przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


niedziela, 27 stycznia 2008

Armagedon

Wstęp

To jest historia o karpiach. Dla czego właśnie o karpiach? Cóż w nich jest takiego ciekawego, czy fascynującego by zawracać sobie głowę spisywaniem ich historii? Otóż wbrew pozorom coś takiego jest. A mianowicie to, że karpie jako jedyni przedstawiciele fauny przetrwały wojnę jądrową. Oczywiście nie wszystkie. Dotyczyło to wyłącznie tych, które tuż przed wybuchem skazane były na pewną śmierć i ostatnie dni przeżywały w mękach i warunkach uwłaczających rybiej naturze. Ponadto znaczna większość spośród nich całe swoje życie spędziła w sprzyjających rozwojowi przeróżnych patologii warunkach, które z kolei zdaniem hodowców, pretendowały do mina środowiska naturalnego, w rzeczywistości będąc tylko ich nędzną imitacją, czymś w rodzaju indiańskiego rezerwatu. Niektóre karpie nie spotykając na swej drodze życiowej innych, znających prawdziwą wolność, żyła, a właściwie biernie egzystowała w błogiej nieświadomości, inne, będące jednakże w mniejszości, dzieciństwo spędziły w rzekach i jeziorach, lub chociażby dzikich stawach. Ci szczęśliwcy wspominali piękny, choć niebezpieczny świat, zróżnicowany, pełen niespodzianek, każdego dnia przynoszący coś nowego, innego. Nie to co w stawie hodowlanym, gdzie nie działo się zupełnie nic. Każdy dzień był identyczny z poprzednim. Aż do momentu wyłowienia i wywiezienia do sklepu, bądź bezpośrednio do kuchni. Pod nóż. Do tego dnia wszystko było nudne i monotonne. Całe dnie spędzało się na napychaniu kałduna dostępną wszędzie żywnością, sraniu i oglądaniu innych leniwie pływających, tłoczących się w mętnej wodzie karpi. Praktycznie żadnych innych ryb. Nuda.
W życiu karpia jest jeden raz w roku szczególny dzień. Dwudziesty czwarty grudnia. Ciężki bywa też dwudziesty trzeci. Wówczas nie wiedząc czemu, całe rzesze bogu ducha winnych, leniwych i przyjaźnie nastawionych do życia ryb umiera od uderzenia w łeb pałką, tłuczkiem, młotkiem do kotletów, czy też innym kuchennym orężem. Większość ginie dwudziestego czwartego, ale część i dzień wcześniej, jakby ciemiężyciel i oprawca obawiał się, że nie zdąży. Czemu ciemiężyciel i oprawca? Co do drugiego, to chyba wyjaśniać nie trzeba. W końcu to ten, co daje w łeb i patroszy. Dalsze losy są już nieistotne. A ciemiężyciel? No cóż. Niestety niemal każdorazowo dzień wyzionięcia ducha poprzedza przynajmniej jeden, a bywa, że i dwa lub nawet (na szczęście bardzo rzadko) trzy dni straszliwej katorgi. O ile jeden dzień byłby jeszcze, mówiąc kolokwialnie, jako tako do zniesienia, to więcej było już grubą przesadą. Mówiąc, że do zniesienia rozumie się oczywiście w miarę godziwe warunki, co zdarza się również niezbyt często. Wiele przypadków dotyczy niestety jakiejś małej wanienki, miski lub wiaderka. Nieczęsto ostatnie chwile żywota karpie spędzają we względnych, jak na te okoliczności warunkach, czyli w głębokiej, wypełnionej wodą wannie. Ale to na ogół i tak na niewiele się zdaje, bo woda jest najczęściej tak nasycona chemikaliami, że życie w niej przypomina powolną agonię. Ma to chyba tylko jeden plus. Po kilkunastu godzinach spędzonych w takich warunkach, karpie nawet nie zdają sobie sprawy, że ktoś wali je w łeb. Ha! Jeśli to byłoby wszystko, to jeszcze pół biedy. Niestety cały ten diabelski wanienny cyrk poprzedzają dni o jeszcze bardziej makabrycznym przebiegu. Zanim karp dostanie się do domu, w którym dokonuje żywota, przez kilka dni dusi się w zbiornikach sklepowych, w których więcej miejsca zajmują ryby niż woda. Dodatkowo wokół panuje niesamowity huk i gwar. Często z tego zbiornika karpie nie trafiają też do domów żywe znajdując śmierć na desce zaraz po wyłowieniu z wody. Bywa niestety tak, że ostatnia rzecz, którą rejestrują, to pani lub pan wskazujący ją palcem przez mętną szybę. Potem już tylko duszące powietrze i sru w łeb.
Nasza historia nie dotyczy ani tych karpi, które zginęły dwudziestego trzeciego grudnia, ani tych, które dwudziestego czwartego pływały, lub raczej dogorywały, w wiadrach, miskach lub dziecięcych wanienkach. Dotyczy tylko tych spośród wszystkich karpi, które dnia dwudziestego czwartego owego felernego roku między godziną czwartą, a szóstą rano spełniały trzy, jak się okazało, niezbędne do przetrwania warunki. Po pierwsze i najważniejsze – były żywe. Po drugie – przebywały w wannie. I po trzecie – wanna była żeliwna. W sumie można by ograniczyć się wyłącznie do dwóch warunków. Czyli, po pierwsze – były żywe, i po drugie – przebywały w żeliwnej wannie. W tym momencie nasuwa się pytanie, czemu właśnie takie warunki? Otóż odpowiedź jest prozaicznie prosta – nie wiadomo. To znaczy, o ile w pierwszym przypadku rzecz jest banalna – karp musiał być żywy, bo inaczej by nie przeżył. To tak logiczne, że aż bolące. Ale co do drugiego warunku, czyli żeliwnej wanny, to niestety, wiedza na ten temat jest najoględniej mówiąc niekompletna, mętna i zbyt ogólna. Byłoby inaczej, gdyby dotyczyło to również karpi przebywających w owym czasie w innych żeliwnych zbiornikach. Ale tak nie było. Dotyczyło to wyłącznie wanien. Czyli istotnym było nie tylko tworzywo, ale również kształt. I właśnie to jest w swojej istocie niejasne. Nawiasem mówiąc, nie same powyższe warunki są w tej historii najważniejsze i z uwagi na to może nie czas i miejsce na tego typu dywagacje. Najistotniejsze jest to, że dwie tragiczne godziny, w trakcie których przestały istnieć wszystkie zamieszkujące ziemię gatunki okazały się zbawienne dla karpi czekających na egzekucję. Jeśli wojna jądrowa by nie wybuchła karpie trafiłyby pod młotek, potem nóż i na patelnię. Czyż to nie ironia? No, ale jakby tego nie nazywać faktem stało się, że w pewnym momencie jedynym żywym gatunkiem zamieszkującym błękitny glob były właśnie wigilijne karpie z żeliwnych wanien.
*
Rybia społeczność, jaka wiodła w owym czasie prym na naszym globie radziła sobie całkiem dobrze. Z czasem okazało się, że znalazło się jednak kilka innych gatunków ryb, które przetrwały kataklizm, ale ogólnie przyjęto, że przeżyły wyłącznie karpie. A to z tego powodu, że inne przypadki wzięły się tylko i wyłącznie ze zwyczajnej pomyłki. Dotyczyło to zdarzeń, w których do żeliwnej wanny trafiły zamiast karpi leszcze, lub karasie złociste popularnie nazywane „japońcami”. Nie były to liczne przypadki, gdyż większość ludzi potrafiła odróżnić karpia od innej ryby, ale jak widać trafiały się wyjątki. Być może przytrafiło się to osobom niewidomym, ale to poza tym, że bardzo prawdopodobne, nie zostało udowodnione i nie jest zbyt istotne. Trudno jednakże wyjaśnić, jak w wannie mógł w miejsce karpia trafić żółw błotny, lub żaba. A i takie cuda miały miejsce. A osioł? Jednakże mniejsza z tym. Populacja karpi była tak przytłaczająca, że inne organizmy zostały zepchnięte w społeczną niszę i żyły praktycznie na marginesie w enklawach biedy i skrajnego ubóstwa.
Po wojnie karpie jakby złapały drugi oddech. Zaczęły szybko nadrabiać braki ewolucyjne i wchodzić w posiadanie umiejętności, które dla ich krewniaków z przeszłości były nieosiągalne. Nauczyły się, dla przykładu, żyć w słonej wodzie, dzięki czemu poza nabraniem większej tężyzny fizycznej niezbędnej do zdobywania i poznawania bezkresnych mórz i oceanów, zyskały też na pewności siebie, hardości i pomysłowości.
W niniejszej historii często również, lub ściślej mówiąc za każdym kroku, przytaczane będą zdarzenia, w których uczestnictwo karpi w rolach głównych aktorów byłoby przed wojną nie do pomyślenia, ale już po niedługim czasie po jej zakończeniu stało się zupełnie normalne. Karp pijący wódkę, karp jadący rowerem, karp kominiarz, karp z dykty. Wszystko to było na porządku dziennym. Za to nie spotykało się już karpi na wigilijnych stołach. W ogóle karpie zastąpiły wigilię Bożego Narodzenia dniem żałoby narodowej i jednocześnie świętem dziękczynienia. Było to trudne do połączenia, ale po jakimś czasie udało się to pogodzić. Karpie po prostu spędzały ten dzień, jak chciały. Te, które miały nastrój smutny, czy melancholijny obchodziły dzień żałoby i oddawały się zadumie i refleksji. Inne, które miały ochotę na zabawę świętowały rocznicę dnia, który ocalił życie ich przodkom i rozpoczął nową erę w egzystencji karpi.
Przemianom towarzyszyła również chęć korzystania z nowonabytych zdolności w sposób nadmierny, rekompensujący miliony lat zastoju. Karpie zaczęły, dla przykładu, jak w obłędzie jeździć pociągami. Nawet, gdy przyszło im przebyć dystans, który płynąc pokonałyby w przeciągu kilkunastu zaledwie minut, wolały wyczekiwać na peronach i następnie gnieść się w zatłoczonych wagonach, niejednokrotnie przez to tracąc wiele cennego czasu. Albo jeszcze lepszym przykładem jest sama mowa w sensie opanowania jej zdolności. Dotyczyło to głównie starych karpi, które przetrwały wojnę i pamiętały czasy, gdy umiejętność mowy była im zupełnie obca, podobnie, jak i innym rybom. W obecnych czasach, jeśli tylko nadarzała się okazja, stare karpie gadały, jak najęte. Dla wyraźniejszego zobrazowania tego stwierdzenia w pierwszym rozdziale przytoczę pewien przykład, który będzie znakomitym wprowadzeniem do opowiedzenia właściwej, tytułowej historii.






















Rozdział I
Dialog

Pewnego słonecznego poranka, gdy w jeziorze woda była ciepła i orzeźwiająca pewien młody karp o imieniu Stefan podpłynął do okienka kiosku ruchu. Spieszyło mu się niezmiernie, więc ucieszyło go, że nikt nie ślęczy przy okienku. Powiedział grzecznie „dzień dobry” i poprosił o swoją ulubioną markę papierosów.
- Dzień dobry – odparł sędziwego wieku sprzedawca. – Z filtrem czy bez?
- A są z filtrem? – zapytał zdziwiony Stefan.
- Mają być z filtrem? – rzekł sprzedawca ignorując pytanie.
- Nie – odparł Stefan nieco zmieszany. – Tylko pytam, czy są z filtrem. Poproszę bez.
- Chce pan bez, a pyta czy są z filtrem? – nie dawał za wygraną kioskarz.
- Nie o to chodzi – odpowiedział uprzejmie Stefan, choć już zaczął się nieco niecierpliwić postawą sprzedawcy. – Palę bez, od lat. Po prostu nie wiedziałem, że produkują tę markę również z filtrem. Kiedyś były tylko bez. Pytałem z ciekawości.
- Jest pan ciekaw, czy są z filtrem, chociaż zamierza pan kupić bez filtra?
- Dokładnie – uciął Stefan nie siląc się już na uprzejmości.
Staruszek pochylił się (na ile to możliwe w przypadku karpia) i zaczął grzebać w stojącym na podłodze tekturowym pudle na chwilę znikając Stefanowi z oczu. Upływały cenne minuty. Młodzian zaczął żałować, że zatrzymał się przy tym kiosku. Już miał odpłynąć, gdy w okienku ponownie pojawił się kioskarz.
- Zawsze pan tak robi zakupy? – zapytał kiwając się nerwowo.
- Słucham?
- Pytam, czy zawsze pan w ten sposób robi zakupy?
- Znaczy się w jaki?
Nerwowość sprzedawcy zaczęła z wolna udzielać się również Stefanowi. Tracił czas na jakieś idiotyczne dyskusje z prawdopodobnie niespełna rozumu sprzedawcą, zamiast delektować się tak miło zapowiadającym się dniem.
- Znaczy się w taki, młodzieńcze, – odparł z cieniem wyrzutu staruszek – że pyta pan o co innego, niż zamierza kupić. To tak, na przykład, jakby chcąc kupić ziemniaki, pytał pan o ogórki.
- To zupełnie co innego – zaprzeczył Stefan.
- Dla mnie to samo – nie ustępował sprzedawca.
- Jak to, to samo? – obruszył się młody karp. – Uważa pan, że między papierosem tej samej marki, tyle, że z filtrem lub bez filtra jest taka sama różnica, jak między kartoflem, a ogórkiem?
- Ziemniakiem – poprawił go kioskarz.
- Ziemniakiem?
- Między ziemniakiem, a ogórkiem – wyjaśnił sprzedawca.
- Przecież mówię!
- Proszę się nie unosić – zestrofował klienta staruszek. – Powiedział pan „kartoflem”.
- Mniejsza z tym – Stefan nie krył irytacji. – No więc uważa pan, że między papierosem tej samej marki tyle, że z filtrem lub bez filtra jest taka sama różnica, jak między ziemniakiem, a ogórkiem?
- W tym przypadku taka sama – odparł ze spokojem staruszek.
Stefan spojrzał na zegarek. Wiedział już, że nie zdąży na pociąg, a następny był dopiero za godzinę, więc nie musiał się już spieszyć. Sędziwy karp tak go już podirytował, że postanowił dalej brnąć w absurdalny dialog i postawić na swoim. Stary mądrala myśli, że pozjadał wszystkie rozumy i może go bezkarnie wodzić za skrzela.
- Przecież w przypadku papierosów – podjął Stefan – różnica jest tylko taka, że jeden ma filtr, a drugi nie. To papieros i to papieros. A ziemniak i ogórek to dwie różne rośliny o całkowicie odmiennym smaku.
- A czy papierosy z filtrem i bez smakują tak samo? – zapytał staruszek z błyskiem w żółtych oczach.
- No oczywiście, że nie – odparł młodzieniec.
- No widzi pan – triumfował sprzedawca. – Z ziemniakiem i ogórkiem jest tak samo. Inaczej smakują, ale obydwa pozostają roślinami, a idąc dalej w podziały, również warzywami.
Stefan zamachał nerwowo płetwą ogonową i zrobił kółko, aby nieco ochłonąć i nie nawtykać starcowi. Po chwili uspokoił się z lekka i podjął:
- W przypadku papierosów chodzi głównie o moc – próbował wytłumaczyć swoje racje. – Bez filtra są znacznie mocniejsze niż z filtrem. A czy ziemniak jest mocniejszy od ogórka? Czy na odwrót?
Był z siebie zadowolony. Tym pytaniem zapewne zbije wścibskiego, przemądrzałego i złośliwego kioskarza z pantałyku i niechybnie zapędzi w kozi róg. Tymczasem staruszek wypuścił z wąsatego pyska kilka baniek powietrza i ni z tego ni z owego zapytał przysuwając się bliżej klienta:
- Dojrzałe?
- Słucham? – odparł zaskoczony Stefan.
- Pytam czy dojrzałe – zaczął kolejny wywód sprzedawca. – Jeśli tak, to ziemniak jest mocniejszy. Zdecydowanie. Chyba, że go pan ugotuje, a ogórka nie. Wówczas ogórek staje się znacznie mocniejszy. Ale na surowo rywalizację w tej materii wygrywa ziemniak w stu procentach. Chyba, że niedojrzałe. Wówczas różnica nie jest aż tak bardzo wyraźna, niemniej ziemniak w dalszym ciągu pozostanie mocniejszy.
- Chyba chodzi o twardość, nie o moc? – próbował Stefan.
- A panu o co chodzi? – podjął staruszek. – O moc? Taką magiczną?
- Olaboga, nie o żadną moc magiczną! – Stefan aż się zatrząsł ze złości. – Ziemniaki mają moc magiczną? Albo buraki? Ogórki, znaczy się?
- No widzi pan? – odparł spokojnie kioskarz uśmiechając się triumfująco. – Sam pan przed chwilą przyznał, że nie ma żadnej różnicy między ogórkiem, a burakiem. To tak samo, jak między ogórkiem i ziemniakiem, czy ziemniakiem i burakiem. Chociaż w przypadku ziemniaka i buraka kwestia mocy byłaby nieco bardziej dyskusyjna – zakończył z nadzieją na rozwinięcie dialogu w tym kierunku.
- Wcale nie przyznałem niczego podobnego – zaoponował nieco już zrezygnowany Stefan. – Po prostu się pomyliłem.
- Wszystko jedno – skwitował kioskarz.
- Zupełnie nie – stanął okoniem Stefan.
- Oczywiście, że wszystko jedno – kontynuował pewnym siebie tonem staruszek – Skoro pomylił pan ziemniaka z burakiem, to oznacza, że nie dostrzega pan między nimi większej różnicy.
- Bzdura – żachnął się ponownie młodzian. – Różnica jest zasadnicza. Zwyczajnie się przejęzyczyłem. Poza tym, pomyliłem nie ziemniaka z burakiem, tylko buraka z ogórkiem.
W tym momencie należy się kilka słów dodatkowego wyjaśnienia. Otóż przejęzyczenie w przypadku karpi jest w dosłownym tego słowa znaczeniu niemożliwe z uwagi na budowę anatomiczną ich organizmów. Niemniej pewne powiedzenia z języka obowiązującego przed wojną weszły na stałe i wtopiły się w życie karpi. Innym przykładem takiego stwierdzenia, ale o nieco innym wymiarze, jest na przykład „wodzenie za nos”. To również z powodu takiego samego, jak przytoczony powyżej jest niemożliwe, niemniej używane jest nieco rzadziej, gdyż z czasem zaczęło wypierać je powiedzenie, z resztą użyte wcześniej w przytoczonym w tekście dialogu, o brzmieniu „wodzić za skrzela”. W przypadku języka ciężko było znaleźć jakieś zastępstwo, z uwagi na brak odpowiednika narządu, jakim jest język. Z kolei inaczej jest z zaprezentowanym powyżej powiedzeniem „stanąć okoniem”. Przed wojną ludzie używali tego określenia nie do końca zdając sobie sprawy, dla czego stanie okoniem oznacza nieuzasadniony upór. Często tłumaczyli sobie, że to z uwagi na mocno rozbudowany ościec, który niekiedy utrudniał ludziom konsumpcję okoni. Karpie za to doskonale wiedziały jaka była geneza takiego stwierdzenia. Otóż spośród wszystkich ryb okonie były najbardziej konfliktowe.
Wróćmy jednakże do rozmowy.
- Wszystko jedno – nie ustępował staruszek.
- Zgadza się – przyznał Stefan po raz pierwszy z nadzieją, że dialog zaczyna zmierzać we właściwym dla jego toku myślenia kierunku. – W tym przypadku to faktycznie wszystko jedno. Ale tylko w tym.
W międzyczasie do kiosku podpłynął kolejny elegancko prezentujący się karp i przysłuchując się rozmowie znacznie się już zniecierpliwił.
- Długo panu jeszcze zejdzie? – zapytał szeroko rozdziawiając pysk.
- Słucham? – odparł zaskoczony Stefan, który nie dostrzegł nowego klienta.
- Pytam czy długo panu jeszcze zejdzie? – powtórzył karp wachlując nerwowo skrzelami. – Spieszę się, a pan już ładnych parę minut blokuje kolejkę.
- Jaką znowu kolejkę? – odparł porządnie już całą sytuacją zirytowany Stefan. – Przecież za panem nikt nie stoi? – dodał złośliwie.
- Ale za to pan stoi przede mną, a ja za panem – odburknął klient.
- Więc nie blokuję kolejki, tylko pana – odparł ze złośliwym uśmieszkiem Stefan. – Pan sam nie tworzy kolejki.
- Ale z panem tworzę – upierał się elegant.
- Ja siebie nie blokuję – rzucił Stefan odwracając się do kioskarza.
- Słucham pana? – wtrącił się staruszek w tym samym momencie kierując pytanie do eleganta i zupełnie ignorując młodzieńca.
- Zaraz, zaraz – zaprotestował Stefan. – Przecież jeszcze nie skończyliśmy.
- Skończymy, niech karp kupi, co mu trzeba. Mówi przecież, że się spieszy.
- Ja też się spieszę – odparł. – A właściwie spieszyłem. Przez takie biadolenie spóźniłem się na ważne spotkanie. Ale z resztą. Teraz to już wszystko jedno. Niech kupuje – ustąpił.
- Wielkie dzięki!
W głosie eleganta dało się wyczuć wyraźną nutę szyderstwa. Poprosił o ulubioną markę papierosów Stefana, dodając:
- Z filtrem, proszę.
- Nie mam niestety – odparł kioskarz z bolesną miną. – Są tylko bez filtra.
- Jak to? – wtrącił się Stefan zbity z tropu. – No przecież...
- Zaraz, poczekaj pan jeszcze chwilę. A są inne z filtrem?
- Nie ma z filtrem? – nie ustępował Stefan zanim jeszcze kioskarz zdążył odpowiedzieć elegantowi.
- Są – powiedział kioskarz.
- Przed chwilą powiedział pan karpiowi, że nie ma!
Stefan niemalże ryknął gdyż coraz bardziej ogarniało go przeświadczenie, że staruszek usiłuje za wszelką cenę zrobić mu na złość.
I tu, podobnie jak w poprzednim przypadku, należy się kilka słów, które mogą być istotne dla lepszego rozumienia przedstawianej historii. Otóż karpie raczej nie ryczą, ale niekiedy bywają oburzone i wówczas im się zdarza wydawać dźwięki, które umownie określane są „rykiem”. To w zasadzie tak, jak w przypadku ludzi, którzy również nie ryczą, ale takie określenie było w powszechnym użyciu. Można było powiedzieć, że ryczy krowa, albo lew i nikogo to nie dziwiło, ale już np. ryczy wiewiórka, gołąb lub żyrafa było uznawane za co najmniej nie na miejscu w związku z czym zestawiania słowa „ryk” z niektórymi gatunkami nie stosowało się w powszechnym użyciu. Ryk był również odpowiednikiem ludzkiego płaczu o znacznej intensywności, ale w tym przypadku chodziło o ryk w sensie podniesionego, donośnego głosu. I w tym miejscu należy też dodać, że w czasach, o których mowa w niniejszej historii nie miała racji bytu maksyma, że ryby i dzieci głosu nie mają, bo karpie głos miały i, co równie istotne, małe karpie, będące dziećmi, również. I dotyczyło to zarówno ryku w sensie podniesionego głosu, jak i płaczu.
A rozmowa i towarzyszące jej zdarzenia w dalszym przebiegu wyglądały następująco:
- Czekaj Pan – wtrącił zniecierpliwiony elegant. – Kupię i spływam.
W tym momencie ponownie odejdziemy na chwilę od istoty przytaczanej rozmowy, mamy tutaj bowiem sprawę odwrotną względem dwóch opisywanych powyżej. Otóż stosowane w mowie potocznej określenie „spływam” często używane było przed wojną w sytuacjach analogicznych do tych z czasów dla tej historii aktualnych, mimo, iż spłynięcie w sensie dosłownym możliwe było dopiero teraz, przed Armagedonem zaś, bardziej właściwym dla oddania czynności określanej tym terminem, było odejście, pójście, wyjście itd. Wyjątek stanowić mogły sytuacje, w których używający tego określenia człowiek płynął akurat kajakiem, pontonem, materacem lub też inną jednostką zdolną do unoszenia się na wodzie.
Tym czasem w naszej historii elegancko przyodziany karp odebrał podane przez sprzedawcę papierosy, uiścił zapłatę i powiedziawszy „dziękuję” i „do widzenia” odpłynął.
- To w końcu są z filtrem, czy nie ma? – zaatakował zdeterminowany do granic wytrzymałości Stefan.
- Są – odparł staruszek spokojnym głosem. – Widział pan przecież, że karp kupił.
- Ale kupił inne, a nie te, o które prosiłem – drążył młodzian.
- Bo, te, o które pan prosił – wyjaśnił kioskarz – są tylko bez filtra.
- No właśnie to mnie od początku ciekawiło – triumfował Stefan. – Czy są takie z filtrem w ogóle, nie tylko u pana w kiosku, tylko w ogóle. Widzi pan różnicę? Jest zasadnicza.
Wypowiedź klienta nie zrobiła na sprzedawcy większego wrażenia. Spojrzał tylko na niego z litościwym wyrazem pyska i rzekł:
- A, w ogóle to są. U mnie nie ma. W tej chwili. Ale tak w ogóle, to bywają.
- Karpiu! – przechodził do zdecydowanego ataku Stefan. – To po co na samym początku mnie pan pytał, czy chcę z filtrem, skoro takowych pan nie posiadał?
- Bo mógłby pan takie chcieć – wyjaśnił w dalszym ciągu spokojnym głosem kioskarz. – Wówczas powiedziałbym panu, że takich nie ma.
Stefanowi aż skrzela poczerwieniały ze złości. Dziadek najwyraźniej bezczelnie się z nim drażnił. Nie wiedział dlaczego akurat jego wybrał sobie za ofiarę, ale, mimo iż nie był z natury mściwy, postanowił teraz odegrać się na złośliwym staruszku i wyładować na nim wszystkie zgromadzone frustracje, których obecności sprzedawca był sprawcą.
- Było powiedzieć, że ma pan tylko takie! – parsknął. – A nie popadać w te wszystkie zawiłe dywagacje. I tak właśnie takie chciałem!
- Z filtrem? – stary karp nadal był niewzruszony.
- Bez!
- Ale pytał pan o te z filtrem? – pytał dalej ze stoickim spokojem kioskarz.
Stefan czuł, jak coś w nim pęka. Popatrzył na staruszka i nagle jakby uszło z niego całe powietrze wraz z ogarniającą go złością. W kiosku pływał stary, zmęczony życiem karp. Pewnie żył samotnie i potrzebował po prostu od czasu do czasu uciąć sobie z kimś gawędę. I tyle. Pewnie personalnie nie czuł do Stefana żadnego żalu, tylko po prosu na niego akurat padło. Ot i wszystko. Spojrzał na staruszka już bez złości, raczej z litością.
- Chcę bez filtra – rzekł spokojnie.
- Ale pytał pan o te bez filtra? – upewniał się kioskarz.
- Tak oczywiście – odparł uprzejmie. – Pytałem z ciekawości, czy są w ogóle, nie tylko u pana w kiosku, tylko w ogóle. Proszę podać te bez filtra i skończmy już tę rozmowę.
- Mogę co najwyżej sprzedać – powiedział kioskarz zwijając boczne płetwy zdradzając tym samym cechy przekorności i uporu.
- Słucham?
- Mówię, że mogę sprzedać, a nie dać, jak pan przed chwilą zażądał – odrzekł sprzedawca.
Stefan czuł, jak ponownie wzbiera w nim złość. Miał wrażenie, że wpadł w jakąś pętęe czasową i zaczął obawiać się, że nigdy nie uda mu się odejść od okienka.
- Niczego nie żądałem – zaoponował. – I tym bardziej nie chciałem, żeby mi pan coś dawał za darmo. Zamierzałem zapłacić. Dawaj pan te fajki, bo zwariuję za moment!
- O proszę! – obruszył się kioskarz odwracając się w bok.
Stefan ponownie musiał zrobić kółko bo czuł, że inaczej zaraz zrobi coś, czego będzie później żałował. W międzyczasie do okienka podpłynął kolejny klient i również chciał nabyć papierosy przez niego preferowane. Szybko, zanim Stefan zdążył zareagować zapytał o nie staruszka.
- Są – odparł kioskarz – Ale tylko bez filtra.
- Mogą być – zgodził się klient. – Dwie paczki proszę.
- Proszę uprzejmie – rzekł staruszek i podał klientowi tytoń.
- Dzięki – rzucił szybko karp. – Do widzenia – dodał i już go nie było.
- Do widzenia – burknął pod nosem kioskarz.
Tu, po raz ostatni wtrącenie – burknięcie pod nosem weszło do powszechnej mowy na zasadach wyjaśnionych już wcześniej w odniesieniu do wodzenia za nos. Od tego momentu wiele innych podobnych w sensie mechanizmu działania określeń i powiedzeń, które pojawią się w dalszej części tekstu pozostaną bez dodatkowego komentarza.
- O – zauważył podekscytowany Stefan. – I teraz zrobił pan tak jak trzeba. Od razu mu pan powiedział, że są wyłącznie bez filtra i facet tylko przemknął. Ze mną byłoby tak samo, ale Pan musiał zacząć z tymi warzywami dokazywać.
Staruszek spojrzał na niego obojętnym wzrokiem dając mu tym samym do zrozumienia, że uwaga nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.
- Teraz też pan może już spokojnie odejść, bo ten gość kupił właśnie ostatnie dwie paczki.
- Że co?
- Mówię, że ten gość przed chwilą wziął ostatnie dwie paczki – powtórzył kioskarz.
Stefan poczuł jak serce wali mu jak grom i o mało nie wyskoczy.
- No chyba pan żartuje? – zapytał z niedowierzaniem.
- Zupełnie nie – usłyszał w odpowiedzi.
Zanim zdążył zareagować staruszek zatrzasnął okienko z tak silnym hukiem, że spowodowało to wybudzenie się Stefana z koszmarnego snu.
W tym momencie nasza historia wkracza na inny tor. Przytoczony powyżej przykład był niejako wprowadzeniem do zasadniczej opowieści, której jednym z głównych bohaterów jest właśnie Stefan, młody, inteligentny i ambitny karp, który dopiero co zakończył edukację i obecnie stanął na rozstaju dróg, musząc dokonać wyboru, co do kierunku swojej przyszłości.










Rozdział II
Stefan

Stefan zerwał się z posłania zlany potem i zaczął łapczywie połykać powietrze szeroko rozwartą paszczą. Koszmary dręczyły go od dnia, w którym dowiedział się, że zaliczył ostatni egzamin i zakończył szkołę uzyskując zawód sołtysa. Nie był z tego powodu jakoś zbytnio zadowolony. Poszedł na studia nie mając jeszcze konkretnie ukierunkowanych zainteresowań. Ojciec wysłał go do szkoły przedwcześnie widząc drzemiący w nim potencjał, co spowodowało, że w momencie podejmowania wyboru o zawodzie, za namową rodziców, wybrał sołectwo, głównie z uwagi na wszechstronność i elastyczność tej profesji. Trudno było dziwić się takiej sugestii. Wiadomo, że sołtys potrzebny był wszędzie i znalezienie pracy z takim zawodem nie nastręczało praktycznie żadnych problemów. Niestety Stefan nie bardzo czuł powołanie do tej profesji. Zdecydowanie bardziej interesowały go inne. Gdyby miał podjąć studia obecnie, czyli w wieku dorosłym, z pewnością wybrałby jeden z wielu innych zawodów. Wolałby zostać na przykład wykwalifikowanym emerytowanym listonoszem lub starym chłopem spod geesu. Albo choćby facetem, który chce żaru.
Tu po raz kolejny koniecznym wydaje się kilka słów dodatkowego wyjaśnienia jednakże z zupełnie innej niż dotychczas przyczyny. Otóż o ile karpiom w znacznym stopniu udało się wypełnić niszę jaka powstała po nuklearnym kataklizmie i przejąć większość obowiązków rasy dominującej, to jednak z czasem na plan pierwszy zaczęły wypływać nawyki i zwyczaje właściwe dla ryb tegoż właśnie gatunku. Stąd obecność takich, a nie innych zawodów, które karpie zwykły preferować. Większość profesji charakterystycznych i cieszących się wielką estymą w okresie przedwojennym straciły swój wysoki status i coraz częściej zanikały, bądź były spychane na margines, a karpie nimi się trudniące pochodziły głównie z rodzin ubogich i patologicznych, których nie stać było na kształcenie na bardziej szanowanych kierunkach. Tak więc przestały odgrywać większe znaczenie takie zawody jak prawnik, lekarz, czy artysta malarz, bądź kompozytor. Zastąpiły je odpowiednio przytoczone w tekście: emerytowany listonosz, chłop spod geesu lub facet, który chce żaru albo na wino, które to profesje w świecie karpi spełniały dokładnie te same funkcje, co przez nie zastąpione, tyle, że w stricte rybim charakterze.
Powróćmy jednakże do Stefana.
W tymże momencie wszystkie zawody wydawały mu się o wiele ciekawsze niż bycie sołtysem. Ale cóż. Stało się. Niby mógłby ubiegać się o drugi fakultet, ale odeszły go już wszelkie chęci do nauki. Chciał teraz pełną gębą korzystać z życia nie zastanawiając się nad niczym ważkim, odbijając sobie tym samym długie lata ślęczenia nad książkami i uczestniczenia w żmudnych ćwiczeniach.
System edukacyjny, jaki ukształtował się w świecie zdominowanym przez karpie był, podobnie zresztą, jak wiele innych dziedzin życia, bardzo specyficzny. Szkoła podstawowa był obowiązkowa i na tym etapie szkolnictwa podobieństwo do wcześniej praktykowanych się kończyło. Szkoły średnie jedynie z otoczki przypominały stare, sprawdzone metody. Były więc ogólnokształcące licea, specjalistyczne technika i szkoły zawodowe, edukacja w których różniła się czasem pobierania nauki. I w zasadzie jedynie tym. Następnym stopniem były studia wyższe, lub dwuletnie o mniej prestiżowym znaczeniu. Po wybraniu kierunku, w którym dany karp chciał pogłębiać swoją wiedzę, kierowano go na spełniające wymagania uczelnie i dalej pozostawało tylko czekać, czy dany kandydat wytrwa trudy pobierania nauk. W przypadku uczelni wyższych i w mniejszym nieco stopniu również szkół średnich, w zależności od prestiżu szkoły, odpowiednio różniły się również opłaty związane z uczęszczaniem do nich, co nie było akurat czymś szczególnie oryginalnym. Dziwne było jedynie to, że niczym nie różnił się sam tok i program nauczania, bez względu na kierunek nauki. Należało po prostu uiścić odpowiednie opłaty, a później przez wyznaczony okres czasu uczęszczać na zajęcia do wskazanych obiektów szkolnych. Zajęcia były dowolne. Warunkiem było, aby odbywały się w szkolnych murach. Może takie rozwiązanie wydać się nieco dziwne, albo wręcz absurdalne, ale nic bardziej mylnego. W trakcie dziesiątek, potem setek lat kształtowania się społeczności karpi dostrzeżono pewną prawidłowość. Otóż wszystkie karpie prezentowały ten sam poziom intelektualny i bez względu na intensywność, sposób, czy długość pobierania nauk, nie ulegał on najmniejszej zmianie. Wobec powyższego uznano, że nie ma sensu rewolucjonizować i różnicować programu nauczania, skoro i tak żaden z karpi nie jest w stanie przyjąć więcej wiedzy, niż już posiada i jaką wyniósł ze szkoły podstawowej, w której, nawiasem mówiąc, tok nauczania niczym się od późniejszych nie różnił. Jaki więc był sens w ogóle dzielić uczelnie na rodzaje, różnicować wydziały i kierunki? A wbrew pozorom bardzo duży. Po pierwsze, dzięki temu można było już na wstępie wyselekcjonować najbardziej leniwe i najmniej ambitne jednostki. Tacy kończyli na podstawówce. Potem odpadali ci najubożsi, których nie było stać na opłacenie składek na komitet rodzicielski, pokrycie kosztów czesnego, zakwaterowanie, kart członkowskich, korepetycji, obozów koedukacyjnych, szkoleń i dodatkowych kursów dokształcających. W ten sposób kolejno wykrystalizowały się szeregi karpi o wykształceniu zasadniczym zawodowym i średnim, potem niepełnym wyższym i wreszcie wyższym magisterskim oczywiście z dalszym istotnym podziałem prestiżowym w zależności od renomy uczelni. Nikogo nie dziwiło, że bardziej szanowany był magister, który ukończył cieszący się bardzo dużą estymą kierunek filozoficzny, jakim był dla przykładu bliski znajomy mleczarza, na Uniwersytecie Stołecznym Jeziornym, niż w jakimś stawie na peryferiach, w których często wystarczyło dać wykładowcy flaszkę i można było nie przychodzić przez tydzień na zajęcia.
Tak więc z grubsza mamy za sobą przybliżenie rzeczywistości świata Stefana. Młody karp niemal całe dotychczasowe życie spędził w szkolnych murach, w najbardziej prestiżowych uczelniach i właśnie został świeżo upieczonym magistrem sołtysem, którym za nic w świecie nie chciało mu się być. Z kolei, jak już wcześniej wspomniano, nie uśmiechało mu się spędzać kolejnych dwóch lat na robieniu dodatkowego fakultetu. Ojciec tłumaczył mu, że gdy zostanie już sołtysem zawodowo, nie tylko z wyuczenia, nie będzie się musiał martwić o nic, wszystkie drzwi będą stały przed nim otworem i będzie mógł robić czego tylko dusza zapragnie. No tak. Ojciec miał bez wątpienia rację. Ale Stefanowi sen z powiek spędzało to, że w ten sposób do końca życia zostanie już sołtysem. A on potrzebował czegoś więcej. Chciał czuć wiatr w żaglach, pragnął ciągle poznawać nowe lądy i krainy, nowe jeziora, morza i oceany. Nowe gatunki. Gdy tylko poruszał te z wszech miar nurtujące go tematy rodzice zawsze karcili go mówiąc, że przecież nigdzie nie żyją żadne inne gatunki poza karpiami, więc prawdopodobieństwo spotkania jakiegokolwiek odmieńca jest praktycznie zerowe. A na wycieczki spokojnie będzie mógł jeździć, kiedy tylko jego serce za nimi zatęskni. Oczywiście, żeby tak było, musi spełnić jeden podstawowy warunek nie do zastąpienia i nie do podważenia. Mianowicie musi zostać sołtysem. I tu koło się zamykało. Dla Stefana znaczyło to wprost: żeby nie być sołtysem musi zostać sołtysem. Istny paragraf dwudziesty drugi. I może by w końcu uległ namowom rodziców, gdyby nie pewne zdarzenie, którego doświadczył będąc na ostatnim roku studiów, może na dwa miesiące przed egzaminem magisterskim, który notabene, polegał na kilkugodzinnym tłoczeniu się w korytarzu, wypaleniu w tym czasie dwóch paczek papierosów, spluciu podłogi korytarza, kilkakrotnym odwiedzeniu kibla, następnie dziesięciominutowym uśmiechaniu się do komisji egzaminacyjnej, a na końcu szczerym uradowaniu się, wręczeniu przedstawicielom grona pedagogicznego upominków w postaci butelek jakiegoś wykwintnego trunku, eleganckich bombonierek oraz wiechci kwiatów i wreszcie urżnięciu się w trupa w knajpie, w domu lub w plenerze. W każdym bądź razie zanim nastąpił w życiu Stefana ten niezwykle ważki dzień miało niezwykle brzemienne w skutkach dla jego przyszłości zajście. Otóż przebywał na weekendowym wypadzie z dala od zgiełku wielkiej miejskiej metropolii na łonie względnie cichej i nieskażonej przemysłem natury. Wówczas spotkał sędziwego karpia liczącego sobie bez mała siedemset lat. Albo i tysiąc siedemset, tego jakoś karp nie mógł sobie za żadne skarby przypomnieć. W każdym bądź razie istotnym było to, że ów staruszek pamiętał jeszcze czasy sprzed wojny, bez przerwy mając przed oczami ciasne, przytłaczające poczuciem klaustrofobii wnętrze żeliwnej wanny, którego nijak nie mógł się pozbyć. I nawet fakt, że to właśnie jej zawdzięcza życie nie pomagał w wyzbyciu się gnębiących i bolących wspomnień. Stefan zamiast zwiedzać okolicę i delektować się dzikim krajobrazem całe trzy dni i noce spędził z Zozolem, bo tak miał na imię sędziwy karp, wsłuchując się w snute przez niego opowieści. Słowa starca tak zafascynowały chłopca, że do tej pory nie był w stanie ich zapomnieć, jakby usłyszał je dopiero przed chwilą. Mało. Miał wrażenie, że widział to wszystko, o czym prawił Zozol, że doświadczył tych dziwnych rzeczy, poznał te wszystkie istoty, odczuł ich obecność, oddech i ciepłotę ich ciał. Na samą myśl o czymkolwiek, co dotyczyło fantastycznego świata z opowieści doświadczał czegoś w rodzaju skurczu w głównym ośrodku nerwowym. Poza samą treścią Stefana bardzo fascynowało to, w jaki sposób, staruszek o tym wszystkim opowiadał, jak nagle zaczynały lśnić mu pokryte na co dzień gęstym bielmem oczy, drżał głos i mięśnie.
Od tamtego spotkania upłynęło już sporo wody w rzekach, a Stefan każdą wolną chwilę poświęcał na odwiedziny staruszka.
- Spotkałem raz osła – rzekł któregoś dnia Zozol.
- O Matko Boska – wyszeptał podekscytowany Stefan składając płetwy, jak do modlitwy.
- Żebyś ty go widział! – kontynuował staruszek. – Był piękny. I jaki wielki, a przy tym cholernie mądry, choć i nieco uparty. Skąd wiem, że uparty? Ano już ci mówię. Pewnego dnia nad staw, w którym w tamtych czasach mieszkałem przyszedł ów osioł w celu napicia się wody. Widać bardzo był spragniony, bo gdy tylko zanurzył pysk pod powierzchnią powstał taki prąd, jakby wóz strażacki wodę ciągnął do pożaru jakiegoś. Traf chciał, że przepływałem akurat w pobliżu, bo jak ci wcześniej napomknąłem ten osioł był bardzo mądry i wybrał miejsce gdzie woda był najbardziej czysta, miała optymalną temperaturę i odpowiednie nasycenie minerałami, stąd też właśnie i ja tam się znalazłem. W każdym bądź razie tak zaczął ciągnąć, że nie dałem rady zbyt długo walczyć z nurtem, w który nieopatrznie wpadłem. Oczywiście nie to, że od razu dałem się wciągnąć. Bity kwadrans młóciłem wodę wszystkimi płetwami z całych sił, ale mój wysiłek okazał się niestety próżny. Wówczas myślałem, że niestety. Do teraz dziękuję wszelkim najwyższym mocom, że nie wygrałem tego pojedynku. No, ale nie przeciągając opowieści, dość powiedzieć, że w końcu poddałem się i w pewnym momencie po prostu znieruchomiałem. Poczułem wówczas, jak z ogromną prędkością mknę w tył, a wraz ze mną inne mniejsze i większe stworzenia. Widać osioł był nie tylko spragniony, ale i również nielicho głodny. Pożarł wówczas, niczym wieloryb, mnóstwo mniejszych ryb, żab, kijanek, trytonów, ślimaków, pijawek, różnego rodzaju robactwa, skrzeku, glonów, rzęsy wodnej, różnej innej roślinności, drobnych kamyków i piachu. Do tego oczywiście wypił ze dwanaście metrów sześciennych wody, albo i lepiej.
- Może i z pięćdziesiąt… – wtrącił z szeroko otwartymi oczami zafascynowany opowieścią Stefan.
- A może i z pięćdziesiąt, kto go tam wie? – nie sprzeciwił się Zozol. – Faktem jest, że poziom wody opadł, co było dostrzegalne gołym okiem, a biorąc pod uwagę powierzchnię akwenu, to musiało być wypite całkiem sporo.
- Ale, jak to możliwe? – znów przerwał rozgorączkowany Stefan.
- Nie przerywaj mi, gdy mówię! – zestrofował go staruszek. – Po kolei wszystko powiem, nie na łeb przez dupę i po płetwach! Chaos wtedy będzie w historii i nic nie zrozumiesz. O ile w ogóle coś zrozumiesz, boś młody, to i głupi i tępy, jak śledź. Jak będziesz przerywał, to spływam w pierony i sam sobie resztę dopowiesz, rozumiemy się?
- Przepraszam – rzekł skruszony Stefan.
Zozol chwilę nerwowo się pokręcił, ale widać było, że wcale nie ma ochoty kończyć opowieści, że sprawia mu ona niemniejszą frajdę, jak słuchającemu. Wypuścił z pyska dwie duże powietrzne bańki i podjął:
- Nagle poczułem, że moja droga się skończyła. Na grzbiecie i brzuchu poczułem, choć miękkie, to wcinające się w ciało, napięte do granic wytrzymałości kąciki ust osła, a na bokach jego na szczęście dla mnie niezbyt ostre, by nie powiedzieć tępe zęby. Myślałem, że zaraz powędruję do jego przepastnego żołądka w ślad za innymi nieszczęśnikami, ale o dziwo nic takiego się nie stało. Znieruchomiałem. Po chwili poczułem, że osioł próbuje na powrót mnie wypluć, ale bez pozytywnego rezultatu. Najwyraźniej zaklinowałem się w jego paszczy, w skutek czego musiał wyciągnąć pysk z wody, by móc złapać oddech przez nozdrza. Kilkakrotnie machnął łbem, aż wreszcie wystrzeliłem z powrotem ku wolności. Niestety nie dotarłem do stawu, tylko spocząłem na trawie kilka metrów od brzegu. Z trudem łapałem oddech i nie mogłem przemówić, ale widziałem, że osioł bacznie mi się przygląda. Obwąchał mnie, po czym rozwarł wargi, ale nie wypowiedział żadnego słowa. Zbliżył je do mnie drżące i gorące, kilkakrotnie delikatnie trącił wilgotnymi chrapami i parskając wrzucił na powrót do życiodajnego stawu. Odetchnąłem z ulgą nurkując głęboko, aż do samego dna. Chwilę potem mknąłem już ku górze, chciałem wypłynąć na powierzchnię i podziękować za wspaniałomyślne oszczędzenie mnie i dodatkowo uratowanie życia. Mniej więcej w połowie drogi do powierzchni ponownie poczułem ów śmiertelny nurt i znów niestety zbyt późno. Pomyślałem wówczas, że osioł wziął mój sprint ku dnie za ucieczkę, a chciał o czymś ważnym porozmawiać, więc nie walczyłem z prądem, tylko pozwoliłem się nieść ku górze. I w ten sposób po chwili znalazłem się w tej samej sytuacji, co chwilę wcześniej. Gdy leżałem ponownie na trawie przy brzegu osioł uniósł kopyto, tak, że cień padł na me błyskawicznie wysychające ciało, chroniąc mnie w ten sposób od wyjątkowo mocno palącego tego dnia słońca. Doprawdy wspaniała istota. Nagle nie wiedząc z jakiej przyczyny osioł zachwiał się i opuścił gwałtownie nogę. W ostatniej chwili jednak zdążył ją cofnąć zahaczając mnie tylko o grzbiet. Nie powiem, było to dosyć bolesne, ale dzięki kopnięciu znów wróciłem do wody. Tym razem już nie nurkowałem, tylko nie tracąc czasu wypłynąłem na powierzchnię. Osioł widocznie również zaspokoił swój głód i pragnienie, bo stał tylko przy brzegu wpatrując się w toń, prawdopodobnie czekając wyłącznie na mój powrót. Gdy wypłynąłem na powierzchnię cofnął nieco łeb i nadal milczał. No to wówczas ja mówię do niego mniej więcej w te słowa:
- Dzięki ci za uratowanie życia po dwakroć – zacząłem. – Zdradź kimże jesteś, jeśli możesz rzecz jasna – dodałem.
Czworonóg spojrzał na mnie wytrzeszczając oczy i strzygąc uszami. Świdrował mnie tak przez blisko kwadrans, a ja nie byłem w stanie oderwać od niego spojrzenia. W końcu osioł odwrócił się, kucnął i wypróżnił się wprost do stawu.
Stefan patrzył na Zozola czekając, aż ten podejmie opowieść, ale karp przymknął oczy w zadumie i lekko, majestatycznie kołysał się zaciskając wargi, jakby podkreślając w ten sposób niebagatelną wagę swoich słów. Minęło pięć, dziesięć, potem już i piętnaście minut, a dziadek milczał. W końcu Stefan nie wytrzymał i już miał się odezwać, gdy Zozol wreszcie przemówił.
- Robi wrażenie, nie?
Uśmiechnął się triumfująco lewym półgębkiem i znów zaczął się kiwać. Stefan nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Owszem, opowieść wydała mu się całkiem ciekawa, niemniej nigdzie nie mógł dostrzec tego fenomenu owego osła. Nie chciał jednak uderzać zbyt ostrym pytaniem i głowił się długo, co by tu rzec. Nagle go olśniło.
- Skąd wiesz, że to był osioł? – zapytał.
- Że co? – odparł pytaniem, jakby budząc się z letargu.
- Pytam, skąd wiesz, że to był osioł? – powtórzył. – Widziałeś jakiegoś wcześniej?
- Oczywiście, że nie – obruszył się Zozol. – A ty widziałeś?
Stefan skulił się wobec ataku starca. Doskonale wiedział, że pytanie było nie fair, bo niby jakim cudem miałby widzieć osła, skoro żaden nie przeżył wojny, a on urodził się setki lat po niej.
- Wiesz, że nie – odparł pokornie. – Niby jak?
- Oczami – parsknął Zozol. – Przecież nie kawałkiem nadpalonego, starego drewna.
Stefan ponownie się zmieszał. Na ogół nie był taki potulny, ale szanował tego starego dziwaka i nie chciał sprawiać mu przykrości arogancją i fizycznością, którą z pewnością nad nim górował. W ogóle brzydził się takich postaw. Przemocy i takich tam. Nabywanie tężyzny fizycznej w celu szerzenia agresji wywoływało w Stefanie torsje i jakąś taką ogarniająca z wszech miar rezygnację i pogardę dla całego karpiego gatunku.
- Nie widziałem – powtórzył więc grzecznie. – A ty rozumiem, że widziałeś wcześniej, bo niby skąd byś wiedział, że to osioł, a nie na przykład bocian, lub słoik z musztardą?
- Gówno tam rozumiesz! – wybuchnął ponownie Zozol. – Myślisz, że jesteś taki mądry, bo szkoły pokończyłeś? Głupiś, ci mówię! Głupiś!
Zozol odwrócił się i czmychnął między gęste trzciny. Dno zamuliło się spowijając najbliższą okolicę mleczno burą zawiesiną drobin piasku i glonów. Nie było go dobry kwadrans, ale w końcu powrócił z mocno nadąsaną miną.
- Spotkałem go później – powiedział. – Stąd wiem, że tamten, to też był osioł. Wcześniej nie wiedziałem. Wówczas myślałem, że to wóz strażacki. W dodatku niemowa.
Stefan pokiwał się ze zrozumieniem. Temat bardzo go zaintrygował.
- A kiedy przekonałeś się, że to właśnie osioł? – dopytywał.
Zozol zamyślił się głęboko. Dumał i dumał, wiercił się i kręcił na boki, aż w końcu podpłynął do Stefana energicznie i rzekł:
- Powiem ci teraz coś, co musisz zachować wyłącznie dla siebie – zawiesił głos. – Musisz mi to obiecać.
- Obiecuję – powiedział Stefan bez zastanowienia.
- Dobrze się zastanów – przestrzegł Zozol. – Staniesz się powiernikiem jednej z największych tajemnic tego świata i nic już nie będzie dla ciebie takie samo, jak dotychczas. Rozumiesz to?
Stefan przez chwilę zastanawiał się, czy staruszek z niego nie drwi, ale marsowa mina Zozola rozwiała jego wątpliwości. Młodzieniec wykonał czynność zbliżoną do przełknięcia śliny i zdrowo beknąwszy rzekł:
- Rozumiem.
Zozol przyjrzał mu się uważnie patrząc głęboko w oczy.
- Przysięgnij – rzekł.
Stefan zatrzepotał płetwami, pokraśniał i czknął nerwowo.
- Przysięgam.
















Rozdział III
Osioł

Władze karpiego społeczeństwa skupiały się w potężnym gmachu umiejscowionym w rejonie wielkiej zatoki słodkowodnej u podnóża masywnych gór skalistych w umiarkowanym klimacie śródziemnomorskim. Najważniejszą postacią w rządzie był Porucznik Gustaw, karp w średnim wieku, potężnie zbudowany, o wyrazistym, mądrym spojrzeniu. Cieszył się ogólnym społecznym poparciem, głównie z uwagi na liberalne decyzje i szeroko posunięte reformy w systemie edukacji i infrastrukturze. Prócz niego w ekipie rządzącej zasiadało jeszcze cztery karpie pełniące role doradcze, a zarazem kontrolne, choć władza, którą dzierżył Porucznik była autorytarna i jego decyzje nie podlegały wetowaniu. Karpi świat był rodzajem monarchii i cała odpowiedzialność za wydawane rozkazy, decyzje i ustawy spadała wyłącznie na Gustawa.
Przez ostatnie kilka dni monarcha nie opuszczał swoich komnat usilnie pracując nad nowym programem reformatorskim mającym na celu uzdrowienie społeczeństwa, które ostatnimi czasy popadło w marazm i swoistego rodzaju letarg spowodowany głównie monotonią i bezczynnością. Doradcy głowili się, co też wymyśli ich przywódca, ale nie olśniły ich żadne konkretne pomysły. Wreszcie, kiedy niecierpliwość i troska o losy narodu sięgały już apogeum, drzwi prowadzące do osobistego, nie udostępnianego nikomu bez wyjątku gabinetu otworzyły się z sapnięciem i w progu pojawił się sam Porucznik Gustaw. Z jego postawy i wyrazu twarzy można było odczytać, że podjął jakąś bardzo ważną decyzję.
- Słuchajcie – przemówił zasiadając przy okrągłym stole. – Jedyną szansą na ratunek naszego zapadającego się coraz głębiej w nicości społeczeństwa, jest wprowadzenie jego zróżnicowania. Tylko to może przynieść pożądane efekty. Musimy doprowadzić do tego, aby nasz świat nie był zamieszkany wyłącznie przez jeden gatunek. Ma być ich przynajmniej tyle, co przed wojną.
Doradcy popatrzyli po sobie bez zrozumienia.
- To znaczy, że jak? – rzekł Sułtan Ibrahim, przewodniczący kapituły doradczej.
- Zwyczajnie – odparł spokojnie monarcha. – Zrobimy tak, że na powrót nasze wody i lądy zasiedlą inne ryby, gady, płazy i ssaki.
- To przecież niewykonalne – zaprotestował inny zastępca, Gerwazy z Gliwic. – Poza tym bardzo dla nas niebezpieczne, gdyby już się stało.
- Nic bardziej mylnego – głos Porucznika nadal był spokojny. – Podzielimy się po prostu na ryby i inne istoty. Ot i wszystko.
Karpie popatrzyły po sobie niezdecydowane. Na pierwszy rzut oka widać było, że ni w ząb nie dotarło do nich to, co przed chwilą dotrzeć powinno.
- Znaczy się jak? – zapytał w końcu Sułtan. – Że co?
Porucznik okrążył stół delektując się wrażeniem, jakie robi na zebranych, którzy wodzili za nim wybałuszonymi ze zdziwienia i niezrozumienia oczami. Nie zatrzymując się podjął świadomie używając protekcjonalnego tonu.
- Najzwyczajniej w świecie. Część wyłonimy na podstawie informacji o poszczególnych osobnikach, ich predyspozycjach i umiejętnościach. Resztę podzieli się zgodnie z rejonizacją i liczebnością.
- Jak to podzieli? – dopytywał Wania Podjebiełkow, najmniej przez Porucznika ceniony zastępca, którego Gustaw podejrzewał zresztą o dywersję i szpiegostwo. – Coś, jak losowanie?
- Bardzo dobrze kombinujesz, Waniuszka – pochwalił Podjebiełkowa monarcha. – Właśnie o to mniej więcej chodzi. Musimy najpierw ustalić jakie gatunki i rasy są nam potrzebne, a potem po prostu przyporządkujemy poszczególne jednostki do ustalonych wcześniej grup i po krzyku. Oczywiście w sferach rządowych i na głównych stanowiskach administracyjnych pozostaną karpie właściwe, tak samo, jak we wszystkich guberniach jakie wyłonimy w drodze podziałów i rejonizacji. Oczywiście wszystkie one będą tylko umowne, w rzeczywistości nic nie ulegnie zmianom, ale samo zróżnicowanie, choć stricte symboliczne powinno przynieść pożądane skutki.
- No dobrze – wtrącił Karmazynowy Ed Bulwa, ostatni i zarazem najmłodszy z doradców. – Jak zatem odróżnimy poszczególne gatunki?
- Dobre pytanie – podchwycił Gerwazy z Gliwic. – Każemy im nosić jakieś czapeczki identyfikacyjne?
- Niekoniecznie – odparł Porucznik. – Chociaż takie rozwiązanie też jest nienajgorsze. Ja w każdym bądź razie proponuję tatuaże na czołach, tuż nad oczami, tak żeby zawijały się na boki i dodatkowo na płetwie grzbietowej. Będą widoczne z każdej strony.
- No tak – podjął po chwili niezręcznego milczenia Sułtan Ibrahim. – Ale to załatwi sprawę jedynie z bliskiej odległości. Z daleka nie sposób będzie odczytać napisów.
- A kto mówił o napisach? – obruszył się Gustaw – Kolorystyka, chłopie, kolorystyka. To symbole. Załóżmy, że czerwony odcień będzie oznaczał psa, zielony krowę, a niebieski niedźwiedzia, lub jakoś tak. Podkreślam, że to tylko przykład. Konkrety ustalimy w drodze głosowania. Chodzi tylko, żebyście pojęli istotę zmian. Oczywiście wszystko musi być zrobione z głową, stopniowo. Rozpoczniemy od innych ryb, i póki co, na tym poprzestaniemy. Aby nie wprowadzać zbędnego zamieszania proponuję na początek reaktywować tylko kilka względnie łagodnych i niezagrażających nam gatunków, żeby uniknąć paniki i nie pobudzać negatywnych emocji. Więc płastugi, może uklejki i szczupieńczyki. Zobaczymy, jak to się przyjmie. Proponuję, żeby wszystkim zajął się Karmazynowy Ed Bulwa.
- Dla czego właśnie on? – zaoponował Wania. – A nie, na przykład Gerwazy, lub ja?
- A jakie to ma znaczenie? – odparł Porucznik. – Ktoś musi to zrobić. Każdy będzie miał swoją robotę. Ty, będziesz nadzorował kolejne projekty. Nie ma co dyskutować. Moja decyzja jest nieodwracalna. Koniec posiedzenia. Teraz żegnam.
- Jeszcze tylko jedno – dodał Wania. – Na jaki kolor mam pomalować płetwy?
- Ty na żaden. Masz trzy gatunki ryb. Każdy ma być niebieski i dodatkowo odcień uszczegółowiający, czyli odpowiednio ciemniejący dla płastugi, uklejki i szczupieńczyka. Jasne?
*
Zozol płynął z nadzwyczajną, jak na swój wiek, gracją, determinacją i temperamentem. Pokonywał kolejne przeszkody nie oglądając się za siebie. Stefan dzielnie dotrzymywał mu kroku. Zżerała go ciekawość i niepokój. Miał wrażenie, że mijają niektóre miejsca kilkakrotnie, jakby Zozol nie był pewien, gdzie dokładnie zmierza, lub przeciwnie, drogę znał doskonale, a tylko celowo ją gubił, by zdezorientować go na wypadek, gdyby Stefan chciał kiedyś samemu tu wrócić. Jeśli celem był drugi z powodów to po pewnym czasie okazał się skuteczny. Młodzian płynął nie próbując już nawet rejestrować elementów krajobrazu, które mogłyby pomóc mu w odnalezieniu drogi. Mijali wzgórza i doliny, przełęcze, łąki i piaszczyste równiny, kręte plątaniny wąwozów, wreszcie podziemnych korytarzy i kompleksów częściowo zatopionych jaskiń i pieczar. Wreszcie, po upływie kilku godzin żmudnej wędrówki Zozol znacznie zwolnił. Gdy Stefan zrównał się z nim w szeregu, staruszek rzekł:
- Za chwilę będziemy na miejscu. Czeka nas jeszcze pokonanie jednego stromego i dosyć wąskiego syfonu. Bądź ostrożny i uważaj, żeby się nie zaklinować i nie pogubić drogi. Woda tam wyjątkowo mętna i zimna. Brak też jakiegokolwiek oświetlenia. Trzymaj się blisko i nie trać mnie z oczu.
Stefan zastosował się do wskazówek bez zbędnych pytań. Ani myślał teraz się zgubić. Nie miał bladego pojęcia gdzie się znajduje. Czy popłynęli na wschód, czy na zachód? Na północ? A może na południe? Jak daleko odpłynęli od rodzinnych stron? Nie miał najmniejszego pojęcia.
W pewnym momencie wąski przesmyk, jakim już od dłuższego czasu podążali zaczął się znacznie rozszerzać, woda stała się bardziej przejrzysta, z każdą chwilą było jaśniej i cieplej. Wreszcie wyraźnie dało się odczuć przenikające wodę promienie słonecznego światła. Po chwili wynurzyli się na powierzchnię i zaczerpnęli powietrza.
- Jesteśmy na miejscu – oznajmił Zozol.
- Cieszę się – rzekł Stefan. – Nie rozumiem tylko, po co była ta cała heca z przysięganiem, skoro tak mnie zmotałeś, że nawet jakbym bardzo chciał, to za cholerę tu nie trafię.
Staruszek uśmiechnął się półgębkiem zadowolony, że nie zatracił jeszcze zdolności kamuflażu.
- Nie chodzi o to, jak tu trafić, tylko raczej o to, co tu zobaczysz. A zresztą. Pewnie i tak nikt ci nie uwierzy.
To powiedziawszy ruszył w kierunku oddalonego o kilka mil brzegu. Płynęli bez pośpiechu tuż pod powierzchnią delektując się słoneczną kąpielą. Po kilku minutach wpłynęli do niewielkiej, lekko zacienionej skalistej zatoczki.
- A teraz uważaj – ostrzegł staruszek wychylając się na powierzchnię. – Gialuka! Ryknął ile sił w skrzelach. – Gialuka! Właź! To ja, Zozol!
Stefan zlustrował uważnie okolicę ale nie mógł dostrzec niczego szczególnego. Słychać było szum poruszanego wiatrem listowia i nic poza tym. Nagle, spomiędzy osłoniętej gęstymi zaroślami sterty kamieni rozległ się donośny, wolny i dosyć głęboki głos z mglistą naleciałością trudnego do zidentyfikowania akcentu.
- A co to za ojszczymura tu ze sobą przyprowadziłeś?
Zozol lekko się zmieszał i mrugnął do Stefan porozumiewawczo.
- To mój zaufany! – odparł pośpiesznie. – Uczeń! Ręczę za niego!
Ciszej nieco zwrócił się do młodzieńca.
- Przepraszam. Zapomniałem cię ostrzec, że Gialuka ma nieco niewyparzoną gębę. To jeszcze pozostałość, a raczej efekt ciężkiego i trudnego dzieciństwa. Poza tym wychował się pod Palermo. W sumie jest bardzo łagodny, tylko nieco nieufny.
- Ma ryj jakiś taki cwaniacki! – nie ustępował w podejrzliwościach Gialuka.
- Tylko ciekawy i wystraszony! – wyjaśnił Zozol.
- Wcale się nie boję – obruszył się Stefan. – Tylko…
- Zamknij się – przerwał szeptem staruszek. – Milcz, aż powiem.
- Co tam mamroczecie? – głos nieznajomego dobiegał już z bliższej odległości. – Mamrot oznacza, że macie coś do ukrycia!
Stefan ocenił, że cierpliwość Zozola jest już nadwyrężona. Staruszek zamachał nerwowo płetwą i podpłynął wprost do kępy wyrastających spomiędzy kamieni krzewów i rzekł:
- Słuchaj, capie – zaczął. – Płynęliśmy tu prawie pół dnia nie po to, żeby pogadać z krzakiem. Wyłaź z łaski swojej i chociaż przywitaj się jak należy.
Gęste od liści gałęzie zatrzęsły się, do wody chlupnęło kilkanaście niewielkich kamieni. Stefan wytrzeszczał ciekawskie oczy, gdy wreszcie dostrzegł wolno, jakby ostrożnie wyłaniającą się spośród gęstwiny postać. Nie wiedział zupełnie czego się spodziewać, choć przygotowany był na coś niecodziennego. Jednakże to co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Oto na brzeg wyłoniło się olbrzymie, włochate, zwierzę, jakiego nie powinno być wśród żywych. Pociągła głowa ozdobiona była parą długich uszu, a paszcza baterią prostokątnych, raczej tępych zębów. Zwierz stał na czterech łapach i wyglądał nadzwyczajnie.
- Cześć, Gialuka – zaczął Zozol. – To jest Stefan, mój podopieczny – dodał wskazując na młodzieńca.
- Witaj – odparł Gialuka zupełnie ignorując młodego karpia. – Dużo lat upłynęło od naszego ostatniego spotkania. Widzę, że pozostajesz w dobrym zdrowiu, co mnie cieszy.
- Wzajemnie – rzekł staruszek. – Mój przyjaciel – ponownie wskazał na Stefana – jak już pewnie sam się domyśliłeś, urodził się po wojnie. Nigdy nie widział niczego żywego, prócz karpia.
Gialuka spojrzał wreszcie na zaszokowanego młodzieńca. Pokiwał głową wyrozumiale.
- I cóż tak wytrzeszczasz ślepia? – zapytał. – Więcej już nie zobaczysz. Jestem osłem.
Wobec takiego oświadczenia Stefan dodatkowo rozdziawił jeszcze usta.
- Jak to? Jakim cudem? – zapytał oniemiały.
Gialuka spojrzał na Zozola pytająco.
- Możesz mówić spokojnie – rzekł karp.
Osioł usiadł wygodnie, podłubał kopytem między kamieniami, jakby szukał między nimi zegarka lub plasterka marchwi, albo jeszcze czegoś zupełnie innego, byle o niewielkich rozmiarach i strzygąc uszami rzekł:
- Byłem małym, bardzo małym osłem. Na dwa dni przed wybuchem wojny kąpałem się akurat w sadzawce razem z innymi oślątkami. Moi rodzice już wtedy nie żyli. Ojca przerobili na salami jeszcze przed moimi narodzinami, a matkę chłop sprzedał na targowisku, gdy miałem pół roku. Później też przerobiono ją na salami. W każdym bądź razie byłem pozbawiony nadzoru w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Zbliżały się te cholerne święta i poszła wieść, że nasz gospodarz ma intratne zamówienie na kiełbasę i inne wędliny, więc stało się jasne, że wszyscy trafimy pod nóż. Próbowałem przekonać o tym innych, ale z uwagi na mój młody wiek nie byłem w stanie przemówić nikomu do rozumu. Wobec tego, gdy wszyscy wyleźli z porannej kąpieli ja przyczaiłem się w tej sadzawce i zamierzałem bezpiecznie przeczekać do wieczora, a potem pod osłoną ciemności wydostać się na brzeg i dać nogę w góry, w których żyły wówczas dzikie osły. Ale niestety nie udało się. Byłem bardzo głodny i połakomiłem się na dorodną marchewkę, którą dostrzegłem unoszącą się w blasku księżyca wśród fal. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zaraz po tym, jak ją capnąłem spragnionymi ustami poczułem w wardze ostry ból, aż oczy zaszły mi mgłą. Coś z potworną siłą ciągnęło mnie w kierunku brzegu.
I co się okazało? Teraz, z perspektywy czasu aż mnie śmiech ogarnia, a poza tym całemu temu dziwnemu zajściu zawdzięczam przetrwanie. Jestem jednym z nielicznych, a może i jedynym osłem, który został złapany na wędkę. Wędkarz, co nie mniej dziwne, był przekonany, że jestem karpiem i mimo, iż każdy napotkany przez niego człowiek tłumaczył mu, że jestem małym osłem, ten nie dał się przekonać i po powrocie do domu wrzucił mnie do wanny. Resztę możesz sobie dopowiedzieć. Od tamtej pory ukrywam się w tej dolinie, na którą zawaliła się cała okolica. Wanna uratowała mi życie zarówno przed wojną, jak i przed lawiną, jaka runęła na chałupę, w której stała.
Stefan, wysłuchawszy opowieści, popatrzył na osła z podziwem i współczuciem.
- I nie spotkałeś od tamtej pory żadnego krewniaka? – zapytał.
- Nikogo – odparł roniąc łzę. – Tylko Zozola. I teraz ciebie.
- Nie łżyj – skarcił go stary karp. – Należy mu się prawda. To w porządku chłopak.
- No skoro tak mówisz – rzekł bez większego przekonania Gialuka. – Mam znajome trzy żółwie, kota i miniławicę „japońcy”. Kot mieszka ze mną, żółwie po drugiej stronie doliny, a ryby odwiedzają mnie często.
W tym momencie na powierzchni pojawiło się pięć złotawych rybich łebków.
- Ot i „japońce” – przedstawił Gialuka.
Stefan ponownie rozdziawił oczy i paszczę. Zozol przywitał się grzecznie wymieniając pozdrowienia. Największy ze złocistych karasi, sprawiający wrażenie przywódcy, przemówił zdradzając symptomy zatrwożenia.
- Nadchodzi koniec świata! – zaczął bez wstępnej zwłoki.
Dalszej relacji Stefan nie usłyszał, gdyż jego umysł nie był przygotowany na jednorazowe przyjęcie tak potężnej dawki emocji.
*
Koncepcja Gustawa sprawdziła się lepiej, niż przypuszczał sam jej pomysłodawca. Po niedługim czasie wody zaroiły się od przeróżnych gatunków ryb. Zgodnie z założeniami planu znacznemu zróżnicowaniu i urozmaiceniu uległa egzystencja karpiego społeczeństwa. Szybko zaczęto odczuwać obecność innych niż karpie mieszkańców wód, którzy bez większych przeszkód przyjęli na swoje barki ciężar bycia kimś innym niż dotychczas. W ślad za tym rozwinęło się również szkolnictwo, które kształciło adeptów w sztuce adaptacji i znajomości zwyczajów, historii, nawyków i upodobań swoich świeżo poznanych protoplastów. Niestety radość ze zmian nie trwała długo. Zanim władze dostrzegły stopień zaawansowania prac i zaangażowania społeczeństwa w program naprawczy, było już za późno. Długie lata marazmu, w jakim tkwiły karpie wcale nie spowodowały, jak początkowo przypuszczano, zastoju rozwojowego i braku akceptacji dla zmian. Wręcz przeciwnie. Okazało się bowiem, że monotonia budowała w masach coś na wzór stosu atomowego, który tylko czekał, aby się uaktywnić. Rzekoma obojętność i apatia okazała się odpowiednikiem społecznego zaciskania zębów i czekania na sygnał. Gdy Porucznik kazał wyodrębnić pierwszy odmienny od karpi gatunek, dalej zmiany przebiegły wręcz lawinowo. Nie nadążano dobierać kolorów i innych elementów rozróżniających poszczególne osobniki. Mało tego. Jak wspomniano wcześniej, zmiany pociągnęły za sobą szeroko zaawansowaną transformację i rozłamy społeczne. Poszczególne gatunki zaczęły zdradzać cechy obce karpiom, właściwe za to dla ich nowo uzyskanej tożsamości. I o ile w przypadku, dajmy na to, śledzi problem na szerszą skalę w zasadzie nie istniał, to już w odniesieniu do gatunków drapieżnych, które nierozważnie również powołano do życia, konsekwencje i zasięg zmian wymykając się spod kontroli przybrał dalece niepokojące rozmiary. Przykładowo karpie rekiny zaczęły szerzyć terror i zanim władze się spostrzegły pożerały już swych dotychczasowych pobratymców całymi stadami i ławicami rosnąc przy tym w siłę i potęgę. Jeszcze dalej zaawansowane mutacje zaszły w wyniku fatalnego w skutkach pomysłu, aby powołać do życia również istoty, które nie ograniczały się do egzystencji wyłącznie w środowisku wodnym, ale i wodno – lądowym, a następnie również wyłącznie lądowym. Tak więc po rzekach, jeziorach i morzach zaczęły krążyć watahy krokodyli i aligatorów, które aby dać zadość tradycji zaczęły coraz częściej wypełzać na ląd. Początkowo wyłącznie po to, żeby wylegiwać się na słońcu, ale z czasem również, aby polować na zwierzynę, która coraz liczniej zamieszkiwała podmokłe tereny nadbrzeżne, lub przychodziła do wodopoju. Szczególnym przysmakiem karpi krokodyli stały się też ptasie jaja. Gady potrafiły spędzić całe godziny na ich poszukiwaniu wśród gęstych krzewów, bujnej trzciny, czy obfitego w nadrzecznych terenach poszycia.
Po pewnym czasie rząd Porucznika Gustawa stracił jakąkolwiek kontrolę nad procesami przemian społeczno środowiskowych i musiał abdykować, ograniczając swoje wpływy jedynie do karpi, które pozostały karpiami. Niestety i te z czasem zaczęły słabnąć i ich prestiż stawał się coraz mniejszy. Powyższe spowodowane było tym, że coraz większe rzesze karpi, jakby całkiem już znudzone swoją tożsamością, bądź wiedzione ciekawością, chciały zostać kimś zupełnie innym. Z uwagi na to, że proces transformacji był wyłącznie jednostronny nawet w przypadku rozczarowania nowym wcieleniem nie było już szansy powrotu. I tak po kilku latach ze świata karpi pozostały już tylko zgliszcza. Najbardziej zagorzali autochtoni rekrutujący się z szeregów osobników, które pamiętały jeszcze okres przedwojenny zostali wytępieni przez specjalnie przeszkolone w tym celu oddziały wydr i wędkarzy. Porucznik został w końcu jednym z dwóch karpi, które aby przeżyć musiały ukrywać się w brudnych, cuchnących, omijanych przez inne istoty szerokim łukiem wodach. Drugim był Zozol. Przez pewien czas współpracował z nimi również Stefan, ale w końcu nie oparł się pokusie i zostając niedźwiedziem polarnym wyniósł się w arktyczne rejony pozostając jednakże wiernym swoim towarzyszom nie zdradzając ich.
I tak z rasy panującej karpie stanęły przed widmem wymarcia. Odcięci od świata przez długie dziesięciolecia nie wiedzieli, co dzieje się poza sadzawką. Tak trwali w ciemnocie aż do dnia, w którym na brzegu bajora stanął Gialuka.

Brak komentarzy: