przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 4 lutego 2012

Cuchniak

Billy Carramba był wściekły. Właśnie padł mu koń, za którego nie dalej jak trzy dni temu dał prawie sto szponów. Wiedział, że przepłaca, ale nie chciał tracić cennego czasu na targowanie. Głównie z tego też powodu nie zdecydował się na tradycyjną kradzież, by w ten sposób wyeliminować ewentualny pościg. No to teraz ma.  Ani pieniędzy, ani wierzchowca.l
- By to dunder świsnął.
Zgrzytnął zębami i uśmiechnął się gorzko. W dalszym ciągu udawało mu się utrzymać przy życiu, mimo iż to usilnie rzucało mu pod nogi kolejne kłody. Miał wrażenie, że z każdą kolejną, przeszkody przybierają coraz większe rozmiary. Był nie dalej niż w połowie drogi do kanionu, w którym miał umówione spotkanie z Jeffreyem Mogiłą, na które już nie zdąży. Nie ma takiej możliwości. A to oznaczało nie tylko, że z interesu jego życia został tylko kurz, ale dodatkowo swoją nieodpowiedzialną postawą zyskał wyjątkowo nieprzyjemnego wroga.
Splunął w pylistą nawierzchnię prerii i ruszył przed siebie kierując się na oddalone o kilka mil otoczone kępami karłowatych sosen skaliste zbocze wysokiej góry, pokrytej rudą lessową warstwą pyłu. Maszerował nie więcej niż pół godziny, gdy dostrzegł wynurzający się spomiędzy drzew zaprzęg. Szybko rozejrzał się za możliwym schronieniem, ale otaczała go tylko płaska, pokryta suchą trawą i spękana pomarańczowo bura ziemia. Mógł spróbować rozpłaszczyć się w jakimś niewielkim zagłębieniu i liczyć, że dotychczas nikt go nie zauważył, ale szybko doszedł do wniosku, że w jego obecnym położeniu powinien raczej szukać kompanii, niż jej unikać. Na wszelki wypadek sprawdził więc tylko gotowość broni i spokojnie czekał na niespiesznie zbliżający się wóz ciągnięty przez parę koni. Słońce stało już wysoko, po porannej chłodnej mgle nie pozostał już żaden ślad, było gorąco i bezwietrznie, w górze krążył niewyraźny kształt, prawdopodobnie czyhający na oślepioną promieniami ofiarę drapieżnik. Billy pomyślał, że to pewnie zebździurniec albo swądnica, których było dosyć dużo w tej części Karłowatej Wyżyny. Wzdrygnął się mimowolnie. Spotkanie jednego z tych niebezpiecznych stworzeń z pewnością nie należałoby do przyjemnych, choć mężczyzna nie powinien czuć się też zagrożony. Swądnice nie mają, bowiem, w menu samotnych wędrowców, a zebździurńce były zbyt małe, by ryzykować atak na człowieka.
Dalsze śledzenie krążącego w górze łowcy przerwał Billyemu nadjeżdżający zaprzęg. Na koźle siedział tylko jeden mężczyzna, przykrywający ładunek wozu gruby pokryty stwardniałą od deszczu i wiatru warstwą pyłu brezent nie pozwalał domyśleć się jego zawartości. Wstrzymane łagodnym słowem konie zwolniły kroku i wóz ledwo się tocząc znieruchomiał kilka kroków przez Carrambą. Powożącym był tęgi, może pięćdziesięcioletni mężczyzna, choć jego wiek trudno było ocenić z uwagi na obfity zarost, wysoko pod szyją zawiązaną chustę i mocno nasunięty na oczy kapelusz. Billy nie lubił tego typu spotkań. Na prerii należało z daleka okazywać swoje zamiary, inaczej można było narazić się na nieprzyjemności, które mogły bardzo nieprzyjemnie się skończyć. Niepokój Billego szybko rozwiały następne chwile spotkania. Mężczyzna wolno, bez zbędnych gwałtownych ruchów zsunął się na ziemię i zdjąwszy kapelusz zaczął otrzepywać z kurzu szerokie nogawki, mówiąc przy tym jednocześnie.
- A żeby cholera wzięła tę pogodę – miał skrzekliwy, a mimo to serdeczny głos. – Jestem w drodze od prawie pięciu dni i już zaczynam mieć tego dość. Bez przerwy zbieram całe to gówno, jakby ktoś uparcie nagarniał w miejsce, prze które akurat jadę, kurz i pył całego świata. Ani jednej kropli deszczu od tygodnia, dasz wiarę?
W tym momencie mężczyzna po raz pierwszy spojrzał na Billyego. Miał bardzo jasne, wąsko osadzone oczy i mocno wystające kości policzkowe, których wydatności nie kamuflowała nawet spora tusza.
- Jadę do Port Porter – kontynuował. – Handluję akcesoriami kuchennymi. Jestem Sonny Brytfanka.
- Billy Carramba – odparł zdawkowo Billy, ale wobec świdrującego, pytającego wzroku Sonnyego dodał szybko rozkładając ręce w geście podkreślającym małą istotność informacji, które zamierzał przekazać: – Ujeżdżam konie, pędzę bydło, tropię i poluję. Takie tam.
Ku jego zdziwieniu Brytfanka szeroko się uśmiechnął i cały rozpromienił jak jaskółka na wiosnę.
- Prawdziwy kowboj – zarechotał uderzając się dłońmi po udach. – A to ci dopiero.
Carramba przyglądał mu się z niepewną miną. Przemknęło mu przez głowę, co by podziurawić wesołka jak durszlak do kartofli, ale takie rozwiązanie nie leżało w zgodzie z jego naturą. Ponura myśl zgasła niemalże w tej samej chwili, w której zaświtała. Pomógł w tym również sam Brytfanka przestając chichotać i zapraszając Billyego na wóz.
- Ja w przeciwnym kierunku – wycedził przez zęby Carramba. – Do Deep Purple.
Sonny spojrzał na Carrambę z zaciekawieniem.
- Posłuchaj – powiedział poważnym tonem. – Nie dziw się, że tak reaguję, ale od ładnych kilku lat nie widzieliśmy w tej okolicy żadnego prawdziwego kowboja. Odkąd na prerii na zachód od Purple zagnieździł się mściuch, nikt nie chce tędy pędzić zwierząt. Każdy woli trochę drogi nadłożyć i przez góry iść, albo też, ale to już tylko co zamożniejsi, na transport koleją się decydują.
- Co ty powiesz – zaciekawił się Billy. – A skąd wiadomo, że to mściuch, a nie na przykład podbździej, rechot, albo rzygawica?
- O, widzę, żeś obeznany w tych szkodnikach – stwierdził Sonny nie kryjąc podziwu.
- Miało się z niejednym do czynienia – skłamał Carramba.
- Rzygawica? – zainteresował się Brytfanka. – O tym to chyba nikt tu nawet nie pomyślał.
- Albo rzygulec, to bardziej pospolita odmiana rzygawicy i dużo łatwiejsza do wytępienia.
- A jakże! – przyznał gorzko Sonny. – Braliśmy pod uwagę rzygulca, nawet było co do tego sto procent pewności, tak że i wyprawa poszła, żeby juchę przegnać, ale … – głos uwiązł mu w gardle.
- No mówże, człowieku.
Sonny chwilę wachlował kapeluszem rozgrzaną słońcem twarz.
- Zaszliśmy gada od tyłu – przemówił bezbarwnym, suchym głosem.
- Słusznie – wtrącił Billy. – Jeśli przyjąć, że to miał być rzygulec.
- No właśnie – zgodził się Brytfanka. – Ale nie był, niestety. Jak tylko szeryf palnął do tego bydlaka z dwururki, ten zamiast paść w konwulsjach, tylko się odwrócił i jadem w nas parsknął zanim żeśmy się dobrze zorientowali, o co chodzi. Willie, szeryf znaczy, padł na miejscu jako pierwszy, bo to odważny chłop był to i na samym czubie szedł. Spaliło mu całą twarz razem z głową, że do trumny trzeba było piłkę gumową włożyć, żeby kapelusz miał się na czym trzymać. W sumie czterech padło. Jeszcze dwóch ludzi burmistrza i stajenny, co w ramach zastępstwa za jednego zastępcę poszedł, bo ten pijany leżał w burdelu, bo mu się syn urodził. Ten stajenny, to się stopił do pasa, że go pochowali w trumnie takiej małej, jak dla dziecka, albo karzełka jakiegoś – przełknął z trudem. – Tylko ci dwaj od burmistrza jakoś tak w miarę normalnie odeszli, bo im przepaliło klaty na wylot, jakby kto z bliska ze sztucera w nich palnął. Nawet im na gębach żaden grymas bólu po śmierci nie został, to i pewnie nie cierpieli wcale. Ale szeryf…
Billy przez grzeczność nie przerywał czekając aż mężczyzna mamrocząc żale usadowi się na koźle.
- No co tak stoisz? – zdziwił się Sonny. – Wskakuj.
- Ale ja w przeciwnym kierunku – odparł i w tym samym momencie przypomniał sobie, że na umówione spotkanie i tak już przecież nie zdąży, a w porcie Porter prędzej złapie jakąś fuchę, albo chociaż transport do Przystani przy ujściu Wielkiej Rzeki Pionowej, gdzie mieszkał jego kuzyn Stew Kabanos. W masarni zawsze potrzeba było ludzi do pracy.
Po chwili jechali już gnani wzbijanymi tumanami kurzu. Carramba co i rusz przytrzymywał kapelusz, który był na niego odrobinę przyciasny. Niestety odkąd wybuliło mu potylicę wskutek zatrucia mściuszym jadem nie mógł trafić na nakrycie głowy, które by na nią idealnie pasowało. Jak obwód był dobry, to znów za bardzo wszystko sterczało w górę nadając mu wygląd wiejskiego szarlatana, czego wolał uniknąć. Lepszy był lekko przyciasny, co z kolei kojarzyło mu się z atrybutami nieszczęśnika, a akurat było mu na rękę.
- Może amunicję żeście złą dali do tej fuzji? – zapytał nawiązując do przedstawionej przez Sonnyego opowieści o wyprawie. – Rzygulec też potrafi człowieka nieźle urządzić.
- Nie ma mowy o pomyłce – zaprzeczył twardo Brytfanka. – Wszyscy byliśmy dobrze przygotowani, broń była nabita karbidem i saletrą z siarką. Jakby to był rzygulec, padłby od pierwszego strzału.
Chwilę jechali w milczeniu. Monotonny krajobraz działał usypiająco, ale prażące słońce kazało zapomnieć o drzemce. Chyba, że pod plandeką, ale na to Billy nie chciał się decydować, by nie przegapić czegoś istotnego. Z drugiej strony kusiło go, by splądrować ładunek Brytfanki. Starał się nie myśleć o towarze, który mógł znajdować się za jego plecami, ile był wart i co też Carramba mógłby zań dostać, ale, mimo iż naprawdę bardzo się starał, jego złodziejska natura była od niego silniejsza.
- Co tam masz? – zapytał w końcu wskazując kciukiem za siebie.
- Na wozie?
Billy przytaknął.
- No, tak jak mówiłem, – odparł nie bez dumy Brytfanka – handluję akcesoriami kuchennymi. Kupuję i sprzedaję. Do Midnight Oil zawiozłem cały ładunek aluminiowych kociołków, patelni i przeróżnego rozmiaru garnczków. Tam to schodzi na pniu, bo i szlak potem w góry stamtąd idzie, to i dalej na handel ludzie to noszą. A kupuję od nich wyroby miedziane, bo tanie, prosto z kopalnianej manufaktury. Bo tam kopalnia miedzi w kanionie jest, to pewnie wiesz.
- Słyszałem.
- No.
I znów nie odzywali się przez pewien czas.
- Ale, że tak cokolwiek? – nie dawał za wygraną Billy. – Byle miedziane było?
- Zasadniczo tak. Idzie tylko o to, by się to pod mój resort łapało. Znaczy do kuchni. Teraz, na ten przykład, mam bimbrownice. Cały ładunek. W Port Porter, jak na targowy dzień, co jest w przyszły tydzień, zaczekam, to i na jednym będzie dziesięciokrotna przebitka. Przy detalu. Hurtem osiem razy tyle. Ale ja tam niecierpliwy jestem, podróżować lubię, handlować. Prawdziwy handel to jest, kolego, w ruchu. Tu sprzedać, tam kupić, wymienić, ludzi poznać, zwyczaje, potrzeby. Wiedza to w tym fachu bezcenna rzecz, kowboju. Ja ci to mówię, Sonny Brytfanka. Znają mnie na wszystkich targach od Wybrzeża do Gór i aż do Wielkiej Rzeki Poziomej. Dalej się nie zapuszczam, bo tam na Furmana można wpaść, a zanim mu wyjaśnię, że nie jestem Woźnicą, poszlachtuje mnie jak wieprzka. Niejeden już był zuch, co chojrakował, a potem przepadał wraz z towarem.
- Furmani nie kradną.
- Co?
- Mówię, że Furmani nie kradną. Nie można im zarzucać, że przejęli towar.
- Może i nie kradną – skrzywił się Brytfanka. – Ja tam nie wiem. Nie chcę mieć z tymi odmieńcami nic wspólnego. W każdym razie, jak taki jeden, czy drugi kupiec do puszczy za rzekę się wypuszczał, to już nie wracało nic, co z nim pojechało. Może inni rozkradli, jak już nieszczęśnicy gardeł dali. Ja w każdym razie tam nie jeżdżę, bo i potrzeby nie mam. Po tej stronie świata całkiem dobrze prosperuję, ludzie mnie znają szanują, zbóje nie dręczą, bo i im nieraz przysługę robię przywożąc to i owo, a jak od czasu do czasu jakiś łyczek się przyczepi, to i gorzałką poczęstować lubię. Bo to, widzisz przyjacielu, wszystko swoje miejsce mieć musi. I czas odpowiedni. Jest pora na robotę, a i na wypoczynek czas przychodzi. Jedno bez drugiego być nie może, bo i jak? Jakbyś tylko robił, to byś z wysiłku padł, a i też samym leżeniem brzuchem do góry na chleb nie zarobisz. A ty co? Pewnie dziwisz się, że ci mówię to wszystko.
- Znaczy co?
- No o tajnikach handlu i w ogóle.
- Czy ja wiem?
- Nie bujaj.
Billy łypnął na kompana próbując wyczuć, czy ten żartuje, czy mówi poważnie. Łypnięcie nie dało mu pewności.
- To wydaje się normalne, – odparł – że jak człowiek samotnie całymi dniami przemierza prerię, to i jak nadarzy się okazja, pogadać lubi, podzielić się informacją, pochwalić, czy ponarzekać.
- Ty, zdaje się, od tej reguły odstajesz.
- Że co?
- No gadatliwy zbytnio nie jesteś.
- Za to ty cały czas nawijasz.
- Było przerwać, jak cię nie interesuje – obruszył się Sonny. – Chyba, że jest inaczej? – dodał szybko podejrzliwie.
- Ani mnie to interesuje, ani nie. Nie chciałem być niegrzeczny, to i nie przerywałem. Zresztą, całkiem ciekawie opowiadasz. Widać żeś gawędziarz. Zdaje się, że coś o gorzałce wspomniałeś? – spróbował zmienić niezręczny dlań temat.
- O czym?
- O gorzałce.
- A!
- Właśnie. O częstowaniu, ściślej mówiąc.
- Sięgnij pod siedzisko – wskazał za siebie. – Wymacasz pękaty bukłak. Na taki upał tylko wino może być. Inaczej udaru można dostać, albo z siodła spaść i kark skręcić.
Billy zbył uwagę Sonnyego. Jemu tam nie zdarzyło się do tej pory z konia spaść nawet, jak tęgo podechlał. Udarów też nie miewał. Odnalezienie bukłaka zajęło mu chwilę i zaraz potem pociągnął tęgi łyk cierpkiego, ciut przyciepłego trunku.
- Mogłoby być chłodniejsze – skomentował Brytfanka, jakby czytał w myślach nowopoznanego towarzysza. – Ale zważywszy na pogodę, to i tak spory sukces.
Wino było cienkie, czuć było, że zostało sztucznie rozcieńczone wodą. Ale mimo to sprawiło Billyemu ulgę. Nie pił nic od wczesnego ranka, gdy skończyła mu się woda w manierce. Jechali jednostajnym, rutynowym tempem. Sonny wyjaśnił, że to najbardziej ekonomiczna prędkość, co oczywiście samemu zbadał i sprawdził podczas długich lat kursowania po stepowych szlakach.
- Konie bardzo się nie męczą, – prawił – to i stawać często nie trzeba. Po jaką cholerę mam z bata strzelać, jak później muszę koniom dłuższe wytchnienie dać i obóz rozkładać. A tak? Jadę sobie w najlepsze, wiaterek owiewa mi twarz, konie się nie trudzą. No i w końcu do czego omam się spieszyć? Moja dewiza to: czego nie sprzedam dziś, to zhandluję jutro z większym zyskiem, bo za przechowywanie doliczy coś należy. I tak to się kręci rok po roku.
Podróż mijała monotonnie. Sonny opowiadał, Billy słuchał od czasu do czasu zadając grzecznościowe pytania. Łagodne kołysanie wozu odprężało wprawiając w delikatny letarg zarówno powożącego, jak i pasażera. Rozmawiając obserwowali jałowy krajobraz prerii, karłowate drzewa i kępy kaktusów, z rzadka przemykające w oddali sylwetki zwierząt i leniwie przesuwające się po błękitnym niebie białe kłębiaste chmury.
Pierwsze zabudowania pojawiły się niespodziewanie, szybciej niż Billy zakładał. Początkowo sądził, że to nie możliwe, i że mijają jakąś zapomnianą osadę, ale szybko zweryfikował swój osąd patrząc w niebo. Słońce pokonało już niemal cały nieboskłon, co znaczyło, że jechali około czterech godzin. No i bukłak już zrobił się niepokojąco lekki, za to pęcherz ciążył niemiłosiernie.
- W samą porę – westchnął z ulgą.
- Co?
- Jszczyć mi się chce okrutnie.
- No toć było mówić! – obruszył się Brytfanka. – Gdzież to jechać na wozie, jak potrzeba kiszki gniecie?
- Dopiero teraz poczułem, jak miasto zobaczyłem.
- No to teraz musisz jeszcze kapkę wytrzymać, bo tu na drodze ruch się zacznie i nie bardzo jest jak, choć gawiedź to i byle gdzie jajami świeci.
- Dam radę.
- Staniemy przy saloonie – prawił dalej Sonny. – Mam tam interes z właścicielem, a i po długiej drodze czymś trzeba z kurzu gardziel przepłukać i po tym cienkuszu smak poprawić.
- Z dobrymi pomysłami się nie dyskutuje – zgodził się Billy.
Wnętrze lokalu było bardzo charakterystyczne dla tego typu miejsc. Szynk w głębi szerokiej, obszernej sali ciągnął się przez połowę jej długości, okrągłe stoliki były gęsto i nieregularnie poustawiane, prawdopodobnie często przesuwane, łączone, z poprzysuwanymi do nich różnorakimi krzesłami, ławkami i taboretami. Lokal nie był mocno oświetlony, co w połączeniu z gryzącym oczy gęstym, sinym tytoniowym dymem sprawiało, że przebywając wewnątrz miało się poczucie późnej godziny bez względu na porę. Z prawej strony szynkwasu znajdowała się niewielka, wąska wnęka prowadząca do schodów wiodących na piętro, gdzie czekało na gości kilka pokoi, jeśli wierzyć informacji zamieszczonej na stojącej przed lokalem tablicy, wygodnych i czystych, z przyłączem bieżącej wody. Na wysokości piętra hotelowego zawieszona była na grubych łańcuchach solidna platforma z lożą pamiętającą jeszcze czasy, gdy w lokalu odbywały się przedstawienia teatralne. Po lewej stronie baru stało niczym przyklejone doń i skulone ze strachu pianino noszące wyraźne ślady tłumaczące ów lęk: dziury po kulach, powbijane w obudowę kawałki szkła i mocno pochylony nad klawiaturą znerwicowany pianista z przyklejonym do dolnej wargi niedopałkiem.
- Nie pali – powiedział Sonny przepychając się przez zatłoczony bar ku ladzie.
- Co?
- Mówię, że pianista nie pali – wyjaśnił Brytfanka odsuwając się na bok, by przepuścić dwóch zataczających się mężczyzn, którzy ciągnęli za nogi trzeciego, nieprzytomnego. – Ma tego peta tak na stałe, żeby go nie częstować. Każdy zawsze chce mu coś odpalić za dobry kawałek, a najprościej poczęstować cygarem, albo postawić drinka. Jeśli chodzi o wypicie, to i owszem, ale tytoniu nie lubi.
Pora była późna, to i lokal pełen był amatorów mocniejszych trunków, zabawy i hazardu. Za szynkiem uwijał się tęgi, rumiany mężczyzna ze spotniałą twarzą, asystowały mu dwie nienajmłodsze już kobiety w rozchełstanych powiewających połami koszulach i szerokich spódnicach. Niepierwsza świeżość barmanek nie przeszkadzała gościom w składaniu im niedwuznacznych propozycji, gwizdaniu i podszczypywaniu, co też nie zdawało się sprawiać nikomu przykrości.
Nie bez trudu dobrnęli wreszcie do kontuaru, co wszakże nie oznaczało, że odnieśli jakiś sukces. Do baru docierał ktoś bez przerwy, spragnieni klienci atakowali ze wszystkich stron, a siedzący na stołkach barowych trzej krzepcy mężczyźni dodatkowo skutecznie utrudniali złożenie zamówienia.
- Lutek!– krzyknął nagle Brytfanka. – Kolejka dla wszystkich!
Tłoczący się przy barze wybuchli radosnymi okrzykami przepuszczając hojnego klient do lady.
- A kogóż to widzą moje tłuściutkie oczęta?! – ucieszył się barman. – Przecież to Sonny Brytfanka jak żywy!
Uściskał mężczyznę przez ladę zupełnie ignorując przy tym Billyego, czym szczególnej krzywdy mu nie wyrządził. Przeciwnie. Anonimowość i całkowite skupienie uwagi na handlarzu pozwoliło Carrambie lepiej przyjrzeć się klienteli, co w zawodzie, który uprawiał miało bardzo istotne znaczenie. Większość degustatorów wyglądała bardzo zwyczajnie i przeciętnie, jak przystało na bywalców podobnych przybytków. Nic szczególnego. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem można było stwierdzić, że większość z nich nie posiadała przy sobie wystarczająco dużo grosza, by zapłacić za alkohol, na który miała ochotę, co powodowało, że niemalże wszystkich można było zaliczyć do jednej z dwóch kategorii: jedni byli rozdrażnieni nieudanymi próbami naciągnięcia innych na darmową kolejkę, drudzy zaś byli jeszcze pełni nadziei, że im się to powiedzie.
Wyjątek stanowili trzej mężczyźni siedzący wzdłuż baru. Ich ubrania były równie zakurzone jak innych, ale widać było, że są porządniejsze i szyte na inną modłę, niż wykonywało się je w tych stronach. Spojrzenia nieznajomych były czujne, ruchy nerwowe, niewiele rozmawiali, a jeśli już, to czynili to przyciszonymi głosami. Przed chwilą jeden z nich rozłożył na podłodze potężnego osiłka próbującego ściągnąć im z lady w połowie opróżnioną butelkę whisky, której to też mężczyzna użył, by pozbyć się natręta. Nie było już po nim śladu. Trzej zatrudniani przez właściciela lokalu ochroniarze wywlekli go już na zewnątrz i porzucili przy korycie z wodą dla koni. Billy ocenił nieznajomych za godnych uwagi wietrząc swoją szansę na podreperowanie budżetu.
- Hej, koleś!
Ryk tuż nad ramieniem mało nie odebrał mu słuchu. Bezpośrednio za nim stał wysoki, dobrze wyglądający młodzieniec, który mimo, że najwidoczniej zbyt dużo już tego wieczora wypił, to w dalszym ciągu z całą stanowczością można było zaliczyć go do drugiej kategorii klienteli.
- Hej koleś! – powtórzył równie głośno. – Kolejka się należy każdemu, co nie?
Teraz dla odmiany ryknęli wszyscy wiwatując i tłocząc się przy kontuarze. Tymczasem Sonny korzystając z chwilowego zamieszania zniknął chyłkiem wraz z barmanem na zapleczu. Opuchnięte twarze i tkwiące w nich przekrwione oczy rozochoconej gawiedzi przemykały po sobie nawzajem, aż w końcu wszystkie zogniskowały się na Billym. Gwar zwolna ucichł. Carramba przytknął do ust szkło wyszczerbionego kufla z korzennym piwem, którym uraczył go barman zanim niepostrzeżenie się ulotnił z jego świeżo poznanym towarzyszem. Miał nadzieję, że zanim dopije, uwaga klienteli zmieni obiekt jej zainteresowań.
- No i? – usłyszał za plecami.
Nie przerywając pić wolno odwrócił głowę. Młodociany opryszek stał w wyczekującej pozie, za nim kłębiła się ciżba spragnionej, rozochoconej hałastry. Billy, z uwagi na fach jakim się parał, musiał być przygotowany na każdą możliwość, mieć nieludzki wręcz refleks i całą gamę min, które gotów był natychmiast przywołać na swoje oblicze. W tym momencie przybrał wygląd człowieka niebotycznie zaskoczonego.
- Słucham? – wydukał.
- Słucham? Słucham? – przedrzeźniał go młodzian. – Słyszeliście go? Udaje teraz leszcza!
- Co?
- Nie żnij mi tu głupa, tylko kolejka się należy wszystkim, nie?
Billy odstawił kufel i odwrócił się do adwersarza całą sylwetką.
- Nie chcę kłopotów – powiedział.
- To stawiaj kolejkę! – parsknął mu w twarz pijaczek chwytając go za poły koszuli.
- Sam postaw – odezwał się jeden z siedzących przy barze.
- Co?
- To co słyszałeś – powtórzył mężczyzna zimno. – Co się czepiasz człowieka. Chce ci się pić, to zapłać.
- Obiecał postawić, to niech stawia! – ryknął młodzieniec czemu towarzyszyły wiwaty gawiedzi.
Gdy przebrzmiały okrzyki nieznajomy mężczyzna odwrócił się ku prowodyrowi zamieszania.
- Lepiej zamknij mordę – powiedział wolno. – Jedzie ci z pyska jak z koziej dupy. Czuć na ulicy.
Na twarzy młodziana na krótką chwilę zagościła niepewność, ale czując za sobą poparcie niemalże całego lokalu, szybko wypełzł na nią złośliwy uśmieszek.
- Coś ty powiedział? – rzucił zaczepnie sięgając do pasa. – Ja ci dam zaraz kozią…
Zanim dotknął rękojeści broni w dłoniach nieznajomego cudownie pojawiły się cztery kolty, z których luf w tym samym momencie huknęła salwa. Tak przynajmniej zdawało się Billemy, bo wszystko działo się tak szybko, że na dobrą sprawę niczego konkretnego nie zdołał zarejestrować.
- … dupę – dokończył młodzieniec i runął na wznak pomiędzy umykających klientów.
Ciało łupnęło o podłogę i zanim na dobre znieruchomiało capnęli je dwaj ochroniarze i powlekli ku wyjściu. Po chwili wszystko wróciło do stanu sprzed zajścia. Może za wyjątkiem tego, że wokół siedzących przy kontuarze zrobiło się trochę luźniej. Carramba raz jeszcze przyjrzał się swojemu wybawcy i jego towarzyszom z lekka weryfikując swój plan. Od razu zauważył, że ma do czynienia z nie byle kim i ale pokaz jaki dał nieznajomy, spowodował, że Billy postanowił dać sobie na wstrzymanie, by się nie sparzyć, czy może w tym przypadku bardziej na miejscu byłoby powiedzieć, by nie spłonąć. Poza tym coś mu mówiło, że okradając tych ludzi zyska dużo mniej, niż gdy uda mu się pozyskując od nich informacje. Jakie? Tego nie wiedział, ale intuicja jak dotąd nigdy go nie zawiodła, zatem musi powściągnąć swoje zamiary.
Korzystając z odrobiny luzu, jaki wytworzył się przy barze Billy zamówił butelkę whisky i kazał postawić ją przed mężczyznami. Dla siebie wziął piwo.
- Panowie pozwolą, – zagadnął – że chodź tak symbolicznie się odwdzięczę. Jestem panów dłużnikiem.
Mężczyźni spojrzeli na niego przelotnie zdając się robić to zupełnie przypadkowo. Siedzący po środku, po prawicy tego, który strzelał, odkorkował butelkę i napełnił szklaneczki alkoholem. Dał też barmance znak, by podała dodatkową literatkę, tę również zagospodarował popychając ją ku Billyemu.
- Nie ma o czym gadać – powiedział nieznajomy. – Świat roi się od szumowin, nierobów i złodziei.
Carramba przełknął głośno i wypił swoją działkę życząc „na zdrowie”. Uznał, że to chyba nie najlepszy pomysł, by teraz próbować zaprzyjaźnić się z tymi ludźmi. Lepiej przyjrzeć im się uważnie i poczekać. Potem, gdy nadarzy się okazja, skorzystać. Nic na siłę. Zbyt dużo mógł stracić. Najchętniej wyszedłby z lokalu, ale bał się, że gdy tak zrobi, rzuci się w oczy jeszcze bardziej. Pewnie Sonny będzie o niego pytał, gdy już załatwi swoje interesy z barmanem. Zanim zdołał podjąć jakąkolwiek decyzję za barem pojawił się tęgi oberżysta w towarzystwie Brytfanki, który nie kryjąc zadowolenia pociągnął Billyego ku wyjściu. Carramba zdążył tylko rzucić przez ramię słowa podzięki i po chwili znalazł się na zewnątrz. Po nieboszczyku nie było już śladu, jeśli nie liczyć dwóch bruzd po ostrogach ciągnących się w poprzek drogi wprost do zakładu pogrzebowego, na którego werandzie jakiś staruszek dłutował właśnie solidną sosnową deskę.
- Nie tracą tu czasu – stwierdził z uznaniem Carramba.
- Okazja – drogi kompanie. – Ona daje fortunę. Trzeba umieć ją wykorzystać, inaczej złapie ją kto inny, a tobie całe życie przemknie przed nosem wraz z kolejnymi szklaneczkami whisky.
Billy przytaknął bez słowa rozglądając się po pustoszejących z wieczora ulicach.
- Dobra – rzekł. – Naprawdę miło było poznać, ale teraz czas już na mnie. Do świtu…
- Co ty gadasz, człowieku? – bezceremonialnie przerwał mu Brytfanka. – Sądzisz, że tak cię puszczę?! Dziś jest szczęśliwy dzień! Dobiłem świetnego targu i, chcesz czy nie, musisz to ze mną oblać. Wszak to dzięki tobie.
- Dzięki mnie?
- A jakże.
- Niby czemu?
- Czemu? Bo cholera wie, gdzie bym trafił, gdybym cię nie spotkał. Może dzięki tobie uniknąłem kulki?
- Nie sądzę.
Brytfanka skrzywił się zniecierpliwiony.
- Słuchaj – powiedział. – Ja wyznaję już taką zasadę. Spotkałem ciebie i interes mi wypalił. To jest dla mnie jednoznaczne z twoją zasługą. Jeśliby mi nie poszło, to byłaby twoja wina. Na tej samej zasadzie. Dlatego też nie lubię podróżować samotnie. Zawsze mam na kogo zwalić winę za niepowodzenie, ale jeśli mi się poszczęści, tak jak teraz, to dlaczego mam nie okazać wdzięczności? To prosta filozofia życia. Może nie zaspokoi co bardziej dociekliwych, trudno, mnie zupełnie wystarcza. To jak?
Billy westchnął. W sumie i tak nie miał nic lepszego do roboty, a przecież kompan, który właśnie zrobił dobry interes i zaprasza go na popijawę to dar niebios. Tyle, że jakoś tego nie czuł.
- No czy ja wiem? – wahał się.
- Człowieku! – Sonny solidnie trzepnął go w ramię. – Zapraszam cię na suto zakrapianą kolację! Hotel i panienki na mój koszt! Najlepsze na całym Wybrzeżu! Jak się nie zgodzisz, to nazwę cię głupcem, na co ty pewnie zareagujesz i wywiąże się między nami sprzeczka. Po co psuć tak dobry dzień?
Billy podrapał się po niegolonym od tygodnia policzku. W końcu zbliża się noc, a on nie miał gdzie spać. Kiedy ostatnio nocował w hotelu? Kiedy spał w wygodnym łóżku? Kiedy zażył kąpieli? A kobiety? Nie jakieś tam zniszczone portowe kurwy, tylko prawdziwe dziewczynki, na które niewielu stać, młode pachnące i czyste…
- A co mi tam – powiedział w końcu ku uciesze kompana. – A czy nie lepiej tu na miejscu? – zapytał wskazując drzwi lokalu, który przed chwilą opuścili. – Wygląda całkiem przyzwoicie.
- Bo to bardzo przyzwoita knajpa – zgodził się Brytfanka. – Ale czasowo ma nieczynne pokoje.
- Znaczy się obłożenie takie?
Sonny wskoczył na siedzisko przesuwając się w bok, tak aby zostało dość miejsca dla Billyego.
- Nie – odparł. – To naprawdę wygodny hotel, ale ludzie wolą go omijać, bo widziałeś jaki element biesiaduje na dole. Gruby Lutek, znaczy się barman i właściciel w jednej osobie, musiał po trzy warstwy blachy w podłogi i ściany kłaść, bo jak zabawa jest na dole, to bywa, że goście hotelowi rana nie doczekują, tak chłopaki piorą z pukawek w sufit.
- To nieźle.
- Ale to nie powód – wyjaśnił szybko Sonny, obawiając się, by nie wyjść na strachliwego. – Zeszłego miesiąca przyplątał im się podbździej i tak spaskudził powietrze, że nikt tam wytrzymać nie może. Cholera wie ile to jeszcze potrwa.
- To przykra sprawa – przyznał Billy. – U mojego wuja w górach też raz jeden taki zagnieździł aię w szopie, w której był składzik na drewno. Potem nie można było palić w piecu, bo śmierdziało na całą wioskę.
- I co?
- Co? Trzeba było całą szopę spalić. Wuj odczekał do wiosny, kiedy w tamtych stronach wieją od gór potężne wichry i podłożył ogień. Inaczej cała wioska by rzygała od tego smrodu, a tak to jakoś rozwiało. I tak parę osób odcierpiało i wuj potem sprawę miał w sądzie. Dobrze, że u sędziego w letnim domku niedaleko hali też się kiedyś jeden podbździej przyplątał, to chłop wiedział jaki to problem jest i że wuj mniejsze zło tylko wybrał.
- No proszę – skomentował Sonny cmokając na konie. – I skąd się tego ostatnimi czasy tyle nabrało? Co i rusz się słyszy, że gdzieś jakaś jucha wylazła. Teraz taki fach, jak twój w ręce mieć, to jest luksus.
- Że co?
- Nie udaj. Ja się na ludziach znam, jak nikt inny. Jak tak po świecie krążę, to każdy gatunek człowieka już spotkałem. I nie tylko człowieka, bo to i Furmanów i blinów widywałem, mońcioch spalił mi kiedyś wóz, dobrze że wcześniej towar cały zdążyłem upłynnić, bo ciężko by było się odkuć. Dużo by gadać. Dość rzec, że mnie to wystarczy raz na człowieka spojrzeć i od razu wiem. I to nie tylko, czy człowiek dobry jest, czy zły. Ja wiem od razu, czym kto się zajmuje. Tak z grubsza rzecz jasna. Żeby dokładniej, to pogadać trzeba, poobserwować.
- To się akurat zgadza.
- No widzisz! – ucieszył się Sonny. – I po co było się wykręcać? Obserwacja, mój drogi, baczenie na wszystko, na najdrobniejsze szczegóły. Chociaż w twoim przypadku, tylko się nie obraź, nie było to trudne. Wystarczyło tylko na chwilę zostawić cię samego w jednym z najbardziej zapchanych mętami miejsc w tej części świata, a ty już kładziesz trupem miejscowego osiłka.
- Co?
- A coś myślał? Że jak na zapleczu siedziałem to nie widziałem? To znaczy widziałem tyle co i wszyscy, czyli nic. Łup i trup gotowy. Naprawdę niespotykana szybkość. No i widziałem z kim przy barze piłeś. Ciągnie swój do swego. Od razu widać, żeś rewolwer do wynajęcia.
Billy po raz kolejny tego dnia przeciągle westchnął.
- Chodziło mi tylko o to, – powiedział – że trzeba się człowiekowi dobrze przyjrzeć, trochę z nim pobyć, poznać, żeby móc coś o nim powiedzieć. Inaczej to ocena na podstawie pozorów, czyli o dupę potłuc.
- Tak, tak – zgodził się Brytfanka z konspiratorskim uśmieszkiem. – Obaj wiemy, że jesteś tylko kowbojem.
- Właśnie.
Hotel, do którego poprowadził Sonny mieścił się na przedmieściach, bliżej morskiego brzegu, w nieco spokojniejszej okolicy. Jechali dalej rozmawiając o mało istotnych sprawach, głównie handlowych. Billy początkowo oponując w kwestii swojej domniemanej profesji, z czasem doszedł do wniosku, że to dla niego nawet korzystniejsze, by Brytfanka brał go za najemnika. Dzięki temu straci czujność i Billy będzie mógł go obrobić, gdy tylko zdoła dowiedzieć się, gdzie kupiec trzyma pieniądze. Żałował trochę znajomości jaką zawarł w saloonie. Zawsze tak z nim było. Gdy tylko intuicja podpowiada mu dobry interes, a on z niej nie skorzysta, potem męczą go wyrzuty sumienia całymi tygodniami. Ale łudził się, że może tym razem będzie inaczej. Może faktycznie Sonny ubił poważny interes, to i przy nim skapnie coś Billyemu. A może uda się zgarnąć całą stawkę? Liczył na to.
Hotel był niewielki, ale za to przytulny. I drogi. Pewnie z tego głównie powodu nie miał zbyt dużo gości. Na dole znajdował się niewielki lokal, z pluszowymi wygodnymi sofami, czystymi, nakrytymi obrusami stołami, na każdym z nich po środku stał wazon ze świeżo ściętymi kwiatami. Billy nigdy nie był w podobnym miejscu. Nawet w okresie, gdy zaczynał, kiedy był jeszcze głupi i na tyle beztrosko zuchwały, by pokazywać się w podobnych miejscach. Przestał, gdy sam padł ofiarą lepszego od siebie oszusta.
Hotel posiadał wyłącznie jednoosobowe garsoniery z szerokimi wyposażonymi w baldachimy łoża. Carramba pomyślał, że samo miejsce do spania jest większe niż każdy z pokoi hotelowych, w jakich dotychczas miał okazję mieszkać. Mogłoby w nim spać dziesięciu ludzi. Po zakwaterowaniu w dwóch oddzielnych pokojach zeszli na kolację. Na niewielkiej sali barowej oprócz nich siedziała para starszych ludzi całkowicie pochłoniętych sobą. Złożyli zamówienie, a właściwie to zamówił Sonny. To kolejna z jego zasad. On zaprasza, on płaci, on decyduje, co zamawiają. Jeśli nie będzie smakowało, to wówczas da Billyemu wolną rękę. I tak do ich stołu podano najpierw prażone na jałowcowym drewnie jaszczurcze ogony, które maczane w cierpkim, lekko tylko podgrzanym sosie stanowiły doskonałą, pobudzającą apetyt przystawkę. Potem dostali lekką, za to gorącą polewkę z nieznanych Carrambie warzyw, w której pływały maleńkie jajeczka polnej szczypawki z wierzchu miękkie jak galaretka, za to po zgryzieniu przyjemnie chrupiące. Do zupy zaserwowano ekstra kluseczki z gryczanej kaszy i marynowanych w pieprzu wiewiórczych języków, które dodawały potrawie odrobinę pikanterii. Główne danie stanowił „przysmak Pobucza”, czyli, wedle receptury lokalu, kotlety z pieczonej starej sowy podane ze słodkawymi bulwami topinamburu i sałatką z borsuczych jąder startych na grubej tarce wraz z sowimi piórami i skropionych skondensowanym sokiem z ciecierzycy. To już była ekstrawagancja. Billyego drażniła taka kuchnia. Ani to było smaczne, ani pożywne, w dodatku cholernie drogie. W końcu jakby nie było to polowanie na sowy był bardzo ryzykowne, podobnie zresztą jak i ich serwowanie i konsumpcja. Carrambie przeszły po plecach ciarki, ale przecież nie mógł dać po sobie poznać, że się czegoś boi. Wszak był płatnym rewolwerowcem. Poza tym Brytfanka zdawał się być tak zrelaksowany, że jakiekolwiek niebezpieczeństwo wydawało się mało prawdopodobne. Jednakże niepokój go nie opuszczał dopóki ze stołu nie znikły zaserwowane potrawy.
- No i jak ci się podoba? – zagadnął Sonny szerokim gestem wskazując bogato urządzone wnętrze jadalni. – Bywam tu niezbyt często, ale jak tylko uda mi się dobić dobrego targu, nie szczędzę grosza i nie marnuję okazji, by wpaść na sówkę.
- Robi wrażenie – przyznał Billy odksztuszając. – Przepraszam.
- A daj spokój – Brytfanka dał znać kelnerowi, który pojawił się natychmiast. – Dwa portery – zamówił. – Ale migiem – dodał rozpierając się na pluszowych poduchach.
Sonny miał na sobie garnitur, był wykąpany, ogolony i uczesany, suto skropiony pachnidłem. W niczym nie przypominał mężczyzny, którego Billy spotkał na prerii. Carramba czuł się trochę nieswojo w otaczającym go przepychu. Dobrze, że Brytfanka pożyczył mu czystą koszulę, bo inaczej pewnie w ogóle nie wpuszczono by go do lokalu. Zdecydowanie wolał jednak zwyczajne bary z zatęchłym powietrzem, kwaśnym piwskiem, unoszącymi się wokół woniami pierdy, jszczyn, pośledniego tytoniu i wietrzejącego porozlewanego alkocholu. Teraz w dodatku utkwił mu w gardle jakiś paproch, który łaskotał i drażnił nie pozwalając mu skupić uwagi na czymkolwiek. Gdy tylko kelner przyniósł piwo w wysokich smukłych kielichach, łapczywie wypił całość dużymi łykami mając nadzieję, że przepchnie intruza do żołądka. Na nic. Sonny zamówił szybko drugą kolejkę, ale Billy powstrzymał go wstając z sofy.
- Muszę na chwilę na stronę – stęknął i nie czekając na reakcję kompana ruszył w kierunku toalety, którą wskazał mu kelner.
Stanął nad umywalką, zaczął charczeć i kaszleć. Wreszcie poczuł ostrzejsze ukłucie w podniebienie i do umywalki wpadł skrwawiony kawałek tutki z sowiego pióra. Carramba przeklął siarczyście. Wrócił do stolika i wobec pytającego spojrzenia Sonnyego wyjawił mu prawdę nie licząc się z tym, że może sprawić znajomemu przykrość, albo wyjść na zbyt delikatnego, czy wybrednego. Brytfanka tylko zarechotał.
- A nie mówiłem? – parsknął. – Tu wszystko jest perfekcyjne. To dla zachowania oryginalności receptury, pióra nie były wcale zbyt mocno zmielone, inaczej nawet nie poczułbyś, co jesz.
Billy pokiwał głową nie komentując słów swojego dobrodzieja. Rozmawiali dalej na przeróżne tematy, kelner co i rusz donosił przeróżne trunki i zakąski. Carramba miał dość mocną głowę, na ogół mało kto mógł z nim wytrzymać przy stole, więc gdy tylko poczuł lekki szmerek, uznał, że kompan jest już należycie zmiękczony, by zacząć zadawać mu pytania. Zanim jednakże zdołał powiedzieć cokolwiek, Sonny dał najwidoczniej umówiony wcześniej znak dłonią i po chwili do lokalu wmaszerowały przez ukryte w ścianie drzwi cztery ślicznie, skąpo odziane, młode dziewczęta. Wszystkie były niezwykłej urody, promiennie się uśmiechały, przez co Billy poczuł, jak wszystkie myśli jakie kłębiły się jego głowie zostają zepchnięte w najbardziej odległy kąt świadomości, pozostawiając miejsce dla tej jednej jedynej.
*
Słyszał jakieś głosy dobiegające jakby z drugiego pomieszczenia, stłumione i niewyraźne, potem zaczął nad nimi górować wysoki, donośny. Otworzył oczy. Leżał w poprzek łóżka w zmotłachanej, w kilku miejscach podartej pościeli. Po dziewczynie, czy też dziewczynach, nie było śladu. W pierwszej chwili nie mógł skojarzyć miejsca, w którym przebywał.
- Billy! – usłyszał głos Brytfanki i kolejne stukanie do drzwi. – Jesteś tam, do cholery?
- Jestem! – jęknął. – Daj mi chwilę.
- No – uspokoił się Sonny. – Czekam na dole ze śniadaniem.
- Pięć minut.
- Masz dziesięć.
Potrzebował ośmiu. Gdy zszedł do jadalni, Brytfanka siedział już przy zastawionym stole. Potrawy które nań czekały w większości były trudne do zidentyfikowania. Billy poczuł lęk i wybrał wariant bezpieczny.
- Przepraszam, przyjacielu – rzekł – ale wczorajszy wieczór był za ciężki. Nie przywykłem. Nie dam rady nic przełknąć.
- Jak chcesz – stwierdził Brytfanka. – Ale u Grubego Lutka możesz zapomnieć o takim wypasie.
- Nie jestem głodny. W zasadzie to w ogóle śniadań nie jadam.
- OK.
Billy popijał gorzką kawę zastanawiając się nad planem dnia. Był zły, że wczorajszego wieczoru oddał się rozkoszom cielesnym, przez co zmarnował szansę wydobycia z Brytfanki cennych informacji. Nie miał koncepcji, jak by tu zabrać się do tego dzisiejszego dnia. Z pomocą pospieszył mu sam Sonny.
- Gdzie się dalej wybierasz? W morze? Z powrotem w góry? Czy może dłuższa laba?
- Nie mam jeszcze konkretnych planów – odparł ostrożnie. – Miałem umówione spotkanie, ale koń mi padł i…Zresztą, nieważne.
Brytfanka wytarł usta złożoną wpół serwetką. Billy nie mógł oprzeć się mocnemu wrażeniu jakie zrobił na nim Sonny przechodząc gwałtowną przemianę z preriowego obwoźnego handlarza, w obytego z salonami biznesmena.
- Jasne, jasne – powiedział Brytfanka. – Każdy robi, co mu tam trzeba. Ja cię za język nie ciągnę, w ogóle właściwie nie jestem ciekaw twoich planów. Kompletnie. Jedną prośbę tylko mam.
- No?
- Chciałbym, żebyś mi towarzyszył dziś przy… – Brytfanka odkaszlnął. – Przy załatwianiu interesów.
- A w czym ja ci mogę pomóc? – zdziwił się Billy. – Na handlu się nie znam, na naczyniach kuchennych również, więc nie bardzo rozumiem, po co miałbym…
- Och, proszę cię – poirytował się Sonny. – Tylko nie zaczynaj znowu tej gadki o pędzeniu bydła przez pola. Obaj wiemy, czym się zajmujesz. Nie oczekuję, że rzucisz dla mnie wszystko. W końcu, czemu miałbyś to robić? W końcu ja tylko podwiozłem cię do miasta. Ale posłuchaj. Muszę iść do Grubego Lutka odebrać pieniądze. Sporą sumkę. A widziałeś, jakie tam towarzystwo przesiaduje. Nie spodziewam się, że ktoś zafunduje mi kulkę, ale kto wie, co może się wydarzyć. Chciałbym, żebyś tylko tam był. Obserwował, czuwał na sali, podczas gdy ja będę rozliczał się z barmanem. Wiesz, czy nikt się mną zbytnio nie interesuje. Potem się rozjedziemy. Ja wrócę do hotelu, a ty ruszysz swoja drogą.
Billy zwęszył dla siebie kolejną okazję do zarobku. Głowa nadal trochę mu ciążyła, ale w takich chwilach przechodził niemalże natychmiastową regenerację. Nie chciał jednakże okazywać zbytniego zainteresowania, by niepotrzebnie Soonnyego nie wystraszyć, poza tym, nie do końca pasowała mu rola, jaką Brytfanka dla niego widział. Wolał nie pokazywać się w tej parszywej knajpie. Cholera wie, kogo tam spotka. Wczorajszy pokaz nie był może zbytnio spektakularny, jak na tego typu miejsce, niemniej ktoś mógł zwrócić na niego uwagę. W końcu Sonny skądś wziął zniekształcone informacje na temat wczorajszych wydarzeń. A jemu nie trzeba było takiego zamętu. Wolałby przyglądać się z bezpiecznej odległości, czatować, oceniać, skradać się, podchodzić, a potem, gdy nadarzy się właściwa okazja, uderzyć. Bez zbędnego ryzyka. Bez żadnego, najlepiej. Zwłaszcza, że nie miał pojęcia, ile to dla Sonnyego jest „spora sumka”. Chociaż zważywszy na standard hotelu, odzież i szeroki gest handlowca mogła to być dość pokaźna kwota.
Billy oparł się w fotelu i wolno wlał do kubka gorącą kawę ze zdobionego, fantazyjnie ukształtowanego (maleńka przykrywka uformowana była na podobieństwo lekko spłaszczonych borsuczych jąder) porcelanowego czajniczka.
- Naprawdę jestem ci bardzo wdzięczny – zaczął wolno – ale bierzesz mnie za kogoś zupełnie…
- Przepraszam, że ci przerywam, ale mówiąc w ten sposób uwłaczasz mojemu intelektowi – Brytfanka wolno dobierał słowa, żyły na skroniach niebezpiecznie mu nabrzmiały, twarz poczerwieniała. Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, by dostrzec, że jest na pograniczu emocjonalnego wybuchu. – Mówiłem ci już. Może nie jestem specjalnie błyskotliwy, ale na ludziach się znam. Zresztą, nie wymyśliłem sobie wczorajszych wydarzeń. Jestem wobec ciebie, szczery i uczciwy, więc o co chodzi? Czy wymagam od ciebie aż tak wiele?
Billy wypił mały łyczek aromatycznej kawy i odchrząknął.
- Nie chodzi o to – odparł. – Jestem ci bardzo wdzięczny, być może tam na prerii uratowałeś mi nawet życie, a na pewno zaoszczędziłeś wielu nieprzyjemności.
- A więc?
- Wspomniałem ci o spotkaniu, które mnie dzisiaj czeka – dla podkreślenia wagi swoich słów wymownie zawiesił głos. Przez chwilę w jadalni nie było słychać nic, poza cykaniem wiszącego ściennego zegara. – To dla mnie bardzo ważne. Nie miej do mnie żalu, ale w moim fachu nie można lekceważyć klientów. Jak spartaczę, zbagatelizuję, czy choćby opóźnię realizacje zamówienia, ucierpi na tym moja renoma, a w raz z tym… Wiesz. Nie ma pracy, nie ma funduszy, a żyć z czegoś muszę…
- Tysiąc – przerwał Brytfanka.
- Hę? – Billy wciągnął potężny haust powietrza.
- Oferuję ci okrągły tysiąc szponów za twoje pół godziny – powiedział Sonny wstając od stołu. – Teraz przeproszę cię na chwilę, sprawy gastryczne. Pomyśl w tym czasie.
Billyemu zakręciło się w głowie. Jak w zwolnionym tempie widział oddalającego się towarzysza, krzątającego się za barem kelnera, podlewającą kwiaty pokojówkę… Tysiąc szponów! Czy aby się nie przesłyszał? W życiu nie miał, ba!, nie widział takich pieniędzy. Pot wystąpił mu na czoło, koszula zaczęła kleić się do ciała. Już oczami wyobraźni widział, co też mógłby zrobić z takim majątkiem, gdzie mógłby pojechać, co i kogo za to kupić, w co zainwestować… Ze świstem wypuścił zgromadzone powietrze, które zaczynało już rozsadzać mu płuca. Skoro Brytfanka chce mu za samo towarzystwo zapłacić tysiąc, to ile sam może wyjąć na tym interesie? Sto tysięcy? Może milion? Co ma zrobić, by nie spartaczyć życiowej okazji? Albo nieopatrznie nie spłoszyć handlowca? Oddychać, oddychać, spokojnie i miarowo oddychać…
- No i?
Aż podskoczył gdy Sonny z powrotem usiadł przy stole.
- Zastanowiłeś się?
- Mhm…
- Więc?
Billy zdołał nieco ochłonąć tętno mu się uspokoiło, tryby umysłu wróciły do właściwego tempa.
- Zanim odpowiesz – uprzedził go Sonny. – Chcę, żebyś wiedział, że ci ufam. Inaczej nie prosiłbym cię o przysługę tego rodzaju. Ale jestem też kupcem. Przede wszystkim jestem kupcem. I jestem dobry w tym co robię. A jestem dobry, bo przestrzegam zasad. A jedno z podstawowych prawideł kupiectwa mówi: nie płać za robotę, nim nie zostanie wykonana. Rozumiesz? Tu nie chodzi o mój brak wiary w ciebie.
Carramba poczuł jak rośnie mu stężenie adrenaliny we krwi. Żarówka alarmowa jaka nagle rozbłysła w jego umyśle nakazywała wzmożoną czujność. Co handlarz chce mu powiedzieć? Że zapłaci mu po robocie? To przecież jasne. Najpierw usługa, potem honorarium. Po jaką cholerę tak to podkreśla? Może chce go wpuścić na jakąś cholerną minę?
- Jakiś problem? – zdziwił się Brytfanka. – To przecież odwieczne prawidła handlu.
- No właśnie – przyznał Billy.
- I co? Dziwi cię, że mówię o rzeczach oczywistych?
Sonny roześmiał się serdecznie. Billy nie uznawał się za znawcę ludzkiej natury, niemniej śmiech szczery od fałszywego odróżnić potrafił. Uspokoił się odrobinę, ale nie przestał być czujnym.
- Doprawdy, to niewiarygodne, jaki dana profesja potrafi mieć wpływ na ludzką osobowość. Niebywałe. Twoja ostrożność i podejrzliwość jest wręcz fascynująca!
- Nie raz uratowały mi życie – przyznał Billy.
- Zatem?
Carramba dolał sobie kawy, posłodził i wolno zamieszał niewielką srebrną łyżeczką.
- Zgoda.
- Rewelacyjnie! – Brytfanka z hukiem klepnął się w uda. – A więc idziemy się spakować i w drogę!
- Jeden moment.
- Tak? – zaniepokoił się handlowiec na moment tracąc humor.
- Sporo mówiłeś o zasadach i prawidłach obowiązujących w handlu…
- Zgadza się – przytaknął gorliwie. – Hołduję im.
- No właśnie – ucieszył się Billy.
- No więc?
- Tak się składa, że ja też im, jak to zgrabnie ująłeś, hołduję.
- No i?
- No i w moim fachu nie robi się nic za darmo – Carramba zaczynał wczuwać się w nową rolę.
- Nie rozumiem – przez twarz Brytfanki przebiegł grymas niepokoju. – Przecież podałem stawkę? Myślę, że jest wystarczająca.
- Nie o to chodzi.
- Zatem?
- Nie zrozum mnie źle. Też co ufam, oczywiście na tyle, na ile pozwala mi mój zawód. Chodzi o to, że nie biorę pod uwagę, że mógłbyś mi nie zapłacić – zawiesił głos nabierając powietrza, jakby coś, co zamierza za chwilę powiedzieć sprawiało mu naprawdę dużą trudność. – W moim fachu niczego nie robi się bez zaliczki. To na wypadek, gdybym nie przeżył. Takie ryzyko zawodowe.
- Nie przeżył? – oczy Brytfanki rozszerzyły się do swoich maksymalnych możliwości. – Przecież masz tylko obserwować paru meneli?
- Tak? Tego nie możesz być pewny. Gdybyś był, nie oferowałbyś mi tej pracy. Ale nie o to teraz chodzi.
- No więc, do cholery, o co?
- O zasady. Zaliczka pozwala na zdeponowanie przynajmniej części wynagrodzenia w banku – fantazjował – i zadysponowanie nimi na wypadek mojej śmierci. W razie nie wykonania zadania, odzyskasz pieniądze. Ty nic nie ryzykujesz, a ja postępuję zgodnie ze swoimi zasadami. Mam rodzinę na utrzymaniu. Muszę zapewnić jej byt.
Na chwilę zapanowało milczenie. Brytfanka przyglądał mu się przez moment, po czym ponownie się roześmiał.
- Jeśli jesteś w swoim fachu dobry – powiedział poprzez śmiech – przynajmniej tak, jak przy handlowych negocjacjach, to nie chciałbym stanąć na twojej drodze po przeciwnej stronie barykady. Niech będzie, jak mówisz! Połowa przed, połowa po, zgoda? Dawaj grabę!
Uścisnęli sobie dłonie.
- Zatem widzimy się przed hotelem za… – Sonny spojrzał na zegar – pół godziny?
Billy skrzywił się niepewnie.
- Za godzinę?
- Ok.
Udali się do pokoi w dobrych nastrojach. Billy chciał przed podróżą jeszcze raz zażyć kąpieli. W końcu nie wiadomo, kiedy będzie miał kolejną okazję… Roześmiał się. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, do południa w jego kieszeni znajdzie się pięć stów, a przy odrobinie fartu, nawet tysiąc. Co będzie dalej, póki co się nie zastanawiał. Dotychczasowe doświadczenie nauczyło go, by za bardzo się nie podpalać. W takich chwilach zawsze przywoływał w pamięci stare porzekadło, którego nauczył go dziadek. Staruszek zwykł mawiać: „Niespokojny duchu, potkniesz się na mściuchu”. Ku przestrodze, by za bardzo się emocjonalnie nie podgrzewać.
Billy nie miał dużo bagaży, w zasadzie poza sakwami przytroczonymi do końskiego siodła, które w tej chwili znajdowało się w hotelowej stajni i małej przytroczonej do pasa podręcznej torby, nie posiadał żadnego sakwojażu. Tylko to, co mieści się w kieszeniach, lub pozwala przytroczyć się do boku. Z tęsknotą spojrzał na szerokie, niewiarygodnie wygodne łóżko. Obiecał sobie, że jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, z pewnością odwiedzi jeszcze podobne miejsce. Zaczął rozpinać koszulę, gdy jego nozdrza wychwyciły jakąś obcą, nietypową dla tego miejsca woń. Mocniej wciągnął powietrze, poczym zrobił to jeszcze raz jednocześnie chodząc po pokoju próbując zlokalizować źródło zapachu. Skrzywił się. Chyba raczej fetoru. Coś najwyraźniej śmierdziało. Nie jakoś bardzo, ale z pewnością psuło to klimat ekskluzywnego hotelu. Bez przekonania powąchał się pod pachami. To nie to. Wiedział o tym dobrze zanim sprawdził. Dobrze znał swoje możliwości, a to co czuł, było czymś zupełnie obcym. Buty też miał czyste. Sprawdził pościel, zajrzał pod łóżko, do nocnej szafki. Nic. Zapach był wszędobylski, jakby ktoś rozpylił w pokoju nieprzyjemnie pachnącą mgiełkę. Cóż to, u cholery, mogło być? Przecież nie podbździej, bo wówczas smród byłby nie do wytrzymania. Zatem co? W tym momencie rozmyślania przerwał mu bardzo delikatny dźwięk, jakby jednorazowy stukot kocich pazurów o gładkie podłoże zamortyzowany poduszeczkami, jakie towarzyszy, gdy zwierzę zeskakuje na podłogę z krzesła, lub jakiegoś innego mebla. Billy znieruchomiał nasłuchując ale dźwięk się nie powtórzył. Wolnym krokiem podszedł do ściennego lustra toaletki i jedna po drugiej delikatnie wysunął trzy wąskie szufladki. Wewnątrz znajdowało się kilka drobiazgów, charakterystycznych dla tego typu mebla, idealnie wyczyszczone przybory fryzjerskie, wysokiej klasy kosmetyki i nasączone wonnym lawendowym olejkiem higieniczne chusteczki. To właśnie one zainteresowały Billyego. Coś było z nimi nie w porządku, coś nie pasowało. Wyjął je i powąchał. Pachniały doskonale. Zatem co było nie tak? Opakowanie było otwarte, jako jedyne ze wszystkich znajdujących się w szufladkach przyborów i kosmetyków, reszta była sterylnie zapakowana w foliowe woreczki. Rozejrzał się raz jeszcze. Już miał ruszyć do łazienki, gdy w misternie rzeźbionej ramie toaletki dostrzegł niewielką, zakończoną gałką imitującą miniaturowy wędzony kreci nos, klameczkę. Nacisnął ją i zaraz jego oczom okazało się wnętrze wąskiej, sprytnie zakamuflowanej fakturą rzeźby, szafeczki. W środku siedział owinięty chusteczką mały cuchniak. W pierwszej chwili Billy odskoczył bardziej zdziwiony odkryciem niż przestraszony. Nigdy wcześniej nie widział cuchniaka, ale przypomniał sobie, że kiedyś czytał o tych istotach w jakimś periodyku. Cuchniaki były dalekimi kuzynami podbźdzei, osiągały do piętnastu centymetrów wzrostu, były dużo mniej złośliwe od swoich większych kuzynów i, co bodaj najistotniejsze, ich fetor był znikomy w porównaniu z podbździejowym, który to potrafił skutecznie zatruć życie. Cuchniaki zalatywały lekkim, słodkawo mdłym smrodkiem, z którym dało się wytrzymać. W niektórych kulturach istoty te w ogóle nie były prześladowane i żyły w zgodzie i harmonii z resztą społeczności. W tej części świata zaś skutecznie przetrzebiono ich pogłowie z uwagi na przydatność cuchniaków w branży kosmetycznej. Po przetworzeniu i wzbogaceniu substancją czynną uzyskany wyciąg z cuchniaka stanowił niebywale pożądany afrodyzjak o zniewalającym wręcz aromacie. Trzeba było, zdaje się, świeżego, nijak nie uszkodzonego cuchniaka obedrzeć żywcem ze skóry, wycisnąć, czy jak kto woli wyżąć z wnętrzności, a potem zmielić w całości w urządzeniu przypominającym maszynkę do mięsa. Tak się przynajmniej kojarzyło Billemu. Miał przed oczami niezbyt artystycznie wykonane ryciny zamieszczone w prasie, które przedstawiały kolejne etapy przetworzenia cuchniaka na efekt końcowy, czyli aromatyczny afrodyzjak. To tyle Billy z grubsza zapamiętał. Na ostatnim rysunku była fiolka pożądanego roztworu, obok niej kupka przypominających zabarwione na czerwono trociny, drobinek i znak równości za którym zgrabnie już narysowano pękaty mieszek wypchany monetami opatrzony cyfrą „sto”. Sto szponów za jednego małego śmierdziela. Billy uśmiechnął się chytrze.
- Chodź no tu, mały – powiedział sięgając w głąb szafki.
- Ani mi się waż, prostaczku! – pisnął cuchniak kopiąc w dorównujący mu wielkością palec wskazujący mężczyzny.
Billy odskoczył odruchowo zatrzaskując drzwiczki. Nie czuł zbytniego bólu, choć wyposażone w cienkie i ostre pazurki odnóże delikatnie przecięło mu skórę, za to zdolność do mówienia małego intruza była dla niego nie lada zaskoczeniem. Wolno otworzył szafkę. Cuchniak stał zwrócony do niego bokiem ze splecionymi na piersi ramionami i z obrażoną miną. Chusteczka leżała rzucona w kąt, przez co nieprzyjemna woń była znacznie intensywniejsza. Billy dokładniej przyjrzał się malcowi. Przypominał trochę wiewiórkę, z tym że nie miał tak bujnego ogona, bardziej prostą sylwetkę i zbliżone do siebie rozmiarem kończyny, wszystkie zakończone chwytnymi palcami wyposażonymi w zakrzywiane do środka ostre pazurki. Futro miał gęste i krótkie w jasno rudym odcieniu, błyszczące i miękkie, pocięte wąskimi czarnymi prążkami w poprzek ciała, głowę okrągłą, z dużymi, odstającymi, okrągłego kształtu uszami, krótkim pyszczkiem, z którego wyrastała subtelna ciemniejszej maści bródka. W sumie – pomyślał Billy – to wyglądał całkiem sympatycznie i nie powinien śmierdzieć, ale cóż. Pewnie dzięki delikatnemu, acz dość wyrazistemu fetorowi cuchniaki nie stały się ulubieńcami dzieci. Wówczas ich los również nie byłby może do pozazdroszczenia, ale z pewnością lepszy niż branża kosmetyczna. Obecnie w tej części świata cuchniaki były rzadkością. Ile mógł być wart taki jeden? Trudno było powiedzieć, Billy nie bardzo znał się na pachnidłach, farmaceutykach i higienie. Ale za to doskonale potrafił liczyć pieniądze. I nie przepuści żadnej okazji by móc to robić.
- Coś powiedział? – zapytał nie będąc do końca pewnym, czy czasem nie uległ jakiemuś omamowi.
- Nie dotykaj mnie, grubianinie – odparł cuchniak.
- Grubianinie?
- Łapy przy sobie!
Nie było wątpliwości. Nikt nie robił mu dowcipów. Cuchniak naprawdę potrafił mówić. No w końcu, skoro gdzieniegdzie te małe śmierdziuchy miały równe prawa społeczne, to musiały posiadać umiejętność mowy, bo jak inaczej kontaktowałyby się z otoczeniem? Sprawa była więc dla Billyego jasna. Po prostu nie doczytał.
- Posłuchaj no – powiedział. – Nie mam czasu na pierdoły. Jedziesz ze mną i …
- Tylko spróbuj mnie tknąć!
- … i tylko od ciebie zależy, w jakich warunkach będziesz podróżował.
- Idź precz, natręcie!
- Będziesz podróżował w mojej sakwie…
- Niedoczekanie, chłopku bagienny.
- … owinięty w tę pachnącą przyjemnie chusteczkę…
- W twoich snach.
- … albo przywiążę cię za nogę do siodła i będziesz się wietrzył w czasie jazdy dyndając koło końskiego zadu.
- Że co proszę?
- No więc?
Cuchniak ściągnął usta, poczym parsknął.
- Po co mam z tobą jechać?
- Bo mam taki kaprys.
- Nigdzie się stąd nie ruszę – syknął malec tupiąc nerwowo.
- Ruszysz, ruszysz.
- Nie namówisz mnie.
- Nie zamierzam cię namawiać.
- To sprawa jasna. Żegnam.
- Po prostu wrzucę cię do wiadra z wodą i wyleję do kibla.
Cuchniak zmierzył Billyego zabójczym spojrzeniem dwojga okrągłych, kasztanowych oczu.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej.
Malec podniósł chusteczkę i owinął się nią szczelnie.
- Aleś ty namolny – powiedział i nadąsany wymaszerował z szafki wprost na podstawioną dłoń człowieka. – Tylko bez gwałtownych ruchów w trakcie jazdy, bo gotów jestem zwymiotować. A właściwie, to dokąd się udajemy?
- Do Port Porter.
Cuchniak zawahał się.
- Nie chcesz mnie chyba sprzedać na perfumy zamorskim kupcom? – zapytał nie kryjąc lęku.
- A skąd?
- Nawet nie wiesz przez jakie męki przechodzą moi pobratymcy, by później jakaś stara psiocha miała odrobinę radości.
- Co ty powiesz?
- Wolę już wylądować w kiblu.
- Obiecuję, że nie trafisz do fiolki z pachnidłami. Ja jestem… zajmuję się kupiectwem. Przybyłem w te strony w interesach wraz z towarzyszem. Razem jedziemy teraz do miasta dobić targu, a potem nasze drogi się rozchodzą. Sonny rusza bodaj za morze, ja z powrotem na południe, ku Bobrzej Puszczy, za Wielką Rzekę Poziomą, gdzie mam liczną rodzinę...
- Co?
Snując przed cuchniakiem plany, Billy bacznie obserwował jego reakcje. Przedstawiając mu wizję podróży do południowych krain, gdzie cuchniaki żyją w harmonii z bobrami i innymi istotami, zamierzał zyskać przychylność malca, a tym samym uniknąć jego ewentualnej ucieczki, gdy będzie zajęty innymi sprawami. Najwyraźniej jego plan był słuszny i skuteczny.
- Czego nie rozumiesz?
- Wybierasz się do południowych krain?
- No mówię przecież, a co?
Cuchniak podrapał się po bródce. To była dla niego prawdziwa okazja, by wyrwać się z tej zapadłej dziury, gdzie na każdym kroku musiał uważać na czające się zewsząd niebezpieczeństwo. Byle tylko człowiek się nie rozmyślił.
- Nie łżesz, jak mściuch albo jakiś inny szmondak?
- Mówię przecież.
- Przysięgnij.
- Daj spokój, to tylko wycieczka.
- Przysięgnij!
- No dobra. Przysięgam.
Cuchniak wróciło do szafki.
- Co znowu?
- Masz pełnym zdaniem przysiąc.
Billy ściągnął wargi. Potrzebował tego małego drania nietkniętego, ale jak tak dalej pójdzie, to nie wytrzyma i zrealizuje swoją groźbę. Wredny, mały, ryży kutas.
- Przysięgam, – powiedział z westchnieniem – że jadę do południowych krain i że nie oddam cię na pachnidła, ani żadne inne eksperymenty medyczne, czy inne coś – zakończył kierując na cuchniaka pytające spojrzenie.
- No dobra – ocenił malec. – Może być. Tylko żebyś wziął sobie do serca jedną rzecz.
- No?
- Będę miał na ciebie oko.
- W porządku.
Cuchniak z powrotem wyszedł na zewnątrz.
- No i może łaskawie powiesz, jak mam się do ciebie zwracać. Ja jestem Billy.
- Prince.
*
Gdy stanęli przed knajpą było w samo południe. Billy schował w kieszonce po wewnętrznej stronie pasa pieniądze otrzymane od Sonnyego. Tak jak przypuszczał, Brytfanka nie oczekiwał od niego, by zdeponował zaliczkę w banku. Wierzył w jego szczere intencje.
- Lepiej będzie – powiedział Carramba – jak nie wejdziemy razem.
- A to czemu? – zdziwił się Brytfanka.
- Skoro mam poczynić obserwację i być incognito, to lepiej jak zrobię to po swojemu. Obejdę knajpę dookoła, sprawdzę, czy nikt nie kręci się od zaplecza, potem przyczaję się przy stoliku w głębi sali. Ty ruszaj do środka.
- A jak w tym czasie ktoś mnie osaczy wewnątrz? – zaniepokoił się Sonny. – Lepiej będzie jak teraz dokonasz rekonesansu okolicy, a ja tu poczekam. Potem wejdziemy razem. Wcale nie zależy mi na twojej tajemniczości. Przeciwnie, niech wszyscy widzą jaką mam kompanię. Idź.
Billy przeklął w duchu i ruszył na tyły budynku. Czyżby Brytfanka coś podejrzewał? Stanął w cieniu wysokiego zbiornika na wodę i zapalił papierosa. Mimowolnie rzucił okiem na brudne zaplecze, śmietnik, tylne wejścia do hotelu i stajni. Schował się głębiej, gdy usłyszał szczęk zamka otwieranego na piętrze okna.
- Hej, ty! – usłyszał złośliwy głos. – Ty, co się chowasz w cieniu, jak gajowy w jagodach! Wyłaź!
Billy znieruchomiał licząc, że to nie o niego chodzi.
- No co tak stoisz? – krzyknął nieznajomy. – Wyłaź, bo ci skopie to pryszczate dupsko!
Carramba pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, to zaraz przybiegnie tu Brytfanka i jeszcze gówno z tego wszystkiego wyjdzie. Może powinien dać nogę? Pięć stów, to kupa szmalu. Tyle, że siodło na wozie zostało, a nowe też sporo kosztuje… No i taka szansa…
- Ty! Pajacu?
Billy stłumił klątwę na ustach i wyszedł. Zanim zdołała cokolwiek powiedzieć w oknie na piętrze mignęła zgarbiona sylwetka i niemal w tym samym momencie o czoło Carramby uderzyła cuchnąca kulka, czegoś miękkiego, bardzo plastycznego. Billy od razu zwymiotował, czemu towarzyszył dobiegający z góry szyderczy śmiech. Mężczyzna ruszył biegiem w koło budynku trzymając się jak najbliżej ścian. Kręciło mu się w głowie, w nozdrzach czuł paskudny fetor, który pozbawił go już całej porannej kawy i teraz groził zwróceniem wczorajszej kolacji. Próbował w biegu oczyścić czoło, ale ilekroć dotykał przyklejonej do ciała substancji, ta wydawała z siebie jeszcze bardziej intensywną woń, która wywoływała kolejne torsje.
Zgięty wpół wpadł na Brytfankę.
- Co się dzieje? – krzyknął wystraszony kupiec. – Co to… Ależ smród!
Sonny podskoczył zniesmaczony.
- Podbździej – jęknął Billy. – Czaił się na piętrze.
- Ostrzegałem cię przecież.
- Nie znam się na podbździejach – skrzywił się Billy z pretensją w głosie. – Mówiłeś, ze zagnieździł się w budynku i zatruwa życie gościom hotelowym, a nie, że ostrzeliwuje przechodniów smrodliwą substancją.
- No może i masz rację – zgodził się kupiec. – Poczekaj no. W hotelu dawali takie nasączone różanym wyciągiem chusteczki. Może toto pomoże – powiedział wyciągając z kieszonki w spodniach niewielką paczkę.
 Billy z niesmakiem przytknął chusteczkę do czoła i z niemałym zdziwieniem stwierdził, że smród minął, a cuchnąca plastyczna narośl w jednym momencie stwardniała i odpadła. Wgniótł ją obcasem w pylistą nawierzchnię drogi.
- Dobra – powiedział rozdrażniony. Miał już serdecznie dosyć przygód i chciał jak najszybciej opuścić to przykre miejsce. – Róbmy co trzeba i zakończmy ten cyrk. Obrzygałem sobie twoją koszulę.
- Srał ją mściuch. Ruszajmy – zgodził się Sonny.
Weszli do środka. Mimo wczesnej pory, w barze i tak było dosyć tłoczno, choć w porównaniu z wczorajszym wieczorem było niemalże przestronnie. Musieli chwilę poczekać na Grubego Lutka, który załatwiał jakieś interesy na zapleczu. W tym czasie zamówili po kuflu korzennego i przycupnęli przy barze. Sonny, aby nie wzbudzać niepotrzebnych sensacji, na powrót przywdział bardziej traperski strój, Billy narzucił swoją sfatygowaną koszulę, przez co praktycznie niczym nie wyróżniali się wśród klienteli. Carramba udawał, że bacznie lustruje twarze pochylonych nad kuflami znużonych mężczyzn, co przychodziło mu bez najmniejszego kłopotu, gdyż sam również zainteresowany był tym, kto przebywa w lokalu, by czasem nie napatoczyć się na kogoś, kogo kiedyś okradł. Co prawda zawsze starał się działać tak, by ofiara sama do końca nie wiedziała, kto ją ograbił, dzięki czemu w miarę swobodnie poruszał się po terenie, na którym już kiedyś działał, ale mimo wszystko powtórne spotkania zawsze niosły ze sobą jakiś pierwiastek ryzyka. Mniej więcej po kwadransie pojawił się Gruby Lutek.
- Wszystko gra? – rzucił wesoło Sonny, ale w momencie, a którym zadał pytanie, wiedział, że tak nie jest.
- Do dupy z tym wszystkim – jęknął barman stawiając na ladzie dwie szklaneczki i sięgając po butelkę. – Wiem, że za wcześnie na whisky, ale srał to pies.
Brytfanka dyskretnie wskazał na Billyego i pokazał trzy palce. Po chwili wszyscy pociągnęli po małym łyczku piekącego trunku. Carramba bacznie przyglądał się gospodarzowi próbując coś wyczytać z jego twarzy. Rozważał, czy dać w długą, czy czekać na rozwój wypadków. Jeśli interes Brytfanki jest spalony, to ten jeszcze gotów poprosić o zwrot zaliczki. Przełknął suchą ślinę i dopił trunek nie czekając na kompanów.
- Co jest grane? – zapytał również zaniepokojony Sonny. – Coś z naszymi sprawami nie tak?
- Nie o to chodzi – odparł Lutek nie będąc świadomym, że dzięki tym słowom ciśnienie krwi obu jego towarzyszy wróciło do normy ze stanu grożącego wylewem. – Ten pieprzony podbździej mnie wykończy.
- No właśnie – zainteresował się kupiec. – Wczoraj mówiłeś, że ściągnąłeś najemników, a dziś ten śmierdziel zaatakował z okna mojego przyjaciela – tu ponownie wskazał na Billyego. – Do dupy z takimi najemnikami. Było wziąć tych trzech, co przy barze siedzieli. Zdaje się, że poznałem wśród nich Mathew Korkowca, choć jego zawsze ciężko wyłowić z tłumu.
Lutek palnął pięścią o blat.
- A myślisz, że co oni tu robili?!
- Jak to? – zdziwił się Sonny. – Przecież to fachowcy z górnej póki, co nie Billy?
- Jasne – zgodził się Billy czując jak serce podchodzi mu do gardła. Nie bardzo wiedział o co chodzi, ale słyszał gdzieś, że Korkowiec był bliskim współpracownikiem Jeffreya Mogiły, z którym Billy był wczoraj umówiony w kanionie. Jeśli Mathew był w mieście, to Mogiła też mógł gdzieś się czaić, a wówczas marny jego los. Mimowolnie raz jeszcze nerwowo rozejrzał się po lokalu.
- Gówno poradzili – kontynuował barman. – Wzięli zaliczkę, że to niby zasady takie mają i nawet nie weszli na górę. Tyle ich widziałem. Cholerni złodzieje.
- Ja tam wolę Mogiły nie oglądać – wtrącił Sonny. – Chyba już wolałbym z podbździejem przy jednym stole siedzieć…
- Gówno tam! – oburzył się Lutek. – Dopóki to ścierwo siedzi na górze, nic nie zarobię na hotelu, a i do lokalu coraz mniej ludzi przychodzi, bo podobno już zaczyna przez podłogę smród przesiąkać!  Przez sufit, znaczy. Już fortunę wydałem na różnych opryszków i co? Zresztą – machnął ręką z rezygnacją. – Chodźmy dokończyć nasze sprawy. Co tu gadać po próżnicy.
- Zaraz, zaraz – powstrzymał go Sonny. – Mamy jeszcze jednego fachowca. I to nie lada. Co Billy?
Carramba pochłonięty był lustrowaniem lokalu i nie zwrócił uwagi na pytanie. Brytfanka pociągnął go za rękaw.
- Hej, kolego – zagadnął powtórnie. – O tobie mowa, nie udaj znowu takiego skromnisia.
- Co? – zdziwił się Billy. – O co się rozchodzi?
- Może ty być zajął się tym podbździejem?
- Co?
- Oczywiście nie za darmo – włączył się Lutek. – Dam dwie, a co tam. Jak dziś go pogonisz, dam trzy stówy.
- Ale…
- Żadne tam ale! – ucieszył się Sonny. – Masz fart, chłopie! Bałeś się, że dzień zmarnujesz, a tu popatrz tylko. Jedna fucha po drugiej. Co to dla ciebie taki podbździej, co nie?
Billy przygryzł dolną wargę. Nie było wyjścia. Zgodzi się, potem wyjdzie na chwilę do kibla, a jak Brytfanka zniknie na zapleczu z grubasem, da nogę. Trudno. Pięć stów już miał, więc i tak jest porządnie do przodu.
- Dobra – powiedział. – Ale to będzie cię kosztowało okrągłe pół kawałka. Podbździeje o tej porze roku są wyjątkowo groźne. Teraz tylko stówa. Resztę zapłacisz po robocie.
Lutek wlał w przepastną paszczę całą zawartość sporej szklaneczki alkoholu, przepłukał nią usta, połknął i otarł wargi rękawem.
- Zgoda – powiedział wyjmując z kieszeni fartucha wilgotny od alkoholu banknot.
- No – ucieszył się Billy chowając pieniądze do sakwy. – To ja teraz skoczę…
Głos uwiązł Carrambie w gardle. W drzwiach lokalu stał Jeffrey Mogiła i wolno przebiegał wzrokiem po kolejnych klientach szukając okazji by komuś strzelić między oczy. Zaraz za nim stali trzej jego towarzysze, w których Billy bez trudu rozpoznał mężczyzn spotkanych przy barze wczorajszego popołudnia.
… go załatwić – dokończył Billy i nie czekając na reakcję towarzyszy skoczył ku schodom.
W połowie schodów przystanął. W tym miejscu osłaniały go zwisające z sufitu kotary i balustrada teatralnej platformy, więc Mogiła nie mógł go widzieć. Dotychczasowy brak reakcji świadczył, że udało mu się w ostatniej chwili i Jeffrey go nie zauważył. Odetchnął z ulgą i przykucnął nasłuchując i obserwując przez szparę pomiędzy zasłonami. Kompania Mogiły przez nikogo nie niepokojona zajęła największy stół, od którego szybko umknęło pięciu zasiadających przy nim dotychczas biesiadników. Nie zdążyli nawet zabrać kufli z piwem. Niestety ten drobny szczegół spowodował, że Jeffrey poczuł się urażony.
- Co to ma być? – ryknął.
Billy widział jego zniekształcone przebytym w dzieciństwie nieboszczycyzmem krępe i pokraczne oblicze, zarośniętą gęstą brodą twarz i podświadomie wyczuwał wściekłe spojrzenie. Przeklinał dzień, w którym pokusił się o współpracę z tym bezdusznym, wypalonym i wyzutym z uczuć, na wpół martwym człowiekiem, ale teraz było już za późno. Nie miał wyjścia. Pokonać go w otwartej walce nie ma szans, zatem pozostało mu tylko uciekać. Może kiedyś nadarzy się jakaś okazja, sprzyjające warunki…
- Wypierdalać mi stąd spasione wieprze! – Jeffrey przerwał marzenia Billego ponurym, nieco sepleniącym charchotem wydobywającym się z jego szczerbatych ust, po których nastąpiły trzy wystrzały i rumor przewracających się krzeseł. – Piwa i mięsiwa!
Ochroniarze ruszyli szybko chcąc wynieść nieboszczyków, ale Mogiła powstrzymał ich mierząc w nich z dwóch niezawodnych coltów.
- Do stajni z nimi – zaordynował. – Załadować na nasz wóz. A jak któryś zniknie, zajmiecie jego miejsce.
Zanosiło się na dłuższą posiadówkę. Mężczyźni złożyli zamówienie wyraźnie wystraszonej kelnerce, która postawiła przed nimi kufle z pienistym napojem. Zanim zniknęła, Mogiła ułapił ją wpół i posadził sobie na kolanie.
- Powiedz no, złotko – zagadnął kobietę. – Był tu może u was ostatnio taki chudy pierdoła, Billy Carramba? Około trzydzieści lat, na policzku blizna w kształcie borsuczego jądra, tyle że trochę mniejsza. Mógł podawać się za kowboja, ale to pospolity, w dodatku gówniany złodziejaszek.
Billy zamarł. Mimowolnie potarł się po policzku oszpeconym za młodu w bójce na motyki.
- Nikogo takiego nie widziałam – odparła drżącym głosem dziewczyna. – Ja nic nie wiem.
- Słyszycie chłopcy? – zarechotał Jeffrey. – Nasza lalunia nic a nic nie wie.
Mogiła głośno i ze świstem wciągnął nosem powietrze, odchrząknął i splunął na podłogę gęstą zielonkawą plwociną.
- A powiedz nam, stokrotko – syknął złowieszczo – gdzie obecnie przebywa twój tłusty chlebodawca? Może on będzie bardziej rozmowny.
- Zawołam!
- Od razu lepiej – Mogiła uwolnił kelnerkę i zarechotał lubieżnie dając jej mocnego klapsa. – Zdrowie!
Mężczyźni unieśli kufle wznosząc toast.
Carramba podrapał się za uchem. Co robić? Przecież jak ten opryszek weźmie na spytki grubasa i Sonnyego, to ci od razu puszczą farbę, a wtedy… Może spróbować jakoś niepostrzeżenie przemknąć między stolikami, bokiem przy ścianie? Nie da rady. Jak nie zobaczy go Mogiła, to na pewno dostrzeże go Korkowiec, a ten strzela szybciej niż pepesza. Sam widział to poprzedniego wieczoru. No i jest jeszcze dwóch, pewnie takich samych zabijaków. Nie ma rady. Jest tylko jedna droga. Zrobił trzy głębokie oddechy i ruszył ku górze. Wiedział, że nie miał szans. Nie miał odpowiedniego przygotowania, nie posiadał lawendowo szczawiowych naboi, a strzelać do podbździeja ze zwykłej broni mija się z celem. Tylko szkód większych narobi, bo atakowany wytwarza jeszcze więcej cuchnącej substancji. Zatem musi posłużyć się fortelem. Tylko jakim? Był pomysłowym człowiekiem, zapewne ponad przeciętnie w tym kierunku uzdolnionym, ale w podobnych tarapatach nigdy nie był. Żeby chociaż znał rozkład budynku, to może udałoby się jakoś przemknąć niepostrzeżenie i potem dać drapaka oknem. Pal sześć, że mógł przy tym cos złamać. Lepsze trochę bólu niż mogiła. Dosłownie i w przenośni w tym przypadku na jedno wychodzi.
Ruszył ostrożnie ku górze czując, jak z każdym schodem swąd staje się coraz mocniejszy. Gdy dotarł na piętro smród był już nie do wytrzymania. Poczuł rosnącą w gardle whisky. Przez chwilę próbował zwalczyć mdłości, ale wiedział, że bez odpowiedniego wyposażenia nie ma z podbździejem szans. Zwymiotował do wysokiego wazonu z tkwiącymi w nim zwiędłymi łodygami łubinu. Odsapnął chwilę, odzyskał ostrość spojrzenia w załzawionych oczach i chyłkiem ruszył ku najbliższym drzwiom. Cztery kolejne były zamknięte. Smród był coraz bardziej intensywny, kręciło mu się w głowie, we wnętrznościach czuł szybko następujące po sobie tępe uściski, miał wrażenie, że zaraz wyrzyga żołądek i jelita, mimowolnie oddał mocz. Przez chwilę przebiegło mu przez myśl, że to cudowne, że rano zdążył się wypróżnić. Chociaż zdawało się, że w obecnej chwili nie spaskudzenie portek było jego największym zmartwieniem. Ruchy miał machinalne, kolejne czynności wykonywał bez głębszego zastanowienia, instynktownie, łapczywie, jak ktoś, komu za chwilę skończy się tlen i próbuje ostatkiem sił przebić nie możliwą do pokonania warstwę lodu. Dławił się, czuł w ustach smak miedzi, nie mógł zaczerpnąć tchu, zaczął tracić równowagę, tętno sięgnęło krytycznego pułapu. Ostatnie, coraz słabsze przebłyski świadomości podszeptywały mu, że może jednak bezpieczniej byłoby spróbować negocjacji z Mogiłą. Tu po prostu zginie w mękach bez najmniejszych szans na przeżycie. I nawet nie zobaczy swojego oprawcy.
Bardziej upadł niż naparł na kolejne drzwi, które ustąpiły bez oporu dzięki czemu Billy znalazł się na podłodze całkiem przestronnego, dobrze oświetlonego promieniami słońca pomieszczenia. Przez moment czuł miażdżenie w klatce piersiowej i gdy już myślał, że to jego ostatnie chwile, wszystko się skończyło. Świeże powietrze wdarło mu się do płuc i zalało całe jego wnętrze niczym przerywająca tamę woda. Wróciło krążenie, ustąpiło rozsadzające czaszkę ciśnienie, przestało miażdżyć mu organy wewnętrzne. Usiadł na podłodze ocierając z twarzy pot. Pokój był dosyć duży, stały w nim dwa oddzielone nocnymi szafkami łóżka, po środku stół i cztery krzesła. Na jednym z nich siedział podbździej. Wygląd miał dosyć charakterystyczny i wśród swoich pobratymców raczej niczym szczególnym by się nie wyróżniał. Metr trzydzieści wzrostu, zielonkawa niezdrowo wyglądająca oślizła i pokryta rzadkimi kępkami żółtawej sierści skóra, wielkie okrągłe wodniste oczy osadzone w owalnej, spłaszczonej w poziomie głowie. Dłubał w szerokim, spłaszczonym nosie i wszystko co w nim znalazł pakował do niewielkich, lejkowatych ust, wyposażonych w cienkie, fiszbinowate wargi. Wpatrywał się w Billyego beznamiętnym wzrokiem, twarz miał znudzoną, wręcz zniesmaczoną.
- No i? – rzucił znienacka. – Po jaką cholerę tu przylazłeś?
Carramba uniósł brwi w grymasie bolesnego zdziwienia. Nie był pewien, czy żyje, czy też oddał już ducha i teraz śni koszmarną wizję. Podbździej, nie doczekawszy się odpowiedzi, ukształtował usta w okrąg i wypuścił przezeń smugę żółtawego gazu, który błyskawicznie spowił Billyego natychmiast wywołując u niego fale bolesnych nudności i towarzyszących im odczuć, które dopiero co mało nie doprowadziły go do zgonu.
- Wynajęli mnie – jęknął Carramba zginając się wpół po wpływem gwałtownego skurczu żołądka.
- Wynajęli?
Billy nie był w stanie mówić, ale podbździej wywnioskował z postawy mężczyzny, że ten jest gotów do współpracy. Nie mylił się. Billy zrobiłby wszystko, by przerwać katusze, jakimi raczył go przeciwnik. Większość by to zrobiła. Podobnie jak poprzednim razem ból minął jak od dotknięcia różdżki.
- Więc to tak? – zapytał z wyrzutem oprawca. – Jesteś kolejnym nędznym zwyrodnialcem gotowym zabić perę nędznych szponów? Zafunduję ci za to taką łaźnie, że zostaną po tobie tylko plomby.
Carramba pobladł jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Jego twarz była już tak blada, że nie powstydził by się jej tygodniowy nieboszczyk.
- To nie prawda, ja…
- Wszystko słyszałem – przerwał podbździej. – Jesteś płatnym zbirem wynajętym przez tego tłustego bimbrownika. Wszyscy jesteście tacy sami. Wystarczy podsunąć wam pod nos żałosny pieniądz, a już jesteście gotowi wytłuc się pomiędzy sobą.
- Ale ja taki nie jestem! – zarzekał się Billy. – To fatalna pomyłka! Ja jestem tylko…
- No słucham.
Billy opuścił głowę z rezygnacją.
- Jestem tylko pożałowania godnym złodziejaszkiem. W życiu nikogo nie zabiłem. Nie licząc przypadków obrony koniecznej, ale i to tylko w ostateczności. Daję słowo. Jestem tu, bo uciekam przed bandą opryszków. Inaczej byłbym już trupem.
- I tak nim będziesz. Źle wybrałeś.
- Proszę… Zamknij na chwilę oczy, a już mnie więcej nie zobaczysz.
- Niedoczekanie! Jak spuszczę cię z oka choć na kilka sekund, to nic więcej nie zobaczę.
- Ależ nie.
- Ja tam swoje wiem! Pokazuj co masz w kieszeniach i tej rzeźnickiej aktóweczce wykonanej, jeśli mnie wzrok nie myli, z bońdziołowej skóry. Tylko po woli!
Billy posłusznie wyłożył na blat stołu wszystko, co tylko posiadał (było tego bardzo niewiele) i na koniec otworzył sakwę, w której też nie miał nic godnego szczególnej uwagi. Tak przynajmniej sądził. Zmienił zdanie, gdy z torby wyskoczył mały cuchniak.
- A kuku! – krzyknął piskliwie i roześmiał się serdecznie.
- Prince? – nie krył zdziwienia podbździej. – A skąd żeś się tu wziął, brateńku?
- Skąd? A przyjechałem z tym tu dzielnym mężem.
Carramba poczuł swoją szansę.
- O właśnie – wtrącił. – On może poświadczyć, że…
- Przymknij jadaczkę, huncwocie – syknął podbździej – albo charchnę w ciebie bździną!
- Wyluzuj, Tedi – próbował uspokoić kuzyna Prince. – On tylko…
- Niech nie otwiera paszczęki bez pytania!
- Jasne – zgodził się cuchniak. – Masz nie otwierać paszczęki bez pytania, zrozumiałeś?
Billy zrozumiał, co też oznajmił kategorycznym gestem i odpowiednim grymasem. Prince zsunął się na podłogę po nodze od stołu i podbiegł do podbździeja, który ostrożnie go podniósł i posadził sobie w zgięciu górnej kończyny.
- Posłuchaj – odezwał się malec. – Ten gość, Billy, jest wędrownym kupcem. Zabierze mnie za Wielką Rzekę Poziomą! Będę miał wreszcie spokój, nikt nie będzie na mnie dybał, nie będzie próbował mnie żywcem obdzierać ze skóry i wyciskać ze mnie flaki!
Podbździej zrobił dobrotliwą, zatroskaną minę i delikatnie pogładził cuchniaka palcem po okrągłej główce.
- Przykro mi to mówić – powiedział – ale niestety twój nowy kompanieros nie jest niestety tym, za kogo się podaje.
- To nieprawda! – krzyknęli obaj jednocześnie.
- Jest zwykłym pospolitym przestępcą, który tylko kombinuje, jak nas obu przehandlować za jak największą gotówkę. On ma w dupie, co się z nami stanie. I spotka go za to zasłużona kara.
- To tylko taki kamuflaż – przekonywał Prince.
- Już uwierzę! – obruszył się Teodor. – Przecież nie mdli mnie bez powodu. Zaraz w tego nędznego hochsztaplera napierdzę!
- Nie! – tym razem Billy wrzasnął sam. – Litości! W życiu nie tknę żadnej smrodliwej istoty, przysięgam!
Podbździej zdawał się zupełnie nie słuchać, co Billy ma do zaoferowania, czy też przyrzeczenia. Tym razem uformował usta na kształt idealnego trapezu i buchnął w mężczyznę burym, wilgotnym i syczącym obłokiem. Carramba zaskomlał i targany drgawkami skulił się gwałtownie, krzyk zamarł mu na ustach. Cuchniak przyglądał się transformacji Billyego z fascynacją.
- A nich mnie – powiedział urzeczony. – Ale ty to fajnie robisz. Szkoda, że ja tak nie umiem. Jesteś pewien, że to nie był kupiec? Taką miałem nadzieję… – zakończył z żalem.
- Absolutnie – skrzywił się Teodor. – To cwaniaczek, jakich pełno się kręci po takich zadupiach. W większych miastach już pewnie jest spalony i teraz tylko węszy, czyim kosztem się wzbogacić. Takich trzeba tępić na każdym kroku. Bez łaski, bez litości. Jak okażesz się słaby, nawet się nie obejrzysz, jak wylądujesz w fiolce z jakimś wstrętnym pachnidłem.
W tym momencie drzwi pokoju niemalże eksplodowały lądując z hukiem na środku pokoju. W pustych futrynach stał Jeffrey Mogiła uśmiechając się paskudnie.
- No proszę – powiedział szczerząc szczerbate usta. – Cóż za doborowe towarzystwo! Szkoda, że zaczęliście zabawę bez nas – dodał spoglądając na kurczącego się w oczach Billyego.
Podbździej cofnął się krok i wysuwając głowę przed siebie plunął w intruza kłębem jasnozielonej, syczącej, gęstej pary o niemalże plazmowej konsystencji. Obłok spowił Jeffreya, ale ten tylko kwaśno skrzywił usta i zarechotał.
- Dzięki – powiedział ku zdziwieniu podbździeja. – Bardzo to przyjemny zapach. Odkąd przestałem być tak całkiem żywy, smród stał się moim edenem. A z tobą jak jest? Co powiesz na mieszankę lawendy i szczwiówki?
To powiedziawszy wyszarpnął dziwny pękaty rewolwer i nie czekając na odpowiedź władował w podbździeja cały magazynek. Teodor miękko upadł na podłogę, jak ścięty sierpem liść łopianu. Jego zaskoczona mina zaczęła w szybkim tempie blednąć i rozmywać się w powietrzu. Po chwili pozostał po nim kłąb zielonkawej zawiesiny, którą Mogiła zgarnął do wydobytej zza pasa plastikowej torby.
- No – powiedział. – Przyda się na później, co nie?
- Przyda się, przyda – odparł Korkowiec, który w międzyczasie przeszukał torbę Billyego. – Wszystko się przyda – dodał pakując do kieszeni banknoty. – Sześć stów, stary! Dasz wiarę? Skąd ta menda miała tyle hajcu?
- Niestety już się nie dowiemy – odparł Jeffrey wskazując miejsce, w którym jeszcze parę minut temu stał Carramba. Na podłodze leżały tylko trzy pośledniego rodzaju ołowiane plomby, klamra od pasa i ostrogi. – Przynajmniej nie od niego – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.
Mężczyźni szybko splądrowali pokój zabierając wszystkie przedmioty, które miały dla nich jakąś wartość i wyszli na korytarz.
- To teraz grubas z tym drugim zaśpiewają nam w duecie – oznajmił Mogiła. – A capella.
Gdy kroki rechoczących mężczyzn ucichły na skrzypiących schodach, spod nocnej szafki wyszedł ocierający łzy cuchniak. Minę miał smutną, ale zaciętą.

04.02.2012r.

Brak komentarzy: