Problem pojawił się nagle. Znikąd. Nawet nie przemknęło mu przez myśl, że coś takiego może spotkać człowieka. W dodatku jego samego. Gdyby nie instynkt biznesmena prawdopodobnie załamałby się i zmarł w jakimś przytułku. Ale nie on. Przecież nie bez powodu mówiono, że wszystko czego dotknie, zamienia się w złoto. Ale po kolei.
Pewnego ranka Prosty przebudził się wcześniej niż zwykle. Było mu niewygodnie, coś uwierało go w plecy i pośladki. Ze zdziwieniem stwierdził, że w jego pościeli znajduje się kilkanaście małych aluminiowych nakrętek. Nie miał pojęcia skąd się wzięły. Z pewnością nie kładł się z nimi spać.
- Wiesz coś na ten temat, cwaniaczku? – zapytał łaszącego się do nóg dużego, burego kota noszącego imię Felicjan, po dziadku.
Kot niczego nie wiedział więc i nawet nie zareagował na pytanie. Bardziej zdawał się być zainteresowany śniadaniem, które ku jego radości tego dnia zapowiadało się wcześniej niż zazwyczaj. Gdy tylko gospodarz odświeżył mu zawartość miseczek, Felicjan stracił nim zainteresowanie.
Prosty udał się do łazienki, umył zęby, przepłukał twarz i usiadł na sedesie. Na efekt nie czekał długo. Tyle tylko, że ów efekt dosyć znacząco odbiegał od standardu, do jakiego przywykł przez blisko czterdzieści lat walenia kupy do porcelanowej muszli. Gdy tylko usłyszał niepokojące dźwięki zerwał się z deski i spojrzał podejrzliwie w dół. Spodziewał się zobaczyć coś poza tym, co jego organizm uznał za zbędne, ale w klozecie pobłyskiwały wyłącznie metalowe nakrętki różnych rozmiarów, w znacznej przewadze niewielkie egzemplarze.
- Co to, kurwa, ma być? – zaniepokoił się z lekka.
Pamiętał, że jak był dzieckiem, połknął któregoś dnia śrut, który służył jemu i jego bratu jako piłka do gry, w której zawodnikami były figurki z popularnych w tamtych czasach kreskówek i filmów, jak Muppet Show, Pszczółka Maja, czy Przygody Sindbada. Strasznie się wtedy wystraszył i bał się przyznać mamie, której uwagi nie uszedł jego markotny nastrój. Dziecięcy niepokój trwał kilka godzin i bezpowrotnie minął w okolicznościach analogicznych, jak te właśnie relacjonowane. No tak, ale przecież Prosty nie pożarł wczoraj garści nakrętek, więc wspomnienie nie stanowiło dla niego żadnego pocieszenia.
Z westchnieniem niesmaku spuścił wodę i ponownie usiadł. Przymknął oczy i słuchał. Stuk, stuk, stoku-stuku-stuku-tuku-tuku-stuk. Jak seria ze szmaisera. Przestraszył się, że rozwali muszlę. Pomyślał, co też powiedziałby hydraulikowi montującemu mu nowy sedes.
- Wie pan – powiedział sam do siebie. – Waliłem rano kupala i wypadło ze mnie siedemdziesiąt dwie nakrętki, w tym czterdzieści trzy aluminiowe i reszta stalowych.
- Jasne – odparł nieco zmienionym, niskim głosem, który pasował mu do hydraulika – To się zdarza nagminnie.
Uśmiechnął się gorzko i wyszedł łazienki. Pospiesznie ubrał się w garnitur i nie jedząc śniadania ruszył do pracy. Apetyt całkiem go opuścił. Zastanawiał się, co też mu się przytrafiło. Nie miał pojęcia. Analizował ostatnie dni cofając się coraz bardziej aż dotarł do poprzedniego piątku, czyli prawie tydzień wstecz. Odwiedził go wówczas stary kumpel z podstawówki i razem obalili pięciolitrowy baniak wina z „Biedronki” i po parę piw. Urwał mu się film. Na drugi dzień po koledze nie było śladu, a mieszkanie, głównie kuchnia wyglądało, jakby przebiegło przez niego stado blaszanych jenotów. Trzy szuflady leżały jedna na drugiej na stole, a cała ich zawartość zaścielała pokrytą płytkami podłogę. Sztućce, narzędzia i akcesoria do majsterkowania. Oczywiście pełno było również poniewierających się śrub, nakrętek, gwoździ i podkładek. To był właściwie jedyny punkt zaczepienia. Gdy jeszcze chodził do szkoły, wpadali z kumplem na bardzo głupie pomysły, wśród których zjedzenie garści nakrętek nie byłoby wcale czymś specjalnym. Ale tydzień?
- A coś myślał – powiedział przekręcając kluczyk w stacyjce nie najnowszego, ale bardzo zadbanego opla. – Trzeba czasu, żeby przetrawić kilo złomu.
Do pracy stawił się tego dnia punktualnie i niemal od progu asystentka zasypała go informacjami na temat rozkładu dnia. Był bez wątpienia napięty. Zajął się robotą i po niedługim czasie zapomniał o nurtującym go problemie. Niestety temat wrócił nim na dobre wkręcił się w wir obowiązków. Po wypiciu porannej kawy musiał ponownie udać się do toalety. Gdy tylko poczuł potrzebę, zbladł, posmutniał i zaraz potem pokraśniał ze złości, czym zwrócił uwagę czujnej sekretarki.
- Coś panu dolega?
Przechodząc przez sekretariat szybkim krokiem rzucił przez ramię.
- Sram śrutami.
Kobieta wyprostowała się za biurkiem. Nie miała pewności, czy dobrze usłyszała, a wręcz była przekonana, że jej się zdawało. Przecież pan prezes nie używa takiego słownictwa? Poza tym to przecież niedorzeczne, co powiedział, znaczy, co usłyszała, a raczej zdawało jej się, że usłyszała. W tym momencie Prosty ponownie zajrzał do sekretariatu.
- Nakrętkami, znaczy się – powiedział i zniknął w korytarzu.
W toalecie były trzy kabiny i dwa pisuary. Przy umywalce mył ręce Krzywy, dyrektor departamentu marketingu i analiz rynku.
- Co tam szefie? – rzucił do Prostego. – Zagramy dziś?
- Co proszę?
- Pytam, czy zagramy dziś? – powtórzył mężczyzna wycierając ręce w papierowy ręcznik – Czartek jest przecież – dodał dostrzegając w oczach prezesa brak zrozumienia.
- Co? Acha, no tak – gdy Prosty zaskoczył, jego twarz nieco się rozchmurzyła. – No chyba byłby skandal, gdybyśmy zarzucili tradycję.
- To o dziewiętnastej, OK.? – powiedział Krzywy kierując się ku wyjściu.
W tym momencie otworzyły się drzwi i do toalety wszedł młody chłopak, praktykant z działu prasowego. Szybko powiedział „dzień dobry” i zniknął w jednej z kabin zanim zdążyli mu odpowiedzieć.
Prosty skinął głową i po chwili został sam. No nie do końca sam, bo w środkowej kabinie zamknął się chłopak. Początkowo miał zamiar się wycofać i poczekać, aż praktykant skończy i wyjdzie. Nie chciał sensacji. Co będzie, jak powtórzy się poranna przygoda? Chłopak zaraz rozgada, że stary… No właśnie, co? Przecież nie powie, że prezes sra żelazem.
Zamknął się w kabinie i usiadł. Zza ściany nie dochodził żaden dźwięk, jakby nikogo tam nie było, a przecież chłopak z pewnością nie wychodził. Prosty siedział bez ruchu minutę, potem drugą, aż w końcu nie wytrzymał i przymknął powieki. Huk był jeszcze większy niż poprzednio, co dodatkowo potęgowało wyłożone płytkami sporych rozmiarów pomieszczenie. Po skończeniu otworzył oczy i stwierdził, że dźwięk wcale nie ucichł. Kanonada nadal trwała, ale ku jego zdziwieniu dochodziła zza ściany. Podciągnął spodnie, umył ręce i postanowił poczekać na chłopaka. Czyżby jakaś epidemia?
Minęło kilka minut i chłopak ze skruszoną miną pojawił sie w części z umywalkami. Spojrzał na prezesa strapiony.
- Panie prezesie… – zaczął.
- Od kiedy to masz? – przerwał Prosty.
- Od kiedy mam co?
Prezes ściągnął brwi, co, jak wszystkim w firmie było wiadomo, nie wróżyło niczego dobrego.
- Od kiedy srasz żelazem.
Chłopak spuścił głowę.
- Drugi tydzień – odparł zrezygnowany. – Znaczy się, to co mi się przytrafiło w kabinie mam od dwóch tygodni. Jest coraz gorzej.
To powiedziawszy pierdnął cicho i zaraz potem z nogawki poturlały mi się trzy aluminiowe śrubki.
- Sam pan widzi – powiedział bez żadnego zażenowania. – Na początku myślałem, że coś połknąłem przypadkowo. Takie rzeczy nie są czymś powszechnym, ale przecież jednak się zdarzają. Dzieci ciągle coś połykają. Ale gdzie tam. Nie jem od czterech dni tylko piję wodę, ale to nic nie daje. Przeciwnie. Trzy, cztery razy dziennie muszę iść do toalety i przez to przechodzić.
- Byłeś u lekarza?
Chłopak pokiwał głową.
- Powiedział, że musiałem coś połknąć. Zrobili mi badania, prześwietlenie i nic. Wszystko jest w porządku. Nawet lepiej niż w porządku. Zawsze miałem podwyższone ciśnienie, za wysoki cukier i coś tam jeszcze z krwią, a teraz? Nic. Rozumie pan? Nic. Wyniki są idealne.
Popatrzył na Prostego błagalnym wzrokiem.
- Proszę mnie nie wyrzucać – powiedział z lękiem. – Ta praca tak wiele dla mnie znaczy.
Prosty podniósł z posadzki śrubkę i sięgnął do kieszeni. Nakrętka pasowała idealnie. Gdy tylko oba elementy wzajemnie się dopełniły metaliczny połysk zaczął zmieniać odcień, jakby nagle skąpały je promienie letniego słońca. Oczy chłopaka rozszerzyły się niemal wychodząc z orbit.
- O matko – szepnął. – A więc to prawda.
- Co?
- Że wszystko czego pan dotknie, zamienia się w złoto.
Prosty uśmiechnął się oszczędnie.
- Prawie wszystko – odparł myśląc o wszystkich rzeczach, których w życiu dotykał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz