przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


poniedziałek, 19 grudnia 2016

Bajka o Koszarku Koszmarku

Koszarek Koszmarek wcale nie był krasnoludkiem. Ba! Nie miał w sobie absolutnie nic z krasnoludka. Nawet najmniejszej, najdrobniejszej, malusieńkiej cząsteczki. Co prawda kawał chłopa z niego też nie był, ale przecież to nie czyniło go krasnoludkiem.
Koszarek nie znosił, gdy ktoś choćby napomknął o jego domniemanej krasnoludkowej proweniencji. Potrafił wówczas wpaść w prawdziwą wściekłość.
- Spieprzaj ciołku – powiedział kiedyś do listonosza, gdy ten pozwolił sobie wobec niego na niewybredny dowcip słowny. – Jeszcze jeden taki tekst, a dupsko ci rozszarpię!
Innym razem w analogicznych okolicznościach oberwało się sklepikarzowi z osiedlowego zieleniaka.
- Jeszcze jedno takie słowo – zagroził mu Koszmarek – a wrócisz do domu z dupą na plecach.
Kominiarzowi zaś oznajmił: – Powiedz coś jeszcze, a na miesiąc pożegnasz się z dupskiem.
A mleczarzowi rzekł: – Jeszcze raz, a będziesz się spotykał ze swoją dupą raz do roku, jak pójdziesz jej zapalić znicze na zaduszki.
Nie trwało długo, zanim w podobny sposób obrażona została znaczna większość mieszkańców Przyporcia. Sytuacja ta sprawiła, że społeczność przestała spoglądać na Koszarka z dotychczasową życzliwością i wyrozumiałością. Dosyć szybko serdeczność zastąpiła niechęć, niekiedy przeradzająca się w jawną wrogość. Przestano zastanawiać się, co w zachowaniu mieszkańców może tak bardzo irytować i denerwować Koszmarka i w efekcie prowadzić do jego furiackich reakcji. Dociekanie przyczyn powstawania niezręcznych i nieprzyjemnych sytuacji w postawie mieszkańców zaczęło zastępować coraz częstszym upatrywaniem ich w osobie samego Koszarka. Wreszcie postanowiono zwołać walne spotkanie mieszkańców osiedla i raz na zawsze rozwiązać problem zachowania Koszarka. On sam również został zaproszony, ale z zaproszenia nie skorzystał.
- A radźcie sobie sami, konfidenci – parsknął do dzielnicowego, który przedstawił mu porządek obrad. – Możecie mnie, co najwyżej, w dupsko pocałować.
Na spotkaniu byli zatem obecni wszyscy, poza samym Koszmarkiem. Chwilę trwało, nim licznie przybyli usadowili się w ciasnej sali osiedlowej świetlicy.
Dzielnicowy niezwłocznie rozpoczął obrady.
- Zebraliśmy się tu w celu ustalenia przyczyn obscenicznego zachowania jednego z członków naszej małej społeczności. Oczywiście chodzi o Koszarka Koszmarka, niestety z własnego wyboru nieobecnego na dzisiejszym spotkaniu. Czy ktoś ma jakieś pomysły?
Po zebranych przetoczył się szmer niezdecydowania.
- Wszystko jedno co – zachęcał dzielnicowy – byle ruszyć z dyskusją.
Pierwszy rękę uniósł listonosz.
- Mnie to się wydaje – powiedział – że on jest trochę nie tego.
Tłumek zabuczał.
- Nie tego? – prowadzący zebranie zdawał się nie do końca rozumieć opinię. – Że ma pomieszane we łbie?
Listonosz skrzywił się niezdecydowany.
- Bo ja wiem? Chyba tak. Chociaż… Mnie to się wydaje, że on jest… no wiecie… Cieplak.
- Że homoseksualista, w sensie? – upewnił się dzielnicowy. – Gej?
- W sensie, że pedał.
Zgromadzeni zaszurali butami o pokrytą gumolitem podłogę.
- To możliwe! – krzyknął kominiarz. – Przecież on każdemu z nas zagrażał, że zrobi mu coś z dupą! Pedał jak nic!
- I tylko chłopom się odgrażał – dołączyła stara Korpikiewiczowa, żona mleczarza. – Żadnej babie nie chciał nic z dupą robić! Że też wcześniej na to nie wpadliśmy.
- Zaraz, zaraz – powiedział policjant. – Jeszcze niczego nie przesądziliśmy. Konus jest z niego przecież i to nie za bardzo wyględny, to i może nieśmiały w gadce do kobitek. A nie od razu, że…
- Pedał! – krzyknął podnosząc się z krzesła proboszcz. – Hańbi dobre imię mieszkańców tej parafii!
Jednoznaczna deklaracja duchownego ośmieliła zebranych i podziałała na nich mobilizująco.
- A to sukinsyn! – powiedział mleczarz. – Że też takie coś mieszka wśród nas. Jeszcze gotów wszystkich pozarażać!
- W imię ojca i syna…
- Biada nam!
Coraz częstsze głosy dobiegały z sali, tłum falował, buczał i szemrał z każdą chwilą mocniej i bardziej radykalnie.
- A to mały wredny kutas! – darł się młodociany pomocnik szewca. – To ja się nad nim litowałem, a on zwyczajnie chciał mnie wychędożyć!
- Co za pomysł? – nie ustępował w wątpliwościach funkcjonariusz.
- No tak! Nie dalej jak trzy dni temu odbierał takie stare wysłużone sandały. Widać, że lata świetności już za sobą miały dawno, skóra powyciągana, podeszwa rozklepana. To ja go zapytałem, czy nie są na niego za wielkie, za luźne i czy by nie chciał poskracać tych pasków... O matko, jak na mnie naskoczył! To znaczy, tak wtedy myślałem, że się obraził, że myśli, że chcę go na koszt dodatkowy narazić, czy coś… A on mnie po prostu podrywał!
- Co ci powiedział?
- Co mi powiedział? A że mi zaraz zasadzi takiego kopa, że mi się przedziałek na dupsku wypoziomuje i nie będę mógł zjeżdżać dupą po poręczy.
- Po poręczy! – krzyknął ksiądz. – A w dodatku „dupsko” i „dupa” w jednym zdaniu! Toż to niezbity dowód! A to ścierwo! Nasienie Szatana!
Dzielnicowy lekko się skrzywił.
- No bez przesady…
- Ludzie! – proboszcz wyszedł na środek sali skupiając na sobie spojrzenia zebranych. – Nie możemy pozwolić by diabeł zagościł w naszych domach! Chrońmy nasze dzieci! Kobiety! Miejcie na uwadze bezpieczeństwo swoich mężów, ojców, synów, wnuków! Zaklinam was! W imię Chrystusa! Powstrzymajmy zło zanim będzie za późno!
- Ale – próbował interweniować funkcjonariusz. – To chyba zbyt pochopne oskarżenia, przecież nawet…
- Milcz! – storpedował go ksiądz. – Nie bądź adwokatem diabła! Bądź rycerzem Jezusa! – wyrzucił w górę ramiona w błagalnym geście. – Ludzie! Wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi! Bądźmy też jego armią! Walczmy, by Szatan nie dziesiątkował naszych szeregów szerząc weneryczną zarazę! Plugawiąc i bezczeszcząc kulturę i wiarę naszych pradziadów!
Dzielnicowy z lękiem spojrzał na zgromadzonych. Po zaciętych wyrazach twarzy wywnioskował, że słowa duchownego zrobiły oczekiwane wrażenie. Samosąd wisiał w powietrzu. Bez względu na swoje przekonania, jako stróż prawa nie mógł na to pozwolić.
- Co zatem chce ksiądz zrobić? – zapytał. – Jakie są propozycje? – zwrócił się do audytorium.
Mieszkańcy międlili w ustach słowa, które wydymały im wargi i policzki, ale nikt nie potrafił wyartykułować swoich myśli.
- Módlcie się! – przyszedł im w sukurs duchowny. – Módlcie się, a mądrość rychło spłynie do waszych serc i oczyści myśli.
Wszyscy, jak na komendę, spuścili głowy mamrocząc liturgię.
Funkcjonariusz chciał odwołać się do rozumu, ale wobec jednolitej postawy zebranych pod wyraźną batutą duchownego, nie chciał wywołać zgoła odwrotnego skutku. Milczał bacznie obserwując zebranych i czekając na dalszy rozwój wypadków.
- Ludzie! – zawołał proboszcz. – W naszej modlitwie skierowaliśmy do Boga pytanie, co mamy zrobić, by zażegnać problemowi, jaki spadł na naszą społeczność. Nie martwcie się. Biblia zna takie przypadki i potrafi sobie z nimi radzić. Sodomia to śmiertelny i straszny grzech. Można zwalczyć go tylko w jeden sposób. I wy go znacie!
Mieszkańcy wpatrywali się w księdza z mieszaniną zrozumienia i strachu. Nikt nie odważył się zabrać głosu, wyrazić woli za całą społeczność.
- Zanim ktoś coś powie – wtrącił dzielnicowy – zanim zrobimy coś, od czego nie będzie już odwrotu, pozwólcie, że zrobimy małe podsumowanie. Zebraliśmy się tu, by rozwiązać problem polegający na wulgarnym zachowaniu jednego z członków naszej społeczności. Otóż…
- Nigdy! – krzyknął mleczarz. – On nie jest i nigdy nie był jednym z nas!
- Pewnie, że nie – zawtórował mu kominiarz. – Przecież to pedał!
- Pedał!
- Zwierzę!
- Bestia!
- Antychryst!
Policjant próbował słownie zapanować nad coraz mocniej falującym tłumem, ale jego argumentacja za każdym razem zostawała zbita i zmiażdżona zanim udało mu się do końca wysłowić. Przewodzący mieszkańcom duchowny gorliwie podlewał kiełkujące pnącza niechęci szybko przeradzające się w nienawiść, którą od samosądu dzieliła już tylko bardzo cienka granica.
Wreszcie dzielnicowy nie wytrzymał.
- Dosyć tego! – ryknął uderzając pięścią w blat biurka. – Nie macie prawa! Nawet nie pozwoliliście na obronę oczernianego tymi wyssanymi z palca kalumniami i pomówieniami!
- Wyssanymi z palca? – podchwycił ksiądz. – Synu! Bój się Boga! – przeżegnał się gorliwie i ponownie zwrócił do tłumu. – Czyście słyszeli? Właśnie tego się obawiałem! Szatan powoli rzuca swoje pęta na kolejnych nieszczęśników! Biada nam! Jak tu stoję zaklinam was! Koszarek Koszmarek to uosobienie diabła! Ten podstępny nikczemnych rozmiarów sodomita to prawdziwy Lucyfer! Dzień sądu jest bliski! Nie możemy stać bezczynnie, gdy Bóg nas wzywa pod swoją buławę! Nie możemy pozwolić, by bestia rozlała w naszych domach zło, czyniąc z nas bierne sługi i wcielając w szeregi swych legionów!
Krzesła zaczęły mocniej szurać o podłogę, ludzie przekrzykiwali się wzajemnie zagrzewając i przekonując do podjęcia działań. Padały różne propozycje, jedne mniej, inne bardziej radykalne i drastyczne, ale żadna nie została przyjęta z wyraźniejszym entuzjazmem niż inne. Wszyscy byli zgodni tylko co do jednego: należy natychmiast pozbyć się dzielnicowego.
- Precz – wyraził wolę tłumu piekarz. – Nie jesteś już dla nas przedstawicielem prawa. Jesteś zarażony!
- Tak jest!
- Wynocha!
Zanim funkcjonariusz zdołał przedstawić swoje racje został wypchnięty za drzwi.
- Co teraz? – pytania zgromadzonych połączyły się w jedność i spadły na barki duchownego, który dzielnie dźwigał ich brzemię szukając odpowiedzi.
- Uciszcie się! – krzyknął.
Gdy społeczność w miarę się uspokoiła proboszcz z politowaniem popatrzył na jej poszczególne elementy.
- Biblia nakazuje nam modlitwę – powiedział. – Wiara uczy wybaczania, nadstawiania drugiego policzka. Ale przecież pismo święte to nie kodeks drogowy! Nie spis zakazów i nakazów! Pismo uczy nas czytania między wierszami, dzięki czemu w porę jesteśmy w stanie rozpoznać macki diabła. I tak jest też tym, razem. A przecież nie możemy biernie przyglądać się, jak te macki sięgają po naszych bliskich! Jak po kolei, tocząc chorobę, miażdżą nas wszystkich! I w tym miejscu ja was pytam! Co należy zrobić z diabelską macką?
- Odrąbać! – ryknął bez zastanowienia piekarz.
- Odrąbać! Odrąbać! – zgodnie zawtórował tłum.
Ksiądz pokiwał głową ze smutkiem.
- Moi kochani – rzekł. – Wiem, że każdy z was ma czyste serce i szczerą, utuloną w wierze duszę. Każdy z was widział też pewnie dżdżownicę, mam rację?
Mamrot jaki przebiegł po tłuszczy zawierał w sobie wyraźny ładunek aprobaty.
- A jak taką dżdżownicę przeciąć na pół – kontynuował kleryk – to co się stanie? Sczeźnie?
- Nie! Polezą dalej dwie! – krzyknął gorliwie kominiarz. – Ludzie! Biada nam! Trza nam go zatłuc! Za mną kto ma Boga w sercu! Zabić pedała!
Szmery, szuranie i buczenie zyskały na intensywności.
- Spokojnie, spokojnie – interweniował ksiądz. – Sprawa nie jest łatwa, ale z pomocą Chrystusa Pana pokonamy tę przeszkodę.
- Zrobimy co trzeba! – zawołał tłum. – Prowadź nas!
Duchowny delikatnie wygładził sutannę i popatrzył na zebranych przeszklonym wzrokiem.
- Powiedzcie sami – rzekł. – Czy stalą można wygnać diabła? Albo kulami? Granatami (J)? Czołgami?
- Nie da się!
- Otóż to. Diabelskie macki kłębią się jak oślizłe węże w rojowisku rozpusty i nierządu. Na miejsce każdej odrąbanej wyrastają dwie, ze zmiażdżonej kiełkują nowe, każda rana to źródło kolejnych szatańskich strumieni plugawej cieczy. Na szczęście Kościół od setek lat potrafi radzić sobie z takimi przypadkami. Jako ostatni bastion niepokalanej wiary walczy z demonami i wszelkimi innymi sługami Szatana. Tak jest, moi kochani. Jedynie całkowita eliminacja daje pewność, że zło zostanie zniszczone. Nadszedł czas wskrzesić inkwizycję!
Natchnioną przemowę przerwał skrzypliwy jazgot gwałtownie otwieranych drzwi.
- Hola, hola! – powiedział dzielnicowy. – Czy kogoś tu aby nie poniosło?
Policjant stanął w progu w towarzystwie dwóch mundurowych.
- Nie przeszkadzaj w sądzie bożym!
- Precz z antychrystem!
Funkcjonariusz nie widząc innego sposobu zapanowania nad rozsierdzoną gawiedzią, dobył służbowej broni i wypalił po dwakroć w powietrze. Odniósł tym oczekiwany skutek.
- Przysłuchiwaliśmy się ostatnim słowom wielebnego – powiedział. – Nie znam się na biblii, ale wiem jedno. Kule z mojego pistoletu na pewno działają. Gwarantuję również, że krnąbrni dotkliwie poczują na swojej skórze pałki moich podkomendnych. Czy to jest jasne?
Tłum znów zaszemrał, lecz w zupełnie innej, mniej wojowniczej tonacji.
- Doskonale. Szybko zatem podsumuję. Zebraliście się tu, żeby wyjaśnić zachowanie jednego z mieszkańców. Nie minęła godzina, a już obwołaliście go antychrystem i chcecie spalić go na stosie. Zgadza się?
- Zgadza – przyznał ksiądz. – Mamy powody!
- Powody?
- To pedał.
- Nie o to chodzi. Do orzeczenia o karze potrzebne są nie powody, ale dowody. I to niezbite. A wy tu bazujecie wyłącznie na pomówieniach i domysłach. I to mocno naciąganych. Ktoś coś słyszał, ktoś coś komuś powiedział, temu się zdawało, innemu wydawało. Słowa, słowa i tylko słowa. A czyny?
- Naciąganych? – twarz proboszcza poczerwieniała jak jądra borsuka w czasie rui. – Pomówieniach? Czynów ci brak? Przecież my mamy niezbite dowody jego winy! Dowody! Czy władzę też już opętał diabeł, że tego nie widzi?
- Jakież to dowody?
Zebrani szurali, buczeli, mamrotali, chrząkali i świszczeli, ale nikt nie odważył się przytoczyć konkretnego przykładu.
- No słucham?! – promieniał dzielnicowy.
Milczenie niezręcznie się przedłużało i gdy już zdawało się, że problem uległ samorozwiązaniu, z głębi sali dobiegł nieśmiały, ale mocno podekscytowany głos pomocnika szewca: – On wie! On wie! – krzyknął młodzian wskazując kogoś w kłębiącej się ciżbie. – Dajcie mu tylko powiedzieć!
- A któż to taki? – powiedzieli jednocześnie proboszcz i dzielnicowy.
- Stolarczyk!
- Stolarczyk? No to dalej! Przepuście go do przodu – zaordynował ksiądz. – Niech mówi.
Na środek wyszedł ze spuszczoną głową cherubinkowy młodzieniec. Chwilę przestępował z nogi na nogę, ale nie dał rady wydobyć z siebie głosu.
- Mów – zachęcił dzielnicowy. – Gwarantuję ci ochronę i bezpieczeństwo.
- Bóg ci sprzyja – dodał proboszcz.
Chłopiec uniósł brwi i przetoczył po zebranych smutnym, zawstydzonym spojrzeniem.
- Uszczypał mnie w dupę – szepnął tak cicho, że ledwie usłyszeli go najbliżsi.
- Co? – zadrżał ksiądz. – Coś ty powiedział? To niemożliwe! Ludzie! Hańba! Nie dość, że mamy wśród nas sodomitę, to na dodatek zwyrodniałego gwałciciela!
- Ale co on powiedział? – domagali się zgromadzeni. – Co powiedział?!
- Powtórz głośno – nakazał funkcjonariusz. – Głośno i wyraźnie. – Spojrzawszy z wyrzutem na księdza dodał: – Najlepiej pełnym zdaniem, żeby nie było niedomówień.
- Koszarek Koszmarek uszczypał mnie w dupę na szkolnej akademii – powiedział młodzieniec. – Aż krzyknąłem z bólu.
- Słyszeliście! Hańba! I co pan na to? – naskoczył na policjanta kleryk.
Dzielnicowy lekko pobladł.
- No cóż – stwierdził. – To stawia sprawcę w nieco innym świetle.
- Ha! – triumfował proboszcz. – To pan myśli, że my tu tak szafujemy ludzkim życiem dla zabawy? My tu chcemy zaradzić tragedii! A pan nam przeszkadza swoimi skostniałymi poglądami! Ale niech będzie! Nie jesteśmy przecież jakimiś fanatykami. Nawrócimy niedowiarków faktami, a nie demagogią i pustosłowiem! Dalej kochani! Podzielcie się z bliźnimi swymi traumatycznymi przeżyciami! Oczyśćcie swoje dusze jak na świętej spowiedzi!
Przez najbliższe minuty na środek wychodzili kolejni parafianie przedstawiając niezbite dowody winy Koszarka Koszmarka.
- Jak pożyczyłem mu kiedyś rower – powiedział syn organisty – to on się do mnie lubieżnie uśmiechnął i ogładził dłonią siodełko.
- O!
- Kiedyś widziałem przez okno – relacjonował sklepikarz z zieleniaka – jak wąchał kupę na trawniku. Ale była chyba psia, to nie wiem, czy się liczy!
- O! O! Jeszcze w dodatku zoofil! Hańba!
- Dał mojemu wnuniowi klapsa i cieszył się przy tym jak diabli! – parsknęła stara Korpikiewiczowa spluwając na podłogę.
- Upadł na dupę, potem potarł się po niej i przy tym się uśmiechnął!
- Powiedział do wychowawczyni „Mam to w dupie” i zawył z rozkoszy!
- Nazwałem go kiedyś dupkiem i wcale się nie obraził!
- Patrzy wszystkim kolegom na dupy!
- Drapał się po dupie w kościele!
- Siada na dupie gdzie popadnie!
Relacje zaczęły zlewać się w jeden słowotok, na środek pchali się kolejni prelegenci. Wyglądało na to, że każdy zna jakieś niepodważalne fakty potwierdzające winę Koszmarka, jak się rychło okazało – osiedlowego niegodziwca.
Dzielnicowy stracił wszystkie argumenty. Mało tego. Sam sobie przypomniał, jak któregoś wieczora przyłapał Koszarka na gorącym uczynku piszącego kredą na ścianie klatki schodowej słowo „dupę” w połączeniu z kilku innymi, w tym „policji”. Wówczas jego uwagę przykuło występujące w napisanym zdaniu i zdające się być o wiele gorszym w wydźwięku słowo „chuj”. Teraz zrozumiał swój błąd i zadrżał. Gdyby wówczas prawidłowo ocenił sytuację, zdławiłby problem w zarzewiu. Nie miał wyboru. Mógł swoje winy odkupić tylko w jeden sposób.
- Połamcie wszystkie krzesła i ławy, przynieście kanister z radiowozu – zaordynował. – A wy dwaj za mną.
- Na stos! Na stos! Na stos! – niosło się za policjantami, gdy znikali pomiędzy kamienicami.
 
A z tej bajki morał taki:
Czy krasnoludkiem być źle?
Czy pedałem może?
To dylemat, w którym
Bóg nie dopomoże.