Jesienne słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy na horyzoncie oddzielającym pomarańczowego zabarwienia niebo do niemal bezkresnych ryżowych pól zamajaczyła niewielka postać. Z każdą chwilą sylwetka nabierała bardziej wyraźnych konturów, by po kilku minutach stać się na tyle wyraźną, aby można było dostrzec szczegóły odzienia i rysy twarzy. Po chwili koczujący pod konarami dorodnej, rozłożystej wiśni chłopi mogliby swobodnie już rozpoznać zbliżającą się postać. Mogliby, gdyby przybysza znali i przede wszystkim, gdyby w ogóle tam byli. Ale przybysza nie znał nikt, a na dodatek pod drzewem nie było zarówno chłopów, ani też żadnych innych osób, które mogłyby w zbliżającym się obliczu rozpoznać znajome rysy. Jeśli jednak już ktoś by był, miałby okazję ujrzeć dojrzałego, postawnego mężczyznę o surowym zdradzającym silny charakter wyrazie twarzy, którą szpeciła długa szrama ciągnąca się od lewego ucha poprzez skroń, w poprzek czoła by dalej opadać przez cały prawy policzek, przecinając podbródek i wreszcie znacząc szyję zniknąć pod kołnierzem gustownego, choć już nieco podniszczonego czasem kimona. Do pasa mężczyzny przytroczone były trzy zdobione pochwy, z których wystawały wykwintnie rzeźbione rękojeści skrywanych ostrych jak brzytwa mieczy i długiego sztyletu. Brak nakrycia głowy odsłaniał gładko wygoloną skórę niemal aż do podstawy czaszki. Wzdłuż pleców swobodnie zwisał sięgający pasa gruby warkocz kruczoczarnych włosów.
Wojownik westchnął spoglądając na rozciągającą się w dolinie osadę, która przez chwilę wywołała niechciane, zepchnięte w mroczną otchłań wspomnienia. Poprawił pas i ruszył ku przeznaczeniu.
*
Na środku ustawionego w centrum placu podium zasiadał z szeroko rozstawionymi nogami poważnie otyły mężczyzna. Obficie nalana twarz nie pozwalała na oko ocenić wieku, ale wszyscy mieszkańcy wioski wiedzieli, że jej władca ma na karku sześćdziesiąt trzy wiosny. Marsowa mina nie zdradzała najmniejszych emocji mimo, iż kat ucinał właśnie głowy jego najbliższym. Najpierw kolejno bratu i jego żonie, potem żonie obserwującego, dalej za jednym zamachem dwóm jego najstarszym synom bliźniakom, następnie trzem bratankom (również jednym cięciem) i wreszcie teściowej. Na szafocie czekała na egzekucję jeszcze tylko jedna osoba. Licznie zgromadzona wokół ociekającego krwią widowiska ciżba za każdym razem, gdy kolejna głowa odpadała od korpusu głośno wiwatowała i następnie cichła czekając na dalsze losowanie.
Skazaniec sięgnął drżącą ręką do kubła wypełnionego do połowy kolorowymi kartonikami na podobieństwo losów loteryjnych i długo nie mógł zdecydować się na dokonanie wyboru. Wreszcie, gdy przez tłum zaczął przemykać szmer niecierpliwości mężczyzna wyciągnął dłoń z cienkim, różowego odcienia papierkiem. Wolno podał go heroldowi, który ze znudzoną miną rozwinął szeleszczący złowróżbnie kartonik. Widownia w oczekiwaniu wstrzymała oddech. Po twarzy skazańca zaczęły jeszcze bardziej obficie ściekać strużki potu. Zamknął oczy i czekał na wyrok. Sekundy mijały powoli przedłużając w nieskończoność moment, w którym miał usłyszeć wyrok. Gdy wreszcie jego uszu doszedł głos odczytującego wyrok niemal natychmiast padł zemdlony. Nie słyszał wymieszanego z niedowierzaniem jęku zawodu jaki przetoczył się przez zgromadzonych. Takiego wyniku nie było od dziesiątek lat.
*
- Najjaśniejszy panie – rzekł sekretarz. – Samuraj Jabłuszko.
Otyły szogun otarł lśniące tłuszczem usta. Przybysz zbliżył się wolnym krokiem i bez słowa usiadł na rozłożonej na podłodze plecionej macie. Przez kilka minut nie odzywali się popijając z miseczek sake. Suche powietrze sprawiało wrażenie ciężkiego od wiszącego w nim napięcia.
Wreszcie milczenie przerwał gospodarz.
- Dobrze cię widzieć w zdrowiu – rzekł dyplomatycznie – Minęło wiele lat.
Samuraj skinął głową i uniósł naczynie w niemym toaście. Wypili. Siedzieli wyprostowani ze skrzyżowanymi nogami opierając dłonie o kolana.
- Wszyscy? – odezwał się wreszcie Jabłuszko.
- Jeden ocalał.
Uwijające się cicho gejsze bez słowa napełniły opróżnione miseczki.
- Kto?
- Ten, który nie powinien.
Milczenie ponownie zapanowało na dłuższy czas. Zjedli po ośmiornicy, misce ryżu i paterze dorodnych owoców zielonych pomarańczy. Sake, którą popijali nie była mocna, mogli więc gasić nią pragnienie bez obaw, że zaszumi im w głowach mącąc myśli. W pomieszczeniu było ciepło, płonęło duże palenisko, po niskim sklepieniu pełzały cienie ożywiane przez języki ognia kilkunastu pochodni rozstawionych wzdłuż bocznych ścian.
- Zatem przegrałeś – rzekł wreszcie Samuraj.
- Niezupełnie – padła odpowiedź. – Wylosował to.
Podał rozmówcy zmięty kartonik. Jabłuszko bez słowa wstał i opuścił komnatę.
Tak mniej więcej wyglądało ostatnie spotkanie Samuraja Jabłuszko z Szogunem. Od tamtej pory minęło blisko piętnaście lat, a mimo to wioska wyglądała niemal identycznie, jak wówczas. Poprzylepiane do siebie różnej wysokości chaty tworzyły ciekawy drewniano słomiany kompleks poprzecinany wąskimi korytarzami prowadzącymi na tyły domostw, bądź stanowiącymi plątaninę mniejszych i większych ulic i traktów. Jabłuszko długo nie potrafił tu wrócić nie mogąc otrząsnąć się z szoku, jakiego doznał bawiąc w miasteczku ostatnio. Przegrał wówczas zakład, którego zastawem był cały jego ówczesny majątek, na który składały się trzy wsie i flota pięciu statków kupieckich, które brylowały na szlakach handlowych nawet tych najbardziej odległych, dzięki czemu Jabłuszko szybko stał się potentatem nie tylko w dziedzinie handlu, ale i transportu. Gromadzony przez lata majątek stracił w jednej chwili, w momencie gdy herold ogłosił ostatni tamtego dnia wyrok. Gdyby los potoczył się inaczej, on dziś zasiadałby na tronie Szoguna.
Z ponurych myśli wyrwał go głos sekretarza wypowiadającego jego nazwisko oznajmiając gospodarzowi przybycie niespodziewanego gościa. Uzyskawszy pozwolenie wszedł do bogato zdobionej komnaty, która podobnie jak reszta osady, niewiele się zmieniła. Jabłuszko od pierwszej chwili, gdy tylko zaczął dostrzegać znajome elementy prostej i skromnej architektury domostw zaczął zastanawiać, się dlaczego Szogun żył tak skromnie skoro stać go było niemal na wszystko. Zatrzymał się w pół kroku. Zamiast znajomej otyłej sylwetki jego oczom ukazała się wątłej budowy postać tonąca w fałdach przepastnej, zbyt obszernej odzieży. Zbliżył się i usiadł naprzeciwko zmęczonej życiem, niewiarygodnie pomarszczonej twarzy starca. Szogun widząc niepewny wyraz twarzy gościa wolno uniósł dłoń w uspokajającym geście.
- Witaj przyjacielu – powiedział cicho.
Znajomy głos rozwiał wątpliwości Samuraja, czy ma do czynienia z właściwą osobą.
- Co się stało? – zapytał .
Na podobną zuchwałość nie mógłby sobie pozwolić chyba nikt poza nim. Szogun nie odpowiedział. Skinął tylko na sekretarza, który szybko przyniósł do jego stóp niewielką drewnianą skrzyneczkę ze złoconymi obiciami.
- Wiesz, co to jest? – zapytał.
Nie czekając na odpowiedź mówił dalej.
- Tylko to mi pozostało. Wówczas nie tylko ty przegrałeś swój majątek. Ja również zaryzykowałem stawiając wszystko, co miałem. I wygrałem to.
Szogun odchylił niewielkie wieczko. Wewnątrz skrzyneczki znajdował się nieznany Samurajowi prostokątny przedmiot nie przypominający nic, co kiedykolwiek widział.
- To jest właśnie to – rzekł starzec. – Przyczyna mojej klęski. Przez to utraciłem sens życia, a wraz z nim zdrowie i apetyt. Sam widzisz. Po mojej dawnej tuszy pozostały tylko fałdy sflaczałej, pomarszczonej starością skóry.
- Myślałem… byłem pewien, że to mit – powiedział z niedowierzaniem Jabłuszko.
Szogun roześmiał się gorzko.
- A któż o zdrowych zmysłach myślałby inaczej? Cóż. Pod topór poszła cała moja rodzina, którą podejrzewałem o zdradę. Tymczasem mająca mieć formalny charakter loteria okazała się bardziej przewrotna, niżby mógł wyśnić najbardziej chory umysł. Do tej pory nie wiem, jak do puli losów dostał się ten felerny. Piętnaście lat szukałem owego tajemniczego czegoś zupełnie nie mając pojęcia czego szukam. Osoby, przedmiotu, krainy, czy idei spodziewając się… Sam nie wiem, czego się spodziewałem. W każdym bądź razie na pewno nie tego. A gdy wreszcie to znalazłem po długich poszukiwaniach, które kosztowały mnie cały zgromadzony przez nasze rody majątek, nie wiedziałem co mam z tym począć. Długie noce spędziłem na medytacjach i kontemplacji, by w końcu posłać po żyjącego na pustkowiach starego pustelnika. Ów, gdy tylko to zobaczył natychmiast umarł. Nie mam już sił, by dalej szukać. Jedynie ty możesz odnaleźć prawdę.
Widząc szykującego się do protestu Samuraja uniósł dłoń powstrzymując cisnące się na usta słowa.
- Zanim umrę – kontynuował – chcę zrzucić z ramion to brzemię, którego dłużej dźwigać już nie zdołam. Nie znam nikogo, kto byłby godzien przejąć je ode mnie. Nikogo oprócz ciebie, Jabłuszko.
To powiedziawszy uniósł skrzynkę w kierunku Samuraja i z szacunkiem skłonił głowę.
- To dla mnie honor – rzekł cicho Samuraj odbierając dar. – Przyrzekam, że nie spocznę dopóki nie poznam prawdy.
*
Odkąd Samuraj Jabłuszko otrzymał od szoguna tajemniczy dar minęło dwa miesiące. Wyjątkowo ostra zima zawładnęła bez reszty całą krainą. Wzgórza i równiny pokryły się grubym kożuchem śniegu, drogi stały się nieprzejezdne, wody jezior i rzek skuł gruby na ponad metr lód, którego słona odmiana sięgała nawet kilkadziesiąt metrów w morze. Jabłuszko nie martwił się tym, że zgromadził zbyt mało drewna, by spokojnie doczekać wiosny. Grube polana strzelały w palenisku, od którego roztaczało się na całe pomieszczenie przyjemne ciepło. Gospodarz postanowił, że najbliższej nocy musi odkryć prawdę. Wczoraj odszedł Szogun, a jego następca nie był Samurajowi życzliwy. Prędzej, czy później dowie się w czyje ręce trafiła strzeżona jak relikwia skrzynka z tajemniczą zawartością i przyśle po nią żołnierzy.
Jednak nie tego obawiał się Jabłuszko. Był dzielnym wojownikiem i żołdacy nie stanowili dla niego większego zagrożenia bez względu na liczebność. Samuraj bał się jedynie, że w takich okolicznościach ponownie zawładnie nim duch walki, który każdorazowo gdy się pojawiał popychał go na kolejne wojny wszelkie inne obowiązki spychając na plan dalszy. Biorąc pod uwagę, że kraj tonął ostatnimi czasy w coraz większej anarchii, mógł popaść w wir bez przerwy następujących po sobie walk, które wykluczały jednoczesne sprawowanie pieczy nad relikwią. A powierzyć ją komuś na przechowanie nie mógł, gdyż wszyscy którym kiedykolwiek ufał już dawno odeszli. Poza tym miał jeszcze w pamięci słowa starego Szoguna. Nie chciał skończyć tak jak on, zwiędnąć i uschnąć nie dowiadując się prawdy.
Skrzynka stała naprzeciwko niego. Obok tliło się opiumowe kadzidełko, dzięki któremu nieco się odprężył. Nie chciał pić sake, gdyż mimo właściwości relaksujących osłabiała jednocześnie koncentrację, której wyjątkowo w tej chwili potrzebował. Odetchnął głęboko i energicznie podniósł pokrywę. Wewnątrz znajdowała się druga skrzynka z tym, że wykonana w większości z metalu nieznaną Samurajowi techniką. Jego powierzchnia była matowa, ale jednocześnie przyjemna w dotyku i miła dla oka, boki pokrywało miękkie wykonane z bardzo drobnej siatki płótno.
- Jestem Jabłuszko – szepnął i po chwili raz jeszcze powtórzył pewniejszym już głosem – Samuraj Jabłuszko.
Nic się nie stało. Ostrożnie wyjął zawartość skrzynki i ustawił na niewysokim, szerokim stoliczku. Przyglądał się plątaninie pokrywających je nieznanych mu i obcych hieroglifów, układowi dziwnych okrągłych guzików i podłużnych słupków. Dotykał ich niepewnie, gładził wypolerowane ścianki i wąchał nie uzyskując żadnego efektu poza rosnącym zniecierpliwieniem. Wreszcie mocniej nacisnął jeden z przycisków i odskoczył od tajemniczej skrzyneczki jakby dotknął rozpalonej do czerwoności stali. Coś niewiarygodnie głośno zatrzeszczało, stuknęło, zapiszczało i na chwilę zamilkło, by zaraz potem huknąć kakofonią nigdy nie poznanych przez Samuraja dźwięków. Jabłuszko poderwał się na równe nogi, ale jakaś tajemnicza siła ponownie sprowadziła go do pozycji siedzącej. Bezskutecznie szarpał się z całych sił podczas gdy jego uszy katowały wydobywające się z pudełka zgrzyty nie przypominające niczego, co dotychczas kiedykolwiek słyszał. Katorga przedłużała się odbierając Samurajowi zmysły, aż w pewnym momencie ze skrzynki uniosła się czarna strużka cuchnącego dymu i wszystko ucichło. Jabłuszko odzyskał władzę nad ciałem. Poderwał się gwałtownie i dobywając obu mieczy odskoczył pod przeciwległą ścianę nie spuszczając skrzynki z oczu. Czekał dysząc ciężko nie myśląc o niczym, koncentrując się wyłącznie na obiekcie, w który wlepiał wzrok. Skrzynka przestała dymić, ale obłok jaki powstał ponad nim nie chciał się rozwiać unosząc się niewielką tłustą chmurą, która niepokojąco falowała, pęczniała i na powrót topniała. Jabłuszko nie miał pojęcia z czym ma do czynienie, ale nie miał w zwyczaju składać broni. Skoczył przed siebie i szybkim, zdecydowanym cięciem przedzielił nie stawiający najmniejszego oporu obłok na dwie części. Cuchnące opary zadrgały i po chwili wróciły do poprzedniej formy. Samuraj powtórzył atak kilkakrotnie, ale nie odnosząc innego niż za pierwszym razem skutku wycofał się pod ścianę. Mijały kolejne minuty wypełnione niczym nie zmąconą ciszą. Czekał. Nagle chmura dymu z sykiem wydłużyła się przybierając lejkowaty kształt, który szybko sięgnął cienkim końcem gładkiej powierzchni skrzynki i zniknął w niej z krótkim kaszlnięciem. Zaraz potem Samuraj usłyszał wyraźny choć cichy, czysty, dobiegający jakby zza światów głos.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Rozejrzał się po pomieszczeniu szukając źródła dźwięku. Wiedział, że poza nim nie ma tu nikogo i gości się nie spodziewał. Ponownie skupił więc uwagę na metalowej skrzynce. Dopiero teraz dostrzegł, że przecinało je niewidoczne wcześniej, migoczące pomarańczową poświatą świetliste pasmo.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Głos dobiegał ze skrzynki. Samuraj zrobił krok do przodu i trzymając miecze w pogotowiu powiedział z niemal bogobojnym namaszczeniem:
- Ja…
- Jabłuszko…
Postąpił o krok dalej.
- Jestem Jabłuszko – rzekł. – Samuraj Jabłuszko.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Głos jak echo odbijał się od ścian dobiegając teraz ze wszystkich stron, wypełniając umysł i wypierając z niego wszelkie myśli. Mężczyzna poczuł, że kręci mu się w głowie, kolana miękną, a wszystko w koło zaczyna z wolna wirować.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko…
Sufit zaczął unosić się ulatując ku gwiazdom, ściany wirowały coraz szybciej, podłoga zaczęła umykać drżącym stopom. Na oślep machnął mieczem raz i drugi, aż w końcu stracił równowagę i zemdlony padł twarzą do przodu.
*
- A na koniec zostawiłam dla państwa nasz najciekawszy przypadek. W sumie to właśnie dla niego poprosiłam państwa o przyjazd.
To powiedziawszy lekarka odsunęła się od niewielkiego okienka umożliwiając gościom zajrzenie do wnętrza izolatki.
- Na pozór nic ciekawego nieprawdaż? – zapytała widząc niezdecydowane i raczej zawiedzione miny oglądających.
- To Samuraj Jabłuszko – kontynuowała. – A przynajmniej tyle udało się nam z niego wydobyć zanim przestał mówić.
Sędziwy mężczyzna zachichotał krótko. Spod białego, szpitalnego fartucha wystawały rękawy popielatego, szytego na miarę garnituru. Kobiecie przeleciało przez myśl, że na podobny musiałaby pracować pewnie z pół roku.
- Pani doktor. My na prawdę nie mamy czasu na…
- Chwileczkę – przerwała. – Bardzo proszę o jeszcze chwilę cierpliwości. Gwarantuję, że państwo nie pożałują. Miesiąc temu znaleźli go archeolodzy w dopiero co odkrytych ruinach starożytnej osady – wyjaśniła. – Ubrany był w kimono i uzbrojony w miecze z tamtej epoki. Co ciekawe wszystko to było w niemal idealnym stanie, podobnie jak wnętrze sali, w której leżał. Aż dziw, zważywszy, że reszta osady była wyjątkowo zrujnowana. Badania potwierdziły autentyczność zarówno wyposażenia wnętrza, jak i odzieży i broni.
- No i?
Lekarka przyjrzała się gościom. Mężczyzna pozował na cynika i ignoranta, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że to tylko zasłona skrywająca wrażliwego i doskonale wykształconego biznesmena, który od blisko dziesięciu lat zupełnie bezinteresownie łożył krocie na prowadzone przez klinikę badania nad szczególnymi przypadkami schorzeń. W bardzo wąskim gronie wtajemniczonych specjalistów określano je, jako „te”. Towarzyszka lekceważąco uśmiechniętego mężczyzny miała niczego nie zdradzającą minę i nie odzywała się skupiając uwagę wyłącznie na obserwacji pacjenta.
- Dobrze pan wie – odparła lekarka nie chcąc bardziej przedłużać. – Inaczej bym po państwo nie dzwoniła
Mężczyzna przez dłuższą chwilę świdrował ją oczami. Miała wrażenie, że jest w tej chwili zupełnie przezroczysta, a filantrop czyta z niej, jak z codziennej gazety zatrzymując się wyłącznie na co bardziej głośnych tytułach. A na jej pierwszej stronie wytłuszczonym drukiem stał napis „To się stało na prawdę”.
- Skąd pewność?
- Miał to ze sobą – odparła wytrzymując spojrzenie.
- Miał to ze sobą? Mówiąc „to” ma pani na myśli…
- To – dokończyła.
Zapanowała niczym nie zmącona cisza. Mężczyzna ponownie spojrzał przez wizjer. Widoczne wnętrze sali nie wyróżniało się niczym szczególnym. Wyposażenie stanowiło wyłącznie wąskie, twarde łóżko na stałe przytwierdzone do pokrytej miękkimi płytkami lśniącej podłogi. Leżał na nim sztywno wyprostowany, nieruchomy i blady, odziany w popielatą pidżamę mężczyzna. Miał otwarte oczy.
- Gdzie to jest teraz?
- W bezpiecznym miejscu.
- Musimy zobaczyć.
- Oczywiście.
Cała trójka ruszyła wąskim, blado oświetlonym korytarzem, na końcu którego widniały matowe drzwi windy. Zjechali trzy poziomy niżej. Po spełnieniu wszelkich procedur identyfikacyjnych stanęli przed długimi rzędami równo umiejscowionych w kilkunastu kolumnach szuflad. Kobieta wprowadziła niezbędny kod i po chwili wnętrze jednej z komór stanęło otworem. Mężczyźnie nie wystarczył jeden rzut okiem, by ocenić wiarygodność skrywanej w niej zawartości. Długo oglądał je dokładnie ze wszystkich stron odczytując plątaninę niezrozumiałych nawet dla wybitnych lingwistów oznakowań.
- Może przejdziemy do….
- Niewiarygodne… – szepnął mimowolnie.
W tym momencie milcząca dotychczas kobieta szybkim ruchem wydobyła z niewielkiej torebki wyposażony w tłumik pistolet i bez mrugnięcia okiem oddała trzy strzały. Lekarka osunęła się na ziemię z krótkim westchnieniem. Podobny los spotkał kolejno dwóch pełniących służbę ochroniarzy i po chwili drzwi do izolatki stanęły otworem.
- Witaj Jabłuszko – rzekł mężczyzna.
Leżącemu nie drgnęła nawet powieka. Przybysze bez słowa otworzyli wieko skrzynki i cofnęli się na korytarz. Mijały przeciągające się w nieskończoność minuty, podczas których nie wydarzyło się nic niespodziewanego. Czekali cierpliwie nie zdradzając targających nimi od wewnątrz niepokoju i zdenerwowania. Kobiecie nawet na moment nie zadrgała dłoń zaciskająca się na rękojeści trzymanej w pogotowiu, odbezpieczonej i gotowej do strzału broni.
Wreszcie usłyszeli cichy trzask, który mimo to zabrzmiał w pogrążonym w nieskazitelnej ciszy pomieszczeniu jak armatnia salwa. Zaraz po nim nastąpił kolejny i po chwili salę wypełniła seria nisko i wysoko tonowych dźwięków. Nagle poderwał się nieruchomy dotychczas Jabłuszko. Gdyby nie skrajnie chłodny profesjonalizm dzierżącej broń kobiety Samuraj prawdopodobnie padłby przeszyty kulami.
- Jestem Jabłuszko – powiedział beznamiętnym tonem.
- Jabłuszko, Jabłuszko, Jabłuszko….
*
Słońce paliło niemiłosiernie. Mężczyzna drżącą ręką sięgnął do urny. Głowa drogiej mu kobiety spoczywała nieopodal skrwawionego korpusu. Nie tak miało być. Był pewien, że przewidział wszystko. Tymczasem rzeczywistość okazała się skrajnie nierealna i irracjonalna. Nie był w stanie przypomnieć sobie przebiegu wydarzeń. Ostatnia rzecz jaką pamiętał, to podnoszący się ze szpitalnej leżanki Jabłuszko. Zaraz potem następowała nieprzenikniona ciemność, która ustąpiła nagle zastępując kliniczną rzeczywistość ciżbą rozwrzeszczanej gawiedzi. Na taki obrót wydarzeń nie mogli być przygotowani nawet tak wyrafinowani profesjonaliści, jak oni. Jego długoletnia i zaufana towarzyszka chyba nie zdążyła nawet uświadomić sobie powagi sytuacji, gdy katowski topór odrąbywał jej śliczną głowę. Teraz przyszła jego kolej. Los był w swojej prostocie aż nazbyt jednoznaczny i oczywisty. Ostatni obraz jaki przemknął mu przed oczami zanim te, dzięki precyzyjnemu cięciu, na zawsze wraz z głową oddzieliły się od karku, to siedzący na honorowym miejscu uśmiechnięty Jabłuszko dający katowi znak krótkim skinieniem głowy.
1 komentarz:
Dzieki za ciekawy blog
Prześlij komentarz