przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 27 stycznia 2018

Brudnodupy IV



Facet leżał na ławeczce na wznak, oczy miał otwarte. Nie ruszał się. Komisarz Wiesław Kontrabas wpatrywał się w niego zamyślony. Nie zauważył, kiedy nieopodal zaczęli krzątać się technicy.
- Niczego nie ruszać – usłyszał głos aspiranta Teofila Truskawki, swojego partnera. – Najpierw zdjęcia.
- To na cholerę dupę zawracacie? – obruszył się laborant. – Jakbym nie miał co robić w fabryce. Zamiast…
Dalsze słowa rozmyły się w kolejnej fali nurtujących myśli.
Kontrabas był doświadczonym śledczym z blisko piętnastoletnim stażem. Z tego osiem w mordzie, jak między sobą nazywali wydział. Widok zwłok nie robił już na nim takiego wrażenia, jak na początku służby. W dalszym ciągu coś odczuwał, tyle, że na innym podłożu. Nie był to lęk, niechęć, czy obrzydzenie. Bardziej ciekawość. Podniecenie. Nie, nie jakieś niezdrowe fascynacje, raczej forma ekscytacji. Pasji, która z każdym nowym zdarzeniem rodziła kolejne porównanie do kolekcji. Do jego osobistej listy. Zestawienie i umiejscowienie na odpowiedniej lokacie. To była sól jego pracy.
Nie każdy nieboszczyk powodował jej przetasowanie. Zmianie ulegały jedynie lokaty od jeden do dziesięć. Reszta trafiała do wielkiego wspólnego kotła. Z czasem grupa wiodąca zaczęła sprawiać problemy. W czołówce były przypadki tak oryginalne, że nigdy nie powinny jej opuścić.
Po latach katalogowania policjant wprowadził korekty do systemu: gdy dochodził do wniosku, że pierwsza dziesiątka jest wystarczająco mocna, zamykał listę i rozpoczynał nową.
Dzisiejszy przypadek wymusił zamknięcie trzeciej dziesiątki.
- I co myślisz Wiesiu? – spytał aspirant. – Facet sam to sobie zrobił? Czy pomoc była?
Komisarz przypalił papierosa zaciągając się jak topielec ostatnim oddechem. Żar pochłonął połowę rolki tytoniu z trzaskiem mknąc w kierunku ustnika. Czknął tylko mrużąc oczy w smudze gryzącego, sinożółtego dymu.
- Też tak myślę – przytaknął Teofil. – Wygląda na to, że facet zmarł, zanim pojął, co mu się stało.
- Zanim pojął, co mu się stało? – sparafrazował Kontrabas. – Niby jak miał cokolwiek z tego zrozumieć? Gość leży tu, a jego dupa tam – wskazał kępę młodych drzewek oddalonych od ławeczki o jakiś trzy, cztery metry.
Obaj w milczeniu zmierzyli odległość.
- Zdążył ściągnąć portki – dodał komisarz.
- Właśnie – aspirant spojrzał do kieszonkowego notatnika z pozaginanymi rogami. – Biegł do latryny i jak już wiedział, że nie zdąży, zdołał jeszcze ściągnąć spodnie. I wtedy nastąpił gwałtowny koniec, którego nie mógł w żaden sposób przewidzieć. Chłop od saturatora pamięta, że facet biegł na sztywnych nogach tocząc pianę z ust. Jak zeznał – Truskawka zmrużył oczy odczytując sporządzone naprędce odręczne notatki – „Gość miał w oczach mogiłę, jakby na sąd ostateczny leciał”. Powiedział jeszcze, że te dziwnie sztywne nogi zrobiły na nim największe wrażenie.
- Znaczy?
- „Jakby kolan nie miał” – odczytał Teofil.
Kontrabas już kiedyś coś podobnego miał okazję oglądać. Nie chodziło o sztywne nogi, tylko o oczy.
- Fakty są następujące – relacjonował dalej aspirant. – Po wyjściu z baru facet udał się na spacer do pobliskiego parku. Tak wynika z relacji barmanki i kilku klientów lokalu. W pewnym momencie (tu mamy lukę informacyjną określającą precyzyjnie ów moment) gość poczuł gwałtowną konieczność udania się za potrzebą. Starsza pani pilnująca wnucząt przy skwerku z huśtawkami zeznała, że mężczyzna pytał jej o lokalizację latryny, co wydało jej się dziwne, bo oznaczenia w parku były widoczne i na tyle częste, że nie sposób było ich nie dostrzec. „Jak bym była w parku latryn” – odczytał z notesu. – „Gdzie nie spojrzeć strzałka z informacją WC”. Nie ma to większego znaczenia, ale spodobało mi się sformułowanie: „Jak tu pierwszy raz z dziećmi przyszłam, to pomyślałam, że mieszkańcy miasta muszą mieć mocne dolegliwości gastryczne. Jak w jakimś Zasranem, albo we Wdupczewie”. Niezłe co? Zasrane mogłoby być w górach, a Wdupczewo nad morzem?
Kontrabas nie podzielał entuzjazmu kolegi.
- Hm, no tak, nieważne. – kontynuował Truskawka. – Zauważyła też, że przyszły denat był siny na twarzy, a pot lał się z niego jak z hokeisty. Potem…
- Dokładnie tak powiedziała? – przerwał komisarz.
- Tak – odparł Truskawka zaznaczając palcem linijkę tekstu w notesie. – W sensie, że taki zimny pot, chyba.
- Chodzi mi o przyszłego denata. Takich słów użyła? „Przyszły denat”?
Teofil skrzywił się zakłopotany.
- E, nie. To sam tak zrelacjonowałem. Żeby było bardziej…
- Dobra, co dalej? – Wiesław przypalił kolejnego papierosa. – Tylko bez wątpliwych ubarwień językowych.
- Olaboga, coś taki gorączka? – zaszeleściły energicznie przewracane kartki. – Potem była para gimnazjalistów na wagarach. Myśleli, że to idzie ich nauczyciel od geografii, więc skryli się w krzakach i tylko odprowadzili jegomościa wzrokiem.
- Jegomościa? Zlituj się.
- Ów nauczyciel – podjął szybko Truskawka – miał protezę nogi, stąd ich skojarzenie. Ostatnim świadkiem był sprzedawca wody mineralnej obsługujący saturator.
- Reasumując?
- Reasumując: rano (około ósmej) facet zjadł śniadanie w pobliskim barze. Dwie parówki, bułka i kubek inki. Następnie poszedł na spacer do parku, gdzie poczuł nagłą potrzebę, musiał biec. Do tego zesztywniały mu kończyny, zaczął się chorobliwie pocić i toczyć pianę z ust. Miał problemy z orientacją i bełkotliwą wymowę – tak zeznała ta staruszka. Możliwe więc, że doznał udaru mózgu. Zzucie spodni do kolan było ostatnią czynnością, jaką nieszczęśnik wykonał. Zaraz potem, lub może w tym samym momencie, nastąpiło śmiertelne w skutkach wypróżnienie – aspirant zamknął notes. – Odesrał sobie dupę – podsumował. – To chyba, Wiesiu, powinno trafić na pierwsze miejsce tej twojej listy.
Komisarz westchnął dusząc niedopałek w wydobytej z kieszeni podręcznej popielniczce.
*
Z raportu patologa wynikało, że denat nie posiada dolnej części ciała, pod kością ogonową. Brakowało części pośladków, odbytnicy i kilku narządów wewnętrznych.
- Zgon był następstwem wstrząsu hipowolemicznego – podsumował chorobliwie chuderlawy lekarz. – Jako skutku utraty krwi – dodał gryząc skuwkę długopisu. – W tym przypadku dosyć gwałtownej.
Truskawka skinął głową. To akurat było dla niego oczywiste. Zagadką pozostawało, w jaki sposób mężczyzna z tak poważnymi obrażeniami zdołał sam położyć się na ławce.
- Szok – wyjaśnił medyk. – To się zdarza.
- Bez dupy? – wypalił Truskawka. – Powinien paść na miejscu, czyli pod kasztanem, kilka metrów od ławki. To niemożliwe, żeby mógł z czymś takim łazić.
- Chyba, bez tego czegoś – sprostował koroner. – Poza tym, czy ja wiem? Niemożliwe, to jest zawiązanie fita na supeł – dodał spoglądając w zadumie na zwłoki.
- Odesranie sobie dupy i spacerowanie potem po parku to według pana coś normalnego?
- To tylko trzy metry. Ludzie ze strzaskanym kręgosłupem są w stanie przejść kilka metrów. Jak pan wierzący jest, to może pan też przyjąć, że to był cud. Poza tym, kto powiedział, że on spacerował? Według mnie, wysrał się mniej więcej w połowie odcinka pomiędzy ławką, a krzakami. Resztę sprawiło duże ciśnienie i odrzut. Wie pan, coś jak strzelanie z broni dużego kalibru.
Truskawce zalśniły oczy.
- Znaczy – ożywił się – że dupa jak pocisk poleciała w krzaki, a ciało, niczym opróżnioną haubicę, odrzuciło na ławkę?
Chudzielec przytaknął z protekcjonalną miną. Wyglądał, jakby miał policzki sklejone od wewnątrz.
- Bardzoś pan raczył to obrazowo wyłuszczyć – wyartykułował wolno. – Panie aspirancie.
Policjant odnotował uwagę lekarza.
- To jak najbardziej prawdopodobne – rzekł podekscytowanym głosem świdrując medyka spod zmrużonych oczu. – I bardziej możliwe niż spacerowanie bez dupy. – Schował notes do kieszeni płaszcza i skierował się ku drzwiom. – Zależy jeszcze jaki supeł – rzucił na odchodne nie patrząc na lekarza. – I jaki fiut.
*
Bar był mocno podrzędny. Spelunka. Tak najprościej można było określić jego klasę i strukturę. Stara, pomarszczona oberżystka i takaż klientela. Wnętrze lokalu wyglądało jak kadr niedoświetlonego czarnobiałego filmu z lat pięćdziesiątych. Takiego o klasie robotniczej dużego przemysłowego miasta. Górnikach albo hutnikach. Twarze bez wyrazu, zmęczone i ponure, od czasu do czasu na chwilę rozjaśniane rozżarzonymi końcami zmaltretowanych papierosów. Powolne ruchy, sylwetki zgarbione i skulone. Anonimowi bohaterowie tonący w sosie przyrządzonym z tytoniowego dymu, bździn, kwaśnych oddechów i kuchennej spalenizny. Trwali tak całymi dniami, jak granitowe posągi epoki. Nad wszystkim królowała ulotna, gryząca woń detergentów przeciskających się przez zwijane w wachlarz drzwi zajmującej niespełna metr kwadratowy toalety.
Dla przypadkowego klienta nie było to najlepsze miejsce na spożycie śniadania. Ale nie dla stałego bywalca. A takim był denat, Mieczysław Ekspander.
- Mietek był swój chłop – relacjonował Kontrabasowi siwiutki staruszek przypominający skarłowaciałą brzozę. – Będzie już z pięć, albo i sześć lat jak zaczął do nas przychodzić. Bo wcześniej to do łaził Łokcia, wie pan, tej mordowni przy rondzie.
- Znam, znam – potwierdził komisarz. – A awanturny był? Żalił się, że na pieńku z kimś ma, że ktoś go śledzi? Albo cokolwiek odbiegającego od tutejszej normy?
- Panie władzo – dziadunio rozłożył ręce. – Na jakim pieńku? My tu wszyscy spokojni, dobrzy ludzie. Żyjemy skromnie, ale za to bez napięć. Najgorsze, co się tu może stać, to opieprz od baby, albo przegrana w pokera na papierosy. Ale za to, panie, nie zabijają przecież.
- A kto tu mówi o zabijaniu? – wtrącił notujący uwagi Truskawka. Nie czekając na odpowiedź dodał: Za różne rzeczy można dostać czapę. Papieros to powód dobry, jak każdy inny.
- Mnie chodzi oto – wyjaśnił brzozopodobny – że tu awantur żadnych nigdy nie było.
- Nigdy, to może nie – odezwała się właścicielka, Stara Jadźka. – Ale prawda, że już dawno nic gwałtownego się tu nie działo. Oni wszyscy snują się po lokalu, jak te nieboszczyki na filmach. No wie pan. Ci co umarli, a potem ożyli i tak łażą bez celu i charczą.
- No może – mruknął policjant. – A jak dawno działo się tu coś, jak raczyła to pani określić, gwałtownego?
Staruszek ściągnął usta w milczeniu. Przysłuchujący się rozmowie klienci odwrócili głowy.
Kobieta przetarła ladę zmiętą, szaroburą szmatą.
- Od zimy dwa tysiące trzy – powiedziała.
Atmosfera w lokalu zgęstniała.
- Kawał czasu – stwierdził Wiesław. – A co takiego się wydarzyło?
Udzielenie odpowiedzi udaremnił szum i łomot gwałtownie odsuwanych krzeseł i przestawianych stolików.
- Zapisz tam, Stara – rzucił jeden z klientów nie podchodząc nawet do bufetu. – Musimy lecieć już.
Przez chwilę w barze panowało chaotyczne poruszenie, jakby ktoś spierdział się obcą, przez nikogo nierozpoznawalną wonią. Mężczyźni, pokasłując porozumiewawczo, rzucali sobie pełne zdziwienia i lęku spojrzenia. Bez słowa kolejno opuszczali bar, jak tajne zebranie konspiracji.
Po paru minutach lokal opustoszał.
- Czyli takiej przaśnej idylli to tu u was nie ma – rzekł Truskawka. – Reakcja taka, jak bym w osiemnastowiecznej Transylwanii zapytał o Draculę.
Kobieta nie zareagowała na złośliwość.
- No to jak będzie? – drążył Kontrabas nie zwracając uwagi na komentarz partnera. – Co się stało zimą dwa tysiące trzeciego?
Jadźka zaszeleściła pozostałościami po niegdyś obfitych kształtach i sapnęła kilkakrotnie. Drżenie rąk sprawiło, że z trudem wydobyła z opakowania papierosa. Odpalić go zapałkami już nie dała rady. Wiesław podał jej ogień.
- Dziękuję panie komisarzu – westchnęła zanosząc się kaszlem. – Wie pan, my tu niechętnie wracamy pamięcią do tamtych wydarzeń. Przesąd taki tu panuje, że jak się o tym mówi, to jakby się go przyzywało. A tego nikt tu nie chce.
- Jego? – dociekał policjant. – Kogo znaczy?
Szynkarka przewróciła zmęczonymi oczami.
- No jego – odparła. – Złego…
Aspirant uśmiechnął się półgębkiem.
- Że tego Tyrmandowego czyściciela? – rzucił nie kryjąc rozbawienia. – Czy diabła wcielonego?
- Zamknij się – mruknął Kontrabas.
- No co? – obruszył się Teofil. – Próbuję się tylko dowiedzieć, czy…
Komisarz uderzył dłonią w ladę.
- Wiesz co – wycedził nie patrząc na partnera. – Przejedź się do Łokcia pod rondo. Może dowiesz się czegoś ciekawego.
Truskawka chciał zaoponować, ale widząc zaciętą minę starszego kolegi, bez słowa opuścił lokal.
Karczmarka zamknęła bar. Dochodziła siedemnasta, dopiero zaczynało budzić się barowe życie.
- Dziś i tak już nikt nie przyjdzie – wyjaśniła. – Tu się wieści szybko roznoszą. Zwłaszcza złe. A i ja nie mam już melodii na robotę. Napije się pan czegoś?
- Mineralnej.
Zapalili po papierosie.
- Dziękuję, że pan się go pozbył – powiedziała kobieta. – Wyjątkowo irytujący, nawet jak na policjanta.
Kontrabas machnął ręką.
- To dobry chłopak – rzekł. – Jeszcze młody, do pewnych spraw musi dorosnąć. Chyba, że będzie miał cholernie dużo szczęścia i ta konieczność go ominie.
- W waszym zawodzie? Rozśmiesza mnie pan.
Podała mu zamówioną wodę. Patrzyli na siebie przenikliwymi spojrzeniami, jak na obustronnym przesłuchaniu.
O śmierci Mietka dowiedziałam się nie później niż pan – podjęła oberżystka wydmuchując dym ku górze. – Nie jest to chyba dla pana zaskoczenie?
- Bynajmniej – odparł. – Nie w tej okolicy.
- Właśnie. Raz, że to mój klient, swojak, to jeszcze ten sposób, w jaki zmarł… Nie znam szczegółów… Wiem tylko, że sobie dupę odesrał, a to już coś znaczy. Straszna historia. I nie dość, że taka makabra, to jeszcze musiała się wydarzyć akurat dziś.
Kontrabas stężał. Trybiki w jego głowie zaczęły obracać się szybciej.
- To znaczy? – zapytał ostrożnie.
Spojrzała na niego smutnymi, wystraszonymi oczami.
- Dziś jest rocznica tamtych wydarzeń – szepnęła jakby obawiała się, że usłyszy ją ktoś niepożądany.
- Rocznica? – dociekał policjant. – Przecież mówiła pani, że tamto, cokolwiek to było, wydarzyło się zimą dwa tysiące trzeciego? Teraz jest pełnia lata.
- Nie o tamto mi chodzi – powiedziała rzucając lękliwe spojrzenie ku drzwiom toalety.
Funkcjonariusz wpatrywał się w kobietę z nerwowym wyczekiwaniem.
- Zima nie była najgorsza. Oczywiście to też tragiczna i potworna historia – przetarła fartuchem czoło pokryte kropelkami potu. – Ale gorsze stało się parę miesięcy później, tego samego roku. Właśnie latem.
Bufetowa zamilkła przymykając oczy. Po chwili bez słowa wyszła zza baru i zaczęła zbiera
ze stolików puste szkło, opróżnia
popielniczki, przecierać blaty, poprawiać krzesła i stoliki.
Policjant obserwował ją w nerwowym zawieszeniu. Nie chciał wywierać dodatkowej presji, ani niczego sugerować pytaniami. Cierpliwie czekał, aż Stara Jadźka sama podejmie temat.
Nie trwało to długo.
- To było z samego rana – zaczęła relację krzątając się między stolikami. – Tak jak i dziś. Mietek jeszcze wtedy do nas nie przychodził. Do Łokcia wolał. A niech mu tam. Ja nikogo nie zmuszam. Ani nikomu z moich wyrzutów nie robię, jak który tam zajrzy. No i nie gonię, jak łokciaki tu zalatują. Tak to się tu kręci. Gorzej jest odwrotnie. Tam moich nie lubią. Że tam niby lepszy bar mają, bardziej godziwą klientelę. A to gówno prawda. Taka sama tam klasa jak i tu. Tyle samo gwiazdek na minusie. Ale nie o tym chciałam. Wtedy to z samego rana wpadł do nas Mietek. Znałam go ledwo co z widzenia, tak samo moje chłopaki. I to tylko niektórzy. Pamiętam, że nic wtedy nie zamówił, tylko wysrać się poszedł. Zła byłam na niego, oj dobrze to pamiętam. Głupia byłam. Ale sam niech pan powie. Pije całe dnie tam, a srać przyszedł tu. Teraz to mi się to tylko dziwne wydaje, ale wtedy to rozeźlona byłam.
Przerwała wpatrując się w policjanta. Wyraźnie szukała w jego spojrzeniu zrozumienia.
Kontrabas milczał. Oczy miał zimne i przenikliwe.
- To wszystko? – zapytał.
- A mało jeszcze?
Komisarz zdusił niedopałek w blaszanej pokrywce od słoika imitującej popielniczkę.
- Czyli bez konkretów – powiedział wydmuchując reszki dymu. – Żadnych imion? Nazwisk? Rysopisu?
- Czy pan mnie dobrze słuchał? – uniosła się. – Przyszedł się wysrać!
Wiesław miał mieszane odczucia. Zeznania kobiety go uspokoiły, ale wolał, by tego nie dostrzegła.
- Sam robiłem to nie raz – stwierdził rzeczowo – jak każdy innych człowiek. Więc co ma mnie, do psiej zarazy, obchodzić, że chłop przyszedł się tu wykasztanić?! To, że nie był stałym bywalcem? I co z tego? Przechodził obok, poczuł potrzebę i trach. Tu, widać, najbliżej mu było. Co w tym dziwnego, ja się pytam?
Barmanka popatrzyła na niego bezradnie.
- No przecież to było równe sześć lat temu! – załkała.
*
Funkcjonariusze wrócili na komisariat i zamknęli się w pokoju Truskawki. Kontrabas usiadł w wysłużonym fotelu pieszcząc w dłoniach kwaterkowy kubek gorącej kawy zbożowej. Oddychał głęboko i miarowo. „Normalnej” nie pił odkąd zaczął mieć problemy z ciśnieniem. Taka zmiana miała pomóc. Możliwe. W końcu wypijał dziennie cztery kubki, a bywało, że i więcej. Każda przynajmniej z trzech czubatych łyżeczek. Zdaniem lekarza był samobójcą.
Drugi zawał sprawił, że przerzucił się na zbożówkę. I bynajmniej nie dlatego, że bał się śmierci. Zmotywowała go wizja renty lub przedwczesnej emerytury. Przestał też pić alkohol. Czy czuł się lepiej?
- Czuję się do dupy – odpowiedział lekarzowi na podobne pytanie.
- Ale wyniki masz dużo lepsze – padły w odpowiedzi słowa pociechy. – Jakbyś jeszcze rzucił fajki, to mógłbyś śpiewać w chórze.
Tak stał się abstynentem z kiepskim samopoczuciem, ale dobrymi (w miarę) wynikami i mógł dalej wypełniać swoją misję.
Truskawka obserwował go z zafascynowaną miną. Nie przepadał za zbożówką, ale popijał ją z szacunku dla kolegi. Doświadczenie aspiranta nie było największe, ale nie był też nowicjuszem. Czytał sporo fachowej literatury i zarchiwizowanych raportów, dużo ciekawostek słyszał od kolegów z mordy.
Żadna z dotychczasowych spraw nie umywała się do tej. I już nie chodziło nawet o sam sposób, w jaki śmierć upomniała się o Mietka Ekspandera. Istotnym była klątwa.
Teofil wyjął notes, przekartkował, zaznaczył zagięciami kilka kartek i rozpoczął podsumowanie śledztwa.
Sześć lat wcześniej Mietek wszedł z samego rana do speluny u Starej Jadźki w celu wypróżnienia się. Jak się okazało, skłoniła go do tego nagła potrzeba, a bar był najbliższym miejscem oferującym toaletę. Ekspander opuścił lokal odprowadzony pełnym wyrzutu spojrzeniem karczmarki.
- Chyba był u was Brudnodupy – rzucił jej przez ramię złośliwą uwagę.
Nieborak nie mógł przecież wiedzieć, że Brudnodupy faktycznie odwiedził knajpę ostatnią zimą, kilka miesięcy wcześniej. Gdyby było inaczej, nie zaryzykowałby zgubnej w skutkach uwagi. A tak historia zatoczyła koło: gdy Mietek ostatniego w swoim życiu ranka wszedł do szynku również oznajmił nielicznej klienteli, że po drodze złapała go nagła potrzeba.
- I co żeś zrobił? – rzucił jeden z bywalców.
- No jak to co? – odparł Mietek. – Wpadłem do Łokcia, bo tam akurat było najbliżej. Nie byłem u nich chyba ze sześ
lat. Nic się nie zmieniło. Mordownia pierwsza klasa.
Był w świetnym nastroju. Jadł, pił, wymieniał uwagi o codziennych przyziemnościach. W pewnym momencie humor go opuścił, zmarkotniał i przestał brać udział w rozmowach. Po kilku minutach oświadczył, że potrzebuje przemyśleć nurtujące go od lat kwestie i udał się na spacer do parku.
Dzięki wizycie w konkurencyjnym barze aspirant dowiedział się, że ostatniej zimy, kilka miesięcy wcześniej, przybytek pod rondem również odwiedził Brudnodupy. Ekspander o tym nie wiedział. Oberżysta, Zenon Łokieć, zeznał nie kryjąc wyrzutu, że dzisiejszego ranka niewidziany tu od lat Mietek Ekspander, wpadł do lokalu jak gdyby nigdy nic.
- Niczego nie zamówiwszy, raczył się tylko łaskawie odesrać – stwierdził szynkarz spluwając na podłogę. – Menda. Na dodatek przed wyjściem, zadowolony, jakby tam nie wiem co stworzył, odwrócił się i rzucił od niczego, że chyba był u nas Brudnodupy. Zbolały, głupi kutas.
Skończywszy sprawozdanie, Truskawka zamknął notatnik. Stojący na stole ogromny budzik tykał sennie.
- Dałbyś wiarę? – zapytał partnera siorbiąc letnią kawę.
Kontrabas zmrużył oczy nie odpowiadając.
- Pomyśl tylko! Klątwa Brudnodupego! Będą o tym pisać w gazetach na całym świecie!
Komisarz westchnął i pociągnął duży łyk. Głośno przełknął.
- Nie będą – zawyrokował.
- Zakład?! – ekscytował się Teofil. – Zobaczysz, że jeszcze pojedziemy na wykłady do Scotland Yardu!
Kontrabas zaczął przechadzać się po biurze.
- Jesteś bardzo pojętny – ocenił. – Ale umknął ci jeden bardzo istotny szczegół.
Twarz aspiranta najpierw pokraśniała, a potem gwałtownie pobladła. Uniósł się z trzaskiem zastanych ścięgien.
- Co masz na myśli? – rzekł nerwowo.
- Widzisz – powiedział komisarz – Brudnodupy to nie żadna klątwa. To człowiek z krwi i kości, który nie lubi, gdy się z niego drwi.
Truskawka skrzyżował ramiona na piersi.
- Ciekawe, ciekawe – rzekł. – Powiedz mi jeszcze, że wiesz, kto nim jest.
Kontrabas sięgnął po papierosa.
- A wiem – rzekł przypalając. – Masz jego fotografię w biurku.
Teofil parsknął, ale widząc poważną minę komisarza odsunął szufladę. Po jej środku leżała odbitka zdjęcia z legitymacji służbowej.
Aspirant spojrzał na komisarza z otwartymi ustami. Z jego oczu zaborczo łypała śmierć. Myśli wirowały mu jak brudne gacie w praniu.
- On też pił zborzówkę – szepnął ocierając spierzchnięte usta.
W momencie, w którym zrozumiał, z hukiem odesrał sobie dupę ze skutkiem śmiertelnym.
Komisarz ostrożnie obszedł podrygujące konwulsyjnie zwłoki, wyjął z szuflady zdjęcie i schował je do kieszeni.

- No widzisz – powiedział sięgając po telefon. – Nie pojedziemy do Scotland Yardu.

Brak komentarzy: