przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


wtorek, 22 marca 2011

Przeklęty Tonny Pifpaf

W saloonie zaległa niemal absolutna, na wskroś przesycona trwogą cisza. Wszyscy przerwali to, co w danym momencie czynili i bez ruchu wpatrywali się rozświetlone dobiegającymi z zewnątrz słonecznymi promieniami wejście. A jeszcze przed momentem wszystko było takie proste. Lała się poślednia whisky i takiejż jakości piwo, pianista zaiwaniał skoczne melodie, kobiety piszczały, mężczyźni pokrzykiwali grając w karty, oglądając tancerki, lub też po prostu dyskutując o codzienności, czyli w tym przypadku, pędzeniu bydła, cenach koni i uprzęży, Indianach i coraz to nowych falach napływających ze wschodu farmerów. Ot, zwykła szara, ale i w swoisty sposób kolorowa codzienność miasteczkowego lokalu. I pomyśleć, że wystarczyły zaledwie dwa słowa, by to wszystko wyparowało w mgnieniu oka. A słowa te wypowiedział stary, poczciwy Leo Koryto, stajenny, który każdego popołudnia ślęczał przy małym stoliku nieopodal drzwi przekonany, że dzięki temu kiedyś dostrzeże jako pierwszy coś, co zaważy na przyszłości miasteczka i jego mieszkańców. I wreszcie nadszedł ten dzień, choć gdyby Leo miał wybór, wolałby tak bezczynnie ślęczeć do końca swoich dni, niż doczekać chwili, w której będzie zmuszony wypowiedzieć te dwa sakramenckie słowa. A nie powiedział ich ot tak sobie. Najpierw długo przyglądał się zbliżającej się wolno postaci, patrzył jak mężczyzna przywiązuje końską uzdę do barierki i stukając ostrogami lekko wskakuje na kolejne stopnie schodków. Koryto nie mógł na daremne rzucać tak poważnych ostrzeżeń. Gdyby okazało się, że to pomyłka, mieszkańcy mogliby nigdy mu tego nie wybaczyć. Ale nie mogło być wątpliwości. To był z pewnością on.
- Tonny Pifpaf – wyszeptał drążącymi z przerażenia ustami.
Nie powiedział tego głośno i ani razu nie powtórzył, ale znaczenie słów było tak olbrzymie, że fala niepokoju gwałtownie przewaliła się po kolejnych stolikach niosąc powtarzaną z ust do ust druzgoczącą wieść, pozostawiając za sobą grobową ciszę i bezruch. Nikt nie chciał bez potrzeby się narażać. Nigdy nie było wiadomo, co też może Tonnyego sprowokować. Słowo, gest, ruch, oddech, spojrzenie. Najlepiej było zatem tkwić w pozycji, w jakiej w danym momencie ktoś się znajdował. Gdyby było to możliwe, najlepszym wyjściem byłoby również nie oddychać. Kiedyś był nawet jeden taki śmiałek, Mikkey Podwiązka, który całe lata poświęcił na opanowywanie trudnej sztuki kontrolowanego wstrzymywania oddechu w długim okresie czasu. Trzeba nawet przyznać, że poczynił bardzo solidne postępy w tej sztuce, niemniej jego poświęcenie okazało się finalnie tragiczne. Któregoś razu, gdy na widok Tonnyego wstrzymywał oddech ponad trzy kwadranse, tak się skupił na nieoddychaniu, że zaniedbał kontrolę nad innymi swoimi odruchami w skutek czego pierdnął przeciągle i na tyle głośno, by zwrócić uwagę Fifpafa. Na domiar złego dźwięk, jaki wydała przy tym odbytnica Mikkeya tak go zaskoczył, że ze zdziwienia otworzył zaciskane mocno powieki, a blask jego źrenic niemal poraził Tonnyego. Ile czasu Podwiązka byłby w stanie wstrzymywać oddech pozostanie już niestety tajemnicą, gdyż wyprowadzony z równowagi Pifpaf władował w niego cały magazynek ołowiu.
Leo dobrze pamiętał tamto zajście. Zresztą pamiętali je doskonale wszyscy mieszkańcy miasteczka. Miikkey Podwiązka nie był jednakże jedyną osobą, która zdecydowała tak jawnie się postawić Tonnemu Pifpaf. Innym niemniej zaciekle i stanowczo okazującym swój opór był przyjezdny śmiałek, który zauroczony lokalną społecznością, po kilku dniach pobytu zdecydował się zamieszkać w miasteczku. O tym, że nie była to dla niego najszczęśliwsza decyzja niech świadczy to, że nie pożył tu długo. Ale po kolei. Żądny przygód młodzieniec przyjechał do miasteczka pewnego rześkiego, wczesnozimowego poranka. Jego koń był mocno wychudzony, ubranie sfatygowane, kapelusz nieudolnie przyszyte rondo. Tępe niczym zęby widelców w podrzędnej spelunie ostrogi wykonane z podrzędnego stopu pokrywały plamy rdzy i brudu. Skóra butów była miejscami poprzecierana, przez dziury w cholewach prześwitywały strzępy wysłużonych onuc.
- Jestem Quancy Petarda – przedstawił się szeryfowi podczas pierwszego spotkania. – Nie śmierdzę groszem, ale jestem pracowity i mam złote serce. Przynajmniej tak o mnie mówią.
Szeryf, Ziggy Kabura, nie miał dobrego zdania o włóczęgach, a Quancy na takiego właśnie wyglądał, niemniej od samego początku coś ujęło doświadczonego mężczyznę w wyglądzie chłopaka. Młodzieniec miał szeroką, rumianą i szczerą twarz rolnika, krzepką sylwetkę z tęgimi ramionami, lekko krzywe nogi i mięsiste wargi. Ktoś o takim wyglądzie musiał być poczciwy i szczery.
- Przydasz się przy budowie kościoła – powiedział szeryf. – na razie możesz spać w stajni przy saloonie. Płacę dwa dolce dniówki.
Tak dorywcza praca Quancyego stała się początkiem jego wielkiej miłości do miasteczka i jego mieszkańców. Petarda przypadł również do gustu miejscowemu pastorowi, który podobnie jak szeryf od pierwszego spojrzenia dostrzegł w chłopcu czyste, proste, nie skażone pułapkami cywilizacji dobro. Sędziwy Bobby Kropidło nie miał wątpliwości, że oto ma przed sobą swojego następcę. Już od dłuższego czasu rozglądał się za kimś, w kim mógłby pokładać nadzieje na godne kontynuowanie jego nauk, ale niestety miejscowym młodzieńcom nie było po drodze do kościoła. Trudno było nawet znaleźć pomoc do celebrowania mszy i po latach usilnych prób, musiał w końcu powierzyć tę służbę nieco mało rozgarniętemu, utykającemu na lewą nogę, Andrew Protezie, który od powrotu z wojny trochę dziwnie się zachowywał, był małomówny i nieufny. Dużo czasu spędzał za to w kaplicy, więc prędzej czy później wybór musiał paść na niego. Andrew pełnił również funkcję kościelnego, dzwonnika, ogrodnika i grabarza. Duchowny chciał jeszcze przysposobić go do roli organisty, co pozwoliłoby mu dodatkowo zaoszczędzić na budżecie, ale niestety okazało się, że Proteza ma uszkodzony słuch i nie toleruje wysokiej tonacji, która z kolei była niezbędna do odgrywania nabożnych chorałów. Nieszczęśnik musiał sobie na czas mszy kłaść w uszy plastelinę, bo inaczej mocno się ślinił i dostawał konwulsji. Z początku stanowiło to spory problem dla prowadzenia mszalnych celebracji, ale z czasem Kropidło opracował sprawne przechodzenie do kolejnych etapów nabożeństw w sposób, który pozwalał Protezie opuszczać kościół na czas odgrywania partii organowych i powracania po ich zakończeniu akurat wtedy, gdy jego pomoc stawała się konieczna.
Andrew był bardzo pomocnym i dobrodusznym człowiekiem, ale Bobby doskonale zdawał sobie sprawę, że kaznodziei z niego być nie może. Kropidło będąc osobą głęboko uduchowioną nie tracił wszakże nadziei, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym pojawi się młodzieniec godny tej zaszczytnej funkcji. I oto wreszcie miał go przed sobą. Quancy Peterda zdawał się być kandydatem z wszech miar idealnym. Niemalże swoistym darem bożym. Chłopak okazał bardzo pojętnym uczniem, przy tym był bardzo pracowity, imał się każdej, nawet najcięższej roboty, prawie wcale nie pił mocnego alkoholu, a piwa w ogóle nie dotykał. Niemal wzór cnót.
Zachwytu mężczyzna nad młodym przybyszem nie popierała żona pastora, Mary Armagedon. Kobieta widziała w chłopcu szatańskiego sługusa. Nie była w stanie tego wytłumaczyć, ale powszechny podziw, jaki udzielił się innym członkom lokalnej społeczności był dla niej wyraźnym sygnałem, że coś jest nie tak. Quancy Petarda był za dobry, aby mógł być prawdziwy. Mary bacznie obserwowała chłopca, patrzyła mu na ręce, nie raz złapała się nawet na tym, że go śledzi. Nigdy jednak nie udało jej się złapać go na czymś, co wskazywałoby na jego nieszczere intencje. Poza jednym. Gdy pewnego dnia korzystając, że chłopak gościł u nich na obiedzie, przeszukała kieszenie jego pozostawionego w sieni płaszcza. Znalazła w nich jedno otwarte i drugie zapieczętowane opakowanie prezerwatyw. Na co mu prezerwatywy, skoro, jak otwarcie utrzymywał, wcale nie interesowały go tego typu uciechy czynione w celach rozrywkowych, a sakrament poczęcia był dlań świętością? To nie było normalne. Przynajmniej tak wówczas uważała. Dążenie do wyjaśnienia tejże nurtującej ją zagadki popchnęło ją w końcu do tego, że posunęła się nawet dalej, za co miała nosić w sercu do siebie żal i towarzyszyć jej miało poczucie wstydu do końca jej żywota. Mianowicie korzystając z okazji, jaką był urządzany na cześć założycieli osady w każdy pierwszy weekend września doroczny bal, próbowała uwieść chłopaka, co miało w jej mniemaniu dać jednoznaczne świadectwo jego konszachtów z diabłem. Bo czy rozpusta i cudzołóstwo to nie dzieło szatana? A ona? Czyż w ten sposób sama również nie grzeszyła? Nie. Ona robiła to przecież w dobrej wierze, dla dobra wszystkich. Nie kierowała się pospolitą zwierzęcą chucią, tylko altruistycznym poczuciem odpowiedzialności za swoich współplemieńców.
Tak więc, gdy zabawa wkroczyła na pełne obroty, kolejne beczułki, karafki, gąsiory i butelki zaczynały ziać pustką, tańce szły bardziej skoczne i frywolne, a krzyki, śpiewy i śmiechy stawały się coraz głośniejsze i nieskładne, Mary poprosiła Quancyego na bok, w zacisze osłonięte przyczepą z kubłami wody przygotowanymi na wypadek zaprószenia pożaru. Gdy niczego nie świadomy chłopak udał się za kobietą, ta upewniwszy się wcześniej, że nikt ich nie obserwuje, stanowczym ruchem chwyciła go dłonią za krocze, mówiąc drżącym z podniecenia szeptem:
- Co aniołeczku, przyznaj się, że chciałbyś wepchnąć we mnie tego swojego niesfornego wawrzocha?
Zaskoczony chłopak tylko wybałuszył oczy niezdolny do wypowiedzenia choćby słowa.
- No co? – nie ustępowała Mary Armagedon. – Przyznaj się, że twój ptaszek już się nie może doczekać, kiedy zawita do mojej dziupli. Zakładaj mu gumowy czepek i nie każ damie czekać.
I wtedy przez bardzo krótką, ulotną chwilę miała wrażenie, że słyszy i czuje, jak pękają mu skorupki, ale zanim zdołała się nad tym zastanowić, chłopak powiedział przepraszającym tonem:
- Ale ja mam cycka z tektury, proszę panią.
Po tych słowach Armagedon puściła chłopaka i cofnęła się o krok.
- Co?
- Nie mógłbym pani wychachmęcić nawet gdybym chciał – wyjaśnił Quancy. – Mój członek jest zrobiony z tektury i jakbym go pani wsadził, to by nasiąkł i odpadł. Już nawet jak jszczę to się o to obawiam. Dlatego też tak mało piję i dożo pracuję fizycznie, żeby ograniczyć oddawanie moczu, a namiar wody wydalać wraz z potem przez skórę. Dlatego też zawsze mam przy sobie kondomy – dodał z rozbrajającą szczerością dobywając z kieszeni paczkę prezerwatyw i prezentując ją na wysuniętej przed siebie dłoni. – Dla bezpieczeństwa. Na wypadek deszczu.
Mary Armagedon rozpłakała się i uciekła do kaplicy, w której leżała krzyżem do bladego świtu, kiedy to znalazł ją Andrew Proteza, który przyszedł przygotować kościół do świątecznego nabożeństwa. Kościelny zaprowadził kobietę do domu, gdzie o wszystkim opowiedziała pastorowi zaklinając się, że nie miała złych intencji. Bobby Kropidło był człowiekiem wyrozumiałym. W końcu sam nauczał miłosierdzia, tolerancji i zrozumienia drugiego człowieka i jego różnych występków, toteż nie czynił żonie wyrzutów. Nawet się roześmiał, co bardzo ją zdziwiło.
- Trzeba było przyjść z tym do mnie – wyjaśnił. – Od dawna wiedziałem, że Quancy ma cycka z tektury.
- Tak? – zapytała przez łzy.
- Oczywiście – przyznał obejmując roztrzęsioną, ale nieco uspokojoną już kobietę. – Przecież jestem pastorem.
Od tamtej pory nikt nie niepokoił młodego mężczyzny i ten mógł całkowicie skupić się na swojej misji. A ową misją była właśnie walka z okrutnym Tonnym Pifpaf. Gdy bowiem Petarda po raz pierwszy usłyszał o tym człowieku, jakim jest okrutnikiem, ile bólu i cierpienia przysporzył mieszkańcom parafii, wiedział, że nie spocznie, dopóki nie przyczyni się do nawrócenia złoczyńcy, lub jeśli to nie okaże się możliwe, do bardziej drastycznego rozwiązania. Długo zastanawiał się, w jaki to sposób mógłby osiągnąć swój cel, ale każdy kolejny pomysł na jaki wpadał, z początku zdający się być wreszcie tym najlepszym, okazywał się być gorszy od wszystkich poprzednich. W ten sposób zdecydował się w końcu na realizację pierwszego, który przyszedł mu do głowy bodaj zaraz po tym jak usłyszał historię młodego Billyego Tornistra.
Billy Tornister podobnie jak on sam przywędrował do miasteczka gnany przygodą i młodzieńczą chęcią poznawania świata. Co prawda nie stał się ulubieńcem wszystkich, tak jak miało to miejsce przypadku Quancyego, ale nie dawał też nikomu specjalnych powodów, które miałyby czynić z niego obiekt społecznej nienawiści. Billy zamieszkał w stojącym na peryferiach miasta szałasie zrobionym przed laty przez wędrownych traperów. Domostwo było mocno podupadłe, tak więc nikt z mieszkańców nie czynił sobie względem niej żadnych pretensji, toteż Billy zaczął wieść spokojne życie, starając się nikomu nie zawadzać. Żył z tego co upolował na prerii, od czasu do czasu przynosił też miejscowemu sklepikarzowi zajęcze skórki, które trafiały później na sklepowe skórki. Mieszkańcy, szczególnie kobiety, szybko doceniły kunszt i precyzję kuśnierskich zdolności Billyego i po jakimś czasie jego towar stał się mocno pożądany. Tornister zaczął nawet przyjmować zlecenia na futra, najpierw jedno, dwa na tydzień, z czasem jednak coraz więcej i więcej. Zdawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Za zarobione pieniądze wyremontował szałas, który po jakimś czasie przestał już przypominać prowizoryczną chatę, stając się solidną, zgrabną konstrukcją. Niestety dobrze prosperujący proceder dosyć rychło przyczynił się do jego tragicznej śmierci. Któregoś dnia bowiem, gdy wracał z łowów objuczony zdobyczą, spotkał na swojej drodze Tonnyego Pifpaf. Wiedząc co mu grozi niemal natychmiast znieruchomiał, ale niestety ciężar ubitego zwierza mocno ograniczał jego zdolności utrzymywania się w bezruchu i zanim Tonny wystarczająco się oddalił, Tornistrowi drgnął policzek. Dwa dni później mieszkańcy miasteczka zaniepokojeni nieobecnością Billyego i, co mu się wcześniej nie zdarzało, niedotrzymaniem realizacji terminów przyjętych zamówień, ruszyli na poszukiwania i znaleźni jego ciało podziurawione jak sito.
Quancy Petarda nie krył wzruszenia, gdy usłyszał tę tragiczną historię. W duchu poprzysiągł sobie, że pomści nieszczęsnego Billyego. Postanowił sobie wówczas, że jedynym sposobem na powstrzymanie okrutnego Tonnyego Pifpaf, będzie wyjście mu naprzeciw i gdy tamten go spostrzeże, Billy wcale nie znieruchomieje, tylko wygarnie mu w twarz całą prawdę o jego nikczemnej egzystencji. To nie może nie odnieść skutku. Petarda nie wyobrażał sobie, że może istnieć ktoś, kto usłyszawszy o sobie takie okrutne rzeczy potrafił będzie przejść obok nich bez refleksji. Nie tracił wiary. Każdy człowiek ma w sobie dobro, tylko trzeba mu wskazać właściwą drogę i przekonać go, by z niej nie zbaczał.
- I miał rację – zwykł w tym momencie opowiadanej historii mawiać Leo Koryto.
Przypadek Quancyego Petardy był bodaj najbardziej wziętą legendą miasteczka i to niemal zawsze o nią prosili odwiedzający te strony wędrowcy. Sława Quancyego Petardy przekroczyły bowiem nie tylko mury miasteczka ale jak rwąca rzeka pomknęła ku dalekim krainom niosąc wraz ze swoimi wodami zbierane po drodze ubarwienia i zanieczyszczenia, które czyniły ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Zdarzało się coraz częściej, że okolice misteczka odwiedzali ludzie bardziej ciekawi opowieści o Billym, niż o samym Tonnym, choć bez Pifpafa Quancy przecież w ogóle by nie zaistniał. Ale może właśnie to, że było to aż tak oczywiste, sprawiało, że stało się mniej atrakcyjne?
- Gdy tylko na jego drodze pojawił się Tonny Pifpaf – kontynuował stary gawędziarz – Quancy wcale się nie uląkł i nie znieruchomiał bezczynie, tylko dumnie wypiął pierś.
W tym momencie wszystkich słuchających przechodził zawsze dreszcze emocji i podziwu. Co mniej cierpliwi nie wytrzymywali i przerywali Leowi.
- I co, i co się stało?
Wówczas dla jeszcze mocniejszego podgrzania atmosfery Koryto robił dłuższą pauzę, a gdy słuchających ogarniał szmer nerwowego podniecenia zakończał.
- Quancy miał w sobie tyle stanowczości, że wypinając godnie pierś w jednym momencie stał się istnym uosobieniem dumy i honoru. W tej właśnie chwili został na wieczne lata symbolem poczucia nieustawicznej potrzeby podejmowanie heroicznych postaw w obronie bliźniego. Jego mieniąca się w słońcu sylwetka była tak przepiękna i przepojona uczuciem, że Quancy znieruchomiał w tej bohaterskiej pozie na dobre i do dziś stoi na rozdrożu, gdzie możecie go oglądać każdego dnia i składać mu u stóp wiechcie kwiatów i śpiewać dziękczynne psalmy.
Tak więc gdy w szparze pomiędzy futryną a uchylonymi drzwiami saloonu Leo zobaczył tego przeklętego nikczemnika zbliżającego się pewnym, zuchwałym krokiem, historia Quancyego Petardy przemknęła mu przez myśli w okamgnieniu.
- Tonny Pifpaf – wyszeptał drżącymi z przerażenia ustami i znieruchomiał.

999

Do wschodu słońca mającego rozpocząć mroźny wigilijny dzień pozostawało jeszcze dobre dwie godziny, gdy dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do długiego korytarza izby przyjęć otworzyły się gwałtownie z niesionym przez echo pustego pomieszczenia łoskotem wywołanym uderzeniem w nie czterokołowego wózka popychanego przez wrzeszczącego sanitariusza. Z miotającego się, przypasanego do noszy ciała bryzgały jasnoczerwone strugi tętniczej krwi. Ranna rzucała się w konwulsjach, w czego efekcie dwaj sanitariusze spływali posoką, podobnie jak ściany i wszelkie sprzęty, które mijali. Kobieta wrzeszczała przeraźliwie zagłuszając nawoływania ratowników.
- „B” minus! – krzyczał wyższy z sanitariuszy, który odwracając na bok twarz przytrzymywał rzucającą się pacjentkę – „B” minus! – odkaszlnął zachłysnąwszy się buchającą krwią – Szybko! Ze dwa wiadra!
Dyżurująca pielęgniarka sięgnęła po telefon i zaczęła gorączkowo wykrzykiwać do słuchawki. Na niemalże martwym dotychczas korytarzu nagle zahuczało od tętniących kroków obutych w drewniane chodaki stóp. Gwałtownie otwierały się i zatrzaskiwały kolejne drzwi, wybiegali i wbiegali lekarze, pielęgniarki, sanitariusze i inni pracownicy personelu medycznego, którzy zaalarmowani wcześniej przez lekarza pogotowia oczekiwali na przybycie pacjentki przygotowując niezbędny sprzęt, lekarstwa, środki znieczulające, sale operacyjne na kilku Oddziałach, na wszelki wypadek, gdyby należało operować w wyspecjalizowanych w konkretnej dziedzinie chirurgii warunkach. Zewsząd dobiegały podniesione głosy, nad którymi górował nie słabnący mimo upływu krwi ryk pacjentki.
- Nie chcę! – krzyczała chrapliwie – Zostawcie mnie, sukinsyny! Nie mogę! Muszę umrzeć! Zanim się dowie! Muszę! Zostawcie!
Przerażona pielęgniarka odprowadzała ten krwawy pochód szeroko rozwartymi oczami i ustami. Kobieta robiła co mogła, żeby prowizorycznie założone opaski uciskowe nie powstrzymywały upływu krwi z porozrywanych arterii. Miotała się i rzucała, naprężała, wierzgała, usiłowała gryźć. Śliskie od krwi dłonie zsuwały się i utrudniały sanitariuszom zatamowanie krwotoku. Siostra otrząsnęła się dopiero, gdy szkarłatny orszak zniknął za drzwiami windy, która szybko oddaliła obłąkańcze krzyki na inny poziom szpitala.
Pielęgniarka była doświadczonym pracownikiem. Przez blisko dwadzieścia pięć lat pracy w zawodzie naoglądała się całe mnóstwo makabrycznych przypadków, które nie tylko zwykłego śmiertelnika przyprawiały o zawrót głowy i prowadziły do omdleń. Nie raz zdarzały się przypadki, kiedy potrafiła zachować chłodny spokój, podczas gdy inni wymiotowali. Lekarze, pielęgniarki, policjanci. Niemniej od czasu do czasu miały miejsce zdarzenia, które i w niej potrafiły wzbudzić grozę, wstręt, czy obrzydzenie. Każde było inne, zaskakujące, nieprzewidywalne, niewyobrażalne, nierealne. To było właśnie jedno z takich. Inne niż wszystkie. Nie potrafiła powiedzieć, co było w tej pacjentce takiego ujmującego, co odróżniało ją od innych obficie broczących krwią ofiar. Ta właśnie cecha byłą tą, która łączyła wszystkie te beznadziejne przypadki. Cecha zrzeszająca w sobie całą masę słów i określeń, jak tajemniczość, niewiedza, niepokój, obcość, niechęć, ciekawość, strach. Do tego objawy fizyczne, jak mrowienie, gęsia skórka, jeżenie włosów, cierpnące stopy i dłonie, ścisk w gardle, suchość w ustach, wstrzymanie oddechu. Poczucie, jakby czas nagle zatrzymał się na chwilę w bardzo niepożądanym momencie. Ale ta miała jeszcze coś. Coś znajomego. Pielęgniarka zdawała się odczuwać jakąś wewnętrzną więź z tą pacjentką, co było o tyle dziwne, że przecież nawet nie wiedziała, kim jest ranna kobieta. Chociaż z drugiej strony miała świadomość, że stan przywiezionej, szczególnie wykrzywiona grozą i bólem, pokryta krwią i posklejanymi włosami twarz zupełnie nie pozwalały na poznanie jej rysów i nie byłaby w stanie zidentyfikować kobiety, nawet gdyby to była jej własna matka.
Z odrętwienia wyrwał ją ostry, podniesiony głos. Potrząsnęła głową i spojrzała na jego właściciela.
- Słucham? – powiedziała zaskoczona.
- Gdzie ją umieszczono? – gorączkował się mężczyzna.
- Kogo?
Nieznajomy ściągnął nerwowo usta. Ciszę jaka zapanowała po chwilowym gwałtownym rumorze zakłócały jedynie jego stukające w blat paznokcie. Westchnął nerwowo.
- Przed chwilą przywieziono poważnie ranną pacjentkę – powiedział. – Gdzie ją odwieziono?
Pielęgniarka przyjrzała się mężczyźnie uważnie. Był w średnim wieku, wysoki, z włosami przyprószonymi siwizną. Wydawał się jej znajomy, ale za nic nie mogła sobie skojarzyć gdzie mogła go spotkać. Nie było w nim niczego szczególnego, jeśli pominąć to, że wyglądał niechlujnie i był ubrany w ciemny, pognieciony płaszcz, przykrywający brązową marynarkę narzuconą na beżową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. Pod szyją zwisał luźno przekrzywiony, prążkowany krawat. Zmęczona twarz z mocno podkrążonymi, przekrwionymi oczami, kilkudniowym zarostem, szarą cerą i blizną przecinającą w poprzek policzek nie wzbudzały zaufania. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby od dłuższego czasu niezbyt dobrze sypiał, nieczęsto zaglądał do łazienki, a podstawę diety stanowiły dlań tytoń i alkohol. Taki klasyczny przykład klienta nocnych barów, jakich kobieta jej pokroju mogła zobaczyć w kryminalnych filmach. Nie wzbudzał zaufania za grosz.
- Pan jest z rodziny? – zapytała
- Nie.
- Więc nie mogę udzielić panu takich informacji.
- Czyżby?
Nieznajomy przechylił się przez kontuar sięgając do wewnętrznej kieszeni marynarki. Zanim zdążył z niej cokolwiek wydobyć kobieta wyczuła nieprzyjemną woń jego oddechu. Mieszanina kawowych fusów, alkoholu i górujący nad nią odór zaniedbanych zębów i dziąseł.
- Już wiem! – niemal krzyknęła odskakując w tył. – Pan z policji kryminalnej. Pan inspektor…
Mężczyzna uderzył otwartą dłonią o blat, czemu towarzyszyło ostre plaśnięcie, co ucięło wypowiedź pielęgniarki. Kobieta wyprostowała się mocno zaciskając i ściągając usta. Oboje na chwilę znieruchomieli.
- A więc? – podjął policjant – Pani Barbaro? – dodał odczytując dane z jej przypiętego do piersi identyfikatora.
- W tej chwili za wcześnie jeszcze żebym mogła cokolwiek stwierdzić – odparła. – Pacjentka dopiero co została przywieziona i jest teraz na bloku operacyjnym…
- Na którym?
- Nie wiem, musiałabym sprawdzić…
- To niech pani sprawdzi.
- Ale…
- No ruszże się! – syknął ponownie się pochylając.
Barbara sięgnęła szybko po słuchawkę. Nawiązała kilka połączeń wywołując kolejne numery okraszając wypowiedzi wewnętrznym, niezrozumiałym dla policjanta żargonem. Inspektor niecierpliwie przestępował z nogi na nogę zły, że nie może rozszyfrować słyszanych informacji.
- Jest na zamkniętym bloku – powiedziała wreszcie odkładając telefon.
- Na którym?
- Jest niedostępny nawet dla policji.
Nie miał zbyt dużo czasu. Właściwie nie miał go już wcale. Jeśli można by tak powiedzieć, to chyba był nawet na minusie. Tłumaczenie nie zda się na wiele. Zwłaszcza w przypadku tej konkretnie, służbiście usposobionej i niezbyt mu chętnej kobiety.
Barbara spojrzała w kierunku drzwi pomieszczenia, które zajmowali ochroniarze i niemal w tym samym momencie ramię mężczyzny wystrzeliło jak wyrzucony z kuszy bełt. Zanim mózg pielęgniarki zarejestrował co się stało, kościste palce silnej dłoni policjanta zacisnęły się na jej długiej szyi.
- Posłuchaj, dziwko – wycedził plując jej w twarz przyprawiającą o mdłości cuchnącą pianą. – Nie mam czasu na pierdoły. Jej nic już nie uratuje, a ja muszę zadać tylko jedno pytanie. Rozumiesz? Muszę. Inaczej to się nigdy nie skończy. I albo mi w tym pomożesz, albo ci skręcę kark.
Rozluźnił uścisk i chwycił kobietę za splecione pod czepkiem włosy przyciągając jej głowę do blatu.
- Mów – niemal wycharczał.
Po chwili wyszedł z windy na innym piętrze i szybkim krokiem ruszył w kierunku bloku operacyjnego. Tak jak się spodziewał pielęgniarka zdążyła powiadomić już ochronę. Zza oddalonych o kilkanaście metrów bocznych drzwi korytarza wyszło dwóch trzymających dłonie na kaburach broni ochroniarzy. Wiedząc, że mają do czynienia z policjantem zachowywali ostrożność, miny mieli niezbyt zdecydowane, chociaż zdawali sobie sprawę, że jego władza tu nie sięga. Nie zwalniając kroku inspektor zastrzelił obu zanim którykolwiek zdążył się odezwać. Głowa pulsowała mu boleśnie, żyły piekły leniwie toczącą się w nich lawą, płytki oddech świszczał. Miał wrażenie, że z każdym wdechem wciąga do płuc garść zgryzionych, suchych słonecznikowych łuskwin, wzrok tracił na wyrazistości. Nie czuł się dobrze. Nie był pewien czy podoła. Miał przed sobą jeszcze jedne drzwi. Za nimi znajdował się blok operacyjny.
Otarł spotniałe czoło i pchnął obrotowe drzwi. Tuż za nimi ujrzał przyczajonego wartownika, który bez ostrzeżenia otworzył ogień. Chwilę później strażnik leżał już martwy z czaszką rozłupaną rękojeścią rewolweru. Inspektorowi zostały tylko dwa naboje, a te będą mu potrzebne do zakończenia tej trwającej już zdecydowanie zbyt długo tragikomedii. Dwie kule strażnika trafiły go w ramię i drasnęły żebra nie robiąc na nim jednakże żadnego wrażenia. Nie taki koniec miał zapisany. Przynajmniej na razie.
Pchnął drzwi do przedsionka sali operacyjnej i po chwili wkroczył na jasno oświetlony, zwykle sterylnie czysty, w tym momencie zachlapany krwią blok. Zgromadzeni wokół lekarze i asystenci wpatrywali się w niego niepewnie. Funkcjonariusz zignorował ich trzymając w wyciągniętej dłoni broń. Po krótkiej chwili milczenia jeden z lekarzy odezwał się lekko przytłumionym maską chirurgiczną głosem.
- Jeśli przestaniemy, pacjentka umrze.
- Nie byłbym taki pewien – powiedział policjant ruszając w kierunku stołu.
Zanim wykonał dwa kroki uszu zgromadzonych dobiegł od korytarza odległy tupot ciężkich butów. Inspektor bez zastanowienie wymierzył lufę w głowę nieprzytomnej kobiety i usłyszał suchy stukot zaciętego zamka. Przełknął ślinę, na czoło wystąpił mu pot. Szarpnął zabezpieczeniem i spróbował raz jeszcze, ale z takim samym skutkiem. Rozejrzał się rozgorączkowanym wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Jego wzrok padł na sanitariuszkę ściskającą w lekko drżących dłoniach akcesoria chirurgiczne, między innymi kilka podłużnych, ostrych skalpeli. Kobieta odczytując zamiary policjanta zrobiła krok w tył, ale mężczyzna działał szybko i zdecydowanie. Doskoczył i spróbował wyrwać jej tacę, ale dziewczyna uczepiła się jej kurczowo. Uderzył ją w twarz zaciśniętą pięścią jednocześnie chwytając lancet i odwracając się w kierunku pacjentki. Zanim jednak zdołał sięgnąć gardła rannej w drzwiach ukazała się barczysta sylwetka kolejnego ochroniarza, który nie marnując czasu na ostrzeżenia wpakował w pierś policjanta trzy naboje. Mężczyzna odrzucony impetem salwy runął na niewielki stolik z ręcznikami.
- Wy głupi głupcy – zdążył wycharczeć i skonał z westchnieniem.
*
- Eleonora Prąd?! – usłyszała twardy, służbisty głos. – Proszę otworzyć. Policja. Wiemy, że jest pani w domu. Ostrzegam, że wyważymy drzwi. Proszę nie pogarszać swojej sytuacji.
Spojrzała przez judasz. Na klatce stało kilku mężczyzn, niektórzy w mundurach. Uchyliła drzwi.
- Pani Eleonora Prąd? – zapytał wysoki, szpakowaty, może pięćdziesięcioletni funkcjonariusz.
- O co chodzi?
- Policja – rzekł drugi, niemal identyczny, tyle że nieumundurowany, przysuwając jej do twarzy służbową legitymację – Inspektor Hektor Pomidor. Mamy nakaz rewizji.
Nie czekając na reakcję kobiety popchnął drzwi i przyciskając wystraszoną i zaskoczoną Eleonorę do ściany wszedł do środka. Zaraz za nim do mieszkania wmaszerowali trzej pozostali policjanci.
- Zaraz, zaraz! Chwileczkę! – próbowała się bezskutecznie opierać. – To jakieś nieporozumienie!
- Pani Eleonora Prąd? – funkcjonariusz syknął jej z bliskiej odległości prosto w twarz.
W oddechu Pomidora czuć było smród psujących się dziąseł, nieprzetrawionego alkoholu i kawy.
Z obrzydzeniem odchyliła głowę w bok.
- Tak – powiedziała przełykając gorzką ślinę.
- Więc nie ma mowy o żadnej pomyłce.
- Proszę chociaż powiedzieć, o co chodzi? – próbowała.
- Wszystkiego dowie się pani na komendzie.
*
Pokój był widny i dosyć obszerny, nie przypominał małych, ciasnych, ledwo oświetlonych klitek, jakie widywała w filmach obrazujących podobne do tej sytuacje. Oddzielający ją od śledczego stół był długi i zarazem szeroki, niemalże kwadratowy, wzdłuż ścian ciągnęły się szafki i półki uginające się od akt i przeróżnej dokumentacji, na ścianie za plecami policjanta rozpięta była mapa miasta i poprzyczepiane mnóstwo różnego formatu mniej lub bardziej udanych zdjęć twarzy, całych postaci, miejsc i przedmiotów. Do stołu dosuniętych było sześć krzeseł, z których połowa była wolna. Jedno, naprzeciwko Eleonory zajmował Hektor Pomidor, a po jej lewej, przy krawędzi usiadł nieznany jej, bardzo tęgi, siwiejący mężczyzna o wąsko osadzonych, małych, ale za to niezwykle ruchliwych oczach. Mimo, iż nie było widać, aby się pocił, co chwila ocierał czoło złożoną w płaską kostkę, bawełnianą chusteczką. Mężczyzna zdawał się w ogóle jej nie dostrzegać, będąc całkowicie pochłoniętym regulacją skomplikowanej aparatury, którą przyniósł ze sobą do pokoju. Przypominała nieco radiomagnetofon starego typu, z tą różnicą, że miała niezliczoną liczbę pokręteł, suwaków i przycisków oraz rozkładany, prostokątny monitor, na którym co i rusz szalały kolorowe słupki i wykresy.
- Cholera jasna – powiedział mężczyzna. – Diabli by wzięli tą przestarzałą technologię.
- Przestarzałą? – zdziwił się Pomidor. – Dostaliśmy ją nie dalej jak trzy miesiące temu.
- Dla mnie to jak trzydzieści lat – odparł grubas. – Jesteśmy jedynym wydziałem, który jeszcze tego używa. To mniej więcej tak, jakbyś chciał słuchać płyt z gramofonu Bambino.
- Bez przesady.
- Mówię serio. Teraz są takie czasy, że postęp w tej dziedzinie niemal galopuje. Ale spokojnie. Tu podkręcimy, tam obniżymy i będzie dobrze.
- To po jaką cholerę tyle ględzenia?
- Te maszynki mają swoje dusze. Jak się trochę ponarzeka, to działa na nie mobilizująco. Starają się później udowodnić, że mają olbrzymie możliwości. Są bardziej wydajne.
Pomidor spojrzał na kolegę i machnął ręką.
- A tak dla formalności – zwrócił się do Eleonory Prąd. – To jest nasz specjalista od wszelkiego sprzętu elektronicznego wykorzystywanego przy nasłuchu, rejestracji dźwięku i obrazu. Wincenty Kapusta, we własnej osobie.
To mówiąc Pomidor ukłonił się teatralnie, a Wincenty Kapusta spąsowiał na całej, olbrzymiej twarzy.
Eleonora jak do tej pory nie rozumiała niczego. Zupełnie nie zmieniła tej sytuacji prezentacja owego otyłego jegomościa. W życiu o nim nie słyszała.
- Czy mogłabym się wreszcie dowiedzieć, – powiedziała nie kryjąc irytacji – dla czego zostałam zatrzymana?
Zamiast odpowiedzi usłyszała piskliwy ton i aż podskoczyła nie wiedząc, czego się spodziewać. W tym samym momencie monitor rozbłysnął jaśniejszym, pulsującym światłem, poczym zgasł, by po chwili zaświecić na nowo.
- O! I proszę bardzo – rzekł Kapusta rozpierając się w krześle. – Błysnęło, huknęło, skończone dzieło, jakby powiedział woj Wit.
Śledczy zalał wrzątkiem dwa kubki z kawą i spojrzał pytająco na Eleonorę.
- Nie, dziękuję – powiedziała cicho.
- Słucham?
- Dziękuję – powtórzyła. – Nie pijam kawy.
- A kto pani proponował kawę? – rzekł zdziwiony Pomidor. – Zdaje się, że pani o coś pytała?
Kobieta zamrugała powiekami niezdecydowana.
- Nie rozumiem – wydukała. – Ach! Oczywiście, pytałam dla czego zostałam zatrzymana?
- Dla czego została pani zatrzymana?
Policjant usiadł naprzeciwko ostrożnie próbując kawy.
- Ależ cholera kwaśna – bąknął odstawiając kubek.
Zaczął się przenikliwie wpatrywać w przesłuchiwaną. Trwało to kilkadziesiąt sekund. Kobieta poruszyła się niespokojnie.
- To jakaś…
- Co pani mówi nazwisko Leonard Porzeczka? – rzucił śledczy otwierając leżącą na wierzchu sterty dokumentów teczkę.
- Zupełnie nic – odparła Eleonora.
- Bardzo pani siebie pewna.
- Po prostu nie znam nikogo o podobnym nazwisku.
- Ach tak.
Policjant wstał i zaczął przechadzać się po pokoju wertując kartki papieru. Jego współpracownik z nałożonymi słuchawkami siedział wpatrzony w monitor i zdawał się być w ogóle nie zainteresowany tym, co dzieje się wokół niego.
Pomidor złożył papiery i pochylił się nad kobietą.
- Niech pani uważnie posłucha – rzekł. – Wymienię teraz kolejno kilkanaście nazwisk. Proszę mi przerwać jeśli któreś coś pani powie.
Prąd słuchała jak policjant odczytuje dane, ale żadne z nich nie wydało jej się znajome. Mężczyzna rzucił na stół plik papierów i rzekł:
- Wszyscy ludzie, których nazwiska odczytałem nie żyją.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- Właśnie tego usiłujemy się dowiedzieć. Wszystkie tuż przed śmiercią dzwoniły na pogotowie.
Policjant przerwał wpatrując się w kobietę.
- I co pani na to?
- A co mam powiedzieć? Wiele osób dzwoni na pogotowie, gdy tylko gorzej się poczuje. To chyba całkiem naturalne, nie sądzi pan? Rozumiałabym pańskie podejrzenia, czy wątpliwości, gdyby dzwonili do gazowni, albo do tartaku.
- Do gazowni, albo do tartaku – parafrazował policjant. – Bardzo to ciekawe. A czy pani pracowała w gazowni, albo w tartaku w przeciągu ostatniego roku?
- Co to za pytanie? Naturalnie, że nie.
- Bo widzi pani, tak się składa, że wszystkie te telefony odebrała pani.
- Że co?
- Wszystkie telefony odebrała pani – powtórzył Pomidor. – Siedemnaście osób przez trzy noce. Na prawdę doskonały wynik. Sprytny Zdźich z Kopalni i Cwany Mietek Żelazko razem wzięci przy tym wysiadają.
Kobieta sprawiała wrażenie, jakby nie docierały do niej słowa śledczego.
- Co pan mi tu insynuuje? Co mnie obchodzi jakiś Sprytny Zdzich?
- Nic – odparł. – Zupełnie nic. Ja tylko stwierdzam fakty.
- A niby jak pan to ustalił?
- A w bardzo prosty sposób – odparł siadając na powrót. – Każda z ofiar miała przy sobie telefon, bądź też zostawiła go w domu. To chyba nie jest takie dziwne. I niech pani sobie wyobrazi, że, jak już wcześniej mówiłem, każda z nich zanim, że tak to literacko ujmę, wyzionęła ducha, ucięła sobie z panią krótką pogawędkę. Każdorazowo przybliżona godzina śmierci zbiega się z ową rozmową. I niech mnie pani nie pyta, skąd to wiem, bo pracuje nad tą sprawą kilkudziesięciu funkcjonariuszy w całym kraju i o pomyłce mowy być nie może.
Eleonora wpatrywała się w policjanta szeroko rozwartymi oczami. Chciała coś powiedzieć, bronić się, krzyknąć, ale nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. Absurd oskarżeń ją przerastał.
- Powiem pani jeszcze coś ciekawego – kontynuował policjant. – Od jakichś dziewięciu miesięcy w różnych stronach naszego pięknego kraju dochodzi do tajemniczej serii zbrodni. Cyklicznie. Mniej więcej, co trzy tygodnie. Jak do tej pory każdorazowo ginęło od pięciu, do czternastu osób. I zawsze każda z nich dzwoniła pod ten sam numer telefonu. Czyli, teraz mamy wynik rekordowy. A razem uzbierało się sto szesnaście ofiar.
Policjant zapalił papierosa.
- To jakieś koszmarne nieporozumienie – odezwała się cicho Eleonora. – Co ja mam z tym wspólnego?
- Czy ja mówię niewyraźnie?
Pomidor wypuścił kłąb sinego dymu.
- Wicuś?
Otyły mężczyzna na chwilę oderwał wzrok od wykresów i spojrzał na współpracownika nieco zagubionym wzrokiem.
- Proszę?
- Czy ja mówię niewyraźnie?
- W życiu.
- Niech mi pan oszczędzi tego cyrku – powiedziała głośniej Prąd. – O co jestem oskarżona?
- O – ucieszył się Pomidor. – Wreszcie zaczęła pani słuchać i rozumieć. A słyszała pani, jak mówiłem, że wszystkie sto szesnaście ofiar tuż przed śmiercią dzwoniło na pogotowie? Na pogotowie, w którym pani pracuje?
Kobieta wyprostowała się na krześle.
- Chce mi pan powiedzieć – odparła hardo. – Że z ustaleniem numeru telefonu pogotowia zeszło wam dziewięć miesięcy?
- Zgadza się – przyznał policjant. – Dziwne, prawda?
- Bardzo dziwne – przyznała. – Zwłaszcza, że nad sprawą pracuje, jak był pan łaskaw mnie poinformować, kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Doprawdy doskonały wynik.
- Niech pani nie ironizuje – rzekł ostro Pomidor. – Rozmowy były każdorazowo szyfrowane w sposób uniemożliwiający namierzenie tego cholernego numeru. Dopiero siedzący obok pani specjalista po trzech miesiącach intensywnej pracy złamał kod. Nie może być mowy o pomyłce. To telefon pogotowia. Zawsze podczas pani dyżuru.
- To absurd.
- Doprawdy?
Policjant ponownie wstał i stanął za plecami otyłego kolegi.
- Jak tam Wicuś? – rzucił opierając mu dłoń na ramieniu.
- Gotowe – odparł Kapusta. – Mamy wszystkie sto szesnaście rozmów.
- Doskonale.
Śledczy wrócił na swoje miejsce.
- To dziwne urządzenie, rzekł – oczywiście odpowiednio przygotowane, zmodyfikowane i dostrojone przez naszego mistrza, pozwala nam odsłuchać wszystkie rozmowy, jakie odbyły się z wybranego numeru w danym okresie. Do tego identyfikuje numery dzwoniących i, nie muszę chyba dodawać, podaje nam dokładną godzinę, minutę i sekundę połączenia.
- Doprawdy świetnie – przyznała Eleonora. – Jeśli to prawda, to powinno zakończyć ten kabaret. Nie spałam od trzech nocy i mam już serdecznie dosyć tej komedii.
- I tu się z panią zgodzę – przyznał. – Po części. To powinno zakończyć sprawę, tyle, że kabaretem, czy komedią bym jej raczej nie nazwał. Wicuś, daj ostatnią – dodał zwracając się do operatora skomplikowanego urządzenia.
Kapusta zdjął słuchawki i włączył zewnętrzne nagłośnienie. Po chwili pomieszczenie wypełnił szum, po którym nastąpił piszczący sygnał i dźwięk podnoszonej słuchawki telefonu.
- Słucham, pogotowie – głos Eleonory był zmęczony.
- Umieram – odpowiedział jej męski niespokojny głos.
- Halo? – ponownie głos Eleonory – Spokojnie. Proszę podać swoje dane. Jakie są objawy?
- Nazywam się Leonard Porzeczka. Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.
- Słucham?
- Leonard Porzeczka. Ul. Wałowa 17/45. – mówił mężczyzna. – Druga brama od grobli. Proszę mi pomóc. Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się. Umieram.
- Halo? – ożywiała się – Czy to jakiś żart?
- Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.
- Halo? – głos Eleonory. – Halo! Czy to jakiś głupi żart? Proszę nie blokować linii, ktoś może naprawdę potrzebować pomocy!
Chwila milczenia i ponowny zaniepokojony głos:
- Proszę mi pomóc. Umieram. Umieram. Ratunku!. Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się.
- A utop się pan!
Szczęk odkładanej słuchawki.
- I co pani na to? – syknął Pomidor.
- To… – wyjąkała blednąć jeszcze bardziej. – To jakaś chora manipulacja.
- Tak? A czyj to głos?
- Mój – przyznała. – Ale ja tego nie powiedziałam.
- Acha. A więc to pani głos, tylko nie pani to mówi?
- Dokładnie – przyznała drżącym głosem. – Doskonale pamiętam tę rozmowę. Początek się zgadza, ale później miała zupełnie inny przebieg. Ten mężczyzna ze mnie szydził!
- Doskonale pani pamięta tę rozmowę?
- Oczywiście – odparła gorliwie. – A co w tym dziwnego?
- Pamięta pani wszystkie rozmowy telefoniczne z pacjentami, czy może należałoby tu powiedzieć potencjalnymi, lub nawet niedoszłymi pacjentami?
Kobieta parsknęła.
- Co pan mi próbuje wmówić? Coś pan insynuuje? – fuknęła nie kryjąc irytacji. – A pan pamięta?
- Tu nie chodzi o mnie – powiedział chłodno Pomidor. – Ale jeśli ma to zaspokoić pani ciekawość i pomóc w koncentracji, to odpowiedź brzmi „nie”. Nie mogę pamiętać wszystkich rozmów telefonicznych, bo bywa, że odbywam ich kilkadziesiąt dziennie.
- Otóż to – przyznała Eleonora. – No ale kilka ostatnich chyba pan pamięta?
- Zwykle tak – przyznał. – Jeśli wynika z nich coś istotnego, to nawet z pewnością.
- No widzi pan.
- Więc, jak? Pamięta pani tę rozmowę, czy nie? Było w niej coś szczególnego?
Z każdą chwilą głos Eleonory przybierał na głośności. Była już mocno zaczerwieniona na twarzy, jej podkrążone oczy nadawały jej wyrazu właściwego dla ludzi długo uzależnionych od alkoholu, lub innych rujnujących organizm używek.
- To był jeden z tych idiotycznych żartów, – podjęła – jakie śmieszą ludzi o chorych umysłach i wypaczonej osobowości! To musiał ktoś jakoś później przetworzyć, ponownie zgrać! Nie znam się na tym. To wy jesteście specjalistami. Ja nie mam pojęcia jak to wyjaśnić!
- A widzi pani – rzekł spokojnie Pomidor. – To zupełnie tak jak my. Też nie wiemy, jak to wyjaśnić.
- Czyli panowie mi wierzą? – szepnęła z nadzieją. – Że to manipulacja?
- A nie. O tym nie może być mowy – odparł policjant. – Autentyczność nagrań jest poza najmniejszym podejrzeniem. Chodziło mi raczej o to, jak pani to robi?
- Co?
- Jak pani potrafiła zmuszać tych ludzi do samobójstw? I jak, na Boga, udaje się pani manipulować rejestracją chronologii połączeń?
- Co?
- Następujące po sobie połączenia w rzeczywistości miały kolejność w zupełnie innych momentach.
Eleonora milczała wpatrując się w policjanta przeszklonym wzrokiem. Cała ta absurdalna historia w połączeniu z fizycznym zmęczeniem sprawiła, że przestał do niej docierać sens słów policjanta. Zwłaszcza, że dla niej sensu były one pozbawione.
- Ja chyba śnię – szepnęła.
- Bynajmniej. Na przykład mężczyzna, któremu kazała pani się utopić zrobił to w sposób dokładny i skuteczny. Po prostu wyszedł z domu, wszedł do zatoki i utonął. W podobny sposób zareagowali wszyscy pozostali. Wicuś, puść pani kilka ostatnich.
Kapusta chwilę zmieniał układ pokręteł i suwaków, odegrał na klawiszach krótką sekwencję i po chwili pomieszczenie wypełnił przerywany krótkimi sygnałami głos Eleonory.
- A utop się! A strzel pan sobie w dupę! A ukręć se pan łeb! A wysraj pani sobie flaki! Przez okno pan skocz!
- Dosyć – powiedział Pomidor i głos ucichł. – Twierdzi pani, że doskonale pamięta zapis rozmowy, którą wcześniej pani zaprezentowaliśmy?
- Już mówiłam – odparła drżącymi ustami. – Ale te? To naprawdę…
- Skupmy się na tej ostatniej.
Kobieta z trudem przełknęła suchą ślinę.
- Tak. Pamiętam ją doskonale, bo rozmawiałam z tym człowiekiem na ostatnim dyżurze – spojrzała na zegarek. – Nie dalej jak, sześć, siedem godzin temu.
- A widzi pani – ucieszył się policjant, chociaż była to raczej gorzka radość. – Bo wydaje nam się, a właściwie to należałoby powiedzieć, że jesteśmy co do tego całkowicie i ponad wszelką wątpliwość zgodni, że wkradła nam się tutaj taka jedna drobna niejasność.
- Mianowicie?
- Mianowicie chodzi o to, łaskawa pani, że to była rozmowa sprzed ponad pół roku.
*
- Słucham, pogotowie – powiedziała zmęczonym głosem.
Trzecią noc z rzędu miała dyżur. Była sroga i zapowiadająca się na wyjątkowo długą zima, godzina czwarta trzydzieści osiem rano. Czwarta trzydzieści osiem w nocy. Dyżur był okropny. Nie było mowy o zmrużeniu oka.
- Umieram – zabrzmiał męski głos o nieco niepokojącym tonie.
- Halo? – ożywiała się. – Spokojnie. Proszę podać swoje dane. Jakie są objawy?
- Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.
- Słucham?
- Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się.
- Czy to żart?
- Och nie, w żadnym wypadku nie może być mowy o głupim dowcipie. Gluty śmierdzą mi potem nie na pomysły – mężczyzna zarechotał chorobliwie.
- A utop się pan! – nie wytrzymała i odłożyła słuchawkę.
Miała dosyć. Że też ludzie nie mają co robić po nocach i zamiast odpoczywać, trzymają się ich idiotyczne żarty. W ciągu ostatnich trzech dyżurów było pod tym względem gorzej niż zwykle. Każdej nocy odbierała dwa, trzy tego typu telefony.
Do godziny szóstej aparat telefoniczny milczał. Westchnęła ciężko wychodząc na do szpiku kości przeszywające chłodem powietrze. Do domu pojechała taksówką. Bała się prowadzić. W mieszkaniu zrzuciła palto na podłogę i nie rozbierając się padła na łóżko. Zasnęła w locie. Miała wolny dzień i zamierzała go przespać w całości.
Około godziny czternastej obudził ją świdrujący umysł sygnał telefonu. Ilekroć zdarzały się jej okresy tak wykańczające, jak ten, borykała się z myślą wyłączenia telefonu. Niemniej nigdy tego nie uczyniła. Nie pozwalało jej na to poczucie obowiązku. A nuż ktoś się rozchoruje i będą jej potrzebować na pogotowiu?
Przez niemal kilka minut nie mogła się rozbudzić. Śniło jej się, że rozmawia przez telefon z jakimś przerażonym mężczyzną, który nie potrafił jej powiedzieć, czego chce. Był to nico dziwny sen, w którym nie była sobą, tylko jakby obserwowała odbywającą się scenę na ekranie lub w teatrze. Eleonora ze snu była właśnie na dyżurze, ale nie miała na sobie służbowego fartucha tylko zielony lekarski płaszcz, jakich używają chirurdzy podczas operacji. Jęczący do słuchawki mężczyzna błagał o pomoc, mówił, że musi wyskoczyć przez okno, chociaż tego nie chce. Eleonora ze snu rozmawiała z nim, ale Eleonora śniąca słyszała i rozumiała wyłącznie słowa mężczyzny, a wypowiedzi jej samej były bardzo niewyraźne, zagłuszone szumami, urywane, jakby były odtwarzane z mocno porysowanej płyty gramofonowej. Sen nie przynosił upragnionego ukojenia i relaksu, stając się w zamian coraz bardziej męczącym, niemal tak samo, jak z każdą chwilą wzrastał strach dzwoniącego mężczyzny. Co gorsza, nie była też już wcale pewna, czy mężczyzna naprawdę czegoś panicznie się boi, czy też stroni sobie z niej żarty, co niestety nie zdarzało się rzadko.
Kobieta nerwowo przewracała się z boku na bok, od czasu do czasu z jej ust dobywał się cichy bulgot przeplatany ze złośliwym, szyderczym chichotem. Koszmary umiejscawiały się najczęściej w dobrze znanym z życia otoczeniu, a Eleonora niemal cały czas spędzała na pogotowiu. Godziny domowego odpoczynku upływały jej najczęściej na śnie, więc czas prywatny nie stanowił zbyt dobrej pożywki dla sennej wyobraźni. Tak więc najczęściej śniły jej się właśnie dyżury, w trakcie których raz jeszcze przeżywała wydarzenia, które już się odbyły, jak również i takie, jakie nigdy nie miały miejsca. Po tylu latach pracy momentami trudno jej było odróżnić fakty od sennych wizji i pojawiała się w pracy nie wiedząc, czy to co miała w pamięci dotyczy faktów, czy też owoców jej wyobraźni.
Natarczywy dźwięk dudnił jej w głowie, jak przemykający peronem pociąg widmo. Nie potrafiła ocenić, czy dręczy ją koszmar, czy też ktoś uporczywie usiłuje wyrwać ją z głębokiego, mającego przynieść odprężenie snu.
W końcu otworzyła oczy i wsłuchała się w obezwładniającą ciszę. Telefon milczał. Nie miała pewności, czy naprawdę dzwonił. Wstała, podniosła słuchawkę i wybrała służbowy numer pogotowia.
- Ela? – usłyszała głos dyspozytorki.
- Cześć Basiu – odparła ziewając. – Skąd wiedziałaś, że to ja?
- Jezu – odparła przyciszonym, jakby konspiratorskim głosem pielęgniarka – Dobrze, że się odezwałaś. Pewnie słuchałaś już wiadomości. A czytałaś „Głos Poranny”?
- Ja lecę z nóg, skarbie – powiedziała lekko podirytowana. – Nie spałam trzy noce. Nie pogniewaj się, ale dzwonienie do mnie z taką sprawą nie jest najlepszym pomysłem. Nie sądzisz, że sensacje mogą poczekać?
- Szuka cię policja! – niemal krzyknęła kobieta. – Byli tu już dwa razy. To pewnie oni dzwonili. Bo na pewno nie ja.
- Co? – Eleonora aż usiadła. – O czym ty mówisz?
W tym momencie usłyszała dzwonek i jednoczesne, bardzo stanowcze stukanie do drzwi.
- Oddzwonię – powiedziała i odłożyła słuchawkę.
Policja? Nie miała czasu na analizę swoich ostatnich dni, ale była pewna, że nie zrobiła niczego, za co mogła by być poszukiwana. A teraz ten łomot do drzwi.
*
Wincenty Kapusta siedział przy biurku z marsową miną. Po raz kolejny przetwarzał porcję materiału, która mimo intensywnej obróbki nadal zdawała się kryć w sobie istotne tajemnice. Nie było na to dowodów, ale doświadczony policjant podświadomie to wyczuwał. Miał nadzieję, gorliwie wierzył, że dzięki uporowi znajdzie odpowiedzi na nurtujące go pytania. W końcu musi przecież paść choć cień światła na całą tą toczącą się bez końca kabałę. Inaczej śmierć jego przyjaciela pójdzie na marne, a do tego nie może dopuścić. Nie wolno mu. Nie po tych wszystkich wspólnych latach pracy.
Przełączył aparaturę w stan aktywności i zaczął skrupulatnie wprowadzać dane i parametry z zaszyfrowanych, bądź też uszkodzonych plików. Nie spodziewał się szybkich efektów. Jak do tej pory nie udało się otrzymać czytelnego przekazu szybciej, jak po trzech godzinach, a i to było swoistego rodzaju rekordem. Na ogół czekał blisko pięć godzin na dane na tyle obrobione, by dały się wykorzystać do czegoś bardziej konkretnego. Raz jeszcze odsłuchał to, co udało mu się dotychczas odszyfrować, ale na niewiele się to zdało. Nagranie niemal niczym nie różniło się od dotychczasowych.
- Słucham pogotowie – usłyszał wyraźny głos dyspozytorki, Eleonory Prąd.
- Pomocy… – to był męski, drżący z przerażenia głos, brzmiący jakby znajomo, ale jednocześnie dziwnie obco, nienaturalnie.
- Proszę się uspokoić i powiedzieć co się dzieje.
- Umieram…
- Proszę podać nazwisko i adres.
- Pić… On chciał tylko napić się kawy…
- Spokojnie. Skąd pan dzwoni? Czy ktoś z panem jest?
- Umrę… Ja umrę… A on chciał tylko kawy…
- Proszę podać adres.
- Dwie kawy… Prosił o dwie duże kawy…
Dialog na chwilę się urwał. Słychać było nerwowe oddechy obu rozmówców.
- Czy pan mnie słyszy?
- Dwie duże… czarne…
- Czy to jakiś żart?
To był koniec rozmowy. Dalej słychać było tylko długi sygnał przerwanego połączenia i szczęk odkładanej słuchawki. Wincenty pokręcił głową z rezygnacją. Wstał ze starego wysłużonego, obitego zielonkawą tkaniną krzesła i wyszedł na korytarz. Ścienny zegar wskazywał prawie dwadzieścia minut po pierwszej w nocy. Na ogół o tej godzinie komenda była pusta poza nielicznymi, pracującymi akurat nad jakimiś nie cierpiącymi zwłoki sprawami, lub też nie mogącymi spać śledczymi, dla których poza tymi przesiąkniętymi kryminalnym smrodem murami nie istniało godne uwagi życie, a prywatność była złem koniecznym. Najwyższe, szóste piętro budynku, który zajmowała komenda stołeczna, zarezerwowane było wyłącznie na gabinety i laboratoria. Ze względów bezpieczeństwa nie przetrzymywano tu więźniów, nie prowadzono przesłuchań. W końcu świadomość, że tuż nad głową czeka wolność, nie wpływała korzystnie na wyobraźnię przestępców.
Wincenty skierował kroki do umiejscowionej przy windach dyżurki. Pełniący nocną służbę funkcjonariusz czuwał wspomagając się kawą, którą właśnie wlewał z plastikowego termosu do dużego porcelanowego kubka.
- Co to, Mieciu? – zagaił Kapusta. – Nie smakuje nasza kawka?
Zaskoczony mężczyzna drgnął i odrobina kawy trafiła na biurko.
- A żeby cię! – parsknął. – Tyle razy cię prosiłem, żebyś tego nie robił – skarcił kolegę z wyrzutem.
- Ty masz, Mieciu, czuwać, a nie dawać się podejść, jak gajowy na jagodach.
- Dobra, dobra.
Przez chwilę przekomarzali się, ale rozmowa niezbyt im się kleiła. Późna godzina, a przede wszystkim ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie były to najlepsze chwile na beztroską gawędę i żarty
- Ktoś jeszcze siedzi? – zapytał na odchodne Kapusta.
Dyżurny popatrzył na monitory i ewidencję obecności.
- Na czwartym jest jeszcze ten Jurek Sobota, co go kobita odeszła i zrobiła w trąbę z chałupą. Szkoda chłopa, ale jak głupi, to niech teraz cierpi. Ja to tam zawsze mówiłem, że babie wierzyć nie można, bo jak tylko ma okazję, to ci zrobi koło dupy, że się potem będziesz bał pierdnąć, żeby se nóg nie połamać. Jakby tak każdy…
- Oprócz niego, ktoś jeszcze? – przerwał Wincenty wiedząc, że inaczej czeka go kilkuminutowy monolog. – Mariana nie ma?
- Tego z dochodzeniówki?
- Tego samego.
- Na urlopie – odparł Mietek nie patrząc nawet w rejestry. – Oprócz ciebie i tego nieszczęśnika tylko ja tu dzisiaj kwitnę. No i chłopaki na dole. A co?
- Nic szczególnego – odparł Kapusta drapiąc się nerwowo w udo. – Jakoś tak tu dzisiaj nieswojo.
Mietek wzruszył ramionami nie komentując opinii Wincentego i głośno pociągnął z kubka.
- Na razie.
- No.
Kapusta ruszył ku drugiemu końcowi korytarza. Coś go gryzło, ale nie potrafił wskazać, co to takiego. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, albo podsłuchuje. To chyba najwyraźniejszy sygnał, że powinien odpocząć, pójść na urlop, wyjechać w jakieś spokojne miejsce, iść na ryby, pospacerować. Powinien. Co do tego nie było dwóch zdań. Ale zanim do tego dojdzie, zanim będzie mógł spokojnie zostawić pracę, musi doprowadzić do końca tę bez końca ciągnącą się sprawę. Sprawę, która spędzała mu sen z powiek, sprawa której poświęcał kilkanaście godzin na dobę, sprawa którą żył i o której coraz częściej śnił. Ta cholerna zagadka z pewnością nie pozostawała bez znaczenia dla jego kondycji zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Miał wrażenie, że ostatnimi czasy mocno wzrosło mu ciśnienie, ale nie miał czasu by iść z tym do lekarza. Zdarzało się również, szczególnie wieczorną porą, że łapały go duszności i coś cisnęło w piersiach. Często zdarzało mu się, że z lękiem ogląda się przez ramię, boi się wchodzić do ciemnych pomieszczeń, czuje niepokój przed odbieraniem telefonów. Czyżby nerwica? Do tego to cholerne przeświadczenie, że ktoś go permanentnie inwigiluje. Czy to możliwe? Jego? Faceta uchodzącego za jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w całym kraju? Z drugiej strony, czemu nie? Całe lata to przecież on podsłuchiwał innych, dla czego więc w końcu sytuacja nie miała się odwrócić?
Nie to było wszakże najważniejsze. Musi najpierw dopilnować by po śmierci Pomidora wszystkiego nie zaniedbano, za wszelką cenę musi doprowadzić do rozwiązania tej cholernej sprawy. Odszyfrował i odsłuchał w sumie już kilka godzin nagrań i nie ruszył nawet na krok. Było to z jednej strony fascynujące, ale z drugiej było również tak bardzo irytujące, że momentami chciało mu się płakać i krzyczeć z niemocy. Miał nadzieję, że dzięki najnowszym danym coś się ruszy, ale do tej pory jedyny pożytek z informacji, jakie udało mu się uzyskać był taki, że przypomniał sobie, że nie pił jeszcze wieczornej kawy. Nic dziwnego, że był zmęczony i umysł nie pracował my na najwyższych obrotach, do czego zdążył go już przyzwyczaić w ciągu długich nocnych posiadówek.
Automat z kawą najpierw niepokojąco chrobotał, potem zaczął przyjemnie mruczeć, wreszcie prychnął i po chwili słychać było już tylko szum uderzającego o papierowe ścianki kubków wrzącego strumienia i buchającej aromatycznej pary. Zanim naczynia wypełniły się pienistym napojem, uszu Wincentego dobiegł niepokojący szmer przypominający odgłos szarpnięcia za ortalionową tkaninę. Policjant odwrócił się odruchowo. Niecałe dwa metry za nim stał Hektor. Twarz mężczyzny była ziemisto blada, oczy wodniste i podkrążone sino burymi łukami sięgającymi niemal połowy policzków pokrytych kilkudniowym zarostem. Miał na sobie sięgający kostek wiązany od tyłu jasnozielony lekarski płaszcz poplamiony zakrzepłymi burymi plamami i bryzgami. W dłoni trzymał słuchawkę telefonu ze zwisającymi kawałkiem kabla. Gdy otworzył usta, zakrzepła w kącikach ust krew cicho trzasnęła i drobne okruszki sypnęły się na nieruchomą pierś mężczyzny. Pomidor wyciągnął dłoń w kierunku kolegi, jego wzrok zdawał się przenikać Wincentego i skupiać się na automacie i napełnionych kawą kubkach.
- Pić – bardziej zachrzęścił, niż powiedział.
Kapusta cofnął się krok. Jego usta drżały niemal konwulsyjnie.
- Pić – powtórzył Hektor wyciągając przed siebie słuchawkę. – Do ciebie.
Wincenty sięgnął po nią jak w transie i przytknął do ucha.
- Halo? – szepnął drżącym głosem.
- Słucham? – usłyszał nerwowy kobiecy głos.
- On mi kazał…
Zamilkł i słuchał przez chwilę obserwując, jak powłóczący nogami Hektor podchodzi do automatu, podnosi kolejno kubki z kawą i łapczywie wlewa ich zawartość w usta. Po chwili na podłodze wokół jego stóp zaczęła tworzyć się nieregularna ciemna plama cieczy. Pomidor wolno zgniótł kartonowy kubek upuścił go na pokryte płytkami podłoże korytarza.
- Na co czekasz? – zapytał teraz z kolei bulgoczącym głosem. Na jego wargach przez chwilę pokazał się zabarwiony lekko na brudnoróżowy odcień przezroczysty bąbel, który zaraz bezdźwięcznie pękł.
Wincenty bezwładnie opuścił ramię, rozchylił palce dłoni i patrzył jak słuchawka niczym w zwolnionym tempie lekko obracając się bezdźwięcznie upada na podłogę, jakby była zrobiona z gąbki. Wolno podszedł do okna i otworzył je szeroko.

Obrzartuszek vs. Plastmasa

Leszek leżał ze spokojną miną.
- Wygląda jakby spał – powiedział matka.
- Chyba raczej jakby spał – skorygował przygłuchy ojciec. – Jakby srał, to by nie był taki spokojny.
Kobieta wyrozumiale przemilczała uwagę męża. Westchnęła i delikatnie pogładziła syna po głowie, uważając przy tym, by nie uszkodzić pieczołowicie ułożonej przez dekoratora fryzury. Leszek zginął w wypadku w dniu, w którym obchodził czterdzieste urodziny. Był kawalerem, czego matka zawsze żałowała. Teraz po raz pierwszy cieszyła się, że syn nie założył rodziny. Nie zniosłaby widoku płaczących sierot i owdowiałej synowej.
- O której mają przyjść? – zapytał mąż.
Kobieta spojrzała na zegarek.
- Za jakieś pół godziny.
Była sobota, trzy dni po śmierci Leszka. Na ten dzień zaplanowali uroczystość urodzinową, na potrzeby której została wynajęta i z góry opłacona restauracja z dużą salą balową, zaproszeni liczni goście, zamówione wykwintne potrawy, zespół muzyczny i konferansjer. W trakcie rodzinnej narady ustalili, że skoro nie można wszystkiego bezstratnie odwołać, to urządzą Leszkowi wystawną stypę. Pechowy solenizant był człowiekiem wesołego usposobienia i pewnie sam życzyłby sobie, by na przyjęciu urządzonym po jego śmierci ludzie dobrze się bawili, a nie topili żale w wódce i flakach.
Skrzypnęły zawiasy prowadzących do sali balowej drzwi i po chwili przy trumnie stanął kuzyn Mietek z Wolbromia, krępy, trzydziestopięciolatek o rudej, mocno kędzierzawej czuprynie.
- Witaj ciociu Heniu – szepnął obejmując matkę Leszka. Następnie uścisnął prawicę wuja.
Po chwili dołączył do niego młodszy brat, Zbysław. Chłopak wyglądał jak wierna kopia Mietka, tyle że nieco mniej zamortyzowana życiem.
- Przywieźliście? – zapytała ciocia Henia.
- Pewnie – odparł gorliwie Zbysław. – Czeka w sali balowej.
Nie zadając dalszych pytań kobieta ruszyła ku wyjściu. Mężczyźni podążyli za nią w milczeniu. W centrum obszernego, rozświetlonego pomieszczenia stała pokaźnych rozmiarów podłużna ława, na której spoczywał Leszek, tylko że przynajmniej cztery razy większy, niż ich martwy syn. Olbrzymi Leszek miał na sobie doskonałą imitację swoich ulubionych krótkich dżinsowych spodenek i koszulkę typu t-shirt ze zdjęciem okładki płyty No Prayer For The Dying zespołu Iron Maiden. Obrazek przedstawiał wydobywające się z grobowca groteskowe monstrum i pierzchających na boki przerażonych ludzi. Gra na gitarze basowej była jedną z największych pasji Leszka, a Steve Harris stanowił dla niego niedościgniony ideał i wzór, taki wygląd koszulki wydawał się więc jak najbardziej stosowny. Przynajmniej dopóki Leszek stąpał po ziemi.
Mietek skrzywił się widząc minę wuja Stacha.
- Było za późno, żeby cokolwiek zmienić – powiedział tonem przeprosin. – Jak zadzwoniliśmy do piekarni, to korpus był już gotowy. Udało się tylko wyraz twarzy trochę podretuszować, bo wcześniejszy był… No sama ciocia zresztą wie, bo projekt Zbyś przysyłał.
Henryka popatrzyła na twarz Olbrzymiego Leszka. Była rumiana i szeroko uśmiechnięta. W pierwotnej wersji miał ją wykrzywiać wyraz wściekłości. Nie była pewna, czy zmiana była właściwa, ale było już za późno na jakąkolwiek korektę w tym zakresie.
- A czego ma tą gębę taką ulaną? – odezwał się z pretensją Stach. – Nogi chude jak u bociana, a morda tłusta i świeci się, jak borsukowi jaja.
- Stachu, miejże litość! – zestrofowała go żona.
- No co? – obruszył się staruszek. – Może nie mam racji?
- Nie o to chodzi – żachnęła się Henryka. – Waż na słowa.
- Co ważne? Sowa? Rozum ci odjęło, kobieto?
- A daj ty mi spokój!
- Co?
Matka Leszka machnęła ręką zrezygnowana. Mężczyzna pomruczał chwilę pod nosem i zamknął usta chodź widać było, że miał jeszcze sporo do powiedzenia. Zamiast drążyć temat wolał jednak wcisnąć zaciśnięte pięści głęboko w kieszenie spodni i utkwić wzrok w roztaczającym słodkie zapachy Olbrzymim Leszku.
- Wcześniej miał usta rozdziawione, jakby na kogoś krzyczał z całych sił – zdecydował się wytłumaczyć Mietek. – Cukiernik musiał je zalepić i zamienić w uśmiech, ale przez to twarz jest rzeczywiście nieco duża. Poza tym krem się trochę rozpuścił na słońcu w trakcie wnoszenia. Na dworze jest ze czterdzieści stopni.
- Nie ważne – ucięła temat matka. – Grunt, że jest naprawdę duży.
- Ważne, że jest duży – przyznał ojciec nieco się uspokoiwszy.
Leszek był dosyć nikczemnego wzrostu, z powodu czego miał mocno gryzące go kompleksy, których nie potrafił się wyzbyć. Unikał publicznych miejsc, stronił od kobiet. Uważał, zresztą nie bezpodstawnie, że jego niecałe metr pięćdziesiąt pięć dyskwalifikuje go jako amanta.
- A Humphrey Bogart? – podsuwała zawsze matka, gdy ktoś poruszał ten drażliwy dla siebie temat. – Nie był większy od ciebie, a kochały i kochają go kobiety całego świata.
- Musiał stanąć na taborecie, żeby pocałować Ingrid Bergmann w Casablance – ripostował Leszek. – Wyobrażasz sobie mnie, jak wchodzę na taboret i całuję, dajmy na to, tę Wasilewską z warzywniaka?
- Jesteś nienormalny.
- Kto się urodził kurduplem, to i kurduplem zostanie. Cudów nie ma.
Henryka westchnęła na wspomnienie słownych przepychanek z synem. Gdyby mógł zobaczyć niespodziankę, jaką mu przygotowali. Olbrzymi Leszek mierzył ponad sześć metrów długości i z pewnością mógł zaimponować każdemu. Przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary. Był wykonany z masy lukrowej, biszkoptu, bezowej piany i kremu różnych smaków i kolorów. Za wypiek odpowiadał mistrz cukiernik Napoleon Ciasteczko, dalszy kuzyn ze strony Stacha, które to pokrewieństwo mimo piątej wody po kądzielowym kisielu, zapewniło im stosunkowo duży rabat. Po śmierci Leszka Napoleon dał im dodatkową ulgę cenową i wykonał pracochłonne retusze bez żadnej dopłaty.
- Podoba się? – zapytał Ciasteczko wchodząc na salę w momencie, gdy Henryka akurat była przy nim myślami.
Kobieta pokiwała głową i otarła kąciki oczu.
- Imponujący – powiedziała po chwili milczenia. – To chyba właściwe słowo.
- Poczekaj, aż spróbujesz – cukiernik uśmiechnął się zadowolony, ale zaraz spoważniał przypominając sobie charakter przyjęcia. – Mam nadzieję, że chociaż odrobinę osłodzi te gorzkie chwile – dodał.
Godzinę później salę wypełniało kilkadziesiąt krążących od stołu do stołu osób, zespół grał jeden po drugim skoczne rokowe przeboje. Another One Bites The Dust QUEEN sprawił, że ludzie zaczęli kręcić się nerwowo, a gdy salę wypełniły dźwięki Run Run Away SLADE na parkiecie zaczęły pojawiać się nieśmiało pierwsze pary żądne zabawy. Rozluźnienie wpłynęło również na apetyt biesiadników. Nim minęło dalsze trzydzieści minut Olbrzymi Leszek nie miał już głowy, od której zirytowany wyglądem twarzy Stach nakazał rozpoczęcie degustacji wypieku, a po dalszym kwadransie także lewej nogi do wysokości kolana i prawej stopy.
Wniesiona na salę trumna z prawdziwym Leszkiem została ustawiona przy stole na honorowym miejscu, w którym zwykle siadywała młoda para, bądź solenizant. Leszek sprawiał wrażenie, jakby spod przymkniętych powiek bacznie się przyglądał, jak gromada umorusanych dzieciaków podgryza jego większego sobowtóra z każdą chwilą przybliżając jego imponujące ciało go do rozmiarów oryginału.
- Jak tak dalej pójdzie – powiedział lekko podcięty Wojtek, starszy brat Leszka, gastrolog z wykształcenia i zamiłowania – to zanim się ściemni, po Leszku zostanie tylko rzadka kupa w kiblu.
- A to niby czemu? – zainteresował się szczupły mężczyzna, którego Wojtek nie znał. Nieznajomy wpychał do ust kolejne, solidnych rozmiarów kęsy ciasta, którego kawałki wypełniały trzymany przez niego talerz, tworząc wraz z małymi kanapeczkami całkiem pokaźny kopczyk. Jego policzki sprawiały wrażenie, że zaraz popękają.
- Albo rzygi – dodał przechylając szklaneczkę do drinków wypełnioną czystą wódką. – A najpewniej jedno i drugie. Jak ludzie popiją i nażrą się ciasta na zmianę z bigosem, to kible się pozapychają. Dziecka sraki dostaną od kremu.
Mężczyzna pokiwał głową gorliwie przytakując wpychając przy tym w usta dwie kanapki od razu zanim zdążył dobrze przełknąć poprzedni kawałek wypieku. Po jego lśniącym podbródku ściekała strużka rozpuszczonego kremu. Wojtek odwrócił wzrok i przeszedł w drugi koniec sali jak najdalej od przepadzistego człowieka. Zanim osiągnął cel wpadł na starą przyjaciółkę.
- Ostrożnie Wojtuś, bo mi stopy zmiażdżysz – powiedziała kobieta odskakując z przesadnym, udawanym przestrachem.
- Wanda – stwierdził bez zażenowania. – Przepraszam, ale spotkałem kogoś działającego mi na nerwy. Ślicznie wyglądasz. Czas się dla ciebie zatrzymał, czy jak?
- Jasne – odparła. – Ale chyba nie tylko na mnie – dodała kokieteryjnie mierząc go wzrokiem od stóp do głowy. – Kto cię tak zezłościł?
- A nawet nie wiem, co to za gość – odparł. – Obżerał się plackiem, jakby przez ostatnie parę miesięcy nie jadł niczego poza mączką z suszonych borsuczych jąder. Co za świnia.
- Daj spokój. Może człowiek był zdenerwowany, czy przejęty. Ludzie w nerwach postępują nieracjonalnie, nie zastanawiając się nad swoją postawą.
- Akurat – nie zgodził się Wojtek. – Nie widziałaś go, to nie wiesz o czym mówisz.
- To pokaż mi.
- Nie chcę na niego patrzeć.
- Proszę.
Wanda uszczypnęła go w łokieć przytulając się mocno do jego boku. Przez cienką tkaninę letniego garnituru poczuł gorąco bijące od jej ciała i przeszedł go dreszcz pożądania. Zawsze uważał Wandę za bardzo łakomy kąsek, ale nigdy nie zdobył się, żeby jej zaproponować coś więcej niż kawę, lub kino, a i nawet to przysparzało mu wielu nerwów. Tak zleciało prawie trzydzieści lat znajomości. Kobieta wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci, ale teraz znów była wolna. Rozwódka. Doskonała partia dla starego kawalera. Co dziwne matka nigdy nie czyniła Wojtkowi wyrzutów, że się nie ożenił, tak jak miało to miejsce w przypadku Leszka. Wojtek sądził, że wynikało to z warunków fizycznych. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, był dobrze zbudowany, przystojny. Z pewnością mógł podobać się kobietom. Był też jedną z głównych przyczyn kompleksów młodszego brata, który uważał, że stwórca z niego zakpił.
- Bóg miał dla nas trzy i pół metra, ale mu się nierówno ciachnęło – mawiał Leszek. – Dobrze chociaż, że z czym innym było inaczej.
- Jasne – odpowiadał Wojtek – Mnie przypadł cały rozum, a tobie na pociechę trafiła się wielka dupa.
- Nie chodziło mi o rozum.
I obaj wybuchali serdecznym śmiechem.
Obejmując Wandę w tali, Wojtek poprowadził ją pomiędzy coraz głośniej rozmawiającymi gośćmi. Kapela rżnęła teraz Paranoid BLACK SABBATH, a ostrzyżony na jeża wokalista wspinał się niebezpiecznie na nieco za wysokie jak na gust Wojtka rejestry.
- Jest, menda – powiedział do kobiety wskazując nieznajomego i jednocześnie krzywiąc się z niesmakiem.
Niedaleko szwedzkiego stołu stał szczupły mężczyzna z talerzykiem wyglądającym identycznie, jak za poprzednim razem tyle, że znacznie większym. Jego usta również zmieniły się w podobny sposób. Policzki były wydęte do granic możliwości, szczęki pracowały energicznie, a otwierające się co kilkanaście sekund przepadziste usta rozszerzały się do niewiarygodnych rozmiarów. Wojtek pomyślał, że bez najmniejszego problemu mógłby włożyć w nie zaciśniętą pięść i ugnieść pokarm, by więcej się zmieściło. Ku jego zdziwieniu mężczyzna wepchnął do ust ociekający kremem kawałek ciasta, popychając go palcami, aż niemal całe zniknęło wgłębi ust i zaraz potem ślad za nim powędrował kolejny kawałek i trzy kanapki. Mężczyzna czujnie lustrował zastawiony stół, jak drapieżnik wypatrujący w stadzie przyszłą ofiarę.
- Znasz go? – zapytał z odrazą.
- W życiu go nie widziałam.
Wojtek z niepokojem przeniósł wzrok na Olbrzymiego Leszka. Obie nogi znikły do wysokości spodenek, nie miał już również ramion. Na chwilę zatrzymał wzrok na przerażonej twarzy z okładki płyty zdobiącej nie naruszoną do tej pory pierś. Najwidoczniej ta część wypieku wymagająca z pewnością niemałego nakładu pracy i wielkiego kunsztu artystycznego sprawiła, że biesiadnicy powstrzymywali się z jej naruszeniem, co zdawałoby się być swoistego rodzaju zbezczeszczeniem majstersztyku rąk ludzkich.
- Czyż nie…
Nie dokończył wypowiedzi bo w tym momencie do podłużnej ławy energicznym krokiem podszedł nieznajomy mężczyzna i przy pomocy łopatki do tortu zaczął dźgać wypiek ładując na jeszcze większy niż poprzednio talerz kolejne kawałki cista bezpowrotnie niszcząc artystyczny aspekt wypieku. Gdy tylko pierś Olbrzymiego Leszka została naruszona ławę obskoczyły dzieciaki i zaczęły pożerać słodkie kęsy wyrywając kawałki ciasta rękami. Wyglądało to, jak atak jakichś małych zombi na martwe ciało świeżo ubitej ofiary.
Wojtek nie wytrzymał i ruszył w kierunku nieodstępującego stołu mężczyzny. Energicznym ruchem wytrącił mu z rąk talerz. Kawałki ciasta i kanapki rozleciały się z nieprzyjemnymi plaśnięciami. Mężczyzna odprowadził wzrokiem upadające porcje i popatrzył na Wojtka jak na barbarzyńcę. Szczęki mu znieruchomiały. Po chwili znów spojrzał na podłogę, przeżuł kilkakrotnie, przełknął marszcząc brwi i zrobił krok w kierunku swojego purpurowego na twarzy adwersarza.
- Pan to zrobił celowo?
- Oczywiście!
- To niegrzeczne. Ja jestem w pracy.
- Co?
- Tak uważam. A nawet więcej. Wytrącanie naczyń z rąk jedzącego i marnowanie pokarmu to dodatkowo bezprzyczynowe marnotrawstwo. Pan wie ile ludzi mogłoby się tym najeść? Ilu głodujących? Dzieci?
Wojtek nie mógł uwierzyć. Mężczyzna, który przez ostatnie kilka godzin nie robił nic poza przepadzistym obżeraniem się, śmiał mu wspominać o głodujących dzieciach. Zanim zdążył powiedzieć co na ten temat myśli, podszedł do nich wuj Stach.
- Co tu się dzieje, panowie? – zapytał.
- Ten pan wytrącił mi talerzyk z ciastem, panie Staszku – wyjaśnił nieznajomy. – Bez powodu.
- Bez powodu? – parsknął czerwieniejący na twarzy Wojtek.
- Zechce pan powtórzyć, panie Obżartuszku? – dopytywał Stach.
Wojtek wypuścił powietrze zaskoczony.
- Powiedziałem – odparł mężczyzna wolno i wyraźnie wypowiadając słowa – że obecny tu pan zupełnie bez powodu wytrącił mi z rąk talerzyk z ciastem.
Stach spojrzał na podłogę, potem przeniósł pytające spojrzenie na syna.
- O Jezu, przepraszam – powiedział zażenowany Wojtek zwracając się do nieznajomego. – Zupełnie wyleciało mi z głowy, że rodzice mieli pana zaprosić. Nigdy wcześniej pana nie widziałem. Znam tylko ze słyszenia. Myślałem, że jest pan… No jakby to powiedzieć…
- Większy?
- Właśnie.
- Wszyscy mi to mówią.
Obżartuszek uśmiechnął się i nieprzyjemna atmosfera nieco się rozluźniła.
- Ech ty głuptasie – Wanda delikatnie uszczypnęła Wojtka w policzek. – A ty myślałeś, że to ktoś przypadkowy tak się obżera ciastem i kanapkami.
- Ktoś przypadkowy? – powtórzył Obżartuszek i wszyscy wybuchli serdecznym śmiechem.
Żartowali i przekomarzali się przez kilka minut. W pewnym momencie do rozmawiających podeszła Henryka w towarzystwie kuzyna Mietka z Wolbromia.
- Nie za wesoło wam? – zapytała. – Leszek zniknął.
- Wiemy, wiemy – odparł Wojtek. – Dzięki panu Obżartuszkowi – dodał serdecznie klepiąc mężczyznę w ramię.
- No nie tylko dzięki mnie ale dziękuję za...
- Chodzi mi o prawdziwego Leszka – przerwała kobieta.
Śmiechy ucichły. Informacją o zniknięciu Leszka najbardziej zdawał się być przejęty Obżartuszek. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle przestały interesować go wszystkie otaczające go osoby, przez które zdawał się przenikać wzrokiem w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. Lustrował nerwowo różne punkty sali, jakby próbował wypatrzeć obiekt chorobliwego pożądania, którego tak naprawdę wcale wolałby nie dostrzec.
Pozostali wpatrywali się w pustą trumnę, z której wystawały brzegi pomiętej, satynowej wyściółki.
- Co to ma niby być? – parsknął Wojtek.
Obżartuszek nagle uniósł brwi i z jego wytrzeszczonych oczu wyjrzał ktoś bardzo nie na żarty przestraszony. Złapał Wojtka za dłoń i szarpnął w kąt sali.
- Coś pan! – zaprotestował Wojtek. – Puszczaj pan, albo…
- Niech pan posłucha – przerwał Obżartuszek, którego głos drżał na tyle poważnie, że Wojtek zamilkł bez protestu. – Zostało już bardzo niewiele czasu.
- Jak mi zaraz…
- Niech pan spojrzy.
Mężczyzna wskazał palcem resztki Olbrzymiego Leszka.
- O czym pan mówi? – zapytała Wanda podchodząc do mężczyzn zaniepokojona. W widoczny sposób zaczął udzielać się jej strach i też rzucała już nerwowe spojrzenia przez ramię.
- Mów pan, do cholery! – zażądał wyjaśnień Wojtek.
- Nie krzycz na pana! – upomniała go matka.
- I nie krzycz na pana! – dołączył ojciec.
Zanim Obżartuszek zdążył odpowiedzieć budynek zadrżał w fasadach.
- Co jest, do cholery? – burknął Wojtek.
Poza nim i jego rozmówcami nikt nie zwrócił uwagi na niepokojący wstrząs.
- Widzicie? – jęknął przerażony i zarazem podekscytowany Obżartuszek. – To Leszek.
Wszyscy popatrzyli na mężczyznę, jak na wariata.
- Leszek?
- Patrzcie.
Ponownie spojrzeli we wskazywanym kierunku. W honorowym miejscu sali przy centralnym stole, gdzie dotychczas stała trumna z wyeksponowanym ciałem Leszka coś było nie tak, jak być powinno. Trumna była na swoim miejscu i nie było w niej Leszka, ale zamiast nieboszczyka spoczywał w niej pijany w sztok Władek Plastmasa, bardzo podobny z twarzy do byłego szwagra ojca pierwszej żony kuzyna znajomego z pracy młodszego brata Stacha. Mężczyzna miał na sobie krótkie jeansowe spodenki i koszulkę IRON MAIDEN taką samą, jak Olbrzymi Leszek, tyle, że rozmiarem pasującą do jego gabarytów.
- Nie zdążyłem – powiedział Obżartuszek.
Wojtek poczuł złość.
- Tego już za wiele – wycedził przez zęby zaciskając pięści. – Co to za głupie gówniarskie żarty?
- To nie żarty – zapewnił nieznajomy.
- Nie żarty? – coraz bardziej unosił się Wojtek. – Więc gdzie jest ciało mojego brata?!
- To nie ważne.
- Nieważne?
- On jest ważny.
- Kto?
- Władek Plastmasa.
- A co w nim ważnego? I kto to w ogóle jest?
Wojtek popatrzył po najbliższych, ale nikt nie sprawiał wrażenia jakby znał Władka Plastmasę, włącznie ze Stachem, który nie miał pojęcia o istnieniu byłego szwagra ojca pierwszej żony kuzyna znajomego z pracy swojego młodszego brata. Nie znał nawet tego znajomego, samego brata nie widział od ponad piętnastu lat, odkąd tamten zwolnił się z Kombinatu i wyjechał za granicę, gdzie wszelki słuch o nim zaginął. Zbieżność pokrewieństwa i znajomości była więc w tym momencie zupełnie przypadkowa.
- Władek Plastmasa – wyjaśnił Obżartuszek – to ryzyko zawodowe i przekleństwo wszystkich uprawiających mój zawód. Nie sądziłem, że kiedykolwiek go spotkam. Oszuka was wszystkich.
- Wżyciu o nim nie słyszałem – powiedział ktoś.
- Ja też – dodał ktoś inny i jeszcze następny i dalsi.
Tymczasem Władek Plastmasa otworzył oczy i chwiejąc się lekko wszedł na krzesło i następnie wyszedł na stół.
- Jestem starym przyjacielem Leszka – oznajmił. – Ale to teraz bez znaczenia. Gdzie się podziało jego ciało?
- Zaczyna się – rzekł Obżartuszek. – Zmyśla jak najęty.
Budynek zadrżał ponownie, tyle że dużo mocniej niż za pierwszym razem, ze stroików zdobiących ściany sypnęły się kwiaty, dał się słyszeć brzdęk tłuczonej szyby. Pisnęła jakaś kobieta, ale była to raczej oznaka udawanego strachu, raczej rozbawienia niż strachu. Na zewnątrz na moment rozjaśniało i przez nieboskłon przetoczył się złowróżbny pomruk letniej błyskawicy.
- Za późno – jęknął Obżartuszek ponownie rozglądając się nerwowo. – Za mało zjadłem.
Wojtek ściągnął brwi.
- Za mało? – zdziwił się. – Zeżarłeś pan przecież za dziesięciu chłopów z huty! Powiedz lepiej gdzie się podział…
- Witam wszystkich!
Dźwięczny głos nie był bardzo donośny ale bardzo wyraźnie zabrzmiał w głowie Wojtka i wszystkich zgromadzonych na sali górując ponad towarzyszącymi mu dźwiękami i odgłosami rozbawionej sali. Wojtek nie mógł uwierzyć, ale nie miał również cienia wątpliwości, że należał on do jego zmarłego brata.
- Bardzo się cieszę, że wszyscy tak szampańsko się bawicie!
Biesiadnicy przerwali rozmowy i zaczęli się rozglądać na boki próbując zlokalizować mówiącego. Gwar stawał się coraz cichszy, aż w końcu zapanowała cisza mącona jedynie przez nerwowe pochrząkiwania i podekscytowane szepty.
- To Leszek! – krzyknęła nagle Henryka wskazując Władka Plastmasę. – Mój kochany syn!
- Tak to ja mamo!
- A nie mówiłem? – stwierdził bardziej niż zapytał Obżartuszek. – Już was ma. Zawsze, zawsze to samo.
Podający się za Leszka Władek Plasmasa stanął na szeroko rozwartych nogach i uniósł dłoń w geście proszącym o uwagę. Gdy wszyscy zaprzestali szeptów wziął się pod boki i zaczął tańczyć podskakując i biegając tam i z powrotem wzdłuż stołu niszcząc wszystko co stanęło mu na drodze. Śpiewał przy tym wesoło:

Spoza gór i rzek
Przyszedł do nas człek
Złapał mnie za ptaka
Bo to był jebaka
Hej!
Bo to był jebaka
Hej!
Bo to był jebaka!
Hej!

Przebiegł wzdłuż całego stołu podskakując wesoło przy każdym „hej!”. Wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w śpiewającego z podziwem i z rozdziawionymi ustami. Tylko Obżartuszek zrezygnowany kiwał spuszczoną głową.

Hej szara wiara
Babie wyszła szpara
Dostrzegł ją jebaka
Puścił mego ptaka
Hej!
Puścił mego ptaka
Hej!
Puścił mego ptaka
Hej!

I tak w kółko aż na stołach nie pozostało nic poza potłuczonym szkłem i porcelaną, porozgniatanym jedzeniem i rozlewającymi się plamami alkoholu i napojów. Nagle Plastmasa zatrzymał się w miejscu i zamilkł. Mina nico mu zrzedła. Wolno omiótł spojrzeniem zgromadzonych i zatrzymał spojrzenie na Obżartuszku.
- Czego tu szukasz, najduchu? – zapytał. – Znasz tu kogoś? Kto cię zaprosił?
Władek spojrzał na Wojtka.
- Ty Wojtuś?
Wojtek energicznie pokiwał głową.
- A skąd – odparł. – Widzę chłopa pierwszy raz na oczy.
- A ty, ojciec?
- Co?
- Znasza tego leszcza?
- Z naszego czego?
- Nie zna go – pospieszyła z pomocą matka. – Ja też go nie znam. Nikt go w ogóle nie zna. W ogóle. Nikt, nikt nie widział go na oczy nigdy w życiu. Zresztą sam spójrz na niego. Wszyscy spójrzcie. Czy ktoś mógłby znać takiego kogoś?
Przez salę przetoczył sie pomruk dezaprobaty.
- Ha! A widzicie! – krzyknął Leszek vel Władek Plastmasa. – A ja go znam. I to dobrze. To stary oszust i hochsztapler, wichrzyciel i uzurpator, znany jako Wacek Szujszuja.
Wszyscy zebrani zamilkli wpatrując się z niedowierzaniem to w Leszka, to w Obżartuszka. Z każdą chwilą oczy tłumu, jakby były zsynchronizowanymi elementami układu wzrokowego jednej istoty, rozszerzały się coraz bardziej i nabierały wyrazu rosnącego z każdą sekundą niesmaku pomieszanego z odrazą. Po minucie takiego przyglądania się w sali niemal namacalna stała się atmosfera napięcia i zogniskowanej na Obżartuszku nienawiści. Wyraźnie słyszalny był również pomruk jaki mimowolnie wydobywał się z dziesiątek wykrzywionych odrazą ust.
- To nieprawda! – krzyknął Obżartuszek. – On kłamie! On! Poszukiwany na całym świecie terrorysta! Podszywa się pod waszego tragicznie zmarłego Leszka i teraz bezcześci jego ciało wykorzystując je do swoich zbrodniczych celów! Wiem, że wy tego nie widzicie, bo już was omamił swoimi sposobami! Ale uwierzcie mi! Zajrzyjcie głęboko w swoje dusze! Oczyśćcie umysły! Odrzućcie go, nie pozwalajcie mu na natrętną inwigilację waszych myśli! Zaklinam was! To przecież Władek Plastmasa!
- Dupa! – krzyknął Władek Plastmasa. – Słyszeliście! Co za bezczelny typ! Żeby w moje urodziny takie oszczerstwa rzucać! Czy do czegoś takiego byłby zdolny ktokolwiek inny poza Wackiem Szujszują?
- Leszek ma rację! – krzyknął Mietek z Wolbromia. – To Szujszuja z krwi i kości!
- Widziałem jak bydlak zeżarł ze siedem kilo leszkowego ciasta! – dołączył do kuzyna Wojtek.
- Obrazoburca! – ryknął Napoleon Ciasteczko – Zbezcześcił dzieło mojego życia!
- Nieprawda!
Oskarżenia zaczęły padać ze wszystkich stron, Obżartuszek próbował ripostować jak mógł, ale dla nikogo nie było tajemnicą, że stoi w tej konfrontacji na straconej pozycji. Jedynie ojciec Leszka nie będąc pewnym słyszanych słów nie odzywał się próbując zrozumieć o co chodzi w całym tym poruszeniu i coraz większym zamieszaniu. Twarz purpurowiała mu ze złości, oczy rzucały niebezpieczne spojrzenia osaczanemu Wackowi Szujszui. Nie był pewien powodu złości, ale miał pewność, że mężczyzna jest wrogiem.
- Po coś to zrobił?! – wrzasnęła piskliwie Wanda.
- Żeby was przed nim uratować!
- Gówno prawda!
- Pocieszyć w żalu!
- Pocieszyć?
- Właśnie! – dołączył nagle rozogniony tłumionymi emocjami Stach. – Jasne że tak! Powiesić! Od razu! Tu na miejscu! Powiesić go! Nad czym się tu zastanawiać!
Tłum zafalował i naparł na wciśniętego w kąt Obżartuszka.
- Opamiętajcie się!
- Na szubienicę z nim!
- Na żyrandol!
Widząc, że żadną argumentacją nic nie wskóra, Obżartuszek postanowił przejść do kontrofensywy. Najbliżej miał kuzyna Mitka z Wolbromia, który mocno wpijał się kościstymi palcami w jego przedramię. Obżartuszek szarpnął energicznie ręką i zaraz odwzajemnił uścisk, z tą różnicą, że w jego efekcie oderwała się ręka Mietka na wysokości ramienia. Zanim mężczyzna zdołał w ogóle zrozumieć, co się stało, Obżartuszek połknął ją w całości i zaraz to samo uczynił z jego głową, korpusem i nogami wraz z odzieniem i tym co miał w kieszeniach, obuwiem i poprzyklejanym do podeszew drobnym żwirkiem, jaki pokrywał podjazd do lokalu. Jeśli ktoś liczyłby, że ten wyczyn powstrzyma adwersarzy, to srodze by się pomylił, gdyż ci zdawali się nawet nie zauważyć tragedii kuzyna Mietka z Wolbromia. Wykrzywione nienawiścią twarze zaczęły się kotłować nad kąsającym na lewo i prawo Obżartuszkiem, ciała kłębiły się niczym żądne mordu krwiożercze bestie osaczające rozpaczliwie broniącą się zwierzynę. Atakujących zagrzewał okrzykami Władek Plastamasa, który jako jedyny wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Trzymał się w bezpiecznej odległości, na wypadek, gdyby Obżartuszkowi udało się przedrzeć przez ogarniętą szałem ciżbę. Gdy dostrzegł, że absolutnie wszyscy zaangażowali się w atak, zaczął wolno wycofywać się pokrzykując już tylko przez ramię. Jego zachęty nie były już wszakże potrzebne. Obżartuszka atakowali zarówno mężczyźni, jak i kobiety – te chyba nawet bardziej zapalczywie – dzieci i starcy, biesiadnicy, obsługa i członkowie zespołu rokowego, który w połowie przestał odgrywać Zombies Ritual DEATH.
Plastmasa wyszedł na zewnątrz, usiadł pod dużym ogrodowym parasolem, zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Spojrzał na zegarek. Niebo było bezchmurne, od zachodu nieco już ciemniejsze. Piękny dzień chylił się ku końcowi. Gdy słońce dotknęło horyzontu z budynku wyszedł Obżartuszek.
- Aleś mnie załatwił – powiedział pocierając się po lekko wypukłym brzuchu. – To nie było fair.
- Że niby co? – zdziwił się Plastmasa.
- Dobrze wiesz – dąsał się Obżartuszek.
- Ni cholery.
- No, że powiedziałeś, że jestem Szujszują.
- A, o to chodzi.
- O to, o to.
- A ty poprzednio coś zrobił?
- To się nie liczy.
- Powiedziałeś że jestem Zbyś Lusterko. Wszyscy chcieli się we mnie przeglądać. Myślałem, że tego nie zniosę.
- Najadłeś się?
- Ba.
- No to o co ci chodzi.
- W sumie o nic.