Inwazja
Bębenek
Koala stosunkowo łatwo adaptował się do nowych sytuacji, a
przyjaźń z Misiem Trumnisiem, choć niełatwa, pozwalała mu
pokonywać kolejne życiowe zakręty.
Od
kilku miesięcy mieszkali razem w altance na terenie ogródków
działkowych, gdzie Koala podłapał fuchę stróża. Posada była
licho płatna, ale za to robota lekka i bezstresowa. Wydawało się,
że misie na dłuższy czas ustabilizują swoje życie. Niestety
stało się inaczej.
Pierwsze
problemy zaczęły się wraz z nastaniem jesieni, kiedy to
działkowicze zaczęli zbierać swoje plony. Owoce znikały z drzew i
krzewów, warzywa z grządek, kwiaty z rabatek, ziemia była
rozkopywana, płonęły ogniska. Na terenie ogródków pojawiało się
mnóstwo nieznanych misiom osób. Brama przez cały dzień była
otwarta, wjeżdżały i wyjeżdżały auta osobowe i furgonetki
wyładowane urobkiem.
Koala
pilnował, by na teren działek nie dostawały się pojazdy, których
właściciele nie mieli opłaconego rocznego abonamentu za dzierżawę
ziemi. Z każdym dniem było to coraz trudniejsze. Działkowicze
przywozili pomocników, wynajmowali firmy zewnętrzne, których
pracownicy pilnowali zbiorów, załadunku i transportu. W takich
okolicznościach łatwiej było przedostać się na teren ogródków
osobom nieupoważnionym, różnego rodzaju złodziejaszkom i
szabrownikom, którzy kradli nie tylko plony, ale też plądrowali
szklarnie, domki i altany. Do tego zrobiło się nieprzyjemnie
chłodno, w powietrzu panowała dojmująca wilgoć, doskwierały
pierwsze przygruntowe przymrozki. Praca powoli zaczynała misie
męczyć.
Któregoś
wieczora siedzieli w altance ogrzewając zmarznięte łapki nad
płomieniem lampki olejowej. Zamierzali poważnie porozmawiać na
temat podziału prac w sezonie zimowym.
-
A co tu ustalać? – powiedział Trumniś. – Bramę się zamknie
na stałe, nie tak jak teraz, że tylko na noc. Kto w zimę będzie
na działki przyjeżdżał? Czeka nas luźny okres, który nam się
należy jak psu jaja. Zwłaszcza po tej harówce.
-
No nie tak do końca – stwierdził Koala pociągając z manierki
eukaliptusówkę. – Mogą przyjeżdżać ziemię użyźniać,
altanki nowe stawiać, narzędzia jakieś przywozić lub wywozić.
Nie można ot tak zamknąć bram i ludzi nie wpuszczać.
Miś
przejął naczynie i pił długo, zbierając myśli.
-
Ja bym tam ustalił godziny – stwierdził ocierając usta. – Na
przykład wjazd tylko do południa, albo jakoś tak.
-
Jakbyś był właścicielem – burknął Bębenek – to byś mógł
tak zrobić, a tak to…
-
Kurwa, sfajczyłem sobie futro! – krzyknął Trumniś cofając
dymiącą łapkę. – O ja pierdolę! I co ja teraz zrobię?
Jeszcze, kurwa, na zimę!
-
Spokojnie, przecież odrośnie…
-
Gówno odrośnie! Jak odrośnie!? Przecież ja jestem pluszowy!
-
Jak wódka jest do wypicia, to nie narzekasz, żeś sztuczny, tylko
chlejesz bez umiaru.
-
To co innego!
-
Ta, ciekawe czemu? – zirytował się Koala. – Powinny ci już
dawno zgnić trociny.
-
Po pierwsze, to nie trociny, tylko watolina – obruszył się malec
– A po drugie, to wcale tak nie działa!
-
A no widzę, widzę. Dlatego nie rozumiem, czemu miałaby ci nie
odrosnąć sierść? Poza tym, to dobrze pamiętam, jak się na
wiosnę po pijanemu ogoliłeś. I co? Przecież odrosło.
-
To nie to samo, mówię przecież – upierał się Miś.
-
Gówno prawda. Szukasz tylko powodu, żeby do roboty nie iść. A tu
jeszcze sporo do zrobienia jest. Trzeba ustalić nocne dyżury.
-
Nocne dyżury! Chybaś na bęben upadł!
-
Najprościej będzie co drugi dzień – planował Koala.
-
Ja się nie nadaję do pracy na mrozie!
-
Albo mijanego – kalkulował Bębenek, nie zwracając uwagi na
protesty przyjaciela – całymi tygodniami. Mnie tam obojętne.
-
Czy ty mnie słuchasz? – wściekał się Miś. – Ja w zimę nie
pracuję!
-
Może i lepiej będzie tygodniami. Łatwiej się wdrożyć, złapać
rytm.
Trumniś
wstał i wyciągnął z szafki butelkę malinowego wina. Odkorkował
i przechylił. Po kilkunastu sekundach odstawił puste naczynie.
-
Co to miało być? – obruszył się Bębenek.
Miś
czknął i spojrzał na Koalę błyszczącymi oczami.
-
Jak tak sprawę stawiasz – powiedział – to sam se dyżuruj. Ja
to pierdolę. Zapadam w sen zimowy.
To
powiedziawszy runął na posłanie i zagrzebał się w pierzynie.
Koala
machnął ręką i bez słowa wyszedł z altanki.
Otaczała
go gwieździsta noc. Wiał lekki, ale kłujący ciało zimny wiatr,
powietrze przesycone było zapachem ziemi i dymem dogasających
ognisk. Bębenek poparzył na Księżyc. Przypominał mu dzieciństwo.
-
Pewnie miły z niego gość – mruknął.
Usiadł
na ławeczce i rozmarzył się wpatrując w odległe konstelacje.
Ileż tajemnic skrywało się we wszechświecie? Bezgraniczna ilość.
Wydobył z kieszonki puzderko z mieszaniną różnej zieleniny
wyselekcjonowanej metodą prób i błędów. Nabił maleńką
wrzoścową fajeczkę i mocno się zaciągnął. Odczekał, aż oczy
niemal wyszły mu z orbit i wypuścił kłąb niebieskawożółtego
dymu. Odprężył się. Gruby, pikowany serdak przyjemnie grzał, ale
nie aż tak, by nie mogło być lepiej. Pociągnął łyk
eukaliptusówki, pyknął z cybucha, tym razem mniej łapczywie,
puścił kilka kółek. Zapadł w drzemkę.
Obudziło
go niesione echem metaliczne dudnienie. Przetarł piąstkami oczy i
wsłuchał się w odgłosy nocy. Cisza. Rozejrzał się, ale nie
zaobserwował niczego ciekawego. Za to dostrzegł kropkę szybko
przesuwającą się po nieboskłonie. Początkowo wziął ją za
samolot, ale za świetlistym punktem pojawił się następny, a za
nim jeszcze jeden. Lubił wszelkie zjawiska astronomiczne, komety,
meteoryty, drogę mleczną. Komety, co prawda, nigdy jeszcze nie
widział, ale był pewien, że jest fajna. Spadające gwiazdy już
obserwował. Bardzo go fascynowały.
-
Śliczne – szepnął.
Punkciki
zniknęły przesłonięte konarami sędziwej gruszy, która
rozpościerała swoje ramiona na sąsiedniej działce. Ponownie
rozległ się metaliczny zgrzyt i kołatanie łańcucha.
-
Ki chuj? – bąknął.
Przez
chwilę siedział nieruchomo zastanawiając się nad tym, co
usłyszał. Jego powieki wolno rozszerzały swój obwód, a gdy
osiągnęły maksimum swoich możliwości poderwał się na nogi.
-
Wstawaj! – krzyknął wbiegając do altanki. – Złodzieje!
Z
barłogu odpowiedziało mu sapnięcie.
-
Wstawaj, do kurwy nędzy, mówię! Złodzieje wyważają bramę!
-
Hę?
-
Szybko! Ukradli baniak z bimbrem!
Okamgnienie
później Trumniś stał obok Koali.
-
Krwi – wycedził przez zaciśnięte usta. – Wyrwali mnie z
zimowego snu. Żeby znowu usnąć będę musiał wypić wiadro.
Ruszyli
ku bramie znanymi na pamięć ścieżkami. Po kilku minutach
przycupnęli w kępie agrestu rosnącego gęsto wokół domu
weselnego, bezpośrednio za parkingiem poprzedzającym bramę
wjazdową.
Drogę
rozświetlała zielonkawo-mleczna poświata, podobna do porannej
mgły. Z jej wnętrza dzwoniły i brzęczały łańcuchy i kłódki,
coś zgrzytało, warczało i jęczało mechanizmem silnika. Gęste,
tłuste smugi nie pozwalały przyjaciołom dojrzeć przyczyny hałasu.
Koala
sapnął.
-
I cóż tak dyszysz? – fuknął Trumniś.
-
Milcz i patrz.
Pośród
pączkujących kłębów coś się czaiło. Póki co było jeszcze
niewidoczne, ale było na pewno.
-
Wycofujemy się – zdecydował Bębenek.
-
Ja chcę walczyć!
-
Zamknij pysk i rób, co mówię.
Okrążyli
budynek, przemknęli wzdłuż żywopłotu do pobliskiej altanki i
dalej za nią aż do ogrodzenia, skąd mieli dobry widok na bramę.
-
My się tu kryjemy, a w tym czasie wychleją nam cały baniak –
jęknął Miś.
-
Nie wychleją.
-
A skąd ta pewność? Ja bym od razu wychlał.
-
Nie wychleją, bo nie mają co – powiedział spokojnie Koala.
-
Jak to? Że co niby to ma znaczyć?
-
Nie ukradli baniaka. Tak tylko powiedziałem, żebyś się wylągł.
Miś
splunął. Zanim zdołał wylać żółć, z kłębów wystrzelił ku
niebu jasnoniebieski snop skrzącego światła.
-
O ja pierdolę! – pisnął Trumniś kuląc głowę w ramionach. –
Co to, kurwa, jest?
Bębenek
starał się nie okazywać strachu.
-
Pewnie jakiś reflektor im się przekrzywił – rzekł. – Taki
szperacz, albo punktowiec, jak na estradzie.
-
Im, to znaczy komu? I na jakiej, kurwa, estradzie? Mózg ci chyba
oślepiło!
-
Nie pyskuj, tylko obserwuj.
Tymczasem
słup światła kilkukrotnie zadrżał i zafalował pulsując, niczym
potężny wąż połykający jedną po drugiej kilka zdobyczy, po
czym zniknął równie nagle, jak się pojawił. Po chwili coś
głośno zawarczało, jak silnik potężnego traktora, aż zaczęła
drżeć ziemia. Nie był to mocny wstrząs mogący przewrócić
człowieka, ale jednak dał się wyraźnie odczuć.
-
Ja to bym jednak stąd najchętniej spierdolił – szepnął
Trumniś.
-
Przecież jesteśmy stróżami – odparł Koala, choć ton i lekkie
drżenie zdradzały, że nie jest do końca przekonany o konieczności
trwania na posterunku.
-
Martwy stróż nikomu się nie przyda – stwierdził Miś. –
Proponuję przegrupować się do bazy i zrewidować plan działania.
O ile jakiś w ogóle mieliśmy.
Bębenek
nerwowo podrapał się po brzuszku.
-
Wyjątkowo się zgodzę – powiedział.
Kilka
sekund później gnali na przełaj w kierunku altanki nie zważając
na błoto, kałuże, gałązki drzew chłoszczące ich po pyszczkach
i pnącza krzewów szarpiące futerka.
Wpadli
do altanki i zaczęli gorączkowo przeszukiwać kufer z narzędziami.
-
Kurwa nic tu nie ma – jęczał Trumniś. – Grabie, saperka,
sekator, motyka… Już po nas.
-
Przestań ględzić.
-
Co przestań, co przestań? Jak mam niby skrzesać w sobie entuzjazm
wobec czekającej mnie konfrontacji z kosmitami, skoro do obrony mamy
tylko tępą motykę i zardzewiały scyzoryk!
Koala
rozejrzał się po zgromadzonych akcesoriach.
-
Nie jest tak źle – stwierdził. – Jest jeszcze bagnet, siekiera,
sierp… Coś ty powiedział?
-
Co?
-
Coś powiedział?
-
Kiedy?
-
Kurwa! – huknął Bębenek. – O tych kosmitach? Skąd taki
pomysł? Odbiło ci, czy co?
-
Odbiło mi? Mi odbiło? A co to według ciebie jest? Szabrownicy
przylecieli helikopterem, żeby ci buraki podpierdolić?
-
Jakim znowu helikopterem? Przecież nie widziałeś…
-
Cicho, cicho – przerwał Trumniś. – Słyszysz to?
Znieruchomieli
wsłuchując się w odgłosy nocy. Drżenie ziemi nie było tu
odczuwalne, ale od strony bramy słychać było jednostajne buczenie,
coś na podobieństwo pracującego agregatu prądotwórczego
pomieszanego z jednolitym szczękiem oręża licznych przeciwników w
czasie zaciekłej potyczki. Dźwięk nie był nazbyt donośny, ani
też szczególnie natarczywy, niemniej wydawał się misiom
złowieszczy.
-
A nie mówiłem, że to kosmici – pisnął Miś.
-
Zamknijże już pysk. Idziemy.
Bębenek
wsunął za pas sekator, w rękę wziął siekierę. Trumniś
początkowo przymierzał się do motyki, ale uznał, że ma za długi
styl i fechtunek nią nie będzie poręczny. W końcu zdecydował się
na długi wojskowy nóż ze złamanym czubkiem i saperkę.
-
Idziemy boczną przecinką – zaordynował Koala. – Stamtąd
dobrze widać bramę i główną aleję, a jest za wąsko, żeby coś
wjechało. W drugą stronę jest prosta droga do tylnego wyjścia.
Jakby co, spierdalamy prosto do lasu.
Trumniś
zaakceptował plan bez słowa. Gestem wskazał tylko na bukłak z
eukaliptusówką.
-
Dobra – zgodził się Kolala. – Tylko z umiarem.
Wypili
po dwa tęgie łyki i chyłkiem ruszyli w kierunku niepokojących
dźwięków. Bez przeszkód mijali kolejne altanki i gołębniki,
ogołocone z plonów parcele i zatrzymali się za domkiem na działce
bezpośrednio przylegającej do parkingu. Z niemałą trwogą
zauważyli, że okolica wjazdu w dalszym ciągu spowita była gęstym
dymem, którego kłęby jeszcze bardziej poszerzyły swoją objętość
docierając już do domu weselnego i dalej pełzły w głąb głównej
alei. Zasnuwały też już niemal cały parking niebezpiecznie
zbliżając się do kryjówki przyjaciół.
-
Widzisz coś? – spytał Koala.
-
A gówno tam widzę – odparł Trumniś. – Przecież toto jest
gęste jak jakaś, kurwa, bo ja wiem, maź, czy coś takiego. Na
pewno to nie dym, ani para. Kosmiczna maź. O właśnie, to jest
pewnie to. Spierdalajmy lepiej do lasu, jak było ustalone.
-
Czekaj, czekaj. Nie po to mnie tu zatrudnili, żebym uciekał przy
jakiejkolwiek okazji.
-
Jakiejkolwiek?
-
To może być tylko zwykła mgła – dodawał sobie otuchy Bębenek.
– Koloryzujesz przez to, że masz pełne portki.
-
Srasz w barszcz, tyle ci powiem – syknął Miś. – Mówię ci,
żeby dać dyla póki można.
-
Uciec zawsze zdążymy. Trzeba się upewnić, że to coś groźnego.
Bo co potem powiem szefowi? Że uciekłem, bo była mgła? Wyjebią
mnie od razu na pysk. I co wtedy zrobimy? Zima idzie, tu mamy
przynajmniej gdzie przebiedować. Może nie w luksusie, ale
przynajmniej jest ciepło i na łeb nie leci.
Trumniś
fuknął, parsknął, oblizał usta, sapnął i z nadąsaną miną
splótł łapki na piersi.
-
Dobra, chuj z tym – warknął po chwili. – Niech będzie. Ale
żebyś pamiętał, że ja byłem od razu za odwrotem. To co robimy?
Koala
jednym okiem obserwował rozterki kamrata, główną uwagę skupiając
na niecodziennych wydarzeniach. Coś mu podpowiadało, że Miś ma
rację i najlepiej, jakby dali dyla. Z drugiej strony dręczyło go
nie tyle poczucie obowiązku, co troska o zapewnienie im w miarę
godziwych warunków na przezimowanie. A żeby to zrobić, muszą
stawić czoła nieproszonym gościom, kimkolwiek są.
Wariant
z kosmitami Koala zdecydowanie odrzucał. Nigdy nie słyszał o
kosmitach najeżdżających z inwazją na domki działkowe.
Spodziewał się jednak, że nocne odwiedziny faktycznie nie niosą
ze sobą nic dobrego.
Rozterki
przerwał mu Trumniś.
-
Weź no toto może dźgnij czymś, albo co – rzekł bez
przekonania. – Rzucić może lepiej…
Koala
bez słowa rozejrzał się po okolicy i szybko odszukał sporego
otoczaka. Zwarzył go w łapce.
-
Ciężkawy – stwierdził bez przekonania.
-
Wal – podjudzał Miś.
-
Jak trafię w łeb, to utłukę na miejscu.
-
I dobrze – zachęcał gorliwie Trumniś. – Niech się nie
pałętają po nocy. Będzie dla innych przestroga. Zresztą –
pewnie mają hełmy albo te takie baniaki kosmiczne. Mówię ci, wal
na pewniaka.
Bębenek
pokiwał głową bez przekonania, wziął potężny zamach i cisnął
kamień nadając mu wysoki, paraboliczny lot, który obaj obserwowali
z przejęciem dopóki kamień nie zniknął w tłustych kłębach.
Sekundy oczekiwania na efekt dłużyły im się okrutnie, gdy
wreszcie zakończył je brzdęk tłuczonego szkła.
Trumniś
skrzywił się w grymasie zdradzającym intensywne myślenie
nakierowane na oszacowanie celu, jaki osiągnął rzucony przez Koalę
kamień.
-
Szklarnia starego Korpikiewicza – ocenił.
-
Jebał to pies – jęknął Bębenek.
-
Mamy przesrane.
-
E tam, może nie – pocieszał się Koala. – Zgoni się na
gówniarzy.
-
W sumie, racja. Albo na ślepe ptactwo.
W
tym momencie coś okrutnie huknęło, aż ziemia zadrżała, tym
razem dużo mocniej niż poprzednio. Misie podskoczyły na kilka
centymetrów, z pobliskich altan posypały się szyby, z oddali
zawyły samochodowe alarmy.
Przypadli
do ziemi z szeroko rozwartymi oczami.
-
Ptactwo? – jęknął Bębenek – To chyba ślepe kondory by
musiały być, albo przynajmniej jakieś, kurwa, ja wiem, głuszce.
-
Sam żeś głuszec, spierdalajmy!
-
Spierdalajmy!
Rzucili
się w kierunku lasu nie tracąc czasu na dalsze dywagacje. Gdy
wypadli na prostą alejkę prowadzącą do tylnej bramy Trumniś
odwrócił się przez ramię.
-
O nie – jęknął. – To za nami lezie!
Główną
aleją sunęły wylewające się z bocznych dróżek sine jęzory
plastycznej mgły. Kłęby przybierały różne nieforemne, szybko
zmieniające się kształty. Przyspieszyli tempa, ale mimo to
dzielący ich od pościgu dystans szybko się kurczył. Słyszeli też
nawoływania i pohukiwania, z głębi mazi dobiegał wzbierający na
intensywności mechaniczny zgrzyt i metaliczny łomot.
Dopadli
ogrodzenia. Koala bezskutecznie kilkukrotnie szarpnął bramą.
-
Kurwa nie wierzę – jęknął. – Nie dość, że zamknięte na
kłódkę, to jeszcze góra owinięta drutem kolczastym!
-
Sam żeś zamknął i owinął – skwitował Trumniś. - Już po
nas.
Bębenek
obejrzał się z trwogą. Tempo rozprzestrzeniania złowrogich oparów
jakby lekko zwolniło, głosy pokrzykiwań też nieco ucichły.
Misiowi wydawało się, że zelżał również zgrzyt i łomot.
Wstąpiła
w niego nadzieja.
-
Nie tak łatwo nas załatwią – syknął.
Wydobył
zza pasa siekierę i zaczął zapamiętale rąbać przęsło
ogrodzenia. W duchu dziękował, że właścicielem parceli
przylegającej w tym miejscu do ogrodzenia nie był żaden ślusarz,
tylko poczciwy stolarz Klimkowski. Działkowiec fantazyjnie wykonał
swoją część płotu w większości z naturalnych, głównie
drewnianych elementów, które teraz nie stawiały większego oporu
atakom Koali.
Widząc
efekty pracy przyjaciela, Trumniś rzucił się ku ziemi i zaczął z
furią wywijać saperką. Po niespełna minucie intensywnych działań
Bębenek przecisnął się przez wyrąb w ogrodzeniu, pod którym w
tym samym czasie przepełznął Trumniś.
Dysząc
mocno przebiegli przez gruntową drogę dzielącą ogródki działkowe
od małej polanki i zatrzymali się, by złapać oddech i ocenić
sytuację.
-
Chyba się zatrzymało – powiedział z ulgą Koala próbując
przeniknąć ciemność. – Mało się nie zerżnąłem w pory.
-
Jak tu zostaniemy – rzekł Miś – to jeszcze zdążysz się
zesrać z nawiązką.
Przebiegli
truchtem łączkę i po chwili skryli się pomiędzy drzewkami
świerkowego zagajnika poprzedzającego wysoki las. Koala wyciągnął
z kieszonki baniaczek z nalewką i mocno ją przechylił pozwalając,
by piekący gardło trunek uspokoił skołatane nerwy.
Popatrzył
w gwiazdy.
-
Cholerne meteoryty – westchnął.
-
Jakie znowu meteoryty? – zainteresował się Trumniś.
-
Widziałem trzy dziś wieczorem. Przelatywały nad naszą altanką.
Malec
poderwał się na krótkie nóżki.
-
Jakie meteoryty?! – pisnął. – To ani chybi były ich statki
kosmiczne! Czegoś od razu nie powiedział? Zaraz byśmy dali nogę
zamiast narażać życie?!
Koala
machnął ręką i podał manierkę przyjacielowi. Trumniś osuszył
ją bez komentarza, otarł usta i pokiwał głową.
-
Ja tam nie wracam – rzekł oddając puste naczynie. – W dupie to
mam. Zima zimą, ale wolę odmrozić dupę w lesie, niż dać się
porwać jakimś sukinsynom. Kurwa, w życiu nie zapomnę tego
mlaskania i jazgotu. Nie wiem, co to były za poczwary i nie chcę
wcale wiedzieć.
Koala
wyjrzał zza drzewka. Dym z pewnością zelżał, ale w dalszym ciągu
przesłaniał widok, a jego smugi widoczne były w różnych rejonach
ogródków.
-
Sam nie wiem – powiedział. – Może trzeba było chwilę dłużej
poczekać, przekonać się, kto to jest.
-
Tak? – parsknął Miś. – I co jeszcze? Mówię ci, że to byłaby
najgłupsza rzecz z możliwych. Przecież sam słyszałeś te
nieludzkie dźwięki rodem z piekła. Chciałbyś trafić na stół i
być poddany wiwisekcji?
Koala
poskrobał się po żebrach. Przez myśli przeszło mu wspomnienie
okresu, jak dręczący go cyrkowcy wszczepili mu bębenek i zmuszali
do katorżniczej pracy. To było dla niego nieludzkie. A jakieś tam
zgrzyty i jęki?
Z
powątpiewaniem pokiwał głową.
-
Nie mów nic! – ubiegł jego komentarz Trumniś. – Już widzę,
że chcesz tam leźć z powrotem.
-
Bo chcę.
-
Litości….
-
Ty nie musisz iść – upierał się Koala. – Sam pójdę.
-
Sranie w banie. Jak ty pójdziesz, to ja też. Przecież cię nie
zostawię. Jesteśmy w końcu przyjaciółmi, co nie?
-
Pewnie.
-
No widzisz – nie poddawał się Trumniś. – To żebyś miał
świadomość, że jeśli coś mi się stanie, to będziesz mnie miał
na sumieniu.
-
Upraszczasz sprawę.
-
Bo jest prosta, więc po cholerę ją komplikować.
-
Może i racja – zgodził się Bębenek. – Ale skoro tak, to
dlaczego mamy robić to co ty chcesz, a moje potrzeby mamy olać.
Może jakiś kompromis by się przydał?
Trumniś
tupnął i pierdnął głośno. Przewrócił oczami i wsunął rękę
w spodenki.
-
No żesz w cholerę – jęknął. – Znowu wata mi wylazła.
Koala
przywykł już, że jego kamrat miewa niecodzienne przypadłości,
cierpliwie czekał, więc aż doprowadzi się do porządku.
-
No i dobra – powiedział po chwili Miś. – Jak chcesz kompromisu,
to zróbmy tak. Poczekajmy do świtu i jak już będzie cokolwiek
widać, to wrócimy zobaczyć, co i jak. Ale nie każ mi tam łazić
po ciemniaku!
Bębenek
przez chwilę rozważał propozycję, uznając w końcu, że nie jest
najgorsza.
-
Do brzasku jeszcze parę godzin – powiedział. – Co proponujesz?
-
Co proponuję? – ucieszył się malec. – Już ci mówię.
Pójdziemy na metę do starej Rysiakowej, weźmie się na kreskę ze
sześć win i jakoś przeczekamy do brzasku. Możemy się ulokować w
tej piwnicy, co piją tam te murarze, co remontują dom kultury.
-
No, jest to jakiś pomysł.
*
-
Te! Niedźwiadek! – Koalę wyrwał z niespokojnego snu skrzeczący
męski głos. – Ranna zmiana przyszła!
Bębenek
wolno otworzył oczy. W głowie mu huczało od nocnych emocji i,
przede wszystkim, od wypitego wina. Leżał na prowizorycznej
ławeczce skleconej z desek i pustaków. Przez usytuowane tuż pod
stropem otwory okienne sączyło się blade światło chłodnego
dnia. Nieopodal, w tekturowym kartonie po wódce, gramolił się
Trumniś, najwidoczniej również dopiero co obudzony.
-
I czego ryczysz – parsknął do rechoczących mężczyzn. –
Wyspałeś się w domu, toś cwaniak.
-
Dobra, dobra, niedźwiedź – powiedział jeden z murarzy o twarzy
rumianej jak świński sut. – Mata tu po kanapce z kiełbasą i
przesuńta się trochę, bo kulasy mnie bolą, jakby na grypę szło.
Robotnicy
usiedli na zwolnionej przez Koalę powierzchni ławeczki. Było ich
trzech. Dwóch wcześniej już przez misie poznanych oraz jeden,
którego widzieli po raz pierwszy.
Mężczyźni
odkorkowali butelkę wódki i puścili w obieg blaszany kubek.
-
Ja nie mogę – odmówił Bębenek. – Muszę zaraz do roboty
lecieć, możliwe, że z samym szefem będę gadał.
-
A, ty mały?
Trumniś
odruchowo sięgnął po kubek, ale widząc karcące spojrzenie
przyjaciela również odmówił.
-
To po kanapce chociaż zjedzta.
-
Ja to muszę się najpierw wyjszczyć – powiedział Koala wychodząc
na zewnątrz.
Stanął
pod starą lipą i długo folgował pęcherzowi. Był wczesny sobotni
ranek. Do godziny formalnego urzędowania w stróżówce przy bramie
zostało jeszcze pewnie ze dwie godziny. Odetchnął głęboko
kilkukrotnie, zrobił parę wymachów i przysiadów. Nie czuł się
wcale tak źle, jak na wstępie zakładał. W końcu pędzone na
mecie poślednie wino nie raz już wywoływało w jego organizmie
rewolucje. Widać tym razem trafili na lepszy sort.
Gdy
wrócił do piwnicy Trumniś akurat kończył opróżniać kubek.
-
Ty – powiedział do Koali – nie uwierzysz. Zdzisiek – tu
wskazał na jedynego nieznajomego – twierdzi, że robił w nocy u
nas na działkach.
-
Że co? – zainteresował się Bębenek. – Że niby jak? Gdzie?
Co?
-
A pewnie – potwierdził entuzjastycznie robotnik. – No jak,
gdzie? Przecież działki tu niedaleko jedne tylko są.
-
No dobra – przyznał Koala. – A co konkretnie tam robiliście?
-
Składaliśmy jakieś huśtawki i taki podest. Dla artystów.
-
Huśtawki? – pod Bębenkiem ugięły się kolana, bo przypomniał
sobie, że faktycznie szef wspominał mu coś o placu zabaw. Był
pewien, że to w przyszłym tygodniu miało być. Musi bezwzględnie
ograniczyć eukaliptusówkę i fajeczkę. – Ale jaki podest dla
artystów?
-
No jaki, jaki – poirytował się mężczyzna. – Normalny. A nawet
to estrada prawie. W sumie robota jak robota, ale to co się tam,
kurwa, działo tej nocy, to takie zwyczajne nie było. Ledwo z życiem
żem uszedł.
-
No ja myślę, że nie było to zwyczajne – bąknął pod nosem
Miś.
-
Opowiadaj – ponaglał Koala.
-
Polej no Mietek, bo podeschłem, a gawęda się szykuje – Zdzisiek
przechylił kubek i oddał go koledze. – No to zasadniczo robota
miała być szybka i prosta. Ale jak to bywa z tymi od rozrywki,
szybko wyszło na jaw, że tak nie będzie. Już na samym początku
się okazało, że stróż gdzieś zapił i bramy nie miał kto
otworzyć. To żeśmy musieli Boschem ciąć, a nie szło łatwo, bo
nie dość, że kątowniki grube, to jeszcze wszystko łańcuchem
oplecione, jakby to warownia jakaś, kurwa jego mać, była co
najmniej. Pewnie skargi będą, bo jazgot był fest. Ale to, to
jeszcze chuj.
-
No! I co i co? – dopytywał podekscytowany Trumniś nie bacząc, że
Koala pobladł niebezpiecznie.
-
No bo zanim żeśmy w ogóle zaczęli z tą bramą walczyć, to
przyjechały te cwaniaki od tych laserów i dymów. Kurwa cały tir z
przyczepą, jakby Iron Maiden miał grać. Coś im się tam
rozjebało, ktoś czegoś nie zamocował jak należy, nie wiem, nie
znam się. W każdym bądź razie na samym początku, to rozdupczyło
im taką wielką bekę z gazem, co się z niego te dymy sceniczne
robi i się toto po całych działkach rozniosło. Kurwa! Nic nie
było widać, a tu roboty w chuj, czasu mało. Niczego znaleźć nie
szło, nawoływaliśmy się jak, kurwa, na morzu. Polej.
Puścili
kolejny kubek w kółeczko i zapalili papierosy, wpatrując się z
ekscytacją w Zdziśka, jakby miał za chwilę objawić boską
prawdę.
-
No bo weź Boschem rób, jak, kurwa nic nie widzisz! – podjął. –
W końcu taki jeden cwaniaczek w kamizelce z sarny mówi, że on nam
zaraz to wszystko rozświetli. Wywlekli taki jebutny reflektor, a z
niego zaraz jak nie jebnie po oczach, to myślałem, że mi przez
oczodoły włosy na potylicy spali. Kazaliśmy im z tym spierdalać.
Felek Dziewiątkowski to chyba nawet toto kopnął, bo jebło po
niebie i zabulgotało jakby czkawki dostało i chyba się w piździec
spaliło na amen. Ten w sarnie zaczął coś zygać, to i w końcu po
pysku zebrał od naszego majstra i zrobiło się nerwowo. A wszystko
w tym dymie, co niby go nie czuć, a włazi wszędzie i drażni.
Jakby się tam bitka zaczęła, to mówię wam, że nie wiadomo by
było, kogo napierdalać. Potem uruchomili jakieś takie gówno, co
miało z powrotem te dymy zassać, a chuja to dało, tylko toto
drżało, że aż flaki chodziły i mało kolana nie powypadały.
Mało tego, jakieś tam liny im jeszcze puściły i jak weźmie w
końcu z tej przyczepy coś nie jebnie! Huk był taki, że szyby
poleciały w okolicy i wyć auta zaczęły z kilometr dalej.
-
O ja pierdolę – jęknął Koala.
-
No! Niezłe jaja – zarechotał Trumniś.
-
A żebyś wiedział – zarechotał Zdzisiek. – I chociaż dobrze,
że im tych wszystkich fajerwerków, co tam mieli, nie wywaliło, bo
normalnie jak na wojnie by było. A i tak bez ofiar się nie obeszło.
Paru chłopaków se tam porozpiżdżało ręce i nogi, jednego to
trzeba było do szpitala odwieść, bo się w szklarnie jakieś
wpierdolił i porżnął se mordę. Kurwa, mówię wam! Kasa niezła
wpadła, ale następny raz, to pierdolę taką robotę.
Trumniś,
wychyliwszy podczas relacji trzy kubeczki wódki, nabrał rumieńców
i wyraźnie poprawił mu się humor.
-
Te, niedźwiadek!? – zagaił przyjaciela. – Słyszałeś? Nic
się, kurwa, nie stało! To oni tego jazgotu narobili, a myśmy
myśleli, że…
Nie
dokończył. Koala zatkał mu usta dłonią, capnął wierzgającego
pod pachę i sucho się pożegnawszy wywlókł na powietrze.
-
Ciebie to, w pizdu, śmieszy? – pomstował. – Tyś chyba na łeb
upadł na amen! Przecież wszystkie te straty na moje konto pójdą!
Po to mnie tam w końcu zatrudnili, żebym pilnował porządku, a nie
demolował mienie!
-
O co ci chodzi!? – protestował Trumniś, który postawiony na
ziemię biegł teraz mocno gestykulując za szybko kroczącym Koalą.
– Nie potrafisz dostrzec plusów?
-
No jakoś nie!
-
No przecież myśleliśmy…
-
Ty myślałeś!
-
Kurwa, tak, ja myślałem. I ja ciebie zmusiłem do rozpiżdżenia
płotu siekierą, tak?
Koala
nie odpowiedział.
-
Przecież sądziliśmy – kontynuował malec – że to inwazja, a
okazało się, że to tylko robotnicy narobili hałasu. To chyba
lepiej nie?
-
Milcz, kurwa! Nie odzywaj się nawet jednym słowem, bo gwarantuję
ci, że dla ciebie lepsza byłaby inwazja i żeby cię porwali na
eksperymenty, kurwa, na Marsa!
Drogę
dzielącą ich do działek pokonali już w milczeniu, nie licząc
pomstowania Koali. Już z daleka widać było, że coś się
wydarzyło na ogródkach, bo wszędzie stały auta, między innymi
policja, straż pożarna, pogotowie gazowe i jakieś inne, których
Bębenek nie rozpoznał. Przed bramą zebrała się grupka mężczyzn,
wśród nich kierownik kompleksu, przewodniczący związku
działkowców, komendant policji, oficer straży pożarnej, stary
Korpikiewicz i stolarz Klimkowski.
Na
widok zbliżających się misiów wszyscy jak jeden mąż rzucili się
w ich kierunku wygrażając pięściami i pomstując.
-
No i masz, kurwa, swoją inwazję – stwierdził Koala szykując się
do konfrontacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz