przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


czwartek, 2 kwietnia 2009

Dean & Stacy

ze specjalną dedykacją dla Niunienin)

Izzy Musztardówa żył w świadomości, że podła i zapuszczona speluna, którą prowadził, była najlepszym lokalem w miasteczku. Podkreślał to na każdym kroku, ilekroć nadarzyła się ku temu okazja. Może i miał odrobinę racji, ale bynajmniej nie z powodu wysokiej klasy swego przybytku, a raczej z braku konkurencji o zbliżonych parametrach standaryzacji oferty i jakości obsługi. Z resztą ilekroć przyszło mu bronić swojej teorii na temat wyjątkowości jego baru nad innymi, zwykł argumentować, że przecież żadna z konkurencji nawet odrobinę nie przypomina jego lokalu, więc jak może się z nim równać. I tu miał rację w całej rozciągłości.
Bar był położony na peryferiach przy trasie tranzytowej prowadzącej wprost ku oddalonej o kilkanaście kilometrów granicy. Z tego też powodu klientela zaglądała tu przeróżna i stała, poza kilkoma wyjątkami, raczej nie była. Ale przeważnie była, a więc interes jakoś prosperował.
Któregoś dżdżystego, wyjątkowo marnego dopołudnia, kiedy to lokal świecił pustkami, do baru wszedł młody, może dwudziestopięcioletni mężczyzna i niczego nie zamawiając usiadł przy jednym z ośmiu kwadratowych stolików, ustawionych rzędem wzdłuż wyposażonych w pożółkłe firanki okien. Wyglądał zwyczajnie. Dżinsowa kurtka, takież spodnie i schodzone, sportowe buty. Izzy odczekał kilka minut i przechylając się przez kontuar rzucił bez serdeczności:
- Tu nie restauracja. Nie doczekasz się na świecącą cyckami i wiercącą dupą kelnerkę.
Klient nie zareagował. Siedział wyprostowany z dłońmi opartymi o pokryty ceratą blat. Kiedy Izzy zamierzał już wyjść zza baru, młodzieniec spojrzał na niego zielonymi, wodnistymi oczami.
- Jestem Dean Kałamarnica – rzekł.
Izzy znieruchomiał. Wolno spojrzał na kalendarz i zaklął. Był trzeci wtorek miesiąca. Tego mu tylko brakowało. Nie dalej jak trzy dni temu jeden z klientów zapytał go, co zrobiłby w takiej jak ta sytuacji, a on ośmiał się wówczas komentując, że cóż miałby u niego robić Dean Kałamarnica. Zbagatelizował pytanie i miał teraz nie lada problem. W ogóle nie był przygotowany na taką wizytę. Oczywiście nawet nie przypuszczał, że młodzieniec mógłby sobie z niego żartować. Nikt nie żartował z Deana Kałamarnicy. Ani tym bardziej z jego siostry, Stacy.
- Nie chcę być niegrzeczny – powiedział wolno. – Ale nie wolałbyś poszukać sobie innego baru? Czystszego, sympatyczniejszego, cieplejszego i w ogóle?
Dean Kałamarnica ponownie zmierzył go wilgotnym, mętnym spojrzeniem.
- Podobno to najlepszy lokal w okolicy. Tak słyszałem.
Izzy zaklął w duchu. Nie potrzebnie na każdym kroku się przechwalał. Ma teraz za swoje.
- Takie tam gadanie – przekonywał. – To zwyczajna, podrzędna speluna, żaden tam lokal, od jakich roi się w centrum.
- Nie mam czasu. Dziś jest trzeci wtorek miesiąca.
- Ale dopiero przed południem, a przecież…
Wypowiedź przerwał mu nagły ruch mężczyzny. Jego ciało zaczęło wyginać się w łuk odrzucając stolik i krzesła. Zerwał się i targany konwulsjami zaczął zrzucać ubranie, najpierw kurtkę, potem buty i spodnie. Pierś młodzieńca pokrywał wzorzysty tatuaż przedstawiający kałamarnicę.
Izzy skulił się za kontuarem zastanawiając się, co też powinien zrobić. Na zapleczu miał kilka puszek szprotek w oleju i parę sztuk filetów z dorsza. Czy to wystarczy? Słyszał, że w jednym z barów, w którym pojawił się Dean Kałamarnica, odbywało się akurat przyjęcie z okazji Dnia Rybaka, a mimo to nie udało się go nasycić. Cóż więc ma zrobić? Nie zdąży nawet przyrządzić potrawki.
- Hej tam za barem!
Ostrożnie wysunął głowę nad brzeg bufetu. Przy stoliku kiwając się na boki siedziała wielka, ociekająca wodą kałamarnica. Przełknął z trudem. Od szafki z puszkami dzieliło go kilkanaście metrów i ścianka działowa. Nie zdąży.
- Tak? – zapytał drżącym głosem.
- Piwo jest?
Izzy sądził, że się przesłyszał.
- Słucham?
- Pytam, czy piwo masz? – powtórzyła kałamarnica. – Głuchy jesteś?
- Nie – odparł drżący Izzy. – To znaczy nie, że nie jestem głuchy. Piwo oczywiście jest.
- To dawaj czterdzieści.
Izzy chwycił dwie skrzynki z pełnymi butelkami i ruszył z nimi do stolika. Pompowana w żyły adrenalina sprawiła, że wcale nie czuł ciężaru, który na co dzień sprawiłby mu nie lada problem. W normalnych okolicznościach pewnie padłby trupem. Jego serce nie było w najlepszej kondycji. Sam się sobie dziwił, że nie dostał zawału na sam widok Deana Kałamarnicy. Zaczął szybko otwierać butelki jedna za drugą i stawiać na stoliku, podczas gdy Dean Kałamarnica chwytał je mackami i wlewał zawartość w przepastną paszczę z kilku jednocześnie. Pustymi ciskał gdzie popadnie i natychmiast sięgał po następne. W niespełna dwie minuty pochłonął całe czterdzieści sztuk. Beknął przeciągle. Izzy nie był szczególnie wrażliwy, ale mimo to nieznacznie skrzywił się gdy nagle zaleciało starymi skarpetami, zjełczałym masłem, jadem mściucha i suszonymi, borsuczymi jądrami.
- Co tak stoisz? Dawaj jeszcze jedną skrzynkę – powiedział Dean Kałamarnica. – Byle szybko.
Izzy co sił ruszył na zaplecze i chwycił kratówkę. Uniósł ją lekko i w tym momencie spostrzegł, że zawiera tylko połowę pełnych butelek. Zaklął i ocierając pot z czoła skoczył na zaplecze. Zahaczył sandałem o róg skrzynki i z hukiem runął jak długi, tłukąc butelki i gliniane kufle stanowiące dotychczas ekspozycję lokalu, które spadając z regału z brzdękiem roztrzaskały się o podłogę. Nie zważając na straty i broczące krwią rozcięcie na czole, Izzy ruszył do małego składziku towaru i capnął pełną kratówkę. Przeskakując kawałki potłuczonych naczyń wypadł zza baru modląc się by Dean Kałamarnica wykazał się odrobiną cierpliwości.
Lokal był pusty. Izzy z ciężkim westchnieniem postawił skrzynkę na podłodze i otarł z czoła pot i krew. Dopiero teraz zauważył, że odniósł ranę. Bagatelizując ją rozejrzał się bojaźliwie. Ostrożnie zajrzał do toalety. Ani śladu Deana Kałamarnicy. Wybiegł na zewnątrz i zdążył tylko dostrzec, jak Dean Kałamarnica z piskiem opon odjeżdża z parkingu w kierunku granicy jego nową furgonetką. Odprowadził ją wzrokiem i odetchnął z ulgą. Wolnym krokiem wrócił za bar i usiadł masując pierś nad kołaczącym wściekle sercem. Oddychał głęboko mrużąc oczy.
- Już dobrze – pocieszał się. – Spokojnie.
Mijały kolejne, długie minuty. Z wolna zaczął dochodzić do siebie.
Serce jeszcze całkiem mocno łomotało mu w piersiach, gdy usłyszał skrzypienie nienaoliwionych zawiasów drzwi. W wejściu stał ubrany w elegancki garnitur mężczyzna w średnim wieku. Pod pachą miał skórzaną aktówkę, dokładnie wypolerowaną na wysoki połysk. Klient podszedł do kontuaru i uśmiechając się skinął głową na powitanie. Izzy zignorował przybysza.
- Jestem Dee Dee Kapiszon – odezwał się nieznajomy. – Sprzedaję kapiszony.
- Daj mi pan spokój – odparł opryskliwie Izzy Musztardówa. – Przed chwilą był tu Dean Kałamarnica, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś kapiszonami.
Promienny uśmiech natychmiast spełzł z twarzy Dee Dee Kapiszona. Mężczyzna błyskawicznie otworzył teczkę, wydobył z niej nieco dziwaczny, srebrny pistolet z kulistą, pękatą lufą i przeładował go odskakując od baru. Stanął w rozkroku oparty o przeciwległą ścianę z bronią wymierzoną przed siebie i zaczął lustrować wnętrze baru.
- Co pan wyprawiasz? – rzucił Izzy ponownie kuląc się za kontuarem.
- Gdzie on jest?
- Przecież mówiłem, że był – odparł Izzy. – Był ale już go nie ma. Parę minut temu odjechał moją furgonetką w kierunku granicy. O co chodzi? Coś pan za jeden?
Odpowiedział mu tępy huk zatrzaskiwanych drzwi.
Barman wyskoczył z ukrycia i ruszył do wyjścia. Podobnie jak za poprzednim razem zdążył tylko odprowadzić wzrokiem samochód, który wyrzucając spod opon strumienie wymieszanego z błotem żwiru pomknął w ślad za furgonetką.
Wrócił za bar. Co za szalony dzień! A zapowiadało się tak spokojnie. Z jednej strony cieszył się, że wizyta Deana Kałamarnicy skończyła się dla niego tak niewiarygodnie szczęśliwie, z drugiej zaś był wściekły, że przydarzyło się to akurat jemu. Jednakże najważniejszym było, że miał to już za sobą. Wiedział doskonale, że Dean Kałamarnica nigdy nie odwiedza tego samego lokalu dwukrotnie. Już zacierał ręce na myśl, że będzie mógł umieścić na szyldzie z nazwą baru sensacyjną informację. A to było coś! Przecież tak wielu targanych obawami klientów zaprzestało już chadzania do barów. Z lubością przymknął oczy i już widział w wyobraźni ten szyld: „Drink Bar U Izzyego” i pod spodem wielkimi literami „! ! ! W TYM LOKALU BYŁ DEAN KAŁAMARNICA ! ! !”. Już czuł znaczny przypływ gotówki. Był prawdziwym szczęściarzem. Wszakże rzadko który lokal przetrwał wizytę Deana Kałamarnicy. Raptem kilka przypadków w historii.
Ogarnął nieporządek na zapleczu i opatrzył sobie ranę. Jawiąca się przed nim świetlana przyszłość powodowała, że humor dopisywał mu coraz lepszy. Nie popsuła go nawet wizyta starego miejscowego ochlajtusa, Berniego Lokomotywy, który jako jeden z niewielu mógł zaliczać się do grona stałych bywalców lokalu. Izzyego irytowało w staruszku to, że potrafił ślęczeć przy bufecie cały dzień, aż do zamknięcia baru, nie wypijając przy tym więcej niż dwóch, góra trzech kufli piwa. No chyba, że na czyjś rachunek. Do tego był strasznym gadułą i zaczepiał wszystkich klientów wtrącając się w rozmowy, lub samemu je inicjując, nawet mimo wyraźnej niechęci nagabywanych.
- Cześć, Izzy – powiedział staruszek gramoląc się na swój ulubiony stołek przybarowy.
- Witaj, Bernie – odparł z uśmiechem właściciel. – Piwko? Na koszt lokalu.
Bernie Lokomotywa przyjrzał się Izzyemu podejrzliwie. Jak dotąd nigdy nie widział, by barman serwował cokolwiek na koszt firmy. A przychodził tu odkąd przeprowadził się z Wybrzeża piętnaście lat temu. Szczególnie dziwiło go, że Izzy nawet własnej żonie kazał płacić za kawę. I do tego, mimo iż zawsze prosiła o podwójną, serwował jej zwykłą, kasując należność jak za dwie, wmawiając jej, że ma uszkodzone kubki smakowe, od picia takiej mocnej właśnie. Potem jeszcze przechwalał się, jakiego to figla jej spłatał.
- Dobrze się czujesz? – zapytał ostrożnie.
- Wspaniale – odparł promiennie Izzy Musztardówa. – Bodaj nigdy lepiej się nie czułem. Świat naprawdę potrafi być piękny. A niech mnie! Cuda naprawdę się zdarzają!
- Skoro tak twierdzisz, to nalej jedno ciemne.
- W tej chwili.
Izzy zakręcił się za barem w piruecie i z gracją napełnił litrowy kufel nie dbając, że przesadził i gęsta piana obficie pociekła po szkle.
- Bardzo proszę – zawołał z zaśpiewem.
Nalał również sobie i stuknął w kufel staruszka.
- Twoje zdrowie! – huknął radośnie.
Bernie będąc z natury podejrzliwym i ostrożnym odczekał, aż gospodarz wychyli jednym haustem niemal połowę kufla i dopiero przytknął naczynie do ust. Ledwie zdążył otrzeć rękawem pianę z siwych, sumiastych wąsów, a Izzy ponownie wzniósł toast.
- Za Deana Kałamarnicę! – krzyknął dokańczając piwo.
Berni Lokomotywa na chwilę zamarł z kuflem przy ustach. Gwałtownie odstawił naczynie i zerwał się z miejsca na równe nogi.
- Czyś ty oszalał?! – zestrofował go lękliwie rozglądając się wokoło. – Chcesz sprowadzić na nas nieszczęście?!
Izzy Musztardówa wybuchnął gromkim śmiechem i zamaszystym gestem z hukiem postawił na ladzie w połowie upitą butelkę wódki, wraz z dwoma musztardówkami. Nie przestając zanosić się rubasznym rechotem przelał zawartość flaszki do szklanek, ciskając opróżnioną butelką w głąb lokalu, pomiędzy stoliki.
- Siadaj, dziadek, i nie bój nic – powiedział. – W tym lokalu był Dean Kałamarnica!
To powiedziawszy wychylił całą zawartość musztardówki.
- Że co?
Berni Lokomotywa był niemal pewien, że barman postradał zmysły.
- Dziś rano – odparł uroczyście Izzy. – Odwiedził mnie Dean Kałamarnica. Mówię prawdę, jak tu stoję.
Staruszek wolno pokiwał głową z uznaniem. Barman nie mógł kłamać. Nie w takiej sprawie. Nawet dziecko wiedziało, że nie wolno żartować z Deana Kałamarnicy. Ani tym bardziej z jego siostry, Stacy.
Berni przeżegnał się bojaźliwie i idąc w ślad za właścicielem, wychylił całą szklanicę.
- Jak to możliwe? – zapytał przegryzając podsuniętym przez Izzyego ogórkiem kiszonym. – Opowiadaj.
- Sam nie mogę wyjść z podziwu – odparł barman. – Wypił czterdzieści piw i odjechał moją furgonetką. I nie chciał żadnych ryb! Aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl, co by się stało, gdyby ich zażądał. Oj nie byłoby już Izzyego.
Bernie powtórnie usadowił się wygodnie na stołku i, jak to miał w zwyczaju, przybrał mądry wyraz twarzy oznajmiający, że ma do powiedzenia coś niezwykle ważnego.
- To, że Dean Kałamarnica żąda ryb, to mit – powiedział. – Rzekłbym nawet, że głupota.
Izzy odkleił przepoconą, bawełnianą, beżowego odcienia koszulkę od wilgotnych pleców i sięgnął po kolejną napoczętą kiedyś butelkę, tym razem dżinu.
- Co masz na myśli, mędrcze? – zagadnął nie tracąc humoru.
- Dean Kałamarnica wcale nie jada ryb – powiedział poważnie Bernie. – Wiem to na pewno. Wiesz, że przez prawie sześćdziesiąt lat mieszkałem na Wybrzeżu wśród ludzi, którzy niejedno widzieli. Niemal całe życie spędziłem na zgłębianiu tajemnicy Deana Kałamarnicy. Podobnie z resztą jak mój ojciec, dziad i pradziad. Aż wreszcie ja jeden, po długich i wnikliwych analizach, lekturze tysięcy ksiąg i publikacji, badaniach antropologicznych i szeregu innych czynności odkryłem, że Deanowi Kałamarnicy wcale nie chodzi o ryby. On nienawidzi ryb. Niestety w swojej teorii zostałem osamotniony. Nie znalazłem poparcia nawet wśród rodziny i najbliższych współpracowników. Zaczęto mnie wyśmiewać, potem wręcz prześladować. Nie mogłem tam dłużej zostać. Zacząłem się włóczyć po całym świecie. I tak po długiej tułaczce trafiłem tutaj, z wybitnego badacza, stając się zwyczajnym ochlajtusem i moczymordą. Ale nigdy nie cofnę swoich słów. Powtarzam ci. Dean Kałamarnica nie lubi ryb.
- Co ty pleciesz, Bernie? To absurd – parsknął Izzy wycierając twarz przybrudzoną ścierką. – Czego, w takim razie mu, według ciebie, trzeba? Czemu każdy mu je podaje?
Staruszek parsknął.
- To proste – odparł gorliwie. – Każdy mu je daje, bo wszyscy myślą, że na tym mu właśnie zależy.
Splunął na podłogę.
- To wszystko przez te zacofane, skostniałe i nie podlegające jakimkolwiek reformom, niczym niepotwierdzone teorie zamieszczane w mądrych książkach, encyklopediach i przewodnikach. Ludzie od wieków to czytają i wierzą, przyjmują za jakiś pieprzony aksjomat. Tylko pomyśl ile istnień udałoby się oszczędzić, gdyby tylko uwierzono w moje słowa. A takie to proste!
Izzy z rozbawieniem wpatrywał się w zafrasowanego staruszka.
- W takim razie – drążył ironicznie. – Czego, według twojej teorii, panie wszystkowiedzący, potrzeba Izzyemu Kałamarnicy?
- Niczego konkretnego, z góry założonego – odparł spokojnie Bernie. – Tego, czego mu akurat brakuje i co można dostać w lokalu, czy restauracji. Z pewnością nie ryb. Przecież gdyby ich potrzebował nie pojawiałby się w barze, tylko w centrali rybnej, smażalni, czy portowej tawernie. No sam powiedz. Czego zażądał, gdy przyszedł do ciebie?
Izzy parsknął wykrzywiając usta w kształt odwróconej litery „u”.
- Piwa – odparł – Chciał czterdzieści piw.
- I co zrobiłeś? Na pewno nie dałeś mu ryb.
- No nie dałem, bo nie miałem. W lodówce leży kilka puszek, ale bałem się, że zanim otworzę, będzie za późno. Byłem przerażony. Nie mogłem w ogóle myśleć. Dałem mu więc piwo i tyle.
- Na swoje szczęście – pokiwał głową staruszek. – Już byś był trup, jakbyś podał mu ryby. On ich nienawidzi. Gdyby każdy podawał mu to, o co prosi, uniknąłby tragedii.
- Jak nienawidzi, skoro nie raz gazety pisały, że pożerał je setkami?
Bernie skrzywił się z irytacją.
- Tłumaczę ci, że to wszystko przez utartą starą i jakże błędną teorię, jakoby ich właśnie potrzebował. Jego organizm jest tak zbudowany, że gdy podsunie mu się ryby, to będąc kałamarnicą, nie może odmówić i pożera je łapczywie, aby jak najszybciej się skończyły. Niestety każda porcja rybiego mięsa jest dla niego trująca i wywołuje stan chorobowy o podłożu psychicznym. Zaczyna się od frustracji, potem złości, która przechodzi w stan niepohamowanej wściekłości. Wszystkie te stadia trwają wprost proporcjonalnie do czasu poświęcanego na spożycie ryb.
- To znaczy?
- To znaczy, że jak mu dasz jedną rybę, to rozpoczynając jej konsumpcję najpierw ogarnie go frustracja, potem złość, a na końcu wściekłość. Biorąc pod uwagę jego możliwości w zakresie pochłaniania pokarmu, towarzyszące konsumpcji jednej ryby przemiany nastrojowe trwają okamgnienie, tak że są nawet niedostrzegalne. Jeśli jednak zacząłbyś podawać mu ryby jedna po drugiej tysiącami, miałbyś okazję zaobserwować jak jego stan przechodzi płynnie od frustracji poprzez złość, aż do ostatniego stadium, czyli wściekłości. Tyle, że byłaby to ostatnia rzecz, jaką byś zobaczył.
Izzy Musztardówa zastanowił się nad usłyszaną argumentacją. Za jej słusznością przemawiał przebieg dzisiejszego przedpołudnia. Zrobił tak, jak mówił Bernie. Podał to, czego zażądał Dean Kałamarnica. Popatrzył na mądry, niemal mentorski, pewny siebie wyraz twarzy staruszka. Nie miał ochoty przyznawać mu racji.
- Załóżmy, że masz rację.
- To pewne, jak to, że śmiertelny jest jad mściucha.
- Chwila, chwila – nie dawał za wygraną Izzy. – Powiedz jeszcze, jak to jest z tymi stadiami. Z tym czasem. Skoro te poszczególne fazy zależą od czasu, jaki będzie musiał poświęcić na spożycie ryb, to skąd on u diabła z góry wie, jakie tempo im narzucić, tym zmianom, skoro nie może mieć pojęcia, ile ryb dostanie?
Zadowolony z błyskotliwości zadanego przez siebie pytania przechylił pół szklanki dżinu.
- A kto powiedział, że nie wie? – odparł Bernie
- A skąd ma wiedzieć?
- Przecież jest, do jasnej cholery, Deanem Kałamarnicą!
Izzy odstawił pustą szklankę.
- No sam nie wiem – powiedział nieco przygaszony. – Twierdzisz, że jakby na przykład zażądał żółtego sera, albo salcesonu, to trzeba mu go dać, zamiast ryb?
- W rzeczy samej.
- I co? Że niby sobie później pójdzie grzecznie?
- Dokładnie. Doszedłeś sedna. Dean Kałamarnica, to nadzwyczaj łagodna istota. Jeśli dasz mu to, czego mu trzeba, odejdzie wdzięczny bez okazywania negatywnych uczuć i więcej nie będzie cię nękał. Jeśli zaś zaczniesz wciskać mu ryby, obróci wszystko w perzynę. I, co nie mniej ważne, wbrew twojej woli nie zabierze ci nic, czego wcześniej nie zażąda.
- O samochodzie nie wspomniał – mruknął Izzy. – Zabrał bez pytania.
- Na litość boską, człowieku! – wybuchnął niespodziewanie Bernie – Nie rozumiesz, że był przerażony?
- Przerażony? – parsknął barman. – Dobre sobie. Dean Kałamarnica przerażony!
- Właśnie, że tak – zacietrzewił się staruszek. – Wiesz jak niezwykle rzadko otrzymuje to, o co prosi? Takich przypadków było w jego długiej i jakże smutnej historii tyle co kot napłakał. Można powiedzieć, że dzięki zupełnemu przypadkowi, stałeś się wybrańcem opatrzności i dołączyłeś tym samym do panteonu tych nielicznych. I zastanów się. Jak też on musiał się czuć, gdy po długich latach licznych nieudanych prób, otrzymał wreszcie to, czego potrzebował! On nie mógł po prostu uwierzyć w swoje szczęście! I panicznie się bał! Bał się, że nagle podasz mu rybę i ponownie go zatrujesz! Dla tego też odwrócił twoją uwagę i uciekł, jak najszybciej mógł! Założę się, że nie wyszedł tak po prostu, tylko odwrócił twoją uwagę i niepostrzeżenie czmychnął. Czy tak było?
Izzy ściągnął w grymasie zdenerwowania lśniące usta.
- No, w rzeczy samej tak było – przyznał niechętnie. – Wysłał mnie po kolejną skrzynkę piwa i w tym czasie się ulotnił.
- Ha! – krzyknął Bernie uderzając otwartą dłonią w kontuar. – Wiedziałem! W i e d z i a ł e m ! Założę się też, że na podjeździe nie było żadnego samochodu, wyglądającego solidniej niż twoja nowa półciężarówka?
- Żadnego innego nie było.
- No i masz – rechotał zafascynowany staruszek. – Po prostu nie miał żadnego innego wyboru. Wziął to, dzięki czemu mógł uciec najszybciej, jak się da.
Izzy dopił dżin i odstawił butelkę. Nie miał ochoty na dalsze przekomarzanie się z przemądrzałym klientem. Wolał zająć się planowaniem przyszłości, która jawiła się przed nim w samych jasnych i świetlistych kolorach.
- Słuchaj – powiedział. – Nie chce mi się wierzyć, że ty jeden znasz prawdę, a wszystkie te tęgie umysły się mylą. To absurd.
- Wiesz co? – odparł Bernie. – To przez takich ludzi jak ty ziemia jest nadal płaska.
- Pieprzysz dziadek od rzeczy! – parsknął barman.
- On ma rację.
Pochłonięci rozmową nie zauważyli mężczyzny, który stał w drzwiach i od jakiegoś czasu przysłuchiwał się rozmowie.
- Dee Dee Kapiszon! – wykrzyknął zrywając się ze stołka Berni Lokomotywa. – Niech mnie kule biją!
Rzucił się ku Dee Dee Kapiszonowi, skoczył na niego i owinął się wokół jego pasa udami, jak dziecko witające od dawna nie widzianego ojca.
- Nie sądziłem, że doczekam tej chwili – mówił przez łzy zasypując mężczyznę pocałunkami. – Co za szczęście!
- No już dobrze, dobrze – uspokajał Dee Dee Kapiszon głaszcząc staruszka po siwej, przerzedzonej czuprynie – Ja też się cieszę.
Bernie puścił mężczyznę i zwrócił się ku barmanowi.
- To Dee Dee Kapiszon – powiedział szlochając.
- Co z tego? – odparł bez emocji Izzy Musztardówa.
- Co z tego? – staruszek nie dowierzał. – Co z tego? Przecież mówię, że to Dee Dee Kapiszon, tępy ćwoku!
- No, no! – obruszył się Izzy. – Uważaj co mówisz, bo zaraz skopię ci to chude dupsko!
- Panowie – wtrącił się Dee Dee Kapiszon. – Spokojnie. Po co te nerwy.
- Dee Dee! – ponownie rozszlochał się Bernie przytulając się do mężczyzny.
Kapiszon przygarnął staruszka uspokajająco, przepraszająco spoglądając na barmana.
- Chodź do domu, Bernie – powiedział miękko. – Mam ci tak wiele do powiedzenia. Skonstruowałem nowe kapiszony. Uratujemy wiele istnień. I Dean Kałamarnica będzie wreszcie bezpieczny.
- Naprawdę? – niedowierzał staruszek
- Tak. Pokażę ci – zapewnił Kapiszon.
- Och, Dee Dee! – na dobre rozrzewnił się Bernie tuląc się do jego piersi.
- Chodźmy – rzekł mężczyzna. – Teraz jesteśmy już blisko. Tak blisko, jak nie byliśmy nigdy. Jak nikt nigdy nie był.
Wyszli przyciśnięci do siebie nie mogąc nacieszyć się swoim towarzystwem.
Izzy czuł, że szumi mu już w głowie, ale mimo to otworzył nową butelkę wódki czystej i nalał sobie pół musztardówki. Wychylił i zagryzł ogórkiem.
- Banda pomyleńców – westchnął.
Podszedł do otwartych na oścież drzwi, zamknął na klucz i wywiesił tabliczkę z informacją, że w dniu dzisiejszym lokal nieczynny.
*
Następnego dnia był już w barze skoro świt. Niemal do północy siedział nad nowym szyldem. Nie powinien się przeforsowywać, nie powinien pić alkoholu w takich ilościach, jak wczoraj. Do tej pory czuł lekkie kłucie w piersiach. Jego lekarz, gdyby się dowiedział, zrobiłby mu niezłą awanturę. Na szczęście nie było świadków. Staremu Berniemu Lokomotywie nikt nie da wiary. Był na siebie trochę zły, że pozwolił sobie pofolgować ale przecież wydarzenie było tak znamienite. Przez kilka najbliższych dni będzie się oszczędzał, unikał wrażeń i wszystko wróci do normy.
Z dumą przyglądał się kolorowemu napisowi. Równe, duże i czytelne litery zapewniały, że napis będzie widoczny z kilkudziesięciu metrów. Oczywiście to tylko tymczasowa prowizorka. Niech tylko zaczną skapywać większe fundusze, zrobi nowy, podświetlany i pulsujący. Może wyremontuje też wnętrze. Wprowadzi nowe drinki i potrawy z nazwami uwieczniającymi wizytę Deana Kałamarnicy. Jak najbardziej z zachowaniem zasad dobrego smaku rzecz jasna. Muszą być więc swobodnie kojarzące się, nie zaś wprost do niego odwołujące. Nie może, dla przykładu, nazwać kotleta „kotlet a’ la Dean Kałamarnica”, czy serwować napojów „Sok z Deana Kałamarnicy”. Ale już zupełnie dobrze brzmią, na przykład, zrobiona z wodorostów i małż zupa „oddech kałamarnicy”, albo, dajmy na to, drink „Dean 11’27” na pamiątkę godziny, o której Dean Kałamarnica zjawił się w lokalu. Co prawda Izzy nie pamiętał dokładnie, która była wówczas godzina, ale sądził, że będzie to dobrze brzmiało.
Z rozmyśleń wyrwało go skrzypienie zawiasów. W drzwiach stała młoda, atrakcyjna dziewczyna. Taka w jego typie. Niezbyt wysoka, ale i nie niska. W sam raz. Zauważył, że ma na nogach ciężkie buty, typu wojskowego, co nie do końca mu odpowiadało, ale też i nie specjalnie przeszkadzało. Stwierdził, że nawet pasują do dżinsowych spodni i ciemnozielonej, rozpinanej koszuli, które miała na sobie. Żałował, że nie ma pod szyją więcej rozpiętych guzików. Chętnie nacieszyłby oczy widokiem zdrowego, jędrnego, młodego ciała.
Obserwował jak dziewczyna wdzięcznym, płynnym krokiem mija bar i siada przy najbliższym od baru stoliku. Naprawdę była śliczna. Izzy przez chwilę rozważał, czy nie spróbować jej uwieść, ale na samą tylko myśl poczuł mrowienie w lędźwiach i ciepło zalewające pierś. Nie, nie. Dosyć emocji. Postanowił, że będzie miły, ale nic poza tym. Może jedynie odrobinę poflirtuje. Nie uważał się za szczególnie przystojnego, ale przecież niczego mu też nie brakowało. Zwykle dobrze układały mu się relacje z kobietami. Może za wyjątkiem własnej żony.
Niezbyt głośno, w jego mniemaniu grzecznie, odchrząknął.
- Coś podać, młoda damo? – zagadnął.
Dziewczyna poruszyła się na krześle i nie patrząc na barmana zaczęła wolno rozpinać koszulę, guziczek po guziczku, zaczynając od góry. Izzy przełknął ślinę lekko czerwieniejąc. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę zerkając na przemian na drzwi i na rozbierającą się dziewczynę.
- Przepraszam – odezwał się lekko drżącym z emocji głosem. – Czy coś pani podać? Może coś do picia? Herbaty? Kawy? Albo coś zimnego?
Dziewczyna wolno podniosła się od stolika i z rzadka widywaną gracją, tanecznym niemal krokiem podpłynęła do baru. Popatrzyła Izzyemu głęboko w oczy, własne lekko przymrużając i przechylając głowę nieco w bok. Mężczyzna poczuł, że serce zaczyna walić mu jak oszalałe. Kobieta oparła się na barze szeroko rozstawiając ramiona. Izzy mimowolnie spojrzał na jej dekolt i zamarł.
- Jestem Stacy Kałamarnica – powiedziała beznamiętnym głosem.
Na częściowo odsłoniętych, kształtnych piersiach widniał fragment tatuażu. Mimo, iż Izzy nie mógł dostrzec go całego, był pewien, że widział już taki sam. Wczorajszego przedpołudnia. Poczuł ostry ból przeszywający cerce. Chwycił się za pierś, krew napłynęła mu do twarzy, oczy wyszły z orbit.
- Ale…? – wyjąkał i zwalił się bez tchu na podłogę.
Stacy Kałamarnica nie okazując żadnych emocji patrzyła, jak uchodzi z niego życie. Odczekała chwilę i zapięła bluzkę. Splunęła na martwego i wyszła trzaskając drzwiami.

Brak komentarzy: