Billy Carramba był wściekły. Właśnie
padł mu koń, za którego nie dalej jak trzy dni temu dał prawie sto szponów.
Wiedział, że przepłaca, ale nie chciał tracić cennego czasu na targowanie.
Głównie z tego też powodu nie zdecydował się na tradycyjną kradzież, by w ten
sposób wyeliminować ewentualny pościg. No to teraz ma. Ani pieniędzy, ani wierzchowca.l
- By to dunder świsnął.
Zgrzytnął zębami i uśmiechnął się
gorzko. W dalszym ciągu udawało mu się utrzymać przy życiu, mimo iż to usilnie
rzucało mu pod nogi kolejne kłody. Miał wrażenie, że z każdą kolejną,
przeszkody przybierają coraz większe rozmiary. Był nie dalej niż w połowie
drogi do kanionu, w którym miał umówione spotkanie z Jeffreyem Mogiłą, na które
już nie zdąży. Nie ma takiej możliwości. A to oznaczało nie tylko, że z
interesu jego życia został tylko kurz, ale dodatkowo swoją nieodpowiedzialną
postawą zyskał wyjątkowo nieprzyjemnego wroga.
Splunął w pylistą nawierzchnię
prerii i ruszył przed siebie kierując się na oddalone o kilka mil otoczone
kępami karłowatych sosen skaliste zbocze wysokiej góry, pokrytej rudą lessową
warstwą pyłu. Maszerował nie więcej niż pół godziny, gdy dostrzegł wynurzający
się spomiędzy drzew zaprzęg. Szybko rozejrzał się za możliwym schronieniem, ale
otaczała go tylko płaska, pokryta suchą trawą i spękana pomarańczowo bura
ziemia. Mógł spróbować rozpłaszczyć się w jakimś niewielkim zagłębieniu i
liczyć, że dotychczas nikt go nie zauważył, ale szybko doszedł do wniosku, że w
jego obecnym położeniu powinien raczej szukać kompanii, niż jej unikać. Na
wszelki wypadek sprawdził więc tylko gotowość broni i spokojnie czekał na
niespiesznie zbliżający się wóz ciągnięty przez parę koni. Słońce stało już
wysoko, po porannej chłodnej mgle nie pozostał już żaden ślad, było gorąco i
bezwietrznie, w górze krążył niewyraźny kształt, prawdopodobnie czyhający na
oślepioną promieniami ofiarę drapieżnik. Billy pomyślał, że to pewnie
zebździurniec albo swądnica, których było dosyć dużo w tej części Karłowatej
Wyżyny. Wzdrygnął się mimowolnie. Spotkanie jednego z tych niebezpiecznych
stworzeń z pewnością nie należałoby do przyjemnych, choć mężczyzna nie powinien
czuć się też zagrożony. Swądnice nie mają, bowiem, w menu samotnych wędrowców,
a zebździurńce były zbyt małe, by ryzykować atak na człowieka.
Dalsze śledzenie krążącego w górze
łowcy przerwał Billyemu nadjeżdżający zaprzęg. Na koźle siedział tylko jeden
mężczyzna, przykrywający ładunek wozu gruby pokryty stwardniałą od deszczu i
wiatru warstwą pyłu brezent nie pozwalał domyśleć się jego zawartości.
Wstrzymane łagodnym słowem konie zwolniły kroku i wóz ledwo się tocząc
znieruchomiał kilka kroków przez Carrambą. Powożącym był tęgi, może
pięćdziesięcioletni mężczyzna, choć jego wiek trudno było ocenić z uwagi na
obfity zarost, wysoko pod szyją zawiązaną chustę i mocno nasunięty na oczy
kapelusz. Billy nie lubił tego typu spotkań. Na prerii należało z daleka
okazywać swoje zamiary, inaczej można było narazić się na nieprzyjemności,
które mogły bardzo nieprzyjemnie się skończyć. Niepokój Billego szybko rozwiały
następne chwile spotkania. Mężczyzna wolno, bez zbędnych gwałtownych ruchów
zsunął się na ziemię i zdjąwszy kapelusz zaczął otrzepywać z kurzu szerokie
nogawki, mówiąc przy tym jednocześnie.
- A żeby cholera wzięła tę pogodę –
miał skrzekliwy, a mimo to serdeczny głos. – Jestem w drodze od prawie pięciu
dni i już zaczynam mieć tego dość. Bez przerwy zbieram całe to gówno, jakby
ktoś uparcie nagarniał w miejsce, prze które akurat jadę, kurz i pył całego
świata. Ani jednej kropli deszczu od tygodnia, dasz wiarę?
W tym momencie mężczyzna po raz
pierwszy spojrzał na Billyego. Miał bardzo jasne, wąsko osadzone oczy i mocno
wystające kości policzkowe, których wydatności nie kamuflowała nawet spora
tusza.
- Jadę do Port Porter – kontynuował.
– Handluję akcesoriami kuchennymi. Jestem Sonny Brytfanka.
- Billy Carramba – odparł zdawkowo
Billy, ale wobec świdrującego, pytającego wzroku Sonnyego dodał szybko
rozkładając ręce w geście podkreślającym małą istotność informacji, które
zamierzał przekazać: – Ujeżdżam konie, pędzę bydło, tropię i poluję. Takie tam.
Ku jego zdziwieniu Brytfanka szeroko
się uśmiechnął i cały rozpromienił jak jaskółka na wiosnę.
- Prawdziwy kowboj – zarechotał
uderzając się dłońmi po udach. – A to ci dopiero.
Carramba przyglądał mu się z
niepewną miną. Przemknęło mu przez głowę, co by podziurawić wesołka jak
durszlak do kartofli, ale takie rozwiązanie nie leżało w zgodzie z jego naturą.
Ponura myśl zgasła niemalże w tej samej chwili, w której zaświtała. Pomógł w
tym również sam Brytfanka przestając chichotać i zapraszając Billyego na wóz.
- Ja w przeciwnym kierunku –
wycedził przez zęby Carramba. – Do Deep Purple.
Sonny spojrzał na Carrambę z
zaciekawieniem.
- Posłuchaj – powiedział poważnym
tonem. – Nie dziw się, że tak reaguję, ale od ładnych kilku lat nie widzieliśmy
w tej okolicy żadnego prawdziwego kowboja. Odkąd na prerii na zachód od Purple
zagnieździł się mściuch, nikt nie chce tędy pędzić zwierząt. Każdy woli trochę
drogi nadłożyć i przez góry iść, albo też, ale to już tylko co zamożniejsi, na
transport koleją się decydują.
- Co ty powiesz – zaciekawił się
Billy. – A skąd wiadomo, że to mściuch, a nie na przykład podbździej, rechot,
albo rzygawica?
- O, widzę, żeś obeznany w tych
szkodnikach – stwierdził Sonny nie kryjąc podziwu.
- Miało się z niejednym do czynienia
– skłamał Carramba.
- Rzygawica? – zainteresował się
Brytfanka. – O tym to chyba nikt tu nawet nie pomyślał.
- Albo rzygulec, to bardziej
pospolita odmiana rzygawicy i dużo łatwiejsza do wytępienia.
- A jakże! – przyznał gorzko Sonny.
– Braliśmy pod uwagę rzygulca, nawet było co do tego sto procent pewności, tak
że i wyprawa poszła, żeby juchę przegnać, ale … – głos uwiązł mu w gardle.
- No mówże, człowieku.
Sonny chwilę wachlował kapeluszem
rozgrzaną słońcem twarz.
- Zaszliśmy gada od tyłu – przemówił
bezbarwnym, suchym głosem.
- Słusznie – wtrącił Billy. – Jeśli
przyjąć, że to miał być rzygulec.
- No właśnie – zgodził się
Brytfanka. – Ale nie był, niestety. Jak tylko szeryf palnął do tego bydlaka z dwururki,
ten zamiast paść w konwulsjach, tylko się odwrócił i jadem w nas parsknął zanim
żeśmy się dobrze zorientowali, o co chodzi. Willie, szeryf znaczy, padł na
miejscu jako pierwszy, bo to odważny chłop był to i na samym czubie szedł.
Spaliło mu całą twarz razem z głową, że do trumny trzeba było piłkę gumową
włożyć, żeby kapelusz miał się na czym trzymać. W sumie czterech padło. Jeszcze
dwóch ludzi burmistrza i stajenny, co w ramach zastępstwa za jednego zastępcę
poszedł, bo ten pijany leżał w burdelu, bo mu się syn urodził. Ten stajenny, to
się stopił do pasa, że go pochowali w trumnie takiej małej, jak dla dziecka,
albo karzełka jakiegoś – przełknął z trudem. – Tylko ci dwaj od burmistrza
jakoś tak w miarę normalnie odeszli, bo im przepaliło klaty na wylot, jakby kto
z bliska ze sztucera w nich palnął. Nawet im na gębach żaden grymas bólu po
śmierci nie został, to i pewnie nie cierpieli wcale. Ale szeryf…
Billy przez grzeczność nie przerywał
czekając aż mężczyzna mamrocząc żale usadowi się na koźle.
- No co tak stoisz? – zdziwił się
Sonny. – Wskakuj.
- Ale ja w przeciwnym kierunku –
odparł i w tym samym momencie przypomniał sobie, że na umówione spotkanie i tak
już przecież nie zdąży, a w porcie Porter prędzej złapie jakąś fuchę, albo
chociaż transport do Przystani przy ujściu Wielkiej Rzeki Pionowej, gdzie
mieszkał jego kuzyn Stew Kabanos. W masarni zawsze potrzeba było ludzi do
pracy.
Po chwili jechali już gnani
wzbijanymi tumanami kurzu. Carramba co i rusz przytrzymywał kapelusz, który był
na niego odrobinę przyciasny. Niestety odkąd wybuliło mu potylicę wskutek
zatrucia mściuszym jadem nie mógł trafić na nakrycie głowy, które by na nią
idealnie pasowało. Jak obwód był dobry, to znów za bardzo wszystko sterczało w
górę nadając mu wygląd wiejskiego szarlatana, czego wolał uniknąć. Lepszy był
lekko przyciasny, co z kolei kojarzyło mu się z atrybutami nieszczęśnika, a
akurat było mu na rękę.
- Może amunicję żeście złą dali do
tej fuzji? – zapytał nawiązując do przedstawionej przez Sonnyego opowieści o
wyprawie. – Rzygulec też potrafi człowieka nieźle urządzić.
- Nie ma mowy o pomyłce – zaprzeczył
twardo Brytfanka. – Wszyscy byliśmy dobrze przygotowani, broń była nabita
karbidem i saletrą z siarką. Jakby to był rzygulec, padłby od pierwszego
strzału.
Chwilę jechali w milczeniu.
Monotonny krajobraz działał usypiająco, ale prażące słońce kazało zapomnieć o
drzemce. Chyba, że pod plandeką, ale na to Billy nie chciał się decydować, by
nie przegapić czegoś istotnego. Z drugiej strony kusiło go, by splądrować ładunek
Brytfanki. Starał się nie myśleć o towarze, który mógł znajdować się za jego
plecami, ile był wart i co też Carramba mógłby zań dostać, ale, mimo iż
naprawdę bardzo się starał, jego złodziejska natura była od niego silniejsza.
- Co tam masz? – zapytał w końcu
wskazując kciukiem za siebie.
- Na wozie?
Billy przytaknął.
- No, tak jak mówiłem, – odparł nie
bez dumy Brytfanka – handluję akcesoriami kuchennymi. Kupuję i sprzedaję. Do
Midnight Oil zawiozłem cały ładunek aluminiowych kociołków, patelni i przeróżnego
rozmiaru garnczków. Tam to schodzi na pniu, bo i szlak potem w góry stamtąd
idzie, to i dalej na handel ludzie to noszą. A kupuję od nich wyroby miedziane,
bo tanie, prosto z kopalnianej manufaktury. Bo tam kopalnia miedzi w kanionie
jest, to pewnie wiesz.
- Słyszałem.
- No.
I znów nie odzywali się przez pewien
czas.
- Ale, że tak cokolwiek? – nie dawał
za wygraną Billy. – Byle miedziane było?
- Zasadniczo tak. Idzie tylko o to,
by się to pod mój resort łapało. Znaczy do kuchni. Teraz, na ten przykład, mam
bimbrownice. Cały ładunek. W Port Porter, jak na targowy dzień, co jest w
przyszły tydzień, zaczekam, to i na jednym będzie dziesięciokrotna przebitka.
Przy detalu. Hurtem osiem razy tyle. Ale ja tam niecierpliwy jestem, podróżować
lubię, handlować. Prawdziwy handel to jest, kolego, w ruchu. Tu sprzedać, tam
kupić, wymienić, ludzi poznać, zwyczaje, potrzeby. Wiedza to w tym fachu
bezcenna rzecz, kowboju. Ja ci to mówię, Sonny Brytfanka. Znają mnie na
wszystkich targach od Wybrzeża do Gór i aż do Wielkiej Rzeki Poziomej. Dalej
się nie zapuszczam, bo tam na Furmana można wpaść, a zanim mu wyjaśnię, że nie
jestem Woźnicą, poszlachtuje mnie jak wieprzka. Niejeden już był zuch, co
chojrakował, a potem przepadał wraz z towarem.
- Furmani nie kradną.
- Co?
- Mówię, że Furmani nie kradną. Nie
można im zarzucać, że przejęli towar.
- Może i nie kradną – skrzywił się
Brytfanka. – Ja tam nie wiem. Nie chcę mieć z tymi odmieńcami nic wspólnego. W
każdym razie, jak taki jeden, czy drugi kupiec do puszczy za rzekę się
wypuszczał, to już nie wracało nic, co z nim pojechało. Może inni rozkradli,
jak już nieszczęśnicy gardeł dali. Ja w każdym razie tam nie jeżdżę, bo i
potrzeby nie mam. Po tej stronie świata całkiem dobrze prosperuję, ludzie mnie
znają szanują, zbóje nie dręczą, bo i im nieraz przysługę robię przywożąc to i
owo, a jak od czasu do czasu jakiś łyczek się przyczepi, to i gorzałką
poczęstować lubię. Bo to, widzisz przyjacielu, wszystko swoje miejsce mieć
musi. I czas odpowiedni. Jest pora na robotę, a i na wypoczynek czas
przychodzi. Jedno bez drugiego być nie może, bo i jak? Jakbyś tylko robił, to
byś z wysiłku padł, a i też samym leżeniem brzuchem do góry na chleb nie
zarobisz. A ty co? Pewnie dziwisz się, że ci mówię to wszystko.
- Znaczy co?
- No o tajnikach handlu i w ogóle.
- Czy ja wiem?
- Nie bujaj.
Billy łypnął na kompana próbując
wyczuć, czy ten żartuje, czy mówi poważnie. Łypnięcie nie dało mu pewności.
- To wydaje się normalne, – odparł –
że jak człowiek samotnie całymi dniami przemierza prerię, to i jak nadarzy się
okazja, pogadać lubi, podzielić się informacją, pochwalić, czy ponarzekać.
- Ty, zdaje się, od tej reguły
odstajesz.
- Że co?
- No gadatliwy zbytnio nie jesteś.
- Za to ty cały czas nawijasz.
- Było przerwać, jak cię nie
interesuje – obruszył się Sonny. – Chyba, że jest inaczej? – dodał szybko
podejrzliwie.
- Ani mnie to interesuje, ani nie.
Nie chciałem być niegrzeczny, to i nie przerywałem. Zresztą, całkiem ciekawie
opowiadasz. Widać żeś gawędziarz. Zdaje się, że coś o gorzałce wspomniałeś? –
spróbował zmienić niezręczny dlań temat.
- O czym?
- O gorzałce.
- A!
- Właśnie. O częstowaniu, ściślej
mówiąc.
- Sięgnij pod siedzisko – wskazał za
siebie. – Wymacasz pękaty bukłak. Na taki upał tylko wino może być. Inaczej
udaru można dostać, albo z siodła spaść i kark skręcić.
Billy zbył uwagę Sonnyego. Jemu tam
nie zdarzyło się do tej pory z konia spaść nawet, jak tęgo podechlał. Udarów
też nie miewał. Odnalezienie bukłaka zajęło mu chwilę i zaraz potem pociągnął
tęgi łyk cierpkiego, ciut przyciepłego trunku.
- Mogłoby być chłodniejsze –
skomentował Brytfanka, jakby czytał w myślach nowopoznanego towarzysza. – Ale
zważywszy na pogodę, to i tak spory sukces.
Wino było cienkie, czuć było, że
zostało sztucznie rozcieńczone wodą. Ale mimo to sprawiło Billyemu ulgę. Nie
pił nic od wczesnego ranka, gdy skończyła mu się woda w manierce. Jechali
jednostajnym, rutynowym tempem. Sonny wyjaśnił, że to najbardziej ekonomiczna
prędkość, co oczywiście samemu zbadał i sprawdził podczas długich lat
kursowania po stepowych szlakach.
- Konie bardzo się nie męczą, –
prawił – to i stawać często nie trzeba. Po jaką cholerę mam z bata strzelać,
jak później muszę koniom dłuższe wytchnienie dać i obóz rozkładać. A tak? Jadę
sobie w najlepsze, wiaterek owiewa mi twarz, konie się nie trudzą. No i w końcu
do czego omam się spieszyć? Moja dewiza to: czego nie sprzedam dziś, to
zhandluję jutro z większym zyskiem, bo za przechowywanie doliczy coś należy. I
tak to się kręci rok po roku.
Podróż mijała monotonnie. Sonny
opowiadał, Billy słuchał od czasu do czasu zadając grzecznościowe pytania.
Łagodne kołysanie wozu odprężało wprawiając w delikatny letarg zarówno
powożącego, jak i pasażera. Rozmawiając obserwowali jałowy krajobraz prerii,
karłowate drzewa i kępy kaktusów, z rzadka przemykające w oddali sylwetki
zwierząt i leniwie przesuwające się po błękitnym niebie białe kłębiaste chmury.
Pierwsze zabudowania pojawiły się
niespodziewanie, szybciej niż Billy zakładał. Początkowo sądził, że to nie
możliwe, i że mijają jakąś zapomnianą osadę, ale szybko zweryfikował swój osąd
patrząc w niebo. Słońce pokonało już niemal cały nieboskłon, co znaczyło, że
jechali około czterech godzin. No i bukłak już zrobił się niepokojąco lekki, za
to pęcherz ciążył niemiłosiernie.
- W samą porę – westchnął z ulgą.
- Co?
- Jszczyć mi się chce okrutnie.
- No toć było mówić! – obruszył się
Brytfanka. – Gdzież to jechać na wozie, jak potrzeba kiszki gniecie?
- Dopiero teraz poczułem, jak miasto
zobaczyłem.
- No to teraz musisz jeszcze kapkę
wytrzymać, bo tu na drodze ruch się zacznie i nie bardzo jest jak, choć gawiedź
to i byle gdzie jajami świeci.
- Dam radę.
- Staniemy przy saloonie – prawił
dalej Sonny. – Mam tam interes z właścicielem, a i po długiej drodze czymś
trzeba z kurzu gardziel przepłukać i po tym cienkuszu smak poprawić.
- Z dobrymi pomysłami się nie
dyskutuje – zgodził się Billy.
Wnętrze lokalu było bardzo
charakterystyczne dla tego typu miejsc. Szynk w głębi szerokiej, obszernej sali
ciągnął się przez połowę jej długości, okrągłe stoliki były gęsto i
nieregularnie poustawiane, prawdopodobnie często przesuwane, łączone, z
poprzysuwanymi do nich różnorakimi krzesłami, ławkami i taboretami. Lokal nie
był mocno oświetlony, co w połączeniu z gryzącym oczy gęstym, sinym tytoniowym
dymem sprawiało, że przebywając wewnątrz miało się poczucie późnej godziny bez
względu na porę. Z prawej strony szynkwasu znajdowała się niewielka, wąska
wnęka prowadząca do schodów wiodących na piętro, gdzie czekało na gości kilka
pokoi, jeśli wierzyć informacji zamieszczonej na stojącej przed lokalem
tablicy, wygodnych i czystych, z przyłączem bieżącej wody. Na wysokości piętra
hotelowego zawieszona była na grubych łańcuchach solidna platforma z lożą
pamiętającą jeszcze czasy, gdy w lokalu odbywały się przedstawienia teatralne.
Po lewej stronie baru stało niczym przyklejone doń i skulone ze strachu pianino
noszące wyraźne ślady tłumaczące ów lęk: dziury po kulach, powbijane w obudowę
kawałki szkła i mocno pochylony nad klawiaturą znerwicowany pianista z
przyklejonym do dolnej wargi niedopałkiem.
- Nie pali – powiedział Sonny
przepychając się przez zatłoczony bar ku ladzie.
- Co?
- Mówię, że pianista nie pali –
wyjaśnił Brytfanka odsuwając się na bok, by przepuścić dwóch zataczających się
mężczyzn, którzy ciągnęli za nogi trzeciego, nieprzytomnego. – Ma tego peta tak
na stałe, żeby go nie częstować. Każdy zawsze chce mu coś odpalić za dobry
kawałek, a najprościej poczęstować cygarem, albo postawić drinka. Jeśli chodzi
o wypicie, to i owszem, ale tytoniu nie lubi.
Pora była późna, to i lokal pełen
był amatorów mocniejszych trunków, zabawy i hazardu. Za szynkiem uwijał się
tęgi, rumiany mężczyzna ze spotniałą twarzą, asystowały mu dwie nienajmłodsze
już kobiety w rozchełstanych powiewających połami koszulach i szerokich spódnicach.
Niepierwsza świeżość barmanek nie przeszkadzała gościom w składaniu im
niedwuznacznych propozycji, gwizdaniu i podszczypywaniu, co też nie zdawało się
sprawiać nikomu przykrości.
Nie bez trudu dobrnęli wreszcie do
kontuaru, co wszakże nie oznaczało, że odnieśli jakiś sukces. Do baru docierał
ktoś bez przerwy, spragnieni klienci atakowali ze wszystkich stron, a siedzący
na stołkach barowych trzej krzepcy mężczyźni dodatkowo skutecznie utrudniali
złożenie zamówienia.
- Lutek!– krzyknął nagle Brytfanka.
– Kolejka dla wszystkich!
Tłoczący się przy barze wybuchli
radosnymi okrzykami przepuszczając hojnego klient do lady.
- A kogóż to widzą moje tłuściutkie
oczęta?! – ucieszył się barman. – Przecież to Sonny Brytfanka jak żywy!
Uściskał mężczyznę przez ladę
zupełnie ignorując przy tym Billyego, czym szczególnej krzywdy mu nie
wyrządził. Przeciwnie. Anonimowość i całkowite skupienie uwagi na handlarzu
pozwoliło Carrambie lepiej przyjrzeć się klienteli, co w zawodzie, który
uprawiał miało bardzo istotne znaczenie. Większość degustatorów wyglądała
bardzo zwyczajnie i przeciętnie, jak przystało na bywalców podobnych
przybytków. Nic szczególnego. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem można było
stwierdzić, że większość z nich nie posiadała przy sobie wystarczająco dużo
grosza, by zapłacić za alkohol, na który miała ochotę, co powodowało, że
niemalże wszystkich można było zaliczyć do jednej z dwóch kategorii: jedni byli
rozdrażnieni nieudanymi próbami naciągnięcia innych na darmową kolejkę, drudzy
zaś byli jeszcze pełni nadziei, że im się to powiedzie.
Wyjątek stanowili trzej mężczyźni
siedzący wzdłuż baru. Ich ubrania były równie zakurzone jak innych, ale widać
było, że są porządniejsze i szyte na inną modłę, niż wykonywało się je w tych
stronach. Spojrzenia nieznajomych były czujne, ruchy nerwowe, niewiele
rozmawiali, a jeśli już, to czynili to przyciszonymi głosami. Przed chwilą
jeden z nich rozłożył na podłodze potężnego osiłka próbującego ściągnąć im z
lady w połowie opróżnioną butelkę whisky, której to też mężczyzna użył, by
pozbyć się natręta. Nie było już po nim śladu. Trzej zatrudniani przez
właściciela lokalu ochroniarze wywlekli go już na zewnątrz i porzucili przy
korycie z wodą dla koni. Billy ocenił nieznajomych za godnych uwagi wietrząc
swoją szansę na podreperowanie budżetu.
- Hej, koleś!
Ryk tuż nad ramieniem mało nie
odebrał mu słuchu. Bezpośrednio za nim stał wysoki, dobrze wyglądający
młodzieniec, który mimo, że najwidoczniej zbyt dużo już tego wieczora wypił, to
w dalszym ciągu z całą stanowczością można było zaliczyć go do drugiej
kategorii klienteli.
- Hej koleś! – powtórzył równie
głośno. – Kolejka się należy każdemu, co nie?
Teraz dla odmiany ryknęli wszyscy
wiwatując i tłocząc się przy kontuarze. Tymczasem Sonny korzystając z
chwilowego zamieszania zniknął chyłkiem wraz z barmanem na zapleczu. Opuchnięte
twarze i tkwiące w nich przekrwione oczy rozochoconej gawiedzi przemykały po
sobie nawzajem, aż w końcu wszystkie zogniskowały się na Billym. Gwar zwolna
ucichł. Carramba przytknął do ust szkło wyszczerbionego kufla z korzennym
piwem, którym uraczył go barman zanim niepostrzeżenie się ulotnił z jego świeżo
poznanym towarzyszem. Miał nadzieję, że zanim dopije, uwaga klienteli zmieni
obiekt jej zainteresowań.
- No i? – usłyszał za plecami.
Nie przerywając pić wolno odwrócił
głowę. Młodociany opryszek stał w wyczekującej pozie, za nim kłębiła się ciżba
spragnionej, rozochoconej hałastry. Billy, z uwagi na fach jakim się parał,
musiał być przygotowany na każdą możliwość, mieć nieludzki wręcz refleks i całą
gamę min, które gotów był natychmiast przywołać na swoje oblicze. W tym
momencie przybrał wygląd człowieka niebotycznie zaskoczonego.
- Słucham? – wydukał.
- Słucham? Słucham? – przedrzeźniał
go młodzian. – Słyszeliście go? Udaje teraz leszcza!
- Co?
- Nie żnij mi tu głupa, tylko
kolejka się należy wszystkim, nie?
Billy odstawił kufel i odwrócił się
do adwersarza całą sylwetką.
- Nie chcę kłopotów – powiedział.
- To stawiaj kolejkę! – parsknął mu
w twarz pijaczek chwytając go za poły koszuli.
- Sam postaw – odezwał się jeden z
siedzących przy barze.
- Co?
- To co słyszałeś – powtórzył
mężczyzna zimno. – Co się czepiasz człowieka. Chce ci się pić, to zapłać.
- Obiecał postawić, to niech stawia!
– ryknął młodzieniec czemu towarzyszyły wiwaty gawiedzi.
Gdy przebrzmiały okrzyki nieznajomy
mężczyzna odwrócił się ku prowodyrowi zamieszania.
- Lepiej zamknij mordę – powiedział
wolno. – Jedzie ci z pyska jak z koziej dupy. Czuć na ulicy.
Na twarzy młodziana na krótką chwilę
zagościła niepewność, ale czując za sobą poparcie niemalże całego lokalu,
szybko wypełzł na nią złośliwy uśmieszek.
- Coś ty powiedział? – rzucił
zaczepnie sięgając do pasa. – Ja ci dam zaraz kozią…
Zanim dotknął rękojeści broni w
dłoniach nieznajomego cudownie pojawiły się cztery kolty, z których luf w tym
samym momencie huknęła salwa. Tak przynajmniej zdawało się Billemy, bo wszystko
działo się tak szybko, że na dobrą sprawę niczego konkretnego nie zdołał
zarejestrować.
- … dupę – dokończył młodzieniec i
runął na wznak pomiędzy umykających klientów.
Ciało łupnęło o podłogę i zanim na
dobre znieruchomiało capnęli je dwaj ochroniarze i powlekli ku wyjściu. Po
chwili wszystko wróciło do stanu sprzed zajścia. Może za wyjątkiem tego, że
wokół siedzących przy kontuarze zrobiło się trochę luźniej. Carramba raz
jeszcze przyjrzał się swojemu wybawcy i jego towarzyszom z lekka weryfikując
swój plan. Od razu zauważył, że ma do czynienia z nie byle kim i ale pokaz jaki
dał nieznajomy, spowodował, że Billy postanowił dać sobie na wstrzymanie, by
się nie sparzyć, czy może w tym przypadku bardziej na miejscu byłoby
powiedzieć, by nie spłonąć. Poza tym coś mu mówiło, że okradając tych ludzi
zyska dużo mniej, niż gdy uda mu się pozyskując od nich informacje. Jakie? Tego
nie wiedział, ale intuicja jak dotąd nigdy go nie zawiodła, zatem musi
powściągnąć swoje zamiary.
Korzystając z odrobiny luzu, jaki
wytworzył się przy barze Billy zamówił butelkę whisky i kazał postawić ją przed
mężczyznami. Dla siebie wziął piwo.
- Panowie pozwolą, – zagadnął – że
chodź tak symbolicznie się odwdzięczę. Jestem panów dłużnikiem.
Mężczyźni spojrzeli na niego
przelotnie zdając się robić to zupełnie przypadkowo. Siedzący po środku, po
prawicy tego, który strzelał, odkorkował butelkę i napełnił szklaneczki
alkoholem. Dał też barmance znak, by podała dodatkową literatkę, tę również
zagospodarował popychając ją ku Billyemu.
- Nie ma o czym gadać – powiedział
nieznajomy. – Świat roi się od szumowin, nierobów i złodziei.
Carramba przełknął głośno i wypił
swoją działkę życząc „na zdrowie”. Uznał, że to chyba nie najlepszy pomysł, by
teraz próbować zaprzyjaźnić się z tymi ludźmi. Lepiej przyjrzeć im się uważnie
i poczekać. Potem, gdy nadarzy się okazja, skorzystać. Nic na siłę. Zbyt dużo
mógł stracić. Najchętniej wyszedłby z lokalu, ale bał się, że gdy tak zrobi,
rzuci się w oczy jeszcze bardziej. Pewnie Sonny będzie o niego pytał, gdy już
załatwi swoje interesy z barmanem. Zanim zdołał podjąć jakąkolwiek decyzję za
barem pojawił się tęgi oberżysta w towarzystwie Brytfanki, który nie kryjąc zadowolenia
pociągnął Billyego ku wyjściu. Carramba zdążył tylko rzucić przez ramię słowa
podzięki i po chwili znalazł się na zewnątrz. Po nieboszczyku nie było już
śladu, jeśli nie liczyć dwóch bruzd po ostrogach ciągnących się w poprzek drogi
wprost do zakładu pogrzebowego, na którego werandzie jakiś staruszek dłutował
właśnie solidną sosnową deskę.
- Nie tracą tu czasu – stwierdził z
uznaniem Carramba.
- Okazja – drogi kompanie. – Ona
daje fortunę. Trzeba umieć ją wykorzystać, inaczej złapie ją kto inny, a tobie
całe życie przemknie przed nosem wraz z kolejnymi szklaneczkami whisky.
Billy przytaknął bez słowa
rozglądając się po pustoszejących z wieczora ulicach.
- Dobra – rzekł. – Naprawdę miło
było poznać, ale teraz czas już na mnie. Do świtu…
- Co ty gadasz, człowieku? –
bezceremonialnie przerwał mu Brytfanka. – Sądzisz, że tak cię puszczę?! Dziś
jest szczęśliwy dzień! Dobiłem świetnego targu i, chcesz czy nie, musisz to ze
mną oblać. Wszak to dzięki tobie.
- Dzięki mnie?
- A jakże.
- Niby czemu?
- Czemu? Bo cholera wie, gdzie bym
trafił, gdybym cię nie spotkał. Może dzięki tobie uniknąłem kulki?
- Nie sądzę.
Brytfanka skrzywił się
zniecierpliwiony.
- Słuchaj – powiedział. – Ja wyznaję
już taką zasadę. Spotkałem ciebie i interes mi wypalił. To jest dla mnie
jednoznaczne z twoją zasługą. Jeśliby mi nie poszło, to byłaby twoja wina. Na
tej samej zasadzie. Dlatego też nie lubię podróżować samotnie. Zawsze mam na
kogo zwalić winę za niepowodzenie, ale jeśli mi się poszczęści, tak jak teraz,
to dlaczego mam nie okazać wdzięczności? To prosta filozofia życia. Może nie
zaspokoi co bardziej dociekliwych, trudno, mnie zupełnie wystarcza. To jak?
Billy westchnął. W sumie i tak nie
miał nic lepszego do roboty, a przecież kompan, który właśnie zrobił dobry
interes i zaprasza go na popijawę to dar niebios. Tyle, że jakoś tego nie czuł.
- No czy ja wiem? – wahał się.
- Człowieku! – Sonny solidnie
trzepnął go w ramię. – Zapraszam cię na suto zakrapianą kolację! Hotel i
panienki na mój koszt! Najlepsze na całym Wybrzeżu! Jak się nie zgodzisz, to
nazwę cię głupcem, na co ty pewnie zareagujesz i wywiąże się między nami
sprzeczka. Po co psuć tak dobry dzień?
Billy podrapał się po niegolonym od
tygodnia policzku. W końcu zbliża się noc, a on nie miał gdzie spać. Kiedy
ostatnio nocował w hotelu? Kiedy spał w wygodnym łóżku? Kiedy zażył kąpieli? A
kobiety? Nie jakieś tam zniszczone portowe kurwy, tylko prawdziwe dziewczynki,
na które niewielu stać, młode pachnące i czyste…
- A co mi tam – powiedział w końcu
ku uciesze kompana. – A czy nie lepiej tu na miejscu? – zapytał wskazując drzwi
lokalu, który przed chwilą opuścili. – Wygląda całkiem przyzwoicie.
- Bo to bardzo przyzwoita knajpa –
zgodził się Brytfanka. – Ale czasowo ma nieczynne pokoje.
- Znaczy się obłożenie takie?
Sonny wskoczył na siedzisko
przesuwając się w bok, tak aby zostało dość miejsca dla Billyego.
- Nie – odparł. – To naprawdę
wygodny hotel, ale ludzie wolą go omijać, bo widziałeś jaki element biesiaduje
na dole. Gruby Lutek, znaczy się barman i właściciel w jednej osobie, musiał po
trzy warstwy blachy w podłogi i ściany kłaść, bo jak zabawa jest na dole, to
bywa, że goście hotelowi rana nie doczekują, tak chłopaki piorą z pukawek w
sufit.
- To nieźle.
- Ale to nie powód – wyjaśnił szybko
Sonny, obawiając się, by nie wyjść na strachliwego. – Zeszłego miesiąca
przyplątał im się podbździej i tak spaskudził powietrze, że nikt tam wytrzymać
nie może. Cholera wie ile to jeszcze potrwa.
- To przykra sprawa – przyznał
Billy. – U mojego wuja w górach też raz jeden taki zagnieździł aię w szopie, w
której był składzik na drewno. Potem nie można było palić w piecu, bo
śmierdziało na całą wioskę.
- I co?
- Co? Trzeba było całą szopę spalić.
Wuj odczekał do wiosny, kiedy w tamtych stronach wieją od gór potężne wichry i
podłożył ogień. Inaczej cała wioska by rzygała od tego smrodu, a tak to jakoś
rozwiało. I tak parę osób odcierpiało i wuj potem sprawę miał w sądzie. Dobrze,
że u sędziego w letnim domku niedaleko hali też się kiedyś jeden podbździej
przyplątał, to chłop wiedział jaki to problem jest i że wuj mniejsze zło tylko
wybrał.
- No proszę – skomentował Sonny
cmokając na konie. – I skąd się tego ostatnimi czasy tyle nabrało? Co i rusz
się słyszy, że gdzieś jakaś jucha wylazła. Teraz taki fach, jak twój w ręce
mieć, to jest luksus.
- Że co?
- Nie udaj. Ja się na ludziach znam,
jak nikt inny. Jak tak po świecie krążę, to każdy gatunek człowieka już
spotkałem. I nie tylko człowieka, bo to i Furmanów i blinów widywałem, mońcioch
spalił mi kiedyś wóz, dobrze że wcześniej towar cały zdążyłem upłynnić, bo
ciężko by było się odkuć. Dużo by gadać. Dość rzec, że mnie to wystarczy raz na
człowieka spojrzeć i od razu wiem. I to nie tylko, czy człowiek dobry jest, czy
zły. Ja wiem od razu, czym kto się zajmuje. Tak z grubsza rzecz jasna. Żeby
dokładniej, to pogadać trzeba, poobserwować.
- To się akurat zgadza.
- No widzisz! – ucieszył się Sonny.
– I po co było się wykręcać? Obserwacja, mój drogi, baczenie na wszystko, na
najdrobniejsze szczegóły. Chociaż w twoim przypadku, tylko się nie obraź, nie
było to trudne. Wystarczyło tylko na chwilę zostawić cię samego w jednym z
najbardziej zapchanych mętami miejsc w tej części świata, a ty już kładziesz
trupem miejscowego osiłka.
- Co?
- A coś myślał? Że jak na zapleczu
siedziałem to nie widziałem? To znaczy widziałem tyle co i wszyscy, czyli nic.
Łup i trup gotowy. Naprawdę niespotykana szybkość. No i widziałem z kim przy
barze piłeś. Ciągnie swój do swego. Od razu widać, żeś rewolwer do wynajęcia.
Billy po raz kolejny tego dnia
przeciągle westchnął.
- Chodziło mi tylko o to, –
powiedział – że trzeba się człowiekowi dobrze przyjrzeć, trochę z nim pobyć,
poznać, żeby móc coś o nim powiedzieć. Inaczej to ocena na podstawie pozorów,
czyli o dupę potłuc.
- Tak, tak – zgodził się Brytfanka z
konspiratorskim uśmieszkiem. – Obaj wiemy, że jesteś tylko kowbojem.
- Właśnie.
Hotel, do którego poprowadził Sonny
mieścił się na przedmieściach, bliżej morskiego brzegu, w nieco spokojniejszej
okolicy. Jechali dalej rozmawiając o mało istotnych sprawach, głównie handlowych.
Billy początkowo oponując w kwestii swojej domniemanej profesji, z czasem
doszedł do wniosku, że to dla niego nawet korzystniejsze, by Brytfanka brał go
za najemnika. Dzięki temu straci czujność i Billy będzie mógł go obrobić, gdy
tylko zdoła dowiedzieć się, gdzie kupiec trzyma pieniądze. Żałował trochę
znajomości jaką zawarł w saloonie. Zawsze tak z nim było. Gdy tylko intuicja
podpowiada mu dobry interes, a on z niej nie skorzysta, potem męczą go wyrzuty
sumienia całymi tygodniami. Ale łudził się, że może tym razem będzie inaczej.
Może faktycznie Sonny ubił poważny interes, to i przy nim skapnie coś Billyemu.
A może uda się zgarnąć całą stawkę? Liczył na to.
Hotel był niewielki, ale za to
przytulny. I drogi. Pewnie z tego głównie powodu nie miał zbyt dużo gości. Na
dole znajdował się niewielki lokal, z pluszowymi wygodnymi sofami, czystymi,
nakrytymi obrusami stołami, na każdym z nich po środku stał wazon ze świeżo
ściętymi kwiatami. Billy nigdy nie był w podobnym miejscu. Nawet w okresie, gdy
zaczynał, kiedy był jeszcze głupi i na tyle beztrosko zuchwały, by pokazywać
się w podobnych miejscach. Przestał, gdy sam padł ofiarą lepszego od siebie
oszusta.
Hotel posiadał wyłącznie
jednoosobowe garsoniery z szerokimi wyposażonymi w baldachimy łoża. Carramba
pomyślał, że samo miejsce do spania jest większe niż każdy z pokoi hotelowych,
w jakich dotychczas miał okazję mieszkać. Mogłoby w nim spać dziesięciu ludzi.
Po zakwaterowaniu w dwóch oddzielnych pokojach zeszli na kolację. Na
niewielkiej sali barowej oprócz nich siedziała para starszych ludzi całkowicie
pochłoniętych sobą. Złożyli zamówienie, a właściwie to zamówił Sonny. To
kolejna z jego zasad. On zaprasza, on płaci, on decyduje, co zamawiają. Jeśli
nie będzie smakowało, to wówczas da Billyemu wolną rękę. I tak do ich stołu
podano najpierw prażone na jałowcowym drewnie jaszczurcze ogony, które maczane
w cierpkim, lekko tylko podgrzanym sosie stanowiły doskonałą, pobudzającą
apetyt przystawkę. Potem dostali lekką, za to gorącą polewkę z nieznanych Carrambie
warzyw, w której pływały maleńkie jajeczka polnej szczypawki z wierzchu miękkie
jak galaretka, za to po zgryzieniu przyjemnie chrupiące. Do zupy zaserwowano
ekstra kluseczki z gryczanej kaszy i marynowanych w pieprzu wiewiórczych
języków, które dodawały potrawie odrobinę pikanterii. Główne danie stanowił
„przysmak Pobucza”, czyli, wedle receptury lokalu, kotlety z pieczonej starej
sowy podane ze słodkawymi bulwami topinamburu i sałatką z borsuczych jąder
startych na grubej tarce wraz z sowimi piórami i skropionych skondensowanym
sokiem z ciecierzycy. To już była ekstrawagancja. Billyego drażniła taka
kuchnia. Ani to było smaczne, ani pożywne, w dodatku cholernie drogie. W końcu
jakby nie było to polowanie na sowy był bardzo ryzykowne, podobnie zresztą jak
i ich serwowanie i konsumpcja. Carrambie przeszły po plecach ciarki, ale
przecież nie mógł dać po sobie poznać, że się czegoś boi. Wszak był płatnym
rewolwerowcem. Poza tym Brytfanka zdawał się być tak zrelaksowany, że
jakiekolwiek niebezpieczeństwo wydawało się mało prawdopodobne. Jednakże
niepokój go nie opuszczał dopóki ze stołu nie znikły zaserwowane potrawy.
- No i jak ci się podoba? – zagadnął
Sonny szerokim gestem wskazując bogato urządzone wnętrze jadalni. – Bywam tu
niezbyt często, ale jak tylko uda mi się dobić dobrego targu, nie szczędzę
grosza i nie marnuję okazji, by wpaść na sówkę.
- Robi wrażenie – przyznał Billy
odksztuszając. – Przepraszam.
- A daj spokój – Brytfanka dał znać
kelnerowi, który pojawił się natychmiast. – Dwa portery – zamówił. – Ale migiem
– dodał rozpierając się na pluszowych poduchach.
Sonny miał na sobie garnitur, był
wykąpany, ogolony i uczesany, suto skropiony pachnidłem. W niczym nie
przypominał mężczyzny, którego Billy spotkał na prerii. Carramba czuł się
trochę nieswojo w otaczającym go przepychu. Dobrze, że Brytfanka pożyczył mu
czystą koszulę, bo inaczej pewnie w ogóle nie wpuszczono by go do lokalu.
Zdecydowanie wolał jednak zwyczajne bary z zatęchłym powietrzem, kwaśnym
piwskiem, unoszącymi się wokół woniami pierdy, jszczyn, pośledniego tytoniu i
wietrzejącego porozlewanego alkocholu. Teraz w dodatku utkwił mu w gardle jakiś
paproch, który łaskotał i drażnił nie pozwalając mu skupić uwagi na
czymkolwiek. Gdy tylko kelner przyniósł piwo w wysokich smukłych kielichach,
łapczywie wypił całość dużymi łykami mając nadzieję, że przepchnie intruza do
żołądka. Na nic. Sonny zamówił szybko drugą kolejkę, ale Billy powstrzymał go
wstając z sofy.
- Muszę na chwilę na stronę –
stęknął i nie czekając na reakcję kompana ruszył w kierunku toalety, którą
wskazał mu kelner.
Stanął nad umywalką, zaczął charczeć
i kaszleć. Wreszcie poczuł ostrzejsze ukłucie w podniebienie i do umywalki
wpadł skrwawiony kawałek tutki z sowiego pióra. Carramba przeklął siarczyście.
Wrócił do stolika i wobec pytającego spojrzenia Sonnyego wyjawił mu prawdę nie
licząc się z tym, że może sprawić znajomemu przykrość, albo wyjść na zbyt
delikatnego, czy wybrednego. Brytfanka tylko zarechotał.
- A nie mówiłem? – parsknął. – Tu
wszystko jest perfekcyjne. To dla zachowania oryginalności receptury, pióra nie
były wcale zbyt mocno zmielone, inaczej nawet nie poczułbyś, co jesz.
Billy pokiwał głową nie komentując
słów swojego dobrodzieja. Rozmawiali dalej na przeróżne tematy, kelner co i
rusz donosił przeróżne trunki i zakąski. Carramba miał dość mocną głowę, na
ogół mało kto mógł z nim wytrzymać przy stole, więc gdy tylko poczuł lekki
szmerek, uznał, że kompan jest już należycie zmiękczony, by zacząć zadawać mu
pytania. Zanim jednakże zdołał powiedzieć cokolwiek, Sonny dał najwidoczniej
umówiony wcześniej znak dłonią i po chwili do lokalu wmaszerowały przez ukryte
w ścianie drzwi cztery ślicznie, skąpo odziane, młode dziewczęta. Wszystkie
były niezwykłej urody, promiennie się uśmiechały, przez co Billy poczuł, jak wszystkie
myśli jakie kłębiły się jego głowie zostają zepchnięte w najbardziej odległy
kąt świadomości, pozostawiając miejsce dla tej jednej jedynej.
*
Słyszał jakieś głosy dobiegające
jakby z drugiego pomieszczenia, stłumione i niewyraźne, potem zaczął nad nimi
górować wysoki, donośny. Otworzył oczy. Leżał w poprzek łóżka w zmotłachanej, w
kilku miejscach podartej pościeli. Po dziewczynie, czy też dziewczynach, nie
było śladu. W pierwszej chwili nie mógł skojarzyć miejsca, w którym przebywał.
- Billy! – usłyszał głos Brytfanki i
kolejne stukanie do drzwi. – Jesteś tam, do cholery?
- Jestem! – jęknął. – Daj mi chwilę.
- No – uspokoił się Sonny. – Czekam
na dole ze śniadaniem.
- Pięć minut.
- Masz dziesięć.
Potrzebował ośmiu. Gdy zszedł do
jadalni, Brytfanka siedział już przy zastawionym stole. Potrawy które nań
czekały w większości były trudne do zidentyfikowania. Billy poczuł lęk i wybrał
wariant bezpieczny.
- Przepraszam, przyjacielu – rzekł –
ale wczorajszy wieczór był za ciężki. Nie przywykłem. Nie dam rady nic
przełknąć.
- Jak chcesz – stwierdził Brytfanka.
– Ale u Grubego Lutka możesz zapomnieć o takim wypasie.
- Nie jestem głodny. W zasadzie to w
ogóle śniadań nie jadam.
- OK.
Billy popijał gorzką kawę
zastanawiając się nad planem dnia. Był zły, że wczorajszego wieczoru oddał się
rozkoszom cielesnym, przez co zmarnował szansę wydobycia z Brytfanki cennych
informacji. Nie miał koncepcji, jak by tu zabrać się do tego dzisiejszego dnia.
Z pomocą pospieszył mu sam Sonny.
- Gdzie się dalej wybierasz? W morze?
Z powrotem w góry? Czy może dłuższa laba?
- Nie mam jeszcze konkretnych planów
– odparł ostrożnie. – Miałem umówione spotkanie, ale koń mi padł i…Zresztą,
nieważne.
Brytfanka wytarł usta złożoną wpół
serwetką. Billy nie mógł oprzeć się mocnemu wrażeniu jakie zrobił na nim Sonny
przechodząc gwałtowną przemianę z preriowego obwoźnego handlarza, w obytego z
salonami biznesmena.
- Jasne, jasne – powiedział
Brytfanka. – Każdy robi, co mu tam trzeba. Ja cię za język nie ciągnę, w ogóle
właściwie nie jestem ciekaw twoich planów. Kompletnie. Jedną prośbę tylko mam.
- No?
- Chciałbym, żebyś mi towarzyszył
dziś przy… – Brytfanka odkaszlnął. – Przy załatwianiu interesów.
- A w czym ja ci mogę pomóc? –
zdziwił się Billy. – Na handlu się nie znam, na naczyniach kuchennych również,
więc nie bardzo rozumiem, po co miałbym…
- Och, proszę cię – poirytował się
Sonny. – Tylko nie zaczynaj znowu tej gadki o pędzeniu bydła przez pola. Obaj
wiemy, czym się zajmujesz. Nie oczekuję, że rzucisz dla mnie wszystko. W końcu,
czemu miałbyś to robić? W końcu ja tylko podwiozłem cię do miasta. Ale
posłuchaj. Muszę iść do Grubego Lutka odebrać pieniądze. Sporą sumkę. A
widziałeś, jakie tam towarzystwo przesiaduje. Nie spodziewam się, że ktoś
zafunduje mi kulkę, ale kto wie, co może się wydarzyć. Chciałbym, żebyś tylko
tam był. Obserwował, czuwał na sali, podczas gdy ja będę rozliczał się z
barmanem. Wiesz, czy nikt się mną zbytnio nie interesuje. Potem się
rozjedziemy. Ja wrócę do hotelu, a ty ruszysz swoja drogą.
Billy zwęszył dla siebie kolejną
okazję do zarobku. Głowa nadal trochę mu ciążyła, ale w takich chwilach
przechodził niemalże natychmiastową regenerację. Nie chciał jednakże okazywać
zbytniego zainteresowania, by niepotrzebnie Soonnyego nie wystraszyć, poza tym,
nie do końca pasowała mu rola, jaką Brytfanka dla niego widział. Wolał nie
pokazywać się w tej parszywej knajpie. Cholera wie, kogo tam spotka. Wczorajszy
pokaz nie był może zbytnio spektakularny, jak na tego typu miejsce, niemniej
ktoś mógł zwrócić na niego uwagę. W końcu Sonny skądś wziął zniekształcone
informacje na temat wczorajszych wydarzeń. A jemu nie trzeba było takiego
zamętu. Wolałby przyglądać się z bezpiecznej odległości, czatować, oceniać,
skradać się, podchodzić, a potem, gdy nadarzy się właściwa okazja, uderzyć. Bez
zbędnego ryzyka. Bez żadnego, najlepiej. Zwłaszcza, że nie miał pojęcia, ile to
dla Sonnyego jest „spora sumka”. Chociaż zważywszy na standard hotelu, odzież i
szeroki gest handlowca mogła to być dość pokaźna kwota.
Billy oparł się w fotelu i wolno
wlał do kubka gorącą kawę ze zdobionego, fantazyjnie ukształtowanego (maleńka
przykrywka uformowana była na podobieństwo lekko spłaszczonych borsuczych
jąder) porcelanowego czajniczka.
- Naprawdę jestem ci bardzo
wdzięczny – zaczął wolno – ale bierzesz mnie za kogoś zupełnie…
- Przepraszam, że ci przerywam, ale
mówiąc w ten sposób uwłaczasz mojemu intelektowi – Brytfanka wolno dobierał
słowa, żyły na skroniach niebezpiecznie mu nabrzmiały, twarz poczerwieniała.
Nie trzeba było być specjalnie spostrzegawczym, by dostrzec, że jest na
pograniczu emocjonalnego wybuchu. – Mówiłem ci już. Może nie jestem specjalnie
błyskotliwy, ale na ludziach się znam. Zresztą, nie wymyśliłem sobie
wczorajszych wydarzeń. Jestem wobec ciebie, szczery i uczciwy, więc o co chodzi?
Czy wymagam od ciebie aż tak wiele?
Billy wypił mały łyczek aromatycznej
kawy i odchrząknął.
- Nie chodzi o to – odparł. – Jestem
ci bardzo wdzięczny, być może tam na prerii uratowałeś mi nawet życie, a na
pewno zaoszczędziłeś wielu nieprzyjemności.
- A więc?
- Wspomniałem ci o spotkaniu, które
mnie dzisiaj czeka – dla podkreślenia wagi swoich słów wymownie zawiesił głos.
Przez chwilę w jadalni nie było słychać nic, poza cykaniem wiszącego ściennego
zegara. – To dla mnie bardzo ważne. Nie miej do mnie żalu, ale w moim fachu nie
można lekceważyć klientów. Jak spartaczę, zbagatelizuję, czy choćby opóźnię
realizacje zamówienia, ucierpi na tym moja renoma, a w raz z tym… Wiesz. Nie ma
pracy, nie ma funduszy, a żyć z czegoś muszę…
- Tysiąc – przerwał Brytfanka.
- Hę? – Billy wciągnął potężny haust
powietrza.
- Oferuję ci okrągły tysiąc szponów
za twoje pół godziny – powiedział Sonny wstając od stołu. – Teraz przeproszę
cię na chwilę, sprawy gastryczne. Pomyśl w tym czasie.
Billyemu zakręciło się w głowie. Jak
w zwolnionym tempie widział oddalającego się towarzysza, krzątającego się za
barem kelnera, podlewającą kwiaty pokojówkę… Tysiąc szponów! Czy aby się nie
przesłyszał? W życiu nie miał, ba!, nie widział takich pieniędzy. Pot wystąpił
mu na czoło, koszula zaczęła kleić się do ciała. Już oczami wyobraźni widział,
co też mógłby zrobić z takim majątkiem, gdzie mógłby pojechać, co i kogo za to
kupić, w co zainwestować… Ze świstem wypuścił zgromadzone powietrze, które
zaczynało już rozsadzać mu płuca. Skoro Brytfanka chce mu za samo towarzystwo
zapłacić tysiąc, to ile sam może wyjąć na tym interesie? Sto tysięcy? Może
milion? Co ma zrobić, by nie spartaczyć życiowej okazji? Albo nieopatrznie nie
spłoszyć handlowca? Oddychać, oddychać, spokojnie i miarowo oddychać…
- No i?
Aż podskoczył gdy Sonny z powrotem
usiadł przy stole.
- Zastanowiłeś się?
- Mhm…
- Więc?
Billy zdołał nieco ochłonąć tętno mu
się uspokoiło, tryby umysłu wróciły do właściwego tempa.
- Zanim odpowiesz – uprzedził go
Sonny. – Chcę, żebyś wiedział, że ci ufam. Inaczej nie prosiłbym cię o
przysługę tego rodzaju. Ale jestem też kupcem. Przede wszystkim jestem kupcem.
I jestem dobry w tym co robię. A jestem dobry, bo przestrzegam zasad. A jedno z
podstawowych prawideł kupiectwa mówi: nie płać za robotę, nim nie zostanie
wykonana. Rozumiesz? Tu nie chodzi o mój brak wiary w ciebie.
Carramba poczuł jak rośnie mu
stężenie adrenaliny we krwi. Żarówka alarmowa jaka nagle rozbłysła w jego
umyśle nakazywała wzmożoną czujność. Co handlarz chce mu powiedzieć? Że zapłaci
mu po robocie? To przecież jasne. Najpierw usługa, potem honorarium. Po jaką
cholerę tak to podkreśla? Może chce go wpuścić na jakąś cholerną minę?
- Jakiś problem? – zdziwił się
Brytfanka. – To przecież odwieczne prawidła handlu.
- No właśnie – przyznał Billy.
- I co? Dziwi cię, że mówię o
rzeczach oczywistych?
Sonny roześmiał się serdecznie.
Billy nie uznawał się za znawcę ludzkiej natury, niemniej śmiech szczery od
fałszywego odróżnić potrafił. Uspokoił się odrobinę, ale nie przestał być
czujnym.
- Doprawdy, to niewiarygodne, jaki
dana profesja potrafi mieć wpływ na ludzką osobowość. Niebywałe. Twoja
ostrożność i podejrzliwość jest wręcz fascynująca!
- Nie raz uratowały mi życie –
przyznał Billy.
- Zatem?
Carramba dolał sobie kawy, posłodził
i wolno zamieszał niewielką srebrną łyżeczką.
- Zgoda.
- Rewelacyjnie! – Brytfanka z hukiem
klepnął się w uda. – A więc idziemy się spakować i w drogę!
- Jeden moment.
- Tak? – zaniepokoił się handlowiec
na moment tracąc humor.
- Sporo mówiłeś o zasadach i prawidłach
obowiązujących w handlu…
- Zgadza się – przytaknął gorliwie.
– Hołduję im.
- No właśnie – ucieszył się Billy.
- No więc?
- Tak się składa, że ja też im, jak
to zgrabnie ująłeś, hołduję.
- No i?
- No i w moim fachu nie robi się nic
za darmo – Carramba zaczynał wczuwać się w nową rolę.
- Nie rozumiem – przez twarz
Brytfanki przebiegł grymas niepokoju. – Przecież podałem stawkę? Myślę, że jest
wystarczająca.
- Nie o to chodzi.
- Zatem?
- Nie zrozum mnie źle. Też co ufam,
oczywiście na tyle, na ile pozwala mi mój zawód. Chodzi o to, że nie biorę pod
uwagę, że mógłbyś mi nie zapłacić – zawiesił głos nabierając powietrza, jakby
coś, co zamierza za chwilę powiedzieć sprawiało mu naprawdę dużą trudność. – W
moim fachu niczego nie robi się bez zaliczki. To na wypadek, gdybym nie
przeżył. Takie ryzyko zawodowe.
- Nie przeżył? – oczy Brytfanki
rozszerzyły się do swoich maksymalnych możliwości. – Przecież masz tylko
obserwować paru meneli?
- Tak? Tego nie możesz być pewny.
Gdybyś był, nie oferowałbyś mi tej pracy. Ale nie o to teraz chodzi.
- No więc, do cholery, o co?
- O zasady. Zaliczka pozwala na
zdeponowanie przynajmniej części wynagrodzenia w banku – fantazjował – i
zadysponowanie nimi na wypadek mojej śmierci. W razie nie wykonania zadania,
odzyskasz pieniądze. Ty nic nie ryzykujesz, a ja postępuję zgodnie ze swoimi
zasadami. Mam rodzinę na utrzymaniu. Muszę zapewnić jej byt.
Na chwilę zapanowało milczenie.
Brytfanka przyglądał mu się przez moment, po czym ponownie się roześmiał.
- Jeśli jesteś w swoim fachu dobry –
powiedział poprzez śmiech – przynajmniej tak, jak przy handlowych negocjacjach,
to nie chciałbym stanąć na twojej drodze po przeciwnej stronie barykady. Niech
będzie, jak mówisz! Połowa przed, połowa po, zgoda? Dawaj grabę!
Uścisnęli sobie dłonie.
- Zatem widzimy się przed hotelem
za… – Sonny spojrzał na zegar – pół godziny?
Billy skrzywił się niepewnie.
- Za godzinę?
- Ok.
Udali się do pokoi w dobrych
nastrojach. Billy chciał przed podróżą jeszcze raz zażyć kąpieli. W końcu nie
wiadomo, kiedy będzie miał kolejną okazję… Roześmiał się. Jeśli wszystko
pójdzie zgodnie z planem, do południa w jego kieszeni znajdzie się pięć stów, a
przy odrobinie fartu, nawet tysiąc. Co będzie dalej, póki co się nie
zastanawiał. Dotychczasowe doświadczenie nauczyło go, by za bardzo się nie
podpalać. W takich chwilach zawsze przywoływał w pamięci stare porzekadło,
którego nauczył go dziadek. Staruszek zwykł mawiać: „Niespokojny duchu,
potkniesz się na mściuchu”. Ku przestrodze, by za bardzo się emocjonalnie nie
podgrzewać.
Billy nie miał dużo bagaży, w
zasadzie poza sakwami przytroczonymi do końskiego siodła, które w tej chwili
znajdowało się w hotelowej stajni i małej przytroczonej do pasa podręcznej
torby, nie posiadał żadnego sakwojażu. Tylko to, co mieści się w kieszeniach,
lub pozwala przytroczyć się do boku. Z tęsknotą spojrzał na szerokie,
niewiarygodnie wygodne łóżko. Obiecał sobie, że jak wszystko pójdzie zgodnie z
planem, z pewnością odwiedzi jeszcze podobne miejsce. Zaczął rozpinać koszulę,
gdy jego nozdrza wychwyciły jakąś obcą, nietypową dla tego miejsca woń. Mocniej
wciągnął powietrze, poczym zrobił to jeszcze raz jednocześnie chodząc po pokoju
próbując zlokalizować źródło zapachu. Skrzywił się. Chyba raczej fetoru. Coś
najwyraźniej śmierdziało. Nie jakoś bardzo, ale z pewnością psuło to klimat
ekskluzywnego hotelu. Bez przekonania powąchał się pod pachami. To nie to.
Wiedział o tym dobrze zanim sprawdził. Dobrze znał swoje możliwości, a to co
czuł, było czymś zupełnie obcym. Buty też miał czyste. Sprawdził pościel,
zajrzał pod łóżko, do nocnej szafki. Nic. Zapach był wszędobylski, jakby ktoś
rozpylił w pokoju nieprzyjemnie pachnącą mgiełkę. Cóż to, u cholery, mogło być?
Przecież nie podbździej, bo wówczas smród byłby nie do wytrzymania. Zatem co? W
tym momencie rozmyślania przerwał mu bardzo delikatny dźwięk, jakby jednorazowy
stukot kocich pazurów o gładkie podłoże zamortyzowany poduszeczkami, jakie
towarzyszy, gdy zwierzę zeskakuje na podłogę z krzesła, lub jakiegoś innego
mebla. Billy znieruchomiał nasłuchując ale dźwięk się nie powtórzył. Wolnym
krokiem podszedł do ściennego lustra toaletki i jedna po drugiej delikatnie
wysunął trzy wąskie szufladki. Wewnątrz znajdowało się kilka drobiazgów,
charakterystycznych dla tego typu mebla, idealnie wyczyszczone przybory
fryzjerskie, wysokiej klasy kosmetyki i nasączone wonnym lawendowym olejkiem
higieniczne chusteczki. To właśnie one zainteresowały Billyego. Coś było z nimi
nie w porządku, coś nie pasowało. Wyjął je i powąchał. Pachniały doskonale.
Zatem co było nie tak? Opakowanie było otwarte, jako jedyne ze wszystkich
znajdujących się w szufladkach przyborów i kosmetyków, reszta była sterylnie
zapakowana w foliowe woreczki. Rozejrzał się raz jeszcze. Już miał ruszyć do
łazienki, gdy w misternie rzeźbionej ramie toaletki dostrzegł niewielką,
zakończoną gałką imitującą miniaturowy wędzony kreci nos, klameczkę. Nacisnął
ją i zaraz jego oczom okazało się wnętrze wąskiej, sprytnie zakamuflowanej
fakturą rzeźby, szafeczki. W środku siedział owinięty chusteczką mały cuchniak.
W pierwszej chwili Billy odskoczył bardziej zdziwiony odkryciem niż
przestraszony. Nigdy wcześniej nie widział cuchniaka, ale przypomniał sobie, że
kiedyś czytał o tych istotach w jakimś periodyku. Cuchniaki były dalekimi
kuzynami podbźdzei, osiągały do piętnastu centymetrów wzrostu, były dużo mniej
złośliwe od swoich większych kuzynów i, co bodaj najistotniejsze, ich fetor był
znikomy w porównaniu z podbździejowym, który to potrafił skutecznie zatruć
życie. Cuchniaki zalatywały lekkim, słodkawo mdłym smrodkiem, z którym dało się
wytrzymać. W niektórych kulturach istoty te w ogóle nie były prześladowane i
żyły w zgodzie i harmonii z resztą społeczności. W tej części świata zaś
skutecznie przetrzebiono ich pogłowie z uwagi na przydatność cuchniaków w branży
kosmetycznej. Po przetworzeniu i wzbogaceniu substancją czynną uzyskany wyciąg
z cuchniaka stanowił niebywale pożądany afrodyzjak o zniewalającym wręcz
aromacie. Trzeba było, zdaje się, świeżego, nijak nie uszkodzonego cuchniaka
obedrzeć żywcem ze skóry, wycisnąć, czy jak kto woli wyżąć z wnętrzności, a
potem zmielić w całości w urządzeniu przypominającym maszynkę do mięsa. Tak się
przynajmniej kojarzyło Billemu. Miał przed oczami niezbyt artystycznie wykonane
ryciny zamieszczone w prasie, które przedstawiały kolejne etapy przetworzenia
cuchniaka na efekt końcowy, czyli aromatyczny afrodyzjak. To tyle Billy z
grubsza zapamiętał. Na ostatnim rysunku była fiolka pożądanego roztworu, obok
niej kupka przypominających zabarwione na czerwono trociny, drobinek i znak
równości za którym zgrabnie już narysowano pękaty mieszek wypchany monetami
opatrzony cyfrą „sto”. Sto szponów za jednego małego śmierdziela. Billy
uśmiechnął się chytrze.
- Chodź no tu, mały – powiedział
sięgając w głąb szafki.
- Ani mi się waż, prostaczku! –
pisnął cuchniak kopiąc w dorównujący mu wielkością palec wskazujący mężczyzny.
Billy odskoczył odruchowo
zatrzaskując drzwiczki. Nie czuł zbytniego bólu, choć wyposażone w cienkie i
ostre pazurki odnóże delikatnie przecięło mu skórę, za to zdolność do mówienia
małego intruza była dla niego nie lada zaskoczeniem. Wolno otworzył szafkę.
Cuchniak stał zwrócony do niego bokiem ze splecionymi na piersi ramionami i z
obrażoną miną. Chusteczka leżała rzucona w kąt, przez co nieprzyjemna woń była
znacznie intensywniejsza. Billy dokładniej przyjrzał się malcowi. Przypominał
trochę wiewiórkę, z tym że nie miał tak bujnego ogona, bardziej prostą sylwetkę
i zbliżone do siebie rozmiarem kończyny, wszystkie zakończone chwytnymi palcami
wyposażonymi w zakrzywiane do środka ostre pazurki. Futro miał gęste i krótkie
w jasno rudym odcieniu, błyszczące i miękkie, pocięte wąskimi czarnymi prążkami
w poprzek ciała, głowę okrągłą, z dużymi, odstającymi, okrągłego kształtu
uszami, krótkim pyszczkiem, z którego wyrastała subtelna ciemniejszej maści
bródka. W sumie – pomyślał Billy – to wyglądał całkiem sympatycznie i nie
powinien śmierdzieć, ale cóż. Pewnie dzięki delikatnemu, acz dość wyrazistemu
fetorowi cuchniaki nie stały się ulubieńcami dzieci. Wówczas ich los również
nie byłby może do pozazdroszczenia, ale z pewnością lepszy niż branża
kosmetyczna. Obecnie w tej części świata cuchniaki były rzadkością. Ile mógł
być wart taki jeden? Trudno było powiedzieć, Billy nie bardzo znał się na
pachnidłach, farmaceutykach i higienie. Ale za to doskonale potrafił liczyć
pieniądze. I nie przepuści żadnej okazji by móc to robić.
- Coś powiedział? – zapytał nie
będąc do końca pewnym, czy czasem nie uległ jakiemuś omamowi.
- Nie dotykaj mnie, grubianinie –
odparł cuchniak.
- Grubianinie?
- Łapy przy sobie!
Nie było wątpliwości. Nikt nie robił
mu dowcipów. Cuchniak naprawdę potrafił mówić. No w końcu, skoro gdzieniegdzie
te małe śmierdziuchy miały równe prawa społeczne, to musiały posiadać
umiejętność mowy, bo jak inaczej kontaktowałyby się z otoczeniem? Sprawa była
więc dla Billyego jasna. Po prostu nie doczytał.
- Posłuchaj no – powiedział. – Nie
mam czasu na pierdoły. Jedziesz ze mną i …
- Tylko spróbuj mnie tknąć!
- … i tylko od ciebie zależy, w
jakich warunkach będziesz podróżował.
- Idź precz, natręcie!
- Będziesz podróżował w mojej
sakwie…
- Niedoczekanie, chłopku bagienny.
- … owinięty w tę pachnącą
przyjemnie chusteczkę…
- W twoich snach.
- … albo przywiążę cię za nogę do
siodła i będziesz się wietrzył w czasie jazdy dyndając koło końskiego zadu.
- Że co proszę?
- No więc?
Cuchniak ściągnął usta, poczym
parsknął.
- Po co mam z tobą jechać?
- Bo mam taki kaprys.
- Nigdzie się stąd nie ruszę –
syknął malec tupiąc nerwowo.
- Ruszysz, ruszysz.
- Nie namówisz mnie.
- Nie zamierzam cię namawiać.
- To sprawa jasna. Żegnam.
- Po prostu wrzucę cię do wiadra z
wodą i wyleję do kibla.
Cuchniak zmierzył Billyego zabójczym
spojrzeniem dwojga okrągłych, kasztanowych oczu.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej.
Malec podniósł chusteczkę i owinął
się nią szczelnie.
- Aleś ty namolny – powiedział i
nadąsany wymaszerował z szafki wprost na podstawioną dłoń człowieka. – Tylko
bez gwałtownych ruchów w trakcie jazdy, bo gotów jestem zwymiotować. A
właściwie, to dokąd się udajemy?
- Do Port Porter.
Cuchniak zawahał się.
- Nie chcesz mnie chyba sprzedać na
perfumy zamorskim kupcom? – zapytał nie kryjąc lęku.
- A skąd?
- Nawet nie wiesz przez jakie męki
przechodzą moi pobratymcy, by później jakaś stara psiocha miała odrobinę
radości.
- Co ty powiesz?
- Wolę już wylądować w kiblu.
- Obiecuję, że nie trafisz do fiolki
z pachnidłami. Ja jestem… zajmuję się kupiectwem. Przybyłem w te strony w
interesach wraz z towarzyszem. Razem jedziemy teraz do miasta dobić targu, a
potem nasze drogi się rozchodzą. Sonny rusza bodaj za morze, ja z powrotem na
południe, ku Bobrzej Puszczy, za Wielką Rzekę Poziomą, gdzie mam liczną
rodzinę...
- Co?
Snując przed cuchniakiem plany,
Billy bacznie obserwował jego reakcje. Przedstawiając mu wizję podróży do
południowych krain, gdzie cuchniaki żyją w harmonii z bobrami i innymi
istotami, zamierzał zyskać przychylność malca, a tym samym uniknąć jego
ewentualnej ucieczki, gdy będzie zajęty innymi sprawami. Najwyraźniej jego plan
był słuszny i skuteczny.
- Czego nie rozumiesz?
- Wybierasz się do południowych
krain?
- No mówię przecież, a co?
Cuchniak podrapał się po bródce. To
była dla niego prawdziwa okazja, by wyrwać się z tej zapadłej dziury, gdzie na
każdym kroku musiał uważać na czające się zewsząd niebezpieczeństwo. Byle tylko
człowiek się nie rozmyślił.
- Nie łżesz, jak mściuch albo jakiś
inny szmondak?
- Mówię przecież.
- Przysięgnij.
- Daj spokój, to tylko wycieczka.
- Przysięgnij!
- No dobra. Przysięgam.
Cuchniak wróciło do szafki.
- Co znowu?
- Masz pełnym zdaniem przysiąc.
Billy ściągnął wargi. Potrzebował
tego małego drania nietkniętego, ale jak tak dalej pójdzie, to nie wytrzyma i
zrealizuje swoją groźbę. Wredny, mały, ryży kutas.
- Przysięgam, – powiedział z
westchnieniem – że jadę do południowych krain i że nie oddam cię na pachnidła,
ani żadne inne eksperymenty medyczne, czy inne coś – zakończył kierując na
cuchniaka pytające spojrzenie.
- No dobra – ocenił malec. – Może
być. Tylko żebyś wziął sobie do serca jedną rzecz.
- No?
- Będę miał na ciebie oko.
- W porządku.
Cuchniak z powrotem wyszedł na
zewnątrz.
- No i może łaskawie powiesz, jak
mam się do ciebie zwracać. Ja jestem Billy.
- Prince.
*
Gdy stanęli przed knajpą było w samo
południe. Billy schował w kieszonce po wewnętrznej stronie pasa pieniądze
otrzymane od Sonnyego. Tak jak przypuszczał, Brytfanka nie oczekiwał od niego,
by zdeponował zaliczkę w banku. Wierzył w jego szczere intencje.
- Lepiej będzie – powiedział
Carramba – jak nie wejdziemy razem.
- A to czemu? – zdziwił się
Brytfanka.
- Skoro mam poczynić obserwację i
być incognito, to lepiej jak zrobię to po swojemu. Obejdę knajpę dookoła,
sprawdzę, czy nikt nie kręci się od zaplecza, potem przyczaję się przy stoliku
w głębi sali. Ty ruszaj do środka.
- A jak w tym czasie ktoś mnie
osaczy wewnątrz? – zaniepokoił się Sonny. – Lepiej będzie jak teraz dokonasz
rekonesansu okolicy, a ja tu poczekam. Potem wejdziemy razem. Wcale nie zależy
mi na twojej tajemniczości. Przeciwnie, niech wszyscy widzą jaką mam kompanię.
Idź.
Billy przeklął w duchu i ruszył na
tyły budynku. Czyżby Brytfanka coś podejrzewał? Stanął w cieniu wysokiego
zbiornika na wodę i zapalił papierosa. Mimowolnie rzucił okiem na brudne
zaplecze, śmietnik, tylne wejścia do hotelu i stajni. Schował się głębiej, gdy
usłyszał szczęk zamka otwieranego na piętrze okna.
- Hej, ty! – usłyszał złośliwy głos.
– Ty, co się chowasz w cieniu, jak gajowy w jagodach! Wyłaź!
Billy znieruchomiał licząc, że to
nie o niego chodzi.
- No co tak stoisz? – krzyknął
nieznajomy. – Wyłaź, bo ci skopie to pryszczate dupsko!
Carramba pomyślał, że jak tak dalej
pójdzie, to zaraz przybiegnie tu Brytfanka i jeszcze gówno z tego wszystkiego
wyjdzie. Może powinien dać nogę? Pięć stów, to kupa szmalu. Tyle, że siodło na
wozie zostało, a nowe też sporo kosztuje… No i taka szansa…
- Ty! Pajacu?
Billy stłumił klątwę na ustach i
wyszedł. Zanim zdołała cokolwiek powiedzieć w oknie na piętrze mignęła
zgarbiona sylwetka i niemal w tym samym momencie o czoło Carramby uderzyła
cuchnąca kulka, czegoś miękkiego, bardzo plastycznego. Billy od razu
zwymiotował, czemu towarzyszył dobiegający z góry szyderczy śmiech. Mężczyzna
ruszył biegiem w koło budynku trzymając się jak najbliżej ścian. Kręciło mu się
w głowie, w nozdrzach czuł paskudny fetor, który pozbawił go już całej porannej
kawy i teraz groził zwróceniem wczorajszej kolacji. Próbował w biegu oczyścić
czoło, ale ilekroć dotykał przyklejonej do ciała substancji, ta wydawała z
siebie jeszcze bardziej intensywną woń, która wywoływała kolejne torsje.
Zgięty wpół wpadł na Brytfankę.
- Co się dzieje? – krzyknął
wystraszony kupiec. – Co to… Ależ smród!
Sonny podskoczył zniesmaczony.
- Podbździej – jęknął Billy. – Czaił
się na piętrze.
- Ostrzegałem cię przecież.
- Nie znam się na podbździejach –
skrzywił się Billy z pretensją w głosie. – Mówiłeś, ze zagnieździł się w
budynku i zatruwa życie gościom hotelowym, a nie, że ostrzeliwuje przechodniów
smrodliwą substancją.
- No może i masz rację – zgodził się
kupiec. – Poczekaj no. W hotelu dawali takie nasączone różanym wyciągiem
chusteczki. Może toto pomoże – powiedział wyciągając z kieszonki w spodniach
niewielką paczkę.
Billy z niesmakiem przytknął chusteczkę do czoła i z niemałym
zdziwieniem stwierdził, że smród minął, a cuchnąca plastyczna narośl w jednym
momencie stwardniała i odpadła. Wgniótł ją obcasem w pylistą nawierzchnię
drogi.
- Dobra – powiedział rozdrażniony.
Miał już serdecznie dosyć przygód i chciał jak najszybciej opuścić to przykre
miejsce. – Róbmy co trzeba i zakończmy ten cyrk. Obrzygałem sobie twoją
koszulę.
- Srał ją mściuch. Ruszajmy –
zgodził się Sonny.
Weszli do środka. Mimo wczesnej
pory, w barze i tak było dosyć tłoczno, choć w porównaniu z wczorajszym
wieczorem było niemalże przestronnie. Musieli chwilę poczekać na Grubego Lutka,
który załatwiał jakieś interesy na zapleczu. W tym czasie zamówili po kuflu
korzennego i przycupnęli przy barze. Sonny, aby nie wzbudzać niepotrzebnych
sensacji, na powrót przywdział bardziej traperski strój, Billy narzucił swoją
sfatygowaną koszulę, przez co praktycznie niczym nie wyróżniali się wśród klienteli.
Carramba udawał, że bacznie lustruje twarze pochylonych nad kuflami znużonych
mężczyzn, co przychodziło mu bez najmniejszego kłopotu, gdyż sam również
zainteresowany był tym, kto przebywa w lokalu, by czasem nie napatoczyć się na
kogoś, kogo kiedyś okradł. Co prawda zawsze starał się działać tak, by ofiara
sama do końca nie wiedziała, kto ją ograbił, dzięki czemu w miarę swobodnie
poruszał się po terenie, na którym już kiedyś działał, ale mimo wszystko
powtórne spotkania zawsze niosły ze sobą jakiś pierwiastek ryzyka. Mniej więcej
po kwadransie pojawił się Gruby Lutek.
- Wszystko gra? – rzucił wesoło
Sonny, ale w momencie, a którym zadał pytanie, wiedział, że tak nie jest.
- Do dupy z tym wszystkim – jęknął
barman stawiając na ladzie dwie szklaneczki i sięgając po butelkę. – Wiem, że
za wcześnie na whisky, ale srał to pies.
Brytfanka dyskretnie wskazał na
Billyego i pokazał trzy palce. Po chwili wszyscy pociągnęli po małym łyczku
piekącego trunku. Carramba bacznie przyglądał się gospodarzowi próbując coś
wyczytać z jego twarzy. Rozważał, czy dać w długą, czy czekać na rozwój
wypadków. Jeśli interes Brytfanki jest spalony, to ten jeszcze gotów poprosić o
zwrot zaliczki. Przełknął suchą ślinę i dopił trunek nie czekając na kompanów.
- Co jest grane? – zapytał również
zaniepokojony Sonny. – Coś z naszymi sprawami nie tak?
- Nie o to chodzi – odparł Lutek nie
będąc świadomym, że dzięki tym słowom ciśnienie krwi obu jego towarzyszy
wróciło do normy ze stanu grożącego wylewem. – Ten pieprzony podbździej mnie
wykończy.
- No właśnie – zainteresował się
kupiec. – Wczoraj mówiłeś, że ściągnąłeś najemników, a dziś ten śmierdziel
zaatakował z okna mojego przyjaciela – tu ponownie wskazał na Billyego. – Do
dupy z takimi najemnikami. Było wziąć tych trzech, co przy barze siedzieli.
Zdaje się, że poznałem wśród nich Mathew Korkowca, choć jego zawsze ciężko
wyłowić z tłumu.
Lutek palnął pięścią o blat.
- A myślisz, że co oni tu robili?!
- Jak to? – zdziwił się Sonny. –
Przecież to fachowcy z górnej póki, co nie Billy?
- Jasne – zgodził się Billy czując
jak serce podchodzi mu do gardła. Nie bardzo wiedział o co chodzi, ale słyszał
gdzieś, że Korkowiec był bliskim współpracownikiem Jeffreya Mogiły, z którym
Billy był wczoraj umówiony w kanionie. Jeśli Mathew był w mieście, to Mogiła
też mógł gdzieś się czaić, a wówczas marny jego los. Mimowolnie raz jeszcze
nerwowo rozejrzał się po lokalu.
- Gówno poradzili – kontynuował
barman. – Wzięli zaliczkę, że to niby zasady takie mają i nawet nie weszli na
górę. Tyle ich widziałem. Cholerni złodzieje.
- Ja tam wolę Mogiły nie oglądać –
wtrącił Sonny. – Chyba już wolałbym z podbździejem przy jednym stole siedzieć…
- Gówno tam! – oburzył się Lutek. –
Dopóki to ścierwo siedzi na górze, nic nie zarobię na hotelu, a i do lokalu
coraz mniej ludzi przychodzi, bo podobno już zaczyna przez podłogę smród
przesiąkać! Przez sufit, znaczy. Już
fortunę wydałem na różnych opryszków i co? Zresztą – machnął ręką z rezygnacją.
– Chodźmy dokończyć nasze sprawy. Co tu gadać po próżnicy.
- Zaraz, zaraz – powstrzymał go
Sonny. – Mamy jeszcze jednego fachowca. I to nie lada. Co Billy?
Carramba pochłonięty był
lustrowaniem lokalu i nie zwrócił uwagi na pytanie. Brytfanka pociągnął go za
rękaw.
- Hej, kolego – zagadnął powtórnie.
– O tobie mowa, nie udaj znowu takiego skromnisia.
- Co? – zdziwił się Billy. – O co
się rozchodzi?
- Może ty być zajął się tym
podbździejem?
- Co?
- Oczywiście nie za darmo – włączył
się Lutek. – Dam dwie, a co tam. Jak dziś go pogonisz, dam trzy stówy.
- Ale…
- Żadne tam ale! – ucieszył się
Sonny. – Masz fart, chłopie! Bałeś się, że dzień zmarnujesz, a tu popatrz
tylko. Jedna fucha po drugiej. Co to dla ciebie taki podbździej, co nie?
Billy przygryzł dolną wargę. Nie
było wyjścia. Zgodzi się, potem wyjdzie na chwilę do kibla, a jak Brytfanka
zniknie na zapleczu z grubasem, da nogę. Trudno. Pięć stów już miał, więc i tak
jest porządnie do przodu.
- Dobra – powiedział. – Ale to
będzie cię kosztowało okrągłe pół kawałka. Podbździeje o tej porze roku są
wyjątkowo groźne. Teraz tylko stówa. Resztę zapłacisz po robocie.
Lutek wlał w przepastną paszczę całą
zawartość sporej szklaneczki alkoholu, przepłukał nią usta, połknął i otarł
wargi rękawem.
- Zgoda – powiedział wyjmując z
kieszeni fartucha wilgotny od alkoholu banknot.
- No – ucieszył się Billy chowając
pieniądze do sakwy. – To ja teraz skoczę…
Głos uwiązł Carrambie w gardle. W
drzwiach lokalu stał Jeffrey Mogiła i wolno przebiegał wzrokiem po kolejnych
klientach szukając okazji by komuś strzelić między oczy. Zaraz za nim stali
trzej jego towarzysze, w których Billy bez trudu rozpoznał mężczyzn spotkanych
przy barze wczorajszego popołudnia.
… go załatwić – dokończył Billy i
nie czekając na reakcję towarzyszy skoczył ku schodom.
W połowie schodów przystanął. W tym
miejscu osłaniały go zwisające z sufitu kotary i balustrada teatralnej
platformy, więc Mogiła nie mógł go widzieć. Dotychczasowy brak reakcji
świadczył, że udało mu się w ostatniej chwili i Jeffrey go nie zauważył.
Odetchnął z ulgą i przykucnął nasłuchując i obserwując przez szparę pomiędzy
zasłonami. Kompania Mogiły przez nikogo nie niepokojona zajęła największy stół,
od którego szybko umknęło pięciu zasiadających przy nim dotychczas
biesiadników. Nie zdążyli nawet zabrać kufli z piwem. Niestety ten drobny
szczegół spowodował, że Jeffrey poczuł się urażony.
- Co to ma być? – ryknął.
Billy widział jego zniekształcone
przebytym w dzieciństwie nieboszczycyzmem krępe i pokraczne oblicze, zarośniętą
gęstą brodą twarz i podświadomie wyczuwał wściekłe spojrzenie. Przeklinał
dzień, w którym pokusił się o współpracę z tym bezdusznym, wypalonym i wyzutym
z uczuć, na wpół martwym człowiekiem, ale teraz było już za późno. Nie miał
wyjścia. Pokonać go w otwartej walce nie ma szans, zatem pozostało mu tylko
uciekać. Może kiedyś nadarzy się jakaś okazja, sprzyjające warunki…
- Wypierdalać mi stąd spasione
wieprze! – Jeffrey przerwał marzenia Billego ponurym, nieco sepleniącym
charchotem wydobywającym się z jego szczerbatych ust, po których nastąpiły trzy
wystrzały i rumor przewracających się krzeseł. – Piwa i mięsiwa!
Ochroniarze ruszyli szybko chcąc
wynieść nieboszczyków, ale Mogiła powstrzymał ich mierząc w nich z dwóch
niezawodnych coltów.
- Do stajni z nimi – zaordynował. –
Załadować na nasz wóz. A jak któryś zniknie, zajmiecie jego miejsce.
Zanosiło się na dłuższą posiadówkę.
Mężczyźni złożyli zamówienie wyraźnie wystraszonej kelnerce, która postawiła
przed nimi kufle z pienistym napojem. Zanim zniknęła, Mogiła ułapił ją wpół i
posadził sobie na kolanie.
- Powiedz no, złotko – zagadnął kobietę.
– Był tu może u was ostatnio taki chudy pierdoła, Billy Carramba? Około
trzydzieści lat, na policzku blizna w kształcie borsuczego jądra, tyle że
trochę mniejsza. Mógł podawać się za kowboja, ale to pospolity, w dodatku
gówniany złodziejaszek.
Billy zamarł. Mimowolnie potarł się
po policzku oszpeconym za młodu w bójce na motyki.
- Nikogo takiego nie widziałam –
odparła drżącym głosem dziewczyna. – Ja nic nie wiem.
- Słyszycie chłopcy? – zarechotał
Jeffrey. – Nasza lalunia nic a nic nie wie.
Mogiła głośno i ze świstem wciągnął
nosem powietrze, odchrząknął i splunął na podłogę gęstą zielonkawą plwociną.
- A powiedz nam, stokrotko – syknął
złowieszczo – gdzie obecnie przebywa twój tłusty chlebodawca? Może on będzie
bardziej rozmowny.
- Zawołam!
- Od razu lepiej – Mogiła uwolnił
kelnerkę i zarechotał lubieżnie dając jej mocnego klapsa. – Zdrowie!
Mężczyźni unieśli kufle wznosząc
toast.
Carramba podrapał się za uchem. Co
robić? Przecież jak ten opryszek weźmie na spytki grubasa i Sonnyego, to ci od
razu puszczą farbę, a wtedy… Może spróbować jakoś niepostrzeżenie przemknąć
między stolikami, bokiem przy ścianie? Nie da rady. Jak nie zobaczy go Mogiła,
to na pewno dostrzeże go Korkowiec, a ten strzela szybciej niż pepesza. Sam
widział to poprzedniego wieczoru. No i jest jeszcze dwóch, pewnie takich samych
zabijaków. Nie ma rady. Jest tylko jedna droga. Zrobił trzy głębokie oddechy i
ruszył ku górze. Wiedział, że nie miał szans. Nie miał odpowiedniego
przygotowania, nie posiadał lawendowo szczawiowych naboi, a strzelać do
podbździeja ze zwykłej broni mija się z celem. Tylko szkód większych narobi, bo
atakowany wytwarza jeszcze więcej cuchnącej substancji. Zatem musi posłużyć się
fortelem. Tylko jakim? Był pomysłowym człowiekiem, zapewne ponad przeciętnie w
tym kierunku uzdolnionym, ale w podobnych tarapatach nigdy nie był. Żeby
chociaż znał rozkład budynku, to może udałoby się jakoś przemknąć
niepostrzeżenie i potem dać drapaka oknem. Pal sześć, że mógł przy tym cos
złamać. Lepsze trochę bólu niż mogiła. Dosłownie i w przenośni w tym przypadku
na jedno wychodzi.
Ruszył ostrożnie ku górze czując,
jak z każdym schodem swąd staje się coraz mocniejszy. Gdy dotarł na piętro
smród był już nie do wytrzymania. Poczuł rosnącą w gardle whisky. Przez chwilę
próbował zwalczyć mdłości, ale wiedział, że bez odpowiedniego wyposażenia nie
ma z podbździejem szans. Zwymiotował do wysokiego wazonu z tkwiącymi w nim
zwiędłymi łodygami łubinu. Odsapnął chwilę, odzyskał ostrość spojrzenia w
załzawionych oczach i chyłkiem ruszył ku najbliższym drzwiom. Cztery kolejne
były zamknięte. Smród był coraz bardziej intensywny, kręciło mu się w głowie,
we wnętrznościach czuł szybko następujące po sobie tępe uściski, miał wrażenie,
że zaraz wyrzyga żołądek i jelita, mimowolnie oddał mocz. Przez chwilę
przebiegło mu przez myśl, że to cudowne, że rano zdążył się wypróżnić. Chociaż
zdawało się, że w obecnej chwili nie spaskudzenie portek było jego największym
zmartwieniem. Ruchy miał machinalne, kolejne czynności wykonywał bez głębszego
zastanowienia, instynktownie, łapczywie, jak ktoś, komu za chwilę skończy się
tlen i próbuje ostatkiem sił przebić nie możliwą do pokonania warstwę lodu.
Dławił się, czuł w ustach smak miedzi, nie mógł zaczerpnąć tchu, zaczął tracić
równowagę, tętno sięgnęło krytycznego pułapu. Ostatnie, coraz słabsze
przebłyski świadomości podszeptywały mu, że może jednak bezpieczniej byłoby
spróbować negocjacji z Mogiłą. Tu po prostu zginie w mękach bez najmniejszych
szans na przeżycie. I nawet nie zobaczy swojego oprawcy.
Bardziej upadł niż naparł na kolejne
drzwi, które ustąpiły bez oporu dzięki czemu Billy znalazł się na podłodze
całkiem przestronnego, dobrze oświetlonego promieniami słońca pomieszczenia.
Przez moment czuł miażdżenie w klatce piersiowej i gdy już myślał, że to jego ostatnie
chwile, wszystko się skończyło. Świeże powietrze wdarło mu się do płuc i zalało
całe jego wnętrze niczym przerywająca tamę woda. Wróciło krążenie, ustąpiło
rozsadzające czaszkę ciśnienie, przestało miażdżyć mu organy wewnętrzne. Usiadł
na podłodze ocierając z twarzy pot. Pokój był dosyć duży, stały w nim dwa
oddzielone nocnymi szafkami łóżka, po środku stół i cztery krzesła. Na jednym z
nich siedział podbździej. Wygląd miał dosyć charakterystyczny i wśród swoich
pobratymców raczej niczym szczególnym by się nie wyróżniał. Metr trzydzieści
wzrostu, zielonkawa niezdrowo wyglądająca oślizła i pokryta rzadkimi kępkami
żółtawej sierści skóra, wielkie okrągłe wodniste oczy osadzone w owalnej,
spłaszczonej w poziomie głowie. Dłubał w szerokim, spłaszczonym nosie i
wszystko co w nim znalazł pakował do niewielkich, lejkowatych ust, wyposażonych
w cienkie, fiszbinowate wargi. Wpatrywał się w Billyego beznamiętnym wzrokiem,
twarz miał znudzoną, wręcz zniesmaczoną.
- No i? – rzucił znienacka. – Po
jaką cholerę tu przylazłeś?
Carramba uniósł brwi w grymasie
bolesnego zdziwienia. Nie był pewien, czy żyje, czy też oddał już ducha i teraz
śni koszmarną wizję. Podbździej, nie doczekawszy się odpowiedzi, ukształtował
usta w okrąg i wypuścił przezeń smugę żółtawego gazu, który błyskawicznie
spowił Billyego natychmiast wywołując u niego fale bolesnych nudności i
towarzyszących im odczuć, które dopiero co mało nie doprowadziły go do zgonu.
- Wynajęli mnie – jęknął Carramba
zginając się wpół po wpływem gwałtownego skurczu żołądka.
- Wynajęli?
Billy nie był w stanie mówić, ale
podbździej wywnioskował z postawy mężczyzny, że ten jest gotów do współpracy.
Nie mylił się. Billy zrobiłby wszystko, by przerwać katusze, jakimi raczył go
przeciwnik. Większość by to zrobiła. Podobnie jak poprzednim razem ból minął
jak od dotknięcia różdżki.
- Więc to tak? – zapytał z wyrzutem
oprawca. – Jesteś kolejnym nędznym zwyrodnialcem gotowym zabić perę nędznych
szponów? Zafunduję ci za to taką łaźnie, że zostaną po tobie tylko plomby.
Carramba pobladł jeszcze bardziej, o
ile w ogóle było to możliwe. Jego twarz była już tak blada, że nie powstydził
by się jej tygodniowy nieboszczyk.
- To nie prawda, ja…
- Wszystko słyszałem – przerwał
podbździej. – Jesteś płatnym zbirem wynajętym przez tego tłustego bimbrownika.
Wszyscy jesteście tacy sami. Wystarczy podsunąć wam pod nos żałosny pieniądz, a
już jesteście gotowi wytłuc się pomiędzy sobą.
- Ale ja taki nie jestem! – zarzekał
się Billy. – To fatalna pomyłka! Ja jestem tylko…
- No słucham.
Billy opuścił głowę z rezygnacją.
- Jestem tylko pożałowania godnym
złodziejaszkiem. W życiu nikogo nie zabiłem. Nie licząc przypadków obrony
koniecznej, ale i to tylko w ostateczności. Daję słowo. Jestem tu, bo uciekam
przed bandą opryszków. Inaczej byłbym już trupem.
- I tak nim będziesz. Źle wybrałeś.
- Proszę… Zamknij na chwilę oczy, a
już mnie więcej nie zobaczysz.
- Niedoczekanie! Jak spuszczę cię z
oka choć na kilka sekund, to nic więcej nie zobaczę.
- Ależ nie.
- Ja tam swoje wiem! Pokazuj co masz
w kieszeniach i tej rzeźnickiej aktóweczce wykonanej, jeśli mnie wzrok nie
myli, z bońdziołowej skóry. Tylko po woli!
Billy posłusznie wyłożył na blat
stołu wszystko, co tylko posiadał (było tego bardzo niewiele) i na koniec
otworzył sakwę, w której też nie miał nic godnego szczególnej uwagi. Tak
przynajmniej sądził. Zmienił zdanie, gdy z torby wyskoczył mały cuchniak.
- A kuku! – krzyknął piskliwie i
roześmiał się serdecznie.
- Prince? – nie krył zdziwienia
podbździej. – A skąd żeś się tu wziął, brateńku?
- Skąd? A przyjechałem z tym tu
dzielnym mężem.
Carramba poczuł swoją szansę.
- O właśnie – wtrącił. – On może
poświadczyć, że…
- Przymknij jadaczkę, huncwocie –
syknął podbździej – albo charchnę w ciebie bździną!
- Wyluzuj, Tedi – próbował uspokoić
kuzyna Prince. – On tylko…
- Niech nie otwiera paszczęki bez
pytania!
- Jasne – zgodził się cuchniak. –
Masz nie otwierać paszczęki bez pytania, zrozumiałeś?
Billy zrozumiał, co też oznajmił
kategorycznym gestem i odpowiednim grymasem. Prince zsunął się na podłogę po
nodze od stołu i podbiegł do podbździeja, który ostrożnie go podniósł i
posadził sobie w zgięciu górnej kończyny.
- Posłuchaj – odezwał się malec. –
Ten gość, Billy, jest wędrownym kupcem. Zabierze mnie za Wielką Rzekę Poziomą!
Będę miał wreszcie spokój, nikt nie będzie na mnie dybał, nie będzie próbował
mnie żywcem obdzierać ze skóry i wyciskać ze mnie flaki!
Podbździej zrobił dobrotliwą,
zatroskaną minę i delikatnie pogładził cuchniaka palcem po okrągłej główce.
- Przykro mi to mówić – powiedział –
ale niestety twój nowy kompanieros nie jest niestety tym, za kogo się podaje.
- To nieprawda! – krzyknęli obaj
jednocześnie.
- Jest zwykłym pospolitym
przestępcą, który tylko kombinuje, jak nas obu przehandlować za jak największą
gotówkę. On ma w dupie, co się z nami stanie. I spotka go za to zasłużona kara.
- To tylko taki kamuflaż –
przekonywał Prince.
- Już uwierzę! – obruszył się
Teodor. – Przecież nie mdli mnie bez powodu. Zaraz w tego nędznego
hochsztaplera napierdzę!
- Nie! – tym razem Billy wrzasnął
sam. – Litości! W życiu nie tknę żadnej smrodliwej istoty, przysięgam!
Podbździej zdawał się zupełnie nie
słuchać, co Billy ma do zaoferowania, czy też przyrzeczenia. Tym razem
uformował usta na kształt idealnego trapezu i buchnął w mężczyznę burym,
wilgotnym i syczącym obłokiem. Carramba zaskomlał i targany drgawkami skulił
się gwałtownie, krzyk zamarł mu na ustach. Cuchniak przyglądał się
transformacji Billyego z fascynacją.
- A nich mnie – powiedział
urzeczony. – Ale ty to fajnie robisz. Szkoda, że ja tak nie umiem. Jesteś
pewien, że to nie był kupiec? Taką miałem nadzieję… – zakończył z żalem.
- Absolutnie – skrzywił się Teodor.
– To cwaniaczek, jakich pełno się kręci po takich zadupiach. W większych
miastach już pewnie jest spalony i teraz tylko węszy, czyim kosztem się
wzbogacić. Takich trzeba tępić na każdym kroku. Bez łaski, bez litości. Jak
okażesz się słaby, nawet się nie obejrzysz, jak wylądujesz w fiolce z jakimś
wstrętnym pachnidłem.
W tym momencie drzwi pokoju niemalże
eksplodowały lądując z hukiem na środku pokoju. W pustych futrynach stał
Jeffrey Mogiła uśmiechając się paskudnie.
- No proszę – powiedział szczerząc
szczerbate usta. – Cóż za doborowe towarzystwo! Szkoda, że zaczęliście zabawę
bez nas – dodał spoglądając na kurczącego się w oczach Billyego.
Podbździej cofnął się krok i
wysuwając głowę przed siebie plunął w intruza kłębem jasnozielonej, syczącej,
gęstej pary o niemalże plazmowej konsystencji. Obłok spowił Jeffreya, ale ten
tylko kwaśno skrzywił usta i zarechotał.
- Dzięki – powiedział ku zdziwieniu
podbździeja. – Bardzo to przyjemny zapach. Odkąd przestałem być tak całkiem
żywy, smród stał się moim edenem. A z tobą jak jest? Co powiesz na mieszankę
lawendy i szczwiówki?
To powiedziawszy wyszarpnął dziwny
pękaty rewolwer i nie czekając na odpowiedź władował w podbździeja cały
magazynek. Teodor miękko upadł na podłogę, jak ścięty sierpem liść łopianu.
Jego zaskoczona mina zaczęła w szybkim tempie blednąć i rozmywać się w
powietrzu. Po chwili pozostał po nim kłąb zielonkawej zawiesiny, którą Mogiła
zgarnął do wydobytej zza pasa plastikowej torby.
- No – powiedział. – Przyda się na
później, co nie?
- Przyda się, przyda – odparł
Korkowiec, który w międzyczasie przeszukał torbę Billyego. – Wszystko się
przyda – dodał pakując do kieszeni banknoty. – Sześć stów, stary! Dasz wiarę?
Skąd ta menda miała tyle hajcu?
- Niestety już się nie dowiemy –
odparł Jeffrey wskazując miejsce, w którym jeszcze parę minut temu stał
Carramba. Na podłodze leżały tylko trzy pośledniego rodzaju ołowiane plomby,
klamra od pasa i ostrogi. – Przynajmniej nie od niego – dodał ze złośliwym
uśmieszkiem.
Mężczyźni szybko splądrowali pokój
zabierając wszystkie przedmioty, które miały dla nich jakąś wartość i wyszli na
korytarz.
- To teraz grubas z tym drugim
zaśpiewają nam w duecie – oznajmił Mogiła. – A capella.
Gdy kroki rechoczących mężczyzn
ucichły na skrzypiących schodach, spod nocnej szafki wyszedł ocierający łzy
cuchniak. Minę miał smutną, ale zaciętą.
04.02.2012r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz