Zozo był małym, zwyczajnym, pospolitym, dębowym
nosorożcem. Nosorożczykiem. Tak mówili o nim inni mieszkańcy ogrodu
zoologicznego. Określenie „nosorożec” było zarezerwowane dla dużych
przedstawicieli jego gatunku z wyraźnie rozwiniętym nosorożem. A on nie był
wcale duży. Przeciwnie. Był całkowicie malutki. Ot, taki po prostu nosorożczyk
z ledwo widocznym nosorożkiem.
Zozo nie wiedział, kiedy się urodził, ani ile
miał lat. Nikt tutaj nie zawracał sobie głowy takimi sprawami. Wiek nie miał
znaczenia. Liczyło się tylko, ile czasu przebywało się w ogrodzie. Tutaj czas
płynął zupełnie inaczej. Nikt się nie starzał, tylko amortyzował. I tak można
było być kimś całkiem nowym, nawet wprost spod igły, ale jednocześnie całkowicie
zamortyzowanym wskutek, na przykład, jakiegoś nieszczęśliwego wypadku lub
innego zdarzenia, w wyniku którego traciło się szeroko pojętą przydatność. W
jednej chwili można było w ten sposób stać się kimś, kto na zewnątrz odpowiadał
pojęciu „starzec”.
Zozo był tylko odrobinę zamortyzowany,
dlatego uchodził wśród innych mieszkańców za młokosa. Jego mikry wzrost nie
miał tu nic do rzeczy. Wielkość nic a nic nie oznaczała. Hipopotam Wania był
jeszcze mniejszy od niego, a zasiadał w starszyźnie ogrodu. Status taki
osiągnął dzięki stażowi, jaki miał w zoo. Był wszak jednym z najstarszych
mieszkańców ogrodu, który przy tym nie uległ amortyzacji. Wania taki stan
rzeczy zawdzięczał głównie materiałowi, z jakiego został wytworzony. Hipopotam
został wykonany z utwardzonego kauczuku, który to był niezwykle odporny na
wszelkiego rodzaju uszkodzenia. W zasadzie jedynym symptomem zużycia były u
niego odbarwienia i otarcia, które w jego przypadku nie były uważane za istotne
wady i uszczerbki, a tym samym nie wpływały istotnie na proces zużycia. W końcu
hipopotam był trudny do pomylenia z innym zwierzątkiem. Nawet, gdyby był żółty,
lub czarny.
Klasycznym przeciwieństwem Wani był muflon,
któremu nie nadano nawet imienia, bo był tylko efektem ludzkiego kaprysu i
został wystrugany ze świeżej marchewki. Od razu wiadomym było, że biedak długo
nie pociągnie. I tak też się stało – po dwóch dniach był już staruszkiem, a na
trzeci uzyskał status całkowicie zamortyzowanego, innymi słowy – trupa.
Powyższe uwarunkowania sprawiały, że każdy
nowy przybysz na wstępie przechodził wiekową kwalifikację. Jej wyniki
uzależnione były nie od czasu, jaki upłynął od momentu jego wytworzenia, ale
właśnie materiału, z jakiego został wykonany. Dlatego też znacznie poobijany i
podrapany jelonek zbudowany z aluminium trafił do kategorii młodzików (z lekkim
upośledzeniem), zaś całkiem nowiutki ryś został przydzielony do seniorów
dlatego, że budulcem jego ciała był nisko ceniony gips.
Tyle gwoli wprowadzenia. Zozo był więc młodym
nosorożczykiem. Solidne wykonanie sprawiło, że już po niedługim okresie pobytu
w ogrodzie został przydzielony do zespołu szybkiego, bezpośredniego i
gwałtownego reagowania, sekcji szpiegowsko-dywersyjno-desantowo-szturmowej.
Poza nim w komórce był jeszcze dorodny guziec o domniemanym latynoskim
rodowodzie, zwany przez towarzyszy El Warchlaczczi. El Warchlaczczi wykonany
był z wielce cenionego budulca – z kości. W dodatku świńskiej, co czyniło go
bardziej od większości autentycznym. Guziec był wielce porywczy i dla tego
potrzebował permanentnego nadzoru, co nie czyniło z niego zbyt dobrego szpiega.
Ale za to był nieocenionym agentem w sytuacjach wymagających zdecydowanego
działania. W akcjach nakazujących gwałtowne ruchy szturmowe stanowił niezawodny
oddział jednoosobowy.
Poza Zozo i El Warchlaczczim do zespołu
należał ołowiany jenot o imieniu Nieżywy, który był całkowitym przeciwieństwem
El Warchlaczcziego. Powolny, mało energiczny, wprost odpowiadający sposobem bycia
materiałowi, z którego był wykonany. Jego zalety, to anielska cierpliwość i
umiejętność udawania trupa przez nieograniczoną ilość czasu.
Skład zespołu zamykała niezastąpiona w sztuce
podchodów i walki podjazdowej ebonitowa hiena Chytrusek. Jej przebiegłość
sprawiała, że stanowiła mózg sekcji.
Zozo, El Warchlaczczi, Nieżywy i Chytrusek to
była ekipa na sto dwa. Zespół do zadań specjalnych, jakiego nigdy nie dochowało
się zoo. Dlatego też starszyzna uznała, że nadszedł czas, by przystąpić do
misji, którą u zarania dziejów ogrodu zapisano w Wielkiej Księdze Proroctw. A
stało w niej, że „pewnego dnia czterej jeźdźcy odnajdą drogę ku wolności”.
Na dzień przeprowadzenia misji wyznaczono Dzień
Wielkiej Wody. Tego dnia można było zginąć, lub nie. Czyli, w sumie dzień, jak
każdy inny. Tyle, że szansa na śmierć była dużo większa niż kiedy indziej. W
Dniu Wielkiej Wody przez ogród przetaczała się Czyścicielka, czyli tryskająca
gryząca pianą olbrzymia włochata bestia, ślepa i bezwzględna, nieznająca
litości. Za każdym razem zabierała co najmniej kilka istnień, wiele
pozostawiając w chorobie.
W dniu przeprowadzenia misji wszyscy byli w
doskonałej formie, gotowi do działania. Chytrusek rozdzielił zadania, udzielił
wskazówek i szczegółowych wyjaśnień. Wszystko było zapięte na przysłowiowe
ostatnie suszone borsucze jądro. Gdy nadeszła Czyścicielka nie lękali się.
Niestety nie zdawali sobie sprawy z powagi zadania. I przede wszystkim z siły
Czyścicielki. Wielka Woda pierwszego pochłonęła Nieżywego. Zanim jenot zaczął
udawać nieboszczyka zniknął pod wodą i pozostał na dnie do końca misji.
Chytrusek, mimo całego swojego sprytu szybko poszedł w jego ślady. Różnica była
taka, że nieżywy nawet nie oderwał się od dna, a Chytrusek chwilę na nie
opadał. Co innego El Warchlaczczi. Ten dzielnie stawał i niemal całkowicie
wykonał swoją część zadania. Długo unosił się na powierzchni walcząc zaciekle.
Z czasem jednak stara kość naciągnęła wody i guziec zaczął tonąć tracąc rezon i
pomysłowość. W ten sposób na froncie pozostał jedynie Zozo. Bohatersko stawiał
czoło wielkim i wściekle walącym falom i opadającymi na niego niszczycielskimi biczami
Czyścicielki. Nosorożczyk czuł, jak jego ciało zwolna zaczyna się poddawać,
podobnie jako nieszczęsnego El Warchlaczcziego. Ale Zozo zachował zimną krew do
końca. Wypatrzył szczelinę pomiędzy słupem znienawidzonego ogrodzenia, a bramą.
W momencie, gdy zaczęła już z niego odpadać za ciasna na pęczniejące ciało farba,
zanurkował szczupakiem i zaklinował się pomiędzy nimi. Czyścicielka niczego nie
zauważyła i dalej siała zniszczenie. Woda w tę i z powrotem przelewała się po
ogrodzie zbierając mordercze żniwo. Zginął dzielny gipsowy ryś, umarł wściekle
walczący cukrowy pawian, padł gliniany niedźwiadek, stłamszony i zgnieciony
odmętem poległ pergaminowy kaszalot, na którego wszyscy liczyli. Przepadła żelazna
żyrafa, którą, nim zdążono udzielić jej pomocy, wiotcy pomocnicy Czyścicielki
zabrali na powierzchnię i dalej w nieznane.
Masakra nie miałaby końca, gdyby nie Zozo.
Gdy wściekła Czyścicielka w bezmyślnym zapamiętaniu miażdżyła, nosorożczyk
spokojnie pęczniał rozpierając konstrukcję bramy. Działał zupełnie niepostrzeżenie.
W tym czasie niesiona biczami machiny śmierci woda nie okazując łaski gniotła
mieszkańców ogrodu nikogo nie oszczędzając. Unoszeni jej falami co lżejsi i
kruchsi mieszkańcy rozbijani byli o baraki i zagrody, odzierani z farby jak z
godności, pozbawiani tożsamości. Uciemiężeni nie wiedzieli już, czy są zebrami,
czy osłami, mułami czy końmi Przewalskiego, żbiki myliły się z dachowcami, psy
z szakalami i lisami, karasie srebrzyste wyglądały jak karasie złociste.
Zapanował totalny chaos.
I wówczas, gdy już najwięksi optymiści
zaczęli tracić wiarę, Zozo rozsadził bramę uwalniając wszystkich uciemiężonych.
Zozo. Na zawsze już w sercach wszystkich pozostający jako Zozo Bohater.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz