przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 27 stycznia 2018

Inwazja (4 historia o Bębenku Koali)

Inwazja

Bębenek Koala stosunkowo łatwo adaptował się do nowych sytuacji, a przyjaźń z Misiem Trumnisiem, choć niełatwa, pozwalała mu pokonywać kolejne życiowe zakręty.
Od kilku miesięcy mieszkali razem w altance na terenie ogródków działkowych, gdzie Koala podłapał fuchę stróża. Posada była licho płatna, ale za to robota lekka i bezstresowa. Wydawało się, że misie na dłuższy czas ustabilizują swoje życie. Niestety stało się inaczej.
Pierwsze problemy zaczęły się wraz z nastaniem jesieni, kiedy to działkowicze zaczęli zbierać swoje plony. Owoce znikały z drzew i krzewów, warzywa z grządek, kwiaty z rabatek, ziemia była rozkopywana, płonęły ogniska. Na terenie ogródków pojawiało się mnóstwo nieznanych misiom osób. Brama przez cały dzień była otwarta, wjeżdżały i wyjeżdżały auta osobowe i furgonetki wyładowane urobkiem.
Koala pilnował, by na teren działek nie dostawały się pojazdy, których właściciele nie mieli opłaconego rocznego abonamentu za dzierżawę ziemi. Z każdym dniem było to coraz trudniejsze. Działkowicze przywozili pomocników, wynajmowali firmy zewnętrzne, których pracownicy pilnowali zbiorów, załadunku i transportu. W takich okolicznościach łatwiej było przedostać się na teren ogródków osobom nieupoważnionym, różnego rodzaju złodziejaszkom i szabrownikom, którzy kradli nie tylko plony, ale też plądrowali szklarnie, domki i altany. Do tego zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, w powietrzu panowała dojmująca wilgoć, doskwierały pierwsze przygruntowe przymrozki. Praca powoli zaczynała misie męczyć.
Któregoś wieczora siedzieli w altance ogrzewając zmarznięte łapki nad płomieniem lampki olejowej. Zamierzali poważnie porozmawiać na temat podziału prac w sezonie zimowym.
- A co tu ustalać? – powiedział Trumniś. – Bramę się zamknie na stałe, nie tak jak teraz, że tylko na noc. Kto w zimę będzie na działki przyjeżdżał? Czeka nas luźny okres, który nam się należy jak psu jaja. Zwłaszcza po tej harówce.
- No nie tak do końca – stwierdził Koala pociągając z manierki eukaliptusówkę. – Mogą przyjeżdżać ziemię użyźniać, altanki nowe stawiać, narzędzia jakieś przywozić lub wywozić. Nie można ot tak zamknąć bram i ludzi nie wpuszczać.
Miś przejął naczynie i pił długo, zbierając myśli.
- Ja bym tam ustalił godziny – stwierdził ocierając usta. – Na przykład wjazd tylko do południa, albo jakoś tak.
- Jakbyś był właścicielem – burknął Bębenek – to byś mógł tak zrobić, a tak to…
- Kurwa, sfajczyłem sobie futro! – krzyknął Trumniś cofając dymiącą łapkę. – O ja pierdolę! I co ja teraz zrobię? Jeszcze, kurwa, na zimę!
- Spokojnie, przecież odrośnie…
- Gówno odrośnie! Jak odrośnie!? Przecież ja jestem pluszowy!
- Jak wódka jest do wypicia, to nie narzekasz, żeś sztuczny, tylko chlejesz bez umiaru.
- To co innego!
- Ta, ciekawe czemu? – zirytował się Koala. – Powinny ci już dawno zgnić trociny.
- Po pierwsze, to nie trociny, tylko watolina – obruszył się malec – A po drugie, to wcale tak nie działa!
- A no widzę, widzę. Dlatego nie rozumiem, czemu miałaby ci nie odrosnąć sierść? Poza tym, to dobrze pamiętam, jak się na wiosnę po pijanemu ogoliłeś. I co? Przecież odrosło.
- To nie to samo, mówię przecież – upierał się Miś.
- Gówno prawda. Szukasz tylko powodu, żeby do roboty nie iść. A tu jeszcze sporo do zrobienia jest. Trzeba ustalić nocne dyżury.
- Nocne dyżury! Chybaś na bęben upadł!
- Najprościej będzie co drugi dzień – planował Koala.
- Ja się nie nadaję do pracy na mrozie!
- Albo mijanego – kalkulował Bębenek, nie zwracając uwagi na protesty przyjaciela – całymi tygodniami. Mnie tam obojętne.
- Czy ty mnie słuchasz? – wściekał się Miś. – Ja w zimę nie pracuję!
- Może i lepiej będzie tygodniami. Łatwiej się wdrożyć, złapać rytm.
Trumniś wstał i wyciągnął z szafki butelkę malinowego wina. Odkorkował i przechylił. Po kilkunastu sekundach odstawił puste naczynie.
- Co to miało być? – obruszył się Bębenek.
Miś czknął i spojrzał na Koalę błyszczącymi oczami.
- Jak tak sprawę stawiasz – powiedział – to sam se dyżuruj. Ja to pierdolę. Zapadam w sen zimowy.
To powiedziawszy runął na posłanie i zagrzebał się w pierzynie.
Koala machnął ręką i bez słowa wyszedł z altanki.
Otaczała go gwieździsta noc. Wiał lekki, ale kłujący ciało zimny wiatr, powietrze przesycone było zapachem ziemi i dymem dogasających ognisk. Bębenek poparzył na Księżyc. Przypominał mu dzieciństwo.
- Pewnie miły z niego gość – mruknął.
Usiadł na ławeczce i rozmarzył się wpatrując w odległe konstelacje. Ileż tajemnic skrywało się we wszechświecie? Bezgraniczna ilość. Wydobył z kieszonki puzderko z mieszaniną różnej zieleniny wyselekcjonowanej metodą prób i błędów. Nabił maleńką wrzoścową fajeczkę i mocno się zaciągnął. Odczekał, aż oczy niemal wyszły mu z orbit i wypuścił kłąb niebieskawożółtego dymu. Odprężył się. Gruby, pikowany serdak przyjemnie grzał, ale nie aż tak, by nie mogło być lepiej. Pociągnął łyk eukaliptusówki, pyknął z cybucha, tym razem mniej łapczywie, puścił kilka kółek. Zapadł w drzemkę.
Obudziło go niesione echem metaliczne dudnienie. Przetarł piąstkami oczy i wsłuchał się w odgłosy nocy. Cisza. Rozejrzał się, ale nie zaobserwował niczego ciekawego. Za to dostrzegł kropkę szybko przesuwającą się po nieboskłonie. Początkowo wziął ją za samolot, ale za świetlistym punktem pojawił się następny, a za nim jeszcze jeden. Lubił wszelkie zjawiska astronomiczne, komety, meteoryty, drogę mleczną. Komety, co prawda, nigdy jeszcze nie widział, ale był pewien, że jest fajna. Spadające gwiazdy już obserwował. Bardzo go fascynowały.
- Śliczne – szepnął.
Punkciki zniknęły przesłonięte konarami sędziwej gruszy, która rozpościerała swoje ramiona na sąsiedniej działce. Ponownie rozległ się metaliczny zgrzyt i kołatanie łańcucha.
- Ki chuj? – bąknął.
Przez chwilę siedział nieruchomo zastanawiając się nad tym, co usłyszał. Jego powieki wolno rozszerzały swój obwód, a gdy osiągnęły maksimum swoich możliwości poderwał się na nogi.
- Wstawaj! – krzyknął wbiegając do altanki. – Złodzieje!
Z barłogu odpowiedziało mu sapnięcie.
- Wstawaj, do kurwy nędzy, mówię! Złodzieje wyważają bramę!
- Hę?
- Szybko! Ukradli baniak z bimbrem!
Okamgnienie później Trumniś stał obok Koali.
- Krwi – wycedził przez zaciśnięte usta. – Wyrwali mnie z zimowego snu. Żeby znowu usnąć będę musiał wypić wiadro.
Ruszyli ku bramie znanymi na pamięć ścieżkami. Po kilku minutach przycupnęli w kępie agrestu rosnącego gęsto wokół domu weselnego, bezpośrednio za parkingiem poprzedzającym bramę wjazdową.
Drogę rozświetlała zielonkawo-mleczna poświata, podobna do porannej mgły. Z jej wnętrza dzwoniły i brzęczały łańcuchy i kłódki, coś zgrzytało, warczało i jęczało mechanizmem silnika. Gęste, tłuste smugi nie pozwalały przyjaciołom dojrzeć przyczyny hałasu.
Koala sapnął.
- I cóż tak dyszysz? – fuknął Trumniś.
- Milcz i patrz.
Pośród pączkujących kłębów coś się czaiło. Póki co było jeszcze niewidoczne, ale było na pewno.
- Wycofujemy się – zdecydował Bębenek.
- Ja chcę walczyć!
- Zamknij pysk i rób, co mówię.
Okrążyli budynek, przemknęli wzdłuż żywopłotu do pobliskiej altanki i dalej za nią aż do ogrodzenia, skąd mieli dobry widok na bramę.
- My się tu kryjemy, a w tym czasie wychleją nam cały baniak – jęknął Miś.
- Nie wychleją.
- A skąd ta pewność? Ja bym od razu wychlał.
- Nie wychleją, bo nie mają co – powiedział spokojnie Koala.
- Jak to? Że co niby to ma znaczyć?
- Nie ukradli baniaka. Tak tylko powiedziałem, żebyś się wylągł.
Miś splunął. Zanim zdołał wylać żółć, z kłębów wystrzelił ku niebu jasnoniebieski snop skrzącego światła.
- O ja pierdolę! – pisnął Trumniś kuląc głowę w ramionach. – Co to, kurwa, jest?
Bębenek starał się nie okazywać strachu.
- Pewnie jakiś reflektor im się przekrzywił – rzekł. – Taki szperacz, albo punktowiec, jak na estradzie.
- Im, to znaczy komu? I na jakiej, kurwa, estradzie? Mózg ci chyba oślepiło!
- Nie pyskuj, tylko obserwuj.
Tymczasem słup światła kilkukrotnie zadrżał i zafalował pulsując, niczym potężny wąż połykający jedną po drugiej kilka zdobyczy, po czym zniknął równie nagle, jak się pojawił. Po chwili coś głośno zawarczało, jak silnik potężnego traktora, aż zaczęła drżeć ziemia. Nie był to mocny wstrząs mogący przewrócić człowieka, ale jednak dał się wyraźnie odczuć.
- Ja to bym jednak stąd najchętniej spierdolił – szepnął Trumniś.
- Przecież jesteśmy stróżami – odparł Koala, choć ton i lekkie drżenie zdradzały, że nie jest do końca przekonany o konieczności trwania na posterunku.
- Martwy stróż nikomu się nie przyda – stwierdził Miś. – Proponuję przegrupować się do bazy i zrewidować plan działania. O ile jakiś w ogóle mieliśmy.
Bębenek nerwowo podrapał się po brzuszku.
- Wyjątkowo się zgodzę – powiedział.
Kilka sekund później gnali na przełaj w kierunku altanki nie zważając na błoto, kałuże, gałązki drzew chłoszczące ich po pyszczkach i pnącza krzewów szarpiące futerka.
Wpadli do altanki i zaczęli gorączkowo przeszukiwać kufer z narzędziami.
- Kurwa nic tu nie ma – jęczał Trumniś. – Grabie, saperka, sekator, motyka… Już po nas.
- Przestań ględzić.
- Co przestań, co przestań? Jak mam niby skrzesać w sobie entuzjazm wobec czekającej mnie konfrontacji z kosmitami, skoro do obrony mamy tylko tępą motykę i zardzewiały scyzoryk!
Koala rozejrzał się po zgromadzonych akcesoriach.
- Nie jest tak źle – stwierdził. – Jest jeszcze bagnet, siekiera, sierp… Coś ty powiedział?
- Co?
- Coś powiedział?
- Kiedy?
- Kurwa! – huknął Bębenek. – O tych kosmitach? Skąd taki pomysł? Odbiło ci, czy co?
- Odbiło mi? Mi odbiło? A co to według ciebie jest? Szabrownicy przylecieli helikopterem, żeby ci buraki podpierdolić?
- Jakim znowu helikopterem? Przecież nie widziałeś…
- Cicho, cicho – przerwał Trumniś. – Słyszysz to?
Znieruchomieli wsłuchując się w odgłosy nocy. Drżenie ziemi nie było tu odczuwalne, ale od strony bramy słychać było jednostajne buczenie, coś na podobieństwo pracującego agregatu prądotwórczego pomieszanego z jednolitym szczękiem oręża licznych przeciwników w czasie zaciekłej potyczki. Dźwięk nie był nazbyt donośny, ani też szczególnie natarczywy, niemniej wydawał się misiom złowieszczy.
- A nie mówiłem, że to kosmici – pisnął Miś.
- Zamknijże już pysk. Idziemy.
Bębenek wsunął za pas sekator, w rękę wziął siekierę. Trumniś początkowo przymierzał się do motyki, ale uznał, że ma za długi styl i fechtunek nią nie będzie poręczny. W końcu zdecydował się na długi wojskowy nóż ze złamanym czubkiem i saperkę.
- Idziemy boczną przecinką – zaordynował Koala. – Stamtąd dobrze widać bramę i główną aleję, a jest za wąsko, żeby coś wjechało. W drugą stronę jest prosta droga do tylnego wyjścia. Jakby co, spierdalamy prosto do lasu.
Trumniś zaakceptował plan bez słowa. Gestem wskazał tylko na bukłak z eukaliptusówką.
- Dobra – zgodził się Kolala. – Tylko z umiarem.
Wypili po dwa tęgie łyki i chyłkiem ruszyli w kierunku niepokojących dźwięków. Bez przeszkód mijali kolejne altanki i gołębniki, ogołocone z plonów parcele i zatrzymali się za domkiem na działce bezpośrednio przylegającej do parkingu. Z niemałą trwogą zauważyli, że okolica wjazdu w dalszym ciągu spowita była gęstym dymem, którego kłęby jeszcze bardziej poszerzyły swoją objętość docierając już do domu weselnego i dalej pełzły w głąb głównej alei. Zasnuwały też już niemal cały parking niebezpiecznie zbliżając się do kryjówki przyjaciół.
- Widzisz coś? – spytał Koala.
- A gówno tam widzę – odparł Trumniś. – Przecież toto jest gęste jak jakaś, kurwa, bo ja wiem, maź, czy coś takiego. Na pewno to nie dym, ani para. Kosmiczna maź. O właśnie, to jest pewnie to. Spierdalajmy lepiej do lasu, jak było ustalone.
- Czekaj, czekaj. Nie po to mnie tu zatrudnili, żebym uciekał przy jakiejkolwiek okazji.
- Jakiejkolwiek?
- To może być tylko zwykła mgła – dodawał sobie otuchy Bębenek. – Koloryzujesz przez to, że masz pełne portki.
- Srasz w barszcz, tyle ci powiem – syknął Miś. – Mówię ci, żeby dać dyla póki można.
- Uciec zawsze zdążymy. Trzeba się upewnić, że to coś groźnego. Bo co potem powiem szefowi? Że uciekłem, bo była mgła? Wyjebią mnie od razu na pysk. I co wtedy zrobimy? Zima idzie, tu mamy przynajmniej gdzie przebiedować. Może nie w luksusie, ale przynajmniej jest ciepło i na łeb nie leci.
Trumniś fuknął, parsknął, oblizał usta, sapnął i z nadąsaną miną splótł łapki na piersi.
- Dobra, chuj z tym – warknął po chwili. – Niech będzie. Ale żebyś pamiętał, że ja byłem od razu za odwrotem. To co robimy?
Koala jednym okiem obserwował rozterki kamrata, główną uwagę skupiając na niecodziennych wydarzeniach. Coś mu podpowiadało, że Miś ma rację i najlepiej, jakby dali dyla. Z drugiej strony dręczyło go nie tyle poczucie obowiązku, co troska o zapewnienie im w miarę godziwych warunków na przezimowanie. A żeby to zrobić, muszą stawić czoła nieproszonym gościom, kimkolwiek są.
Wariant z kosmitami Koala zdecydowanie odrzucał. Nigdy nie słyszał o kosmitach najeżdżających z inwazją na domki działkowe. Spodziewał się jednak, że nocne odwiedziny faktycznie nie niosą ze sobą nic dobrego.
Rozterki przerwał mu Trumniś.
- Weź no toto może dźgnij czymś, albo co – rzekł bez przekonania. – Rzucić może lepiej…
Koala bez słowa rozejrzał się po okolicy i szybko odszukał sporego otoczaka. Zwarzył go w łapce.
- Ciężkawy – stwierdził bez przekonania.
- Wal – podjudzał Miś.
- Jak trafię w łeb, to utłukę na miejscu.
- I dobrze – zachęcał gorliwie Trumniś. – Niech się nie pałętają po nocy. Będzie dla innych przestroga. Zresztą – pewnie mają hełmy albo te takie baniaki kosmiczne. Mówię ci, wal na pewniaka.
Bębenek pokiwał głową bez przekonania, wziął potężny zamach i cisnął kamień nadając mu wysoki, paraboliczny lot, który obaj obserwowali z przejęciem dopóki kamień nie zniknął w tłustych kłębach. Sekundy oczekiwania na efekt dłużyły im się okrutnie, gdy wreszcie zakończył je brzdęk tłuczonego szkła.
Trumniś skrzywił się w grymasie zdradzającym intensywne myślenie nakierowane na oszacowanie celu, jaki osiągnął rzucony przez Koalę kamień.
- Szklarnia starego Korpikiewicza – ocenił.
- Jebał to pies – jęknął Bębenek.
- Mamy przesrane.
- E tam, może nie – pocieszał się Koala. – Zgoni się na gówniarzy.
- W sumie, racja. Albo na ślepe ptactwo.
W tym momencie coś okrutnie huknęło, aż ziemia zadrżała, tym razem dużo mocniej niż poprzednio. Misie podskoczyły na kilka centymetrów, z pobliskich altan posypały się szyby, z oddali zawyły samochodowe alarmy.
Przypadli do ziemi z szeroko rozwartymi oczami.
- Ptactwo? – jęknął Bębenek – To chyba ślepe kondory by musiały być, albo przynajmniej jakieś, kurwa, ja wiem, głuszce.
- Sam żeś głuszec, spierdalajmy!
- Spierdalajmy!
Rzucili się w kierunku lasu nie tracąc czasu na dalsze dywagacje. Gdy wypadli na prostą alejkę prowadzącą do tylnej bramy Trumniś odwrócił się przez ramię.
- O nie – jęknął. – To za nami lezie!
Główną aleją sunęły wylewające się z bocznych dróżek sine jęzory plastycznej mgły. Kłęby przybierały różne nieforemne, szybko zmieniające się kształty. Przyspieszyli tempa, ale mimo to dzielący ich od pościgu dystans szybko się kurczył. Słyszeli też nawoływania i pohukiwania, z głębi mazi dobiegał wzbierający na intensywności mechaniczny zgrzyt i metaliczny łomot.
Dopadli ogrodzenia. Koala bezskutecznie kilkukrotnie szarpnął bramą.
- Kurwa nie wierzę – jęknął. – Nie dość, że zamknięte na kłódkę, to jeszcze góra owinięta drutem kolczastym!
- Sam żeś zamknął i owinął – skwitował Trumniś. - Już po nas.
Bębenek obejrzał się z trwogą. Tempo rozprzestrzeniania złowrogich oparów jakby lekko zwolniło, głosy pokrzykiwań też nieco ucichły. Misiowi wydawało się, że zelżał również zgrzyt i łomot.
Wstąpiła w niego nadzieja.
- Nie tak łatwo nas załatwią – syknął.
Wydobył zza pasa siekierę i zaczął zapamiętale rąbać przęsło ogrodzenia. W duchu dziękował, że właścicielem parceli przylegającej w tym miejscu do ogrodzenia nie był żaden ślusarz, tylko poczciwy stolarz Klimkowski. Działkowiec fantazyjnie wykonał swoją część płotu w większości z naturalnych, głównie drewnianych elementów, które teraz nie stawiały większego oporu atakom Koali.
Widząc efekty pracy przyjaciela, Trumniś rzucił się ku ziemi i zaczął z furią wywijać saperką. Po niespełna minucie intensywnych działań Bębenek przecisnął się przez wyrąb w ogrodzeniu, pod którym w tym samym czasie przepełznął Trumniś.
Dysząc mocno przebiegli przez gruntową drogę dzielącą ogródki działkowe od małej polanki i zatrzymali się, by złapać oddech i ocenić sytuację.
- Chyba się zatrzymało – powiedział z ulgą Koala próbując przeniknąć ciemność. – Mało się nie zerżnąłem w pory.
- Jak tu zostaniemy – rzekł Miś – to jeszcze zdążysz się zesrać z nawiązką.
Przebiegli truchtem łączkę i po chwili skryli się pomiędzy drzewkami świerkowego zagajnika poprzedzającego wysoki las. Koala wyciągnął z kieszonki baniaczek z nalewką i mocno ją przechylił pozwalając, by piekący gardło trunek uspokoił skołatane nerwy.
Popatrzył w gwiazdy.
- Cholerne meteoryty – westchnął.
- Jakie znowu meteoryty? – zainteresował się Trumniś.
- Widziałem trzy dziś wieczorem. Przelatywały nad naszą altanką.
Malec poderwał się na krótkie nóżki.
- Jakie meteoryty?! – pisnął. – To ani chybi były ich statki kosmiczne! Czegoś od razu nie powiedział? Zaraz byśmy dali nogę zamiast narażać życie?!
Koala machnął ręką i podał manierkę przyjacielowi. Trumniś osuszył ją bez komentarza, otarł usta i pokiwał głową.
- Ja tam nie wracam – rzekł oddając puste naczynie. – W dupie to mam. Zima zimą, ale wolę odmrozić dupę w lesie, niż dać się porwać jakimś sukinsynom. Kurwa, w życiu nie zapomnę tego mlaskania i jazgotu. Nie wiem, co to były za poczwary i nie chcę wcale wiedzieć.
Koala wyjrzał zza drzewka. Dym z pewnością zelżał, ale w dalszym ciągu przesłaniał widok, a jego smugi widoczne były w różnych rejonach ogródków.
- Sam nie wiem – powiedział. – Może trzeba było chwilę dłużej poczekać, przekonać się, kto to jest.
- Tak? – parsknął Miś. – I co jeszcze? Mówię ci, że to byłaby najgłupsza rzecz z możliwych. Przecież sam słyszałeś te nieludzkie dźwięki rodem z piekła. Chciałbyś trafić na stół i być poddany wiwisekcji?
Koala poskrobał się po żebrach. Przez myśli przeszło mu wspomnienie okresu, jak dręczący go cyrkowcy wszczepili mu bębenek i zmuszali do katorżniczej pracy. To było dla niego nieludzkie. A jakieś tam zgrzyty i jęki?
Z powątpiewaniem pokiwał głową.
- Nie mów nic! – ubiegł jego komentarz Trumniś. – Już widzę, że chcesz tam leźć z powrotem.
- Bo chcę.
- Litości….
- Ty nie musisz iść – upierał się Koala. – Sam pójdę.
- Sranie w banie. Jak ty pójdziesz, to ja też. Przecież cię nie zostawię. Jesteśmy w końcu przyjaciółmi, co nie?
- Pewnie.
- No widzisz – nie poddawał się Trumniś. – To żebyś miał świadomość, że jeśli coś mi się stanie, to będziesz mnie miał na sumieniu.
- Upraszczasz sprawę.
- Bo jest prosta, więc po cholerę ją komplikować.
- Może i racja – zgodził się Bębenek. – Ale skoro tak, to dlaczego mamy robić to co ty chcesz, a moje potrzeby mamy olać. Może jakiś kompromis by się przydał?
Trumniś tupnął i pierdnął głośno. Przewrócił oczami i wsunął rękę w spodenki.
- No żesz w cholerę – jęknął. – Znowu wata mi wylazła.
Koala przywykł już, że jego kamrat miewa niecodzienne przypadłości, cierpliwie czekał, więc aż doprowadzi się do porządku.
- No i dobra – powiedział po chwili Miś. – Jak chcesz kompromisu, to zróbmy tak. Poczekajmy do świtu i jak już będzie cokolwiek widać, to wrócimy zobaczyć, co i jak. Ale nie każ mi tam łazić po ciemniaku!
Bębenek przez chwilę rozważał propozycję, uznając w końcu, że nie jest najgorsza.
- Do brzasku jeszcze parę godzin – powiedział. – Co proponujesz?
- Co proponuję? – ucieszył się malec. – Już ci mówię. Pójdziemy na metę do starej Rysiakowej, weźmie się na kreskę ze sześć win i jakoś przeczekamy do brzasku. Możemy się ulokować w tej piwnicy, co piją tam te murarze, co remontują dom kultury.
- No, jest to jakiś pomysł.
*
- Te! Niedźwiadek! – Koalę wyrwał z niespokojnego snu skrzeczący męski głos. – Ranna zmiana przyszła!
Bębenek wolno otworzył oczy. W głowie mu huczało od nocnych emocji i, przede wszystkim, od wypitego wina. Leżał na prowizorycznej ławeczce skleconej z desek i pustaków. Przez usytuowane tuż pod stropem otwory okienne sączyło się blade światło chłodnego dnia. Nieopodal, w tekturowym kartonie po wódce, gramolił się Trumniś, najwidoczniej również dopiero co obudzony.
- I czego ryczysz – parsknął do rechoczących mężczyzn. – Wyspałeś się w domu, toś cwaniak.
- Dobra, dobra, niedźwiedź – powiedział jeden z murarzy o twarzy rumianej jak świński sut. – Mata tu po kanapce z kiełbasą i przesuńta się trochę, bo kulasy mnie bolą, jakby na grypę szło.
Robotnicy usiedli na zwolnionej przez Koalę powierzchni ławeczki. Było ich trzech. Dwóch wcześniej już przez misie poznanych oraz jeden, którego widzieli po raz pierwszy.
Mężczyźni odkorkowali butelkę wódki i puścili w obieg blaszany kubek.
- Ja nie mogę – odmówił Bębenek. – Muszę zaraz do roboty lecieć, możliwe, że z samym szefem będę gadał.
- A, ty mały?
Trumniś odruchowo sięgnął po kubek, ale widząc karcące spojrzenie przyjaciela również odmówił.
- To po kanapce chociaż zjedzta.
- Ja to muszę się najpierw wyjszczyć – powiedział Koala wychodząc na zewnątrz.
Stanął pod starą lipą i długo folgował pęcherzowi. Był wczesny sobotni ranek. Do godziny formalnego urzędowania w stróżówce przy bramie zostało jeszcze pewnie ze dwie godziny. Odetchnął głęboko kilkukrotnie, zrobił parę wymachów i przysiadów. Nie czuł się wcale tak źle, jak na wstępie zakładał. W końcu pędzone na mecie poślednie wino nie raz już wywoływało w jego organizmie rewolucje. Widać tym razem trafili na lepszy sort.
Gdy wrócił do piwnicy Trumniś akurat kończył opróżniać kubek.
- Ty – powiedział do Koali – nie uwierzysz. Zdzisiek – tu wskazał na jedynego nieznajomego – twierdzi, że robił w nocy u nas na działkach.
- Że co? – zainteresował się Bębenek. – Że niby jak? Gdzie? Co?
- A pewnie – potwierdził entuzjastycznie robotnik. – No jak, gdzie? Przecież działki tu niedaleko jedne tylko są.
- No dobra – przyznał Koala. – A co konkretnie tam robiliście?
- Składaliśmy jakieś huśtawki i taki podest. Dla artystów.
- Huśtawki? – pod Bębenkiem ugięły się kolana, bo przypomniał sobie, że faktycznie szef wspominał mu coś o placu zabaw. Był pewien, że to w przyszłym tygodniu miało być. Musi bezwzględnie ograniczyć eukaliptusówkę i fajeczkę. – Ale jaki podest dla artystów?
- No jaki, jaki – poirytował się mężczyzna. – Normalny. A nawet to estrada prawie. W sumie robota jak robota, ale to co się tam, kurwa, działo tej nocy, to takie zwyczajne nie było. Ledwo z życiem żem uszedł.
- No ja myślę, że nie było to zwyczajne – bąknął pod nosem Miś.
- Opowiadaj – ponaglał Koala.
- Polej no Mietek, bo podeschłem, a gawęda się szykuje – Zdzisiek przechylił kubek i oddał go koledze. – No to zasadniczo robota miała być szybka i prosta. Ale jak to bywa z tymi od rozrywki, szybko wyszło na jaw, że tak nie będzie. Już na samym początku się okazało, że stróż gdzieś zapił i bramy nie miał kto otworzyć. To żeśmy musieli Boschem ciąć, a nie szło łatwo, bo nie dość, że kątowniki grube, to jeszcze wszystko łańcuchem oplecione, jakby to warownia jakaś, kurwa jego mać, była co najmniej. Pewnie skargi będą, bo jazgot był fest. Ale to, to jeszcze chuj.
- No! I co i co? – dopytywał podekscytowany Trumniś nie bacząc, że Koala pobladł niebezpiecznie.
- No bo zanim żeśmy w ogóle zaczęli z tą bramą walczyć, to przyjechały te cwaniaki od tych laserów i dymów. Kurwa cały tir z przyczepą, jakby Iron Maiden miał grać. Coś im się tam rozjebało, ktoś czegoś nie zamocował jak należy, nie wiem, nie znam się. W każdym bądź razie na samym początku, to rozdupczyło im taką wielką bekę z gazem, co się z niego te dymy sceniczne robi i się toto po całych działkach rozniosło. Kurwa! Nic nie było widać, a tu roboty w chuj, czasu mało. Niczego znaleźć nie szło, nawoływaliśmy się jak, kurwa, na morzu. Polej.
Puścili kolejny kubek w kółeczko i zapalili papierosy, wpatrując się z ekscytacją w Zdziśka, jakby miał za chwilę objawić boską prawdę.
- No bo weź Boschem rób, jak, kurwa nic nie widzisz! – podjął. – W końcu taki jeden cwaniaczek w kamizelce z sarny mówi, że on nam zaraz to wszystko rozświetli. Wywlekli taki jebutny reflektor, a z niego zaraz jak nie jebnie po oczach, to myślałem, że mi przez oczodoły włosy na potylicy spali. Kazaliśmy im z tym spierdalać. Felek Dziewiątkowski to chyba nawet toto kopnął, bo jebło po niebie i zabulgotało jakby czkawki dostało i chyba się w piździec spaliło na amen. Ten w sarnie zaczął coś zygać, to i w końcu po pysku zebrał od naszego majstra i zrobiło się nerwowo. A wszystko w tym dymie, co niby go nie czuć, a włazi wszędzie i drażni. Jakby się tam bitka zaczęła, to mówię wam, że nie wiadomo by było, kogo napierdalać. Potem uruchomili jakieś takie gówno, co miało z powrotem te dymy zassać, a chuja to dało, tylko toto drżało, że aż flaki chodziły i mało kolana nie powypadały. Mało tego, jakieś tam liny im jeszcze puściły i jak weźmie w końcu z tej przyczepy coś nie jebnie! Huk był taki, że szyby poleciały w okolicy i wyć auta zaczęły z kilometr dalej.
- O ja pierdolę – jęknął Koala.
- No! Niezłe jaja – zarechotał Trumniś.
- A żebyś wiedział – zarechotał Zdzisiek. – I chociaż dobrze, że im tych wszystkich fajerwerków, co tam mieli, nie wywaliło, bo normalnie jak na wojnie by było. A i tak bez ofiar się nie obeszło. Paru chłopaków se tam porozpiżdżało ręce i nogi, jednego to trzeba było do szpitala odwieść, bo się w szklarnie jakieś wpierdolił i porżnął se mordę. Kurwa, mówię wam! Kasa niezła wpadła, ale następny raz, to pierdolę taką robotę.
Trumniś, wychyliwszy podczas relacji trzy kubeczki wódki, nabrał rumieńców i wyraźnie poprawił mu się humor.
- Te, niedźwiadek!? – zagaił przyjaciela. – Słyszałeś? Nic się, kurwa, nie stało! To oni tego jazgotu narobili, a myśmy myśleli, że…
Nie dokończył. Koala zatkał mu usta dłonią, capnął wierzgającego pod pachę i sucho się pożegnawszy wywlókł na powietrze.
- Ciebie to, w pizdu, śmieszy? – pomstował. – Tyś chyba na łeb upadł na amen! Przecież wszystkie te straty na moje konto pójdą! Po to mnie tam w końcu zatrudnili, żebym pilnował porządku, a nie demolował mienie!
- O co ci chodzi!? – protestował Trumniś, który postawiony na ziemię biegł teraz mocno gestykulując za szybko kroczącym Koalą. – Nie potrafisz dostrzec plusów?
- No jakoś nie!
- No przecież myśleliśmy…
- Ty myślałeś!
- Kurwa, tak, ja myślałem. I ja ciebie zmusiłem do rozpiżdżenia płotu siekierą, tak?
Koala nie odpowiedział.
- Przecież sądziliśmy – kontynuował malec – że to inwazja, a okazało się, że to tylko robotnicy narobili hałasu. To chyba lepiej nie?
- Milcz, kurwa! Nie odzywaj się nawet jednym słowem, bo gwarantuję ci, że dla ciebie lepsza byłaby inwazja i żeby cię porwali na eksperymenty, kurwa, na Marsa!
Drogę dzielącą ich do działek pokonali już w milczeniu, nie licząc pomstowania Koali. Już z daleka widać było, że coś się wydarzyło na ogródkach, bo wszędzie stały auta, między innymi policja, straż pożarna, pogotowie gazowe i jakieś inne, których Bębenek nie rozpoznał. Przed bramą zebrała się grupka mężczyzn, wśród nich kierownik kompleksu, przewodniczący związku działkowców, komendant policji, oficer straży pożarnej, stary Korpikiewicz i stolarz Klimkowski.
Na widok zbliżających się misiów wszyscy jak jeden mąż rzucili się w ich kierunku wygrażając pięściami i pomstując.

- No i masz, kurwa, swoją inwazję – stwierdził Koala szykując się do konfrontacji.

Brak komentarzy: