- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie Zbyś nie kryjąc radości.
Zbyś nienawidził zmarłej bardziej niż kogokolwiek innego. No chyba, żeby liczyć jej męża, który dokonał żywota kilka lat wcześniej. Ale Zbyś mało kogo lubił. Poza Zygmuntem. Ale Zygmunt to był ktoś szczególny. Wrażliwy człowiek, trudno było go nie lubić, nawet Zbigniewowi.
Zygmunt był wrażliwy, a Zbyś szorstki. Tyle można by z grubsza powiedzieć o dwóch serdecznych przyjaciołach z fabryki. Ciekawostką było bez wątpienia to, że obaj panowie nosili nazwiska idealne dla cech, które ich charakteryzowały. I tak Zygmunt nazywał się Wrażliwy, a Zbyś Szorstki. Zbigniew.
Zygmunt pracował na montowni, gdzie zajmował się montowaniem, zaś Zbyś w dziale technologicznym, w którym piastował stanowisko młodszego technologa. W tym zakresie zatem, również nie było niedomówień.
Oczywiście obaj lubili wypić. Jak każdy w zakładzie. Po wypitce Zygmunt robił się nieco awanturny, a Zbyś nie za wiele się zmieniał. Nadal był szorstki w obejściu, tyle że nabierał większej śmiałości do ludzi, dzięki czemu gdy sobie podechlał, szersze grono niż zazwyczaj mogło przekonać się o jego szorstkości. Może słowo „zazwyczaj” nie jest tu najszczęśliwiej użyte. Bezpieczniej będzie napisać „po trzeźwemu”.
Obaj mieszkali w obskurnej kamienicy na starym osiedlu w fabrycznej części miasta. W tej samej klatce, naprzeciwko siebie. Na trzecim piętrze. Ich sąsiadem, a raczej sąsiadką, była samotnie dogorywająca, dość starawa, ale chyba jeszcze nie do końca babka, wdowa po brygadziście Leonie Paprotkiewiczu, którego nikt na zakładzie nie darzył sympatią, nawet Zygmunt, który bardzo niewielkiej liczbie ludzi okazywał niechęć. Zbyś, rzecz jasna, uważał brygadzistę za „kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja”. Niezwykle rzadko zdarzało mu się określać mężczyznę innymi słowy. Wyglądało to tak, jakby brygadzista tak właśnie miał na imię. Brygadzista Kawał Wrednego Skurwysyna I Kłamliwego Chuja. I ilekroć Szorstki wypowiadał te słowa, jago twarz wykrzywiał niemal fatyczny grymas.
Po śmierci Paprotkiewicza cała chowana do niego niechęć i nienawiść przelały się na jego żonę, która od dnia pogrzebu nie miała lekkiego żywota. Wcześniej zresztą Zbyś również szczerze jej nie znosił, ale przynajmniej tak mocno tego nie okazywał.
- Znowu zaczepiało mnie to stare kurwiszcze – oznajmił któregoś dnia Zbyś ledwo tylko odbił butelkę prostego wina owocowego marki „komandos”. – Że też toto żyje tyle lat i jeszcze ma siłę żeby człowiekowi pyskować.
- Powiedziała ci tylko „dzień dobry” – nie zgodził się Zygmunt.
Szorstki przechylił butelkę i długo pił drobnymi łyczkami.
- Gówno prawda – powiedział wypuszczając powietrze.
- Słyszałem.
- Udawała, pizda wredna.
Zygmunt przejął trunek i powtórzył czynności przyjaciela niemal w identyczny sposób.
- Jak mogła udawać, że mówi? – powiedział wypuszczając powietrze. – Że niby nie mówiła, a mówiła? Nagrane to miała gdzieś na taśmę, czy jak?
Zbyś otworzył drugą butelkę i tym razem popił tylko odrobinę.
- Nie udawała, że mówi, – wyjaśnił – tylko, że niby mówi „dzień dobry”. W rzeczywistości powiedziała „by cię chuj strzelił”, albo „by ci fiut odpadł”, nie zrozumiałem dokładnie. Tyle, że tak modulowała tym mamrotem, że brzmiało to jak „dzień dobry”. To mniej więcej tak, jak my byliśmy gówniarzami i mówiliśmy sąsiadom „indory”, albo „cień kobry”, zamiast „dzień dobry”.
Zygmunt podrapał się po udzie.
- Czepiasz się baby.
- Nienawidzę, krowy.
*
Wdowa po Paprotkiewiczu umarła pewnego zimowego popołudnia zupełnie niespodziewanie. Może nie przedwcześnie, ale i nie w wieku na tyle sędziwym, by nie można było powiedzieć, że zgon nastąpił nieoczekiwanie. Zwłaszcza, że mając siedemdziesiąt trzy lata nigdy nie skarżyła się na jakieś poważniejsze dolegliwości, mogące przynieść na nią nagłą śmierć.
Martwa kobieta przeleżała w mieszkaniu ponad miesiąc, zanim odnaleźli ją sąsiedzi w towarzystwie dzielnicowego Mierzejewskiego i listonosza Wyjęłły. Zima była wyjątkowo mroźna tamtego roku, a szczęśliwym trafem w mieszkaniu kobiety zapowietrzyły się kaloryfery, przez co temperatura spadła do na tyle niskiej, że zwłoki się nie zaśmierdły. Dopiero gdy po nieskutecznym nawoływaniu i dobijaniu się do drzwi listonosz zawiadomił policję, na miejscu zjawił się dzielnicowy i komisyjnie wyważono drzwi. Babka siedziała przy stole pochylona, przed nią stał talerz z zamarzniętą zupą. W uniesionej ręce trzymała łyżkę w połowie drogi do rozwartych ust.
Mężczyźni kłębili się w korytarzyku tuż za plecami dzielnicowego, który zatrzymał ich w drzwiach. Widok był dosyć niesamowity, więc przez chwilę nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał Zbyś.
- Kurwa, nie żyje, czy jak?
- No na to wygląda – odparł Mierzejewski. – Trza pogotowie wezwać.
- Chyba karawan – zaproponował Wyjęłło.
- Najpierw musi lekarz stwierdzić zgon.
- Na chuj lekarz, przecież babka sztywna, z daleka widać.
- Procedury takie są.
Zygmunt wyszedł zadzwonić ze swojego mieszkania. Szorstki krzywił się z niesmakiem ale i z nie kłamaną ciekawością intensywnie przyglądał się nieboszczce.
- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie nie kryjąc radości.
*
Zbysio Szorstki trafił do domu dziecka w wieku lat niespełna trzech i przebywał w nim do momentu osiągnięcia pełnoletniości. W szkole przyzakładowej, do której uczęszczał po ukończeniu podstawówki, nauczył się podstaw zawodu, który później szlifował w technikum. Robota i fach, który dzięki niej doskonalił, stała się jego swoistym azylem, pielęgnował ją i dopieszczał stając się w wieku dwudziestu lat jednym z lepszych fachowców na zakładzie.
Zygmunta poznał w okolicznościach raczej nie zapowiadających wywiązaniu się później między nimi zażyłości, która z czasem przerodziła się w szczerą i bezinteresowną, czystą przyjaźń. Wymienili wówczas tylko kilka słów.
- Nie masz gdzie jszczyć? – zapytał Zygmunt widząc Zbysia oddającego mocz w osiedlowym śmietniku.
- Chuj ci do tego.
I to było wszystko. Zygmunt machnął ręką i odszedł w kierunku swojej kamienicy, zaś Zbyś udał się do szkolnej bursy, w której mieszkał przez cały okres nauki w technikum. Zanim zaczęli pracować w fabryce, gdzie wspólna robota poniekąd zmusiła ich do nawiązania bliższych stosunków, widywali się na ulicy wzajemnie się ignorując. Gdy umarł stary Gawroński spod dziewiętnastki, mieszkanie po nim przypadło Szorstkiemu. Zadbał o to sam dyrektor działu, w którym pracował Zbyś. Miało to miejsce w okresie, gdy o dobrego fachowca było trudno, a Szorstkiego kusił konkurencyjny zakład. Dzięki temu otrzymał mieszkanie i podwyżkę. I w ten sposób został vis a vis sąsiadem Zygmunta, zaś bezpośrednio przez ścianę dzielił klatkę z brygadzistą Paprotkiewiczem. O ile Zygmunt zdawał się wcale nie interesować Zbysia, to sąsiad zza ściany notorycznie spędzał Szorstkiemu sen z powiek. Mężczyzna prześladował go w zakładzie, potem śledził w życiu prywatnym, podsłuchiwał, obserwował, donosił, skarżył i uprzykrzał mu życie w każdy inny możliwy sposób. Oczywiście przy aktywnym współudziale żony, która w świadomości Zbysia zagościła od pierwszego spotkania jako „stare kurwiszcze”, mimo że gdy pierwszy raz ją zobaczył, kobieta nie mogła mieć więcej, niż trzydzieści pięć, góra czterdzieści lat. Gdy już nawiązała się nić przyjaźni pomiędzy Zbysiem i Zygmuntem, Wrażliwego niespecjalnie to dziwiło, choć i nie było do końca jasne. W końcu dla dwudziestolatka prawie dwukrotnie starsza od niego kobieta mogła wydawać się kimś starym, ale że i przy okazji kurwiszczem, to nie było normalne. Podejrzewał, że Szorstkiego fascynowała dojrzałość sąsiadki, ale nie miał co do tego pewności. Któregoś wieczoru postanowił zapytać o to nowego, nie całkiem jeszcze dobrze poznanego kolegę.
- Przecież ma ze czterdzieści lat – wyjaśnił wówczas Zbyś.
- Załóżmy, że to tłumaczy określanie jej „starą” – przyznał Zygmunt. – Ale dla czego od razu „kurwiszcze”?
Wrażliwy doskonale pamiętał, że Szorstki na chwilę się wówczas zaczerwienił, czego później nigdy już u niego nie zaobserwował. Nic nie odpowiedział tylko przez prawie minutę pomstował i mamrotał pod nosem, aż w kącikach ust zebrała mu się piana.
Zygmunt nigdy więcej nie zapytał Zbysia o powód takiego, a nie innego określania sąsiadki. Aż do tego dnia, w którym ją pochowano.
- Rozumiem, że „stare”, ale dla czego „kurwiszcze”? – niespodziewanie powrócił do nurtującego go tematu, w momencie, gdy Zbyś skończył mocować się z korkiem.
Szorstki początkowo nie zareagował, jakby nie dosłyszał pytania lub tez puścił je mimo uszu, albo go nie zrozumiał. Zanim jednak Zygmunt zdołał je powtórzyć, do mieszkania wmaszerował Stasiu Gołąbek, wyjątkowo złośliwy staruszek, który, mimo iż mieszkał w dzielnicy przyportowej, bardzo często pałętał się po „fabrycznej”. Zbyś go nie lubił.
- Zenka szukam – powiedział mężczyzna łakomym spojrzeniem obrzucając butelkę.
- Tu go nie ma – odparł Zygmunt.
- To akurat widzę – odparł Gołąbek nie odrywając tęsknego spojrzenia od alkoholu. – Może go widzieliście, albo..
- Gówno mnie obchodzi – przerwał Zdziś. – Zapukać nie łaska?
- W łeb się puknij – odpysknął hardo Stasiu. – Otwarte było.
- Nie dla ciebie.
- Jak drzwi do obory.
- Spierdalaj mi stąd ale już, dziadu! – Zbyś poderwał się od stołu. – Bo w ryja dam, że ci się pysk wygładzi i moment spokorniejesz.
- Hola, hola! – próbował załagodzić Zygmunt.
- Nie groź mi to, szczawiu – nie dawał się zastraszyć Gołąbek wychodząc niespiesznie z mieszkania. – Nie z takimi ja już miałem do…
Dokończenie wypowiedzi przerwał mu kopniak, który wyekspediował go na klatkę schodową. Staruszek chciał złapać równowagę próbując przytrzymać się barierki, ale nie zdołał i runął na brudną posadzkę tłukąc głową o pokrytą gołą, zmurszałą cegłą ścianę. Drzwi do mieszkania zatrzasnęły się z hukiem, by zaraz na powrót się otworzyć. Nad leżącym nieruchomo pochylił się z Zygmunt i szturchnął go w ramię.
- Hej! – zagadnął. – Stasiu?
Staruszek nie reagował.
- I co żeś, kurwa zrobił, czubie? – rzucił przez ramię w głąb mieszkania. – Chłop bez życia leży.
- Niech leży! – głos Zbysia dobiegał z wnętrza kuchni. – Nie będzie mi tu menda wchodziła, jak do swojego!
Zygmunt przeklął pod nosem. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że na szczęście nie żyje stara Paprotkiewiczowa, bo pewnie narobiłaby już rabanu, i zaraz zrobiło mu się jeszcze bardziej nieswojo. Przekręcił Gołąbka na plecy i poklepał go lekko po twarzy. Mężczyzna nie zareagował, ale widać było, że oddycha, co odrobinę Zygmunta uspokoiło. Wszedł z powrotem do mieszkania i po chwili wrócił ze szklanką wody, zamoczył w niej palce i prysnął staremu w twarz. Stasiu w dalszym ciągu nie reagował.
- No weźże się człowieku nie wygłupiaj – mamrotał sam do siebie Wrażliwy. – Będzie mi tu leżał na schodach, jak tam wino czeka do wypicia.
W tym momencie powieki Gołąbka zatrzepotały nerwowo.
- Coś powiedział? – rzucił całkiem już przytomny.
Niespełna minutę później we trzech siedzieli przy kuchennym stole. Zbyś usadowił się bokiem do Gołąbka i zwyczajnie dla siebie go ignorował. Bez słowa wypili po szklaneczce, potem po drugiej.
- Chyba już czas na ciebie – powiedział w końcu gospodarz zwracając się do staruszka, bardziej stwierdzając, niż pytając.
- Czy ja wiem?
Zygmunt widząc, że ledwo załagodzona sytuacja znów może zboczyć na złą drogę, szybko uznał, że jedynym rozwiązaniem jest wyprowadzić staruszka. A żeby to osiągnąć, musi wyjść wraz z nim i zaproponować mu pójście do knajpy. Inaczej Gołąbek się nie ruszy. Nie uszła jego uwadze stojąca w kącie siatka z butelkami i nie było sensu próbować go wyprosić. A to z kolei wróżyło kolejną awanturę ze Zbysiem, który i tak z bardzo wielkim oporem przyjął, że starego trzeba udobruchać szklanką wina.
- Nie wiem jak wy – powiedział Zygmunt – ale ja mam ochotę na cos mocniejszego. Co powiesz Stasiu? Skoczymy na jednego do Kolarza?
Oczy Gołąbka rozbłysły.
*
Lokal „U Kolarza” był usytuowany na zapleczu budynku, w którym mieścił się osiedlowy spożywczak, prowadzony przez żonę właściciela baru. Do knajpy wchodziło się drzwiami od podwórza, na którym na co dzień stały kontenery ze śmieciami, zabezpieczone siatką pojemniki i kartony po towarze, leżał potężny pień starego, wyschniętego na wiór drzewa, do którego poprzybijane były szerokie prostokątne deski imitujące blaty stolików i węższe, podparte mniejszymi pieńkami, służące za siedziska. Gdy była ładna pogoda wokół pnia mogło znaleźć miejsce kilkunastu amatorów serwowanych przez bar dobrodziejstw. Tego dnia na podjeździe parkowały dodatkowo dwa samochody dostawcze.
Wejście do lokalu było wąskie, jednodrzwiowe, że nie sposób było się w nim wyminąć. Zaraz za nim zwisała gruba kotara wykonana z dwóch starych zszytych ze sobą koców wojskowych, które zimą miały chronić wnętrze przed bijącym z zewnątrz zimnem, zaś latem doskonale tłumiły odgłosy życia barowego, które nie były miłe dostawcom towaru, potencjalnym kontrahentom i pracownikom sanepidu. Po za tym amortyzowały konsekwencje poczynań niestosownie zachowujących się biesiadników, których właściciel zwykł doprowadzać w sąsiedztwo drzwi i następnie wyrzucać na zewnątrz zamaszystym ruchem potężnych ramion. Delikwenci wylatywali jak wystrzeleni z procy i przed bolesnym upadkiem na wyszlakowany podjazd chroniły ich właśnie owe koce, po których zsuwali się względnie łagodnie.
Sala barowa była niezbyt obszerna, zaciemniona, wypełniona zatęchłym powietrzem rzadko wietrzonego pomieszczenia i klasycznymi woniami charakterystycznymi dla podrzędnych barów – dymu tytoniowego, alkoholu, bździn i jszczyn. Przy niewielkich okrągłych stolikach kuliło się kilku stałych bywalców. Był środek zimy, na zewnątrz panował dojmujący mróz, toteż wszyscy siedzieli opatuleni nie zdejmując nawet czapek.
- Hanka Paprotkiewiczowa, to była ekstra kobitka – powiedział z rozmarzonymi oczami Gołąbek. – Wszyscy tu do niej wzdychali na całym Fabrycznym, przyłazili do niej chłopaki z Przyporcia, z Dworcowego, a i z samego centrum zjeżdżali. A ona nikogo nie chciała. Jak wyszła za tego gamonia, co robił potem w fabryce jako brygadzista, to wszyscy w szoku byli. Taki memłok z taką lalunią.
Wypili po kolejnej pięćdziesiątce czystej i zagryźli kiszonym ogórkiem. Zygmunt chciał zapytać wprost o potencjalną rozwiązłość Hanki, ale nie miał śmiałości. Ilekroć próbował sprowadzić rozmowę na temat kobiety, Gołąbek każdorazowo rozpływał się w zachwycie nad jej urodą. W końcu wypity alkohol sprawił, że Wrażliwy poczuł więcej wigoru i wyzbył się zahamowań.
- A jak tam z nią było? – zaczął. – No wiesz, z tymi sprawami, czy ten tegens szło z nią ciężko, czy pruła się gładko?
- Że co? – Stasiu wywalił dolną wargę i zmrużył jedno oko, co świadczyło, że nie do końca rozumie pytanie, ale podejrzewa coś nieprzyjemnego.
Nie uszło to uwadze Zygmunta, ale było mu już wszystko jedno.
- No czy sypała się – czknął – ruchała, w znaczeniu?
Gołąbek wyprostował się przy stoliku i zmierzył kompana marsowym wzrokiem.
- Coś ty ocipiał? Hanka? To przecież uosobienie cnót wszelkich było.
- Może cicha woda?
- Cicha dupa!
- O tym właśnie mówię.
Zygmunt prowokował jak mógł, ale bez skutku. Gołąbek kategorycznie zaprzeczał, by wiedział coś na temat domniemanego nierządu kobiety.
- Nikt jej nie dupczył – powiedział śliniąc się nieprzyjemnie – oprócz tego wymoczka. Do tej pory zachodzę w głowę, jak to możliwe. Przecież nie dość, że to była taka niećwieja, to jeszcze był z niego… – zawiesił głos i jego twarz przybrała dziwny, zacięty, niemal fanatyczny wyraz – kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja.
Po tych słowach koce chroniące wnętrze lokalu przed podmuchami mroźnego powietrza zafalowały i niemal w tym samym momencie Wrażliwy zastygł w bezruchu ze szklanką z buskowianką zawieszoną wpół drogi pomiędzy blatem stolika, a rozwartymi ustami.
*
Zygmunta pochowano na cmentarzu komunalnym dwie albo trzy alejki od miejsca spoczynku małżeństwa Paprotkiewiczów. Po pogrzebie nie mogący sobie poradzić ze śmiercią przyjaciela Zbyś, pił okrągłe dwa miesiące. Gdyby nie to, że był doskonałym fachowcem, niechybnie dostałby wymówienie z fabryki, ale że na jego pracy zależało włodarzom zakładu, wysłano go na rzekomą kurację, którą faktycznie odbywał tylko na papierze.
Otrzeźwienie przyszło równie nagle, jak nastąpiła przyczyna popadnięcia w alkoholowy marazm.
- Hej! – krzyczał dzielnicowy klepiąc go po twarzy. – Wstawaj pan! Gościa pan masz. Ze sądu.
Po kilku minutach Zbyś doszedł do siebie tyle o ile. Usiadł ze zwieszonymi wzdłuż tułowia ramionami i zaczął wpatrywać się w niespodziewanych gości nie wiele rozumiejąc z tego, co próbują mu zakomunikować. Dopiero po wypiciu dwóch tęgich łyków owocowej nalewki wprost z butelki, w jego skołatanej głowie zaczęły obracać się trybiki. Odepchnął od siebie opróżnioną butelkę, potrząsnął głową i spróbował zogniskować wzrok na przybyszach. Wraz z krążącym w żyłach alkoholem, zaczął dostrzegać rysy stojących nieopodal postaci. Mierzejewski prężył się służbiście, co wskazywało, że jego towarzysz to nie byle kto. Przynajmniej w mniemaniu policjanta. Jak się po chwili okazało, Zbyś nie mylił się w swoim osądzie sytuacji. Adwokat, ubrany w elegancki popielaty garnitur, stonowany krawat i wyczyszczone na wysoki, rażący oczy, połysk półbuty, przedstawił się jako Maurycy Paragraf, wykonawca ostatniej woli niedawno zmarłej Hanny Paprotkiewicz.
- A co mi do tej starej pizdy? – zdołał wymamrotać Szorstki sięgając po szklaneczkę, do której zdążył przelać zawartość odnalezionej pod łóżkiem częściowo opróżnionej półlitrówki.
- Zachowuj się pan, na litość boską – zestrofował go Mierzejewski. – Ależ tu syf u pana – dodał podchodząc do okna. – Jak w jakieś mordowni.
- Znaczy się co mam niby robić? – parsknął Szorstki puszczając uwagę policjanta mimo uszu.
- Nie bluźnij pan chociaż na nieboszczkę – zaproponował Mierzejewski siłując się z okiennym zamknięciem. – Ależ cholera się zapiekła – mruknął. – Chybaś pan tu wietrzył w poprzednim wieku.
Zbyś wzruszył ramionami.
- Zima jest – beknął przeciągle. – A skoroś pan taki wrażliwy na pomstowanie na sztywniaków, to mogę dla odmiany rzec, że pan też jesteś niezły kawał kutafona – powiedział z szyderczym uśmiechem wypijając połowę zawartości szklanki. – Tak lepiej?
- Ja na służbie jestem – parsknął obruszony policjant czerwony z wysiłku. – Na mundur pan bluźnisz, a na to jest paragraf.
Zbyś wskazał na adwokata.
- Znaczy się ten gość?
- Przepraszam – wtrącił się Maurycy. – Pozwoli pan, że przekażę mu to, po co przyszedłem, a potem będzie pan mógł sobie przeklinać do woli kogo pan chce, w porządku?
Zbyś wykrzywił usta w grymasie niechętnego wytężania myśli.
- Wal, goguś – zgodził się.
Adwokat odetchnął.
- Otóż pańska sąsiadka, Hanna Paprotkiewicz, zostawiła ostatnią wolę na piśmie. Jak się okazuje, była posiadaczką całkiem pokaźnej fortunki. Gotówka i majątek rzeczowy. Sporej wartości, dodam. Szczegóły są w tej dokumentacji – zakończył kładąc na stole plastikową teczkę.
- A to stary kurwiszon – mruknął pod nosem Zbyś dopełniając szklankę płynem z kolejnej odnalezionej w okolicy łóżka butelki. – Co mnie do tego? – dodał głośniej – Skarży mnie zza grobu, jebaczysko? – zarechotał chorobliwie.
- Rozchodzi się o to, że wszystko to zapisała panu. Jest pan jedynym spadkobiercą spuścizny po niej i po jej nieboszczyku małżonku, z którego to nawiasem mówiąc, był kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja.
W tej chwili okno ustąpiło z trzaskiem i zgrzytem od dawna niekonserwowanych zawiasów, Mierzejewski stęknął głośno i, tracąc przy tym równowagę, poleciał w tył przewracając się na plecy. Powiew mroźnego, rześkiego powietrza zrzucił mu z głowy czapkę.
- A niech to cholera – sapnął.
Wstał otrzepując spodnie dłonią i spojrzał z wyrzutem na gospodarza. Szorstki siedział nieruchomo ze szklanką uniesioną wpół drogi do rozwartych ust.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz