Niczym nie skrępowana i bezkresna przestrzeń delikatnie otula i unosi śniący, granitowy posąg umysłu. Spokojne rysy kamiennej twarzy nie zdradzają zamkniętych w głowie, kłębiących się i kipiących bulgoczącą pianą uczuć. Pozorny spokój łagodnego, choć surowego oblicza sprawia, że nic nie mąci panującej wokół ciszy. Wszechogarniająca słodycz przestworzy tak w swojej błogości obezwładniająca, kołysze niewidoczne fale emocji, nie pozwalając im wyciec na zewnątrz i ukazać swoją prawdziwą postać uśmiechniętym wokół twarzom.
Chaos się nie rozprzestrzenia. Pozostaje uśpiony, zacieśnia się i kurczy jak żarłoczna, bezlitosna czarna dziura od czasu do czasu wyciągając lepkie macki by pożywić się kosmicznym pyłem, który w nieodpowiednim dla siebie momencie przydryfował zbyt blisko. Otula cienką błoną skłębione we własnym wnętrzu dzieci, wnikając w ich misternej budowy świadomość, zapada się coraz głębiej i głębiej w złożoną strukturę swoich komórek śpiewając tę samą kołysankę bez końca, bez końca, bez początku.
Chaos się nie rozprzestrzenia. Chaos się nie budzi, nie zasypia. Śni. Ilekroć choćby najdelikatniej ocierał się o wyobraźnię – oblizuje świadomość lepkim jęzorem toksycznych emocji. Wybuch radości od wewnątrz lizanej miękkim koniuszkiem, delikatnie dotykanej i pieszczonej pozostawia pozorną możliwość dokonania wyboru. Bez względu na decyzję zawsze pozostaje głodny miłości do dzieci, które sam zapładnia rodzicielstwem kolejnych i następnych myśli poczynających wciąż nowe, choć zawsze te same skrywane skwapliwie uczucia.
***
Deszcz siąpił od kilku dni. Robert po raz kolejny sklął w duchu mechanika, który już blisko dwa tygodnie naprawiał mu samochód. Miał być niby tylko rozrusznik, ale później okazało się, że coś jeszcze trzeszczy w skrzyni biegów i potrzebne są części, które trzeba sprowadzić zza granicy. Przemykał więc dzień w dzień po mokrych chodnikach przestępując gromadzące się, coraz większe kałuże. Studzienki były jak zwykle niedrożne, więc woda nie miała jak znaleźć odpływu. Bocznymi ulicami rwały coraz mocniejsze potoki wody czyniąc je niemożliwymi do przejścia bez przemoczenia obuwia.
Spojrzał na zegarek i przyspieszył kroku. Dochodziła już dziewiąta wieczór, a on nienawidził się spóźniać. Co prawda dzisiaj zaczynał audycję dopiero od dwudziestej drugiej, ale obiecał koleżance ze studia, że pomoże wybrać jej piosenki do programu poetyckiego, który mają ozdabiać różne ścieżki muzyczne. Minął ciemny, nieoświetlony żadną latarnia zaułek i przypomniał sobie o staruszku, który wieczorami miał w zwyczaju koczować w prowizorycznej drewnianej budzie, w której okoliczni sklepikarze zwykli składować zużyte i niepotrzebne kartonowe pudła i opakowania. Przeklął ponownie i wrócił kilka metrów. Skulony, brodaty mężczyzna o długich przetłuszczonych włosach siedział pod przeciekającą wiatą grzejąc dłonie nad małym płomieniem ochranianym dużą blaszaną puszką po konserwowych ananasach. Okrywał go gruby, wełniany płaszcz, który niegdyś mógł być popielaty, a teraz był trudnej do określenia barwy. Wysoko postawiony kołnierz ze skóry nutrii chronił mu kark od wiatru. Na głowę wciśniętą miał włóczkową, pasiastą czapkę we wszystkich odcieniach utopionej w błotnistej kałuży tęczy.
- Hej, przyjacielu! – zawołał
Bezdomny uniósł wystraszoną twarz obawiając się nieproszonych gości, ale jak tylko poznał młodego mężczyznę, rysy mu złagodniały. Robert podszedł do niego i wcisnął mu w wyciągniętą dłoń kilka monet.
- Kup sobie coś ciepłego do zjedzenia – powiedział i szybko ruszył dalej.
Nieznajomy nigdy mu nie podziękował. W ogóle nie wypowiedział do tej pory ani jednego słowa adresowanego bezpośrednio do niego. Robert wstępnie sądził, że mężczyzna nie potrafi mówić, lub jest niedorozwinięty, ale któregoś dnia był świadkiem, jak starzec kłócił się z jakimś podobnym sobie nieszczęśnikiem o butelkę pośledniego wina. Od tej pory wiedział już, że mężczyzna potrafił mówić. I słownictwo miał wyjątkowo niewybredne.
Widywał go od kilku miesięcy. Początkowo ignorował bezdomnego, ale po jakimś czasie coś ujęło go w jego postawie. Nigdy nie zaczepiał, nie żebrał, nie prosił o jałmużnę. Nie widział również, żeby tamten próbował kiedyś coś ukraść. Wiecznie krzątał się przeglądając porzucone na śmietnikach różne niepotrzebne innym ludziom przedmioty w poszukiwaniu czegoś cennego. Czynności te tak go pochłaniały, że niekiedy wyglądał, jakby lada chwila spodziewał się odnaleźć skarb, który odmieni jego życie. Nie raz oczy świeciły mu z podniecenia, gdy udało mu się wygrzebać jakiś zgruchotany zegarek lub starą zabawkę. Chyba nie miał przyjaciół. Żył samotnie, jak nie jeden jemu podobny. Jeżeli już z kimś rozmawiał, to albo się kłócił, albo po prostu obrzucał stekiem wyzwisk. I nigdy nie ubliżał ludziom z tak zwanego normalnego świata. Odzywał się wyłącznie do osób sobie podobnych.
Pewnego wieczoru, gdy Robert wracał z pracy pustymi ulicami tuż nad ranem, lekko zakręcony kilkoma drinkami wypitymi w towarzystwie znajomych ze studia, natknął się na Jeremiasza, jak zwykł w duchu nazywać bezdomnego, stojącego sztywno z opuszczonymi rękami przy nieczynnej jeszcze o tej porze budce z papierosami, prasą i innymi drobiazgami. Mężczyzna niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w szybę wystawową z rozdziawionymi, szczerbatymi ustami. Mijając go Robert zatrzymał się na chwilę i zagadnął o jakąś błahostkę. Jeremiasz nie zareagował. Młodzieniec podszedł bliżej i powtórzył pytanie. Wówczas dostrzegł w odbiciu szyby wyraz twarzy starca, którą wykrzywiał nienaturalny grymas bólu i trwogi. Z szeroko otwartych oczu wyzierało coś, co kojarzyło się Robertowi jedynie z bezkresnym obłędem i szaleństwem. Mimowolnie cofnął się o kilka kroków. Do tej pory nie był pewien, czy rekcję mężczyzny wywołało jego własne lustrzane odbicie, czy też chora wyobraźnia podstawiła mu jakiś wyimaginowany przerażający obraz lub wspomnienie. W każdym bądź razie stał chwilę wpatrując się bez słowa w bezdomnego. W końcu ten odwrócił się wolno w jego stronę. Robert poczuł wówczas strużkę zimnego potu spływającą po plecach. Nie potrafił wyjaśnić źródła strachu. Po prostu panicznie bał się tego, co może zobaczyć w tych obłąkanych oczach. Jakże mu ulżyło, gdy ujrzał jak zwykle spokojną twarz, bez jakiegokolwiek wyrazu. Odetchnął głęboko i pozdrawiając bezdomnego wcisnął mu do kieszeni kilka banknotów. Od tamtej pory, ilekroć mijał zaułek, w którym zwykł koczować Jeremiasz, każdorazowo zatrzymywał się by wspomóc biedaka jakimiś drobiazgami. Zauważył, że jeśli dawał mu zbyt dużo, czyli i tak prawie nic, mężczyzna czuł się nieswojo, podczas gdy kilka drobniaków zdecydowanie poprawiało mu humor. Po jakimś czasie, gdy wspominał tamten incydent spod kiosku, coraz częściej dochodził do wniosku, że odbicie twarzy brodacza tylko mu się przewidziało. Wypił przecież kilka drinków, była lekka szarówka towarzysząca budzącemu się dniowi, w której to widoczność jest bodaj najgorsza z możliwych. Dojrzenie w ogóle czegokolwiek w takich warunkach jest mało prawdopodobne, a co tu dopiero mówić o wyrazie twarzy, czy, co więcej, oczu. Dziwiło go również to, jak dużo czasu poświęcał na rozmyślanie o tamtym zdarzeniu i w ogóle o samym człowieku. Praktycznie go nie znał. Był jednym z tysięcy podobnych mu życiowych wykolejeńców, jakich można spotkać wieczorami w rzadko uczęszczanych zaułkach, na dworcach, czy w parkach. Zastanawiał się, gdzie ci ludzie podziewają się za dnia? Jakby zapadali się pod ziemię, by wieczorami opuścić bezpieczne groby i rozpocząć koczowniczy żywot. Doszedł w końcu do wniosku, że pewnie celowo przemieszczają się z miejsca na miejsce, by ludzie nie przyzwyczajali się do ich nędznego wyglądu, co mogłoby skutkować złożeniem skargi i łatwą lokalizacją ich pobytu. Niemal natychmiast zrewidował jednak swój pogląd i uznał, że większość przechodniów nie byłaby w stanie odróżnić jednego żebraka od drugiego, postrzegając ich raczej w kategoriach ilościowych, a nie jakościowych. W końcu stwierdził, że nie jest w stanie odpowiedzieć sobie na nurtujące go pytania i starł się przestać o tym myśleć. Ale każdego dnia, gdy mijał Jeremiasza umysł uporczywie i bezwiednie powracał do tego problemu. Za każdym razem parę groszy darowane biedakowi dawało mu coś w rodzaju odkupienia swoich myśli i skierowania ich na bieżące tory jego własnego jestestwa. Nie był litościwy i miłosierny. W ten sposób egoistycznie oczyszczał własną duszę i umożliwiał borykanie się z otaczającymi go przyziemnymi problemami. Bo czymże była, przykładowo, nieudana randka z dziewczyną wobec towarzyszącego bezdomnym codziennego pytania o obecność jutra? Albo kłótnia z szefem, lub inne niepowodzenie zawodowe, czy zatarg z sąsiadem? Mimo wszystko był pewien, że na drugi dzień obudzi się we własnym łóżku, zje śniadanie i pójdzie do pracy. Oczywiście najprościej było przytoczyć sobie treść sloganu, że każdy jest kowalem swego losu i kuć dalej nie patrząc, czy przy okazji nie druzgocze się czyjegoś. No bo w sumie, jakby każdy chciał się tak oglądać na los innych, to wszyscy tkwiliby w bezruchu i dalej łupali kamienie. Albo może przeciwnie? Bez niepotrzebnych konfliktów szybciej pokonywaliby kolejne kłody rzucane pod nogi przez ewolucję i w weekendowe wieczory oglądali teraz inne gwiazdy?
Pochłonięty egzystencjalnymi myślami zderzył się przy wejściu do budynku redakcji z kolegą, którego pasją było przepowiadanie pogody. Był szczęśliwcem, gdyż prowadząc blok meteorologiczny spełniał się zawodowo, co łatwo było dostrzec już na pierwszy rzut oka. Wystarczyło spojrzeć w tą rumianą, zdrową twarz, zawsze pogodną i skorą do dowcipu. Fryderyk był ojcem dwójki małych dzieci i szczęśliwym mężem pięknej, rozsądnej i kochającej go kobiety. Robert ilekroć go widział nie mógł się zdecydować, czy potwornie mu zazdrości, czy też jest wdzięczny za nadzieję, jaką kolega daje jego świadomości, powodując, że wraca mu wiara, iż takie życie jest możliwe.
- Co tam Fredziu? – zagadnął nieco zmieszany. – Długo tak jeszcze będzie lało?
- Lało? – odparł wesoło Fryderyk. – Ledwo siąpi. I dobrze. Przecież jesień jest. Co byś chciał? Czterdzieści stopni i słoneczko?
- Wolałbym raczej trochę śniegu.
- Będzie i śnieg, przyjacielu.
Meteorolog przykucnął i wolno odchylając się mocno w tył teatralnie unosząc przy tym szeroko rozwarte ramiona zaintonował:
- Z północy nadciągają ciężkie, kłębiaste cumulusy. Fronty atmosferyczne się zetrą i zanim się spostrzeżesz mróz odmieni twój dzień
To rzekłszy z uśmiechem zniknął za obrotowymi drzwiami. Robertowi rubaszna przepowiednia nie bardzo poprawiła humor. Ostatnio ulegał jakimś stanom depresyjnym, których źródła nie mógł zidentyfikować. Czekał go przecież miły wieczór. Lubił prowadzić swoją audycję, w której prezentował muzykę, która była jego życiem. Ponadto umówiony był na spotkanie z koleżanką z pracy, która była wyjątkowo urodziwą i miła dziewczyną. I w dodatku nie kryła, że darzy go sympatią. Co prawda to jedynie spotkanie o podłożu służbowym, ale będą przecież tylko we dwoje. To prawie jak randka. Nic, tylko się cieszyć. Może z czasem przerodzi się to w coś więcej?
Z tą myślą wkroczył do redakcji. Portier przywitał go pogodnie, na co Robert odpowiedział w podobny sposób. W windzie wymienił z kilkoma znajomymi zdawkowe spostrzeżenia na temat pogody. Przez chwilę miał ochotę zaprezentować prognozę naśladując Fryderyka, ale ostatecznie zmienił zdanie. Ostatnio coraz częściej łapał się na tym, że nie sprawia mu już przyjemności rozśmieszanie innych. Cenił przede wszystkim własny spokój i harmonię ducha. W gronie najbliższych przyjaciół nie folgował sobie i potrafił zaskoczyć sam siebie oryginalną pomysłowością i fantazją, ale wśród tzw. zwykłych znajomych ogarniała go jakaś apatia, czy brak chęci do czegokolwiek. Jakby na coś czekał i nie mógł tego dostrzec.
Pogrążony w myślach dotarł do swojej dyżurki. Do rozpoczęcia audycji pozostało jeszcze czterdzieści minut, więc szybko zrzucił kurtkę i wyszedł kierując się do studia Agnieszki. Wszystko przygotował już poprzedniego dnia. Wystarczyło tylko przywitać słuchaczy, odpowiadać na telefony i od czasu do czasu przedstawiać informacyjne smaczki z muzycznego rynku. Tej nocy będzie wyjątkowo ostro, ale i jednocześnie rock’ n’ rollowo, bluesowo i rockowo. Inaczej nie byłby to jego program. Zapowiedział audycję, jako „Powtórkę z gruchotania młodych czaszek”, a taka zapowiedź zobowiązuje. Wczorajszego wieczoru przygotował więc solidną dawkę rasowej sieczki i omłotu. Był profesjonalistą. Nie oszukiwał słuchaczy. Miał też w zanadrzu całą baterię płyt, przygotowanych dla ewentualnego zaspokojenia życzeń słuchaczy, choć pewnie i tak znajdzie się ktoś, kto zażyczy sobie jakiś wynalazek, który lokalną popularność uzyskał tylko na Samoa, lub w Gliwicach.
Zapukał delikatnie w obite fioletowym aksamitem drzwi. Otworzyły się niemal natychmiast i ukazała się w nich szczupła sylwetka Agnieszki.
- Spóźniłeś się – oceniła z uśmiechem. – Będzie cię to drogo kosztować.
- Mam nadzieję. – odparł szczerze.
Dziewczyna wpuściła go do środka pozostawiając mu zamknięcie drzwi.
- Mogłeś chociaż zadzwonić i uprzedzić, że nie przyjdziesz na czas – westchnęła kokieteryjnie nadąsana.
- Byłem pewien, że zdążę. Samochód w naprawie, pogoda pod psem i jeszcze dodatkowo coś mnie zatrzymało. Przepraszam.
- Przeprosiny przyjęte – powiedziała pojednawczo. – Zawsze możesz zostać po godzinach.
Robert spojrzał na dziewczynę, ale ta umknęła ze wzrokiem nie dając mu szansy oceny, czy mówiła poważnie, czy tylko żartowała.
- No to co tam masz? – zapytał niby od niechcenia podchodząc bliżej i spoglądając jej przez ramię na przygotowywaną ramówkę.
Agnieszka odwróciła się trącając go delikatnie filigranowym ramieniem.
- Pytasz w porę, nie ma co – uroczo zwęziła usta celowo zdradzając symulację gniewu. – Teraz, to możemy najwyżej napić się kawy. Przecież zaraz musisz wracać i puszczać te swoje wariactwa.
Przemknęła obok niego i nastawiła czajnik.
- Chyba, że sam robisz lepszą. Może bardziej cię rozgrzeje – dodała otwierając niewielką puszkę z brązowym proszkiem.
Robertowi przemknął przed oczami widok blaszanego opakowania po ananasach, które służyło jego przedziwnemu znajomemu za źródło ciepła. Wyciągnięte ku niemu brudne dłonie opatulone w dziurawe, włóczkowe, bezpalce rękawice drżały dotykając różnych sfer jego umysły, niczym palce harfistki delikatnych strun instrumentu.
- Słuchasz mnie? – zapytała dziewczyna nie odwracając się do niego.
Robert ocknął się z rozmyślań zły, że w takiej chwili podążyły w tym kierunku.
- Jasne – odparł pospiesznie. – Nic mnie bardziej nie rozgrzeje, niż twoja kawa.
- Naprawdę? – zapytała spoglądając na niego ukradkiem. – Myślę, że jednak coś by się znalazło – dodała figlarnie.
Robert nie mógł pozbyć się widoku płonącego ognia wśród stosów śmieci i odpadków zaścielających ciemny zaułek. Nie wiedząc czemu zapragnął nagle znaleźć się właśnie tam. Zamrugał nerwowo i spojrzał na dziewczynę. Była na prawdę piękna. A on myślał o slumsach. Działo się z nim coś dziwnego. Z każdym dniem, z każdą chwilą Jeremiasz opanowywał swoją osobą jego myśli. To niebywałe, że starzec stał się dla niego tak ważną osobą. Że zdominował jego umysł nie wypowiadając doń przecież nawet słowa.
Z odrętwienia wyrwało go pieczenie w dłoni. Potrząsnął głową i dopiero teraz ujrzał stojącą tuż przed nim Agnieszkę, która trzymała w małych niczym dziecięce dłoniach dwa kubki z aromatycznie pachnącą, parującą kawą. Jedno z naczyń dotknęło jego ręki parząc ją delikatnie.
- Jeśli nie masz ochoty – zapytała szepcząc – to po co przyszedłeś?
Robert odebrał kubek i odgarnął jej z policzka niesforny kosmyk gęstych, kasztanowych włosów. Pogładził po twarzy wierzchem palców i uśmiechnął się łagodnie.
- Przepraszam cię, Agnieszko – zaczął nieco nieporadnie. – Naprawdę bardzo chciałem cię zobaczyć. Zawsze bardzo chętnie cię spotykam, patrzę na ciebie, rozmawiam. Ale dziś wydarzyło się w moim życiu coś dziwnego, o czym nie jestem w stanie przestać myśleć. Nic na to nie poradzę.
Dziewczyna odsunęła się od niego tym razem autentycznie rozczarowana.
- W porządku – rzekła. – Nie ma sprawy. Poproszę o pomoc Wojtka. Jemu przynajmniej smakuje moja kawa.
- Jej, ale przecież nie o to chodzi – próbował tłumaczyć. – W życiu nie piłem lepszej kawy. Sama zobacz.
Przytknął do ust gorący kubek i zaczął połykać parzący wargi i gardło płyn. Kobieta podbiegła i oderwała mu naczynie od ust rozlewając część zawartości na podłogę.
- Co robisz, wariacie – ofuknęła go. – Przecież się poparzysz!
Odebrała mu kubek i odwróciła się do niego plecami. Objął ją delikatnie w pasie krzyżując dłonie na brzuchu. Pocałował pachnące piżmem, błyszczące włosy. Dziewczyna nie broniła się odchylając głowę ku górze.
- Muszę iść – powiedział wypuszczając ją z objęć. – Za pięć minut zaczynam. Zostanę po godzinach.
Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę.
- Albo kiedy indziej – dodał wychodząc. – Kiedy tylko zechcesz. Ale może następnym razem… zaserwuj coś chłodniejszego.
Uśmiechnął się i ruszył do swojego małego studia. Agnieszka patrzyła, jak zamyka drzwi nie wiedząc, co powiedzieć. W jakiś sposób fascynował ją, a jednocześnie obawiała się jego dziwacznych nastrojów. Nie chciała kolejny raz rozczarować się z pozoru obiecującym związkiem. Miała dosyć napaleńców, erotomanów, znerwicowanych choleryków, zazdrośników, czy jałowych nudziarzy. Miała świadomość własnej wartości, urody i rozumu. A Robert wydawał się jej mężczyzną, który to doceniał i wart był podjęcia ryzyka. Dawał jej do zrozumienia, że jest nią zainteresowany, a jednocześnie nie robił nic, by ją zdobyć. Nie był nachalny, ale też jej nie ignorował. Po prosu z nią rozmawiał. Nie próbował za wszelką cenę zaciągnąć do łóżka. Między innymi to jej w nim imponowało. Często, niby to ukradkiem zerkała na niego przez okno swojego biura, a on zdawał się doskonale wyczuwać moment, kiedy to robi i ich spojrzenia na chwilę się spotykały. Poza tym miał w sobie nutę jakiegoś szaleństwa, z którego nigdy nie wiadomo było, co wystrzeli. Była jednak przekonana, że nic złego. Obawiała się tylko, że cały czas myślał o innej i dla tego nie robił nic by ją mieć. Szczególnie ostatnio zachowywał się wyjątkowo dziwnie. Często przyłapywała go nieobecnego myślami, a to było nie do zniesienia.
Dopiła kawę i zmyła plamy z podłogi. Spojrzała na ramówkę swojej audycji. W sumie nie potrzebowała pomocy przy doborze muzycznego tła. Miała pod dostatkiem sprawdzonych utworów, które znakomicie nadawały się do podkreślenia konkretnych poetyckich nastrojów. Muzyka była tylko pretekstem. Nie bardzo wiedziała, co sądzić o dosyć dziwnym spotkaniu. Obecność mężczyzny zelektryzowała ją i dobrze wiedziała, co to oznacza. Miała nadzieję, że zaprosi ją do swojego studia i będą mięli okazję trochę porozmawiać, ale Robert zniknął bez słowa. Jego audycja trwała do drugiej w nocy, więc czekanie na niego nie miało sensu. Nie chciała być nachalna. Wychodząc wstąpi tylko na chwilę się pożegnać.
*
Pożegnała słuchaczy i głęboko zamyślona kolejno powyłączała sprzęt. Upewniwszy się, że niczego nie pominęła narzuciła krótki, brązowy, jesienno wiosenny kożuszek, przewiesiła luźno przez szyję jedwabny, jasnozielony szal i zamknęła biuro. Podeszła do drzwi i lekko zapukała. Nie odniósłszy pożądanego efektu powtórzyła czynność nieco bardziej zdecydowanie. W końcu nacisnęła klamkę. Na antenie świszczała akurat jakaś wyjątkowo hałaśliwa muzyka. Robert stał zwrócony do drzwi plecami i wpatrywał się przez uchylone okno w mrok nocy. Agnieszka nie widziała dokładnie, ale mężczyzna miał z pewnością twarz mokrą od siąpiącego, przenikliwego deszczu, który zdążył pokryć już kroplami parapet i zasłony. Ale najwidoczniej mu to nie przeszkadzało.
- Przecież się przeziębisz – zagadnęła.
Nie zareagował. Może odgłos wiatru i furkoczącej w rynnach deszczówki zagłuszał jej głos?
- Chciałam ci powiedzieć dobranoc – powiedziała głośniej, ale również bez efektu.
To musiał już usłyszeć, a mimo to nic nie odpowiedział. Stał nadal wpatrzony w gęstą, wilgotną ciemność.
- Dobranoc – rzekła i zamknęła drzwi.
Do cholery z tym wszystkim, pomyślała. Szkoda zdrowia i nerwów. Facet najwyraźniej nie był nią zainteresowany. A jeśli był, to okazywał to w wyjątkowo szczególny i dziwaczny sposób. Nie potrzebowała takich życiowych urozmaiceń. Pragnęła spotkać kogoś rozsądnego i spokojnego, na kogo będzie mogła liczyć, kto będzie słuchał, co ma do powiedzenia, stanowił oparcie, służył radą. Odrobina szaleństwa nie zaszkodzi, ale zachowanie Roberta zadawało się ostatnimi czasy wykraczać poza ramy jej tolerancji. Wyszła z budynku i wsiadła do jednej z parkujących przed redakcją taksówek.
W mieszkaniu czekał na nią szczur wabiący się Felix. Szybko wbiegł jej na ramię po wyciągniętej ręce i zniknął w falujących, pokrytych maleńkimi kropelkami mżawki włosach. Nalała wody do małej miseczki, do drugiej wrzucając rozdrobnione kawałki warzyw, sera i marynowanej szynki. Postawiła Feliksa obok naczynek i zwierzak rozpoczął ucztę mrużąc z zadowolenia brązowe oczy. Wzięła szybką, orzeźwiającą kąpiel, owinęła włosy frotowym ręcznikiem i okryta miękkim aksamitnym szlafrokiem usiadła na sofie włączając radio i nastawiając częstotliwość na audycję Roberta. Akurat nadawano wiadomości, niedawno minęła dwudziesta trzecia. Potem prognoza pogody i zapowiedź powrotu na antenę audycji muzycznej. Gdy tylko ucichł głos spikera rozbrzmiała wściekła, wręcz opętańcza muzyka. Utwór za utworem bez żadnych przerw na beztroskie pogaduszki i przekomarzanie prezentera ze słuchaczami. Nie mogła słuchać tego wycia i gitarowych sprzężeń, więc wyłączyła radio i nastawiła telewizor na jakiś film, który akurat się zaczynał. Po chwili mordobicia przełączyła na najbliższą stację muzyczną, której też długo nie oglądała. Wszędzie roznegliżowane panienki nie potrafiące śpiewać, lub bujający się biali i czarni murzyni wywijający rękami w rytm wypowiadanych częstochowskich rymowanek. Obłęd. Albo sieczkarnia, albo zoo. Przeleciała pospiesznie wszystkie dostępne kanały telewizyjne decydując się w końcu na jakiś program przyrodniczy nadawany na paśmie National Geographic. Nie bardzo mogła skoncentrować się na programie co i rusz spoglądając na zegarek. W końcu, tuż przed północą ponownie uruchomiła radioodbiornik. Muzyka w dalszym ciągu mieliła myśli. Zredukowała głośność radia maksymalnie, by tylko móc odróżnić ciszę od chorych dźwięków. Wiedziała, że Robert lubi ciężką odmianę muzyki, ale przecież nie tylko. Słuchał też Pink Floyd, Marillion, Toma Waitsa, czy nawet Johnnego Casha, którego i ona bardzo lubiła. Jego audycje były popularne, bo utrzymywały styl, mimo iż nadawał różną w odmianach muzykę. Wszystko miało wspólny mianownik. Było przede wszystkim na określonym poziomie artystycznym, nie opadającym poniżej wyznaczonej granicy jakości, według krytyków dosyć wysoko umieszczonej. A teraz od dwóch godzin bez przerwy słychać było z głośników młockarnię. To niepojęte. Dotrwała do końca audycji by wreszcie usłyszeć zmęczony, ale jednocześnie podekscytowany głos.
- Dziękuję za uwagę – powiedział niewyraźnie Robert.
Przez jakąś minutę trwała cisza i w końcu dał się usłyszeć sygnał czasu oznajmiający wybicie godziny drugiej. Dziewczyna wyłączyła odbiornik i zadumała się nad dzisiejszym wieczorem. Martwiła się o chłopaka. Działo się z nim coś niedobrego. Oceniła, że miał klasyczne objawy depresji. Albo jakiejś paranoi. Jeszcze przed paroma godzinami myślała, że jednak po prostu ją ignoruje, ale dzisiejsza noc odwiodła ją od tej myśli. Audycja, którą prowadził była jego pasją, a dziś totalnie ją olał. Olał słuchaczy, olał muzykę, olał tradycję i klasę, jaką nadał programowi przez długie lata szlifowania kunsztu redaktorskiego. Miała nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja. W innym przypadku zmiana oprawy i nastawienia prowadzącego nie obejdzie się bez konsekwencji.
Westchnęła i wolno przeszła do sypialni. Uruchomiła mały zestaw stereo i nastawiła płytę, która od jakiegoś czasu pomagała jej zasnąć. Błogo sączące się dźwięki pozwalały jej odpłynąć od nurtujących ją trosk.
*
- Dziękuję za uwagę – powiedział niewyraźnie Robert i pospiesznie wyłączył sprzęt. Niedbale narzucił kurtkę nie zwracając uwagi, że kołnierz mu się podwinął, jak Lajoszowi i szybko opuścił redakcję. Zignorował taksówkarza, który prawdopodobnie czekał właśnie na niego, bo wobec jego postawy uruchomił silnik i ruszył na poszukiwanie klientów. Nie zważając na kałuże redaktor, jak w transie podążał w kierunku swojego mieszkania. Po drodze zatrzymał się tylko przy sklepie całodobowym i kupił z okienka dwie butelki taniego wina. Dotarłszy do swojej dzielnicy bacznie lustrował wszystkie mijane zaułki, ale nigdzie nie mógł dostrzec znajomej sylwetki. Jeremiasza nie było również w budzie służącej mu za mieszkanie. Blaszana puszka była zupełnie zimna, co wskazywało, że człowieka nie było na miejscu od dłuższego czasu. Robert nie znał nocnych zwyczajów bezdomnego, ale sądził, że prędzej, czy później wróci do swojej nędznej oazy. Usiadł na drewnianej skrzynce i odkorkował butelkę pośledniego trunku. Pociągnął tęgi łyk krzywiąc się mało wykwintnym smakiem. Popijając alkohol przesiedział pod wiatą ponad dwie godziny. Zaczęło świtać, a po gospodarzu nie było śladu. W końcu dał za wygraną i pozostawiwszy puste szklane opakowania ruszył do mieszkania zmęczony i rozczarowany.
Gdy tylko dotarł do celu rzucił się bezwładnie na łóżko i niemal natychmiast zasnął niespokojnym snem. Postanowił wcześniej, że najbliższy dzień poświęci na odszukanie starca. Musi odnaleźć go za wszelką cenę. Jego audycja nadawana była dwa razy w tygodniu, tak, że nie musiał martwić się pracą. Miał wolne dwa dni. Albo i trzy. Program przygotuje w kilka godzin. I tak większość czasu przeznaczonego na opracowywanie kolejnych ramówek spędzał na surfowaniu po Internecie, odpowiadaniu na maile i listy, na słuchaniu interesujących go płyt, lub zapoznawaniu się z nadesłanymi z różnych zakątków kraju nagraniami. Nie raz otrzymywał całkiem ciekawe propozycje, chociaż w większości były to plagiaty lub przeróbki znanych przebojów. Strata czasu. Ale niekiedy zdarzały się perełki. W takich przypadkach robił wszystko, by pomóc obiecującym artystom przebić się na rynek. Nie bez sukcesów. W tym jednak momencie nie miał najmniejszej ochoty na słuchanie, czy czytanie czegokolwiek. Nawet myśli o Agnieszce, które każdorazowo powodowały u niego wzrost ciśnienia, teraz straciły wyraz. Kłębiły się razem z innymi tematami i problemami w chaosie zepchniętymi do głębokich rejonów podświadomości.
Z niespokojnego snu wyrwał go sygnał telefonu. Początkowo nie zamierzał odbierać, ale dzwoniący nie dawał za wygraną i aparat nie przestawał wwiercać mu się w umysł wściekłymi dźwiękami. Głowa bolała go mocno, żołądek sygnalizował, że chce pozbyć się ciążącej w nim zawartości. Odkaszlnął, podniósł słuchawkę.
- Słu…
Wysuszone na wiór usta i język, spierzchnięte, posiekane wargi nie pozwoliły na dokładne wyartykułowanie prostego słowa.
- Halo – usłyszał dźwięczny, kobiecy głos. – Robert?
Mężczyzna sięgnął po dzbanek, w którym stała woda przeznaczona do podlewania kwiatków, a właściwie jednego, rozłożystego kaktusa. Pociągnął łyk nieco stęchłego płynu, który, mimo iż nie miał najciekawszego smaku, przyniósł mu ulgę.
- Słucham – powiedział tym razem wyraźnie. – Tak, to ja Agnieszko. Co się stało?
W pierwszej chwili miał ochotę zbesztać rozmówcę, wyładować na nim swoje frustracje i rozterki, ale usłyszawszy znajomy głos dziewczyny, jego podły nastrój znacznie złagodniał.
- Co się stało? – zawiesiła na chwilę głos. – Martwiłam się o ciebie…
- Niepotrzebnie – odparł.
Jej słowa sprawiły mu przyjemność, a troska była kojąca. Przez chwilę poczuł się naprawdę dobrze, ale zaraz potem przypomniał o sobie żołądek i pulsujący ból głowy.
- Wczoraj dziwnie się zachowywałeś – mówiła dziewczyna. – Twoja audycja… Była inna… Jakbyś to nie ty ją prowadził. Oszczędne, oschłe słowa i ta muzyka…
Robert słuchał relacji Agnieszki, ale jego myśli wędrowały już w zupełnie innym kierunku. Zastanawiał się, gdzie mógł podziać się Jeremiasz. Czy nic mu się nie stało? Wieczory i noce były o tej porze roku coraz zimniejsze. Stary, osłabiony i wycieńczony człowiek narażony był na wszelkie różne infekcje i choróbska. A jak przyjdą mrozy? Nie wiedział, gdzie ludzie tego pokroju zwykli spędzać czas w najchłodniejszych dniach roku. Były jakieś noclegownie i przytułki, symboliczne posiłki wydawały niektóre kościoły i instytucje charytatywne, ale zdawał sobie sprawę, że ich możliwości są znacznie ograniczone. A i sami ludzie też byli różni. Jedni współczuli, inni pogardzali, jeszcze inni byli obojętni. Zdarzały się przypadki zachowania agresywnego, pobić i zabójstw. Policja nie zadawała sobie trudu poszukiwaniami sprawców takich czynów i sprawy były szybko umarzane. Na samą myśl o tym, że starcowi mogło przydarzyć się coś równie okropnego Roberta przeszedł dreszcz.
- Hej – wyrwał go z rozmyślań głos w słuchawce. – Jesteś tam?
- Słucham? – odparł beznamiętnie. – Jestem, jestem. Jestem trochę przemęczony, nie spałem dziś prawie wcale. Przepraszam cię, ale nie czuję się najlepiej. Odpocznę trochę i oddzwonię do ciebie. Dzięki za troskę.
Nie czekając na odpowiedź przerwał połączenie.
Przepłukał twarz zimną wodą i zwymiotował do umywalki. Usiadł na sedesie i natychmiast poczuł, jak wylewa się z niego ostatnia noc. Nie zmieniając ubrania opuścił mieszkanie i ruszył na poszukiwania. Nie zatrzymując się po drodze szybko dotarł na miejsce. Wszystko wyglądało tak, jak zapamiętał z ostatniej wizyty, co wskazywało, że staruszek nie pojawił się przez ten czas. Znikły tylko puste butelki po winie, ale to nie wskazywało wcale, że zabrał je Jeremiasz. Mógł to zrobić każdy inny szwędający się po okolicy bezdomny, jakiś lump, czy ktokolwiek dorabiający sobie w ten sposób. Robert gorączkowo szukał śladów staruszka, ale nijak nie mógł natknąć się na najmniejszy drobiazg, który wzbogaciłoby jego wiedzę w tej nurtującej go materii. Wreszcie dał za wygraną i zaczął przechadzać się okolicznymi, ciasnymi i zaśmieconymi uliczkami mając nadzieję, że może spotka kogoś, kto potrafi wskazać mu miejsce pobytu Jeremiasza, lub chociaż będzie wiedział cokolwiek na jego temat. Blisko dwie godziny krążył po śmietnikach, zapleczach sklepów i podwórzach, odwiedził nawet noclegownię, ale żaden z pracowników nie potrafił udzielić mu jakichkolwiek informacji, a z uwagi na charakter działalności placówki, żadnego z pensjonariuszy o tej porze doby nie zastał.
Zjadł niezbyt wyszukany posiłek w mlecznym barze nie przestając bacznie lustrować korzystającej z usług lokalu klienteli. W pewnym momencie podeszło do zajmowanego przez niego stolika dwóch niechlujnie ubranych, zaniedbanych mężczyzn w bliżej nie określonym wieku, ale z pewnością nie pierwszej młodości. Pozwolił im się przysiąść, na co nigdy nie przystałby, gdyby nie niecodzienne okoliczności. Liczył, iż może uda mu się uzyskać od nich jakieś wartościowe informacje. Mężczyźni początkowo nie byli zbyt rozmowni, ale zmienili podejście, gdy zaproponował im po kuflu piwa w sąsiadującej z barem spelunce, do której ochoczo udali się zaraz po spożyciu kaszy gryczanej kraszonej masłem.
Godzina nie był późna, dochodziła dziewiętnasta, ale lokal zapełnił się już niemal całkowicie. Znaleźli wolny stolik w pobliżu toalety, z której wydobywał się nieprzyjemny, mdlący fetor uryny i gryzący w nozdrza zapach mocnych środków dezynfekujących. Unosząca się w powietrzu gęsta zawiesina tytoniowego dymu mieszała się z nieprzyjemną wonią skwaśniałego piwa, taniego wina, gorzelnianych oddechów i pierdy. Blat stolika lepił się od rozlanego alkoholu i tłustych plam po oleju, z blaszanej popielniczki unosił się stos popiołu i niedopałków. Głośny gwar rozmów zagłuszał dźwięk telewizora, w którym emitowano właśnie kolejny odcinek popularnej telenoweli. Bezustannie również dawały się słyszeć odgłosy maszyn, w które klienci wrzucali kolejne monety z nadzieją na poprawę swoich szybko uszczuplających się i tak niezbyt zasobnych funduszy. Większość odchodziła klnąc, niektórzy, mający nieco więcej szczęścia odbierali wygrane i z reguły zamieniali je na kolejne piwo dla siebie i swoich towarzyszy. Otyły barman, mimo tuszy, zwinnie uwijał się za kontuarem realizując zamówienia, nie znajdując czasu na uprzątanie stolików. Na salę od czasu do czasu wychodziła jedynie młoda pracownica, która jednakże ograniczała się wyłącznie do zbierania pustych naczyń nie zwracając uwagi na czystość i estetykę stolików. Z resztą nikomu z tu przebywających to nie przeszkadzało. Lokal nie był przeznaczony dla bardziej wyrafinowanej klienteli, za to ceny były więcej niż umiarkowane. Robert nie miał zbyt dużej ochoty na picie piwa, ale gdy tylko spróbował trunku zmienił zdanie. Piwo było świeże i mimo, iż szkoło nie grzeszyło czystością, połykał złocisty płyn ze smakiem. Sprawdzała się jego stara maksyma, że w poślednich barach piwo jest przednie, bo długo nie stoi i nie ma czasu skwaśnieć. Szybko zamówił po drugim kuflu nie pytając towarzyszy o ochotę, co z resztą okazało się słuszne, czego dowodem były po chwili w połowie opróżnione naczynia. Mietek i Lucjan, bo tak przedstawili się Robertowi nowi znajomi, ochoczo dyskutowali na niezobowiązujące i raczej przyziemne tematy, od czasu do czasu poklepując darczyńcę po ramionach. Powiedział im, że nie dawno przeniósł się do miasta i obecnie szuka zajęcia, a żyje, póki co, z drobnych oszczędności. Mężczyźni zdawali się niezbyt zainteresowani jego słowami i słuchali raczej z grzeczności mając nadzieję, że hojny młodzieniec nie poprzestanie na dwóch kolejkach. Robert nie pytał ich o zajęcie. Sam wygląd zdradzał, że żyją z dnia na dzień, bez planów, bez perspektyw, baz nadziei. Chciał zapytać o Jeremiasza, ale zupełnie nie wiedział, jak zacząć, jak go opisać, czy określić. Nie znał przecież nawet jego imienia. A wygląd? Cóż. Brodacz niczym szczególnym się nie wyróżniał. Dwaj siedzący przy stoliku byli niemal kropka w kropkę tacy sami. Nieogoleni, brudni, zaniedbani, ubrani we wszystko, co posiadali. Spojrzenia mięli mętne, bez wyrazu, nieobecne, żyjące odległą przeszłością. Tematy poruszane w rozmowie były płytkie, ale, co odrobinę Roberta zdziwiło, nie ograniczały się do narzekania na los. Mężczyźni zdawali się być od dawna pogodzeni z rzeczywistością i nie szukali winnych swojego położenia. To, co doprowadziło ich do takiego stadium miało miejsce kiedyś, w innym życiu, nie ich dotyczącym, obcym i nieistotnym. Ważne było wyłącznie to, co działo się na bieżąco. Przeżyć dzień, zaspokoić głód, skorzystać z okazji, takiej jak ta, znaleźć jakiś kąt na noc. Cóż. Raczej nie do pozazdroszczenia. Ale w obecnej chwili Robert żałował, że nie znajduje się w takim właśnie stadium swoistej beztroski. Wiele by oddał za brak codziennych problemów, kłopotów i rozterek. Przyłapał się na takiej zadumie i poczuł do siebie wstręt. Miał przecież niemal wszystko, czego potrzeba do względnego szczęścia i stabilnego, w miarę dostatniego życia. Dobra, satysfakcjonująca praca, przytulne mieszkanie, grono przyjaciół i znajomych oraz, a może przede wszystkim, urocza, interesująca się nim dziewczyna. Na wspomnienie Agnieszki poczuł ukłucie w piersi i wezbrała w nim fala goryczy i wzgardy dla samego siebie. Co on tu u licha robił? W tej spelunie, wśród zgrai lumpów, włóczęgów i wykolejeńców? Zamiast oddawać się urokom życia, korzystać z jego dobrodziejstw, chwytać nadarzające się okazje, pogłębiać wiedzę i doznania, topił wyimaginowane problemy w alkoholu.
Przeprosił na chwilę swoich współtowarzyszy i udał się do toalety. Zgodnie z przewidywaniami wewnątrz odór był jeszcze bardziej intensywny. Oddał mocz do rynny przylegającej do podłogi wzdłuż ściany. Umył ręce i przyjrzał się swojemu odbiciu w pokrytym brunatnymi plamami lustrze. Choć żółtawe światło było słabe dostrzegł w spoglądającej na niego twarzy zmęczenie. Włosy miał skołtunione i przetłuszczone, policzki pokryte ciemnym zarostem, kołnierzyk od koszuli przepocony i przybrudzony. Brudne miał również dłonie, szczególnie niepokoiła i odpychała czarna barwa końców paznokci jakiej nabrały podczas przetrząsania śmietnisk i przebywania w nędznych barach. Odczuwane do siebie obrzydzenie jeszcze bardziej się spotęgowało i nie był w stanie go powstrzymać. Odwrócił się szybko i drugi raz tego dnia zwymiotował, tym razem na ścianę toalety. Rozejrzał się za papierowymi ręcznikami, ale ich nie u świadczył. Otarł usta rękawem koszuli i wrócił na zakopconą, gwarną salę. Nie zdążył nawet dojść do stolika, gdy wpadł na niego z impetem jakiś obcy, cuchnący kałem mężczyzna. Robert odepchnął go z odrazą i machinalnie wytarł dłonie w nogawki spodni. Odtrącony upadł na brudną podłogę i usiadł na niej okrakiem.
- Wypieprzaj stąd, pedale! – krzyknął chwytając go pod ramiona solidnej postury robotnik ubrany w poplamiony wapnem drelichowy uniform. – Sukinsyn się zesrał. Od tego dymania zwieracze mu puściły!
To wykrzyczawszy uniósł zataczającego się mężczyznę i powlókł w kierunku wyjścia. Ktoś otworzył przed nimi drzwi i roztaczający fetor nieszczęśnik wylądował twarzą na mokrym od jesiennej pluchy chodniku. Robotnik wrócił klnąc i na chwilę zniknął w ubikacji, z której szybko wyszedł ocierając dłonie w poły kombinezonu.
- Wszystko rozumiem – rzekł z wyrzutem do barmana. – Ale, że podajesz tej gnidzie, to już lekka przesada. Jeszcze ta ciota przywlecze tu jakieś choróbsko!
Grubas wysłuchując reprymendy nerwowo napełnił kolejny kufel. Skasował należność i odburknął:
- Jakbym tak wszystkim chciał się tu przyglądać, to niemiałby kto piwa lać. Poza tym ja mu nie podawałem. Widać ktoś mu zamówił, albo przyszedł już pijany. Co dzień jakieś nowe gęby widzę. Co? Może mam karty stałych klientów wydawać?
Ostatnia uwaga rozweseliła zgromadzonych przy kontuarze i gromki śmiech poniósł się po zatłoczonej sali.
- Tak – poparł ktoś. – I jeszcze karnety na salceson i kaszankę!
Robotnik początkowo pokraśniał ze złości, ale po chwili też ryknął rubasznym rechotem i strzelił dłonią w plecy najbliżej stojącego, w wyniku czego ten poleciał na ladę wywracając szklankę z w połowie wypitą zawartością. Wino wylało się na lśniący od wilgoci blat mocząc pudełko papierosów, czyniąc przez to jego zawartość bezużyteczną. Mężczyzna odwrócił się od baru i nie czekając na przeprosiny, czy jakiekolwiek wyjaśnienia grzmotnął robotnika w czerwoną twarz zaciśniętą pięścią. Zaskoczony atakiem poleciał w tył i wylądował na stoliku zajmowanym przez Roberta i jego towarzyszy. Kufle spadając na podłogę potłukły się z brzdękiem, przenosząc swoją zawartość na ubrania siedzących. Mężczyźni poderwali się ze stołków i odskoczyli w tył.
- Uważaj, rzesz, kurwasz twoja mać! – krzyknął Lucjan. – Piwo rozlewasz! Co, to, lejek jakiś, w pizdu jest? Kto za to zapłaci?
Robotnik pozbierał się po ciosie i ignorując pretensje rzucił się na swego dotychczasowego pogromcę. Ten przygotowany na atak nie dał się zaskoczyć i mężczyźni wczepieni w siebie zaczęli miotać się po lokalu potrącając kolejnych klientów, krzesła i stoliki. Po chwili w barze zapanował ogólny chaos. Do bójki dołączyło się kolejnych trzech mężczyzn, którzy przypadkowo poszkodowani w potyczce zapragnęli odpłacić za swe krzywdy. Ku zaskoczeniu Roberta otyły barman, unosząc umocowany na zawiasach element kontuaru, niemal błyskawicznie i bardzo pewnie wkroczył do akcji rozdzielając szamoczących się, mniej lub bardziej podchmielonych już awanturników. Rozdawał razy na lewo i prawo nie bacząc gdzie mierzy, choć każdorazowo skutecznie eliminował kolejnych przeciwników. Szybko zapanował nad sytuacją sadzając kolejnych narwańców na ich miejscach lub podłodze.
- Spokój ma być! – ryczał. – Albo wara mi stąd! Nie będę po was co dzień sprzątał! I tak już dokładam do tego interesu! A ty Stachu – tu zwrócił się do robotnika, z którego nozdrzy sączyła się strużka krwi – możesz do końca miesiąca zapomnieć o kresce! I masz za to zapłacić! Gówno mnie obchodzi, kto co potłukł. Tyś zaczął!
Mężczyzna poczerwieniał jeszcze bardziej, ale nie sprzeciwił się właścicielowi. Spojrzał tylko z nienawiścią na swego rywala i wyszedł z lokalu trzaskając drzwiami. Zatrudniona w barze dziewczyna szybko pozamiatała potłuczone szkło i po chwili wszystko wróciło do normy, jakby nic się nie stało. Znów podniósł się gwar rozmów, barman zaczął lać piwo, a gracze wrócili do maszyn. Co niektórzy pochłonięci obracającymi się kolorowymi obrazkami nawet nie zwrócili uwagi na całe zajście. Widać bijatyki nie należały tu do rzadkości. Robert zamierzał opuścić to miejsce jak najszybciej, ale jego kompani w nieznany mu sposób wydębili na właścicielu trzy kolejne kufle piwa, w których natychmiast zanurzyli wąsate usta. Zrobił to samo. Zaczynało szumieć mu w głowie. Zanim tu wszedł odczuwał jeszcze skutki wczorajszej eskapady, więc jego nie przywykły do alkoholu organizm nie potrzebował zbyt wiele, by zacząć mu się coraz bardziej poddawać. Czuł się całkiem nieźle. Humor nieco mu się poprawił, a krążący w żyłach trunek sprawił, że chwilowo przestał martwić się problemem, który go tu sprowadził. Rzadko wypijał dużą ilość alkoholu, trudno mu było więc wyczuć granicę, której nie powinien przekraczać. Dobre samopoczucie spowodowało, że zaczął zamawiać kolejne kufle, a po szóstym uległ sugestiom Lucjana i kupił butelkę wódki. Po wspólnym opróżnieniu połowy stracił kontakt z rzeczywistością.
***
Dziewczyna długo powstrzymywała się, by nie wykonać kolejnego telefonu do chłopaka. Zadzwoniła w końcu do redakcji i po kilkuminutowej, mało dla niej istotnej rozmowie z Wojtkiem, z udaną beztroską poprosiła, żeby przełączył ją do Roberta pod pretekstem ustalenia jakichś szczegółów dotyczących zbliżającej się audycji. Kolega poinformował ją, że nie ma go w pracy i, że próbował dodzwonić się do niego kilkakrotnie, ale niestety bezskutecznie. Telefon domowy milczy, a komórkowy był wyłączony. Audycję ma dopiero pojutrze, ocenił, więc pewnie gdzieś wyjechał. Agnieszka przytaknęła i pożegnała się beznamiętnie.
Nie trafiły do niej wyjaśnienia Wojtka. To nie było w stylu Roberta. Zawsze informował kogoś w redakcji o wyjazdach, nie wspominając już o komórce. Zaczęła nerwowo przechadzać się po mieszkaniu zaniepokojona, a jednocześnie zła na siebie, że zawraca sobie głowę facetem, który na to nie zasługuje. Tak przynajmniej usiłowała wytłumaczyć sobie jego postawę. Na ogół potrafiła przekonać samą siebie o słuszności swoich domysłów, poglądów i dostosować fakty do odpowiadającej jej rzeczywistości. Nie zawsze było to szczere, ale każdorazowo wygodne. I pozwalało na dalsze parcie przed siebie bez oglądania się przez ramię i roztrząsania niepowodzeń i grzechów przeszłości. Tym razem jednak odczuwała coś, co już dawno się jej nie przytrafiło. Wiedziała co to takiego, ale wzbraniała się przed tą myślą.
Targana wewnętrznymi rozterkami zaczęła szukać spokoju w kuchni. Postanowiła przygotować chińszczyznę. Nie miała w sumie na nic ochoty, ale taka potrawa wymagała udania się na zakupy i w ten sposób zagospodarowania czasu i oddania się czynnościom, które pozwolą jej nie myśleć o natarczywie zaprzątających głowę sprawach. Dwukrotnie przejrzała zawartość lodówki i kuchennych szafek kodując w głowie niezbędne do nabycia produkty. I tak, jak zwykle czegoś zapomni i w zamian kupi mnóstwo rzeczy, które w aktualnym momencie się nie przydadzą. Miała chyba też ochotę na czerwone, półwytrawne, lub półsłodkie wino. Zdecyduje w markecie. Szybko, ale bardzo wprawnie pociągnęła tuszem rzęsy i ubrała się odpowiednio do pogody. Więcej makijażu prawie nigdy nie stosowała. Miała ładną twarz, a pomadki, pudry, czy kredki tylko ją postarzały i nadawały wyglądowi jakiejś sztuczności, z którą niezbyt dobrze się czuła. Nie raz decydowała się na bardziej śmiałe zabiegi kosmetyczne, ale wyłącznie w okolicznościach bardziej podniosłych uroczystości lub bali, na które przywdziewała wieczorowe kreacje. Sprawiało jej przyjemność, gdy faceci wodzili za nią tęsknymi spojrzeniami, choć raczej wolała zainteresować kogoś tym, co ma do powiedzenia, co i jak myśli. Nie cierpiała, gdy otaczali ją mężczyźni gotowi przytaknąć każdemu wypowiadanemu przez nią osądowi by tylko móc bezczelnie, czy też ukradkiem wlepiać oczy w jej dekolt. Zdawała sobie sprawę, że to w sumie tylko natura i burza hormonów, ale i tak niezbyt zręcznie się wówczas czuła.
Narzuciła płaszcz na ciemnozielony sweterek i wezwała taksówkę. Po kwadransie buszowała już po stoiskach średnio zatłoczonego marketu. W olbrzymim, drucianym wózku lądowały oliwki, różnokolorowa papryka, pomidory, cebula, pieczarki, marchewka, seler, pietruszka, kurczak i cielęcina. Nagle naszła ją ochota na coś meksykańskiego, dorzuciła więc puszki z fasolką i kukurydzą, konserwowy groszek, rzodkiew, wybrała kilka różnych sosów i całą gamę przypraw. Część z produktów, które trafiały do koszyka z pewnością miała w domu, ale zdecydowała, że kompletne zakupy ograniczą możliwość przeoczenia czegoś mniej lub bardziej istotnego. Przypomniała sobie o chińskich grzybkach i kiełkach bambusa. Zaczęła gorączkowo przetrząsać kolejne półki i tak była pochłonięta tymi czynnościami, że niemal staranowała zmierzającą z naprzeciwka klientkę.
- Jej – niemal krzyknęła zażenowana. – Najmocniej…
- Cześć, Aga – przywitała ją wesoło koleżanka. – Widzę, że szykuje się jakaś większa impreza?
Dziewczyna poznając potrąconą kobietę odetchnęła z ulgą.
- A jaka tam impreza – zaprzeczyła. – Po prostu nie wiem, na co mam ochotę.
Lustrując szybkim spojrzeniem zawartość zakupów koleżanki dodała z uśmiechem.
- Ty, widzę za to, same konkrety?
W koszu Marty znajdowały się cztery butelki różnego rodzaju wina i kilka gatunków sera.
- Jasne – odparła. – Mam ochotę się dziś nieco nabzdryngolić. Dopiero zaczęłam. Też nie do końca wiem, co zrobić na kolację. Ten dupek, z którym ostatnio się spotykałam tak mnie zaczął irytować, że go pogoniłam. Miałaś rację. Szkoda było na niego czasu. Może był i ładniutki, ale po dwóch tygodniach zamiast w łóżku, wolał siedzieć przed telewizorem i oglądać koszykówkę. Zszarpał mi tylko nerwy. Muszę teraz trochę odreagować. A ty co? Też mi nie wyglądasz na przesadnie uradowaną?
Agnieszka nie miała ochoty na zwierzanie się. Przynajmniej nie w tym miejscu. Lubiła Martę, chociaż bardzo się od siebie różniły. Chyba się nawet przyjaźniły, choć niezbyt często znajdowały czas na wspólne nasiadówki. Marta miała świetne poczucie humoru, choć potrafiła być również bardzo złośliwa i bezczelna. Temperament i ciekawość świata ciągle pchały ją ku nowemu i jeśli coś sobie postanowiła czy wyznaczyła jakiś cel do osiągnięcia, nie przebierała zbytnio w środkach. Była bardzo urodziwa i potrafiła niejednokrotnie perfidnie wykorzystywać swoje walory by dostać, czego chciała. Agnieszka sama nie popierała takiej postawy, choć z drugiej strony zazdrościła Marcie bezpośredniości i zuchwałej śmiałości. Przyjaciółka chyba nawet imponowała jej otwartością i bezkompromisowością.
- To może byśmy połączyły siły? – zaproponowała. – Dawno nie miałyśmy okazji pogadać. Chyba, że spodziewasz się gości?
- Jakich tam gości – żachnęła się Marta. – To świetny pomysł. Zróbmy jeszcze rundkę lub dwie, może coś smakowitego rzuci się w oczy.
To powiedziawszy mrugnęła do koleżanki i popchnęła swój wózek. Dokupiły kilka drobiazgów, wodę mineralną, dwie butelki korzennego piwa i ruszyły do kas. Nie było dużo klientów, kolejki były dwu, trzyosobowe. Marta, jak to miała w zwyczaju, nie wybrała najkrótszej, tylko taką, w której siedział całkiem przystojny może dwudziestopięcioletni młodzieniec. Wyładowując na taśmę zakupy pochyliła się odrobinę. Wydekoltowana bluzka odsłoniła dosyć obfite, z precyzją ułożone kształty.
- Może pan mi jeszcze włożyć…
Chłopak poczerwieniał szeroko otwierając oczy.
- Dwie paczki papierosów – dokończyła zagryzając dolną wargę. – Marlboro light?
Kasjer przez chwilę gapił się na dziewczynę z rozchylonymi ustami nie mogąc wydobyć słowa. W końcu podskoczył na fotelu i sięgnął po tytoń.
- Nie czerwone, kotku, jasne – upomniała zakłopotanego chłopaka z kokieteryjnym uśmiechem.
- Przepraszam – wymamrotał i zamienił papierosy na właściwe.
Zapłaciły kartą i odeszły przepakować zakupy do papierowych toreb.
- Jesteś okropna – powiedziała z przekąsem, ale bez złości Agnieszka. – Chłopak nie będzie mógł spać.
- I dobrze – odparła z uśmiechem Marta. – Niech ma coś z życia. Widziałaś jak mu się ręce trzęsły?
Dziewczyny wybuchły chichotem. Obu zdecydowanie poprawiły się humory. Zapowiadał się wesoły i miły wieczór. Po przełożeniu zakupów stwierdziły, że chyba trochę przeholowały. Miały sześć dużych wypchanych po brzegi toreb, z którymi nijak nie mogły sobie poradzić.
- Zobacz teraz.
To powiedziawszy Marta podeszła do najbliższej taksówki.
- Przepraszam pana – udając zakłopotanie zagadnęła drzemiącego kierowcę pochylając się przy bocznym okienku samochodu. – Tato miał po nas przyjechać, ale musiał zostać dłużej w pracy. Mamy z siostrą trochę zakupów. Czy byłby pan tak uprzejmy i zechciał nam pomóc?
Mężczyzna zatrzepotał brwiami i ochoczo wyskoczył z auta.
- Jasne, jasne – odparł otwierając bagażnik.
Po chwili biegał już z torbami nie pozwalając dziewczynom przenieść nawet jednej. W ten sam sposób zakupy znalazły się w mieszkaniu Agnieszki. Kierowca nie chciał nawet przyjąć napiwku i zostawił wizytówkę. Gdy tylko zniknął za drzwiami dziewczyny ponownie roześmiały się zasłaniając usta dłońmi.
***
Zimny deszcz wymieszany z drobnymi płatkami śniegu wspomagany silnymi podmuchami wiatru przycinał mocno i przeszywająco. Robert ocknął się skulony i zziębnięty na jakiejś parkowej ławeczce. Po świeżo poznanych towarzyszach nie było śladu. Gdzieś zniknął też portfel. Na szczęście zostawił w domu dokumenty i karty kredytowe. Klucze od mieszkania wymacał w tylnej kieszeni spodni. Wyglądało na to, że nie padł ofiarą zawodowego złodzieja, bo wówczas pewnie już miałby w domu nieproszonych gości. Wstał na chwiejne nogi. Chciał sprawdzić godzinę, ale zegarka niestety też nie miał. Cholera. To była pamiątka. Przeklął siarczyście i drżącym krokiem skierował się ku oświetlonej latarniami ulicy. Głowa niemal pękała mu od pulsującego bólu. Miał sporego guza, rozciętą skórę na potylicy i opuchnięte, popękane w dwóch miejscach wargi. Pewnie dostał w twarz i upadając rozbił głowę. Albo ktoś go w nią zdzielił. Rozcierając dłońmi ramiona ruszył pustą ulicą szybkim krokiem. Musiała być późna pora. Nie jeździły już tramwaje, a przecież znajdował się w śródmieściu. Miał do pokonania jakieś pięć kilometrów. Oby udało się złapać taksówkę. Nie miał co prawda grosza przy duszy, ale w mieszkaniu powinien posiadać jakieś zaskórniaki. Druga taryfa, na którą machnął zatrzymała się z piskiem opon. Kierowca spojrzawszy na klienta nie uruchomił taksometru.
- Masz kolego pieniądze? – zapytał.
- Mam w domu – odparł Robert. – Poczeka pan chwilkę na miejscu i zaraz zniosę.
Taryfiarz uśmiechnął się półgębkiem.
- W domu, to wiesz co ja mam? – rzekł. – Spadaj koleś.
- Ale człowieku. Przecież mówię…
- Wypieprzaj gościu – przerwał taksiarz. – Bo na izbę wywiozę.
Wobec takiej argumentacji nie pozostało mu nic innego, jak tylko trzasnąć drzwiami i ruszyć w drogę pieszo. Był wściekły. Przemarzł do szpiku kości, prawie nie czuł stóp. Zatrzymał się na chwilę na przystanku autobusowym. Zdążył zerknąć na zegarek na desce rozdzielczej taksówki - wskazywał wpół do trzeciej. Następny transport będzie za pięćdziesiąt minut, nie było więc sensu czekać. Zgrzytając zębami pokonywał kolejne przecznice i zaułki. Czuł się upodlony i zagubiony. Wypity alkohol przestał go ogrzewać, po dobrym nastroju nie było śladu. Ból w potylicy i ustach coraz bardziej mu doskwierał nie pozwalając skupić myśli na czymkolwiek innym. Klnąc i plując pienistą śliną dotarł w końcu do swojej kamienicy. Drżącą ręką sięgnął po klucze, gdy nagle kątem oka dostrzegł przygarbioną, bezskutecznie poszukiwaną przez cały dzień znajomą sylwetkę.
- Hej! – zawołał charchotliwie.
Zaraz potem syknął z bólu, gdy otworzyła się świeża rana na wardze. Zignorował cieknącą krew i zapominając o dolegliwościach i chłodzie ruszył truchtem w kierunku zaułka, w którym zniknęła postać. Jeremiasz siedział skulony pod drewnianą wiatą i na zmianę grzejąc dłonie nad rozgrzaną ogniem puszką popijał coś z plastikowej butelki po wodzie mineralnej. Robert zatrzymał się kilka metrów od niego i bacznie mu się przyjrzał. Mężczyzna wyglądał identycznie, jak ostatnim razem i każdego innego dnia, w którym go widywał. Jakby specjalnie dla niego zatrzymał się czas. Bezdomny w pierwszej chwili nie rozpoznał redaktora i zaczął się podnosić ściskając w dłoni kawałek metalowej rurki. Po chwili jednak odwrócił od niego wzrok i ponownie usiadł skupiając uwagę na ogniu i butelce. Robert podszedł bliżej i przykucnął bez słowa wyciągając dłonie ku rozgrzanej blasze. Staruszek w żaden sposób nie zareagował na przybysza. Sprawiał wrażenie, jakby go w ogóle nie dostrzegał. Ale Robert zdawał sobie sprawę, że jest zgoła inaczej. Widywał już wcześniej podobne sytuacje, które każdorazowo owocowały kłótnią, wyzwiskami i przepychanką. Widać brak reakcji oznaczał więc akceptację. Ta świadomość poprawiła nieco jego nastrój. Nabierając odrobinę więcej śmiałości usiadł na kawałku pustaka. Starzec, w dalszym ciągu bez słowa, przesunął się kawałek ze swoją drewnianą skrzynką pozostawiając obok siebie wystarczająco dużo miejsca, by młody człowiek mógł usiąść pod zadaszeniem, z czego Robert skwapliwie skorzystał. Jeremiasz pociągnął skromny łyk z butelki i podał ją gościowi. Młodzieniec nie zastanawiając się nad zawartością przyjął poczęstunek i przytknął szyjkę do pokiereszowanych ust. Początkowo zapiekły dotkliwie, gdy pociekł po nich mocny alkohol, który palił również gardło. Robert potrząsnął głową z grymasem niesmaku. Nie pił nigdy wcześniej czegoś podobnego. Sądząc po przykrym, ostrym zapachu był to denaturat, lub coś innego w tym guście. Oddał flaszkę gospodarzowi i powrócił do ogrzewania dłoni.
- Dzięki – powiedział w końcu z grzeczności nie licząc na nawiązanie jakiegokolwiek dialogu. – Szukałem cię cały dzień. Chciałem pogadać. Pogadać o…
Zawiesił głos. Dopiero teraz uświadomił sobie, że tak naprawdę nie wiedział, czego chce od tego starego włóczęgi. Odczuwał po prostu jakąś wewnętrzną potrzebę spotkania go, znalezienia się w jego towarzystwie, rozmawiania o niczym, patrzenia, wspólnego bytowania. Nie na długi czas, rzecz jasna, tylko na chwilę. Zastanowił się nad własnymi słowami i ostatnimi wydarzeniami. Zaczął rozbierać myśli na czynniki pierwsze. Przecież ten nieznajomy zawładnął całą jego świadomością. Czy na pewno chciał spotkać go tylko na moment? A może potrzebował takiego właśnie życia? Nie. To jakiś absurd. Kto chciałby dobrowolnie znaleźć się na ulicy bez grosza i dachu nad głową? Pewnie kierowała nim tylko ciekawość, może jakiś rodzaj współczucia, czy humanitaryzmu. Był pewien, że nie chce prowadzić życia włóczęgi, był ze swojego w miarę zadowolony. Ale mimo to, groteskowa postać emanowała jakąś wewnętrzną siłą, która bezustannie i coraz mocniej przyciągała go do siebie, nakazywała utrzymywać z nią bliskość.
- A o czym tu gadać? – rzekł zmęczonym głosem Jeremiasz.
Roberta aż zamurowało, gdy wreszcie po raz pierwszy usłyszał słowa z ust starca. Był tak bardzo ciekaw jego głosu, a teraz nie potrafił wydobyć z siebie choćby jednego pytania. Przyglądał się skulonemu człowiekowi zastanawiając się, czy dobrze usłyszał, czy może mu się tylko wydawało.
- Że co proszę? – wystękał w końcu.
Staruszek powiercił się chwilę na skrzynce zmieniając pozycję. Sięgnął za plecy i wydobył z ciemności kilka sporych, wysuszonych drewnianych szczap, które wrzucił do przygasającego ogniska. Płomienie leniwie lizały swój nowy pokarm, wolno wpełzając i oplatając go coraz wyżej i szerzej. Zrobiło się trochę jaśniej, ogień dawał iluzoryczne poczucie ciepła. Butelka ponownie trafiła w ręce Roberta. Nie miał ochoty na podły trunek, ale mimo to przełknął go z niemałym niesmakiem. Małe ognisko na chwilę rozbłysło mocniej, gdy z oddawanej butelki upadło weń kilka kropel alkoholu. W tym momencie Robert dostrzegł w oczach Jeremiasza tą przeraźliwą trwogę, którą już raz, dawno temu widział. W pierwszej chwili pomyślał, że to reakcja na zmarnowany napitek, ale starzec zdawał się nawet tego nie dostrzec. Wyprostował się na skrzynce i szeroko rozwartymi oczami wpatrywał się w gęstą noc. Robert odchylił się mimowolnie i powędrował wylęknionym spojrzeniem za wzrokiem Jeremiasza. W ciemnościach nie mógł dostrzec niczego, co mogło tak dalece przerazić włóczęgę. Przez chwilę wydawało mu się, że z mroku wyłania się jakaś bliżej nie określona, koślawa i nienaturalnie przygarbiona sylwetka, ale szybko doszedł do wniosku, że to tylko zmęczona wyobraźnia płata mu figle. Mimo to przeszedł go dreszcz i zjeżyły się włosy na całym ciele. Spojrzał raz jeszcze na starca i z powrotem w ciemność. Wydawało mu się, że jednak coś porusza cię w mroku nocy. Coś, co mimo iż nie był w stanie tego dostrzec wprawiało go w nieopisaną trwogę.
- Co tam jest – zapytał drżącym głosem. – Co widzisz?
Zanim doczekał się odpowiedzi, aż podskoczył, gdy z ciemności wyskoczył niewielki, wylękniony kundel i jak strzała puścił się co sił w łapach w kierunku ulicy. Po drodze potrącił pokrywę od pojemnika na śmieci, która teraz z brzdękiem wolno toczyła się wśród odpadków. Gdy zwierzak dopadł przecznicy z boku nadjechał rozpędzony sportowy samochód na niskim zawieszeniu. Zanim pies zdążył odskoczyć pojazd nie zwalniając huknął go przednim zderzakiem roztrzaskując mu kości. Czworonóg poleciał w górę i z plaśnięciem upadł na asfalt.
Robert zerwał się z pustaka i podbiegł do zwierzęcia. Z wściekłością odprowadził wzrokiem oddalający się samochód, którego kierowca zdawał się nawet nie zwrócić uwagi na potrąconego psa. Zwierzak rzęził. Targały nim przedśmiertne drgawki, z pyska tryskała krew szybko powiększając kałużę, która otaczała już całe konające ciało. Pies miał zgruchotany kręgosłup, o czym świadczyła pod nienaturalnym kątem wykrzywiona sylwetka. Mężczyzna pogłaskał delikatnie mokre od krwi i deszczu futro. Żałował, ale wiedział, że nie może mu w żaden sposób pomóc. Pod wpływem dotyku pies na moment się uspokoił. Chwilę potem zadrżał i znieruchomiał na zawsze. Robert przypomniał sobie szczeniaka, którego w dzieciństwie dostał od dziadka. Był uroczy i bardzo przyjacielski. Jako chłopiec spędzał z nim bardzo wiele czasu, zabierał go wszędzie, gdzie tylko mógł. Z czasem ze szczeniaka wyrósł sporych rozmiarów mieszaniec, który wiernie przypatrywał się, jak Robert dorasta i staje się dojrzałym mężczyzną. Praca, jaką chłopak dostał w redakcji po zakończeniu studiów sprawiła, że coraz rzadziej odwiedzał rodzinny dom, w którym musiał zostawić ulubieńca. Ale ilekroć miał tylko czas jechał kilkaset kilometrów, by odwiedzić rodzinę i pospacerować z przyjacielskim czworonogiem. Matka była dobrym człowiekiem i troszczyła się o psa, jak tylko mogła. Niestety czas był nieubłagalny i zwierzę z wiekiem stało się zniedołężniałe i potrzebowało coraz więcej opieki. Robert miał wrażenie, w czym jeszcze dodatkowo utwierdzały ją gorliwe zapewnienia matki, że każda jego wizyta ma na psiaka leczniczy wpływ. Zwierzę jakby wyczuwało, że chłopak ma przyjechać i już w wigilię odwiedzin było weselsze i na swój sposób podekscytowane. Przed wyjazdem stawało się apatyczne i niespokojne, a gdy tylko znikał smutniało, markotniało i obojętniało. Któregoś dnia, gdy bez zapowiedzi przyjechał do rodzinnego miasta pies wyczuwając odwiedziny wybiegł mu na spotkanie. Nie miał już zbyt dużo sił, więc tylko truchtał na powyginanych psim odpowiednikiem artretyzmu łapach. Roberta mocno wzruszył tamten widok. Chwilę później psa zmiażdżyła przejeżdżająca drogą ciężarówka. Do tej pory, mimo iż od tego momentu minęło już ponad dziesięć lat nie mógł pozbyć się tego obrazu. Gdy podbiegł do zdeformowanego uderzeniem ciała pies jeszcze żył dygocząc, jakby przeszywał go mróz. Oczy coraz bardziej zachodziły mu martwiejącą mgłą. Mężczyzna siedział przy konającym towarzyszu, a ten ostatkiem sił ułożył mu łeb na kolanach. Pamiętał, że na chwilę zamknął oczy, do których cisnęły się łzy żalu i wściekłości. Gdy ponownie spojrzał na psa, ten już nie żył.
Przykre wspomnienia wróciły i przeleciały mu przed oczami, gdy głaskał konającego kundla. Podniósł martwe ciało i położył na poboczu w tekturowym pudle, które stało przy budce z prasą. Gardło ścisnęło mu się z żalu i bezradności. Nawet nie miał go gdzie pochować. Odwrócił się w kierunku ognia, ale płomienie zgasły. Poczuł się trochę rozczarowany postawą bezdomnego, który nawet nie zareagował na zaistniałą sytuację. Cóż. Pewnie trudy ciężkiego losu stępiły w nim poczucie litości i współczucia. Prawdopodobnie nie raz widywał konających w nędzy ludzi, więc czym miałby dla niego być jeden, nikomu nie potrzebny, wynędzniały pies? Może i tak, ale przecież mógłby chociaż wykazać odrobinę zainteresowania.
Robert wrócił do wiaty, ale Jeremiasza nie było. Zniknęła również butelka z denaturatem. Rozejrzał się bez oczekiwanego efektu i zaczął nawoływać początkowo szeptem, w końcu całkiem głośno. Po mężczyźnie nie było jednak śladu. Przeklął kilkakrotnie. Ponownie zaczął odczuwać chłód i wilgoć. Całkiem przemoczone ubranie nieprzyjemnie przylegało do ciała, stopy chlupotały w obuwiu. Zdenerwowany kopnął blaszaną puszkę i odwróciwszy się na pięcie szybkim krokiem ruszył do domu. Miał dosyć atrakcji, jak na jeden wieczór. Był zmęczony, poobijany i zziębnięty. Dotarłszy do mieszkania zrzucił w przedpokoju mokrą odzież i zniknął w łazience. Odbicie, jakie ujrzał w lustrze nie tyle go przeraziło, co raczej zniesmaczyło. Do tego, które oglądał ostatnio w barze doszły jeszcze spuchnięte i skrwawione usta, podsiniaczone oko oraz posklejane krwią włosy. Wszedł pod prysznic i odetchnął z ulgą, gdy gorąca woda zaczęła rozgrzewać obolałe ciało. Usiadł w brodziku i pozwolił, by kojące strumienie zmyły z niego ostatni dzień i noc. Rozcięcie na głowie nie było duże, za to guz zajmował prawie całą prawą stronę potylicy. Przemył ranę wodą utlenioną, przyłożył nasączoną rywanolem jałową gazę i owinął głowę bandażem. Zasnął niemal natychmiast, gdy tylko poczuł pod policzkiem miękkość poduszki.
***
Cała kuchnia zastawiona była przeróżnymi potrawami. Kurczak po seczuańsku na bardzo ostro, drugi w sosie kwaśno – słodkim, meksykańskie enchilato jeszcze bardziej pikantne, soczyście zakropione winem wieprzowe polędwiczki i bodaj sześć rodzajów sałatek. Posegregowany według smaków i gatunków, pokrojony w fantazyjne kształty ser wypełniał cztery płytkie miseczki, których dna pokrywały cienkie warstewki różnego rodzaju zalew przyprawowych wzbogacających, bądź podkreślających smak. W kącie spoczywał worek wypełniony śmieciami, obok plastikowa torba z dwoma pustymi butelkami po korzennym piwie i takąż ilością po winie. Na stole stała w trzech czwartych opróżniona trzecia. Agnieszka omiotła to wszystko przeciągłym spojrzeniem kiwając głową z mieszaniną radości i irytacji. Nie czuła się najlepiej. Usta miała spierzchnięte, w dwóch miejscach pęknięte. Nie przywykła do wypijania dużych ilości alkoholu. Piwo, góra dwa, czy butelka wina na dwoje. To wszystko. Wymacała na głowie guz.
- Jej, co ja wyprawiam – mruknęła zażenowana.
Posmarowała usta odżywczą, witaminową pomadką i od razu nieco jej ulżyło. W końcu westchnęła przeciągle i sięgnęła po telefon. Po chwili usłyszała w słuchawce znajomy, zmęczony głos koleżanki.
- I jak samopoczucie? – zapytała.
- Cześć – odparła Marta ziewając. – Świetnie. Nawet mnie głowa nie boli. Jednak nie ma to, jak dobre wino. I te wszystkie smakołyki. Jezu, jaka jestem głodna!
- Mówiłam, żebyś została do rana – powiedziała uśmiechając się Agnieszka. – Żebyś widziała ile tego zostało. Przez tydzień nie muszę gotować.
- Ach, ty zołzo cholerna – syknęła z udawaną złością dziewczyna. – Wygoniłaś mnie, żeby wszystko samej spałaszować. Nie daruję ci!
Przez kilka minut kobiety przekomarzały się beztrosko.
- A ty jak? – usłyszała troskę w głosie przyjaciółki. – Dla ciebie chyba ciut przydużo. Nieźle cię wzięło.
- E tam, bez przesady…
- Trzeba było się widzieć – odparła Marta. – Albo jeszcze lepiej słyszeć. Skąd ty takie słowa znasza, hę?
- Daj spokój.
- Nie, no wiesz, dla mnie spoko. Grunt, że wszystko ok. To do następnego razu.
Agnieszka odłożyła słuchawkę i zajęła się sprzątaniem. Nie pamiętała pożegnania z koleżanką. Faktycznie, musiała przeholować. I chyba nieźle wyrżnąć. Dobrze, że skończyło się tylko na stłuczeniach. No nic, nie ma się co przejmować i trzeba zacząć nowy dzień.
Najpierw sowite, nieco spóźnione śniadanie dostał Felix. Mimo, iż opychał się serem i warzywami przez cały wieczór i niemal połowę nocy, rzucił się na zaserwowane frykasy, jakby nie jadł nic od tygodnia. Dziewczyna wiedziała, że przez najbliższe dwa tygodnie w różnych zakamarkach mieszkania będzie znajdywać poukrywaną przez zwierzaka żywność. Pochowała do lodówki wypełnione talerzyki i półmiski, część włożyła do zamrażarki, pomyła naczynia i sztućce. W trakcie tych rutynowych, machinalnie wykonywanych czynności analizowała zadania, jakie musiała wykonać bieżącego dnia. Musi iść do redakcji przejrzeć raz jeszcze menu wieczornej audycji, odebrać korespondencję, odpowiedzieć na listy i maile. Mimowolnie pomyślała o Robercie. Wczorajszy, beztroski wieczór pozwolił jej nie myśleć o mężczyźnie, ale teraz, jakby ze zdwojoną siłą jego osoba wgryzała się w świadomość. Nie mówiła nic Marcie, ale ta zdawała się wyczuwać jej problemy i ni z tego ni z owego zaproponowała, że pozna ją ze swoim dobrym znajomym, którego jakiś czas temu wyłowiła spośród licznych klientów, jacy odwiedzali jej sklep z męską odzieżą. Dziewczyna będąc wyrozumiałą nie chciała być dla gospodyni nachalna, ani natarczywa, nie drążyła więc dalej tego tematu obiecując jedynie, że niedługo do niego wróci. Przy kieliszku doskonałego wina pomysł wydawał się Agnieszce całkiem sympatyczny, ale teraz, gdy stała z rękami spłukującymi z naczyń resztki wczorajszego wieczoru, nie mienił się już tak różowo. Choć wcale sobie tego nie życzyła, znów zaczęła martwić się o kolegę z pracy. Pewnie spotka go dziś w redakcji. Jego jutrzejsza audycja również wymagała przygotowania. Poza tym otrzymywał całe stosy listów i setki maili, na które, podobnie jak ona, musiał odpowiedzieć. Część mógł co prawda załatwić w domu, ale wszystkiego z pewnością nie będzie w stanie ogarnąć.
Zamyśliwszy się spostrzegła, że od kilku minut szoruje jeden i ten sam talerzyk. Potrząsnęła głową i westchnąwszy szybko dokończyła porządki. Wzięła chłodny, orzeźwiający prysznic, choć miała ochotę na długą gorącą kąpiel. Obiecała ją sobie wieczorem. Wciągnęła jasne dżinsy, elastyczny, ciemnopopielaty t-shirt i rozpinaną koszulę z miękkiej flaneli, w dużą czarno czerwoną kratę. Przejrzała się w lustrze i względnie zadowolona z efektu narzuciła ciemnozieloną, na wojskową modłę szytą kurtkę. Spakowała do brunatnej, wysłużonej, ale niezastąpionej skórzanej torby dwa pudełeczka z sałatkami, sprawdziła obecność telefonu i wyszła z mieszkania.
Nie padało, niebo nieco się rozjaśniło, gdzieniegdzie zza chmur wyglądało słońce. W sumie było całkiem przyjemnie. Miała sporo czasu postanowiła więc pójść pieszo przez park. Bez przygód dotarła do redakcji. Zajrzała do studia Roberta, ale nie było go jeszcze. Zaparzyła sobie gorącej, mocnej kawy i zaczęła przeglądać pocztę zabraną z portierni. Raczej łatwą do przewidzenia lekturę przewał jej Wojtek, który, jak to miał w zwyczaju otworzył drzwi bez pukania.
- Cześć – powiedział. – Sorry, że nie zapukałem, ale jakoś się zamyśliłem.
- Co ty powiesz – odparła z przekąsem.
- Dużo masz dziś zajęć? – zapytał dziwnie podekscytowany. – Może wyskoczymy gdzieś wieczorem po pracy? Na kolację, znaczy się jakąś taką delikatną?
Lubiła go. Ale nic więcej. Wiedziała, że chłopak się nią interesuje w zakresie znacznie przekraczającym relacje służbowe, a nie chciała dawać mu złudnych nadziei. Gdyby traktował ją, jak zwyczajną koleżankę chętnie by z nim gdzieś wyszła, ale tak…
- Nie obraź się, Wojtuś, ale jestem strasznie zmęczona – odparła łagodnie. – Nie spałam prawie całą noc…
Widząc zawód i grymas na jego twarzy szybko dodała:
- Była u mnie wczoraj koleżanka i plotkowałyśmy niemal do rana. Muszę dziś odespać.
- OK. Spoko. To może jutro? Albo za sto lat?
- Jasne. Zobaczymy.
Chłopak wycofał się z pokoju. Zanim zamknął drzwi Agnieszka zagadnęła:
- Był już może Robert? Miał przynieść mi nagrania do audycji – skłamała.
Zanim Wojtek odpowiedział przemknęło jej przez myśl, jak łatwo od jakiegoś czasu przychodziły jej kierowane pod jego adresem kłamstewka. Kiedyś prawie nigdy nie oszukiwała i nie kłamała. Nie licząc oczywiście szkolnych nauczycieli, ale to była całkiem inna kategoria kłamstwa i nawet o tym w ten sposób nie myślała. Chodziło o takie zupełnie niezamierzone i nieplanowane, niemal zwyczajne zachowania, które cechowało jednakże oszustwo w czystej postaci. Odkąd pierwszy raz skłamała mu, że nie może z nim wyjść tłumacząc się chorobą, liczba nieprawdziwych informacji, jakie mu przekazywała niepokojąco wzrosła. Czy nie prościej było powiedzieć mu wprost, żeby dał sobie spokój? Nie zdobyła się na to pewnie z tego powodu, że łagodna forma adoracji, jakiej doświadczała była w sumie całkiem miła. Dla jej kobiecości przyjemna była świadomość, że płeć odmienna wyraża nią zainteresowanie.
… wcale – odpowiedział Wojtek.
- Słucham?
Tak się zamyśliła, że nawet nie usłyszała odpowiedzi.
- Mówię, że dzwonił przed południem do szefa, że jest na coś tam chory i że nie przyjdzie dziś do pracy i prawdopodobnie wcale, do końca tygodnia. Mam zrobić za niego audycję.
Agnieszka rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Nie przypominała sobie, żeby Robert kiedykolwiek odpuścił audycję z powodu choroby. Kilkakrotnie ktoś zastępował go tylko przy okazji dłuższych wyjazdów na wakacje. Ale zawsze zostawiał gotowe, skrupulatnie przygotowane wcześniej ścieżki.
- Spoko – dodał redakcyjny kolega. – Już to robiłem. Nie ma problemu. A tak w ogóle, to jakie to nagrania? Może ja mógłbym ci pomóc? – dodał wietrząc kolejną szansę spędzenia z nią dodatkowego czasu. – Mam bogatą fonotekę. Co prawda nie tak pokaźną, jak on, ale z pewnością coś wartościowego się znajdzie…
- To miała być niespodzianka – brnęła dalej w rozmijanie się z faktami. – Obejrzał ostatnio moją ramówkę i obiecał przygotować coś ekstra. Nie wspominał o tym?
- Ja nic nie wiem. Ale spytaj starego. Może jemu coś przekazał. Ale jakby co, to pamiętaj, że polecam swoje usługi.
Mrugnął porozumiewawczo i zniknął w korytarzu. Dziewczyna szybko dopiła kawę i wyszła z pokoju. Zbiegła schodami dwa piętra i energicznie zapukała w przeszklone drzwi, za którymi znajdowało się biuro naczelnego. Teraz dopiero dostrzegła, że szef mocno gestykulując rozmawiał przez telefon, zrobiło się jej nieco nieswojo i szybko się wycofała. Przypomniała sobie, że przełożony zapytany niegdyś przez jakiegoś dziennikarza, czy nie krępuje go takie siedzenie na widoku, odparł, że jakby nie to, to co i rusz musiałby wypraszać innych z gabinetu, lub przerywać niekiedy bardzo ważne rozmowy telefoniczne. Dzięki szklanym drzwiom, każdy mógł sam ocenić, czy w danym momencie nie będzie przeszkadzał. Dziewczyna bardzo szanowała szefa za profesjonalizm i błyskotliwy umysł, więc na to wspomnienie poczuła się, jak bezczelny, rozwydrzony dzieciak. Mężczyzna nie przerywając rozmowy spojrzał na nią i skinął ręką, by weszła. Bez słów pokręciła przecząco głową, ale wobec kilkakrotnych zapraszających gestów przełożonego delikatnie nacisnęła klamkę i wkroczyła do pokoju.
- Mówiłem przecież, żeby nie przyjmować tego rodzaju przesyłek!
Naczelny nie był zdenerwowany, ale widać było, że czyjaś postawa go podirytowała. Marsowa mina, jaką przybrała jego twarz powodowała, że marszczyła mu się również łysina. Z niewielkiej postaci sześćdziesięciolatka emanowała przepełniająca go wiedza i doświadczenie.
- Niech pan to włoży do jego segregatora i więcej tego nie robi.
Słuchał jeszcze chwilę tłumaczenia by stanowczo zakończyć rozmowę.
- Nie ma żadnych wyjątkowych sytuacji. Żegnam.
Odłożył słuchawkę i westchnął z niesmakiem.
- Co za ludzie! – powiedział siadając pierwszy i zapraszając jednocześnie dziewczynę, by zajęła miejsce naprzeciwko. – Przepraszam za moje maniery, ale dziś mam dość. Nie mam też już cierpliwości. Tyle razy tłumaczyć i jak groch o ścianę.
Agnieszka cierpliwie słuchała, ale widać mężczyzna zakończył już wywód w tej materii.
- Tak w ogóle, to bardzo przepraszam, że przeszkodziłam, ale …
- Ależ daj spokój – przerwał jej wykonując dłonią gest, jakby oganiał się od natrętnej muchy. – Bardzo dobrze, że wpadłaś. Właśnie miałem po ciebie posłać. Chodzi o Roberta.
Dziewczyna poczuła ukłucie niepokoju. Coś zbyt dożo na raz działo się wokół chłopaka.
- Czy coś mu się stało? – zapytała z nieukrywanym przejęciem. – Wojtek mówił, że jest chory..
- No właśnie – odparł. – Dzwonił przed dwunastą, że idzie na chorobowe do końca tygodnia. W sumie nie ma tragedii, byle tylko audycja poszła. Nie bardzo mogłem się z nim dogadać, ale chyba stwierdził, że ma gotowe materiały w domu. Trzeba by do niego podskoczyć. Głupio mi, że zwracam się z tym do ciebie, ale mam dziś urwanie głowy, a poza tym wiem, że chyba darzycie się sympatią, więc przy okazji dowiedziałabyś się, co mu się właściwie przytrafiło. Przez telefon nie wiele powiedział. Teraz w ogóle nie odbiera połączeń.
- Ależ nie ma sprawy, Henryku – odpowiedziała gorliwie wstając jednocześnie z miejsca. – Pewnie, że pojadę.
- Jeśli chcesz, to możesz wziąć ze sobą Wojtka. Ma za niego poprowadzić program, może chciałby więc z nim pogadać?
- Oczywiście. Zapytam go – odparła, choć niezbyt jej przypadł do gustu ten pomysł. – Chociaż może…
- Żartowałem – przerwał z uśmiechem Henryk. – Zmykaj już i szybko wracaj. Zajrzyj potem do mnie. O twoją audycję nie pytam, bo cię znam i jestem pewien, że wszystko masz już zapięte na ostatni guzik.
Dziewczyna przytaknęła i szybko wycofała się do drzwi.
- Acha – zatrzymał ją jeszcze. – Zapomniałbym zupełnie. Ten nowy gamoń z portierni przyjął jakieś nagrania dla Roberta. Podobno bardzo pilne, a nie ma nawet podanego nadawcy. Pewnie znowu jakieś śmieci. Tyle razy im powtarzałem, żeby nie przyjmowali takich przesyłek. Potem ludzie mają pretensję, że ich ignorujemy i tylko psują nam opinię. Bądź tak dobra i zabierz to po drodze. Niech chłopak sam oceni, czy warto zawracać sobie tym głowę. OK.?
- Jasne – odparła i już jej nie było.
Pospiesznie wróciła do siebie, ubrała się i po chwili zjeżdżała już windą. Na dole portier z miną winowajcy wręczył jej nieco przybrudzoną kopertę z wypisanym nieregularnymi literami nazwiskiem Roberta. Wyczuła, że w środku jest krążek CD, co było z resztą do przewidzenia.
- Kto to przyniósł? – zapytała chowając płytę do torby.
- A jakiś taki lump – odparł mężczyzna z zakłopotaniem. – Chyba niemowa, bo nawet słowa nie powiedział. Co miałem zrobić? – tłumaczył. – Położył to na ladzie i zanim zdążyłem cokolwiek rzec, już go nie było.
- Podobno mówił pan szefowi, że to bardzo ważne? – drążyła. – Skąd pan to wie, skoro nadawca nic nie powiedział?
Portier przestąpił nerwowo z nogi na nogę i chyłkiem rozejrzał się na boki. Pochylił się ku dziewczynie i konspiratorskim, przyciszonym głosem rzekł:
- Nie mówił, to fakt, ale miał w oczach coś takiego, że aż mnie zmroziło. Jakby przekazywał mi w ręce swoje życie. Nie wiem, jak to powiedzieć. Wie pani, trzeba było to zobaczyć.
- No dobrze – przytaknęła bez większego przekonania. – To zmykam. Nie żegnam się, bo nie długo wrócę.
Odwróciła się i pomknęła ku wyjściu. Portier odprowadzał ją tęsknym wzrokiem, aż zniknęła za drzwiami i wsiadła do taksówki. Chętnie by z nią pojechał, nie ma co. Potarł twarz wierzchem dłoni i odganiając kosmate myśli zaczął sortować dopiero co dostarczoną przez listonosza pocztę.
*
Stała przed drzwiami dobre pięć minut stukając w drewnianą powierzchnię, naciskając przycisk dzwonka, jednocześnie telefonując i wsłuchując się w dźwięk sygnału dobiegającego z wewnątrz. Miała już odchodzić, gdy uchyliły się drzwi wejściowe sąsiadującego z Roberta mieszkania i na klatkę schodową wynurzyła pyzatą twarz niska kobieta w średnim wieku. Wzrok miała świdrujący i wścibski do granic możliwości.
- No i czego pani tak tłucze? – zapytała bez pretensji, raczej z ciekawością w głosie.
Agnieszka zmieszała się nieco, ale będąc poważnie zaniepokojoną i zdeterminowaną ostatnimi poczynaniami mężczyzny postanowiła łatwo nie ustępować.
- Przepraszam – odparła grzecznie, ale nie z pozycji winowajcy. – Usiłujemy od rana skontaktować się z panem Robertem, ale bezskutecznie. Może wie pani, czy jest w ogóle w domu?
Kobieta popatrzyła na dziewczynę podejrzliwie przekrzywiając głowę na lewe ramię. Zanim zdążyła się odezwać, Agnieszka dodała:
- Jestem jego współpracownicą z redakcji. Szef kazał dostarczyć mu ważną przesyłkę, stąd moja natarczywość. Wie pani. Obowiązek, to obowiązek.
Sąsiadka uśmiechnęła się kwaśno. Otworzyła szerzej drzwi, ukazała cały swój krągły majestat i zakładając ręce pod łokcie wydęła policzki mówiąc:
- A jakże, jest – pokiwała głową z przekąsem. – Przyszedł nad ranem pijaniusieńki. Nie to żebym jakoś specjalnie się interesowała, ale taki hałas był, że myślałam, że może jakaś pijanica pomyliła drzwi, to i spojrzałam przez judasz.
Wystąpiła jeszcze o krok w kierunku Agnieszki i rozglądając się na boki dodała konspiratorskim, ściszonym głosem:
- Mocował się, powiem pani, z kluczami bite dziesięć minut. A jaki brudny i poobijany.
Kobieta spojrzała ku górze, jakby wzywała na pomoc boskie zastępy, lub prosiła samego stwórcę o łaskawość.
- To i uchyliłam odrobinę drzwi – kontynuowała – żeby zapytać, czy coś się złego nie stało, ale akurat uporał się z zamkiem i zniknął w mieszkaniu zanim zdążyłam coś powiedzieć. Od tamtej pory nie wychodził.
Widząc pytające spojrzenie dziewczyny szybko dodała:
- Akurat czyszczę boazerię w przedpokoju, to bym słyszała, jakby się drzwi otwierały. Echo tu się niesie, powiem pani, jak w lesie. I ściany cienkie. Takie teraz to budownictwo liche. Nie to, co w starych kamienicach. Tam to może się i regał zawalić, a nic a nic zza ściany nie słychać. Niech pani mocniej stuknie, bo będzie Pani tak stała do wieczora, aż się ocknie.
Agnieszka nie bardzo wiedząc, jak ma się zachować stuknęła nieco mocniej, ale widać nie o to chodziło wścibskiej sąsiadce, która nabrawszy pewności siebie, najwidoczniej postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Podeszła do drzwi i huknęła w nie po trzykroć kułakiem krzycząc jednocześnie tubalnym głosem:
- Hej, panie sąsiedzie! – wrzeszczała. – Otwórz no pan!
Odczekała chwilę i ponowiła szturm.
- Otwierać! – krzyknęła. – Milicja!
Zaskoczona dziewczyna aż podskoczyła.
- Nie, no teraz to pani już przesadziła – zestrofowała kobietę. – Zaraz wszyscy sąsiedzi się zbiegną, takiego hałasu pani narobiła. Może chłopakowi coś się złego przytrafiło, różnie to w życiu bywa, nie ma co od razu wyciągać pochopnych wniosków. To bardzo spokojny i kulturalny człowiek, a pani go bezpodstawnie oczernia.
Zaskoczona nieoczekiwaną burą sąsiadka otworzyła szeroko oczy i aż pokraśniała ze wstydu i złości.
- To pani tak do mnie?! – burknęła. – Ja pani pomóc chciałam!
Cofnęła się wyniośle ku swojemu mieszkaniu.
- Też się człowiek czasów doczekał – marudziła oburzona. – Poda rękę i co ma z tego? Przyjdzie taka niewiadomo skąd i jeszcze pyskuje.
Tego było Agnieszce już za wiele. Nie była z natury porywcza i uchodziła za bardzo spokojną osobę, ale obrażać się nie zwykła pozwalać. Zmarszczyła czoło i rzekła nieco podniesionym głosem:
- Niech się pani lepiej przymknie i z łaski swojej zamknie drzwi od wewnątrz, a potem zacznie z powrotem podsłuchiwać.
Kobieta jeszcze bardziej pokraśniała i zbita z tropu postawą dziewczyny zastosowała się do jej wskazówek. Agnieszka zrezygnowana i roztrzęsiona odbytą rozmową postanowiła raz jeszcze spróbować. Zastukała delikatnie w drzwi wychodząc z założenia, że jeśli Robert faktycznie jest w mieszkaniu to choćby nie wiadomo jak mocnym snem spał nie mógł zignorować takie ofensywy.
- Robercie – zaczęła spokojnym głosem. – Otwórz proszę. Chciałam zostawić ci tylko przesyłkę z redakcji. Jakiś włóczęga zostawił dla ciebie dysk i szef kazał mi…
Zanim skończyła drzwi otworzyły się energicznie i w progu stanął mężczyzna. Twarz miał spuchniętą i zmęczoną, sylwetkę zgarbioną, oczy płonęły mu dziwnym blaskiem. Bez słowa i zbędnych ceremonii ścisnął ją za łokieć i wciągnął do środka.
- Hej! – zaprotestowała. – No co ty wyprawiasz?! Puszczaj! To boli!
Chłopak na moment jakby ochłonął. Cofnął rękę i bez słowa poszedł do salonu i usiadł przed telewizorem. Przez szary ekran, co jakiś czas przebiegały poziome białe pasy, odbiornik ustawiony był na cały regulator, o czym świadczyły mocne, nieprzyjemne dla ucha szumy.
Dziewczyna weszła wolno do pokoju i uważnie rozejrzała się wzrokiem przepełnionym lękiem. W mieszkaniu panował bałagan. Wszędzie poniewierały się porozrzucane ubrania, zarówno czyste, jak i brudne, pokrwawione, żaluzje okienne były pozaciągane, mimo wczesnej pory dnia wnętrze spowijał półmrok, w powietrzu unosił się nieprzyjemny, stęchły zapach. Agnieszka otrząsnęła się z chwilowego oszołomienia, podeszła do okna i otworzyła je szeroko, wpuszczając do środka rześkie powietrze. To samo uczyniła w kuchni i sypialni, odsłaniając jednocześnie żaluzje. Chłopak nie zareagował na te czynności zdając się być nieobecnym.
*
Myśli Roberta były chaotyczne i zupełnie nieskonkretyzowane, rozbiegane, chronologicznie rozrzucone po różnych zdarzeniach jego życia. Raz siedział przy konającym psie i głaskając go po łbie patrzył, jak uchodzi z niego życie. To znów pił podły alkohol w towarzystwie nieznanych mu, podejrzanych typów. Innym razem patrzył na piękną, uśmiechającą się do niego dziewczynę, której imienia nie mógł sobie przypomnieć, choć miał wrażenie, że bardzo dobrze ją zna. Pomiędzy tymi w miarę realnymi wizjami przewijało się mnóstwo przeróżnych obrazów, śmiejących się, lub szlochających dzieci, wykrzywionych wściekłością twarzy, strug bryzgającej, szkarłatnej krwi i wymiocin. Nieraz był zupełnie sam w nieznanych zaułkach brudnych ulic, a niekiedy otaczał go napierający nań zewsząd wrzeszczący niezrozumiałe słowa tłum.
Spoglądał na samego siebie z pozycji obserwatora, jak biegnie przez las nerwowo oglądając się za siebie, ogarnięty narastającą trwogą, podświadomie przeczuwając, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo, ale nie miał pojęcia z czyjej strony. Gęstniejący od przejmującego strachu obraz zaczął drgać i tracić ostrość, by zaraz później zostać zastąpionym przez bardzo realistyczne uczucie duszenia się. W ostatniej chwili wychynął na powierzchnię zasnutego gęstą rzęsą stawu i zaczął łapczywie łapać potężne hausty powietrza wciągając jednocześnie chmary unoszących się tuż nad wodą drobnych owadów. Zaczął kaszleć i mocno tłuc ramionami na boki wzbijając wokół siebie zielono bure bryzgi. Dobrnął do pokrytego gnijącą darnią brzegu i kurczowo wczepił palce w rozmokłą, czarną glebę. Muliste dno nie chciało przestać więzić jego nóg przy każdym szarpnięciu wciągając je coraz głębiej. Trawa rwała się w palcach, błotnista ziemia nie dawała dłoniom oparcia. Mimo rozpaczliwej walki Robert czuł, że przegrywa zapadając się w grząskie dno coraz bardziej. W końcu zniknął pod powierzchnią.
Przyglądał się teraz z brzegu, jak jego ciało pochłania brudna woda, a miejsce, w którym znika niemal natychmiast nieruchomieje pokrywając się na powrót gęstą rzęsą wodną. Odwrócił się i ujrzał stojącą nieopodal, skrytą w cieniu sędziwej wierzby, pochyloną postać z opuszczoną głową, nakrytą kapeluszem z szerokim rondem. Bał się jej, a jednocześnie ciekawość kazała mu coraz bardziej zbliżać się do drzewa. Zatrzymał się niespełna dwa metry od nieznajomego, gdy ten wówczas uniósł głowę i spojrzał na Roberta jarzącymi się wściekłą czerwienią oczami. Zarówno zmęczona, stara twarz, brudna odarta odzież, jak i jej wyraz były mu skądś znane. Mężczyzna przerażał go, a zarazem fascynował i choć czuł, jak ogarnia go przerażenie, nie mógł ruszyć się z miejsca. Starzec zaczął wykrzykiwać do niego jakieś słowa, ale powstały nagle porywisty wiatr kradł je zachłannie, nie pozwalając mu wychwycić ich sensu. Wytężał słuch wyciągając głowę w kierunku mówiącego, któremu coraz silniejsze podmuchy zdarły nakrycie głowy przesłaniając twarz długimi kosmykami siwych włosów. Włóczęga uniósł ku niemu dłonie i wtedy Robert zaczął chwytać strzępki słów. Rozpoznał swoje imię, które początkowo docierało do niego bardzo zniekształcone. Stało się całkiem wyraźne, gdy przestał dąć wicher, a mężczyzna zbliżył się i chwytając go za ramiona zaczął nim gwałtownie potrząsać wywrzaskując mu je prosto w twarz. Chłopak chciał odpowiedzieć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Pocięta siatką głębokich zmarszczek twarz wygładziła się, włosy zgęstniały i zaczęły przybierać coraz ciemniejszy odcień. Przekrwione oczy przyjęły bardziej okrągły kształt nabierając brązowego odcienia, głos brzmiał coraz bardziej znajomo, ale zupełnie nie pasował już do starego włóczęgi. Robert czuł się bezwolny. Rozmywająca się, zmieniająca kształty i kolory postać szarpała nim coraz mocniej. W pewnym momencie prawa ręka poszybowała w górę i jego policzek rozognił się od silnego uderzenia otwartą dłonią. Głos wykrzykujący jego imię stał się bardziej klarowny i zaczął przybierać wysoką, bardziej kobiecą tonację. Poczuł drugie, jeszcze silniejsze uderzenie i wówczas rozmazujący się obraz zniknął, otoczenie rozjaśniło się, powietrze zaczęło smakować wilgotną jesienią.
- Robert! – krzyczała Agnieszka potrząsając go za ramiona. – Robert! Ocknij się wreszcie!
Zamrugał, jakby próbował pozbyć się podwiniętej pod powiekę rzęsy. Spojrzał na nią przytomnym, choć bardzo zdziwionym wzrokiem.
- Co się stało? – zapytał nieco drżącym, zachrypniętym głosem.
Dziewczyna cofnęła ręce i usiadła na podłodze.
- Boże – powiedziała z troską w głosie. – Co się z tobą dzieje?
Chłopak obejrzał swoje dłonie samemu nie wiedząc, czego się spodziewać. Wyglądały normalnie. Potarł twarz i przeczesał posklejane potem włosy. Gdy palce dotarły do rany opatrzonej prowizorycznym opatrunkiem syknął z bólu. Jednocześnie poczuł pieczenie spowodowane rozcięciem warg. Z wolna zaczął sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Wizytę w podrzędnej spelunce i szemrane towarzystwo, Jeremiasza i psa, słowa dziewczyny...
- Co powiedziałaś? – spytał patrząc na nią podejrzliwie.
- Pytałam, co się z tobą dzieje? Nie dajesz znaku życia, to do ciebie nie podobne. W redakcji wszyscy się o ciebie martwią. Henryk…
- Nie o to mi chodzi – przerwał jej bezceremonialnie. – Mówiłaś, że coś dla mnie przyniosłaś?
W pierwszej chwili zatroskana dziewczyna nie zrozumiała, o co chodzi i przez moment wpatrywała się w niego w milczeniu.
- Płytę – powiedział wolno, beznamiętnym tonem. – Mówiłaś coś o płycie. Od jakiegoś włóczęgi.
Dziewczyna podskoczyła, jakby poraził ją elektryczny pastuch.
- Płyta? – zapytała zaskoczona. – A tak. Między innymi, a właściwie to głownie po to przyszłam. Portier, wiesz ten nowy, nie wiedział, że szef zabronił przyjmowania jakichkolwiek przesyłek od anonimowych nadawców i gamoń to odebrał. Zaadresowana jest na ciebie…
Wyciągnęła z torby poplamioną kopertę.
- O kurczę – powiedziała speszona. – Ledwo widać już litery. Powycierały się od wilgoci…
To rzekłszy wyciągnęła przesyłkę do przyglądającego jej się uważnie chłopaka.
- W środku jest chyba płyta. Koperta była już taka pobrudzona. Przyniósł ją jakiś lump i zaraz się ulotnił. Tak przynajmniej powiedział portier. Proszę. Jest, a raczej do niedawna było na niej twoje nazwisko.
Robert odebrał przesyłkę i pogładził ją delikatnie, z namaszczeniem. Wyczuł pod palcami okrągły kształt, ale wstrzymywał się przed otwarciem koperty. Wpatrywał się w niemal niewidoczne już, koślawo nakreślone litery, jakby próbował odczytać z ich układu inny, jakiś ukryty sens przekazu.
- Nie otworzysz? – zapytała dziewczyna.
Nie odpowiedział. Wstał i podchodząc do okna uniósł kopertę pod światło i obracając ją na obie strony począł się jej przypatrywać.
- Robert?
Agnieszka czuła się coraz bardziej nieswojo. Jak intruz profanujący swoją obecnością jakieś tajemnicze misterium doznań. Nie była w stanie podjąć decyzji, co do dalszego działania. Jedna jej część, ta kierowana chłodnym rozsądkiem, kazała pożegnać się i wyjść. Druga zaś, gorejąca pod falującymi od przyspieszonego oddechu piersiami, podszeptywała coraz bardziej natarczywie, żeby została, poczekała na rozwój wydarzeń, obserwowała jego postawę, zachowanie, dowiedziała się, co powoduje pogłębiającą się w nim przemianę.
- Powinnaś już iść – powiedział nie przestając wpatrywać się w kopertę. – Zabierz teczkę z materiałami dla Wojtka. Leży na szafce z telefonem.
Dziewczyna przyglądała mu się uważnie dostrzegając, że doręczona prze nią przesyłka wyraźnie go pobudziła. Była nieco zaskoczona i zdezorientowana, gdyż, jak do tej pory, za każdym razem, gdy portier przyjmował adresowane na niego anonimowe przesyłki denerwował się i narzekał. Nie tylko to było niepokojące. W całokształcie zachowywał się zupełnie, jak nie on. Zaczęła żałować, że w ogóle tutaj przyszła. Szkoda jej nerwów.
- Dobrze – rzekła ruszając do drzwi. – Powinieneś chyba pójść do lekarza.
Z rezygnacją zapakowała wskazaną teczkę. Wychodząc zawahała się na moment i po chwili wróciła do salonu.
- Co mam powiedzieć Henrykowi? – zapytała. – O audycji i w ogóle?
- Niech się nie martwi – odparł nie odwracając się jej stronę. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Lepiej nigdy nie było. Wszystko jest w teczce. Kretyn by zrozumiał.
Wyszła cicho zamykając drzwi. Złapała taksówkę i po kilku minutach była z powrotem w redakcji.
*
Nie mogła tej nocy zasnąć. Wypita do poduszki całkiem spora lampka wina przyniosła pomoc jedynie na godzinę z lekkim okładem. Obudziła się niespokojna, rozpalona, z potwornym bólem głowy. Spojrzała na zegarek i westchnęła z goryczą. Przespała niecałe dwie godziny. Powłócząc nogami udała się do łazienki, przepłukała twarz letnią wodą i zaczęła się wpatrywać w spoglądającą na nią z lustra twarz. Miała wyrzuty sumienia, że nie powiedziała Henrykowi prawdy, że nie podzieliła się targającymi nią obawami dotyczącymi Roberta. Czy postąpiła słusznie? Nie była przecież psychologiem i nie miała prawa wydawać osądów o stanie zdrowia kogokolwiek, ale z drugiej strony zapewnienie przełożonego, że z kolegą jest wszystko w porządku też było dalekie od rzeczywistości. Przynajmniej według jej odczuć. A w końcu do to nich odwoływał się redaktor pytając ją o zdrowie młodego dziennikarza. Cóż. Zrobiła, co zrobiła i w tej chwili nie miała już na to wpływu. Minęły trzy dni, audycję poprowadził Wojtek. Materiały przekazane w teczce okazały się być dobrze opracowanymi, co zdawało się tylko potwierdzać jej relację, że chłopak jest po prostu przeziębiony. A przecież tak nie było. Postanowiła, że jutro wstanie wcześniej i pójdzie prosto do redakcji, przeprosi i podzieli się z przełożonym wątpliwościami. Jeśli Henryk uzna, że sprawa jest poważna, to będą mięli dosyć czasu, by opracować zastępczą audycję, lub znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Czy będzie to w porządku wobec Roberta? Długo się wahała, ale w końcu uznała, że dla czego nie? Chłopak od jakiegoś czasu traktował ją jak pierwszą lepszą… Jak kogoś gorszego, jakiegoś natręta, a ona mimo to próbowała go chronić. W imię czego? Po co ryzykowała swoją karierę, dla kogoś, kto nie ma dla niej i dla jej pracy najmniejszego szacunku? I w końcu przecież nie powie niczego niezgodnego z własnymi głęboko przemyślanymi spostrzeżeniami. Nie będzie to zemsta, czy złośliwość za brak okazanego zrozumienia, odwzajemnienia… Nie. Nie powinna dłużej o tym myśleć. Ma wystarczająco dość własnych zmartwień, by jeszcze przejmować się czyimiś wyimaginowanymi problemami. Przecież może to właśnie jej wyobraźnia wypaczała całą tę sytuację, która w rzeczywistości wcale nie musiała wyglądać aż tak źle?
Tak rozmyślając i prowadząc wewnętrzną argumentację raz popierającą, innym zaś razem negującą podjętą decyzję, zażyła dwie pastylki relanium i położyła się zasypiając po niespełna kwadransie.
Przeszywający dźwięk tak gwałtownie wyrwał ją z głębokiego snu, że przez dłuższą chwilę nie była świadoma, co się wokół niej dzieje. Dopiero po kilkunastu sekundach kakofonicznego brzęczenia uświadomiła sobie, że to zrobił jej pobudkę przestawiony w nocy budzik. Niechętnie wstała i pospiesznie doprowadziła się do względnego porządku. Poranną kawę postanowiła wypić w pracy, delikatny makijaż narzucić w taksówce, śniadanie zjeść w pobliskim barze sałatkowym, który oferował również szereg dań sałatkami wcale nie będących.
Po kilkunastu minutach była już w redakcji. Od recepcjonisty dowiedziała się, że Henryk jest już u siebie, nie tracąc więc czasu ruszyła wprost do jego biura. Przez szybę zauważyła, że mężczyzna siedzi za biurkiem uważnie śledząc informacje na monitorze służbowego komputera. Zanim zdążyła zapukać, przełożony dostrzegł ją i energicznie zaprosił do środka gestem ręki trzymającej w dłoni filiżankę z kawą. Kilka kropel umknęło z naczynia i niemal bezdźwięcznie spadło na biurko. Zanim redaktor zdążył skomentować swoją niezręczność, dziewczyna z uśmiechem wytarła biurko papierowym ręcznikiem. Podobna sytuacja miała miejsce średnio raz w tygodniu, tak że nie wywoływała już zażenowania u żadnego z nich.
- Widziałaś to? – zapytał podekscytowany. – Niesamowite! – kontynuował zanim zdążyła odpowiedzieć. – I to dosłownie parę przecznic od nas! Trzeba koniecznie zrobić o tym reportaż, dowiedzieć się czegoś więcej, dotrzeć do źródeł, znaleźć innych, podobnych. To może być temat roku!
Podekscytowany spojrzał na dziewczynę z pytającym spojrzeniem.
- Jak sądzisz?
- Chwileczkę – odparła z lekkim uśmiechem. – Nie pozwoliłeś dojść mi do słowa. Prawdę mówiąc nie wiem, o czym mówisz, dopiero przyszłam do redakcji i tak szczerze powiedziawszy, to przyszłam porozmawiać o Robercie. On…
- Robert może poczekać – przerwał. – Wszystko może poczekać. Musisz koniecznie to zobaczyć!
Już przekręcał monitor w jej stronę, gdy dostrzegł wyraz jej twarzy. Znieruchomiał z wyciągniętymi w poprzek biurka rękami.
- O co chodzi? – zapytał.
- O Roberta.
- Co z nim?
- Nie powiedziałam ci całej prawdy. Przepraszam, ale ja… Nie miałam złych intencji, po prostu… Ja… Nie bardzo wiedziałam, nie byłam pewna, czy…
- Spokojnie – rzekł Henryk opadając na fotel. – Usiądź, proszę, i zacznij od początku.
W tym momencie Agnieszka po raz kolejny dziękowała wszelkim mocom sprawczym za to, że ma takiego szefa. W takich sytuacjach był niezastąpiony. Miała wrażenie, że był w stanie uspokoić ją nawet, gdyby miała przyłożony do gardła nóż. Usiadła i odetchnęła głęboko.
- Wydaje mi się, że dzieje się z nim coś niedobrego. Od pewnego czasu zachowuje się dziwie, jest jakby inny, nieobecny. To jego zwolnienie, przeziębienie, angina, czy czort wie co jeszcze… To nie do końca pokrywa się z rzeczywistością. Wątpię, żeby w takim stanie nadawał się do pracy, a nawet jeśli to…
- Przepraszam, że ci przerywam, ale Robert jest już u siebie w biurze.
- Słucham?
- Był u mnie rano. Wyszedł tuż przed tobą. Szczerze powiedziawszy nie zauważyłem, by działo się z nim coś szczególnego. Był jak zwykle pełen entuzjazmu, przeprosił za chwilową niedyspozycję i wrócił do pracy nad audycją.
Dziewczyna wpatrywała się w przełożonego z niedowierzaniem. Poczuła się niezręcznie, jak przewrażliwiona uczennica.
- Posłuchaj – kontynuował Henryk. – Każdy od czasu do czasu przechodzi w życiu kryzys, ale w końcu od czego ma się przyjaciół? – przerwał na chwilę uważnie się jej przyglądając. – Śpisz ostatnio dobrze?
Myślała, że się przesłyszała. O ironio! Przyszła porozmawiać o dziwnym zachowaniu kolegi, a sama wyszła na niezrównoważoną. Przynajmniej w oczach redaktora. Mocno zacisnęła palce na torebce i spuściła głowę. Dawno nie czuła się tak zażenowana.
- Przepraszam – powiedziała w końcu wstając. – Nie powinnam była… Może…
- Nie masz za co przepraszać – wtrącił łagodnie mężczyzna zatrzymując ją gestem ręki. – Nie zrobiłaś przecież nic złego. Redaktorką jesteś wspaniałą, a że dodatkowo troskliwa z ciebie dziewczyna i dobra koleżanka, to świadczy tylko i wyłącznie na twoją korzyść. W dzisiejszych czasach ogarniętych obłudą i znieczulicą takie cechy to skarb. Wracaj do pracy i nie przejmuj się.
Agnieszka nie do końca przekonana słowami przełożonego bąknęła pod nosem coś niezrozumiałego i cicho opuściła pokój. Widząc jej zdenerwowanie dodał jeszcze.
- Nie powinienem o tym mówić, ale widzę, że są to dla ciebie sprawy ważne. I nie powiedziałbym ci, gdybym nie darzył cię zaufaniem, jak na prawdę mało kogo.
Dziewczyna stała w progu niezdecydowana.
- Zamknij drzwi, proszę – rzekł. – I usiądź jeszcze na chwilkę.
Gdy kobieta zastosowała się do prośby, kontynuował:
- Robert powiedział mi, że nie czuł się ostatnio zbyt dobrze. Grypa, czy angina, ogólne przeziębienie i osłabienie jesiennym przesileniem, do tego objawy depresji, chandra. Tak to określił.
- To ci dopiero fachowa diagnoza – bąknęła.
- Miał też jakieś problemy rodzinne, o których nie chciał mówić – kontynuował. – Ale wszystko się już szczęśliwie wyjaśniło. Więcej nie powiem, bo i szczerze powiedziawszy sam nie mam takiej wiedzy. Jeśli będzie miał ochotę, sam ci wyjaśni. Wyznał mi jeszcze, że bardzo pomogła mu twoja wizyta i długa, rzeczowa rozmowa, jaką przeprowadziliście. Szczegółów nie zdradził, ale zapewniał, że dzięki niej szybciej się pozbierał i to jest dla mnie, dla nas, w tej chwili najważniejsze.
Na chwilę przerwał i wbił spojrzenie w obracany w palcach ołówek jakby się usilnie zastanowił nad czymś szalenie skomplikowanym.
- I ta twoja stawiająca na nogi, wyśmienita kawa – podjął. – Cha, skąd ja to znam. Nikt w całej redakcji nie potrafi przecież zaparzyć równie pysznej kawy, jak ty. Poza tym, twoja wizyta u Roberta, a raczej jej efekt, dla mnie jest dodatkowo potwierdzeniem, że postąpiłem słusznie wysyłając do niego ciebie. Wiedziałem, że sobie poradzisz. Dobra robota.
Agnieszka słuchała słów przełożonego, jakby relacja, o której mówił dotyczyła kogoś innego, opowiadała o sytuacji, w której wcale nie uczestniczyła. Długa, rzeczowa rozmowa? Jaka kawa? Machinalnie skinęła głową, bez słowa opuściła gabinet szefa i zamyślona ruszyła do swojego biura. Nastawiła czajnik, rozebrała się i usiadła przy biurku. Chłopak nakłamał, czego dotychczas nie zwykł robić. Co gorsza, uczynił ją tym samym współwinną i nie czuła się z tym dobrze. Czy powinna powiedzieć Henrykowi o swoich wątpliwościach? Ale czy nie wyszła by wówczas na jeszcze bardziej fantazjującą, roztrzęsioną i rozhisteryzowaną? Komu uwierzyłby szef? Pytania, pytania, pytania…
Długo się zastanawiała, co powinna zrobić. Wahała się pomiędzy puszczeniem wszystkiego w niepamięć, przyjęciu postawy biernego obserwatora i czekaniu na dalszy rozwój wydarzeń, a natychmiastowym rozmówieniem się z kolegą. Dopiła kawę, narzuciła żakiet i ruszyła podjąwszy decyzję o realizacji drugiej opcji. Przed drzwiami zawahała się. Zapukała. Raz, drugi, trzeci, coraz mocniej.
- Hej! – usłyszała za plecami. – Z choinki się urwałaś, dziecino?
Korytarzem szła energicznym krokiem Teresa, szara eminencja redakcji, człowiek od brudnej roboty. Niespełna pięćdziesięcioletnia, elegancka kobieta, jak chyba nikt inny znała się na dziennikarskim rzemiośle. I korzystała z tego przy każdej nadarzającej się okazji. Nie istniały dla niej sytuacje niezręczne, zbyt delikatne, czy nierozwiązywalne. Była jedną z tych, którzy w oczach opinii publicznej postrzegani byli jako pozbawieni uczuć i goniący za sensacją karierowicze, którzy aby osiągnąć cel, potrafili drugiego człowieka zniszczyć bez mrugnięcia okiem depcząc jego uczucia. Może i coś w tym było, ale Agnieszka była pewna, że to tylko taka zewnętrzna otoczka, wymuszona obowiązkami, jakie nakładała na nią redakcja. Wewnątrz, głęboko, kryła się w niej wrażliwa kobieta. Mimo takiego przeświadczenia dziewczyna nie pałała do starszej koleżanki zbyt dużą sympatią, a raczej ograniczała się wyłącznie do szacunku dla jej wiedzy i rzemiosła. Kobieta była nonszalancka, bezczelna i zbyt bezpośrednia. Do tego dochodził jeszcze ten jej protekcjonalny ton, który niezmiernie drażnił nie tylko Agnieszkę, ale chyba wszystkich w redakcji. Oprócz Henryka, rzecz jasna. Przy nim Teresa powstrzymywała się od komentowania wszystkiego z pozycji mentora. Kobieta była bez wątpienia świetnym fachowcem, niemniej Agnieszka uważała, że pewnych granic nie powinno się przekraczać, bez względu na sytuację i nie raz zastanowić się, czy swą chęcią osiągnięcia sukcesu nie tratuje się innych. Cóż. Może właśnie dla tego ona od blisko trzech lat przygotowywała blok poetycki i audycje dla dzieci, podczas gdy Teresa była zastępcą naczelnego, mimo iż pracuje w redakcji dopiero sześć miesięcy.
- O co ci chodzi? – zapytała Agnieszka zaprzestając pukania.
- Oj dziecko, dziecko – uśmiechnęła się dobrotliwie kobieta. – Kto ma lepiej od ciebie wiedzieć, że przygotowując audycję siedzi ze słuchawkami na uszach?
Nie czekając na odpowiedź, Teresa niknęła za zakrętem korytarza. Dziewczyna po raz kolejny tego dnia poczuła się niezręcznie. Który to już raz ostatnimi czasy? I najgorsze w tym wszystkim to, że oczywiście Teresa miała rację. Jak zawsze z resztą. Przeklęła w duchu i otworzyła drzwi. Robert siedział przed komputerem, rzecz jasna w słuchawkach. Bez słowa spojrzała mu przez ramię. Na monitorze widniała ramówka jego audycji. Lista piosenek oraz propozycje alternatywne, najistotniejsze fragmenty treści maili i listów, na które miał odpowiedzieć na antenie, hasłowo wymienione tematy, które zamierzał poruszyć podczas krótkich wejść pomiędzy prezentowanymi utworami oraz szereg krótkich informacji, których nie rozumiała, bądź nie mogła dokładnie przeczytać. Chłopak był bardzo dokładny. Zawsze tak się przygotowywał, aby maksymalnie wykorzystać swój czas antenowy i w jak największym stopniu wypełnić go muzyką i historiami o tematyce z nią związanymi, nie tracąc czasu na jałowe komentarze. Pieczołowicie przygotowywane i prezentowane później utwory układał tak, by uniknąć konieczności wyciszania poszczególnych piosenek przed cogodzinnymi wiadomościami, co w jego przeświadczeniu, było oznaką braku profesjonalizmu. Do tego dochodził jeszcze, przede wszystkim, szacunek zarówno dla słuchacza, jak i dla muzyków i autorów kompozycji.
- To tak – zwykł mawiać. – Jakby przerwać w półsłowa czyjąś wypowiedź, lub doczytać wiersz do połowy.
Niewątpliwie miał swoje racje. Już miała delikatnie położyć mu na ramieniu dłoń, gdy spostrzegła, że kabel słuchawek nie jest podłączony do stacji, tylko do małego, trzymanego w drżących dłoniach discmana. Place zaciskały się na urządzeniu kurczowo, palce były niemal białe. Aż dziw, że delikatny odtwarzacz jeszcze nie popękał. Stała chwilę niezdecydowana.
- Robert ? – powiedziała niepewnie, po czym powtórzyła głośniej. – Robert!
Dotknęła jego ramienia starając się uspokoić dygoczącą dłoń. Chłopak nie zareagował. Potrząsnęła mocniej nie odnosząc jednakże oczekiwanego skutku. Obeszła fotel z boku i pełna obaw spojrzała na kolegę. Jego twarz była nieruchoma, zastygła. Usta wpół przymknięte, z nerwowo drżącymi kącikami, szeroko, do granic możliwości wytrzeszczone oczy. Wygląd był niesamowity i jednocześnie straszny. Całkowity brak kontaktu z otoczeniem. Szarpnęła mocniej, ale z równie miernym efektem. Zdesperowana pociągnęła cienkie kable zsuwając słuchawki z uszu. Spodziewała się coś usłyszeć, ale z małych głośników nie dobiegały żadne dźwięki. Nawet gdyby moc nastawiona była minimalnie, co zupełnie nie było w jego stylu, chłopak musiałby odczuć różnicę i zareagować. Poza tym dziwne było, że nie słyszał jak stukała do drzwi, jak weszła, jak do niego mówiła. Dziewczyna profilaktycznie odstąpiła dwa kroki w tył i obserwowała kolegę. Robert przez chwilę zdawał się wcale nie być świadomym jakichkolwiek zmian. Nadal siedział z niezmienionym wyrazem twarzy ściskając między kolanami odtwarzacz. Przekrzywione słuchawki nadawały mu komicznego wyglądu, ale Agnieszce bynajmniej do śmiechu nie było. W pewnym momencie, po upływie bez mała minuty niezręcznego milczenia, fotel Roberta zaczął wolno obracać się w jej stronę. Miała wrażenie, dała by wręcz za to głowę, że robił to niezależnie od siedzącego. Ustał, gdy mężczyzna znalazł się naprzeciwko niej. Wówczas jego powieki i wargi zaczęły wolno zbliżać się ku sobie. Nagle energicznym ruchem zerwał z głowy słuchawki i podniósł się z miejsca.
- Co ty, do cholery, robisz?! – naskoczył na dziewczynę. – Przestaniesz mnie wreszcie dręczyć? Prześladować? Nie dociera do ciebie, że nie jestem tobą zainteresowany! Przyłazisz, ględzisz, siejesz ferment i tylko przeszkadzasz w pracy!
Uderzył się nasadą dłoni w skroń, jakby próbował naprawić szwankujące urządzenie.
- Jak ci się chce jebać – podjął. – To sobie znajdź jakiegoś sobie podobnego pajaca i nie truj mi dupy! Czy to, kurwa, do ciebie wreszcie dotarło, cipo głupia?!
Teraz to dziewczyna stała z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami, z niedowierzaniem wpatrując się w osobę stojącą metr od niej. Nie mogła złapać tchu. Jak to możliwe, by ten miły…
- No co tak, kurna, stoisz?! – kontynuował atak Robert. – Wypad mi stąd! Raz!
Otworzył drzwi i bezceremonialnie wypchnął dziewczynę na zewnątrz, z rozmachem trzaskając za jej plecami. Postała chwilę próbując zebrać rozbiegane myśli. Rozejrzała się sprawdzając, czy byli świadkowie jej „wyjścia”, ale w korytarzu akurat nikogo nie było. Niepewnie, na chwiejnych nogach ruszyła do swojego pokoju początkowo wolnym, a z czasem całkiem żwawym krokiem. Co to niby miało być? Jak on śmiał?! Łzy złości i upokorzenia nabiegły jej do oczu. Unikając spotkania z kimkolwiek dotarła do swojego małego redakcyjnego królestwa, przekręciła za sobą klucz w drzwiach odcinając się od otoczenia i zrezygnowana opadła na fotel. Przymknęła oczy i próbowała zapanować nad rozedrganymi nerwami i niespokojnym, przyspieszonym oddechem.
- I po co ci to było? – powiedziała w pustkę.
Westchnęła głęboko i potrząsnęła głową.
- Wystarczy już tego – kontynuowała. – Nie ma co się dalej dręczyć. Pieprzę to!
Wstała i zabrała się za przyrządzanie kawy. Postanowiła raz na zawsze przestać interesować się kolegą, poza koniecznymi kontaktami zawodowymi, które przy odrobinie organizacji może także praktycznie całkowicie wyeliminować. Tak właśnie zrobi. Nie ma co płakać. Fakty są jakie są. Po woli przebierająca się miarka wzbierała, rosła, pęczniała, aż właśnie definitywnie się rozlała chlapiąc na boki cuchnącą zawartością. Po co do cholery jasnej zawracała sobie głowę jakimś dupkiem? Właśnie! Dupek! To właściwe słowo określające takich gówniarzy. Oto spotkała na swej życiowej drodze kolejnego dupka, na którego szkoda jaj cennego czasu. Z twardym postanowieniem zaparzyła aromatyczną kawę, przykryła kubek spodkiem i ponownie ruszyła do gabinetu szefa.
***
Robert od kilku dni nie mógł przestać słuchać muzyki z płyty, którą otrzymał od anonimowego nadawcy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszał. Miał się za znawcę, a przynajmniej za dobrze zorientowanego w muzyce, ale to czego doświadczał wsłuchując się w zaskakująco piękne i do niczego nie podobne dźwięki, przechodziło wszelkie oczekiwania. Nigdy nie doświadczył takich emocji, nie czuł takiej pasji i zarazem nie ogarniał go taki spokój, taka niczym nie zmącona wewnętrzna harmonia. Początkowo muzyka niczym szczególnym go nie zafascynowała, a jedynie odrobinę zaintrygowała, co jednakże wystarczyło, by sięgnął po nią po raz kolejny. Za którymś kolejnym już razem złapał się na tym, że nie poczuł, jak niedopałek przypala mu skórę palca. Ból zaczął odczuwać dopiero, gdy płyta się skończyła. Rozbawiło go to i podekscytowało zarazem, bo świadczyło, że znalazł naprawdę niesamowitą muzykę. Mniej było mu do śmiechu, gdy kolejnym razem po powrocie do świadomości stwierdził, że siedzi na podłodze w kałuży moczu. Zaniepokoił się znacznie i postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczym nagraniu. Było to trudne, bo płyta w ogóle nie była opisana, ścieżki muzyczne nie nazwane, źródło nie do odszyfrowania. Nic. Pozostawał ów włóczęga, który budził w nim emocje porównywalne z… Nie, to niedorzeczne. Co to w ogóle za pomysł? Głupie, prostackie skojarzenia i przypadkowe zbiegi okoliczności, a on już wietrzy jakieś absurdalne sensacje. Ale czy na pewno ma rację? A może jednak się myli i po prostu nie chce dostrzec tak wyraźnie widocznych związków? Walczył z własnymi domysłami i przypuszczeniami by wreszcie przyznać, że muzyka ekscytuje i absorbuje go w bardzo podobny sposób, co osoba nieszczęsnego Jeremiasza. Nie może tego dłużej ignorować i udawać, że nie istnieją żadne relacje wiążące ostatnie niezwykle dla niego wydarzenia. Przecież wszystko zaczęło się właśnie od włóczęgi. Odkąd go poznał jego życie zaczęło płynąć innym, bardziej zawiłym bogatym we wrażenia korytem. I to on, Jeremiasz, musi być kluczem do rozwiązania zagadki tajemniczej płyty, a ściślej wpływu, jaki jej zawartość na niego wywiera. Nie mógł się dłużej oszukiwać i nie przyznać, że osoba bezdomnego zaczęła absorbować jego myśli w stopniu praktycznie uniemożliwiającym skupienie uwagi na czymkolwiek innym.
Nagle, w jednym momencie, w którym obnażył się przed sobą samym przez głowę przemknęło mu, że dzień, w którym spotkał bezdomnego był bodaj najgorszym, jaki mu się ostatnimi laty przydarzył. Szlak by trafił tego starego pierdołę! Nie wiedział już, czy ma ochotę włóczędze pomóc, czy też życzy mu śmierci. Śmierć. Tak, to może być jedyne słuszne rozwiązanie. Kto tam będzie się martwił takim dziadygą, cuchnącym odpadem, drgającą ostatkiem sił padliną. A on przynajmniej znów będzie mógł spokojnie oddychać.
Mimo późnej godziny wybiegł z mieszkania i ruszył do znajomego zaułka. Ze zdziwieniem stwierdził, że nieliczni o tej porze przechodnie ustępowali mu z drogi przyglądając mu się dziwnie. Dopiero po chwili stwierdził, że ma na sobie brudne i dodatkowo zakrwawione ubranie. Może to i lepiej. Łatwiej będzie mu się wtopić w tłum, czy raczej w rzeczywistość ku której zmierzał. Z każdym krokiem zbliżającym go do miejsca, w którym zwykł spotykać włóczęgę, odczuwał coś na podobieństwo zawrotów głowy, wywołanych w nadmiarze wypitym alkoholem. Nie było to przyjemne uczucie, zwłaszcza, że nienaturalne i szybko wzbierające na intensywności. Tuż przed zakrętem w wąską uliczkę, zahaczył o wyżej niż inne wystający krawężnik i niemal bezwładnie runął w niewysoki, oddzielający chodnik od jezdni, żywopłot. Z trudem wstał zupełnie nie przejmując się rozdarciem rękawa i chwiejnym krokiem ruszył w głąb ciemnej przecznicy. W nikłym blasku niewielkiego ogniska siedziało dwóch brodatych mężczyzn. Mniejszy, raczej filigranowej budowy z zarostem brudno siwym, rzadkim i łysiejącymi zakolami, drugi, wyraźnie młodszy, brodę miał gęstą, włosy długie i sylwetkę zapaśnika. Na widok zbliżającego się Roberta schowali pękatą flaszkę, z której popijali trudny do zidentyfikowania płyn.
- Czego tu? – rzucił hardo młodszy.
- Spokojnie – z trudem wydukał redaktor. – Szukam… Szukam takiego jednego…
- Tu go nie ma – włączył się do rozmowy staruszek. – Nie ma tu nikogo, kogo mógłbyś szukać.
- Więc wypieprzaj stąd – dodał drugi. – Nie trzeba nam tu nowych. Ledwo dla nas miejsca wystarcza.
Robert zachwiał się na w dalszym ciągu lekko niepewnych nogach i krótko parsknął najwyraźniej rozweselony rozmową.
- To wy myślicie, że ja ... – rzekł bełkotliwie. – Że ja tu do was… Że z wami… Że tu mieszkać przyszedłem?
Zaśmiał się zataczając jeszcze mocniej, ale po chwili przypomniał sobie swój wygląd. Tymczasem młodszy z mężczyzn wstał i przyglądał się młodzieńcowi, ściskając w dłoni kawał grubej deski.
- Spokojnie – rzekł pojednawczo Robert. – Powiedzcie tylko, gdzie szukać Jeremiasza i już mnie nie ma.
- Nie znamy nikogo takiego – odparł wolno młodszy z włóczęgów.
- Jak to? Mieszkał tu zawsze. No, może inne ma imię, ale… No w tym kartonie. Spokojny i miły człowiek. Broda, płaszcz…
Robert zamilkł w półsłowa zdając sobie sprawę, że rysopis jaki jest w stanie podać, pasuje do dziewięćdziesięciu procent bezdomnych.
- Dał mi płytę – dodał bezradnie.
Zapanowało milczenie. Robert wzięty pod łokieć pozwolił doprowadzić się do ogniska i zrezygnowany usiadł naprzeciwko starszego mężczyzny. Po chwili dołączył do niego drugi.
- Kiedy dostałeś tę płytę? – zapytał siwy.
Robert przyglądał się żebrakom. Nie byli wcale starzy. Ten którego brał za sędziwego dziadka miał może ze czterdzieści lat, drugi mógł być jego rówieśnikiem.
- Czy ja wiem? – odparł. – Nie dawno.
- Masz ją może przy sobie?
- A skąd – żachnął się Robert. – Żeby mi kto jeszcze ukradł? To świetna rzecz. Dawno, a właściwie to nigdy wcześniej czegoś takiego nie słuchałem. Chciałem dla tego podziękować Jeremiaszowi, bo...
Nie dokończył. Obaj mężczyźni rzucili się na niego jednocześnie. Gdyby nie wycieńczenie podłym życiem i spowolnienie działaniem alkoholu, pewnie by się im udało chłopaka obezwładnić. Jednak powyższe czynniki sprawiły, że źle obliczyli odległość i nie zsynchronizowali się w poczynaniach, w czego efekcie powpadali na siebie nawzajem z czego skwapliwie skorzystał Robert odskakując od ogniska i zrywając się na nogi.
- Oddaj płytę sukinsynu! – krzyknął starszy. – Dla własnego dobra!
- Albo cię zajebiemy! – ryknął drugi.
Zanim zdążyli się pozbierać, Robert odzyskał pewność siebie i czym prędzej opuścił niebezpieczny zaułek, z powrotem kierując się do mieszkania. Biegł lekko pochylony, bolały go nogi, plecy, oczy i cała głowa. Przyjął, że to jeszcze efekty ostatnich nocnych przygód. Był na siebie zły, że nie wyciągnął wniosków i ponownie narażał zdrowie szwendając się po niebezpiecznych zakamarkach. Z ulgą zatrzasnął za sobą drzwi i opadł na fotel.
***
Obudził się z poczuciem, jakby po raz pierwszy patrzył na świat. Odprężony, spokojny, jakby nigdy nie dręczyły go żadne troski i problemy. Nie wiedzieć czemu czuł się spełniony. Jak student, który całymi tygodniami przygotowuje się do trudnego egzaminu, niedojada, niedosypia i wreszcie zdaje go z wyróżnieniem i następnego dnia obudzi się z taką wręcz obezwładniającą błogością. Rześko wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. Była pełnia dnia. Mimo sporego wysiłku nie mógł sobie uświadomić, jaki jest dzień. Nieaktualizowany kalendarz zatrzymał się w dniu jego ostatniej wizyty w redakcji, przed zwolnieniem. Nie mógł wręcz uwierzyć, że poszedł na chorobowe z powodu jakiejś chwilowej niedyspozycji. Co się z nim działo? Usiłował przypomnieć sobie wydarzenia ostatnich dni, ale wszystko było strasznie mętne, niewyraźne i niejednoznaczne. Pamiętał, że poprzedniej nocy męczyły go straszne koszmary, przez które aż nabawił się gorączki. Jeśliby tego sam nie przeżył nigdy by nie uwierzył, że wyimaginowane problemy mogą w tak dużym stopniu wpłynąć na kondycję. Cóż. Widać jest to możliwe, czego był z resztą najlepszym przykładem. Włączył radio i czekał na wiadomości, z których miał nadzieję dowiedzieć się, który to dzień miesiąca wrócił mu zdrowie i wesołe spojrzenie na rzeczywistość, obdarzył tak doskonałym samopoczuciem. Zlany potem i ogarnięty gorączką przespał bodaj całą ostatnią dobę, lub dwie. Albo może i dłużej. Czy to możliwe? Nigdy nie przytrafiła mu się podobna niedyspozycja. Pomyślał, że nieszczęśnicy cierpiący na malarię mają to pewnie na co dzień. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz.
Nie mógł odnaleźć komórki. Pewnie zostawił w redakcji. Zwariowane były te ostatnie dni. Podkręcił moc fonii, licząc, że uda mu się czegoś dowiedzieć z wiadomości radiowych. Nastawił na lokalną informacyjną rozgłośnię. Od razu usłyszał zlepek chaotycznych relacji, opinii biegłych, przytaczanych zeznań naocznych świadków jakichś wydarzeń, które przegapił. Nie powinien sobie na takie rzezy pozwalać. Nie ważne, że jego praca skupiała się głównie na świecie muzycznym. Był przede wszystkim dziennikarzem, a do dziennikarskich obowiązków należy śledzenie bieżących wydarzeń, nawiązywanie do nich w rozmowach ze słuchaczami, którzy często poruszają aktualne problemy, sami dopraszając się o skomentowanie nurtujących tematów, a następnie emisję jakiegoś utworu oddającego charakter dyskutowanego problemu. Nie wyobrażał sobie sytuacji, że wróci do redakcji wyprany z rzeczywistości, jak pacjent wyrwany z długotrwałej śpiączki i wejdzie na antenę nieprzygotowany. No, może z tą długotrwałością to trochę przesadził, ale w każdym bądź razie oderwanie od realiów nie było mu w smak. Wszak nawet w ciągu jednego dnia, godziny, minuty, czy nawet sekundy wydarzyć się mogło coś przełomowego. Jakby nie patrzeć wojna nie wybucha przez cały rok, zamachowiec nie detonuje bomby w ciągu trzech tygodni i przez miesiąc nie umiera John Lennon. Jeszcze raz pogłośnił i ruszył do łazienki. Marzył o odświeżającym prysznicu, potem kawie… Uśmiechnął się na samą myśl. Kawa kojarzyła mu się z Agnieszką. Tęsknił za dziewczyną. Wczoraj, czy może raczej przedwczoraj, miał jej pomóc w przygotowaniu ścieżki do jej audycji poetyckiej, ale coś mu w tym przeszkodziło. Nie mógł sobie przypomnieć co. Najwyraźniej dziewczyna miała mu za złe, że nie przyłożył się do wywiązania z obietnicy. Inaczej pewnie by zadzwoniła.
Ogolił się i kończył właśnie brać prysznic, gdy usłyszał wiadomość, która go zaniepokoiła. Dziennikarz donosił, że w jego dzielnicy, ostatniej nocy dokonano serii bestialskich mordów. Ofiarami byli bezdomni. Robert od razu pomyślał o Jeremiaszu. Miał nadzieję, że to nie jego dotyczyła informacja. Nie znał tego człowieka, ale mimo wszystko współczuł mu i uważał, że życie wystarczająco go już doświadczyło, by na dodatek zafundować mu taki epilog. Nie tracąc czasu ubrał się i wyszedł w ciepłe jesienne popołudnie. Zajrzał w zaułek, ale po włóczędze nie było śladu. Westchnął i ruszył dalej szybkim krokiem. Po kwadransie był w redakcji. Od razu ruszył do pokoju Agnieszki, ale drzwi były zamknięte. Zajrzał do Henryka, którego zastał stojącego i segregującego jakieś dokumenty. Na widok Roberta jego marsową minę na chwilę zastąpił delikatny uśmiech, ale po zaraz z powrotem zmarszczył czoło.
- Dobrze, że już jesteś – powiedział szybko. – Jak samopoczucie?
- Dzięki – odparł Robert. – W porządku. Ani śladu choroby.
- Ekstra. Chociaż ty. Ostatnio jakaś plaga na nas padła, albo inne diabelstwo. I do tego ten niedorozwinięty portier. Chyba trzeba będzie go zwolnić. Daję słowo, że nie lubię tego robić, z resztą wiesz dobrze, ale do tego faceta nie dociera żadna argumentacja.
- A o co tym razem chodzi?
- Pamiętasz anonimową przesyłkę, którą ostatnio przyjął?
- Jasne.
- Mam wrażenie, że zbeształem go jak burą sukę, a tu co?
Zdenerwowany rzucił na biurko wyświechtaną kopertę.
- To samo?
- Najwyraźniej. I takież tłumaczenie? Że był ruch, że nie zauważył, że nie zdążył itd.
- Do kogo tym razem.
- A jak myślisz?
- Do Agnieszki?
Henryk nie odpowiedział, tylko ciężko opadł na fotel.
- Już mi głupio ale…
- Daj spokój. Nie ma sprawy. Właśnie miałem o nią zapytać. Nie ma jej w biurze.
- Dzwoniła rano, że nie najlepiej się czuje. Przedwczoraj rano. Zaraz po tym, jak poszedłeś na wolne. Od pewnego czasu miałem wrażenie, że jej ten odpoczynek był bardziej potrzebny niż tobie, ale wiesz jaka ona jest.
- Tak, chyba tak. Co z nią?
- Nie wiem. Myślałem, że ty mi powiesz. Ostatnio była w ogóle jakaś taka nieobecna. Myślałem, że może zakochana? Co? Jak myślisz? – dodał z mrugnięciem.
- Daj spokój.
- Jasne, jasne. Na starość to człowiekowi głupoty do głowy przychodzą – podrapał się za uchem. – Więcej się nie odezwała, a telefonów nie odbiera. Miałem właśnie do niej jechać, ale jestem tak zawalony robotą… Nie było cię, to pewnie nie wiesz, co się tu ostatnio dzieje?
- Słuchałem rano wiadomości – nawiązał Robert zadowolony, że włączył w domu radio. – Chodzi o morderstwa tych bezdomnych?
- Dokładnie. Wczoraj znaleziono dwóch, a dziś trzech kolejnych.
- Pewnie jacyś gówniarze. Trudno w to uwierzyć, ale ostatnio jest wśród tej gówniarzerii moda na tak zwane odchwaszczanie społeczeństwa. Żyją w przeświadczeniu, że spełniają dobre uczynki.
- Otóż to
Redaktor obracał w dłoniach poplamioną kopertę przyglądając się jej wnikliwie, jakby miał nadzieję przeniknąć do środka.
- Może by wprowadzić zasadę, że anonimy wyrzucamy do kosza?
- Już to przerabialiśmy. Informatorzy, życzliwi itd.
Henryk pokiwał głową z rezygnacją i chwilę milczeli.
- Zaniesiesz?
- Mówiłem, że nie ma sprawy.
- Jesteś złoty chłopak.
- Jasne.
Robert wyszedł chowając kopertę do kieszeni. Po chwili siedział już w taksówce, która w pięć minut dowiozła go na miejsce. Na szczęście o tej porze dnia nie było korków. Drzwi do klatki były zatrzaśnięte, nacisnął więc przycisk domofonu. Raz, drugi. Najwyraźniej dziewczyny nie było w domu. Może wyjechała? Do rodziców? Albo po prostu nie życzy sobie gości. To bardziej prawdopodobne. Dziwna z niej kobieta. Na co dzień miła, uczynna i rozsądna, do tego nieprzeciętnie śliczna. Aż dziw, że do tej pory nie znalazła sobie nikogo. Niekiedy, zwłaszcza ostatnimi czasy, odnosił wrażenie, że to właśnie jego darzy szczególnymi względami, ale gdy spróbował się z nią umówić na randkę, zbyła go wykręcając się jakimiś obowiązkami. Odwiedzali się czasami wzajemnie, ale wizyty miały zawsze charakter przyjacielski. Co prawda miał niekiedy wrażenie, że od miłości dzieli ich jedynie bardzo cienka, niemal przezroczysta błona, ale żadne z nich dotychczas nie odważyło się jej przerwać. Cóż. Czy wszak cierpliwość nie jest cnotą? Najwidoczniej sprzyjające okoliczności jeszcze nie nadeszły. Ale trzeba być dobrej myśli. Grunt, to optymizm. Może dziewczyna ma akurat problemy, o których nie chce mówić? Każdy ma przecież jakieś swoje tajemnice.
Postał chwilę przed blokiem niezdecydowany. Przypomniał sobie o gazecie, bez której nigdy się u dziewczyny nie pokazywał. Kiosk był nieopodal, więc po chwili z powrotem czekał pod klatką. Wreszcie postanowił dzwonić po kolei pod wszystkie adresy. Pewnie znajdzie się ktoś, kto mu otworzy. Na świecie było przecież mnóstwo beztroskich lekkoduchów. Zanim zdążył nacisnąć jakikolwiek przycisk, drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Najpierw wyskoczył niewielki, jazgoczący zaciekle kundel, a zaraz za nim mały, może ośmioletni chłopiec, robiący nie mniej hałasu. Robert skwapliwie skorzystał z okazji i bez zwłoki ruszył na trzecie piętro. Nie miał większej nadziei na to, że uda mu się spotkać dziewczynę. Przecież skoro nie chciała otworzyć, to i tak tego nie zrobi. Chyba że… Chyba, że jego potraktuje wyjątkowo. Miał taką nadzieję.
Z mocno walącym sercem przeskakiwał po dwa, trzy stopnie i nawet nie spostrzegł, jak już stał przed jej drzwiami dysząc ciężko. Dzwonek nie działał. Sprawdził światło na klatce. Sprawne. Zaczął delikatnie pukać, potem odrobinę mocniej. Miał męczące uczucie deja vu. Niedanej jak trzy dni temu stał w tym samym miejscu i w niemal identycznej sprawie. Niestety tym razem jego nadzieje zdawały się spełznąć na niczym. Nie może przecież bez końca stać pod drzwiami i łomotać. Już miał odejść, gdy bezdźwięcznie uchyliły się sąsiednie drzwi i w szparze między futryną ukazała się szczupła, pomarszczona twarz znajomego staruszka.
- Panie Robercie? – zapytał cicho, jakby konspiracyjnie.
Chłopaka rozbawiło zachowanie mężczyzny.
- A, dzień dobry panie Fryderyku – odparł grzecznie.
Sąsiad Agnieszki miał grubo ponad siedemdziesiąt lat. Może był i po osiemdziesiątce. Przynajmniej na tyle chłopak go oceniał. Nie mógł znaleźć na to wytłumaczenia, ale w obliczu ludzi w tak sędziwym wieku odczuwał jakąś wewnętrzną słabość. Nie chodziło o szacunek, który oczywiście również był w nim obecny i zawsze aktywny, ale o coś innego. Robert każdorazowo próbował utożsamiać się z takimi ludźmi. Może i on dożyje kiedyś tak pięknego wieku? Wówczas życzyłby sobie spotykać ludzi, którzy będą odczuwać wobec niego mniej więcej to, co on ma w sobie teraz. Byłoby miło. Zamiast oganiać się od podwórkowych bohaterów, którzy często próbowali kosztem ludzi słabych udowadniać swoją siłę i niezależność. Zawsze go to irytowało. Szczególnie, że jakby sięgnął pamięcią, to w jego życiorysie również miały miejsce wydarzenia, które nie były powodem do dumy. Cóż. Dzieciństwo i młodość rządzą się własnymi prawami. Z resztą jak i każdy późniejszy okres życia.
Staruszek przyglądał mu się badawczo. Robert bez słowa wręczył mu gazetę.
- A, dziękuję uprzejmie. Pan to zawsze o mnie pamięta.
- Drobiazg. Nie wie pan może – zagadnął. – Czy jest u siebie?
Mężczyzna zaszurał wysłużonymi ciapami i w dalszym ciągu szepcząc odparł:
- Niech pan wejdzie na chwilę.
To rzekłszy otworzył szerzej drzwi i gestem zaprosił Roberta do środka. Chłopak bardzo lubił pana Fryderyka, ale w tym momencie nie miał czasu na pogawędkę. Przenosząc wzrok ze staruszka na drzwi mieszkania Agnieszki próbował znaleźć jakiś logiczny i niebanalny wykręt.
- No ale… – bąknął.
- Wchodź pan, do cholery – uciął pan Fryderyk.
Ostry ton, którego raczej się po staruszku nie spodziewał podziałał na niego ja wystrzał startera. Wszedł do schludnego korytarzyka i zanim zdążył zdjąć buty, mężczyzna poprowadził go do pokoju. Usiadł na starym fotelu typu „amerykanka” podczas gdy gospodarz zakręcił się w kuchni i po chwili przyniósł tacę z dwoma kubkami i czajniczkiem.
- Łyk dobrej herbaty nikomu jeszcze nie zaszkodził – zagadnął.
Robertowi nie była w smak wizyta, ale nie był w stanie oprzeć się swoistemu urokowi sędziwego człowieka. Skinął głową w geście aprobaty.
- Miło z pana strony – odparł. – Nie chcę sprawiać kłopotu. Wyszedłem z pracy tylko…
- A tam od razu kłopot – przerwał mężczyzna. – Żaden to dla mnie problem. Wie pan, że odkąd nie ma już mojej szanownej małżonki, nie mam za często okazji porozmawiać. Dzieci porozjeżdżały się po świecie, że na święta ledwie kartkę dostanę, a w moim wieku, to i na dłuższe spacery siły nie ma. Raz w miesiącu listonosz wpadnie, ale taki zalatany, że i pięć minut nie zabawi. Wszystko teraz takie zagalopowane, że człowiek nie nadąży nawet przez okno się gapić. Sąsiadów mam w bloku takich, że im w głowach tylko wódka, albo seriale. Ja tam panie telewizji za dużo nie oglądam. Już nawet w wiadomości nie patrzę. Mam siedem programów i na każdym co innego podają. Jak była komuna, drogi panie, to szedł tylko dziennik i wszystko było jasne. Nie mówię, że było wtedy lepiej, ale na pewno rzeczywistość była prostsza. Była jedna, wszechwładna partia, dygnitarze pewnie brali się za łby, ale się o tym otwarcie nie mówiło. Był jeden kościół. Potem przyszła opozycja. Też jedna. I się zaczęło. Człowiek myślał, że dobrze wie, po której stronie się opowiedzieć. I co? Przyszły te długo oczekiwane zmiany, pieriestrojki i rewolucje kulturowe. Tyle że, młodzieńcze, żeby zmiany robić, to trzeba na miejsce usuwanych coś konkretnego zaproponować, by chaosu nie było. A co się stało? Tyle teraz tych gęb pokazują, że nie da się spamiętać. A jeden ważniejszy od drugiego. Ten minister obecny, ten minister były, same chamy, że przykro patrzeć, roi się od wicepremierów, prezydentów, a żaden nie wie, co należy do jego obowiązków i tylko szwargoczą, że drugi ma władzy za dużo, czyli tym samym, że on sam ma jej za mało. A jak już ją dostanie, to nic nie robi, tylko gnębi i upadla konkurencję. A tu człowiek gniecie w garści tysiąc złotych emerytury i jedyne czego władza od niego wymaga, to żeby siedział cicho. Pierwszy Sekretarz to kochał wszystkich towarzyszy po równo przez cały okrągły rok. Oczywiście mam świadomość, że to taka miłość iluzoryczna. Ale wolałem tamto, niż to współczesne zapewnianie. Teraz to prezydent kocha naród raz na pięć lat, jak trzeba na wybory iść głosować. No i oczywiście na miłość zbiera się wtedy wszystkim politykom i każdy z nich kocha mocniej i szczerzej niż inny. Nic tylko się rozpuszczać w tych uczuciach. I tak w koło Macieju. Miesiąc po już jedni na drugich mszczą, błotem obrzucają, a przy tym takie absurdalne głupoty wygadują, że to już nawet godność ludzka znieść nie może. Źle mi z tym. I wie pan co? Niby to te systemy takie skrajnie inne. Tu komuna, a tu demokracja. Ale jak tak sobie patrzę, to obie mają jeden wspólny mianownik. Za nic mają naród. A cały ten świat polityki wygląda jak patelnia, na której podskakują coraz to inne, ale jednak w dalszym ciągu prawdziwki. Już wolałem mieć za przywódcę Pierwszego Sekretarza. Przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać. Obiecywał, obiecywał, a i on sam i naród wiedział, że i tak nic z tego nie będzie. Bo taki już był ten system. Ale przynajmniej wszyscy się starali. To lepsze niż świadomość, że coś się zmieni i nie robienie nic. Może to i ciemnota przeze mnie przemawia, ale wolę już to, niż tę całą światłość wiekuistą.
Robert nie interesował się polityką w stopniu większym, niż przeciętny mężczyzna w jego wieku i niż wymagała tego jego praca. Po części staruszka rozumiał, nie ze wszystkim się wszak zgadzał, ale nie zamierzał wdawać się w dyskusję. Widać było, że mężczyzna ma potrzebę wygadania się, a on nie dysponował nadmiarem wolnego czasu. Poza tym przyszedł tu w zupełnie innym celu i to było dla niego w tym momencie najważniejsze. Przybrał wyrozumiałą minę i zaczął:
- Wie pan …
- Wiem, wiem – ponownie przerwał mu rozmówca. – Marudzę, jak stara pierdoła. Chodziło mi tylko o to, że ze wszystkich sąsiadów, to jedynie z Agnieszką lubiłem porozmawiać. Wiesz dobrze, że zaglądała do mnie od czasu do czasu, a i niekiedy zapraszała do siebie na kawę. W moim wieku, to kawy się z reguły nie pija, bo szkodzi na wszystko, co tam człowiek w środku nosi, ale jak ona zaparzyła, to miód w gębie był i błogość.
Staruszek urwał zamyśliwszy się. Robert również z przyjemnością wspomniał zarówno smak, jak i grację, z jaką owa kawa była serwowana.
- No właśnie – wtrącił. – Nie odpowiedział mi pan, gdy o nią pytałem?
- Zaprosiłem cię młodzieńcze, bo tak na korytarzu głupio było gadać, a rozgadałem się o tych wszystkich doczesnych sprawach, by się jakoś tak rozkręcić i większej śmiałości nabrać, bo temat mam niełatwy.
Zamyślił się na chwilę, pociągając z kubka i zapraszając redaktora do uczynienia tego samego. Herbata była smaczna, z lekkim prądem. Jak zawsze u pana Fryderyka.
- Taką jaką ją znałem od lat, to widziałem może ze dwa miesiące temu – podjął – Potem to już różnie. Raz ona, raz nie. A w ogóle ostatni raz widziałem ją trzy dni temu – dodał – Ją, jako ją.
- Zdaje się, że nie nadążam.
- No bo ona zawsze taka grzeczna była. Pamiętam ją jeszcze jako dziewczynkę, jak biegała z tornistrem do szkoły. Potem przez jakiś czas jej nie było, bo wyjechała na studia i gdzieś tam pracowała. Ale gdy parę lat temu wróciła, to w ogóle nic się nie zmieniła. Nadal pogodna i uczynna. Tyle że piękna kobieta z niej wyrosła. A potem w wypadku zginęli jej rodzice. To była straszna tragedia. Bardzo to przeżyła. Niedługo potem przyplątało się to choróbsko. Że też właśnie ją musiało to spotkać – westchnął ciężko.
- O czym pan mówi? – Robert nawet nie próbował ukrywać ciekawości.
- Miałem panu już wcześniej powiedzieć, ale nie mogłem jakoś spotkać. Bo pan mi się od razu wydał taki porządny, grzeczny, uprzejmy i w ogóle. I o gazecie dla mnie pan zawsze pamięta. To głupstwo, ale gest uroczy i dobrze o panu świadczący
Upił kolejny, większy łyk i podjął:
- W każdym bądź razie po tym wypadku dziewczyna długo nie mogła dojść do siebie. Była nawet…
Po raz kolejny przyjrzał się Robertowi badawczo.
- Gdybym panu nie ufał, to bym tej rozmowy nie zaczynał – powiedział wolno. – Ale, proszę mi wybaczyć, będę spokojniejszy, jak pan da słowo, że wszystko, co tu usłyszy, zostawi dla siebie.
- Oczywiście.
- To dla mnie ważne, proszę więc…
- Daję słowo – rzekł Robert. – Wszystko, co tu usłyszę zabieram ze sobą do grobu.
- Proszę ze śmierci nie żartować.
- Przepraszam.
- Z resztą. To nie ważne. Nie czas czepiać się słówek. Otóż Agnieszka trafiła na obserwację do zamkniętego szpitala. Wie pan jakiego. Wykryli u niej jakiś guz, czy coś podobnie okropnego. Nie wiem dokładnie. Z pół roku ją trzymali. Ale potem wróciła. I wszystko wydawało się w porządku. Podobno nie było tak źle, jak na początku zakładano. Z resztą medycyna teraz na takim poziomie, że niedługo to i nawet ze śmierci dadzą radę wyleczyć. Najważniejsze było, że dziewczyna wyzdrowiała i zaczęła coraz pewniej i mocniej stawać na nogi. Wie pan, że ja to ją jak własną traktuję, to i się przejmuję.
Ukradkiem otarł kąciki oczu i odkaszlnął próbując zapanować nad coraz bardziej drżącym głosem.
- Znalazła pracę w tej redakcji, z resztą pan doskonale wie, w której. Ucieszyłem się bo to chyba i dowód, że z nią wszystko w porządku, z jej głową i w ogóle. A potem zaczęła się spotykać się z panem. Nie wiem co was łączyło, bo to i nie moja sprawa, ale w każdym bądź razie zawsze miała o panu dobre zdanie. Jak o pana pytałem, to od razu na jej buzi kwitł ten piękny uśmiech. Ale nie o tym chciałem. Od jakiegoś czasu, będzie ze dwa miesiące, może trochę krócej, zaczęła się dziwnie zachowywać. Znaczy się dziwnie, jak na nią.
Pan Fryderyk ponownie sięgnął po herbatę.
- Dziwnie? – drążył Robert. – Co pan ma na myśli?
- Już mówię. Mówi się, że na starość, to człowiek spać nie może. Niektórzy kładą się wcześnie, ale zrywają się wraz z kurami, inni śpią po parę godzin, a jeszcze inni wcale. Ja należę, niestety, do tej ostatniej grupy. Chroniczna bezsenność, czy jakoś tak określił to lekarz. Nieważne. W każdym bądź razie noce ostatnich kilkunastu miesięcy przesiedziałem w oknie. Z nudów. Lubię popatrzeć na puste ulice, nieruchome okna i drzwi budynków. Można się z nich więcej dowiedzieć o ich mieszkańcach, niźli od samych ludzi.
Staruszek rozlał pozostałą zawartość czajniczka do opróżnionych kubełków.
- Agnieszka zaczęła wychodzić nocą – podjął po chwili. – A raczej wybiegać. Nagle drzwi jej mieszkania otwierały się z hukiem, a potem z trzaskiem zamykały, jakby była jedyną mieszkanką bloku. Początkowo myślałem, że stało się coś złego, ale gdy pytałem o to przy nadarzającej się sposobności sprawiała wrażenie, jakbym miał nie po kolei w głowie. Przestałem więc pytać, ale wraz z milczeniem zmartwienia nie uleciały. Dziewczyna zbiegała po schodach na złamanie karku i biegła gdzieś chodnikiem. Gdybym był młodszy, to pewnie bym za nią podążył, ale tak? Cóż. Pozostała mi obserwacja. Nie miałem nawet do kogo zwrócić się o pomoc. Dzwoniłem kilkakrotnie do redakcji, ale nigdy pana nie było, albo nie chcieli połączyć. Z resztą odbierał zawsze jakiś taki nierozgarnięty facet, który mnie gdzieś przełączał i przełączał. Pipczało tylko w tej słuchawce i szumiało, a połączyć nie chciało.
Robert przeklął w duchu nowego portiera. Henryk miał rację. Powinni czym prędzej się go pozbyć, zanim zrazi ludzi do redakcji.
- Nieraz bywało – kontynuował staruszek. – Że wracała tuż nad ranem, jak tramwaje już zaczynały jeździć, innym razem wcześniej. Ale nie to mnie dziwiło tak bardzo. W końcu dziewczyna młoda, to i czemu ma wieczorami w domu siedzieć. Kiedyś jak zauważyłem, że wraca, to zaczekałem na nią na klatce. I wie pan co. Wyglądała… To było okropne. Cuchnęła jakimś okropnym alkoholem, dymem i nie chcę mówić czym jeszcze. Włosy skołtunione, kurtka porwana. W pierwszej chwili pomyślałem, że przydarzyło jej się coś złego, ale gdy się odezwałem obrzuciła mnie tak pogardliwym i nienawistnym spojrzeniem, że mowę mi odjęło. I jeszcze kazała mi iść do diabła, tyle, że słów przy tym użyła takich, że w tych współczesnych filmach z murzynami nawet tak nie bluźnią. Strasznie to, powiem panu, przeżyłem. Toć ona jak córka, albo raczej wnuczka dla mnie zawsze była, a tu takie słowa…
Robert nie bardzo mógł sobie wyobrazić Agnieszkę w takiej sytuacji. Nie miał jednak podstaw, by panu Fryderykowi nie wierzyć. Dziewczyna ilekroć mówiła o staruszku była taka serdeczna.
- Kiedy to było? – zapytał.
- Będzie dobry miesiąc. Potem zdarzało się tak coraz częściej, aż ostatnio… Było jeszcze gorzej. Wróciła posiniaczona, rozbita głowa, krew na ubraniu. Nie wiedziałem, co robić. Zadzwoniłem na policję.
- Co pan zrobił?
- A pan co by zrobił na moim miejscu?
Redaktor zmarszczył brwi.
- I co pan im powiedział?
- To co panu. Tylko trochę innymi słowy, ma się rozumieć. Powiedzieli, że jeśli chcę zgłosić skargę o zakłócanie ciszy, to żebym poszedł do dzielnicowego. Pójść nie poszedłem, ale zadzwoniłem, choć on tu niedaleko w sąsiednim bloku mieszka. Dla mnie to i tak daleko. Ale myśli pan, że przyszedł? Powiedział mi, że w jego klatce mąż regularnie bije żonę, a on i tak nic nie może zrobić, bo kobieta nie chce wnieść skargi. To było przedwczoraj. Od tego czasu pilnuję, waruję przy drzwiach, ale ona nie wyszła. Chyba, że wtedy, jak za potrzebą szedłem, ale to już musiałby być taki rasowy zbieg okoliczności. Drzwi zresztą, te od kibelka, zostawiałem otwarte, to bym i słyszał jak wali tymi drzwiami. I tak czekam. Od czasu do czasu słychać, jak krząta się po mieszkaniu. I co jakiś czas słychać te świsty, od których robi się coś w głowę.
- Świsty?
- A no tak. Jak wichura. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Albo takie zgrzyty, jakby piła chodziła.
Roberta ogarniał coraz większy niepokój. Chciał zaproponować, by wspólnie spróbowali zapukać i przekonać dziewczynę, by im otworzyła, gdy wtedy właśnie na klatce zaczęło się kotłować. Redaktor szybciej niż staruszek dopadł wyjścia, ale przez judasza nic nie było widać. Otworzył gwałtownie drzwi i niemal natychmiast został do środka wepchnięty przez ubranego na czarno, zamaskowanego i uzbrojonego w karabin policjanta.
- O co chodzi? – krzyknął przerażony.
Funkcjonariusz przyłożył uciszył go gestem i na powrót zatrzasnął drzwi. Mężczyźni popatrzeli po sobie w osłupieniu. Po chwili ich uszu doszedł trzask i huk wyważanych drzwi, szybkie rozkazy, krzyki i nawoływania. Staruszek ruszył do okna. W chwili gdy Robert do niego dołączył, do stojącej przed klatką policyjnej furgonetki, dwaj potężni mężczyźni, wyglądający identycznie, jak ten, który nie chciał wypuścić ich z mieszkania, wpychali właśnie dziewczynę. Miała narzucony na głowę czarny kaptur i ręce za plecami skute kajdankami. To była Agnieszka. Obaj nie mięli wątpliwości. Po chwili samochód odjechał na sygnale, i niemal w tym samym momencie do mieszkania pana Fryderyka weszli dwaj mężczyźni. Wylegitymowali się i zanim padło jakiekolwiek pytanie, jeden z nich zapytał:
- Który z panów dzwonił na komendę?
- Ja – odparł staruszek
- A pan? – pytania do Roberta. – Pan tu mieszka?
- Nie – odparł. – Jestem znajomym kobiety, którą przed chwilą wywlekliście z mieszkania, jak jakieś bydle. Co wy jesteście? Gestapo?
- Niech się pan wstrzyma z takimi komentarzami.
- Komentowanie należy do moich obowiązków – odpalił hardo – Tak się składa, że jestem dziennikarzem i gwarantuję, że nie pozostawię tego bez echa.
- A to się składa bardzo dobrze – rzekł policjant. – Świadków nam potrzeba. Naocznych i rzetelnych.
- Świadków czego?
- Się okaże.
Detektywi wymienili przyciszonym tonem kilka zdań, po czym wyższy rzekł głośniej.
- Potrzebujemy zeznań. Obu panów. Możemy to zrobić tu, lub u nas. Jaka decyzja jest?
Decyzja była prosta.
***
Siedział w fotelu popijając whisky. Ostanie dni przyniosły tak wiele wrażeń, że nie sposób było normalnie funkcjonować. Wziął urlop, ale nie tego mu było trzeba. Bezczynność sprawiała, że czuł się jeszcze gorzej. Odwiedził pana Fryderyka, ale staruszek nie był zbyt rozmowny, czyniąc sobie wyrzuty, że wszystko stało się za jego udziałem. Robert nie wierzył, by to czego się dowiedział było prawdą. Był niemal pewien, że po raz kolejny wymiar sprawiedliwości zaszwankował. Agnieszkę uważano za niepoczytalną, czy jak to określił to śledczy, zachodziło takie prawdopodobieństwo. Wysłano ją na obserwację psychiatryczną. Podejrzewano, że może być zamieszana w aferę, o której szczegółach nie chcieli póki co mówić. Nie stanowiło to wszakże większego problemu dla Roberta, który dzięki licznym kontaktom szybko ustalił, że chodzi o sprawę bestialskich morderstw pięciu włóczęgów. To był czysty absurd. Nikt o zdrowych zmysłach nigdy w to nie uwierzy. Henryk popierał jego opinię w całej rozciągłości, podobnie z resztą jak pozostali koledzy z pracy. Nawet Teresa, choć nie powiedziała tego wprost. Gdyby sądziła inaczej, już prowadziłaby zaciągnięte na bardzo szeroką skalę śledztwo. A tak. Prowadziła je, ale bez nadawania rozgłosu. I dobrze. Kto ma dociec prawdy, jak nie ona? Ta kobieta potrafi dotrzeć wszędzie. Jeśli byłaby taka potrzeba, to Teresa była zdolna wysłać diabła do komunii. Czy los Agnieszki pozostawał w rękach tej wścibskiej kobiety? Robert był wdzięczny, że stoją po jednej stronie, bo zdawał sobie sprawę z kunsztu i fachowości jej pracy. Ale sam również nie zamierzał bezczynnie czekać na rozwój wypadków. Też miał przecież kontakty i znajomości. No i głowę na karku również nosił bynajmniej nie dla ozdoby. Potrzebował tylko punktu zaczepienia.
Zamknął oczy i rozmyślał próbując przypomnieć sobie coś, co jednoznacznie potwierdziłoby jego wątpliwości. Albo im zaprzeczyło. Nie wierzył by podejrzenia policji były słuszne, ale jeśli ma bez końca tkwić w niepewności, to już wolałby nawet druzgoczącą wersję prawdy. Przeklął się w duchu za egoizm, jaki bił z jego myśli. Starał się cofnąć o miesiąc i po kolei na chłodno prześledzić wszystkie rozmowy z dziewczyną. Zaczął po kolei, dzień po dniu. Wspólna kawa, spacer po pracy, kino, drink. Nic szczególnego. Może i ostatnio była nieco chłodna w obyciu i nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi ale czy to ma od razu świadczyć o odchyleniu od normy? Każdy ma lepsze i gorsze dni.
Nie mógł się skupić. Cisza nieznośnie huczała mu w głowie. Wstał i zaczął przeglądać półki zastawione płytami. Nie mógł się na nic zdecydować. Czego by nie zaczął słuchać, działało mu na nerwy, nie pozwalając się odprężyć i skupić na targających nim problemach. Zmieniał płyty jedna po drugiej, czując się coraz gorzej. Na czoło wystąpił mu pot, dłonie zaczęły drżeć. I wtedy jego wzrok padł na kopertę. Kopertę, którą powierzył mu Henryk i którą miał następnie oddać Agnieszce. Zupełnie zapomniał. Porwał ją łapczywie zastanawiając się jednocześnie, jak to się stało, że nie wspomniał o niej policjantom. A może wspomniał? Sam już nie był pewien. Gdyby jednakże powiedział o przesyłce, pewnie by ją zarekwirowano. A może to nie ta koperta? Dla pewności sprawdził adresata, ale koperta nie była opisana. Czyli musiał oddać. W takim razie co jest w tej i skąd ją ma? Zezłościł się, że zawraca sobie głowę takimi bzdurami. Zamaszystym ruchem rozdarł kopertę. W środku była nieopisana płyta. W pierwszej chwili zamierzał przełamać krążek i wrzucić go do kubła ze śmieciami, ale w ostatnim momencie się zawahał. Co mu szkodzi? Może odkryje coś ciekawego?