przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 27 stycznia 2018

3 zaktualizowane historie o Bębenku Koali

Bębenek Koala

Bębenek Koala był bardzo radosnym misiem. Ale tylko do momentu, w którym wpadł w sidła kłusowników. Wówczas stracił swoją wrodzoną wesołość, a jej miejsce na długi czas zastąpiły smutek, strach, ból, zgryzoty i szereg innych nieprzyjemnych odczuć i doznań.
Zanim do tego doszło, Koala w najlepsze bawił się wśród swoich rówieśników, niespiesznie przechadzał się po konarach i gałęziach eukaliptusa, przeżuwał smakowite liście i delektował się upojnym sokiem przysmaku. I wcale nie miał na imię Bębenek. To imię otrzymał dopiero później, gdy został schwytany przez łowców i następnie sprzedany do cyrku. Zanim do tego doszło, wszyscy zwracali się do niego Józio.
*
Pewnego bardzo wczesnego ranka, gdy Koala nie był jeszcze Bębenkiem i nawet przez chwilę w myślach mu nie zaświtało, że może się nim stać, obudził go wuj Leon. Był wystraszony nie na żarty, cały drżał, był blady na pyszczku, a cieniutkie, przyprószone siwizną wąsy zwijały i rozwijały mu się nerwowo.
- Wstawaj mały – powiedział podekscytowanym szeptem. – Myśliwi.
Józio zerwał się najszybciej jak umiał i nie dbając o wygląd wygniecionego futerka, ruszył za Leonem i innymi wybudzonymi już misiami. Po jakimś czasie, mimo iż skakali po gałęziach ile tchu, spośród odgłosów budzącej się do dziennego życia kniei, zaczął wyłapywać niepokojące, coraz głośniejsze dźwięki kołatek naganiaczy. Koala nigdy wcześniej ich nie słyszał, znał je wyłącznie z opowieści, ale mimo to od razu je rozpoznał. Mącące myśli klekotanie sprawiło, że poczuł dodatkowy przypływ sił i gdyby był kolażem, jeszcze mocniej nacisnąłby na pedały i pomknął jak błyskawica pozostawiając pościg daleko za plecami. Ale że, na swoje w tym momencie nieszczęście, był tylko zwyczajnym małym misiem, to jego nadmisiowe wysiłki niewiele pomogły i niespełna kwadrans później leżał spętany wżynającą się w ciało kłującą boleśnie siatką. Niedługo potem trafił do ciasnej, brudnej klatki, cuchnącej potem, rzygowinami i odchodami przerażenia.
Następne dni były jak koszmar. Ciemna, duszna ładownia statku, pragnienie, smród, płacz i lament innych dzielących jego niedolę nieszczęśników. I przede wszystkim unoszące się ponad tym wszystkim widmo ściskającego gardło strachu. Lęku przed tym, co dopiero miało nadejść, co było nieznane, a, mimo to, tak przerażało, że aż bolała cała skóra, pękały wargi i puszczały zwieracze.
Miś nie pamiętał ile czasu trwała katorżnicza podróż. Starał się jak najszybciej zapomnieć o dniach trwogi, a związane z nią wspomnienia zepchnąć w najgłębsze zakamarki świadomości. Wbrew pozorom nie było to wcale takie trudne, bo galopujące z niesamowitą prędkością wydarzenia o bardzo dużej wyrazistości doznań, sprawiały, że praktycznie nie miał czasu na zastanawianie się nad niczym innym jak tylko chwila bieżąca. Na przetrwaniu.
*
Port. W zastępstwie fetorów dusznej ładowni, w nozdrzach misia zagościła mieszanka smrodu zanieczyszczonej smarami i ropą morskiej wody z paskudną wonią gnijących odpadków i odorem psującej się ryby. W oczy kłuło od dawna niewidziane ostre światło słońca. Nie trwało to długo, ale doznanie było wyraziste. Potem Koala znów trafił do ciemnej skrzyni, z tym, że teraz poruszał się drogą lądową. Ku nieznanemu. Był zmęczony, niewiele spał, a jeśli już, to bardziej przypominało to trwanie w delirycznym letargu. A on przecież tak bardzo kochał spać.
Nie był w stanie określić jak długo podróżował trzęsącą się i podskakującą ciężarówką. Dość powiedzieć, że brzuszek mocno mu się zapadł, bo, mimo iż dostawał jedzenie, to ogólna atmosfera wcale nie sprzyjała apetytowi. W połączeniu z bezsennością sprawiło to, że miś był bardzo słaby, rozkojarzony, niezdolny do logicznego myślenia i trzeźwego, racjonalnego oceniania rzeczywistości. Nie był nawet pewien, czy to wszystko działo się naprawdę.
*
- Hej, mały! Obudź się!
Józio zatrzepotał powiekami i odetchnął. A jednak to był tylko paskudny sen. Otworzył oczy spodziewając się ujrzeć uśmiechniętą twarz wuja Leona. Niestety zamiast niej zobaczył podłużną, skrzywioną facjatę, jakiej nigdy w życiu nie widział. Podskoczył przestraszony rozglądając się na boki. Niestety to nie był koszmar. Siedzieli zamknięci w dużej, zbudowanej z drewnianych bali klatce, w której znajdowały się różne przedziwne przedmioty. Miś nie tylko ich nie znał, ale nigdy w życiu nie widział podobnych, ani o takich nie słyszał.
- Spokojnie – powiedział nieznajomy z pociągłą twarzą. – Nic ci nie grozi. Przynajmniej z mojej strony.
- Ktoś ty? – wysapał Józio.
- Jestem Jelonek Kaładze. Będziemy razem mieszkać i może też pracować.
Miś przyjrzał mu się uważnie.
- Jelonek… jak?
- Kaładze – powiedział uprzejmie Jelonek. – Jestem z Gruzji.
- Acha.
Misiowi nic nie dało wyjaśnienie. Nie miał pojęcia, co to jest Gruzja i gdzie się znajduje. Był jednak pewien, że daleko od jego rodzinnego eukaliptusowego lasu.
- A ciebie jak zwą?
- Józio – odparł grzecznie. – Józio Koala.
- Józio? – Kaładze się skrzywił. – Trochę głupie, albo raczej nietypowe. Chociaż. W końcu tutaj wszyscy są z przeróżnych zakątków świata. Zresztą to nieważne. Niedługo pewnie i tak dostaniesz nowe imię i zapomnisz o starym.
Koala przełknął ślinę.
- Czemu mam zapomnieć? – zapytał drżącym głosem.
- Tu nie ma czasu na wspominanie – Jelonek pokiwał głową ze smutkiem. – Mało kto pamięta swoje prawdziwe imię. Potrafią często się zmienia
.
Józio czuł jak zbiera mu się ślina, a do oczu napływają łzy. Nie chciał jednak wyjść na mazgaja, zacisnął więc ząbki i brnął w dialog.
- A ty pamiętasz, jak brzmiało twoje stare imię? – zapytał.
- Kaładze.
Miś nieco się speszył.
- Myślałem, że to nazwisko.
- Nie, imię. U Jelonków jest inaczej i imię jest na końcu.
- Jakie jest więc nowe?
- Też Kaładze.
- Jak to?
- Po prostu Jelonek Kaładze. To długa historia. Trafiłem tu jako Jelonek Kaładze, potem dali mi imię Termofor. Jelonek Termofor. To był dla mnie ciężki okres i nie chcę o tym mówić. Teraz jestem z powrotem Jelonkiem Kaładze, bo to podobno sprzedaje się lepiej niż Jelonek Łoś, lub Łoś Kaładze.
Nie trzeba było być bardzo spostrzegawczym, by domyślić się, że jest to temat Jelonkowi niemiły. Mówił o nim pospiesznie, chaotycznie i w sposób mocno nie składny.
Miś słuchał dalej nie przerywając.
- Ludzie – kontynuował Jelonek – bardziej mnie kojarzą ze starego imienia i wolą Jelonka Kaładze w roli Łosia, niż by Łosiem miało być cokolwiek innego, co wymieniłem ci wcześniej.
Jelonek zamyślił się na chwilę, po czym energicznie pomachał na boki głową i czknął nerwowo.
- Oczywiście prócz samego Łosia – dodał. – Ale takiego tu nie ma.
Józio zrobił niepewną minę. Zaczął się zastanawiać, czy czasem nie pomieszało mu się w głowie od słońca, bo nijak nie rozumiał, o czym mówi do niego towarzysz niedoli.
- Co to za miejsce? – zapytał przyciszonym głosem.
Jelonek zmarszczył brwi.
- To piekło, kochaniutki – odrzekł. – Najprawdziwsze piekło.
Koala zaczął drżeć na dobre. Mimowolnie popuścił mocz, co jeszcze dodatkowo negatywnie wpłynęło na jego i tak bardzo już niskie morale. Nigdy wcześniej nie był w piekle, ale kilkakrotnie słyszał, jak starszyzna o nim rozmawiała. Wiedział, że nie było to nic dobrego. To było jakieś bardzo, bardzo straszne miejsce.
Jakby na potwierdzenie podejrzeń misia, uszy przeszył mu wściekły, przyprawiający o drżenie kości pisk.
- Ocho – powiedział Kaładze. – Znowu kogoś przerabiają.
- Przerabiają? – załkał Józio.
Jelonek zrobił kwaśną minę.
- Niestety. Mało kto ma tutaj fart pozostawania w niezmienionej postaci.
- Jak to?
- Jak potrzebują czegoś, lub kogoś, kogo akurat brakuje, to przerabiają tego, kto jest pod ręką i spełnia jakieś tam kryteria. Tak jak w moim przypadku. Chociaż mnie, póki co, i tak się poszczęściło. Jak już wcześniej wspomniałem, gram teraz łosia, do którego jestem nieco podobny. Tylko rogi mi podcięli i przed występem zakładają mi maskę z tymi łosiowymi łopatami. Nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć. Zdecydowanie dużo gorzej było być Termoforem.
Jelonek wzdrygnął się i z wdzięcznością potarł racicą o spiłowane poroże.
- No ale dość o mnie – powiedział. – Ważniejsze, jakie mają plany wobec ciebie.
- Wobec mnie?
- A pewnie. Nie myślisz chyba, że przywieźli cię tu dla twojego uroku osobistego. Nie to żebym coś do ciebie miał, ale jesteś tylko normalnym koalą, a to raczej nie przejdzie. Zresztą. Pewnie niebawem się przekonasz. Tu się nie zdarza, by ktoś tak sobie bezczynnie siedział.
Jakby na potwierdzenie słów Jelonka, w kłódce szczęknął klucz i do klatki weszło dwóch ludzi, trzeci pozostał na zewnątrz.
- Bierzta tego małego zasrańca – powiedział ten ostatni. – Pewnie już mu bańdzioł sflaczał.
Zanim Józio zdążył zrobić cokolwiek, pochwyciły go mocne dłonie.
- Już się, najduch, zdążył ujszczeć! – krzyknął z niesmakiem jeden z mężczyzn i mocniej zacisnął kościste ręce.
Miś chciał ugryźć jedną z nich, ale jej właściciel był fachowcem w swojej profesji. Uchwyt nie dość, że był bardzo skuteczny, to jeszcze założony w sposób, który uniemożliwiał skuteczne kąsanie.
- Trzymaj się! – usłyszał jeszcze głos Jelonka, zanim wrzucono go do skórzanego worka.
*
Zatrwożony Koala leżał na boku ze spętanymi łapkami, zwrócony pyszczkiem do ściany. Nie widział swoich ciemiężycieli, słyszał jedynie ich głosy.
- Trza go chyba uśpić – powiedział jeden z mężczyzn. – Będzie wierzgał.
- Jak się dobrze przywiąże, to nawet nie drgnie – zaoponował drugi.
- E, czy ja wiem? Jeszcze się toto weźmie rozedrze gdzie nie trzeba i pójdzie na marne. Oj, szef by się nieźle zajeżył.
- Może i racja.
- No to daj mu tego zaszczyka i zaczynamy.
*
Obudził go łomot i towarzyszący mu ból. Z przerażeniem otworzył oczy. Leżał rozciągnięty na wysokim pniaku. Jego nienaturalnie rozdęty brzuszek był gładko ogolony, a opinająca go skóra rozciągnięta do granic możliwości. Nity przytwierdzały ją do okrągłej obręczy, jednym brzegiem sięgającej podbródka, drugim dostającej kolan. Gdyby wyciągnął łapki na całą długość nie dałby rady jej objąć. O środek brzuszka raz po raz uderzały drewniane pałki, wydobywając z niego głośne, ale nieco głuche dźwięki. Trzymający je mężczyzna miał skwaszoną minę.
- Wyrobi się – powiedział drugi z ludzi przysłuchujący się próbom. – Z początku większość instrumentów nie chce stroić.
- Ale ten brzmi do dupy, panie Szczaw – nie zgodził się muzyk. – To nie to samo co brak stroju.
- Przesadzasz pan. To całkiem dobry bębenek.
- Mówiłem, żeby kupić w sklepie zwyczajny werbel. Byłby o wiele lepszy.
- A kogo obchodzi zwyczajny werbel? Kto kupi bilet, żeby oglądać starego chłopa walącego w werbel.
- No, no!
- Nie ma się co obruszać. Takie są fakty. Co innego taki. Sam pan zerknij na nowe afisze.
Szczaw sięgnął po zrolowany papier i rozwinął go zamaszystym gestem.
- No i?
Duży kolorowy napis głosił: „Tylko u nas! Jedyny i niepowtarzalny Wielki Winston Panierka i jego grający miś”. Pod nim, skąpany snopami świateł, stał muzyk wygrywający pałeczkami rytmy na Bębenku Koali.
Twarz Winstona Panierki rozjaśnił szeroki uśmiech.
- No teraz, to co innego – powiedział pąsowiejąc.
- A coś pan myślał – ucieszył się Szczaw. – Przecież tu o gruby pieniądz idzie. Ludzie lubią takie dziwactwa. Inaczej grosza pan nie powąchasz.
- Pan, panie Gerardzie, to masz łeb nie od parady.
- Ba. To jeszcze nie wszystko. Daj no pan tę pałkę. Teraz pan uważaj.
To powiedziawszy zamachnął się i walnął w środek brzuszka Bębenka. Dźwiękowi towarzyszył piskliwy krzyk misia. Walnął jeszcze dwa razy i usłyszeli dwa piśnięcia.
- Widzisz pan – powiedział zadowolony Szczaw. – Masz pan dwa w jednym. Tylko za często tak pan nie wal, bo jeszcze gotów popękać i trzeba będzie szyć.
- Jak już się wyrobi, to będzie można naparzać do woli. – Winston pogłaskał misia po czole. – Prawda mały?
Bębenek zemdlał.
***
- Powtórz jeszcze raz – powiedział zatrwożony Kaładze.
- Jelonek Kaładze w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz Jelonek – posłusznie wyrecytował Bębenek.
- Matko kochana – jęknął Jelonek. – Co oni chcą ze mną zrobić?
Strach Jelonka Kaładze nie był bezpodstawny. Bębenek zacytował mu bowiem tekst wierszyka, jaki przypadkowo usłyszał w sali prób zaraz po jednym ze swoich występów z Wielkim Winstonem Panierką.
- Co to może znaczyć?
- Nie mam pojęcia – odparł Koala. – Najwyraźniej twoja rola łosia zbliża się ku końcowi. Znudziłeś się ludziom i przymierzają się, by przerobić cię na afrykańskiego jelonka, cokolwiek to oznacza.
Kaładze popatrzył na towarzysza z wyrzutem. Lubił Koalę. Ale to, niestety, właśnie jego sukces w roli Bębenka był przyczyną spadku popularności Jelonka Kaładze. Odkąd miś zaczął występować z Wielkim Winstonem Panierką, ludzie zaczęli domagać się dalszych zmian repertuaru, który był podobno zbyt monotonny i nudny. Przynajmniej takie krążyły plotki. Kaładze początkowo nie dawał temu wiary, ale ostatnia wiadomość przyniesiona przez Bębenka zdawała się jednak to potwierdzać.
- O ja pierdolę – westchnął coraz mocniej przejęty Jelonek. – Czarną ma skórę? Tak śpiewali? Jesteś pewien?
- Dokładnie tak – potwierdził Koala.
- Kurwa.
- Ciesz się, że chociaż w dalszym ciągu jelonek.
- Też mi pocieszenie. Nie chcę być murzynem. U nas w Gruzji nigdy nie było i nie ma murzynów. Jak w ogóle można być murzynem?
- No nie gadaj. A jakby tak zamiast murzyna miał być, sam nie wiem, dajmy na to krokodyl? Albo jakieś drzewo? Wyobrażasz sobie?
- To może by wzięli kogoś innego, a nie mnie? Czemu przerabiać na drzewo akurat Jelonka?
- Oni śpiewali „Kaładze”. Tu chyba nie chodzi o Jelonka, tylko o Kaładze. Poza tobą nie ma nikogo innego o tym imieniu.
- No faktycznie.
- Ale może chodzi o innego Jelonka Kaładze? – wtrącił Struś Parówka, nawiasem mówiąc, biedny ptak.
Struś był przez innych ignorowany i jego zdanie niewiele znaczyło, ale że nikt nie mógł być pewien swojej przyszłości, od czasu do czasu był dopuszczany do wspólnych debat. Najczęściej uwagę poświęcał mu Goryl Równiacha, z którym Struś od kilku miesięcy występował w duecie w bardzo popularnym wśród widzów programie choreograficznym pod tytułem „Równość i tolerancja”. Parówka nienawidził Równiachy, mimo iż był świadom, że to nie Goryl wpadł na pomysł ich wspólnego występowania. Ptak podejrzewał za to, że Równiacha lubi ten program, choć zawsze zarzekał się, że jest inaczej.
Tym razem to też nikt inny, tylko Goryl poparł pomysł Parówki.
- Właśnie – zawtórował Strusiowi. – Pewnie miałeś w Gruzji jakąś rodzinę?
Kaładze przełknął.
- O nie – jęknął. – Tylko nie to. Wystarczy już Jelonków w tym przeklętym miejscu.
- Ale to niestety możliwe – rzekł Bębenek.
Kaładze westchnął żałośnie, ale po chwili się rozpromienił.
- Ależ ze mnie tłumok – powiedział. – Przecież ze wszystkich Jelonków w mojej rodzinie, tyko ja jeden miałem na imię Kaładze.
Zaraz jednak posmutniał.
- Czyli jednak chodzi o mnie – rzekł z rezygnacją.
- Nie przejmuj się – próbował pocieszyć go Równiacha. – Pewnie tylko ufarbują ci futro i później...
- Ufarbują futro? – przerwał Jelonek. – Widziałeś kiedyś afrykańskie Jelonki? Wiesz coś o nich?
- No właściwie to chyba nie – przyznał Goryl. – W sumie to dziwne.
- Też tak myślę! – zacietrzewił się Kaładze. – Siedzicie tylko pochowani po krzakach, wpierdalacie banany i korzonki i w dupie macie Jelonki!
- O co ci chodzi? – obruszył się Bębenek. – Chciał tylko być miły.
- Afrykańskie Jelonki nie mają w ogóle sierści! – krzyknął Kaładze. – Rozumiecie, co to oznacza? Całego mnie ogolą na łyso i wypastują, jak oficerki! Będę się świecił, jak Gorylowi jaja. I będę czarny! Cały czarny! O ja nieszczęsny!
Na chwilę zapanowało niezręczne milczenie.
Przerwał je Równiacha.
- Ja też jestem czarny, i co? – wtrącił obruszony. – Mam z tego powodu płakać? Gorsze rzeczy mam na głowie – dodał z udawaną niechęcią wskazując na Parówkę, który skulił się z bojaźnią w rozbieganych oczach. – Masz coś do czarnych? – zakończył hardo zwracając się do Jelonka.
- Nie mam nic do goryli – odparł z rezygnacją Kaładze. – Ale też nie chciałbym być jednym z nich. Chcę być zwykłym Jelonkiem.
Wszyscy wpatrywali się w Kaładze z niepewnymi minami nie wiedząc, co też myśleć o słowach Jelonka.
Pierwszy odezwał się Bębenek.
- Jesteś jakimś pieprzonym rasistą! – huknął.
- Nie jestem żadnym rasistą! Nie chcę tylko być murzynem!
*
Winston Panierka siedział przed lustrem w swojej przyczepie. Był wczesny wieczór, do występu pozostało niecałe czterdzieści minut. Przyjrzał się swojemu odbiciu. Odkąd dzięki wspólnym występom z Bębenkiem Koalą cyrk zaczął osiągać znaczne dochody, jego image uległ widocznej poprawie. Miał doskonale dopasowaną perukę i makijaż, który nie rozpływał się pod wpływem temperatury. Satynowe szaty i solidnie wykonane akcesoria były najwyższej jakości. Oto ulubieniec tłumu!
- A to skurwysyn – powiedział Winston spluwając na drewnianą podłogę.
Pomstował tak na wspomnienie rozmowy z właścicielem cyrku, Gerardem Szczawiem, który kategorycznie odmówił mu podwyżki. Idąc na rozmowę z szefem Winston zakładał, że może i nie uda mu się wynegocjować podwojenia gaży, ale był pewien, że dostanie przynajmniej sześćdziesiąt, albo i siedemdziesiąt procent. I co? I gówno! Szczaw go wyśmiał.
- Słuchaj, śmieciu – powiedział do niego. – Gdyby nie ja, dalej żonglowałbyś pomidorami, puszczał nosem bańki i pierdział konfetti. To ja wymyśliłem Bębenka i dałem ci możliwość pracy z nim. A ty bez niego nie znaczysz nic. Rozumiesz. Zero – krzyknął uderzając pięścią w stół. – I zapamiętaj sobie. Koala należy do mnie. A ty sam? Jesteś niczym. Jednym z wielu podrzędnych pajaców rozśmieszających gawiedź robieniem z siebie durnia. Nie gadaj mi więc o pieniądzach tylko spierdalaj do roboty. A jak ci się nie podoba, to droga wolna. Wezmę na twoje miejsce byle aktorzynę i jeszcze mi za to podziękuje.
- A to chuj niewdzięczny – sapnął Panierka na wspomnienie tej kompromitującej go rozmowy. – Ja ci jeszcze pokażę, chytry cwaniaczku. Albo ja, albo nikt.
Winston raz jeszcze przyjrzał się pałeczkom wykonanym dla niego na zamówienie. Gdy nacisnęło się maleńką dźwignię ukrytą w rękojeści, z czubków odpadały kulki, a na ich miejsce wysuwały się ostro zakończone metalowe haczyki, przypominające szpony drapieżnika.
Uśmiechnął się na ich widok przebiegle. Wspaniale będzie móc je wypróbować.
W tym momencie usłyszał za oknem jakiś rumor i szybko wybiegł przed przyczepę. Żywego ducha. Tylko targane powiewami wiatru gałęzie bujnej paproci raz po raz uderzające w boczną ścianę przyczepy. Nawet jeśli ktoś się w nich krył, było już zbyt ciemno, by go dostrzec.
*
Bębenek Koala przygotowywał się do występu w tradycyjny sposób. Ćwiczył mięśnie brzuszka, nacierał go olejkami, które nadawały skórze większej elastyczności i czyniły ją bardziej odporną na uszkodzenia. Golić jej nie musiał – po kilku miesiącach intensywnych prób i występów, w ogóle przestała już rosnąć.
Właśnie zamierzał wstrzyknąć sobie w brzuszek miejscowe znieczulenie, gdy ze swojego występu wrócił podekscytowany Jelonek Kaładze. Był mocno podekscytowany.
- Słuchaj – powiedział drżącym głosem. – Musisz stąd uciekać. Inaczej nie przetrwasz występu.
- No co ty? – nie przejął się Koala. – Już przywykłem. Gorzej mogłem trafić – dodał wymownie.
- No to uważaj – kontynuował Kaładze. – Wielki Winston Panierka zamierza cię dziś podczas występu podziurawić jak sito.
Koala milczał.
- Poszarpał się z szefem o pieniądze – dodał Jelonek – i potem kazał wykonać dla siebie specjalne pałeczki ze szpikulcami. Takimi, którymi można rozszlachtować wieprzka, a co tu dopiero mówić o wyeksploatowanym misiu!
- Bredzisz – zaoponował niepewnie Bębenek, ale widać było, że zaczyna poważniej traktować słowa Jelonka. – I niby skąd ty to wiesz?
- Nieważne. Ważne, żeby…
- Skąd wiesz? – upierał się Koala.
- Od Mietka Papugi.
- A.
Mietek Papuga mieszkał w drucianej klatce i był ulubieńcem Szczawia. Nie miał żadnych obowiązków i nie występował przed publicznością. Mimo to nie był też szczęśliwym ptakiem. Żeby zostać papugą musiał przejść skomplikowany zabieg zakrzywiania dziobu i trening prostowania sylwetki. O ile tan drugi proces jako tako się powiódł, to operację trudno było zaliczyć do udanych. Mietek był wcześniej zwyczajnym gołębiem. Teraz miał pofarbowane pióra i dziób z plastiku, co bardzo utrudniało mu przyjmowanie pokarmu.
- Ale to jeszcze nic – relacjonował dalej podekscytowany Kaładze. – Gdy schodziłem dziś ze sceny zauważyłem dziwnego jegomościa, kryjącego się za kulisami niedaleko przyczepy Winstona. Może bym i na niego nie zwrócił uwagi, ale tak bardzo starał się ukryć, że aż mnie to zainteresowało. Zaczaiłem się więc w paprociach pod przyczepą Panierki i czekałem. Mało brakowało i mnie by zauważył. Dobrze, że jestem czarny…
Jelonek zamilkł. Jego oczy rozbłysły nadzieją.
- Co było dalej?
- Co?
- I co się stało u tego cholernego Panierki?
  • Acha – podjął Kaładze wyrwany z zamyślenia. – Czekałem niedługo. Chwilę później pojawił się Winston i zaraz warknął na nieznajomego: „Czego tu? Coś za jeden?”. Ten obcy, takim charakterystycznym, dźwięcznym młodzieńczym głosem odparł, że jest czeladnikiem od rzemieślnika i, że zwie się Jerry Zawleczka.
- Jerry Zawleczka? – upewnił się miś.
- Tak powiedział – potwierdził Kaładze.
- Gadaj dalej.
Jelonek zaczerpnął tchu i podjął:
- No to Winston zaczął się wtedy rozglądać na boki, widać było, że zdenerwowany był nie na żarty. No i tak strasznie syknął przez zęby do tego Jerry’ego, pamiętam dokładnie, jak tu stoję. Powiedział „Przecież mówiłem wyraźnie, żebyście się tu nie pokazywali.” No ten młody zaczął się tłumaczyć, że szef zachorował i że jest w szpitalu. Wtedy dopiero Panierka wpadł w furię. „Moje pałeczki, moje pałeczki?” Darł się i klął do tego okrutnie.
- Nie ubarwiaj, tylko do rzeczy mów – upomniał go Koala.
- No to właśnie chcę powiedzieć. Jak Winston zaczął się drzeć i odgrażać, to ten Zawleczka wtedy powiedział, że szef wykonał pałeczki już wczoraj, ale ich nie dostarczali, bo on, w sensie, że Panierka, zabronił im tu przychodzić. No i mu je wtedy dał.
Kaładze westchnął przerywając relację. Koala przyglądał mu się z nutą niepokoju, chociaż jego twarz znamionowało głównie niezrozumienie.
- No i poszli do przyczepy Panierki – podjął po chwili Jelonek. – A ja podglądałem przez okno. To było straszne.
Kaładze opisał Bębenkowi sposób działania pałeczek i Koala mocno pobladł. Futerko stanęło mu sztywno, jak dojrzałe zborze, łapki zaczęły drżeć. Pudełeczko z kremem wypadło na podłogę i poturlało się pod zamkniętą skrzynkę z łańcuchami, uprzężą i różnymi narzędziami tortur, które miały im na co dzień przypominać jakie są konsekwencje niesubordynacji.
- To co ja mam zrobić? – pisnął miś.
- Musisz uciekać!
- Ale jak? Dokąd?
Jelonek zmarszczył chrapy.
- Nie wiem – odparł bezradnie. – Jestem tylko Jelonkiem.
- Może przez rurę bardaszaną? – podsunął Struś, który dotychczas trzymał głowę w małym otworze wydziobanym w podłodze.
Oczy niedźwiadka przez chwilę zapłonęły nadzieją, ale zaraz ponownie posmutniały.
- Nie zmieszczę się – odparł wskazując na bębenek.
- No to…
Jelonek nie dokończył. Przeszkodziło mu echo kroków. Po chwili w drzwiach pojawił się sam Wielki Winston Panierka.
- No mały – powiedział. – Dziś damy taki występ, że zapamiętają go wszyscy do końca swoich dni. Mam nadzieję, że dużo dzisiaj jadłeś.
*
- Przed państwem Wielki Winston Panierka i jego grający miś, Bębenek Koala!
Konferansjer zszedł z areny, a publiczność wybuchła szaleńczymi brawami, które jeszcze bardziej się nasiliły, gdy na scenie pojawił się artysta. Panierka ukłonił się nisko i gestem poprosił zgromadzonych na widowni o spokój. Po chwili w cyrku zapanowała względna cisza i Wielki Winston przemówił.
- Szanowni państwo. Dzisiejszy wieczór będzie czymś szczególnym. Nie tylko dla państwa, ale i dla mnie również. Kochani! Czeka was przeżycie niezapomniane, niepowtarzalne i nie podobne do niczego, co już kiedykolwiek widzieliście i jeszcze kiedyś zobaczycie. Aby ten moment należycie uczcić przygotowałem krótką mowę…
- Nie pierdol! – krzyknęła niecierpliwa dama z loży.
- Pokaż chuja! – dołączyła się inna.
Widownia zaczęła buczeć, ale uspokoiła się, gdy Winston próbując ratować sytuację zmienił plan i ponownie uniósł dłoń odsuwając się na bok.
- Panie i panowie! – krzyknął uroczyście. – Przywitajcie go gorąco! Bębenek Koala!
Gdy na środek areny wjeżdżał wózeczek, na którym leżał niedźwiadek, publiczność wprost oszalała. Winston zajął swoje miejsce i gdy ponownie zrobiło się cicho, puścił w ruch pałeczki. Po chwili wnętrze namiotu wypełniły subtelne, liryczne dźwięki wprawiające zgromadzonych w odprężenie i błogostan. Winston Panierka nie na darmo otrzymał przydomek Wielki. Jego gra była nieporównywalna z niczym. Był tego świadom. I to jeszcze mocniej bolało w kontekście słów, jakimi uraczył go Gerard Szczaw. Na to wspomnienie uderzył mocniej, aż Koala pisnął, co wywołało wśród widowni liczne jęki, zwiastujące rodzące się w niej emocje.
Gdy po upływie kwadransa targana namiętnościami, na przemian krzycząca, jęcząca i pomrukująca publiczność była już rozgrzana niemal do białości, Winston zagrał cichutkie requiem i zwolnił blokady w uchwytach pałeczek.
To co się działo dalej przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Widownia wyła. Wył też Bębenek Koala. I wył Wielki Winston Panierka.
***
- No i tak się to skończyło – mruknął Winston przypalając niedopałek szczapą wydobytą z ogniska. – Najgorsze jest to, że do tej pory nie mam pewności, kto mnie wówczas załatwił. Jest kilku podejrzanych, ale… Nawet nie miałem szans, żeby się rozeznać. Ledwo uniknąłem linczu. Musiałem się przez kilka dni ukrywać, a potem chyłkiem uciekać z miasta. A wróg cały czas deptał mi po piętach, zakładał pułapki i czyhał na każdym kroku, próbując mnie wykończyć. I jakby tego było mało – parsknął ukazując kikuty palców. – Całe zgromadzone oszczędności poszły na lekarzy, a i na gówno się to zdało.
Panierka westchnął gorzko i mocniej otulił się sfatygowanym kocem. Jesień na dobre się już rozgościła, wieczory stawały się coraz bardziej chłodne, czuć było szybko zbliżającą się zimę. Dziurawe buty i stare łachy nie stanowiły wystarczającej ochrony przed mrozem. Wątpił, by udało mu się przetrwać do kolejnej wiosny. W podobnej sytuacji byli zresztą i pozostali członkowie tej godnej pożałowania, małej społeczności wyrzutków zamieszkujących wysypisko. Musi czym prędzej się stąd wynieść.
- Ale ja wiem.
Melodyjny głos należał do szczupłego, opatulonego płachtą brezentu nieznajomego, który dołączył do nich dzisiejszego ranka. Początkowo chcieli go przepędzić, ale zmienili zdanie, gdy spod płachty przykrywającej ciągnięty za sobą rozklekotany wózek wyciągnął gąsiorek samogonu.
Oczy wszystkich momentalnie skierowały się ku nowemu przybyszowi. Od ładnych kilku lat przysłuchiwali się różnym opowieściom Panierki i możliwość poznania rozwiązania wyraźnie ich ożywiła.
- Co ty nie powiesz – rzekł podejrzliwie Winston. – Właściwie, to ktoś ty?
Nieznajomy wstał. Wolnym krokiem podszedł do Panierki i energicznym gestem zrzucił okrywającą go szatę.
- Długo cię szukałem, bydlaku – odparł. – Jestem Jerry Zawleczka.
Panierka na chwilę się skulił, jakby tuż za jego głową z całych sił uderzono w talerze. Zaraz potem podskoczył, jak ktoś, kto nagle odkrywa, że siedzi na mrowisku.
- Ty sukinsynu! – krzyknął, a jego oczy zapłonęły szaleńczą furią odkrywcy. – Tak! To ty podmieniłeś pałeczki podstępny gadzie!
Zawleczka milczał napawając się widokiem rozgorączkowanego Winstona. A było na co popatrzeć. Tak niegdyś dumny, zwany „Wielkim”, dziś był wrakiem, cieniem swojego echa. Jerry nie czuł do niego nic poza nienawiścią.
- Ale dlaczego? – krzyknął Panierka.
Na chwilę zapanowało milczenie. W oczekiwaniu na odpowiedź przestali nawet szemrać towarzysze Panierki, którzy poruszeni niecodziennymi wydarzeniami zaczęli wypełzać z różnych zakamarków i licznie gromadzić się wokół ogniska. Wszyscy wpatrywali się w Jerry’ego z ciekawością, wręcz z fascynacją. Zaraz miał im udzielić odpowiedzi na od dawna nurtujące ich pytanie. Niejedni wstrzymali oddech.
- Bo kocham Koalę.
Głos był pewny i dźwięczny, a jego moc, na wskroś przesycona szczerym uczuciem, spowodowała, że zgromadzeni przypadli do ziemi. Jerry Zawleczka niemal uroczyście dobył ostrą, zakrzywioną szablę. Uniósł ją oburącz wysoko i gdy na jej klindze zagrały świetlne refleksy dźgnął Panierkę w wańc. Energicznie pociągnął cięcie w górę upodobniając brzuch ofiary do przejrzałego pomidora, z którego wnętrza po nacięciu wyciekają ziarenka i miąższ.
Oczy Winstona szybko zaszły mgłą. Zanim wyzionął ducha, jego uszy wyłowiły subtelne dźwięki cichutkiego requiem dobiegającego z okrytego derką wózka.
Trumniś

Był wczesny jesienny wieczór. Dżdżysta i kłująca coraz mocniejszym chłodem aura nie napawała radością.
Bębenek Koala splunął gęstą plwociną i zdusił niedopałek na brudnej płycie zaniedbanego, marmurowego nagrobka. Z oddali dochodziły już coraz donośniejsze głosy żałobników i górujący nad nimi śpiew prowadzącego orszak kaznodziei. Miś podniósł się z ławeczki i zaczął wygrywać monotonny rytm posępnego marsza. Dwaj znudzeni grabarze, nie chcąc rzucać się w oczy uczestnikom ceremonii, ustawili się w cieniu dużego, rodzinnego grobowca. W jego bezpośrednim sąsiedztwie ziała w ziemi głęboka, prostokątna, niepokojąco czarna dziura, sprawiająca wrażenie, jakby nie mogła się już doczekać przyjęcia lokatora. Bębenek bardzo nie lubił tego krótkiego momentu, gdy samotnie stał przy emanującym nieprzyjemnym chłodem dole, w oczekiwaniu na zbliżający się kondukt. Poza tym było w porządku. Robota nie była może ciekawa, ani przyjemna, ale na pewno lepsza od katorżniczej harówki w cyrku w duecie z Winstonem Panierką. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Mimo, iż od czasu, kiedy udało mu się zbiec z tego cuchnącego śmiercią przybytku minęło już kilka lat, wspomnienia były nadal bardzo wyraziste. I nie straciły nic z mocy negatywnych odczuć, jakie sobą wywoływały.
Koala zamrugał odganiając przykre wspomnienia i wzmógł monotonny rytm wygrywany na lśniącym od deszczowej wilgoci brzuszku. Po chwili ponury orszak skręcił z głównej alejki i zatrzymał się przy wąskiej ścieżce, prowadzącej do świeżego grobu. Ludzie w milczeniu schodzili na boki, przeciskając się pomiędzy gęstą zabudową nekropolii, zwolna otaczając ostateczny cel wędrówki. Co bardziej niecierpliwi zaczęli szeptać, okazując niezadowolenie warunkami panującymi na starym cmentarzysku. Inni przepychali się mocno robiąc łokciami, by znaleźć się jak najbliżej pogrążonej w żałobie rodziny i móc bardziej bezpośrednio połączyć się z nią w poczuciu żalu po stracie bliskiej osoby. Albo, żeby lepiej widzieć i nie przegapić czegoś, o czym później ludzie będą mówić. Wśród gniotącej się grupy ludzi znaleźli się również tacy, którzy koniecznie musieli na bieżąco śledzić reakcje najbliższych zmarłego, by móc ocenić stopień ich pogrążenia w żalu.
Bębenek starał się nie słuchać, ale gdy zakończył nabijanie rytmu, jego uszu dochodziły szepty i słowa wypowiadane półgębkiem.
Ten pijak, to chyba nawet nie żałuje dziecka, nie sądzi pani? – powiedziała przyciszonym głosem opatulona futrem kobieta.
- Co? – nie zrozumiała zagadywana.
- Mówię, że ten opój, to i nawet przejęty nie jest, że dzieciaka chowa.
- Czemu pani tak mówi?
- No przecież nie płacze nawet.
- A tam zaraz ma ryczeć. Przecie to chłop. Pewnie w sercu żal gniecie.
- A już w sercu. On to, pani, lód tam ma w piersiach, a nie serce. Jak i cała ta rodzinka. Pewnie ten mały, jak nic, na takiego samego najducha by wyrósł, jak tatuś, gagatek i ladaco, że…
- A niechże pani da spokój. Przecież dzieciak jeszcze nie ostygł, a pani już jęzorem miele.
- Co? Ja mielę? Pani to też, zdaje się, Boga w sercu nie ma!
Nie chcąc dalej chłonąć podobnych rozważań, Koala przekradł się na tyły ponurego zgromadzenia, gdzie zebrali się nerwowo przebierający nogami mężczyźni.
- Długo jeszcze? – szepnął jeden.
- Bo ja wiem? – odparł drugi. – Pewnie ze dwadzieścia minut. Albo i lepiej.
- O żesz kurwa.
- Zamknijcie się – upomniał kompanów trzeci. – Przecież Zenka chłopaka chowają.
- No właśnie. Trza tą smutną chwilę uczcić należycie, a ci będą teraz pierdolić do rana.
- Co ich obchodzi cierpienie? Byle się czarnemu pokazać.
Bębenek obserwował zebranych i przysłuchiwał się ich rozmowom z niewzruszoną, obojętną miną głuchoniemego rutyniarza. Chciało mu się spać, bo poprzedniej nocy nawet nie zmrużył oka przez strzykanie w krzyżu. Humor przez to też mu nie dopisywał, więc tylko pomstował w duchu na narzekających. Starał się nie myśleć o niczym przyjemnym, by nie zapaść w drzemkę i nie przegapić swojego ostatniego tego popołudnia wejścia. Próbował skupić uwagę na żałobnikach, którzy każdorazowo wprawiali go w rozdrażnienie, skutecznie tym samym odganiając sen.
Obserwował wystrojone szlochające kobiety, teatralnie ocierające chusteczkami kąciki oczu. Niby ukradkiem, ale najlepiej, żeby każdy widział. Zwłaszcza najbliższa rodzina zmarłego. No i oczywiście ksiądz.
Patrzył na mężczyzn w garniturach z innej epoki, częstokroć przyciasnych lub luźno zwisających. Jedni czuli się doskonale w roli żałujących, znajdując kolejną okazję do rozmów, inni nie mogli się już doczekać zakończenia uroczystości, która zmusiła ich do przywdziania nielubianej odzieży, przypominającej czasy lepszej kondycji fizycznej.
Inną atrakcją był przewodzący zgromadzeniu pomarszczony kościelny, stojący nieruchomo i ściskający w sękatych dłoniach stylisko krzyża. No i lśniący ponad wszystkimi rumiany proboszcz, który załamującym się głosem wygłaszał ostatnią, pożegnalną mowę, wzbudzając tym samym coraz głośniejszy lament i westchnienia zebranych.
Gdy kaznodzieja skończył z trzaskiem zamykając biblię, trumna powędrowała na swoje miejsce w zapraszającą ją czerń.
Grabarze przystąpili do swoich czynności, czemu towarzyszył delikatny turkot uaktywnionego Bębenka. Ludzie złożyli najbliższym zmarłego kondolencje, po czym zaczęli się rozchodzić i po kilkunastu minutach na cmentarzu zapanował spokój.
Podmuchy wiatru łkały do wtóru kroplom deszczu stukającym cicho o nagrobki. Jakby nie chciały zakłócać wiecznego snu ich mieszkańców. Chwilowe ożywienie po krótkiej przygnębiającej ceremonii poszło w zapomnienie. Łopaty odpoczywały wbite w ziemię, przejmująca chłodem otchłań grobu zaspokojona warstwą świeżej ziemi przestała kłuć duszę. Nozdrza atakowała mieszanina zapachów świeżo rozgrzebanej ziemi, różnych gatunków ciętych kwiatów, igliwia wieńców i trawionych ogniem zniczy.
Bębenek po raz kolejny szybkimi ruchami palców przeliczył banknoty składające się na podzieloną przez starszego z grabarzy dolę za dzisiejszą, nadplanową fuchę.
- Co tak wachlujesz, mały, wachlu, wachlu, co? – zapytał rozbawiony mężczyzna. – Gorąco ci tobie, co?
- Wolę żeby na miejscu wyszło, co ma wyjść – odparł ostro miś. – Żeby potem nie było.
Grabarz momentalnie stracił humor i przybrał obrażoną minę.
- Że niby co ma wyjść komu komu, że co? – syknął.
- Nie wiem – powiedział Koala chowając pieniądze do kieszonki flanelowego kaftanika. – Cokolwiek.
- Że to niby niby cię oszukać? Niby niby ja chciałem mieć chęć? – nie ustępował mężczyzna.
- No? – dołączył z pretensjami drugi.
Miś odsunął drugą, większą kieszonkę, znajdującą się z boku bębenka i wydobył z niej płaską półlitrówkę samogonu.
- Eukaliptusówka – powiedział odkręcając korek. – Niezwykle rzadko spotykanej przedniości.
Grabarze umilkli natychmiast i obserwując przełykającego drobnymi dozami misia, przybrali przyjazne oblicza. Koala czknął delikatnie i wyciągnął butelkę ku oczekującym z niecierpliwością mężczyznom.
- Pij, Tygrys – powiedział Bębenek. – Żeby ci stopy nie siniały.
Zaproszony nie dał się namawiać i szybko przytknął szyjkę do spragnionych ust. Zaraz przejął ją drugi i po chwili naczynie wróciło w ręce właściciela.
- No – powiedział Koala. – To żeby nie było, że tam coś jest nie tego, rozumiemy się?
- Jasna sprawa jest, że jest przecież przecież? – przytaknął Tygrys. – Ale na drugiego giczoła pokrop jeszcze pokrop. I Lichy spokornieje bardziej bardziej, co nie?
- No – zgodził się młodszy z grabarzy oblizując spierzchnięte wargi.
Miś rzucił okiem na mężczyznę. Jego zmęczona, zszarzała twarz pocięta była wyraźnie widoczną siatką naczyń krwionośnych, ślina sączyła się z kącika ust, oczy płonęły niespokojnym blaskiem. Szybko podał mu flaszkę.
- Pij, Lichy – powiedział. – Żeby ci tam pod czołem lampki nie pogasły.
Parę minut później Koala pozostał sam z w połowie opróżnioną butelką. Usiadł na przewróconym wazonie i pociągnął solidny łyk. Westchnął, schował do futerału pałeczki i już miał odejść w kierunku muru graniczącego z ogródkami działkowymi, gdy jego uszu doszedł ledwo słyszalny szept. Przynajmniej z początku tak sądził. Gdy zaczął nasłuchiwać, szybko doszedł do wniosku, że jest to krzyk, tylko bardzo odległy, jakby z… spod ziemi?
Dopadł nowousypanego nagrobka i rozchylił zaścielające go kwiaty. Głos słychać było jakby nieco wyraźniej. Zaczął rozgrzebywać łapkami gliniastą, mokrą glebę, aż dotarł do szorstkiej drewnianej płyty, tymczasowo stanowiącej nakrycie grobu. Nie bez wysiłku odsunął ją na bok i spróbował wsunąć głowę w głąb ziejącego czernią dołu, co nie było w jego przypadku łatwe, z uwagi na krępujący ruchy bębenek.
- Jest tam kto? – krzyknął. – Halo!
- Gacie się palą! – padła zniecierpliwiona odpowiedź.
- Co?
- Gówno! Wypuśćże mnie!
Koala usiadł z szeroko rozrzuconymi na bok nóżkami i skrzywił się w niepewności. Co powinien zrobić? A jak wyjdzie żywy nieboszczyk? Albo, co gorsza, jakaś strzyga? I wychla z niego całą krew, wraz z krążącą w niej eukaliptusówką?
- Jesteś tam?! – domagał się głos z głębi grobu. – Powietrza!
Bębenek zaczął zamaszystymi ruchami rozrzucać wieńce i zbryloną ziemię. Po chwili przez powstały duży otwór, przerzucił spleconą naprędce z taśm kondolencyjnych linę i opuścił się na wieko trumny. Gdy tylko dotknął go stopami, usłyszał od spodu niecierpliwe dudnienie.
- Pospiesz się!
- Nie możesz sam wyjść? – zapytał podejrzliwie Koala.
- Jestem przywiązany!
Przywiązany? Bębenek poczuł narastający niepokój. Kto przywiązuje nieboszczyka do trumny? Po co? To jasne. Żeby nie wyszedł. A jaki nieboszczyk może zechcieć wyjść z trumny? Proste. Zombie. Albo jakieś inne paskudztwo.
Miś ostrożnie przyłożył ucho do wieka.
- Ktoś ty? – zagadnął.
Z wnętrza dała się słyszeć szamotanina.
- Otwieraj! – padła nerwowa odpowiedź. – Później będzie czas na prezentację.
- Mów, ktoś ty? – nie ustępował Koala. – Bo cię nie wypuszczę.
Po jego słowach ponownie nastąpiła chaotyczna szarpanina i zapamiętałe walenie w wieko. Wobec braku efektów po chwili zapanowała cisza.
- Proszę – dobiegł zrezygnowany głos. – Wypuść mnie. Jestem tylko małym misiem.
Koala jakby dostał obuchem w potylicę. Myśl rozjarzyła się w jego umyśle jak noworoczna petarda. Miś! Czy to możliwe? Jacy ludzie chowają w trumnie misia? Przecież to niedorzeczne. Z drugiej strony, który umarlak użyłby takiego fortelu? Każdy wymyśliłby sto lepszych kłamstw, niż podszywanie się w takich okolicznościach pod misia. A może ten nieboszczyk jakoś wyczuł, że ma do czynienia właśnie z misiem i próbuje go teraz omamić i wykorzystać jego słabości?
Po początkowej euforii, Bębenek nabrawszy nowych podejrzeń, ponownie przycisnął twarz do wieka.
- Jaki miś? – zapytał.
- Normalny – padła odpowiedź. – Miś, jak miś. Zwykły mały miś.
Koala spochmurniał. Nie ma takiego czegoś jak zwykły miś. Żaden miś nie określiłby się w taki sposób.
- Ale jaki? – dopytywał. – Panda?
- Sranda, a nie panda! – padła ostra odpowiedź, aż Bębenek podskoczył na wieku. – Jestem Miś Trumniś! Otwieraj w tej chwili, albo będziesz mnie miał na sumieniu! Będę cię nawiedzał w nocnych koszmarach wyjąc jak wściekły kojot!
Koala nigdy nie słyszał o takim misiu. Jednak stanowczość i szczerość słów uderzyły go tak mocno, że nie tracąc czasu zsunął się w wąską szczelinę z boku trumny i zaczął podważać wieko. Nie obyło się bez pomocy uwięzionego i po kilku minutach udało się otworzyć skrzynię. Ciemność była absolutna i Bębenek niewiele widział. Z obawą sięgnął w głąb, w kierunku dobiegających z dołu dźwięków łapczywego oddechu i zaczął po omacku szukać jego właściciela. Wzdrygnął się, gdy natrafił na zimną twarz nieboszczyka, ale zaraz potem wyczuł pod palcami miękkie futerko. To zmobilizowało go do działania i po chwili udało mu się przy pomocy małego scyzoryka przeciąć krępujące misia więzy.
Nie tracąc czasu na rozmowy w ciemnościach szybko wydostali się na powierzchnię, powtórnie wykorzystując splecioną przez Bębenka linę.
- Olaboga – westchnął z wdzięcznością Trumniś. – A myślałem, że już się uduszę. Dziękuję ci po stokroć. Zrobiłeś wielki uczynek całemu społeczeństwu.
Koala przyjrzał się uważnie nowopoznanemu. Niedźwiadek miał brązowe, lekko przybrudzone ziemią, ale bardzo zadbane i puszyste futerko. Był misiem sztucznym, pluszowym, z zawiązaną pod szyją kokardką z biało czarnej taśmy, z wykaligrafowanym pożegnalnym tekstem podpisanym „Zawsze kochający mama i tata”. Jego brązowe oczy i duże odstające uszy były niemalże idealnie okrągłe.
- Co się tak gapisz? – zapytał ostro Trumniś.
Koala przerwał obserwację nowego towarzysza.
- Skąd się wziąłeś? – odparł pytaniem.
Miś parsknął zdziwiony.
- Nie poznajesz mnie? – rzucił z niedowierzaniem. – Przecież codziennie mówią o mnie w telewizji. I to w prime timie. Zawsze przed dobranocką i zaraz po, no i oczywiście po wiadomościach. Rzecz jasna nie tylko, bo jeszcze…
- Ja nie oglądam telewizji – przerwał Bębenek. – Szkoda czasu.
- Jak to? – nie mógł uwierzyć Trumniś. – A jak byłeś mały?
- Jak byłem mały, to występowałem w cyrku.
- Pracowałeś od dziecka? – zafrasował się Miś. – No trudno. Ale nic nie szkodzi. Koniecznie musisz mnie zobaczyć. O! – ożywił się. – Na przykład w gazecie. Przecież moje zdjęcia są prawie w każdej gazecie! I to na okładce!
- Daj spokój – skrzywił się Koala, któremu przypomniały się plakaty z własną podobizną. – Wystarczy, że opowiesz.
- Nie! – Trumniś poderwał się na krzywe nóżki. – Musisz koniecznie zobaczyć! Wybiegł na alejkę i zaczął gorączkowo się rozglądać.
- Gdzie brama? – zapytał. – Pewnie jest tam jakiś kiosk. Zawsze są przy cmentarzach.
Mimo oporów Bębenka po chwili znaleźli się przy bramie. Kiosk był nieczynny, ale przez okratowane okna widać było mnóstwo okładek kolorowych magazynów. Trumniś podskoczył, zgrabnie wspiął się po kracie i zaczął przegląd witryny.
- O! – krzyknął. – Jestem! Musisz zobaczyć!
Koala westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty oglądać zdjęć swojego nowego, chełpliwego kolegi. Zwłaszcza, że we wspinaczce trochę przeszkadzał mu bębenek.
- No chodź! – ponaglał Trumniś.
- Nie jestem ciekaw – krzyknął Bębenek.
Trumniś zaczął z łoskotem szarpać kratą.
- Uspokój się! – upomniał go Koala. – Bo ktoś zadzwoni na policję!
- A niech zadzwoni! – nie dawał za wygraną niedźwiadek. – Nie przestanę, dopóki nie zobaczysz.
Widząc, że nie ma szans na upór Trumnisia, Koala zaczął wolno wspinać się po okratowaniu.
- Dawaj! – zachęcał go Miś. – Jeszcze trochę! Dasz radę!
Koala zacisnął zęby i po chwili zawisł obok kolegi.
- No i? – zapytał bez większej ekscytacji.
- Patrz!
Trumniś wskazał z dumą na kolorowy magazyn. Na dużej rozkładówce faktycznie widniały fotografie jego nowego znajomego. W nagłówku strony widniał napis: „Miś Trumniś. W trumnie każdego dziecka”.
- No i jak? – zapytał nie kryjąc dumy Trumniś. – Robi wrażenie, co nie?
Bębenek miał mieszane uczucia.
- Czy ja wiem?
Niedźwiadek zeskoczył na ziemię.
- Jesteś po prostu zazdrosny.
- Gówno prawda – zaprzeczył Koala lądując obok Trumnisia. – To przykre, być na zdjęciach w trumnie. Poza tym, to nic innego, jak tylko zwyczajna reklama. A to oznacza, że wcale nie chodzi konkretnie o ciebie. Tłuką was taśmowo, jak nocniki, albo szczotki do kibli.
Trumniś początkowo parsknął sądząc, że to dobry dowcip, ale widząc poważną minę Koali, nie krył zdziwienia jego oceną stanu rzeczy.
- Ty chyba nie mówisz poważnie? – niedowierzał.
- Przeciwnie.
- Przecież widzisz, że to moje zdjęcie jest na okładce.
- Nie twoje, tylko pluszowego Misia Trumnisia – zaznaczył Bębenek.
- Czyli moje – upierał się Miś.
- Niekoniecznie.
- Dobrze pamiętam, jak robili mi to zdjęcie. I wiele innych do różnych folderów. Jestem sławny i dlatego mi dokuczasz.
- Jesteś głupi.
- Sam jesteś głupi – odgryzł się Trumniś. – Czemu nie chcesz przyjąć do wiadomości, że masz do czynienia z gwiazdą?
- Gwiazdą? – Koala wydął policzki i parsknął. – Raczej nikomu nie potrzebnym kawałkiem pluszu, fartownie nie zgniłego. Powinieneś mnie całować po stopach za uratowanie nędznego żywota, gwiazdorze.
- Aleś ty tępy.
- Inaczej mówiłeś, jak wąchałeś kwiatki od spodu.
- Było mi całkiem dobrze.
- To po jaką cholerę darłeś mordę, by cię wypuścić? – nie wytrzymał Koala.
Trumniś skrzywił się, rozdziawił bezzębną buzię, ale słowa, uwięzły mu w gardle.
- No, bo…
- Co „no, bo”? – nie ustępował Bębenek. – Jesteś hipokrytą! Najpierw chełpisz się, że chcą cię włożyć do każdej trumny zmarłego dzieciaka, a gdy już się to stanie, drzesz japę, żeby cię wyciągnąć. Bardziej zależy ci, by dostać się na pierwsze strony gazet. Byle jakim kosztem. A potem co? Walisz w pory ze strachu! Strugasz twardziela, żeby wszyscy zazdrościli ci popularności, a jak już zniknąłeś z oczu gawiedzi, wyłazi z ciebie gnida, prostaczek i sprzedawczyk. A do tego bezdennie tępy dzwon. Jak mogłeś myśleć, że jesteś jednym jedynym Misiem Trumnisiem? Że niby co? Dadzą cię umarlakowi na pięć minut i potem z powrotem na salony? Przecież wy jesteście jak karma dla psów, jak nawóz, szampon do włosów, puder albo bierki. Produkt, który nie jest nawet dobry i trzeba go szeroko rozreklamować, bo inaczej nikt tego nie kupi.
Bębenek napluł na cmentarny mur i kopnął zgniecioną puszkę po piwie.
- Z wami to nawet gorsza sprawa niż z psią karmą – kontynuował. – Bo jesteście zupełnie niepotrzebni. Wkładanie pluszowego misia do trumny to pomysł absurdalny. Po jaką cholerę? Jeśli spojrzeć z estetycznego punktu widzenia, to może i ładnie, bo dzieciak nie idzie do gleby sam, tylko z maskotką, ale to również kupy się nie trzyma. W końcu każdy ma swoją ulubioną zabawkę i wolałby być pochowany z nią, a nie z jakimś nadętym bufonem.
Trumniś patrzył na Koalę z niedowierzaniem, jego oczy robiły się coraz większe i większe, by w końcu wypełnić się łzami, które nie mogąc się w nich pomieścić, trysnęły na wszystkie strony, jak na kreskówce.
- To nieprawda – rozszlochał się nieporadnie. – Nieprawda, nieprawda, nieprawda!
Niedźwiadek przewrócił się na brzuszek i zaczął zapamiętale tłuc w ziemię zaciśniętymi piąstkami.
- To podłe kłamstwo! – krzyczał przez łzy. – Kłamstwo i oszczerstwo!
Widząc, że Miś mocno przeżywa słowa prawdy, Bębenek zaprzestał oskarżeń. Usiadł na niskiej ławeczce, sięgnął do kieszonki i wyciągnął butelkę. Odkręcił kapsel i pociągnął tęgi łyk. Trumniś nie przestawał płakać, ale coraz mniej się miotał. Po chwili już tylko wstrząsały nim coraz rzadsze spazmy.
- No nie rycz już – powiedział Bębenek. – Masz, pociągnij łyk. Dobrze ci zrobi.
Miś nie wstając, ukradkiem spojrzał na Koalę.
- Co to jest? – zapytał stłumionym, przerywanym głosem.
- Napój z eukaliptusa – padła odpowiedź. – Mój ulubiony. Orzeźwia i stawia na nogi, jak żaden inny.
Trumniś usiadł okrakiem i przejął butelkę. Powąchał ostrożnie.
- Pfuj! – skrzywił się. – Przecież to alkohol!
- Pewnie, że tak – przyznał zdziwiony Koala. – A cóż by innego?
- Przecież ja jestem ulubieńcem dzieci! – oburzył się Miś. – Jak możesz mi to proponować!? To niesmaczne, niestosowne i…
- Przestań pierdolić i wal banię, bo cię zostawię tu na deszczu – ryknął Bębenek zrywając się z ławeczki. – I będziesz siedział sam, aż znajdą cię jakieś menele i przerobią na bambosze! I to samo cię czeka, jak usłyszę choćby jeszcze jedno słowo o dzieciach, telewizji i popularności. Jesteś niczym innym, jak nikomu niepotrzebnym, zużytym i zakopanym w ziemi pluszowym misiem. Rozumiesz, gówniarzu!
Trumniś zamarł z miną znamionującą niedowierzanie z przewagą ogarniającego go przerażenia.
- Pij!
Miś posłusznie uniósł butelkę i pociągnął niewielki łyk.
- Więcej! – zestrofował go Koala waląc w bębenek mocno zaciśniętą pięścią. – Mam widzieć, jak opróżniasz butelkę! Inaczej z powrotem wrzucę cię do grobu i zakopię!
Trumniś przymknął oczy i przełknął trzy spore łyki. Ostatni wykrzywił mu pyszczek, strużka pomknęła z kącika ust.
- Dobra – powiedział Bębenek odbierając butelkę z drżących dłoni. – Będzie ci.
Opróżnił flaszkę do końca i schował puste naczynie do kieszonki. Poparzył w niebo, przeklął w duchu przesuwające się nisko chmury i coraz mocniej siąpiący deszcz.
- Czas na nas – ocenił. – Zbieraj dupsko i spadamy stąd.
Trumniś nie bez trudu wstał na rozchwiane nogi. Minę miał niepewną, ale na szczęście zniknął z niej strach.
- To znaczy się, idziemy gdzie? – zagadnął.
Język mocno mu się plątał, głowa lekko opadała na pierś gniotąc zgrabnie zawiązaną pod szyją, kolorową kokardkę.
- Do domu. Na działki.
*
Koala ogryzał lekko podwiędłe jabłko obserwując z ciekawością, jak Trumniś znika w zakrytym kwiatami świeżym grobie. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że grabarze coś podejrzewają, choć żaden z nich nie dał temu świadectwa oskarżeniami, czy niewygodnymi pytaniami. Bębenek po prostu przeczuwał, że coś jest nie tak. Dlatego nie zaglądali do grobów bezpośrednio po pochówku, tylko wracali po kilku godzinach, upewniwszy się wcześniej, że mężczyźni nie czają się gdzieś w pobliżu. Nie było sensu ryzykować. Mieli zbyt dużo do stracenia. Z tego też powodu nie obnosili się ze swoim sukcesem, a zgromadzony majątek Koala inwestował w sekrecie i pod pseudonimem. Przyjdzie jeszcze czas na korzystanie z jego dobrodziejstw. Najważniejsze, to nie pozwolić, by sodówka uderzyła do głowy.
Dwukrotne szarpnięcie sznurkiem oznaczało, że Trumniś przymocował linę. Koala zaparł się nóżkami, mocno ją pociągnął i zwinąwszy dwa łokcie, zawiązał koniec o wkopaną w ziemię ławeczkę. Gdy po chwili usłyszał umówiony dźwięk zaczął ją ponownie wciągać na górę, posapując z wysiłku. Po kilkunastu mocnych ruchach Miś ukazał się w rozgrzebanej w ziemi dziurze.
- No i? – niecierpliwił się Koala.
- Nie najgorzej – odparł Trumniś. – Złota obrączka i sygnet. Miał jeszcze zegarek, ale na sztucznym pasku i jakiś gówniany, elektroniczny, to nie brałem.
- I dobrze – zgodził się Koala. – I tak nikt tego później nie chce odkupić, a przetopić się nie da. Masz – dodał wyciągając ku Misiowi piersiówkę. – Golnij sobie.
- Jasne – odparł Trumniś z wdzięcznością przyjmując poczęstunek.
Odkąd Koala uratował małego niedźwiadka od niechybnego zgnicia w grobie, ten wielokrotnie już odwdzięczył mu się wysoce rozwiniętymi zdolnościami w plądrowaniu grobów i włamywania się do najróżniej zabezpieczonych trumien. Owocem tego był szybki przypływ gotówki, jaką otrzymywali za drogocenne przedmioty, w których posiadanie dzięki owym umiejętnościom weszli.
Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Na drugi dzień po wyciągnięciu Trumnisia z grobu, Miś mocno odchorował kurację eukapliptusówką. Za nic nie chciał uwierzyć też w słowa Koali, które tak drastycznie druzgotały całe jego wyobrażenie o swojej pozycji społecznej, nie wspominając już o karierze. Dopiero, gdy wraz z Bębenkiem włamali się do kilku kolejnych grobów, w których znaleźli mniej lub bardziej zbutwiałe szczątki Misi Trumnisi, uwierzył. Przeżył wówczas głębokie załamanie, z którego pewnie by się nie podźwignął, gdyby nie eukaliptusówka. Dla Koali, pozytywnym efektem uświadomienia Misia, było z kolei to, że przy okazji jednej z wizyt w grobie, Bębenek zabrał ze sobą zegarek, jaki zsunął się z gnijącej ręki nieboszczyka. Wydał mu się całkiem ładny, więc powiesił go na gwoździku nad łóżkiem. Później Trumniś poznał, że taki sam miał jeden z telewizyjnych producentów i twierdził, że to bardzo drogocenny egzemplarz. Bębenek powątpiewał, ale zmienił zdanie, gdy zgarnął za niego całkiem pokaźną sumkę w lombardzie.
Tak rozpoczęła się passa. W tygodniu robili kilka świeżych grobów, zanim te zostały przykryte pomnikami. W ten sposób, w przeciągu kilku miesięcy uskładali pokaźną kwotę, która pozwoliła im poważnie myśleć o wyprowadzce z działkowej altanki.
Trumniś bardzo chciał wrócić do wielkiego świata, o czym coraz częściej wspominał Koali przy każdej nadarzającej się okazji. Było tak do momentu, gdy jedną z takich uwag sprawił, że Bębenek wpadł w furię. Od tamtej pory Miś pilnował się, by nie wspominać Koali o zmianie ich losu, mimo iż nie przestawał o tym marzyć. Cóż. Koala miał już w swoim życiorysie występy dla tłumów w blasku fleszy, o czym z taką goryczą wspominał, gdy ciut za dużo sobie podechlał. Czy zaryzykowałby powtórne wyjście z cienia? Miś srodze w to wątpił i bał się, że na samą myśl o takiej odmianie Bębenek znów wpadnie we wściekłość i jeszcze zrobi komuś (jemu) krzywdę. Albo sam dostanie zapaści.
Wszystkie te obawy były owocami spaczonego traumatycznymi przeżyciami umysłu Trumnisia. Bezpodstawnymi i wysnutymi z palca obawami nieznajdującymi w rzeczywistości źdźbła pokrycia. Koala nie raz dawał mu już do zrozumienia, że jak tylko się odkują i odpowiednio ostrożnie zaplanują wydatki, sam z ulgą porzuci cmentarny klimat i wypłynie na szerokie wody. Może nie od razu show bussinesu, ale z pewnością, konsumpcjonizmu.
Mimo zapewnień Bębenka, Trumnisia w dalszym ciągu trawiły obawy i zgryzoty. Śnił nocami koszmary, w których Koala przybierał postać rozwścieczonego demona, który dybie na życie Misia. Zaczynał nawet na jawie dostrzegać na obliczu Bębenka niepokojące grymasy, które występowały, gdy rozmowa zbaczała na drażniące Koalę tematy. Z upływem kolejnych miesięcy troski, żale i coraz mocniejsze ukłucia strachu zaczęły wpędzać Misia w szpony eukaliptusowego nałogu, który początkowo uśmierzał jego obawy i lęki, ale z czasem stał się ich dodatkowym katalizatorem. To z kolei sprawiło, że wyrzuty sumienia zaczął odczuwać Koala, który miał do siebie pretensje, że wpędził młodszego kolegę w nałóg.
I tak, aby jak najmniej myśleć o trapiących ich rozterkach, pracowali coraz więcej rozszerzając swoją działalność na inne, coraz odleglejsze nekropolia. Nawiązali też współpracę z zaufanymi znajomymi Bębenka z dawnych lat, jak Jelonek Kaładze, który otworzył całkiem nieźle prosperujący zakład pogrzebowy, czy Goryl Równiacha spełniający się od jakiegoś czasu w roli głównego palacza dużego miejskiego krematorium. Razem tworzyli filie i terenowe agentury, co przyczyniało się do pomnażania ich majątku.
Powyższa sytuacja zamiast cieszyć, wpędzała Trumnisia w coraz większe obawy o zdrowie psychiczne Koali. Z kolei Bębenek srodze martwił się o kondycję małego niedźwiadka.
*
- Bardzo dobrze – ocenił Koala chowając trofea do kieszonki. – Jeszcze parę wypadów i będziemy musieli się przyczaić.
- A to czemu? – zdziwił się Trumniś. – Przecież idzie nam coraz lepiej? Chodźmy lepiej się gdzieś zabawić, wydajmy trochę szmalcu, a nie siedzimy w tej szopie, jak te dwa menele.
Koala zmierzył Misia ponurym wzrokiem.
- No wiem, wiem – powiedział szybko Trumniś. – Jeszcze nie czas, musimy być ostrożni, zachować czujność, ble, ble, ble.
- A w dupsko cię nie kopnąć, konusie?
- Sam się kopnij – odparł hardo Miś. – Najlepiej w ten pusty łeb! Ty masz jakąś manię prześladowczą, czy co? Na cholerę zbieramy to wszystko, skoro od miesięcy żremy szczaw i jagody?
Koala zmarszczył brwi.
- Tyle razy ci tłumaczyłem, półgłówku – parsknął purpurowiejąc na twarzy. – A ty znowu swoje?
- Bo z ciebie chytry ćwok.
Tego było Bębenkowi za wiele. Podbiegł do mniejszego kolegi i huknął go pięścią między oczy. Zaskoczony Trumniś poleciał w tył lądując bezwładnie w kępie bratków porastających przygrobową rabatkę. Koala skoczył ku leżącemu i unieruchomił go siadając na nim okrakiem. Wymierzył leżącemu jeszcze dwa ciosy i pochylił się nad półprzytomnym.
- Posłuchaj gwiazdorku – wycedził przez zęby. – Gówno mnie obchodzi, co o tym myślisz. Pamiętaj, że jak mnie jeszcze raz wkurwisz, to łeb ci rozwalę i wrzucę do pierwszego lepszego grobu, gdzie zgnijesz, jak powinieneś był to zrobić pół roku temu. Rozumiesz co do ciebie mówię? Tu nie telewizja, pajacu, tylko zwykła, szara codzienność. Obudź się wreszcie!
Dla podkreślenia wagi swoich słów chlasnął leżącego z otwartej.
- Wystarczy! – krzyknął Trumniś przerażony wybuchem Koali.
- Obudź się! – jeszcze raz poprawił, tym razem z główki.
- Przestań! Proszę! Już nie będę! Ty tu rządzisz. Zrobię, co karzesz! – przełknął gromadzącą się gorzką ślinę rozczarowania i porażki, które dodatkowo podsyciło kolejne, piekące policzek uderzenie. – Wystarczy!
- Na pewno?
- Przysięgam!
- No – Bębenek zszedł z leżącego. – Tylko, kurwa, mi podskocz jeszcze kiedyś, to cię przerobię na pacynkę.
Trumniś pozbierał się z trudem i, uważając by Koala nie patrzył, pokazał mu język. Miś był wdzięczny za ocalenie życia, ale wszystko ma swoje granice. Ponad pół roku harował już na usługach Koali i co z tego miał? Ból, cierpienie i szykanowanie. I za co? Przecież starał się jak mógł, pracował ciężko w dzień i w nocy, był praktycznie na każde skinienie despotycznego kolegi. A w zamian nie otrzymywał prawie nic. Nic poza miską podłej strawy. Nie licząc pojenia eukaliptusówką, od której chyba się już uzależnił. To nie może dłużej trwać. Nie wytrzyma takiego rygoru. Co innego gdyby mógł korzystać z majątku, w jaki dzięki jego pracy weszli. Nie chodzi nawet o jakieś szczególne luksusy. Wystarczyłoby tylko od czasu do czasu wyskoczyć gdzieś, zabawić się, posmakować świata. A nie całymi dniami przesiadywać na cmentarzu i bawić się w ciociu babkę z grabarzami. I popijać eukaliptusówkę. I zasypiać po niej niespokojnie i budzić się na nowo i ponownie zapadać w eukaliptusowy sen… I śnić koszmar za koszmarem, koszmar za koszmarem, koszmar za koszmarem...
*
- Ułech, łech, błeeee, łeee!!!
Bębenek zerwał się z posłania, czując jak jeży mu się futerko na całym ciele, poza, rzecz jasna, bębenkiem. Panująca w domu nieprzenikniona ciemność nie pozwoliła mu na należyte ocenienie sytuacji. Za to perfekcyjnie działający słuch (poza tym, że wyjątkowo wyostrzony naturalnie, to jeszcze dodatkowo wyszlifowany długoletnią karierą sceniczną i późniejszą pracą zawodową) wyraźnie wskazywał, jako źródło obłąkańczego wrzasku, sąsiedni pokój, który zajmował Trumniś. Koala skrzesał płomień i podpalił lampę naftową (drzemiąca w nim wrodzona dzika natura, w dalszym ciągu nie pozwalała mu całkiem oswoić się z dobrami cywilizacji, spośród których elektryczność stanowiła najtrudniejszą do pokonania barierę). Z walącym sercem ruszył wąskim korytarzem. Rozpełzające się po ścianach żółte światło ukazało zamknięte drzwi sypialni Trumnisia. Bębenek nacisnął klamkę i pchnął je do wewnątrz. Wkroczył do środka i uniósł lampę. Miś siedział w łóżku wyprostowany, z wykrzywionym przerażeniem pyszczkiem i wrzeszczał wniebogłosy. Koala westchnął przeciągle. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu musi upłynąć, by malec doszedł wreszcie do siebie? Przeszłość była bolesna. Jemu samemu też zdarza się budzić z krzykiem. Nie pomagały na to żadne lekarstwa, luksusy i zagraniczne wojaże. I eukaliptusówka również.
Bębenek podszedł do łóżka i chlasnął Trumnisia z otwartej.
- Obudź się! – krzyknął.
Głowa niedźwiadka przekrzywiła się na bok, ale krzyk nie ustał.
- Obudź się! – powtórzył Koala poprawiając na odlew znacznie mocniej, aż uwolniony uderzeniem różowy język Trumnisia wymknął się z rozwartych ust i zatoczył szeroki łuk zawijając się niemal za ucho.
Miś przestał krzyczeć, otworzył szeroko oczy i zaczął się rozglądać z półprzytomną twarzą. Gdy jego wzrok spoczął na Bębenku odetchnął z wyraźną ulgą.
- O kurwa! – jęknął opadając na poduszkę. – Ależ miałem sen.
Koala pokręcił głową i wycofał się do swojego pokoju.
Trumniś otarł spoconą buzię jedwabną chustką i sięgnął po stojącą na nocnej szafce szklankę z whisky (od jakiegoś czasu wolał ją od eukaliptusówki). Pociągnął tęgi łyk. Przyjemne palenie w gardle rozjaśniło mu myśli. Wymacał pod poduszką pilota. Walące mocno serce szybko się uspokoiło, gdy połowa ściany sypialni rozbłysła jaskrawymi kolorami panoramicznego ekranu telewizora. Oczywiście nastawionego na program, na którym, bez względu na porę, emitowane były bajki o Misiu Uszatku. Na pyszczek Trumnisia nieśmiało wypełzł błogi uśmiech. Zwolna odprężając się zaczął podśpiewywać wraz z narratorem:

Jestem sobie mały miś, gruby miś
Znam się z dziećmi nie od dziś.

Obuszek

Siedzieli na kładce zbudowanej z pnia obalonej sosny, łączącej brzegi wartkiego, leśnego strumienia. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że Bębenek Koala macha nóżkami wesoło i beztrosko. Ale rzeczywistość była zgoła odmienna. Był mocno podenerwowany, miał ściągnięte w trąbkę usta i pobielałe knykcie zaciśniętych na pałeczkach piąstek. Mamrocząc pod zmarszczonym noskiem słowa monotonnej mantry, wygrywał na brzuszku smętny rytm marsza pogrzebowego. Dźwięki były stłumione i mało precyzyjne, bo niepielęgnowane należycie ciało miejscami ponownie pokryło się sierścią, przestało być sprężyste i wydawało fałszywe tony.
- To niewiarygodne – powiedział do skulonego obok Misia Trumnisia. – Żeby tak bez powodu od razu walić w łeb? Dobrze, że cię na zupełny amen nie ukatrupił.
- Też jestem rad – pisnął niedźwiadek delikatnie dotykając bolesnego miejsca na potylicy. – Nie każdy miał tyle szczęścia.
- To znaczy?
Miś westchnął.
- Mówiłem ci już nie raz.
- Sranie w banie – obruszył się Bębenek.
- Bo tak mnie słuchasz. Tylko interesy ci w głowie.
- Nie marudź, tylko mów.
Trumniś wypluł w nurt pestkę czereśni, których zdążył narwać tuż przed wypadkiem. O dziwo agresor mu ich nie odebrał, a przecież w tej części kniei o czereśnie nie było łatwo. Żeby je zdobyć, trzeba było zakraść się do sadu gajowego Winniczka, a to groziło zarobieniem porcji soli, lub poszczuciem psem. I to nie byle jakim. Nieodłącznym druhem leśnika był bowiem nieznanej proweniencji mieszaniec, na którego Winniczek wołał Azor, ale wszyscy w lesie woleli nazywać go Kurwim Synem.
- No to było tak, jak powiedziałem za pierwszym razem – podjął Trumniś. – Zakradłem się do sadu gajowego z samego rana.
- O której?
- Spokojnie. Poszedłem tak jak mówiłeś, między czwartą, a piątą rano.
- Dobrze – pochwalił Koala. – Wtedy jest bezpiecznie, bo obaj śpią. A przynajmniej powinni.
- Tak właśnie było. Spokojnie narwałem całą siatkę i przez nikogo nie zauważony…
- Najszczałeś do studni? – przerwał podejrzliwie Bębenek.
- Oczywiście! – obruszył się Trumniś.
- No, to mów dalej.
- Byłem czujny. Nawet bardzo czujny. Dopóki nie opuściłem sadu, nie minąłem brzózkowego zagajnika i nie wszedłem głębiej w tę naszą bukowinę, w każdej chwili byłem gotów dać dyla w paprocie ot tak – pstryknął palcami – i już by mnie nie było.
Trumniś wsypał sobie do pyszczka całą garstkę owoców, chwilę je przeżuwał, po czym wydął policzki i pod dużym ciśnieniem wystrzelił je przed siebie serią.
- Świtało już, jak dotarłem do polany – podjął. – Mgła zaczęła się podnosić, ale w dalszym ciągu gówno było widać. Nie przejmowałem się, bo przecież znam tu każde drzewo, każdy krzak i kępę mchu. Wszedłem właśnie pomiędzy te dwa wielkie dęby, co stoją przy starym dukcie i wtedy coś mnie jak nie jebnie – Trumniś aż się skrzywił na samo wspomnienie. – Ciemno mi się przed oczami zrobiło i dalej to już znasz, bo tak mnie znalazłeś.
- I nikogo, ani niczego nie widziałeś?
- Czerń tylko. Czyli w sumie nic. Bo nic jest czarne, co nie?
- To zależy.
- Od czego?
- Od tego, czy to dobre nic, czy złe. Dobre nic jest białe.
Bębenek przypomniał sobie, jak był jeszcze zwyczajnym małym koalą obżartuszkiem i jak tatuś mówił mu nie raz, że nie ma nic do jedzenia. Wtedy to nic wydawało mu się czarne jak głęboka noc, której tak bardzo się bał. Albo jak paskudna w smaku smoła, do której żucia zmuszał go dla zgrywy Winston Panierka – jego dawny współpracownik z cyrku. Teraz zaś takie nic jawiło mu się, jak coś lśniącego i skąpanego w ciepłych, oślepiająco jasnych promieniach słońca. Lub jak nagły rozbłysk rozwiewający smutki, który pojawiał się w głowie po wypiciu kwaterki eukaliptusówki.
- Za to nic złe, potrafi być czarne jak cholera – uściślił, wzdrygając się mimowolnie.
Trumniś zadrżał aż zjeżyło mu się futerko.
- To ja widziałem bardzo, bardzo złe nic – powiedział szeptem.
Koala odłożył pałeczki i ze stęknięciem stanął wyprostowany wypinając brzuszek. Poprawił obręcz bębenka, która przez lata mocno mu się poluzowała pod fałdami regenerującej się skóry. Od czasu do czasu, boleśnie przycinała mu rozkosznie odradzający się tłuszczyk.
- No dobra – powiedział. – A co z tymi innymi?
Trumniś zawiązał chusteczkę z czereśniami i również podniósł się na krótkie nóżki.
- Pierwsza, to była ta stara bura wiewiórka, co ją znaleźli pod drzewem. Łeb miała roztrzaskany, aleśmy wtedy pomyśleli, że ze starości zrobiła się nieostrożna i spadła z drzewa, a czerep rozdupczyła o kamienie. Potem był borsuk. Też łeb z tyłu rozpieprzony na miazgę. Rano znaleziony nieopodal nory. Nikt tych dwóch przypadków nie powiązał, bo i niby dlaczego? Żadnego związku. Gdzie wiewiórka, a gdzie borsuk? Tak samo, zresztą, jak te dwa zające. Głupie były, to i wszyscy myśleli, że się na siebie rzuciły i rozbiły łby nawzajem.
- Co? Że jak?
- No nawzajem. Że o siebie. Jeden o drugiego i…
- Rozumiem znaczenie, tylko sensu nie dostrzegam.
- Przecież to proste. Stanęły sobie naprzeciw, jak na westernie, i potem ruszyły na siebie z furią, jak byki na korridzie. Wiesz ile taki byk ma siły?
- Dobra, mów kto jeszcze był.
- Jeszcze jenot. Tragiczna śmierć. Tak dostał w łeb, że go przygwoździło do pnia dębu. Wiesz, zębami. Musiał biedaczysko jeszcze potem parę razy oberwać, bo wszystkie kości miał pogruchotane. Wisiał na tym drzewie przez parę dni, zanim go gajowy ściągnął.
- To jenot był, to coś?
- Jenot.
- A ja myślałem, że to jakaś porzucona pacynka.
- Wszyscy tak myśleli, dlatego wisiał tak długo.
Koala pokiwał głową z niedowierzaniem.
- Czyli, niech no podsumuję – powiedział. – Wiewiórka, borsuk, dwa zające i jenot, czyli pięć ofiar, dobrze liczę?
- Sześć – poprawił Trumniś. – Ja jestem szósty. Tyle, że mnie nie ukatrupił
- No tak, właśnie. Przyjmując, że za to wszystko odpowiada jakiś seryjny socjopata – bo rozumiem, że do tego zmierzasz – to czy nie wydaje ci się to choć odrobinę dziwne?
- Co?
- No, że udało ci się przeżyć?
- Nie. Za to wydaje mi się to cudowne. Miałem szczęście.
Ruszyli wzdłuż pnia w kierunku brzegu, na którym znajdowało się ich niewielkie mieszkanko. Wymieniali różne kandydatury na psychopatę czerpiąc z bogatego wachlarza przeróżnych osobowości zamieszkujących knieję. Jednych odrzucali od razu, nad innymi zastanawiali się dłużej, ale nikt jednoznacznie nie pasował do wizerunku sadystycznego, seryjnego mordercy.
- Jestem niemalże pewien – stwierdził w końcu Bębenek – że to ten sługus gajowego jest za wszystko odpowiedzialny. Bydle jest złe, tylko dla hecy potrafi kark skręcić. Dybie i na mnie od samego początku, odkąd tu zamieszkaliśmy. Jak tylko będzie okazja, załatwi mnie na cacy, że i pierdnąć nie zdążę. Nawet brata swojego bliźniaka przecież zadusił.
- Brata?
- No wiesz, Puszka.
- Puszek to był jego brat?
- Trudno uwierzyć, co? Porządne było z niego psisko. Aż za bardzo. Fajnie było razem chodzić na ryby, śpiewać szlagiery i pyknąć wieczorkiem z fajki. – Bębenek pokiwał głową z żalem. – Cóż. Za łagodny był, to i go bydlak wykończył. Jeszcze przyjdzie na niego pomsta, już moja w tym głowa.
Szli chwilę w milczeniu.
- A właściwie – podjął Koala – to są jakieś argumenty zaprzeczające, że to nie on? Że to nie ten bydlak?
Trumniś wzruszył ramionami.
- Puchacz mówił, że razem z Winniczkiem w chałupie siedzi po całych nocach, to jak mógłby jednocześnie w innym miejscu siać terror?
- Może i tak – burknął niezadowolony Bębenek. – Tyle, że puchacz jest stary, to i pewnie ślepawy. Gówno widzi w nocy.
- Ponoć lepiej, niż w dzień. W końcu to puchacz.
- Chuja tam wiesz.
Dzień miał się ku końcowi. Dyskutowali o wydarzeniach ostatnich dni, przy okazji zbierając grzyby, poziomki i jagody.
Odkąd porzucili cmentarz i przestali parać się biznesem, pogorszyła im się stopa życiowa. Przez kilka pierwszych miesięcy roztrwaniali zgromadzony majątek na hotele, zagraniczne wycieczki i uciechy cielesne. Bezstresowa bezczynność szybko uszczuplała też oszczędności. Za to mocno podreperowała zszargane morale. Z czasem stopniowo przenosili się do wynajmowanych mieszkań, potem pokoików, na coraz dalsze przedmieścia i peryferia. Aż w końcu wynieśli się do lasu.
Mieszkali teraz w starej, mocno podniszczonej ziemiance, która kiedyś była bunkrem. Znaleźli ją zupełnie przypadkowo – Trumniś wpadł do niej przez zamaskowany ściółką wylot kominowy. Włożyli dużo pracy w jej odgrzebanie, opróżnienie z nagromadzonych w ciasnym wnętrzu warstw piasku i liści, odświeżenie i prowizoryczne urządzenie. Musieli też wykopać do niej krótki tunel i zainstalować drzwiczki, za które posłużyła im porzucona na dzikim wysypisku śmieci deska klozetowa wraz z klapą. Norka nie była duża, ale za to dobrze zamaskowana, ciepła i bezpieczna.
Gdy dotarli do domostwa mocno burczało im w brzuszkach. Bębenek zawiesił nad paleniskiem garnek z puszki po marynowanych ogórkach, a gdy woda się zagotowała, wrzucił do środka pokrojone grzyby, wiązkę młodych pędów dzikiej jabłoni i garść korzonków. Gdy wszystko ponownie zawrzało, odlał część wywaru do osobnego kubełka i dorzucił odrobinę wędzonych na jałowcowym dymie jeżyn. Dosypał z papierowej torby, nie żałując, kilkanaście drobnych kapelusików mało reprezentacyjnych grzybków. Trumniś ich nie lubił, za to Bębenek wprost uwielbiał. W jakimś stopniu zastępowały mu eukaliptusówkę, której tak bardzo mu tu brakowało.
Zjedli kolację. Niedługo potem zmęczonego i osłabionego ostatnimi wydarzeniami Trumnisia zmorzył sen. Koala również próbował zasnąć, ale szło mu to opornie. Przed oczami przesuwały mu się żywe kolorowe obrazy, w których przeszłość splatała się z teraźniejszością. Przez głowę przemykali mu pobratymcy, których jak przez mgłę pamiętał z dzieciństwa, starzy znajomi i przyjaciele. Najbardziej wyraziści byli ci poznani w niedoli, dzięki którym przetrwał bodaj najtrudniejsze chwile swojego życia.
Po pewnym czasie postaci, które pozytywnie wyryły się w jego pamięci, zaczęły być coraz częściej zastępowane przez te mniej sympatyczne. Wreszcie zewsząd poczęły wyzierać na niego te najbardziej makabryczne, wrogie i złorzeczące. W końcu nie mógł już pozbyć się ponurych obrazów. Wizji, w których z każdej strony wygrażał mu bezlitosny i chciwy Winston Panierka, który o mały włos nie dokonał na nim publicznej egzekucji, w czasach, gdy Koala zmuszony był do katorżniczej pracy w cyrku.
Wycieńczony majakami Bębenek postanowił dla kurażu wypić dodatkową porcję naparu z grzybków i poprawić je chmurką dymu z odprężającej mieszanki ziół. Rozochocony pomysłem gwarantującym poprawę nastroju przystąpił do przyrządzania naparu, a następnie dokładnie oczyścił fajkę. Wówczas okazało się, że zioła się skończyły. Sklął w myślach Trumnisia, który o ile dał sobie zaszczepić większość zasad wpajanych mu od lat przez Koalę, to za nic nie potrafił przyjąć do wiadomości, że zioło trzeba dozować z umiarem. Gdyby nie ponura przygoda, jaka spotkała Trumnisia dzisiejszego ranka, Koala by mu nie odpuścił i wygnał go po nocy po uzupełnienie zapasów. Jednak wobec niedyspozycji niedźwiadka, postanowił niezwłocznie udać się w tym celu osobiście.
- Seryjny zabójca – marudził pod nosem zamykając za sobą wejściową klapę. – Zające jak byki w korridzie. Nic dziwnego, że miał takie pomysły, jak wydął mi całą torbę machorki.
Noc była ciepła i pogodna. Gwiazdy tylko miejscami były przysłonięte nielicznymi, wąskimi pasmami chmur. Strzelistość drzew i panująca w ich dolnych partiach gęstwina sprawiały, że mimo to w lesie było ciemno i parno.
Bębenek znał na pamięć drogę do poletka. Wysokie krzaczki, z których kwiatostanów Koala sporządzał fajkową miksturę, rosły na skraju polanki oddalonej o pół godziny marszu od ich domostwa. Miś maszerował nie spiesząc się i umilając sobie czas rozmyślaniem o planach na przyszłość. Przede wszystkim o zamiarze rozpowszechnienia wśród mieszkańców lasu zwyczaju palenia ziół oraz rozwinięcie ich uprawy. Nie wykluczał też handlu, który powinien znacznie podnieść standard ich mieszkania i stopy życiowej. Bez zbytniej przesady. Odkąd zamieszkali w kniei nauczyli się czerpać radość z otaczającej przyrody i nie potrzebowali wygód. Ale zawsze miło byłoby przenieść się do bardziej przestronnej norki, a od czasu do czasu wypuścić się na wczasy do jakiegoś kurortu. A może nawet udałoby się kiedyś wrócić w rodzinne strony…
Bez przeszkód dotarł na miejsce i obrzucił wzrokiem niewielkie poletko smukłych, wysokich krzaków. Kilka, wyrwanych przez niego wcześniej, wisiało korzeniami do góry by suszyć się w naturalnych warunkach w gorących promieniach słońca i podmuchach ciepłego wiaterku. Sprawdził palcami stan znajdujących się na końcach gałązek kwiatowych szczytów i z zadowoleniem ocenił, że są gotowe do spożycia. Zerwał kilka z nich i schował do kieszonki. Miał ochotę już teraz nabić fajeczkę, ale powstrzymała go ostatnia przygoda, jaka przydarzyła mu się w podobnej sytuacji. Skusił się wówczas na kilka niewielkich chmurek i potem pół nocy błądził zmarznięty po lesie w poszukiwaniu domu. Gdy wreszcie był pewien, że go odnalazł, nie mógł trafić do drzwi. Był wówczas przekonany, że ktoś zasypał wejście do norki. Dopiero o świcie okazało się, że próbował dostać się do środka z niewłaściwej strony. Do tego Trumniś potem przez klika dni mu się żalił, że nie przespał nocy, bo myślał, że to ogarnięty morderczą furią wściekły borsuk lub jenot próbował od tyłu wykopać tunel do ich mieszkania.
Mając w pamięci tamtą historię ruszył żwawo do norki. Bardziej wyczuł, niż dostrzegł niebezpieczeństwo. W pewnym momencie po prostu coś kazało mu uskoczyć w bok. Świsnęło mu tylko nad głową i niemal w tym samym momencie coś twardego z całą mocą łupnęło o pień pobliskiego dębu. Usłyszał stęknięcie i siarczyste przekleństwo, gdy napastnik wytrącony z równowagi chybionym atakiem, wyłożył się w poprzek ścieżki. Bębenek, nie tracąc czasu, dał nura w gęste poszycie i zanim agresor się pozbierał, znieruchomiał w ukryciu bacznie obserwując okolicę. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, a wzrok dodatkowo wzmocniony spożytym wywarem pozwolił Koali wyłowić z mroku sylwetkę pomstującego adwersarza, ale nie był w stanie dostrzec szczegółów. Napastnikiem okazał się być duży czworonóg, sądząc po rozmiarach był nim pies lub wilk. Bębenek obserwował, jak napastnik pyskiem podnosi z ziemi stylisko dużej siekiery i zaczyna rozglądać się po otoczeniu. A więc to nie urojony wymysł Trumnisia, pomyślał Bębenek. Najwyraźniej po lesie grasuje fanatyczny zabójca i dybiąc po nocy na samotnych wędrowców, atakuje ich siekierą. Koala miał mnóstwo szczęścia, że zdołał uskoczyć w ostatniej chwili. Inaczej pewnie leżałby z roztrzaskanym czerepem, czekając by rankiem odnalazł go gajowy z tym swoim... W jednym momencie Bębenkowi wszystko spasowało do łamigłówki, którą zaczął układać dzisiejszego popołudnia. Bez wątpienia było tak jak przypuszczał. Pies gajowego. Ten sukinsyn nienawidził wszystkich i wszystkiego (oprócz gajowego). Pewnie wymykał się nocą chyłkiem i grasował, a jak już kogoś dopadł, wracał jakby nigdy nic do gajówki. Dlatego też na drugi dzień wiedział gdzie prowadzić swojego pana, by znaleźć trofea. Co za zwyrodnialec?!. I co za szczęście, że udało się ujść z życiem najpierw Trumnisiowi, a teraz i jemu. Bębenkowi mocniej zabiło serce. Co byłoby z Trumnisiem, gdyby Koala padł trupem? Niedźwiadek był przecież taki niezaradny, łatwowierny i naiwny. Bez Koali nie przeżyłby w lesie tygodnia.
Bębenek zmrużył oczy, by zogniskować wzrok na dyszącym pośrodku ścieżki napastniku. Pies upuścił z pyska siekierę i zaczął intensywnie węszyć kierując się ku Bębenkowi. Koala zamarł przeklinając się w duchu za ciekawość. Powinien walić ile sił przed siebie, a nie czaić się w pobliżu, jak wioskowy głupek w agreście.
Miś coraz wyraźniej słyszał świszczący syk wciąganego w nozdrza powietrza. Im ów świst był głośniejszy, tym Koala mocniej pragnął przestać wydzielać z gruczołów woń, ale zdawał sobie sprawę, że to niewykonalne. Przeciwnie. Im bardziej chciał, tym silniej wydzielał.
W pewnym momencie zabójca zamarł w bezruchu i uniósł łeb. Oczy lśniły mu w ciemnościach krwistą czerwienią piekielnej bestii. Miś zacisnął powieki.
- Bębenek? – usłyszał chrapliwy głos.
Koala wolno otworzył oczy.
- Bębenek, to ty? – powtórzył pies mniej chrapliwym głosem. – Poznaję cię po zapachu, nie bój się, to ja Puszek.
Niedoszły zabójca skoczył w gąszcz i delikatnie złapał Koalę zębami za kark. Położył go po środku ścieżki i zaczął biegać w koło niego wesoło poszczekując i merdając ogonem. Bębenek usiadł ze skrzyżowanymi nóżkami i uważnie przyjrzał się psu. Przebijające się przez konary drzew światło księżyca pozwoliło mu dostrzec, że Puszek miał skołtunioną, matową sierść, był chudy i schorowany. Jego szyja była wykrzywiona na bok pod nienaturalnym kątem. Ruchy miał nerwowe, co chwila rzucał na bok łbem, jakby oglądał się za siebie. Ale bez wątpienia był to Puszek.
- Myślałem, że nie żyjesz – powiedział miś.
- Prawie, kolego! Prawie – odparł pies. – Ten wyrodny bydlak mało mnie nie udusił. Sam myślał, że jestem już pewnym trupem i zostawił wpółżywego, żeby mnie rozwlekły ścierwojady. Powiem ci, że to prawdziwy cud, że przeżyłem. Jak tylko trochę wydobrzałem wyniosłem się stąd na dłużej, żeby okrzepnąć. Ale już wszystko ze mną w porządku, więc wróciłem jak nowonarodzony!
Koala wstał uradowany, ale szybko na powrót spochmurniał, gdy w blasku księżyca błysnęło ostrze spoczywającej na ścieżce siekiery.
- Jak nowy? – zapytał. – A co ma znaczyć ta siekiera? Puszek…
Pies skoczył ku niemu i groźnie warknął.
- Tylko nie Puszek! – wycharczał zmienionym głosem. – Nie jestem już żaden Puszek! A przynajmniej nie taki zwyczajny Puszek! Teraz rozpieprzam wszystkim łby siekierą, bo jestem zły, zły, zły! Zły do cna! Gorszy od Azora!
Koala skulił się pośrodku ścieżki. Pies niebezpiecznie kłapał zębiskami przed jego pyszczkiem, tocząc pianę i miotając groźby.
- Kto tylko stanie mi na drodze – parsknął – łeb rozpieprzę siekierą na miazgę! Jestem Puszek Obuszek!
To powiedziawszy Puszek złapał stylisko siekiery, targnął łbem i z całych sił łupnął obuchem w dębowy pień, aż posypała się kora. Warknął i uderzył jeszcze kilkakrotnie. Ślina zwisała mu u pyska, z gardła wydobywał się charchot. Odskoczył od drzewa i jego obłędny wzrok spoczął na Koali. Wówczas sylwetka psa jakby zwiotczała, siekiera wypadła z pyska i Puszek radośnie skoczył ku misiowi.
- Bębenek! – krzyknął. – Jak dobrze cię widzieć. Pójdziemy na ryby?
- Jasne, stary – odparł Koala. – Kiedy tylko chcesz.
- Teraz!
- Teraz? Po nocy?
- A czemu nie? Przecież rybie wszystko jedno, czy złapiesz ją w dzień, czy w nocy! Chodźmy po Trumnisia i walmy nad strumień!
Koala nie był specjalistą od oceny zachowań. Ale nie musiał nim być, aby dostrzec, że z Puszkiem dzieje się coś niedobrego. Gwałtowne zmiany nastroju czyniły z niego niebezpiecznego towarzysza. Zwłaszcza, że miał już na koncie pięć ofiar.
Miś chrząknął.
- A może najpierw palniemy chmurkę na rozluźnienie? – zaproponował wyjmując fajkę.
- Machorka?
- Najlepsza.
- Dawaj.
Usiedli pod drzewem. Koala przygotował szczyptę ziela i po chwili zaczęli pykać z wrzoścowej fajki. Miś zastanawiał się jak potoczy się dalszy ciąg ich spotkania, ale wraz z upływem czasu jego niepokój mijał, a obawy zdawały się być zupełnie bezpodstawne. W końcu, gdy Puszek zaczął puszczać uformowane z dymu potrójne kółka, romby i prostopadłościany, Bębenek całkowicie się odprężył i wyzbył wszelkich zachamowań i lęków.
- Powiedz no – rzekł – czemu to napadłeś na Trumnisia?
Puszek przez moment nie odpowiadał, krztusząc się krótkimi, z trudem powstrzymywanymi spazmami, którym towarzyszyły wydobywające się spomiędzy zębów sinobiałe pasemka.
- Nawinął się – powiedział z charchotem i wypuścił ze świstem wielką chmurę gęstego dymu. – Kapnąłem się w ostatniej chwili, że to on i trochę zluzowałem. Nic mu nie było jak odchodziłem. W porządku z nim?
- Taaa. Marudzi tylko jak zwykle, mały memłok.
- A wiesz czemu?
- Czemu co?
- No, czemu tak marudzi.
- No czemu?
- Do trumny mu tęskno.
Obaj parsknęli krztusząc się dymem.
Noc płynęła spokojnie, mrok zaczął rzednąć, a oni dowcipkowali w najlepsze.
- A ty tak z tym Obuszkiem to na poważnie? – zapytał Koala.
- W sensie?
- No, że będziesz teraz siepaczem?
Puszek skrzywił się z niesmakiem.
- Bo ja wiem – odparł. – Chyba nie.
- Nie kręci cię rozpieprzanie łbów?
- A skąd!
- No a ta wiewiórka, zające i borsuk?
- Co?
- I biedny jenot zmiażdżony jak pacynka?
- Jenot jak pacynka?
Znów wybuchli śmiechem.
- To nie jest śmieszne, ja wiem, ale nie mogę się powstrzymać – poskarżył się Bębenek.
- No – zgodził się pies.
- Ale tak na poważnie się pytam o nich.
- O co ci chodzi?
- O martwą wiewiórkę z roztrzaskanym łbem, o dwa martwe zające z roztrzaskanymi łbami, o borsuka z roztrzaskanym łbem i o jenota-pacynkę z roztrzaskanym łbem.
Puszek westchnął.
- O ile mi wiadomo, to wiewiórka spadła z drzewa, bo stara była i już mało sprytna. Zające same sobie łby roztrzaskały, jak byki na korridzie, a jenota załatwił Winniczek, tak dla postrachu i podtrzymania wśród mieszkańców rodzącego się poczucia paniki. A jak nikt nie poznał się na groźbie, bo wszyscy myśleli, że to pacynka, to gajowy strasznie się rozsierdził i roztrzaskał łeb borsukowi kolbą karabinu. Biedak akurat mu się napatoczył, jak majstrował przy jenocie, żeby był mniej podobny do pacynki. I w ten sposób ta historyjka się utrwaliła, że ktoś serynie wykańcza zwierzęta. No to postanowiłem się podłączyć, że to niby ja. Że jestem taki okrutny Puszek Obuszek. Ale tak naprawdę to napadłem tylko na Trumnisia. No i na ciebie. Wielki ze mnie okrutnik, nie ma co.
To rzekłszy Puszek posmutniał i zaczął pociągać nosem.
- Daj spokój – próbował pocieszyć go Koala. – Jesteś przecież groźny. Na pierwszy rzut oka, to jesteś taki sam jak ten twój brat, Kurwi Syn. Przy odpowiednim marketingu możesz jeszcze zrobić karierę zwyrodniałej bestii, zamordysty i siepacza.
- Myślisz?
- Pewnie.
Gdy doszli do porozumienia świt całkiem przegnał już resztki mroku. Umówili się na ryby z nastaniem kolejnego wieczora i rozstali w dobrych nastrojach. Puszek zabrał siekierę i zniknął w gęstwinie, Koala zaś raźno ruszył ku swojej norce. Nieprzespana noc zaczęła dawać mu się we znaki, oczy się kleiły, pyszczek raz po raz rozdziawiał do ziewania.
Gdy wyszedł z wysokiego lasu i do pokonania pozostał mu tylko niski świerkowy zagajnik, dostrzegł pomiędzy oddalonymi o kilkanaście metrów drzewkami przemykającą sylwetkę.
- Puszek!? – krzyknął Koala, ale nie miał zbyt dużej nadziei, że to jego przyjaciel.
Rzucił się ku domostwu. Wystarczyło tylko minąć zagajnik i będzie na miejscu. Gnał ile sił, kątem oka dostrzegając postać biegnącego równolegle z nim, nieubłagalnie i szybko zbliżającego się do niego prześladowcy. Nie zważając na kłujące ciało i szarpiące futro gałęzie, Bębenek pruł na przełaj jak najkrótszą drogą. Gdy poczuł na karku oddech pościgu wiedział, że nie da rady. Zacisnął jednak zęby i parł do przodu.
Ku zdziwieniu i niemającej granic radości pokonywał w ten sposób kolejne dziesiątki metrów i w końcu dopadł drzwi nie doznając żadnego uszczerbku na zdrowiu. Złowrogie zębiska nie zatopiły się w jego ciele, ani nawet nie kłapały już za plecami. Musiał się zdarzyć jakiś cud, bo inaczej Azor, czy kim tam też był ścigający go napastnik, z pewnością by go dopadł.
Bębenek zamaszystym ruchem otworzył klapę i zaraz równie energicznie zatrzasnął ją za sobą ryglując na wszystkie możliwe zamki, zasuwki, sztaby i haczyki. Na drżących nogach doszedł do stołu i opadł na służącą za krzesło skrzynkę. Chwilę oddychał ciężko, po czym wypił kilka łyków wody. Zastanowiło go, że impet, z jakim wpadł do norki, nie obudził Trumnisia. Zaniepokojony zajrzał do małej sypialni swojego współlokatora, ale łóżeczko było puste.
Niemal w tym samym momencie załomotała kołatka do drzwi wejściowych. Koala dopadł klapy i spojrzał przez wizjer. Po drugiej stronie stał uśmiechnięty Trumniś. Bębenek szybko otworzył drzwi wpuszczając towarzysza do środka. Koala był zaniepokojony, ale jednocześnie uradowany obecnością przyjaciela. Zamierzał obsztorcować go za beztroskie nocne wycieczki i narażanie życia, ale szybko zmienił zdanie. Niedźwiadek trzymał w łapce ociekający krwią, oblepiony sierścią porcelitowy tłuczek do kotletów.
Trumniś minął rozkołysanym krokiem Bębenka i skierował się do swojej sypialni podśpiewując wesoło pod nosem:

Puszek Okruszek,
Obuszek,
Bardzo go lubię,

Przyznać to muszę.

Brak komentarzy: