przysłowie

Posól język starą sową, a w głowie ci zahuczy


sobota, 24 września 2011

Paradoks stolarza

Czasy to były zamierzchłe, reguły jeszcze w miarę jasne, a normy obyczajowe choć może nie najwyższych lotów, to jednak powszechnie przestrzegane i przez wszystkich respektowane. Przynajmniej z pozoru. W owym okresie mianowicie, zaczęły pojawiać się już sygnały mieszania się zwyczajów i mącenia praw regulujących zasady współpracy, czy może raczej współżycia stolarzy i murarzy. Choć może słowo „współżycie” nie jest tu również najszczęśliwiej zastosowane. Lepsze będzie raczej użycie zwrotu „współegzystowanie”, chociaż to też nie oddaje w pełni jakości tych relacji. Żadną tajemnicą nie jest bowiem wzajemna niechęć obu tych grup społecznych, a wyżej wymienione zależności trochę ciężko nazwać nawet współegzystencją, skoro ograniczały i dotychczas ograniczają się one jedynie do unikania murarzy przez stolarzy i odwrotnie – dążeniu murarzy do spotkania stolarzy. W dawnych czasach jednakże każdy stolarz trzymał się swojej udeptanej lekkim chodakiem ścieżki, zaś murarze rzadko zapuszczali się w rejony gęsto od zarania dziejów zastolarzone, zadowalając się czyhaniem na nich w miejscach, w które nie powinni się zapuszczać. Nie było to oczywiście łatwe, bo choć stolarze nie grzeszyli odwagą, to nie można było odmówić im rozsądku, zatem doskonale wiedzieli gdzie bezpiecznie mogą się zapuszczać bez narażenia się na spotkanie wrogo nastawionego murarza. Z kolei murarze chcąc zaspokoić swoje zbrodnicze względem stolarzy instynkty musieli dopuszczać się forteli i podstępów, by zwabić swe ofiary w miejsca, lub aranżować sytuacje, w których eliminacja stolarzy była społecznie akceptowana.
Przedstawiona poniżej historia miała miejsce w czasach bardzo odległych, ale, jak wspomniano wcześniej, noszących już pierwsze znamiona przemian, które tak mocno odcisnęły później swoje piętno w erze oświecenia. W czasach, gdy rozegrały się opisane tu wydarzenia, zaczęły być odczuwane i widoczne pęknięcia w starych, skostniałych strukturach, które w wiekach dużo późniejszych, zwłaszcza współczesnych, przestały w ogóle istnieć, a akceptowane przez pradziadów reguły, teraz zdają się już w ogóle nie obowiązywać. Praktycznie wszędzie i w każdych okolicznościach można obecnie spotkać goniących za sobą odwiecznych rywali, czy raczej oprawców i ofiary, na każdym kroku towarzyszy nam też widok wściekłych murarzy mordujących płochliwych, bezbronnych stolarzy. Co gorsza z upływem lat zatarły się nawet kiedyś tak wyraźnie widoczne cechy charakteryzujące obie te prastare rasy i tak na dobrą sprawę niekiedy trudno już je rozpoznać. W teraźniejszej rzeczywistości praktycznie każdy mijany na ulicy przechodzień, każdy polityk, artysta, czy komiwojażer może tak na prawdę być murarzem, albo stolarzem, mimo, że nie czuć od niego na metry cementem, wapnem, trocinami, czy też klejem do drewna. Innymi słowy, nigdy nie wiadomo, w kim nagle odezwie się pradawna, dziedziczona w genach natura.
*
Pewnego dnia mały stolarz, Henio Jodełka, poczuł, że otaczająca go rzeczywistość nie jest taka, jaka życzyłby sobie aby była, lub też inaczej mówiąc, że to on kompletnie nie pasuje do tętniącego wokół niego świata. Zupełnie nie cieszyły go prace stolarskie i obcowanie z drewnem, za to podświadomie niezwykle silno pociągała go jakaś tajemna, nieznana i obca wszystkim jego współbraciom moc (wówczas jeszcze nie wiedział, że była to murarka), przed którą wcale nie czuł strachu, przez co postrzegany był przez rówieśników jako dziwak, odszczepieniec, odmieniec i półgłówek. Rodzice przez pewien czas posyłali go nawet do różnych lekarzy, specjalistów, a nawet zielarzy, ale im bardziej środowisko starało się wykorzenić z niego nienaturalne dla społeczności, w której funkcjonował, skłonności i upodobania, tym one bardziej się ukorzeniały i twardniały.
Szalę przechylił pozornie blachy incydent, jakim był Rytuał Bezczeszczenia Kielni, który musiał przejść każdy sześciolatek przed pójściem do stolarskiej podstawówki. Był to obrządek powtarzany z pokolenia na pokolenie i polegał na uroczystej profanacji znienawidzonego przez stolarską wspólnotę narzędzia, poprzez oddanie na nie moczu przez przyszłych kadetów pierwszego szczebla nauczania. Aktowi towarzyszyły obfitujące w żarliwe orędzia okolicznościowe przemowy, które poprzedzało uroczyste odśpiewanie hymnu stolarzy, pieśni o dosyć buńczucznym i pretensjonalnym tekście z refrenem „Stolarzu hebel chwyć!”, która to fraza była zarazem tytułem utworu.
Henio czuł się owego pamiętnego dnia źle od samego rana. Już w wigilijny, odświętny wieczór nie mógł zasnąć przeczuwając, że kolejna doba zrządzi w jego życiu jakąś odmianę. Nie miał pojęcia o co dokładnie chodziło, ale był pewien, że przyniesie ona dla niego olbrzymią transformację. I nie mylił się. Gdy tylko rozpoczęła się doniosła uroczystość i wszyscy zgromadzeni, pogrążeni w zadumie, z sercami rozpieranymi radością przystąpili do zbiorowego odśpiewania hymnu, Henio poczuł ścisk w gardle. Nie mógł z siebie wydusić nawet jednego słowa, za każdym razem, gdy próbował za wszelką cenę zwalczyć niemoc brakowało mu tchu, czuł jak miękną mu kolana i ogarniają go zawroty głowy. Bardzo liczne tego roku zgromadzenie jakoś jeszcze pozwoliło zakamuflować niedyspozycję, czego nie udało się już jednak osiągnąć w kulminacyjnym momencie, czyli przy składaniu, poprzedzającej profanację kielni, przysięgi. Jego niezdolność do wypowiedzenia podniosłych słów próbował ratować ojciec, tłumacząc ją chorobą, później zaś sam wypowiedział przysięgę skłaniając, wręcz zmuszając Henia do przyciśnięcia do piersi dłoni i uniesienia drugiej w wymaganym procedurą i obyczajem geście. Ale niestety próżne okazały się jego starania. O ile bowiem komisja nadzorująca przebieg wydarzeń choć niechętnie to jednak przyzwalająco ustosunkowała się do zastępstwa przy przysiędze i przymknęła oko na wyrecytowanie roty przez ojca, to już wyjszczyć mu się w zamian za syna nie pozwoliła i tym samym Henio stał się pierwszym w dziejach, który nie przeszedł najważniejszego w życiu każdego stolarza rytuału inicjacyjnego, czym okrył hańbą zarówno siebie, jak i swoich rodziców. To były straszne chwile. Ojciec jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem otruł się zaprawionymi gaszonym wapnem trocinami, matka zaś odnajdując o poranku jego zalatujące już nieświeżą żywicą zwłoki postradała zmysły. Gdy zabrano ciało jej męża, kobieta położyła się na podłodze oznajmiając, że jest sosnową deską wzbudzając tym zuchwałym wyznaniem niemałe poruszenie nie tylko w lokalnej społeczności. Tak przeleżała kilka dni zupełnie bez ruchu nie reagując na żadne bodźce zewnętrzne, nawet o dużej mocy doznaniowej, jak przypalanie, oblewanie wrzątkiem, wbijanie w czoło krótkich gwoździ, czy nawet posypywanie skondensowanym, syntetycznie czystym cementem. W końcu zabrano ją do szpitala psychiatrycznego, gdzie lekarze zdiagnozowali u niej pewnego rodzaju, niezwykle rzadki u kobiet, stan katatoniczny, tak zwany syndrom podłogowy, który był dosyć powszechnym schorzeniem psychicznym u mężczyzn, ujawniającym się szczególnie w obliczu zagrożenia. Z tą różnicą jednakże, że dotychczas znane medycynie przypadki każdorazowo były stanami przejściowymi, a w przypadku matki Henia było zgoła inaczej. Kobieta nigdy nie odzyskała już świadomości rozumianej jako społecznie akceptowane reakcje na zewnętrzne sygnały i przyjmowanie wobec nich postaw zgodnych z panującymi wzorcami, do końca swoich dni pozostając zamkniętą we własnym świecie deszczułeczką. Przykrym dla Henia, a dla niej o ile nie tragicznym, to z pewnością drastycznie w życiu przełomowym, było tak mocne przeświadczenie, że stała się naturalnym elementem podłogi, że w końcu przekonaniem tym udało jej się zarazić mocno zaawansowanego w wieku lekarza, który na jednym z samotnych dyżurów z nudów postanowił wystrugać z niej podobiznę świętego Floriana, a że długoletni lekarski fach mocno stępił jego zdolności manualne do robót stolarsko strugarskich, to słusznie niezadowolony z efektu pracy nieudaną figurkę schrupał ze smakiem, jak świeżą gałązkę leszczyny.
I tak też Henio trafił do domu stolarczyka. Zaczęła się katorga. Zarówno żaden z wychowawców, jak i nikt z młodocianych podopiecznych w najmniejszym stopniu nie podzielał bowiem jego zamiłowań, a co gorsza nikt też nie próbował ich zrozumieć. Próżno było szukać postaw przejawiających symboliczny nawet stopnień akceptowalności. Ale przecież nie można było nikogo za to winić. W końcu wszyscy byli z dziada pradziada czystej krwi stolarzami, a zachowanie małego Jodełki może nie bardzo wyraźnie zmierzało w kierunku murarskości, ale jednak, co tu dużo mówić, mocno, jak na stolarskie realia, anarchizowało, czyniąc z niego tym samym persona non grata w każdej szanującej się rodzinie drewnolubnych. Czuł się przez to jak wrzód na całkiem zdrowym ciele, czy może jak muł w stajni ogierów, lub pierda w perfumerii, albo wiadro poślednich jszczyn pomiędzy beczkami przedniego piwa, czy może wręcz jak… Sam nie wiedział jak. Po prostu czuł się źle. Przez wszystkich był odpychany, pogardzali nim starsi, młodsi robili sobie z niego pośmiewisko, a wychowawcy nie dość, że udawali, iż niczego nie widzą, to jeszcze podjudzali i potajemnie nagradzali najbardziej na tym polu aktywnych. Z całym prawdopodobieństwem każdy inny stolarz załamałby się i nie przetrwał w tym piekle nawet tygodnia. Ale nie on. Nie Henio. Henio nie był przecież zwyczajnym stolarzem. Nie wiedział wówczas jeszcze dokładnie kim jest, ale był pewien, że nie jest stolarzem.
Przełom nastąpił gdy któregoś dnia jednemu z szydzących z niego kolegów, przy pomocy małego tarnika wybił dwie mleczne jedynki i na domiar złego, boleśnie ugryzł interweniującego w tej sprawie wychowawcę. Wywołał tym czynem popłoch i przerażenie w efekcie czego trafił do izolatki, w której to właśnie przeszedł duchową przemianę. Z sąsiadującej z jego maleńką celą dyżurki niemal bez przerwy dobiegał go wówczas dźwięk odbiornika telewizyjnego, gdzie jednego z wlokących się w nieskończoność wieczorów podano w wiadomościach informację o tragicznych wydarzeniach. W jednej z dużych fabryk mebli pojawili się murarze. Nikt nie przeżył. Stu sześćdziesięciu bezbronnych stolarzy umarło w mękach.
To było jak poetyckie natchnienie, które sprawiło, że Henio odżył. Doznał olśnienia. Murarz! Tak! Oczywiście! Dlaczego wcześniej tego nie odczuł? Wszakże wszystkie znaki na niebie, na drzewach, na twarzach spoglądających nań z pogardą pobratymców na to wskazywały. Trzeba było tylko umieć je odczytać. Jak mógł być tak beznadziejnie i bezdennie ślepy!
Gdy tylko ta odkrywcza i olśniewająca myśl zaświtała mu w głowie, wydało mu się to takie oczywiste, jasne, czyste i przejrzyste, że popadł w błogostan, który sprawił, że na chwilę stracił przytomność. Gdy ją odzyskał czuł się doskonale, jakby właśnie ktoś zdjął mu kowadło z przyrodzenia, niczym kwiat lipy rozkwitający z pąku, którego rozwój krępował długi, srogi mróz. Odżył jak mały cyborżek, któremu wymieniono zużyty procesor. Zapragnął poczuć w dłoni podłużny kształt rękojeści kielni. Zadrżał na samą myśl. Wiedział, że jest jeszcze za wcześnie, by rzucać się na tak głęboką wodę, ale podświadomie czuł, że nie powinien już dłużej czekać. Nie był w stanie przeciwstawiać się kiełkującej w nim nowej, domagającej się swobody naturze. Walił głową w ceglaną ścianę, zakładał na nią wiadro służące mu na co dzień za taboret i walił w nie pięściami, wciskał twarz pomiędzy cuchnący siennik i równie śmierdzącą poduszkę, ale nie pomagało nic. Cały czas pęczniała w nim myśl zmierzająca w jednym tylko kierunku. Wszystko, bez względu na to, czego by dotyczyło zamieniało się w jego świadomości w jedno. Był bezsilny wobec przeznaczenia. Kielnia, kielnia, kielnia, kielnia, kielnia…Wystarczająco dużo czasu zmarnował na bycie stolarzem. W duchu dziękował opatrzności, że nie wziął udziału w Rytuale Bezczeszczenia Kielni, bo jakże teraz mógłby jej pragnąć w sposób tak czysty? Pożądać jej wrząco, z mocą z gorącej lawy, bez reszty, nie pozostawiając nawet drżącego źdźbła wątpliwości?
Gdy po miesiącu odizolowania dyżurny otworzył drzwi celi, Henio udusił go gołymi rękami, drugiemu wychowawcy roztrzaskał głowę aluminiowym nocnikiem, do którego załatwiał się w czasie pokutowania za winy. Następnie włamał się do składziku pomocy naukowych, skąd ukradł jedyny w ośrodku egzemplarz kielni, służący jako pomoc pedagogiczna w trakcie zajęć ze sztuki samoobrony i zachowań na wypadek bezpośredniego ataku murarza. W momencie, w którym dotknął narzędzia poczuł siłę, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył. Moc przelała się wraz z krwią po całym ciele hartując je i przepełniając odwagą, determinacją, miłością do murarki (tak, teraz już to wiedział) i nienawiścią do niegdysiejszych pobratymców. W przeciągu niespełna godziny przy pomocy tępej kielni wyrżnął wszystkich pensjonariuszy i personel, który gdy tylko ogarnięty siłą twórczą Henio wykrzyczał, że odrodził się w nim murarz, nawet nie starał się stawić cienia oporu. Pracowników ogarnął paraliż, jedynie dyrektor próbował udawać deskę, co tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Jodełkę, bo wywołało u niego falę przykrych, znienawidzonych wręcz wspomnień. Z szaleńczą radością rozszlachtował więc nieszczęśnika na drobno i ze śmiechem odlał się na szczątki. Gdy skończył dzieło zniszczenia i w całym ośrodku nie było już żywego ducha, odesrał się w kapliczce, w której codziennie stolarze oddawali cześć swojemu fachowi. To był koniec stolarskości Henia. A przynajmniej tak mu się zdawało.
*
- Któż to? – zapytał Betoniarka.
- A cholera go wie – odparł Szpachla. – Twierdzi, że jest jednym z nas, a czuć od niego stolarza na milę.
Betoniarka nerwowo zmarszczył czoło i załopotał nozdrzami.
- To czegoś go nie wyleczył? – warknął groźnie. – Może jesteś chory? – dodał podejrzliwie chwytając za rękojeść wystającej zza pasa kielni. – Dobrze się czujesz?
- Spokojnie – zaprzeczył nerwowo Szpachla. – Jestem okazem zdrowia.
Aby uspokoić podejrzenia towarzysza, wciągnął nosem przygarść średniodrobno mielonego gaszonego wapna rozsypanego naprędce na wypolerowanym na gładko spodzie szerokiej, trójkątnej kielni.
Odkąd pojawiła się pogłoska o przypadkach choroby, która bezlitośnie dopadała murarzy w różnych, odległych od siebie zakątkach świata, wszyscy byli nerwowi i jakby mniej ufni, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Takie reakcje z kolei doprowadzały murarzy do jeszcze większej nerwowości. Przekonanie, czy może póki co raczej obawa, że choroba może się radykalnie i niepostrzeżenie rozprzestrzenić powodowała, że wszyscy stali się jeszcze bardziej czujni i gotowi, by gwałtownie i błyskawicznie zareagować na najmniejszy nawet przejaw stolarskości.
- Ale sam widziałem też, jak załatwił całą chmarę robactwa – wyjaśnił Szpachla. – To nie jest normalne.
- Gdzie niby? – nie ustępował Betoniarka.
- W tej starej wylęgarni, gdzie trzymają swoje odpady. Byłem tam rano na rekonesansie, bo szykowaliśmy się w końcu do oczyszczenia. Niby to ich odrzuty, czyli w sumie mniej groźne przypadki, ale w końcu jednak stolarze.
- Jasna sprawa – przyznał gorliwie Betoniarka. – Z roku na rok o nich trudniej. Chowają się coraz sprytniej, że nieraz to trzeba i tydzień szukać, żeby się coś trafiło. Albo lepiej się kamuflują – dodał spoglądając podejrzliwie na jeńca.
- No i zobaczyłem tego, – kontynuował myśl Szpachla - jak rżnął kupala w ich kaplicy.
Zapanowała chwila nerwowego milczenia. Betoniarka ściągnął usta.
- Że srał, w znaczeniu? – zapytał niepewnie.
- No mówię przecież – przytaknął kompan. – Gdy skończył, wyszedł do mnie jak do swojego. Początkowo miałem go od razu usiec, bo przecież czuć było od niego trociny i wikol, ale mnie, nie ukrywam, nieco zaintrygował, to go tylko wypłazowałem i rękojeścią mu tak może z raz przez czoło dałem, dla przyzwoitości. Śmierdział okrutnie świerkowymi trocinami, to i szybko go na prosty szafot wrzuciłem, obsypałem wapnem i świeżym cementem, ale cóż. Cuchnie w dalszym ciągu.
Relacjonujący wydarzenia podrapał się za uchem, potem zaraz zsunął beretkę i poczochrał rzadką czuprynę. Widać było, że jest podekscytowany niecodzienną i nienormalną sytuacją.
- Znasz mnie – dodał. – U mnie nie ma, że mniej śmierdzi, czy, że jest hardy. Zarżnąłbym sukinsyna, gdybym nie widział, co zrobił. On oczyścił całkiem spore siedliszcze i jeszcze nasrał im na ołtarz. To robi wrażenie, musisz sam przyznać.
Wysłuchawszy relacji, Betoniarka popatrzył na Henia z nieco mniejszą nienawiścią. Więzień stał sztywno przy wkopanym w ziemię betonowym słupie, do którego jego ciało przytwierdzone było przy pomoc mocnych, metalowych obręczy, po jednaj na każdą kończynę, szyję, przez pierś i wokół głowy na wysokości czoła. Był spokojny, choć początkowo próbował się rzucać, w efekcie czego nabawił się bolesnych otarć i krwawych wybroczyn.
Murarz zbliżył się z zaciekawioną, ale jednocześnie z wszech miar pewną swego miną i lekko pociągnął nosem.
- Stolarz, jak sam skurwysyn – ocenił.
- Gówno prawda! Nienawidzę stolarzy! – krzyknął Henio targając ciałem i zaraz jęknął z bólu na powrót nieruchomiejąc.
Betoniarka zarechotał szyderczo.
- Jęcz, odmieńcu – syknął wracając na poprzednie miejsce i kręcąc głową z nieskrywaną odrazą. – Tylko to potraficie, drewniuchy. Jęczeć, jszczyć i srać pod siebie ze strachu to wasza specjalność. Powinno się was wszystkich spędzić do getta i pozwolić żebyście tam zdechli, gównozjady.
- No teraz to już trochę przesadziłeś – zaprotestował Szpachla. – Przecież jakby ich wszystkich wyniszczyć, to nie byłoby kogo tępić.
Betoniarka nieco się zafrasował.
- No to zamknąć ich w rezerwatach albo obozach i kontrolować rozmnażanie – odparł. – I pilnować, żeby się nie rozpełzli. Sam pomyśl – zapalił się do swojego pomysłu. – Czyż to nie byłoby piękne? Kiedy byś tylko chciał, mógłbyś pójść do takiego zoo i sobie pofolgować. Zawsze.
- Czy ja wiem? – powątpiewał Szpachla. – Nie byłoby tego dreszczyku niepewności. Nie ma to jak działać z zaskoczenia i napawać się, jak toto ze strachu jszczy w gacie, albo jak…
- Na ciebie bym najszczał, gdybyś nie był murarzem! – parsknął hardo Henio. – Który stolarz by to zrobił!? Który choćby o tym pomyślał! No który! Stolarze to wszy!
Szpachla umilkł, a Betoniarka popatrzył na więźnia z ciekawością, ale złośliwy i pogardliwy wyraz twarzy go nie opuszczał. Skinął na kompana i obaj odeszli na chwilę poza zasięg słuchu Jodełki.
- Może i dziwny trochę jest – powiedział. – Cuchnie drewnem na milę, ale jakiś taki jest, jakby to powiedzieć… hm…
- Murarski? – zaproponował niepewnie Szpachla.
- Noś chyba obumarł na umyśle.
- Nie widziałeś jak wywija kielnią.
- To nie to.
- Więc?
Chwilę stali w milczeniu.
- Czy ja wiem? – podjął Betoniarka szczypiąc się w przyrodzenie. – Może przeszedł jakieś szkolenie? Albo to szpieg jest? No wiesz, tajny agent. Bo ja wiem, taki samobójczy bojownik, stolakadze, jak ci co imitowali deski i pozwolili z siebie zrobić prowizoryczny most, a potem wszystko w cholerę się zawalało. Ilu naszych wtedy zginęło? To nie żarty.
Szpachla energicznie pokręcił głową.
- Nie było żadnych stolakadze. Most był po prostu zrobiony do dupy, przez partaczy, nie przez nas. Filary były ze starych cegieł i słonego piasku, a prostolarska propaganda wykorzystała to, by zasiać w nas ziarno wątpliwości. I, jak widać z całkiem niezłym efektem – podsumował z przekąsem wymownie spoglądając na kolegę.
- Pieprzenie. Mój ojciec tam był, to i mi opowiadał. Zanim most runął, słychać było stolarski hymn.
- Cegły nie śpiewają stolarskich pieśni.
- O tym właśnie mówię.
- Słyszałeś kiedyś stolarski hymn?
- Znam słowa – samo wspomnienie wykrzywiło murarzowi usta w grymasie odrazy.
- Tak, ale wydobyte z siłą nich na męczarniach – nie ustępował Szpachla. – Pytam, czy słyszałeś śpiew?
Odpowiedziało mu milczenie.
- Sam widzisz. Nikt nie słyszał, bo żaden stolarz nigdy nie zaśpiewa w naszej obecności.
- Zatem?
- Jeśli niedopuszczasz, że to nie stolarz, to z tych samych przyczyn nie możesz twierdzić, że to stolarski dywersant.
- A to niby czemu?
- Zastanów się. Słyszałeś kiedyś, żeby jakiś stolarz przeniknął w nasze struktury? Nie licząc tego jednego, co się od razu zesrał ze strachu, jak tylko zobaczył taczki, ale tego nie można liczyć, bo dał nogę zanim zdołaliśmy się do niego zbliżyć. Tylko smród po nim pozostał.
- Może mają jakąś tajną broń? – nie dawał za wygraną Betoniarka.
Szpachla milczał wcisnąwszy pięści głęboko w kieszenie drelichowych ogrodniczek.
- Będziesz tak stał?
- Myślę.
- Myśl. Wymyśl najlepiej jakiś ostateczny test.
- Ostateczne co?
- No, jakiś test, albo coś, co by rozwiało twoje wątpliwości.
- Wątpliwości? Jakie wątpliwości? – Szpachla dotknięty do żywego wyraźnie się obruszył. – Ja nie mam żadnych, chyba, że ty. Zgaśmy sukinsyna i po kłopocie.
- To zawsze zdążymy zrobić.
Szpachla żachnął się i energicznym ruchem usiadł na dużym pustaku nerwowo ściągając ciężki kamasz. Obrócił go i potrząsnął. Ze środka wypadł spory otoczak. Zakładając but spojrzał na towarzysza z niecierpliwością.
- Przestaniesz dupę truć? – zapytał. – Najpierw chcesz go do razu rżnąć, a teraz co? Może mamy go puścić?
Betoniarka pokiwał głową.
- Weź tylko się zastanów – rzekł. – Tak przez chwilę. Co będzie, jeśli to pierwszy przedstawiciel jakiejś nowej rasy? Albo efekt eksperymentu? Lub jeszcze gorzej, ofiara czegoś strasznego, nie wiem… wirusa? Wyobrażasz sobie? Wirus! U nas! Wirus stolarskości!
Szpachla skrzywił się z niesmakiem. W kącikach jego ust błąkał mu się coraz bardziej ironiczny uśmieszek.
- Że niby co? Że to ktoś z naszych, tylko zamienił się w stolarza? To absurd. Opowiadasz pierdoły.
- No to nie wiem. Może ... O matko kochana!
- Co znowu?
- Wirus odstolarzenia!
Na chwilę zaległa cisza. Szpachla wyraźnie spoważniał.
- Odstolarzenia?
- Właśnie!
Obaj zadrżeli na samą myśl, co wywołało u nich nieprzyjemne zakłopotanie, bo przecież murarzom drżenie zdarza się niezwykle rzadko, a jeśli już, to wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach. I nigdy ze strachu. Raczej z odrazy. Tak było i tym razem. Sam pomysł przemiany w stolarza sprawił, że opanował ich gniew.
- Niedoczekanie – wycedził przez zęby Szpachla i energicznym krokiem ruszył ku skrępowanemu dobywając z dużej kwadratowej kieszeni na piersi składaną metrówkę. Pewnym ruchem rozłożył ją z trzaskiem i z odległości dwóch kroków chlasnął Henia przez pysk pozostawiając na jego delikatnym policzku szybko wypełniającą się krwią bruzdę.
- Mów prawdę! – ryknął. – A obiecuję, że umrzesz szybko, choć powinieneś zdychać miesiącami!
Henio zdusił w gardle krzyk, mimo że ból był dotkliwy. Jego ciało drżało z nerwów, ale przekonał się już, że próżne są tłumaczenia. Cóż ma zrobić? Jak przekonać murarzy, że nie jest stolarzem? Wszak dokonał już tak wielu szlachetnych czynów. Przecież to on pierwszy, będąc jeszcze dzieckiem, co nie powinno pozostawać bez znaczenia, odmówił recytowania haniebnej roty, on przeciwstawił się całej rzeszy dorosłych stolarzy i nie zbezcześcił świętego narzędzia. Czy to nic nie znaczy? Przełknął gorzką ślinę żalu. Dla czego oni mu to robią? Czemu nie ufają w szczerość intencji, w czystość serca? Czyż nie chwycił za kielnię? Czy nie wyrżnął całej rzeszy stolarzy dorosłych i w wieku dziecięcym? I czy nie zrobił tego z pasją? Z miłością i oddaniem? A kto narżnął kupsko w ich kaplicy bezczeszcząc tym zuchwałym czynem wszystko co im drogie? I czy wreszcie dobrowolnie nie wyszedł na spotkanie murarzowi? Czy jakiś stolarz byłby do tego zdolny? Dla czego więc mu nie wierzą? Czego od niego chcą? Zamiast pozwolić mu kroczyć twardą ścieżką oświecenia, za wszelką cenę chcą go zmusić, by przyznał, że należy do tego zakłamanego, plugawego świata tchórzostwa i słabości. On, który nie patrząc na nic…
- Co tam mamroczesz? – burknął jeden z murarzy przerywając Heniowi żałosne myśli. – Na co mam nie patrzeć?
Jodełka zdał sobie sprawę, że ból oraz coraz mocniej ogarniające go zwątpienie i rozczarowanie sprawiły, że mimowolnie wyszeptuje swoje pretensje. Chciał wykrzyczeć własne racje, ale czuł się za słaby i kruchy, zbyt wrażliwy. Chyba podjął swoją krucjatę przedwcześnie, a jego liryczna dusza, choć harda, okazała się jednak zbyt wątła, by sprostać gruboskórnej rzeczywistości przeznaczenia. Nie był w stanie udźwignąć brzemienia, jakie próbował nieść na wątłych barkach. Miał żal do siebie i do wszystkich. Czuł się odtrącony. Nie było dla niego miejsca. Zacisnął mocno powieki, ale nie dał rady dłużej powstrzymać palących duszę łez bezsilności i żalu.
- Ty, Szpachla – zawołał wesoło Betoniarka .– Słyszałeś? Plecie coś o żalu i bezsilności – zarechotał złowróżbnie. – O! A teraz sukinsyn ryczy. Co też mnie opętało, że dałem się nabrać.
Kielnia zatoczyła trzy szybkie półokręgi rozsiewając wkoło kroplisty całun szkarłatu.
- A to ci dopiero – murarz pokręcił głową ocierając narzędzie o nogawkę. – Im mocniej się zarzekał, plugawy hochsztapler, że nie jest stolarzem, tym bardziej wyłaziły z niego stolarskie cechy. Na szczęście natury się nie oszuka.
- Otóż to – zgodził się jego towarzysz.
Poczuli się wyraźnie odprężeni.
- Chcesz lizaka?
- Dawaj. I lepiej już chodźmy. Przerwa się kończy.
Splunęli jednocześnie i nie odwracając się odeszli krokiem dziarskim i zuchwałym w kierunku murarskiej podstawówki, gdzie zaraz miała zacząć się lekcja etyki, na której pani miała im opowiadać o równości społecznej.

Brak komentarzy: