążek? Że wyzywała mnie od pedałów sąsiadka? Że jej dziesięcioletni syn powiedział na mnie ciota, że nie wspomnę już, co wygadywał ten zupełnie obcy mi facet z telefonii? – parsknął siadając na trzyżeberkowym kaloryferze – I, do jasnej, cholery jak można mieć na imię Pocałujmniewdupę?
Słysząc własne pytanie mężczyzna ponownie parsknął. To nie może przecież dziać się na prawdę. Dotknął czoła. Rana była realna.
- A jak można mieć na imię Antoni? – odparł Pocałujmniewdupę.
- To normalne, męskie imię – powiedział Kalafior.
- Tak jak Pocałujmniewdupę jest normalnym imieniem boskim.
- Boskim? – Antoni parsknął zniesmaczony. – Nigdy o takim nie słyszałem. Nawet w durnych filmach.
- A o jakim słyszałeś? Do jakiego boga się modlisz?
- Nie będę z tobą o tym gadał – parsknął Antoni.
- Odpowiedz.
Głos dobiegł zewsząd przytłaczając mężczyznę, niemalże wgniatając go w podłogę. Poczuł się jak liliput, nad którym zawisła obuta w ciężki chodak stopa.
- Do żadnego – wyszeptał drżącymi wargami i poczuł się jeszcze mniejszy. – Do Jezusa Chrystusa – dodał szybko i poczuł, że słowa te dodały mu otuchy.
- To jedno z moich imion.
- Toż to bluźnierstwo.
- Bluźnierstwo? Co ty możesz o nim wiedzieć? – żachnął się bożek.
Wszystkie jego wcielenia usiadły teraz obok siebie spuszczając nogi z półki i wesoło nimi dyndając.
- Mówię prawdę. Ludzie często się do mnie w ten sposób zwracają. Ale ja nie lubię tego imienia. I tego wcielenia. Ludzie wolą wtedy widzieć mnie smutnego, cierpiącego i płaczącego, a moją podobiznę przybijają do drewnianego krzyża. To chore. Już wolę być łysym, uśmiechniętym tłuściochem. Ale najbardziej lubię beztrosko posiedzieć na pniaku i być tym – tu wskazał na siebie – bytem pierwotnym. To dziwne, ale teraz mało kto już widzi mnie w ten sposób. Za to jest coraz więcej naśladowców mojej właściwej natury. Niedługo wszyscy będą nosić imię Pocałujmniewdupę, tyle, że inaczej określane, a krzyże spłoną, albo co najwyżej trafią do szuflad lub muzeów.
Antoni wpatrywał się w moralizujące dziwadło, drwiące z religii jego ojców.
- To jaka jest w takim razie ta twoja natura? – zapytał.
- Jeszcze nie wiesz? – Pocałujmniewdupę parsknął na cztery strony świata. – Nie dziwne, że twoje modły nigdy do mnie nie trafiały. Jesteś ślepy i zbyt głupi. Ale nie martw się. Zaraz się przekonasz. Twoje uświadamianie zacznie się dokładnie za dwadzieścia siedem sekund. To ile z tego zrozumiesz, jakie wyciągniesz wnioski, zależy już tylko i wyłącznie od ciebie. Ja nie będę się wtrącał. Znikam. I pamiętaj. Módl się do tego, który może przynieść ci radość i ukojenie tu i teraz, a nie jakieś tam odkupienie jak już będziesz sztywny. A tymczasem możesz mnie co najwyżej pocałować w dupę.
Wszystkie cztery wcielenia małego boga zachichotały szyderczo i złośliwie, wstały, ukłoniły się z gracją i usiadły na postumencie. Antoni sięgnął ku figurce, ale w tym samym momencie usłyszał stukanie do drzwi.
- Pocałuj mnie w dupę! – krzyknął donośnie Pocałujmniewdupę głosem Antoniego i znieruchomiał przybierając wygląd taki, jak wtedy, gdy mężczyzna ujrzał go po raz pierwszy.
Jak w transie podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer. Sąsiadka. Pewnie przyszła przeprosić. Po tym co mu powiedziała, nie miał ochoty z nią rozmawiać. Może jej co najwyżej powiedzieć, żeby poszła w cholerę. Albo może powinien kopnąć ją w dupę?
Otworzył drzwi zamaszyście.
- Niech mi pani…
Zza pleców kobiety niespodziewanie wyskoczyło dwóch barczystych mężczyzn w białych fartuchach. Przycisnęli go do ściany i szybko obezwładnili. Poczuł ukłucie igły.
- Co jest! – krzyknął. – O co chodzi?.
Szybko przenieśli go do pokoju i położyli na wersalce. Po chwili w mieszkaniu znalazło się kolejne dwie osoby w białych kitlach, a prócz nich dzielnicowy, sąsiadka i monter. Na widok tego ostatniego usta Antoniego ściągnęły się groźnie.
- O proszę! – parsknął. – Widzę mamy cały komplet! Won stąd, chamie, bo nie ręczę za siebie!
- I znowu – rzekł Tobiasz Manierka załamanym głosem. – Czy ja naprawdę muszę tego wysłuchiwać?
- Było nie wygadywać tych wszystkich świństw o mojej rodzinie! – nie ustępował Antoni. – Teraz będzie udawał świętoszka! Najlepiej niech go pan od razu aresztuje, panie Kredka – dodał zwracając się do policjanta.
Po chwili Kalafior zaczął odczuwać działanie zastrzyku. Relanium też zrobiło swoje. Przestał się szamotać i leżał spokojnie pod czujnym okiem sanitariuszy.
- No proszę – powiedział wchodząc do pokoju jeden z ubranych na biało mężczyzn. – Niech pani na chwilę pozwoli, pani doktor.
Kobieta wyszła. Antoni słyszał ich przyciszone głosy dobiegające z kuchni.
- Relanium, alkohol, na szafce ślady krwi, dziury w ścianach, kubeł pełen ziemi i tynku. Widać, że się starał, ale posprzątał nieudolnie. Pewnie nie zdążył. Nie wiem, co tu się działo, ale nie wygląda to dobrze. Cholera wie, co tu jeszcze znajdziemy. Lepiej niech się tym zajmie policja. Trzeba go zabrać.
Antoni poczuł nagle, że znalazł się w niewesołej sytuacji.
- Co? – krzyknął szarpiąc się. – Gdzie zabrać? Kogo? Mnie?
Sanitariusze doskoczyli do niego, zanim zdążył wstać.
- Puśćcie mnie! – krzyknął próbując się ponownie wyrwać, ale jego organizm był zbyt mocno osłabiony, by mógł stawić opór silnym ramionom sanitariuszy. Zwiotczał i zwrócił się do dzielnicowego. – Panie Kredka! Przecież pan mnie zna. Ja nigdy niczego złego nie zrobiłem. Nich pan im powie, na litość boską. To ten monter! Jego zabierzcie! Za to co wygadywał o mojej żonie i córce!
Tobiasz Manierka pokiwał głową zrezygnowany.
- I ją zabierzcie! – dodał wskazując brodą w kierunku sąsiadki. – Niby taka pobożna, a takie paskudztwa wygaduje. To pewnie ona włamała się do mojego mieszkania i podrzuciła mi to dziadostwo!
Sanitariusze mimo protestów bez większych problemów założyli Antoniemu biały kaftan bezpieczeństwa.
- Jakie znowu dziadostwo? Jakie włamanie? – zainteresował się policjant.
- Tego cholernego bożka! – krzyknął spoglądając w kierunku pułki. – Od niego wszystko się zaczęło! Niby skąd się wziął? Z nieba spadł?
Kredka podszedł do ściany i wziął do ręki posążek.
- O to chodzi?
- Lepiej niech pan tego nie dotyka – ostrzegł Kalafior.
- A to niby czemu?
- Z nim nie ma żartów.
Lekarze wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie zrobili tego jednak na tyle dyskretnie, by nie dostrzegł tego Antoni.
- Co wy sobie myślicie? – krzyknął piekląc się.
Patrzył kolejno na wszystkie spoglądające na niego w milczeniu twarze. W żadnej z nich nie dostrzegł bratniej duszy. Co najwyżej litość, ale też nie za dużo.
Szarpnął się mocniej, ale bezskutecznie. Pielęgniarze unieśli go bez trudu i zaczęli wlec do drzwi.
- Nie! – krzyknął. – Zostawcie mnie! Nic mi nie jest. Jestem zdrowy!
Mijając dzielnicowego spojrzał na trzymany w jego ręce posążek.
- Ty mały sukinsynu! – parsknął. – Nie daruję ci tego! Przysięgam!
- A ode mnie co pan znowu chce? – zapytał zdziwiony Kredka.
- Nie do pana mówię! – żachnął się Antoni.
- To do kogo?
- Do tego małego bydlaka! – parsknął. – To wszystko przez niego. No odezwij się mały uzurpatorze!
Sanitariusze szybko doprowadzili szamoczącego się do czekającej na dole karetki. Antoni do końca walczył.
- Sami go spytajcie! – wrzeszczał. – Ma na imię Pocałujmniewdupę! To szczera prawda, jak Boga kocham! Pocałujmniewdupę! Bydlak ma czelność twierdzić, że jest Jezusem Chrystusem!
Pogotowie odjechało z włączoną syreną. Dzielnicowy Kredka zamknął mieszkanie Antoniego, spisał zeznania i podziękował Waldemarze Mol. Tobiasz Manierka odszedł ze spuszczoną głową.
Policjant rozejrzał się po mieszkaniu. Jego wzrok spoczął na posążku. Ciekawa robota. Idealnie pasowałby na jego biurko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz