Facet
leżał na ławeczce na wznak, oczy miał otwarte. Nie ruszał się.
Komisarz Wiesław Kontrabas wpatrywał się w niego zamyślony. Nie
zauważył, kiedy nieopodal zaczęli krzątać się technicy.
-
Niczego nie ruszać – usłyszał głos aspiranta Teofila Truskawki,
swojego partnera. – Najpierw zdjęcia.
-
To na cholerę dupę zawracacie? – obruszył się laborant. –
Jakbym nie miał co robić w fabryce. Zamiast…
Dalsze
słowa rozmyły się w kolejnej fali nurtujących myśli.
Kontrabas
był doświadczonym śledczym z blisko piętnastoletnim stażem. Z
tego osiem w mordzie, jak między sobą nazywali wydział. Widok
zwłok nie robił już na nim takiego wrażenia, jak na początku
służby. W dalszym ciągu coś odczuwał, tyle, że na innym
podłożu. Nie był to lęk, niechęć, czy obrzydzenie. Bardziej
ciekawość. Podniecenie. Nie, nie jakieś niezdrowe fascynacje,
raczej forma ekscytacji. Pasji, która z każdym nowym zdarzeniem
rodziła kolejne porównanie do kolekcji. Do jego osobistej listy.
Zestawienie i umiejscowienie na odpowiedniej lokacie. To była sól
jego pracy.
Nie
każdy nieboszczyk powodował jej przetasowanie. Zmianie ulegały
jedynie lokaty od jeden do dziesięć. Reszta trafiała do wielkiego
wspólnego kotła. Z czasem grupa wiodąca zaczęła sprawiać
problemy. W czołówce były przypadki tak oryginalne, że nigdy nie
powinny jej opuścić.
Po
latach katalogowania policjant wprowadził korekty do systemu: gdy
dochodził do wniosku, że pierwsza dziesiątka jest wystarczająco
mocna, zamykał listę i rozpoczynał nową.
Dzisiejszy
przypadek wymusił zamknięcie trzeciej dziesiątki.
-
I co myślisz Wiesiu? – spytał aspirant. – Facet sam to sobie
zrobił? Czy pomoc była?
Komisarz
przypalił papierosa zaciągając się jak topielec ostatnim
oddechem. Żar pochłonął połowę rolki tytoniu z trzaskiem mknąc
w kierunku ustnika. Czknął tylko mrużąc oczy w smudze gryzącego,
sinożółtego dymu.
-
Też tak myślę – przytaknął Teofil. – Wygląda na to, że
facet zmarł, zanim pojął, co mu się stało.
-
Zanim pojął, co mu się stało? – sparafrazował Kontrabas. –
Niby jak miał cokolwiek z tego zrozumieć? Gość leży tu, a jego
dupa tam – wskazał kępę młodych drzewek oddalonych od ławeczki
o jakiś trzy, cztery metry.
Obaj
w milczeniu zmierzyli odległość.
-
Zdążył ściągnąć portki – dodał komisarz.
-
Właśnie – aspirant spojrzał do kieszonkowego notatnika z
pozaginanymi rogami. – Biegł do latryny i jak już wiedział, że
nie zdąży, zdołał jeszcze ściągnąć spodnie. I wtedy nastąpił
gwałtowny koniec, którego nie mógł w żaden sposób przewidzieć.
Chłop od saturatora pamięta, że facet biegł na sztywnych nogach
tocząc pianę z ust. Jak zeznał – Truskawka zmrużył oczy
odczytując sporządzone naprędce odręczne notatki – „Gość
miał w oczach mogiłę, jakby na sąd ostateczny leciał”.
Powiedział jeszcze, że te dziwnie sztywne nogi zrobiły na nim
największe wrażenie.
-
Znaczy?
-
„Jakby kolan nie miał” – odczytał Teofil.
Kontrabas
już kiedyś coś podobnego miał okazję oglądać. Nie chodziło o
sztywne nogi, tylko o oczy.
-
Fakty są następujące – relacjonował dalej aspirant. – Po
wyjściu z baru facet udał się na spacer do pobliskiego parku. Tak
wynika z relacji barmanki i kilku klientów lokalu. W pewnym momencie
(tu mamy lukę informacyjną określającą precyzyjnie ów moment)
gość poczuł gwałtowną konieczność udania się za potrzebą.
Starsza pani pilnująca wnucząt przy skwerku z huśtawkami zeznała,
że mężczyzna pytał jej o lokalizację latryny, co wydało jej się
dziwne, bo oznaczenia w parku były widoczne i na tyle częste, że
nie sposób było ich nie dostrzec. „Jak bym była w parku latryn”
– odczytał z notesu. – „Gdzie nie spojrzeć strzałka z
informacją WC”. Nie ma to większego znaczenia, ale spodobało mi
się sformułowanie: „Jak tu pierwszy raz z dziećmi przyszłam, to
pomyślałam, że mieszkańcy miasta muszą mieć mocne dolegliwości
gastryczne. Jak w jakimś Zasranem, albo we Wdupczewie”. Niezłe
co? Zasrane mogłoby być w górach, a Wdupczewo nad morzem?
Kontrabas
nie podzielał entuzjazmu kolegi.
-
Hm, no tak, nieważne. – kontynuował Truskawka. – Zauważyła
też, że przyszły denat był siny na twarzy, a pot lał się z
niego jak z hokeisty. Potem…
-
Dokładnie tak powiedziała? – przerwał komisarz.
-
Tak – odparł Truskawka zaznaczając palcem linijkę tekstu w
notesie. – W sensie, że taki zimny pot, chyba.
-
Chodzi mi o przyszłego denata. Takich słów użyła? „Przyszły
denat”?
Teofil
skrzywił się zakłopotany.
-
E, nie. To sam tak zrelacjonowałem. Żeby było bardziej…
-
Dobra, co dalej? – Wiesław przypalił kolejnego papierosa. –
Tylko bez wątpliwych ubarwień językowych.
-
Olaboga, coś taki gorączka? – zaszeleściły energicznie
przewracane kartki. – Potem była para gimnazjalistów na wagarach.
Myśleli, że to idzie ich nauczyciel od geografii, więc skryli się
w krzakach i tylko odprowadzili jegomościa wzrokiem.
-
Jegomościa? Zlituj się.
-
Ów nauczyciel – podjął szybko Truskawka – miał protezę nogi,
stąd ich skojarzenie. Ostatnim świadkiem był sprzedawca wody
mineralnej obsługujący saturator.
-
Reasumując?
-
Reasumując: rano (około ósmej) facet zjadł śniadanie w pobliskim
barze. Dwie parówki, bułka i kubek inki. Następnie poszedł na
spacer do parku, gdzie poczuł nagłą potrzebę, musiał biec. Do
tego zesztywniały mu kończyny, zaczął się chorobliwie pocić i
toczyć pianę z ust. Miał problemy z orientacją i bełkotliwą
wymowę – tak zeznała ta staruszka. Możliwe więc, że doznał
udaru mózgu. Zzucie spodni do kolan było ostatnią czynnością,
jaką nieszczęśnik wykonał. Zaraz potem, lub może w tym samym
momencie, nastąpiło śmiertelne w skutkach wypróżnienie –
aspirant zamknął notes. – Odesrał sobie dupę – podsumował. –
To chyba, Wiesiu, powinno trafić na pierwsze miejsce tej twojej
listy.
Komisarz
westchnął dusząc niedopałek w wydobytej z kieszeni podręcznej
popielniczce.
*
Z
raportu patologa wynikało, że denat nie posiada dolnej części
ciała, pod kością ogonową. Brakowało części pośladków,
odbytnicy i kilku narządów wewnętrznych.
-
Zgon był następstwem wstrząsu hipowolemicznego – podsumował
chorobliwie chuderlawy lekarz. – Jako skutku utraty krwi – dodał
gryząc skuwkę długopisu. – W tym przypadku dosyć gwałtownej.
Truskawka
skinął głową. To akurat było dla niego oczywiste. Zagadką
pozostawało, w jaki sposób mężczyzna z tak poważnymi obrażeniami
zdołał sam położyć się na ławce.
-
Szok – wyjaśnił medyk. – To się zdarza.
-
Bez dupy? – wypalił Truskawka. – Powinien paść na miejscu,
czyli pod kasztanem, kilka metrów od ławki. To niemożliwe, żeby
mógł z czymś takim łazić.
-
Chyba, bez tego czegoś – sprostował koroner. – Poza tym, czy ja
wiem? Niemożliwe, to jest zawiązanie fita na supeł – dodał
spoglądając w zadumie na zwłoki.
-
Odesranie sobie dupy i spacerowanie potem po parku to według pana
coś normalnego?
-
To tylko trzy metry. Ludzie ze strzaskanym kręgosłupem są w stanie
przejść kilka metrów. Jak pan wierzący jest, to może pan też
przyjąć, że to był cud. Poza tym, kto powiedział, że on
spacerował? Według mnie, wysrał się mniej więcej w połowie
odcinka pomiędzy ławką, a krzakami. Resztę sprawiło duże
ciśnienie i odrzut. Wie pan, coś jak strzelanie z broni dużego
kalibru.
Truskawce
zalśniły oczy.
-
Znaczy – ożywił się – że dupa jak pocisk poleciała w krzaki,
a ciało, niczym opróżnioną haubicę, odrzuciło na ławkę?
Chudzielec
przytaknął z protekcjonalną miną. Wyglądał, jakby miał
policzki sklejone od wewnątrz.
-
Bardzoś pan raczył to obrazowo wyłuszczyć – wyartykułował
wolno. – Panie aspirancie.
Policjant
odnotował uwagę lekarza.
-
To jak najbardziej prawdopodobne – rzekł podekscytowanym głosem
świdrując medyka spod zmrużonych oczu. – I bardziej możliwe niż
spacerowanie bez dupy. – Schował notes do kieszeni płaszcza i
skierował się ku drzwiom. – Zależy jeszcze jaki supeł –
rzucił na odchodne nie patrząc na lekarza. – I jaki fiut.
*
Bar
był mocno podrzędny. Spelunka. Tak najprościej można było
określić jego klasę i strukturę. Stara, pomarszczona oberżystka
i takaż klientela. Wnętrze lokalu wyglądało jak kadr
niedoświetlonego czarnobiałego filmu z lat pięćdziesiątych.
Takiego o klasie robotniczej dużego przemysłowego miasta. Górnikach
albo hutnikach. Twarze bez wyrazu, zmęczone i ponure, od czasu do
czasu na chwilę rozjaśniane rozżarzonymi końcami zmaltretowanych
papierosów. Powolne ruchy, sylwetki zgarbione i skulone. Anonimowi
bohaterowie tonący w sosie przyrządzonym z tytoniowego dymu,
bździn, kwaśnych oddechów i kuchennej spalenizny. Trwali tak
całymi dniami, jak granitowe posągi epoki. Nad wszystkim królowała
ulotna, gryząca woń detergentów przeciskających się przez
zwijane w wachlarz drzwi zajmującej niespełna metr kwadratowy
toalety.
Dla
przypadkowego klienta nie było to najlepsze miejsce na spożycie
śniadania. Ale nie dla stałego bywalca. A takim był denat,
Mieczysław Ekspander.
-
Mietek był swój chłop – relacjonował Kontrabasowi siwiutki
staruszek przypominający skarłowaciałą brzozę. – Będzie już
z pięć, albo i sześć lat jak zaczął do nas przychodzić. Bo
wcześniej to do łaził Łokcia, wie pan, tej mordowni przy rondzie.
-
Znam, znam – potwierdził komisarz. – A awanturny był? Żalił
się, że na pieńku z kimś ma, że ktoś go śledzi? Albo cokolwiek
odbiegającego od tutejszej normy?
-
Panie władzo – dziadunio rozłożył ręce. – Na jakim pieńku?
My tu wszyscy spokojni, dobrzy ludzie. Żyjemy skromnie, ale za to
bez napięć. Najgorsze, co się tu może stać, to opieprz od baby,
albo przegrana w pokera na papierosy. Ale za to, panie, nie zabijają
przecież.
-
A kto tu mówi o zabijaniu? – wtrącił notujący uwagi Truskawka.
Nie czekając na odpowiedź dodał: Za różne rzeczy można dostać
czapę. Papieros to powód dobry, jak każdy inny.
-
Mnie chodzi oto – wyjaśnił brzozopodobny – że tu awantur
żadnych nigdy nie było.
-
Nigdy, to może nie – odezwała się właścicielka, Stara Jadźka.
– Ale prawda, że już dawno nic gwałtownego się tu nie działo.
Oni wszyscy snują się po lokalu, jak te nieboszczyki na filmach. No
wie pan. Ci co umarli, a potem ożyli i tak łażą bez celu i
charczą.
-
No może – mruknął policjant. – A jak dawno działo się tu
coś, jak raczyła to pani określić, gwałtownego?
Staruszek
ściągnął usta w milczeniu. Przysłuchujący się rozmowie klienci
odwrócili głowy.
Kobieta
przetarła ladę zmiętą, szaroburą szmatą.
-
Od zimy dwa tysiące trzy – powiedziała.
Atmosfera
w lokalu zgęstniała.
-
Kawał czasu – stwierdził Wiesław. – A co takiego się
wydarzyło?
Udzielenie
odpowiedzi udaremnił szum i łomot gwałtownie odsuwanych krzeseł i
przestawianych stolików.
-
Zapisz tam, Stara – rzucił jeden z klientów nie podchodząc nawet
do bufetu. – Musimy lecieć już.
Przez
chwilę w barze panowało chaotyczne poruszenie, jakby ktoś
spierdział się obcą, przez nikogo nierozpoznawalną wonią.
Mężczyźni, pokasłując porozumiewawczo, rzucali sobie pełne
zdziwienia i lęku spojrzenia. Bez słowa kolejno opuszczali bar, jak
tajne zebranie konspiracji.
Po
paru minutach lokal opustoszał.
-
Czyli takiej przaśnej idylli to tu u was nie ma – rzekł
Truskawka. – Reakcja taka, jak bym w osiemnastowiecznej
Transylwanii zapytał o Draculę.
Kobieta
nie zareagowała na złośliwość.
-
No to jak będzie? – drążył Kontrabas nie zwracając uwagi na
komentarz partnera. – Co się stało zimą dwa tysiące trzeciego?
Jadźka
zaszeleściła pozostałościami po niegdyś obfitych kształtach i
sapnęła kilkakrotnie. Drżenie rąk sprawiło, że z trudem
wydobyła z opakowania papierosa. Odpalić go zapałkami już nie
dała rady. Wiesław podał jej ogień.
-
Dziękuję panie komisarzu – westchnęła zanosząc się kaszlem. –
Wie pan, my tu niechętnie wracamy pamięcią do tamtych wydarzeń.
Przesąd taki tu panuje, że jak się o tym mówi, to jakby się go
przyzywało. A tego nikt tu nie chce.
-
Jego? – dociekał policjant. – Kogo znaczy?
Szynkarka
przewróciła zmęczonymi oczami.
-
No jego – odparła. – Złego…
Aspirant
uśmiechnął się półgębkiem.
-
Że tego Tyrmandowego czyściciela? – rzucił nie kryjąc
rozbawienia. – Czy diabła wcielonego?
-
Zamknij się – mruknął Kontrabas.
-
No co? – obruszył się Teofil. – Próbuję się tylko
dowiedzieć, czy…
Komisarz
uderzył dłonią w ladę.
-
Wiesz co – wycedził nie patrząc na partnera. – Przejedź się
do Łokcia pod rondo. Może dowiesz się czegoś ciekawego.
Truskawka
chciał zaoponować, ale widząc zaciętą minę starszego kolegi,
bez słowa opuścił lokal.
Karczmarka
zamknęła bar. Dochodziła siedemnasta, dopiero zaczynało budzić
się barowe życie.
-
Dziś i tak już nikt nie przyjdzie – wyjaśniła. – Tu się
wieści szybko roznoszą. Zwłaszcza złe. A i ja nie mam już
melodii na robotę. Napije się pan czegoś?
-
Mineralnej.
Zapalili
po papierosie.
-
Dziękuję, że pan się go pozbył – powiedziała kobieta. –
Wyjątkowo irytujący, nawet jak na policjanta.
Kontrabas
machnął ręką.
-
To dobry chłopak – rzekł. – Jeszcze młody, do pewnych spraw
musi dorosnąć. Chyba, że będzie miał cholernie dużo szczęścia
i ta konieczność go ominie.
-
W waszym zawodzie? Rozśmiesza mnie pan.
Podała
mu zamówioną wodę. Patrzyli na siebie przenikliwymi spojrzeniami,
jak na obustronnym przesłuchaniu.
– O
śmierci Mietka dowiedziałam się nie później niż pan – podjęła
oberżystka wydmuchując dym ku górze. – Nie jest to chyba dla
pana zaskoczenie?
-
Bynajmniej – odparł. – Nie w tej okolicy.
-
Właśnie. Raz, że to mój klient, swojak, to jeszcze ten sposób, w
jaki zmarł… Nie znam szczegółów… Wiem tylko, że sobie dupę
odesrał, a to już coś znaczy. Straszna historia. I nie dość, że
taka makabra, to jeszcze musiała się wydarzyć akurat dziś.
Kontrabas
stężał. Trybiki w jego głowie zaczęły obracać się szybciej.
-
To znaczy? – zapytał ostrożnie.
Spojrzała
na niego smutnymi, wystraszonymi oczami.
-
Dziś jest rocznica tamtych wydarzeń – szepnęła jakby obawiała
się, że usłyszy ją ktoś niepożądany.
-
Rocznica? – dociekał policjant. – Przecież mówiła pani, że
tamto, cokolwiek to było, wydarzyło się zimą dwa tysiące
trzeciego? Teraz jest pełnia lata.
-
Nie o tamto mi chodzi – powiedziała rzucając lękliwe spojrzenie
ku drzwiom toalety.
Funkcjonariusz
wpatrywał się w kobietę z nerwowym wyczekiwaniem.
-
Zima nie była najgorsza. Oczywiście to też tragiczna i potworna
historia – przetarła fartuchem czoło pokryte kropelkami potu. –
Ale gorsze stało się parę miesięcy później, tego samego roku.
Właśnie latem.
Bufetowa
zamilkła przymykając oczy. Po chwili bez słowa wyszła zza baru i
zaczęła zbiera
ze
stolików puste szkło, opróżnia
popielniczki,
przecierać blaty, poprawiać krzesła i stoliki.
Policjant
obserwował ją w nerwowym zawieszeniu. Nie chciał wywierać
dodatkowej presji, ani niczego sugerować pytaniami. Cierpliwie
czekał, aż Stara Jadźka sama podejmie temat.
Nie
trwało to długo.
-
To było z samego rana – zaczęła relację krzątając się między
stolikami. – Tak jak i dziś. Mietek jeszcze wtedy do nas nie
przychodził. Do Łokcia wolał. A niech mu tam. Ja nikogo nie
zmuszam. Ani nikomu z moich wyrzutów nie robię, jak który tam
zajrzy. No i nie gonię, jak łokciaki tu zalatują. Tak to się tu
kręci. Gorzej jest odwrotnie. Tam moich nie lubią. Że tam niby
lepszy bar mają, bardziej godziwą klientelę. A to gówno prawda.
Taka sama tam klasa jak i tu. Tyle samo gwiazdek na minusie. Ale nie
o tym chciałam. Wtedy to z samego rana wpadł do nas Mietek. Znałam
go ledwo co z widzenia, tak samo moje chłopaki. I to tylko
niektórzy. Pamiętam, że nic wtedy nie zamówił, tylko wysrać się
poszedł. Zła byłam na niego, oj dobrze to pamiętam. Głupia
byłam. Ale sam niech pan powie. Pije całe dnie tam, a srać
przyszedł tu. Teraz to mi się to tylko dziwne wydaje, ale wtedy to
rozeźlona byłam.
Przerwała
wpatrując się w policjanta. Wyraźnie szukała w jego spojrzeniu
zrozumienia.
Kontrabas
milczał. Oczy miał zimne i przenikliwe.
-
To wszystko? – zapytał.
-
A mało jeszcze?
Komisarz
zdusił niedopałek w blaszanej pokrywce od słoika imitującej
popielniczkę.
-
Czyli bez konkretów – powiedział wydmuchując reszki dymu. –
Żadnych imion? Nazwisk? Rysopisu?
-
Czy pan mnie dobrze słuchał? – uniosła się. – Przyszedł się
wysrać!
Wiesław
miał mieszane odczucia. Zeznania kobiety go uspokoiły, ale wolał,
by tego nie dostrzegła.
-
Sam robiłem to nie raz – stwierdził rzeczowo – jak każdy
innych człowiek. Więc co ma mnie, do psiej zarazy, obchodzić, że
chłop przyszedł się tu wykasztanić?! To, że nie był stałym
bywalcem? I co z tego? Przechodził obok, poczuł potrzebę i trach.
Tu, widać, najbliżej mu było. Co w tym dziwnego, ja się pytam?
Barmanka
popatrzyła na niego bezradnie.
-
No przecież to było równe sześć lat temu! – załkała.
*
Funkcjonariusze
wrócili na komisariat i zamknęli się w pokoju Truskawki. Kontrabas
usiadł w wysłużonym fotelu pieszcząc w dłoniach kwaterkowy kubek
gorącej kawy zbożowej. Oddychał głęboko i miarowo. „Normalnej”
nie pił odkąd zaczął mieć problemy z ciśnieniem. Taka zmiana
miała pomóc. Możliwe. W końcu wypijał dziennie cztery kubki, a
bywało, że i więcej. Każda przynajmniej z trzech czubatych
łyżeczek. Zdaniem lekarza był samobójcą.
Drugi
zawał sprawił, że przerzucił się na zbożówkę. I bynajmniej
nie dlatego, że bał się śmierci. Zmotywowała go wizja renty lub
przedwczesnej emerytury. Przestał też pić alkohol. Czy czuł się
lepiej?
-
Czuję się do dupy – odpowiedział lekarzowi na podobne pytanie.
-
Ale wyniki masz dużo lepsze – padły w odpowiedzi słowa pociechy.
– Jakbyś jeszcze rzucił fajki, to mógłbyś śpiewać w chórze.
Tak
stał się abstynentem z kiepskim samopoczuciem, ale dobrymi (w
miarę) wynikami i mógł dalej wypełniać swoją misję.
Truskawka
obserwował go z zafascynowaną miną. Nie przepadał za zbożówką,
ale popijał ją z szacunku dla kolegi. Doświadczenie aspiranta nie
było największe, ale nie był też nowicjuszem. Czytał sporo
fachowej literatury i zarchiwizowanych raportów, dużo ciekawostek
słyszał od kolegów z mordy.
Żadna
z dotychczasowych spraw nie umywała się do tej. I już nie chodziło
nawet o sam sposób, w jaki śmierć upomniała się o Mietka
Ekspandera. Istotnym była klątwa.
Teofil
wyjął notes, przekartkował, zaznaczył zagięciami kilka kartek i
rozpoczął podsumowanie śledztwa.
Sześć
lat wcześniej Mietek wszedł z samego rana do speluny u Starej
Jadźki w celu wypróżnienia się. Jak się okazało, skłoniła go
do tego nagła potrzeba, a bar był najbliższym miejscem oferującym
toaletę. Ekspander opuścił lokal odprowadzony pełnym wyrzutu
spojrzeniem karczmarki.
-
Chyba był u was Brudnodupy – rzucił jej przez ramię złośliwą
uwagę.
Nieborak
nie mógł przecież wiedzieć, że Brudnodupy faktycznie odwiedził
knajpę ostatnią zimą, kilka miesięcy wcześniej. Gdyby było
inaczej, nie zaryzykowałby zgubnej w skutkach uwagi. A tak historia
zatoczyła koło: gdy Mietek ostatniego w swoim życiu ranka wszedł
do szynku również oznajmił nielicznej klienteli, że po drodze
złapała go nagła potrzeba.
-
I co żeś zrobił? – rzucił jeden z bywalców.
-
No jak to co? – odparł Mietek. – Wpadłem do Łokcia, bo tam
akurat było najbliżej. Nie byłem u nich chyba ze sześ
lat.
Nic się nie zmieniło. Mordownia pierwsza klasa.
Był
w świetnym nastroju. Jadł, pił, wymieniał uwagi o codziennych
przyziemnościach. W pewnym momencie humor go opuścił, zmarkotniał
i przestał brać udział w rozmowach. Po kilku minutach oświadczył,
że potrzebuje przemyśleć nurtujące go od lat kwestie i udał się
na spacer do parku.
Dzięki
wizycie w konkurencyjnym barze aspirant dowiedział się, że
ostatniej zimy, kilka miesięcy wcześniej, przybytek pod rondem
również odwiedził Brudnodupy. Ekspander o tym nie wiedział.
Oberżysta, Zenon Łokieć, zeznał nie kryjąc wyrzutu, że
dzisiejszego ranka niewidziany tu od lat Mietek Ekspander, wpadł do
lokalu jak gdyby nigdy nic.
-
Niczego nie zamówiwszy, raczył się tylko łaskawie odesrać –
stwierdził szynkarz spluwając na podłogę. – Menda. Na dodatek
przed wyjściem, zadowolony, jakby tam nie wiem co stworzył,
odwrócił się i rzucił od niczego, że chyba był u nas
Brudnodupy. Zbolały, głupi kutas.
Skończywszy
sprawozdanie, Truskawka zamknął notatnik. Stojący na stole ogromny
budzik tykał sennie.
-
Dałbyś wiarę? – zapytał partnera siorbiąc letnią kawę.
Kontrabas
zmrużył oczy nie odpowiadając.
-
Pomyśl tylko! Klątwa Brudnodupego! Będą o tym pisać w gazetach
na całym świecie!
Komisarz
westchnął i pociągnął duży łyk. Głośno przełknął.
-
Nie będą – zawyrokował.
-
Zakład?! – ekscytował się Teofil. – Zobaczysz, że jeszcze
pojedziemy na wykłady do Scotland Yardu!
Kontrabas
zaczął przechadzać się po biurze.
-
Jesteś bardzo pojętny – ocenił. – Ale umknął ci jeden bardzo
istotny szczegół.
Twarz
aspiranta najpierw pokraśniała, a potem gwałtownie pobladła.
Uniósł się z trzaskiem zastanych ścięgien.
-
Co masz na myśli? – rzekł nerwowo.
-
Widzisz – powiedział komisarz – Brudnodupy to nie żadna klątwa.
To człowiek z krwi i kości, który nie lubi, gdy się z niego
drwi.
Truskawka
skrzyżował ramiona na piersi.
-
Ciekawe, ciekawe – rzekł. – Powiedz mi jeszcze, że wiesz, kto
nim jest.
Kontrabas
sięgnął po papierosa.
-
A wiem – rzekł przypalając. – Masz jego fotografię w biurku.
Teofil
parsknął, ale widząc poważną minę komisarza odsunął szufladę.
Po jej środku leżała odbitka zdjęcia z legitymacji służbowej.
Aspirant
spojrzał na komisarza z otwartymi ustami. Z jego oczu zaborczo
łypała śmierć. Myśli wirowały mu jak brudne gacie w praniu.
-
On też pił zborzówkę – szepnął ocierając spierzchnięte
usta.
W
momencie, w którym zrozumiał, z hukiem odesrał sobie dupę ze
skutkiem śmiertelnym.
Komisarz
ostrożnie obszedł podrygujące konwulsyjnie zwłoki, wyjął z
szuflady zdjęcie i schował je do kieszeni.
-
No widzisz – powiedział sięgając po telefon. – Nie pojedziemy
do Scotland Yardu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz