Bębenek
Koala
Bębenek
Koala był bardzo radosnym misiem. Ale tylko do momentu, w którym
wpadł w sidła kłusowników. Wówczas stracił swoją wrodzoną
wesołość, a jej miejsce na długi czas zastąpiły smutek, strach,
ból, zgryzoty i szereg innych nieprzyjemnych odczuć i doznań.
Zanim
do tego doszło, Koala w najlepsze bawił się wśród swoich
rówieśników, niespiesznie przechadzał się po konarach i
gałęziach eukaliptusa, przeżuwał smakowite liście i delektował
się upojnym sokiem przysmaku. I wcale nie miał na imię Bębenek.
To imię otrzymał dopiero później, gdy został schwytany przez
łowców i następnie sprzedany do cyrku. Zanim do tego doszło,
wszyscy zwracali się do niego Józio.
*
Pewnego
bardzo wczesnego ranka, gdy Koala nie był jeszcze Bębenkiem i nawet
przez chwilę w myślach mu nie zaświtało, że może się nim stać,
obudził go wuj Leon. Był wystraszony nie na żarty, cały drżał,
był blady na pyszczku, a cieniutkie, przyprószone siwizną wąsy
zwijały i rozwijały mu się nerwowo.
-
Wstawaj mały – powiedział podekscytowanym szeptem. – Myśliwi.
Józio
zerwał się najszybciej jak umiał i nie dbając o wygląd
wygniecionego futerka, ruszył za Leonem i innymi wybudzonymi już
misiami. Po jakimś czasie, mimo iż skakali po gałęziach ile tchu,
spośród odgłosów budzącej się do dziennego życia kniei, zaczął
wyłapywać niepokojące, coraz głośniejsze dźwięki kołatek
naganiaczy. Koala nigdy wcześniej ich nie słyszał, znał je
wyłącznie z opowieści, ale mimo to od razu je rozpoznał. Mącące
myśli klekotanie sprawiło, że poczuł dodatkowy przypływ sił i
gdyby był kolażem, jeszcze mocniej nacisnąłby na pedały i
pomknął jak błyskawica pozostawiając pościg daleko za plecami.
Ale że, na swoje w tym momencie nieszczęście, był tylko
zwyczajnym małym misiem, to jego nadmisiowe wysiłki niewiele
pomogły i niespełna kwadrans później leżał spętany wżynającą
się w ciało kłującą boleśnie siatką. Niedługo potem trafił
do ciasnej, brudnej klatki, cuchnącej potem, rzygowinami i odchodami
przerażenia.
Następne
dni były jak koszmar. Ciemna, duszna ładownia statku, pragnienie,
smród, płacz i lament innych dzielących jego niedolę
nieszczęśników. I przede wszystkim unoszące się ponad tym
wszystkim widmo ściskającego gardło strachu. Lęku przed tym, co
dopiero miało nadejść, co było nieznane, a, mimo to, tak
przerażało, że aż bolała cała skóra, pękały wargi i
puszczały zwieracze.
Miś
nie pamiętał ile czasu trwała katorżnicza podróż. Starał się
jak najszybciej zapomnieć o dniach trwogi, a związane z nią
wspomnienia zepchnąć w najgłębsze zakamarki świadomości. Wbrew
pozorom nie było to wcale takie trudne, bo galopujące z niesamowitą
prędkością wydarzenia o bardzo dużej wyrazistości doznań,
sprawiały, że praktycznie nie miał czasu na zastanawianie się nad
niczym innym jak tylko chwila bieżąca. Na przetrwaniu.
*
Port.
W zastępstwie fetorów dusznej ładowni, w nozdrzach misia zagościła
mieszanka smrodu zanieczyszczonej smarami i ropą morskiej wody z
paskudną wonią gnijących odpadków i odorem psującej się ryby. W
oczy kłuło od dawna niewidziane ostre światło słońca. Nie
trwało to długo, ale doznanie było wyraziste. Potem Koala znów
trafił do ciemnej skrzyni, z tym, że teraz poruszał się drogą
lądową. Ku nieznanemu. Był zmęczony, niewiele spał, a jeśli
już, to bardziej przypominało to trwanie w delirycznym letargu. A
on przecież tak bardzo kochał spać.
Nie
był w stanie określić jak długo podróżował trzęsącą się i
podskakującą ciężarówką. Dość powiedzieć, że brzuszek mocno
mu się zapadł, bo, mimo iż dostawał jedzenie, to ogólna
atmosfera wcale nie sprzyjała apetytowi. W połączeniu z
bezsennością sprawiło to, że miś był bardzo słaby,
rozkojarzony, niezdolny do logicznego myślenia i trzeźwego,
racjonalnego oceniania rzeczywistości. Nie był nawet pewien, czy to
wszystko działo się naprawdę.
*
-
Hej, mały! Obudź się!
Józio
zatrzepotał powiekami i odetchnął. A jednak to był tylko paskudny
sen. Otworzył oczy spodziewając się ujrzeć uśmiechniętą twarz
wuja Leona. Niestety zamiast niej zobaczył podłużną, skrzywioną
facjatę, jakiej nigdy w życiu nie widział. Podskoczył
przestraszony rozglądając się na boki. Niestety to nie był
koszmar. Siedzieli zamknięci w dużej, zbudowanej z drewnianych bali
klatce, w której znajdowały się różne przedziwne przedmioty. Miś
nie tylko ich nie znał, ale nigdy w życiu nie widział podobnych,
ani o takich nie słyszał.
-
Spokojnie – powiedział nieznajomy z pociągłą twarzą. – Nic
ci nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.
-
Ktoś ty? – wysapał Józio.
-
Jestem Jelonek Kaładze. Będziemy razem mieszkać i może też
pracować.
Miś
przyjrzał mu się uważnie.
-
Jelonek… jak?
-
Kaładze – powiedział uprzejmie Jelonek. – Jestem z Gruzji.
-
Acha.
Misiowi
nic nie dało wyjaśnienie. Nie miał pojęcia, co to jest Gruzja i
gdzie się znajduje. Był jednak pewien, że daleko od jego
rodzinnego eukaliptusowego lasu.
-
A ciebie jak zwą?
-
Józio – odparł grzecznie. – Józio Koala.
-
Józio? – Kaładze się skrzywił. – Trochę głupie, albo raczej
nietypowe. Chociaż. W końcu tutaj wszyscy są z przeróżnych
zakątków świata. Zresztą to nieważne. Niedługo pewnie i tak
dostaniesz nowe imię i zapomnisz o starym.
Koala
przełknął ślinę.
-
Czemu mam zapomnieć? – zapytał drżącym głosem.
-
Tu nie ma czasu na wspominanie – Jelonek pokiwał głową ze
smutkiem. – Mało kto pamięta swoje prawdziwe imię. Potrafią
często się zmienia
.
Józio
czuł jak zbiera mu się ślina, a do oczu napływają łzy. Nie
chciał jednak wyjść na mazgaja, zacisnął więc ząbki i brnął
w dialog.
-
A ty pamiętasz, jak brzmiało twoje stare imię? – zapytał.
-
Kaładze.
Miś
nieco się speszył.
-
Myślałem, że to nazwisko.
-
Nie, imię. U Jelonków jest inaczej i imię jest na końcu.
-
Jakie jest więc nowe?
-
Też Kaładze.
-
Jak to?
-
Po prostu Jelonek Kaładze. To długa historia. Trafiłem tu jako
Jelonek Kaładze, potem dali mi imię Termofor. Jelonek Termofor. To
był dla mnie ciężki okres i nie chcę o tym mówić. Teraz jestem
z powrotem Jelonkiem Kaładze, bo to podobno sprzedaje się lepiej
niż Jelonek Łoś, lub Łoś Kaładze.
Nie
trzeba było być bardzo spostrzegawczym, by domyślić się, że
jest to temat Jelonkowi niemiły. Mówił o nim pospiesznie,
chaotycznie i w sposób mocno nie składny.
Miś
słuchał dalej nie przerywając.
-
Ludzie – kontynuował Jelonek – bardziej mnie kojarzą ze starego
imienia i wolą Jelonka Kaładze w roli Łosia, niż by Łosiem miało
być cokolwiek innego, co wymieniłem ci wcześniej.
Jelonek
zamyślił się na chwilę, po czym energicznie pomachał na boki
głową i czknął nerwowo.
-
Oczywiście prócz samego Łosia – dodał. – Ale takiego tu nie
ma.
Józio
zrobił niepewną minę. Zaczął się zastanawiać, czy czasem nie
pomieszało mu się w głowie od słońca, bo nijak nie rozumiał, o
czym mówi do niego towarzysz niedoli.
-
Co to za miejsce? – zapytał przyciszonym głosem.
Jelonek
zmarszczył brwi.
-
To piekło, kochaniutki – odrzekł. – Najprawdziwsze piekło.
Koala
zaczął drżeć na dobre. Mimowolnie popuścił mocz, co jeszcze
dodatkowo negatywnie wpłynęło na jego i tak bardzo już niskie
morale. Nigdy wcześniej nie był w piekle, ale kilkakrotnie słyszał,
jak starszyzna o nim rozmawiała. Wiedział, że nie było to nic
dobrego. To było jakieś bardzo, bardzo straszne miejsce.
Jakby
na potwierdzenie podejrzeń misia, uszy przeszył mu wściekły,
przyprawiający o drżenie kości pisk.
-
Ocho – powiedział Kaładze. – Znowu kogoś przerabiają.
-
Przerabiają? – załkał Józio.
Jelonek
zrobił kwaśną minę.
-
Niestety. Mało kto ma tutaj fart pozostawania w niezmienionej
postaci.
-
Jak to?
-
Jak potrzebują czegoś, lub kogoś, kogo akurat brakuje, to
przerabiają tego, kto jest pod ręką i spełnia jakieś tam
kryteria. Tak jak w moim przypadku. Chociaż mnie, póki co, i tak
się poszczęściło. Jak już wcześniej wspomniałem, gram teraz
łosia, do którego jestem nieco podobny. Tylko rogi mi podcięli i
przed występem zakładają mi maskę z tymi łosiowymi łopatami.
Nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć. Zdecydowanie dużo
gorzej było być Termoforem.
Jelonek
wzdrygnął się i z wdzięcznością potarł racicą o spiłowane
poroże.
-
No ale dość o mnie – powiedział. – Ważniejsze, jakie mają
plany wobec ciebie.
-
Wobec mnie?
-
A pewnie. Nie myślisz chyba, że przywieźli cię tu dla twojego
uroku osobistego. Nie to żebym coś do ciebie miał, ale jesteś
tylko normalnym koalą, a to raczej nie przejdzie. Zresztą. Pewnie
niebawem się przekonasz. Tu się nie zdarza, by ktoś tak sobie
bezczynnie siedział.
Jakby
na potwierdzenie słów Jelonka, w kłódce szczęknął klucz i do
klatki weszło dwóch ludzi, trzeci pozostał na zewnątrz.
-
Bierzta tego małego zasrańca – powiedział ten ostatni. –
Pewnie już mu bańdzioł sflaczał.
Zanim
Józio zdążył zrobić cokolwiek, pochwyciły go mocne dłonie.
-
Już się, najduch, zdążył ujszczeć! – krzyknął z niesmakiem
jeden z mężczyzn i mocniej zacisnął kościste ręce.
Miś
chciał ugryźć jedną z nich, ale jej właściciel był fachowcem w
swojej profesji. Uchwyt nie dość, że był bardzo skuteczny, to
jeszcze założony w sposób, który uniemożliwiał skuteczne
kąsanie.
-
Trzymaj się! – usłyszał jeszcze głos Jelonka, zanim wrzucono go
do skórzanego worka.
*
Zatrwożony
Koala leżał na boku ze spętanymi łapkami, zwrócony pyszczkiem do
ściany. Nie widział swoich ciemiężycieli, słyszał jedynie ich
głosy.
-
Trza go chyba uśpić – powiedział jeden z mężczyzn. – Będzie
wierzgał.
-
Jak się dobrze przywiąże, to nawet nie drgnie – zaoponował
drugi.
-
E, czy ja wiem? Jeszcze się toto weźmie rozedrze gdzie nie trzeba i
pójdzie na marne. Oj, szef by się nieźle zajeżył.
-
Może i racja.
-
No to daj mu tego zaszczyka i zaczynamy.
*
Obudził
go łomot i towarzyszący mu ból. Z przerażeniem otworzył oczy.
Leżał rozciągnięty na wysokim pniaku. Jego nienaturalnie rozdęty
brzuszek był gładko ogolony, a opinająca go skóra rozciągnięta
do granic możliwości. Nity przytwierdzały ją do okrągłej
obręczy, jednym brzegiem sięgającej podbródka, drugim dostającej
kolan. Gdyby wyciągnął łapki na całą długość nie dałby rady
jej objąć. O środek brzuszka raz po raz uderzały drewniane pałki,
wydobywając z niego głośne, ale nieco głuche dźwięki.
Trzymający je mężczyzna miał skwaszoną minę.
-
Wyrobi się – powiedział drugi z ludzi przysłuchujący się
próbom. – Z początku większość instrumentów nie chce stroić.
-
Ale ten brzmi do dupy, panie Szczaw – nie zgodził się muzyk. –
To nie to samo co brak stroju.
-
Przesadzasz pan. To całkiem dobry bębenek.
-
Mówiłem, żeby kupić w sklepie zwyczajny werbel. Byłby o wiele
lepszy.
-
A kogo obchodzi zwyczajny werbel? Kto kupi bilet, żeby oglądać
starego chłopa walącego w werbel.
-
No, no!
-
Nie ma się co obruszać. Takie są fakty. Co innego taki. Sam pan
zerknij na nowe afisze.
Szczaw
sięgnął po zrolowany papier i rozwinął go zamaszystym gestem.
-
No i?
Duży
kolorowy napis głosił: „Tylko u nas! Jedyny i niepowtarzalny
Wielki Winston Panierka i jego grający miś”. Pod nim, skąpany
snopami świateł, stał muzyk wygrywający pałeczkami rytmy na
Bębenku Koali.
Twarz
Winstona Panierki rozjaśnił szeroki uśmiech.
-
No teraz, to co innego – powiedział pąsowiejąc.
-
A coś pan myślał – ucieszył się Szczaw. – Przecież tu o
gruby pieniądz idzie. Ludzie lubią takie dziwactwa. Inaczej grosza
pan nie powąchasz.
-
Pan, panie Gerardzie, to masz łeb nie od parady.
-
Ba. To jeszcze nie wszystko. Daj no pan tę pałkę. Teraz pan
uważaj.
To
powiedziawszy zamachnął się i walnął w środek brzuszka Bębenka.
Dźwiękowi towarzyszył piskliwy krzyk misia. Walnął jeszcze dwa
razy i usłyszeli dwa piśnięcia.
-
Widzisz pan – powiedział zadowolony Szczaw. – Masz pan dwa w
jednym. Tylko za często tak pan nie wal, bo jeszcze gotów popękać
i trzeba będzie szyć.
-
Jak już się wyrobi, to będzie można naparzać do woli. –
Winston pogłaskał misia po czole. – Prawda mały?
Bębenek
zemdlał.
***
-
Powtórz jeszcze raz – powiedział zatrwożony Kaładze.
-
Jelonek Kaładze w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz
Jelonek – posłusznie wyrecytował Bębenek.
-
Matko kochana – jęknął Jelonek. – Co oni chcą ze mną zrobić?
Strach
Jelonka Kaładze nie był bezpodstawny. Bębenek zacytował mu bowiem
tekst wierszyka, jaki przypadkowo usłyszał w sali prób zaraz po
jednym ze swoich występów z Wielkim Winstonem Panierką.
-
Co to może znaczyć?
-
Nie mam pojęcia – odparł Koala. – Najwyraźniej twoja rola
łosia zbliża się ku końcowi. Znudziłeś się ludziom i
przymierzają się, by przerobić cię na afrykańskiego jelonka,
cokolwiek to oznacza.
Kaładze
popatrzył na towarzysza z wyrzutem. Lubił Koalę. Ale to, niestety,
właśnie jego sukces w roli Bębenka był przyczyną spadku
popularności Jelonka Kaładze. Odkąd miś zaczął występować z
Wielkim Winstonem Panierką, ludzie zaczęli domagać się dalszych
zmian repertuaru, który był podobno zbyt monotonny i nudny.
Przynajmniej takie krążyły plotki. Kaładze początkowo nie dawał
temu wiary, ale ostatnia wiadomość przyniesiona przez Bębenka
zdawała się jednak to potwierdzać.
-
O ja pierdolę – westchnął coraz mocniej przejęty Jelonek. –
Czarną ma skórę? Tak śpiewali? Jesteś pewien?
-
Dokładnie tak – potwierdził Koala.
-
Kurwa.
-
Ciesz się, że chociaż w dalszym ciągu jelonek.
-
Też mi pocieszenie. Nie chcę być murzynem. U nas w Gruzji nigdy
nie było i nie ma murzynów. Jak w ogóle można być murzynem?
-
No nie gadaj. A jakby tak zamiast murzyna miał być, sam nie wiem,
dajmy na to krokodyl? Albo jakieś drzewo? Wyobrażasz sobie?
-
To może by wzięli kogoś innego, a nie mnie? Czemu przerabiać na
drzewo akurat Jelonka?
-
Oni śpiewali „Kaładze”. Tu chyba nie chodzi o Jelonka, tylko o
Kaładze. Poza tobą nie ma nikogo innego o tym imieniu.
-
No faktycznie.
-
Ale może chodzi o innego Jelonka Kaładze? – wtrącił Struś
Parówka, nawiasem mówiąc, biedny ptak.
Struś
był przez innych ignorowany i jego zdanie niewiele znaczyło, ale że
nikt nie mógł być pewien swojej przyszłości, od czasu do czasu
był dopuszczany do wspólnych debat. Najczęściej uwagę poświęcał
mu Goryl Równiacha, z którym Struś od kilku miesięcy występował
w duecie w bardzo popularnym wśród widzów programie
choreograficznym pod tytułem „Równość i tolerancja”. Parówka
nienawidził Równiachy, mimo iż był świadom, że to nie Goryl
wpadł na pomysł ich wspólnego występowania. Ptak podejrzewał za
to, że Równiacha lubi ten program, choć zawsze zarzekał się, że
jest inaczej.
Tym
razem to też nikt inny, tylko Goryl poparł pomysł Parówki.
-
Właśnie – zawtórował Strusiowi. – Pewnie miałeś w Gruzji
jakąś rodzinę?
Kaładze
przełknął.
-
O nie – jęknął. – Tylko nie to. Wystarczy już Jelonków w tym
przeklętym miejscu.
-
Ale to niestety możliwe – rzekł Bębenek.
Kaładze
westchnął żałośnie, ale po chwili się rozpromienił.
-
Ależ ze mnie tłumok – powiedział. – Przecież ze wszystkich
Jelonków w mojej rodzinie, tyko ja jeden miałem na imię Kaładze.
Zaraz
jednak posmutniał.
-
Czyli jednak chodzi o mnie – rzekł z rezygnacją.
-
Nie przejmuj się – próbował pocieszyć go Równiacha. – Pewnie
tylko ufarbują ci futro i później...
-
Ufarbują futro? – przerwał Jelonek. – Widziałeś kiedyś
afrykańskie Jelonki? Wiesz coś o nich?
-
No właściwie to chyba nie – przyznał Goryl. – W sumie to
dziwne.
-
Też tak myślę! – zacietrzewił się Kaładze. – Siedzicie
tylko pochowani po krzakach, wpierdalacie banany i korzonki i w dupie
macie Jelonki!
-
O co ci chodzi? – obruszył się Bębenek. – Chciał tylko być
miły.
-
Afrykańskie Jelonki nie mają w ogóle sierści! – krzyknął
Kaładze. – Rozumiecie, co to oznacza? Całego mnie ogolą na łyso
i wypastują, jak oficerki! Będę się świecił, jak Gorylowi jaja.
I będę czarny! Cały czarny! O ja nieszczęsny!
Na
chwilę zapanowało niezręczne milczenie.
Przerwał
je Równiacha.
-
Ja też jestem czarny, i co? – wtrącił obruszony. – Mam z tego
powodu płakać? Gorsze rzeczy mam na głowie – dodał z udawaną
niechęcią wskazując na Parówkę, który skulił się z bojaźnią
w rozbieganych oczach. – Masz coś do czarnych? – zakończył
hardo zwracając się do Jelonka.
-
Nie mam nic do goryli – odparł z rezygnacją Kaładze. – Ale też
nie chciałbym być jednym z nich. Chcę być zwykłym Jelonkiem.
Wszyscy
wpatrywali się w Kaładze z niepewnymi minami nie wiedząc, co też
myśleć o słowach Jelonka.
Pierwszy
odezwał się Bębenek.
-
Jesteś jakimś pieprzonym rasistą! – huknął.
-
Nie jestem żadnym rasistą! Nie chcę tylko być murzynem!
*
Winston
Panierka siedział przed lustrem w swojej przyczepie. Był wczesny
wieczór, do występu pozostało niecałe czterdzieści minut.
Przyjrzał się swojemu odbiciu. Odkąd dzięki wspólnym występom z
Bębenkiem Koalą cyrk zaczął osiągać znaczne dochody, jego image
uległ widocznej poprawie. Miał doskonale dopasowaną perukę i
makijaż, który nie rozpływał się pod wpływem temperatury.
Satynowe szaty i solidnie wykonane akcesoria były najwyższej
jakości. Oto ulubieniec tłumu!
-
A to skurwysyn – powiedział Winston spluwając na drewnianą
podłogę.
Pomstował
tak na wspomnienie rozmowy z właścicielem cyrku, Gerardem
Szczawiem, który kategorycznie odmówił mu podwyżki. Idąc na
rozmowę z szefem Winston zakładał, że może i nie uda mu się
wynegocjować podwojenia gaży, ale był pewien, że dostanie
przynajmniej sześćdziesiąt, albo i siedemdziesiąt procent. I co?
I gówno! Szczaw go wyśmiał.
-
Słuchaj, śmieciu – powiedział do niego. – Gdyby nie ja, dalej
żonglowałbyś pomidorami, puszczał nosem bańki i pierdział
konfetti. To ja wymyśliłem Bębenka i dałem ci możliwość pracy
z nim. A ty bez niego nie znaczysz nic. Rozumiesz. Zero – krzyknął
uderzając pięścią w stół. – I zapamiętaj sobie. Koala należy
do mnie. A ty sam? Jesteś niczym. Jednym z wielu podrzędnych
pajaców rozśmieszających gawiedź robieniem z siebie durnia. Nie
gadaj mi więc o pieniądzach tylko spierdalaj do roboty. A jak ci
się nie podoba, to droga wolna. Wezmę na twoje miejsce byle
aktorzynę i jeszcze mi za to podziękuje.
-
A to chuj niewdzięczny – sapnął Panierka na wspomnienie tej
kompromitującej go rozmowy. – Ja ci jeszcze pokażę, chytry
cwaniaczku. Albo ja, albo nikt.
Winston
raz jeszcze przyjrzał się pałeczkom wykonanym dla niego na
zamówienie. Gdy nacisnęło się maleńką dźwignię ukrytą w
rękojeści, z czubków odpadały kulki, a na ich miejsce wysuwały
się ostro zakończone metalowe haczyki, przypominające szpony
drapieżnika.
Uśmiechnął
się na ich widok przebiegle. Wspaniale będzie móc je wypróbować.
W
tym momencie usłyszał za oknem jakiś rumor i szybko wybiegł przed
przyczepę. Żywego ducha. Tylko targane powiewami wiatru gałęzie
bujnej paproci raz po raz uderzające w boczną ścianę przyczepy.
Nawet jeśli ktoś się w nich krył, było już zbyt ciemno, by go
dostrzec.
*
Bębenek
Koala przygotowywał się do występu w tradycyjny sposób. Ćwiczył
mięśnie brzuszka, nacierał go olejkami, które nadawały skórze
większej elastyczności i czyniły ją bardziej odporną na
uszkodzenia. Golić jej nie musiał – po kilku miesiącach
intensywnych prób i występów, w ogóle przestała już rosnąć.
Właśnie
zamierzał wstrzyknąć sobie w brzuszek miejscowe znieczulenie, gdy
ze swojego występu wrócił podekscytowany Jelonek Kaładze. Był
mocno podekscytowany.
-
Słuchaj – powiedział drżącym głosem. – Musisz stąd uciekać.
Inaczej nie przetrwasz występu.
-
No co ty? – nie przejął się Koala. – Już przywykłem. Gorzej
mogłem trafić – dodał wymownie.
-
No to uważaj – kontynuował Kaładze. – Wielki Winston Panierka
zamierza cię dziś podczas występu podziurawić jak sito.
Koala
milczał.
-
Poszarpał się z szefem o pieniądze – dodał Jelonek – i potem
kazał wykonać dla siebie specjalne pałeczki ze szpikulcami.
Takimi, którymi można rozszlachtować wieprzka, a co tu dopiero
mówić o wyeksploatowanym misiu!
-
Bredzisz – zaoponował niepewnie Bębenek, ale widać było, że
zaczyna poważniej traktować słowa Jelonka. – I niby skąd ty to
wiesz?
-
Nieważne. Ważne, żeby…
-
Skąd wiesz? – upierał się Koala.
-
Od Mietka Papugi.
-
A.
Mietek
Papuga mieszkał w drucianej klatce i był ulubieńcem Szczawia. Nie
miał żadnych obowiązków i nie występował przed publicznością.
Mimo to nie był też szczęśliwym ptakiem. Żeby zostać papugą
musiał przejść skomplikowany zabieg zakrzywiania dziobu i trening
prostowania sylwetki. O ile tan drugi proces jako tako się powiódł,
to operację trudno było zaliczyć do udanych. Mietek był wcześniej
zwyczajnym gołębiem. Teraz miał pofarbowane pióra i dziób z
plastiku, co bardzo utrudniało mu przyjmowanie pokarmu.
-
Ale to jeszcze nic – relacjonował dalej podekscytowany Kaładze. –
Gdy schodziłem dziś ze sceny zauważyłem dziwnego jegomościa,
kryjącego się za kulisami niedaleko przyczepy Winstona. Może bym i
na niego nie zwrócił uwagi, ale tak bardzo starał się ukryć, że
aż mnie to zainteresowało. Zaczaiłem się więc w paprociach pod
przyczepą Panierki i czekałem. Mało brakowało i mnie by zauważył.
Dobrze, że jestem czarny…
Jelonek
zamilkł. Jego oczy rozbłysły nadzieją.
-
Co było dalej?
-
Co?
-
I co się stało u tego cholernego Panierki?
- Acha – podjął Kaładze wyrwany z zamyślenia. – Czekałem niedługo. Chwilę później pojawił się Winston i zaraz warknął na nieznajomego: „Czego tu? Coś za jeden?”. Ten obcy, takim charakterystycznym, dźwięcznym młodzieńczym głosem odparł, że jest czeladnikiem od rzemieślnika i, że zwie się Jerry Zawleczka.
-
Jerry Zawleczka? – upewnił się miś.
-
Tak powiedział – potwierdził Kaładze.
-
Gadaj dalej.
Jelonek
zaczerpnął tchu i podjął:
-
No to Winston zaczął się wtedy rozglądać na boki, widać było,
że zdenerwowany był nie na żarty. No i tak strasznie syknął
przez zęby do tego Jerry’ego, pamiętam dokładnie, jak tu stoję.
Powiedział „Przecież mówiłem wyraźnie, żebyście się tu nie
pokazywali.” No ten młody zaczął się tłumaczyć, że szef
zachorował i że jest w szpitalu. Wtedy dopiero Panierka wpadł w
furię. „Moje pałeczki, moje pałeczki?” Darł się i klął do
tego okrutnie.
-
Nie ubarwiaj, tylko do rzeczy mów – upomniał go Koala.
-
No to właśnie chcę powiedzieć. Jak Winston zaczął się drzeć i
odgrażać, to ten Zawleczka wtedy powiedział, że szef wykonał
pałeczki już wczoraj, ale ich nie dostarczali, bo on, w sensie, że
Panierka, zabronił im tu przychodzić. No i mu je wtedy dał.
Kaładze
westchnął przerywając relację. Koala przyglądał mu się z nutą
niepokoju, chociaż jego twarz znamionowało głównie
niezrozumienie.
-
No i poszli do przyczepy Panierki – podjął po chwili Jelonek. –
A ja podglądałem przez okno. To było straszne.
Kaładze
opisał Bębenkowi sposób działania pałeczek i Koala mocno
pobladł. Futerko stanęło mu sztywno, jak dojrzałe zborze, łapki
zaczęły drżeć. Pudełeczko z kremem wypadło na podłogę i
poturlało się pod zamkniętą skrzynkę z łańcuchami, uprzężą
i różnymi narzędziami tortur, które miały im na co dzień
przypominać jakie są konsekwencje niesubordynacji.
-
To co ja mam zrobić? – pisnął miś.
-
Musisz uciekać!
-
Ale jak? Dokąd?
Jelonek
zmarszczył chrapy.
-
Nie wiem – odparł bezradnie. – Jestem tylko Jelonkiem.
-
Może przez rurę bardaszaną? – podsunął Struś, który
dotychczas trzymał głowę w małym otworze wydziobanym w podłodze.
Oczy
niedźwiadka przez chwilę zapłonęły nadzieją, ale zaraz ponownie
posmutniały.
-
Nie zmieszczę się – odparł wskazując na bębenek.
-
No to…
Jelonek
nie dokończył. Przeszkodziło mu echo kroków. Po chwili w drzwiach
pojawił się sam Wielki Winston Panierka.
-
No mały – powiedział. – Dziś damy taki występ, że
zapamiętają go wszyscy do końca swoich dni. Mam nadzieję, że
dużo dzisiaj jadłeś.
*
-
Przed państwem Wielki Winston Panierka i jego grający miś, Bębenek
Koala!
Konferansjer
zszedł z areny, a publiczność wybuchła szaleńczymi brawami,
które jeszcze bardziej się nasiliły, gdy na scenie pojawił się
artysta. Panierka ukłonił się nisko i gestem poprosił
zgromadzonych na widowni o spokój. Po chwili w cyrku zapanowała
względna cisza i Wielki Winston przemówił.
-
Szanowni państwo. Dzisiejszy wieczór będzie czymś szczególnym.
Nie tylko dla państwa, ale i dla mnie również. Kochani! Czeka was
przeżycie niezapomniane, niepowtarzalne i nie podobne do niczego, co
już kiedykolwiek widzieliście i jeszcze kiedyś zobaczycie. Aby ten
moment należycie uczcić przygotowałem krótką mowę…
-
Nie pierdol! – krzyknęła niecierpliwa dama z loży.
-
Pokaż chuja! – dołączyła się inna.
Widownia
zaczęła buczeć, ale uspokoiła się, gdy Winston próbując
ratować sytuację zmienił plan i ponownie uniósł dłoń odsuwając
się na bok.
-
Panie i panowie! – krzyknął uroczyście. – Przywitajcie go
gorąco! Bębenek Koala!
Gdy
na środek areny wjeżdżał wózeczek, na którym leżał
niedźwiadek, publiczność wprost oszalała. Winston zajął swoje
miejsce i gdy ponownie zrobiło się cicho, puścił w ruch pałeczki.
Po chwili wnętrze namiotu wypełniły subtelne, liryczne dźwięki
wprawiające zgromadzonych w odprężenie i błogostan. Winston
Panierka nie na darmo otrzymał przydomek Wielki. Jego gra była
nieporównywalna z niczym. Był tego świadom. I to jeszcze mocniej
bolało w kontekście słów, jakimi uraczył go Gerard Szczaw. Na to
wspomnienie uderzył mocniej, aż Koala pisnął, co wywołało wśród
widowni liczne jęki, zwiastujące rodzące się w niej emocje.
Gdy
po upływie kwadransa targana namiętnościami, na przemian
krzycząca, jęcząca i pomrukująca publiczność była już
rozgrzana niemal do białości, Winston zagrał cichutkie requiem i
zwolnił blokady w uchwytach pałeczek.
To
co się działo dalej przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Widownia wyła. Wył też Bębenek Koala. I wył Wielki Winston
Panierka.
***
-
No i tak się to skończyło – mruknął Winston przypalając
niedopałek szczapą wydobytą z ogniska. – Najgorsze jest to, że
do tej pory nie mam pewności, kto mnie wówczas załatwił. Jest
kilku podejrzanych, ale… Nawet nie miałem szans, żeby się
rozeznać. Ledwo uniknąłem linczu. Musiałem się przez kilka dni
ukrywać, a potem chyłkiem uciekać z miasta. A wróg cały czas
deptał mi po piętach, zakładał pułapki i czyhał na każdym
kroku, próbując mnie wykończyć. I jakby tego było mało –
parsknął ukazując kikuty palców. – Całe zgromadzone
oszczędności poszły na lekarzy, a i na gówno się to zdało.
Panierka
westchnął gorzko i mocniej otulił się sfatygowanym kocem. Jesień
na dobre się już rozgościła, wieczory stawały się coraz
bardziej chłodne, czuć było szybko zbliżającą się zimę.
Dziurawe buty i stare łachy nie stanowiły wystarczającej ochrony
przed mrozem. Wątpił, by udało mu się przetrwać do kolejnej
wiosny. W podobnej sytuacji byli zresztą i pozostali członkowie tej
godnej pożałowania, małej społeczności wyrzutków
zamieszkujących wysypisko. Musi czym prędzej się stąd wynieść.
-
Ale ja wiem.
Melodyjny
głos należał do szczupłego, opatulonego płachtą brezentu
nieznajomego, który dołączył do nich dzisiejszego ranka.
Początkowo chcieli go przepędzić, ale zmienili zdanie, gdy spod
płachty przykrywającej ciągnięty za sobą rozklekotany wózek
wyciągnął gąsiorek samogonu.
Oczy
wszystkich momentalnie skierowały się ku nowemu przybyszowi. Od
ładnych kilku lat przysłuchiwali się różnym opowieściom
Panierki i możliwość poznania rozwiązania wyraźnie ich ożywiła.
-
Co ty nie powiesz – rzekł podejrzliwie Winston. – Właściwie,
to ktoś ty?
Nieznajomy
wstał. Wolnym krokiem podszedł do Panierki i energicznym gestem
zrzucił okrywającą go szatę.
-
Długo cię szukałem, bydlaku – odparł. – Jestem Jerry
Zawleczka.
Panierka
na chwilę się skulił, jakby tuż za jego głową z całych sił
uderzono w talerze. Zaraz potem podskoczył, jak ktoś, kto nagle
odkrywa, że siedzi na mrowisku.
-
Ty sukinsynu! – krzyknął, a jego oczy zapłonęły szaleńczą
furią odkrywcy. – Tak! To ty podmieniłeś pałeczki podstępny
gadzie!
Zawleczka
milczał napawając się widokiem rozgorączkowanego Winstona. A było
na co popatrzeć. Tak niegdyś dumny, zwany „Wielkim”, dziś był
wrakiem, cieniem swojego echa. Jerry nie czuł do niego nic poza
nienawiścią.
-
Ale dlaczego? – krzyknął Panierka.
Na
chwilę zapanowało milczenie. W oczekiwaniu na odpowiedź przestali
nawet szemrać towarzysze Panierki, którzy poruszeni niecodziennymi
wydarzeniami zaczęli wypełzać z różnych zakamarków i licznie
gromadzić się wokół ogniska. Wszyscy wpatrywali się w Jerry’ego
z ciekawością, wręcz z fascynacją. Zaraz miał im udzielić
odpowiedzi na od dawna nurtujące ich pytanie. Niejedni wstrzymali
oddech.
-
Bo kocham Koalę.
Głos
był pewny i dźwięczny, a jego moc, na wskroś przesycona szczerym
uczuciem, spowodowała, że zgromadzeni przypadli do ziemi. Jerry
Zawleczka niemal uroczyście dobył ostrą, zakrzywioną szablę.
Uniósł ją oburącz wysoko i gdy na jej klindze zagrały świetlne
refleksy dźgnął Panierkę w wańc. Energicznie pociągnął cięcie
w górę upodobniając brzuch ofiary do przejrzałego pomidora, z
którego wnętrza po nacięciu wyciekają ziarenka i miąższ.
Oczy
Winstona szybko zaszły mgłą. Zanim wyzionął ducha, jego uszy
wyłowiły subtelne dźwięki cichutkiego requiem dobiegającego z
okrytego derką wózka.
Trumniś
Był
wczesny jesienny wieczór. Dżdżysta i kłująca coraz mocniejszym
chłodem aura nie napawała radością.
Bębenek
Koala splunął gęstą plwociną i zdusił niedopałek na brudnej
płycie zaniedbanego, marmurowego nagrobka. Z oddali dochodziły już
coraz donośniejsze głosy żałobników i górujący nad nimi śpiew
prowadzącego orszak kaznodziei. Miś podniósł się z ławeczki i
zaczął wygrywać monotonny rytm posępnego marsza. Dwaj znudzeni
grabarze, nie chcąc rzucać się w oczy uczestnikom ceremonii,
ustawili się w cieniu dużego, rodzinnego grobowca. W jego
bezpośrednim sąsiedztwie ziała w ziemi głęboka, prostokątna,
niepokojąco czarna dziura, sprawiająca wrażenie, jakby nie mogła
się już doczekać przyjęcia lokatora. Bębenek bardzo nie lubił
tego krótkiego momentu, gdy samotnie stał przy emanującym
nieprzyjemnym chłodem dole, w oczekiwaniu na zbliżający się
kondukt. Poza tym było w porządku. Robota nie była może ciekawa,
ani przyjemna, ale na pewno lepsza od katorżniczej harówki w cyrku
w duecie z Winstonem Panierką. Wzdrygnął się na samo wspomnienie.
Mimo, iż od czasu, kiedy udało mu się zbiec z tego cuchnącego
śmiercią przybytku minęło już kilka lat, wspomnienia były nadal
bardzo wyraziste. I nie straciły nic z mocy negatywnych odczuć,
jakie sobą wywoływały.
Koala
zamrugał odganiając przykre wspomnienia i wzmógł monotonny rytm
wygrywany na lśniącym od deszczowej wilgoci brzuszku. Po chwili
ponury orszak skręcił z głównej alejki i zatrzymał się przy
wąskiej ścieżce, prowadzącej do świeżego grobu. Ludzie w
milczeniu schodzili na boki, przeciskając się pomiędzy gęstą
zabudową nekropolii, zwolna otaczając ostateczny cel wędrówki. Co
bardziej niecierpliwi zaczęli szeptać, okazując niezadowolenie
warunkami panującymi na starym cmentarzysku. Inni przepychali się
mocno robiąc łokciami, by znaleźć się jak najbliżej pogrążonej
w żałobie rodziny i móc bardziej bezpośrednio połączyć się z
nią w poczuciu żalu po stracie bliskiej osoby. Albo, żeby lepiej
widzieć i nie przegapić czegoś, o czym później ludzie będą
mówić. Wśród gniotącej się grupy ludzi znaleźli się również
tacy, którzy koniecznie musieli na bieżąco śledzić reakcje
najbliższych zmarłego, by móc ocenić stopień ich pogrążenia w
żalu.
Bębenek
starał się nie słuchać, ale gdy zakończył nabijanie rytmu, jego
uszu dochodziły szepty i słowa wypowiadane półgębkiem.
– Ten
pijak, to chyba nawet nie żałuje dziecka, nie sądzi pani? –
powiedziała przyciszonym głosem opatulona futrem kobieta.
-
Co? – nie zrozumiała zagadywana.
-
Mówię, że ten opój, to i nawet przejęty nie jest, że dzieciaka
chowa.
-
Czemu pani tak mówi?
-
No przecież nie płacze nawet.
-
A tam zaraz ma ryczeć. Przecie to chłop. Pewnie w sercu żal
gniecie.
-
A już w sercu. On to, pani, lód tam ma w piersiach, a nie serce.
Jak i cała ta rodzinka. Pewnie ten mały, jak nic, na takiego samego
najducha by wyrósł, jak tatuś, gagatek i ladaco, że…
-
A niechże pani da spokój. Przecież dzieciak jeszcze nie ostygł, a
pani już jęzorem miele.
-
Co? Ja mielę? Pani to też, zdaje się, Boga w sercu nie ma!
Nie
chcąc dalej chłonąć podobnych rozważań, Koala przekradł się
na tyły ponurego zgromadzenia, gdzie zebrali się nerwowo
przebierający nogami mężczyźni.
-
Długo jeszcze? – szepnął jeden.
-
Bo ja wiem? – odparł drugi. – Pewnie ze dwadzieścia minut. Albo
i lepiej.
-
O żesz kurwa.
-
Zamknijcie się – upomniał kompanów trzeci. – Przecież Zenka
chłopaka chowają.
-
No właśnie. Trza tą smutną chwilę uczcić należycie, a ci będą
teraz pierdolić do rana.
-
Co ich obchodzi cierpienie? Byle się czarnemu pokazać.
Bębenek
obserwował zebranych i przysłuchiwał się ich rozmowom z
niewzruszoną, obojętną miną głuchoniemego rutyniarza. Chciało
mu się spać, bo poprzedniej nocy nawet nie zmrużył oka przez
strzykanie w krzyżu. Humor przez to też mu nie dopisywał, więc
tylko pomstował w duchu na narzekających. Starał się nie myśleć
o niczym przyjemnym, by nie zapaść w drzemkę i nie przegapić
swojego ostatniego tego popołudnia wejścia. Próbował skupić
uwagę na żałobnikach, którzy każdorazowo wprawiali go w
rozdrażnienie, skutecznie tym samym odganiając sen.
Obserwował
wystrojone szlochające kobiety, teatralnie ocierające chusteczkami
kąciki oczu. Niby ukradkiem, ale najlepiej, żeby każdy widział.
Zwłaszcza najbliższa rodzina zmarłego. No i oczywiście ksiądz.
Patrzył
na mężczyzn w garniturach z innej epoki, częstokroć przyciasnych
lub luźno zwisających. Jedni czuli się doskonale w roli
żałujących, znajdując kolejną okazję do rozmów, inni nie mogli
się już doczekać zakończenia uroczystości, która zmusiła ich
do przywdziania nielubianej odzieży, przypominającej czasy lepszej
kondycji fizycznej.
Inną
atrakcją był przewodzący zgromadzeniu pomarszczony kościelny,
stojący nieruchomo i ściskający w sękatych dłoniach stylisko
krzyża. No i lśniący ponad wszystkimi rumiany proboszcz, który
załamującym się głosem wygłaszał ostatnią, pożegnalną mowę,
wzbudzając tym samym coraz głośniejszy lament i westchnienia
zebranych.
Gdy
kaznodzieja skończył z trzaskiem zamykając biblię, trumna
powędrowała na swoje miejsce w zapraszającą ją czerń.
Grabarze
przystąpili do swoich czynności, czemu towarzyszył delikatny
turkot uaktywnionego Bębenka. Ludzie złożyli najbliższym zmarłego
kondolencje, po czym zaczęli się rozchodzić i po kilkunastu
minutach na cmentarzu zapanował spokój.
Podmuchy
wiatru łkały do wtóru kroplom deszczu stukającym cicho o
nagrobki. Jakby nie chciały zakłócać wiecznego snu ich
mieszkańców. Chwilowe ożywienie po krótkiej przygnębiającej
ceremonii poszło w zapomnienie. Łopaty odpoczywały wbite w ziemię,
przejmująca chłodem otchłań grobu zaspokojona warstwą świeżej
ziemi przestała kłuć duszę. Nozdrza atakowała mieszanina
zapachów świeżo rozgrzebanej ziemi, różnych gatunków ciętych
kwiatów, igliwia wieńców i trawionych ogniem zniczy.
Bębenek
po raz kolejny szybkimi ruchami palców przeliczył banknoty
składające się na podzieloną przez starszego z grabarzy dolę za
dzisiejszą, nadplanową fuchę.
-
Co tak wachlujesz, mały, wachlu, wachlu, co? – zapytał rozbawiony
mężczyzna. – Gorąco ci tobie, co?
-
Wolę żeby na miejscu wyszło, co ma wyjść – odparł ostro miś.
– Żeby potem nie było.
Grabarz
momentalnie stracił humor i przybrał obrażoną minę.
-
Że niby co ma wyjść komu komu, że co? – syknął.
-
Nie wiem – powiedział Koala chowając pieniądze do kieszonki
flanelowego kaftanika. – Cokolwiek.
-
Że to niby niby cię oszukać? Niby niby ja chciałem mieć chęć?
– nie ustępował mężczyzna.
-
No? – dołączył z pretensjami drugi.
Miś
odsunął drugą, większą kieszonkę, znajdującą się z boku
bębenka i wydobył z niej płaską półlitrówkę samogonu.
-
Eukaliptusówka – powiedział odkręcając korek. – Niezwykle
rzadko spotykanej przedniości.
Grabarze
umilkli natychmiast i obserwując przełykającego drobnymi dozami
misia, przybrali przyjazne oblicza. Koala czknął delikatnie i
wyciągnął butelkę ku oczekującym z niecierpliwością
mężczyznom.
-
Pij, Tygrys – powiedział Bębenek. – Żeby ci stopy nie siniały.
Zaproszony
nie dał się namawiać i szybko przytknął szyjkę do spragnionych
ust. Zaraz przejął ją drugi i po chwili naczynie wróciło w ręce
właściciela.
-
No – powiedział Koala. – To żeby nie było, że tam coś jest
nie tego, rozumiemy się?
-
Jasna sprawa jest, że jest przecież przecież? – przytaknął
Tygrys. – Ale na drugiego giczoła pokrop jeszcze pokrop. I Lichy
spokornieje bardziej bardziej, co nie?
-
No – zgodził się młodszy z grabarzy oblizując spierzchnięte
wargi.
Miś
rzucił okiem na mężczyznę. Jego zmęczona, zszarzała twarz
pocięta była wyraźnie widoczną siatką naczyń krwionośnych,
ślina sączyła się z kącika ust, oczy płonęły niespokojnym
blaskiem. Szybko podał mu flaszkę.
-
Pij, Lichy – powiedział. – Żeby ci tam pod czołem lampki nie
pogasły.
Parę
minut później Koala pozostał sam z w połowie opróżnioną
butelką. Usiadł na przewróconym wazonie i pociągnął solidny
łyk. Westchnął, schował do futerału pałeczki i już miał
odejść w kierunku muru graniczącego z ogródkami działkowymi, gdy
jego uszu doszedł ledwo słyszalny szept. Przynajmniej z początku
tak sądził. Gdy zaczął nasłuchiwać, szybko doszedł do wniosku,
że jest to krzyk, tylko bardzo odległy, jakby z… spod ziemi?
Dopadł
nowousypanego nagrobka i rozchylił zaścielające go kwiaty. Głos
słychać było jakby nieco wyraźniej. Zaczął rozgrzebywać
łapkami gliniastą, mokrą glebę, aż dotarł do szorstkiej
drewnianej płyty, tymczasowo stanowiącej nakrycie grobu. Nie bez
wysiłku odsunął ją na bok i spróbował wsunąć głowę w głąb
ziejącego czernią dołu, co nie było w jego przypadku łatwe, z
uwagi na krępujący ruchy bębenek.
-
Jest tam kto? – krzyknął. – Halo!
-
Gacie się palą! – padła zniecierpliwiona odpowiedź.
-
Co?
-
Gówno! Wypuśćże mnie!
Koala
usiadł z szeroko rozrzuconymi na bok nóżkami i skrzywił się w
niepewności. Co powinien zrobić? A jak wyjdzie żywy nieboszczyk?
Albo, co gorsza, jakaś strzyga? I wychla z niego całą krew, wraz z
krążącą w niej eukaliptusówką?
-
Jesteś tam?! – domagał się głos z głębi grobu. – Powietrza!
Bębenek
zaczął zamaszystymi ruchami rozrzucać wieńce i zbryloną ziemię.
Po chwili przez powstały duży otwór, przerzucił spleconą
naprędce z taśm kondolencyjnych linę i opuścił się na wieko
trumny. Gdy tylko dotknął go stopami, usłyszał od spodu
niecierpliwe dudnienie.
-
Pospiesz się!
-
Nie możesz sam wyjść? – zapytał podejrzliwie Koala.
-
Jestem przywiązany!
Przywiązany?
Bębenek poczuł narastający niepokój. Kto przywiązuje
nieboszczyka do trumny? Po co? To jasne. Żeby nie wyszedł. A jaki
nieboszczyk może zechcieć wyjść z trumny? Proste. Zombie. Albo
jakieś inne paskudztwo.
Miś
ostrożnie przyłożył ucho do wieka.
-
Ktoś ty? – zagadnął.
Z
wnętrza dała się słyszeć szamotanina.
-
Otwieraj! – padła nerwowa odpowiedź. – Później będzie czas
na prezentację.
-
Mów, ktoś ty? – nie ustępował Koala. – Bo cię nie wypuszczę.
Po
jego słowach ponownie nastąpiła chaotyczna szarpanina i
zapamiętałe walenie w wieko. Wobec braku efektów po chwili
zapanowała cisza.
-
Proszę – dobiegł zrezygnowany głos. – Wypuść mnie. Jestem
tylko małym misiem.
Koala
jakby dostał obuchem w potylicę. Myśl rozjarzyła się w jego
umyśle jak noworoczna petarda. Miś! Czy to możliwe? Jacy ludzie
chowają w trumnie misia? Przecież to niedorzeczne. Z drugiej
strony, który umarlak użyłby takiego fortelu? Każdy wymyśliłby
sto lepszych kłamstw, niż podszywanie się w takich okolicznościach
pod misia. A może ten nieboszczyk jakoś wyczuł, że ma do
czynienia właśnie z misiem i próbuje go teraz omamić i
wykorzystać jego słabości?
Po
początkowej euforii, Bębenek nabrawszy nowych podejrzeń, ponownie
przycisnął twarz do wieka.
-
Jaki miś? – zapytał.
-
Normalny – padła odpowiedź. – Miś, jak miś. Zwykły mały
miś.
Koala
spochmurniał. Nie ma takiego czegoś jak zwykły miś. Żaden miś
nie określiłby się w taki sposób.
-
Ale jaki? – dopytywał. – Panda?
-
Sranda, a nie panda! – padła ostra odpowiedź, aż Bębenek
podskoczył na wieku. – Jestem Miś Trumniś! Otwieraj w tej
chwili, albo będziesz mnie miał na sumieniu! Będę cię nawiedzał
w nocnych koszmarach wyjąc jak wściekły kojot!
Koala
nigdy nie słyszał o takim misiu. Jednak stanowczość i szczerość
słów uderzyły go tak mocno, że nie tracąc czasu zsunął się w
wąską szczelinę z boku trumny i zaczął podważać wieko. Nie
obyło się bez pomocy uwięzionego i po kilku minutach udało się
otworzyć skrzynię. Ciemność była absolutna i Bębenek niewiele
widział. Z obawą sięgnął w głąb, w kierunku dobiegających z
dołu dźwięków łapczywego oddechu i zaczął po omacku szukać
jego właściciela. Wzdrygnął się, gdy natrafił na zimną twarz
nieboszczyka, ale zaraz potem wyczuł pod palcami miękkie futerko.
To zmobilizowało go do działania i po chwili udało mu się przy
pomocy małego scyzoryka przeciąć krępujące misia więzy.
Nie
tracąc czasu na rozmowy w ciemnościach szybko wydostali się na
powierzchnię, powtórnie wykorzystując splecioną przez Bębenka
linę.
-
Olaboga – westchnął z wdzięcznością Trumniś. – A myślałem,
że już się uduszę. Dziękuję ci po stokroć. Zrobiłeś wielki
uczynek całemu społeczeństwu.
Koala
przyjrzał się uważnie nowopoznanemu. Niedźwiadek miał brązowe,
lekko przybrudzone ziemią, ale bardzo zadbane i puszyste futerko.
Był misiem sztucznym, pluszowym, z zawiązaną pod szyją kokardką
z biało czarnej taśmy, z wykaligrafowanym pożegnalnym tekstem
podpisanym „Zawsze kochający mama i tata”. Jego brązowe oczy i
duże odstające uszy były niemalże idealnie okrągłe.
-
Co się tak gapisz? – zapytał ostro Trumniś.
Koala
przerwał obserwację nowego towarzysza.
-
Skąd się wziąłeś? – odparł pytaniem.
Miś
parsknął zdziwiony.
-
Nie poznajesz mnie? – rzucił z niedowierzaniem. – Przecież
codziennie mówią o mnie w telewizji. I to w prime timie. Zawsze
przed dobranocką i zaraz po, no i oczywiście po wiadomościach.
Rzecz jasna nie tylko, bo jeszcze…
-
Ja nie oglądam telewizji – przerwał Bębenek. – Szkoda czasu.
-
Jak to? – nie mógł uwierzyć Trumniś. – A jak byłeś mały?
-
Jak byłem mały, to występowałem w cyrku.
-
Pracowałeś od dziecka? – zafrasował się Miś. – No trudno.
Ale nic nie szkodzi. Koniecznie musisz mnie zobaczyć. O! – ożywił
się. – Na przykład w gazecie. Przecież moje zdjęcia są prawie
w każdej gazecie! I to na okładce!
-
Daj spokój – skrzywił się Koala, któremu przypomniały się
plakaty z własną podobizną. – Wystarczy, że opowiesz.
-
Nie! – Trumniś poderwał się na krzywe nóżki. – Musisz
koniecznie zobaczyć! Wybiegł na alejkę i zaczął gorączkowo się
rozglądać.
-
Gdzie brama? – zapytał. – Pewnie jest tam jakiś kiosk. Zawsze
są przy cmentarzach.
Mimo
oporów Bębenka po chwili znaleźli się przy bramie. Kiosk był
nieczynny, ale przez okratowane okna widać było mnóstwo okładek
kolorowych magazynów. Trumniś podskoczył, zgrabnie wspiął się
po kracie i zaczął przegląd witryny.
-
O! – krzyknął. – Jestem! Musisz zobaczyć!
Koala
westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty oglądać zdjęć swojego
nowego, chełpliwego kolegi. Zwłaszcza, że we wspinaczce trochę
przeszkadzał mu bębenek.
-
No chodź! – ponaglał Trumniś.
-
Nie jestem ciekaw – krzyknął Bębenek.
Trumniś
zaczął z łoskotem szarpać kratą.
-
Uspokój się! – upomniał go Koala. – Bo ktoś zadzwoni na
policję!
-
A niech zadzwoni! – nie dawał za wygraną niedźwiadek. – Nie
przestanę, dopóki nie zobaczysz.
Widząc,
że nie ma szans na upór Trumnisia, Koala zaczął wolno wspinać
się po okratowaniu.
-
Dawaj! – zachęcał go Miś. – Jeszcze trochę! Dasz radę!
Koala
zacisnął zęby i po chwili zawisł obok kolegi.
-
No i? – zapytał bez większej ekscytacji.
-
Patrz!
Trumniś
wskazał z dumą na kolorowy magazyn. Na dużej rozkładówce
faktycznie widniały fotografie jego nowego znajomego. W nagłówku
strony widniał napis: „Miś Trumniś. W trumnie każdego dziecka”.
-
No i jak? – zapytał nie kryjąc dumy Trumniś. – Robi wrażenie,
co nie?
Bębenek
miał mieszane uczucia.
-
Czy ja wiem?
Niedźwiadek
zeskoczył na ziemię.
-
Jesteś po prostu zazdrosny.
-
Gówno prawda – zaprzeczył Koala lądując obok Trumnisia. – To
przykre, być na zdjęciach w trumnie. Poza tym, to nic innego, jak
tylko zwyczajna reklama. A to oznacza, że wcale nie chodzi
konkretnie o ciebie. Tłuką was taśmowo, jak nocniki, albo szczotki
do kibli.
Trumniś
początkowo parsknął sądząc, że to dobry dowcip, ale widząc
poważną minę Koali, nie krył zdziwienia jego oceną stanu rzeczy.
-
Ty chyba nie mówisz poważnie? – niedowierzał.
-
Przeciwnie.
-
Przecież widzisz, że to moje zdjęcie jest na okładce.
-
Nie twoje, tylko pluszowego Misia Trumnisia – zaznaczył Bębenek.
-
Czyli moje – upierał się Miś.
-
Niekoniecznie.
-
Dobrze pamiętam, jak robili mi to zdjęcie. I wiele innych do
różnych folderów. Jestem sławny i dlatego mi dokuczasz.
-
Jesteś głupi.
-
Sam jesteś głupi – odgryzł się Trumniś. – Czemu nie chcesz
przyjąć do wiadomości, że masz do czynienia z gwiazdą?
-
Gwiazdą? – Koala wydął policzki i parsknął. – Raczej nikomu
nie potrzebnym kawałkiem pluszu, fartownie nie zgniłego. Powinieneś
mnie całować po stopach za uratowanie nędznego żywota,
gwiazdorze.
-
Aleś ty tępy.
-
Inaczej mówiłeś, jak wąchałeś kwiatki od spodu.
-
Było mi całkiem dobrze.
-
To po jaką cholerę darłeś mordę, by cię wypuścić? – nie
wytrzymał Koala.
Trumniś
skrzywił się, rozdziawił bezzębną buzię, ale słowa, uwięzły
mu w gardle.
-
No, bo…
-
Co „no, bo”? – nie ustępował Bębenek. – Jesteś hipokrytą!
Najpierw chełpisz się, że chcą cię włożyć do każdej trumny
zmarłego dzieciaka, a gdy już się to stanie, drzesz japę, żeby
cię wyciągnąć. Bardziej zależy ci, by dostać się na pierwsze
strony gazet. Byle jakim kosztem. A potem co? Walisz w pory ze
strachu! Strugasz twardziela, żeby wszyscy zazdrościli ci
popularności, a jak już zniknąłeś z oczu gawiedzi, wyłazi z
ciebie gnida, prostaczek i sprzedawczyk. A do tego bezdennie tępy
dzwon. Jak mogłeś myśleć, że jesteś jednym jedynym Misiem
Trumnisiem? Że niby co? Dadzą cię umarlakowi na pięć minut i
potem z powrotem na salony? Przecież wy jesteście jak karma dla
psów, jak nawóz, szampon do włosów, puder albo bierki. Produkt,
który nie jest nawet dobry i trzeba go szeroko rozreklamować, bo
inaczej nikt tego nie kupi.
Bębenek
napluł na cmentarny mur i kopnął zgniecioną puszkę po piwie.
-
Z wami to nawet gorsza sprawa niż z psią karmą – kontynuował. –
Bo jesteście zupełnie niepotrzebni. Wkładanie pluszowego misia do
trumny to pomysł absurdalny. Po jaką cholerę? Jeśli spojrzeć z
estetycznego punktu widzenia, to może i ładnie, bo dzieciak nie
idzie do gleby sam, tylko z maskotką, ale to również kupy się nie
trzyma. W końcu każdy ma swoją ulubioną zabawkę i wolałby być
pochowany z nią, a nie z jakimś nadętym bufonem.
Trumniś
patrzył na Koalę z niedowierzaniem, jego oczy robiły się coraz
większe i większe, by w końcu wypełnić się łzami, które nie
mogąc się w nich pomieścić, trysnęły na wszystkie strony, jak
na kreskówce.
-
To nieprawda – rozszlochał się nieporadnie. – Nieprawda,
nieprawda, nieprawda!
Niedźwiadek
przewrócił się na brzuszek i zaczął zapamiętale tłuc w ziemię
zaciśniętymi piąstkami.
-
To podłe kłamstwo! – krzyczał przez łzy. – Kłamstwo i
oszczerstwo!
Widząc,
że Miś mocno przeżywa słowa prawdy, Bębenek zaprzestał
oskarżeń. Usiadł na niskiej ławeczce, sięgnął do kieszonki i
wyciągnął butelkę. Odkręcił kapsel i pociągnął tęgi łyk.
Trumniś nie przestawał płakać, ale coraz mniej się miotał. Po
chwili już tylko wstrząsały nim coraz rzadsze spazmy.
-
No nie rycz już – powiedział Bębenek. – Masz, pociągnij łyk.
Dobrze ci zrobi.
Miś
nie wstając, ukradkiem spojrzał na Koalę.
-
Co to jest? – zapytał stłumionym, przerywanym głosem.
-
Napój z eukaliptusa – padła odpowiedź. – Mój ulubiony.
Orzeźwia i stawia na nogi, jak żaden inny.
Trumniś
usiadł okrakiem i przejął butelkę. Powąchał ostrożnie.
-
Pfuj! – skrzywił się. – Przecież to alkohol!
-
Pewnie, że tak – przyznał zdziwiony Koala. – A cóż by innego?
-
Przecież ja jestem ulubieńcem dzieci! – oburzył się Miś. –
Jak możesz mi to proponować!? To niesmaczne, niestosowne i…
-
Przestań pierdolić i wal banię, bo cię zostawię tu na deszczu –
ryknął Bębenek zrywając się z ławeczki. – I będziesz
siedział sam, aż znajdą cię jakieś menele i przerobią na
bambosze! I to samo cię czeka, jak usłyszę choćby jeszcze jedno
słowo o dzieciach, telewizji i popularności. Jesteś niczym innym,
jak nikomu niepotrzebnym, zużytym i zakopanym w ziemi pluszowym
misiem. Rozumiesz, gówniarzu!
Trumniś
zamarł z miną znamionującą niedowierzanie z przewagą
ogarniającego go przerażenia.
-
Pij!
Miś
posłusznie uniósł butelkę i pociągnął niewielki łyk.
-
Więcej! – zestrofował go Koala waląc w bębenek mocno zaciśniętą
pięścią. – Mam widzieć, jak opróżniasz butelkę! Inaczej z
powrotem wrzucę cię do grobu i zakopię!
Trumniś
przymknął oczy i przełknął trzy spore łyki. Ostatni wykrzywił
mu pyszczek, strużka pomknęła z kącika ust.
-
Dobra – powiedział Bębenek odbierając butelkę z drżących
dłoni. – Będzie ci.
Opróżnił
flaszkę do końca i schował puste naczynie do kieszonki. Poparzył
w niebo, przeklął w duchu przesuwające się nisko chmury i coraz
mocniej siąpiący deszcz.
-
Czas na nas – ocenił. – Zbieraj dupsko i spadamy stąd.
Trumniś
nie bez trudu wstał na rozchwiane nogi. Minę miał niepewną, ale
na szczęście zniknął z niej strach.
-
To znaczy się, idziemy gdzie? – zagadnął.
Język
mocno mu się plątał, głowa lekko opadała na pierś gniotąc
zgrabnie zawiązaną pod szyją, kolorową kokardkę.
-
Do domu. Na działki.
*
Koala
ogryzał lekko podwiędłe jabłko obserwując z ciekawością, jak
Trumniś znika w zakrytym kwiatami świeżym grobie. Od jakiegoś
czasu miał wrażenie, że grabarze coś podejrzewają, choć żaden
z nich nie dał temu świadectwa oskarżeniami, czy niewygodnymi
pytaniami. Bębenek po prostu przeczuwał, że coś jest nie tak.
Dlatego nie zaglądali do grobów bezpośrednio po pochówku, tylko
wracali po kilku godzinach, upewniwszy się wcześniej, że mężczyźni
nie czają się gdzieś w pobliżu. Nie było sensu ryzykować. Mieli
zbyt dużo do stracenia. Z tego też powodu nie obnosili się ze
swoim sukcesem, a zgromadzony majątek Koala inwestował w sekrecie i
pod pseudonimem. Przyjdzie jeszcze czas na korzystanie z jego
dobrodziejstw. Najważniejsze, to nie pozwolić, by sodówka uderzyła
do głowy.
Dwukrotne
szarpnięcie sznurkiem oznaczało, że Trumniś przymocował linę.
Koala zaparł się nóżkami, mocno ją pociągnął i zwinąwszy dwa
łokcie, zawiązał koniec o wkopaną w ziemię ławeczkę. Gdy po
chwili usłyszał umówiony dźwięk zaczął ją ponownie wciągać
na górę, posapując z wysiłku. Po kilkunastu mocnych ruchach Miś
ukazał się w rozgrzebanej w ziemi dziurze.
-
No i? – niecierpliwił się Koala.
-
Nie najgorzej – odparł Trumniś. – Złota obrączka i sygnet.
Miał jeszcze zegarek, ale na sztucznym pasku i jakiś gówniany,
elektroniczny, to nie brałem.
-
I dobrze – zgodził się Koala. – I tak nikt tego później nie
chce odkupić, a przetopić się nie da. Masz – dodał wyciągając
ku Misiowi piersiówkę. – Golnij sobie.
-
Jasne – odparł Trumniś z wdzięcznością przyjmując
poczęstunek.
Odkąd
Koala uratował małego niedźwiadka od niechybnego zgnicia w grobie,
ten wielokrotnie już odwdzięczył mu się wysoce rozwiniętymi
zdolnościami w plądrowaniu grobów i włamywania się do najróżniej
zabezpieczonych trumien. Owocem tego był szybki przypływ gotówki,
jaką otrzymywali za drogocenne przedmioty, w których posiadanie
dzięki owym umiejętnościom weszli.
Wszystko
zaczęło się bardzo niewinnie. Na drugi dzień po wyciągnięciu
Trumnisia z grobu, Miś mocno odchorował kurację eukapliptusówką.
Za nic nie chciał uwierzyć też w słowa Koali, które tak
drastycznie druzgotały całe jego wyobrażenie o swojej pozycji
społecznej, nie wspominając już o karierze. Dopiero, gdy wraz z
Bębenkiem włamali się do kilku kolejnych grobów, w których
znaleźli mniej lub bardziej zbutwiałe szczątki Misi Trumnisi,
uwierzył. Przeżył wówczas głębokie załamanie, z którego
pewnie by się nie podźwignął, gdyby nie eukaliptusówka. Dla
Koali, pozytywnym efektem uświadomienia Misia, było z kolei to, że
przy okazji jednej z wizyt w grobie, Bębenek zabrał ze sobą
zegarek, jaki zsunął się z gnijącej ręki nieboszczyka. Wydał mu
się całkiem ładny, więc powiesił go na gwoździku nad łóżkiem.
Później Trumniś poznał, że taki sam miał jeden z telewizyjnych
producentów i twierdził, że to bardzo drogocenny egzemplarz.
Bębenek powątpiewał, ale zmienił zdanie, gdy zgarnął za niego
całkiem pokaźną sumkę w lombardzie.
Tak
rozpoczęła się passa. W tygodniu robili kilka świeżych grobów,
zanim te zostały przykryte pomnikami. W ten sposób, w przeciągu
kilku miesięcy uskładali pokaźną kwotę, która pozwoliła im
poważnie myśleć o wyprowadzce z działkowej altanki.
Trumniś
bardzo chciał wrócić do wielkiego świata, o czym coraz częściej
wspominał Koali przy każdej nadarzającej się okazji. Było tak do
momentu, gdy jedną z takich uwag sprawił, że Bębenek wpadł w
furię. Od tamtej pory Miś pilnował się, by nie wspominać Koali o
zmianie ich losu, mimo iż nie przestawał o tym marzyć. Cóż.
Koala miał już w swoim życiorysie występy dla tłumów w blasku
fleszy, o czym z taką goryczą wspominał, gdy ciut za dużo sobie
podechlał. Czy zaryzykowałby powtórne wyjście z cienia? Miś
srodze w to wątpił i bał się, że na samą myśl o takiej
odmianie Bębenek znów wpadnie we wściekłość i jeszcze zrobi
komuś (jemu) krzywdę. Albo sam dostanie zapaści.
Wszystkie
te obawy były owocami spaczonego traumatycznymi przeżyciami umysłu
Trumnisia. Bezpodstawnymi i wysnutymi z palca obawami nieznajdującymi
w rzeczywistości źdźbła pokrycia. Koala nie raz dawał mu już do
zrozumienia, że jak tylko się odkują i odpowiednio ostrożnie
zaplanują wydatki, sam z ulgą porzuci cmentarny klimat i wypłynie
na szerokie wody. Może nie od razu show bussinesu, ale z pewnością,
konsumpcjonizmu.
Mimo
zapewnień Bębenka, Trumnisia w dalszym ciągu trawiły obawy i
zgryzoty. Śnił nocami koszmary, w których Koala przybierał postać
rozwścieczonego demona, który dybie na życie Misia. Zaczynał
nawet na jawie dostrzegać na obliczu Bębenka niepokojące grymasy,
które występowały, gdy rozmowa zbaczała na drażniące Koalę
tematy. Z upływem kolejnych miesięcy troski, żale i coraz
mocniejsze ukłucia strachu zaczęły wpędzać Misia w szpony
eukaliptusowego nałogu, który początkowo uśmierzał jego obawy i
lęki, ale z czasem stał się ich dodatkowym katalizatorem. To z
kolei sprawiło, że wyrzuty sumienia zaczął odczuwać Koala, który
miał do siebie pretensje, że wpędził młodszego kolegę w nałóg.
I
tak, aby jak najmniej myśleć o trapiących ich rozterkach,
pracowali coraz więcej rozszerzając swoją działalność na inne,
coraz odleglejsze nekropolia. Nawiązali też współpracę z
zaufanymi znajomymi Bębenka z dawnych lat, jak Jelonek Kaładze,
który otworzył całkiem nieźle prosperujący zakład pogrzebowy,
czy Goryl Równiacha spełniający się od jakiegoś czasu w roli
głównego palacza dużego miejskiego krematorium. Razem tworzyli
filie i terenowe agentury, co przyczyniało się do pomnażania ich
majątku.
Powyższa
sytuacja zamiast cieszyć, wpędzała Trumnisia w coraz większe
obawy o zdrowie psychiczne Koali. Z kolei Bębenek srodze martwił
się o kondycję małego niedźwiadka.
*
-
Bardzo dobrze – ocenił Koala chowając trofea do kieszonki. –
Jeszcze parę wypadów i będziemy musieli się przyczaić.
-
A to czemu? – zdziwił się Trumniś. – Przecież idzie nam coraz
lepiej? Chodźmy lepiej się gdzieś zabawić, wydajmy trochę
szmalcu, a nie siedzimy w tej szopie, jak te dwa menele.
Koala
zmierzył Misia ponurym wzrokiem.
-
No wiem, wiem – powiedział szybko Trumniś. – Jeszcze nie czas,
musimy być ostrożni, zachować czujność, ble, ble, ble.
-
A w dupsko cię nie kopnąć, konusie?
-
Sam się kopnij – odparł hardo Miś. – Najlepiej w ten pusty
łeb! Ty masz jakąś manię prześladowczą, czy co? Na cholerę
zbieramy to wszystko, skoro od miesięcy żremy szczaw i jagody?
Koala
zmarszczył brwi.
-
Tyle razy ci tłumaczyłem, półgłówku – parsknął
purpurowiejąc na twarzy. – A ty znowu swoje?
-
Bo z ciebie chytry ćwok.
Tego
było Bębenkowi za wiele. Podbiegł do mniejszego kolegi i huknął
go pięścią między oczy. Zaskoczony Trumniś poleciał w tył
lądując bezwładnie w kępie bratków porastających przygrobową
rabatkę. Koala skoczył ku leżącemu i unieruchomił go siadając
na nim okrakiem. Wymierzył leżącemu jeszcze dwa ciosy i pochylił
się nad półprzytomnym.
-
Posłuchaj gwiazdorku – wycedził przez zęby. – Gówno mnie
obchodzi, co o tym myślisz. Pamiętaj, że jak mnie jeszcze raz
wkurwisz, to łeb ci rozwalę i wrzucę do pierwszego lepszego grobu,
gdzie zgnijesz, jak powinieneś był to zrobić pół roku temu.
Rozumiesz co do ciebie mówię? Tu nie telewizja, pajacu, tylko
zwykła, szara codzienność. Obudź się wreszcie!
Dla
podkreślenia wagi swoich słów chlasnął leżącego z otwartej.
-
Wystarczy! – krzyknął Trumniś przerażony wybuchem Koali.
-
Obudź się! – jeszcze raz poprawił, tym razem z główki.
-
Przestań! Proszę! Już nie będę! Ty tu rządzisz. Zrobię, co
karzesz! – przełknął gromadzącą się gorzką ślinę
rozczarowania i porażki, które dodatkowo podsyciło kolejne,
piekące policzek uderzenie. – Wystarczy!
-
Na pewno?
-
Przysięgam!
-
No – Bębenek zszedł z leżącego. – Tylko, kurwa, mi podskocz
jeszcze kiedyś, to cię przerobię na pacynkę.
Trumniś
pozbierał się z trudem i, uważając by Koala nie patrzył, pokazał
mu język. Miś był wdzięczny za ocalenie życia, ale wszystko ma
swoje granice. Ponad pół roku harował już na usługach Koali i co
z tego miał? Ból, cierpienie i szykanowanie. I za co? Przecież
starał się jak mógł, pracował ciężko w dzień i w nocy, był
praktycznie na każde skinienie despotycznego kolegi. A w zamian nie
otrzymywał prawie nic. Nic poza miską podłej strawy. Nie licząc
pojenia eukaliptusówką, od której chyba się już uzależnił. To
nie może dłużej trwać. Nie wytrzyma takiego rygoru. Co innego
gdyby mógł korzystać z majątku, w jaki dzięki jego pracy weszli.
Nie chodzi nawet o jakieś szczególne luksusy. Wystarczyłoby tylko
od czasu do czasu wyskoczyć gdzieś, zabawić się, posmakować
świata. A nie całymi dniami przesiadywać na cmentarzu i bawić się
w ciociu babkę z grabarzami. I popijać eukaliptusówkę. I zasypiać
po niej niespokojnie i budzić się na nowo i ponownie zapadać w
eukaliptusowy sen… I śnić koszmar za koszmarem, koszmar za
koszmarem, koszmar za koszmarem...
*
-
Ułech, łech, błeeee, łeee!!!
Bębenek
zerwał się z posłania, czując jak jeży mu się futerko na całym
ciele, poza, rzecz jasna, bębenkiem. Panująca w domu
nieprzenikniona ciemność nie pozwoliła mu na należyte ocenienie
sytuacji. Za to perfekcyjnie działający słuch (poza tym, że
wyjątkowo wyostrzony naturalnie, to jeszcze dodatkowo wyszlifowany
długoletnią karierą sceniczną i późniejszą pracą zawodową)
wyraźnie wskazywał, jako źródło obłąkańczego wrzasku,
sąsiedni pokój, który zajmował Trumniś. Koala skrzesał płomień
i podpalił lampę naftową (drzemiąca w nim wrodzona dzika natura,
w dalszym ciągu nie pozwalała mu całkiem oswoić się z dobrami
cywilizacji, spośród których elektryczność stanowiła
najtrudniejszą do pokonania barierę). Z walącym sercem ruszył
wąskim korytarzem. Rozpełzające się po ścianach żółte światło
ukazało zamknięte drzwi sypialni Trumnisia. Bębenek nacisnął
klamkę i pchnął je do wewnątrz. Wkroczył do środka i uniósł
lampę. Miś siedział w łóżku wyprostowany, z wykrzywionym
przerażeniem pyszczkiem i wrzeszczał wniebogłosy. Koala westchnął
przeciągle. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu musi upłynąć, by
malec doszedł wreszcie do siebie? Przeszłość była bolesna. Jemu
samemu też zdarza się budzić z krzykiem. Nie pomagały na to żadne
lekarstwa, luksusy i zagraniczne wojaże. I eukaliptusówka również.
Bębenek
podszedł do łóżka i chlasnął Trumnisia z otwartej.
-
Obudź się! – krzyknął.
Głowa
niedźwiadka przekrzywiła się na bok, ale krzyk nie ustał.
-
Obudź się! – powtórzył Koala poprawiając na odlew znacznie
mocniej, aż uwolniony uderzeniem różowy język Trumnisia wymknął
się z rozwartych ust i zatoczył szeroki łuk zawijając się niemal
za ucho.
Miś
przestał krzyczeć, otworzył szeroko oczy i zaczął się rozglądać
z półprzytomną twarzą. Gdy jego wzrok spoczął na Bębenku
odetchnął z wyraźną ulgą.
-
O kurwa! – jęknął opadając na poduszkę. – Ależ miałem sen.
Koala
pokręcił głową i wycofał się do swojego pokoju.
Trumniś
otarł spoconą buzię jedwabną chustką i sięgnął po stojącą
na nocnej szafce szklankę z whisky (od jakiegoś czasu wolał ją od
eukaliptusówki). Pociągnął tęgi łyk. Przyjemne palenie w gardle
rozjaśniło mu myśli. Wymacał pod poduszką pilota. Walące mocno
serce szybko się uspokoiło, gdy połowa ściany sypialni rozbłysła
jaskrawymi kolorami panoramicznego ekranu telewizora. Oczywiście
nastawionego na program, na którym, bez względu na porę, emitowane
były bajki o Misiu Uszatku. Na pyszczek Trumnisia nieśmiało
wypełzł błogi uśmiech. Zwolna odprężając się zaczął
podśpiewywać wraz z narratorem:
Jestem
sobie mały miś, gruby miś
Znam
się z dziećmi nie od dziś.
Obuszek
Siedzieli
na kładce zbudowanej z pnia obalonej sosny, łączącej brzegi
wartkiego, leśnego strumienia. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że
Bębenek Koala macha nóżkami wesoło i beztrosko. Ale rzeczywistość
była zgoła odmienna. Był mocno podenerwowany, miał ściągnięte
w trąbkę usta i pobielałe knykcie zaciśniętych na pałeczkach
piąstek. Mamrocząc pod zmarszczonym noskiem słowa monotonnej
mantry, wygrywał na brzuszku smętny rytm marsza pogrzebowego.
Dźwięki były stłumione i mało precyzyjne, bo niepielęgnowane
należycie ciało miejscami ponownie pokryło się sierścią,
przestało być sprężyste i wydawało fałszywe tony.
-
To niewiarygodne – powiedział do skulonego obok Misia Trumnisia. –
Żeby tak bez powodu od razu walić w łeb? Dobrze, że cię na
zupełny amen nie ukatrupił.
-
Też jestem rad – pisnął niedźwiadek delikatnie dotykając
bolesnego miejsca na potylicy. – Nie każdy miał tyle szczęścia.
-
To znaczy?
Miś
westchnął.
-
Mówiłem ci już nie raz.
-
Sranie w banie – obruszył się Bębenek.
-
Bo tak mnie słuchasz. Tylko interesy ci w głowie.
-
Nie marudź, tylko mów.
Trumniś
wypluł w nurt pestkę czereśni, których zdążył narwać tuż
przed wypadkiem. O dziwo agresor mu ich nie odebrał, a przecież w
tej części kniei o czereśnie nie było łatwo. Żeby je zdobyć,
trzeba było zakraść się do sadu gajowego Winniczka, a to groziło
zarobieniem porcji soli, lub poszczuciem psem. I to nie byle jakim.
Nieodłącznym druhem leśnika był bowiem nieznanej proweniencji
mieszaniec, na którego Winniczek wołał Azor, ale wszyscy w lesie
woleli nazywać go Kurwim Synem.
-
No to było tak, jak powiedziałem za pierwszym razem – podjął
Trumniś. – Zakradłem się do sadu gajowego z samego rana.
-
O której?
-
Spokojnie. Poszedłem tak jak mówiłeś, między czwartą, a piątą
rano.
-
Dobrze – pochwalił Koala. – Wtedy jest bezpiecznie, bo obaj
śpią. A przynajmniej powinni.
-
Tak właśnie było. Spokojnie narwałem całą siatkę i przez
nikogo nie zauważony…
-
Najszczałeś do studni? – przerwał podejrzliwie Bębenek.
-
Oczywiście! – obruszył się Trumniś.
-
No, to mów dalej.
-
Byłem czujny. Nawet bardzo czujny. Dopóki nie opuściłem sadu, nie
minąłem brzózkowego zagajnika i nie wszedłem głębiej w tę
naszą bukowinę, w każdej chwili byłem gotów dać dyla w paprocie
ot tak – pstryknął palcami – i już by mnie nie było.
Trumniś
wsypał sobie do pyszczka całą garstkę owoców, chwilę je
przeżuwał, po czym wydął policzki i pod dużym ciśnieniem
wystrzelił je przed siebie serią.
-
Świtało już, jak dotarłem do polany – podjął. – Mgła
zaczęła się podnosić, ale w dalszym ciągu gówno było widać.
Nie przejmowałem się, bo przecież znam tu każde drzewo, każdy
krzak i kępę mchu. Wszedłem właśnie pomiędzy te dwa wielkie
dęby, co stoją przy starym dukcie i wtedy coś mnie jak nie jebnie
– Trumniś aż się skrzywił na samo wspomnienie. – Ciemno mi
się przed oczami zrobiło i dalej to już znasz, bo tak mnie
znalazłeś.
-
I nikogo, ani niczego nie widziałeś?
-
Czerń tylko. Czyli w sumie nic. Bo nic jest czarne, co nie?
-
To zależy.
-
Od czego?
-
Od tego, czy to dobre nic, czy złe. Dobre nic jest białe.
Bębenek
przypomniał sobie, jak był jeszcze zwyczajnym małym koalą
obżartuszkiem i jak tatuś mówił mu nie raz, że nie ma nic do
jedzenia. Wtedy to nic wydawało mu się czarne jak głęboka noc,
której tak bardzo się bał. Albo jak paskudna w smaku smoła, do
której żucia zmuszał go dla zgrywy Winston Panierka – jego dawny
współpracownik z cyrku. Teraz zaś takie nic jawiło mu się, jak
coś lśniącego i skąpanego w ciepłych, oślepiająco jasnych
promieniach słońca. Lub jak nagły rozbłysk rozwiewający smutki,
który pojawiał się w głowie po wypiciu kwaterki eukaliptusówki.
-
Za to nic złe, potrafi być czarne jak cholera – uściślił,
wzdrygając się mimowolnie.
Trumniś
zadrżał aż zjeżyło mu się futerko.
-
To ja widziałem bardzo, bardzo złe nic – powiedział szeptem.
Koala
odłożył pałeczki i ze stęknięciem stanął wyprostowany
wypinając brzuszek. Poprawił obręcz bębenka, która przez lata
mocno mu się poluzowała pod fałdami regenerującej się skóry. Od
czasu do czasu, boleśnie przycinała mu rozkosznie odradzający się
tłuszczyk.
-
No dobra – powiedział. – A co z tymi innymi?
Trumniś
zawiązał chusteczkę z czereśniami i również podniósł się na
krótkie nóżki.
-
Pierwsza, to była ta stara bura wiewiórka, co ją znaleźli pod
drzewem. Łeb miała roztrzaskany, aleśmy wtedy pomyśleli, że ze
starości zrobiła się nieostrożna i spadła z drzewa, a czerep
rozdupczyła o kamienie. Potem był borsuk. Też łeb z tyłu
rozpieprzony na miazgę. Rano znaleziony nieopodal nory. Nikt tych
dwóch przypadków nie powiązał, bo i niby dlaczego? Żadnego
związku. Gdzie wiewiórka, a gdzie borsuk? Tak samo, zresztą, jak
te dwa zające. Głupie były, to i wszyscy myśleli, że się na
siebie rzuciły i rozbiły łby nawzajem.
-
Co? Że jak?
-
No nawzajem. Że o siebie. Jeden o drugiego i…
-
Rozumiem znaczenie, tylko sensu nie dostrzegam.
-
Przecież to proste. Stanęły sobie naprzeciw, jak na westernie, i
potem ruszyły na siebie z furią, jak byki na korridzie. Wiesz ile
taki byk ma siły?
-
Dobra, mów kto jeszcze był.
-
Jeszcze jenot. Tragiczna śmierć. Tak dostał w łeb, że go
przygwoździło do pnia dębu. Wiesz, zębami. Musiał biedaczysko
jeszcze potem parę razy oberwać, bo wszystkie kości miał
pogruchotane. Wisiał na tym drzewie przez parę dni, zanim go gajowy
ściągnął.
-
To jenot był, to coś?
-
Jenot.
-
A ja myślałem, że to jakaś porzucona pacynka.
-
Wszyscy tak myśleli, dlatego wisiał tak długo.
Koala
pokiwał głową z niedowierzaniem.
-
Czyli, niech no podsumuję – powiedział. – Wiewiórka, borsuk,
dwa zające i jenot, czyli pięć ofiar, dobrze liczę?
-
Sześć – poprawił Trumniś. – Ja jestem szósty. Tyle, że mnie
nie ukatrupił
-
No tak, właśnie. Przyjmując, że za to wszystko odpowiada jakiś
seryjny socjopata – bo rozumiem, że do tego zmierzasz – to czy
nie wydaje ci się to choć odrobinę dziwne?
-
Co?
-
No, że udało ci się przeżyć?
-
Nie. Za to wydaje mi się to cudowne. Miałem szczęście.
Ruszyli
wzdłuż pnia w kierunku brzegu, na którym znajdowało się ich
niewielkie mieszkanko. Wymieniali różne kandydatury na psychopatę
czerpiąc z bogatego wachlarza przeróżnych osobowości
zamieszkujących knieję. Jednych odrzucali od razu, nad innymi
zastanawiali się dłużej, ale nikt jednoznacznie nie pasował do
wizerunku sadystycznego, seryjnego mordercy.
-
Jestem niemalże pewien – stwierdził w końcu Bębenek – że to
ten sługus gajowego jest za wszystko odpowiedzialny. Bydle jest złe,
tylko dla hecy potrafi kark skręcić. Dybie i na mnie od samego
początku, odkąd tu zamieszkaliśmy. Jak tylko będzie okazja,
załatwi mnie na cacy, że i pierdnąć nie zdążę. Nawet brata
swojego bliźniaka przecież zadusił.
-
Brata?
-
No wiesz, Puszka.
-
Puszek to był jego brat?
-
Trudno uwierzyć, co? Porządne było z niego psisko. Aż za bardzo.
Fajnie było razem chodzić na ryby, śpiewać szlagiery i pyknąć
wieczorkiem z fajki. – Bębenek pokiwał głową z żalem. – Cóż.
Za łagodny był, to i go bydlak wykończył. Jeszcze przyjdzie na
niego pomsta, już moja w tym głowa.
Szli
chwilę w milczeniu.
-
A właściwie – podjął Koala – to są jakieś argumenty
zaprzeczające, że to nie on? Że to nie ten bydlak?
Trumniś
wzruszył ramionami.
-
Puchacz mówił, że razem z Winniczkiem w chałupie siedzi po całych
nocach, to jak mógłby jednocześnie w innym miejscu siać terror?
-
Może i tak – burknął niezadowolony Bębenek. – Tyle, że
puchacz jest stary, to i pewnie ślepawy. Gówno widzi w nocy.
-
Ponoć lepiej, niż w dzień. W końcu to puchacz.
-
Chuja tam wiesz.
Dzień
miał się ku końcowi. Dyskutowali o wydarzeniach ostatnich dni,
przy okazji zbierając grzyby, poziomki i jagody.
Odkąd
porzucili cmentarz i przestali parać się biznesem, pogorszyła im
się stopa życiowa. Przez kilka pierwszych miesięcy roztrwaniali
zgromadzony majątek na hotele, zagraniczne wycieczki i uciechy
cielesne. Bezstresowa bezczynność szybko uszczuplała też
oszczędności. Za to mocno podreperowała zszargane morale. Z czasem
stopniowo przenosili się do wynajmowanych mieszkań, potem pokoików,
na coraz dalsze przedmieścia i peryferia. Aż w końcu wynieśli się
do lasu.
Mieszkali
teraz w starej, mocno podniszczonej ziemiance, która kiedyś była
bunkrem. Znaleźli ją zupełnie przypadkowo – Trumniś wpadł do
niej przez zamaskowany ściółką wylot kominowy. Włożyli dużo
pracy w jej odgrzebanie, opróżnienie z nagromadzonych w ciasnym
wnętrzu warstw piasku i liści, odświeżenie i prowizoryczne
urządzenie. Musieli też wykopać do niej krótki tunel i
zainstalować drzwiczki, za które posłużyła im porzucona na
dzikim wysypisku śmieci deska klozetowa wraz z klapą. Norka nie
była duża, ale za to dobrze zamaskowana, ciepła i bezpieczna.
Gdy
dotarli do domostwa mocno burczało im w brzuszkach. Bębenek
zawiesił nad paleniskiem garnek z puszki po marynowanych ogórkach,
a gdy woda się zagotowała, wrzucił do środka pokrojone grzyby,
wiązkę młodych pędów dzikiej jabłoni i garść korzonków. Gdy
wszystko ponownie zawrzało, odlał część wywaru do osobnego
kubełka i dorzucił odrobinę wędzonych na jałowcowym dymie jeżyn.
Dosypał z papierowej torby, nie żałując, kilkanaście drobnych
kapelusików mało reprezentacyjnych grzybków. Trumniś ich nie
lubił, za to Bębenek wprost uwielbiał. W jakimś stopniu
zastępowały mu eukaliptusówkę, której tak bardzo mu tu
brakowało.
Zjedli
kolację. Niedługo potem zmęczonego i osłabionego ostatnimi
wydarzeniami Trumnisia zmorzył sen. Koala również próbował
zasnąć, ale szło mu to opornie. Przed oczami przesuwały mu się
żywe kolorowe obrazy, w których przeszłość splatała się z
teraźniejszością. Przez głowę przemykali mu pobratymcy, których
jak przez mgłę pamiętał z dzieciństwa, starzy znajomi i
przyjaciele. Najbardziej wyraziści byli ci poznani w niedoli, dzięki
którym przetrwał bodaj najtrudniejsze chwile swojego życia.
Po
pewnym czasie postaci, które pozytywnie wyryły się w jego pamięci,
zaczęły być coraz częściej zastępowane przez te mniej
sympatyczne. Wreszcie zewsząd poczęły wyzierać na niego te
najbardziej makabryczne, wrogie i złorzeczące. W końcu nie mógł
już pozbyć się ponurych obrazów. Wizji, w których z każdej
strony wygrażał mu bezlitosny i chciwy Winston Panierka, który o
mały włos nie dokonał na nim publicznej egzekucji, w czasach, gdy
Koala zmuszony był do katorżniczej pracy w cyrku.
Wycieńczony
majakami Bębenek postanowił dla kurażu wypić dodatkową porcję
naparu z grzybków i poprawić je chmurką dymu z odprężającej
mieszanki ziół. Rozochocony pomysłem gwarantującym poprawę
nastroju przystąpił do przyrządzania naparu, a następnie
dokładnie oczyścił fajkę. Wówczas okazało się, że zioła się
skończyły. Sklął w myślach Trumnisia, który o ile dał sobie
zaszczepić większość zasad wpajanych mu od lat przez Koalę, to
za nic nie potrafił przyjąć do wiadomości, że zioło trzeba
dozować z umiarem. Gdyby nie ponura przygoda, jaka spotkała
Trumnisia dzisiejszego ranka, Koala by mu nie odpuścił i wygnał go
po nocy po uzupełnienie zapasów. Jednak wobec niedyspozycji
niedźwiadka, postanowił niezwłocznie udać się w tym celu
osobiście.
-
Seryjny zabójca – marudził pod nosem zamykając za sobą
wejściową klapę. – Zające jak byki w korridzie. Nic dziwnego,
że miał takie pomysły, jak wydął mi całą torbę machorki.
Noc
była ciepła i pogodna. Gwiazdy tylko miejscami były przysłonięte
nielicznymi, wąskimi pasmami chmur. Strzelistość drzew i panująca
w ich dolnych partiach gęstwina sprawiały, że mimo to w lesie było
ciemno i parno.
Bębenek
znał na pamięć drogę do poletka. Wysokie krzaczki, z których
kwiatostanów Koala sporządzał fajkową miksturę, rosły na skraju
polanki oddalonej o pół godziny marszu od ich domostwa. Miś
maszerował nie spiesząc się i umilając sobie czas rozmyślaniem o
planach na przyszłość. Przede wszystkim o zamiarze
rozpowszechnienia wśród mieszkańców lasu zwyczaju palenia ziół
oraz rozwinięcie ich uprawy. Nie wykluczał też handlu, który
powinien znacznie podnieść standard ich mieszkania i stopy
życiowej. Bez zbytniej przesady. Odkąd zamieszkali w kniei nauczyli
się czerpać radość z otaczającej przyrody i nie potrzebowali
wygód. Ale zawsze miło byłoby przenieść się do bardziej
przestronnej norki, a od czasu do czasu wypuścić się na wczasy do
jakiegoś kurortu. A może nawet udałoby się kiedyś wrócić w
rodzinne strony…
Bez
przeszkód dotarł na miejsce i obrzucił wzrokiem niewielkie poletko
smukłych, wysokich krzaków. Kilka, wyrwanych przez niego wcześniej,
wisiało korzeniami do góry by suszyć się w naturalnych warunkach
w gorących promieniach słońca i podmuchach ciepłego wiaterku.
Sprawdził palcami stan znajdujących się na końcach gałązek
kwiatowych szczytów i z zadowoleniem ocenił, że są gotowe do
spożycia. Zerwał kilka z nich i schował do kieszonki. Miał ochotę
już teraz nabić fajeczkę, ale powstrzymała go ostatnia przygoda,
jaka przydarzyła mu się w podobnej sytuacji. Skusił się wówczas
na kilka niewielkich chmurek i potem pół nocy błądził zmarznięty
po lesie w poszukiwaniu domu. Gdy wreszcie był pewien, że go
odnalazł, nie mógł trafić do drzwi. Był wówczas przekonany, że
ktoś zasypał wejście do norki. Dopiero o świcie okazało się, że
próbował dostać się do środka z niewłaściwej strony. Do tego
Trumniś potem przez klika dni mu się żalił, że nie przespał
nocy, bo myślał, że to ogarnięty morderczą furią wściekły
borsuk lub jenot próbował od tyłu wykopać tunel do ich
mieszkania.
Mając
w pamięci tamtą historię ruszył żwawo do norki. Bardziej wyczuł,
niż dostrzegł niebezpieczeństwo. W pewnym momencie po prostu coś
kazało mu uskoczyć w bok. Świsnęło mu tylko nad głową i niemal
w tym samym momencie coś twardego z całą mocą łupnęło o pień
pobliskiego dębu. Usłyszał stęknięcie i siarczyste przekleństwo,
gdy napastnik wytrącony z równowagi chybionym atakiem, wyłożył
się w poprzek ścieżki. Bębenek, nie tracąc czasu, dał nura w
gęste poszycie i zanim agresor się pozbierał, znieruchomiał w
ukryciu bacznie obserwując okolicę. Oczy przyzwyczaiły się do
ciemności, a wzrok dodatkowo wzmocniony spożytym wywarem pozwolił
Koali wyłowić z mroku sylwetkę pomstującego adwersarza, ale nie
był w stanie dostrzec szczegółów. Napastnikiem okazał się być
duży czworonóg, sądząc po rozmiarach był nim pies lub wilk.
Bębenek obserwował, jak napastnik pyskiem podnosi z ziemi stylisko
dużej siekiery i zaczyna rozglądać się po otoczeniu. A więc to
nie urojony wymysł Trumnisia, pomyślał Bębenek. Najwyraźniej po
lesie grasuje fanatyczny zabójca i dybiąc po nocy na samotnych
wędrowców, atakuje ich siekierą. Koala miał mnóstwo szczęścia,
że zdołał uskoczyć w ostatniej chwili. Inaczej pewnie leżałby z
roztrzaskanym czerepem, czekając by rankiem odnalazł go gajowy z
tym swoim... W jednym momencie Bębenkowi wszystko spasowało do
łamigłówki, którą zaczął układać dzisiejszego popołudnia.
Bez wątpienia było tak jak przypuszczał. Pies gajowego. Ten
sukinsyn nienawidził wszystkich i wszystkiego (oprócz gajowego).
Pewnie wymykał się nocą chyłkiem i grasował, a jak już kogoś
dopadł, wracał jakby nigdy nic do gajówki. Dlatego też na drugi
dzień wiedział gdzie prowadzić swojego pana, by znaleźć trofea.
Co za zwyrodnialec?!. I co za szczęście, że udało się ujść z
życiem najpierw Trumnisiowi, a teraz i jemu. Bębenkowi mocniej
zabiło serce. Co byłoby z Trumnisiem, gdyby Koala padł trupem?
Niedźwiadek był przecież taki niezaradny, łatwowierny i naiwny.
Bez Koali nie przeżyłby w lesie tygodnia.
Bębenek
zmrużył oczy, by zogniskować wzrok na dyszącym pośrodku ścieżki
napastniku. Pies upuścił z pyska siekierę i zaczął intensywnie
węszyć kierując się ku Bębenkowi. Koala zamarł przeklinając
się w duchu za ciekawość. Powinien walić ile sił przed siebie, a
nie czaić się w pobliżu, jak wioskowy głupek w agreście.
Miś
coraz wyraźniej słyszał świszczący syk wciąganego w nozdrza
powietrza. Im ów świst był głośniejszy, tym Koala mocniej
pragnął przestać wydzielać z gruczołów woń, ale zdawał sobie
sprawę, że to niewykonalne. Przeciwnie. Im bardziej chciał, tym
silniej wydzielał.
W
pewnym momencie zabójca zamarł w bezruchu i uniósł łeb. Oczy
lśniły mu w ciemnościach krwistą czerwienią piekielnej bestii.
Miś zacisnął powieki.
-
Bębenek? – usłyszał chrapliwy głos.
Koala
wolno otworzył oczy.
-
Bębenek, to ty? – powtórzył pies mniej chrapliwym głosem. –
Poznaję cię po zapachu, nie bój się, to ja Puszek.
Niedoszły
zabójca skoczył w gąszcz i delikatnie złapał Koalę zębami za
kark. Położył go po środku ścieżki i zaczął biegać w koło
niego wesoło poszczekując i merdając ogonem. Bębenek usiadł ze
skrzyżowanymi nóżkami i uważnie przyjrzał się psu. Przebijające
się przez konary drzew światło księżyca pozwoliło mu dostrzec,
że Puszek miał skołtunioną, matową sierść, był chudy i
schorowany. Jego szyja była wykrzywiona na bok pod nienaturalnym
kątem. Ruchy miał nerwowe, co chwila rzucał na bok łbem, jakby
oglądał się za siebie. Ale bez wątpienia był to Puszek.
-
Myślałem, że nie żyjesz – powiedział miś.
-
Prawie, kolego! Prawie – odparł pies. – Ten wyrodny bydlak mało
mnie nie udusił. Sam myślał, że jestem już pewnym trupem i
zostawił wpółżywego, żeby mnie rozwlekły ścierwojady. Powiem
ci, że to prawdziwy cud, że przeżyłem. Jak tylko trochę
wydobrzałem wyniosłem się stąd na dłużej, żeby okrzepnąć.
Ale już wszystko ze mną w porządku, więc wróciłem jak
nowonarodzony!
Koala
wstał uradowany, ale szybko na powrót spochmurniał, gdy w blasku
księżyca błysnęło ostrze spoczywającej na ścieżce siekiery.
-
Jak nowy? – zapytał. – A co ma znaczyć ta siekiera? Puszek…
Pies
skoczył ku niemu i groźnie warknął.
-
Tylko nie Puszek! – wycharczał zmienionym głosem. – Nie jestem
już żaden Puszek! A przynajmniej nie taki zwyczajny Puszek! Teraz
rozpieprzam wszystkim łby siekierą, bo jestem zły, zły, zły! Zły
do cna! Gorszy od Azora!
Koala
skulił się pośrodku ścieżki. Pies niebezpiecznie kłapał
zębiskami przed jego pyszczkiem, tocząc pianę i miotając groźby.
-
Kto tylko stanie mi na drodze – parsknął – łeb rozpieprzę
siekierą na miazgę! Jestem Puszek Obuszek!
To
powiedziawszy Puszek złapał stylisko siekiery, targnął łbem i z
całych sił łupnął obuchem w dębowy pień, aż posypała się
kora. Warknął i uderzył jeszcze kilkakrotnie. Ślina zwisała mu u
pyska, z gardła wydobywał się charchot. Odskoczył od drzewa i
jego obłędny wzrok spoczął na Koali. Wówczas sylwetka psa jakby
zwiotczała, siekiera wypadła z pyska i Puszek radośnie skoczył ku
misiowi.
-
Bębenek! – krzyknął. – Jak dobrze cię widzieć. Pójdziemy na
ryby?
-
Jasne, stary – odparł Koala. – Kiedy tylko chcesz.
-
Teraz!
-
Teraz? Po nocy?
-
A czemu nie? Przecież rybie wszystko jedno, czy złapiesz ją w
dzień, czy w nocy! Chodźmy po Trumnisia i walmy nad strumień!
Koala
nie był specjalistą od oceny zachowań. Ale nie musiał nim być,
aby dostrzec, że z Puszkiem dzieje się coś niedobrego. Gwałtowne
zmiany nastroju czyniły z niego niebezpiecznego towarzysza.
Zwłaszcza, że miał już na koncie pięć ofiar.
Miś
chrząknął.
-
A może najpierw palniemy chmurkę na rozluźnienie? – zaproponował
wyjmując fajkę.
-
Machorka?
-
Najlepsza.
-
Dawaj.
Usiedli
pod drzewem. Koala przygotował szczyptę ziela i po chwili zaczęli
pykać z wrzoścowej fajki. Miś zastanawiał się jak potoczy się
dalszy ciąg ich spotkania, ale wraz z upływem czasu jego niepokój
mijał, a obawy zdawały się być zupełnie bezpodstawne. W końcu,
gdy Puszek zaczął puszczać uformowane z dymu potrójne kółka,
romby i prostopadłościany, Bębenek całkowicie się odprężył i
wyzbył wszelkich zachamowań i lęków.
-
Powiedz no – rzekł – czemu to napadłeś na Trumnisia?
Puszek
przez moment nie odpowiadał, krztusząc się krótkimi, z trudem
powstrzymywanymi spazmami, którym towarzyszyły wydobywające się
spomiędzy zębów sinobiałe pasemka.
-
Nawinął się – powiedział z charchotem i wypuścił ze świstem
wielką chmurę gęstego dymu. – Kapnąłem się w ostatniej
chwili, że to on i trochę zluzowałem. Nic mu nie było jak
odchodziłem. W porządku z nim?
-
Taaa. Marudzi tylko jak zwykle, mały memłok.
-
A wiesz czemu?
-
Czemu co?
-
No, czemu tak marudzi.
-
No czemu?
-
Do trumny mu tęskno.
Obaj
parsknęli krztusząc się dymem.
Noc
płynęła spokojnie, mrok zaczął rzednąć, a oni dowcipkowali w
najlepsze.
-
A ty tak z tym Obuszkiem to na poważnie? – zapytał Koala.
-
W sensie?
-
No, że będziesz teraz siepaczem?
Puszek
skrzywił się z niesmakiem.
-
Bo ja wiem – odparł. – Chyba nie.
-
Nie kręci cię rozpieprzanie łbów?
-
A skąd!
-
No a ta wiewiórka, zające i borsuk?
-
Co?
-
I biedny jenot zmiażdżony jak pacynka?
-
Jenot jak pacynka?
Znów
wybuchli śmiechem.
-
To nie jest śmieszne, ja wiem, ale nie mogę się powstrzymać –
poskarżył się Bębenek.
-
No – zgodził się pies.
-
Ale tak na poważnie się pytam o nich.
-
O co ci chodzi?
-
O martwą wiewiórkę z roztrzaskanym łbem, o dwa martwe zające z
roztrzaskanymi łbami, o borsuka z roztrzaskanym łbem i o
jenota-pacynkę z roztrzaskanym łbem.
Puszek
westchnął.
-
O ile mi wiadomo, to wiewiórka spadła z drzewa, bo stara była i
już mało sprytna. Zające same sobie łby roztrzaskały, jak byki
na korridzie, a jenota załatwił Winniczek, tak dla postrachu i
podtrzymania wśród mieszkańców rodzącego się poczucia paniki. A
jak nikt nie poznał się na groźbie, bo wszyscy myśleli, że to
pacynka, to gajowy strasznie się rozsierdził i roztrzaskał łeb
borsukowi kolbą karabinu. Biedak akurat mu się napatoczył, jak
majstrował przy jenocie, żeby był mniej podobny do pacynki. I w
ten sposób ta historyjka się utrwaliła, że ktoś serynie wykańcza
zwierzęta. No to postanowiłem się podłączyć, że to niby ja. Że
jestem taki okrutny Puszek Obuszek. Ale tak naprawdę to napadłem
tylko na Trumnisia. No i na ciebie. Wielki ze mnie okrutnik, nie ma
co.
To
rzekłszy Puszek posmutniał i zaczął pociągać nosem.
-
Daj spokój – próbował pocieszyć go Koala. – Jesteś przecież
groźny. Na pierwszy rzut oka, to jesteś taki sam jak ten twój
brat, Kurwi Syn. Przy odpowiednim marketingu możesz jeszcze zrobić
karierę zwyrodniałej bestii, zamordysty i siepacza.
-
Myślisz?
-
Pewnie.
Gdy
doszli do porozumienia świt całkiem przegnał już resztki mroku.
Umówili się na ryby z nastaniem kolejnego wieczora i rozstali w
dobrych nastrojach. Puszek zabrał siekierę i zniknął w gęstwinie,
Koala zaś raźno ruszył ku swojej norce. Nieprzespana noc zaczęła
dawać mu się we znaki, oczy się kleiły, pyszczek raz po raz
rozdziawiał do ziewania.
Gdy
wyszedł z wysokiego lasu i do pokonania pozostał mu tylko niski
świerkowy zagajnik, dostrzegł pomiędzy oddalonymi o kilkanaście
metrów drzewkami przemykającą sylwetkę.
-
Puszek!? – krzyknął Koala, ale nie miał zbyt dużej nadziei, że
to jego przyjaciel.
Rzucił
się ku domostwu. Wystarczyło tylko minąć zagajnik i będzie na
miejscu. Gnał ile sił, kątem oka dostrzegając postać biegnącego
równolegle z nim, nieubłagalnie i szybko zbliżającego się do
niego prześladowcy. Nie zważając na kłujące ciało i szarpiące
futro gałęzie, Bębenek pruł na przełaj jak najkrótszą drogą.
Gdy poczuł na karku oddech pościgu wiedział, że nie da rady.
Zacisnął jednak zęby i parł do przodu.
Ku
zdziwieniu i niemającej granic radości pokonywał w ten sposób
kolejne dziesiątki metrów i w końcu dopadł drzwi nie doznając
żadnego uszczerbku na zdrowiu. Złowrogie zębiska nie zatopiły się
w jego ciele, ani nawet nie kłapały już za plecami. Musiał się
zdarzyć jakiś cud, bo inaczej Azor, czy kim tam też był ścigający
go napastnik, z pewnością by go dopadł.
Bębenek
zamaszystym ruchem otworzył klapę i zaraz równie energicznie
zatrzasnął ją za sobą ryglując na wszystkie możliwe zamki,
zasuwki, sztaby i haczyki. Na drżących nogach doszedł do stołu i
opadł na służącą za krzesło skrzynkę. Chwilę oddychał
ciężko, po czym wypił kilka łyków wody. Zastanowiło go, że
impet, z jakim wpadł do norki, nie obudził Trumnisia. Zaniepokojony
zajrzał do małej sypialni swojego współlokatora, ale łóżeczko
było puste.
Niemal
w tym samym momencie załomotała kołatka do drzwi wejściowych.
Koala dopadł klapy i spojrzał przez wizjer. Po drugiej stronie stał
uśmiechnięty Trumniś. Bębenek szybko otworzył drzwi wpuszczając
towarzysza do środka. Koala był zaniepokojony, ale jednocześnie
uradowany obecnością przyjaciela. Zamierzał obsztorcować go za
beztroskie nocne wycieczki i narażanie życia, ale szybko zmienił
zdanie. Niedźwiadek trzymał w łapce ociekający krwią, oblepiony
sierścią porcelitowy tłuczek do kotletów.
Trumniś
minął rozkołysanym krokiem Bębenka i skierował się do swojej
sypialni podśpiewując wesoło pod nosem:
Puszek
Okruszek,
Obuszek,
Bardzo
go lubię,
Przyznać
to muszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz