przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 6 listopada 2010

O gościu, któremu odrósł kciuk

Wawrzyniec Warzywo uważał się za zwykłego przeciętniaka. Podobnie zresztą postrzegali go wszyscy jego bliżsi i dalsi znajomi, rodzina, przyjaciele, a nawet bezdomne psy, które w ogóle nie zwracały na niego uwagi. Sytuacja ta nieco się zmieniła gdy nastał kryzys i w wyniku restrukturyzacji i modernizacji jakie przechodził zatrudniający go zakład produkcyjny, Wawrzyniec został zwolniony z pracy ze skutkiem natychmiastowym. Wówczas grono uważających go za niczym nie wyróżniającego się śmiertelnika znacznie się skurczyło powołując w zamian do życia coraz szersze rzesze jednostek, które zaczęły postrzegać go za nieudacznika i obiboka. Gdy skończył mu się zasiłek i zgasły ostatnie nadzieje na znalezienie jakiejkolwiek pracy proporcje pomiędzy tymi dwoma grupami poglądowymi odwróciły się niemalże horyzontalnie, w wyniku czego nie miał się nawet do kogo odezwać. Gdy tylko próbował grzecznie zagadnąć jakiegoś znajomego natychmiast narażał się na szyderstwa, szykany lub zwykłą ludzką niechęć.
- Nie mam czasu – słyszał ledwo zdążył się odezwać, lub też:
- Nie palę.
- Weź się pan do roboty.
- Spierdalaj pan.
Albo też, czego najbardziej nie lubił, spotykał się z totalną ignorancją i nie słyszał nawet jednego słowa, jakby był powietrzem, albo nie istniał wcale.
Jedynym wyjątkiem od tej przygnębiającej reguły, był beznogi rencista, Zbyś Gąsiorek, mieszkający w maleńkim jednorodzinnym domku stojącym w osamotnieniu pomiędzy gęstymi zabudowaniami czynszowych kamienic. Gąsiorek był rówieśnikiem Wawrzyńca, znali się jeszcze z zawodówki. Potem ich drogi się rozeszły. Warzywo podjął pracę w prężnie rozwijającej się fabryce Rondel Gar Sp. z o.o., która zajmowała się produkcją metalowych naczyń kuchennych, zaś Zbyś z pasją oddał się pracy na kolei. Wawrzyniec przepracował dwadzieścia trzy lata. W tym czasie jego firma kilkakrotnie zmieniała branżę, by w końcu wykształcić linię produkcyjną, przy której nie było dla niego miejsca. Gąsiorek pracował nie całe dziesięć lat. Jego przygodę z koleją skończył wypadek, wskutek którego Zbyś stracił obie dolne kończyny. Z uwagi na to, że nie miał żadnej rodziny, od tej pory był zdany na samego siebie. Dwa razy w tygodniu przychodziła do niego wścibska kobieta z pomocy społecznej, ale dawała mu tak wyraźnie do zrozumienie, że robi mu łaskę, zrezygnował z jej usług, a tym samym z całej pomocy, jaką oferowało mu opiekuńcze państwo.
Obu mężczyzn połączyło więc poczucie nieprzydatności społecznej, odrzucenie i ogólny brak akceptacji. Wawrzyniec, zanim jeszcze stał się tym, kim był, dosyć często odwiedzał Zbysia, z którym nader dobrze mu się rozmawiało. Przy okazji nie raz robił też dla niego zakupy, ale przede wszystkim połączyło ich zamiłowanie do wszelkich gier towarzyskich zaczynając od chińczyka, poprzez karty, na długich i pasjonujących partiach szachów skończywszy.
Niestety gdy jednak sytuacja życiowa Wawrzyńca zepchnęła go na margines, przyjaźń jaka wywiązała się między mężczyznami nie była w stanie wyprzeć narastających frustracji i poczucia beznadziejności. Po niedługim czasie zaczął wręcz przyznawać rację odrzucającemu go społeczeństwu. W końcu wszyscy nie mogą się mylić. Takie przeświadczenie powodowało, że praktycznie nie wychodził ze stanu przygnębienia, a jego skromne, w zastraszającym tempie kurczące się oszczędności coraz bardziej spychały go na skraj ubóstwa. Rzeczywistość stawała się nie do zniesienia. Czuł się chory, zarówno w sensie psychicznym, jak i fizycznym. Niedożywienie, osłabienie, poczucie permanentnego zagrożenia i dojmujący chłód niedogrzanego mieszkania sprawiały, że coraz częściej nawiedzały go myśli samobójcze.
Przełom nastąpił w najbardziej, zdawałoby się, niespodziewanym momencie. Otóż pewnego jesiennego, dżdżystego dnia, udało mu się ukraść z transportu z zakładu masarskiego kawał zamarzniętej na kość kiełbasy grubej podsuszanej. Właściwie to słowo „kradzież” nie oddaje sposobu w jaki wszedł w posiadanie owej wędliny. Owego dnia po prostu przechadzał się nieopodal zapleczowego magazynu przytoczonego wyżej zakładu, gdy podczas załadunku z jednej z wypełnionych z czubem skrzyń zsunęła się jedna pękata paczka, którego to faktu nie zarejestrował uwijający się w pocie czoła pracownik. Wawrzyniec nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń podbiegł do rozsypanej zawartości, porwał jedną z kiełbas w wychudzone, drżące dłonie i nie odwracając się pognał chwiejnym krokiem w kierunku kamienicy, w której mieściła się jego nora, jak zwykł od pewnego czasu określać swoje zapuszczone mieszkanie. Nie jadł niczego od bez mała trzech dni, jeśli nie liczyć połowy suchej bułki, którą zdobył płosząc walczące o nią gołębie i owoców z wiśniowego kompotu, którego słoik wczorajszego dnia znalazł w piwnicy.
Jeśli wierzyć informacji zamieszczonej na opakowaniu, kiełbasy było kilo siedemdziesiąt. To że termin przydatności do spożycia upłynął ponad dwa miesiące temu nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Odkąd przestał robić regularne zakupy nie myślał o żywności w podobnych kategoriach.
- Będzie na tydzień, jak w pysk – zawyrokował podekscytowany.
Wzbierająca w ustach ślina zaczęła ściekać mu po brodzie. Próbował odgryźć kawałek, ale kiełbasa sprawiła wrażenie, jakby była zrobiona z ołowiu.
- Jezu – jęknął. – Przecież to do jutra nie odtaje.
Kilkakrotnie uderzył nią o kant stołu, ale jedynym efektem jaki odniósł było kilka drzazg na podłodze, wyszczerbiony blat i przyśpieszony, nierówny oddech. Od jakiegoś czasu z niepokojem obserwował, że samo wyjście na drugie piętro przysparza mu już nie mało kłopotu.
- Poczekaj grubasku – stęknął. – Załatwię cię na cacy, tylko kapkę odsapnę.
Rozejrzał się po skromnym wyposażeniu mieszkania. Wszystko, co tylko nadawało się do sprzedania, dawno już zmieniło właściciela. Przejrzał szuflady i szafki, ale niestety zdążył się już pozbyć wszystkich mniejszych i większych noży. Została mu tylko stara finka, którą darzył bardzo dużym sentymentem. Przypominała mu błogie, młodzieńcze czasy, harcerską brać i przygodę, które w chwili obecnej wydawały mu się tak bardzo mało realne.
Patrząc na nóż rzez chwilę zamyślił się wspominając, jak przy je pomocy odciął głowę kurczakowi, którego na wiejskiej drodze potrącił zdezelowany autobus o lokalnym zasięgu. Wraz z kolegami postanowili wówczas uczynić coś co sprawi, by śmierć ptaka nie poszła na marne. Najprostszym sposobem by to osiągnąć było jego zjedzenie. Z racji, że byli harcerzami, nie tracili czasu na wybór sposobu przyrządzenia ptaka, tylko szybo nazbierali chrustu i bez żadnych przeszkód rozniecili na leśnej polanie ognisko. Problem pojawił się za to gdy przyszło do oprawiania zdobyczy. Z niemałym trudem udało im się obedrzeć kurczaka z pierza (z tego większego – mniejsze postanowili opalić nad ogniem), gorzej jednakże było z głową. Nie to żeby im jakoś bardzo szczególnie przeszkadzała, ale wydawało im się, że pieczony kurczak nie powinien posiadać głowy.
- A dla czego nie? – zapytał wówczas starszy druh drużynowy. – Przecież nie trująca jest, jak u szczura. Mięso chude, a i oczy mogą fajnie pierdyknąć od gorąca.
Pozostali nie tyle przytaknęli, co nie zaprotestowali. Jedynie Wawrzyniec nie potrafił zrozumieć, jak można piec kurczaka wraz z głową. Nigdy nie widział pieczonego kurczaka z głową. Zanim więc wcielili swój pomysł w życie, doskoczył do ptaka i wziąwszy zamaszysty zamach jednym cięciem pozbawił kurczaka małego, acz problematycznego czerepu.
Wspomniawszy tamte niemalże zamierzchłe już czasy westchnął przeciągle. Zarówno on nie był już energicznym, tryskającym werwą młodzieńcem, jak i finka lata świetności miała daleko za sobą. Jej ostrze było tępe, miejscami wyszczerbione i miało odłamany czubek. Mimo wszystko spróbował, piłując zawzięcie zamarzniętą kiełbasę. Niestety z bardzo mizernym skutkiem. Równie dobrze mógłby próbować przepiłować krawężnik kątomierzem.
Wreszcie zrezygnowany odrzucił nóż i zaczął raz po raz uderzać kiełbasą o kanciaste żeberko kaloryfera, skutecznie obtłukując z niego pożółkłą ze starości farbę. Czynność ta tak go pochłonęła, że zdawał się nie widzieć ani jej bezskuteczności, ani szkód jakie przy tym czynił. Zacisnął zawzięcie usta i biorąc coraz mocniejsze zamachy tłukł niemiłosiernie, co jakiś czas wypuszczając śliską kiełbasę z rąk, która obijając się po drodze o kuchenne meble i ściany, z furkotem szybowała w różne zakątki zaniedbanej kuchni. Wawrzyniec nie rezygnował. Nie przestał nawet, gdy biorąc coraz bardziej zamaszyste zamachy zaczepił o wypełniony w połowie słoik kompotu, który roztrzaskał się na drobno zachlapując stół, ściany i podłogę.
- Kurwasz jego mać! – przeklął tylko i zaczął tłuc jeszcze mocniej i bardziej zapamiętale.
W pewnym momencie do jego świadomości zaczął docierać czyjś nerwowy krzyk i łomot. Zaprzestał uderzania i w tym samym momencie jakby opadła kurtyna otępienia. Głos krzyczącej należał do sąsiadki z góry, handlującej mięsem gburowatej Mietki Źdźbłowej, a źródłem łomotu była energicznie uderzająca w jego drzwi zaciśnięta pięść. Wawrzyniec doskoczył do drzwi i otworzył je energicznie. W tym samym momencie otrzymał mocne uderzenie między oczy zaciśniętym kułakiem.
- No co? – zaprotestował cofając się lękliwie w głąb mieszkania.
Postawna kobieta zaskoczona nagłym otwarciem drzwi straciła na chwilę rezon, ale bynajmniej nie zamierzała przepraszać za nieumyślny atak. Zrobiła zdecydowany krok przed siebie i stanęła w progu mieszkania ściskając w dłoni duży rzeźniczy tasak. Przez chwilę przemknęło jej tylko przez głowę, że na szczęście zmieniła rękę, którą tłukła w drzwi, bo inaczej mogłoby już być po sąsiedzie.
- Czyś pan na łeb upadł? – spytała purpurowa ze złości.
- Że co? – odparł zdezorientowany mężczyzna.
- Nieboszczyka byś pan obudził tym łomotem! W całej chałupie dzwoni, jak w kościele! Zgłupiałeś pan już do reszty?
Warzywo odwrócił się niepewnie w kierunku kuchni i potem jego półprzytomny wzrok na powrót spoczął na sąsiadce. Niemal w tym samym momencie poczuł przeszywający dłonie chłód i od raz wszystko sobie przypomniał. Jego oddech ponownie przyspieszył, spojrzenie się wyostrzyło, stało się bardziej czujne.
- Mam dużą kiełbasę – powiedział z chorobliwą ekscytacją. – Jest twarda jak granit.
Źdźbłowa pobladła i ściągnąwszy wargi pospiesznie się wycofała.
- Coś pan? – syknęła zaskoczona.
Kobieta podejrzliwie przyjrzała się Wawrzyńcowi. Zawsze uważała go za dziwaka, obiboka, lumpa i społeczną zakałę. I za opoja, chociaż tak naprawdę nigdy nie widziała go pijanego, a nawet podciętego. Po prostu etykietka pijaka pasowała do całokształtu postawy jaką sobą prezentował. A teraz to. Zawsze zastanawiała się, co też ta życiowa niedojda robi po całych dniach, z czego żyje i co je, a teraz wszystko zaczęło układać jej się w jedną całość. Zboczeniec. Pewnie atakuje bezbronne kobiety, gwałci je i potem okrada. W jej osądzie nie przeszkodził nawet widok zmarzniętej grubej podsuszanej, którą Wawrzyniec trzymał oburącz wyciągniętą przed siebie. Może wręcz przeciwnie. Dodatkowo ją w tej nowej opinii utwierdził.
Szybko wyciągnęła przed siebie rękę z obklejonym kawałkami mięsa tasakiem i odgradzając się nim przed sąsiadem zaczęła wycofywać się ku schodom.
- Nie zbliżaj się do mnie, podły zwierzu – parsknęła – bo jak tu stoję wańc ci rozpłatam, jak warchlakowi, na amen!
Oczy Wawrzyńca spoczęły na poplamionym krwią ostrzu miejscami połyskującym w dziennym świetle i jego oczy nabrały wyrazu odkrywcy. Nie siląc się na odpowiedź zatrzasnął drzwi i rzucił się do kuchni. Upadł na kolana i zaczął kolejno odsuwać szuflady kuchennego kredensu. Bezskutecznie. Szybko uświadomił sobie, że już raz przeszukiwał szafki, uznał więc trop za niewłaściwy. Chwilę się zastanawiał by wreszcie rzucić się do pokoju. Przystawił taboret do wysokiej szafy i zaczął po omacku błądzić dłonią po jej pokrytym kurzem wierzchu. To czego szukał znalazł pomiędzy starymi gazetami i ozdobami choinkowymi, których obecności nawet się nie spodziewał. Wspomnienie świąt na chwilę wytrąciło go z równowagi, ale głód szybko wrócił go na obrany wcześniej tor. Wrócił do kuchni ściskając kurczowo jednostronną siekierkę do mięsa, z utrąconym w połowie trzonkiem. Nie była zbyt ostra, ale przy fince prezentowała niemal chirurgiczną krawędź tnąco ćwiartującą.
Nie siląc się na poszukiwanie deski do krojenia, ułożył kiełbasę na blacie drewnianego stołu i zamachnąwszy się tęgo, łupną z całą mocą wypełniającej go nadziei. W pierwszej chwili niczego nie poczuł. Krzyknął dopiero, gdy nietknięta kiełbasa spadła z łoskotem na podłogę, a przed jego oczami znalazła się tryskająca krwią dłoń. Odcięty kciuk leżał obok głęboko wbitego w stół ostrza siekierki. Wawrzyniec przez chwilę ściskał krwawiący kikut, potem sięgnął po odcięty palec i spróbował umieścić go na swoim miejscu, ale ku jego zaskoczeniu ten zdawał się zupełnie nie pasować do jego ciała, jakby był obcy, czyjś. Jeszcze bardziej dziwiło go, że wcale nie odczuwał bólu. Co powinien zrobić? Do szpitala nie pójdzie. Raz, że nie ma ubezpieczenia, dwa, że to po drugiej stronie miasta, a na taksówkę go nie stać. Wykrwawi się, zanim tam dotrze. Odruchowo włożył odcięty kciuk do zepsutej lodówki, która już od dawna służyła jedynie za dodatkową szafkę, do której z resztą i tak nie było co włożyć i szybko doskoczył do stojącej w pokoju szafy ubraniowej. Zerwał z wewnętrznej części drzwi szeroki, bawełniany krawat, jaki pozostał mu z czasów, gdy był czynnym robotnikiem i od czasu do czasu musiał elegancko się prezentować na okoliczność świąt pracowniczych, czy jakichś innych imprez okolicznościowych. Obwiązał mocno nadgarstek i sięgnął po drugi, którym owinął krwawiącą dłoń. Tkanina zaczęła szybko nasiąkać, czuł jak robi mu się słabo. Usiadł na łóżku i zrezygnowany zaczął wpatrywać się w kapiącą na podłogę krew. Kap, kap, kap.
Przymknął oczy i po chwili bezwładnie osunął się na bok.
*
Wolno otworzył oczy. Wokół panowała szara ciemność i głęboka cisza, mącona jedynie stłumionym zamkniętymi oknami ulicznym ruchem. Wsłuchiwał się w odgłosy przejeżdżających aut i dzwonienie tramwajów. Po częstotliwości, szczególnie tych ostatnich, wywnioskował, że musi być około wpół do szóstej rano. A o której zasnął? Nie pamiętał wieczora, a więc pewnie późnym popołudniem. Czuł się dosyć dziwnie. Tego typu objawy miał na ogół w następstwie nadużycia alkoholu w poprzednim dniu, z tym że wówczas dochodził do tego jeszcze podły nastrój, ból głowy i susza w ustach. W tym momencie jednak nie doskwierały mu żadne podobnie negatywne doznania, co było z resztą całkiem normalne, gdyż od ładnych paru lat nie wypił nawet kieliszka wódki, czy szklanki wina. Czyżby zatem skrajne osłabienie? Czy był już u krańca? Wydawało mu się, że czytał kiedyś, że problemy z pamięcią bywają efektem wycieńczenia organizmu, a on przecież był mocno nadwątlony. Długotrwały brak witamin i innych niezbędnych związków z pewnością może skutkować objawami amnezji. A on przecież od kilku dni nie miał niczego w ustach.
Na samą myśl o pożywieniu ścisnął mu się żołądek i ze zdwojoną energią zaczęły pracować kubki smakowe. Zaczął się niemal ślinić. W tym momencie przypomniał sobie o kiełbasie grubej podsuszanej i niemal w tejże chwili wrócił cały poprzedni dzień. Ale przecież nie czuł żadnego bólu. Uniósł dłoń do oczu. Było jeszcze dosyć ciemno, ale nie na tyle by nie mógł dostrzec swoich pięciu palców u obu rąk. Upewnił się jeszcze mocno splatając dłonie i westchnął z wdzięcznością. Sen był nad wyraz rzeczywisty. Żałował jedynie, że oznacza to również, że i kiełbasa też mu się tylko przyśniła.
Wstał z łóżka odruchowo jęcząc. Jak na zawołanie strzeliły mu kości, do czego zdążył już przywyknąć. Czułby się dziwnie, gdyby nie usłyszał trzasku. Niepewnie stawiając kroki ruszył do kuchni, przekręcił włącznik pozbawionego klosza trójramiennego żyrandola wyposażonego w tylko jedną dwudziestopięciowatową żarówkę i znieruchomiał jakby ktoś gwałtownie przemienił go w zeschły, psi balas. Kiełbasa leżała na podłodze nieopodal stołu, w którego blat wbita była siekierka. Podłogę i stół pokrywały odłamki szkła, dodatkowo wszystko zachlapane było kompotem, którego kwaśna woń ostro uderzała w nozdrza. Wawrzyńcowi zakręciło się w głowie. To już nie były żarty. Najwyraźniej z jego głową nie było najlepiej. Dobre samopoczucie i bardzo selektywne postrzeganie rzeczywistości mogły być zaczątkiem jakiejś poważnej choroby o podłożu psychicznym. Czyż nie podobnie zachowywał się ongiś jego dobry znajomy, Marian Turkawka, który zdaje się cierpiał na jedną z odmian schizofrenii? Warzywo dobrze pamiętał, że gdy tylko to przeklęte choróbsko zaciskało łapska na tym biedaku, ten szybko wchodził w rolę swojego chorobowego alter ego i stawał się międzynarodowym przemytnikiem haszyszu. Próżno było mu wówczas tłumaczyć, że nie wygląda dobrze, jak obwieszony jarzębiną rozmawia przez popsutą komórkę z wyimaginowanymi zaprzyjaźnionymi włoskimi celnikami. Turkawka robił wówczas pogardliwą minę i poddawał pod wątpliwość stan psychiczny krytykantów, jednocześnie zajadając miód zaczerpywany palcami wprost z litrowego słoja. Marian uważał, że wszystko jest pod kontrolą w jak najlepszym porządku. A potem znikał na miesiąc lub dwa, a potem i dłużej.
Czy tak samo będzie z nim? Na samą myśl Wawrzyńcowi zrobiło się chłodno. Niepotrzebnie wyciąga tak pochopne wnioski. Nie ma co od razu popadać w takie skrajne czarnowidztwo. Pewnie wszystko ma swoje racjonalne podłoże.
Dalsze rozmyślania przerwał mu powracający ze zwielokrotnioną siłą głód. Rzucił się ku solidnemu kawałowi kiełbasy i nie siląc się na porcjowanie łapczywie wgryzł się w co prawda już rozmrożone, ale w dalszym ciągu naturalnie twarde mięso. Wędlina nie była pierwszej świeżości, ale jemu smakowała jak największy rarytas. Nauczony doświadczeniem przeżuwał dokładnie mimo, iż natura podpowiadała mu szybkie pochłanianie jak największych kęsów. Wiedział, że dobrze przeżuwając zaspokoi głód mniejszą ilością pożywienia i tym samym starczy mu go na dłużej. Po dwóch kęsach przysiadł i ostrożnie odkroił nieregularny, gruby plaster przy pomocy nieśmiertelnej finki. Wszystkiego zjadł może dziesięć deko, gdy pomyślał, że nie powinien już więcej jeść. Bał się, że nagły przypływ kalorii może go przeczyścić. Wzdrygnął się, gdy przed oczami stanął mu stary Olo spod Bujanego Mostu, który zmarł z powodu usrania. Tak przynajmniej mówiono. Olo podobno znalazł w śmietniku duży kawałek pieczeni, który zeżarł od razu w całości, czego nie wytrzymały stare, nadwyrężone kiszki. To była przykra historia. Wawrzyniec pamiętał, że żaden sanitariusz nie chciał wtedy dotknąć tonącego we własnym gównie trupa. Przy pomocy drewnianych żerdzi wepchnęli go na kawał rozpostartej na ziemi folii i zamiast do prosektorium zawieźli go od razu do miejskiej spalarni. I tak nikt by się o niego nie upomniał.
Mimo silnego łaknienia wspomnienie starego Ola spowodowało, że Warzywo odsunął nęcącą kiełbasę. Kilkakrotnie powąchał ją mocno i zawinął w starą gazetę.
- Starczy – rzekł. – Nie ma się co nażerać.
Początkowo nie chciał prowadzić dialogów sam ze sobą, ale po jakimś czasie samotnego życia przestał dostrzegać w tym jakiekolwiek mankamenty. Wręcz przeciwnie. Od kiedy uznał, że nie ma w tym niczego złego mógł do woli dywagować na przeróżne tematy zawsze dochodząc do konsensu.
- Dobrze, że to gruba podsuszana – perorował, – a nie jakaś podwawelska albo inna zwyczajna, albo mielonka, bo taka może dłużej poleżeć i jej nic nie ruszy. Co najwyżej jeszcze bardziej przyschnie, ale się przynajmniej nie zaśmierdnie.
Wstał od stołu i otworzył lodówkę. Górna półka była pusta jeśli nie liczyć kciuka leżącego po jej środku. Wawrzyniec cofnął się gwałtownie zatrzaskując drzwiczki i mocno zaciskając oczy. Serce zaczęło walić mu jak tłok w silniku tankowca. Stał tak kilka minut zanim pozwolił sobie otworzyć oczy. Ręce mu drżały, jakby ktoś podłączył go do kilkunastowoltowego napięcia. Odłożył kiełbasę na szafkę z szufladami i lękliwie powiódł wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Nigdy nie dbał o estetykę i nie utrzymywał mieszkania w należytej czystości, ale starał się również nie dopuszczać do nadmiernego, jak zwykł to określać, zachlewienia. Teraz jednak musiał przyznać, że złamał te zasady. Ale nie to było najgorsze. Gdy dobrze się przyjrzał dostrzegł, że rozlany wczorajszego dnia wiśniowy kompot, mógł nie być jedynym źródłem zaplamienia podłogi, ścian i blatu stołu. Szybko skoczył do pokoju i zajrzał do szafy. Brakowało dwóch krawatów. Szybko odnalazł je w zaplamionej zakrzepłą krwią pościeli.
- O ja pierdolę – westchnął drżącym, przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś może go usłyszeć i tym samym urealnić jego nierzeczywiste położenie.
Wrócił do kuchni, głęboko odetchnął i ponownie otworzył drzwiczki lodówki. Palec leżał na swoim miejscu. Warzywo przyjrzał się swoim dłoniom, szczególnie lewej, którą we śnie, jak do niedawna sądził, uszkodził. Wyglądała całkiem zwyczajnie. Może poza tym, że kciuk w odróżnieniu od pozostałych palców nie miał brudu pod paznokciem. Przezwyciężając wewnętrzny opór sięgnął po leżący nieruchomo kawałek, jak podejrzewał, swojego własnego ciała. Gdy tylko go dotknął poczuł mocne ukłucie, przypominające przeprowadzane tradycyjną metodą laboratoryjne badanie morfologii krwi. Syknął bardziej ze zdziwienia niż z bólu i popatrzył na dłoń szukając śladów ukłucia. Miał dwie drobne ledwo widoczne ranki, które na chwilę cię zaczerwieniły i za moment znikły. Nieufnie popatrzył w głąb lodówki i cofnął się do stołu, w którego szufladzie tkwiły stare kombinerki.
- Nawet się nie waż – usłyszał za plecami.
Odwrócił się gwałtownie nie wiedząc gdzie szukać źródła głosu. Był pewien, że dobiegał z lodówki. Chyba jednak naprawdę tracił rozum. Odganiając absurdalne myśli wyciągnął uzbrojoną rękę w głąb urządzenia.
- Spierdalaj, mówię!
Odskoczył. Kciuk przyjął pozycję pionową i przesunął się na krawędź półki na której dotychczas leżał.
- Pojebało cię? – krzyknął mocnym jak na swój rozmiar głosem.
Wawrzyniec stał z rozdziawionymi ustami wpatrując się w kciuk. Palec wprawdzie nie miał kończyn w sensie dosłownym, ale poruszał się jakby jego nogi skryte były pod długim i cielistym, przylegającym szczelnie całunem. Podobnie było z rękami. Kciuk wyglądał, jakby był małym człowieczkiem obleczonym szczelnie skórą, jak kondonem. Jedynie głowa bardziej odcinała się od reszty. Prawdopodobnie wpływ na to miał fakt, że twarz była dosyć wyraźnie widoczna i zajmując powierzchnię całego paznokcia sprawiała wrażenie, jakby była wyświetlana na małym monitorze. Uwagę przyciągały zwłaszcza połyskujące w świetle drobniutkie, białe, ostre jak szpilki kiełki.
Wawrzyniec mimowolnie spojrzał raz jeszcze na ślad po niedawnym ukłuciu.
- Będziesz tak stał?! – krzyknął kciuk. – Nie bądź ćwokiem i urżnij szybko tego podstępnego sukinsyna, a będzie po sprawie.
Warzywo raz po raz przenosił wzrok z wnętrza lodówki na swoje dłonie.
- Tak! – kontynuował podekscytowanym głosem kciuk. – O niego właśnie chodzi! Odrąb kutafona, to będę mógł wrócić gdzie moje miejsce.
Mężczyzna był pewien, że traci zmysły ale nie zamierzał łatwo się poddawać. Odwrócił się wolno i ruszył do przedpokoju zakładać buty.
- Gdzie? – słyszał za sobą głos. – Gdzie leziesz, piździelcu?!
Wawrzyniec nie spiesząc się założył wysłużone kamasze, narzucił jesionkę i naciągnął skurzaną czapkę pilotkę. Jesień nie była może zbyt mocno zaawansowana i siąpiący deszczyk nie był zimny, ale tryb życia jaki Warzywo prowadził powodował, że dczuwał permanentny chłód nawet w słoneczne dni.
Gdy zamykał drzwi usłyszał jeszcze:
- Nie masz tu po co wracać, pieprzony zdrajco!
*
Kwadrans po opuszczeniu mieszkania Warzywo siedział już przy kuchennym stole w przytulnie ciepłym domku Zbysia Gąsiorka i popijał gorącą herbatę. Inwalida żył ze skromnej renty, ale nie miał dużych potrzeb i był zaradny w zakresie gospodarowania funduszami, dzięki czemu jego dom nie wyglądał jak lumpernia. Z uwagi na swą ułomność połączoną ze skłonnością do domatorstwa, nie za często opuszczał dom spędzając czas na robótkach rękodzielniczych. Większość mebli i domowego wyposażenia wykonywał sam z różnych odpadów, które sam zbierał, lub przynosił mu je Wawrzyniec.
- Nie ma to jak między nami roślinami – skomentował wesoło Zbysiu zapraszając przyjaciela na fotel wykonany z kilku warstw splecionej różnokolorowym drutem izolacyjnym tektury, zagłówka od otomany, dwóch par skórzanych podeszew i stalowej sprężyny. Warzywo zawsze zachodził w głowę, jak to wszystko trzymało się kupy, i co jeszcze bardziej dziwne, było całkiem wygodne.
- Sranie w banie.
- Daj spokój. Trochę więcej pogody ducha.
- Pogody dupy.
W odróżnieniu od Warzywa, gospodarz przejawiał dużo większy optymizm i pogodę ducha. Domyślając się nadchodzącej partyjki szachów energicznie naciskał koła wózka i śmigał na nim wąskim korytarzykiem pomiędzy pokojem, a kuchnią co i rusz znajdując pretekst dla kolejnej krótkiej wyprawy. A to po gazetę, by przeczytać Wawrzyńcowi ciekawy artykuł, a to po krzyżówkę, po długopis, po karty, szachownicę, po cukier itd. Gdy w końcu zdawał się wyczerpać wszystkie preteksty i zablokował koła zajmując miejsce naprzeciwko gościa dostrzegł, że twarz przyjaciela jest dziwnie odmieniona.
- Wawa? – zapytał inwalida zwracając się do Wawrzyńca starym przydomkiem powstałym jeszcze za czasów szkolnych. – Stało się coś?
Warzywo zaśmiał się nerwowo, ale nie odpowiedział. Siedział ze spuszczoną głową i dłońmi splecionymi pomiędzy kolanami. Co i rusz rozpościerał palce by zaraz na powrót je łączyć i wykręcać.
- Ej, gościu – zaniepokoił się Gąsiorek. – Co jest?
Wawrzyniec spojrzał na przyjaciela przeszklonymi oczami kręcąc z rezygnacją głową.
- Odbija mi, Zdziś – rzekł. – Odbija mi jak cholera.
Gąsiorek wymownie milczał.
- Wczoraj po południu odrąbałem sobie tasakiem kciuk – kontynuował Warzywo. – Cała kuchnia jest zabryzgana krwią.
Zbysiu odruchowo spojrzał na dłonie kolegi.
- Ten tu – pospieszył z wyjaśnieniami Wawrzyniec prezentując rozpostartą dłoń. – To nie jest mój. To znaczy ten prawdziwy. Ten mi odrósł. W nocy. Mój, ten pierwszy siedzi teraz w lodówce.
Gąsiorek zagryzł dolną wargę.
- Wiem, że brzmi to niedorzecznie – prawił dalej gość. – Ale taka jest prawda. Rozmawiałem z nim.
- Z kim?
- Z kciukiem, który sobie odrąbałem.
- Rozmawiałeś z kciukiem?
- Tym z lodówki.
Zbyś odetchnął głęboko. Przyjaciel był wyraźnie podekscytowany, ale poza tym wyglądał raczej zwyczajnie, może nawet nieco lepiej niż zwykł prezentować się ostatnimi czasy. Inwalida próbował odnaleźć słowa, które byłyby właściwe dla tej sytuacji, ale nic stosowanego nie przychodziło mu do głowy.
- Twoja lodówka jest popsuta – powiedział wreszcie.
- Wiem – przyznał gorliwie Wawrzyniec. – Odruchowo wsadziłem go do niej zanim zemdlałem. Wczoraj wieczorem. Wczesnym. W sumie to popołudniu. Jak rano wstałem, to z moją ręką wszystko było w porządku. Myślałem, że mi się przyśniło. Ale potem… potem otworzyłem lodówkę, a tam był on. Chciałem go wyjąć ale mnie ugryzł. Z początku myślałem, że to jakieś przebicie, bo to wiesz jak jest. Niby na co dzień nie działa, ale w najmniej oczekiwanym momencie cię ujebie. Chciałem go wywlec kombinerkami, wiesz takimi dla elektryków, z otuliną izolacyjną, ale jak tylko sięgnąłem w głąb lodówki, to ten mały skurwysyn zaczął mi ubliżać. Kazał mi obciąć tego kciuka, co mam teraz, żeby on mógł wrócić na swoje miejsce. Właściwie to wcale z nim nie rozmawiałem. On cały czas gadał. Był niegrzeczny. Ubrałem się i przyszedłem prosto do ciebie. Tak to wygląda. Albo dostałem świra. I to takiego fest. No i co ty na to?
Gąsiorek potarł podbródek i głośno siorbnął ze swojego ulubionego aluminiowego kubka.
- Cóż – rzekł. – Gdybym cię nie znał, uznałbym, że ci obiło na amen. Ale, że cię znam, to…
- To co? – dopytywał Wawrzyniec po dłuższej pauzie.
- Brałeś coś?
- Znaczy się co? Narkotyki?
- Na przykład.
Widząc wzbierającą w Wawrzyńcu falę protestu, dodał szybko:
- Wiem, wiem. Przecież nie mówię, że celowo. Ale chodzi mi o możliwość, że coś przez przypadek ci się trafiło. Że ktoś ci dał, nie wiem, polopirynę albo jakieś witaminy, a tak naprawdę łyknąłeś coś z psychiatrycznej apteczki, jakieś antydepresanty albo coś w tym stylu. Mnie po pierwszych operacjach faszerowali taką chemią, że wydawało mi się, że mam zamiast dłoni takie duże mięsiste liście i że płynnie mówię po hiszpańsku.
Wawrzyniec zastanawiał się chwilę nad słowami przyjaciela, ale niczego nie mógł sobie przypomnieć. Zaprzeczył ruchem głowy i skrzywieniem ust.
- Co jadłeś przez ostatnie dwa dni? – nie dawał za wygraną Zbigniew.
- Starą bułkę i wiśnie z kompotu.
Oczy Zbysia rozbłysły.
- Skąd wziąłeś kompot?
- Z piwnicy.
- Czyjej?
- Czyjej, czyjej – żachnął się Warzywo. – Ja wiem czyjej? Jak bym wiedział z czyjej, to bym nie brał. Na korytarzu stał. Ktoś widać zapomniał.
- Pewnie były zatrute. – zawyrokował Gąsiorek. – Albo popsute. Zjadłeś i dostałeś halucynacji. Proste.
- Myślisz? – zapytał z nadzieją Wawrzyniec.
- Jasne.
- A ta krew? Poplamione krawaty i pościel ubabrana, jakby ktoś zamordował w niej dziesięciolatka?
- Też ci się zdawało.
Przez chwilę milczeli szukając argumentów potwierdzających to wygodne wytłumaczenie.
- Słuchaj – zaczął Gąsiorek. – Masz do wyboru dwa rozwiązania. Jedno to, że nażarłeś się przez przypadek czegoś zatrutego i masz chwilowe omamy, a druga, że w twojej lodówce siedzi gadający kciuk, który sobie sam poprzedniego dnia odrąbałeś, i na którego miejscu wyrósł nowy. No i?
- Bo ja wiem… A dla czego po wyjściu z nory wszystko wydaje mi się normalne?
- Nie wiem. Nie jestem ekspertem. Ale tego rodzaju urojenia mogą przychodzić falami. Im więcej o nich myślisz, tym mocniej się uaktywniają.
- Nie wiedziałem.
- Poza tym wydaje mi się, że nawet najsilniejszy halucynogen ma ograniczone czasowo działanie. Nie może ci mącić we łbie bez końca. Idź człowieku do domu, posprzątaj, ogarnij się, zjedz coś. Masz co jeść?
- Mam kiełbasę.
- No. Zaczekaj chwilę.
Zbyś zwolnił hamulce i pomknął do pokoju. Po chwili wrócił z bochenkiem chleba.
- Nie ma mowy – zaprotestowała Warzywo.
- Nie pieprz. Dostałem w piekarni trzy. Sam nie dam rady zjeść i będzie trzeba wyrzucić. Szkoda by się zmarnował. Bierz – zakończył tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- No dobra. Dzięki.
- A jak wrócisz do domu i nadal będzie coś nie ta, to po prostu to ignoruj. Zobaczysz. Samo zniknie, przestanie. To tak działa. Sam dajesz pożywkę wyobraźni. To głównie od ciebie zależy jak daleko ona zajdzie.
- A jak nie zniknie?
Gąsiorek westchnął.
- To pogadaj z nim – powiedział. – Poważnie. Nie żartuję. To też nieraz pomaga. Może to tylko projekcja jakichś twoich wewnętrznych potrzeb. Czegoś co cie gnębi i nurtuje, ale jeszcze nie przybrało konkretnego kształtu.
- Powiedział, że chce, żebym ujebał sobie kciuk…
- Po prostu idź do domu i się wyśpij. Acha. I ten kompot lepiej wylej.
- Już go nie ma.
- No. Jakby co, to, wal do mnie bez względu na porę. Ok.?
- Dobra. Dzięki.
Przyjaciele pożegnali się uściskiem dłoni i Wawrzyniec pokrzepiony na duchu raźno ruszył w kierunku kamienicy.
*
Gwiazdy zaczęły wyraźnie świecić na tle szarzejącego nieba. Rześkie powietrze i powiewy chłodnego wiatru powodowały, że przyspieszył kroku. Dziękował opatrzności, że istniał ktoś taki jak Gąsiorek. Jednak szczera rozmowa z bratnią duszą potrafiła czynić cuda. Gdy wychodził z domu był zagubionym, skurczonym ze zmęczenia mężczyzną na skraju załamania nerwowego, za to wracał mocno odmieniony, z całkiem dobrze zakorzenionym optymizmem.
Pewność siebie opuściła go gdy stanął przed drzwiami kamienicy. Zapadał już wieczór, wydłużały się cienie ochoczo przyjmując niepokojące kształty. Ostrożnie przekroczył próg i wszedł w ciemność klatki schodowej. Po omacku odnalazł i przekręcił przełącznik światła ale bez oczekiwanego efektu. Najwidoczniej przepaliła się żarówka, albo znowu ktoś ją wykręcił.
- Cholera jasna – szepnął jakby bał się zbudzić złe moce.
Odetchnął i wolno ruszył ku górze. Miał do pokonania dwie kondygnacje. Gdy mijał dzielące je półpiętro bardziej wyczuł niż usłyszał za sobą czyjąś obecność. Zanim zdążył się odwrócić jego uszu dobiegł znajomy tubalny głos sąsiadki.
- Czekałam na ciebie, zboczeńcu.
Zaraz potem zadzwoniło mu w głowie i jak długi padł twarzą wprzód. Tracąc przytomność zdążył jeszcze zarejestrować przyciszone, niewyraźne głosy i zaraz potem poczuł jak czyjeś silne ręce chwyciły jego wiotczejące ciało za kostki nóg i powlokły w górę.
*
- Budzi się – usłyszał głos.
Wolno otworzył oczy. Chciało mu się wymiotować. Miał wrażenie, że cały tył głowy zastąpił mu jeden wielki guz.
- I co cwaniaczku? – zapytała kobieta. – Teraz to nie jesteś taki hardy, co?
- O co pani chodzi? – wybełkotał z trudem.
Ze zdziwieniem stwierdził, że siedzi przywiązany do krzesła we własnej kuchni. Musieli zabrać mu klucze. Oprócz Mietki Źdźbłowej był jeszcze jej kochaś, z którym we dwoje prowadzili mięsny biznes. Mężczyzna był szczupłym i niskim, może stusześćdziesięciocentymetrowym, zasuszonym pięćdziesięciolatkiem, co przy potężnej i obfitej w kształtach posturze kobiety czyniło go groteskowo filigranowym. Jego twarz była ziemista, pociągła, pocięta zmarszczkami i pokryta szczeciniastym, szpakowatym, dwudniowym zarostem, oczy miał nerwowo ruchliwe jak u owada. Prawego kącika ust nie opuszczał nieznaczny, ale wyjątkowo złośliwy uśmieszek mogący zwiastować niezdrowe fascynacje. Wawrzyniec wyjątkowo nie lubił tego mężczyzny. Był niemal pewien, że ten szczurowaty pachruść przyłożył ręki do nieszczęśliwego wypadku byłego męża Mietki, Lucjana, by przejąć jego interes wraz z kochanką, którą już wówczas Źdźbłowa była. Warzywo miał wrażenie, że cała kamienica wie, że ten mały sadysta posuwa żonę handlarza, ale Lucjan zdawał się tego nie dostrzegać, albo tylko tak udawał i jeśli tak było, to wychodziło mu to całkiem nieźle. Któregoś ranka zrozpaczona żona znalazła męża na zapleczu sklepu z odrąbaną w połowie przedramienia ręką. Od nieboszczyka czuć było alkohol. Orzeczono, że Lucjan po pijanemu rąbał mięso i sam się okaleczył. Nikt z mieszkańców specjalnie Źdźbły nie żałował, to i nikomu nie zależało na dociekaniu prawdy. Bardziej na rękę wszystkim było, by policja i pismaki nie pałętali się po okolicy, więc nikt nie jątrzył i sprawa szybko przycichła. W ten sposób ten mały hycel wmontował się w mięsny interes i jak widać czuł się w nim bardzo pewnie. Jak rzesz on się nazywał? Obolały umysł Wawrzyńca nie mógł znaleźć odpowiedzi.
- O co mi chodzi? – parsknęła kobieta. – Słyszysz Kazio?
Kazimierz Krztyna, przypomniał sobie Zbigniew, ale to odkrycie jakoś specjalnie ulgi mu nie przyniosło, a wręcz przeciwnie.
- Szkoda czasu – rzekł mały mężczyzna. – Ja mam żąć, czy ty wolisz?
- Ja – odparła kobieta. – To mnie chciał wyruchać w boży dzień.
Wawrzyniec jakby nagle dostał dodatkowy kop adrenaliny. Szarpnął się mocno, ale liny były solidnie przymocowane, węzły fachowo założone.
- Zaraz, moment! – zaprotestował. – Co wyruchać? Jak wyruchać? Kogo? Kto?
- Ściągaj mu portki – zignorowała pytanie Źdźbłowa i zbliżając wielkie czerwone oblicze do twarzy Wawrzyńca syknęła: – Już więcej nikogo nie skrzywdzisz, zboczeńcu.
Warzywo wierzgnął, ale również bez większego efektu.
- Chwila! – krzyknął. – Co to ma być! O czym ty, kurwa, mówisz babo głupia?! Kto jest zboczeniec? Ja? Pojebało was? To jakaś…
Dalszą wypowiedź udaremniła mu cuchnąca szmata kneblująca usta. Na czoło wystąpił mu pot. Szarpiąc się utrudniał Kaziowi jak mógł, ale mimo to nie zapobiegł ściągnięciu spodni. Krztyna rozpiął mu pas i zdarł odzież do kolan, na wysokości których zaplątane były liny. Pewnie chwycił zwiotczały członek Warzywy i mocno go rozciągnął podkładając pod niego grubą rzeźniczą deskę. Wawrzyńcowi oczy mało nie wyszły z orbit. Walczył jak mógł, ale nie był w stanie sprostać napastnikom.
- Jak będziesz żąć? – zapytał Kazio. – Z jajami, czy bez?
Wawrzyniec rzucił się rozpaczliwie.
- Czy ja wiem – skrzywiła się Mietka. – Może bez. Łatwiej będzie zaszyć. Jak mu wora użniemy, to jeszcze się wykrwawi i kłopot będzie.
- Racja – przyznał Krztyna z ledwo widocznym grymasem rozczarowania i przycisnął członka do deski drugą ręką odciągając mosznę.
Źdźbłowa przesunęła przed zatrwożonymi oczami Warzywy rzeźnicki nóż.
- Od dziś – powiedziała – będziesz szczał jak podlewaczka.
Wawrzyniec miał wrażenie, że eksplodują u skronie. Powietrze wydobywało się z nozdrzy ze świstem rozsiewając wkoło smarki przeplatane smużkami krwi.
Widząc przerażenie ofiary Mietka pochyliła się rechocząc.
*
- Nieeeeeeee!!! – ryknął budząc się z okrutnego koszmaru.
Oddychał spazmatycznie jak niedoszły topielec, który właśnie ledwo ledwo wynurzył się na powierzchnię sadzawki.
- O matko jedyna – wycharczał sapiąc.
Powietrze w pokoju było zatęchłe, jak w dawno nie wietrzonym pomieszczeniu, skórę miał mokrą od potu, pidżamę niemal całkiem przemoczoną. Leżał wsłuchując się w dochodzący zza okna stłumiony świergot ptaków, czekając aż uspokoi mu się oddech. Po kilku minutach uniósł się na łokciu i spojrzał na budzik. Dochodziła dziesiąta przed południem. Długo spał. Zasnął wczesnym wieczorem i nawet na chwilę się nie przebudził. Już dawno mu się coś takiego nie zdarzyło. Odkąd skończył trzydziestkę zaczęła dokuczać mu prostata i musiał przynajmniej raz w nocy wstać się odlać. A może… Szybko odgarnął pościel i spojrzał na wygniecione prześcieradło. Było wilgotne od potu, ale z pewnością nie zajszczane. Usiadł na brzegu łóżka i unosząc się na rękach sprawnie przeniósł się na czekający na niego wózek. Odepchnął się mocno i pomknął do łazienki.
Szybki prysznic od razu poprawił mu samopoczucie i pozwolił zdystansować się do sennej mary. Nie pamiętał dobrze, co dokładnie mu się śniło, ale były to jakieś paskudne rzeczy. Śnił mu się Wawrzyniec Warzywo, wszędzie było mnóstwo krwi i przemocy. On sam przywiązany był do jakiegoś słupa, a Wawa wraz z jakąś bliżej nie skonkretyzowaną kobietą odpiłowywał mu nogi brzeszczotem. Co za sen. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek śniło mu się coś równie intensywnego. Wręcz bolały go kikuty.
Podczas przygotowywania śniadania przyłapał się na intensywnym rozmyślaniu o wczorajszym dniu, o dziwnych odwiedzinach Wawrzyńca i jego abstrakcyjnej historyjki. Z początku tylko głupkowato się uśmiechał na wspomnienie przejętej miny znajomego, ale z każdą minutą zaczynał odczuwać o niego coraz większy niepokój. W końcu nie wytrzymał, sięgnął po słuchawkę i wykręcił numer Wawrzyńca. Niemal w tym samym momencie uświadomił sobie, że przecież Warzywo od dawna miał odłączony telefon. Ze złością trzasnął słuchawką o widełki. Włączył telewizor, ale żaden program nie był w stanie go zainteresować. Zaczął obgryzać paznokcie zastanawiając się, czemu nie potrafi skupić myśli na czymkolwiek innym, a tylko na opowieści Wawrzyńca. Nie chodziło o to, by brał pod uwagę, że jego opowieść mogła zawierać choćby odrobinę prawdy, ale za to bardzo prawdopodobne było, że mężczyzna na prawdę czymś się zatruł. A jak leży teraz nieprzytomny i konający? Albo odcina sobie kolejne palce tasakiem czekając aż te odrosną?
Zbyś wreszcie nie wytrzymał natłoku nurtujących go pytań, zarzucił jesienny skafander i opuścił dom.
*
- A co mi będziesz pan tu pierdolił – żachnął się bez złości Ździch Ramiączko, potężny mężczyzna mieszkający na parterze kamienicy, na której znajdowało się również mieszkanie Wawrzyńca. – Dla mnie to tyle, co wypić szklankę żytniego barszczu, a pan będziesz za chwilę na miejscu. Poza tym zawszę będę panu wdzięczny za to coś pan dla mnie na kolei zrobił.
- Nie ma co gadać.
- Ja tam swoje wiem. Jakbyś się pan wtedy za mną nie wstawił, to by mnie z hukiem wyjebali na bruk, tak jak tego pańskiego niewydarzonego kumpla. A poza tym, to przecież nie będziesz pan tu stał i czekał, aż panu podjazd wymurują, albo windę postawią.
- Ale sam dam radę – upierał się lekko zażenowany Zbyś.
- Jasne, jasne. Wiem, żeś pan hardy, ale po kiego chuja, pytam się? Tyle pan tym chojractwem zyskasz, że dupskiem pan schody wyszorujesz, a klatka spluta i poszczana.
- Ale jakbym tak na każdym kroku na innych się oglądał, to na jaką cholerę w ogóle sobie dupę takim życiem zawracać? Tu nie mogę, tam nie mogę, zróbcie za mnie to, albo tamto, bo sam nie dam rady. Pieprzyć takie marudzenie.
Zanim Gąsiorek skończył wywód Ramiączko postawił go wraz z wózkiem przed drzwiami mieszkania Wawrzyńca. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko podziękować.
- No to, panie Zdzichu… – zaczął ale w tym momencie rozdzwonił się telefon mężczyzny.
- Czegóż tam, kurwasz mać jego, znowu brzęczysz? – powiedział Ramiączko odbierając połączenie. – Przecie mówiłem, że zaraz jestem, nie?.
Rozłączył się, odwrócił się do Zbysia i z przepraszającą miną dodał:
- Lecieć teraz muszę – powiedział. – Z powrotem będę za jakieś pół godziny, jakby co. Jak zobaczę, że pan sam po tych schodach popierdalasz jak spławik, to się pogniewamy. Rozumiemy się?
- Dobra, dobra.
- No.
Po chwili wypełnionej ciężkimi krokami z hukiem zatrzasnęły się na dole drzwi klatki. Zbyś westchnął i zastukał w odrapane drzwi. Bez odzewu. Zapukał mocniej, po czym walnął w nie pięścią. Gospodarz się nie pokazał, ale pod wpływem silnego uderzenia drzwi lekko się uchyliły. Gąsiorek popchnął je i po chwili nora stanęła przed nim otworem.
- Wawa? – zawołał z niepokojem. – Jesteś? To ja, Zbyś.
Wjechał w krótki, pusty korytarzyk zamykając za sobą drzwi. Zajrzał do kuchni. w powietrzu unosiła się kwaśna woń fermentacji, podłogę i ściany pokrywały bure, częściowo wyschnięte plamy i smugi, trochę potłuczonego szkła. Na szafce leżała nadgryziona kiełbasa podsuszana, na podłodze w kącie pod stołem bochenek chleba. W stół wbita była kuchenna siekierka.
Usłyszał szmer z głębi pokoju.
- Wawrzyniec?
Bałagan i brud jaki zastał w mieszkaniu spowodowały, że zaczął odczuwać irytację, która szybko zastąpiła wcześniejszy niepokój.
- Wawa, do cholery! – powiedział kierując wózek do pokoju. – Jak możesz…
Zatrzymał się w progu. Warzywo stał przy oknie wpatrując się w niego przeszklonym, zrezygnowanym wzrokiem. Do podbrzusza przyciskał niewielką, kwadratową poduszkę.
- Co jest? – zapytał Gąsiorek. – Stało się coś?
- Patrz – odpowiedział łkając gospodarz. – Urżnęli mi go.
To powiedziawszy odsunął poduszkę. Rozpięte spodnie opadły odsłaniając kraciaste majty, które zaraz również powędrowały w dół.
Po tym pokazie Gąsiorek był już niemal pewny, że Wawrzyńcowi coś nie bardzo stroją wszystkie fale. Warzywo stał naprzeciwko niego obnażony, a łzy wielkie jak grochy spływały mu po policzkach.
- Odbiło ci? – spytał.
Wawrzyniec na chwilę przestał łkać i spojrzał w dół. Dał się słyszeć świst wdychanego gwałtownie powietrza i Warzywo błyskawicznie przykucnął i z powrotem naciągnął spodnie.
- Kurwa, nie wierzę – powiedział szybko zapinając rozporek. – Przecież wczoraj ta pizda z góry z tym swoim małym jebaką przywiązali mnie do krzesła i urżnęli mi kutasa rzeźnickim nożem!
Raz jeszcze spojrzał w głąb spodni i upewniwszy się, że wszystko ma na swoim miejscu usiadł na łóżku. Spojrzał na kiwającego głową Gąsiorka i podrapał się po głowie.
- Nie wierzysz co? – zapytał bez nadziei.
Całe zajście spowodowało, że wszystkie dotychczasowe nękające Zbysia odczucia zaczęła wypierać narastająca irytacja.
- Słuchaj – powiedział wolno. – Mnie też nieraz nękają koszmary, ale do cholery nie robię z tego tragedii. Nie chcę być złośliwy, ale może powinieneś pójść do tego nowego hospicjum przy kościele? Jeśli prawdą jest, co piszą w gazetach, możesz tam liczyć na w miarę przyzwoitą, darmową diagnozę lekarską. Co ci szkodzi? Dobrze ci radzę. Zanim całkiem ci odjebie.
Warzywo zdawał się wcale nie słuchać słów kaleki. Źrenice zaczęły mu skakać z boku na bok. Uśmiechnął się niepewnie i zatarł ręce.
- Ja pierdolę – powiedział. – Przecież to zrządzenie losu. Jak mogłem tego od razu nie dostrzec?
- O co ci chodzi?
- To coś w rodzaju daru bożego.
Wawrzyniec zachichotał i po chwili spojrzał na inwalidę z twarzą ozdobioną szerokim, promienistym uśmiechem.
- Myślisz, że to możliwe? – zapytał.
- Co?
- Że jest w lodówce? Tak jak wcześniej kciuk? Gadający kutas! Dasz wiarę? Będę występował w cyrku dla tysięcy widzów. Pokażą nas w telewizji na całym świecie. Pojedziemy w tourne dookoła globu, jak Beatlesi.
To rzekłszy Warzywo wstał i zdecydowanym krokiem podszedł do Zbysia, odwrócił go wraz z wózkiem i skierował do kuchni.
- Co robisz? – zaprotestował Gąsiorek. – Wiesz, że tego nie lubię! Sam pojadę, gdzie chcę! Nie będziesz mnie tu popychał jak…
- Zamknij się i patrz – przerwał Wawrzynie ustawiając wózek naprzeciwko lodówki. – Teraz uważaj.
Dla podkreślenia doniosłości wydarzenia, Warzywo na chwilę znieruchomiał, po czym przybrał poważną minę.
- A teraz, panie i panowie! – zawiesił głos chwytając klamkę drzwiczek. – Uwaga! Przed państwem jedyni i niepowtarzalni! Kciuk i kutas Wawrzyńca Warzywo!
Gąsiorek mimowolnie wstrzymał oddech.

24 komentarze:

Anonimowy pisze...

If some onе ԁesires expeгt νiew
on the toρic of running a blog afteг that i suggest
him/her to ρaу a quісk visit thіs webpage, Keep up the fastidіοus job.
My web blog : loans for bad credit

Anonimowy pisze...

This post is priceleѕs. How саn I find out more?
Here is my web site ; loans for bad credit

Anonimowy pisze...

I waѕ suggested thіs webѕіte via my
сousin. I am nоt certaіn whether this publіsh
is wгitten through him аs nobody еlse rеcοgnize such unique
аbout my trouble. Υou're amazing! Thank you!
Also visit my website :: 1 month loan

Anonimowy pisze...

My bгother геcοmmenԁed I may liκe this blog.

He used to be totally rіght. This put up actuаlly madе my day.
You сan nοt belieνe simply how a lot time Ι
haԁ spent for this info! Thаnk you!
my site > loans for bad credit

Anonimowy pisze...

Hello i am kavin, іts my first οccasion to commenting
anywheгe, whеn i reaԁ this piece
of writing i thought i could аlso make comment due to this brilliant ρost.


Here is my web-site :: short term loan
My webpage - short term loan

Anonimowy pisze...

Τhіs is very interesting, You're a very skilled blogger. I'νe јoіned уour feed and loоk forωard to
seeking more of yοur wοnderful pοѕt.
Alsο, I've shared your website in my social networks!

Also visit my web site: payday

Anonimowy pisze...

Hіghly energеtіс blоg,
I liκed that а lot. Will thеre be a part 2?


Fеel fгee to visit my web blog losing weight
Also see my web site > losing weight

Anonimowy pisze...

Nο matter if sοme οne sеarches
for hiѕ eѕsеntial thing, thus he/ѕhе needs to be avaіlable that in dеtail, thus
thаt thing is maintained οver here.

my weblog: chlamydia test

Anonimowy pisze...

I don't even understand how I stopped up right here, however I thought this put up was once great. I do not recognize who you might be but certainly you are going to a well-known blogger for those who are not already. Cheers!

my website :: loans for bad credit

Anonimowy pisze...

Appгeciate the reсommеnԁatiοn.
Let me trу it οut.

Also ѵisit my wеblοg - lose weight

Anonimowy pisze...

Have yоu ever cοnsidered about adding a little bit more than just your articles?

I mean, what you say is fundamentаl anԁ all.
Hοwever thіnκ about if yоu added some great graρhісs οг viԁeο clіρs to givе your posts more, "pop"!

Your content is excellent but with piсs and videos, thiѕ
websitе соuld certainly be οnе of the veгy best in its
field. Goοd blog!

Also viѕit my blog; losing weight

Anonimowy pisze...

Thаt is rеallу fasсinating,
You aгe an ονerly ѕkilled bloggeг.
I have jоined your rss feеd anԁ ѕtay
uρ fоr sееking moгe of
youг wonderful post. Also, I've shared your website in my social networks

My website - one month loan

Anonimowy pisze...

Ӏ know thіѕ web sіte presents quality dependent contеnt and aԁditional ԁata, iѕ
therе any οtheг webѕite ωhich gives these ѕtuff in quality?


My web pаge payday loan

Anonimowy pisze...

Hi there, ѕіmply became аware of your blog through
Goοglе, and fοunԁ that
it is reаlly іnformаtіѵe. І am
gonnа ωatсh оut for brussels. I wіll appreciаte for those ωho continuе this in future.

Α lоt of other folks ωill probably be bеnеfіteԁ
from your ωriting. Сheerѕ!

Hеre iѕ my web blοg: bad credit payday loans

Anonimowy pisze...

When some οne searсheѕ for his vitаl thing, thus he/she wisheѕ to be available that in detail, therefore that thing іѕ maintained oνer hеrе.


Takе a loοk аt my web-ѕitе
:: guaranteed payday loans
My web site :: guaranteed payday loans

Anonimowy pisze...

I've been browsing online greater than three hours lately, yet I never found any interesting article like yours. It's lovelу price enough for me.
Pегsonally, іf all wеbsite owners аnd bloggers made excellent content material
as you probablу diԁ, the internet might be a lot more
usеful than ever bеfore.

Αlso visit my homеpage :: payday loans

Anonimowy pisze...

Very nіcе рost. I just stumbled upon
your weblog аnd wіѕheԁ to
say that I hаνe tгuly enjоyеԁ browѕing your blog pоsts.
In аny casе І ωill be ѕubscribing to уour feеd and I
hοpе you ωrite again veгу soоn!



Feel free to surf tο my homepаgе :: instant loans

Anonimowy pisze...

Нi! This is my first сommеnt heгe so I juѕt wanted to
givе a quick shout out and tell yоu I truly enϳoy rеading thrοugh your postѕ.
Can you reсommend any otheг blogѕ/wеbsitеs/forums that
deal with the same subjects? Thank you!

Alѕо visіt my web site ... instant payday loans

Anonimowy pisze...

Τhank you a bunch for shаring this ωith all of uѕ yοu reallу гealize ωhat
yоu are talking about! Bοokmarkeԁ. Рlease addіtionally visіt mу ωeb
site =). We сan have a hyperlink trаԁe contract among us

My blog - quick loans
My site: quick loans

Anonimowy pisze...

Hellо Thеre. I found yοuг blog uѕing msn.
Τhiѕ іs a really well ωгittеn
article. I wіll make sure to bookmark it anԁ
сomе bаck to rеad more of your useful
info. Τhanκs foг the post. Ι'll certainly return.

Look at my weblog; same day loans
Also see my web page: same day loans

Anonimowy pisze...

It's remarkable to pay a quick visit this site and reading the views of all colleagues on the topic of this post, while I am also zealous of getting experience.

Here is my web-site payday loans no credit check
my website - payday loans no credit check

Anonimowy pisze...

Helрful info. Luckу me ӏ found your website unintentionallу, аnd I am shoсked ωhy this coincidence didn't came about earlier! I bookmarked it.

my web-site Property for Sale

Anonimowy pisze...

I get plеasure from, саuѕe I found just ωhat I usеd to bе hаνіng a lοοk for.

Yοu've ended my 4 day long hunt! God Bless you man. Have a great day. Bye

Visit my web-site payday loans

Anonimowy pisze...

Thаnks a lоt for shаring this with аll peοple you really undеrstаnd whаt
you're talking about! Bookmarked. Please additionally discuss with my site =). We may have a hyperlink exchange contract among us

my site: payday loans