<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334</id><updated>2012-01-25T08:18:27.896+01:00</updated><title type='text'>SZALONY    FURMAN</title><subtitle type='html'>Za każdym razem, gdy obok Twojego domu przejeżdża fura z ziemniakami, węglem, czy drewnem, pozwól sobie na odrobinę refleksji. Może to nie zwykły Woźnica, a właśnie Szalony Furman? Warto chwilę o tym pomyśleć. Od tego może zależeć Twoje życie. Albo, na przykład, organisty. 
I pamiętaj: nie każdy murarz jest awanturny i nie każdy stolarz płochliwy.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>54</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-5207028424242945586</id><published>2011-12-23T22:04:00.002+01:00</published><updated>2012-01-06T18:28:42.594+01:00</updated><title type='text'>Kręgosłup</title><content type='html'>Westchnął i szybko przemykając wzrokiem po tekście powtórzył:&lt;br /&gt;- Nieznacznego stopnia skolioza piersiowa w lewo, pogłębienie naturalnej kyfozy piersiowej, drobne osteofity na przednich krawędziach trzonów środkowo dolnych kręgów piersiowych.&lt;br /&gt;Po drugiej stronie połączenia przez chwilę panowała cisza. W końcu usłyszał zniecierpliwiony głos Zygfryda z trudem opanowującego się przed wybuchem.&lt;br /&gt;- I co to ma niby znaczyć?&lt;br /&gt;- A skąd mam wiedzieć – odparł równie poirytowany. – Tyle napisał radiolog.&lt;br /&gt;- I nic więcej? – domagał się Zygfryd. – Jakieś objaśnienia, wskazówki, nic? Musisz przecież coś więcej wiedzieć, do psiej dupy?&lt;br /&gt;Stefan ścisnął słuchawkę, aż ta niepokojąco zatrzeszczała.&lt;br /&gt;- Wiem tyle, – wycedził – że mnie coś niemiłosiernie napierdala w plecach. Nie mogę, kurwa, spać, nie mogę dłużej siedzieć, leżeć, ani stać w tej samej pozycji, nie mogę sobie nawet podetrzeć dupska, do chuja jasnego pana!&lt;br /&gt;Trzasnął słuchawką o widełki raz, drugi i trzeci, jednocześnie wyrzucając z siebie przekleństwa z prędkością i intensywnością zbliżoną do tej, z jaką maszynka wytwarza konfetti.&lt;br /&gt;Nerwy puściły go dopiero w domu. Od bez mała sześciu miesięcy odczuwał bóle w plecach, a w ostatnich tygodniach dolegliwości osiągnęły taki poziom ostrości, że nie był już w stanie normalnie funkcjonować. Mimo szczerej niechęci do lekarzy, musiał poddać się badaniom. Okazało się, że przyczyna silnego bólu pleców tkwi w ich środkowej części. Przynajmniej tak brzmiał werdykt, czy jak kto woli, diagnoza. On sam nie był w stanie precyzyjnie określić, w którym miejscu go boli. Lekarz osądził, że to bardzo dobrze. Jeśli ból doskwierałby mu w jednym konkretnym miejscu mogłoby to oznaczać coś naprawdę groźnego, a tak, to po prostu naturalna dla mężczyzny w jego wieku amortyzacja. Może jeszcze dochodziła kwestia sporej nadwagi, statecznej, siedzącej pracy i tym samym, braku ruchu. Ale przecież, jak oznajmił z uśmiechem pan doktor, z tym można łatwo sobie poradzić. Wystarczy odrobina dobrej woli. &lt;br /&gt;- Chuja prawda – westchnął Stefan. – Jakby to takie proste było, to ważyłbym siedemdziesiąt, góra siedemdziesiąt pięć kilo, a nie sto dwa. &lt;br /&gt;Pomstując pod nosem wyjął z lodówki butelkę porteru i podszedł do półek z płytami kompaktowymi. Popijając niewielkie łyki wyrazistego, mocno przesyconego smakiem chmielowego ekstraktu napoju, zaczął przeglądać nagrania nie mogąc się zdecydować, na co ma ochotę. W chwilach podenerwowania często łapał się na tym, że mimo iż dysponował sporym zbiorem muzyki, tak naprawdę nie ma czego słuchać. Zanim zdołał się zdecydować, opróżnił butelkę i odniósł ją do kuchni, z której wrócił z kolejną. Przez kolejne kilka minut rozważał kolejne kandydatury, by w końcu zdecydować się na Enemy Of The Music Business.&lt;br /&gt;- Właśnie – mruknął sięgając po płytę.&lt;br /&gt;- No chyba cię pogrzało, stary pierdoło.&lt;br /&gt;Odwrócił się energicznie o mało nie wypuszczając z ręki butelki, aż coś chrobotnęło mu w krzyżu.&lt;br /&gt;- Olaboga – jęknął.&lt;br /&gt;- No widzisz  – zawtórował mu nieznajomy głos. &lt;br /&gt;- Kto, co? – wybełkotał nieskładnie.&lt;br /&gt;- Opamiętaj się, nie masz już dwudziestu lat.&lt;br /&gt;Głos znów dobiegał zza pleców. Stefan ponownie się odwrócił, ale nikogo nie dojrzał. Mieszkał sam i nie spodziewał się gości, niemniej wyraźnie słyszał głos, zatem ktoś musiał być w mieszkaniu.&lt;br /&gt;- Ktoś ty? – zapytał lekko drżącym głosem rozglądając się nerwowo – Co to za numery?&lt;br /&gt;- Nie wiesz?&lt;br /&gt;- Gadaj, pajacu, albo spierdalaj! &lt;br /&gt;- Włącz lepiej coś spokojniejszego – nieznajomy puścił groźbę mimo uszu. – Od sieczki zawsze cię później łupie i biadolisz, jak jakieś cherlawe stare babsko. &lt;br /&gt;- Co? Co to za jakaś gówniana gadka?&lt;br /&gt;- Jak słuchasz Naplam Death lub innej siekaniny, dostajesz głupawki i wyginasz się, jakby cię ktoś podłączył do gniazdka. Od tego potem mnie łamie okrutnie i nie mogę wytrzymać.&lt;br /&gt;Stefan zajrzał za szafę, sprawdził klosz lampki nocnej i pudło telewizora. Nigdzie nie było śladu mikrofonów, czy innych niespodziewanych urządzeń, czy nadajników, które mogłyby emitować głos.&lt;br /&gt;- Ciebie? – zapytał nie przestając przeszukiwać kolejnych potencjalnych nadających się do zakamuflowania głośnika zakamarków.&lt;br /&gt;- Ano mnie. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał wyjść.&lt;br /&gt;Prowadząc zdawkową rozmowę Stefan przeszedł do kuchni, zajrzał do sypialni i łazienki, sprawdził też niewielką spiżarnię i balkon. Nie było co do tego wątpliwości – był w mieszkaniu sam. Nikt nie czaił się taż na klatce schodowej. A mimo to przecież cały czas ktoś do niego mówił. I krył się za nim. Ilekroć się odwracał głos dobiegał zza jego pleców. Zajrzał do szafy ubraniowej, bieliźniarki i schowka na odkurzacz. W końcu wrócił do pokoju i usiadł na złożonej wersalce. &lt;br /&gt;- No dobra – powiedział. – Co to za numery?&lt;br /&gt;- Och – w głosie dało się wyczuć ulgę. – Tak zdecydowanie lepiej.&lt;br /&gt;Stefan ponownie zerwał się na nogi stając przodem do wersalki. &lt;br /&gt;- Przestańże się już rzucać, jak potłuczony – usłyszał. – Gorzej z tobą, niż z krnąbrnym bachorem.&lt;br /&gt;Przeszło mu przez myśli, że traci rozum. Nie raz czytał, że jedną, dosyć częstą, z objaw paranoi jest słyszenie nieistniejących głosów. To co działo się aktualnie zdecydowanie podpadało pod ten przypadek. Co powinien zrobić? Udawać, że go nie słyszy i ignorować? A może przeciwnie, rozmawiać z nim i próbować dowiedzieć się o co mu chodzi, do kogo należy? A może to jakaś forma nawiedzenia? Opętanie?&lt;br /&gt;- Weźże usiądź z powrotem na tym wygodnym łóżku – domagał się głos. – Garbisz się, jak jakaś stara, zniedołężniała pierdoła. Znowu nie będziesz mógł spać.&lt;br /&gt;Stefan usiadł zachowując wszakże czujność. Był maksymalnie skoncentrowany, oczy przemykały po wszystkich zakamarkach pomieszczenia próbując wychwycić jakiś ruch, załamanie światła, wibracje powietrza, coś, cokolwiek, co wskazywałoby, że padł ofiarą niewybrednego żartu. Niestety nic takiego nie wyłowił. No i oczywiście przemawiający do niego głos dobiegał zza pleców.&lt;br /&gt;Spróbował opanować nerwy, skoncentrować się, ochłonąć i zacząć działać racjonalnie. Odetchnął i postanowił przejąć sprawy we własne ręce. Tylko jak ma to zrobić, skoro nie ma bladego pojęcia z kim, lub z czy też z czym ma do czynienia.&lt;br /&gt;- Może byś tak… – zaczął niepewnie. – Byłoby chyba łatwiej, mnie byłoby łatwiej, jakbyś się przedstawił. Skoro mamy ze sobą rozmawiać, to byłbym wdzięczny, jakbym wiedział, jak mam się zwracać do ciebie, co?&lt;br /&gt;- Heniek – odparł szynko głos. – I przestań się tak kręcić.&lt;br /&gt;Stefan nie mógł opanować notorycznego oglądania się przez ramię. &lt;br /&gt;- Czego chcesz? – zapytał.&lt;br /&gt;- Głupie pytanie.&lt;br /&gt;- Jak dla kogo – nie dawał za wygraną Stefan. – Odpowiedz.&lt;br /&gt;- Tego samego, co i ty, rzecz jasna.&lt;br /&gt;- To znaczy?&lt;br /&gt;- Mniej bólu.&lt;br /&gt;- Mniej bólu?&lt;br /&gt;- Właśnie.&lt;br /&gt;- Zależy ci na tym, żebym odczuwał mniejszy ból? Jesteś jakimś pieprzonym altruistycznym świętym Heniem?&lt;br /&gt;- Nic podobnego nie powiedziałem. Chodzi mi tylko o mnie samego. Ja nie chcę odczuwać bólu. Niestety mój ból wynika z twojego, jeśli byłoby inaczej, nie zawracałbym sobie tobą dupy.&lt;br /&gt;- Jak to? Nie rozumiem, zdaje się.&lt;br /&gt;- Aleś ty tępy.&lt;br /&gt;- Niemniej odpowiedz.&lt;br /&gt;- Jestem twoim kręgosłupem.&lt;br /&gt;Stefan otworzył szeroko oczy, potem zarechotał chorobliwie i zamilkł. W głowie mu zawirowało, jakby wypił nie dwa piwa, tylko z litr wódki, zrobiło mu się niedobrze. Potem coś mocno łupnęło go w krzyżu, aż zobaczył nie tyle gwiazdy, co dwa snopy iskier.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Ocknął się skulony na wersalce. Okno było otwarte, firanka falowała od lekkich, ale mroźnych podmuchów nocnego, zimowego powietrza. Usiadł szczękając zębami. Było mu okropnie zimno. Wstał i zamknął okno, potem ruszył do toalety opróżnić napełniony pęcherz, następnie przeszedł do kuchni i nastawił czajnik na herbatę. Był późny wieczór, wpół do dziesiątej. Przespał cały dzień. Śniły mu się absurdalne rzeczy, był zmęczony, jakby zamiast spać, ciężko fizycznie pracował. Ostrożnie się przeciągnął i ze zdziwieniem stwierdził, że nie odczuwa żadnego bólu w plecach. Zrobił delikatny skłon, potem drugi głębszy. Nic. Niesamowite. Jeszcze wczoraj po takim ćwiczeniu strzeliłoby mu w plecach i pewnie nie udałoby mu się wyprostować przez parę minut. Czyżby zatem lekarz miał rację, że to tylko naturalna amortyzacja i od czasu do czasu ma prawo boleć, tak samo, jak i czasami zupełnie nie dawać o sobie znać? Najwidoczniej tak.&lt;br /&gt;Zaparzył herbatę i popijając maleńkie łyczki przejrzał szybko program telewizyjny. Za parę minut powinien zacząć się jakiś film SF, który to gatunek Stefan cenił sobie najbardziej. Zadowolony ruszył do pokoju. Jego ulubione miejsce na wersalce zajmował jakiś obcy mężczyzna, który właśnie włączył telewizor ustawiając go na program sportowy.&lt;br /&gt;- Siadaj, siadaj Stefciu – powiedział nieznajomy. – Mistrzostwa świata w pływaniu synchronicznym. To dopiero sztuka.&lt;br /&gt;Stefan znieruchomiał w progu. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, który właśnie zwrócił się do niego per „Stefciu”, ale znał jego głos. To był bez wątpienia ten sam, który przemawiał do niego dzisiejszego popołudnia. Tyle, że Stefan sądził, że to mu się tylko przyśniło. Najwidoczniej tak nie było, a mężczyzna musiał ukrywać się skutecznie w jakimś nieodgadnionym dla gospodarza miejscu. W tym samym momencie Stefan już wiedział. Wersalka. Niepoprawny dowcipniś ukrywał się w wersalce. Co to za typek? Chyba, że sen nadal trwa.&lt;br /&gt;Stefan klepnął się w twarz, ale nieznajomy nie chciał zniknąć.&lt;br /&gt;- No siadaj – nalegał. – Powinieneś na poważnie zainteresować się pływaniem. Dobrze na tym wyjdziesz. Obaj wyjdziemy na tym dobrze.&lt;br /&gt;Stefan wszedł do pokoju na sztywnych nogach i stanął oparty o szafę nie spuszczając nieproszonego gościa z oczu. Zanim zdołał z siebie cokolwiek wykrztusić, nieznajomy klasnął w dłonie i spojrzał na niego badawczo.&lt;br /&gt;- Pewnie dziwi cię moja obecność?&lt;br /&gt;Stefan z trudem przełknął suchą ślinę.&lt;br /&gt;- Nie ukrywam – bąknął.&lt;br /&gt;- Mogę w każdej chwili zniknąć z twoich oczu. Powiedz tylko słowo.&lt;br /&gt;Stefan wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Znikaj – powiedział bez zastanowienia.&lt;br /&gt;W momencie, zgodnie z obietnicą, po mężczyźnie nie było śladu. Jednocześnie Stefan poczuł znajomy, przeszywający ból w plecach.&lt;br /&gt;- O rzesz w twarz – jęknął podchodząc w zgiętej pozie do najbliższego krzesła i siadając na nim ostrożnie.&lt;br /&gt;- Tak lepiej? – usłyszał głos dobiegający oczywiście zza pleców.&lt;br /&gt;- Boli zajebiście – powiedział Stefan. – Tak źle jeszcze nie było.&lt;br /&gt;- Mogę to w każdej chwili zmienić – zaproponował głos. – Tylko powiedz.&lt;br /&gt;- Dawaj.&lt;br /&gt;W tym momencie ból minął, a na wersalce na powrót pojawił się właściciel głosu. Stefan wstał ostrożnie i zrobił kilka skłonów.&lt;br /&gt;- Niebywałe – powiedział nie kryjąc podziwu. – Jak ty to robisz?&lt;br /&gt;- Zwyczajnie.&lt;br /&gt;Stefan parsknął.&lt;br /&gt;- A to ci dopiero. A może powinieneś … – zawiesił głos i uważnie przyjrzał się mężczyźnie. – Ale kim ty właściwie jesteś? Jak się do ciebie zwracać?&lt;br /&gt;Nieznajomy skrzywił się nie kryjąc zniecierpliwienia. &lt;br /&gt;- Już ci mówiłem – odparł. – Jestem Heniek. Twój kręgosłup.&lt;br /&gt;- Mój co? – Stefan aż się zakrztusił.&lt;br /&gt;- Kręgosłup – powtórzył spokojnie Heniek. – Dziwne, że jeszcze się nie domyśliłeś. &lt;br /&gt;- Domyśliłem?&lt;br /&gt;- Jasne. Przecież sam widzisz jak to działa. Jak jestem w tobie, to cię napierdala, a jak jestem na zewnątrz, to mnie nie czujesz.&lt;br /&gt;- To jaja jakieś są.&lt;br /&gt;- Żadne jaja.&lt;br /&gt;Stefan przez chwilę zanosił się niezdrowym, paranoicznym śmiechem by na raz raptownie spoważnieć.&lt;br /&gt;- Jak to możliwe niby?&lt;br /&gt;- Nie mam pojęcia.&lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Jak to? Jak to? A skąd ja mam to wiedzieć? Jestem przecież tylko kręgosłupem. Nie mam właściwości, a tym samym również umiejętności decyzyjnych. Do mnie należy tylko dokonywanie prostego wyboru, czy mam być tam – tu wskazał na korpus Stefana – czy na zewnątrz. &lt;br /&gt;- To ciekawe co mówisz.&lt;br /&gt;Kręgosłup spojrzał na Stefana podejrzliwie. &lt;br /&gt;- Ty chyba mi nie wierzysz, co?&lt;br /&gt;Stefan zachichotał szyderczo.&lt;br /&gt;- A skądże znowu? – pisnął nerwowo. – Czy ja wyglądam na niedowiarka? Jestem tylko zwyczajnym chłopem. Nie ma problemu. Jesteś moim kręgosłupem i siedzisz sobie na wersalce prowadząc ze mną dyskusję. Normalka.&lt;br /&gt;- Wyczuwam sarkazm.&lt;br /&gt;- Coś ty?&lt;br /&gt;- Nie przeginaj, bo wrócę na miejsce.&lt;br /&gt;- Chwila, chwila.&lt;br /&gt;Stefan wyszedł z pokoju i zamknął się w łazience. Przejrzał się w lustrze. Wyglądał dobrze. Lepiej niż w którykolwiek dzień przez ostatni miesiąc. Prosta, nienaganna sylwetka mimo nadwagi, gładkie rysy twarzy pozbawione śladów nerwowych skurczy, które wypełzały na nią każdorazowo, gdy odczuwał ukłucia bólu krzyża. Podskoczył kilkakrotnie, zrobił parę ćwiczeń rehabilitacyjnych, o których jeszcze tego ranka mógłby co najwyżej pomarzyć. &lt;br /&gt;- No i jak? – usłyszał zza drzwi. – Chyba lepiej, no nie? Ale jak chcesz, to wracam na miejsce i znowu dupska nie będziesz mógł podetrzeć bez jęczenia.&lt;br /&gt;- A spierdalaj!&lt;br /&gt;Ledwo to powiedział, a błysnęło mu przed oczami i upadł na podłogę wyginając się w pałąk. Ból był straszliwy. Miał wrażenie, że za chwilę jego kręgosłup trzaśnie w połowie i unieruchomi go w tej pozycji na resztę życia. &lt;br /&gt;- Przestań – spróbował krzyknąć, ale słowa ledwo słyszalnie zabrzmiały w pustej łazience.&lt;br /&gt;- Co tam brzęczysz?&lt;br /&gt;Kolejna fala bólu przelała się przez jego ciało, jakby ktoś próbował rozprostować jego ciało przy pomocy wielkiego wałka do ciasta.&lt;br /&gt;- Litości – jęknął. – Przestań.&lt;br /&gt;- Co słyszę? – ton głosu zdradzał niespecjalnie kamuflowane, udawane zdziwienie. – Czyżbyś chciał, żebym cię opuścił?&lt;br /&gt;- Tak…&lt;br /&gt;- Całym zdaniem poproszę. &lt;br /&gt;- Opuść mnie.&lt;br /&gt;- A nie, nie. Powtórz: kochany mój kręgosłupkiu, opuść moje ciało.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;Dojmujący ból wygiął ciało Stefana w łuk, coś chrupnęło mu w plecach.&lt;br /&gt;- Kochany mój kręgosłupiku opuść moje ciało – wyjęczał.&lt;br /&gt;Ból minął natychmiast. Chwilę leżał nie wierząc, że krótki, acz wyjątkowo nieprzyjemny koszmar przeminął. Wstawał początkowo powoli, potem bardziej energicznie, ale nic przykrego go nie spotkało. Wyszedł z łazienki i wrócił do pokoju. Usiadł na fotelu i utkwił wzrok w mężczyźnie oglądającym telewizję. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak dobrać słowa. Czuł się dziwnie. W dalszym ciągu nie mógł uwierzyć w to, czego przed chwilą doświadczył, ale fakty były, jakie były.&lt;br /&gt;- Daj spokój – przerwał jego rozważania kręgosłup. – Po prostu mów mi Heniek i jakoś to będzie. Podleczysz się, to wrócę na swoje miejsce i będę milczał. Będzie jak dotychczas. Tylko musisz się wziąć za siebie.&lt;br /&gt;Stefan pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Mam jedno pytanie – powiedział.&lt;br /&gt;- No?&lt;br /&gt;- Skoro ty siedzisz na wersalce, to kto jest na twoim miejscu?&lt;br /&gt;- Mietek.&lt;br /&gt;- Mietek?&lt;br /&gt;- Kumpel z wymiennikowni. Zawsze się zmieniamy, jak któryś gorzej się poczuje. Jak wyzdrowiejesz, Mietek wróci do firmy, a ja na swoje miejsce.&lt;br /&gt;Stefan siedział z nietęgą miną.&lt;br /&gt;- Żartowałem – kręgosłup wybuchł gromkim śmiechem. – Oczywiście na moim miejscu nie ma nikogo.&lt;br /&gt;Stefan wypiął pierś, potem się zgarbił i zrobił kilka młynków ramionami.&lt;br /&gt;- Jak to? – drążył. – Doskonale czuję, że kręgosłup mam na miejscu.&lt;br /&gt;- Oczywiście – zgodził się Heniek. – Inaczej zwinąłbyś się jak rolka tapety.&lt;br /&gt;Dalszą konwersację przerwał im dzwonek do drzwi. &lt;br /&gt;- A kogóż tam niesie po nocy?– skomentował Stefan spoglądając na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga trzydzieści.&lt;br /&gt;Nie zdradzając aktywności podszedł cicho do drzwi i wyjrzał przez judasz. Na zewnątrz stał Lutek Kropielnicki, sąsiad mieszkający klatkę wyżej. Mimo mocnego zniekształcenia obrazu widać było, że mężczyzna ma tęgo w czubie, co jakoś Stefana nie dziwiło. Zaskoczeniem byłoby, gdyby był o tej porze trzeźwy. &lt;br /&gt;- No i kogo tam przywiało?! – krzyknął z głębi mieszkania Heniek.&lt;br /&gt;Stefan aż się skulił. Zmysły Lutka może i były mocno przytępione przez lata nadużywania alkoholu, ale jeśli chodzi o wietrzenie okazji do wypitki, był niezastąpiony. Zachowanie kręgosłupa było niczym zaproszenie. Teraz nie było sensu zwodzić sąsiada, bo gotów tylko narobić hałasu na całą kamienicę.&lt;br /&gt;Stefan przekręcił zamek i uchylił drzwi. &lt;br /&gt;- Co jest? – zapytał nie zdradzając chęci wpuszczenia gościa do środka.&lt;br /&gt;Kropielnicki zdawał się nie oczekiwać na zaproszenie, tylko najzwyczajniej popchnął drzwi i wmaszerował do mieszkania.&lt;br /&gt;- Co się czaisz, jak gajowy w paprociach? – zgromił w progu gospodarza.&lt;br /&gt;- Że jak?&lt;br /&gt;- Flachy mi pół zostało.&lt;br /&gt;- Ja nie mogę…&lt;br /&gt;- Nie pierdol mi tu kocopołów!&lt;br /&gt;- Mówię poważnie.&lt;br /&gt;Lutek nie zwracając uwagi na nieudolne protesty Stefana wszedł do pokoju i rozsiadł się wygodnie obok Heńka.&lt;br /&gt;- Dawaj jakieś miarki, bo czasu nie mam – zaordynował. – Kobita i tak już na mnie warczy od rana.&lt;br /&gt;Stefan stał chwilę niezdecydowany. Kręgosłup nie zwracał uwagi na Kropielnickiego, tylko z lekkim uśmieszkiem śledził wydarzenia na ekranie. &lt;br /&gt;- Ale ja leki biorę – powiedział Stefan.&lt;br /&gt;- I dobrze – przytaknął sąsiad. – Ja też biorę. Odkąd pamiętam. Inaczej pewnie już bym nie żył. Nie zmińdź mi tu, tylko dawaj te szklanki.&lt;br /&gt;- Nie zmindzę, tylko sytuacja jest nietypowa – motał się Stefan. – A właściwie to chyba powinienem was przedstawić. To jest Heniek, mój… znajomy. Heniek, to jest mój sąsiad Lucjan, ale wszyscy mówią mu Lutek.&lt;br /&gt;Kropielnicki spojrzał na gospodarza z wesoło.&lt;br /&gt;- Świetnie! – krzyknął. – Od razu lepiej! Dawaj te kielonki. Wypijemy brudzia!&lt;br /&gt;- Ale Heniek nie pije, zdaje się – Stefan spojrzał nieco bojaźliwie na kręgosłupa. – Zgadza się, no nie?&lt;br /&gt;- Jasne że nie – przyznał Heniek. – I tobie też nie radzę. Jak tylko spróbujesz choćby jedną banię, to od razu wracam na miejsce.&lt;br /&gt;- Nawet jednej?&lt;br /&gt;- Kropelki.&lt;br /&gt;- Olaboga.&lt;br /&gt;- Co ty mi tu odstawiasz jakieś modlitwy? – wtrącił Kropielnicki przyglądając się bacznie sąsiadowi. – Tyś wypity już jest, czy jak?&lt;br /&gt;- Kto? – zdziwił się Stefan. – Że niby ja?&lt;br /&gt;- No przecież nie ja. To znaczy ja jestem, ale przecież siebie nie pytam. Dawaj te miarki, bo z gwinta to mogłem sobie na klatce kropnąć.&lt;br /&gt;- Ale ja nie mogę pić, człowieku! – zdenerwował się Stefan. – Słyszałeś Heńka?&lt;br /&gt;Lutek znieruchomiał w trakcie odkręcania nakrętki.&lt;br /&gt;- Ty się dobrze czujesz, gościu?&lt;br /&gt;- O to się rozchodzi, że tak – przyznał gorliwie Stefan. – Ale żeby ten stan się nie zmienił, nie wolno mi pić. Zgadza się? – zakończył zwracając się do Heńka.&lt;br /&gt;- Dokładnie – przytaknął kręgosłup. – Szybko się uczysz. Może jeszcze nie jest za późno.&lt;br /&gt;- Za późno na co?&lt;br /&gt;- Co? – zdziwił się Lutek.&lt;br /&gt;- Jak będziesz się stosował do wskazówek, to może jeszcze będziesz mógł coś w życiu chlapnąć. Oczywiście nie wiadrami, jak do tej pory, ale zawsze jakiś browarek będziesz mógł wychylić.&lt;br /&gt;- Browarek? – ucieszył się Stefan, a nadzieja rozświetliła jego oblicze.&lt;br /&gt;- Czemu nie? – zgodził się Kropielnicki. – Na popitkę jak ta lala.&lt;br /&gt;- Co najwyżej – przyznał Heniek. – Ale nie w tej chwili.&lt;br /&gt;- Szkoda – mruknął.&lt;br /&gt;- Nosz kurwa mać! – poirytował się Lutek. – To albo proponujesz albo nie! Bez łaski.&lt;br /&gt;- O co ci chodzi? Słyszałeś co Heniek mówił.&lt;br /&gt;- On mnie nie słyszy – odezwał się kręgosłup.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- W łeb ci się coś robi? – zapytał Kropielnicki.&lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Bo pieprzysz od rzeczy.&lt;br /&gt;- Nie widzi, ani nie słyszy. &lt;br /&gt;- Ach…&lt;br /&gt;- Nie ach, tylko dawaj te cholerne kielonki! – ryknął Lutek.&lt;br /&gt;- Nie widzisz go? &lt;br /&gt;- Kogo?&lt;br /&gt;- No Heńka! Siedzi przecież obok ciebie.&lt;br /&gt;Kropielnicki mimowolnie spojrzał w kierunku, w którym podążyło spojrzenie sąsiada. &lt;br /&gt;- Wiesz co? – rzekł wstając z wersalki. – Chyba jednak zostawię cię z twoim kompanem. A na przyszłość się zastanów. Bo jak nie chcesz pić, to na chuj mi dupę trujesz?&lt;br /&gt;- Ja dupę truję?&lt;br /&gt;Lutek bez słowa minął Stefana z obrażoną miną mierząc go pełnym wyrzutu wzrokiem i bez pytania zabrał po drodze szklankę z szafki. &lt;br /&gt;- Namolny pierdoła – rzucił na odchodne i zniknął w ciemności skrywającej klatkę schodową.&lt;br /&gt;- Co to miało znaczyć? – spytał z wyrzutem Stefan.&lt;br /&gt;- Niby co?&lt;br /&gt;- No to, że widzę cię i słyszę tylko ja?&lt;br /&gt;- Tak to działa.&lt;br /&gt;- Tak to działa? Jaja sobie ze mnie robisz?&lt;br /&gt;Kręgosłup przeciągnął się rozrzucając szeroko ramiona i głośno ziewając.&lt;br /&gt;- Połóż się spać – powiedział spokojnie. – Późno się robi, a ślęczenie po nocach nie robi ci dobrze na kręgosłup.&lt;br /&gt;Stefan nerwowo ściągnął usta, ale powstrzymał się od komentarza.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Obudził go dzwonek do drzwi. Za oknami już się ściemniało. Albo dopiero szarzało. Od kilku dni czas płynął jakby niezależnie od Stefana, pozostawiając go gdzieś z boku, tkwiącego w letargu. Nie był pewien, czy powinno świtać, czy zmierzchać.&lt;br /&gt;Zygfryd był jego starszym bratem. Zyga, jak zwykł nazywać go Stefan, bez żadnej zapowiedzi przejechał ponad trzysta kilometrów, by się z nim zobaczyć. Nie było to normalne zachowanie, ale Stefan był zbyt skołowany ostatnimi wydarzeniami, by to docenić, czy w ogóle poddać jakiejkolwiek krytyce.&lt;br /&gt;- Co jest z tobą? – Zygfryd naskoczył na Stefana od progu. –Myślałem, że ci się stało coś złego, żeś jakiś wypadek miał. Nie odbierasz telefonów, w robocie nic nie wiedzą, dobrze że miałem numer do tego twojego sąsiada, pijaczyny, chociaż ten też nie był zbytnio rozmowny. Ale powiedział przynajmniej, że żyjesz. Tyle, że podobno ci się z rozumem pomieszało.&lt;br /&gt;Stefan zamknął za bratem drzwi i ziewając podrapał się pod pachą.&lt;br /&gt;- O co ci chodzi? – zdziwił się. – Mówiłem ci wczoraj, że mam problemy z kręgosłupem i że…&lt;br /&gt;- Jesteś chory?&lt;br /&gt;Stefan przeciągnął się, podskoczył, zrobił kilka skłonów, wykonał półobrót głową w górę i w dół, potem na boki.&lt;br /&gt;- I tak i nie – odparł. – Dzwoniłeś do mnie do roboty? – spróbował zmienić temat.&lt;br /&gt;- Dzwoniłem.&lt;br /&gt;- Po jaką cholerę.&lt;br /&gt;- Boś milczał, jak szczur w piekarni.&lt;br /&gt;- Spałem.&lt;br /&gt;- Przez dwa tygodnie?&lt;br /&gt;- Tydzień, czy dwa – Stefan machnął ręką lekceważąco. – Nie czepiaj się pierdół.&lt;br /&gt;Zygfryd przyjrzał się bratu uważnie. Sprężysta sylwetka, pewne ruchy, energia bijąca z postawy. W niczym nie przypominał schorowanego człowieka z jakim ostatnim razem rozmawiał.&lt;br /&gt;Westchnął przeciągle i wolnym krokiem ruszył do kuchni. Bez słowa nalał sobie do kubka wody wprost z kranu i usiadł przy stole.&lt;br /&gt;- Wylazł z ciebie, prawda? – zapytał monotonnym głosem. &lt;br /&gt;Stefan odchrząknął.&lt;br /&gt;- O czym mówisz?&lt;br /&gt;- Nie udawaj.&lt;br /&gt;- Nie udaję. Po prostu nie wiem, o co ci chodzi.&lt;br /&gt;- O twój kręgosłup.&lt;br /&gt;- Tak? Co z nim? Wiesz o nim coś więcej, niż ja?&lt;br /&gt;- Rozchodzi się o to, że niestety tak.&lt;br /&gt;- Chyba ci, staruszku, zwęgliło obwody od…&lt;br /&gt;- Od ilu dni nie wyłazi?&lt;br /&gt;Stefan popatrzył na brata z nieukrywaną irytacją.&lt;br /&gt;- Zupełnie nie wiem o co ci chodzi – mimo wyraźnych starań nie udawało mu się jednak ukryć zdenerwowania. – Jak się czułem chory, to było źle, jak jestem zdrowy, to też jest źle. Jak tak dalej pójdzie, to faktycznie wyląduję w…&lt;br /&gt;Zygfryd nie pozwolił mu skończyć i przypadając do brata, ułapił go za kołnierzyk koszuli przyciskając do ściany.&lt;br /&gt;- Od ilu dni nie wyłazi?! – krzyknął. – Przestań pieprzyć i mów! Może jeszcze nie jest za późno!&lt;br /&gt;- Co? Na co za późno? Pojebało cię? Puszczaj bo…&lt;br /&gt;- Od kiedy twój kręgosłup siedzi na swoim miejscu!?&lt;br /&gt;Stefan przyjrzał się bratu uważnie. Dobrze go znał. Wiedział, że ten nie żartuje, ani nie blefuje.&lt;br /&gt;- Dziś trzeci – wykrztusił z rezygnacją.&lt;br /&gt;- Jesteś pewien? – nie ustępował Zyga mocniej zaciskając dłonie, niemal przyduszając brata.&lt;br /&gt;Stefan szarpnął się gwałtownie i uwolnił z uścisku.&lt;br /&gt;- A odpieprz że się! – krzyknął. – Jasne że jestem pewien! W życiu nie spotkało mnie nic równie dziwnego! Nawet nie czytałem o czymś podobnym, ani nie widziałem w kinie.. – tu na chwilę zawiesił głos, bo przypomniał sobie film „Plecy”, ale szybko uznał, że przypadek bohaterów filmu i jego nazbyt się różniły, by je porównywać. – Doskonale wiem kiedy ze mnie wylazł i kiedy wrócił! Zresztą, jakie to ma do cholery znaczenie? Ważne, że już go nie ma. I nie zamierzam dopuścić, by wrócił. Stosuję się do wskazówek, nie zamierzam więcej pić. Będę przykładnym obywatelem, który sumiennie wykonuje obowiązki wobec społeczeństwa i kraju. Nie dopuszczę, by to się jeszcze kiedyś powtórzyło.&lt;br /&gt;Zygfryd uśmiechnął się, ale nie był to z pewnością przejaw radości. &lt;br /&gt;- Nie masz pojęcia – westchnął – z czym masz do czynienia.&lt;br /&gt;- Wiem wystarczająco, by więcej tego nie doświadczać.&lt;br /&gt;- Obawiam się, że masz tu gówno do gadania, braciszku. To jest jak młyńskie koło. Dopóki woda płynie, będzie się kręcić. Rozumiesz?&lt;br /&gt;- Chyba nie za bardzo, ale co tu rozumieć? To absurdalne.&lt;br /&gt;- Z racjonalnego punktu widzenia…&lt;br /&gt;- Podchodząc do tego z racjonalnego punktu widzenia, – tym razem to Stefan się uniósł i przerwał bratu – to nic z tego co spotkało mnie przez ostatnie dwa tygodnie nie powinno się wydarzyć, a my obaj powinniśmy ten dialog prowadzić w zakładzie zamkniętym smarując sobie twarze gównem, albo jsząc dziadkom w bambosze! &lt;br /&gt;- Uspokój się.&lt;br /&gt;- Jestem spokojny! Kurwa!&lt;br /&gt;Przez chwilę obaj milczeli. Zygfryd popijał wodę, podczas gdy Stefan próbował opanować nerwowy oddech. W końcu młodszy z braci dołączył do starszego i przez kilka minut siedzieli przy kuchennym stole naprzeciwko siebie wpatrzeni w nieregularny wzór oklejających ściany tapet.&lt;br /&gt;- To u nas rodzinne, młody – przerwał ciszę Zyga. – Ojciec to miał, dziadek Zenek, i prababka Józka Miętusianka, po niej kuzyn Władek. W każdym pokoleniu jest ktoś, kto to przejmuje, jak jakieś brzemię. Na ogół jest to najstarszy z rodzeństwa. Nigdy ci o tym nie mówiłem, byś sobie nie zaprzątał głowy. Ale mnie to nie spotkało, Stefciu. I już nie spotka. Wiem to na pewno, bo ty to masz. To klątwa, braciszku. Nie przeżyjesz tego. Nie jesteś przygotowany. To miałem być ja. Słowo daję, że tak bardzo żałuję... On cię rozerwie od środka. Zostanie z ciebie tylko filet.&lt;br /&gt;Stefan przełknął głośno ślinę, ale nie powiedział słowa. Długo wpatrywał się w sypiący za oknem śnieg, którego płatki wylatywały z czerni głębokiej zimowej nocy, jak wyczarowane niewidzialną różdżką. Ciężko było mu przejść do porządku dziennego z informacjami, jakie przyniósł Zygfryd. &lt;br /&gt;- Załóżmy, że spadło to na mnie – odezwał się nie odrywając oczu od okna. – Co mi grozi? Jak do tej pory dzięki tej, jak ją nazwałeś, klątwie, tylko mi ulżyło. Inaczej nadal żarł bym leki przeciwbólowe, smarował się maścią, jęczał i chodził wysztywniony, albo pogięty, w zależności od dnia. A tak, mam święty spokój, dobre samopoczucie, nic mnie nie boli, jestem po prostu zdrowy. I to ma być klątwa?&lt;br /&gt;- Niczego nie rozumiesz – westchnął Zygfryd.&lt;br /&gt;- Najwyraźniej.&lt;br /&gt;Starszy z braci pokręcił głową.&lt;br /&gt;- Pamiętasz, jak ojciec pierwszy raz dostał ataku? – zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował. – Leżał pokrzywiony przez trzy dni, a potem nagle był zdrów jak ryba. &lt;br /&gt;- No pamiętam, i co z tego?&lt;br /&gt;- A pamiętasz tego chudego gościa, jego kolegę z pracy, tego psychola Mietka Wasilewskiego?&lt;br /&gt;- Jasne, że pamiętam! – ożywił się Stefan. – Poznał go na jakimś szkoleniu, czy jakoś tak. Potem razem pracowali w fabryce. Oj niezły był czubens z tego Mietka.&lt;br /&gt;- Czubens? Nie rozumiem twojego entuzjazmu. Przecież to był potwór.&lt;br /&gt;- I co z nim?&lt;br /&gt;- To nie był kolega ojca.&lt;br /&gt;- A kto, niby?&lt;br /&gt;Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa.&lt;br /&gt;- Nie – powiedział w końcu Stefan z niedowierzaniem.&lt;br /&gt;- Właśnie, że tak – zaprzeczył Zygfryd.&lt;br /&gt;- To nie możliwe. Przecież wszyscy go widzieli. Zresztą widywaliśmy go też wcześniej, zanim ojciec zachorował.&lt;br /&gt;- Oczywiście. Przybrał znajomą postać, żebyśmy nie nabrali podejrzeń. On może wyglądać jak chce. Jak listonosz, dzielnicowy, ciotka Lidka, sklepowa z warzywniaka, kuzyn Wiktor, albo lekarz. Co tylko chcesz. No i przecież nie zadomowił się wtedy tak od razu. Z początku ojciec tylko o nim wspominał, potem odwiedzał nas raz, czy dwa na tydzień, a dalej wiesz co się stało. Twój zrobi to samo. Da ci spokój na tydzień, potem na pięć dni, aż dojdzie do codzienności i doprowadzi cię do tego, do czego tamten przywiódł ojca. &lt;br /&gt;- Skąd ta pewność? Może mój przypadek jest inny?&lt;br /&gt;- Każdy jest taki sam. To potwór, nie znający ludzkich odruchów i uczuć odmieniec z piekła rodem. Doprowadzi cię do szaleństwa, zmaterializuje się, a potem zniknie. Ale zanim tego dokona, zrobi ci to, co Wasilewski zrobił naszemu ojcu, najpierw zmusi cię do jakiegoś bestialstwa, a potem rozerwie go na strzępy.&lt;br /&gt;Stefan wyraźnie zmarkotniał.&lt;br /&gt;- Po jaką cholerę?&lt;br /&gt;- Nie mam pojęcia. Próbowałem to ogarnąć, przestudiowałem bodaj wszystkie znane przypadki opętania powiązanego z chorobą krzyża opisane na przestrzeni dziejów przez starych kronikarzy, historyków, a nawet ojców zakonnych, ale nigdzie nie natrafiłem na jakąkolwiek wzmiankę o przyczynach. To zdaje się wywodzić z czasów tak zamierzchłych, że kroniki do nich nie sięgają, zamieszczone wzmianki i informacje zniekształcane przez wielokrotne przepisywania, interpretacje i tłumaczenia sprawiają, że zapiski są pełne sprzeczności, niedomówień, tajemnic i niezgodności. Próbowałem więc skupić się wyłącznie na faktach dotyczących naszej rodziny. Udało mi się ustalić, że pierwszy opisany przypadek zdiagnozowano u naszych przodków bez mała pięć wieków temu. Dalej nie udało mi się dotrzeć. Trudno powiedzieć kto nam to przekazał, czy na nas rzucił. Wiem tylko, że każdy przypadek kończył się podobnie. To w zasadzie jedyna mocna część wspólna ich wszystkich. Naturalnie poza samą istotą. Najpierw jest cierpienie, potem cudowne uzdrowienie i w finale jakaś makabra. Potem wszystko się kończy i cichnie na pewien czas. Do następnego odrodzenia.&lt;br /&gt;Stefan jęknął, a Zyga na chwilę opuścił głowę z rezygnacją, ale szybko ponownie się ożywił. &lt;br /&gt;- Ale jeszcze nie jest za późno – rzekł z zapałem. – Jestem tego niemal pewien. Możemy to przerwać! Skoro to dopiero trzeci dzień, to znaczy, że jeszcze na dobre się nie zaaklimatyzował, że wybrał niewłaściwą postać, która nie ma na ciebie należytego wpływu. Możemy go jeszcze pokonać, tylko musimy trzymać się razem! Trzeba tylko uwierzyć! Nasi przodkowie nigdy nie próbowali z tym walczyć, stawić czoła, pokrzyżować szyki. Zawsze biernie czekali na wyrok modląc się o miłosierdzie. Ale my zrobimy inaczej! Będziemy walczyć razem. Jeśli teraz się poddamy, to nigdy się nie skończy!&lt;br /&gt;Stefan siedział z załamanymi rękami i szeroko rozwartymi oczami, w wyczekiwaniu pełnym bezradności. W pewnym momencie trzasnął pięścią w stół.&lt;br /&gt;- Jak może się nie skończyć? – rozpromienił się fanatycznie. – Właśnie, że się skończy! Przecież ja nie mam dzieci! Jak mnie szlak trafi, to to cholerstwo umrze razem ze mną!&lt;br /&gt;- To tak nie działa – zaprzeczył smutno Zygfryd. – Jak cię już wypatroszy, wlezie po prostu w kogoś następnego. W pierwszego, który się nawinie, albo wybierze z premedytacją kogoś ci bliskiego. Na przykład mnie. Nie ma na to rady.&lt;br /&gt;- To co możemy zrobić?&lt;br /&gt;- Przede wszystkim ustalić, pod czyją postacią obecnie się ukrywa.&lt;br /&gt;- To akurat nie jest problem. Pod postacią Heńka.&lt;br /&gt;- To tylko postać przejściowa i kamuflaż. Żeby móc się odrobinę zbliżyć i zamieszać ci w głowie. W rzeczywistości musi opanować kogoś ci bliższego, z najbliższego otoczenia, żeby mógł wniknąć głęboko w twój umysł. Zastanów się. Odkąd to się zaczęło był u ciebie ktoś z rodziny? &lt;br /&gt;- A skąd? – żachnął się Stefan chwilowo zapominając o problemie. – Przecież wiesz, że wszyscy, oprócz ciebie, mają mnie w dupie. Kogo by interesował taki leszcz?&lt;br /&gt;- No, chyba trochę przesadzasz.&lt;br /&gt;- Taka jest prawda.&lt;br /&gt;- Zawsze miałeś skłonności do gderania i utyskiwania nad swoim losem.&lt;br /&gt;- Dzięki rodzince. Już ona zadbała, bym miał na co narzekać.&lt;br /&gt;- Może i masz rację, ale…&lt;br /&gt;- Na pewno mam. &lt;br /&gt;- … ale wróćmy do tematu. Jacyś bliscy kumple? &lt;br /&gt;- Żartujesz?&lt;br /&gt;- Koledzy z pracy?&lt;br /&gt;- To chuje i szubrawcy.&lt;br /&gt;- To nie wiem, może znajomi z knajpy, baba z gazowni, mleczarz, sklepowa, stolarz, elektryk, sąsiedzi…&lt;br /&gt;- Kropielnicki – przerwał wyliczankę Stefan.&lt;br /&gt;- Co, kto?&lt;br /&gt;- Lutek Kropielnicki. Mój sąsiad z góry. Wiesz o kim mówię, przecież do niego dzwoniłeś. Był tu u mnie zaraz pierwszej nocy, jak pojawił się kręgosłup. &lt;br /&gt;- No proszę.&lt;br /&gt;- Chciał mnie na wódkę namówić.&lt;br /&gt;- Widział go?&lt;br /&gt;- Znaczy się, kto kogo?&lt;br /&gt;- No ten sąsiad. Czy widział się z kręgosłupem.&lt;br /&gt;- Coś ty. Przecież jego nikt nie widzi, oprócz mnie.&lt;br /&gt;- A to sukinsyn sprytny. Zrobił się niewidzialny, żeby mu się lepiej przyjrzeć.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- A coś myślał? Wybrał złą powłokę. Tego Heńka. Wyczuł to i szukał zamiennika. Jak przyszedł sąsiad, od razu zwietrzył okazję i dlatego zrobił się niewidzialny. Żeby móc dobrze zlustrować potencjalnego biorcę i w ten sposób uniknąć kolejnej pomyłki. Pewnie zaraz potem cię uśpił.&lt;br /&gt;Stefan chwilę się zastanawiał.&lt;br /&gt;- No w zasadzie mogło tak być. Lutek siedział krótko i zaraz sobie poszedł, a potem nie pamiętam. Obudziłem się rano.&lt;br /&gt;- A później go jeszcze widziałeś?&lt;br /&gt;- Kropielnickiego? Był parę razy, ale go nie wpuściłem. Udawałem, że mnie nie ma.&lt;br /&gt;- No to wszystko jasne.&lt;br /&gt;- Znaczy co?&lt;br /&gt;- Przybrał postać sąsiada i będzie cie próbował przekabacić, osaczyć, opanować twój umysł i cię wykończyć w jakiś wyjątkowo paskudny sposób.&lt;br /&gt;- Nie wpuszczę go i tyle.&lt;br /&gt;- To nie zdziała. Prędzej czy później spotkasz go na schodach, w sklepie, czy w knajpie, albo tylko na chwilę stracisz czujność i będzie po zawodach.&lt;br /&gt;- To co radzisz?&lt;br /&gt;- Jest tylko jedno wyjście.&lt;br /&gt;- Mianowicie?&lt;br /&gt;- Trzeba go załatwić zanim on wykończy ciebie.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Kropielnicki leżał u siebie w mieszkaniu przygwożdżony do podłogi pogrzebaczem. Krew sączyła mu się z kącików ust i rany na skroni. W korytarzyku prowadzącym do kuchni spoczywało ciało jego żony. Kobieta miała niemal odciętą od korpusu głowę. Z szyi sterczała szufelka do wybierania popiołu z paleniska. &lt;br /&gt;Stefan z nieprzyjemnym dla ucha chrobotem wyszarpnął pogrzebacz z głębokiej rany na piersi martwego już sąsiada i zawiesił je na haczyku przy kaflowym piecu.&lt;br /&gt;- No i masz, sukinsynu – powiedział zadowolony. – I co? – zwrócił się do brata. – Już po wszystkim?&lt;br /&gt;- Niezupełnie – odparł Zygfryd paskudnie się uśmiechając.&lt;br /&gt;W tym momencie zniknął, a ciało Stefana rozkwitło.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-5207028424242945586?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/5207028424242945586/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=5207028424242945586&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/5207028424242945586'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/5207028424242945586'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/12/kregosup.html' title='Kręgosłup'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-4792085816477557391</id><published>2011-12-20T17:27:00.000+01:00</published><updated>2011-12-20T17:27:30.510+01:00</updated><title type='text'>Klątwa brygadzisty</title><content type='html'>- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie Zbyś nie kryjąc radości.&lt;br /&gt;Zbyś nienawidził zmarłej bardziej niż kogokolwiek innego. No chyba, żeby liczyć jej męża, który dokonał żywota kilka lat wcześniej. Ale Zbyś mało kogo lubił. Poza Zygmuntem. Ale Zygmunt to był ktoś szczególny. Wrażliwy człowiek, trudno było go nie lubić, nawet Zbigniewowi.&lt;br /&gt;Zygmunt był wrażliwy, a Zbyś szorstki. Tyle można by z grubsza powiedzieć o dwóch serdecznych przyjaciołach z fabryki. Ciekawostką było bez wątpienia to, że obaj panowie nosili nazwiska idealne dla cech, które ich charakteryzowały. I tak Zygmunt nazywał się Wrażliwy, a Zbyś Szorstki. Zbigniew.&lt;br /&gt;Zygmunt pracował na montowni, gdzie zajmował się montowaniem, zaś Zbyś w dziale technologicznym, w którym piastował stanowisko młodszego technologa. W tym zakresie zatem, również nie było niedomówień.&lt;br /&gt;Oczywiście obaj lubili wypić. Jak każdy w zakładzie. Po wypitce Zygmunt robił się nieco awanturny, a Zbyś nie za wiele się zmieniał. Nadal był szorstki w obejściu, tyle że nabierał większej śmiałości do ludzi, dzięki czemu gdy sobie podechlał, szersze grono niż zazwyczaj mogło przekonać się o jego szorstkości. Może słowo „zazwyczaj” nie jest tu najszczęśliwiej użyte. Bezpieczniej będzie napisać „po trzeźwemu”. &lt;br /&gt;Obaj mieszkali w obskurnej kamienicy na starym osiedlu w fabrycznej części miasta. W tej samej klatce, naprzeciwko siebie. Na trzecim piętrze. Ich sąsiadem, a raczej sąsiadką, była samotnie dogorywająca, dość starawa, ale chyba jeszcze nie do końca babka, wdowa po brygadziście Leonie Paprotkiewiczu, którego nikt na zakładzie nie darzył sympatią, nawet Zygmunt, który bardzo niewielkiej liczbie ludzi okazywał niechęć. Zbyś, rzecz jasna, uważał brygadzistę za „kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja”. Niezwykle rzadko zdarzało mu się określać mężczyznę innymi słowy. Wyglądało to tak, jakby brygadzista tak właśnie miał na imię. Brygadzista Kawał Wrednego Skurwysyna I Kłamliwego Chuja. I ilekroć Szorstki wypowiadał te słowa, jago twarz wykrzywiał niemal fatyczny grymas. &lt;br /&gt;Po śmierci Paprotkiewicza cała chowana do niego niechęć i nienawiść przelały się na jego żonę, która od dnia pogrzebu nie miała lekkiego żywota. Wcześniej zresztą Zbyś również szczerze jej nie znosił, ale przynajmniej tak mocno tego nie okazywał. &lt;br /&gt;- Znowu zaczepiało mnie to stare kurwiszcze – oznajmił któregoś dnia Zbyś ledwo tylko odbił butelkę prostego wina owocowego marki „komandos”. – Że też toto żyje tyle lat i jeszcze ma siłę żeby człowiekowi pyskować.&lt;br /&gt;- Powiedziała ci tylko „dzień dobry” – nie zgodził się Zygmunt.&lt;br /&gt;Szorstki przechylił butelkę i długo pił drobnymi łyczkami.&lt;br /&gt;- Gówno prawda – powiedział wypuszczając powietrze.&lt;br /&gt;- Słyszałem.&lt;br /&gt;- Udawała, pizda wredna.&lt;br /&gt;Zygmunt przejął trunek i powtórzył czynności przyjaciela niemal w identyczny sposób.&lt;br /&gt;- Jak mogła udawać, że mówi? – powiedział wypuszczając powietrze. – Że niby nie mówiła, a mówiła? Nagrane to miała gdzieś na taśmę, czy jak?&lt;br /&gt;Zbyś otworzył drugą butelkę i tym razem popił tylko odrobinę.&lt;br /&gt;- Nie udawała, że mówi, – wyjaśnił – tylko, że niby mówi „dzień dobry”. W rzeczywistości powiedziała „by cię chuj strzelił”, albo „by ci fiut odpadł”, nie zrozumiałem dokładnie. Tyle, że tak modulowała tym mamrotem, że brzmiało to jak „dzień dobry”. To mniej więcej tak, jak my byliśmy gówniarzami i mówiliśmy sąsiadom „indory”, albo „cień kobry”, zamiast „dzień dobry”.&lt;br /&gt;Zygmunt podrapał się po udzie.&lt;br /&gt;- Czepiasz się baby.&lt;br /&gt;- Nienawidzę, krowy.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Wdowa po Paprotkiewiczu umarła pewnego zimowego popołudnia zupełnie niespodziewanie. Może nie przedwcześnie, ale i nie w wieku na tyle sędziwym, by nie można było powiedzieć, że zgon nastąpił nieoczekiwanie. Zwłaszcza, że mając siedemdziesiąt trzy lata nigdy nie skarżyła się na jakieś poważniejsze dolegliwości, mogące przynieść na nią nagłą śmierć. &lt;br /&gt;Martwa kobieta przeleżała w mieszkaniu ponad miesiąc, zanim odnaleźli ją sąsiedzi w towarzystwie dzielnicowego Mierzejewskiego i listonosza Wyjęłły. Zima była wyjątkowo mroźna tamtego roku, a szczęśliwym trafem w mieszkaniu kobiety zapowietrzyły się kaloryfery, przez co temperatura spadła do na tyle niskiej, że zwłoki się nie zaśmierdły. Dopiero gdy po nieskutecznym nawoływaniu i dobijaniu się do drzwi listonosz zawiadomił policję, na miejscu zjawił się dzielnicowy i komisyjnie wyważono drzwi. Babka siedziała przy stole pochylona, przed nią stał talerz z zamarzniętą zupą. W uniesionej ręce trzymała łyżkę w połowie drogi do rozwartych ust.&lt;br /&gt;Mężczyźni kłębili się w korytarzyku tuż za plecami dzielnicowego, który zatrzymał ich w drzwiach. Widok był dosyć niesamowity, więc przez chwilę nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał Zbyś.&lt;br /&gt;- Kurwa, nie żyje, czy jak?&lt;br /&gt;- No na to wygląda – odparł Mierzejewski. – Trza pogotowie wezwać.&lt;br /&gt;- Chyba karawan – zaproponował Wyjęłło.&lt;br /&gt;- Najpierw musi lekarz stwierdzić zgon.&lt;br /&gt;- Na chuj lekarz, przecież babka sztywna, z daleka widać.&lt;br /&gt;- Procedury takie są.&lt;br /&gt;Zygmunt wyszedł zadzwonić ze swojego mieszkania. Szorstki krzywił się z niesmakiem ale i z nie kłamaną ciekawością intensywnie przyglądał się nieboszczce.&lt;br /&gt;- Zamarzła i umarła z zimna, czy najpierw umarła, a potem zamarzła? – zapytał wreszcie nie kryjąc radości.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Zbysio Szorstki trafił do domu dziecka w wieku lat niespełna trzech i przebywał w nim do momentu osiągnięcia pełnoletniości. W szkole przyzakładowej, do której uczęszczał po ukończeniu podstawówki, nauczył się podstaw zawodu, który później szlifował w technikum. Robota i fach, który dzięki niej doskonalił, stała się jego swoistym azylem, pielęgnował ją i dopieszczał stając się w wieku dwudziestu lat jednym z lepszych fachowców na zakładzie. &lt;br /&gt;Zygmunta poznał w okolicznościach raczej nie zapowiadających wywiązaniu się później między nimi zażyłości, która z czasem przerodziła się w szczerą i bezinteresowną, czystą przyjaźń. Wymienili wówczas tylko kilka słów.&lt;br /&gt;- Nie masz gdzie jszczyć? – zapytał Zygmunt widząc Zbysia oddającego mocz w osiedlowym śmietniku.&lt;br /&gt;- Chuj ci do tego.&lt;br /&gt;I to było wszystko. Zygmunt machnął ręką i odszedł w kierunku swojej kamienicy, zaś Zbyś udał się do szkolnej bursy, w której mieszkał przez cały okres nauki w technikum. Zanim zaczęli pracować w fabryce, gdzie wspólna robota poniekąd zmusiła ich do nawiązania bliższych stosunków, widywali się na ulicy wzajemnie się ignorując. Gdy umarł stary Gawroński spod dziewiętnastki, mieszkanie po nim przypadło Szorstkiemu. Zadbał o to sam dyrektor działu, w którym pracował Zbyś. Miało to miejsce w okresie, gdy o dobrego fachowca było trudno, a Szorstkiego kusił konkurencyjny zakład. Dzięki temu otrzymał mieszkanie i podwyżkę. I w ten sposób został vis a vis sąsiadem Zygmunta, zaś bezpośrednio przez ścianę dzielił klatkę z brygadzistą Paprotkiewiczem. O ile Zygmunt zdawał się wcale nie interesować Zbysia, to sąsiad zza ściany notorycznie spędzał Szorstkiemu sen z powiek. Mężczyzna prześladował go w zakładzie, potem śledził w życiu prywatnym, podsłuchiwał, obserwował, donosił, skarżył i uprzykrzał mu życie w każdy inny możliwy sposób. Oczywiście przy aktywnym współudziale żony, która w świadomości Zbysia zagościła od pierwszego spotkania jako „stare kurwiszcze”, mimo że gdy pierwszy raz ją zobaczył, kobieta nie mogła mieć więcej, niż trzydzieści pięć, góra czterdzieści lat. Gdy już nawiązała się nić przyjaźni pomiędzy Zbysiem i Zygmuntem, Wrażliwego niespecjalnie to dziwiło, choć i nie było do końca jasne. W końcu dla dwudziestolatka prawie dwukrotnie starsza od niego kobieta mogła wydawać się kimś starym, ale że i przy okazji kurwiszczem, to nie było normalne. Podejrzewał, że Szorstkiego fascynowała dojrzałość sąsiadki, ale nie miał co do tego pewności. Któregoś wieczoru postanowił zapytać o to nowego, nie całkiem jeszcze dobrze poznanego kolegę.&lt;br /&gt;- Przecież ma ze czterdzieści lat – wyjaśnił wówczas Zbyś.&lt;br /&gt;- Załóżmy, że to tłumaczy określanie jej „starą” – przyznał Zygmunt. – Ale dla czego od razu „kurwiszcze”?&lt;br /&gt;Wrażliwy doskonale pamiętał, że Szorstki na chwilę się wówczas zaczerwienił, czego później nigdy już u niego nie zaobserwował. Nic nie odpowiedział tylko przez prawie minutę pomstował i mamrotał pod nosem, aż w kącikach ust zebrała mu się piana. &lt;br /&gt;Zygmunt nigdy więcej nie zapytał Zbysia o powód takiego, a nie innego określania sąsiadki. Aż do tego dnia, w którym ją pochowano.&lt;br /&gt;- Rozumiem, że „stare”, ale dla czego „kurwiszcze”? – niespodziewanie powrócił do nurtującego go tematu, w momencie, gdy Zbyś skończył mocować się z korkiem.&lt;br /&gt;Szorstki początkowo nie zareagował, jakby nie dosłyszał pytania lub tez puścił je mimo uszu, albo go nie zrozumiał. Zanim jednak Zygmunt zdołał je powtórzyć, do mieszkania wmaszerował Stasiu Gołąbek, wyjątkowo złośliwy staruszek, który, mimo iż mieszkał w dzielnicy przyportowej, bardzo często pałętał się po „fabrycznej”. Zbyś go nie lubił. &lt;br /&gt;- Zenka szukam – powiedział mężczyzna łakomym spojrzeniem obrzucając butelkę.&lt;br /&gt;- Tu go nie ma – odparł Zygmunt.&lt;br /&gt;- To akurat widzę – odparł Gołąbek nie odrywając tęsknego spojrzenia od alkoholu. – Może go widzieliście, albo..&lt;br /&gt;- Gówno mnie obchodzi – przerwał Zdziś. – Zapukać nie łaska?&lt;br /&gt;- W łeb się puknij – odpysknął hardo Stasiu. – Otwarte było.&lt;br /&gt;- Nie dla ciebie.&lt;br /&gt;- Jak drzwi do obory.&lt;br /&gt;- Spierdalaj mi stąd ale już, dziadu! – Zbyś poderwał się od stołu. – Bo w ryja dam, że ci się pysk wygładzi i moment spokorniejesz.&lt;br /&gt;- Hola, hola! – próbował załagodzić Zygmunt.&lt;br /&gt;- Nie groź mi to, szczawiu – nie dawał się zastraszyć Gołąbek wychodząc niespiesznie z mieszkania. – Nie z takimi ja już miałem do…&lt;br /&gt;Dokończenie wypowiedzi przerwał mu kopniak, który wyekspediował go na klatkę schodową. Staruszek chciał złapać równowagę próbując przytrzymać się barierki, ale nie zdołał i runął na brudną posadzkę tłukąc głową o pokrytą gołą, zmurszałą cegłą ścianę. Drzwi do mieszkania zatrzasnęły się z hukiem, by zaraz na powrót się otworzyć. Nad leżącym nieruchomo pochylił się z Zygmunt i szturchnął go w ramię.&lt;br /&gt;- Hej! – zagadnął. – Stasiu?&lt;br /&gt;Staruszek nie reagował.&lt;br /&gt;- I co żeś, kurwa zrobił, czubie? – rzucił przez ramię w głąb mieszkania. – Chłop bez życia leży.&lt;br /&gt;- Niech leży! – głos Zbysia dobiegał z wnętrza kuchni. – Nie będzie  mi tu menda wchodziła, jak do swojego!&lt;br /&gt; Zygmunt przeklął pod nosem. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że na szczęście nie żyje stara Paprotkiewiczowa, bo pewnie narobiłaby już rabanu, i zaraz zrobiło mu się jeszcze bardziej nieswojo. Przekręcił Gołąbka na plecy i poklepał go lekko po twarzy. Mężczyzna nie zareagował, ale widać było, że oddycha, co odrobinę Zygmunta uspokoiło. Wszedł z powrotem do mieszkania i po chwili wrócił ze szklanką wody, zamoczył w niej palce i prysnął staremu w twarz. Stasiu w dalszym ciągu nie reagował.&lt;br /&gt;- No weźże się człowieku nie wygłupiaj – mamrotał sam do siebie Wrażliwy. – Będzie mi tu leżał na schodach, jak tam wino czeka do wypicia.&lt;br /&gt;W tym momencie powieki Gołąbka zatrzepotały nerwowo.&lt;br /&gt;- Coś powiedział? – rzucił całkiem już przytomny.&lt;br /&gt;Niespełna minutę później we trzech siedzieli przy kuchennym stole. Zbyś usadowił się bokiem do Gołąbka i zwyczajnie dla siebie go ignorował. Bez słowa wypili po szklaneczce, potem po drugiej. &lt;br /&gt;- Chyba już czas na ciebie – powiedział w końcu gospodarz zwracając się do staruszka, bardziej stwierdzając, niż pytając.&lt;br /&gt;- Czy ja wiem?&lt;br /&gt;Zygmunt widząc, że ledwo załagodzona sytuacja znów może zboczyć na złą drogę, szybko uznał, że jedynym rozwiązaniem jest wyprowadzić staruszka. A żeby to osiągnąć, musi wyjść wraz z nim i zaproponować mu pójście do knajpy. Inaczej Gołąbek się nie ruszy. Nie uszła jego uwadze stojąca w kącie siatka z butelkami i nie było sensu próbować go wyprosić. A to z kolei wróżyło kolejną awanturę ze Zbysiem, który i tak z bardzo wielkim oporem przyjął, że starego trzeba udobruchać szklanką wina. &lt;br /&gt;- Nie wiem jak wy – powiedział Zygmunt – ale ja mam ochotę na cos mocniejszego. Co powiesz Stasiu? Skoczymy na jednego do Kolarza?&lt;br /&gt;Oczy Gołąbka rozbłysły.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Lokal „U Kolarza” był usytuowany na zapleczu budynku, w którym mieścił się osiedlowy spożywczak, prowadzony przez żonę właściciela baru. Do knajpy wchodziło się drzwiami od podwórza, na którym na co dzień stały kontenery ze śmieciami, zabezpieczone siatką pojemniki i kartony po towarze, leżał potężny pień starego, wyschniętego na wiór drzewa, do którego poprzybijane były szerokie prostokątne deski imitujące blaty stolików i węższe, podparte mniejszymi pieńkami, służące za siedziska. Gdy była ładna pogoda wokół pnia mogło znaleźć miejsce kilkunastu amatorów serwowanych przez bar dobrodziejstw. Tego dnia na podjeździe parkowały dodatkowo dwa samochody dostawcze. &lt;br /&gt;Wejście do lokalu było wąskie, jednodrzwiowe, że nie sposób było się w nim wyminąć. Zaraz za nim zwisała gruba kotara wykonana z dwóch starych zszytych ze sobą koców wojskowych, które zimą miały chronić wnętrze przed bijącym z zewnątrz zimnem, zaś latem doskonale tłumiły odgłosy życia barowego, które nie były miłe dostawcom towaru, potencjalnym kontrahentom i pracownikom sanepidu. Po za tym amortyzowały konsekwencje poczynań niestosownie zachowujących się biesiadników, których właściciel zwykł doprowadzać w sąsiedztwo drzwi i następnie wyrzucać na zewnątrz zamaszystym ruchem potężnych ramion. Delikwenci wylatywali jak wystrzeleni z procy i przed bolesnym upadkiem na wyszlakowany podjazd chroniły ich właśnie owe koce, po których zsuwali się względnie łagodnie. &lt;br /&gt;Sala barowa była niezbyt obszerna, zaciemniona, wypełniona zatęchłym powietrzem rzadko wietrzonego pomieszczenia i klasycznymi woniami charakterystycznymi dla podrzędnych barów – dymu tytoniowego, alkoholu, bździn i jszczyn. Przy niewielkich okrągłych stolikach kuliło się kilku stałych bywalców. Był środek zimy, na zewnątrz panował dojmujący mróz, toteż wszyscy siedzieli opatuleni nie zdejmując nawet czapek.&lt;br /&gt;- Hanka Paprotkiewiczowa, to była ekstra kobitka – powiedział z rozmarzonymi oczami Gołąbek. – Wszyscy tu do niej wzdychali na całym Fabrycznym, przyłazili do niej chłopaki z Przyporcia, z Dworcowego, a i z samego centrum zjeżdżali. A ona nikogo nie chciała. Jak wyszła za tego gamonia, co robił potem w fabryce jako brygadzista, to wszyscy w szoku byli. Taki memłok z taką lalunią.&lt;br /&gt;Wypili po kolejnej pięćdziesiątce czystej i zagryźli kiszonym ogórkiem. Zygmunt chciał zapytać wprost o potencjalną rozwiązłość Hanki, ale nie miał śmiałości. Ilekroć próbował sprowadzić rozmowę na temat kobiety, Gołąbek każdorazowo rozpływał się w zachwycie nad jej urodą. W końcu wypity alkohol sprawił, że Wrażliwy poczuł więcej wigoru i wyzbył się zahamowań.&lt;br /&gt;- A jak tam z nią było? – zaczął. – No wiesz, z tymi sprawami, czy ten tegens szło z nią ciężko, czy pruła się gładko?&lt;br /&gt;- Że co? – Stasiu wywalił dolną wargę i zmrużył jedno oko, co świadczyło, że nie do końca rozumie pytanie, ale podejrzewa coś nieprzyjemnego.&lt;br /&gt;Nie uszło to uwadze Zygmunta, ale było mu już wszystko jedno.&lt;br /&gt;- No czy sypała się – czknął – ruchała, w znaczeniu? &lt;br /&gt;Gołąbek wyprostował się przy stoliku i zmierzył kompana marsowym wzrokiem.&lt;br /&gt;- Coś ty ocipiał? Hanka? To przecież uosobienie cnót wszelkich było.&lt;br /&gt;- Może cicha woda?&lt;br /&gt;- Cicha dupa!&lt;br /&gt;- O tym właśnie mówię.&lt;br /&gt;Zygmunt prowokował jak mógł, ale bez skutku. Gołąbek kategorycznie zaprzeczał, by wiedział coś na temat domniemanego nierządu kobiety. &lt;br /&gt;- Nikt jej nie dupczył – powiedział śliniąc się nieprzyjemnie – oprócz tego wymoczka. Do tej pory zachodzę w głowę, jak to możliwe. Przecież nie dość, że to była taka niećwieja, to jeszcze był z niego… – zawiesił głos i jego twarz przybrała dziwny, zacięty, niemal fanatyczny wyraz – kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja.&lt;br /&gt;Po tych słowach koce chroniące wnętrze lokalu przed podmuchami mroźnego powietrza zafalowały i niemal w tym samym momencie Wrażliwy zastygł w bezruchu ze szklanką z buskowianką zawieszoną wpół drogi pomiędzy blatem stolika, a rozwartymi ustami.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Zygmunta pochowano na cmentarzu komunalnym dwie albo trzy alejki od miejsca spoczynku małżeństwa Paprotkiewiczów. Po pogrzebie nie mogący sobie poradzić ze śmiercią przyjaciela Zbyś, pił okrągłe dwa miesiące. Gdyby nie to, że był doskonałym fachowcem, niechybnie dostałby wymówienie z fabryki, ale że na jego pracy zależało włodarzom zakładu, wysłano go na rzekomą kurację, którą faktycznie odbywał tylko na papierze.&lt;br /&gt;Otrzeźwienie przyszło równie nagle, jak nastąpiła przyczyna popadnięcia w alkoholowy marazm.&lt;br /&gt;- Hej! – krzyczał dzielnicowy klepiąc go po twarzy. – Wstawaj pan! Gościa pan masz. Ze sądu.&lt;br /&gt;Po kilku minutach Zbyś doszedł do siebie tyle o ile. Usiadł ze zwieszonymi wzdłuż tułowia ramionami i zaczął wpatrywać się w niespodziewanych gości nie wiele rozumiejąc z tego, co próbują mu zakomunikować. Dopiero po wypiciu dwóch tęgich łyków owocowej nalewki wprost z butelki, w jego skołatanej głowie zaczęły obracać się trybiki. Odepchnął od siebie opróżnioną butelkę, potrząsnął głową i spróbował zogniskować wzrok na przybyszach. Wraz z krążącym w żyłach alkoholem, zaczął dostrzegać rysy stojących nieopodal postaci. Mierzejewski prężył się służbiście, co wskazywało, że jego towarzysz to nie byle kto. Przynajmniej w mniemaniu policjanta. Jak się po chwili okazało, Zbyś nie mylił się w swoim osądzie sytuacji. Adwokat, ubrany w elegancki popielaty garnitur, stonowany krawat i wyczyszczone na wysoki, rażący oczy, połysk półbuty, przedstawił się jako Maurycy Paragraf, wykonawca ostatniej woli niedawno zmarłej Hanny Paprotkiewicz. &lt;br /&gt;- A co mi do tej starej pizdy? – zdołał wymamrotać Szorstki sięgając po szklaneczkę, do której zdążył przelać zawartość odnalezionej pod łóżkiem częściowo opróżnionej półlitrówki.&lt;br /&gt;- Zachowuj się pan, na litość boską – zestrofował go Mierzejewski. – Ależ tu syf u pana – dodał podchodząc do okna. – Jak w jakieś mordowni. &lt;br /&gt;- Znaczy się co mam niby robić? – parsknął Szorstki puszczając uwagę policjanta mimo uszu.&lt;br /&gt;- Nie bluźnij pan chociaż na nieboszczkę – zaproponował Mierzejewski siłując się z okiennym zamknięciem. – Ależ cholera się zapiekła – mruknął. – Chybaś pan tu wietrzył w poprzednim wieku.&lt;br /&gt;Zbyś wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Zima jest – beknął przeciągle. – A skoroś pan taki wrażliwy na pomstowanie na sztywniaków, to mogę dla odmiany rzec, że pan też jesteś niezły kawał kutafona – powiedział z szyderczym uśmiechem wypijając połowę zawartości szklanki. – Tak lepiej?&lt;br /&gt;- Ja na służbie jestem – parsknął obruszony policjant czerwony z wysiłku. – Na mundur pan bluźnisz, a na to jest paragraf.&lt;br /&gt;Zbyś wskazał na adwokata.&lt;br /&gt;- Znaczy się ten gość?&lt;br /&gt;- Przepraszam – wtrącił się Maurycy. – Pozwoli pan, że przekażę mu to, po co przyszedłem, a potem będzie pan mógł sobie przeklinać do woli kogo pan chce, w porządku?&lt;br /&gt;Zbyś wykrzywił usta w grymasie niechętnego wytężania myśli.&lt;br /&gt;- Wal, goguś – zgodził się.&lt;br /&gt;Adwokat odetchnął.&lt;br /&gt;- Otóż pańska sąsiadka, Hanna Paprotkiewicz, zostawiła ostatnią wolę na piśmie. Jak się okazuje, była posiadaczką całkiem pokaźnej fortunki. Gotówka i majątek rzeczowy. Sporej wartości, dodam. Szczegóły są w tej dokumentacji – zakończył kładąc na stole plastikową teczkę. &lt;br /&gt;- A to stary kurwiszon – mruknął pod nosem Zbyś dopełniając szklankę płynem z kolejnej odnalezionej w okolicy łóżka butelki. – Co mnie do tego? – dodał głośniej – Skarży mnie zza grobu, jebaczysko? – zarechotał chorobliwie.&lt;br /&gt;- Rozchodzi się o to, że wszystko to zapisała panu. Jest pan jedynym spadkobiercą spuścizny po niej i po jej nieboszczyku małżonku, z którego to nawiasem mówiąc, był kawał wrednego skurwysyna i kłamliwego chuja. &lt;br /&gt;W tej chwili okno ustąpiło z trzaskiem i zgrzytem od dawna niekonserwowanych zawiasów, Mierzejewski stęknął głośno i, tracąc przy tym równowagę, poleciał w tył przewracając się na plecy. Powiew mroźnego, rześkiego powietrza zrzucił mu z głowy czapkę. &lt;br /&gt;- A niech to cholera – sapnął.&lt;br /&gt;Wstał otrzepując spodnie dłonią i spojrzał z wyrzutem na gospodarza. Szorstki siedział nieruchomo ze szklanką uniesioną wpół drogi do rozwartych ust.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-4792085816477557391?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/4792085816477557391/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=4792085816477557391&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4792085816477557391'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4792085816477557391'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/12/klatwa-brygadzisty.html' title='Klątwa brygadzisty'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-4311799338642772007</id><published>2011-11-18T18:29:00.003+01:00</published><updated>2011-11-19T01:44:34.908+01:00</updated><title type='text'>Ponury traktorzysta</title><content type='html'>Wincenty Podpierdko był tchórzem ponad wszelką wątpliwość. Próbował z tym walczyć, ale bez względu na trudy jakie podejmował, nic się w tej materii zmienić nie chciało.&lt;br /&gt;Któregoś letniego popołudnia Wincenty Podpierdko wracał leśną ścieżką z pracy w tartaku, gdzie pełnił zgodną ze swoją naturą funkcję, młodszego ostrzegacza. Mijał właśnie sporą kępę gęstych żarnowców, gdy z zamyślenia wyrwał go niepokojący dźwięk. Coś jakby nakręcanie starego budzika. Niby w samym nakręcaniu zegarka niczego frapującego nie było, ale okoliczności temu towarzyszące sprawiły, że tchórz stanął jak wryty wstrzymując oddech. Najwyraźniej jednak zareagował zbyt późno, gdyż dźwięk niemal w tym samym momencie ustał, a wokół zapanowała bez mała absolutna cisza, zakłócana jedynie szelestem liści i turkotem dzięcioła, który jak seria z karabinu rozległ się w konarach pobliskiego drzewa. &lt;br /&gt;Pat trwał blisko pięć minut, zanim Wincenty zdecydował się na ruch. Stąpając uważnie, bacząc by nie nadepnąć na zdradliwą gałązkę, czy szyszkę, zbliżył się do kępy krzewów i zaczął bacznie lustrować ich gęstwinę. Z początku niczego nie dostrzegł, ale nie rezygnował, bo przecież wyraźnie słyszał charakterystyczny mechanizm. A pomylić się nie mógł, bo z zamiłowania był przecież zegarmistrzem amatorem i to całkiem niezłym. Kilkakrotnie obszedł żarnowce, ale z tym samym efektem. W końcu zdecydował się podjąć ryzyko i rozgarnął gałęzie. Jego oczom ukazał się leżący na wygniecionym skrawku leśnej ściółki metalowy budzik. Nic poza tym. Żywego ducha. Wincenty poczuł się nieco pewniej, choć z drugiej strony mocno dziwiła go nieobecność kogokolwiek. No bo przecież ktoś musiał nakręcać zegarek, sam tego nie robił. Chyba, że może to odgłos pracy dzięcioła wprowadził go w błąd? Może mu się tylko zdawało, że ktoś kręci kluczykiem, a w rzeczywistości był to łomot w drzewo twardego ptasiego dziobka, który od jakiegoś czasu dudnił mu w uszach nie pozwalając się skupić? &lt;br /&gt;Wincenty raz jeszcze rozejrzał się uważnie. Może powinien zawołać? Zanim podjął decyzję krzaki rozdzwoniły się przenikliwym sygnałem i niemal w tym samym momencie ustał turkot wraz z krótkim, zdławionym piskiem. Tchórz spojrzał z lękiem w górę. Spomiędzy gałęzi smukłej sosny szybowało ku ziemi kilka ptasich piór. Podpierdko poczuł, jak włos jeży mu się na całym ciele, a serce mało nie wyskoczy z piersi. Coś najwyraźniej capnęło dzięcioła. Najprawdopodobniej jastrząb. Na samą myśl czmychnął w najgęstszą część prowizorycznego schronienia nie dbając o targające futerko patyki. Uczesze się. Ale żeby to zrobić, musi przeżyć. Polujący ptak nie zaryzykuje zapuszczenia się w taką plątaninę gałęzi. Nawet jeśli go dostrzeże. Podpierdko był pewien, że jest w stanie wziąć drapieżnika na cierpliwość. Może przecież leżeć plackiem i do północy. Co mu tam. Lepsze to, niż skończyć w brzuchu jastrzębia, albo jakiejś innej krwiożerczej bestii. Był pewien, że nie będzie to trwało tak długo, ale gdyby jednak, to on był gotów. Przykrył drżącymi łapkami budzik (zdawało mu się, że tyka głośno niczym strzały z kapiszonowca) i znieruchomiał, uwalniając przy tym, po części profilaktycznie, a częściowo nieświadomie, ale i zgodnie ze swoją naturą, odstraszającą potencjalnego agresora woń.&lt;br /&gt;Podpierdko przez nikogo nie niepokojony przeczekał do późnej nocy poczym, w dalszym ciągu zachowując należytą ostrożność, przemknął do swojego oddalonego o pół godziny szybkiego truchtu, domostwa.&lt;br /&gt;Chatka była nieduża, ale bardzo praktycznie zbudowana i urządzona. Składała się z trzech połączonych krótkimi korytarzami pomieszczeń, sieni, małego stryszku i spiżarni. Poza wygodą i oszczędnym gospodarowaniem powierzchni, nadrzędną istotą podczas projektowania domku było stworzenie pewnego rodzaju sieci na pierwszy rzut oka niewidocznych przejść pomiędzy wszystkimi pomieszczeniami, pozwalających w razie potrzeby przemknąć się z jednego do drugiego, co było niebywale istotne w przypadku konieczności ucieczki. Co prawda dotychczas gospodarz nigdy takiej potrzeby nie miał, ale świadomość, że jest to możliwe pozwalała mu spać spokojniej.&lt;br /&gt;Zamykając za sobą drzwi na dwie zasuwki, łańcuch, dużą poprzeczną sztabę i przekręcając dodatkowo w zamku wielki klucz, poczuł się zdecydowanie pewniej i bezpiecznej. Mało nie dostał zawału na widok nieco pokracznej postaci rozpartej wygodnie w jego wygodnym foteliku, nieopodal kominka. Intruz korpus miał baniasty, głowę dużą, pierwotnie pewnie okrągłą, teraz lekko zdeformowaną, spłaszczoną od tyłu, jakby ktoś walnął go w potylicę niewielkim kowadłem. Nieproszony gość siedział sobie w najlepsze patrząc na niego z obojętną miną. Wokół fotela poniewierały się pióra, z dłoni sterczało truchło w połowie pożartej wiewiórki. Podpierdko zebździał się paskudnie, ale nie zrobiło to na obcym najmniejszego wrażenia. &lt;br /&gt;- Masz coś, – brzmiący w głowie Wincentego głos nawet na chwilę nie zawisł, gdy Pobucz łapczywie pochłaniał wiewiórkę – co należy do mnie.&lt;br /&gt;Nieznajomy zamilkł ocierając skórzaste wargi wierzchem dłoni. Wincenty nie był w stanie powiedzieć czegokolwiek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że powinien być już martwy. A skoro było inaczej, znaczyło, że telepata ma względem niego jakieś palny, co było jeszcze bardziej przerażające.&lt;br /&gt;Pobucz oblizał palce i klasnął w dłonie.&lt;br /&gt;- No dobra – słowa wdzierające się do świadomości Podpierdki brzmiały dlań obezwładniająco i hipnotyzująco. – Podoba ci się?&lt;br /&gt;Pobucz wskazał na trzymany przez tchórza budzik. Nie czekając na odpowiedź dodał:&lt;br /&gt;- Jutro zaniesiesz go do tartaku i zostawisz w szafce u tego ponurego traktorzysty. Albo, jeszcze lepiej, wręcz mu go osobiście.&lt;br /&gt;Zanim Wincenty zdążył złapać drugi haust powietrza, Pobucz naładował mu głowę skompensowaną pastylką poleceń i dyrektyw, poczym zniknął z hukiem wraz z solidnie zamkniętymi przez tchórza drzwiami, po których pozostała teraz tylko ziejąca smolistą czernią i dymiąca dziura. &lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;- To moje ostatnie słowo w tej sprawie – powiedział Furman.&lt;br /&gt;- Jasna sprawa – zgodził się telepata. – Przecież wcale tego nie kwestionuję. Wiadomo. Ustalamy ostatecznie, że jak nie zadziała mój plan, to pojedziemy do tartaku i wytniemy wszystkich w pień.&lt;br /&gt;Furman usiadł na szerokiej, dębowej ławie i sięgnął po wysłużony futerał. Z namaszczeniem ujął stylisko wydobytego bata i długo mu się przyglądał wspominając wspólne misje, w które rzucał ich los.&lt;br /&gt;- Zgoda? – upewniał się Pobucz.&lt;br /&gt;Furman łypnął na niego krwistoczerwonym okiem i podrapał szczeciniasty podbródek. Skrzywił usta w grymasie irytacji, machnął ręką i bez słowa wrócił do oględzin bata.&lt;br /&gt;- Jak mój pomysł nie wypali, robimy wycinkę, tak? – drążył telepata. – To pewne?&lt;br /&gt;Furman schował bat, wstał z westchnieniem i ruszył do drzwi. Pchnął je lekko. Otwarły się ze skrzypieniem zawiasów. W nozdrza uderzyły intensywne zapachy dusznego, przesyconego wilgocią powietrza spowijającego gęsty, dziki bór. &lt;br /&gt;- Pewna jest tylko wycinka – odparł i wyszedł kierując się ku stajni.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Hans Helmut Poniewierka stronił od towarzystwa. A i pozostali pracownicy tartaku, najoględniej mówiąc, nie przepadali za jego kompanią. Wszyscy uważali go za ponuraka i choleryka. I było w tym sporo racji. Hans był dość nerwowy. Gdyby nie jego wyjątkowe umiejętności w obsłudze maszyn tartacznych, kierownictwo pewnie już dawno zmuszone by było pozbyć się go z zakładu. A byłaby to niepowetowana strata. Nikt bowiem nie mógł się równać osiągnięciom Poniewierki w dziedzinie, w której był mimowolnie wybitnym specjalistą. Mianowicie chodziło o zastraszanie załogi i tym samym jej zdyscyplinowanie, prowadzące w linii prostej do optymalizacji produkcji.&lt;br /&gt;Życie towarzyskie Hansa Helmuta poza pracą również praktycznie nie istniało. Jedyną osobą, której towarzystwo Poniewierka sobie cenił, był młodszy ostrzegacz Podpierdko. Mimo, iż byli skrajnie różnymi osobowościami, mieli jedną wspólną pasję. Zegary. To dzięki nim mężczyzna mógł się wyciszyć, uspokoić nerwy, to dzięki zegarom jego twarz przestawała być tak okrutnie pochmurna i ponura. &lt;br /&gt;Tego popołudnia traktorzysta zjechał ze zmiany nieco później niż zazwyczaj. Humor miał jak zwykle paskudny, był zły, twarz wykrzywiał mu grymas nienawiści, zęby zgrzytały niepokojąco, mięśnie i ścięgna były napięte. Hans Helmut wyglądał, jakby nie mógł już wytrzymać i koniecznie musiał zaraz wyładować na kimś nagromadzoną agresję. System wczesnego ostrzegania z odpowiednim wyprzedzeniem doniósł innym pracownikom, że do szatni zbliża się Poniewierka, dzięki czemu, gdy traktorzysta wszedł do środka z zaciśniętymi pięściami, wewnątrz było pusto. Nie było nikogo poza Podpierdką. Na widok tchórza Hans Helmut lekko się odprężył i jego twarz na moment się rozjaśniła. Za chwilę jednak ponownie zgrzytnął zębami. Gdyby to był ktoś inny, mógłby skopać mu dupsko, a tak? Przecież nie tknie Podpierdki. Traktorzysta nie mogąc dłużej tłumić agresji, łupnął pięścią w najbliższą szafkę, a następnie przeszedł szybkim krokiem do obszernej sali urządzonej specjalnie dla jego potrzeb destrukcyjnych. Wewnątrz składowano przeróżny przeznaczony do demobilu sprzęt, uszkodzone i wyeksploatowane maszyny i urządzenia, które Poniewierka mógł do woli dewastować. &lt;br /&gt;Podpierdko odczekał kilka minut, w trakcie których traktorzysta dokonywał całkowitej kasacji starej obrabiarki i dwóch spalonych agregatów wymontowanych z krajalnic. Gdy odgłosy dewastacji i pomstowanie nieco zelżały, Wincenty stanął w drzwiach i wyciągnął przed siebie łapkę, w której trzymał wypolerowany wcześniej budzik. Hans Helmut zamarł. Wolno wyprostował sylwetkę i wypuścił z rąk fragmenty zniszczonej maszyny, którymi okładał stawiającą wściekły opór obudowę akumulatora i przekrzywiwszy głowę na ramię zaczął bacznie przyglądać się zegarowi. Tchórz zadowolony z efektu jaki osiągnął zaczął wolno wycofywać się do szatni. Usiadł przy dużym, prostokątnym stole stawiając budzik na jego środku i spokojnie czekał aż Hans Helmut wyjdzie z warsztatu. Po chwili obaj siedzieli naprzeciw siebie wsłuchani w spokojne cykanie blaszanych wskazówek.&lt;br /&gt;- Skąd go masz? – przerwał ciszę traktorzysta.&lt;br /&gt;Mężczyzna miał dźwięczny, tubalny głos kojarzący się z kimś o bardzo słusznych rozmiarach, co też stało w zgodzie z rzeczywistością. Barki wysokiego na półtora chłopa traktorzysty były szerokie jak stara stolnica. Na ponurą twarz składały się kwadratowa pokryta kilkudniowym ciemnym zarostem szczęka, wąsko osadzone oczy otoczone masywnymi oczodołami, wypukłym sklepieniem czoła i wystającymi kośćmi policzkowymi. Dużą owalną, nieco szpiczastą ku górze głowę porastały nieregularnie podcięte, gęste, silnie kędzierzawe, krwisto rude strąki mocno przetłuszczonych, spotniałych wysiłkiem fizycznym włosów. Twarz pokrywały wyschnięte korytka wyryte przez strużki potu, pasemka suchej trawy, kawałki trocin i kory. &lt;br /&gt;„Powinien cuchnąć, jak diabli” – pomyślał Podpierdko, gdy ujrzał traktorzystę po raz pierwszy.&lt;br /&gt;Ale Hans Helmut Poniewierka wcale nie cuchnął. Mało tego. Pachniał świeżą żywicą i drewnem, ściółką i szyszkami jałowca.&lt;br /&gt;- Podoba ci się? – zapytał tchórz.&lt;br /&gt;- Jest piękny – odparł urzeczony traktorzysta.&lt;br /&gt;- Zaiste.&lt;br /&gt;Siedzieli w ciszy zasłuchani w melodię wygrywaną przez cichy mechanizm&lt;br /&gt;- Jest twój – powiedział w końcu Wincenty.&lt;br /&gt;Hans Helmut rozpromienił się serdecznie. Zaraz jednak z powrotem spochmurniał.&lt;br /&gt;- Nie mogę go przyjąć – rzekł smutno. – Wiem ile jest wart.&lt;br /&gt;- Należy do ciebie.&lt;br /&gt;- Nieprawda.&lt;br /&gt;- Prawda.&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;Tchórz wpatrywał się przez chwilę w ściągniętą napięciem twarz traktorzysty. Wiedział doskonale, że jak mężczyzna coś sobie postanowi, to niełatwo jest go z owego stanowiska wytrącić. Potrzeba było mocnych argumentów.&lt;br /&gt;- Ktoś prosił mnie, – rzekł po chwili – żebym ci go przekazał.&lt;br /&gt;Hans Helmut wyprostował się opierając o blat szeroko rozstawione ramiona.&lt;br /&gt;- Któż niby? – niedowierzał.&lt;br /&gt;Wincenty zagryzł wargi. Bał się reakcji Poniewierki. Ale jeszcze bardziej bał się Pobucza. A poza tym, przecież tylko przekazywał prezent. Cóż w tym złego?&lt;br /&gt;- Pobucz – powiedział.&lt;br /&gt;Paznokcie Hansa Helmuta zaskrzypiały na blacie stołu wydrapując w nim dziewięć płytkich bruzd. Gdyby przed laty nie amputował sobie prze przypadek końcówki małego palca przy pomocy jajcarni, wówczas bruzd byłoby dziesięć.&lt;br /&gt;- Kpisz? – wycedził niepokojąco zgrzytając zębami, aż sypnął się na stół biały pył.&lt;br /&gt;Podpierdko skulił ramiona.&lt;br /&gt;- Ja tylko przekazuję, co mi kazano – jęknął.&lt;br /&gt;Poniewierka zmierzyło tchórza chłodnym, lodowato zimnym wręcz spojrzeniem. Zaraz jednak jego wzrok odszukał budzik i twarz mu złagodniała. Pogładził połyskujące świetlnymi refleksami opływowe kształty zegarka. Przystawił go do ucha i słuchał z przymrużonymi oczami. Trwało to dobrych kilka minut, gdy Poniewierka odstawił nagle urządzenie i pochylił się ku tchórzowi. &lt;br /&gt;- Jak wyglądał ten Pobucz? – zapytał.&lt;br /&gt;- Jak wyglądał? No, jak Pobucz. Nie za duży, wredny – Wincenty skrzywił się próbując przypomnieć sobie coś, co konkretnie w tym osobniku było akurat takiego, co mogło wyróżniać go spośród jego pobratymców. – Czy ja wiem? &lt;br /&gt;Tchórz nie widział zbyt wielu Pobuczy. Może ze dwóch. Z daleka. I paru na obrazkach w elementarzu. &lt;br /&gt;I nagle sobie przypomniał.&lt;br /&gt;- Wiem! – niemal krzyknął. – Miał głowę nieźle z tyłu spłaszczoną, jakby ktoś walnął go niewielkim kowadłem. – przytknął palec do miejsca, w którym Pobucz miał owo wgniecenie. – Pośrodku.&lt;br /&gt;Traktorzysta wypuścił ze świstem powietrze.&lt;br /&gt;- Wiedziałem – sapnął. – Richie Ciemiączko. Kawał sukinsyna.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;- Trzeba ich wszystkich wysiec – powiedział Furman po raz kolejny.&lt;br /&gt;Od kilku godzin Pobucz próbował go przekonać, by wstrzymali się z ostatecznym rozwiązaniem. Nie to, żeby wycinki nie lubił, ale jednak zdecydowanym faworytem było u niego dręczenie psychiczne. Sieczka zawsze była możliwa, a stanowiące dobre podłoże pod nikczemną intrygę warunki nie zdarzały się często. Potrzeba było kilku różnych czynników, swoistych warunków koniecznych, jak choćby czas, czy okoliczności, oczywiście odpowiedni bohaterowie, no i rzecz jasna potrzeba, bo i nie zawsze Pobucz miał chęć na zajmowanie się knowaniem. A teraz miał. I to bardzo dużą. &lt;br /&gt;Równie dużą ochotę co Pobucz do dręczenia, przejawiał również Furman, z tą niestety różnicą, że do wycinki. Wszelka argumentacja telepaty trafiała na skałę, jaką była wola Furmana. Wszystkie najbardziej chytre podstępy i podchody Pobucz czynił na próżno. &lt;br /&gt;Furman siedział przy stole niewzruszony z głową podpartą na zgiętej w łokciu ręce i każdą propozycję kwitował niezmiennie:&lt;br /&gt;- Trzeba ich wszystkich wysiec.&lt;br /&gt;Lub też innymi słowy, niemniej bez zmiany sensu:&lt;br /&gt;- Obstaję przy wycince.&lt;br /&gt;Albo jeszcze krócej ale w tym samym tonie:&lt;br /&gt;- Wycinka. &lt;br /&gt;Pobucz dwoił się i troił, ale nic nie uzyskiwało należytego, oczekiwanego przezeń skutku. W końcu, wyczerpując wszelką argumentację i tracąc najniklejszą nawet nadzieję, oklapł w swoim kojcu i popadł zadumę. Milczenie trwało ładnych kilka godzin, na zewnątrz zaczęło się zwolna rozjaśniać. Mgła wciskała się przez szczeliny pod wysłużonymi, starymi drewnianymi drzwiami, czuć było nieprzyjemną, jesienną wilgoć, która docierała do każdego zakamarka ich skromnego gospodarstwa.&lt;br /&gt;- Ale on tak okropnie psuje nam PR – pomyślał telepata.&lt;br /&gt;Pomysł niespodziewanie podziałał otrzeźwiająco na Furmana. Wyprostował się i popatrzył uważnie na Pobucza.&lt;br /&gt;- Co? – rzucił z ciekawością.&lt;br /&gt;- Ano tak – podchwycił żywo telepata. – Ten traktorzysta jest tak ponury, że nawet ciebie przebija w tym zakresie. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji lokalnej społeczności. Powiedzonko „ponury” czy też „groźny jak Furman” już coraz rzadziej się trafia. Teraz mówi się po prostu „ponury jak HHP”. Albo „groźny”. Też jak HHP&lt;br /&gt;Widząc brak zrozumienia w twarzy towarzysza, malec szybko dodał:&lt;br /&gt;- Hans Helmut Poniwierka. Tak nazywa się ten traktorzysta.&lt;br /&gt;Usta Furmana wolno wygięły się w odwrócony grzbietem do góry rogalik. Nie to, żeby jakoś zależało mu na popularności w jakimkolwiek zakresie tego słowa, ale to o czym wspomniał Pobucz, to było coś więcej. Rywalizacja. Współzawodnictwo. A od tego już bardzo blisko do walki. A walka, to przecież jego żywioł. Przeznaczenie. Istota bytu.&lt;br /&gt;Wstał od stołu odsuwając z szurgotem drewniany taboret i zaczął nerwowo przechadzać się po izbie, czym zdecydowanie poprawił humor telepacie. Zawsze to jakaś odmiana. Znaczyło, że w umyśle Furmana rodzi się coś szerszego, bardziej złożonego, staje się otwarty na propozycje, odmianę, wariację, może nawet da mu wolną rękę i pozwoli samotnie przeprowadzić akcję, do której telepata od dłuższego czasu próbował go przekonać?&lt;br /&gt;Furman uderzył pięścią w ścianę.&lt;br /&gt;- Trzeba natychmiast wszystkich wyciąć – rozwiał rodzące się nadzieje telepaty.&lt;br /&gt;Pobucz nie wytrzymał i wyskoczył z kojca, stając w rozkroku na środku stołu i przybierając wojowniczą minę.&lt;br /&gt;- Wycinka – powiedział głośno – jest z wszech miar szlachetnym rozwiązaniem, ale w tym przypadku to rezygnacja, wręcz poddanie się, dezercja.&lt;br /&gt;Furman sapnął niepokojąco.&lt;br /&gt;- Posłuchaj – głos Pobucza przyjął uspokajający ton. – Posłuchaj uważnie, a nie pożałujesz. Daję słowo. Jeszcze mi podziękujesz. &lt;br /&gt;Furman wolno rozluźnił dłonie, które zdążyły się zacisnąć w twarde jak kamienie pięści.&lt;br /&gt;- Trzeba doprowadzić do takiej sytuacji – powiedział wolno telepata – by ludzie przestali uważać traktorzystę za ponurego i groźnego, żeby ponownie zaczęli lękać się, tego, który jest naprawdę ich utrapieniem. I jak tylko do tego doprowadzimy, będzie można wszystkich wyciąć do nogi, wybić wszystkie psy i spalić całą tę wszawą wioszczynę. A knieja poniesie wieść. &lt;br /&gt;Oczy Furmana rozbłysły.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Hans Helmut Poniewierka piąty tydzień z rzędu nie stawiał się w pracy. Pewnego, dość już chłodnego, zwiastującego nadejście rychłej jesień dnia, pod koniec zmiany, młodszy ostrzegacz został wezwany do baraku kierownika tartaku, tłustego borsuka, Henryego Pustostana.&lt;br /&gt;- Siadajcie – powiedział kierownik wskazując Wincentemu niewysoki, kwadratowy taboret.&lt;br /&gt;Tchórz usiadł. Mimo niewielkich rozmiarów stołka i tak nie dostawał łapkami podłogi. &lt;br /&gt;- Pewnie zastanawiacie się, – kontynuował borsuk – dlaczegóż to was to zawezwałem? &lt;br /&gt;Zanim Podpierdko zdążył cokolwiek odpowiedzieć, kierownik podjął: &lt;br /&gt;- Otóż, widzicie, sprawa nie jest taka prosta, żeby nie powiedzieć, że jest dosyć skomplikowana. To mniej więcej tak, jak z pytaniem i odpowiedzią. Im pytanie mniej jasne, tym odpowiedź mniej oczywista. &lt;br /&gt;Henry Pustostan podrapał się między oczami. W tym momencie Wincenty zdał sobie sprawę, ze borsuk jest zafrasowany, by nie rzec, zdenerwowany. Rzadki to był widok. Dla tchórza coś zupełnie nowego.&lt;br /&gt;- Widzicie,– podjął po chwili kierownik – chodzi nam o tego traktorzystę, wiecie na pewno o kim mówię – przyciszył głos i odruchowo rozejrzał się na boki. – O tego ponurego – dokończył konspiratorsko.&lt;br /&gt;- Doskonale wiem o kogo chodzi – odparł Wincenty. – O Hansa Helmuta Poniewierkę.&lt;br /&gt;Pustostan pokiwał głową.&lt;br /&gt;- No właśnie – przyznał. – Przestał stawiać się w tartaku. Nie robiłbym z tego szumu, gdyby nie fakt, że to trwa już ponad miesiąc. A wiecie jakie jego nieobecność rodzi konsekwencje. Pracownicy zaczynają szeptać, rozłazić się, za długo odpoczywać, spóźniać się, nie wyrabiają norm, poniektórzy wyrażają niezadowolenie, nawet ośmielają się pyskować. Totalny brak dyscypliny. A do czego prowadzi takie zachowanie? W przypadku społeczności ciemiężonej, do rewolucji i anarchii, a tak jak u nas, gdzie życie biegnie dosyć monotonie i leniwie, może doprowadzić do wykreowania jakiegoś zastępczego fatum, albo powstania innych fobii, a i jeszcze dalej. Do czynów skrajnie patologicznych. A wtedy dni tartaku będą policzone. – Borsuk spojrzał na Wincentego. – Rozumiecie, co do was mówię?&lt;br /&gt;- Przyznam, że nie za bardzo.&lt;br /&gt;Kierownik trzasnął piąstką w blat biurka.&lt;br /&gt;- Poniewierka musi wrócić! – krzyknął piskliwie. – I wy mu w tym pomożecie. Doskonale wiem, że potajemnie się spotykacie. Co jesteście tacy zdziwieni? Wywiad u nas pracuje pełną parą – zarechotał nerwowo. – Wraz z kadrami – dodał robiąc wymowną minę. – Nic, a nic nam nie umknie. &lt;br /&gt;Tchórz poczuł, że skóra czerwieni mu się pod futerkiem.&lt;br /&gt;- Ale spokojnie, spokojnie – pokiwał głową Pustostan. – Mnie tam nic do tego. Póki nie cierpi na tym produkcja, nie ma sprawy. Chodzi tylko o to, żebyście go poszukali, odnaleźli i nakłonili do powrotu. I to jak najrychlej. Tylko wy wiecie, gdzie ten odmieniec mieszka. Do dzieła Podpierdko! – zawołał gorliwie. – Do boju! Inaczej biada nam wszystkim! &lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Wincenty dostał bezterminowy urlop. Odnalezienie Hansa Helmuta Poniewierki było dla władz tartaku priorytetem. Dla niego również. I nie chodziło o samą troską o przyjaciela. W końcu utrzymywanie etatu młodszego ostrzegacza, wobec braku traktorzysty, wydawało się być mniej potrzebne, by nie rzec, zbędne. &lt;br /&gt;Od przygodnie spotkanej zielarki Podpierdko dostał maleńką torebeczkę sproszkowanej hubki, nasączonej jakimiś jej tylko znanymi esencjami, dzięki którym w ogóle nie czuł senności, był cały czas rześki, nie odczuwał też głodu. Pozwoliło mu to na pełnienie permanentnej warty przy chacie traktorzysty. Kondycja fizyczna nie szła niestety w parze z harmonią duchową. Myśli miał jakieś takie niejasne, zmącone, jakby nie należały do niego. Nie potrafił tego wyjaśnić i im dłużej o tym myślał, tym gorzej się czuł. Nie wiedział czemu, ale martwił go też Pobucz. Nigdy nie zastanawiał się dłużej nad ewentualnymi konsekwencjami spotkania telepaty, bo zawsze zakładał, zresztą trudno mu się dziwić w jego osądzie, że efekt takiej konfrontacji może być tylko jeden. Ale nie był. I teraz cały czas dręczyło go przeświadczenie, że telepata wtrąca się w jego poczynania. Że go po swojem wykorzystuje. Do czegoś nikczemnego. Miał też wrażenie, że ostatnie dni, a nawet tygodnie przeciekły mu przez palce, jakby jego życie toczyło się bez jego udziału, bez woli, bez emocji. Za bardzo nawet nie pamiętał, co robił choćby wczoraj. Zdawało mu się, że odkąd zniknął Hans Helmut, wszystkie dni były jakieś niemrawe, monotonne, bezbarwne i nie warte uwagi. Czy możliwe, by był pod wpływem Pobucza? Przecież to absurdalne. W końcu wiedział doskonale, że jeśli by tak było, to nic by nie czuł, zatem pewnie mu się tylko zdawało. Nic się ostatnimi czasy istotnego nie działo, to i nie miał co wspominać. No i misja jaką teraz otrzymał od Pustostana. W końcu to chyba najważniejsza praca, jaką miał do wykonania w całym swoim życiu zawodowym, a coś takiego nie mogło nie wstrząsnąć jego spoczywającym w letargu bezczynności i spokoju umysłem. Albo to przez tę cholerną hubkę. Co też podkusiło go, by przyjąć nieznaną miksturę od kogoś zupełnie obcego? A może to wcale nie była zielarka? Może to Pobucz napasł go jakimś świństwem i teraz obserwuje go gdzieś z koron drzew i podśmiewa się w najlepsze? &lt;br /&gt;Odruchowo zadarł głowę, ale oczywiście niczego nie dojrzał. Tkwił w pobliżu chatki Hansa Helmuta Poniwierki już trzecią dobę. Próbował wyczekać momentu, gdy traktorzysta zaśnie, lub zajmie się czymś innym niż wsłuchiwanie się w cykanie i obserwowanie zegarka, ale na próżno. Mężczyzna nawet na moment nie spuszczał budzika z czujnego oka. Nie spał, nie jadł i nie pił. Przez to nie musiał też jszczyć, na co po cichu liczył Podpierdko. Choć jednocześnie powątpiewał też, by idąc za potrzebą, Poniewierka rozstał się ze swoim nowym skarbem. Tchórz podejrzewał, że traktorzysta musiał spotkać tę samą zielarkę, co i on. Albo może sam zegarek zastępował mu wszelkie potrzeby? Było to możliwe. W końcu to nie byle jaki budzik. To było cacko nie lada. Mistrzowska robota. &lt;br /&gt;No ale nie czas na zachwyty. Czekało go zadanie zlecone przez samego Henryego Pustostana, a to nie było byle co. Kierownik niezwykle rzadko wydawał osobiście polecenia i w ogóle odzywał się do kogokolwiek spoza rady nadzorczej składającej się z trzech najbliższych mu współpracowników, którzy następnie przekazywali jego decyzje swoim zastępcom, a ci puszczali je w dalszy obieg. Bezpośrednio borsuk robił to wyłącznie w sytuacjach najwyższej wagi, w trudnych momentach kryzysowych, lub w trakcie jakichś wyjątkowo doniosłych uroczystości. I nagle wezwał na audiencję jego, tchórza, Wincentego Podpierdkę, młodszego ostrzegacza. Czyż nie było to fascynujące wyróżnienie? Zaszczyt jakiego nie dostąpił żaden pracownik liniowy, nie mówiąc już o ostrzegaczach.&lt;br /&gt;Rozmyślania przerwał mu zdławiony ptasi pisk. Spomiędzy korony pobliskiego dębu swobodnie opadło kilka kolorowych piór. Podpierdko rzucił się szczupakiem w kępę gęstych paproci i odruchowo przybrał pozycję „na martwego”, co, w jego wersji, przejawiało się we w miarę swobodnym (bezwładnym) ułożeniu ciała na grzbiecie z wszystkimi czterema nóżkami nieznacznie ugiętymi i zwróconymi ku górze, lekkim przekrzywieniu głowy w bok z wywalonym językiem i, to już jego patent, maksymalnym wypięciu białego brzuszka, co miało wskazywać na pośmiertne wypełnienie gazami, a tym samym świadczyć o jego nieświeżości. Zanim jednak zdążył na dobre wczuć się w rolę dotarło do niego, że przecież udawanie nie ma sensu. Nie przed Pobuczem. Żeby oszukać tego małego złośliwego, przebiegłego i chytrego osobnika, Wincenty musiałby dostać autentycznego zawału i na dobre rozstać się z życiem, co jednakże na obecną chwilę przekraczało zarówno jego możliwości jak i chęci. Wstał szybko i otrzepał futerko bacznie lustrując przy tych czynnościach konary drzew. Ale Richie Ciemiączko pozostawał niewidoczny. O ile w ogóle tu był. W końcu dzięcioł mógł równie dobrze paść ofiarą jakiegoś drapieżnika, np. myszołowa albo leśnej szui. Na myśl o zagrożeniu Podpierdko ponownie przybrał bezpieczną pozycję, tym razem instynkt samozachowawczy podsunął mu opcję „nagły atak serca” (twarz wykrzywiona skrajnie bolesnym grymasem, górne łapki przyciśnięte do piersi, dolne mocno podkurczone). Myśli burzyły mu się w głowie. To był dobry sposób na ptaka, ale leśna szuja tak łatwo nabrać się nie da. Co robić? Najlepiej byłoby się zakopać i poczekać do zmroku, ale wówczas nie będzie mógł wypełnić swojego zadania, czym niechybnie narazi się Pobuczowi, a to było zdecydowanie gorsze rozwiązanie niż zagrożenie ze strony drapieżników. Z walącym sercem wstał ponownie i korzystając z osłony krzaków zaczął wolno przeciskać się ku chatce traktorzysty. &lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Richie Ciemiączko siedział na gałęzi dębu i wesoło przebierał w powietrzu krótkimi nóżkami. Humor mu dopisywał całkiem niezły, głowę miał wolną od trosk, brzuszek pełny. Idealny stan do zabawy. A ta zapowiadała się przednio, mimo iż z początku nieco niemrawo się rozwijała. A może to suty obiad tak podkręcał jego sposób odbioru okoliczności? W końcu nie często zdarzało mu się jednego popołudnia znaleźć dwa gniazda dzięciołów i jeszcze dopaść trzy swobodnie żerujące. Furman miał do niego pretensję, że jak w takim tempie będzie trzebił populację tego ptactwa, to wieść o tym może szybko roznieść się szerzej i jeszcze ściągnąć na nich uwagę niepożądanych osobników. Już dosyć długo udawało im się zwodzić Listonosza, dzięki czemu mieli spokój z Meganieboszczykiem, ale obaj doskonale wiedzieli, że im dłużej udawało im się unikać niebezpiecznej konfrontacji, tym, gdy ta już następowała, była bardziej drastyczna w przebiegu. No ale cóż. Gdyby w pobliskiej kniei pogłowie sów było bardziej obfite, nie musiałby polować na dzięcioły. Furman sugerował mu, by spróbował przerzucić się na inne, np. kukułki, albo lelki kozodoje, ale Pobucz nie za bardzo palił się do zmiany menu. Kukułki były wredne w usposobieniu, co sprawiało, że Pobucz pałał do nich pewnego rodzaju sympatią, zaś lelki odpadały z zupełnie odwrotnej przyczyny – były w swoim bytowaniu tak poprawne, że wywoływały w telepacie niechęć prowadzącą do mdłości lub niestrawności, którego to stanu szczególnie nie lubił. &lt;br /&gt;Richie był porządnie najedzony, dzięki czemu mógł sobie pozwolić na powolne wyskubywanie piór ze zmaltretowanego dzięcioła. Ptak patrzył na niego z wyrzutem, wcale nie zdradzał objawów paniki, czy chęci podjęcia walki o przetrwanie. Jak w przypadku większości dzięciołów, temu również instynkt podpowiadał, że walka nie ma sensu, bo i tak jego los był już przesądzony. Gdy Pobucz dostrzegł to w jego oczach pożarł ptaka łapczywie, zanim pióra sięgnęły podłoża. Z lubością obserwował teraz, jak Podpierdko nurkował w paprociach, potem podnosił się i znowu nieruchomiał. Richie, jak każdy Pobucz, po prostu uwielbiał jak jego ofiary miotały się nieświadome własnego zniewolenia. A tchórz w swojej roli był wyjątkowy. Początkowo miało paść na traktorzystę, ale telepata doszedł do wniosku, że byłoby to zbyt proste. Nakazanie mężczyźnie zaszycia się w kniei nie nastręczało żadnego kłopotu. To nie było żadne wyzwanie. Co innego sprawić, by zdecydował się zrobić to sam z drobną tylko pomocą. No i to właśnie się dzieje ku radości Pobucza. W dole Wincenty właśnie zmógł w sobie obawy i przemieścił się pod ścianę chaty. A nieopodal przez świerkowy zagajnik przemykał gajowy, co nie było zaplanowane, ale stanowiło o dodatkowej atrakcji nadchodzącego widowiska. Właśnie to Pobucz lubił najbardziej. Zainicjować zdarzenie i potem oglądać następujące po sobie sceny, jak w teatrze. Chyba, że coś zacznie wyjątkowo odbiegać od założeń. Wówczas wkroczy do akcji. Byle z umiarem i rozwagą. Na wycinkę zawsze jest czas.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Hans Helmut Poniewierka udawał że śpi. Symulował sam przed sobą, bo nikogo innego w chacie nie było. Traktorzysta leżąc na wznak pochrapywał z cicha. Jego ciało było nieruchome, jeśli nie liczyć miarowo unoszącej się klatki piersiowej. Gdy budzik zaczął dzwonić, Hans Helmut drgnął i przewrócił się na bok.&lt;br /&gt;- Jeszcze minutka – powiedział w pustkę.&lt;br /&gt;Kręcił się i mamrotał przez sen do momentu, gdy zegarek przestał hałasować i wówczas jak sprężyna wyskakiwał z posłania, by ponownie go nakręcić, ustawić w pozycji na dzwonienie i z powrotem położyć się do łóżka i natychmiast zasnąć symulowanym snem. Po równym kwadransie wszystko się powtórzyło. &lt;br /&gt;Wincenty miał dość. Po raz kolejny wytrzymał obserwując bez przerwy piętnaście kolejnych procesów „budzenia” traktorzysty i nic. Żadnych zachwiań w układzie poszczególnych elementów rytuału. Niewiarygodne. Czyżby Poniewierka zapadł na starą, od dawna już nie spotykaną, chorobę zegarową? Podpierdko czytał kiedyś o niej w historycznym dodatku do miesięcznika „Poradnik zegarmistrza”. Schorzenie to nawet w zamierzchłych czasach przytrafiało się niezbyt często i charakteryzowało się wyraźnymi objawami osobliwego uzależnienia od zegara, którego urokowi ulegał chory. Było kilka odmian choroby, w zależności od rodzaju zegara, którego urokowi ulegał pacjent. W tym przypadku wyraźnie chodziło o mały zegarek stojący, zwłaszcza o jego funkcję budzącą. Czy to możliwe, by twardy jak skała Hans Helmut Poniewierka padł ofiarą starej zegarówy? Początkowo tchórz odrzucał tę myśl, ale z czasem wszystko zaczynało na to wskazywać poza wszelką wątpliwość. Każdy element układanki pasował. W końcu w tym zegarku naprawdę było coś szczególnego. Przecież on sam również uległ jego urokowi. Kto wie? Może gdyby nie podarował go traktorzyście, teraz sam leżałby w łóżku wyczekując na kolejny niewolący umysł sygnał? Ale może się myli? Może Hans Helmut wcale nie jest chory, tylko padł ofiarą jakiegoś przejściowego, uciążliwego wirusa, albo coś go opętało i wystarczy go tylko wyrwać z letargu? A jeśli nawet, to może jeszcze nie jest za późno? W artykule pisali, że jeśli przypadłość zdiagnozowało się w początkowym stadium, to można było chorego jeszcze z niej wyciągnąć... Ile minęło czasu odkąd mężczyzna dostał zegar? Trzy dni? Chyba dłużej. Miał w głowie mętlik. Może to były dwa tygodnie? Albo i miesiąc? Chyba może i ponad miesiąc. Kierownik, zdaje się, wspominał mu, że trwa to już ponad miesiąc. Tylko co? Może chodziło mu o coś innego, tylko Wincenty nie zrozumiał?&lt;br /&gt;Aby znaleźć odpowiedź na nurtujące Podpierdkę pytania sposób był tylko jeden. Trzeba było natychmiast wkroczyć do akcji. Tylko kto miał to zrobić, bo przecież nie on? Kierownik Pustostan? Nie było takiej możliwości. Może któryś z pozostałych traktorzystów, lub innych pracowników tartaku? Raczej nie. Wszyscy przecież panicznie lękali się Hansa Helmuta, nawet gdy był w dobrym humorze, a co tu dopiero mówić o okolicznościach, w których obecnie się znajdowali. Niestety, pozostał sam na posterunku. Czy podoła? To było poważnie wątpliwe. Co prawda pozostawał z traktorzystą w poprawnych stosunkach, ale czy to czyniło go bezpiecznym? A nawet jeśli ,to przecież nie chodziło wyłącznie o jego bezpieczeństwo, tylko o zdrowie Poniewierki? Co miał robić?&lt;br /&gt;Myśli kłębiły się w głowie Podpierdki sprawiając, że bezwiednie osunął się na ziemię i usiadł w rozkroku opierając się o ścianę chaty. W takim stanie zastał go gajowy, Erwin Stewart Poziomica.&lt;br /&gt;- Cóż to? – zapytał leśnik. – Dolega wam coś, Wincenty?&lt;br /&gt;Tchórz poderwał się z podłoża. Gajowy! Jakżesz mógł o nim zapomnieć? Przecież to był ktoś, kogo było mu trzeba! Energiczny i postawny mężczyzna, w dodatku przedstawiciel władzy!&lt;br /&gt;- Panie Erwinie kochany! – krzyknął Wincenty. – Z nieba mi pan spadł!&lt;br /&gt;Widząc zaskoczoną i wyczekującą minę gajowego, Wincenty szybko przedstawił mu sytuację. &lt;br /&gt;- Czyli, że co? – powiedział Poziomica wysłuchawszy relacji. – Że mam wejść do mieszkania Poniewierki i zabrać mu budzik?&lt;br /&gt;- Właśnie – przytaknął żarliwie tchórz. – Byle sprytnie. Ja odwrócę jego uwagę, a pan zabierze budzik i niepostrzeżenie się ulotni. Reszta na mojej głowie. Nic pan nie ryzykuje.&lt;br /&gt;Erwin Stewart skrzywił się nie do końca przekonany. &lt;br /&gt;- Proszę… – jęknął Podpierdko załamując łapki w błagalnym wyczekiwaniu.&lt;br /&gt;Gajowy krzywił się chwilę i mamrotał pod nosem coś niezrozumiałego, by w końcu cmoknąć, jakby powoził bryczką.&lt;br /&gt;- Nie ma problemu – powiedział. – Ale nie bardzo widzę sens. &lt;br /&gt;- Gwarantuję panu, że jest znaczący.&lt;br /&gt;- Zrobię to tylko dla tego, że odkąd Poniewierka zaszył się w chacie, w tartaku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Towarzystwo zaczęło się panoszyć, po lesie mi srają, łażą pijani i zieleń niszczą. Ja nie mam czasu takimi duperelami się zajmować. &lt;br /&gt;Mężczyzna splunął i wzruszywszy ramionami ruszył do wejścia, przybierając wyprostowaną, służbistą postawę. Energicznie szarpnął za klamkę ale drzwi zamknięte były na zasuwkę. Zastukał raz i drugi, a nie uzyskawszy żadnego efektu, zwrócił się do Podpierdki:&lt;br /&gt;- Na pewno jest w środku?&lt;br /&gt;- Na pewno – potwierdził tchórz. – Widać go przez okno. Ma mocny sen. Poza tym reaguje tylko na sygnał budzika.&lt;br /&gt;- To się zaraz okaże – burknął gajowy. – Idźcie do tego okna i obserwujcie – polecił i załomotał pięścią w deski drzwi. – Panie Poniewierka! – krzyknął – Tu gajowy Erwin Stewart Poziomica! Otwierajcie! Wiem, że tam jesteście! Bo drzwi wywalę!&lt;br /&gt;W tym momencie zaczął dzwonić budzik i gajowy odruchowo odskoczył od progu. &lt;br /&gt;- Teraz powinien wstać! – ostrzegł Wincenty.&lt;br /&gt;- Panie Poniewierka – powtórzył głośniej gajowy. – Do roboty trzeba wracać. W imieniu prawa…&lt;br /&gt;- A spierdalaj pan! – usłyszeli z wnętrza chaty nerwowy głos traktorzysty.&lt;br /&gt;- Co? – gajowy spurpurowiał na twarzy. – Wy do władzy tak?&lt;br /&gt;Erwin Stewart ściągnął z ramienia fuzję i ze szczękiem ją przeładował. &lt;br /&gt;- Niech pan tego nie robi – jęknął tchórz. – Jeszcze będzie nieszczęście.&lt;br /&gt;- A żebyście wiedzieli.&lt;br /&gt;Gajowy odsunął się o krok i przymierzywszy w zamek, zaczął recytować wyuczoną regułkę.&lt;br /&gt;- Mocą nadanej mi władzy, nakazuję…&lt;br /&gt;- Spierdalaj pan, mówię!&lt;br /&gt;- Ech, ty! – Poziomica aż się zachłysnął jednocześnie pociągając za spust.&lt;br /&gt;Huk wystrzału poniósł się echem po lesie płosząc ptaki, które z furkotem wytrysnęły spomiędzy gałęzi pobliskich drzew. Chmura dymu spowiła postać gajowego, który sam nieco zaskoczony efektem swojej interwencji stał w miejscu lekko zbity z tropu. W drzwiach ziała dziura wielkości deserowego talerzyka.&lt;br /&gt;- Ale żeś pan przykurwił – jęknął tchórz głosem zawierającym mieszaninę strachu i podziwu.&lt;br /&gt;Słowa podziałały na Poziomicę jak sygnał do akcji. Ruszył zdecydowanym krokiem do wejścia, ale wkroczenie do chaty udaremniły mu drzwi, które niemalże wystrzeliwszy z zawiasów, ze świstem poleciały w rosnące nieopodal chaty zarośla, po drodze zabierając ze sobą zaskoczonego gajowego. Została po nim tylko dymiąca fuzja. W progu stał obnażony od pasa w górę traktorzysta. Twarz miał czerwoną i wykrzywioną wściekłym grymasem, pięści zaciśnięte, dyszał niebezpiecznie nerwowo, z oczu niemal tryskały mu iskry szaleństwa. Obrzucił otoczenie niosącym pożogę wzrokiem. Zignorował broń, ale zatrzymał go na spowitym cuchnącym żółtawym obłokiem Podpierdce. Na chwilę twarz mu złagodniała, ale, niestety dla Wincentego, trwało to bardzo krótko. Szybko ponownie wykrzywił ją paskudny grymas zwiastujący rządzę mordu, lub w najlepszym razie, destrukcji.&lt;br /&gt;- Ty Judaszu – wycedził przez zaciśnięte zęby i ruszył ku młodszemu ostrzegaczowi nie kryjąc zbrodniczych zamiarów.&lt;br /&gt;Na szczęście Wincenty w porę odzyskał zdolności ruchowe i zdołał czmychnąć traktorzyście sprzed nosa. Poczuł tylko świst, gdy pięść mężczyzny łupnęła w ścianę w miejscu, w którym dopiero co stał.&lt;br /&gt;- Wstrzymaj swe zbrodnicze zamiary – krzyknął odbiegając od ogarniętego furią mężczyzny na stosunkowo bezpieczną odległość. Gdy był już na skraju lasu odwrócił się ku chacie. – Jesteś chory!&lt;br /&gt;Traktorzysty nie było już przed domem. Tchórz chwilę stał niezdecydowany, by w końcu zaryzykować powrót. Był w połowie drogi, gdy tym razem z zawisów wystrzeliły drzwi przylegającej do chaty niewielkiej przybudówki i zaraz za nimi pojawił się ryczący traktor. Wincentemu udało się odskoczyć w ostatniej chwili.&lt;br /&gt;- Krwi! – ryczał Hans Helmut Poniewierka szarpiąc drążki pojazdu. – Śmierć!&lt;br /&gt;- Zatrzymaj się! – krzyknął tchórz, ale jego głos przepadł w jazgocie wyjącego motoru.&lt;br /&gt;Zrezygnowany odprowadził podskakującego na siedzisku Hansa Helmuta rzucającego wściekłe spojrzenia i klnącego na czym świat stoi. Było znacznie gorzej niż zakładał. Mężczyzna najwyraźniej postradał rozum. Podpierdko pobiegł szybko w kierunku krzaków, gdzie wylądował Erwin Stewart Poziomica. Gajowy jęczał w okrutnych boleściach. Bark miał wykręcony pod nienaturalnym kątem, nos na płasko zrównany z twarzą, przetrąconą w kolanie nogę. Wystarczył jeden krótki rzut oka, by ocenić jego stan jako chwilowo całkiem nieprzydatny. Wincenty przełknął gorzką ślinę.&lt;br /&gt;- To moja wina – jęknął. – Com ja uczynił?&lt;br /&gt;Usiadł na pniaku i zrezygnowany spuścił głowę. Był załamany. Nigdy nie czuł się bardziej podle. Co powinien zrobić? Czy jest w stanie zrobić cokolwiek? Czy miał siłę? Motywację? Chęci? Chyba powinien spróbować pomóc gajowemu, ale czy potrafił? Przypomniał sobie o proszku, którego znaczną ilość miał jeszcze w kieszonce. Dobrze się po nim czuł, myśli miał jakieś takie bardziej przejrzyste i wszystko wydawało się mniej zawiłe. Przynajmniej przez jakiś czas. Może pomoże i Erwinowi Stewartowi. &lt;br /&gt;Tchórz wyciągnął woreczek i ledwo się obejrzał, zażył trzy szczypty. &lt;br /&gt;- A chuj z gajowym – mruknął pod nosem czując, jak chmury kłębiące się nad jego umysłem prędko się rozwiewają.&lt;br /&gt;Zanim schował saszetkę, przyjął jeszcze jedną porcję. Poczwórna dawka. W końcu potrzebował porządnego bodźca. Poczuł jak po ciele rozlewa się fala energii, w żyłach zaczyna szybciej krążyć gorąca krew. Po chwili biegł już ku chacie. Wpadł do środka i pierwsze co ujrzał, to fragmenty pogiętej blachy i porozrzucane szczątki mechanizmu zegarka. Kula roztrzaskała go na drobno.&lt;br /&gt;- Acha…&lt;br /&gt;Wincenty teraz wszystko zrozumiał. Hans Halmut Poniewierka był wściekły, bo Poziomica zniszczył jego ukochany zegarek. Czyli, pominąwszy nieszczęśliwą ofiarę jaką złożył gajowy, plan został zrealizowany. Traktorzysta wyzdrowiał, czego dowodem był jego furiacki stan. W końcu od jakiegoś czasu nie wychodził z chaty, więc nagromadziło się w im sporo negatywnej energii, którą teraz musiał uwolnić. Byle tylko nie zrobił czegoś głupiego.&lt;br /&gt;Podpierdko wybiegł z chaty i ile sił ruszył do tartaku. &lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Pobucz stracił głowę tylko na parę minut. Wszystko przez starą tłustą sowę błotną, którą niespodziewanie dojrzał pomiędzy gęstymi konarami. Ile już czasu nie jadł sowy? Rok? Chyba nawet dłużej. W dodatku ta ostatnia, ledwo ją już pamiętał, to był lekko żylasty puszczyk, nie mogący pod żadnym względem równać z okazem, który właśnie nieoczekiwanie wypatrzył. Nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Stracił zainteresowanie wydarzeniami na dole i zaczął podchodzić patka. Nie musiał jakoś szczególnie się przy tym starać, bo sowa najwyraźniej mocno spała i nie spodziewała się zagrożenia. Była sporych rozmiarów, nawet jak na gatunek, którego była przedstawicielem, co dodatkowo stanowiło o jej atrakcyjności. Pióra miała sztywne i mocno przyciemnione. Musiała mieć ze sto lat. Prawdziwy rarytas. &lt;br /&gt;Pobucz przemykając bezszelestnie po konarach dotarł do interesującego go drzewa i nie spuszczając wzroku z ptaka, zaczął przesuwać się w jego kierunku po grubej gałęzi. Gdy był już tuż obok sowy nie mógł sobie odmówić rozkoszy jej śmiertelnego wystraszenia. Uwielbiał moment, w którym jego ofiary uświadamiały sobie, że nie mają już szans. To była rozkosz dla duszy, która doskonale stymulowała apetyt i była swoistym preludiom dla uczty, jaka czekała Poabucza. Telepata zaszedł ptaka od tyłu i klasnął w dłonie szykując się do zadania morderczego ciosu ostrymi jak igły zębami. Sowa nawet nie drgnęła. Niemal w tym momencie Richie poczuł ten nieprzyjemny zapach. Odór sowiego nieboszczyka. Twarz wykrzywił mu grymas wściekłości. Huknął sowę w grzbiet i ta bezwładnie runęła w dół rozsiewając na boki pierze i kłębuszki stęchłego puchu. Co za niepowetowana strata! Taki kawał przedniego mięsiwa! Na samą myśl zrobiło mu się słabo i zakręciło się w głowie.&lt;br /&gt;Do świadomości przywrócił go karabinowy wystrzał. Sowa nadal absorbowała jego myśli, ale już nie całkowicie. Miał przecież zadanie do realizacji. Musi je wykonać, bo inaczej Furman się zdenerwuje i znowu będzie miał szlaban na samowolkę, do czego nie może dopuścić. Ruszył szybko w kierunku chaty Hansa Helmuta Poniewierki przeskakując z gałęzi na gałąź. Dotarł na miejsce w momencie, w którym ponury traktorzysta nie bacząc na przeszkody darł traktorem w kierunku tartaku. No i masz. Tyle roboty na marne. Było jednak skupić się na samym traktorzyście, a nie wymyślać sobie rebusy i łamigłówki. Teraz będzie musiał porzucić zamiary i poważnie zrewidować plany. Inaczej jak nic znowu podpadnie Furmanowi i będzie musiał wysłuchiwać pretensji.&lt;br /&gt;Nie tracąc czasu pomknął w kierunku tartaku.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Hans Helmut Poniewierka przejechał brygadzistę Jankowskiego w pobliżu czwartej przecinki. Wcale tego nie chciał. Miał zamiar tylko go wystraszyć, ale ten najwyraźniej wcale się nie bał i nie zamierzał uskoczyć mu z drogi. Zanim Hans Helmut odbił w bok, było już po brygadziście. Świadkiem całego zajścia był emerytowany siekierowy, Stanisław Organki, który nie tracąc czasu wskoczył na siodełko motoroweru i czym prędzej pomknął na przełaj w kierunku najbliższego czynnego wyrębu, niosąc ostrzeżenie. Siekierowemu od samego początku nie podobało się, co ludzie gadali o Poniewierce. Że niby się uspokoił i teraz można go lekceważyć. On jedyny, stary tartaczny wyga, nie dał się nabrać. Ostrzegał, że traktorzysta tylko się przyczaił, albo jest chory. Nikt go nie słuchał. Dopiero Pustostan wyraził jakieś tam zainteresowanie jego ostrzeżeniem, ale czy coś z tym zrobił? Tego Stanisław nie wiedział.&lt;br /&gt;Organki ciął pomiędzy drzewami nie zważając na gałęzie chłoszczące go po pomarszczonej twarzy. Nic to. Jak nie zdąży, jego pokiereszowane oblicze będzie najmniejszym problemem. Nie słyszał za sobą ryku silnika, miał więc jakąś przewagę. Przy odrobinie szczęścia uda mu się i wszystko wróci do normy. Miał do przejechania jakieś siedem kilometrów leśną szosą, a skrótami i przełajem było góra pięć. Musi tylko uważać na… W tym momencie koło motoroweru podskoczyło na wystającym z ziemi konarze i Stanisław wyleciał z siodełka. Nie dał wszakże za wygraną. Mimo dotkliwego potłuczenia i rozcięcia skroni, podniósł pojazd. Szybko naprostował skrzywioną lekko kierownicę i mocno zakręcił pedałami. Silnik zakaszlał, jęknął, potem niepokojąco zagrzechotał.&lt;br /&gt;- Nie teraz staruszku – zachęcał Organki. – Nie możesz mi tego zrobić.&lt;br /&gt;Motor jakby posłuchał słów mężczyzny i z rury wydechowej z hukiem buchnął kłąb dymu. Uradowany i zachęcony małym sukcesem emeryt odepchnął się energicznie od młodego dąbczaka i pomknął dalej. &lt;br /&gt;Prując krzaki i przecinając kolejne ścieżki dotarł do pierwszej polany pokrytej pniakami ściętych drzew i pokonał ją na przełaj. Jeszcze tylko mały pagórek i będzie na miejscu. Uda mu się. Przekręcając gaz do oporu okrążył wzniesienie wybierając wąską ścieżkę oddzielającą je od dołu starego kopalnianego wyrobiska i wypadł pomiędzy zabudowania tartaku. Kierujące nim zapamiętanie sprawiło, że w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na ciszę, jaka spowijała teren prac, co było z wszech miar nienaturalne, zważywszy na wczesną godzinę. Prace w tartaku powinny iść o tej porze pełną parą. &lt;br /&gt;- Co jest do cholery? – mruknął pod nosem zwalniając tempo jazdy.&lt;br /&gt;Minął długi ciąg gotowych do transportu pni i już miał skręcić w kierunku baraku Pustostana, gdy drogę zablokowała mu stojąca w poprzek fura. Zanim Stanisław domyślił się, że to nie wóz do przewozu ściętego drewna, jego korpus wraz z motorowerem rozpadł się na kilkanaście nieregularnych części.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Wincenty Podpierdko wybiegł zza zakrętu w momencie, gdy Hans Helmut Poniewierka klepał po twarzy brygadzistę Jankowskiego.&lt;br /&gt;- O matko! – wyrwało się tchórzowi.&lt;br /&gt;Nie uzyskawszy oczekiwanego efektu traktorzysta przeszedł do masarzu serca. Pot skroplił się na wąskim czole mężczyzny, mięśnie ramion były napięte jak wyrośnięte bochenki chleba. Pracował wytrwale ale brygadzista nie odzyskiwał przytomności. &lt;br /&gt;- Co tak siedzisz? – rzucił przez zaciśnięte zęby traktorzysta w kierunku Podpierdki. – Pomóż. &lt;br /&gt;Wincenty poderwał się i doskoczył do rannego. &lt;br /&gt;- Co mam robić?&lt;br /&gt;- A skąd mam wiedzieć? Zaczął oddychać trochę, ale coś z nim nie tak. Niemrawy jakiś.&lt;br /&gt;Tchórz chwilę wpatrywał się w nieprzytomnego, jakby oceniał jego stan. Nie wyglądał najlepiej, co było niepokojące, ale za to Hans Helmut zdawał się odzyskiwać formę.&lt;br /&gt;Podpierdko zdecydowanym ruchem sięgnął do kieszonki i wyciągnął woreczek. &lt;br /&gt;- Wsypmy mu to do japy – powiedział pewnym siebie tonem.&lt;br /&gt;Traktorzysta popatrzył na niego podejrzliwie.&lt;br /&gt;- Co to jest?&lt;br /&gt;Wincenty spojrzał mężczyźnie w oczy.&lt;br /&gt;- Lekarstwo – odparł. &lt;br /&gt;Widząc niezdecydowanie na twarzy traktorzysty, tchórz dodał szybko: &lt;br /&gt;- Inaczej umrze. Niczego nie ryzykujemy.&lt;br /&gt;Hans Helmut bez słowa skinął głową i rozchylił usta leżącego. &lt;br /&gt;- Moment – powstrzymał go Wincenty. &lt;br /&gt;Sięgnął do skórzanej sakwy i wydobył z niej niewielką manierkę. &lt;br /&gt;- Trochę tego mało dla takiego Jankowskiego – powiedział – ale musi starczyć.&lt;br /&gt;To powiedziawszy odmierzył pół garści proszku, wsypał brygadziście w usta, wlał w nie zawartość naczynia i dał znak traktorzyście, który zacisnął na wargach potężną dłoń. Przez chwilę nic się nie działo. Ranny leżał bez ruchu, sztywno i spokojnie. Dopiero, gdy tchórz zacisnął mu łapką nozdrza mężczyzna zakrztusił się, szeroko otworzył oczy i wciągnął potężny haust powietrza. &lt;br /&gt;- Podpierdko? – bąkną zdziwiony.&lt;br /&gt;- Tak, to my, panie brygadzisto – ucieszył się Wincenty.&lt;br /&gt;Jankowski wstał i zatoczył się lekko. Rozejrzał się niepewnie i gdy rozpoznał Hansa Helmuta wyraźnie skulił ramiona. Usiadł powoli na wysokim pniaku i zaczął poprawiać ubranie starając się unikać wzroku traktorzysty.&lt;br /&gt;- Spokojnie panie brygadzisto – powiedział Wincenty. – To już nie ten sam Hans Helmut. Został odmieniony. Prawda? – zwrócił się do Poniewierki z nadzieją.&lt;br /&gt;- Prawda – potwierdził Poniewierka. – Jestem teraz łagodnym traktorzystą. Już nie ponurym. Od teraz wszystko się zmieni i nie będzie już…&lt;br /&gt;Jego ostatnie słowa zagłuszyło rżenie konia.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Wracając do siedliszcza Pobucz zacierał dłonie z zadowolenia. Zdążył w ostatniej chwili. Musiał trochę zmienić swoje palny, ale najważniejsze, żeby efekt końcowy był oczekiwany. I tak pozwolił sobie na sporo spontaniczności. Biorąc pod uwagę całokształt, miał wszelkie prawo na interwencję w samej końcówce. Lepsze to, niż podły humor Furmana.&lt;br /&gt;Zastał go przed chatą, czyszczącego bat. Na sznurze rozpiętym pomiędzy chatą a stajnią wisiały ociekająca posoką kufajka i hajdawery. &lt;br /&gt;- Co to ma być? – bąknął. – Przecież obiecałeś...&lt;br /&gt;Furman nie przestając czynności uniósł głowę i spojrzał na Pobucza rozjarzonymi oczami.&lt;br /&gt;- Liczy się tylko wycinka – powiedział.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-4311799338642772007?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/4311799338642772007/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=4311799338642772007&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4311799338642772007'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4311799338642772007'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/11/ponury-traktorzysta.html' title='Ponury traktorzysta'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-8200800293407657156</id><published>2011-10-21T19:27:00.005+02:00</published><updated>2011-10-21T19:27:56.231+02:00</updated><title type='text'>Śniegusek</title><content type='html'>Wszyscy bez wyjątku byli kompletnie zaskoczeni i zszokowani, gdy okazało się, że Śniegusek jest terrorystą. Prawda wyszła na jaw bardzo przypadkowo. Palacz Leon Pomponkiewicz miał nocną zmianę w szkole podstawowej, w której dorabiał na pół etatu. Zima przyszła nagle i mężczyzna został ściągnięty do pracy w trybie natychmiastowym.- Panie Leonie – powiedziała do niego stojąca w wejściu do budynku dyrektor szkoły, Katarzyna Porzeczka. Kobieta była odziana w mocno za duży, puchowy skafander. – Musi pan ratować dzieci. Jest minus trzydzieści stopni, kaloryfery zamarzną i popękają jak amen w pacierzu. Biedactwa nie będą miały gdzie się uczyć- Rozkaz! – krzyknął ochoczo Pomponkiewicz i zakasawszy rękawy, rzucił się do pracy.Niestety jego wysiłki u samego zalążka zdusił Śniegusek, który zanim palacz zdołał uruchomić piec, śmiertelnie ukłuł go w czoło łopatą, sztychówką, potocznie zwaną szpadlem.Następstwa tego czynu były tragiczne nie tylko dla samego Pomponkiewicza. Zgodnie z przewidywaniami pani dyrektor, w całej szkole popękały kaloryfery i trzeba było odwołać wszystkie zajęcia i zamknąć szkołę. Pół roku wcześniej.- Ale proszę zrozumieć – tłumaczyła dyrektor Porzeczka. – Zima już się skończyła, mamy pełnię wiosny. Szkoła nie ma środków na regularne opłacanie pensji nauczycielom i stałym pracownikom administracji, a co tu dopiero mówić, o ponadplanowych pracach sezonowych. Poza tym… słucham? – przez chwilę marszczyła czoło przyciskając do ucha słuchawkę. – Charytatywnie pan powiada? No, to zmienia postać rzeczy. Tylko nie rozumiem, co miałby pan robić? Zima zacznie się dopiero za pół roku. Najwcześniej. Słucham? – tym razem rozszerzyła oczy ze zdziwienia. – Najbliższa akademia? No będzie, za dwa tygodnie. Jako kto? – ponownie słuchała przez dłuższa chwilę. – Wie pan co? Sądzę, że powinniśmy porozmawiać osobiście, bo… Nie, no proszę póki co nie dziękować, jeszcze nie podjęłam decyzji. Proszę przyjść do szkoły… – zawiesiła głos spoglądając na kalendarz zajęć. – Powiedzmy, jutro o jedenastej trzydzieści, pasuje panu? Doskonale. Zatem do zobaczenia.Dwa tygodnie później.- Doprawdy, gratuluję pani śmiałości tej decyzji – rozpływał się w uprzejmościach prezes Widnokrąg. – Doskonale się bawiliśmy z małżonką. I te wszystkie uradowane dzieci…- Wspaniałe, wspaniałe – zawtórowała prezesowa Widnokręgowa. – Śniegusek jest boski.- Urzekający.- Przeuroczy.- Cudowny.- Olśniewający.Gratulacjom i zachwytom nad Śnieguskiem nie było końca. Porzeczka była wniebowzięta. Faktycznie, przedstawienie przygotowane przez Śnieguska było czarujące. Dzieci bawiły się fantastycznie, a i dorośli zdawali się być szczerze ujęci profesjonalizmem i kunsztem artysty, czemu dawali wyraz ściskając jej teraz rękę. I pomyśleć, że jeszcze dziś, przed rozpoczęciem akademii, miała obiekcje i wątpliwości. - Koniecznie musicie to jeszcze powtórzyć – apelował prezes. – To było zbyt wspaniałe, żeby wydarzyło się tylko raz. To byłoby niewybaczalne marnotrawstwo sztuki i talentu! - Zorganizujcie tourne! – zaproponował proboszcz Maciejewski. – Jeszcze dziś porozmawiam z kurią, żeby we wszystkich parafiach zorganizować zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów.- Miasto zapłaci! – krzyknął prezydent Guliński.- Przedsiębiorcy! – zaproponował Widnokrąg.Tego samego wieczora dyrektor Porzeczka przyjęła zaproszenie redaktora Mieczysława Bylinki i udała się z nim na kolację do korsykańskiej restauracji. Był miłym i uprzejmym mężczyzną, którego Katarzyna poznała jeszcze w czasach studenckich. Doskonale wiedziała, że po kryjomu podkochiwał się w niej od czasu wspólnej wycieczki, jaką zorganizowała uczelnia na drugim roku. Co prawda nigdy jej o tym otwarcie nie powiedział, ale takie rzeczy da się wyczuć. Zastanawiała się, czemu jej się dotychczas nie oświadczył, albo chociaż, dla czego nawet raz nie spróbował zaprosić jej na randkę, czy do kina. Dopiero teraz zrobił to pierwszy raz. Po blisko piętnastu latach znajomości. Jaki był powód? Oczywiście, Śniegusek. Niestety. Nie ona. I to sprawiało, że nie czuła się tego wieczora najlepiej, mimo, iż Miecio bardzo się starał. Ale on zawsze się starał.- Jak wino? – zapytał.- Wyborne – skłamała. - A ciasto?- Również doskonałe.Nie była w najlepszym nastroju, więc i nic jej nie smakowało. - Wyjdziesz za mnie? – zapytał nagle Bylinka.- Że co proszę?- Chciałbym cię prosić o rękę, ożenić się z tobą, spędzić całe życie, o matko, czemu tak długo zwlekałem, proszę nie odmawiaj, nie musisz od razu odpowiadać, kocham cię okrutnie.Wypowiedź była nieco bezładna, co wskazywało, że bardzo przeżywał swoje słowa, znakiem czego z kolei było, że są szczere. Katarzyna wstrzymała oddech, nie bardzo wiedząc, czy dobrze zrozumiała.- Przepraszam – powiedziała wolno. – Mógłbyś powtórzyć?- Chciałbym cię prosić o rękę, ożenić się z tobą, spędzić całe życie, o matko, czemu tak długo zwlekałem, proszę nie odmawiaj, nie musisz od razu odpowiadać, kocham cię okrutnie.Katarzyna uśmiechnęła się słodko, poczym uśmiech jej skwaśniał. To co początkowo brała za spontaniczne wyznanie miłości okazało się wyuczoną na pamięć regułką nastawioną na określony efekt. Zaraz pewnie zapyta o Śnieguska, a jak już dowie się wszystkiego, co go interesuje, powie, że musi jeszcze swoją propozycję przemyśleć.- Proszę, przyjmij ten drobiazg – powiedział Miecio stawiając na stoliku przed nią maleńkie, uroczo ozdobione, eleganckie pudełeczko.- Co to jest? – zapytała doskonale wiedząc, co jest w środku.- Wiertarka – odparł Bylinka.- Wiertarka – kobieta nie kryła zaskoczenia, wręcz szoku jaki ją ogarnął. – Skąd… Skąd wiedziałeś…? – załkała przejęta.- Przecież znam cię doskonale – odparł wpatrzony w nią mężczyzna. – Kocham cię, Katarzyno. Od dawna wiem, że zbierasz miniaturowe urządzenia elektryczne. - Ale, jak? Gdzie udało ci się to zdobyć?Miecio uśmiechnął się delikatnie i pokiwał głową.- To, niech pozostanie moją słodką tajemnicą.- Och.Kobieta była bardzo zaskoczona. Jej kolekcja miniaturowych urządzeń elektrycznych liczyła ponad trzy tysiące egzemplarzy. Miała dziesiątki mnitelewizorków, mnilodówek, mnikuchenek, mniobrabiarek, mniżelazek, mnimikserów, mnitosterów, mnikserokopiarek i wielu, wielu mniinnych. Nie miała natomiast mniwiertarki. Nigdzie nie była w stanie jej zdobyć, choć wiedziała, że taka istnieje. Widziała w katalogach. Nigdy na żywo. Aż do dziś.- Jesteś… – powiedziała szlochając ze wzruszenia. – Jesteś cudowny, kochany. A ja podejrzewałam…, myślałam…- Co, kochanie? – Miecio zamknął jej drżące małe dłonie w swoich, również małych, ale nieco większych.- Myślałam, że zaprosiłeś mnie tylko dla tego…- Dla czego, najsłodsza.- Że.., że..- Że co, najdroższa?- Że chodzi ci o…- O co, serce ty moje?- O Śnieguska – powiedziała wreszcie spuszczając wzrok.-O Śnieguska?- Tak.- A któż to taki?- Któż to taki?- No któż?- Nie wiesz, kto to jest Śniegusek?- Nie mam pojęcia.Katarzyna wyrwała dłonie z rąk mężczyzny i gwałtownie wstała.- Ty bezduszny chuju – powiedziała i trzasnęła go otwartą dłonią w twarz, a potem chlusnęła mu w oczy resztką wina z kieliszka.Gdy wyszła, poprosił o rachunek i uregulowawszy należność szybko umknął przed zaciekawionymi spojrzeniami pozostałej klienteli i obsługi, których uwadze nie umknęło niecodzienne zajście. Co ją ugryzło? Wszystko szło mu już tak dobrze. Przecież widział w jej oczach wzajemność, zrozumienie, zainteresowanie i nagle co się stało? O co jej chodziło? O jakiegoś Śnieguska. Nie miał pojęcia o kogo, czy też o co chodzi. Nic nie przychodziło mu do głowy. Żadnego śladu zaczepienia. Kompletna śnieguskowa tabula rasa. Rześki, ciepły wiatr owiał mu twarz. Był wczesny, ciepły wieczór, doskonały na randkę. A on stał samotnie dusząc w sobie złość z niemocy i niewiedzy. Odetchnął głęboko, otarł twarz i sięgnął po telefon. Wybrał nr redakcyjnego kolegi. - Cześć, Wiesiu – powiedział. – Może to głupio zabrzmi, ale wiesz może, co, lub kto to jest Śniegusek? Nie wiem, ale chyba…Przerwał wobec żywiołowej reakcji Wiesława. Słuchał w milczeniu potoku słów, głównie entuzjastycznych zachwytów i podziwu. Na koniec kolega wyraził ubolewanie dla Miecia, że ten nie mógł być na szkolnej akademii i rozłączył się nie dając mu szansy na powiedzenie czegokolwiek.- Co jest z tym cholernym Śnieguskiem? – zdziwił się. – Wszyscy powariowali.Miesiąc później- Przywitajmy go gromkimi brawami! Przed państwem! Jedyny! Niepowtarzalny! Boski! Śniegusek!Blisko dziesięciotysięczna widownia oszalała. Mężczyźni rzucali na scenę krawaty, kobiety darły odzież i ściągały staniki, wszyscy wrzeszczeli ile sił, domagając się wyjścia na scenę swojego ulubieńca. Gdy pogasły światła i z głośników zaczęła snuć się liryczna melodia introdukcji, publiczność zamilkła w skupieniu wypatrując bohatera dzisiejszego wieczoru. Mimo, iż koncert opóźnił się o prawie dwie godziny, nikt nie miał pretensji do artysty. Jeśli trzeba by było, czekaliby na niego i pięć godzin, albo i dłużej. Przecież to był on. Cudowny i uwielbiany Śniegusek.Trzy miesiące później (licząc od ostatniego miesiąca później)Stadion pękał w szwach. Bilety zeszły na pniu w przeciągu kliku godzin i teraz można je było dostać wyłącznie u koników za horrendalne stawki. Ale nikt nie szczędził grosza. Show wart był każdych pieniędzy. Wokół obiektu kłębiło się tysiące fanów gotowych zapłacić ile trzeba, niestety ilość miejsc była ograniczona mimo, iż stadion był w stanie pomieścić nawet sto tysięcy osób. Bojąc się zamieszek, organizatorzy zdecydowali się wystawić wokół stadionu cztery wielkie telebimy, na których kłębiący się tłum mógł oglądać widowisko.Pół roku później (licząc od momentu wydarzeń mających miejsce pół roku wcześniej)Leon Pomponkiewicz był martwy poza wszelką wątpliwość. Jego głowa była niemal przecięta na pół w poprzek czoła. I nie był jedyny. Tej nocy w podobnych okolicznościach zmarli wszyscy palacze pełniący dyżury w szkołach.Bordowy na twarzy redaktor Bylinka wyłączył telefon komórkowy, który dzwonił bez przerwy. Wcześniej odłączył też stacjonarny. Ślęczał nad rozłożonymi dokumentami i odbitkami zdjęć nie mogąc zrozumieć, co się stało i dla czego. Termometr okienny wskazywał trzydzieści dwa stopnie mrozu. I było coraz zimniej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-8200800293407657156?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/8200800293407657156/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=8200800293407657156&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/8200800293407657156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/8200800293407657156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/10/sniegusek.html' title='Śniegusek'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-6691586539341499184</id><published>2011-10-21T19:27:00.001+02:00</published><updated>2011-10-21T19:27:06.321+02:00</updated><title type='text'>Dupapra</title><content type='html'>Gienadij Kaseton miał jeszcze trzy dni do emerytury. Przez cały długi okres pracy zawodowej nie szczędził sił, by wykonywać ją najlepiej jak umiał. I teraz zakład pracy, któremu był wierny odkąd skończył przyzakładówkę, docenił jego lojalność wręczając mu rękami dyrektora Wąchały, wysoce wysmakowaną we wzorzystym zdobieniu, bambusową wędkę. Dwuczęściową, z kołowrotkiem. Spinning. Piękna rzecz. Zawsze o takiej marzył. Przynajmniej dopóki był małym chłopcem i lubił chodzić na ryby. Potem zmieniły mu się zainteresowania. Poszerzyły. Przynajmniej tak sobie to tłumaczył, ściskając w drżących rękach ofiarowany mu prezent. Teraz, gdy nie będzie musiał codziennie zrywać się do pracy, czasu będzie miał pod dostatkiem na to by oddać się relaksowi. A czyż wędkowanie, to nie jedno z najbardziej relaksujących zajęć? Nawet przez myśl mu nie przemknęło, że zakład pracy powinien docenić jego pracę bardziej wyszukanym, wartościowym prezentem.Gdy minęły owe trzy, przytoczone na wstępie, dni, obuty w walonki Gienadij stanął nad brzegiem toczącej brudnawe wody rzeki. Świt dopiero co zaczął dawać nieśmiałe oznaki wstawania, powietrze przesycone było chłodem i wilgocią, które jednakże nie czyniły Kasetonowi większych szkód, głównie dzięki wysłużonej służbowej kufajce, którą fabryka wspaniałomyślnie pozwoliła mu zatrzymać. Zanęcił wodę, przygotował przynęty, sprawdził kołowrotek, spławiki, zapasowe żyłki, ciężarki i haczyki. Proforma. Wszystko było przygotowane perfekcyjnie. Zanim przyszedł ten doniosły dla niego dzień, Gienadij przeczytał gruby na niemalże siedemdziesiąt stron poradnik „ABC wędkowania” oraz trzy numery miesięcznika „Jazgarz”, z których dowiedział się wszystkiego, co powinien wiedzieć początkujący wędkarz. Zarzucił w miejscu, gdzie woda płynęła bardzo leniwie, poczym rozbił mały namiocik ochronny na wypadek deszczu, rozłożył przy samym brzegu stary flanelowy kocyk i usiadł wygodnie. Nie zależało mu jakoś szczególnie na udanym połowie. Chciał tylko poobcować z naturą z dala od miejskiego zgiełku. Nalał sobie kubek herbaty z termosu, odwinął kanapkę z razowego chleba przełożonego gotowanym boczkiem i, wgryzając się w nią, oddał się rozmyślaniom. Był emerytem. Nie był młodzieniaszkiem, ale czy było to jednoznaczne z byciem starym pierdzielem? Na pewno nie. Czuł się doskonale, był pewien, że jeszcze mnóstwo udanych lat przed nim, które bez wątpienia będą beztroskie, leniwe i radosne. Ciągnęło go w świat, ale podróże były niestety bardzo drogie, a on nie zgromadził zbyt dużo oszczędności. Wysokość świadczenia emerytalnego też nie pozwalała na rozrzutność. Nie to, żeby narzekał, bo na życie mu starczy, ale o żeglowanie po morzach i oceanach już raczej będzie ciężko. Z rozmyśleń wyrwało go drżenie spławika. Z początku myślał, że to tylko wiatr, ale kilkakrotne podszczypywanie zaalarmowały jego nieaktywne od młodzieńczych lat instynkty. Kucnął klnąc w myślach strzelające w nogach kości i chwycił drżącymi z podniecenia rękami stylisko wędki. Spławik podrygiwał nerwowo nie zanurzając się jednak na tyle, by dać pewność udanego połowu niewytrenowanemu amatorowi wędkarstwa. Teoretycznie Kaseton wiedział, co należy zrobić, niemniej brak praktyki nie pozwalał mu na podejmowanie takiego ryzyka. W końcu to jego pierwsze branie od bez mała pięćdziesięciu lat. Pot wystąpił mu na czoło. Wstrzymał oddech. Czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, wpadnie do rzeki i tym samym udaremni całe jego plany o beztroskim emerytowaniu. Zaciął niemal w tej samej chwili, w której spławik zniknął w toni. Poczuł opór i po chwili wędzisko wygięło się w łuk próbując wyrwać się z rąk Gienadija niczym wściekle rozjuszony, dziki kij od szczotki. W pierwszej chwili Kaseton niemal puścił wędkę, ale szybko się opanował i zaczął prowadzić w pełni kontrolowany proces wydobywania zdobyczy z jej naturalnego środowiska. Początkowo ciągnął delikatnie, ale widocznie ryba musiała być sporych rozmiarów, bo nie zwinął nawet centymetra żyłki. Szarpnął mocniej z tym samym efektem. Przez moment pomyślał z obawą o wytrzymałości żyłki, ale zaraz przypomniał sobie, że, zgodnie z zapewnieniami producenta, powinna spokojnie wytrzymać ciężar nawet dwudziestokilogramowej ryby, a w tych wodach największe, co mógł złowić, to Japoniec, albo lin, które nie osiągały tak imponującej wagi. - Będzie co będzie – powiedział półgłosem i szarpnął z całych sił.Wędka niepokojąco zatrzeszczała, żyłka naprężyła się, jak struna harfy, gumowe podeszwy wryły się w darń i poza tym nic szczególnego się nie wydarzyło. Gienadij, zapierając się nogami, stał jak wmurowany w ziemię, a ryba wspomagana cudowną mocą niewzruszenie tkwiła w toni najwidoczniej nie zamierzając jej opuścić. Kaseton pomyślał, że chyba na jego haczyk złapał się jakiś gruby korzeń drzewa i będzie zmuszony stać tak do końca świata, gdy nagle poleciał w tył kątem oka wychwytując rozpryskującą się powierzchnię wody. Upadł na plecy. Tuż obok niego coś wylądowało z plaśnięciem i zarechotało złośliwie. Żaba. Złapał żabę. Mężczyzna przekręcił się na bok i popatrzył na zdobycz z rozczarowaniem. To jednak nie była żaba. Coś, w czego ustach znikała żyłka było niewysokie, ale z pewnością od żaby znacznie większe, bryłowate, miało cztery koślawe, człapiaste odnóża, ciemnozielony odcień skóry, bardzo niewyraźnie oddzielającą się od korpusu głowę z parą wielkich okrągłych oczu pozbawionych źrenic i nadzwyczaj wrednym wyrazem twarzy. Kaseton odruchowo przeturlał się dalej od dziwnego stworzenia. Nigdy nie widział podobnego. Zaczął szybko myszkować po zgromadzonych przez całe życie pokładach wiedzy, ale na próżno. Nic nie pasowało. W końcu pomyślał, że może to być nutria. Nigdy nie widział nutrii (nawet na zdjęciu), więc mogło to być właśnie to, chociaż opisy jakie pamiętał, nie za bardzo pasowały do jego zdobyczy. - Czego, padalcu? – zapytała nagle poczwarowata istota próbując wyciągnąć haczyk z miejsca, w którym utkwił.Gienadij nie zareagował. Kompletnie nie był przygotowany na rozwój podobnej sytuacji. Co powinien zrobić? Może uciec? W końcu jeśli to nawet była nutria, to nie powinna do niego przemawiać, a tym bardziej czynić mu wyrzutów. Chyba że...? Próbował szybko przypomnieć sobie wszystko, co też kiedykolwiek zdarzyło mu się wyczytać o nutriach. Na próżno. Z pewnością żadne ze znanych mu źródeł nie donosiło o zdolnościach nutrii do mówienia. No tak. Ale przecież nigdzie nie wczytał również, że jest inaczej. Może umiejętność mówienia u nutrii była czymś powszechnym i pisanie o tym w książkach mijało się z celem. To mniej więcej tak samo, jakby pisać o psie, że umie szczekać. Wszyscy to wiedzą. Z mniejszym niepokojem popatrzył na dziwną, siedzącą z rozrzuconymi odnóżami postać siłującą się z żyłką.- Jesteś nutrią? – zapytał niepewnie.Istota łypnęła na niego wodnistymi ślepiami i mlasnęła niesmacznie, szerokimi, wyposażonymi w mocno sflaczałe wargi, ustami.- A ty? – odparła pytaniem.- Ja?- No tak, ty. A widzisz tu jeszcze kogoś wyglądającego jak nutria?- Ja nie wyglądam jak nutria.- Ja też nie.- Nigdy nie widziałem nutrii – tłumaczył się nieudolnie Kaseton. – Myślałem, że to ty.- Zaręczam, że nie.- No to coś za jeden?- Jedna, jeśli już.- Co?- Jedna – parsknęła istota. – Jestem kobietą.- Samicą, chyba.- Jak ty jesteś samcem, to tak.- Ja jestem człowiekiem.- A ja dupaprą i co to zmienia?- Dupaprą?- Zamiast w kółko zdawać głupie pytania, lepiej wywlecz mi z japy to żelastwo.Gienadij uklęknął i przysunął się do dupapry. Haczyk tkwił w mięsistym dziąśle.- Może boleć – skrzywił się.- Po prostu wywlecz. - Nie ugryziesz?- Wywlekaj.Po chwili haczyk leżał na błoniasto palczastej dłoni. Poszło dużo łatwiej, niż Kaseton się spodziewał. Dupapra nawet nie pisnęła. Popatrzył na dziwną postać z jeszcze większą ciekawością.- Nie jesteś rybą, no nie? – zapytał. – Ryby i dzieci głosu nie mają przecież. I zaraz znowu się zafrasował. Przecież dzieci mają głos i to jeszcze jaki! Jego sąsiadka ma troje i całe dnie wszystkie się drą, jakby je ktoś polewał jadem mściucha. Więc?- Nie, nie jestem rybą – odparła dupapra. – Jestem dupaprą, już mówiłam. - Ale że tylko dupaprą?- Rozczarowany?- Nie, nie o to chodzi. Nie dzielicie się na różne rodzaje, albo, no sam nie wiem, rasy?- Ja jestem jedna.- Jedna?- Jedna jedyna.- Och.Gienadijowi w momencie zrobiło się przykro. Żal mu było dupapry. Pomyślał, jakby to było, jakby on był jedynym przedstawicielem gatunku ludzkiego. Pobladł i poczuł się autentycznie przygnębiony.- Była u was jakaś wojna, czy jak?- U nas? To znaczy gdzie?- No tam, skąd pochodzisz.- Całe życie mieszkam w tej rzece.Kaseton pokiwał głową.- Musi ci się nudzić samej.- Chyba żartujesz? – parsknęła dupapra. – Wyobraź sobie, jakbyś ty był jedynym człowiekiem na świecie. Miałbyś kupę roboty.Gienadij podrapał się za uchem.- Chyba masz rację.- No więc gadaj, co tam chcesz i znikam.- Gadać, co chcę?- No a jak?- Ale, że mam tak pleść bez sensu?- To życzenie jest? Chcesz pleść bez sensu? To chyba, można by rzec, utrata kolejki, bo umiejętność tę, zdaje się, opanowałeś już do perfekcji.- Co?- Proca, cycki i szkło!Dupapra podskoczyła i stanęła w wyzywającej pozie, a przynajmniej tak ją Kaseton odczytał. - Posłuchaj, chłoptasiu – rzekła. – Zaraz wskoczę do wody i więcej się nie spotkamy. Zanim to zrobię mogę spełnić twoje dwa neutralne życzenia albo wykonać jeden rozkaz. Od razu mówię, że życzenie od rozkazu niczym się w tym przypadku nie różni, poza tym, że rozkaz nie musi być neutralny.Kaseton patrzył bez zrozumienia.- Neutralność polega na tym, – tłumaczyła dupapra – że nie możesz sobie zażyczyć nic, co bezpośrednio zadziała na szkodę kogoś drugiego. Wolę to od razu zaznaczyć, bo ludzie zamiast chcieć coś dla siebie, wolą zawsze, żeby komuś innemu stało się coś złego. Taki altruizm w postaci czystej, hłe, hłe, hłe – zarechotała i składając dłonie jak do modlitwy, przybrała świętoszkowatą minę. – Mnie tam nic nie trzeba – szydziła – ale niech Malinowskiemu córka się puszcza, albo pies niech mu zdechnie – splunęła nie kryjąc pogardy. – Takich życzeń nie spełniam. Mogę za to dać ci telewizor albo pralkę. Jak chcesz.- Mam – odparł lekko oszołomiony Gienadij.- To gówno z tego będzie.- Jak to?- No bo jak masz, to na cholerę ci drugi?Kaseton skrzywił się, ale zaraz szybko się rozpromienił.- Nie mam komputera! – niemal krzyknął rozradowany jak uczniak. – A przydałby mi się, że hej. Mógłbym… - Nie ma szans – ucięła bez ogródek dupapra.Kaseton błyskawicznie posmutniał.- Czemu?- Mogę dać ci tylko telewizor, albo pralkę. Albo to i to, ale wtedy wykorzystasz oba życzenia.- Jak to? To co to za życzenia? – Kaseton nie krył rozczarowania. – Było od razu mówić, że możesz mi dać telewizor lub pralkę, a nie, że spełnisz dwa życzenia.- Na jedno wychodzi, tylko się nie zgrało.Zamilkli i chwilę stali w milczeniu. Czas płynął leniwie, dzień na dobre rozgościł się na świecie, promienie słońca coraz żwawiej przeskakiwały po marszczącej się wodzie płynącej rzeki.W końcu dupapra parsknęła rubasznym śmiechem. Gienadij patrzył, jak rechocze, niemal zwija się z radości, wskazując na niego palcem. Jemu wcale do śmiechu nie było. Czuł się oszukany. Nie tak wyobrażał sobie pierwszy dzień emerytury. Tymczasem niewiadomo skąd w dłoni dupapry pojawił się telefon komórkowy.- Chce komputer – powiedziała rechocząc coraz mocniej. – Dacie wiarę? Kto by pomyślał? Nikt na to nie wpadł.Rozłączyła się i niemal w tym samym momencie przestała głupio chichotać. - Panie Gienadiju kochany – powiedziała poważnie. – Proszę nam wybaczyć ten niewybredny dowcip, ale nie chcieliśmy niepotrzebnie wyrzucać pieniędzy. Naprawdę jesteśmy panu wdzięczni za wspólne lata pracy i trud, jaki włożył pan w rozwój przedsiębiorstwa.- Chyba nie rozumiem.Dupapra podskoczyła teatralnie i ściągnęła maskę.- Dyrektor Wąchała! – krzyknął rozpromieniony Kaseton.- We własnej osobie – odparł dyrektor Wąchała, który wcale nie przypominał już dupapry. - Jak też mogłem nie poznać pańskiego głosu? – nie mógł uwierzyć do głębi przejęty Gienadij.- Zmieniłem.- Ach…Dyrektor odchrząknął, podszedł do emeryta i serdecznie objął go ramieniem.- Pewnie pana dziwi cała ta maskarada?- No chyba trochę tak. Dupapra mnie zaskoczyła.Wąchała pokiwał głową ze zrozumieniem.- Widzi pan – powiedział dyrektor wolno dobierając słowa. – Jak zrobiliśmy zebranie w celu uradzenia, co też panu sprawić na pamiątkę, nie mogliśmy dojść do konsensusu. Porozumienia, znaczy się. No chyba nie myślał pan, że skończy się na głupiej wędce?- Wędka jest śliczna.- W każdym bądź razie, – ciągnął myśl dyrektor – zrobiliśmy w końcu tajne głosowanie z karteczkami, na których zebrani pisali swoje propozycje. I tak najwięcej padło z telewizorem i pralką. Było też i mnóstwo innych, całości wymienić uniesposób, ale czymże byłaby fabryka, gdyby wszystko nie było skrupulatnie zapisane i udokumentowane, co nie panie Gienadiju?- Oczywiście – przyznał gorliwie.Dyrektor sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i po chwili szperania wyciągnął złożoną na czworo kartkę papieru. Rozłożył ją i uśmiechnął się delikatnie.- Dla przykładu, żeby nie być gołosłownym – zawiesił głos przemykając po tekście czujnym wzrokiem. – O jest! Rower. Propozycja magazyniera Stadrysia Jerzego, poparta przez kucharza Dużego Mietka i sprzątaczkę, Kuzaj Helenę. Albo tu, kuchenka mikrofalowa. Pomysłodawca: starszy inspektor sanitarny Wiklina Waldemar. Pięć osób popierających propozycję. Albo jeszcze to. Przeczytam, bo dziwne wszystkim się wydało nieco. Kurczęta. Pielęgniarka, Mariolka, wie pan, ta ruda z… – tu dyrektor wykonał dłońmi koliste ruchy na wysokości piersi, czym wprawił Kasetona w zakłopotanie. – Chciała, żeby pan otrzymał od zakładu pudło z kurczętami. Trzydzieści sztuk. Była bardzo uparta. Krzyczała i darła włosy z głowy, musieliśmy podać jej valium i zamknąć ją w łazience, żeby się uspokoiła – dyrektor skrzywił się na wspomnienie. – Podobno pan lubi kury. Lubi pan?- Tylko małe jak są. Takie puchate.- No – ucieszył się Wąchała. – Nie będę panu czytał więcej, bo byśmy tu do wieczora stali. Było ponad sto… – raz jeszcze rzucił okiem na kartkę. – Prawie dwieście pięćdziesiąt propozycji, dwieście trzydzieści siedem dokładnie. Próbowaliśmy to przegłosować w głosowaniu jawnym, ale nie było łatwo. Zaczęliśmy odrzucać to, co nie przekroczyło progu wyborczego, ustalonego na dziesięć procent. Potem zawyżaliśmy minimum, aż zostały nam tylko dwie, o których już pan wie: telewizor i pralka. No i znowu nie było z górki, bo wyszło równo po połowie. Chcieliśmy, żeby rozstrzygnął głos pielęgniarki Mariolki, która nie brała udziału w głosowaniu, bo siedziała w łazience, ale ona nie chciała nawet słyszeć o czymkolwiek innym, niż te kurczęta. Trzydzieści sztuk kurcząt. No i w końcu uznaliśmy, że przecież może pan wcale nie potrzebuje żadnego z tych urządzeń, więc po co o nich radzić, głosować, kłócić się, tracić czas i energię? To była sytuacja patowa w obradach. Znaczy się, ni w tę, ni we w tę. Dopiero brygadzista Mazurkiewicz wpadł na pomysł z dupaprą. Bystry z niego chłop, nie ma co. I dziś wiemy już, że to był świetny pomysł, prawdziwy strzał w dziesiątkę. Inaczej miałby pan teraz dwie pralki, albo dwa telewizory, a tak, to jak wróci pan do domu, będzie na pana czekał nowiutki komputer. Dyrektor schował kartkę do kieszeni.- I co zadowolony?Kaseton patrzyła na uwielbianego dyrektora z czcią i szacunkiem. - Dziękuję – powiedział łamiącym się z wdzięczności głosem i dwie wielkie łzy szczęścia spłynęły mu po policzkach.Wpadli sobie w objęcia. Przez krótką chwilę Gienadij pomyślał o trzydziestu puchatych kurczątkach i zrobiło mu się chyba nawet troszkę szkoda, ale trwało to ułamek sekundy. Przecież byłyby takie fajne tylko przez parę dni, a potem by podrosły i zaczęły cuchnąć kurzym gównem, a jeszcze później trzeba by im poucinać łby. Wolał komputer.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-6691586539341499184?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/6691586539341499184/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=6691586539341499184&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6691586539341499184'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6691586539341499184'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/10/dupapra.html' title='Dupapra'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-4827733818611693536</id><published>2011-10-21T19:26:00.002+02:00</published><updated>2011-10-21T19:26:22.539+02:00</updated><title type='text'>Miś Trumniś</title><content type='html'>Był wczesny jesienny wieczór. Dżdżysta i kłująca już coraz mocniejszym chłodem, zwiastującym nadejście rychłej zimy, aura nie napawała radością. Bębenek Koala splunął gęstą plwociną i zdusił niedopałek na brudnej płycie zaniedbanego, marmurowego nagrobka. Z oddali dochodziły już coraz donośniejsze głosy żałobników i górujący nad nimi śpiew prowadzącego orszak kaznodziei. Niedźwiadek podniósł się z ławeczki i zaczął wygrywać monotonny rytm marsza żałobnego. Dwaj znudzeni grabarze, nie chcąc rzucać się w oczy uczestnikom ceremonii, ustawili się w cieniu dużego, rodzinnego grobowca, w którego bezpośrednim sąsiedztwie ziała w ziemi głęboka, prostokątna, niepokojąco czarna dziura, sprawiająca wrażenie, jakby nie mogła się już doczekać przyjęcia lokatora. Bębenek bardzo nie lubił tego krótkiego momentu, gdy samotnie stał przy emanującym nieprzyjemnym chłodem dole, w oczekiwaniu na zbliżających się żałobników. Poza tym, wszystko było w porządku. Robota nie była może ciekawa, ani z pewnością przyjemna, ale zdecydowanie było to coś o niebo lepszego, od katorżniczej harówki w cyrku w duecie z Winstonem Panierką. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Mimo, iż od czasu, kiedy udało mu się zbiec z tego cuchnącego śmiercią przybytku minęło już ładnych kilka lat, wspomnienia były nadal bardzo wyraziste, nie tracące nic z mocy negatywnych odczuć, jakie sobą wywoływały.Koala zamrugał szybko odganiając przykre wspomnienia i wzmógł wygrywany na lśniącym od deszczowej wilgoci brzuszku rytm. Po chwili ponury orszak skręcił z głównej alejki i zatrzymał się przy wąskiej ścieżce, prowadzącej do świeżego grobu. Ludzie w milczeniu rozchodzili się na boki, przeciskając się pomiędzy gęstą zabudową nekropolii, zwolna otaczając ostateczny cel wędrówki mieszkańca niesionej przez żałobników trumny. Co bardziej niecierpliwi zaczęli szeptać, okazując niezadowolenie warunkami panującymi na starym cmentarzysku, inni przepychali się mocno robiąc łokciami, by znaleźć się jak najbliżej pogrążonej w żałobie rodziny i tym samym móc bardziej aktywnie, czy bezpośrednio połączyć się z nią w poczuciu żalu po stracie bliskiej osoby. Albo po prostu, żeby lepiej widzieć i nie przegapić czegoś, o czym później ludzie będą mówić. No i oczywiście wśród gniotącej się całkiem licznej grupy ludzi znaleźli się również tacy, którzy koniecznie musieli na bieżąco śledzić reakcje najbliższych zmarłego, by móc ocenić stopień ich pogrążenia w żalu. A ten był całkiem spory, ale nie na tyle by usatysfakcjonować najbardziej wybrednych.- Pani Paprotkowa? – szepnęła przysadzista, odziana w futro z nutrii, pyzata żona kominiarza Kondrackiego. Było jej gorąco, o czym świadczyło wyraźne zaczerwienienie twarzy i strużki potu sączące się spomiędzy wściekle rudo ufarbowanych, ondulowanych włosów. – Ten pijak, to chyba nawet nie żałuje dziecka, nie sądzi pani?- Co? – nie zrozumiała zagadywana.- Mówię, że ten opój, to i nawet przejęty nie jest, że dzieciaka chowa.Paprotkowa spojrzała w kierunku obmawianego.- Czemu pani tak mówi?- No przecież nie płacze nawet – odparła zdziwiona brakiem zrozumienia kominiarzowa.- A tam zaraz ma ryczeć – nie zgodziła się wzruszając ramionami Paprotkowa. – Przecie to chłop. Pewnie w sercu żal gniecie.- A już w sercu – niemal krzyknęła Kondracka kuląc się natychmiast zdawszy sobie sprawę ze swojej nietaktownej reakcji. – On ta, pani, lód tam ma w piersiach, a nie serce – dodała powracając do przyciszonego tonu. – Jak i cała ta rodzinka, zresztą. Pewnie ten mały, jak nic, na takiego samego najducha by wyrósł, jak tatuś, gagatek i ladaco, że…- A niechże pani da spokój – przerwała jej Paprotkowa. – Przecież dzieciak jeszcze nie ostygł, a pani już jęzorem miele takie nieprzyzwoite rzeczy.- Co? Ja mielę? Nieprzyzwoite? Pani to też, zdaje się, Boga w sercu nie ma – fuknęła żona kominiarza i odwróciła się obrażona, szybko obrzucając tęsknym wzrokiem najbliższe otoczenie. Dojrzawszy kolejną sąsiadkę zaczęła przeciskać się w jej kierunku.Nieopodal stało w skrzywionych pozach trzech mężczyzn w średnim wieku, którzy, sądząc po minach, czuli się bardzo nieswojo, byli zniecierpliwieni i podenerwowani, o czym świadczyły, między innymi, nadmierna potliwość, skubanie paznokci i dreptanie w miejscu.- Długo jeszcze? – szepnął jeden.- Bo ja wiem? – odparł drugi. – Pewnie ze dwadzieścia minut. Albo i lepiej.- O żesz kurwa.- Zamknijcie się – upomniał kompanów trzeci z mężczyzn. – Przecież Zenka chłopaka chowają.- No właśnie – nie ustępował pierwszy z niezadowolonych. – Trza chłopa wspomóc w trudnej chwili należycie, a ci będą teraz pierdolić, śmondy buraczene i tępe ćwoki.- Pić im się nie chce, to będą tera stać do wieczora – dołączył drugi. – Co ich obchodzi cierpienie bliźniego? Byle się pokazać czarnemu, świętojebki w dupę uprzejme.Bębenek przysłuchiwał się tym i podobnym rozmowom z niewzruszoną, obojętną miną. Chciało mu się spać, bo poprzedniej nocy nawet nie zmrużył oka przez strzykanie w krzyżu. Humor przez to też mu nie dopisywał, więc tylko pomstował w duchu na narzekających. Starał się nie myśleć o niczym przyjemnym, by nie zapaść w drzemkę i nie przegapić swojego ostatniego, tego popołudnia, wejścia. Próbował skupić uwagę na żałobnikach, którzy każdorazowo wprawiali go w rozdrażnienie, skutecznie tym samym odganiając sen. Obserwował wystrojone w futra kobiety i mężczyzn w opiętych na nich i przyciasnych lub zwisających luźno garniturach. Jedni czuli się doskonale w roli żałujących, znajdując kolejną okazję do rozmów, inni nie mogli się już doczekać zakończenia uroczystości, która zmusiła ich do przywdziania nielubianej, przypominającej lepszą kondycję fizyczną czasy, odzieży. Do tego mało atrakcyjnego zgromadzenia dochodzili jeszcze, pomarszczony jak baranie buły kościelny Jarząbek, stojący nieruchomo i ściskający w sękatych dłoniach stylisko krzyża oraz rumiany na twarzy proboszcz Maciejewski, który załamującym się głosem wygłaszał ostatnią, pożegnalną mowę, wzbudzając tym samym coraz głośniejszy lament i westchnienia zebranych.Wreszcie kaznodzieja skończył z trzaskiem zamykając biblię i trumna powędrowała na swoje miejsce w zapraszającą ją czerń. Grabarze przystąpili do swoich czynności, czemu towarzyszyło delikatne bębnienie uaktywnionego Bębenka. Ludzie złożyli najbliższym zmarłego kondolencje, poczym zaczęli się rozchodzić i po paru chwilach na cmentarzu zapanowała cisza. Podmuchy wiatru łkały do wtóru stukającym cicho o nagrobki kroplom deszczu, jakby nie chciały zakłócać wiecznego snu ich mieszkańców. Chwilowe ożywienie po krótkiej przygnębiającej ceremonii poszło w zapomnienie. Łopaty odpoczywały wbite w ziemię, przejmująca chłodem otchłań grobu zaspokojona warstwą świeżej ziemi przestała kłuć duszę, nozdrza atakowała za to mieszanina zapachów świeżo rozgrzebanej ziemi, różnych gatunków ciętych kwiatów, igliwia wieńców i swądu trawionych ogniem zniczy.Bębenek po raz kolejny szybkimi ruchami palców przeliczył banknoty składające się na podzieloną przez starszego z grabarzy dolę za dzisiejszą, nadplanową fuchę.- Co tak wachlujesz, mały, wachlu, wachlu, co? – zapytał rozbawiony mężczyzna. – Gorąco ci tobie, co?- Wolę żeby na miejscu wyszło, co ma wyjść – odparł ostro miś. – Żeby potem nie było.Grabarz momentalnie stracił humor i przybrał obrażoną minę.- Że niby co ma wyjść komu kiedy, co że ma, co? – syknął.- Nie wiem – powiedział Koala chowając pieniądze do kieszonki flanelowego kaftanika. – Cokolwiek.- Że to niby niby oszukać cię niby niby chciałem mieć chęć, czy jak, co? – nie ustępował mężczyzna.- No? – dołączył z pretensjami drugi.Miś odsunął drugą, większą kieszonkę, znajdującą się z boku bębenka i wydobył z niej płaską półlitrówkę samogonu.- Eukaliptusówka – powiedział odkręcając korek. – Niezwykle rzadko spotykanej przedniości. Grabarze umilkli natychmiast i obserwując przełykającego drobnymi dozami niedźwiadka, przybrali przyjazne oblicza. Koala czknął delikatnie i wyciągnął butelkę ku oczekującym z niecierpliwością mężczyznom.- Pij, Tygrys – powiedział Bębenek. – Żeby ci na zdrowie poszło.Zaproszony nie dał się namawiać i szybko przytknął szyjkę do spragnionych ust. Zaraz przejął ją drugi i po chwili naczynie wróciło w ręce właściciela.- No – powiedział Koala. – To żeby nie było, że tam coś nie tego.- Jasna sprawa jest, że jest przecież, nie? – przytaknął Tygrys. – Ale dać jeszcze potrzeba jest na drugiego giczoła chęć, to się rozumie oczywiście. No i Lichy nabierze pokory, jak nie przecież, nie?- No – zgodził się młodszy z grabarzy oblizując spierzchnięte wargi.Niedźwiadek rzucił okiem na mężczyznę. Jego zmęczona, zszarzała twarz pocięta była wyraźnie widoczną siatką naczyń krwionośnych, ślina sączyła się z kącika ust, oczy płonęły niespokojnym blaskiem. Szybko podał mu flaszkę.-  Pij, Lichy – powiedział miś. – Żeby ci tam pod czołem szybko okrzepło.Parę minut później Koala pozostał sam z w połowie opróżnioną butelką. Usiadł na przewróconym wazonie i pociągnął solidny łyk eukaliptusówki. Westchnął przeciągle, schował do futerału pałeczki i już miał odejść w kierunku muru graniczącego z ogródkami działkowymi, gdy jego uszu doszedł ledwo słyszalny szept. Przynajmniej z początku tak sądził. Gdy zaczął nasłuchiwać, szybko doszedł do wniosku, że jest to krzyk, tylko bardzo odległy, jakby z… spod ziemi?Koala dopadł nowousupanego ziemnego nagrobka i rozchylił zaścielające go kwiaty. Głos słychać było jakby nieco wyraźniej. Zaczął rozgrzebywać łapkami gliniastą, mokrą glebę, aż dotarł do szorstkiej drewnianej płyty, tymczasowo stanowiącej nakrycie grobu. Nie bez wysiłku odsunął ją na bok i spróbował wsunąć głowę w głąb ziejącego czernią dołu, co nie było w jego przypadku łatwe, z uwagi na krępujący ruchy bębenek.- Jest tam kto? – krzyknął. – Halo!- Gacie się palą! – padła zniecierpliwiona odpowiedź.- Co?- Wypuśćże mnie!Koala usiadł z szeroko rozrzuconymi na bok nóżkami i skrzywił się w niepewności. Co powinien zrobić? A jak wyjdzie nieboszczyk? Albo, co gorsza, jakaś strzyga? I wychla z niego całą krew z krążącą w niej eukaliptusówką?- Jesteś tam?! – domagał się głos z głębi grobu. – Powietrza!Bębenek zerwał się na nogi, zaczął zamaszystymi ruchami rozrzucać wieńce i zbryloną ziemię. Po chwili przez powstały duży otwór, przerzucił spleconą naprędce z taśm kondolencyjnych linę i opuścił się na wieko trumny. Gdy tylko dotknął go stopami, usłyszał od spodu niecierpliwe dudnienie.- Pospiesz się!- Nie możesz sam wyjść? – zapytał podejrzliwie Koala.- Jestem przywiązany!Przywiązany? Bębenek nieco się zaniepokoił. Kto przywiązuje nieboszczyka do trumny? Po co? To jasne. Żeby nie wyszedł. A jaki nieboszczyk może zechcieć wyjść z trumny? Proste. Zombie, albo inne paskudztwo. Niedźwiadek ostrożnie przyłożył ucho do wieka.- Ktoś ty? – zagadnął.Z wnętrza dała się słyszeć szamotanina.- Otwieraj! – padła nerwowa odpowiedź. – Później będzie czas na prezentację. - Mów, ktoś ty? – nie ustępował Koala. – Bo cię nie wypuszczę.Po jego słowach ponownie nastąpiła chaotyczna szarpanina i zapamiętałe walenie w wieko. Wobec widocznego braku efektów po chwili zapanowała cisza. - Proszę, – dobiegł zrezygnowany głos – wypuść mnie. Jestem tylko małym misiem.Koala jakby dostał obuchem w potylicę i zaraz potem po pysku z plaskacza i na odlew. Myśl rozjarzyła się w jego umyśle jak noworoczna petarda. Miś! Czy to możliwe? Jacy ludzie chowają w trumnie misia? Przecież to niedorzeczne. Z drugiej strony, który umarlak użyłby takiego fortelu? Każdy wymyśliłby sto lepszych kłamstw, niż podszywanie się w takich okolicznościach pod misia. A może ten nieboszczyk jakoś wyczuł, że ma do czynienia właśnie z misiem i próbuje go teraz omamić i wykorzystać jego słabości?Po początkowej euforii, Bębenek nabrawszy nowych podejrzeń, ponownie przycisnął twarz do wieka.- Jaki miś? – zapytał.- Normalny – padła odpowiedź. – Miś, jak miś. Zwykły mały miś.Koala spochmurniał. Nie ma takiego czegoś, jak zwykły miś. Żaden miś nie określi się w taki sposób.- Ale jaki? – dopytywał. – Panda?- Sranda, a nie panda! – padła ostra odpowiedź, aż Bębenek podskoczył na wieku. – Jestem Miś Trumniś! Otwieraj w tej chwili, albo będziesz mnie miał na sumieniu i będę cię nawiedzał w nocnych koszmarach!Koala nigdy nie słyszał o takim misiu, ale stanowczość i szczerość słów uderzyły go tak mocno, że nie tracąc czasu zsunął się w wąską szczelinę z boku trumny i zaczął podważać wieko. Nie obyło się bez pomocy uwięzionego i po kilku minutach udało się otworzyć skrzynię. Ciemność była absolutna i Bębenek niewiele widział. Z obawą sięgnął w głąb, w kierunku dobiegających z dołu dźwięków łapczywego oddechu i zaczął po omacku szukać jego właściciela. Wzdrygnął się, gdy natrafił na zimną twarz nieboszczyka, ale zaraz potem wyczuł pod palcami miękkie, ciepłe futerko. To zmobilizowało go do działania i po chwili udało mu się przy pomocy małego scyzoryka przeciąć krępujące misia więzy. Nie tracąc czasu na rozmowy w ciemnościach szybko wydostali się na powierzchnię, powtórnie wykorzystując splecioną przez Bębenka linę z taśm żałobnych.- Olaboga – westchnął z wdzięcznością Trumniś. – A myślałem, że już się uduszę. Dziękuję ci po stokroć. Zrobiłeś wielki uczynek całemu społeczeństwu.Koala przyjrzał się uważnie nowopoznanemu. Miś miał brązowe, lekko przybrudzone ziemią, ale bardzo zadbane i puszyste futerko. Był misiem sztucznym, pluszowym, z zawiązaną pod szyją kokardką z biało czarnej taśmy, z wykaligrafowanym pożegnalnym tekstem podpisanym „Zawsze kochający mama i tata”. Jego brązowe oczy i duże, odstające uszy były niemalże idealnie okrągłe.- Co się tak gapisz? – zapytał ostro Trumniś.Koala przerwał obserwację nowego towarzysza.- Skąd się wziąłeś? – odparł pytaniem.Miś parsknął zdziwiony.- Nie poznajesz mnie? – rzucił z niedowierzaniem. – Przecież codziennie mówią o mnie w telewizji. I to w prime timie. Zawsze przed dobranocką i zaraz po, no i oczywiście po wiadomościach. Rzecz jasna nie tylko, bo jeszcze…- Ja nie oglądam telewizji – przerwał Bębenek. – Szkoda czasu.- Jak to? – nie mógł uwierzyć Trumniś. – A jak byłeś mały?- Jak byłem mały, to występowałem w cyrku.- Pracowałeś od dziecka? – zafrasował się Miś. – No trudno. Ale nic nie szkodzi. Koniecznie musisz mnie zobaczyć. O! – ożywił się. – Na przykład w gazecie. Przecież moje zdjęcia są prawie w każdej gazecie! I to na okładce!- Daj spokój – skrzywił się Koala, któremu przypomniały się plakaty z własną podobizną. – Wystarczy, że opowiesz.- Nie! – Trumniś poderwał się na krzywe nóżki. – Musisz koniecznie zobaczyć! Wybiegł na alejkę i zaczął gorączkowo się rozglądać.- Gdzie brama? – zapytał. – Pewnie jest tam jakiś kiosk. Zawsze są przy cmentarzach.Mimo oporów Bębenka, po chwili znaleźli się przy bramie. Kiosk był nieczynny, ale przez okratowane okna widać było mnóstwo okładek kolorowych magazynów. Trumniś podskoczył, zgrabnie wspiął się po kracie i zaczął przegląd witryny.- O! – krzyknął. – Jestem! Musisz zobaczyć!Koala westchnął. Nie miał najmniejszej ochoty oglądać zdjęć swojego nowego, chełpliwego kolegi. Zwłaszcza, że we wspinaczce trochę przeszkadzał mu bębenek. - No chodź! – ponaglał Trumniś.- Nie jestem ciekaw – krzyknął Bębenek.Trumniś zaczął z łoskotem szarpać kratą.- Uspokój się! – upomniał go Koala. – Bo ktoś zadzwoni na policję!- A niech zadzwoni! – nie dawał za wygraną Miś. – Nie przestanę, dopóki nie zobaczysz.Widząc, że nie ma szans na upór Trumnisia, Koala zaczął wolno wspinać się po okratowaniu.- Dawaj! – zachęcał go Miś. – Jeszcze trochę, dasz radę!Koala zacisnął zęby i po chwili zawisł obok kolegi.- No i? – zapytał bez większej ekscytacji.- Patrz – Trumniś wskazał z dumą na kolorowy magazyn.Na dużej rozkładówce faktycznie widniały fotografie jego nowego znajomego. W nagłówku strony widniał napis: „Miś Trumniś. W trumnie każdego dziecka”. - No i jak? – zapytał nie kryjąc dumy Trumniś. – Robi wrażenie, co nie?Bębenek miał mieszane uczucia.- Czy ja wiem?Miś zeskoczył na ziemię. - Jesteś po prostu zazdrosny.- Gówno prawda – zaprzeczył Koala lądując obok Trumnisia. – To przykre, być na zdjęciach w trumnie. Poza tym, to nic innego, jak tylko zwyczajna reklama, a to oznacza, że wcale nie chodzi konkretnie o ciebie. Tłuką was taśmowo, jak odważniki, albo szczotki do kibli.Trumniś początkowo parsknął sądząc, że to dobry dowcip, ale widząc poważną minę Koali, nie krył zdziwienia jego oceną stanu rzeczy.- Ty chyba nie mówisz poważnie? – niedowierzał.- Przeciwnie.- Przecież widzisz, że to moje zdjęcie jest na okładce.- Nie twoje, tylko pluszowego Misia Trumnisia – zaznaczył Bębenek.- Czyli moje – upierał się Miś.- Niekoniecznie.- Dobrze pamiętam, jak robili mi to zdjęcie. I wiele innych do różnych folderów. Jestem sławny i dla tego mi dokuczasz.- Jesteś głupi.- Sam jesteś głupi – odgryzł się Trumniś. – Czemu nie chcesz przyjąć do wiadomości, że masz do czynienia z gwiazdą?- Gwiazdą? – Koala wydął policzki i parsknął. – Raczej nikomu nie potrzebnym, fartownie niedoszłym kawałkiem zgniłego pluszu. Powinieneś mnie całować po stopach za uratowanie nędznego żywota, gwiazdorze.- Aleś ty tępy.- Inaczej mówiłeś, jak wąchałeś kwiatki od spodu.- Było mi całkiem dobrze.- To po jaką cholerę darłeś mordę, by cię wypuścić? – nie wytrzymał Koala.Trumniś skrzywił się, rozdziawił bezzębną buzię, ale słowa, uwięzły mu w gardle.- No, bo… - Co „no, bo”? – nie ustępował Bębenek. – Jesteś hipokrytą! Najpierw chełpisz się, że chcą cię włożyć do każdej trumny zmarłego dzieciaka, a gdy już się to stanie, drzesz japę, żeby cię wyciągnąć. Bardziej zależy ci, by dostać się na pierwsze strony gazet, byle jakim kosztem, a potem co? Walisz w pory ze strachu! Strugasz twardziela, żeby wszyscy zazdrościli ci popularności, a jak już zniknąłeś z oczu gawiedzi, wyłazi z ciebie gnida, prostaczek i sprzedawczyk. A do tego bezdennie tępy dzwon. Jak mogłeś myśleć, że jesteś jednym jedynym Misiem Trumnisiem? Że niby co? Dadzą cię umarlakowi na pięć minut i potem z powrotem na salony? Przecież wy jesteście jak karma dla psów, jak nawóz, szampon do włosów, puder albo bierki. Produkt, który nie jest nawet dobry i trzeba go szeroko rozreklamować, bo inaczej nikt tego nie kupi. Z wami to nawet gorsza sprawa niż z karmą, czy tym wszystkim innym, bo jesteście zupełnie niepotrzebni. Wkładanie pluszowego misia do trumny to pomysł absurdalny. Po jaką cholerę? Jeśli spojrzeć z estetycznego punktu widzenia, to może i ładnie, bo dzieciak nie idzie do gleby sam, tylko z maskotką, ale to również kupy się nie trzyma. W końcu każdy ma swoją ulubioną zabawkę i wolałby być pochowany z nią, a nie z jakimś nadętym bufonem.Trumniś patrzył na Koalę z niedowierzaniem, jego oczy robiły się coraz większe i większe, by w końcu wypełnić się łzami, które nie mogąc się w nich pomieścić, trysnęły na wszystkie strony, jak na kreskówce. - To nieprawda – rozszlochał się nieporadnie. – Nie prawda, nie prawda, nie prawda!Miś przewrócił się na brzuszek i zaczął zapamiętale tłuc w ziemię zaciśniętymi piąstkami.- To podłe kłamstwo! – krzyczał przez łzy. – Kłamstwo i oszczerstwo!Widząc, że Miś mocno przeżywa słowa prawdy, Bębenek zaprzestał oskarżeń, usiadł na niskiej ławeczce, sięgnął do kieszonki i wyciągnął butelkę. Odkręcił kapsel i pociągnął tęgi łyk. Trumniś nie przestawał płakać, ale coraz mniej się miotał i po chwili już tylko wstrząsały nim coraz rzadsze spazmy.- No nie rycz już – powiedział Bębenek. – Masz, pociągnij łyk. Dobrze ci zrobi.Miś nie wstając, ukradkiem spojrzał na Koalę. - Co to jest? – zapytał stłumionym, przerywanym głosem.- Napój z eukaliptusa – padła odpowiedź. – Mój ulubiony. Orzeźwia i stawia na nogi, jak żaden inny.Trumniś usiadł okrakiem i przejął butelkę. Powąchał ostrożnie.- Pfuj! – skrzywił się. – Przecież to alkohol jest!- Pewnie, że tak – przyznał zdziwiony Koala. – A cóż by innego?- Przecież ja jestem ulubieńcem dzieci! – oburzył się Miś. – Jak możesz mi to proponować!? To niesmaczne, niestosowne i…- Przestań pierdolić i wal banię, bo cię zostawię tu na deszczu – ryknął Bębenek zrywając się z ławeczki. – I będziesz siedział sam, aż znajdą cię jakieś menele i przerobią na bambosze! I to samo cię czeka, jak usłyszę choćby jeszcze jedno słowo o dzieciach, telewizji i popularności. Jesteś niczym innym, jak nikomu niepotrzebnym, zużytym i zakopanym w ziemi pluszowym misiem. Rozumiesz, gówniarzu!Trumniś zamarł z miną znamionującą niedowierzanie z przewagą ogarniającego go przerażenia.- Pij! Miś posłusznie uniósł butelkę i pociągnął niewielki łyk.- Więcej! – strofował go Koala waląc w bębenek mocno zaciśniętą pięścią. – Mam widzieć, jak opróżniasz butelkę! Inaczej z powrotem wrzucę cię do grobu i zakopię!Trumniś przymknął oczy i przełknął trzy spore łyki. Ostatni wykrzywił mu pyszczek, strużka pomknęła z kącika ust.- Dobra – powiedział Bębenek odbierając butelkę z drżących dłoni. – Będzie ci. Opróżnił flaszkę do końca i schował puste naczynie do kieszonki. Poparzył w niebo, przeklął w duchu przesuwające się nisko chmury i coraz mocniej siąpiący deszcz. - Czas na nas – ocenił. – Zbieraj dupsko i spadamy stąd.Trumniś nie bez trudu wstał na rozchwiane nogi. Minę miał niepewną, ale na szczęście zniknął z niej strach.- To znaczy się, idziemy gdzie? – zagadnął.Język mocno mu się plątał, głowa lekko opadała na pierś gniotąc zgrabnie zawiązaną pod szyją, kolorową kokardkę.- Do domu. Na działki.*Koala ogryzał lekko podwiędłe jabłko obserwując z ciekawością, jak Trumniś znika w zakrytym kwiatami świeżym grobie. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że grabarze coś podejrzewają, choć żaden z nich nie dał temu świadectwa oskarżeniami, czy niewygodnymi pytaniami. Bębenek po prostu przeczuwał, że coś jest nie tak, dlatego też nie zaglądali do grobów bezpośrednio po pochówku, tylko wracali po kilku godzinach, upewniwszy się wcześniej, że mężczyźni nie czają się gdzieś w pobliżu. Nie było sensu ryzykować. Mieli zbyt dużo do stracenia. Z tego też powodu nie obnosili się z sukcesem, jaki osiągnęli, tylko Koala inwestował zgromadzony majątek w sekrecie i pod pseudonimem. Przyjdzie jeszcze czas na korzystanie z jego dobrodziejstw. Najważniejsze, to nie pozwolić, by sodówka uderzyła do głowy.Dwukrotne szarpnięcie sznurkiem oznaczało, że Trumniś przymocował linę. Koala zaparł się nóżkami, mocno ją pociągnął i zwinąwszy dwa łokcie, zawiązał koniec o wkopaną w ziemię ławeczkę. Gdy po chwili nasłuchiwania przy otworze w nagrobku usłyszał umówiony dźwięk, odwiązał linę i zaraz potem zaczął ją ponownie wciągać na górę, posapując z wysiłku. Po kilkunastu mocnych ruchach Miś ukazał się w rozgrzebanej w ziemi dziurze.- No i? – niecierpliwił się Koala.- Nie najgorzej – odparł Trumniś. – Złota obrączka i sygnet. Miał jeszcze zegarek, ale na sztucznym pasku i jakiś gówniany, elektroniczny, to nie brałem.- I dobrze – zgodził się Koala. – I tak nikt tego później nie chce odkupić, a wpaść łatwo. Masz – dodał wyciągając ku Misiowi piersiówkę. – Golnij sobie.- Jasne – odparł Trumniś z wdzięcznością przyjmując poczęstunek. Odkąd Koala uratował małego Misia od niechybnego zgnicia w grobie, ten wielokrotnie już odwdzięczył mu się wysoce rozwiniętymi zdolnościami w plądrowaniu grobów i włamywania się do najróżniej zabezpieczonych trumien, owocem czego był szybki przypływ gotówki, jaką otrzymywali za drogocenne przedmioty, w których posiadanie dzięki owym umiejętnościom weszli.A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Na drugi dzień po wyciągnięciu Trumnisia z grobu, Miś mocno odchorował kurację eukapliptusówką, którą uraczył go Bębenek. Za nic nie chciał uwierzyć też w słowa Koali, które tak drastycznie druzgotały całe jego wyobrażenie o swojej pozycji społecznej, nie wspominając już o karierze. Dopiero, gdy wraz z Bębenkiem włamali się do kilku kolejnych grobów, w których znaleźli mniej lub bardziej zbutwiałe szczątki Misi Trumnisi, uwierzył. Przeżył wówczas głębokie załamanie, z którego pewnie by się nie podźwignął, gdyby nie eukaliptusówka. Dla Koali, pozytywnym efektem uświadomienia Misia, było z kolei to, że przy okazji jednej z wizyt w grobie, Bębenek zabrał ze sobą zegarek, jaki zsunął się z gnijącej ręki nieboszczyka. Wydał mu się całkiem ładny, więc powiesił go na gwoździku nad łóżkiem. Później okazało się, że to bardzo drogocenny egzemplarz, o czym poinformował go Trumniś. Podobno jeden z telewizyjnych producentów miał taki sam i twierdził, że to pamiątka z komunii. Bębenek powątpiewał, ale zmienił zdanie, gdy zgarnął za niego całkiem pokaźną sumkę u pasera. I w tenże sposób rozpoczęła się passa. W tygodniu robili kilka świeżych grobów, zanim te zostały przykryte pomnikami i w ten sposób, w przeciągu kilku miesięcy uskładali całkiem niezłą gotówkę, która pozwoliła im już całkiem poważnie myśleć o wyprowadzce z działkowej altanki, wzbogacenia i urozmaicenia menu i ogólnie, znacznym podniesieniu statusu społeczno – ekonomicznego. Trumniś bardzo chciał wrócić do wielkiego świata, o czym coraz częściej wspominał Koali przy każdej nadarzającej się okazji do momentu, gdy jedną z takich uwag sprawił, że Bębenek wpadł w furię. Od tamtej pory Miś drżał na samą myśl napomknięcia Koali o zmianie ich losu, mimo iż nie przestawał o tym marzyć. Cóż. Koala miał już w swoim życiorysie występy dla tłumów w blasku fleszy, o czym z taką goryczą wspominał, gdy ciut za dużo sobie podechlał. Czy zaryzykowałby powtórne wyjście z cienia? Miś srodze w to wątpił i bał się, że na samą myśl o takiej odmianie Bębenek znów wpadnie we wściekłość i jeszcze zrobi komuś (jemu) krzywdę albo sam dostanie zapaści.Wszystkie te obawy były jednakże niczym innym, jak owocami spaczonego traumatycznymi przeżyciami umysłu Trumnisia, bezpodstawnymi obawami i wysnutymi z palca nie znajdującymi w rzeczywistości źdźbła pokrycia. Koala nie raz dawał mu już do zrozumienia, że jak tylko się odkują i odpowiednio ostrożnie zaplanują wydatki, sam z ulgą porzuci cmentarny klimat i wypłynie na szerokie wody, może nie od razu show bussinesu, ale z pewnością, konsumpcjonizmu.Mimo zapewnień Bębenka, Trumnisia w dalszym ciągu trawiły jednak obawy i zgryzoty. Śnił nocami koszmary, w których Koala przybierał postać rozwścieczonego demona, który dybie na życie Misia, gdy tylko ten choćby wspomni o zmianie trybu życia. Zaczynał nawet na jawie dostrzegać na obliczu Bębenka niepokojące grymasy, które zawsze występowały przy okazji, gdy ich rozmowa zbaczała na drażniący Trumnisia temat wzrostu wydatków, wyjścia z cienia i porzucenia cmentarnego procederu.Z upływem kolejnych miesięcy gniotące malutkie serduszko rozterki, żale i coraz mocniejsze ukłucia strachu zaczęły wpędzać Misia w szpony eukaliptusowego nałogu, który początkowo uśmierzał jego obawy i lęki, ale z czasem stał się dodatkowym ich katalizatorem. To z kolei sprawiło, że wyrzuty sumienia zaczął odczuwać Koala, który miał do siebie pretensje, że wpędził młodszego kolegę w nałóg.I tak, aby jak najmniej myśleć o trapiących ich rozterkach, pracowali coraz więcej rozszerzając swoją działalność na inne, coraz odleglejsze nekropolia, wchodząc we współpracę z zaufanymi znajomymi Bębenka z danych lat, jak Jelonek Kaładze, który otworzył całkiem nieźle prosperujący zakład pogrzebowy, czy Goryl Równiacha spełniający się od jakiegoś czasu w roli głównego palacza dużego miejskiego krematorium. Razem tworzyli filie i terenowe agentury, co przyczyniało się do pomnażania ich majątku, a to paradoksalnie zamiast cieszyć, wpędzało Trumnisia w coraz większe obawy o zdrowie psychiczne Koali, który sam czuł się doskonale, ale za to srodze martwił się o kondycję małego Misia.*- Bardzo dobrze – ocenił Koala chowając trofea do kieszonki. – Jeszcze parę wypadów i będziemy musieli się przyczaić.- A to czemu? – zdziwił się Trumniś. – Przecież idzie nam coraz lepiej? Chodźmy lepiej się gdzieś zabawić, wydajmy trochę szmalcu, a nie siedzimy w twojej szopie, jak te dwa menele.Koala zmierzył Misia piorunującym wzrokiem.- No wiem, wiem – powiedział szybko Trumniś. – Jeszcze nie czas, musimy być ostrożni, zachować czujność, ble, ble, ble.- A w dupsko cię nie kopnąć, konusie?- Sam się kopnij – odparł hardo Miś. – Najlepiej w ten pusty łeb! Ty masz jakąś manię prześladowczą, czy co? Na cholerę zbieramy to wszystko, skoro od miesięcy żremy szczaw i jagody? Koala zmarszczył brwi.- Tyle razy ci tłumaczyłem, półgłówku – parsknął purpurowiejąc na twarzy. – A ty znowu swoje?- Bo z ciebie chytry ćwok.Tego było Bębenkowi za wiele. Podbiegł do mniejszego kolegi i huknął go pięścią między oczy. Zaskoczony Trumniś poleciał w tył lądując bezwładnie w kępie porastających przygrobową rabatkę, bratków. Koala skoczył ku leżącemu i unieruchomił go siadając na nim okrakiem. Wymierzył leżącemu jeszcze dwa ciosy i pochylił się nad półprzytomnym.- Posłuchaj, gwiazdorku – wycedził przez zęby. – Gówno mnie obchodzi, co o tym myślisz. Pamiętaj, że jak mnie jeszcze raz wkurwisz, to łeb ci rozwalę i wrzucę do pierwszego lepszego grobu, gdzie zgnijesz, jak powinieneś to zrobić pół roku temu. Rozumiesz co do ciebie mówię? Tu nie telewizja, pajacu, tylko zwykła, szara codzienność. Obudź się wreszcie! Dla podkreślenia wagi swoich słów chlasnął leżącego z otwartej. - Wystarczy! – krzyknął przerażony wybuchem Koali, Trumniś.- Obudź się! – jeszcze raz poprawił, tym razem z główki.- Przestań! Proszę! Już nie będę! Ty tu rządzisz. Zrobię, co karzesz! – przełknął gromadzącą się gorzką ślinę rozczarowania i porażki, którą dodatkowo wycisnęło z niego kolejne, piekące policzek uderzenie. – Wystarczy!- Na pewno?- Przysięgam!- No – Bębenek zszedł z leżącego. – Tylko, kurwa, mi podskocz jeszcze kiedyś. Będziesz do końca życia popijał końskie szczyny i srał agrestem.Trumniś pozbierał się z trudem i, uważając by Koala nie patrzył, pokazał mu język. W tym też momencie poprzysiągł sobie, że tego już Bębenkowi darować nie może. Był mu wdzięczny za ocalenie życia, ale wszystko ma swoje granice. Ponad pół roku harował już na usługach niedźwiadka i co z tego miał? Ból, cierpienie i szykanowanie. I za co? Przecież starał się jak mógł, pracował ciężko w dzień i w nocy, był praktycznie na każde skinienie despotycznego Koali, a w zamian nie otrzymywał prawie nic. Nic poza miską podłej strawy. Nie licząc pojenia eukaliptusówką, od której chyba się już uzależnił. To nie może dłużej trwać. Nie wytrzyma takiego rygoru. Co innego gdyby mógł korzystać z majątku, w jaki dzięki jego pracy weszli. Nie chodzi nawet o jakieś szczególne luksusy, wystarczyłoby tylko od czasu do czasu wyskoczyć gdzieś, zabawić się, posmakować świata. A nie całymi dniami przesiadywać na cmentarzu i bawić się w ciociu babkę z grabarzami. I popijać eukaliptusówkę. I zasypiać po niej niespokojnie i budzić się na nowo i ponownie zapadać w eukaliptusowy sen… I śnić koszmar za koszmarem, koszmar za koszmarem…*- Ułech, łech, błeeee, łeee!!!Bębenek zerwał się z posłania, czując jak jeży mu się futerko na całym ciele, poza, rzecz jasna, bębenkiem. Panująca w domu nieprzenikniona ciemność nie pozwoliła mu na należyte ocenienie sytuacji, ale perfekcyjnie działający słuch (poza tym, że wyjątkowo wyostrzony naturalnie, to jeszcze dodatkowo wyszlifowany długoletnią karierą sceniczną i późniejszą pracą zawodową) wyraźnie wskazywał jako źródło obłąkańczego wrzasku, sąsiedni pokój, który zajmował Trumniś. Koala nie tracąc czasu skrzesał płomień i podpalił lampę naftową (drzemiąca w nim wrodzona dzika natura, w dalszym ciągu nie pozwalała mu całkiem oswoić się z dobrami cywilizacji, spośród których elektryczność stanowiła najtrudniejszą do pokonania barierę). Z walącym sercem ruszył wąskim korytarzem. Rozpełzające się po ścianach żółte światło ukazało zamknięte drzwi sypialni Trumnisia. Bębenek nacisnął klamkę i pchnął je do wewnątrz. Wkroczył do środka i uniósł lampę. Miś siedział w łóżku wyprostowany, z wykrzywionym przerażeniem pyszczkiem i wrzeszczał wniebogłosy. Koala westchnął przeciągle. Ile to jeszcze potrwa? Ile czasu musi upłynąć, by malec doszedł wreszcie do siebie? Przeszłość była bolesna. Jemu samemu też zdarza się jeszcze od czasu do czasu budzić z krzykiem. Nie pomagały na to żadne lekarstwa, luksusy i zagraniczne wojaże. I eukaliptusówka również. Wspomnienia, bez względu na to, czy są dobre, czy paskudne, nie mają ceny. Bębenek podszedł do łóżka i chlasnął Trumnisia z otwartej. - Obudź się! – krzyknął.Głowa misia przekrzywiła się w bok od uderzenia, ale krzyk nie ustał.- Obudź się! – powtórzył Koala poprawiając na odlew znacznie mocniej, aż uwolniony uderzeniem różowy język Trumnisia wymknął się z rozwartych ust i zatoczył szeroki łuk zawijając się niemal za ucho.Miś przestał krzyczeć, otworzył szeroko oczy i zaczął się rozglądać z półprzytomną twarzą. Gdy jego wzrok spoczął na Bębenku odetchnął z wyraźną ulgą. - O kurwa! – jęknął opadając na poduszkę. – Ależ miałem sen. Koala pokręcił głową i wycofał się do swojego pokoju gasząc światło. Trumniś otarł spoconą buzię jedwabną chustką i sięgnął po stojącą na nocnej szafce szklankę z whisky (od jakiegoś czasu wolał ją od eukaliptusówki). Pociągnął tęgi łyk. Przyjemne palenie w gardle rozjaśniło mu myśli. Wymacał pod poduszką pilota. Serce waliło mu jeszcze mocno, ale wyraźnie się uspokoiło, gdy połowa ściany sypialni rozbłysła jaskrawymi kolorami panoramicznego ekranu telewizora, nastawionego na program, na którym, bez względu na porę, emitowane były bajki o Misiu Uszatku. Na pyszczek Trumnisia nieśmiało wypełzł błogi uśmiech. Zwolna odprężając się zaczął podśpiewywać wraz z narratorem:Jestem sobie mały miś, gruby miśZnam się z dziećmi nie od dziś.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-4827733818611693536?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/4827733818611693536/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=4827733818611693536&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4827733818611693536'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/4827733818611693536'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/10/mis-trumnis.html' title='Miś Trumniś'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-405629715404380896</id><published>2011-09-24T16:40:00.002+02:00</published><updated>2011-09-24T16:40:33.903+02:00</updated><title type='text'>Paradoks stolarza</title><content type='html'>Czasy to były zamierzchłe, reguły jeszcze w miarę jasne, a normy obyczajowe choć może nie najwyższych lotów, to jednak powszechnie przestrzegane i przez wszystkich respektowane. Przynajmniej z pozoru. W owym okresie mianowicie, zaczęły pojawiać się już sygnały mieszania się zwyczajów i mącenia praw regulujących zasady współpracy, czy może raczej współżycia stolarzy i murarzy. Choć może słowo „współżycie” nie jest tu również najszczęśliwiej zastosowane. Lepsze będzie raczej użycie zwrotu „współegzystowanie”, chociaż to też nie oddaje w pełni jakości tych relacji. Żadną tajemnicą nie jest bowiem wzajemna niechęć obu tych grup społecznych, a wyżej wymienione zależności trochę ciężko nazwać nawet współegzystencją, skoro ograniczały i dotychczas ograniczają się one jedynie do unikania murarzy przez stolarzy i odwrotnie – dążeniu murarzy do spotkania stolarzy. W dawnych czasach jednakże każdy stolarz trzymał się swojej udeptanej lekkim chodakiem ścieżki, zaś murarze rzadko zapuszczali się w rejony gęsto od zarania dziejów zastolarzone, zadowalając się czyhaniem na nich w miejscach, w które nie powinni się zapuszczać. Nie było to oczywiście łatwe, bo choć stolarze nie grzeszyli odwagą, to nie można było odmówić im rozsądku, zatem doskonale wiedzieli gdzie bezpiecznie mogą się zapuszczać bez narażenia się na spotkanie wrogo nastawionego murarza. Z kolei murarze chcąc zaspokoić swoje zbrodnicze względem stolarzy instynkty musieli dopuszczać się forteli i podstępów, by zwabić swe ofiary w miejsca, lub aranżować sytuacje, w których eliminacja stolarzy była społecznie akceptowana. &lt;br /&gt;Przedstawiona poniżej historia miała miejsce w czasach bardzo odległych, ale, jak wspomniano wcześniej, noszących już pierwsze znamiona przemian, które tak mocno odcisnęły później swoje piętno w erze oświecenia. W czasach, gdy rozegrały się opisane tu wydarzenia, zaczęły być odczuwane i widoczne pęknięcia w starych, skostniałych strukturach, które w wiekach dużo późniejszych, zwłaszcza współczesnych, przestały w ogóle istnieć, a akceptowane przez pradziadów reguły, teraz zdają się już w ogóle nie obowiązywać. Praktycznie wszędzie i w każdych okolicznościach można obecnie spotkać goniących za sobą odwiecznych rywali, czy raczej oprawców i ofiary, na każdym kroku towarzyszy nam też widok wściekłych murarzy mordujących płochliwych, bezbronnych stolarzy. Co gorsza z upływem lat zatarły się nawet kiedyś tak wyraźnie widoczne cechy charakteryzujące obie te prastare rasy i tak na dobrą sprawę niekiedy trudno już je rozpoznać. W teraźniejszej rzeczywistości praktycznie każdy mijany na ulicy przechodzień, każdy polityk, artysta, czy komiwojażer może tak na prawdę być murarzem, albo stolarzem, mimo, że nie czuć od niego na metry cementem, wapnem, trocinami, czy też klejem do drewna. Innymi słowy, nigdy nie wiadomo, w kim nagle odezwie się pradawna, dziedziczona w genach natura.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Pewnego dnia mały stolarz, Henio Jodełka, poczuł, że otaczająca go rzeczywistość nie jest taka, jaka życzyłby sobie aby była, lub też inaczej mówiąc, że to on kompletnie nie pasuje do tętniącego wokół niego świata. Zupełnie nie cieszyły go prace stolarskie i obcowanie z drewnem, za to podświadomie niezwykle silno pociągała go jakaś tajemna, nieznana i obca wszystkim jego współbraciom moc (wówczas jeszcze nie wiedział, że była to murarka), przed którą wcale nie czuł strachu, przez co postrzegany był przez rówieśników jako dziwak, odszczepieniec, odmieniec i półgłówek. Rodzice przez pewien czas posyłali go nawet do różnych lekarzy, specjalistów, a nawet zielarzy, ale im bardziej środowisko starało się wykorzenić z niego nienaturalne dla społeczności, w której funkcjonował, skłonności i upodobania, tym one bardziej się ukorzeniały i twardniały. &lt;br /&gt;Szalę przechylił pozornie blachy incydent, jakim był Rytuał Bezczeszczenia Kielni, który musiał przejść każdy sześciolatek przed pójściem do stolarskiej podstawówki. Był to obrządek powtarzany z pokolenia na pokolenie i polegał na uroczystej profanacji znienawidzonego przez stolarską wspólnotę narzędzia, poprzez oddanie na nie moczu przez przyszłych kadetów pierwszego szczebla nauczania. Aktowi towarzyszyły obfitujące w żarliwe orędzia okolicznościowe przemowy, które poprzedzało uroczyste odśpiewanie hymnu stolarzy, pieśni o dosyć buńczucznym i pretensjonalnym tekście z refrenem „Stolarzu hebel chwyć!”, która to fraza była zarazem tytułem utworu.&lt;br /&gt;Henio czuł się owego pamiętnego dnia źle od samego rana. Już w wigilijny, odświętny wieczór nie mógł zasnąć przeczuwając, że kolejna doba zrządzi w jego życiu jakąś odmianę. Nie miał pojęcia o co dokładnie chodziło, ale był pewien, że przyniesie ona dla niego olbrzymią transformację. I nie mylił się. Gdy tylko rozpoczęła się doniosła uroczystość i wszyscy zgromadzeni, pogrążeni w zadumie, z sercami rozpieranymi radością przystąpili do zbiorowego odśpiewania hymnu, Henio poczuł ścisk w gardle. Nie mógł z siebie wydusić nawet jednego słowa, za każdym razem, gdy próbował za wszelką cenę zwalczyć niemoc brakowało mu tchu, czuł jak miękną mu kolana i ogarniają go zawroty głowy. Bardzo liczne tego roku zgromadzenie jakoś jeszcze pozwoliło zakamuflować niedyspozycję, czego nie udało się już jednak osiągnąć w kulminacyjnym momencie, czyli przy składaniu, poprzedzającej profanację kielni, przysięgi. Jego niezdolność do wypowiedzenia podniosłych słów próbował ratować ojciec, tłumacząc ją chorobą, później zaś sam wypowiedział przysięgę skłaniając, wręcz zmuszając Henia do przyciśnięcia do piersi dłoni i uniesienia drugiej w wymaganym procedurą i obyczajem geście. Ale niestety próżne okazały się jego starania. O ile bowiem komisja nadzorująca przebieg wydarzeń choć niechętnie to jednak przyzwalająco ustosunkowała się do zastępstwa przy przysiędze i przymknęła oko na wyrecytowanie roty przez ojca, to już wyjszczyć mu się w zamian za syna nie pozwoliła i tym samym Henio stał się pierwszym w dziejach, który nie przeszedł najważniejszego w życiu każdego stolarza rytuału inicjacyjnego, czym okrył hańbą zarówno siebie, jak i swoich rodziców. To były straszne chwile. Ojciec jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem otruł się zaprawionymi gaszonym wapnem trocinami, matka zaś odnajdując o poranku jego zalatujące już nieświeżą żywicą zwłoki postradała zmysły. Gdy zabrano ciało jej męża, kobieta położyła się na podłodze oznajmiając, że jest sosnową deską wzbudzając tym zuchwałym wyznaniem niemałe poruszenie nie tylko w lokalnej społeczności. Tak przeleżała kilka dni zupełnie bez ruchu nie reagując na żadne bodźce zewnętrzne, nawet o dużej mocy doznaniowej, jak przypalanie, oblewanie wrzątkiem, wbijanie w czoło krótkich gwoździ, czy nawet posypywanie skondensowanym, syntetycznie czystym cementem. W końcu zabrano ją do szpitala psychiatrycznego, gdzie lekarze zdiagnozowali u niej pewnego rodzaju, niezwykle rzadki u kobiet, stan katatoniczny, tak zwany syndrom podłogowy, który był dosyć powszechnym schorzeniem psychicznym u mężczyzn, ujawniającym się szczególnie w obliczu zagrożenia. Z tą różnicą jednakże, że dotychczas znane medycynie przypadki każdorazowo były stanami przejściowymi, a w przypadku matki Henia było zgoła inaczej. Kobieta nigdy nie odzyskała już świadomości rozumianej jako społecznie akceptowane reakcje na zewnętrzne sygnały i przyjmowanie wobec nich postaw zgodnych z panującymi wzorcami, do końca swoich dni pozostając zamkniętą we własnym świecie deszczułeczką. Przykrym dla Henia, a dla niej o ile nie tragicznym, to z pewnością drastycznie w życiu przełomowym, było tak mocne przeświadczenie, że stała się naturalnym elementem podłogi, że w końcu przekonaniem tym udało jej się zarazić mocno zaawansowanego w wieku lekarza, który na jednym z samotnych dyżurów z nudów postanowił wystrugać z niej podobiznę świętego Floriana, a że długoletni lekarski fach mocno stępił jego zdolności manualne do robót stolarsko strugarskich, to słusznie niezadowolony z efektu pracy nieudaną figurkę schrupał ze smakiem, jak świeżą gałązkę leszczyny. &lt;br /&gt;I tak też Henio trafił do domu stolarczyka. Zaczęła się katorga. Zarówno żaden z wychowawców, jak i nikt z młodocianych podopiecznych w najmniejszym stopniu nie podzielał bowiem jego zamiłowań, a co gorsza nikt też nie próbował ich zrozumieć. Próżno było szukać postaw przejawiających symboliczny nawet stopnień akceptowalności. Ale przecież nie można było nikogo za to winić. W końcu wszyscy byli z dziada pradziada czystej krwi stolarzami, a zachowanie małego Jodełki może nie bardzo wyraźnie zmierzało w kierunku murarskości, ale jednak, co tu dużo mówić, mocno, jak na stolarskie realia, anarchizowało, czyniąc z niego tym samym persona non grata w każdej szanującej się rodzinie drewnolubnych. Czuł się przez to jak wrzód na całkiem zdrowym ciele, czy może jak muł w stajni ogierów, lub pierda w perfumerii, albo wiadro poślednich jszczyn pomiędzy beczkami przedniego piwa, czy może wręcz jak… Sam nie wiedział jak. Po prostu czuł się źle. Przez wszystkich był odpychany, pogardzali nim starsi, młodsi robili sobie z niego pośmiewisko, a wychowawcy nie dość, że udawali, iż niczego nie widzą, to jeszcze podjudzali i potajemnie nagradzali najbardziej na tym polu aktywnych. Z całym prawdopodobieństwem każdy inny stolarz załamałby się i nie przetrwał w tym piekle nawet tygodnia. Ale nie on. Nie Henio. Henio nie był przecież zwyczajnym stolarzem. Nie wiedział wówczas jeszcze dokładnie kim jest, ale był pewien, że nie jest stolarzem. &lt;br /&gt;Przełom nastąpił gdy któregoś dnia jednemu z szydzących z niego kolegów, przy pomocy małego tarnika wybił dwie mleczne jedynki i na domiar złego, boleśnie ugryzł interweniującego w tej sprawie wychowawcę. Wywołał tym czynem popłoch i przerażenie w efekcie czego trafił do izolatki, w której to właśnie przeszedł duchową przemianę. Z sąsiadującej z jego maleńką celą dyżurki niemal bez przerwy dobiegał go wówczas dźwięk odbiornika telewizyjnego, gdzie jednego z wlokących się w nieskończoność wieczorów podano w wiadomościach informację o tragicznych wydarzeniach. W jednej z dużych fabryk mebli pojawili się murarze. Nikt nie przeżył. Stu sześćdziesięciu bezbronnych stolarzy umarło w mękach.&lt;br /&gt;To było jak poetyckie natchnienie, które sprawiło, że Henio odżył. Doznał olśnienia. Murarz! Tak! Oczywiście! Dlaczego wcześniej tego nie odczuł? Wszakże wszystkie znaki na niebie, na drzewach, na twarzach spoglądających nań z pogardą pobratymców na to wskazywały. Trzeba było tylko umieć je odczytać. Jak mógł być tak beznadziejnie i bezdennie ślepy! &lt;br /&gt;Gdy tylko ta odkrywcza i olśniewająca myśl zaświtała mu w głowie, wydało mu się to takie oczywiste, jasne, czyste i przejrzyste, że popadł w błogostan, który sprawił, że na chwilę stracił przytomność. Gdy ją odzyskał czuł się doskonale, jakby właśnie ktoś zdjął mu kowadło z przyrodzenia, niczym kwiat lipy rozkwitający z pąku, którego rozwój krępował długi, srogi mróz. Odżył jak mały cyborżek, któremu wymieniono zużyty procesor. Zapragnął poczuć w dłoni podłużny kształt rękojeści kielni. Zadrżał na samą myśl. Wiedział, że jest jeszcze za wcześnie, by rzucać się na tak głęboką wodę, ale podświadomie czuł, że nie powinien już dłużej czekać. Nie był w stanie przeciwstawiać się kiełkującej w nim nowej, domagającej się swobody naturze. Walił głową w ceglaną ścianę, zakładał na nią wiadro służące mu na co dzień za taboret i walił w nie pięściami, wciskał twarz pomiędzy cuchnący siennik i równie śmierdzącą poduszkę, ale nie pomagało nic. Cały czas pęczniała w nim myśl zmierzająca w jednym tylko kierunku. Wszystko, bez względu na to, czego by dotyczyło zamieniało się w jego świadomości w jedno. Był bezsilny wobec przeznaczenia. Kielnia, kielnia, kielnia, kielnia, kielnia…Wystarczająco dużo czasu zmarnował na bycie stolarzem. W duchu dziękował opatrzności, że nie wziął udziału w Rytuale Bezczeszczenia Kielni, bo jakże teraz mógłby jej pragnąć w sposób tak czysty? Pożądać jej wrząco, z mocą z gorącej lawy, bez reszty, nie pozostawiając nawet drżącego źdźbła wątpliwości?&lt;br /&gt;Gdy po miesiącu odizolowania dyżurny otworzył drzwi celi, Henio udusił go gołymi rękami, drugiemu wychowawcy roztrzaskał głowę aluminiowym nocnikiem, do którego załatwiał się w czasie pokutowania za winy. Następnie włamał się do składziku pomocy naukowych, skąd ukradł jedyny w ośrodku egzemplarz kielni, służący jako pomoc pedagogiczna w trakcie zajęć ze sztuki samoobrony i zachowań na wypadek bezpośredniego ataku murarza. W momencie, w którym dotknął narzędzia poczuł siłę, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczył. Moc przelała się wraz z krwią po całym ciele hartując je i przepełniając odwagą, determinacją, miłością do murarki (tak, teraz już to wiedział) i nienawiścią do niegdysiejszych pobratymców. W przeciągu niespełna godziny przy pomocy tępej kielni wyrżnął wszystkich pensjonariuszy i personel, który gdy tylko ogarnięty siłą twórczą Henio wykrzyczał, że odrodził się w nim murarz, nawet nie starał się stawić cienia oporu. Pracowników ogarnął paraliż, jedynie dyrektor próbował udawać deskę, co tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Jodełkę, bo wywołało u niego falę przykrych, znienawidzonych wręcz wspomnień. Z szaleńczą radością rozszlachtował więc nieszczęśnika na drobno i ze śmiechem odlał się na szczątki. Gdy skończył dzieło zniszczenia i w całym ośrodku nie było już żywego ducha, odesrał się w kapliczce, w której codziennie stolarze oddawali cześć swojemu fachowi. To był koniec stolarskości Henia. A przynajmniej tak mu się zdawało.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;- Któż to? – zapytał Betoniarka.&lt;br /&gt;- A cholera go wie – odparł Szpachla. – Twierdzi, że jest jednym z nas, a czuć od niego stolarza na milę.&lt;br /&gt;Betoniarka nerwowo zmarszczył czoło i załopotał nozdrzami.&lt;br /&gt;- To czegoś go nie wyleczył? – warknął groźnie. – Może jesteś chory? – dodał podejrzliwie chwytając za rękojeść wystającej zza pasa kielni. – Dobrze się czujesz?&lt;br /&gt;- Spokojnie – zaprzeczył nerwowo Szpachla. – Jestem okazem zdrowia.&lt;br /&gt;Aby uspokoić podejrzenia towarzysza, wciągnął nosem przygarść średniodrobno mielonego gaszonego wapna rozsypanego naprędce na wypolerowanym na gładko spodzie szerokiej, trójkątnej kielni.&lt;br /&gt;Odkąd pojawiła się pogłoska o przypadkach choroby, która bezlitośnie dopadała murarzy w różnych, odległych od siebie zakątkach świata, wszyscy byli nerwowi i jakby mniej ufni, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Takie reakcje z kolei doprowadzały murarzy do jeszcze większej nerwowości. Przekonanie, czy może póki co raczej obawa, że choroba może się radykalnie i niepostrzeżenie rozprzestrzenić powodowała, że wszyscy stali się jeszcze bardziej czujni i gotowi, by gwałtownie i błyskawicznie zareagować na najmniejszy nawet przejaw stolarskości.&lt;br /&gt;- Ale sam widziałem też, jak załatwił całą chmarę robactwa – wyjaśnił Szpachla. – To nie jest normalne.&lt;br /&gt;- Gdzie niby? – nie ustępował Betoniarka.&lt;br /&gt;- W tej starej wylęgarni, gdzie trzymają swoje odpady. Byłem tam rano na rekonesansie, bo szykowaliśmy się w końcu do oczyszczenia. Niby to ich odrzuty, czyli w sumie mniej groźne przypadki, ale w końcu jednak stolarze. &lt;br /&gt;- Jasna sprawa – przyznał gorliwie Betoniarka. – Z roku na rok o nich trudniej. Chowają się coraz sprytniej, że nieraz to trzeba i tydzień szukać, żeby się coś trafiło. Albo lepiej się kamuflują – dodał spoglądając podejrzliwie na jeńca.&lt;br /&gt;- No i zobaczyłem tego, – kontynuował myśl Szpachla - jak rżnął kupala w ich kaplicy. &lt;br /&gt;Zapanowała chwila nerwowego milczenia. Betoniarka ściągnął usta.&lt;br /&gt;- Że srał, w znaczeniu? – zapytał niepewnie.&lt;br /&gt;- No mówię przecież – przytaknął kompan. – Gdy skończył, wyszedł do mnie jak do swojego. Początkowo miałem go od razu usiec, bo przecież czuć było od niego trociny i wikol, ale mnie, nie ukrywam, nieco zaintrygował, to go tylko wypłazowałem i rękojeścią mu tak może z raz przez czoło dałem, dla przyzwoitości. Śmierdział okrutnie świerkowymi trocinami, to i szybko go na prosty szafot wrzuciłem, obsypałem wapnem i świeżym cementem, ale cóż. Cuchnie w dalszym ciągu.&lt;br /&gt;Relacjonujący wydarzenia podrapał się za uchem, potem zaraz zsunął beretkę i poczochrał rzadką czuprynę. Widać było, że jest podekscytowany niecodzienną i nienormalną sytuacją.&lt;br /&gt;- Znasz mnie – dodał. – U mnie nie ma, że mniej śmierdzi, czy, że jest hardy. Zarżnąłbym sukinsyna, gdybym nie widział, co zrobił. On oczyścił całkiem spore siedliszcze i jeszcze nasrał im na ołtarz. To robi wrażenie, musisz sam przyznać.&lt;br /&gt;Wysłuchawszy relacji, Betoniarka popatrzył na Henia z nieco mniejszą nienawiścią. Więzień stał sztywno przy wkopanym w ziemię betonowym słupie, do którego jego ciało przytwierdzone było przy pomoc mocnych, metalowych obręczy, po jednaj na każdą kończynę, szyję, przez pierś i wokół głowy na wysokości czoła. Był spokojny, choć początkowo próbował się rzucać, w efekcie czego nabawił się bolesnych otarć i krwawych wybroczyn. &lt;br /&gt;Murarz zbliżył się z zaciekawioną, ale jednocześnie z wszech miar pewną swego miną i lekko pociągnął nosem.&lt;br /&gt;- Stolarz, jak sam skurwysyn – ocenił.&lt;br /&gt;- Gówno prawda! Nienawidzę stolarzy! – krzyknął Henio targając ciałem i zaraz jęknął z bólu na powrót nieruchomiejąc.&lt;br /&gt;Betoniarka zarechotał szyderczo.&lt;br /&gt;- Jęcz, odmieńcu – syknął wracając na poprzednie miejsce i kręcąc głową z nieskrywaną odrazą. – Tylko to potraficie, drewniuchy. Jęczeć, jszczyć i srać pod siebie ze strachu to wasza specjalność. Powinno się was wszystkich spędzić do getta i pozwolić żebyście tam zdechli, gównozjady. &lt;br /&gt;- No teraz to już trochę przesadziłeś – zaprotestował Szpachla. – Przecież jakby ich wszystkich wyniszczyć, to nie byłoby kogo tępić.&lt;br /&gt;Betoniarka nieco się zafrasował.&lt;br /&gt;- No to zamknąć ich w rezerwatach albo obozach i kontrolować rozmnażanie – odparł. – I pilnować, żeby się nie rozpełzli. Sam pomyśl – zapalił się do swojego pomysłu. – Czyż to nie byłoby piękne? Kiedy byś tylko chciał, mógłbyś pójść do takiego zoo i sobie pofolgować. Zawsze.&lt;br /&gt;- Czy ja wiem? – powątpiewał Szpachla. – Nie byłoby tego dreszczyku niepewności. Nie ma to jak działać z zaskoczenia i napawać się, jak toto ze strachu jszczy w gacie, albo jak…&lt;br /&gt;- Na ciebie bym najszczał, gdybyś nie był murarzem! – parsknął hardo Henio. – Który stolarz by to zrobił!? Który choćby o tym pomyślał! No który! Stolarze to wszy!&lt;br /&gt;Szpachla umilkł, a Betoniarka popatrzył na więźnia z ciekawością, ale złośliwy i pogardliwy wyraz twarzy go nie opuszczał. Skinął na kompana i obaj odeszli na chwilę poza zasięg słuchu Jodełki.&lt;br /&gt;- Może i dziwny trochę jest – powiedział. – Cuchnie drewnem na milę, ale jakiś taki jest, jakby to powiedzieć… hm…&lt;br /&gt;- Murarski? – zaproponował niepewnie Szpachla.&lt;br /&gt;- Noś chyba obumarł na umyśle.&lt;br /&gt;- Nie widziałeś jak wywija kielnią.&lt;br /&gt;- To nie to.&lt;br /&gt;- Więc? &lt;br /&gt;Chwilę stali w milczeniu.&lt;br /&gt;- Czy ja wiem? – podjął Betoniarka szczypiąc się w przyrodzenie. – Może przeszedł jakieś szkolenie? Albo to szpieg jest? No wiesz, tajny agent. Bo ja wiem, taki samobójczy bojownik, stolakadze, jak ci co imitowali deski i pozwolili z siebie zrobić prowizoryczny most, a potem wszystko w cholerę się zawalało. Ilu naszych wtedy zginęło? To nie żarty.&lt;br /&gt;Szpachla energicznie pokręcił głową.&lt;br /&gt;- Nie było żadnych stolakadze. Most był po prostu zrobiony do dupy, przez partaczy, nie przez nas. Filary były ze starych cegieł i słonego piasku, a prostolarska propaganda wykorzystała to, by zasiać w nas ziarno wątpliwości. I, jak widać z całkiem niezłym efektem – podsumował z przekąsem wymownie spoglądając na kolegę. &lt;br /&gt;- Pieprzenie. Mój ojciec tam był, to i mi opowiadał. Zanim most runął, słychać było stolarski hymn.&lt;br /&gt;- Cegły nie śpiewają stolarskich pieśni.&lt;br /&gt;- O tym właśnie mówię. &lt;br /&gt;- Słyszałeś kiedyś stolarski hymn?&lt;br /&gt;- Znam słowa – samo wspomnienie wykrzywiło murarzowi usta w grymasie odrazy.&lt;br /&gt;- Tak, ale wydobyte z siłą nich na męczarniach – nie ustępował Szpachla. – Pytam, czy słyszałeś śpiew?&lt;br /&gt;Odpowiedziało mu milczenie.&lt;br /&gt;- Sam widzisz. Nikt nie słyszał, bo żaden stolarz nigdy nie zaśpiewa w naszej obecności. &lt;br /&gt;- Zatem?&lt;br /&gt;- Jeśli niedopuszczasz, że to nie stolarz, to z tych samych przyczyn nie możesz twierdzić, że to stolarski dywersant.&lt;br /&gt;- A to niby czemu?&lt;br /&gt;- Zastanów się. Słyszałeś kiedyś, żeby jakiś stolarz przeniknął w nasze struktury? Nie licząc tego jednego, co się od razu zesrał ze strachu, jak tylko zobaczył taczki, ale tego nie można liczyć, bo dał nogę zanim zdołaliśmy się do niego zbliżyć. Tylko smród po nim pozostał.&lt;br /&gt;- Może mają jakąś tajną broń? – nie dawał za wygraną Betoniarka.&lt;br /&gt;Szpachla milczał wcisnąwszy pięści głęboko w kieszenie drelichowych ogrodniczek.&lt;br /&gt;- Będziesz tak stał?&lt;br /&gt;- Myślę.&lt;br /&gt;- Myśl. Wymyśl najlepiej jakiś ostateczny test.&lt;br /&gt;- Ostateczne co?&lt;br /&gt;- No, jakiś test, albo coś, co by rozwiało twoje wątpliwości.&lt;br /&gt;- Wątpliwości? Jakie wątpliwości? – Szpachla dotknięty do żywego wyraźnie się obruszył. – Ja nie mam żadnych, chyba, że ty. Zgaśmy sukinsyna i po kłopocie.&lt;br /&gt;- To zawsze zdążymy zrobić.&lt;br /&gt;Szpachla żachnął się i energicznym ruchem usiadł na dużym pustaku nerwowo ściągając ciężki kamasz. Obrócił go i potrząsnął. Ze środka wypadł spory otoczak. Zakładając but spojrzał na towarzysza z niecierpliwością. &lt;br /&gt;- Przestaniesz dupę truć? – zapytał. – Najpierw chcesz go do razu rżnąć, a teraz co? Może mamy go puścić?&lt;br /&gt;Betoniarka pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Weź tylko się zastanów – rzekł. – Tak przez chwilę. Co będzie, jeśli to pierwszy przedstawiciel jakiejś nowej rasy? Albo efekt eksperymentu? Lub jeszcze gorzej, ofiara czegoś strasznego, nie wiem… wirusa? Wyobrażasz sobie? Wirus! U nas! Wirus stolarskości! &lt;br /&gt;Szpachla skrzywił się z niesmakiem. W kącikach jego ust błąkał mu się coraz bardziej ironiczny uśmieszek.&lt;br /&gt;- Że niby co? Że to ktoś z naszych, tylko zamienił się w stolarza? To absurd. Opowiadasz pierdoły.&lt;br /&gt;- No to nie wiem. Może ... O matko kochana! &lt;br /&gt;- Co znowu?&lt;br /&gt;- Wirus odstolarzenia!&lt;br /&gt;Na chwilę zaległa cisza. Szpachla wyraźnie spoważniał.&lt;br /&gt;- Odstolarzenia?&lt;br /&gt;- Właśnie!&lt;br /&gt;Obaj zadrżeli na samą myśl, co wywołało u nich nieprzyjemne zakłopotanie, bo przecież murarzom drżenie zdarza się niezwykle rzadko, a jeśli już, to wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach. I nigdy ze strachu. Raczej z odrazy. Tak było i tym razem. Sam pomysł przemiany w stolarza sprawił, że opanował ich gniew.&lt;br /&gt;- Niedoczekanie – wycedził przez zęby Szpachla i energicznym krokiem ruszył ku skrępowanemu dobywając z dużej kwadratowej kieszeni na piersi składaną metrówkę. Pewnym ruchem rozłożył ją z trzaskiem i z odległości dwóch kroków chlasnął Henia przez pysk pozostawiając na jego delikatnym policzku szybko wypełniającą się krwią bruzdę.&lt;br /&gt;- Mów prawdę! – ryknął. – A obiecuję, że umrzesz szybko, choć powinieneś zdychać miesiącami!&lt;br /&gt;Henio zdusił w gardle krzyk, mimo że ból był dotkliwy. Jego ciało drżało z nerwów, ale przekonał się już, że próżne są tłumaczenia. Cóż ma zrobić? Jak przekonać murarzy, że nie jest stolarzem? Wszak dokonał już tak wielu szlachetnych czynów. Przecież to on pierwszy, będąc jeszcze dzieckiem, co nie powinno pozostawać bez znaczenia, odmówił recytowania haniebnej roty, on przeciwstawił się całej rzeszy dorosłych stolarzy i nie zbezcześcił świętego narzędzia. Czy to nic nie znaczy? Przełknął gorzką ślinę żalu. Dla czego oni mu to robią? Czemu nie ufają w szczerość intencji, w czystość serca? Czyż nie chwycił za kielnię? Czy nie wyrżnął całej rzeszy stolarzy dorosłych i w wieku dziecięcym? I czy nie zrobił tego z pasją? Z miłością i oddaniem? A kto narżnął kupsko w ich kaplicy bezczeszcząc tym zuchwałym czynem wszystko co im drogie? I czy wreszcie dobrowolnie nie wyszedł na spotkanie murarzowi? Czy jakiś stolarz byłby do tego zdolny? Dla czego więc mu nie wierzą? Czego od niego chcą? Zamiast pozwolić mu kroczyć twardą ścieżką oświecenia, za wszelką cenę chcą go zmusić, by przyznał, że należy do tego zakłamanego, plugawego świata tchórzostwa i słabości. On, który nie patrząc na nic…&lt;br /&gt;- Co tam mamroczesz? – burknął jeden z murarzy przerywając Heniowi żałosne myśli. – Na co mam nie patrzeć?&lt;br /&gt;Jodełka zdał sobie sprawę, że ból oraz coraz mocniej ogarniające go zwątpienie i rozczarowanie sprawiły, że mimowolnie wyszeptuje swoje pretensje. Chciał wykrzyczeć własne racje, ale czuł się za słaby i kruchy, zbyt wrażliwy. Chyba podjął swoją krucjatę przedwcześnie, a jego liryczna dusza, choć harda, okazała się jednak zbyt wątła, by sprostać gruboskórnej rzeczywistości przeznaczenia. Nie był w stanie udźwignąć brzemienia, jakie próbował nieść na wątłych barkach. Miał żal do siebie i do wszystkich. Czuł się odtrącony. Nie było dla niego miejsca. Zacisnął mocno powieki, ale nie dał rady dłużej powstrzymać palących duszę łez bezsilności i żalu.&lt;br /&gt;- Ty, Szpachla – zawołał wesoło Betoniarka .– Słyszałeś? Plecie coś o żalu i bezsilności – zarechotał złowróżbnie. – O! A teraz sukinsyn ryczy. Co też mnie opętało, że dałem się nabrać.&lt;br /&gt;Kielnia zatoczyła trzy szybkie półokręgi rozsiewając wkoło kroplisty całun szkarłatu. &lt;br /&gt;- A to ci dopiero – murarz pokręcił głową ocierając narzędzie o nogawkę. – Im mocniej się zarzekał, plugawy hochsztapler, że nie jest stolarzem, tym bardziej wyłaziły z niego stolarskie cechy. Na szczęście natury się nie oszuka.&lt;br /&gt;- Otóż to – zgodził się jego towarzysz.&lt;br /&gt;Poczuli się wyraźnie odprężeni.&lt;br /&gt;- Chcesz lizaka?&lt;br /&gt;- Dawaj. I lepiej już chodźmy. Przerwa się kończy.&lt;br /&gt;Splunęli jednocześnie i nie odwracając się odeszli krokiem dziarskim i zuchwałym w kierunku murarskiej podstawówki, gdzie zaraz miała zacząć się lekcja etyki, na której pani miała im opowiadać o równości społecznej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-405629715404380896?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/405629715404380896/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=405629715404380896&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/405629715404380896'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/405629715404380896'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/09/paradoks-stolarza.html' title='Paradoks stolarza'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-6409845374852252634</id><published>2011-08-24T17:30:00.002+02:00</published><updated>2011-08-24T17:58:38.228+02:00</updated><title type='text'>Brudnodupy III</title><content type='html'>Słowa te padły niedługo przed tym, jak lodowato zimne lancetowate ostrze strachu ukłuło serce sprowadzając nań wszechogarniającą ciemność.&lt;br /&gt;- No i co z tego? – zapytał inspektor. – Skąd pewność, ze to był on?&lt;br /&gt;Pełniący służbę Leon Osierdzie przedstawił i gęsto objaśnił inspektorowi informacje na temat wydarzeń, które udało mu się zebrać do kupy od momentu, gdy jako pierwszy dotarł na miejsce. &lt;br /&gt;- No przecież tłumaczę panu, jak gęsi przy pniaku, że nikt inny nie byłby zdolny do takiego czynu, a tym bardziej nie dałby rady pozostawić po sobie takich śladów. &lt;br /&gt;- Ja tam nie dostrzegam związku. Przynajmniej takiego, jak pan.&lt;br /&gt;Osierdzie odetchnął głęboko i raz jeszcze zrelacjonował wszystko z dbałością o detale i chronologię zdarzeń. Mówił wolno, tak żeby każde słowo było jasne i zrozumiałe, popisywał się zdolnościami dedukcyjnymi, które coraz bardziej rozkwitały im dłużej analizował całe zajście. Po kilku minutach słowotoku okraszonego widowiskową gestykulacją skończył i utkwiwszy wyczekujący wzrok w kręcącym głową funkcjonariuszu, otarł z czoła perlisty pot.&lt;br /&gt;- Czy ja wiem? – powątpiewał w dalszym ciągu policjant skrzywiając twarz w grymasie niepewności. – Jakoś tego nie czuję.&lt;br /&gt;Osierdzie długo hamował emocje, ale widząc, że żadna argumentacja nie trafia do kryminalnego postanowił uderzyć z grubej rury.&lt;br /&gt;- To wejdź pan na górę i powąchaj – syknął odwracając się na pięcie.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Walentyna była zmęczona. Coraz mocniej doskwierały jej trudy związane z prowadzoną knajpą. Przez pierwsze lata nie przeszkadzał jej standard lokalu, który był tak niski, że aż trudno było nazwać go standardem, nie wadzili jej klienci, którzy niemal każdorazowo rekrutowali się spośród aktualnych, fartownie niedoszłych, bądź też przyszłych recydywistów, lokalnej menelii i rozwydrzonej, pozbawionej nadzoru i ciekawej dorosłego życia gówniarzerii. Była szczęśliwa, że prowadziła własny interes, który nie przynosił może kokosów, ale pozwalał względnie dobrze prosperować na rynku. Zwłaszcza na takim jak ten, gdzie mało kto miał stałą posadę, a większość trudniła się pracami dorywczymi lub ślęczeniem w jej lokalu i dojeniem na kredyt. Przez czterdzieści lat zapał w niej jednak mocno zelżał i coraz rzadziej miała już cierpliwość do profesji, która wypełniła całe jej dorosłe życie.&lt;br /&gt;Oddychała świeżym, rześkim, jeszcze o tej porze dnia nie rozgrzanym niebotycznie powietrzem. Wszystkie okna przestronnego lokalu stały otworem dzięki czemu odór wczorajszej nocy stawał się coraz mniej dokuczliwy. Impreza przeciągnęła się niemal do białego świtu, alkohol lał się strumieniami, a papierosowy dym wypełnił wszystkie, najmniejsze nawet szczeliny i zakamarki. Omiotła z pokrytej lastrykiem podłogi niedopałki, popiół, kapsle, pogniecione paczki po papierosach, naniesione butami zeschnięte błoto i piasek, martwe, uwędzone knajpianym powietrzem owady i masę przeróżnych drobnych śmieci, których obecność powinna zwrócić jej uwagę. Ale nie zwracała, a bynajmniej nie dziwiła. Nie dziwiły jej ani drobne monety z różnych stron świata, ani odznaki, guziki, fotografie, bilety kolejowe, kondomy (zarówno zapakowane, jaki i zużyte), wycinki prasowe, gumowe kaczuszki, plastikowe żołnierzyki, fragmenty odzieży, klucze, biżuteria (na ogół bardzo pośledniej jakości), narzędzia, pozbawione pary tenisówki i klapki, długopisy, chustki i tym podobne. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś znalazła dziwną, gąbczasto sprężystą, brązową, wydającą intrygującą woń kulkę wielkości piłeczki pingpongowej, która zaintrygowała ją do tego stopnia, że zaczęła o nią wypytywać, co światlejszych, w jej opinii, bywalców lokalu. Trwało to blisko pół roku i gdy nadzieja kobiety na rozszyfrowanie proweniencji tajemniczego przedmiotu całkowicie ją już opuściła, w lokalu pojawił się dziwny, nieco ortodoksyjny turysta, który oświecił ją oznajmiając pewnym siebie głosem, że jest to nic innego, jak suszone borsucze jądro. Gdy tylko mężczyzna to powiedział, Walentyna przycisnęła do serca zawieszony na szyi artefakt i dozgonnie znienawidziła przybysza. Była pewna, że ma do czynienia z jakimś pochodzącym z dalekich, dzikich krajów skarbem, dającym ludziom siłę totemem, podczas gdy w rzeczywistości, jak wynikało ze słów obcego, ekscytowała się genitaliami pospolitego ssaka, do tego jeszcze suszonymi i, co nie mniej istotne, zdekompletowanymi. Co prawda turysta dostrzegając ból jaki jego słowa sprawiły restauratorce, próbował ją pocieszyć wychwalając walory, z których borsucze jądra słyną w różnych szerokościach geograficznych, ale na próżno. Kobieta była widocznie załamana i już zdążyła zapałać do niego głęboko zakorzenioną nienawiścią. Mężczyzna opuścił lokal żegnany wyzwiskami i gwizdami klienteli i więcej się w nim nie pokazał. Walentynie utkwił w pamięci jeszcze jeden element z tamtego pamiętnego i ciężkiego dla niej dnia. Otóż nieznajomy przed wyjściem skorzystał wówczas z toalety, którą, jak się później okazało, całą dokładnie zasrał. Jak nikt dotychczas. Swoim czynem zapewnił sobie stałe niechlubne miejsce we wspomnieniach bywalców lokalu. Z czasem ktoś rzucił propozycję, by nazwać go Wielkim Nieznajomym Gówiennikiem, ale nazwa z oczywistych przyczyn nie przeszła. Raz, że była za długa (nie przeszedł również skrót WNG, gdyż każdorazowo wypowiadany przy osobach postronnych wymagał dodatkowych wyjaśnień i dointerpretowania), a dwa, że słowo „Wielki” kojarzyło się z czymś znamienitym, do czego plugawego owego czynu zaliczyć nie można było w żadnej mierze. Podobnie było z kolejnymi propozycjami: Zasraniec, Obsrołek, Sracz, Gównorób, czy Kupal. Chociaż Obsrołek nawet przez kilka dni obowiązywało, dopóki stary, podniszczony wódką, emerytowany elektryk, Mietek Prostownica, nie stwierdził, że w jego rodzinnych stronach obsrołkami nazywano małe, niewyrośnięte, pokryte skórzastymi plamami owoce papierówki, które w odróżnieniu od mało apetycznego wyglądu, były w rzeczywistości bardzo smaczne. Obsrołek zatem przestał obowiązywać. Za dobrze się kojarzył. Przez pewien czas znienawidzony mężczyzna funkcjonował w dialogach po prostu jako „ten, który zasrał kibel”.&lt;br /&gt;Przełom przyszedł nagle. Któregoś dnia pod stolikiem, który zajmował posterunkowy Leon Osierdzie, Walentyna zlokalizowała obecność kupy. &lt;br /&gt;- A cóż to?! – krzyknęła zbulwersowana. – Któż znowu nasrał?!&lt;br /&gt;- Co? Gdzie? Kto?&lt;br /&gt;Leon poderwał się, jak na akcję i przyskoczył do kobiety wskazującej palcem przestrzeń pod jego stolikiem. &lt;br /&gt;- No i co to według ciebie jest? – pytała czerwona z wściekłości kobieta.&lt;br /&gt;Policjant również spąsowiał, bynajmniej nie ze złości.&lt;br /&gt;- Pytasz tak – odparł – jakbym to ja nasrał.&lt;br /&gt;- No a nie jest tak?&lt;br /&gt;- No chyba ci rozum zdrętwiał!&lt;br /&gt;- Pod twoim stolikiem!&lt;br /&gt;- Przecież od razu widać, że psia – dołączył się do rozmowy Gutek Pomidorówka, zwany tak z uwagi na swoje zamiłowanie do owej zupy.&lt;br /&gt;- Co? Skąd wiesz? – parsknęła Walentyna, która nie dawała wiary jego osądowi, choć świadomość, że to pies jest sprawcą niecnego czynu wyraźnie ją uspokoił.&lt;br /&gt;- Widzę.&lt;br /&gt;- Kupa, jak kupa – powątpiewał policjant, choć był wdzięczny za odwrócenie uwagi od swojej osoby.&lt;br /&gt;- Psia inaczej śmierdzi.&lt;br /&gt;- Przecież nic nie czuć.&lt;br /&gt;- Bo podeschła już.&lt;br /&gt;- To skąd wiesz.&lt;br /&gt;- Czuję.&lt;br /&gt;- Jakże to?&lt;br /&gt;- Mój wuj na wsi ma takiego jednego kundla, co sra podobnie. Właściwie, jakby nie to, że nie ma możliwości, żeby to był ten skubaniec, to dałbym rękę, że to on uwalił. Wygląda i cuchnie identycznie, choć mniej intensywnie, ale to wyłącznie z uwagi na wspomnianą wcześniej suchość. &lt;br /&gt;I wówczas od lady odezwał się przypadkowy turysta, który w wyniku poruszenia wywołanego obecnością psich odchodów nie mógł doczekać się na obsługę.&lt;br /&gt;- Pewnie to Brudnodupy – powiedział. – Zawsze sra gdzie popadnie tylko nie do kibla.&lt;br /&gt;Na te słowa wszyscy zamilkli. Brudnodupy! Od razu wszyscy wiedzieli, że to on. Oczarowana oświeceniem i jednocześnie zdjęta niezrozumiałą trwogą Walentyna pospiesznie nagarnęła psią kupę na szufelkę i wyrzuciła ją przez szeroko otwarte okno wprost na ulicę. &lt;br /&gt;- Brudnodupy – powiedziała niemalże z czcią.&lt;br /&gt;Od tamtej pory przestał istnieć „ten, który zasrał kibel”, a jego miejsce zajął Brudnodupy. Brodnodupy. Brudnodupy. Od tamtej pory Brudnodupy zaczął uosabiać wszystko zło, jakie tylko dotknęło mieszkańców okolicznych domostw i z czasem stał się kimś w rodzaju Potwora z mokradeł, Wielkiej Stopy, Yeti, czy też innego lokalnego indywiduum, którego nikt nie widział, ale każdy w niego wierzył. Z upływem lat obrastał w coraz większą legendę stając się postrachem dla każdego bez względu na wiek.&lt;br /&gt;- Jak nie zjesz kolacji – zagrażały matki krnąbrnym i grymaśnym dzieciom – to   w nocy przyjdzie do ciebie Brudnodupy i nasra ci na poduszkę!&lt;br /&gt;- Zobaczysz, ochlajtusie – mówiły żony do mężów – jak któregoś razu przyśniesz w rowie po pijaku, to żebyś się nie zdziwił, jak ci Brudnodupy przewietrzy instalację. Albo nasra do butelki.&lt;br /&gt;- Módlmy się! – krzyczał z ambony ksiądz. – Bądźmy dla siebie braćmi i nieśmy sobie pomoc. Bo Brudnodupy tylko czeka, by uderzyć! Tylko głęboka wiara nas uratuje. Strzeżcie się Brudnodupego!&lt;br /&gt;Wspomnienia niemalże eksplodowały w umyśle Walentyny. Nie zatrzymując się krótkimi spojrzeniami omiatała śmieci i drobne zagubione przedmioty nie zaprzestając rutynowych zamaszystych ruchów szczotką. Dokonywała w ten sposób błyskawicznej oceny przydatności wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jej wzroku nie zastanawiając się nad żadnym więcej niż ułamki sekund, kwalifikując je do śmieci lub do kącika rzeczy znalezionych, jak nazywała tekturowe pudło ustawione nieopodal drzwi wejściowych. Tak dotarła po krótkich schodach na wysoki podest, zwany piętrem. Na jego środku spoczywała sporych rozmiarów kupa uformowana w kształt zawiniętego w stożek balasa. &lt;br /&gt;- O nie! – jęknęła załamując ręce. – Tylko nie to.&lt;br /&gt;Wspomnienie Brudnodupego i lęk przed nim były zbyt silne, by natychmiast nie pochłonęły wszystkich jej myśli. Próbowała je odepchnąć, zastąpić czymkolwiek innym, ale na próżno. Nie byłaby sobą, gdyby od razu tak łatwo się poddała. Imała się każdego najwątlejszego sygnału, każdego cienia myśli i  nici dającej nadzieję, by znaleźć inne wytłumaczenie. Za takie wzięła też skrzypnięcie drzwi wejściowych. Poczuła swoją szansę. Gdy pospiesznie zbiegła na dół, przed barem stał siwiuteńki, skromnej budowy mężczyzna, znany lokalnie, jako Bączek, bo lubił wydalać gazy w towarzystwie, każdorazowo rzekomo dla rozładowania napiętej atmosfery. Podobno kilkakrotnie zdarzyło mu się przy tym popuścić, więc podejrzenie kobiety było jak najbardziej uzasadnione. To nie mógł być zbieg okoliczności. Raczej zrządzenie losu.&lt;br /&gt;- Dzień dobry! – przywitał właścicielkę klient.&lt;br /&gt;- Tyś nasrał!? – naskoczyła na niego nie siląc się na odpowiedź. – Przyznaj się kanalio!&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Nasrane na górze jest! – nie przestawała wrzeszczeć. – Tyś tam wczoraj najdłużej siedział, a po tobie już nie wchodziłam, to kto jak nie ty?&lt;br /&gt;- Jak boga kocham, ja żem nie nastał – zarzekał się nie na żarty przestraszony mężczyzna, gdyż szybko wykalkulował, że jeśli nie odegna od siebie podejrzeń, to może pożegnać się z kredytem na dłuższy czas.&lt;br /&gt;Kłótnia trwałaby pewnie dłużej, gdyby w drzwiach nie stanął kowal artysta, Lesław Kowadło. &lt;br /&gt;- Drzecie się, że słychać pod warzywniakiem – powiedział sadowiąc się na wysokim stołku przed szynkwasem.&lt;br /&gt;- Bo ten stary pierdoła znowu zesrał się na górze!&lt;br /&gt;- Nieprawda!&lt;br /&gt;Przez dobrą minutę ponownie rozgorzała sprzeczka, którą jak poprzednio przerwał wreszcie Kowadło.&lt;br /&gt;- Poczekajcie! Zamknijcie się, do cholery!&lt;br /&gt;Stało się, jak chciał.&lt;br /&gt;- Mów od początku – zwrócił się do kobiety.&lt;br /&gt;Walentyna spojrzała ostro na kowala. Początkowo miała obrzucić go wiązanką przekleństw, ale zrezygnowała. Kowadło był powszechnie szanowanym obywatelem, dość niegłupim i jego osąd sytuacji mógł się okazać przydatny.&lt;br /&gt;Odetchnęła głęboko i rzekła:&lt;br /&gt;- Sprzątałam z rana i wszystko było dobrze, aż dotarłam na podest, a tam na środku kupsko wielkie, jak weselny sękacz!&lt;br /&gt;- Bez przesady… – próbował załagodzić Bączek.&lt;br /&gt;- A ty czego ryj rozwierasz?! – spiorunowała go Walentyna. – Nawet żeś nie widział.&lt;br /&gt;- O właśnie! – poczuł swoją szansę staruszek. – Sama mówisz, że nie widziałem, to jak miałem zrobić.&lt;br /&gt;Kobieta pokraśniała jeszcze mocniej.&lt;br /&gt;- Dupą się sra, a nie oczami! – parsknęła. – To jak żeś miał i widzieć! Taki bałagan jak ty, to nasra i nawet nie spojrzy, tylko polezie jak ta ostatnia łajza. Nawet dupy nie wytrze!&lt;br /&gt;Zamilkli nieruchomiejąc. Walentyna z klaśnięciem przycisnęła dłoń do ust ale było już za późno. Myśli wszystkich wkroczyły na niepokojące, złowróżbne tory. Chwilę panowała cisza, aż w końcu padły słowa, które paść musiały.&lt;br /&gt;- Może to Brudnodupy? –Kowadło drżącymi ustami wypowiedział słowo, które każdorazowo wywoływało wśród lokalnej społeczności uzasadnioną nienawiść i przerażenie.&lt;br /&gt;Bączek aż przychylił się nad ladą, a kobieta uniosła szczotkę przed siebie w obronnym geście.&lt;br /&gt;- Powiedziałeś „Brudnodupy”? – próbowała upewnić się, czy dobrze usłyszała. &lt;br /&gt;Kowal skinął głową nie chcąc nadużywać słów, które nie bez trudu przechodziły mu przez gardło. W tym momencie drzwi lokalu otworzyły się ze skrzypieniem i do lokalu wszedł wolnym krokiem dziwnie znajomo wyglądający mężczyzna.&lt;br /&gt;- O matko przenajświętsza – jęknął Bączek.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Syrena radiowozu wreszcie zamilkła, tylko rzucający na boki świetlne spojrzenia neon nadal oznajmiał, że sytuacja nie jest jeszcze całkiem opanowana. Nagle drzwi lokalu jęknęły zawiasami i z środka jak z katapulty wyskoczył inspektor Norbert Wiewiórka. Przyciskał do ust zwiniętą w czworokąt bawełnianą chusteczkę, z trudem powstrzymując torsje. Tuż za nim wymaszerował posterunkowy Osierdzie z twarzą nie skrywającą ogarniającej go satysfakcji. Splunął, przypalił papierosa, głęboko się zaciągnął i  wypuszczając dym powiedział:&lt;br /&gt;- No i co, panie inspektorze? Dotarło?&lt;br /&gt;Policjant spojrzał na Leona przekrwionymi oczami i nie odsłaniając ust dał dłonią znak, że odpowie za chwilę. Osierdzie dopalił w spokoju i pstryknął niedopałek w kurzawę piaszczystego podjazdu. Zawsze gdy to robił targały nim wyrzuty sumienia, ale mimo to nie potrafił oprzeć się pokusie ekspediowania petów w powietrze i obserwowania ich parabolicznych lotów. Tym razem nie czuł nic, poza pustką.&lt;br /&gt;Tymczasem inspektor jako tako doszedł do siebie i schował do kieszeni chusteczkę. Podszedł do Osierdzia i spojrzał mu prosto w oczy. Pewny siebie posterunkowy mimowolnie cofnął się przed tym przepełnionym nienawiścią spojrzeniem. Ściągnięte usta niemal w ogóle się nie poruszyły, ale mimo to Leon bardzo wyraźnie usłyszał wypowiedziane przez kryminalnego słowa.  &lt;br /&gt;- Zapłacisz mi za to – powiedział policjant.&lt;br /&gt;- Przecież ostrzegałem.&lt;br /&gt;- Powiedziałeś, że to Brudnodupy.&lt;br /&gt;Osierdzie westchnął ze zniecierpliwieniem.&lt;br /&gt;- Bo to, do ciężkiej cholery, był Brudnodupy! – krzyknął nie zważając na coraz ciaśniej ich otaczającą, kłębiącą się ciżbę gapiów. – Czy wy tam w komendzie wszyscy lobotomię przechodzicie w ramach urlopu, czy jak?&lt;br /&gt;Twarz Wiewiórki nawet nie drgnęła, policjant zdawał się nie słyszeć słów drwiny. Jeszcze bardziej przychylił się w kierunku kpiarsko uśmiechniętego Osierdzia i wycedził przez zęby:&lt;br /&gt;- To nie był Brudnodupy, kretynie.&lt;br /&gt;Leon parsknął, ale widząc determinację i śmiertelną powagę kryminalnego nieco zeszło z niego powietrze. Nerwowo przestąpił z nogi na nogę i rzuciwszy ukradkiem kilka spojrzeń na otaczających ich ludzi szepnął półgębkiem:&lt;br /&gt;- Więc kto?&lt;br /&gt;- Brudnodupy III.&lt;br /&gt;Po tych słowach serce Osierdzia nie wytrzymało spowijając się w mroku na wieki wieków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-6409845374852252634?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/6409845374852252634/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=6409845374852252634&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6409845374852252634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6409845374852252634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/08/brudnodupy-iii.html' title='Brudnodupy III'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-3783535905239637293</id><published>2011-07-19T18:09:00.002+02:00</published><updated>2011-07-19T18:09:27.354+02:00</updated><title type='text'>O gościu, który pierdział złotymi nakrętkami</title><content type='html'>Problem pojawił się nagle. Znikąd. Nawet nie przemknęło mu przez myśl, że coś takiego może spotkać człowieka. W dodatku jego samego. Gdyby nie instynkt biznesmena prawdopodobnie załamałby się i zmarł w jakimś przytułku. Ale nie on. Przecież nie bez powodu mówiono, że wszystko czego dotknie, zamienia się w złoto. Ale po kolei.&lt;br /&gt;Pewnego ranka Prosty przebudził się wcześniej niż zwykle. Było mu niewygodnie, coś uwierało go w plecy i pośladki. Ze zdziwieniem stwierdził, że w jego pościeli znajduje się kilkanaście małych aluminiowych nakrętek. Nie miał pojęcia skąd się wzięły. Z pewnością nie kładł się z nimi spać. &lt;br /&gt;- Wiesz coś na ten temat, cwaniaczku? – zapytał łaszącego się do nóg dużego, burego kota noszącego imię Felicjan, po dziadku.&lt;br /&gt;Kot niczego nie wiedział więc i nawet nie zareagował na pytanie. Bardziej zdawał się być zainteresowany śniadaniem, które ku jego radości tego dnia zapowiadało się wcześniej niż zazwyczaj. Gdy tylko gospodarz odświeżył mu zawartość miseczek, Felicjan stracił nim zainteresowanie. &lt;br /&gt;Prosty udał się do łazienki, umył zęby, przepłukał twarz i usiadł na sedesie. Na efekt nie czekał długo. Tyle tylko, że ów efekt dosyć znacząco odbiegał od standardu, do jakiego przywykł przez blisko czterdzieści lat walenia kupy do porcelanowej muszli. Gdy tylko usłyszał niepokojące dźwięki zerwał się z deski i spojrzał podejrzliwie w dół. Spodziewał się zobaczyć coś poza tym, co jego organizm uznał za zbędne, ale w klozecie pobłyskiwały wyłącznie metalowe nakrętki różnych rozmiarów, w znacznej przewadze niewielkie egzemplarze. &lt;br /&gt;- Co to, kurwa, ma być? – zaniepokoił się z lekka.&lt;br /&gt;Pamiętał, że jak był dzieckiem, połknął któregoś dnia śrut, który służył jemu i jego bratu jako piłka do gry, w której zawodnikami były figurki z popularnych w tamtych czasach kreskówek i filmów, jak Muppet Show, Pszczółka Maja, czy Przygody Sindbada. Strasznie się wtedy wystraszył i bał się przyznać mamie, której uwagi nie uszedł jego markotny nastrój. Dziecięcy niepokój trwał kilka godzin i bezpowrotnie minął w okolicznościach analogicznych, jak te właśnie relacjonowane. No tak, ale przecież Prosty nie pożarł wczoraj garści nakrętek, więc wspomnienie nie stanowiło dla niego żadnego pocieszenia. &lt;br /&gt;Z westchnieniem niesmaku spuścił wodę i ponownie usiadł. Przymknął oczy i słuchał. Stuk, stuk, stoku-stuku-stuku-tuku-tuku-stuk. Jak seria ze szmaisera. Przestraszył się, że rozwali muszlę. Pomyślał, co też powiedziałby hydraulikowi montującemu mu nowy sedes.&lt;br /&gt;- Wie pan – powiedział sam do siebie. – Waliłem rano kupala i wypadło ze mnie siedemdziesiąt dwie nakrętki, w tym czterdzieści trzy aluminiowe i reszta stalowych. &lt;br /&gt;- Jasne – odparł nieco zmienionym, niskim głosem, który pasował mu do hydraulika – To się zdarza nagminnie. &lt;br /&gt;Uśmiechnął się gorzko i wyszedł łazienki. Pospiesznie ubrał się w garnitur i nie jedząc śniadania ruszył do pracy. Apetyt całkiem go opuścił. Zastanawiał się, co też mu się przytrafiło. Nie miał pojęcia. Analizował ostatnie dni cofając się coraz bardziej aż dotarł do poprzedniego piątku, czyli prawie tydzień wstecz. Odwiedził go wówczas stary kumpel z podstawówki i razem obalili pięciolitrowy baniak wina z „Biedronki” i po parę piw. Urwał mu się film. Na drugi dzień po koledze nie było śladu, a mieszkanie, głównie kuchnia wyglądało, jakby przebiegło przez niego stado blaszanych jenotów. Trzy szuflady leżały jedna na drugiej na stole, a cała ich zawartość zaścielała pokrytą płytkami podłogę. Sztućce, narzędzia i akcesoria do majsterkowania. Oczywiście pełno było również poniewierających się śrub, nakrętek, gwoździ i podkładek. To był właściwie jedyny punkt zaczepienia. Gdy jeszcze chodził do szkoły, wpadali z kumplem na bardzo głupie pomysły, wśród których zjedzenie garści nakrętek nie byłoby wcale czymś specjalnym. Ale tydzień?&lt;br /&gt;- A coś myślał – powiedział przekręcając kluczyk w stacyjce nie najnowszego, ale bardzo zadbanego opla. – Trzeba czasu, żeby przetrawić kilo złomu.&lt;br /&gt;Do pracy stawił się tego dnia punktualnie i niemal od progu asystentka zasypała go informacjami na temat rozkładu dnia. Był bez wątpienia napięty. Zajął się robotą i po niedługim czasie zapomniał o nurtującym go problemie. Niestety temat wrócił nim na dobre wkręcił się w wir obowiązków. Po wypiciu porannej kawy musiał ponownie udać się do toalety. Gdy tylko poczuł potrzebę, zbladł, posmutniał i zaraz potem pokraśniał ze złości,  czym zwrócił uwagę czujnej sekretarki. &lt;br /&gt;- Coś panu dolega?&lt;br /&gt;Przechodząc przez sekretariat szybkim krokiem rzucił przez ramię.&lt;br /&gt;- Sram śrutami.&lt;br /&gt;Kobieta wyprostowała się za biurkiem. Nie miała pewności, czy dobrze usłyszała, a wręcz była przekonana, że jej się zdawało. Przecież pan prezes nie używa takiego słownictwa? Poza tym to przecież niedorzeczne, co powiedział, znaczy, co usłyszała, a raczej zdawało jej się, że usłyszała. W tym momencie Prosty ponownie zajrzał do sekretariatu.&lt;br /&gt;- Nakrętkami, znaczy się – powiedział i zniknął w korytarzu.&lt;br /&gt;W toalecie były trzy kabiny i dwa pisuary. Przy umywalce mył ręce Krzywy, dyrektor departamentu marketingu i analiz rynku. &lt;br /&gt;- Co tam szefie? – rzucił do Prostego. – Zagramy dziś?&lt;br /&gt;- Co proszę?&lt;br /&gt;- Pytam, czy zagramy dziś? – powtórzył mężczyzna wycierając ręce w papierowy ręcznik – Czartek jest przecież – dodał dostrzegając w oczach prezesa brak zrozumienia.&lt;br /&gt;- Co? Acha, no tak – gdy Prosty zaskoczył, jego twarz nieco się rozchmurzyła. – No chyba byłby skandal, gdybyśmy zarzucili tradycję.&lt;br /&gt;- To o dziewiętnastej, OK.? – powiedział Krzywy kierując się ku wyjściu.&lt;br /&gt;W tym momencie otworzyły się drzwi i do toalety wszedł młody chłopak, praktykant z działu prasowego. Szybko powiedział „dzień dobry” i zniknął w jednej z kabin zanim zdążyli mu odpowiedzieć.&lt;br /&gt;Prosty skinął głową i po chwili został sam. No nie do końca sam, bo w środkowej kabinie zamknął się chłopak. Początkowo miał zamiar się wycofać i poczekać, aż praktykant skończy i wyjdzie. Nie chciał sensacji. Co będzie, jak powtórzy się poranna przygoda? Chłopak zaraz rozgada, że stary… No właśnie, co? Przecież nie powie, że prezes sra żelazem. &lt;br /&gt;Zamknął się w kabinie i usiadł. Zza ściany nie dochodził żaden dźwięk, jakby nikogo tam nie było, a przecież chłopak z pewnością nie wychodził. Prosty siedział bez ruchu minutę, potem drugą, aż w końcu nie wytrzymał i przymknął powieki. Huk był jeszcze większy niż poprzednio, co dodatkowo potęgowało wyłożone płytkami sporych rozmiarów pomieszczenie. Po skończeniu otworzył oczy i stwierdził, że dźwięk wcale nie ucichł. Kanonada nadal trwała, ale ku jego zdziwieniu dochodziła zza ściany. Podciągnął spodnie, umył ręce i postanowił poczekać na chłopaka. Czyżby jakaś epidemia?&lt;br /&gt;Minęło kilka minut i chłopak ze skruszoną miną pojawił sie w części z umywalkami. Spojrzał na prezesa strapiony.&lt;br /&gt;- Panie prezesie… – zaczął.&lt;br /&gt;- Od kiedy to masz? – przerwał Prosty.&lt;br /&gt;- Od kiedy mam co?&lt;br /&gt;Prezes ściągnął brwi, co, jak wszystkim w firmie było wiadomo, nie wróżyło niczego dobrego.&lt;br /&gt;- Od kiedy srasz żelazem.&lt;br /&gt;Chłopak spuścił głowę.&lt;br /&gt;- Drugi tydzień – odparł zrezygnowany. – Znaczy się, to co mi się przytrafiło w kabinie mam od dwóch tygodni. Jest coraz gorzej.&lt;br /&gt;To powiedziawszy pierdnął cicho i zaraz potem z nogawki poturlały mi się trzy aluminiowe śrubki.&lt;br /&gt;- Sam pan widzi – powiedział bez żadnego zażenowania. – Na początku myślałem, że coś połknąłem przypadkowo. Takie rzeczy nie są czymś powszechnym, ale przecież jednak się zdarzają. Dzieci ciągle coś połykają. Ale gdzie tam. Nie jem od czterech dni tylko piję wodę, ale to nic nie daje. Przeciwnie. Trzy, cztery razy dziennie muszę iść do toalety i przez to przechodzić. &lt;br /&gt;- Byłeś u lekarza?&lt;br /&gt;Chłopak pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Powiedział, że musiałem coś połknąć. Zrobili mi badania, prześwietlenie i nic. Wszystko jest w porządku. Nawet lepiej niż w porządku. Zawsze miałem podwyższone ciśnienie, za wysoki cukier i coś tam jeszcze z krwią, a teraz? Nic. Rozumie pan? Nic. Wyniki są idealne.&lt;br /&gt;Popatrzył na Prostego błagalnym wzrokiem.&lt;br /&gt;- Proszę mnie nie wyrzucać – powiedział z lękiem. – Ta praca tak wiele dla mnie znaczy.&lt;br /&gt;Prosty podniósł z posadzki śrubkę i sięgnął do kieszeni. Nakrętka pasowała idealnie. Gdy tylko oba elementy wzajemnie się dopełniły metaliczny połysk zaczął zmieniać odcień, jakby nagle skąpały je promienie letniego słońca. Oczy chłopaka rozszerzyły się niemal wychodząc z orbit.&lt;br /&gt;- O matko – szepnął. – A więc to prawda.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Że wszystko czego pan dotknie, zamienia się w złoto.&lt;br /&gt;Prosty uśmiechnął się oszczędnie.&lt;br /&gt;- Prawie wszystko – odparł myśląc o wszystkich rzeczach, których w życiu dotykał.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-3783535905239637293?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/3783535905239637293/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=3783535905239637293&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/3783535905239637293'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/3783535905239637293'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/07/o-gosciu-ktory-pierdzia-zotymi.html' title='O gościu, który pierdział złotymi nakrętkami'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-6149379479609217023</id><published>2011-03-22T17:43:00.002+01:00</published><updated>2011-03-22T17:43:35.540+01:00</updated><title type='text'>Przeklęty Tonny Pifpaf</title><content type='html'>W saloonie zaległa niemal absolutna, na wskroś przesycona trwogą cisza. Wszyscy przerwali to, co w danym momencie czynili i bez ruchu wpatrywali się rozświetlone dobiegającymi z zewnątrz słonecznymi promieniami wejście. A jeszcze przed momentem wszystko było takie proste. Lała się poślednia whisky i takiejż jakości piwo, pianista zaiwaniał skoczne melodie, kobiety piszczały, mężczyźni pokrzykiwali grając w karty, oglądając tancerki, lub też po prostu dyskutując o codzienności, czyli w tym przypadku, pędzeniu bydła, cenach koni i uprzęży, Indianach i coraz to nowych falach napływających ze wschodu farmerów. Ot, zwykła szara, ale i w swoisty sposób kolorowa codzienność miasteczkowego lokalu. I pomyśleć, że wystarczyły zaledwie dwa słowa, by to wszystko wyparowało w mgnieniu oka. A słowa te wypowiedział stary, poczciwy Leo Koryto, stajenny, który każdego popołudnia ślęczał przy małym stoliku nieopodal drzwi przekonany, że dzięki temu kiedyś dostrzeże jako pierwszy coś, co zaważy na przyszłości miasteczka i jego mieszkańców. I wreszcie nadszedł ten dzień, choć gdyby Leo miał wybór, wolałby tak bezczynnie ślęczeć do końca swoich dni, niż doczekać chwili, w której będzie zmuszony wypowiedzieć te dwa sakramenckie słowa. A nie powiedział ich ot tak sobie. Najpierw długo przyglądał się zbliżającej się wolno postaci, patrzył jak mężczyzna przywiązuje końską uzdę do barierki i stukając ostrogami lekko wskakuje na kolejne stopnie schodków. Koryto nie mógł na daremne rzucać tak poważnych ostrzeżeń. Gdyby okazało się, że to pomyłka, mieszkańcy mogliby nigdy mu tego nie wybaczyć. Ale nie mogło być wątpliwości. To był z pewnością on.&lt;br /&gt;- Tonny Pifpaf – wyszeptał drążącymi z przerażenia ustami.&lt;br /&gt;Nie powiedział tego głośno i ani razu nie powtórzył, ale znaczenie słów było tak olbrzymie, że fala niepokoju gwałtownie przewaliła się po kolejnych stolikach niosąc powtarzaną z ust do ust druzgoczącą wieść, pozostawiając za sobą grobową ciszę i bezruch. Nikt nie chciał bez potrzeby się narażać. Nigdy nie było wiadomo, co też może Tonnyego sprowokować. Słowo, gest, ruch, oddech, spojrzenie. Najlepiej było zatem tkwić w pozycji, w jakiej w danym momencie ktoś się znajdował. Gdyby było to możliwe, najlepszym wyjściem byłoby również nie oddychać. Kiedyś był nawet jeden taki śmiałek, Mikkey Podwiązka, który całe lata poświęcił na opanowywanie trudnej sztuki kontrolowanego wstrzymywania oddechu w długim okresie czasu. Trzeba nawet przyznać, że poczynił bardzo solidne postępy w tej sztuce, niemniej jego poświęcenie okazało się finalnie tragiczne. Któregoś razu, gdy na widok Tonnyego wstrzymywał oddech ponad trzy kwadranse, tak się skupił na nieoddychaniu, że zaniedbał kontrolę nad innymi swoimi odruchami w skutek czego pierdnął przeciągle i na tyle głośno, by zwrócić uwagę Fifpafa. Na domiar złego dźwięk, jaki wydała przy tym odbytnica Mikkeya tak go zaskoczył, że ze zdziwienia otworzył zaciskane mocno powieki, a blask jego źrenic niemal poraził Tonnyego. Ile czasu Podwiązka byłby w stanie wstrzymywać oddech pozostanie już niestety tajemnicą, gdyż wyprowadzony z równowagi Pifpaf władował w niego cały magazynek ołowiu.&lt;br /&gt;Leo dobrze pamiętał tamto zajście. Zresztą pamiętali je doskonale wszyscy mieszkańcy miasteczka. Miikkey Podwiązka nie był jednakże jedyną osobą, która zdecydowała tak jawnie się postawić Tonnemu Pifpaf. Innym niemniej zaciekle i stanowczo okazującym swój opór był przyjezdny śmiałek, który zauroczony lokalną społecznością, po kilku dniach pobytu zdecydował się zamieszkać w miasteczku. O tym, że nie była to dla niego najszczęśliwsza decyzja niech świadczy to, że nie pożył tu długo. Ale po kolei. Żądny przygód młodzieniec przyjechał do miasteczka pewnego rześkiego, wczesnozimowego poranka. Jego koń był mocno wychudzony, ubranie sfatygowane, kapelusz nieudolnie przyszyte rondo. Tępe niczym zęby widelców w podrzędnej spelunie ostrogi wykonane z podrzędnego stopu pokrywały plamy rdzy i brudu. Skóra butów była miejscami poprzecierana, przez dziury w cholewach prześwitywały strzępy wysłużonych onuc. &lt;br /&gt;- Jestem Quancy Petarda – przedstawił się szeryfowi podczas pierwszego spotkania. – Nie śmierdzę groszem, ale jestem pracowity i mam złote serce. Przynajmniej tak o mnie mówią.&lt;br /&gt;Szeryf, Ziggy Kabura, nie miał dobrego zdania o włóczęgach, a Quancy na takiego właśnie wyglądał, niemniej od samego początku coś ujęło doświadczonego mężczyznę w wyglądzie chłopaka. Młodzieniec miał szeroką, rumianą i szczerą twarz rolnika, krzepką sylwetkę z tęgimi ramionami, lekko krzywe nogi i mięsiste wargi. Ktoś o takim wyglądzie musiał być poczciwy i szczery. &lt;br /&gt;- Przydasz się przy budowie kościoła – powiedział szeryf. – na razie możesz spać w stajni przy saloonie. Płacę dwa dolce dniówki.&lt;br /&gt;Tak dorywcza praca Quancyego stała się początkiem jego wielkiej miłości do miasteczka i jego mieszkańców. Petarda przypadł również do gustu miejscowemu pastorowi, który podobnie jak szeryf od pierwszego spojrzenia dostrzegł w chłopcu czyste, proste, nie skażone pułapkami cywilizacji dobro. Sędziwy Bobby Kropidło nie miał wątpliwości, że oto ma przed sobą swojego następcę. Już od dłuższego czasu rozglądał się za kimś, w kim mógłby pokładać nadzieje na godne kontynuowanie jego nauk, ale niestety miejscowym młodzieńcom nie było po drodze do kościoła. Trudno było nawet znaleźć pomoc do celebrowania mszy i po latach usilnych prób, musiał w końcu powierzyć tę służbę nieco mało rozgarniętemu, utykającemu na lewą nogę, Andrew Protezie, który od powrotu z wojny trochę dziwnie się zachowywał, był małomówny i nieufny. Dużo czasu spędzał za to w kaplicy, więc prędzej czy później wybór musiał paść na niego. Andrew pełnił również funkcję kościelnego, dzwonnika, ogrodnika i grabarza. Duchowny chciał jeszcze przysposobić go do roli organisty, co pozwoliłoby mu dodatkowo zaoszczędzić na budżecie, ale niestety okazało się, że Proteza ma uszkodzony słuch i nie toleruje wysokiej tonacji, która z kolei była niezbędna do odgrywania nabożnych chorałów. Nieszczęśnik musiał sobie na czas mszy kłaść w uszy plastelinę, bo inaczej mocno się ślinił i dostawał konwulsji. Z początku stanowiło to spory problem dla prowadzenia mszalnych celebracji, ale z czasem Kropidło opracował sprawne przechodzenie do kolejnych etapów nabożeństw w sposób, który pozwalał Protezie opuszczać kościół na czas odgrywania partii organowych i powracania po ich zakończeniu akurat wtedy, gdy jego pomoc stawała się konieczna. &lt;br /&gt;Andrew był bardzo pomocnym i dobrodusznym człowiekiem, ale Bobby doskonale zdawał sobie sprawę, że kaznodziei z niego być nie może. Kropidło będąc osobą głęboko uduchowioną nie tracił wszakże nadziei, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym pojawi się młodzieniec godny tej zaszczytnej funkcji. I oto wreszcie miał go przed sobą. Quancy Peterda zdawał się być kandydatem z wszech miar idealnym. Niemalże swoistym darem bożym. Chłopak okazał bardzo pojętnym uczniem, przy tym był bardzo pracowity, imał się każdej, nawet najcięższej roboty, prawie wcale nie pił mocnego alkoholu, a piwa w ogóle nie dotykał. Niemal wzór cnót.&lt;br /&gt;Zachwytu mężczyzna nad młodym przybyszem nie popierała żona pastora, Mary Armagedon. Kobieta widziała w chłopcu szatańskiego sługusa. Nie była w stanie tego wytłumaczyć, ale powszechny podziw, jaki udzielił się innym członkom lokalnej społeczności był dla niej wyraźnym sygnałem, że coś jest nie tak. Quancy Petarda był za dobry, aby mógł być prawdziwy. Mary bacznie obserwowała chłopca, patrzyła mu na ręce, nie raz złapała się nawet na tym, że go śledzi. Nigdy jednak nie udało jej się złapać go na czymś, co wskazywałoby na jego nieszczere intencje. Poza jednym. Gdy pewnego dnia korzystając, że chłopak gościł u nich na obiedzie, przeszukała kieszenie jego pozostawionego w sieni płaszcza. Znalazła w nich jedno otwarte i drugie zapieczętowane opakowanie prezerwatyw. Na co mu prezerwatywy, skoro, jak otwarcie utrzymywał, wcale nie interesowały go tego typu uciechy czynione w celach rozrywkowych, a sakrament poczęcia był dlań świętością? To nie było normalne. Przynajmniej tak wówczas uważała. Dążenie do wyjaśnienia tejże nurtującej ją zagadki popchnęło ją w końcu do tego, że posunęła się nawet dalej, za co miała nosić w sercu do siebie żal i towarzyszyć jej miało poczucie wstydu do końca jej żywota. Mianowicie korzystając z okazji, jaką był urządzany na cześć założycieli osady w każdy pierwszy weekend września doroczny bal, próbowała uwieść chłopaka, co miało w jej mniemaniu dać jednoznaczne świadectwo jego konszachtów z diabłem. Bo czy rozpusta i cudzołóstwo to nie dzieło szatana? A ona? Czyż w ten sposób sama również nie grzeszyła? Nie. Ona robiła to przecież w dobrej wierze, dla dobra wszystkich. Nie kierowała się pospolitą zwierzęcą chucią, tylko altruistycznym poczuciem odpowiedzialności za swoich współplemieńców. &lt;br /&gt;Tak więc, gdy zabawa wkroczyła na pełne obroty, kolejne beczułki, karafki, gąsiory i butelki zaczynały ziać pustką, tańce szły bardziej skoczne i frywolne, a krzyki, śpiewy i śmiechy stawały się coraz głośniejsze i nieskładne, Mary poprosiła Quancyego na bok, w zacisze osłonięte przyczepą z kubłami wody przygotowanymi na wypadek zaprószenia pożaru. Gdy niczego nie świadomy chłopak udał się za kobietą, ta upewniwszy się wcześniej, że nikt ich nie obserwuje, stanowczym ruchem chwyciła go dłonią za krocze, mówiąc drżącym z podniecenia szeptem:&lt;br /&gt;- Co aniołeczku, przyznaj się, że chciałbyś wepchnąć we mnie tego swojego niesfornego wawrzocha?&lt;br /&gt;Zaskoczony chłopak tylko wybałuszył oczy niezdolny do wypowiedzenia choćby słowa.&lt;br /&gt;- No co? – nie ustępowała Mary Armagedon. – Przyznaj się, że twój ptaszek już się nie może doczekać, kiedy zawita do mojej dziupli. Zakładaj mu gumowy czepek i nie każ damie czekać.&lt;br /&gt;I wtedy przez bardzo krótką, ulotną chwilę miała wrażenie, że słyszy i czuje, jak pękają mu skorupki, ale zanim zdołała się nad tym zastanowić, chłopak powiedział przepraszającym tonem:&lt;br /&gt;- Ale ja mam cycka z tektury, proszę panią.&lt;br /&gt;Po tych słowach Armagedon puściła chłopaka i cofnęła się o krok.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Nie mógłbym pani wychachmęcić nawet gdybym chciał – wyjaśnił Quancy. – Mój członek jest zrobiony z tektury i jakbym go pani wsadził, to by nasiąkł i odpadł. Już nawet jak jszczę to się o to obawiam. Dlatego też tak mało piję i dożo pracuję fizycznie, żeby ograniczyć oddawanie moczu, a namiar wody wydalać wraz z potem przez skórę. Dlatego też zawsze mam przy sobie kondomy – dodał z rozbrajającą szczerością dobywając z kieszeni paczkę prezerwatyw i prezentując ją na wysuniętej przed siebie dłoni. – Dla bezpieczeństwa. Na wypadek deszczu. &lt;br /&gt;Mary Armagedon rozpłakała się i uciekła do kaplicy, w której leżała krzyżem do bladego świtu, kiedy to znalazł ją Andrew Proteza, który przyszedł przygotować kościół do świątecznego nabożeństwa. Kościelny zaprowadził kobietę do domu, gdzie o wszystkim opowiedziała pastorowi zaklinając się, że nie miała złych intencji. Bobby Kropidło był człowiekiem wyrozumiałym. W końcu sam nauczał miłosierdzia, tolerancji i zrozumienia drugiego człowieka i jego różnych występków, toteż nie czynił żonie wyrzutów. Nawet się roześmiał, co bardzo ją zdziwiło.&lt;br /&gt;- Trzeba było przyjść z tym do mnie – wyjaśnił. – Od dawna wiedziałem, że Quancy ma cycka z tektury.&lt;br /&gt;- Tak? – zapytała przez łzy.&lt;br /&gt;- Oczywiście – przyznał obejmując roztrzęsioną, ale nieco uspokojoną już kobietę. – Przecież jestem pastorem.&lt;br /&gt;Od tamtej pory nikt nie niepokoił młodego mężczyzny i ten mógł całkowicie skupić się na swojej misji. A ową misją była właśnie walka z okrutnym Tonnym Pifpaf. Gdy bowiem Petarda po raz pierwszy usłyszał o tym człowieku, jakim jest okrutnikiem, ile bólu i cierpienia przysporzył mieszkańcom parafii, wiedział, że nie spocznie, dopóki nie przyczyni się do nawrócenia złoczyńcy, lub jeśli to nie okaże się możliwe, do bardziej drastycznego rozwiązania. Długo zastanawiał się, w jaki to sposób mógłby osiągnąć swój cel, ale każdy kolejny pomysł na jaki wpadał, z początku zdający się być wreszcie tym najlepszym, okazywał się być gorszy od wszystkich poprzednich. W ten sposób zdecydował się w końcu na realizację pierwszego, który przyszedł mu do głowy bodaj zaraz po tym jak usłyszał historię młodego Billyego Tornistra. &lt;br /&gt;Billy Tornister podobnie jak on sam przywędrował do miasteczka gnany przygodą i młodzieńczą chęcią poznawania świata. Co prawda nie stał się ulubieńcem wszystkich, tak jak miało to miejsce przypadku Quancyego, ale nie dawał też nikomu specjalnych powodów, które miałyby czynić z niego obiekt społecznej nienawiści. Billy zamieszkał w stojącym na peryferiach miasta szałasie zrobionym przed laty przez wędrownych traperów. Domostwo było mocno podupadłe, tak więc nikt z mieszkańców nie czynił sobie względem niej żadnych pretensji, toteż Billy zaczął wieść spokojne życie, starając się nikomu nie zawadzać. Żył z tego co upolował na prerii, od czasu do czasu przynosił też miejscowemu sklepikarzowi zajęcze skórki, które trafiały później na sklepowe skórki. Mieszkańcy, szczególnie kobiety, szybko doceniły kunszt i precyzję kuśnierskich zdolności Billyego i po jakimś czasie jego towar stał się mocno pożądany. Tornister zaczął nawet przyjmować zlecenia na futra, najpierw jedno, dwa na tydzień, z czasem jednak coraz więcej i więcej. Zdawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Za zarobione pieniądze wyremontował szałas,  który po jakimś czasie przestał już przypominać prowizoryczną chatę, stając się solidną, zgrabną konstrukcją. Niestety dobrze prosperujący proceder dosyć rychło przyczynił się do jego tragicznej śmierci. Któregoś dnia bowiem, gdy wracał z łowów objuczony zdobyczą, spotkał na swojej drodze Tonnyego Pifpaf. Wiedząc co mu grozi niemal natychmiast znieruchomiał, ale niestety ciężar ubitego zwierza mocno ograniczał jego zdolności utrzymywania się w bezruchu i zanim Tonny wystarczająco się oddalił, Tornistrowi drgnął policzek. Dwa dni później mieszkańcy miasteczka zaniepokojeni nieobecnością Billyego i, co mu się wcześniej nie zdarzało, niedotrzymaniem realizacji terminów przyjętych zamówień, ruszyli na poszukiwania i znaleźni jego ciało podziurawione jak sito.&lt;br /&gt;Quancy Petarda nie krył wzruszenia, gdy usłyszał tę tragiczną historię. W duchu poprzysiągł sobie, że pomści nieszczęsnego Billyego. Postanowił sobie wówczas, że jedynym sposobem na powstrzymanie okrutnego Tonnyego Pifpaf, będzie wyjście mu naprzeciw i gdy tamten go spostrzeże, Billy wcale nie znieruchomieje, tylko wygarnie mu w twarz całą prawdę o jego nikczemnej egzystencji. To nie może nie odnieść skutku. Petarda nie wyobrażał sobie, że może istnieć ktoś, kto usłyszawszy o sobie takie okrutne rzeczy potrafił będzie przejść obok nich bez refleksji. Nie tracił wiary. Każdy człowiek ma w sobie dobro, tylko trzeba mu wskazać właściwą drogę i przekonać go, by z niej nie zbaczał. &lt;br /&gt;- I miał rację – zwykł w tym momencie opowiadanej historii mawiać Leo Koryto.&lt;br /&gt;Przypadek Quancyego Petardy był bodaj najbardziej wziętą legendą miasteczka i to niemal zawsze o nią prosili odwiedzający te strony wędrowcy. Sława Quancyego Petardy przekroczyły bowiem nie tylko mury miasteczka ale jak rwąca rzeka pomknęła ku dalekim krainom niosąc wraz ze swoimi wodami zbierane po drodze ubarwienia i zanieczyszczenia, które czyniły ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Zdarzało się coraz częściej, że okolice misteczka odwiedzali ludzie bardziej ciekawi opowieści o Billym, niż o samym Tonnym, choć bez Pifpafa Quancy przecież w ogóle by nie zaistniał. Ale może właśnie to, że było to aż tak oczywiste, sprawiało, że stało się mniej atrakcyjne?&lt;br /&gt;- Gdy tylko na jego drodze pojawił się Tonny Pifpaf – kontynuował stary gawędziarz – Quancy wcale się nie uląkł i nie znieruchomiał bezczynie, tylko dumnie wypiął pierś.&lt;br /&gt;W tym momencie wszystkich słuchających przechodził zawsze dreszcze emocji i podziwu. Co mniej cierpliwi nie wytrzymywali i przerywali Leowi.&lt;br /&gt;- I co, i co się stało?&lt;br /&gt;Wówczas dla jeszcze mocniejszego podgrzania atmosfery Koryto robił dłuższą pauzę, a gdy słuchających ogarniał szmer nerwowego podniecenia zakończał. &lt;br /&gt;- Quancy miał w sobie tyle stanowczości, że wypinając godnie pierś w jednym momencie stał się istnym uosobieniem dumy i honoru. W tej właśnie chwili został na wieczne lata symbolem poczucia nieustawicznej potrzeby podejmowanie heroicznych postaw w obronie bliźniego. Jego mieniąca się w słońcu sylwetka była tak przepiękna i przepojona uczuciem, że Quancy znieruchomiał w tej bohaterskiej pozie na dobre i do dziś stoi na rozdrożu, gdzie możecie go oglądać każdego dnia i składać mu u stóp wiechcie kwiatów i śpiewać dziękczynne psalmy.&lt;br /&gt;Tak więc gdy w szparze pomiędzy futryną a uchylonymi drzwiami saloonu Leo zobaczył tego przeklętego nikczemnika zbliżającego się pewnym, zuchwałym krokiem, historia Quancyego Petardy przemknęła mu przez myśli w okamgnieniu.  &lt;br /&gt;- Tonny Pifpaf – wyszeptał drżącymi z przerażenia ustami i znieruchomiał.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-6149379479609217023?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/6149379479609217023/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=6149379479609217023&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6149379479609217023'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/6149379479609217023'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/03/przeklety-tonny-pifpaf.html' title='Przeklęty Tonny Pifpaf'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-917530251443779770</id><published>2011-03-22T17:42:00.001+01:00</published><updated>2011-03-22T17:42:02.430+01:00</updated><title type='text'>999</title><content type='html'>Do wschodu słońca mającego rozpocząć mroźny wigilijny dzień pozostawało jeszcze dobre dwie godziny, gdy dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do długiego korytarza izby przyjęć otworzyły się gwałtownie z niesionym przez echo pustego pomieszczenia łoskotem wywołanym uderzeniem w nie czterokołowego wózka popychanego przez wrzeszczącego sanitariusza. Z miotającego się, przypasanego do noszy ciała bryzgały jasnoczerwone strugi tętniczej krwi. Ranna rzucała się w konwulsjach, w czego efekcie dwaj sanitariusze spływali posoką, podobnie jak ściany i wszelkie sprzęty, które mijali. Kobieta wrzeszczała przeraźliwie zagłuszając nawoływania ratowników.&lt;br /&gt;- „B” minus! – krzyczał wyższy z sanitariuszy, który odwracając na bok twarz przytrzymywał rzucającą się pacjentkę – „B” minus! – odkaszlnął zachłysnąwszy się buchającą krwią – Szybko! Ze dwa wiadra!&lt;br /&gt;Dyżurująca pielęgniarka sięgnęła po telefon i zaczęła gorączkowo wykrzykiwać do słuchawki. Na niemalże martwym dotychczas korytarzu nagle zahuczało od tętniących kroków obutych w drewniane chodaki stóp. Gwałtownie otwierały się i zatrzaskiwały kolejne drzwi, wybiegali i wbiegali lekarze, pielęgniarki, sanitariusze i inni pracownicy personelu medycznego, którzy zaalarmowani wcześniej przez lekarza pogotowia oczekiwali na przybycie pacjentki przygotowując niezbędny sprzęt, lekarstwa, środki znieczulające, sale operacyjne na kilku Oddziałach, na wszelki wypadek, gdyby należało operować w wyspecjalizowanych w konkretnej dziedzinie chirurgii warunkach. Zewsząd dobiegały podniesione głosy, nad którymi górował nie słabnący mimo upływu krwi ryk pacjentki.&lt;br /&gt;- Nie chcę! – krzyczała chrapliwie – Zostawcie mnie, sukinsyny! Nie mogę! Muszę umrzeć! Zanim się dowie! Muszę! Zostawcie!&lt;br /&gt;Przerażona pielęgniarka odprowadzała ten krwawy pochód szeroko rozwartymi oczami i ustami. Kobieta robiła co mogła, żeby prowizorycznie założone opaski uciskowe nie powstrzymywały upływu krwi z porozrywanych arterii. Miotała się i rzucała, naprężała, wierzgała, usiłowała gryźć. Śliskie od krwi dłonie zsuwały się i utrudniały sanitariuszom zatamowanie krwotoku. Siostra otrząsnęła się dopiero, gdy szkarłatny orszak zniknął za drzwiami windy, która szybko oddaliła obłąkańcze krzyki na inny poziom szpitala. &lt;br /&gt;Pielęgniarka była doświadczonym pracownikiem. Przez blisko dwadzieścia pięć lat pracy w zawodzie naoglądała się całe mnóstwo makabrycznych przypadków, które nie tylko zwykłego śmiertelnika przyprawiały o zawrót głowy i prowadziły do omdleń. Nie raz zdarzały się przypadki, kiedy potrafiła zachować chłodny spokój, podczas gdy inni wymiotowali. Lekarze, pielęgniarki, policjanci. Niemniej od czasu do czasu miały miejsce zdarzenia, które i w niej potrafiły wzbudzić grozę, wstręt, czy obrzydzenie. Każde było inne, zaskakujące, nieprzewidywalne, niewyobrażalne, nierealne. To było właśnie jedno z takich. Inne niż wszystkie. Nie potrafiła powiedzieć, co było w tej pacjentce takiego ujmującego, co odróżniało ją od innych obficie broczących krwią ofiar. Ta właśnie cecha byłą tą, która łączyła wszystkie te beznadziejne przypadki. Cecha zrzeszająca w sobie całą masę słów i określeń, jak tajemniczość, niewiedza, niepokój, obcość, niechęć, ciekawość, strach. Do tego objawy fizyczne, jak mrowienie, gęsia skórka, jeżenie włosów, cierpnące stopy i dłonie, ścisk w gardle, suchość w ustach, wstrzymanie oddechu. Poczucie, jakby czas nagle zatrzymał się na chwilę w bardzo niepożądanym momencie. Ale ta miała jeszcze coś. Coś znajomego. Pielęgniarka zdawała się odczuwać jakąś wewnętrzną więź z tą pacjentką, co było o tyle dziwne, że przecież nawet nie wiedziała, kim jest ranna kobieta. Chociaż z drugiej strony miała świadomość, że stan przywiezionej, szczególnie wykrzywiona grozą i bólem, pokryta krwią i posklejanymi włosami twarz zupełnie nie pozwalały na poznanie jej rysów i nie byłaby w stanie zidentyfikować kobiety, nawet gdyby to była jej własna matka.  &lt;br /&gt;Z odrętwienia wyrwał ją ostry, podniesiony głos. Potrząsnęła głową i spojrzała na jego właściciela. &lt;br /&gt;- Słucham? – powiedziała zaskoczona.&lt;br /&gt;- Gdzie ją umieszczono? – gorączkował się mężczyzna.&lt;br /&gt;- Kogo?&lt;br /&gt;Nieznajomy ściągnął nerwowo usta. Ciszę jaka zapanowała po chwilowym gwałtownym rumorze zakłócały jedynie jego stukające w blat paznokcie. Westchnął nerwowo.&lt;br /&gt;- Przed chwilą przywieziono poważnie ranną pacjentkę – powiedział. – Gdzie ją odwieziono?&lt;br /&gt;Pielęgniarka przyjrzała się mężczyźnie uważnie. Był w średnim wieku, wysoki, z włosami przyprószonymi siwizną. Wydawał się jej znajomy, ale za nic nie mogła sobie skojarzyć gdzie mogła go spotkać. Nie było w nim niczego szczególnego, jeśli pominąć to, że wyglądał niechlujnie i był ubrany w ciemny, pognieciony płaszcz, przykrywający brązową marynarkę narzuconą na beżową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. Pod szyją zwisał luźno przekrzywiony, prążkowany krawat. Zmęczona twarz z mocno podkrążonymi, przekrwionymi oczami, kilkudniowym zarostem, szarą cerą i blizną przecinającą w poprzek policzek nie wzbudzały zaufania. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby od dłuższego czasu niezbyt dobrze sypiał, nieczęsto zaglądał do łazienki, a podstawę diety stanowiły dlań tytoń i alkohol. Taki klasyczny przykład klienta nocnych barów, jakich kobieta jej pokroju mogła zobaczyć w kryminalnych filmach. Nie wzbudzał zaufania za grosz.&lt;br /&gt;- Pan jest z rodziny? – zapytała&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;- Więc nie mogę udzielić panu takich informacji.&lt;br /&gt;- Czyżby?&lt;br /&gt;Nieznajomy przechylił się przez kontuar sięgając do wewnętrznej kieszeni marynarki. Zanim zdążył z niej cokolwiek wydobyć kobieta wyczuła nieprzyjemną woń jego oddechu. Mieszanina kawowych fusów, alkoholu i górujący nad nią odór zaniedbanych zębów i dziąseł.&lt;br /&gt;- Już wiem! – niemal krzyknęła odskakując w tył. – Pan z policji kryminalnej. Pan inspektor…&lt;br /&gt;Mężczyzna uderzył otwartą dłonią o blat, czemu towarzyszyło ostre plaśnięcie, co ucięło wypowiedź pielęgniarki. Kobieta wyprostowała się mocno zaciskając i ściągając usta. Oboje na chwilę znieruchomieli. &lt;br /&gt;- A więc? – podjął policjant – Pani Barbaro? – dodał odczytując dane z jej przypiętego do piersi identyfikatora.&lt;br /&gt;- W tej chwili za wcześnie jeszcze żebym mogła cokolwiek stwierdzić – odparła. – Pacjentka dopiero co została przywieziona i jest teraz na bloku operacyjnym…&lt;br /&gt;- Na którym?&lt;br /&gt;- Nie wiem, musiałabym sprawdzić…&lt;br /&gt;- To niech pani sprawdzi.&lt;br /&gt;- Ale…&lt;br /&gt;- No ruszże się! – syknął ponownie się pochylając.&lt;br /&gt;Barbara sięgnęła szybko po słuchawkę. Nawiązała kilka połączeń wywołując kolejne numery okraszając wypowiedzi wewnętrznym, niezrozumiałym dla policjanta żargonem. Inspektor niecierpliwie przestępował z nogi na nogę zły, że nie może rozszyfrować słyszanych informacji.&lt;br /&gt;- Jest na zamkniętym bloku – powiedziała wreszcie odkładając telefon.&lt;br /&gt;- Na którym?&lt;br /&gt;- Jest niedostępny nawet dla policji.&lt;br /&gt;Nie miał zbyt dużo czasu. Właściwie nie miał go już wcale. Jeśli można by tak powiedzieć, to chyba był nawet na minusie. Tłumaczenie nie zda się na wiele. Zwłaszcza w przypadku tej konkretnie, służbiście usposobionej i niezbyt mu chętnej kobiety.&lt;br /&gt;Barbara spojrzała w kierunku drzwi pomieszczenia, które zajmowali ochroniarze i niemal w tym samym momencie ramię mężczyzny wystrzeliło jak wyrzucony z kuszy bełt. Zanim mózg pielęgniarki zarejestrował co się stało, kościste palce silnej dłoni policjanta zacisnęły się na jej długiej szyi.&lt;br /&gt;- Posłuchaj, dziwko – wycedził plując jej w twarz przyprawiającą o mdłości cuchnącą pianą. – Nie mam czasu na pierdoły. Jej nic już nie uratuje, a ja muszę zadać tylko jedno pytanie. Rozumiesz? Muszę. Inaczej to się nigdy nie skończy. I albo mi w tym pomożesz, albo ci skręcę kark.&lt;br /&gt;Rozluźnił uścisk i chwycił kobietę za splecione pod czepkiem włosy przyciągając jej głowę do blatu.&lt;br /&gt;- Mów – niemal wycharczał.&lt;br /&gt;Po chwili wyszedł z windy na innym piętrze i szybkim krokiem ruszył w kierunku bloku operacyjnego. Tak jak się spodziewał pielęgniarka zdążyła powiadomić już ochronę. Zza oddalonych o kilkanaście metrów bocznych drzwi korytarza wyszło dwóch trzymających dłonie na kaburach broni ochroniarzy. Wiedząc, że mają do czynienia z policjantem zachowywali ostrożność, miny mieli niezbyt zdecydowane, chociaż zdawali sobie sprawę, że jego władza tu nie sięga. Nie zwalniając kroku inspektor zastrzelił obu zanim którykolwiek zdążył się odezwać. Głowa pulsowała mu boleśnie, żyły piekły leniwie toczącą się w nich lawą, płytki oddech świszczał. Miał wrażenie, że z każdym wdechem wciąga do płuc garść zgryzionych, suchych słonecznikowych łuskwin, wzrok tracił na wyrazistości. Nie czuł się dobrze. Nie był pewien czy podoła. Miał przed sobą jeszcze jedne drzwi. Za nimi znajdował się blok operacyjny.&lt;br /&gt;Otarł spotniałe czoło i pchnął obrotowe drzwi. Tuż za nimi ujrzał przyczajonego wartownika, który bez ostrzeżenia otworzył ogień. Chwilę później strażnik leżał już martwy z czaszką rozłupaną rękojeścią rewolweru. Inspektorowi zostały tylko dwa naboje, a te będą mu potrzebne do zakończenia tej trwającej już zdecydowanie zbyt długo tragikomedii. Dwie kule strażnika trafiły go w ramię i drasnęły żebra nie robiąc na nim jednakże żadnego wrażenia. Nie taki koniec miał zapisany. Przynajmniej na razie. &lt;br /&gt;Pchnął drzwi do przedsionka sali operacyjnej i po chwili wkroczył na jasno oświetlony, zwykle sterylnie czysty, w tym momencie zachlapany krwią blok. Zgromadzeni wokół lekarze i asystenci wpatrywali się w niego niepewnie. Funkcjonariusz zignorował ich trzymając w wyciągniętej dłoni broń. Po krótkiej chwili milczenia jeden z lekarzy odezwał się lekko przytłumionym maską chirurgiczną głosem.&lt;br /&gt;- Jeśli przestaniemy, pacjentka umrze.&lt;br /&gt;- Nie byłbym taki pewien – powiedział policjant ruszając w kierunku stołu.&lt;br /&gt;Zanim wykonał dwa kroki uszu zgromadzonych dobiegł od korytarza odległy tupot ciężkich butów. Inspektor bez zastanowienie wymierzył lufę w głowę nieprzytomnej kobiety i usłyszał suchy stukot zaciętego zamka. Przełknął ślinę, na czoło wystąpił mu pot. Szarpnął zabezpieczeniem i spróbował raz jeszcze, ale z takim samym skutkiem. Rozejrzał się rozgorączkowanym wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Jego wzrok padł na sanitariuszkę ściskającą w lekko drżących dłoniach akcesoria chirurgiczne, między innymi kilka podłużnych, ostrych skalpeli. Kobieta odczytując zamiary policjanta zrobiła krok w tył, ale mężczyzna działał szybko i zdecydowanie. Doskoczył i spróbował wyrwać jej tacę, ale dziewczyna uczepiła się jej kurczowo. Uderzył ją w twarz zaciśniętą pięścią jednocześnie chwytając lancet i odwracając się w kierunku pacjentki. Zanim jednak zdołał sięgnąć gardła rannej w drzwiach ukazała się barczysta sylwetka kolejnego ochroniarza, który nie marnując czasu na ostrzeżenia wpakował w pierś policjanta trzy naboje. Mężczyzna odrzucony impetem salwy runął na niewielki stolik z ręcznikami. &lt;br /&gt;- Wy głupi głupcy – zdążył wycharczeć i skonał z westchnieniem.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;- Eleonora Prąd?! – usłyszała twardy, służbisty głos. – Proszę otworzyć. Policja. Wiemy, że jest pani w domu. Ostrzegam, że wyważymy drzwi. Proszę nie pogarszać swojej sytuacji.&lt;br /&gt;Spojrzała przez judasz. Na klatce stało kilku mężczyzn, niektórzy w mundurach. Uchyliła drzwi.&lt;br /&gt;- Pani Eleonora Prąd? – zapytał wysoki, szpakowaty, może pięćdziesięcioletni funkcjonariusz.&lt;br /&gt;- O co chodzi?&lt;br /&gt;- Policja – rzekł drugi, niemal identyczny, tyle że nieumundurowany, przysuwając jej do twarzy służbową legitymację – Inspektor Hektor Pomidor. Mamy nakaz rewizji.&lt;br /&gt;Nie czekając na reakcję kobiety popchnął drzwi i przyciskając wystraszoną i zaskoczoną Eleonorę do ściany wszedł do środka. Zaraz za nim do mieszkania wmaszerowali trzej pozostali policjanci.  &lt;br /&gt;- Zaraz, zaraz! Chwileczkę! – próbowała się bezskutecznie opierać. – To jakieś nieporozumienie!&lt;br /&gt;- Pani Eleonora Prąd? – funkcjonariusz syknął jej z bliskiej odległości prosto w twarz.&lt;br /&gt;W oddechu Pomidora czuć było smród psujących się dziąseł, nieprzetrawionego alkoholu i kawy. &lt;br /&gt;Z obrzydzeniem odchyliła głowę w bok.&lt;br /&gt;- Tak – powiedziała przełykając gorzką ślinę.&lt;br /&gt;- Więc nie ma mowy o żadnej pomyłce. &lt;br /&gt;- Proszę chociaż powiedzieć, o co chodzi? – próbowała.&lt;br /&gt;- Wszystkiego dowie się pani na komendzie.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Pokój był widny i dosyć obszerny, nie przypominał małych, ciasnych, ledwo oświetlonych klitek, jakie widywała w filmach obrazujących podobne do tej sytuacje. Oddzielający ją od śledczego stół był długi i zarazem szeroki, niemalże kwadratowy, wzdłuż ścian ciągnęły się szafki i półki uginające się od akt i przeróżnej dokumentacji, na ścianie za plecami policjanta rozpięta była mapa miasta i poprzyczepiane mnóstwo różnego formatu mniej lub bardziej udanych zdjęć twarzy, całych postaci, miejsc i przedmiotów. Do stołu dosuniętych było sześć krzeseł, z których połowa była wolna. Jedno, naprzeciwko Eleonory zajmował Hektor Pomidor, a po jej lewej, przy krawędzi usiadł nieznany jej, bardzo tęgi, siwiejący mężczyzna o wąsko osadzonych, małych, ale za to niezwykle ruchliwych oczach. Mimo, iż nie było widać, aby się pocił, co chwila ocierał czoło złożoną w płaską kostkę, bawełnianą chusteczką. Mężczyzna zdawał się w ogóle jej nie dostrzegać, będąc całkowicie pochłoniętym regulacją skomplikowanej aparatury, którą przyniósł ze sobą do pokoju. Przypominała nieco radiomagnetofon starego typu, z tą różnicą, że miała niezliczoną liczbę pokręteł, suwaków i przycisków oraz rozkładany, prostokątny monitor, na którym co i rusz szalały kolorowe słupki i wykresy. &lt;br /&gt;- Cholera jasna – powiedział mężczyzna. – Diabli by wzięli tą przestarzałą technologię.  &lt;br /&gt;- Przestarzałą? – zdziwił się Pomidor. – Dostaliśmy ją nie dalej jak trzy miesiące temu. &lt;br /&gt;- Dla mnie to jak trzydzieści lat – odparł grubas. – Jesteśmy jedynym wydziałem, który jeszcze tego używa. To mniej więcej tak, jakbyś chciał słuchać płyt z gramofonu Bambino. &lt;br /&gt;- Bez przesady.&lt;br /&gt;- Mówię serio. Teraz są takie czasy, że postęp w tej dziedzinie niemal galopuje. Ale spokojnie. Tu podkręcimy, tam obniżymy i będzie dobrze.&lt;br /&gt;- To po jaką cholerę tyle ględzenia?&lt;br /&gt;- Te maszynki mają swoje dusze. Jak się trochę ponarzeka, to działa na nie mobilizująco. Starają się później udowodnić, że mają olbrzymie możliwości. Są bardziej wydajne.&lt;br /&gt;Pomidor spojrzał na kolegę i machnął ręką.&lt;br /&gt;- A tak dla formalności – zwrócił się do Eleonory Prąd. – To jest nasz specjalista od wszelkiego sprzętu elektronicznego wykorzystywanego przy nasłuchu, rejestracji dźwięku i obrazu. Wincenty Kapusta, we własnej osobie.&lt;br /&gt;To mówiąc Pomidor ukłonił się teatralnie, a Wincenty Kapusta spąsowiał na całej, olbrzymiej twarzy.&lt;br /&gt;Eleonora jak do tej pory nie rozumiała niczego. Zupełnie nie zmieniła tej sytuacji prezentacja owego otyłego jegomościa. W życiu o nim nie słyszała.   &lt;br /&gt;- Czy mogłabym się wreszcie dowiedzieć, – powiedziała nie kryjąc irytacji – dla czego zostałam zatrzymana?&lt;br /&gt;Zamiast odpowiedzi usłyszała piskliwy ton i aż podskoczyła nie wiedząc, czego się spodziewać. W tym samym momencie monitor rozbłysnął jaśniejszym, pulsującym światłem, poczym zgasł, by po chwili zaświecić na nowo.&lt;br /&gt;- O! I proszę bardzo – rzekł Kapusta rozpierając się w krześle. – Błysnęło, huknęło, skończone dzieło, jakby powiedział woj Wit.   &lt;br /&gt;Śledczy zalał wrzątkiem dwa kubki z kawą i spojrzał pytająco na Eleonorę.&lt;br /&gt;- Nie, dziękuję – powiedziała cicho.&lt;br /&gt;- Słucham? &lt;br /&gt;- Dziękuję – powtórzyła. – Nie pijam kawy.&lt;br /&gt;- A kto pani proponował kawę? – rzekł zdziwiony Pomidor. – Zdaje się, że pani o coś pytała?&lt;br /&gt;Kobieta zamrugała powiekami niezdecydowana.&lt;br /&gt;- Nie rozumiem – wydukała. – Ach! Oczywiście, pytałam dla czego zostałam zatrzymana?&lt;br /&gt;- Dla czego została pani zatrzymana?&lt;br /&gt;Policjant usiadł naprzeciwko ostrożnie próbując kawy.&lt;br /&gt;- Ależ cholera kwaśna – bąknął odstawiając kubek.&lt;br /&gt;Zaczął się przenikliwie wpatrywać w przesłuchiwaną. Trwało to kilkadziesiąt sekund. Kobieta poruszyła się niespokojnie.&lt;br /&gt;- To jakaś…&lt;br /&gt;- Co pani mówi nazwisko Leonard Porzeczka? – rzucił śledczy otwierając leżącą na wierzchu sterty dokumentów teczkę.&lt;br /&gt;- Zupełnie nic – odparła Eleonora.&lt;br /&gt;- Bardzo pani siebie pewna.&lt;br /&gt;- Po prostu nie znam nikogo o podobnym nazwisku.&lt;br /&gt;- Ach tak.&lt;br /&gt;Policjant wstał i zaczął przechadzać się po pokoju wertując kartki papieru. Jego współpracownik z nałożonymi słuchawkami siedział wpatrzony w monitor i zdawał się być w ogóle nie zainteresowany tym, co dzieje się wokół niego. &lt;br /&gt;Pomidor złożył papiery i pochylił się nad kobietą.  &lt;br /&gt;- Niech pani uważnie posłucha – rzekł. – Wymienię teraz kolejno kilkanaście nazwisk. Proszę mi przerwać jeśli któreś coś pani powie.&lt;br /&gt;Prąd słuchała jak policjant odczytuje dane, ale żadne z nich nie wydało jej się znajome. Mężczyzna rzucił na stół plik papierów i rzekł:&lt;br /&gt;- Wszyscy ludzie, których nazwiska odczytałem nie żyją.&lt;br /&gt;- A co ja mam z tym wspólnego?&lt;br /&gt;- Właśnie tego usiłujemy się dowiedzieć. Wszystkie tuż przed śmiercią dzwoniły na pogotowie. &lt;br /&gt;Policjant przerwał wpatrując się w kobietę.&lt;br /&gt;- I co pani na to?&lt;br /&gt;- A co mam powiedzieć? Wiele osób dzwoni na pogotowie, gdy tylko gorzej się poczuje. To chyba całkiem naturalne, nie sądzi pan? Rozumiałabym pańskie podejrzenia, czy wątpliwości, gdyby dzwonili do gazowni, albo do tartaku.&lt;br /&gt;- Do gazowni, albo do tartaku – parafrazował policjant. – Bardzo to ciekawe. A czy pani pracowała w gazowni, albo w tartaku w przeciągu ostatniego roku?&lt;br /&gt;- Co to za pytanie? Naturalnie, że nie.&lt;br /&gt;- Bo widzi pani, tak się składa, że wszystkie te telefony odebrała pani.&lt;br /&gt;- Że co?&lt;br /&gt;- Wszystkie telefony odebrała pani – powtórzył Pomidor. – Siedemnaście osób przez trzy noce. Na prawdę doskonały wynik. Sprytny Zdźich z Kopalni i Cwany Mietek Żelazko razem wzięci przy tym wysiadają.&lt;br /&gt;Kobieta sprawiała wrażenie, jakby nie docierały do niej słowa śledczego.&lt;br /&gt;- Co pan mi tu insynuuje? Co mnie obchodzi jakiś Sprytny Zdzich?&lt;br /&gt;- Nic – odparł. – Zupełnie nic. Ja tylko stwierdzam fakty.&lt;br /&gt;- A niby jak pan to ustalił?&lt;br /&gt;- A w bardzo prosty sposób – odparł siadając na powrót. – Każda z ofiar miała przy sobie telefon, bądź też zostawiła go w domu. To chyba nie jest takie dziwne. I niech pani sobie wyobrazi, że, jak już wcześniej mówiłem, każda z nich zanim, że tak to literacko ujmę, wyzionęła ducha, ucięła sobie z panią krótką pogawędkę. Każdorazowo przybliżona godzina śmierci zbiega się z ową rozmową. I niech mnie pani nie pyta, skąd to wiem, bo pracuje nad tą sprawą kilkudziesięciu funkcjonariuszy w całym kraju i o pomyłce mowy być nie może.&lt;br /&gt;Eleonora wpatrywała się w policjanta szeroko rozwartymi oczami. Chciała coś powiedzieć, bronić się, krzyknąć, ale nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. Absurd oskarżeń ją przerastał.&lt;br /&gt;- Powiem pani jeszcze coś ciekawego – kontynuował policjant. – Od jakichś dziewięciu miesięcy w różnych stronach naszego pięknego kraju dochodzi do tajemniczej serii zbrodni. Cyklicznie. Mniej więcej, co trzy tygodnie. Jak do tej pory każdorazowo ginęło od pięciu, do czternastu osób. I zawsze każda z nich dzwoniła pod ten sam numer telefonu. Czyli, teraz mamy wynik rekordowy. A razem uzbierało się sto szesnaście ofiar.&lt;br /&gt;Policjant zapalił papierosa. &lt;br /&gt;- To jakieś koszmarne nieporozumienie – odezwała się cicho Eleonora. – Co ja mam z tym wspólnego?&lt;br /&gt;- Czy ja mówię niewyraźnie?&lt;br /&gt;Pomidor wypuścił kłąb sinego dymu.&lt;br /&gt;- Wicuś? &lt;br /&gt;Otyły mężczyzna na chwilę oderwał wzrok od wykresów i spojrzał na współpracownika nieco zagubionym wzrokiem.&lt;br /&gt;- Proszę?&lt;br /&gt;- Czy ja mówię niewyraźnie?&lt;br /&gt;- W życiu.&lt;br /&gt;- Niech mi pan oszczędzi tego cyrku – powiedziała głośniej Prąd. – O co jestem oskarżona?&lt;br /&gt;- O – ucieszył się Pomidor. – Wreszcie zaczęła pani słuchać i rozumieć. A słyszała pani, jak mówiłem, że wszystkie sto szesnaście ofiar tuż przed śmiercią dzwoniło na pogotowie? Na pogotowie, w którym pani pracuje?&lt;br /&gt;Kobieta wyprostowała się na krześle.&lt;br /&gt;- Chce mi pan powiedzieć – odparła hardo. – Że z ustaleniem numeru telefonu pogotowia zeszło wam dziewięć miesięcy?&lt;br /&gt;- Zgadza się – przyznał policjant. – Dziwne, prawda?&lt;br /&gt;- Bardzo dziwne – przyznała. – Zwłaszcza, że nad sprawą pracuje, jak był pan łaskaw mnie poinformować, kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Doprawdy doskonały wynik.&lt;br /&gt;- Niech pani nie ironizuje – rzekł ostro Pomidor. – Rozmowy były każdorazowo szyfrowane w sposób uniemożliwiający namierzenie tego cholernego numeru. Dopiero siedzący obok pani specjalista po trzech miesiącach intensywnej pracy złamał kod. Nie może być mowy o pomyłce. To telefon pogotowia. Zawsze podczas pani dyżuru. &lt;br /&gt;- To absurd.&lt;br /&gt;- Doprawdy?&lt;br /&gt;Policjant ponownie wstał i stanął za plecami otyłego kolegi.&lt;br /&gt;- Jak tam Wicuś? – rzucił opierając mu dłoń na ramieniu.&lt;br /&gt;- Gotowe – odparł Kapusta. – Mamy wszystkie sto szesnaście rozmów. &lt;br /&gt;- Doskonale.&lt;br /&gt;Śledczy wrócił na swoje miejsce.&lt;br /&gt;- To dziwne urządzenie, rzekł – oczywiście odpowiednio przygotowane, zmodyfikowane i dostrojone przez naszego mistrza, pozwala nam odsłuchać wszystkie rozmowy, jakie odbyły się z wybranego numeru w danym okresie. Do tego identyfikuje numery dzwoniących i, nie muszę chyba dodawać, podaje nam dokładną godzinę, minutę i sekundę połączenia. &lt;br /&gt;- Doprawdy świetnie – przyznała Eleonora. – Jeśli to prawda, to powinno zakończyć ten kabaret. Nie spałam od trzech nocy i mam już serdecznie dosyć tej komedii.&lt;br /&gt;-  I tu się z panią zgodzę – przyznał. – Po części. To powinno zakończyć sprawę, tyle, że kabaretem, czy komedią bym jej raczej nie nazwał. Wicuś, daj ostatnią – dodał zwracając się do operatora skomplikowanego urządzenia. &lt;br /&gt;Kapusta zdjął słuchawki i włączył zewnętrzne nagłośnienie. Po chwili pomieszczenie wypełnił szum, po którym nastąpił piszczący sygnał i dźwięk podnoszonej słuchawki telefonu.   &lt;br /&gt;- Słucham, pogotowie – głos Eleonory był zmęczony.&lt;br /&gt;- Umieram – odpowiedział jej męski niespokojny głos.&lt;br /&gt;- Halo? – ponownie głos Eleonory – Spokojnie. Proszę podać swoje dane. Jakie są objawy?&lt;br /&gt;- Nazywam się Leonard Porzeczka. Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Leonard Porzeczka. Ul. Wałowa 17/45. – mówił mężczyzna. – Druga brama od grobli. Proszę mi pomóc. Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się. Umieram.&lt;br /&gt;- Halo? – ożywiała się – Czy to jakiś żart?&lt;br /&gt;- Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.&lt;br /&gt;- Halo? – głos Eleonory. – Halo! Czy to jakiś głupi żart? Proszę nie blokować linii, ktoś może naprawdę potrzebować pomocy!&lt;br /&gt;Chwila milczenia i ponowny zaniepokojony głos:&lt;br /&gt;- Proszę mi pomóc. Umieram. Umieram. Ratunku!. Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się.&lt;br /&gt;- A utop się pan!&lt;br /&gt;Szczęk odkładanej słuchawki.&lt;br /&gt;- I co pani na to? – syknął Pomidor.&lt;br /&gt;- To… – wyjąkała blednąć jeszcze bardziej. – To jakaś chora manipulacja.&lt;br /&gt;- Tak? A czyj to głos?&lt;br /&gt;- Mój – przyznała. – Ale ja tego nie powiedziałam.&lt;br /&gt;- Acha. A więc to pani głos, tylko nie pani to mówi?&lt;br /&gt;- Dokładnie – przyznała drżącym głosem. – Doskonale pamiętam tę rozmowę. Początek się zgadza, ale później miała zupełnie inny przebieg. Ten mężczyzna ze mnie szydził! &lt;br /&gt;- Doskonale pani pamięta tę rozmowę?&lt;br /&gt;- Oczywiście – odparła gorliwie. – A co w tym dziwnego?&lt;br /&gt;- Pamięta pani wszystkie rozmowy telefoniczne z pacjentami, czy może należałoby tu powiedzieć potencjalnymi, lub nawet niedoszłymi pacjentami?&lt;br /&gt;Kobieta parsknęła.&lt;br /&gt;- Co pan mi próbuje wmówić? Coś pan insynuuje? – fuknęła nie kryjąc irytacji. – A pan pamięta?&lt;br /&gt;- Tu nie chodzi o mnie – powiedział chłodno Pomidor. – Ale jeśli ma to zaspokoić pani ciekawość i pomóc w koncentracji, to odpowiedź brzmi „nie”. Nie mogę pamiętać wszystkich rozmów telefonicznych, bo bywa, że odbywam ich kilkadziesiąt dziennie.&lt;br /&gt;- Otóż to – przyznała Eleonora. – No ale kilka ostatnich chyba pan pamięta?&lt;br /&gt;- Zwykle tak – przyznał. – Jeśli wynika z nich coś istotnego, to nawet z pewnością.&lt;br /&gt;- No widzi pan.&lt;br /&gt;- Więc, jak? Pamięta pani tę rozmowę, czy nie? Było w niej coś szczególnego?&lt;br /&gt;Z każdą chwilą głos Eleonory przybierał na głośności. Była już mocno zaczerwieniona na twarzy, jej podkrążone oczy nadawały jej wyrazu właściwego dla ludzi długo uzależnionych od alkoholu, lub innych rujnujących organizm używek.&lt;br /&gt;- To był jeden z tych idiotycznych żartów, – podjęła – jakie śmieszą ludzi o chorych umysłach i wypaczonej osobowości! To musiał ktoś jakoś później przetworzyć, ponownie zgrać! Nie znam się na tym. To wy jesteście specjalistami. Ja nie mam pojęcia jak to wyjaśnić!&lt;br /&gt;- A widzi pani – rzekł spokojnie Pomidor. – To zupełnie tak jak my. Też nie wiemy, jak to wyjaśnić. &lt;br /&gt;- Czyli panowie mi wierzą? – szepnęła z nadzieją. – Że to manipulacja?&lt;br /&gt;- A nie. O tym nie może być mowy – odparł policjant. – Autentyczność nagrań jest poza najmniejszym podejrzeniem. Chodziło mi raczej o to, jak pani to robi?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Jak pani potrafiła zmuszać tych ludzi do samobójstw? I jak, na Boga, udaje się pani manipulować rejestracją chronologii połączeń?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Następujące po sobie połączenia w rzeczywistości miały kolejność w zupełnie innych momentach.&lt;br /&gt;Eleonora milczała wpatrując się w policjanta przeszklonym wzrokiem. Cała ta absurdalna historia w połączeniu z fizycznym zmęczeniem sprawiła, że przestał do niej docierać sens słów policjanta. Zwłaszcza, że dla niej sensu były one pozbawione.&lt;br /&gt;- Ja chyba śnię – szepnęła.&lt;br /&gt;- Bynajmniej. Na przykład mężczyzna, któremu kazała pani się utopić zrobił to w sposób dokładny i skuteczny. Po prostu wyszedł z domu, wszedł do zatoki i utonął. W podobny sposób zareagowali wszyscy pozostali. Wicuś, puść pani kilka ostatnich.&lt;br /&gt;Kapusta chwilę zmieniał układ pokręteł i suwaków, odegrał na klawiszach krótką sekwencję i po chwili pomieszczenie wypełnił przerywany krótkimi sygnałami głos Eleonory.&lt;br /&gt;- A utop się! A strzel pan sobie w dupę! A ukręć se pan łeb! A wysraj pani sobie flaki! Przez okno pan skocz!&lt;br /&gt;- Dosyć – powiedział Pomidor i głos ucichł. – Twierdzi pani, że doskonale pamięta zapis rozmowy, którą wcześniej pani zaprezentowaliśmy?&lt;br /&gt;- Już mówiłam – odparła drżącymi ustami. – Ale te? To naprawdę…&lt;br /&gt;- Skupmy się na tej ostatniej.&lt;br /&gt;Kobieta z trudem przełknęła suchą ślinę.&lt;br /&gt;- Tak. Pamiętam ją doskonale, bo rozmawiałam z tym człowiekiem na ostatnim dyżurze – spojrzała na zegarek. – Nie dalej jak, sześć, siedem godzin temu.&lt;br /&gt;- A widzi pani – ucieszył się policjant, chociaż była to raczej gorzka radość. – Bo wydaje nam się, a właściwie to należałoby powiedzieć, że jesteśmy co do tego całkowicie i ponad wszelką wątpliwość zgodni, że wkradła nam się tutaj taka jedna drobna niejasność. &lt;br /&gt;- Mianowicie?&lt;br /&gt;- Mianowicie chodzi o to, łaskawa pani, że to była rozmowa sprzed ponad pół roku.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;- Słucham, pogotowie – powiedziała zmęczonym głosem.&lt;br /&gt;Trzecią noc z rzędu miała dyżur. Była sroga i zapowiadająca się na wyjątkowo długą zima, godzina czwarta trzydzieści osiem rano. Czwarta trzydzieści osiem w nocy. Dyżur był okropny. Nie było mowy o zmrużeniu oka. &lt;br /&gt;- Umieram – zabrzmiał męski głos o nieco niepokojącym tonie.&lt;br /&gt;- Halo? – ożywiała się. – Spokojnie. Proszę podać swoje dane. Jakie są objawy?&lt;br /&gt;- Nie mogę oddychać – odparł mężczyzna. – Pocę się nosem od środka.&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Pocę się nosem od środka. Gluty śmierdzą mi potem. Duszę się.&lt;br /&gt;- Czy to żart?&lt;br /&gt;- Och nie, w żadnym wypadku nie może być mowy o głupim dowcipie. Gluty śmierdzą mi potem nie na pomysły – mężczyzna zarechotał chorobliwie.&lt;br /&gt;- A utop się pan! – nie wytrzymała i odłożyła słuchawkę.&lt;br /&gt;Miała dosyć. Że też ludzie nie mają co robić po nocach i zamiast odpoczywać, trzymają się ich idiotyczne żarty. W ciągu ostatnich trzech dyżurów było pod tym względem gorzej niż zwykle. Każdej nocy odbierała dwa, trzy tego typu telefony.&lt;br /&gt;Do godziny szóstej aparat telefoniczny milczał. Westchnęła ciężko wychodząc na do szpiku kości przeszywające chłodem powietrze. Do domu pojechała taksówką. Bała się prowadzić. W mieszkaniu zrzuciła palto na podłogę i nie rozbierając się padła na łóżko. Zasnęła w locie. Miała wolny dzień i zamierzała go przespać w całości. &lt;br /&gt;Około godziny czternastej obudził ją świdrujący umysł sygnał telefonu. Ilekroć zdarzały się jej okresy tak wykańczające, jak ten, borykała się z myślą wyłączenia telefonu. Niemniej nigdy tego nie uczyniła. Nie pozwalało jej na to poczucie obowiązku. A nuż ktoś się rozchoruje i będą jej potrzebować na pogotowiu?&lt;br /&gt;Przez niemal kilka minut nie mogła się rozbudzić. Śniło jej się, że rozmawia przez telefon z jakimś przerażonym mężczyzną, który nie potrafił jej powiedzieć, czego chce. Był to nico dziwny sen, w którym nie była sobą, tylko jakby obserwowała odbywającą się scenę na ekranie lub w teatrze. Eleonora ze snu była właśnie na dyżurze, ale nie miała na sobie służbowego fartucha tylko zielony lekarski płaszcz, jakich używają chirurdzy podczas operacji. Jęczący do słuchawki mężczyzna błagał o pomoc, mówił, że musi wyskoczyć przez okno, chociaż tego nie chce. Eleonora ze snu rozmawiała z nim, ale Eleonora śniąca słyszała i rozumiała wyłącznie słowa mężczyzny, a wypowiedzi jej samej były bardzo niewyraźne, zagłuszone szumami, urywane, jakby były odtwarzane z mocno porysowanej płyty gramofonowej. Sen nie przynosił upragnionego ukojenia i relaksu, stając się w zamian coraz bardziej męczącym, niemal tak samo, jak z każdą chwilą wzrastał strach dzwoniącego mężczyzny. Co gorsza, nie była też już wcale pewna, czy mężczyzna naprawdę czegoś panicznie się boi, czy też stroni sobie z niej żarty, co niestety nie zdarzało się rzadko. &lt;br /&gt;Kobieta nerwowo przewracała się z boku na bok, od czasu do czasu z jej ust dobywał się cichy bulgot przeplatany ze złośliwym, szyderczym chichotem. Koszmary umiejscawiały się najczęściej w dobrze znanym z życia otoczeniu, a Eleonora niemal cały czas spędzała na pogotowiu. Godziny domowego odpoczynku upływały jej najczęściej na śnie, więc czas prywatny nie stanowił zbyt dobrej pożywki dla sennej wyobraźni. Tak więc najczęściej śniły jej się właśnie dyżury, w trakcie których raz jeszcze przeżywała wydarzenia, które już się odbyły, jak również i takie, jakie nigdy nie miały miejsca. Po tylu latach pracy momentami trudno jej było odróżnić fakty od sennych wizji i pojawiała się w pracy nie wiedząc, czy to co miała w pamięci dotyczy faktów, czy też owoców jej wyobraźni. &lt;br /&gt;Natarczywy dźwięk dudnił jej w głowie, jak przemykający peronem pociąg widmo. Nie potrafiła ocenić, czy dręczy ją koszmar, czy też ktoś uporczywie usiłuje wyrwać ją z głębokiego, mającego przynieść odprężenie snu.&lt;br /&gt;W końcu otworzyła oczy i wsłuchała się w obezwładniającą ciszę. Telefon milczał. Nie miała pewności, czy naprawdę dzwonił. Wstała, podniosła słuchawkę i wybrała służbowy numer pogotowia.&lt;br /&gt;- Ela? – usłyszała głos dyspozytorki.&lt;br /&gt;- Cześć Basiu – odparła ziewając. – Skąd wiedziałaś, że to ja?&lt;br /&gt;- Jezu – odparła przyciszonym, jakby konspiratorskim głosem pielęgniarka – Dobrze, że się odezwałaś. Pewnie słuchałaś już wiadomości. A czytałaś „Głos Poranny”?&lt;br /&gt;- Ja lecę z nóg, skarbie – powiedziała lekko podirytowana. – Nie spałam trzy noce. Nie pogniewaj się, ale dzwonienie do mnie z taką sprawą nie jest najlepszym pomysłem. Nie sądzisz, że sensacje mogą poczekać?&lt;br /&gt;- Szuka cię policja! – niemal krzyknęła kobieta. – Byli tu już dwa razy. To pewnie oni dzwonili. Bo na pewno nie ja.&lt;br /&gt;- Co? – Eleonora aż usiadła. – O czym ty mówisz?&lt;br /&gt;W tym momencie usłyszała dzwonek i jednoczesne, bardzo stanowcze stukanie do drzwi.&lt;br /&gt;- Oddzwonię – powiedziała i odłożyła słuchawkę.&lt;br /&gt;Policja? Nie miała czasu na analizę swoich ostatnich dni, ale była pewna, że nie zrobiła niczego, za co mogła by być poszukiwana. A teraz ten łomot do drzwi.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Wincenty Kapusta siedział przy biurku z marsową miną. Po raz kolejny przetwarzał porcję materiału, która mimo intensywnej obróbki nadal zdawała się kryć w sobie istotne tajemnice. Nie było na to dowodów, ale doświadczony policjant podświadomie to wyczuwał. Miał nadzieję, gorliwie wierzył, że dzięki uporowi znajdzie odpowiedzi na nurtujące go pytania. W końcu musi przecież paść choć cień światła na całą tą toczącą się bez końca kabałę. Inaczej śmierć jego przyjaciela pójdzie na marne, a do tego nie może dopuścić. Nie wolno mu. Nie po tych wszystkich wspólnych latach pracy.&lt;br /&gt;Przełączył aparaturę w stan aktywności i zaczął skrupulatnie wprowadzać dane i parametry z zaszyfrowanych, bądź też uszkodzonych plików. Nie spodziewał się szybkich efektów. Jak do tej pory nie udało się otrzymać czytelnego przekazu szybciej, jak po trzech godzinach, a i to było swoistego rodzaju rekordem. Na ogół czekał blisko pięć godzin na dane na tyle obrobione, by dały się wykorzystać do czegoś bardziej konkretnego. Raz jeszcze odsłuchał to, co udało mu się dotychczas odszyfrować, ale na niewiele się to zdało. Nagranie niemal niczym nie różniło się od dotychczasowych.&lt;br /&gt;- Słucham pogotowie – usłyszał wyraźny głos dyspozytorki, Eleonory Prąd.&lt;br /&gt;- Pomocy… – to był męski, drżący z przerażenia głos, brzmiący jakby znajomo, ale jednocześnie dziwnie obco, nienaturalnie.&lt;br /&gt;- Proszę się uspokoić i powiedzieć co się dzieje.&lt;br /&gt;- Umieram…&lt;br /&gt;- Proszę podać nazwisko i adres.&lt;br /&gt;- Pić… On chciał tylko napić się kawy…&lt;br /&gt;- Spokojnie. Skąd pan dzwoni? Czy ktoś z panem jest?&lt;br /&gt;- Umrę… Ja umrę… A on chciał tylko kawy…&lt;br /&gt;- Proszę podać adres.&lt;br /&gt;- Dwie kawy… Prosił o dwie duże kawy…&lt;br /&gt;Dialog na chwilę się urwał. Słychać było nerwowe oddechy obu rozmówców. &lt;br /&gt;- Czy pan mnie słyszy?&lt;br /&gt;- Dwie duże… czarne…&lt;br /&gt;- Czy to jakiś żart?&lt;br /&gt;To był koniec rozmowy. Dalej słychać było tylko długi sygnał przerwanego połączenia i szczęk odkładanej słuchawki. Wincenty pokręcił głową z rezygnacją. Wstał ze starego wysłużonego, obitego zielonkawą tkaniną krzesła i wyszedł na korytarz. Ścienny zegar wskazywał prawie dwadzieścia minut po pierwszej w nocy. Na ogół o tej godzinie komenda była pusta poza nielicznymi, pracującymi akurat nad jakimiś nie cierpiącymi zwłoki sprawami, lub też nie mogącymi spać śledczymi, dla których poza tymi przesiąkniętymi kryminalnym smrodem murami nie istniało godne uwagi życie, a prywatność była złem koniecznym. Najwyższe, szóste piętro budynku, który zajmowała komenda stołeczna, zarezerwowane było wyłącznie na gabinety i laboratoria. Ze względów bezpieczeństwa nie przetrzymywano tu więźniów, nie prowadzono przesłuchań. W końcu świadomość, że tuż nad głową czeka wolność, nie wpływała korzystnie na wyobraźnię przestępców. &lt;br /&gt;Wincenty skierował kroki do umiejscowionej przy windach dyżurki. Pełniący nocną służbę funkcjonariusz czuwał wspomagając się kawą, którą właśnie wlewał z plastikowego termosu do dużego porcelanowego kubka.&lt;br /&gt;- Co to, Mieciu? – zagaił Kapusta. – Nie smakuje nasza kawka?&lt;br /&gt;Zaskoczony mężczyzna drgnął i odrobina kawy trafiła na biurko.&lt;br /&gt;- A żeby cię! – parsknął. – Tyle razy cię prosiłem, żebyś tego nie robił – skarcił kolegę z wyrzutem.&lt;br /&gt;- Ty masz, Mieciu, czuwać, a nie dawać się podejść, jak gajowy na jagodach.&lt;br /&gt;- Dobra, dobra.&lt;br /&gt;Przez chwilę przekomarzali się, ale rozmowa niezbyt im się kleiła. Późna godzina, a przede wszystkim ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie były to najlepsze chwile na beztroską gawędę i żarty&lt;br /&gt;- Ktoś jeszcze siedzi? – zapytał na odchodne Kapusta.&lt;br /&gt;Dyżurny popatrzył na monitory i ewidencję obecności.&lt;br /&gt;- Na czwartym jest jeszcze ten Jurek Sobota, co go kobita odeszła i zrobiła w trąbę z chałupą. Szkoda chłopa, ale jak głupi, to niech teraz cierpi. Ja to tam zawsze mówiłem, że babie wierzyć nie można, bo jak tylko ma okazję, to ci zrobi koło dupy, że się potem będziesz bał pierdnąć, żeby se nóg nie połamać. Jakby tak każdy…&lt;br /&gt;- Oprócz niego, ktoś jeszcze? – przerwał Wincenty wiedząc, że inaczej czeka go kilkuminutowy monolog. – Mariana nie ma?&lt;br /&gt;- Tego z dochodzeniówki?&lt;br /&gt;- Tego samego.&lt;br /&gt;- Na urlopie – odparł Mietek nie patrząc nawet w rejestry. – Oprócz ciebie i tego nieszczęśnika tylko ja tu dzisiaj kwitnę. No i chłopaki na dole. A co?&lt;br /&gt;- Nic szczególnego – odparł Kapusta drapiąc się nerwowo w udo. – Jakoś tak tu dzisiaj nieswojo.&lt;br /&gt;Mietek wzruszył ramionami nie komentując opinii Wincentego i głośno pociągnął z kubka.&lt;br /&gt;- Na razie.&lt;br /&gt;- No. &lt;br /&gt; Kapusta ruszył ku drugiemu końcowi korytarza. Coś go gryzło, ale nie potrafił wskazać, co to takiego. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, albo podsłuchuje. To chyba najwyraźniejszy sygnał, że powinien odpocząć, pójść na urlop, wyjechać w jakieś spokojne miejsce, iść na ryby, pospacerować. Powinien. Co do tego nie było dwóch zdań. Ale zanim do tego dojdzie, zanim będzie mógł spokojnie zostawić pracę, musi doprowadzić do końca tę bez końca ciągnącą się sprawę. Sprawę, która spędzała mu sen z powiek, sprawa której poświęcał kilkanaście godzin na dobę, sprawa którą żył i o której coraz częściej śnił. Ta cholerna zagadka z pewnością nie pozostawała bez znaczenia dla jego kondycji zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Miał wrażenie, że ostatnimi czasy mocno wzrosło mu ciśnienie, ale nie miał czasu by iść z tym do lekarza. Zdarzało się również, szczególnie wieczorną porą, że łapały go duszności i coś cisnęło w piersiach. Często zdarzało mu się, że z lękiem ogląda się przez ramię, boi się wchodzić do ciemnych pomieszczeń, czuje niepokój przed odbieraniem telefonów. Czyżby nerwica? Do tego to cholerne przeświadczenie, że ktoś go permanentnie inwigiluje. Czy to możliwe? Jego? Faceta uchodzącego za jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w całym kraju? Z drugiej strony, czemu nie? Całe lata to przecież on podsłuchiwał innych, dla czego więc w końcu sytuacja nie miała się odwrócić? &lt;br /&gt;Nie to było wszakże najważniejsze. Musi najpierw dopilnować by po śmierci Pomidora wszystkiego nie zaniedbano, za wszelką cenę musi doprowadzić do rozwiązania tej cholernej sprawy. Odszyfrował i odsłuchał w sumie już kilka godzin nagrań i nie ruszył nawet na krok. Było to z jednej strony fascynujące, ale z drugiej było również tak bardzo irytujące, że momentami chciało mu się płakać i krzyczeć z niemocy. Miał nadzieję, że dzięki najnowszym danym coś się ruszy, ale do tej pory jedyny pożytek z informacji, jakie udało mu się uzyskać był taki, że przypomniał sobie, że nie pił jeszcze wieczornej kawy. Nic dziwnego, że był zmęczony i umysł nie pracował my na najwyższych obrotach, do czego zdążył go już przyzwyczaić w ciągu długich nocnych posiadówek.&lt;br /&gt;Automat z kawą najpierw niepokojąco chrobotał, potem zaczął przyjemnie mruczeć, wreszcie prychnął i po chwili słychać było już tylko szum uderzającego o papierowe ścianki kubków wrzącego strumienia i buchającej aromatycznej pary. Zanim naczynia wypełniły się pienistym napojem, uszu Wincentego dobiegł niepokojący szmer przypominający odgłos szarpnięcia za ortalionową tkaninę. Policjant odwrócił się odruchowo. Niecałe dwa metry za nim stał Hektor. Twarz mężczyzny była ziemisto blada, oczy wodniste i podkrążone sino burymi łukami sięgającymi niemal połowy policzków pokrytych kilkudniowym zarostem. Miał na sobie sięgający kostek wiązany od tyłu jasnozielony lekarski płaszcz poplamiony zakrzepłymi burymi plamami i bryzgami. W dłoni trzymał słuchawkę telefonu ze zwisającymi kawałkiem kabla. Gdy otworzył usta, zakrzepła w kącikach ust krew cicho trzasnęła i drobne okruszki sypnęły się na nieruchomą pierś mężczyzny. Pomidor wyciągnął dłoń w kierunku kolegi, jego wzrok zdawał się przenikać Wincentego i skupiać się na automacie i napełnionych kawą kubkach.&lt;br /&gt;- Pić – bardziej zachrzęścił, niż powiedział.&lt;br /&gt;Kapusta cofnął się krok. Jego usta drżały niemal konwulsyjnie.&lt;br /&gt;- Pić – powtórzył Hektor wyciągając przed siebie słuchawkę. – Do ciebie.&lt;br /&gt;Wincenty sięgnął po nią jak w transie i przytknął do ucha.&lt;br /&gt;- Halo? – szepnął drżącym głosem.&lt;br /&gt;- Słucham? – usłyszał nerwowy kobiecy głos.&lt;br /&gt;- On mi kazał…&lt;br /&gt;Zamilkł i słuchał przez chwilę obserwując, jak powłóczący nogami Hektor podchodzi do automatu, podnosi kolejno kubki z kawą i łapczywie wlewa ich zawartość w usta. Po chwili na podłodze wokół jego stóp zaczęła tworzyć się nieregularna ciemna plama cieczy. Pomidor wolno zgniótł kartonowy kubek upuścił go na pokryte płytkami podłoże korytarza.&lt;br /&gt;- Na co czekasz? – zapytał teraz z kolei bulgoczącym głosem. Na jego wargach przez chwilę pokazał się zabarwiony lekko na brudnoróżowy odcień przezroczysty bąbel, który zaraz bezdźwięcznie pękł.&lt;br /&gt;Wincenty bezwładnie opuścił ramię, rozchylił palce dłoni i patrzył jak słuchawka niczym w zwolnionym tempie lekko obracając się bezdźwięcznie upada na podłogę, jakby była zrobiona z gąbki. Wolno podszedł do okna i otworzył je szeroko.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-917530251443779770?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/917530251443779770/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=917530251443779770&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/917530251443779770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/917530251443779770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/03/999.html' title='999'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-7057740675978855225</id><published>2011-03-22T17:41:00.001+01:00</published><updated>2011-03-22T17:45:29.243+01:00</updated><title type='text'>Obrzartuszek vs. Plastmasa</title><content type='html'>Leszek leżał ze spokojną miną. &lt;br /&gt;- Wygląda jakby spał – powiedział matka.&lt;br /&gt;- Chyba raczej jakby spał – skorygował przygłuchy ojciec. – Jakby srał, to by nie był taki spokojny.&lt;br /&gt;Kobieta wyrozumiale przemilczała uwagę męża. Westchnęła i delikatnie pogładziła syna po głowie, uważając przy tym, by nie uszkodzić pieczołowicie ułożonej przez dekoratora fryzury. Leszek zginął w wypadku w dniu, w którym obchodził czterdzieste urodziny. Był kawalerem, czego matka zawsze żałowała. Teraz po raz pierwszy cieszyła się, że syn nie założył rodziny. Nie zniosłaby widoku płaczących sierot i owdowiałej synowej. &lt;br /&gt;- O której mają przyjść? – zapytał mąż.&lt;br /&gt;Kobieta spojrzała na zegarek.&lt;br /&gt;- Za jakieś pół godziny.&lt;br /&gt;Była sobota, trzy dni po śmierci Leszka. Na ten dzień zaplanowali uroczystość urodzinową, na potrzeby której została wynajęta i z góry opłacona restauracja z dużą salą balową, zaproszeni liczni goście, zamówione wykwintne potrawy, zespół muzyczny i konferansjer. W trakcie rodzinnej narady ustalili, że skoro nie można wszystkiego bezstratnie odwołać, to urządzą Leszkowi wystawną stypę. Pechowy solenizant był człowiekiem wesołego usposobienia i pewnie sam życzyłby sobie, by na przyjęciu urządzonym po jego śmierci ludzie dobrze się bawili, a nie topili żale w wódce i flakach.  &lt;br /&gt;Skrzypnęły zawiasy prowadzących do sali balowej drzwi i po chwili przy trumnie stanął kuzyn Mietek z Wolbromia, krępy, trzydziestopięciolatek o rudej, mocno kędzierzawej czuprynie. &lt;br /&gt;- Witaj ciociu Heniu – szepnął obejmując matkę Leszka. Następnie uścisnął prawicę wuja.&lt;br /&gt;Po chwili dołączył do niego młodszy brat, Zbysław. Chłopak wyglądał jak wierna kopia Mietka, tyle że nieco mniej zamortyzowana życiem.&lt;br /&gt;- Przywieźliście? – zapytała ciocia Henia.&lt;br /&gt;- Pewnie – odparł gorliwie Zbysław. – Czeka w sali balowej.&lt;br /&gt;Nie zadając dalszych pytań kobieta ruszyła ku wyjściu. Mężczyźni podążyli za nią w milczeniu. W centrum obszernego, rozświetlonego pomieszczenia stała pokaźnych rozmiarów podłużna ława, na której spoczywał Leszek, tylko że przynajmniej cztery razy większy, niż ich martwy syn. Olbrzymi Leszek miał na sobie doskonałą imitację swoich ulubionych krótkich dżinsowych spodenek i koszulkę typu t-shirt ze zdjęciem okładki płyty No Prayer For The Dying zespołu Iron Maiden. Obrazek przedstawiał wydobywające się z grobowca groteskowe monstrum i pierzchających na boki przerażonych ludzi. Gra na gitarze basowej była jedną z największych pasji Leszka, a Steve Harris stanowił dla niego niedościgniony ideał i wzór, taki wygląd koszulki wydawał się więc jak najbardziej stosowny. Przynajmniej dopóki Leszek stąpał po ziemi.  &lt;br /&gt;Mietek skrzywił się widząc minę wuja Stacha. &lt;br /&gt;- Było za późno, żeby cokolwiek zmienić – powiedział tonem przeprosin. – Jak zadzwoniliśmy do piekarni, to korpus był już gotowy. Udało się tylko wyraz twarzy trochę podretuszować, bo wcześniejszy był… No sama ciocia zresztą wie, bo projekt Zbyś przysyłał.&lt;br /&gt;Henryka popatrzyła na twarz Olbrzymiego Leszka. Była rumiana i szeroko uśmiechnięta. W pierwotnej wersji miał ją wykrzywiać wyraz wściekłości. Nie była pewna, czy zmiana była właściwa, ale było już za późno na jakąkolwiek korektę w tym zakresie.&lt;br /&gt;- A czego ma tą gębę taką ulaną? – odezwał się z pretensją Stach. – Nogi chude jak u bociana, a morda tłusta i świeci się, jak borsukowi jaja.&lt;br /&gt;- Stachu, miejże litość! – zestrofowała go żona.&lt;br /&gt;- No co? – obruszył się staruszek. – Może nie mam racji?&lt;br /&gt;- Nie o to chodzi – żachnęła się Henryka. – Waż na słowa. &lt;br /&gt;- Co ważne? Sowa? Rozum ci odjęło, kobieto?&lt;br /&gt;- A daj ty mi spokój!&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;Matka Leszka machnęła ręką zrezygnowana. Mężczyzna pomruczał chwilę pod nosem i zamknął usta chodź widać było, że miał jeszcze sporo do powiedzenia. Zamiast drążyć temat wolał jednak wcisnąć zaciśnięte pięści głęboko w kieszenie spodni i utkwić wzrok w roztaczającym słodkie zapachy Olbrzymim Leszku.&lt;br /&gt;- Wcześniej miał usta rozdziawione, jakby na kogoś krzyczał z całych sił – zdecydował się wytłumaczyć Mietek. – Cukiernik musiał je zalepić i zamienić w uśmiech, ale przez to twarz jest rzeczywiście nieco duża. Poza tym krem się trochę rozpuścił na słońcu w trakcie wnoszenia. Na dworze jest ze czterdzieści stopni.&lt;br /&gt;- Nie ważne – ucięła temat matka. – Grunt, że jest naprawdę duży.&lt;br /&gt;- Ważne, że jest duży – przyznał ojciec nieco się uspokoiwszy.&lt;br /&gt;Leszek był dosyć nikczemnego wzrostu, z powodu czego miał mocno gryzące go kompleksy, których nie potrafił się wyzbyć. Unikał publicznych miejsc, stronił od kobiet. Uważał, zresztą nie bezpodstawnie, że jego niecałe metr pięćdziesiąt pięć dyskwalifikuje go jako amanta. &lt;br /&gt;- A Humphrey Bogart? – podsuwała zawsze matka, gdy ktoś poruszał ten drażliwy dla siebie temat. – Nie był większy od ciebie, a kochały i kochają go kobiety całego świata.&lt;br /&gt;- Musiał stanąć na taborecie, żeby pocałować Ingrid Bergmann w Casablance – ripostował Leszek. – Wyobrażasz sobie mnie, jak wchodzę na taboret i całuję, dajmy na to, tę Wasilewską z warzywniaka? &lt;br /&gt;- Jesteś nienormalny.&lt;br /&gt;- Kto się urodził kurduplem, to i kurduplem zostanie. Cudów nie ma.&lt;br /&gt;Henryka westchnęła na wspomnienie słownych przepychanek z synem. Gdyby mógł zobaczyć niespodziankę, jaką mu przygotowali. Olbrzymi Leszek mierzył ponad sześć metrów długości i z pewnością mógł zaimponować każdemu. Przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary. Był wykonany z masy lukrowej, biszkoptu, bezowej piany i kremu różnych smaków i kolorów. Za wypiek odpowiadał mistrz cukiernik Napoleon Ciasteczko, dalszy kuzyn ze strony Stacha, które to pokrewieństwo mimo piątej wody po kądzielowym kisielu, zapewniło im stosunkowo duży rabat. Po śmierci Leszka Napoleon dał im dodatkową ulgę cenową i wykonał pracochłonne retusze bez żadnej dopłaty.&lt;br /&gt;- Podoba się? – zapytał Ciasteczko wchodząc na salę w momencie, gdy Henryka akurat była przy nim myślami.&lt;br /&gt;Kobieta pokiwała głową i otarła kąciki oczu.&lt;br /&gt;- Imponujący – powiedziała po chwili milczenia. – To chyba właściwe słowo. &lt;br /&gt;- Poczekaj, aż spróbujesz – cukiernik uśmiechnął się zadowolony, ale zaraz spoważniał przypominając sobie charakter przyjęcia. – Mam nadzieję, że chociaż odrobinę osłodzi te gorzkie chwile – dodał.&lt;br /&gt;Godzinę później salę wypełniało kilkadziesiąt krążących od stołu do stołu osób, zespół grał jeden po drugim skoczne rokowe przeboje. Another One Bites The Dust QUEEN sprawił, że ludzie zaczęli kręcić się nerwowo, a gdy salę wypełniły dźwięki Run Run Away SLADE na parkiecie zaczęły pojawiać się nieśmiało pierwsze pary żądne zabawy. Rozluźnienie wpłynęło również na apetyt biesiadników. Nim minęło dalsze trzydzieści minut Olbrzymi Leszek nie miał już głowy, od której zirytowany wyglądem twarzy Stach nakazał rozpoczęcie degustacji wypieku, a po dalszym kwadransie także lewej nogi do wysokości kolana i prawej stopy. &lt;br /&gt;Wniesiona na salę trumna z prawdziwym Leszkiem została ustawiona przy stole na honorowym miejscu, w którym zwykle siadywała młoda para, bądź solenizant. Leszek sprawiał wrażenie, jakby spod przymkniętych powiek bacznie się przyglądał, jak gromada umorusanych dzieciaków podgryza jego większego sobowtóra z każdą chwilą przybliżając jego imponujące ciało go do rozmiarów oryginału.&lt;br /&gt;- Jak tak dalej pójdzie – powiedział lekko podcięty Wojtek, starszy brat Leszka, gastrolog z wykształcenia i zamiłowania – to zanim się ściemni, po Leszku zostanie tylko rzadka kupa w kiblu.&lt;br /&gt;- A to niby czemu? – zainteresował się szczupły mężczyzna, którego Wojtek nie znał. Nieznajomy wpychał do ust kolejne, solidnych rozmiarów kęsy ciasta, którego kawałki wypełniały trzymany przez niego talerz, tworząc wraz z małymi kanapeczkami całkiem pokaźny kopczyk. Jego policzki sprawiały wrażenie, że zaraz popękają.&lt;br /&gt;- Albo rzygi – dodał przechylając szklaneczkę do drinków wypełnioną czystą wódką. – A najpewniej jedno i drugie. Jak ludzie popiją i nażrą się ciasta na zmianę z bigosem, to kible się pozapychają. Dziecka sraki dostaną od kremu.&lt;br /&gt;Mężczyzna pokiwał głową gorliwie przytakując wpychając przy tym w usta dwie kanapki od razu zanim zdążył dobrze przełknąć poprzedni kawałek wypieku. Po jego lśniącym podbródku ściekała strużka rozpuszczonego kremu. Wojtek odwrócił wzrok i przeszedł w drugi koniec sali jak najdalej od przepadzistego człowieka. Zanim osiągnął cel wpadł na starą przyjaciółkę.&lt;br /&gt;- Ostrożnie Wojtuś, bo mi stopy zmiażdżysz – powiedziała kobieta odskakując z przesadnym, udawanym przestrachem.&lt;br /&gt;- Wanda – stwierdził bez zażenowania. – Przepraszam, ale spotkałem kogoś działającego mi na nerwy. Ślicznie wyglądasz. Czas się dla ciebie zatrzymał, czy jak?&lt;br /&gt;- Jasne – odparła. – Ale chyba nie tylko na mnie – dodała kokieteryjnie mierząc go wzrokiem od stóp do głowy. – Kto cię tak zezłościł?&lt;br /&gt;- A nawet nie wiem, co to za gość – odparł. – Obżerał się plackiem, jakby przez ostatnie parę miesięcy nie jadł niczego poza mączką z suszonych borsuczych jąder. Co za świnia.&lt;br /&gt;- Daj spokój. Może człowiek był zdenerwowany, czy przejęty. Ludzie w nerwach postępują nieracjonalnie, nie zastanawiając się nad swoją postawą.&lt;br /&gt;- Akurat – nie zgodził się Wojtek. – Nie widziałaś go, to nie wiesz o czym mówisz.&lt;br /&gt;- To pokaż mi.&lt;br /&gt;- Nie chcę na niego patrzeć.&lt;br /&gt;- Proszę.&lt;br /&gt;Wanda uszczypnęła go w łokieć przytulając się mocno do jego boku. Przez cienką tkaninę letniego garnituru poczuł gorąco bijące od jej ciała i przeszedł go dreszcz pożądania. Zawsze uważał Wandę za bardzo łakomy kąsek, ale nigdy nie zdobył się, żeby jej zaproponować coś więcej niż kawę, lub kino, a i nawet to przysparzało mu wielu nerwów. Tak zleciało prawie trzydzieści lat znajomości. Kobieta wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci, ale teraz znów była wolna. Rozwódka. Doskonała partia dla starego kawalera. Co dziwne matka nigdy nie czyniła Wojtkowi wyrzutów, że się nie ożenił, tak jak miało to miejsce w przypadku Leszka. Wojtek sądził, że wynikało to z warunków fizycznych. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, był dobrze zbudowany, przystojny. Z pewnością mógł podobać się kobietom. Był też jedną z głównych przyczyn kompleksów młodszego brata, który uważał, że stwórca z niego zakpił.&lt;br /&gt;- Bóg miał dla nas trzy i pół metra, ale mu się nierówno ciachnęło – mawiał Leszek. – Dobrze chociaż, że z czym innym było inaczej.&lt;br /&gt;- Jasne – odpowiadał Wojtek – Mnie przypadł cały rozum, a tobie na pociechę trafiła się wielka dupa.&lt;br /&gt;- Nie chodziło mi o rozum.&lt;br /&gt;I obaj wybuchali serdecznym śmiechem.&lt;br /&gt;Obejmując Wandę w tali, Wojtek poprowadził ją pomiędzy coraz głośniej rozmawiającymi gośćmi. Kapela rżnęła teraz Paranoid BLACK SABBATH, a ostrzyżony na jeża wokalista wspinał się niebezpiecznie na nieco za wysokie jak na gust Wojtka rejestry.&lt;br /&gt;- Jest, menda – powiedział do kobiety wskazując nieznajomego i jednocześnie krzywiąc się z niesmakiem.&lt;br /&gt;Niedaleko szwedzkiego stołu stał szczupły mężczyzna z talerzykiem wyglądającym identycznie, jak za poprzednim razem tyle, że znacznie większym. Jego usta również zmieniły się w podobny sposób. Policzki były wydęte do granic możliwości, szczęki pracowały energicznie, a otwierające się co kilkanaście sekund przepadziste usta rozszerzały się do niewiarygodnych rozmiarów. Wojtek pomyślał, że bez najmniejszego problemu mógłby włożyć w nie zaciśniętą pięść i ugnieść pokarm, by więcej się zmieściło. Ku jego zdziwieniu mężczyzna wepchnął do ust ociekający kremem kawałek ciasta, popychając go palcami, aż niemal całe zniknęło wgłębi ust i zaraz potem ślad za nim powędrował kolejny kawałek i trzy kanapki. Mężczyzna czujnie lustrował zastawiony stół, jak drapieżnik wypatrujący w stadzie przyszłą ofiarę.&lt;br /&gt;- Znasz go? – zapytał z odrazą.&lt;br /&gt;- W życiu go nie widziałam.&lt;br /&gt;Wojtek z niepokojem przeniósł wzrok na Olbrzymiego Leszka. Obie nogi znikły do wysokości spodenek, nie miał już również ramion. Na chwilę zatrzymał wzrok na przerażonej twarzy z okładki płyty zdobiącej nie naruszoną do tej pory pierś. Najwidoczniej ta część wypieku wymagająca z pewnością niemałego nakładu pracy i wielkiego kunsztu artystycznego sprawiła, że biesiadnicy powstrzymywali się z jej naruszeniem, co zdawałoby się być swoistego rodzaju zbezczeszczeniem majstersztyku rąk ludzkich. &lt;br /&gt;- Czyż nie…&lt;br /&gt;Nie dokończył wypowiedzi bo w tym momencie do podłużnej ławy energicznym krokiem podszedł nieznajomy mężczyzna i przy pomocy łopatki do tortu zaczął dźgać wypiek ładując na jeszcze większy niż poprzednio talerz kolejne kawałki cista bezpowrotnie niszcząc artystyczny aspekt wypieku. Gdy tylko pierś Olbrzymiego Leszka została naruszona ławę obskoczyły dzieciaki i zaczęły pożerać słodkie kęsy wyrywając kawałki ciasta rękami. Wyglądało to, jak atak jakichś małych zombi na martwe ciało świeżo ubitej ofiary.&lt;br /&gt;Wojtek nie wytrzymał i ruszył w kierunku nieodstępującego stołu mężczyzny. Energicznym ruchem wytrącił mu z rąk talerz. Kawałki ciasta i kanapki rozleciały się z nieprzyjemnymi plaśnięciami. Mężczyzna odprowadził wzrokiem upadające porcje i popatrzył na Wojtka jak na barbarzyńcę. Szczęki mu znieruchomiały. Po chwili znów spojrzał na podłogę, przeżuł kilkakrotnie, przełknął marszcząc brwi i zrobił krok w kierunku swojego purpurowego na twarzy adwersarza. &lt;br /&gt;- Pan to zrobił celowo?  &lt;br /&gt;- Oczywiście!&lt;br /&gt;- To niegrzeczne. Ja jestem w pracy.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Tak uważam. A nawet więcej. Wytrącanie naczyń z rąk jedzącego i marnowanie pokarmu to dodatkowo bezprzyczynowe marnotrawstwo. Pan wie ile ludzi mogłoby się tym najeść? Ilu głodujących? Dzieci?&lt;br /&gt;Wojtek nie mógł uwierzyć. Mężczyzna, który przez ostatnie kilka godzin nie robił nic poza przepadzistym obżeraniem się, śmiał mu wspominać o głodujących dzieciach. Zanim zdążył powiedzieć co na ten temat myśli, podszedł do nich wuj Stach.&lt;br /&gt;- Co tu się dzieje, panowie? – zapytał.&lt;br /&gt;- Ten pan wytrącił mi talerzyk z ciastem, panie Staszku – wyjaśnił nieznajomy. – Bez powodu.&lt;br /&gt;- Bez powodu? – parsknął czerwieniejący na twarzy Wojtek.&lt;br /&gt;- Zechce pan powtórzyć, panie Obżartuszku? – dopytywał Stach.&lt;br /&gt;Wojtek wypuścił powietrze zaskoczony.&lt;br /&gt;- Powiedziałem – odparł mężczyzna wolno i wyraźnie wypowiadając słowa – że obecny tu pan zupełnie bez powodu wytrącił mi z rąk talerzyk z ciastem.&lt;br /&gt;Stach spojrzał na podłogę, potem przeniósł pytające spojrzenie na syna. &lt;br /&gt;- O Jezu, przepraszam – powiedział zażenowany Wojtek zwracając się do nieznajomego. – Zupełnie wyleciało mi z głowy, że rodzice mieli pana zaprosić. Nigdy wcześniej pana nie widziałem. Znam tylko ze słyszenia. Myślałem, że jest pan… No jakby to powiedzieć…&lt;br /&gt;- Większy?&lt;br /&gt;- Właśnie.&lt;br /&gt;- Wszyscy mi to mówią.&lt;br /&gt;Obżartuszek uśmiechnął się i nieprzyjemna atmosfera nieco się rozluźniła.&lt;br /&gt;- Ech ty głuptasie – Wanda delikatnie uszczypnęła Wojtka w policzek. – A ty myślałeś, że to ktoś przypadkowy tak się obżera ciastem i kanapkami.&lt;br /&gt;- Ktoś przypadkowy? – powtórzył Obżartuszek i wszyscy wybuchli serdecznym śmiechem.&lt;br /&gt;Żartowali i przekomarzali się przez kilka minut. W pewnym momencie do rozmawiających podeszła Henryka w towarzystwie kuzyna Mietka z Wolbromia. &lt;br /&gt;- Nie za wesoło wam? – zapytała. – Leszek zniknął.&lt;br /&gt;- Wiemy, wiemy – odparł Wojtek. – Dzięki panu Obżartuszkowi – dodał serdecznie klepiąc mężczyznę w ramię.&lt;br /&gt;- No nie tylko dzięki mnie ale dziękuję za... &lt;br /&gt;- Chodzi mi o prawdziwego Leszka – przerwała kobieta.&lt;br /&gt;Śmiechy ucichły. Informacją o zniknięciu Leszka najbardziej zdawał się być przejęty Obżartuszek. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle przestały interesować go wszystkie otaczające go osoby, przez które zdawał się przenikać wzrokiem w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. Lustrował nerwowo różne punkty sali, jakby próbował wypatrzeć obiekt chorobliwego pożądania, którego tak naprawdę wcale wolałby nie dostrzec. &lt;br /&gt;Pozostali wpatrywali się w pustą trumnę, z której wystawały brzegi pomiętej, satynowej wyściółki. &lt;br /&gt;- Co to ma niby być? – parsknął Wojtek.&lt;br /&gt;Obżartuszek nagle uniósł brwi i z jego wytrzeszczonych oczu wyjrzał ktoś bardzo nie na żarty przestraszony. Złapał Wojtka za dłoń i szarpnął w kąt sali.&lt;br /&gt;- Coś pan! – zaprotestował Wojtek. – Puszczaj pan, albo…&lt;br /&gt;- Niech pan posłucha – przerwał Obżartuszek, którego głos drżał na tyle poważnie, że Wojtek zamilkł bez protestu. – Zostało już bardzo niewiele czasu. &lt;br /&gt;- Jak mi zaraz…&lt;br /&gt;- Niech pan spojrzy.&lt;br /&gt;Mężczyzna wskazał palcem resztki Olbrzymiego Leszka.&lt;br /&gt;- O czym pan mówi? – zapytała Wanda podchodząc do mężczyzn zaniepokojona. W widoczny sposób zaczął udzielać się jej strach i też rzucała już nerwowe spojrzenia przez ramię.&lt;br /&gt;- Mów pan, do cholery! – zażądał wyjaśnień Wojtek.&lt;br /&gt;- Nie krzycz na pana! – upomniała go matka.&lt;br /&gt;- I nie krzycz na pana! – dołączył ojciec.&lt;br /&gt;Zanim Obżartuszek zdążył odpowiedzieć budynek zadrżał w fasadach.&lt;br /&gt;- Co jest, do cholery? – burknął Wojtek.&lt;br /&gt;Poza nim i jego rozmówcami nikt nie zwrócił uwagi na niepokojący wstrząs. &lt;br /&gt;- Widzicie? – jęknął przerażony i zarazem podekscytowany Obżartuszek. – To Leszek.&lt;br /&gt;Wszyscy popatrzyli na mężczyznę, jak na wariata.&lt;br /&gt;-  Leszek?&lt;br /&gt;- Patrzcie.&lt;br /&gt;Ponownie spojrzeli we wskazywanym kierunku. W honorowym miejscu sali przy centralnym stole, gdzie dotychczas stała trumna z wyeksponowanym ciałem Leszka coś było nie tak, jak być powinno. Trumna była na swoim miejscu i nie było w niej Leszka, ale zamiast nieboszczyka spoczywał w niej pijany w sztok Władek Plastmasa, bardzo podobny z twarzy do byłego szwagra ojca pierwszej żony kuzyna znajomego z pracy młodszego brata Stacha. Mężczyzna miał na sobie krótkie jeansowe spodenki i koszulkę IRON MAIDEN taką samą, jak Olbrzymi Leszek, tyle, że rozmiarem pasującą do jego gabarytów.&lt;br /&gt;- Nie zdążyłem – powiedział Obżartuszek.&lt;br /&gt;Wojtek poczuł złość.&lt;br /&gt;- Tego już za wiele – wycedził przez zęby zaciskając pięści. – Co to za głupie gówniarskie żarty? &lt;br /&gt;- To nie żarty – zapewnił nieznajomy.&lt;br /&gt;- Nie żarty? – coraz bardziej unosił się Wojtek. – Więc gdzie jest ciało mojego brata?!&lt;br /&gt;- To nie ważne.&lt;br /&gt;- Nieważne?&lt;br /&gt;- On jest ważny.&lt;br /&gt;- Kto?&lt;br /&gt;- Władek Plastmasa.&lt;br /&gt;- A co w nim ważnego? I kto to w ogóle jest?&lt;br /&gt;Wojtek popatrzył po najbliższych, ale nikt nie sprawiał wrażenia jakby znał Władka Plastmasę, włącznie ze Stachem, który nie miał pojęcia o istnieniu byłego szwagra ojca pierwszej żony kuzyna znajomego z pracy swojego młodszego brata. Nie znał nawet tego znajomego, samego brata nie widział od ponad piętnastu lat, odkąd tamten zwolnił się z Kombinatu i wyjechał za granicę, gdzie wszelki słuch o nim zaginął. Zbieżność pokrewieństwa i znajomości była więc w tym momencie zupełnie przypadkowa.&lt;br /&gt;- Władek Plastmasa – wyjaśnił Obżartuszek – to ryzyko zawodowe i przekleństwo wszystkich uprawiających mój zawód. Nie sądziłem, że kiedykolwiek go spotkam. Oszuka was wszystkich.&lt;br /&gt;- Wżyciu o nim nie słyszałem – powiedział ktoś.&lt;br /&gt;- Ja też – dodał ktoś inny i jeszcze następny i dalsi.&lt;br /&gt;Tymczasem Władek Plastmasa otworzył oczy i chwiejąc się lekko wszedł na krzesło i następnie wyszedł na stół. &lt;br /&gt;- Jestem starym przyjacielem Leszka – oznajmił. – Ale to teraz bez znaczenia. Gdzie się podziało jego ciało?&lt;br /&gt;- Zaczyna się – rzekł  Obżartuszek. – Zmyśla jak najęty.&lt;br /&gt;Budynek zadrżał ponownie, tyle że dużo mocniej niż za pierwszym razem, ze stroików zdobiących ściany sypnęły się kwiaty, dał się słyszeć brzdęk tłuczonej szyby. Pisnęła jakaś kobieta, ale była to raczej oznaka udawanego strachu, raczej rozbawienia niż strachu. Na zewnątrz na moment rozjaśniało i przez nieboskłon przetoczył się złowróżbny pomruk letniej błyskawicy.&lt;br /&gt;- Za późno – jęknął Obżartuszek ponownie rozglądając się nerwowo. – Za mało zjadłem.&lt;br /&gt;Wojtek ściągnął brwi. &lt;br /&gt;- Za mało? – zdziwił się. – Zeżarłeś pan przecież za dziesięciu chłopów z huty! Powiedz lepiej gdzie się podział…&lt;br /&gt;- Witam wszystkich!&lt;br /&gt;Dźwięczny głos nie był bardzo donośny ale bardzo wyraźnie zabrzmiał w głowie Wojtka i wszystkich zgromadzonych na sali górując ponad towarzyszącymi mu dźwiękami i odgłosami rozbawionej sali. Wojtek nie mógł uwierzyć, ale nie miał również cienia wątpliwości, że należał on do jego zmarłego brata.&lt;br /&gt;- Bardzo się cieszę, że wszyscy tak szampańsko się bawicie!&lt;br /&gt;Biesiadnicy przerwali rozmowy i zaczęli się rozglądać na boki próbując zlokalizować mówiącego. Gwar stawał się coraz cichszy, aż w końcu zapanowała cisza mącona jedynie przez nerwowe pochrząkiwania i podekscytowane szepty.&lt;br /&gt;- To Leszek! – krzyknęła nagle Henryka wskazując Władka Plastmasę. – Mój kochany syn!&lt;br /&gt;- Tak to ja mamo!&lt;br /&gt;- A nie mówiłem? – stwierdził bardziej niż zapytał Obżartuszek. – Już was ma. Zawsze, zawsze to samo.&lt;br /&gt;Podający się za Leszka Władek Plasmasa stanął na szeroko rozwartych nogach i uniósł dłoń w geście proszącym o uwagę. Gdy wszyscy zaprzestali szeptów wziął się pod boki i zaczął tańczyć podskakując i biegając tam i z powrotem wzdłuż stołu niszcząc wszystko co stanęło mu na drodze. Śpiewał przy tym wesoło:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spoza gór i rzek&lt;br /&gt;Przyszedł do nas człek&lt;br /&gt;Złapał mnie za ptaka&lt;br /&gt;Bo to był jebaka&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;Bo to był jebaka&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;Bo to był jebaka!&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebiegł wzdłuż całego stołu podskakując wesoło przy każdym „hej!”. Wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w śpiewającego z podziwem i z rozdziawionymi ustami. Tylko Obżartuszek zrezygnowany kiwał spuszczoną głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hej szara wiara&lt;br /&gt;Babie wyszła szpara&lt;br /&gt;Dostrzegł ją jebaka&lt;br /&gt;Puścił mego ptaka&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;Puścił mego ptaka&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;Puścił mego ptaka&lt;br /&gt;Hej!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak w kółko aż na stołach nie pozostało nic poza potłuczonym szkłem i porcelaną, porozgniatanym jedzeniem i rozlewającymi się plamami alkoholu i napojów. Nagle Plastmasa zatrzymał się w miejscu i zamilkł. Mina nico mu zrzedła. Wolno omiótł spojrzeniem zgromadzonych i zatrzymał spojrzenie na Obżartuszku.&lt;br /&gt;- Czego tu szukasz, najduchu? – zapytał. – Znasz tu kogoś? Kto cię zaprosił?&lt;br /&gt;Władek spojrzał na Wojtka.&lt;br /&gt;- Ty Wojtuś?&lt;br /&gt;Wojtek energicznie pokiwał głową.&lt;br /&gt;- A skąd – odparł. – Widzę chłopa pierwszy raz na oczy.&lt;br /&gt;- A ty, ojciec?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Znasza tego leszcza?&lt;br /&gt;- Z naszego czego?&lt;br /&gt;- Nie zna go – pospieszyła z pomocą matka. – Ja też go nie znam. Nikt go w ogóle nie zna. W ogóle. Nikt, nikt nie widział go na oczy nigdy w życiu. Zresztą sam spójrz na niego. Wszyscy spójrzcie. Czy ktoś mógłby znać takiego kogoś?&lt;br /&gt;Przez salę przetoczył sie pomruk dezaprobaty.&lt;br /&gt;- Ha! A widzicie! – krzyknął Leszek vel Władek Plastmasa. – A ja go znam. I to dobrze. To stary oszust i hochsztapler, wichrzyciel i uzurpator, znany jako Wacek Szujszuja.&lt;br /&gt;Wszyscy zebrani zamilkli wpatrując się z niedowierzaniem to w Leszka, to w Obżartuszka. Z każdą chwilą oczy tłumu, jakby były zsynchronizowanymi elementami układu wzrokowego jednej istoty, rozszerzały się coraz bardziej i nabierały wyrazu rosnącego z każdą sekundą niesmaku pomieszanego z odrazą. Po minucie takiego przyglądania się w sali niemal namacalna stała się atmosfera napięcia i zogniskowanej na Obżartuszku nienawiści. Wyraźnie słyszalny był również pomruk jaki mimowolnie wydobywał się z dziesiątek wykrzywionych odrazą ust.&lt;br /&gt;- To nieprawda! – krzyknął Obżartuszek. – On kłamie! On! Poszukiwany na całym świecie terrorysta! Podszywa się pod waszego tragicznie zmarłego Leszka i teraz bezcześci jego ciało wykorzystując je do swoich zbrodniczych celów! Wiem, że wy tego nie widzicie, bo już was omamił swoimi sposobami! Ale uwierzcie mi! Zajrzyjcie głęboko w swoje dusze! Oczyśćcie umysły! Odrzućcie go, nie pozwalajcie mu na natrętną inwigilację waszych myśli! Zaklinam was! To przecież Władek Plastmasa!&lt;br /&gt;- Dupa! – krzyknął Władek Plastmasa. – Słyszeliście! Co za bezczelny typ! Żeby w moje urodziny takie oszczerstwa rzucać! Czy do czegoś takiego byłby zdolny ktokolwiek inny poza Wackiem Szujszują?&lt;br /&gt;- Leszek ma rację! – krzyknął Mietek z Wolbromia. – To Szujszuja z krwi i kości!&lt;br /&gt;- Widziałem jak bydlak zeżarł ze siedem kilo leszkowego ciasta! – dołączył do kuzyna Wojtek.  &lt;br /&gt;- Obrazoburca! – ryknął Napoleon Ciasteczko – Zbezcześcił dzieło mojego życia! &lt;br /&gt;- Nieprawda!&lt;br /&gt;Oskarżenia zaczęły padać ze wszystkich stron, Obżartuszek próbował ripostować jak mógł, ale dla nikogo nie było tajemnicą, że stoi w tej konfrontacji na straconej pozycji. Jedynie ojciec Leszka nie będąc pewnym słyszanych słów nie odzywał się próbując zrozumieć o co chodzi w całym tym poruszeniu i coraz większym zamieszaniu. Twarz purpurowiała mu ze złości, oczy rzucały niebezpieczne spojrzenia osaczanemu Wackowi Szujszui. Nie był pewien powodu złości, ale miał pewność, że mężczyzna jest wrogiem.&lt;br /&gt;- Po coś to zrobił?! – wrzasnęła piskliwie Wanda.&lt;br /&gt;- Żeby was przed nim uratować!&lt;br /&gt;- Gówno prawda!&lt;br /&gt;- Pocieszyć w żalu!&lt;br /&gt;- Pocieszyć?&lt;br /&gt;- Właśnie! – dołączył nagle rozogniony tłumionymi emocjami Stach. – Jasne że tak! Powiesić! Od razu! Tu na miejscu! Powiesić go! Nad czym się tu zastanawiać! &lt;br /&gt;Tłum zafalował i naparł na wciśniętego w kąt Obżartuszka. &lt;br /&gt;- Opamiętajcie się!&lt;br /&gt;- Na szubienicę z nim!&lt;br /&gt;- Na żyrandol!&lt;br /&gt;Widząc, że żadną argumentacją nic nie wskóra, Obżartuszek postanowił przejść do kontrofensywy. Najbliżej miał kuzyna Mitka z Wolbromia, który mocno wpijał się kościstymi palcami w jego przedramię. Obżartuszek szarpnął energicznie ręką i zaraz odwzajemnił uścisk, z tą różnicą, że w jego efekcie oderwała się ręka Mietka na wysokości ramienia. Zanim mężczyzna zdołał w ogóle zrozumieć, co się stało, Obżartuszek połknął ją w całości i zaraz to samo uczynił z jego głową, korpusem i nogami wraz z odzieniem i tym co miał w kieszeniach, obuwiem i poprzyklejanym do podeszew drobnym żwirkiem, jaki pokrywał podjazd do lokalu. Jeśli ktoś liczyłby, że ten wyczyn powstrzyma adwersarzy, to srodze by się pomylił, gdyż ci zdawali się nawet nie zauważyć tragedii kuzyna Mietka z Wolbromia. Wykrzywione nienawiścią twarze zaczęły się kotłować nad kąsającym na lewo i prawo Obżartuszkiem, ciała kłębiły się niczym żądne mordu krwiożercze bestie osaczające rozpaczliwie broniącą się zwierzynę. Atakujących zagrzewał okrzykami Władek Plastamasa, który jako jedyny wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Trzymał się w bezpiecznej odległości, na wypadek, gdyby Obżartuszkowi udało się przedrzeć przez ogarniętą szałem ciżbę. Gdy dostrzegł, że absolutnie wszyscy zaangażowali się w atak, zaczął wolno wycofywać się pokrzykując już tylko przez ramię. Jego zachęty nie były już wszakże potrzebne. Obżartuszka atakowali zarówno mężczyźni, jak i kobiety – te chyba nawet bardziej zapalczywie – dzieci i starcy, biesiadnicy, obsługa i członkowie zespołu rokowego, który w połowie przestał odgrywać Zombies Ritual DEATH. &lt;br /&gt;Plastmasa wyszedł na zewnątrz, usiadł pod dużym ogrodowym parasolem, zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Spojrzał na zegarek. Niebo było bezchmurne, od zachodu nieco już ciemniejsze. Piękny dzień chylił się ku końcowi. Gdy słońce dotknęło horyzontu z budynku wyszedł Obżartuszek.&lt;br /&gt;- Aleś mnie załatwił – powiedział pocierając się po lekko wypukłym brzuchu. – To nie było fair.&lt;br /&gt;- Że niby co? – zdziwił się Plastmasa.&lt;br /&gt;- Dobrze wiesz – dąsał się Obżartuszek.&lt;br /&gt;- Ni cholery.&lt;br /&gt;- No, że powiedziałeś, że jestem Szujszują.&lt;br /&gt;- A, o to chodzi.&lt;br /&gt;- O to, o to.&lt;br /&gt;- A ty poprzednio coś zrobił?&lt;br /&gt;- To się nie liczy.&lt;br /&gt;- Powiedziałeś że jestem Zbyś Lusterko. Wszyscy chcieli się we mnie przeglądać. Myślałem, że tego nie zniosę.&lt;br /&gt;- Najadłeś się?&lt;br /&gt;- Ba.&lt;br /&gt;- No to o co ci chodzi.&lt;br /&gt;- W sumie o nic.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-7057740675978855225?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/7057740675978855225/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=7057740675978855225&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/7057740675978855225'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/7057740675978855225'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/03/obrzertuszek-vs-plastmasa.html' title='Obrzartuszek vs. Plastmasa'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-1595576588382481439</id><published>2011-02-11T17:23:00.000+01:00</published><updated>2011-02-11T17:23:00.256+01:00</updated><title type='text'>Plecy</title><content type='html'>Władek Rarytas był w kropce. Właśnie odpadły mu plecy, a ostatnie zapasowe jakie miał pożyczył sąsiadowi, który na domiar złego wyjechał na weekend do ciotki na wieś. Władek siedział na wersalce przyciśnięty tyłem do oparcia bojąc się ruszyć. W każdej chwili mogły mu wypaść płuca, lub jeszcze prędzej nerki, które w takich sytuacjach sprawiały na ogół najwięcej kłopotu. Telefon leżał na szafce obok telewizora. Żeby do niego dotrzeć musiałby przejść cały pokój, a w jego stanie było to praktycznie niewykonalne. &lt;br /&gt;- Co za los – jęknął. &lt;br /&gt;Rozejrzał się po raz kolejny. Jedynym przedmiotem jaki miał w zasięgu ręki był pilot do telewizora. Użył go i po chwili zaczął śledzić akcję filmu, który musiał zacząć się już jakiś czas temu, bo aktorzy byli mocno zaangażowani w problemy, o których z kolei Władek nie miał pojęcia. Wysoki blondyn w sportowej marynarce (wydał mu się znajomy, ale nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska aktora, lub też osoby, którą przypominał) tłumaczył starszej, eleganckiej kobiecie, dla czego Stafania musi koniecznie wyjechać z miasta, a jej młodsza siostra kupić mu sandały w nowym salonie mody męskiej. Starsza kobieta wysłuchiwała jego argumentacji ze skupioną miną, a gdy wreszcie się odezwała, jej głos zabrzmiał bardzo młodo i mocno, jakby nie należał do niej.&lt;br /&gt;- Nie opowiadaj mi tu takich głupot – powiedziała. – Co ty wiesz? Udajesz, że znasz sposób na wszystkie nasze problemy. Zamiast mitrężyć czas na czcze gadanie lepiej jedź do sklepu kupić zapasowe plecy dla Władka. Pomóż chociaż sobie. &lt;br /&gt;Rarytas wstrzymał oddech w oczekiwaniu na reakcję młodego mężczyzny. Ten zrobił zniecierpliwioną minę i machnął ręką.&lt;br /&gt;- A co mnie obchodzą jego plecy – powiedział. – Najważniejsza jest Stefania. Przecież jak nie wyjedzie z miasta, odpadną jej cycki! &lt;br /&gt;Twarz kobiety przybrała wyraz trwogi.&lt;br /&gt;- Skąd… – wyjąkała po krótkim okresie grobowej ciszy. – Skąd o tym wiesz?  &lt;br /&gt;Mężczyzna w dalszym ciągu nie krył irytacji.&lt;br /&gt;- Skąd wiem, skąd wiem – powtórzył naśladując kobietę. – Nie ważne skąd wiem, ważne, że wiem.&lt;br /&gt;Kobieta westchnęła ocierając z kącika oka łzę.&lt;br /&gt;- I co zamierzasz zrobić? – zapytała.&lt;br /&gt;- Co zamierzam zrobić? – zdziwił się mężczyzna. – Jak to co zamierzam zrobić? Zabiorę Lukrecję do centrum handlowego, zaraz potem skoczę po zapasowe plecy dla Władka, bo chłop nie będzie mógł się ruszyć do poniedziałku, a ja długo bez dupy nie pociągnę.&lt;br /&gt;Kobieta ze zrozumieniem pokiwała głową.&lt;br /&gt;- A Stefania?&lt;br /&gt;- Odpadną jej cycki, jak nie wyjedzie z miasta. Autobus odjeżdża o szesnastej trzydzieści z dworca głównego. Jak nie dostanę dupy i sandałów, to nie zdążę dostarczyć jej biletu.&lt;br /&gt;- A więc idź.&lt;br /&gt;Poszły napisy końcowe informujące, że za tydzień będzie wyświetlona druga część i zaczęły się reklamy. &lt;br /&gt;Władek siedział z wytrzeszczonymi oczami nie za bardzo wiedząc, czy uległ halucynacjom, czy to co zobaczył było faktycznie w scenariuszu filmu. Uruchomił telegazetę i sprawdził program. Film okazał się być dramatem obyczajowym pod tytułem „Plecy”. Rarytas przeszedł do strony z opisem, z którego dowiedział się, że za scenariusz filmu posłużyły autentyczne wydarzenia, które miały miejsce sześć lat przed datą produkcji filmu, czyli jakieś piętnaście wstecz od chwili obecnej. Bohaterami filmu są członkowie rodziny średniozamożnych emigrantów, których seniorzy borykają się ze zdrowotnymi problemami pierworodnej córki cierpiącej na rzadkie schorzenie, na które antidotum starają się odnaleźć eksperci Instytutu znajdującego się w jakichś leśnych ostępach na skalistym wybrzeżu. Więcej szczegółów opis nie zdradzał, by nie odbierać widzom atrakcyjności oglądania filmu. Autor notki na końcu tekstu zamieścił jeszcze informację, że bardzo ważnym, choć drugoplanowym bohaterem filmu, jest tajemniczy mężczyzna cierpiący na podobną chorobę, co Stefania tyle, że łagodniejszą odmianę, na którą lekarstwa dostępne są w aptekach w powszechnej sprzedaży bez recepty. Aktor wcielający się w ową postać otrzymał za swą kreację rzeszę nagród, co dodatkowo stanowi o atrakcyjności tego obrazu.&lt;br /&gt;Władek sprawdził obsadę. Nie znał żadnego aktora oprócz Sonny’ego Surowca.&lt;br /&gt;- Jasne – powiedział. – Sonny Surowiec. Wiedziałem, że skądś znam faceta.&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Ostry dzwonek przy drzwiach wyrwał Władka z letargu. Odruchowo chciał wstać by otworzyć, ale na szczęście w porę sobie przypomniał, że nie ma pleców, które leżały bezużyteczne obok nocnej szafki. Przez chwilę zastanawiał się, czemu tak szybko odpadły. Przecież założył je nie dalej jak dwa tygodnie temu. Dla tego też zachował się tak nieroztropnie i pożyczył ostatnie zapasowe sąsiadowi, który przecież nawet dobrze nie zdawał sobie sprawy, co pożycza. Po prostu akurat przypadał dzień, w którym Władek obiecał coś sąsiadowi pożyczyć, a zupełnie o tym zapomniawszy nie miał na podorędziu niczego, co mógłby mu zaproponować. Pożyczył mu więc na dwa dni zapasowe plecy, uznawszy, że przecież nie będą mu potrzebne przynajmniej przez pół roku. Cóż za niefortunny zbieg okoliczności. &lt;br /&gt;Sygnał dzwonka ponownie zabrzmiał mu w głowie rozganiając myśli w najgłębsze zakamarki świadomości.&lt;br /&gt;- Proszę! – wrzasnął usiłując przekrzyczeć alarm. – Proszę wejść!&lt;br /&gt;Usłyszał szarpanie za klamkę i zniecierpliwiony głos (wydał mu się znajomy):&lt;br /&gt;- Zamknięte! &lt;br /&gt;Rarytas zaczął się pocić nie wiedząc jak wykorzystać niezapowiedzianą wizytę. Musi za wszelką cenę wykorzystać gościa, kimkolwiek był, by ten udał się do sklepu po zapasowe plecy, bo inaczej będzie tkwił na tej wersalce do poniedziałku.&lt;br /&gt;- Chwileczkę! Moment! Zaraz idę! – krzyknął ponownie.&lt;br /&gt;- Spieszę się!&lt;br /&gt;- Plecy mi odpadły!&lt;br /&gt;- A mnie dupa! – ton głosu zdradzał niecierpliwość. – Pospiesz się pan!&lt;br /&gt;Władek zdusił na ustach przekleństwo. &lt;br /&gt;- Bardzo śmieszne – mruknął i niemal w tym samym momencie go olśniło.&lt;br /&gt;Złapał za brzegi pokrywającą wersalkę narzutę i mocno się nią owinął, jak kokonowym całunem. Ostrożnie wstał zaciskając palce na tkaninie i wolno ruszył ku wyjściu.&lt;br /&gt;- Idę! &lt;br /&gt;Po chwili otworzył drzwi, przed którymi stał Sonny Surowiec. Był ubrany identycznie, jak w filmie. Pod pachą miał duży płaski pakunek.&lt;br /&gt;- Przyniosłem panu zapasowe plecy – powiedział.&lt;br /&gt;Oczy Rarytasa rozbłysły.&lt;br /&gt;- Niemożliwe – powiedział przepuszczając gościa w progu.&lt;br /&gt;Mężczyzna nie zdejmując butów wszedł do pokoju, położył na stole zapasowe plecy i zaczął nerwowo rozpakowywać szary papier. Władek z nadzieją oczekiwał, czy faktycznie los się do niego uśmiechnie. Po chwili Sonny zaprezentował mu nowiutkie plecy. &lt;br /&gt;- Niesamowite – wyjąkał przejęty.&lt;br /&gt;- Kładź się pan – powiedział Surowiec.&lt;br /&gt;Władek szybko zastosował się do polecenia i niecałą minutę później stał już pewnie z idealnie dopasowanymi zapasowymi plecami.&lt;br /&gt;- Nie wiem jak panu dziękować – rzekł łamiącym się głosem. – Naprawdę…&lt;br /&gt;- Nic mi po pana podzięce – przerwał Sonny. – Dawaj pan stare plecy.&lt;br /&gt;- Stare plecy?&lt;br /&gt;- A co ja powiedziałem?&lt;br /&gt;- Na cholerę panu moje stare plecy? Są bezużyteczne.&lt;br /&gt;- Ja to ocenię.&lt;br /&gt;Władek skrzywił twarz w grymasie niezrozumienia zmieszanego ze zdziwieniem i przeszedł do drugiego pokoju. Po chwili wrócił ze starymi plecami, które Surowiec niemal wyrwał mu z dłoni i położył na stole niemal w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą leżały nowe. Ku zdziwieniu Rarytasa aktor rozpiął spodnie i pozwolił im opaść do kostek. Potem obsunął slipy odsłaniając część przyrodzenia.&lt;br /&gt;- Pomóż mi pan – powiedział Sonny.&lt;br /&gt;- Znaczy się co?&lt;br /&gt;- Uklęknij pan i ściągnij mi slipy do końca.&lt;br /&gt;- No bez przesady…&lt;br /&gt;- No już!&lt;br /&gt;- Coś pan, zwariował?! Jestem wdzięczny, ale w granicach rozsądku. Mogę panu dać na burdel, ale…&lt;br /&gt;- Chcę tylko, żebyś mi pan slipy ściągnął! – ponownie przerwał Surowiec. – Nic więcej! Mówiłem przecież, że mi dupa odpadła. Nie mogę się schylić, bo mi pęcherz wypadnie!&lt;br /&gt;- Dupa?&lt;br /&gt;Sonny podciągnął marynarkę i odwrócił się tyłem do Rarytasa. Jego przyrodzenie było widoczne tak samo jak z przodu, tyle że z innej perspektywy.&lt;br /&gt;- Niesamowite – szepnął Władek klękając.&lt;br /&gt;Ściągnął aktorowi slipy i wstał.&lt;br /&gt;- I co teraz?&lt;br /&gt;- Dawaj te plecy.&lt;br /&gt;Po chwili zadowolony Surowiec naciągnął slipy i zasunął rozporek.&lt;br /&gt;- Jak to? – dziwił się Władek. – Że moje plecy zamiast dupy?&lt;br /&gt;- Właśnie.&lt;br /&gt;- Nie do wiary.&lt;br /&gt;Sonny nie marnując czasu pożegnał się i wyszedł. Ścienny zegar wybił szesnastą, gdy zamykający drzwi Rarytas dostrzegł, że mężczyzna miał na nogach nowe eleganckie sandały. &lt;br /&gt;Koniec części drugiej – ostatniej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6195065439462773334-1595576588382481439?l=szalonyfurman.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/feeds/1595576588382481439/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6195065439462773334&amp;postID=1595576588382481439&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/1595576588382481439'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6195065439462773334/posts/default/1595576588382481439'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://szalonyfurman.blogspot.com/2011/02/plecy.html' title='Plecy'/><author><name>Chrzan</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11090458115204701911</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='33' height='26' src='http://1.bp.blogspot.com/_ZOE-ojwvb74/TO7IXUNbYhI/AAAAAAAAAHQ/Jvr5wvxBnFI/S220/Ja%2Brozmyty.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6195065439462773334.post-2710898179316442359</id><published>2011-01-03T16:50:00.004+01:00</published><updated>2011-02-11T17:34:28.541+01:00</updated><title type='text'>Zenona Zgliszcza Żywot Żmudny (cz. 2)</title><content type='html'>Wstęp&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zenon Zgliszcz przeżywał właśnie najbardziej bujny tydzień swojego żmudnego żywota. Ustępowały mu wszystkie dotychczasowe tygodnie, a wręcz i miesiące, jak i chyba nawet całe lata, jakie do tej pory uważał za najbardziej niezwykłe. Gdyby zastanowił się nad wyłonieniem najdziwniejszych, czy najbardziej gwałtownych wydarzeń w swojej egzystencji nie dałby rady znaleźć bardziej nacechowany emocjami zlepek dni. Pojedyncze, owszem, jak na przykład dzień urodzin, który jeśliby w ogóle nie nastąpił, to nie byłoby o czym rozmyślać. A potem? Takie bardziej dla niego świadome? &lt;br /&gt;Pierwsze naprawdę porządne i gwałtowne bum jakie pamiętał, to było ściąganie portek i świecenie gołą dupa przed całą rodziną w trakcie imprezy domowej z okazji jego pierwszej komunii świętej. Nie bez znaczenia była tu oczywiście przyczyna jaka miała wpływ na konieczność owej demonstracji nagości, a tą było przecież krępujące i uwłaczające podejrzenie zesrania się w portki. Był to bez wątpienia cios, ale wobec aktualnie odbywających się wydarzeń, to jednak pestka. Nawet cała późniejsza rozróba z ojcem, matką, wujem i babką w rolach głównych. Z perspektywy Zenona to była niewinna bajka z nieco gorzkim morałem, ale nic więcej. &lt;br /&gt;Co było później? Beztroskie i raczej nudne dzieciństwo bez przykrych, ale i też beż żadnych spektakularnych wspomnień. A dorosłe życie? Ślub? Już prędzej odejście Marioli. O tak. To był wstrząs. Zwłaszcza jak dowiedział się, że jego ślubna ma innego chłopa. No i oczywiście śmierć kilku bliskich mu osób, ale to nie były jakieś seryjne wydarzenia, tylko porozrzucane w dużej od siebie odległości czasowej wydarzenia. &lt;br /&gt;Próżne i płonne były te poszukiwania. Gdyby zaistniała konieczność wyłonienia zwycięzcy, Zenon nie miałby najmniejszego problemu ze wskazaniem bieżących, następujących dzień po dniu wydarzeń za najbardziej w jego życiu gwałtowny ciąg epizodów. Wtorek, środa, czwartek, piątek… Zgliszcz miał nadzieję, że to był już koniec, ale czekał go jeszcze całkiem emocjonujący epilog.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Wyłaź, łajzo! – krzyknął Stasiu. – Szkoda czasu. Obmyj trochę japę i dawaj do nas. Przecież Henio cię tylko drasnął, co Heniu? &lt;br /&gt;- Nawet nie.&lt;br /&gt;- No. Wyłaź! Od Marioli większy okład zbierałeś, a przecież więcej jej nie zobaczysz. Słyszysz? To trzeba oblać! Rudolfa Valentino z siebie nie zrobisz. &lt;br /&gt;- Idę, idę! – odkrzyknął Zenon. – Miłego golenia, cwaniaczku – dodał szeptem raz jeszcze upewniając się, że układ tubek, fiolek i buteleczek nie wzbudza podejrzeń.&lt;br /&gt;Gdy wrócił mężczyźni czekali na niego przy otwartej butelce wódki.&lt;br /&gt;- A to skąd? – zapytał Zenon zdziwiony.&lt;br /&gt;- Henio skoczył w międzyczasie – odparł Stasiu. – Siedziałeś w tym kiblu dobry kwadrans, to ze dwa razy by obrócić zdążył.&lt;br /&gt;- Na przeprosiny – wyjaśnił skwapliwie Henio. – Głupio wyszło, żeś w mordę zebrał.&lt;br /&gt;Zenon pokiwał głową. W środowisku, w którym wspólnie ciągnęli swoje wózki z życiem dać po mordzie nie znaczyło więcej, niż słowna przepychanka, tak że animozji wielkiej między nimi z tej przyczyny być nie mogło. Tego typu zatargi na ogół szły w niepamięć przy drugiej szklaneczce. Bywało też, że z każdą kolejną sprzeczką, czy zatargiem konflikt narastał, a wówczas najlepiej było w porę się rozejść, bo inaczej mogło dojść do poważniejszych strat. W takich sytuacjach nieraz kończyło się na wizycie w szpitalu, ale nie były to częste przypadki. Przynajmniej wśród ich najbliższych znajomych. Co innego jak jakiś obcy się napatoczył, albo dajmy na to, niezbyt lubiany sąsiad. Wówczas pięści szły w ruch szybciej. A jak nie było potencjału fizycznego, jaki największy spośród ich trójki tkwił niewątpliwie w Kielonku, to pozostawało dręczenie psychiczne, fortele i obelgi, w których brylowali Zenon ze Stasiem, przy czym bardziej perfidną pomysłowością odznaczał się Gołąbek.  &lt;br /&gt;- Chłopisko w porządku jest – pochwalił kolegę staruszek. – Chociaż w sumie, to ty powinieneś postawić. W końcu jakby nie my, to byś już po ścianach latał.&lt;br /&gt;- Dobra, dobra – zgodził się Zenon. – Z tym zgoda, ale co przez was na komendzie wycierpiałem, to nie macie nawet pojęcia.&lt;br /&gt;- Ta, jasne – skrzywił się Stasiu. – Co to ja na komendzie nie byłem? Za moich czasów to zakładali na łeb parciany worek i prali gazrurkami do nieprzytomności.&lt;br /&gt;- Ciebie najwięcej.&lt;br /&gt;- Mnie nie, bo sprytny byłem i nie dałem się złapać.&lt;br /&gt;- Nie wiem na czym. Chyba na podszczypywaniu tłustych cyganek na targu. &lt;br /&gt;Stasiu pokraśniał ściągając usta. Na pierwszy rzut oka widać było, że porównanie było mu najwyraźniej nie w smak.&lt;br /&gt;- Pamiętasz, jak żeś tę grubą cygankę złapał za dupę? – drążył Zenon. &lt;br /&gt;- Pierwsze słyszę.&lt;br /&gt;- Poważnie? – zaciekawił się Henio. – Nawijaj. &lt;br /&gt;- Zmyśla.&lt;br /&gt;- Szczera prawda.&lt;br /&gt;- No mówże.&lt;br /&gt;- Kiedy łże, jak tu siedzę!&lt;br /&gt;- Najprawdziwsza prawda.&lt;br /&gt;- Gadaj.&lt;br /&gt;- Łże szuja, daję słowo!&lt;br /&gt;- Przecież nawet jeszcze nie zacząłem.&lt;br /&gt;- Widać po tym twoim krzywym pysku, że będziesz łgał, jak jakieś ostatnie bydle!&lt;br /&gt;- Była taka gruba cyganka – zaczął Zgliszcz. &lt;br /&gt;Stasiu widząc, że przytoczenie opowieści jest przesądzone, usiadł do Zenona tyłem zaplątując ręce i zrobił obrażoną minę.&lt;br /&gt;- Była przy tym taka stara – kontynuował, – że wyglądała, jakby była zrobiona z drewna. No i ona miała dwie córki. Jedną zresztą też całkiem starą, ale druga była w miarę do rzeczy, jeśli o wiek idzie. Bo jeśli brać pod uwagę urodę, to… Szkoda gadać. Po prostu koszmar, jak z horroru o zombi. &lt;br /&gt;- Gówno się znasz – wtrącił Gołąbek.&lt;br /&gt;- Stasiu ma rację – zgodził się Henio. – Akurat wiem, o które ci idzie. Stara miała wóz z takim białym koniem wymalowanym na boku, nie?&lt;br /&gt;- Ta sama.&lt;br /&gt;- No. To wcale taka paskudna ta jej córka nie była. Ta młodsza.&lt;br /&gt;- No widzisz przechrzto!&lt;br /&gt;- Ale ładna to też nie była, Stachu.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Zenek mówił, że była odrażająca, jak jakieś monstrum, to mówię, że paskudna strasznie nie była, ale trzeba powiedzieć, że urodą nie grzeszyła. Gorsze się widywało po melinach. O. Co tu daleko szukać przykładu. Do Wehrmachta taka jedna zachodziła. Bez oka. Dzidka jej było. Ta to była dopiero brzydka. Nawet nikt jej nie chciał dmuchać po pijanemu. Szczerbata i sucha jak styl od miotły, że kiedyś nawet, tak dla hecy, chłopaki związali ją na sztywno kablem od lampki, i potem zamiatali nią podłogę, jak szczotką. Wiecie. Bo ona taką czuprynę miała bujną. Podobno było wesoło, tyle, że jej trochę łeb poobijali, chociaż starali się być delikatni. &lt;br /&gt;- Takie trochę średnio to śmieszne, mi się zdaje – skwitował Zenon. – Dla niej w szczególności.&lt;br /&gt;- Pewnie – zgodził się Stasiu. – Nie godzi się tak baby marnować, dla zabawy.&lt;br /&gt;- Ale przecież wam mówię, że ona nie miała nic przeciwko.&lt;br /&gt;- A co miała mieć? Miała powiedzieć, żeby ją zostawili? &lt;br /&gt;- A pewnie. Przecież nikt by jej nie tknął bez zgody. W końcu jakimś tam szacuneczkiem się cieszyła, bo wypić mogła więcej od niejednego chłopaka i poza tym lubili ją wszyscy, bo była sprytna. Barbórka mi mówił, że jak kiedyś zgubiła to oko, bo nosiła takie sztuczne, ze szkła chyba, to potem w tej dziurze po oku kieliszek zawsze pod ręką miała. Dwadzieścia pięć gram się mieściło. Niby licho, ale lepsze to niż z gwinta pić. Sprytna była. Pamiętam, że zęby te co jej zostały, to miała wielkie jak te gumy do żucia w pastylkach. Tyle, że do tego żółte, czy chyba nawet pomarańczowe, jak nutria. Porządna była z niej dziewucha. Umarła zeszłego lata. Coś tam miała z nerkami nie za bardzo. Pewnie od gorzały, bo hleła równo, nie to co my. Ta Stasia cyganka, to przy Dzidce była całkiem do rzeczy.&lt;br /&gt;- To nie była żadna moja cyganka!&lt;br /&gt;- Bo cię nie chciała.&lt;br /&gt;- Kto mnie niby nie chciał?&lt;br /&gt;- No, ta cyganka. Przecież wiadomo, żeś latał do taboru i wystawał pod oknem przy wozie, a ta stara szczuła cię psami. &lt;br /&gt;- Gówno prawda.&lt;br /&gt;- Tak było. Opił się kiedyś i tę starszą za dupę złapał na targu. A tam u nich, to jak tak kobitę publicznie capniesz, to już jest twoja, albo jakoś tak. Inaczej to jakaś straszna obraza jest i hańba. Ale był wtedy cyrk. Chcieli go żenić z tą grubą starą babą, a ten się zaparł, że nie i wieszać się chciał na takiej dzikiej jabłonce, co rosła kiedyś tam, gdzie teraz jest kiosk u Bladej.&lt;br /&gt;- Wiem gdzie – przytaknął Henio. – Ty żeś Stachu chciał się wieszać dla starej cyganki? Zgłupiałeś?&lt;br /&gt;- Kto chciał? Że niby ja? Przecież bydlak zmyśla jak z nut!&lt;br /&gt;- Ja słyszałem już wcześniej tę historię, tylko, że nie wiedziałem, że to tyś był ten desperat.&lt;br /&gt;- Bo to nie ja byłem!&lt;br /&gt;- To kto, cwaniaczku? – naigrywał się Zgliszcz.&lt;br /&gt;- A już dobrze nie pamiętam, bo to dawno było. Zdaje się, że taki stary Litwin, co potem wrócił razem z nią do…&lt;br /&gt;- Jaki stary Litwin? – zdziwił się Henio. – Skąd tu się wziął Litwin? W życiu nie słyszałem.&lt;br /&gt;- Nie słyszałeś, bo przewinął się tylko cichcem – przekonywał Stasiu. – Z takiego handlowego drobnicowca był, co pływał pod banderą holenderską. Przypływali kiedyś często po bursztyn, to i nie raz schodzili na ląd się zabawić. No i ten Litwin, to bosman chyba nawet był, tak właśnie do nas trafił. Zdążył tylko uszczypać w dupę tę cygankę i zaraz później się z nią ożenił i wyjechali razem, toś nawet nie zauważył. A ten będzie mnie tu oczerniał, kundel jeden. &lt;br /&gt;- Prawda jest taka – opowiadał dalej Zenon, – że tę cygankę kopnął w łeb koń i na miejscu ją ubił. A że oni przesądni są to zwinęli tabor i ruszyli gdzieś w głąb kraju. Że to niby urok ktoś rzucił. Inaczej Stachu oganiał by się teraz od małych cygańskich znajduchów i grał im na skrzypeczkach kołysanki.&lt;br /&gt;- Wszystko zmyślił, wszystko. Może jedynie z tą klątwą ma rację. Teraz sobie przypomniałem. Ten Litwin, to wcale z nimi nie wyjechał, tylko uciekł tym statkiem i dla tego Cyganie stąd odjechali. Że to miejsca złe, czy coś takiego.&lt;br /&gt;- Ależ ty masz bujną wyobraźnie – pochwalił Zgliszcz. – Talent zmarnowałeś. Powinieneś pisać opowiadania do Sztandaru Młodych i do Dziennika Ludowego, albo felietony do Trybuny Ludu.&lt;br /&gt;- A żebyś ty tak się jeszcze bardziej skurczył, łysa pało!&lt;br /&gt;- Nie rozumiem, czego się tak miotasz – dziwił się Henio. – Przecież co w tym takiego wstydliwego? Baba ci się spodobała i tyle. A żeś szczypnął w dupę inną, to co? Wielka mi rzecz.&lt;br /&gt;- Nie o to chodzi – zaśmiał się Zenon. – Najlepszego nie powiedziałem. &lt;br /&gt;- No? – zainteresował się Kielonek.&lt;br /&gt;- Grał jej na mandolinie i śpiewał piosenkę własnego autorstwa.   &lt;br /&gt;- Milcz judaszu!&lt;br /&gt;- Co ty, Stachu? Umiesz ciąć na mandolinie? Czegoś nie mówił?&lt;br /&gt;- Bo nie umiem. To nie byłem ja. To ten Litwin.&lt;br /&gt;- Śpiewał, że świata poza nią nie widzi i że rzuci wódkę.&lt;br /&gt;- Co? – skrzywił się Henio. – W to, to akurat nie uwierzę w życiu &lt;br /&gt;- I dobrze. Bo mówię, że nie ja to byłem.&lt;br /&gt;- W takim razie ciekawe kto?&lt;br /&gt;- Ten Litwin.&lt;br /&gt;- Zaśpiewaj.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Zaśpiewaj tę piosenkę.&lt;br /&gt;- No chyba ci rozum zasnął. &lt;br /&gt;- Nie daj się prosić.&lt;br /&gt;- Nie znam litewskiego.&lt;br /&gt;- Postawię flaszkę.&lt;br /&gt;Stasiu zamarł w geście protestu. Zapanowało pełne wyczekującego milczenia. &lt;br /&gt;- Litrę.&lt;br /&gt;- Śpiewaj.&lt;br /&gt;Stasiu wyszedł z kuchni i po chwili wrócił z mandoliną. Usiadł i w skupieniu zaczął stroić instrument.&lt;br /&gt;- Ale jaja – ucieszył się Kielonek.&lt;br /&gt;- Człowieku – podgrzewał atmosferę Zenon. – Jest lepszy niż Nikodem Dyzma.&lt;br /&gt;- Przecież Dyzma rzępolił – zdziwił się Henio.&lt;br /&gt;- Ale na mandolinie grał. Nie znam nikogo innego, kto grałby na mandolinie. &lt;br /&gt;- A ten, no, Hendrix?&lt;br /&gt;- Hendrix? Jimmi? Chodzi ci o tego amerykańskiego gitarzystę?&lt;br /&gt;- A ja nie wiem skąd on był. Taki może nie murzyn, ale ciemnawy i z taką szopą włosów na łbie, jak ten od Słońca Jamajki, co przechodził pod taką nisko zawieszoną poprzeczką. Tyle, że tamten to tylko się wyginał, a ten? Człowieku! Widziałem kiedyś w telewizji, jak grał na gitarze zębami, potem na plecach, a potem ją w pizdu rozwalił o scenę i na końcu spalił. Potem taki gruby gość w okularach z telewizji powiedział, że to był chyba największy gitarzysta w historii nowoczesnej muzyki. Nie mogłem tego pojąć. Przecież on tak strasznie na tej gitarze wył. Nieraz jak w dokach spawarki pracują, to podobny dźwięk jest, tyle, że jeszcze daje po oczach iskrami, jak w nowy rok i nikt się tym jakoś nie zachwyca.&lt;br /&gt;- Wydaje mi się – rzekł Zenon, – że Stasia zamiast do Hendrixa lepiej będzie przyrównać do Staśka Wielanka.&lt;br /&gt;- O! – zgodził się Kielonek. – Tyle że Wielanek, to na harmonii wycinał. Ale imię przynajmniej pasuje jak ulał.&lt;br /&gt;- Gotowe – odezwał się Gołąbek. – Zapierdalaj po gorzałę. Tylko do Mumina.&lt;br /&gt;- To daleko bardzo – Henio zrobił zbolałą minę. – Czasu szkoda.&lt;br /&gt;- Chcesz, żebym śpiewał? – zagroził Stasiu.&lt;br /&gt;- No dobra, dobra, idę. Dajcie kasę.&lt;br /&gt;- No chyba żeś się wściekł.&lt;br /&gt;- Ale ja u Mumina na krechę nie dam rady. Wiszę jeszcze za litrę.&lt;br /&gt;- Gówno mnie to obchodzi. Najpierw chcesz stawiać, a teraz co?&lt;br /&gt;- Myślałem, że się zrzucimy – skrzywił się Henio. – Na jakieś ćwierć, to jeszcze bym wydolił. &lt;br /&gt;- Możesz skoczyć do Wehrmachta – poradził Stasiu. – Będzie bliżej, a ty chody przecież masz u niego, to ci taniej policzy. Podobno bierze bardzo dobry towar od jakiegoś nowego gościa spod miasta. &lt;br /&gt;- Rozprowadza też wyroby od Mumina, tylko że drożej i trochę chrzci. Ale mnie może dałby po znajomości. &lt;br /&gt;- Weź ten nowy. Spróbujemy.&lt;br /&gt;- Dopieroś chciał od Mumina.&lt;br /&gt;- Inaczej nie śpiewam.&lt;br /&gt;- Aleś ty upierdliwy – zgodził się Kielonek.&lt;br /&gt;Wypili, zapalili po papierosie, podliczyli pieniądze i Henio się ulotnił. Stasiu odłożył mandolinę i włączył telewizor ustawiając na lokalny program. Trwała transmisja meczu piłkarskiego.&lt;br /&gt;- Trzeba by iść rower zabrać – powiedział Zenon.&lt;br /&gt;- Przecież ci nie ukradną.&lt;br /&gt;- A cholera wie.&lt;br /&gt;- To złom.&lt;br /&gt;- Jaki złom? – obruszył się Zgliszcz. – Dobry rower. Może trochę siodełko w dupę pije, ale poza tym pracuje bez zarzutu.&lt;br /&gt;- Cały zardzewiały, bo ci na farbę szkoda.&lt;br /&gt;- Gówno prawda. Może trochę przy bagażniku.&lt;br /&gt;- Dziwi mnie, jak ty w ogóle dajesz radę na tym jechać. Skrzypi toto i trzeszczy, aż zęby bolą, koła rozchybotane i zósemkowane, że z daleka wygląda, jakbyś na młockarni siedział.&lt;br /&gt;- Ale jeździ.&lt;br /&gt;- I hamulce ma gówniane. Przepuszczają.&lt;br /&gt;- Co ci przepuszcza? Chyba tobie pęcherz.&lt;br /&gt;- A jak żeś przypieprzył w śmietnik pod blokiem? Ile to będzie? Z miesiąc temu? Z pół godziny cię cuciłem.&lt;br /&gt;- To wypadek był.&lt;br /&gt;- No był. Boś chciał zahamować z wirażem, tylko że ci przepuścił pedał i żeś przypiździł, że aż gołębie ze wszystkich dachów poodlatywały, co ich nic nie ruszy, nawet jak trzech pijanych naraz zacznie mordy drzeć .&lt;br /&gt;- Pieprzysz tak, bo swojego nie masz.&lt;br /&gt;- Bo piechotą wolę.&lt;br /&gt;Przekomarzali się na różne niezobowiązujące tematy, potem chwilę siedzieli w milczeniu i śledzili w telewizji wydarzenia na boisku. Stasiu wstawił wodę i zaparzył miętę. W zamyśle była herbata, ale niestety ta zdążyła się już skończyć. Napar ostro wwiercał się w nozdrza ale nie był nieprzyjemny. Orzeźwiał i przyjemnie ochładzał podniebienie. &lt;br /&gt;Gdy wreszcie w kuchni pojawił się Kielonek z obiecanymi zakupami od jego wyjścia minęły ponad trzy kwadranse.&lt;br /&gt;- Czego żeś tak długo był? – zgromił go Gołąbek. – Chuchnij no.&lt;br /&gt;- A w dupę se chuchnij – odparł Henio z uśmiechem. – Ha. Obserwowałem, jak powstaje to – rzekł stawiając na stole zakupiony towar.&lt;br /&gt;Butelki były trzy. Każda z innej parafii z kolorowymi zakrętkami. W dwóch półlitrówkach znajdował się połowicznie klarowny, żółtawy płyn, a jedna, litrowej pojemności, miała zawartość pomarańczowej barwy.&lt;br /&gt;- A cóż to za tyfus? – zdziwił się Stasiu na widok dużej butelki.&lt;br /&gt;- To jest niespodzianka – odparł Henio. – Wino domowej roboty robione przez Wehrmachta na poczekaniu. Dostałem w ramach gratisu, na spróbę.&lt;br /&gt;- Jak to na poczekaniu? – zdziwił się Zgliszcz.&lt;br /&gt;Gołąbek wziął do rąk butelkę i zaraz odstawił niemalże odskakując, jakby przed chwilą miał w dłoniach odbezpieczony granat lub coś zdechłego.&lt;br /&gt;- Ciepłe toto przecież – parsknął z odrazą.&lt;br /&gt;- Bo na prawdziwym kwasie, to i reakcja być musi – pouczył Henio.&lt;br /&gt;- Jak na kwasie? – zainteresował się Zenon.&lt;br /&gt;- No na kwasie. Siarkowym.&lt;br /&gt;- Co? Przecież ryje nam przepali na wylot.&lt;br /&gt;- Aleś ty głupi. Przecież każde porządne wino z siarką jest.&lt;br /&gt;- Z siarką tak, ale nie z kwasem. Przecież jeszcze ze szkoły pamiętam, z chemii, że kwas siarkowy to zajzajer jest okrutny i jakbyś się tego napił, to by ci od razu flaki przepaliło i dupą wyleciało. &lt;br /&gt;- Albo plecami.&lt;br /&gt;- Ja tam się nie znam. Barbórka to pije i mówi, że luks. Pewnie jak się tego kwasu da kapkę, to się rozcieńczy i groźne nie jest.&lt;br /&gt;Popatrzyli na butelkę nieufnie. Zenon odkręcił i powąchał.&lt;br /&gt;- Pachnie całkiem niegłupio. Jakby malinami. Ale czego to ciepłe jest?&lt;br /&gt;- Bo świeże, mówiłem już.&lt;br /&gt;- Że jak świeże?&lt;br /&gt;- Normalnie. Dziś robione. &lt;br /&gt;- Chyba zlewane.&lt;br /&gt;Kielonek pokręcił głową.&lt;br /&gt;- Mówię, że robione dziś. Dlatego ciepłe. To przez ten kwas. Sam widziałem. Przez to tak długo mi zeszło. &lt;br /&gt;- Chcesz powiedzieć, że Wehrmacht robi wino od ręki?&lt;br /&gt;- Dokładnie.&lt;br /&gt;- To niemożliwe.&lt;br /&gt;- Jakbym nie widział, to też bym nie uwierzył – przyznał Henio.&lt;br /&gt;Mężczyźni popatrzyli na butelkę z nieco mniejszą odrazą, którą zaczynało zastępować rosnące zainteresowanie. &lt;br /&gt;- To jak niby to się dzieje? – zapytał Zgliszcz.&lt;br /&gt;- No coś ty ocipiał? – zdziwił się Kielonkiewicz. – Przecież mi nie powiedział. Żaden wynalazca nie zdradzi ci sekretu, jaki tkwi w recepturze.&lt;br /&gt;- Pieprzysz.&lt;br /&gt;- Ma rację – poparł Henia Gołąbek. – Jak Wehrmacht wynalazł, jak zrobić wino od ręki, to przecież taki przepis wart jest majątek.&lt;br /&gt;Wpatrywali się w butelkę z podziwem. &lt;br /&gt;- Ale mówiłeś, że widziałeś, jak robi? – dopytywał Zenon.&lt;br /&gt;- Widziałem tylko, jak dolewa jakieś coś bulgoczącego do kotła z owocowym zaczynem z takiej szklanej menzurki, jak z laboratorium ze szpitala.&lt;br /&gt;- No i masz – skrzywił się Zenon. – Przecież zaczyn z owoców tak od ręki nie da się zrobić. Trzeba obrać, umyć, oczyścić…&lt;br /&gt;- A kto mówił, że z owoców? – przerwał Henio.&lt;br /&gt;- To z czego ma być? Z tektury? Mówiłeś, że owocowy.&lt;br /&gt;- Na soku i na landrynach. Szybciej, taniej i mniej roboty.&lt;br /&gt;- Acha, chyba że tak. No to skąd procenty, jak nie z fermentacji? Musi spirytusu dolewać. &lt;br /&gt;- Mówi, że nic nie daje. &lt;br /&gt;- No to jak?&lt;br /&gt;- Że z kwasu.&lt;br /&gt;Znów w milczeniu przypatrywali się butelce. Rozmawiali nie odrywając oczu od napitku, jakby butelka ich zahipnotyzowała. &lt;br /&gt;- Spróbujmy – zaproponował Stasiu przełykając nagromadzoną w ustach ślinę.&lt;br /&gt;- Trzeba zaczekać, aż ostygnie. Do lodówki schowaj – zaproponował Kielonek.&lt;br /&gt;- Popsuta.&lt;br /&gt;- To co? Będziemy tak siedzieć?&lt;br /&gt;- Złapię zimnej wody, będzie szybciej – stwierdził Stasiu.&lt;br /&gt;Staruszek skoczył do łazienki i po chwili wrócił z pełnym wiadrem.&lt;br /&gt;- Dawaj ją.&lt;br /&gt;Niemalże z nabożnym namaszczeniem włożyli butelką do wody i z powrotem usiedli przy stole.&lt;br /&gt;- Ale jaja – powiedział Zgliszcz. – Kto by pomyślał, że z tego Wehrmachta taki geniusz chemii. Brałem go za zwyczajnego rzezimieszka. No może nie za zwyczajnego, ale żeby tak od razu w wynalazczości się wyróżniał?&lt;br /&gt;- A co ty myślisz? – rzekł Gołąbek. – Chłop całe życie melinę prowadzi, z ludźmi wszelkimi rozmawia, próbuje przeróżnych specjałów, to i poznaje najróżniejsze smaki. Światowy człowiek, można by rzec. Takiemu łatwiej jakieś odkrycie wiekopomne poczynić. &lt;br /&gt;- Ale powoli – uspokoił towarzyszy Kielonkiewicz. – Nie o to idzie, że z góry zakładam, że to nie możliwe, bo ja akurat to w talenty Wehrmachta zawsze wierzyłem, ale poczekajmy, aż spróbujemy. Weźmy lepiej wcześniej spróbujmy tej nowej gorzały.&lt;br /&gt;- O! – niemal jednocześnie podchwycili pozostali.&lt;br /&gt;Nie tracąc czasu rozlali po literatce i wychylili do dna. Chwilę krzywili się i cmokali z minami znawców. Z wolna twarze im się rozjaśniały.&lt;br /&gt;- Po mojemu przednie – zawyrokował Stasiu.&lt;br /&gt;- Tobie to wszystko smakuje, byle w łeb szło – skomentował Zenon. – Ale faktycznie dobre.&lt;br /&gt;- Odezwał się wybredny – obruszył się Gołąbek. – Weź sobie lepiej załóż na małego słoik po majonezie, zboczeńcu.&lt;br /&gt;- A! – przypomniał sobie Henio. – Właśnie. Byłbym zapomniał się zapytać. Dla czego…&lt;br /&gt;- Aleś się uczepił – zirytował się Zgliszcz. – Być może niedługo będziemy świadkami podniosłego odkrycia, a tobie jakieś durnoty do łba przychodzą.&lt;br /&gt;- Było na mnie nie naskakiwać.&lt;br /&gt;- Ale czemu akurat po majonezie? – nie ustępował Henio.&lt;br /&gt;- Bo, kurwa, są lepsze niż inne – zdenerwował się Zenon.&lt;br /&gt;Kielonek skrzywił się jakby usilnie się nad czymś zastanawiał.&lt;br /&gt;- Miałem takiego kolegę kiedyś, Udo na niego wołali bo miał u góry nogi ku sobie i chodził jakby mu w dupę szczur wlazł. No i ten Udo chełpił się, że jest taki dupiarz, że żadnej nie przepuści i tak o tym w kółko gadał, że w końcu zaczęli wszyscy tak myśleć. Aż kiedyś siostra się na niego zeźliła i powiedziała nam w zaufaniu, że w życiu to może ze trzy razy jakąś za cycka potrzymał, a tak to tylko po całych dniach konia wali jak w obłędzie jakimś. Sama go parę razy złapała jak cofał bułgara, aż mu ślina ciekła, a żyły na skroniach mało nie popękały.&lt;br /&gt;- I co to ma niby do rzeczy?&lt;br /&gt;- No bo ta siostra mówiła, że kiedyś Udo kąpiel brał w wannie i zapomniał się zamknąć. No i jak ona weszła, to leżał z zamkniętymi oczami, miał założoną na fujarę rurę od odkurzacza i w nią dmuchał.&lt;br /&gt;- A po jaką cholerę?&lt;br /&gt;- A skąd mam wiedzieć? To tak jak i ty z tymi słoikami.&lt;br /&gt;- Ale to przecież ten stary pierdoła wymyślił! – warknął zaczerwieniony Zenon. – Ja tylko powiedziałem, że…&lt;br /&gt;- Cicho, cicho – przerwał im Stasiu jednocześnie pogłaśniając telewizor. – Dam sobie rękę uciąć – szepnął – że ktoś czai się za drzwiami. Przekręciłeś zamek?&lt;br /&gt;- Jasne – obruszył się Henio. – Mamy nauczkę.&lt;br /&gt;- Zdawało ci się – syknął Zenon. – Od tej wódki omamy…&lt;br /&gt;- Zamknij się durniu. Mówię, że słyszałem, to słyszałem. Może z oczami to i mam problem, ale nie ze słuchem. Słyszę lepiej niż nietoperz.&lt;br /&gt;- Nietoperze przecież prawie ślepe są – zdziwił się Kielonkiewicz.&lt;br /&gt;- Mówię, że słyszę jak nietoperz, a nie że widzę. &lt;br /&gt;- Ale skoro ledwo widzą, to można też powiedzieć, że jesteś ślepy jak nietoperz.&lt;br /&gt;Stasiu dał znak ręką, żeby rozmawiali głośno i sam na palcach zakradł się do drzwi i spojrzał przez judasza. Jego twarz przybrała wyraz tryumfu i złości jednocześnie. Przesunął zamek i jednocześnie zamaszyście szarpnął drzwiami. &lt;br /&gt;Mierzejewski niemal wpadło środka.&lt;br /&gt;- Czego tu, szpiclu ubecki! – huknął na niego Gołąbek. – Nie mówiłem? – dodał odwracając się do kolegów.&lt;br /&gt;Dzielnicowy miał niepewną minę.&lt;br /&gt;- No co? – bronił się. – Zarzuciło mnie na drzwi jak akurat żeście otworzyli.&lt;br /&gt;- Gówno prawda! – darł się Stasiu. – Słyszałem, jak żeś się pan czaił, jak gajowy na rysia!&lt;br /&gt;- Nieprawda.&lt;br /&gt;- Oj panie Mierzejewski – wtrącił się Zenon. – Naprawdę nieładnie tak pod drzwiami podsłuchiwać. &lt;br /&gt;- Mówię, że mnie tak tylko zarzuciło!&lt;br /&gt;- Dobra, dobra – machnął ręką Stasiu. – Mów pan szybko z czym pan przyłazisz i spierdalaj pan bo dupsko skopiemy. &lt;br /&gt;- Dokładnie – włączył się Henio. – Po cywiluś pan się zakradł, to i po ryju możesz dostać, bośmy poznać nie dali rady w porę.&lt;br /&gt;- Moment, moment – zaprotestował Mierzejewski. – To, że jestem po cywilu, to nie znaczy, że możecie mi łeb ukręcić. &lt;br /&gt;- Założymy się?&lt;br /&gt;- A poza tym, to czego robicie awanturę o nic?&lt;br /&gt;- A kto się czaił?&lt;br /&gt;- Mówię, że się nie czaiłem! &lt;br /&gt;- A ten się uparł, jak szczerbaty i będzie nam ciemnotę wciskał, że to nie suchary. Gadaj pan po dobroci i wynocha!&lt;br /&gt;Policjant poprawił kołnierzyk koszuli i spojrzał na Zenona z wyrzutem.&lt;br /&gt;- To ja za wami łażę, pomoc proponuję, wieść dobrą niosę…&lt;br /&gt;- Znalazł się proboszcz od siedmiu boleści.&lt;br /&gt;- … a wy się tak odwdzięczacie? Dobra. Niech wam będzie. Jak wy mi wilkiem, to ja też mogę.&lt;br /&gt;- Nie strasz, nie strasz.&lt;br /&gt;- Jak byłem ostatnio – kontynuował policjant. – To zapomniałem powiedzieć, że Fundament rozmawiał z księdzem z parafii od świętego Patryka. &lt;br /&gt;- Olaboga – jęknął Zenon.&lt;br /&gt;- To kawałek po drugiej stronie rzeki jest – mówił dzielnicowy. – Prosił, ten ksiądz, żeby ci przypomnieć o robocie, co żeś się zobowiązał wykonać i jeszcześ zaliczkę wziął. Miałem powiedzieć, że cię nie widziałem, ale jak żeście dla mnie tacy w dupę uprzejmi, to ja nie będę gębą świecił. Powiem, żeście pieniądze parafialne przepili, to wam jeszcze dupy objedzie na kazaniu. Wam to lata koło ptaka – wskazał na Stasia i Zenona i przeniósł wzrok na Henia – ale starsza pani Kielonkiewiczowa to nie będzie szczęśliwa. &lt;br /&gt;- Kurwa, się nie waż nawet! – Henio poderwał się od stołu.&lt;br /&gt;Mierzejewski odskoczył za próg.&lt;br /&gt;- Grzeczniej, mówię!&lt;br /&gt;- Zęby ci wybiję, wścibska mendo! – ryknął Henio. – Tylko się odezwij, choćby słowem! Niech mi tylko mamusia choć piśnie coś na ten temat! Jak tu stoję obiecuję, że nogami się nakryjesz, aż se dupę obliżesz! &lt;br /&gt;- Już się boję! &lt;br /&gt;- Zobaczysz, ubeku! Wehrmachta na ciebie napuszczę! Będziesz kanałami po dzielnicy łaził i szczał w pieluchę!&lt;br /&gt;- A już! – dalej stawiał się policjant, ale widać było, że groźby nie spływają po nim jak po mokrym bażancie. – Ja tu władzę reprezentuję!&lt;br /&gt;- A w dupie mam taką władzę!&lt;br /&gt;- Spierdalaj pan!&lt;br /&gt;Stasiu wypchnął Mierzejewskiego na klatkę i trzasnął drzwiami, aż z futryn poszedł kurz.&lt;br /&gt;- Co za menda!&lt;br /&gt;- Banda degeneratów! – usłyszeli jeszcze piskliwy krzyk oddalającego się dzielnicowego.&lt;br /&gt;- Czy ja dobrze zrozumiałem? – odezwał się Kielonek. – Czy to bydle groziło, że zakabluje do mojej mamusi? &lt;br /&gt;- No nie inaczej – odparł Stasiu. – W dodatku przez księdza.&lt;br /&gt;- O Jezu – jęknął Kielonek. – Jak ksiądz faktycznie powie na kazaniu, żeśmy kościelną kasę przepili, to będzie dla niej cios.&lt;br /&gt;- Powolutku – starał sie uspokoić Stasiu, choć sam był też nielicho zły. – Usiądźmy, napijmy się, to się coś wykombinuje.&lt;br /&gt;- Gówno wykombinujesz – mruknął Zenon. – Za późno. &lt;br /&gt;- Co za późno? Na co? O jaką robotę chodzi?&lt;br /&gt;- Dali mi tauzena – westchnął Zgliszcz, – żebym podciągnął trochę tego żuka, ale zanim zacząłem, to mnie mendy wzięły.&lt;br /&gt;- Tego z parkingu? – niedowierzał Gołąbek.&lt;br /&gt;Zenon skinął wychylając alkohol.&lt;br /&gt;- Jak to? – nie mógł uwierzyć Stasiu. – Dostałeś kafla za podrasowanie tego rupiecia?&lt;br /&gt;- Jakbym go wypicował, to bym jeszcze drugie tyle zarobił, a tak to gówno dostanę i jeszcze będę musiał oddać, a już przepita część. Co za los. Jedna kapota za drugą. Jednak to prawda, że na kapotę nie ma kapoty.&lt;br /&gt;- Zaraz, zaraz, powolutku – sprzeciwił się Gołąbek. – Jak do tej pory, to nawet jak coś się psułowo zaczynało, to kończyło się elegancko. &lt;br /&gt;- Do tej pory.&lt;br /&gt;- Teraz też tak będzie, tylko trzeba na spokojnie. Na kiedyś miał to zrobić?&lt;br /&gt;- Na dziś – odparł bezradnie Zenon.&lt;br /&gt;- Ale że na rano?&lt;br /&gt;- Nie na rano, ale jakie to ma znaczenie? – żachnął się Zgliszcz. – Tam kupa roboty była, a nic nie ruszone. Chociaż bym się zesrał, to nie dam rady.&lt;br /&gt;- A my wszyscy? – zagadnął Henio napełniając szklaneczki?&lt;br /&gt;- My wszyscy?&lt;br /&gt;- No tak. A co w tym dziwnego? Razem pijemy, to możemy i razem na gorzałę zapracować, co nie Stachu?&lt;br /&gt;- O to właśnie się rozchodzi.&lt;br /&gt;Zenon zastanowił się, spojrzał na zegarek i skrzywił usta.&lt;br /&gt;- Na wieczór miało być zrobione.&lt;br /&gt;- No to człowieku? – rozpromienił się Gołąbek. – Ściemni się nie prędzej niż za  pięć, sześć godzin. Tak ci wyrychtujemy ten wehikuł, że …&lt;br /&gt;- Do wieczora miało być zrobione, a nie na noc.&lt;br /&gt;- Oj, czepiasz się, platfusie. A jaka to różnica jest? Przecież pewnie na jutro im potrzebne, albo i na niedzielę dopiero. Ważne, żeby coś było zrobione. Najgorsze te koła będą – zmartwił się Gołąbek.&lt;br /&gt;- Koła, to zrobił Fredek, zanim go trafiło.&lt;br /&gt;Stasiu rozpromienił się.&lt;br /&gt;- No to o co chodzi? – zdziwił się. – Tak po prawdzie, to nawet sam byś zdążył, jakbyś takim obibokiem nie był. Klucze masz do bramy?&lt;br /&gt;- Zabrali mi.&lt;br /&gt;Stasiu machnął ręką bagatelizującym gestem.&lt;br /&gt;- Dobra. Jakoś wejdziemy. Raz dwa się umyje, rdzę zeskrobie, śruby podokręca. Skrzynkę z narzędziami i smar masz w kanciapie, Kielonek weźmie od tego, no… jak mu jest, temu od warsztatu?&lt;br /&gt;- Korpikiewicz.&lt;br /&gt;- No. Od Korpikiewicza weźmie pożyczy pistolet, taki do lakierowania i jakiś lakier podejmie, to się raz dwa zrobi. &lt;br /&gt;-  Pistolet, to może i pożyczy, ale lakier? Nawet nie bardzo wiadomo jaki kolor.&lt;br /&gt;- Jak nie wiadomo? Coś ty daltonista jest? Przecież zielony.&lt;br /&gt;- Zielony, zielony – marudził Zenon. – Ale jaki zielony? Trzeba by numer sprawdzić, żeby właściwy dobrać. Ciemny, jasny, khaki, zgniły, matowy, błyszczący i dziesiątki innych parametrów.&lt;br /&gt;- Zielony! Zielony! – rozdarł się Stasiu aż mu klasnęła szczęka. – Czy ty musisz wiecznie stwarzać problemy? Tu trzeba działać, a nie biadolić.&lt;br /&gt;- Ale kolor dopasować nie jest łatwo, a przecież…&lt;br /&gt;- Jakby im zależało na kolorze, to by ci nie dali na robotę dwóch dni, jełopie! Co ci powiedzieli? Że ma wyglądać jak spod igły?&lt;br /&gt;- No w sumie nie – zgodził się Zenon. – Żeby się nie rozleciał tylko na holu i nie bił po oczach pod kościołem.&lt;br /&gt;- No!&lt;br /&gt;Stasiu podniósł się z krzesła. &lt;br /&gt;- Henio, zaiwaniaj do tego, jak mu tam?&lt;br /&gt;- Korpikiewicz.&lt;br /&gt;- Zaiwaniaj do tego Korpikiewicza po pistolet i zielony lakier, taki ciemniejszy lepiej niech będzie, a ty, Zenek, bierz flaszkę i idziemy. Wstąpimy jeszcze do sąsiada po wąż i do roboty.&lt;br /&gt;- Jak to, że tak niby, że jak? – powątpiewał Zenon. – Tak od razu będziemy robić? Bez przygotowania żadnego?&lt;br /&gt;- Przecież mówię, żebyś wziął flaszkę. &lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;Dochodziła osiemnasta, gdy stanęli obok furgonetki w pełnym rynsztunku. Przez chwilę obawiali się, że nic nie wskórają, bo przy ramie dyżurował policjant, ale gdy Zenon się wylegitymował funkcjonariusz gdzieś zadzwonił i wpuścił ich do środka. Oprócz żuka na parkingu stał tylko stary ford, za którym ostatnio Zenon ukrył się przed szarżującym nań samochodem prowadzonym przez mężczyznę z łańcuchem na szyi. &lt;br /&gt;- Dobra – rzekł Stasiu po dokonaniu wstępnych oględzin żuka. – Weź Zenek podłącz wąż, a my z Heńkiem zeskrobiemy z grubsza rdzę. Potem porządnie przelecisz ze wszystkich stron, obetrze się i malujemy. &lt;br /&gt;- Ten kolor chyba nie za bardzo trafiony – skrzywił się Henio. – Było mówić, że prawie brązowy.&lt;br /&gt;- Czepiasz się pierdół, jak Zenek – zignorował problem Stasiu. – Farba wyschnie, to i ściemnieje.&lt;br /&gt;Wręczył Kielonkowi napełniony kubek. &lt;br /&gt;- Tylko uważaj na tego szczura spod bramy, bo co i rusz się przygląda. Zobaczy, to jak nic się przypieprzy, dla zasady.&lt;br /&gt;Henio przechylił jednym haustem w dalszym ciągu krytycznie spoglądając na auto.&lt;br /&gt;- Niech wam będzie – powiedział. – Spróbować można.&lt;br /&gt;Zaczęli skrobać. Zenon w tym czasie rozciągnął długi wąż i dołączył do przyjaciół z drucianą szczotką.&lt;br /&gt;- Tylko za dużo nie skrobcie – pouczał Stasiu. – Tylko tam gdzie bąble są, to od razu odleci. Gdzieindziej się przymaluje i parę dni wytrzyma. Z tego coś mówił to jednorazowy występ ma być?&lt;br /&gt;- Tak mówił ten w garniturze. Mniej więcej. Znaczy mówił, że na sobotę, a dalej, to już nie wiem, bo nic nie mówił.&lt;br /&gt;- No i dobrze – ucieszył się Gołąbek. – Skoro nie mówił, to znaczy, że nieważne. A jak się okaże, że na dłużej chcą, to się później jeszcze raz obleci. Za dopłatą oczywiście.  Skrob, tylko nie za mocno, bo trzeba będzie gruntować.&lt;br /&gt;- A ty skąd nagle taki jesteś specjalista od lakiernictwa? – zainteresował się Henio.&lt;br /&gt;- Jak na montowni robiłem w hucie – odparł staruszek zdzierając połać łuszczącej się farby – to trochę za konserwatora byłem.&lt;br /&gt;- To tak jak ja w szkole.&lt;br /&gt;- Gówno tam, a nie tak jak ty – obruszył się Stasiu. – To nie to samo. Coś ty miał z lakiernictwem niby wspólnego? Tyle co ławki wkoło szkoły raz na parę lat odmalować. I to pędzlem, farbą olejną. To, to samo co lakiernictwo nie jest.&lt;br /&gt;- Zdaje ci się – oponował Kielonek ocierając z czoła gromadzący się pot. – Ostatnio to jeszcze kaloryfery musiałem na wiosnę machnąć, bojler w kotłowni, bramki na boisku – wyliczał – kosze na śmieci, a dwa lata temu całe ogrodzenie. &lt;br /&gt;- Mówię ci, że to lipa – nie dawał się przekonać Stasiu. – Ale niech ci będzie. W końcu konserwator konserwatorowi nie równy. Znałem takiego jednego, co tak jak ty w szkole robił. Władek mu było, ale on to tylko co najwyżej siebie samego konserwował. &lt;br /&gt;- Taka robota – zgodził się Henio. – Sprzyjająca.&lt;br /&gt;- A tak właściwie, to ty Heniu byłeś w robocie dziś? – wtrącił Zenon. – I wczoraj?&lt;br /&gt;- Nie byłem. Na chorobowym siedzę.&lt;br /&gt;- A to niby czemu?&lt;br /&gt;- Jak to czemu? – zdziwił się Henio. – Chory przecież jestem. Krążenie.&lt;br /&gt;- Ta, pewnie. Chyba od mety do mety.&lt;br /&gt;- Kiedyś – udaremnił rodzącą się sprzeczkę Gołąbek podejmując swoją opowieść o konserwatorze Władku, – jak miał dyżur w niedzielę… w sumie to nie mam pojęcia po jaką cholerę, ale to nie moja rzecz. W każdym bądź razie zamiast siedzieć w szkole, to polazł do kościoła, bo mu się ubździło, żeby komunię wziąć, bo to okres komunijny wtedy był. &lt;br /&gt;- Na trzeźwo? – zapytał Zenon ocierając z czoła rdzawy pył.&lt;br /&gt;- A gdzie tam. Nabity był jak syfon. Najpierw wziął i narzygał w to, no, to… Matko, wyleciało mi z głowy. W to takie okrągłe, co się macza rękę do żegnania, olaboga jakżesz to się cholerstwo nazywa, przecież wiedziałem, nie raz nalewałem...&lt;br /&gt;- W chrzcielnicę?&lt;br /&gt;- W dupicę nie w chrzcielnicę – obruszył się Stasiu.&lt;br /&gt;- To w co, jak żeś taki mądry?&lt;br /&gt;Gołąbek chwilę intensywnie się zastanawiał z marsową miną, by wreszcie się rozchmurzyć.&lt;br /&gt;- Aspersorium! – krzyknął triumfalnie.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Tak się to nazywa. To koryto na wodę święconą przy wejściu do kościoła.&lt;br /&gt;- To nazwy normalnej jakiejś nie ma? Jak nie chrzcielnica, to może maczalnica, albo żegnalnica?&lt;br /&gt;- Kropielnica – zignorował pomysły Henia Stasiu. – Narzygał w aspersorium, lub jak wolisz, w kropielnicę i już wtedy powinien dać sobie spokój, ale ten nie. &lt;br /&gt;- Nie wywalili go ludzie?&lt;br /&gt;- Nie widział nikt. To z samego rana było i do mszy jeszcze kawał czasu został. &lt;br /&gt;- No i?&lt;br /&gt;- Dalej do ołtarza poszedł i krzyżem na podłogę jeb. Zaczął się modlić, ale że pijany był w trzy dupy, to wziął i usnął. &lt;br /&gt;- Ale jaja.&lt;br /&gt;- Jaja to dopiero były. Przyszedł ksiądz i najpierw te rzygi zobaczył i zaczął drzeć się na kościelnego. Ale zanim ten stary przyszedł, to znalazł Władka. I mówi do niego, żeby wstawał i spierdalał.&lt;br /&gt;- Tak powiedział? Ksiądz?&lt;br /&gt;- No może nie tak dokładnie, ale w każdym razie kazał mu iść w cholerę. Ale Władek nie za bardzo kojarzył gdzie jest i jak ten się na niego darł i próbował podnieść, to się odwinął i tego księdza przez pysk malachnął z otwartej. Dopiero wtedy się kapnął, co zrobił.&lt;br /&gt;- No i? Przeprosił chociaż?&lt;br /&gt;- Ta, przeprosił. Kazał temu księdzu sobie tę komunię dać. &lt;br /&gt;- Ale to wcześniej do spowiedzi musiałby przecież iść – wtrącił rzeczowo Henio. &lt;br /&gt;- I tak mu ten ksiądz powiedział, jak zobaczył, że chłop nie reaguje na zwykły opierdol. To mu Władek powiedział, że dopiero co się wyspowiadał samemu Jezusowi. Że był tu przed chwilą i że mu powiedział wszystko, nawet to, że ukradł kiedyś rower sąsiadowi. &lt;br /&gt;- Rower! – niemal krzyknął Zenon. – Byłbym zapomniał.&lt;br /&gt;- Co? – zdziwił się Kielonkiewicz. – Że to tobie podprowadził rower? Ten konserwator? Ale buły.&lt;br /&gt;- Mój rower, psi cynglu! Od trzech dni zapięty o płot stoi. O ile jeszcze stoi.&lt;br /&gt;- A kto by ci takiego złoma miał podebrać?&lt;br /&gt;- Nie wiem kto. Może ten konserwator.&lt;br /&gt;Zenon ruszył w kierunku budki ignorując uspokajające zapewnienia przyjaciół. &lt;br /&gt;- Później weźmiesz – próbował powstrzymać go Gołąbek. – Robota czeka.&lt;br /&gt;- Później zapomnę, jak poprzednio – krzyknął Zenon przez ramię biegnąc już truchtem ku bramie.&lt;br /&gt;- A to pajac – ocenił staruszek wracając do oczyszczania karoserii z rdzawych plam. – Kto mu toto ukradnie? Chyba samobójca jakiś. Albo pijak.&lt;br /&gt;- Powiedz lepiej, co z tym konserwatorem? – drążył Kielonek skrobiąc zapamiętale nadkole.&lt;br /&gt;- A co miało być? Ksiądz go jakoś tam udobruchał i z kościoła wyprowadził przez zaplecze, bo ludzie się już gromadzili na dziedzińcu i dziecek wystrojonych cała chmara do komunii przyszykowanych. No i może by mu się jakoś upiekło, ale ten dureń po jakiejś godzinie podjął próbę otrzymania upragnionego rozgrzeszenia. Wlazł go kościoła pełnego ludzi, przepchał się do ołtarza i jak te wszystkie dziecka klękały w rzędach, to  najpierw zaczął je poprawiać, że niby krzywo się ustawiły, a potem sam padł na kolana na końcu pierwszego szeregu i jak tylko zbliżył się ksiądz, to wywaliło bydle jęzor. Ale był podobno wstyd. Dzieciaki go znały, to się nie bały, bo wiedziały, że lebiega i pijany chodzi co dzień, to i przyzwyczajone były. Śmiały się wszystkie do rozpuku. No ale ludzie co innego. Nie po to proboszczowi zapłacili ciężki grosz na organizację tego całego cyrku, żeby oglądać pijanego Władka. To na co dzień mięli za darmo. Wyprowadzili go i rzucili w krzaki, gdzie spał jeszcze z godzinę po zakończeniu całej ceremonii. Na drugi dzień ksiądz przeklął go w czasie mszy z ambony. No i tyle Władek się nabył tym konserwatorem. Musiał się wyprowadzić, bo ludzie mu żyć nie dali. To na małej wiosce było, pod miastem, a tam ludzie za kościołem bardzo są.&lt;br /&gt;- Tak to jest z tymi księdzami – skwitował Henio. – Na ogół to dobrzy ludzie, ale i chuje też się zdarzają, jak ten. Człowiek zapierdala ile sił, a że raz na jakiś czas sobie coś podechla, to bo od razu za ryj i na bruk, jak szmatę jakąś niepotrzebną.&lt;br /&gt;- A żebyś wiedział, że tak jest – zgodził się Stasiu. – Chociaż Władek to przesadzał nawet jak dla mnie. &lt;br /&gt;Skrobali chwilę bez słowa. Gdy po chwili Gołąbek dojrzał zbliżającego się na rowerze Zenona, przez twarz przemknął mu złośliwy uśmieszek.&lt;br /&gt;- Ty to masz tę robotę złotą - zagaił. – Bo przecież jakbyś miał tak, jak ten Władek, to już byś dawno poszedł w odstawkę.&lt;br /&gt;- A to niby czemu?&lt;br /&gt;- Boś spity co drugi dzień.&lt;br /&gt;- A co ty mi tu takie głupoty? – obruszył się Henio. – Niby skąd to wiesz?&lt;br /&gt;- Zenek mi mówił – skłamał bezczelnie staruszek. – Co trochę gada pod kamienicą komu się tylko da, żeś straszny opój i moczymorda.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;Kielonek przerwał skrobanie i spojrzał ku bramie akurat kiedy Zenon nadjeżdżał na rozchwianej „Ukrainie” całkiem mocno, jak na możliwości tego pojazdu, rozpędzony. Po minie Zgliszcza (wysunięty język i skupienie na twarzy) Stasiu rozpoznał, że prawdopodobnie szykuje się do jakiegoś trudnego manewru, w tym przypadku z dużym prawdopodobieństwem, wirażu. &lt;br /&gt;Zanim Zenon zdążył się zatrzymać, a Stasiu jakkolwiek zareagować, Henio doskoczył i energicznie wcisnął w przednie koło styl od szczotki, którą dotychczas skrobał rdzę. &lt;br /&gt;- Nosz kur… – zdołał tylko krzyknąć Zenon zanim strzeliły szprychy, koło się zablokowało, rower stanął dęba, a zaskoczony Zgliszcz przeleciał przez kierownicę i rozpłaszczył się na bocznej masce furgonetki.&lt;br /&gt;- To ja sobie tu żyły dla ciebie wypruwam – krzyknął na niego Kielonkiewicz, – a tyś taki fałszywy sukinsyn! Małoś widać jeszcze w ryj zebrał, ale to się moment nadrobi.&lt;br /&gt;- Zaczekaj – powstrzymał go zakłopotany Stasiu.&lt;br /&gt;- Co zaczekaj? – wściekał się Henio. – Pajac na mnie napierdala głupoty, to mu się należy, przygłupowi! Mamusia potem znowu będzie płakać przeze mnie!&lt;br /&gt;Zamierzył się tęgim ciosem na oszołomionego uderzeniem Zenona, ale nie wyprowadził uderzenia.  &lt;br /&gt;- Zostawże – krzyknął Gołąbek kurczowo trzymając Kielonka za rękaw. – Zmyśliłem trochę.&lt;br /&gt;Henio w ostatniej chwili powstrzymał rękę.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Odbiło wam? – stęknął Zenon z trudem podnosząc się z ziemi. – Co ty, Heniu? Chory jesteś? Na łeb? W dupę se wsadź ten kij i podskocz, to ci może rozum nacentruje.&lt;br /&gt;Podszedł do roweru i spróbował podnieść. Krew kapała mu z uszkodzonego ponownie nosa, przez rozdartą niemal do kolan nogawkę widać było mocne zadrapanie na łydce. &lt;br /&gt;- I co żeś zrobił najlepszego? – zapytał z wyrzutem. – Prawie nowy rower. Koło rozpiżdżone na amen, kierownica i rama skrzywione. Nawet się naprawić nie da.&lt;br /&gt;Odrzucił wrak w pylistą nawierzchnię patrząc na przyjaciół z niedowierzaniem. Otarł zakrwawioną twarz.&lt;br /&gt;- No co wy?&lt;br /&gt;- Głupio wyszło – powiedział Stasiu.&lt;br /&gt;- No trochę – zgodził się Kielonek cedząc słowa przez zęby. – Przez tego starego pierdołę.&lt;br /&gt;Widać było, że hamował się jak mógł, ale w końcu nie wytrzymał, odwrócił Gołąbka tyłem i wymierzył mu potężnego kopniaka w pośladek. Staruszek poleciał na ziemię z jękiem, ale nie protestował.&lt;br /&gt;- Powiedział mi, dziadyga, żeś ploty na mnie gadał w kamienicy, a wiesz, że mamusia bardzo czuła jest na takie gadanie. &lt;br /&gt;Popatrzył na Zenona przepraszającym wzrokiem.&lt;br /&gt;- Nie gniewasz się, co? – zapytał z nadzieją. &lt;br /&gt;- Roweru szkoda – marudził Zgliszcz. – Przywiązany do niego byłem.&lt;br /&gt;- Odpicujemy tego żuka jak ta lala, to sobie nowy kupisz – pocieszał Kielonek. – Kolarzówkę.&lt;br /&gt;- Albo składak lepiej – dodał Stasiu, który w międzyczasie zdążył się pozbierać i stanął obok z niepewną miną. – Będzie ci łatwiej na górę wnosić. Po schodach.&lt;br /&gt;- Ty to się już lepiej, kurwa nagła twa, nie odzywaj – naskoczył na staruszka Kielonek. – Bo ci zaraz zrobię przysługę.&lt;br /&gt;- Niby jaką?&lt;br /&gt;- Jaką? A chlasnę w ten głupi pysk, to ci się moment ze zmarszczek wygładzi.&lt;br /&gt;- Pewnie, pewnie – mruknął. – Inwalidę pobić, to nie sztuka.&lt;br /&gt;- Inwalidę? Inwalidą to dopiero będziesz, za to gadanie.&lt;br /&gt;- Obaj jesteście dobrzy – powiedział oskarżycielsko Zenon. – Jeden notorycznie kłamie, a drugi nie może rąk utrzymać przy sobie, tylko w ryj leje zanim pomyśli. Najpierw obaj palicie się do roboty, a potem co?&lt;br /&gt;- Co że niby? Rdza zdarta prawie cała – relacjonował Henio. – Siurniesz tylko z węża, potem się obetrze, pryśnie lakierem, gdzie trzeba smar położy i gotowe. &lt;br /&gt;- Ściemni się niedługo i gówno zrobimy – powątpiewał Zenon. – I byle nie lało tylko – dodał z obawą spoglądając na przesuwające się po niebie chmury.&lt;br /&gt;Zadanie wymagające zespołowego współdziałania sprawiło, że przestali na siebie wzajemnie warczeć. Stasiu i Henio mieli mniejsze lub większe poczucie winy wobec czego niewiele rozmawiali z zapałem przykładając się za to do roboty. Gruba warstwa rdzy znikła pozostawiając po sobie brązowe plamy. Prymitywny sprzęt jakim dysponowali nie pozwolił na jej całkowite usunięcie, ale przecież nie to było ich celem. Ostry strumień wody usunął kurz i błoto, które przez lata zaschło na bokach i kołach auta. Gołąbek nie sprzeczał się i kiedy zaistniała potrzeba wczołgania się pod  podwozie celem nałożenia smaru na osie, zrobił to niemalże na ochotnika. Gdy Kielonek kończył pryskać lakierem było już niemal zupełnie ciemno. Chcieli jeszcze popracować przy latarce, ale funkcjonariusz, który objął nocną wartę kazał im iść w cholerę. Na pierwszy rzut oka widać było, że należy do tych, z którymi negocjacje nie wchodzą w rachubę. &lt;br /&gt;Wracali zmęczeni ale zadowoleni z siebie.&lt;br /&gt;- Ale mi w gardle zaschło – odezwał się Gołąbek.&lt;br /&gt;- Tobie to mózg zasechł nie gardło – skomentował Zenon.&lt;br /&gt;- Dokładnie – poparł Zgliszcza Henio. – Ale, że ryj mu wysuszyło, to też fakt, bo pieprzył cały sień od rzeczy.&lt;br /&gt;- Co od rzeczy? Jak od…&lt;br /&gt;- Zamknij się lepiej – zagroził Kielonek. – Zenek przez ciebie mordę rozbił i rower popsuł. Jakbyś głupot nie opowiadał, to by jechał teraz, jak król. &lt;br /&gt;- Otóż to.&lt;br /&gt;- Gówno by jechał. Jeszcze by się zabił na tym złomie. &lt;br /&gt;- Ta, pewnie. To może ci jeszcze podziękować powinienem za ocalenie od niechybnej śmierci?&lt;br /&gt;- A żebyś wiedział.&lt;br /&gt;- A to dziad bezczelny&lt;br /&gt;- Nie marudź, tylko chodźmy do Mumina, to wezmę co trzeba. I jeszcze to wino na kwasie pewnie już doszło.&lt;br /&gt;- O – zainteresował się Zenon. – Jak ruszysz to wino, to łeb ci urwę. &lt;br /&gt;- Ja?&lt;br /&gt;- Tylko rusz.&lt;br /&gt;- A ja poprawię – dodał Henio.&lt;br /&gt;- Jak to? – zdziwił się Gołąbek. – To nie idziecie?&lt;br /&gt;- Ze zmęczenia jęzor mi wisi do brzucha.&lt;br /&gt;- Wisi, bo ci się pić chce – przekonywał Stasiu.&lt;br /&gt;- Zenek ma rację – zgodził się Kielonek. – Ja też mam na dziś dość. Jutro jeszcze jakieś badania mam zrobić na ciśnienie. Nie mogę zalać pały na amen.&lt;br /&gt;- No co wy? – Gołąbek nie mógł uwierzyć. – Heniu? Na jaki amen? Po szklance i spać. Przecież mnie znasz.&lt;br /&gt;- No właśnie.&lt;br /&gt;- Miałem ci piosenkę zaśpiewać, na mandolinie zagrać…&lt;br /&gt;- Zgadza się – przytaknął Kielonek. – Litrę mnie to kosztowało.&lt;br /&gt;- No widzisz – ucieszył się staruszek. – Taki koncert dam, że…&lt;br /&gt;- Jutro.&lt;br /&gt;- Co jutro?&lt;br /&gt;- Jutro będziesz śpiewał. &lt;br /&gt;- Ale z was kmiotki. W gardle mi zaschnie i struny głosowe nie będą działać jak należy. Kto to by do jutra czekał, jak wino w domu stoi? Co wyście na łby poupadali obydwaj? Z wysokości?&lt;br /&gt;- Jutro.&lt;br /&gt;- Jutro to mogę być chory, albo i nie żyć nawet.&lt;br /&gt;- Będziesz chory, jak wino wychlasz.&lt;br /&gt;Stasiu przyłożył dłoń do piersi.&lt;br /&gt;- Oj – jęknął ostrzegawczo. – Coś czuję, że mnie piecze.&lt;br /&gt;- Mózg ci się piecze.&lt;br /&gt;- Mogę zawału dostać.&lt;br /&gt;- Srału.&lt;br /&gt;- Nie żartuję.&lt;br /&gt;Zenon przez chwilę się wahał, ale Kielonek energicznie pociągnął go za rękaw.&lt;br /&gt;- A do dupy z taką robotą – pomstował Gołąbek. – Zagonią do harówki, a potem się dupskiem odwrócą, komuchy, i grożą jeszcze, że człowieka skrzywdzą. Co za naród w tym kraju teraz żyje? Za moich czasów, to nie trzeba było dwa razy powtarzać i chętnych było więcej niż wypitki.&lt;br /&gt;Przekomarzając się i sprzeczając wracali, co i rusz z niepokojem wpatrując się w niebo. Szczęśliwie dla nich gromadzące się przez cały dzień chmury rozwiał wiatr i na ciemnym sklepieniu zaczęły coraz wyraźniej pojawiać się gwiazdy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sobota &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zenon wolno otworzył oczy. Poprzedniego wieczora padł z wyczerpania nie zdejmując odzieży. Przespał całą noc nawet raz się nie budząc, co zwarzywszy na jego stan fizyczny nie było łatwym osiągnięciem. Obolały i zatkany nos znacznie utrudniał oddychanie, czego efektem było ćmienie w okolicach zatok przynosowych i przeraźliwa susza w ustach. Miał wrażenie, że jego język jest w tym momencie kawałkiem wyschniętego na wiór drewna leżącego w jakiejś ciasnej pustynnej rozpadlinie. Albo starym balasem w świerkowym zagajniku.&lt;br /&gt;Leżąc zastanawiał się nad wydarzeniami wczorajszego dnia. Oj działo się, działo. Wrażeń starczyłoby na cały rok, albo i lepiej. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Miał nadzieję, że nie będzie chryi z tą cholerną furgonetką. &lt;br /&gt;Co prawda chmury wczoraj rozwiało, ale pogodowe obawy nie dawały spokoju i sprawiły, że Zenon poderwał się i wyjrzał przez okno. Śladu deszczu. Z ulgą z powrotem runął na posłanie. Cały był poobijany, trochę piekł go nos. Nogi, ręce, głowa, tułów. Wszystko go bolało. Czuł się jakby potrącił go samochód. W sumie to rzeczywistość była niewiele inna. Co prawda samochód w niego nie wjechał, ale w końcu stało się przecież odwrotnie. &lt;br /&gt;Zastanowił się, co też czeka go dzisiejszego dnia. Nie miał nic zaplanowanego, więc pewnie spotka się ze Stasiem i z Heniem. Przypomniał sobie, że Gołąbek ma dziś śpiewać i grać na mandolinie i humor nieco mu się poprawił. Znacznie krzepiła go również myśl o intrygującym winie na kwasie. Co prawda nie czuł jakiegoś ogromnego alkoholowego łaknienia, ale z doświadczenia wiedział, że to niebawem o sobie przypomni. No ale jednego był pewien w najbardziej zdecydowany sposób. Mianowicie, dzień musi rozpocząć od długiej, gorącej kąpieli. Bez żadnych trosk i wspomnień. Leniwe leżenie w ciepłej wodzie i odmakanie od całego tego wczorajszego syfu.  &lt;br /&gt;Podniósł się stękając i powlókł do łazienki. Z lękiem spojrzał w lustro i jęknął. Obawy były słuszne. Miał spuchnięty nos, zasiniałe oczy, dwa guzy na czole. Do tego kilkudniowy zarost zabarwiony na bury kolor, jaki zawdzięczał rozmazanej, zakrzepłej krwi. &lt;br /&gt;- I na cholerę się kąpać? – marudził pochylając się nad wanną. – Przecież im człowiek czyściejszy, tym bardziej się brudzi.&lt;br /&gt;Odkręcił wodę nad wanną i sycząc z bólu zsunął koszulę. Gdy zdejmował podkoszulek zadzwonił dzwonek.&lt;br /&gt;- Kto tam od rana dupę truje – mruknął niezadowolony. – A niech dzwoni. W dupie to mam.&lt;br /&gt;Sygnał wwiercał się w myśli. Już dawno miał go zmienić, na jakiś bardziej przyjazny duszy, ale co się za to zabierał, to coś mu przeszkadzało. To tak jak z kąpielą. &lt;br /&gt;- Panie Zgliszcz! – usłyszał zza drzwi. – Proszę otworzyć.&lt;br /&gt;- Co za cholera?&lt;br /&gt;Głos był jakby znajomy, ale nie bardzo. Na pewno nie Stasiu i nie Henio. Nie był to też ten mendziarz Mierzejewski, ani Gąsior, stary zboczeniec od tej gówniary co już nosi cycki na wierzchu, chociaż dopiero co u komunii była. Może inkasent z gazowni? Nie, ten był starym pierdołą, a głos należał do młodego mężczyzny. Nie. Ni cholery. Jednak faceta nie zna.&lt;br /&gt;- Panie Zenonie! – nie rezygnował tajemniczy gość. – Panie Zenonie. Słyszałem, że pan jest. Ja w sprawie żuka. Pieniądze przyniosłem.&lt;br /&gt;Kurtyna wątpliwości opadła. Gość od księdza. Przyniósł pieniądze? Zgliszcz jakby nagle dostał wiatru w żagle i niemalże przepłynął korytarzykiem po drodze z powrotem naciągając podkoszulek. Szczęknął kluczem w zamku i zamaszyście otworzył drzwi.&lt;br /&gt;- O Jezusie najsłodszy! – mężczyzna zrobił aż krok w tył. – Co się panu stało, na litość boską?&lt;br /&gt;Gość wyglądał elegancko, ale nie był jednym z tych, których garnitury sprawiały wrażenie, jakby każdego dnia były prane i odprasowywane, lub były po prostu nowe. Tamci dwaj w otaczających ich realiach wyglądali, jakby ktoś nieudolnie wkleił w starą fotografię nowo zrobione zdjęcie o najwyższej rozdzielczości. Ten był bez wątpienia księdzem. Wysoki, szczupły, młody mężczyzna z koloratką pod szyją. Miał na sobie jasne spodnie z cienkiego, przewiewnego materiału i takąż marynarkę narzuconą na błękitną koszulę. Nie był podobny fizycznie do tych dwóch, ale jedną cechę mięli wspólną. Szczególnie z tym drugim. Mianowicie wyuczony sposób wypowiadania, który sprawił, że Zgliszcz miał wrażenie, że głos jest znajomy.&lt;br /&gt;Zenon popatrzył na swoje ubranie i zrobiło mu się głupio. Spodnie miał podarte i brudne, zakrwawioną koszulkę, o twarzy nie wspominając. &lt;br /&gt;- Drobny wypadek na parkingu – powiedział wymijająco. – Ksiądz wchodzi – dodał i odsunął się robiąc gościowi przejście.&lt;br /&gt;Weszli do pokoju. Zenon w duchu ucieszył się, że biesiadowali ostatnio wyłącznie w kuchni, bo byłby jeszcze większy wstyd.&lt;br /&gt;- Coś pan o pieniądzach gadał? – zagaił – Proszę księdza – poprawił się szybko.&lt;br /&gt;- A tak – odparł mężczyzna. – Rano byliśmy na parkingu zabrać żuka. Szczerze mówiąc, jak byłem go zobaczyć wczoraj po południu, to, praktycznie straciłem całą nadzieję, że cokolwiek z tego wyjdzie. A tu proszę bardzo. Takie zaskoczenie. Biskup był naprawdę bardzo zadowolony. Dyżurujący policjant powiedział, że byli panowie wczoraj i ciężko pracowali do nocy – pokręcił głową. –  Wie pan, że biskup będzie się za pana za to modli?. &lt;br /&gt;Zenon machnął lekceważąco ręką. Nie zamierzał opowiadać jak wyglądała praca, w ogóle nie zamierzał wdawać się w jakiekolwiek dyskusje. &lt;br /&gt;- I muszę powiedzieć waszemu proboszczowi – kontynuował duchowny, – że wszystko co na pański temat stoi w jego notatkach jest nieco przejaskrawione. Nie to, żebym był do tego jakoś szczególnie przekonany, ale biskup uważa, że wobec waszej pracy, jego zdaniem, podkreślam jego zdaniem, solidnej i ofiarnej, dobrze będzie, jeśli wasza kartoteka nieco zelży w emocjonalnej zawartości.&lt;br /&gt;Zenon szerzej otworzył oczy.&lt;br /&gt;- Kartoteka? – zdziwił się. – W notatkach proboszcza? Na mój temat?&lt;br /&gt;- No tak – przyznał kleryk. – Taka rola duszpasterza. Musi wiedzieć wszystko o swoich parafianach. Toć przecież jego owieczki – dodał z uśmieszkiem, który Zenon odebrał jako sarkastyczny.&lt;br /&gt;- No i co tam ma o mnie napisane?&lt;br /&gt;Ksiądz skrzywił się i podrapał w policzek.&lt;br /&gt;- Niezbyt pochlebne rzeczy – powiedział.&lt;br /&gt;- Na przykład?&lt;br /&gt;- Trochę niezręcznie mi o tym mówić, ale w sumie chyba nie powinno pana dziwić, że proboszcz uważa pana za patologicznego alkoholika, obiboka i skąpca. Do tego dochodzi jeszcze to, że nie żyje pan ze swoją ślubną, nie uczestniczy w parafialnym życiu, w kościele się nie pokazuje.&lt;br /&gt;- Skąpca? – obruszył się Zgliszcz. – Niby czego mam skąpić, jak ledwo mam co do gęby włożyć. Nawet nie ma się czym dobrze wysrać – dodał i zrobiło mu się głupio. &lt;br /&gt;- Może i tak – zgodził się ksiądz puszczając mimo uszu niewybredny język Zenona. – No ale, że pan jest opój to widać na pierwszy rzut oka. &lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- No przecież nie sądzi pan, że uwierzę w tę bajeczkę o wypadku. Od razu widać, że pan po mordzie dostał, a gorzałką jedzie od pana jak od sołdata. Ale trudno. Biskup zobowiązał mnie, żebym panu przekazał słowa jego podzięki więc to czynię. Kazał też zapewnić o swojej modlitwie – powiedział zmieniając wyraz twarzy z dobrotliwego na kpiarski. – No niech pan nie myśli, że ja uwierzyłem w to, że pan i pańscy znajomi tacy nagle oddani Kościołowi się zrobiliście. Ale cóż. Służba nie drużba, jak to mawiają żołnierze. Polecenie biskupa to jak rozkaz. Kazał podziękować, to dziękuję.&lt;br /&gt;Zgliszcz nerwowo podrapał się po brzuchu.&lt;br /&gt;- Może napije się ksiądz herbaty? – zaproponował. – Nie mam niestety nic więcej, ale herbatę chętnie zaparzę.&lt;br /&gt;W tym momencie przypomniał sobie, że przecież ostatnie dwie wypili ze Stasiem i poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie. Zanim jednak wytłumaczył się z niefortunnej propozycji, duchowny pospieszył mu z pomocą.&lt;br /&gt;- Nie trzeba – powiedział. – Jestem dopiero po śniadaniu i nie chcę kłopotu sprawiać. Domyślam się, że ma pan ważniejsze sprawy, niż dyskusja z księdzem. Albo raczej potrzeby. Ja w zasadzie tylko chciałem, a w zasadzie zostałem zobowiązany, pieniądze przekazać, które obiecał panu nasz wysłannik. &lt;br /&gt;Ksiądz na moment zmarszczył nos, jakby wyczuł jakąś nieprzyjemną woń, ale nie powiedział nic, co miałoby na to wskazywać. Zenon miał wentylację zatkaną zakrzepłą krwią, więc nie czuł absolutnie niczego. Pewnie w całym mieszkaniu cuchnęło wódką i winem z balonu, którego nie zdążył jeszcze umyć.&lt;br /&gt;- To stara kamienica – powiedział na wszelki wypadek. – Nie raz może trochę zalatywać z kanalizacji. Nie uwierzyłby ksiądz, co też ludzie potrafią do kibla wrzucać. Sedesu znaczy się.&lt;br /&gt;Duchowny pokiwał głową ze zrozumieniem, ale Zenon miał wrażenie, że nie do końca przekonał młodego księdza do swojej teorii na temat pochodzenia smrodu, o ile w ogóle takowy był.&lt;br /&gt;Kleryk sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i położył na ławie podłużną kopertę.&lt;br /&gt;- Proszę przeliczyć – powiedział. – Tysiąc złotych – dodał kiwając głową z wyraźną dezaprobatą.&lt;br /&gt;Zenon przełknął. &lt;br /&gt;- Nie… – odkaszlnął wsuwając kopertę do szuflady – nie trzeba.&lt;br /&gt;Ksiądz uśmiechnął się ironicznie. &lt;br /&gt;- Proszę nie pomyśleć, że kościół tak rozdaje pieniądze lekką ręką – powiedział.&lt;br /&gt;- W życiu bym nie pomyślał.&lt;br /&gt;- Chociaż w tym momencie to trudno inaczej nazwać – dodał bardziej sam do siebie niż do Zenona. – Po prostu to jest dla biskupa bardzo ważna sprawa. Utworzył na tę okoliczność specjalny fundusz i obiecał, że całość zebranych od parafian pieniędzy na ten cel ma iść na tego, kto odnajdzie samochód i, oczywiście przy założeniu, że to się stanie, doprowadzi go do względnego stanu używalności. A pan jeszcze dodatkowo wykonał całą robotę z taką fantazją – pokiwał głową z przesadnie udawanym podziwem. – Niech mi pan powie – pochylił się konspiracyjnie. – Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi, bo domyślam się, że to wszystko lipa i niezwykle trudny do przewidzenia zlepek zbiegów okoliczności, ale, jak wcześniej wspomniałem, polecenie to polecenie. Mam zapytać skąd pan wiedział o tych kolorach? Przecież nawet nasz proboszcz nie miał pojęcia?&lt;br /&gt;Zenon zrobił minę tak nietęgą, jak i jego wiedza w temacie poruszonym pytaniem. Dodatkowo był poważnie zaskoczony postawą księdza. Mózg mu jeszcze nie pracował na pełnych obrotach, był zmęczony, obolały i zaczynał męczyć go kac, co nie ułatwiało kojarzenia faktów, ale zachowanie duchownego było ca najmniej dziwne. Raz był przyjazny, to znów robił mu przytyki. &lt;br /&gt;- Znaczy się, że o co, co, chodzi o co? – zapytał niepewnie.&lt;br /&gt;Ksiądz odchylił się na oparcie.&lt;br /&gt;- No niech pan nie udaje – powiedział z bezczelnym uśmiechem. – Mnie nie sposób oszukać.&lt;br /&gt;- Ale ja naprawdę nie bardzo wiem, o co się księdzu rozchodzi.&lt;br /&gt;Duchowny pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Proboszcz, jak jeszcze całkiem młody był – wyjaśnił – i wybierał się na swoją pierwszą pielgrzymkę, to z uwagi na ograniczone koszty miał do dyspozycji jedynie to zacne auto, które nabył po części drogą kupna, a częściowo przyjął jako darowiznę od takiego jednego pasjonata militariów.&lt;br /&gt;Wzdrygnął się wypowiadając ostatnie słowo i na chwilę zamilkł znów z niesmakiem pociągając nosem.&lt;br /&gt;- No i ten samochód był tak właśnie pomalowany – zakończył. – Podobno, bo nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś był w stanie tak spieprzyć prostą robotę.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Mów pan do cholery nagłej, bo muszę coś proboszczowi powiedzieć.&lt;br /&gt;- Jak znaczy? – bąknął Zenon. – O co idzie, bo nie wiem?&lt;br /&gt;- No w te plamy, taki niby wojskowy kamuflaż. Zresztą pan doskonale wie o czym mówię. Tylko skąd wiedzieliście? Może któryś z pańskich kolegów?&lt;br /&gt;Zenon pokiwał przecząco głową.&lt;br /&gt;- To naprawdę zbieg okoliczności, jak sam ksiądz zresztą wcześniej zauważył. Gwarantuję księdzu, że żaden z nich nie miał zielonego pojęcia o jakimś kamuflażu. Taką farbę mieliśmy. &lt;br /&gt;Kleryk chrząknął.&lt;br /&gt;- Wie pan co? – powiedział. – W zasadzie to nie ma większego znaczenia. Liczy się efekt finalny, a ten jest zadowalający w całej swojej rozciągłości. Doskonała robota. Według biskupa.&lt;br /&gt;Zenon skrzywił usta.&lt;br /&gt;- Ale ja go tylko podmalowałem – mruknął. – Wyczyściłem z rdzy, umyłem…&lt;br /&gt;- Niech pan teraz uważa – przerwał ksiądz. – To co powiem, to też słowa biskupa. To wyjątkowo dobry człowiek, oddany służbie boskiej. Dużo przebywał na zagranicznych misjach, teraz od lat przebywa w kurii i nie ma pojęcia o takim życiu, jakie wy tu wiedziecie. Otóż jego zdaniem jest pan ostatnią osobą z trzech, które brały udział w całym tym procesie. To się akurat zgadza. I tak to już jest, że wyroków boskich nie sposób przewidzieć, co też jest prawdą. Gdyby wszystko poszło tak, jak miało pójść, to pan prawdopodobnie nawet nie wiedziałby o całej sprawie. No ale stało się inaczej. Pańscy współpracownicy okazali się chciwi i nieuczciwi za co zapłacili bardzo dużą karę. Nie wiem, który większą. Jeden został w końcu zamordowany, a drugi owego mordu się dopuścił, co grzechem jest śmiertelnym. Niech Bóg się ulituje nad ich zbłąkanymi duszami. No ale nic. My żyjemy nadal i tym życiem się cieszmy. Do tego momentu wszystko jest zgodne z faktami i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – ksiądz na chwilę przerwał i wymierzył w Zenona palec wskazujący. – Dzięki tej tragicznej sprawie, pieniądze trafią do osoby, która chyba o wiele bardziej ich potrzebuje. Tak uważa nasz dobrodziej. Że wynagrodzenie trafi w dodatku do osoby szlachetnej, która nie zawahała się położyć na szalę zdrowia i odniosła rany w służbie boskiej. No tak by pewnie powiedział słysząc o pańskim wypadku na parkingu. Oj proszę nie robić takiej miny. Ja zrobiłem identyczną, jak biskup zaczął mnie uświadamiać, no i teraz mi jeszcze bardziej głupio, kiedy pańska osoba tylko utwierdziła moje przypuszczenia. Wiem co mówię. Znam się na ludziach i potrafię oceniać fakty.&lt;br /&gt;- Na prawdę – jąkał się Zenon – przesadza pan… ksiądz, znaczy biskup. Z tą służbą boską. To przecież praca tylko. Za pieniądze, nie w czynie społecznym.&lt;br /&gt;- O! – ucieszył się duchowny. – I sam pan widzi. Tu akurat miałem rację.&lt;br /&gt;- Znaczy się co?&lt;br /&gt;- Skromność. Przemawia przez pana skromność. To kolejna bardzo wielka i ostatnimi czasy coraz rzadziej spotykana cnota. Starałem się wytłumaczyć biskupowi, że ludzie pańskiego pokroju to degeneraci i zatraceni alkoholicy, którzy za szklankę wódki gotowi są do prawdziwych poświęceń, ale częstokroć są to też przy tym naprawdę bardzo skromni ludzie.&lt;br /&gt;Zgliszcze spuścił głowę. Czuł się coraz bardziej niezręcznie. Najchętniej oddałby te pieniądze i wywalił bezczelnego księdza na zbity pysk i jeszcze zasadził kopa w dupę, ale przecież bardzo ich potrzebował. Był jeszcze Stasiu i Henio, którym też się nie przelewało, a zasłużyli na wynagrodzenie w niemniejszym stopniu niż on. Tak. Co do tego nie było wątpliwości. I w tym miejscu zgadzał się z młodym klerykiem. Zdecydowanie potrzebowali tych pieniędzy. Poza tym nie za bardzo pasowało mu kopanie w dupę duchownego. Nie był co prawda osobą wierzącą, ale wychowywany był w duchu wiary katolickiej, która mocno zakorzeniała się w jego podświadomości. &lt;br /&gt;- Bardzo księdzu dziękuję – powiedział wolno. – Obiecuję, że podzielę się z przyjaciółmi, którzy mi pomagali.&lt;br /&gt;- O właśnie – ksiądz najwyraźniej o czymś sobie przypomniał. – Biskup chciałby poznać nazwiska owych mężczyzn, którzy brali udział w remoncie furgonetki.&lt;br /&gt;Wyciągnął z bocznej kieszeni niewielki notes otworzył go i gotowy do pisania zamarł w wyczekiwaniu z pytającą miną.&lt;br /&gt;- Znaczy się… – Zenon nerwowo poruszył się na krześle. – Znaczy się po co?&lt;br /&gt;- Żeby podziękować. &lt;br /&gt;- Podziękować?&lt;br /&gt;- Tak. Modlitwą.&lt;br /&gt;- No ale przecież żeby się modlić, to nazwiska nie są chyba potrzebne?&lt;br /&gt;Ksiądz westchnął.&lt;br /&gt;- Panie Zgliszcz. Pan tak kryje swoich przyjaciół jakbym ja był agentem bezpieki. To godne podziwu, że troszczy się pan o bliskich, ale zaręczam, że w tym przypadku to zupełnie zbędna ostrożność. A innymi słowy, może to lepiej do pana trafi – pochylił się ku Zenonowi. – Mów pan, bo mi biskup nogi z dupy powyrywa.&lt;br /&gt;Zgliszcz skinął głową. Nie miał podstaw, by nie wierzyć młodemu księdzu. Ponadto bezpośredniość z jaką się wypowiadał sprawiła, że kurtyna podziałów stała się również mniej krępująca.&lt;br /&gt;- Stasiu… znaczy się Stach Gołąbek – powiedział – i Henryk Kielonkiewicz.&lt;br /&gt;Ksiądz zanotował i wstał.&lt;br /&gt;- Raz jeszcze dziękuję – stwierdził. – W imieniu biskupa. Odwalili panowie naprawdę kawał lipnej, ale co w tym najbardziej przewrotne, oczekiwanej w efekcie roboty. To czy zasłużyliście na te pieniądze to już inna kwestia. Biskup uważa, że tak. Mam nadzieję, że… że chociaż częściowo wynagrodzą wasz trud.&lt;br /&gt;- Na pewno – bąknął Zenon. – Dziękuję księdzu bardzo.&lt;br /&gt;- Z Bogiem.&lt;br /&gt;Zenon skinął głową i po chwili został sam. Już miał wrócić do pokoju, gdy nagle z przerażeniem pomyślał, jak szybko roznoszą się plotki. Przecież jak pójdzie w eter, że jest przykładnym parafianinem wykonującym prace zlecone przez samego biskupa, to mit jego gangsterskości pryśnie szybciej, niż powstał. A wiadomo czym to groziło. Nawet się nie obejrzy jak Mariola z powrotem zwali mu się na głowę. &lt;br /&gt;Z hukiem otwieranych drzwi wyskoczył na klatkę.&lt;br /&gt;- Panie księże!  – krzyknął nerwowo. – Księdze, ksiądzu ojczu! &lt;br /&gt;Duchowny stanął jak wmurowany w schody.&lt;br /&gt;- Proszę księdza – uspokoił się Zenon. – Proszę jeszcze na momencik.&lt;br /&gt;Kleryk bez słowa wmaszerował do mieszkania.&lt;br /&gt;- Chodzi o to – powiedział nerwowo Zgliszcz, – żeby mnie w to w ogóle nie mieszać.&lt;br /&gt;Ksiądz zrobił zdziwione oczy.&lt;br /&gt;- Znaczy się w co?&lt;br /&gt;- No w ten remont. Żeby nie wyszło, że ja brałem w tym udział. Niech ludzie nie wiedzą. Nie potrzebuję. Niech będzie, że to Henio ze Stasiem. Ja, to lepiej nie.&lt;br /&gt;Kleryk patrzył na Zenona bez zrozumienia.&lt;br /&gt;- Znaczy się, chce pan powiedzieć, że pan się… że pan się wstydzi? Pomocy kościołowi?&lt;br /&gt;Zenon ze zniecierpliwieniem machnął dłonią.&lt;br /&gt;- Ależ nie o to chodzi. Ja po prostu nie lubię rozgłosu. Widzi ksiądz, ja jestem skromnym i spokojnym człowiekiem. Bardzo sobie cenię swoją prywatność. Może mi się nie przelewa, ale dobrze mi z tym. Jak się ludzie dowiedzą, że to mnie biskup coś zawdzięcza, to nie dadzą mi spokoju. Mnie wystarczy, że ksiądz jest zadowolony, zapłatę zresztą też przecież solidną dostałem. To aż nadto, naprawdę, bardzo księdza proszę. &lt;br /&gt;Zenon zrobił błagalną minę, z kolei duchowny wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Na prawdę nie rozumiem – powiedział. – Ma pan okazję zmazać z siebie, a przynajmniej odrobinę złagodzić wizerunek, jaki do pana przylgnął. Moczymordy i obiboka. A pan nie chce z niej skorzystać? Co? Wyrzuty sumienia? Że odwaliliście fuszerkę, a dostajecie za to jeszcze piękny grosz?&lt;br /&gt;- Nazywaj pan to, jak chcesz – odparł zmęczony już rozmową Zenon.&lt;br /&gt;Ksiądz poklepał Zgliszcza po ramieniu w geście serdeczności.&lt;br /&gt;- Niech się pan nie martwi – powiedział uspokajająco. – Nikt się nie dowie. Ma pan moje słowo. Najchętniej zataiłbym personalia was wszystkich, ale na to biskup nie pójdzie. Do jednego go przekonam.  &lt;br /&gt;Ksiądz wyszedł, a Zenon odetchnął głęboko. Czy to możliwe? Przecież w sumie nie zrobił niemalże nic, a zarobił tyle pieniędzy, co i przez dwa miesiące by nie wyciągnął. Czy oszukał biskupa? Właściwie nie. Nawet słowa z nim nie zamienił. A z młodym księdzem był przecież szczery, podobnie jak on z nim, aż do przesady, bezczelny gówniarz. Gdyby nie koloratka dostałby po pysku, jak nic. &lt;br /&gt;Zgliszcz uważał, że nie miał podstaw mieć pretensji do własnego postępowania. W sumie nawet niewiele się odzywał. Biskup ustami księdza sam wychwalał jego czyny pod niebiosa i jego rękami wręczył mu kopertę. Może niektóre fakty Zenon przemilczał, inne tylko nieco podkoloryzował, a nawet jeśli, to i tak nie bardzo. Więcej gadał ten młody cwaniaczkowaty klecha. Właśnie. Cwaniaczek. Zenon szybko podszedł do stołu i nerwowo rozdarł cienki papier. Wewnątrz była suma, o której wspomniał ksiądz. Zrobiło mu się trochę nieswojo, że aż tak zwątpił w młodego duchownego. &lt;br /&gt;Kontemplację przerwał mu kolejny dzwonek. Będąc pewnym, że to ksiądz czegoś zapomniał otworzył bez zbędnej zwłoki. Przed drzwiami stała czerwona jak burak sąsiadka z góry.&lt;br /&gt;- Na łeb mi się leje, tumanie! – ryknęła.&lt;br /&gt;Zenonowi natychmiast zapaliła się w głowie żarówka alarmowa. Niestety za późno. Rzucił się do łazienki. Woda sięgała prawie kostek i już zaczynała przelewać się przez wysoki próg. Szczęście, że Zenon wyrzucił ostatnio przerdzewiałą kratkę ściekową i nie zdążył założyć nowej, dzięki czemu odpływ był bardziej drożny i woda spływała szybciej niż miałoby to miejsce, gdyby kratka była tam gdzie być powinna. &lt;br /&gt;- No i cóżeś pan najlepszego narobił! – darła się kobieta patrząc jak Zgliszcz zakręca kran i zaczyna przy pomocy wiadra zbierać wodę i wlewać ją do sedesu. – Trzeba będzie teraz malować całą łazienkę, bo się farba złuszczy. Kto mi za to zapłaci, jak wy nic, tylko na okrągło wódkę pijecie? Ciesz się, sąsiad, że Sitarscy mieszkają z boku, a nie pod, bo już byś pan leżał i wysysał tę wodę własną gębą! Chociaż widzę, że już żeś pan nieźle zebrał po mordzie! I dobrze. Pewnie się należało.&lt;br /&gt;- Dobra już, dobra – marudził Zgliszcz. – Przepraszam.&lt;br /&gt;- Co przepraszam?! W dupę mnie pan pocałuj swoim przepraszam – kobieta pociągnęła nosem i skrzywiła się z niesmakiem. – Ależ u pana śmierdzi. Jeszcze tego brakowało, żebyś pan kibel zapchał. &lt;br /&gt;- Spokojna głowa.&lt;br /&gt;- Dupa spokojna ma być, nie głowa! Że też ta Mariola nie została na dłużej. Dała by ci popalić, ochlajtusie. Ale w sumie co się kobiecie dziwić? Z takim nieudacznikiem miała żyć? Jeszcze w dodatku te pijaki wszystkie gadały, żeś pan gangster jakiś. Ja to tam od razu wiedziałam, że gdzie tam. Wypić, owszem, ale żebyś pan miał od razu kogoś nożem dźgać? W życiu nie uwierzę. Jak bym była, to bym jej powiedziała, co myślę, ale akurat…&lt;br /&gt;- A przestań już babo mleć ozorem – przerwał jej Zenon. – Mówiłem, że przepraszam i że zapłacę za malowanie. &lt;br /&gt;- Nie wiem czym. Nawet na portki cię nie stać.&lt;br /&gt;- Cztery metry kwadratowe sufitu pomalować, to będzie ze dwadzieścia złotych na farbę…&lt;br /&gt;- A pędzel? A robota? Sama nie będę przecież malować!&lt;br /&gt;- Pędzel i robota?&lt;br /&gt;- Pewnie. Jak nic będzie z pięćdziesiąt złotych lekką ręką.&lt;br /&gt;- Moment.&lt;br /&gt;Zenon wrócił do pokoju, wyciągnął z koperty stuzłotowy banknot. Pokręcił głową, ale cóż. Przyszło łatwo, to i wydawać nie musi być ciężko.&lt;br /&gt;- Ma tu pani stówę.&lt;br /&gt;Kobieta wzięła pieniądze z niedowierzaniem wytrzeszczając oczy. Czujność i wścibska natura kazały jej nie spuszczać Zenona z oczu, widziała więc jak Zgliszcz przekłada w dłoniach plik wysokonominałowych banknotów.&lt;br /&gt;- Niech pani idzie do Heńka Kielonkiewicza z parteru. On konserwatorem jest, to migiem pani pomaluje. Wie pani. Złota rączka. Sprzęt swój ma, to i taniej weźmie. Jeszcze pani sporo zostanie, to niech sobie pani kupi… albo niech pani na tacę rzuci.&lt;br /&gt;- Skąd żeś pan…&lt;br /&gt;Kobieta urwała w półsłowa patrząc na Zenona z rosnącym lękiem. Poobijana twarz mężczyzny i zakrwawione ubranie zaczęły nagle nabierać dla niej zupełnie innego wyrazu.&lt;br /&gt;- Pan ,to żeś może i faktycznie bandzior, bo niby skąd…&lt;br /&gt;- Niech pani idzie już, bo zaraz mnie weźmie szaleństwo i nie ręczę za siebie. Jak się z rana porządnie zeźlę, to najlepiej lubię wścibską babę w dupę fest kopnąć, albo i jeszcze gorzej. &lt;br /&gt;Nie musiał dwa razy powtarzać i po chwili znów został sam. Uśmiechnął się półgębkiem. Może jeszcze skorzysta na tej etykiecie bandyty, którą przykleili mu przyjaciele. &lt;br /&gt;Pozbierał wszystkie szmaty jakie miał, powyciągał z kubła brudne ubranie, dołożył do nich zdjęte z siebie spodnie i kraciaste gacie, po czym wszystko rzucił na podłogę. Kątem oka dostrzegł niepokojącą barwę bielizny.&lt;br /&gt;- No nie – bąknął z obawą i niesmakiem. – Czyżbym znowu...?&lt;br /&gt;Niestety spodenki były z przodu żółte, a z tyłu mocno zabrązowione i Zgliszcz z obrzydzeniem szybko wrzucił je do wiaderka, zasypał proszkiem i zalał gorącą wodą. Przez ten cholerny nos nic nie czuł, a pewnie śmierdziało od niego, jak z drewnianego kibla. Przeklął pod nosem. Kij z tą głupią babą, ale wstyd przed księdzem. Chociaż w sumie jego bajeczka o kanalizacji nie była najgorsza. Prędzej tłumaczyła smród gówna niż gorzały. Chyba, że śmierdziało tym i tym. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Klecha i tak miał na jego temat z góry wyrobione zdanie.&lt;br /&gt;Porządkowanie zajęło mu ze trzy kwadranse. Mokre ciuchy i ścierki rozwiesił na sznurach nad wanną i za oknem i wreszcie było mu dane wyciągnąć się w wannie. Mimo bolesnych sińców i guzów oraz niefortunnego zalania sąsiadki z dołu humor mu dopisywał. &lt;br /&gt;- A mówią, że pieniądze nie dają szczęścia – powiedział sam do siebie. – Przecież jakbym nie miał tej cholernej kasy, to teraz musiałbym użerać się z tą wścibską babą, a tak? Leżę sobie w wannie i w dupie mam wszystko. &lt;br /&gt;Monolog go odprężył. Rozmyślając i marudząc pod nosem przeleżał niemal godzinę, aż woda zrobiła się chłodna. Dolał gorącej, dokładnie się umył i wyszorował. Gdy wychodził z wanny, powierzchnię wody pokrywała brudna piana i cuchnęło od niej gnojówką. Jak tylko spłynęła Zgliszcz wyczyścił wannę proszkiem do prania (proszek stosował jako uniwersalny środek na każdy rodzaj zanieczyszczeń i uważał, zresztą nie bez słuszności, że to całkiem dobry sposób) i zabrał się za golenie. Najpierw czujnie sprawdził tubkę z pastą do zębów (do golenia używał pianki w spreju więc tu pole do popisu Stasiu miałby znacznie utrudnione), po czym zabrał się za doprowadzenie swojego wizerunku do względnego porządku, co na obecną chwilę graniczyło niemal z cudem. Umył zęby, ogolił się i starannie uczesał pieczołowicie układając zaczeskę. Pokiwał głową. Jak włosy jeszcze odrobinę podrosną, to dadzą się zapleść za ucho i będą się zdecydowanie lepiej trzymać. &lt;br /&gt;Z opuchlizną i sińcami niewiele dało się zrobić, ale i tak wyglądał nieporównywalnie lepiej, niż z rana. No i przede wszystkim po dokładnym oczyszczeniu zaczynał odtykać mu się nos. Na szczęście kość nie była złamana, a mocno się tego obawiał. Ta optymistyczna wiadomość miała niebagatelny wpływ na samopoczucie. Dokładnie natarł twarz kremem Nivea, odczekał aż skóra trochę go wchłonie i opłukał się Warsem. &lt;br /&gt;Odświeżony nabrał jeszcze więcej optymizmu. Postanowił zaparzyć sobie mocnej kawy, obejrzeć coś w telewizji i koło południa skoczyć do Stasia. Może wcześniej zgarnie po drodze Hania, jak ten zdąży wrócić już z badań. &lt;br /&gt;Przechodził do kuchni, gdy usłyszał na schodach ciężkie kroki. Chyba jednak Kielonkiewicz nie dał rady. Zenon podszedł do drzwi z głupawym uśmieszkiem i profilaktycznie zerknął przez judasza. To nie był Henio. Zamarł w bezruchu. Huśtawka nastrojów jaką ostatnio przechodził była tak gwałtowna, że gdyby miał problemy z sercem, prawdopodobnie przypłaciłby je zawałem. Na klatce stał ordynarny łysy osiłek od łańcucha, przydupas szefa z parkingu. Widocznie skutecznie się zamelinował przed policją. &lt;br /&gt;Mężczyzna nasłuchiwał niemal przytykając ucho do drzwi. Zgliszcz wstrzymał oddech. Czego też mógł od niego chcieć ten szemrany gość? Zenon nie zastanawiał się długo. Opryszek pewnie dobrze wiedział o dodatkowej kasie za naprawę furgonetki. Najpierw stuknęli Fredka, a teraz chcą się dobrać do niego. Mimowolnie złapał się za pierś – miał wrażenie, że serce waliło mu tak głośno, że łysy je usłyszy po drugiej stronie drzwi. Oparł dłoń o ścianę, by utrzymać równowagę i stał bez ruchu nie spuszczając oka z intruza. Mężczyzna chwilę nasłuchiwał, poczym wyprostował się i łupnął w drzwi pięścią jednocześnie wciskając przy tym dzwonek. Sygnał umieszczonego tuż nad głową alarmu mało nie sparaliżował Zgliszczowi mózgu. Zacisnął powieki i trwał w bezruchu. Miał wrażenie, że czas zwolnił i nie zamierza przybrać właściwego rytmu, a wręcz płynie w coraz mniejszym ale za to miażdżącym tempie. Serce przysparzało podobnych odczuć: łup, łłup, łłłup, łłłłup. Zenon myślał, że jak jeszcze bardziej zwolni i przybierze na sile, to zaraz eksploduje i rozerwie go razem z całą kamienicą. &lt;br /&gt;Zupełnie inaczej zachowywało się ciśnienie. Przybrało obłąkańczy rytm, tyle że obszar jego zmienionego tempa ograniczył się wyłącznie do głowy, ściślej umiejscawiając, skroni. Niedługo tkanki nie wytrzymają i krew tryśnie z jego głowy jak z podlewaczki. &lt;br /&gt;- Czego się pan, kurwa, tak tłuczesz?&lt;br /&gt;Znajomy głos Kielonkiewicza był dla niego zbawienny. Gdyby stan Zenona chciał w tym momencie oddać rysownik komiksów, to wyglądałoby to mniej więcej tak. Pierwszy obrazek, na którym Zgliszcz zaciska zęby (dopisek: drrrryt) i powieki tak mocno, że brwi niemal dotykają policzków, a na drugim dymek z tekstem zadanego pytania (Czego się pan, kurwa, tak tłuczesz?) i Zenon, którego głowa wygląda jak kompilacja czajnika z parowozem, w których jednocześnie otworzyły się wszystkie możliwe wywietrzniki i przepustnice i walą z nich ze świstem (w domyśle, lub dopisek: psssssy albo świwiświwiświ) kłęby i słupy pary, przy w dalszym ciągu zaciśniętych szczękach, ale szeroko rozwartych powiekach.&lt;br /&gt;- Nie interesuj się, facet – padła harda odpowiedź, ale harmider ustał, dzięki czemu nastąpiła zobrazowana powyżej zmiana niepokojącego stanu Zenona.&lt;br /&gt;- To się pan nie tłucz – nie ustępował Henio.&lt;br /&gt;- Przeszkadza?&lt;br /&gt;- A żebyś pan wiedział.&lt;br /&gt;Zenon otworzył oczy.&lt;br /&gt;- To se pan waty nakładź w uszy i dupy nie truj, bo jebnąć mogę.&lt;br /&gt;- Jebnąć?&lt;br /&gt;- No mówię.&lt;br /&gt;- Chyba łbem w sosnę.&lt;br /&gt;Na klatce zapanowało poruszenie. Zenon niewiele widział, ale słychać było przekleństwa i szamotaninę, coś łupnęło nieprzyjemnie, huknął wystrzał raniący bębenki i ktoś zwalił się na podłogę. Potem jeszcze szybko słabnący odgłos tupotu oddalających się kroków i cisza. &lt;br /&gt;Zenon bał się o swoje życie, ale jednocześnie martwił o przyjaciela, który przybył mu z odsieczą. Przecież, gdyby to tamten upadł, to Henio już dobijałby się do drzwi, a poza tym skąd Kielonek miałby wziąć broń palną? A to oznacza, że na klatce leży...&lt;br /&gt;Zenon bez dalszego zastanawiania otworzył drzwi. Kielonkiewicz leżał na boku. Wyglądał jakby przytulał się do schodów. Koło głowy snuła się cienka stróżka krwi. Zenon z ponownie obłąkańczo walącym sercem przypadł do przyjaciela. &lt;br /&gt;- Heniu? – załkał.&lt;br /&gt;Odwrócił Kielonka na wznak spodziewając się makabrycznego widoku, ale Henio nie wyglądał najgorzej. Miał rozciętą skórę na skroni, z której obficie biła krew, ale z pewnością nie dostał kuli, przynajmniej w głowę. Oddychał. Zgliszcz nie bardzo wiedział jak ma się w takiej chwili zachować, bazował więc na informacjach, w których posiadanie wszedł dzięki kinematografii, głównie gangsterskiej i wojennej. Szybko obejrzał Henia szukając ran postrzałowych, lub jakichkolwiek innych i nie znalazłszy ich zaczął delikatnie potrząsać przyjacielem jednocześnie zachowując czujność i uważając, czy nie wraca łysy osiłek. &lt;br /&gt;- Heniu? – mówił. – Heniu, zlituj się. Kielonek?&lt;br /&gt;Zaczął lekko uderzać mężczyznę po twarzy otwartą dłonią, gdy usłyszał w dole ostrożne kroki. Nie czekając dalszych wydarzeń bez zastanowienia złapał Henia za ręce i zaczął wlec bezwładne ciało do swojego mieszkania. Na półpiętrze pojawiła się wystraszona sąsiadka, z którą odbył już dziś mało przyjemną pogawędkę.&lt;br /&gt;- Halo tam? – zapytała lękliwie zanim jeszcze zobaczyła, co się dziej. – Stało się coś?&lt;br /&gt;Niespodziewaną obecność kobiety Zenon przyjął z ulgą niemniej humor mu się nie poprawił.&lt;br /&gt;- Spierdalaj, pani, do domu – syknął z wysiłkiem.&lt;br /&gt;Widząc znikające w mieszkaniu ciało Henia, kobieta krzyknęła i rzuciła się do ucieczki.&lt;br /&gt;Zenon zamknął drzwi i skoczył do kuchni. Wrócił ze szklanką zimnej wody, którą chlusnął nieprzytomnemu w twarz. Ku uldze Zgliszcza Henio jęknął, pokręcił głową i wolno otworzył oczy.&lt;br /&gt;- Co jest? – stęknął chwytając Zenona za przegub. &lt;br /&gt;- Wszystko w porządku – powiedział z ulgą Zenon. – Nic się nie stało.&lt;br /&gt;Kielonek uniósł się do pozycji siedzącej i syknął dotykając krwawiącej skroni.&lt;br /&gt;- Ale mnie załatwił – jęknął. – Łyse bydle.&lt;br /&gt;- E tam – pocieszał Zenon. – Gówno ci się stało.&lt;br /&gt;Henio stękając uniósł się do pionu.&lt;br /&gt;- Jak to gówno? – obruszył się. – U siebie pod domem po łbie zebrać, to po twojemu jest gówno?&lt;br /&gt;- Chłopie, gość walił do ciebie jak do kaczki – powiedział. – Myślałem, żeś już trup. Rozcięty łeb, to przy tym gówno.&lt;br /&gt;- Pamiętam tylko, że chciałem mu się przelecieć po zębach, ale bydlak się uchylił. Widać wytrenowany dobrze i sprytny. Jak się złożyłem, żeby poprawić, to mi przypieprzył jakimś żelastwem przez łeb. A tyś widział? I nic żeś nie zrobił?&lt;br /&gt;- No a niby co miałem zrobić. Przepraszam Heniu, ale ten typek jak nic by mnie na drobne rozebrał. Normalnie spluwą ci przywalił aż mu chyba niechcący wypaliła. Albo chciał cię stuknąć, tylko nie trafił. &lt;br /&gt;- Poważnie?&lt;br /&gt;- Jak tu stoję.&lt;br /&gt;- Ja pierdzielę, strzelali do mnie, jak na filmie – szepną z fascynacją. – Widziałeś?&lt;br /&gt;- No. Znaczy huk słyszałem. Wystrzału.&lt;br /&gt;Kielonek pokręcił głową.&lt;br /&gt;- A to tyfus wredny. Czego chciał? I coś ty taki odpicowany? Będą cię bierzmować, czy jak? Wali od ciebie jak z perfumerii.&lt;br /&gt;Zenon machnął ręką.&lt;br /&gt;- Umyłem się normalnie – odparł. – Jechało już ode mnie, jak ze studzienki.&lt;br /&gt;- Aż tak, to może nie.&lt;br /&gt;- Nie wiem czego chciał. Pewnie kasy.&lt;br /&gt;- Kasy? Od ciebie.&lt;br /&gt;- To był ten sam, co na parkingu. Ten z łańcuchem. Przydupas szefa. Najpierw załatwili Fredka, a teraz ten chciał się dobrać do mnie. Wie, że wziąłem pieniądze.&lt;br /&gt;- Niby skąd?&lt;br /&gt;- A bo ja wiem? Pewnie był na parkingu, zobaczył, że nie ma żuka, to i przylazł. Adres pewnie miał od szefa.&lt;br /&gt;- Jak to nie było żuka? Skąd wiesz?&lt;br /&gt;- Ksiądz był u mnie rano. Podziękować.&lt;br /&gt;Henio zrobił zdziwioną minę, tak zwane oczy.&lt;br /&gt;- Jak to? I nie miał żadnych pretensji? Nie to żebym nie był zadowolony z naszej roboty, ale tak w ogóle się nie czepiał? Że coś żeśmy zrobili nie tak? Że ten kolor nie bardzo i plam dużo, jak na chorej świni?&lt;br /&gt;- Zadowolony to on nie był. Ale to nieważne. Tu o biskupa chodzi. A ten ponoć wniebowzięty.&lt;br /&gt;- A tam lejesz takie kocopoły.&lt;br /&gt;- Poważnie. Podobno poprzednio ten żuk też taki był. Znaczy w plamy. Że kamuflaż taki niby. Wojskowy.&lt;br /&gt;- Wojskowy? Chyba ci rozum okrzepł.&lt;br /&gt;- Ja tam nie wiem. Ciesz się, że zadowolony, bo kasy nie trzeba oddawać. I sprawa załatwiona i ten młody ksiądz chociaż wrednawy i cwaniaczkowaty, to ma gówno do gadania i pary z gęby nie puści, bo go wyślą na misję do Gwatemali albo gdzieś. Chryi nie będzie.&lt;br /&gt;Kielonek wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- W końcu, jakby nie przymierzać, to żeśmy się narobili. &lt;br /&gt;Usiedli w kuchni. Zenon przyniósł z łazienki sporą buteleczką wody utlenionej.&lt;br /&gt;- Nachyl się nad zlewem – powiedział.&lt;br /&gt;Henio skrzywił się z niesmakiem ale nie protestował. Zgliszcz chlusnął obficie ochlapując ścianę.&lt;br /&gt;- No i cóż tak lejesz – obruszył się Kielonkiewicz, – jak krowa po łopianie?&lt;br /&gt;- Trzeba zdezynfekować.&lt;br /&gt;- Ale z umiarem. Łba mi nie obcięli.&lt;br /&gt;- Przestań jęczeć.&lt;br /&gt;- Nie jęczę, tylko po cholerę tyle lejesz? Przecie krew już nawet nie leci.&lt;br /&gt;Zenon przyjrzał się uważnie obrażeniom kolegi.&lt;br /&gt;- Faktycznie – przyznał. – Skóra tylko trochę rozcięta. Widać na jakąś żyłkę trafiło, bo sikało z ciebie jak z wieprzka.&lt;br /&gt;- Z mordy zawsze tak cieknie.&lt;br /&gt;Zenon podał Heniowi zwitek papieru toaletowego.&lt;br /&gt;- Może dobrze byłoby zalepić – powiedział. – Na wszelki wypadek. Żeby ci się nie zapaskudziło i nie rozlazło.&lt;br /&gt;- Gówno mi będzie.&lt;br /&gt;- Jak chcesz, ale masz – zgodził się Zenon podając Kielonkowi pasek poloplastra.&lt;br /&gt;Usiedli. Kielonek chwilę się wahał ale w końcu zdecydował się przykleić obok oka prowizoryczny opatrunek.&lt;br /&gt;- Bardziej na lewo – nakierowywał go Zenon. – Dajże. &lt;br /&gt;Umieścił plaster na ranie i klepnął Henia w ramię.&lt;br /&gt;- Idealnie. Dobrze byłoby czymś zimnym przyłożyć. Czekaj.&lt;br /&gt;Zgliszcz zajrzał do lodówki i po chwili zastanowienia wyciągnął druciany uchwyt na butelkę.&lt;br /&gt;- Nie mam nic – powiedział. – Nawet piwa. Przyłóż żelazem.&lt;br /&gt;- Nie zawracaj se dupy – skomentował Henio delikatnie dotykając zimnym metalem do prowizorycznego opatrunku. – Gówno mi będzie.&lt;br /&gt;- Gówno, nie gówno, ale trochę ulży.&lt;br /&gt;Kielonkiewicz westchnął i rozejrzał się po kuchni. Szybko odszukał pusty balon po winie i popatrzył na niego ze smutkiem. &lt;br /&gt;- Ale było dobre – powiedział.&lt;br /&gt;- Było.&lt;br /&gt;- Nie masz co?&lt;br /&gt;- A ty na te badania ciśnienia nie miałeś czasem iść?&lt;br /&gt;- Miałem.&lt;br /&gt;- No i?&lt;br /&gt;- Wczoraj miałem iść. Pomyliło mi się.&lt;br /&gt;- No i?&lt;br /&gt;- Co no i? Daj się coś napić. Na pewno mi na krążenie pomoże.&lt;br /&gt;Zenon rozłożył ręce.&lt;br /&gt;- Nie masz nic?&lt;br /&gt;- Niestety.&lt;br /&gt;- Eeee.&lt;br /&gt;- No.&lt;br /&gt;Henio zrobił oko i sięgnął do kieszeni.&lt;br /&gt;- Była u mnie rano ta kopnięta Wasilewska – powiedział pokazując pieniądze. – Ta, co pod tobą mieszka. Że żeś ją z rana zalał, czy coś. Kibel mam jej wymalować. Człowieku zapłaciła mi z góry stówę za robotę – chciała dać połowę, że niby jej mówiłeś, że farba dwie dychy stoi to, nie miej mi za złe, powiedziałem jej, że masz gówniane pojęcie o malowaniu.&lt;br /&gt;- W sumie słusznie – zgodził się Zenon.&lt;br /&gt;- Powiedziałem jej że farba kosztuje pięćdziesiąt, robota i rozpuszczalnik do pędzla...&lt;br /&gt;- Rozpuszczalnik? – zdziwił się Zgliszcz. – Myślałem, że do olejnej się daje, a nie do ścian.&lt;br /&gt;- I dobrześ myślał – pochwalił Henio. – Ale tak teoretycznie, to może się przydać. Bo to może odpryśnie przy robicie coś z bojlera i trzeba będzie chlasnąć? Zresztą, nie protestowała. Potem jeszcze gadała, że to prawda, żeś gangster i za cholerę nie dało się babie tego ze łba wybić.&lt;br /&gt;Zenon przytaknął.&lt;br /&gt;- No i dobrze. Wścibskie babsko. Nie będzie więcej dupy truć.&lt;br /&gt;- No – ucieszył się Henio. – No to weź załóż jakieś gacie i idziemy.&lt;br /&gt;- Znaczy gdzie?&lt;br /&gt;- Jak to gdzie?&lt;br /&gt;- No gdzie chcesz iść?&lt;br /&gt;- Do sklepu, no a gdzie. Było się nie kąpać, bo ci widać mydliny rozum wypłukały. I przecież trzeba się też za tym łysym rozejrzeć, bo jeszcze więcej krwi napsuje. &lt;br /&gt;- Znaczy co chcesz z nim niby zrobić?&lt;br /&gt;- Bo ja wiem? Trzeba się na niego zasadzić i tęgo cwaniaczka oćwiczyć, bo co innego?&lt;br /&gt;Zenon pokiwał głową z powątpiewaniem.&lt;br /&gt;- Nie to, żebym nie chciał chłopa podmiąć, ale łazi bydlak z bronią. Cholera wie, czy sam był. Głupio byłoby za byle gówno kulę złapać. Jeszcze Mierzejewski się tu co trochę kręci po tym ostatnim. Lepiej może odczekać?&lt;br /&gt;Kielonkiewicz zrobił skwaszoną minę. &lt;br /&gt;- Nie wiem – odparł. – Ja to nie lubię, jak się takie typki pałętają i dokazują. Potem się po mieście rozejdzie, że byle ćwok może na nasze osiedle przyleźć i po łbie dać komu chce.&lt;br /&gt;- A kto lubi? Chodzi tylko o to, by na pałę nie działać. Chodźmy po flaszkę i potem do Stasia. Napijemy się, to i myślenie lepsze będzie. Trzeba jeszcze tego wina na kwasie spróbować, bo się popsuje jeszcze.&lt;br /&gt;- O! – zgodził się gorliwie Kielonek. – Nie raz to i uda ci się coś do rzeczy pomyśleć.&lt;br /&gt;- A ten łeb cię nie  boli? W końcu żeś chwilę leżał bez jaźni.&lt;br /&gt;- A bo to raz? Mówię ci, że gówno mi jest. Ledwo guz będzie.&lt;br /&gt;Zenon pokręcił głową.&lt;br /&gt;- No to dobra. Jak chcesz – powiedział. – Zerknę tylko, czy się pod blokiem jaki ferment wykluł. &lt;br /&gt;Zgliszcz zlustrował okolicę przez okno, ale nic niepokojącego nie rzuciło mu się w oczy.&lt;br /&gt;- Co ma się niby dziać? – dziwił się Kielonkiewicz. – Mało to razy ktoś tu wali z obrzyna? Ludzie oswojeni są.&lt;br /&gt;- Ta menda Mierzejewski mnie dręczy.&lt;br /&gt;- A co się przejmujesz? Masz co na sumieniu, żeby kutasinę obchodziło? Zaczepi to mu się każe spierdalać i będzie spokój. Trochę pobiadoli i pójdzie w pizdu jak zwykle.&lt;br /&gt;- Ja to tak nie lubię. &lt;br /&gt;- Znaczy co? Ze ci go żal? Tej hieny?&lt;br /&gt;- Nie to, że żal od razu. Ale w sumie nie jest najgorszy. Weź dla przykładu tego Kredkę z Lotniska. Tamten to jest dopiero skurwysyn. &lt;br /&gt;- Jest, bo mu na to pozwolili. Jakby, tak jak naszemu, pokazali, że ma gówno do gadania, to też by chodził jak w zegarku. A jak dali sobą dyrygować, to i mają teraz koncert. Zresztą. Kto mu tam miał co powiedzieć, jak tam same cieplaki mieszkają i stare babki. &lt;br /&gt;- Czy ja wiem? – powątpiewał Zenon.&lt;br /&gt;- Bierz lepiej buty załóż i chodź, bo nam jeszcze Stachu osłabnie – zakomenderował Henio odkładając druciany uchwyt. &lt;br /&gt;Po kilku minutach wyszli i raźno ruszyli przed siebie. Zenon nie przyznał się, że dostał od księdza resztę zapłaty. Póki Henio nie pytał, wolał nie mówić. Zabrał ze sobą tylko odrobinę pieniędzy, żeby pod wpływem emocji wszystkiego pochopnie nie roztrwonić. Ponadto pozostawał jeszcze ten łysy od łańcucha, który tylko czeka, żeby mu odebrać, co jego. Niedoczekanie. Musi na spokojnie wszystko przemyśleć, racjonalnie zaplanować, podzielić. W końcu przyjaciołom należy się nie mniejsza część niż jemu. Przecież gdyby nie oni, to sam nic by nie zdziałał. Chociaż z drugiej strony, jakby nie przekombinowali z tym jego współudziałem w zbrodni, to może na spokojnie sam by wszystko zdążył zrobić? No ale to tylko przypuszczenia, a poza tym miałby teraz na głowie żonę, a możność przebywania z dala od niej była dla niego warta każdych pieniędzy. Nie. Nie ma o czym mówić. Wkład przyjaciół w ten niespodziewany sukces był nie do przecenienia. Tylko, że wszystko musi być teraz robione z głową. W tym momencie najważniejsze było, żeby jakoś załatwić sprawę z tym osiłkiem. Nie bardzo miał pomysł, jak się do tego zabrać, ale w końcu od czego ma się przyjaciół? We trzech na pewno coś wymyślą.&lt;br /&gt;Bez przeszkód i nieoczekiwanych sensacji dotarli do mieszkania Stasia. Staruszek był już mocno zniecierpliwiony.&lt;br /&gt;- Trzeba było w nocy dopiero przyjść – naskoczył na nich, zanim którykolwiek zdążył się odezwać. – Żeby mi całkiem ryj usechł.&lt;br /&gt;- Nie wychlałeś wina? – nabrał podejrzliwości Zenon.&lt;br /&gt;- Jakiego wina? – zdziwił się Gołąbek.&lt;br /&gt;Zgliszcz ściągnął brwi. Z początku tylko przypuszczał, że Stasiu nie zdzierży i napocznie wino bez nich, ale teraz był już niemal pewien, że przyjdzie im tylko obejść się smakiem. &lt;br /&gt;- Nie łżyj – powiedział.&lt;br /&gt;Gołąbek wyglądał na autentycznie zdziwionego.&lt;br /&gt;- O co ci chodzi?&lt;br /&gt;- O wino na kwasie – wtrącił równie zaniepokojony Kielonkiewicz, – co wczoraj przyniosłem. Od Wehrmachta. &lt;br /&gt;Początkowo Gołąbek patrzył na nich bez zrozumienia z miną człowieka podejrzewającego, że właśnie ktoś usiłuje wkręcić go w jakąś wyjątkowo nieprawdopodobną historię, ale po chwili jego powieki zaczęły się rozszerzać, a szczęka niepokojąco opadać. Gdy oczy zrobiły się wielkie i okrągłe, jak pokrywki słoiczków po musztardzie stołowej delikatesowej, z jego ust dobyło się krótkie jęknięcie. Zanim którykolwiek z przyjaciół zdążył zrobić cokolwiek Stasiu rzucił się do łazienki i po chwili wrócił z ociekającą wodą butelką.&lt;br /&gt;- Zapomniałem – powiedział rozemocjonowanym głosem. – Zapomniałem!&lt;br /&gt;- To cud – skomentował Henio.&lt;br /&gt;- Poczekaj, aż otworzy – nie dawał wiary Zgliszcz. – Pewnie wychlał, nalał jakiegoś sztynksu, a teraz będzie próbował nam wmówić, że wino nieudane.&lt;br /&gt;Oczy Gołąbka niebezpiecznie się zwęziły. &lt;br /&gt;- Ty szujo podła – syknął. – To ja za ciebie karku nadstawiam, a ty mi tu z takimi oskarżeniami? Wiedziałem, żeś mendowaty, ale żeby aż tak?&lt;br /&gt;- Dobra, dobra – powiedział pojednawczo Kielonkiewicz. – Nie dowiemy się, póki nie popróbujemy, no nie?&lt;br /&gt;- Niech leje – zgodził się Zenon. – Tylko niech sam pierwszy chla. &lt;br /&gt;Stasiu ze skrzywioną miną postawił na stole po szklance i odkręcił kapsel. Zgliszcz powąchał ostrożnie, z niekłamaną nieufnością. Wino miało lekko wiercący w nosie zapach. Ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że nie było to z pewnością coś nieprzyjemnego. Nie dał jednak po sobie poznać, że takie ma odczucia i twardo czekał, aż Gołąbek pierwszy skosztuje. Stasiu najpierw nieśmiało spróbował, długo smakując i mlaszcząc przy tym po kipersku, po czym przechylił połowę zawartości i odstawił szklaneczkę. &lt;br /&gt;- Niezłe – odparł na pytające miny kolegów. – Może i mocy za bardzo nie ma, ale całkiem przyjemne, szczególnie na rano jak znalazł. Nie wychlałem wszystkiego, bo mało jest.&lt;br /&gt;Obaj wypili jednocześnie również zaczynając od małego łyczka by zaraz łapczywie połknąć zawartość szklanek. Zenon wypił połowę, Kielonek całość. &lt;br /&gt;- Cienkosz – ocenił Henio. – Ale nawet przyjemny, kwaskowy.&lt;br /&gt;Zenon nadal nie wyzbył się podejrzliwości względem Stasia.&lt;br /&gt;- Cienki, bo pewnie chrzczony – osądził.&lt;br /&gt;- E, tam – obruszył się Kielonek. – Mnie by chrzczonego nie dał.&lt;br /&gt;- Ja nie mówię o Wehrmachcie – sprostował Zgliszcz. – Tylko o tej starej zapitej mendzie.&lt;br /&gt;- Coś ty powiedział? – rozjuszył sie Stasiu. – Starej zapitej mendzie? Że to niby ja? &lt;br /&gt;- A widzisz tu jeszcze kogoś, kogo można by podobnie określić? – nie ustępował Zenon.&lt;br /&gt;- Menda najbardziej pasuje do ciebie – odparł hardo Gołąbek. – Zapita zresztą też.&lt;br /&gt;Mężczyźni naskakiwali na siebie wzajemnie i nawet nie zauważyli, że Henio macha do nich od okna. &lt;br /&gt;- Większego opoja ta ziemia nie nosiła – zaatakował Zenon.&lt;br /&gt;- Większej mendy również – odwzajemnił się Stasiu.&lt;br /&gt;- Zamknijcie się wreszcie – krzyknął Kielonek. – To chyba ten łysy się tu kręci.&lt;br /&gt;- Jaki znowu łysy?&lt;br /&gt;- Ten, co rano był u Zenka. &lt;br /&gt;Obaj jednocześnie rzucili się do okna.&lt;br /&gt;- A to gnój – szepnął Zenon.&lt;br /&gt;- To ten od łańcucha, jak żywy.&lt;br /&gt;Nie było wątpliwości, że po drugiej stronie podwórza kręcił się młody, ogolony na zero barczysty mężczyzna z nieprawdopodobnie kanciastą szczęką, którego widzieli na parkingu majstrującego przy żuku. Gburowaty młodzian zaczepiał bawiące się dzieci, ale żadne nie miało ochoty z nim rozmawiać. Zenon patrzył jak kolejne zagadywane brzdące teatralnie rozkładają ręce w geście niewiedzy, aż w końcu piętro pod nimi otworzyło się z trzaskiem okno. Mężczyźni odskoczyli przylegając do bocznych ścian. &lt;br /&gt;- Czego tu szuka?! – usłyszeli głos, w którym Stasiu bez najmniejszego problemu rozpoznał głos sąsiadki, Jadźki Ziębiny.  – Co się dzieci czepia?&lt;br /&gt;- A kuzyna szukam – odparł mężczyzna – Starego Gołąbka.&lt;br /&gt;- A to kłamliwy skurwysyn – syknął Stasiu. – Taki z niego mój kuzyn, jak z Franciszka Józefa. &lt;br /&gt;- Pan z rodziny? – pytała Jadźka.&lt;br /&gt;- Tak. Wnukiem jestem. Wie pani, gdzie mieszka?&lt;br /&gt;- A to gnój bezczelny – pomstował Gołąbek.&lt;br /&gt;- Zamknijże się.&lt;br /&gt;- Może wiem, a może nie – odkrzyknęła kobieta.&lt;br /&gt;- Co pani taka tajemnicza? Przecież mówię, że dziadka szukam.&lt;br /&gt;- Nie znam takiego. A jak wygląda? W jakim wieku jest?&lt;br /&gt;- A jak ma wyglądać? Jak dziadek. Stary jest, po siedemdziesiątce będzie. Mieszka taki, czy nie?&lt;br /&gt;- Kurwa mać, sto lat mam – parsknął Stasiu.&lt;br /&gt;- Coś pan taki gorączka? – drążyła Ziębina.&lt;br /&gt;- Bo mi się spieszy. Sprawę mam ważną.&lt;br /&gt;- Pewnie pieniędzy chcesz pan od dziadka wyciągnąć.&lt;br /&gt;- Przeciwnie.&lt;br /&gt;- A to ciekawe. Mało teraz młodzieży chętnej do wspierania starszych ludzi.&lt;br /&gt;- A widzi pani. Więc jak?&lt;br /&gt;- Ale żeby tak nie wiedzieć gdzie własny dziadek mieszka?&lt;br /&gt;- Za granicą byłem ładnych parę lat – mówił mężczyzna. – Od dziecka za robotą jeździłem, to i nie wiem. Ale teraz wróciłem i chcę dziadka wesprzeć, bo mi się powiodło. To jak będzie? Powie mi pani?&lt;br /&gt;- Stary Gołąbek, mówisz pan?&lt;br /&gt;- Dokładnie. Stanisław. &lt;br /&gt;- A nie Stach?&lt;br /&gt;- Stach, Stanisław, jeden czort. Jakie to ma znaczenie?&lt;br /&gt;- Dla niego pewnie ma.&lt;br /&gt;Mężczyzna kopnął zgniecioną puszkę po piwie. Próbował nad sobą panować, ale nie szło mu najlepiej.&lt;br /&gt;- Wie pani, czy nie? – warknął.&lt;br /&gt;- Może i wiem.&lt;br /&gt;- To niechże mi pani powie, do jasnej cholery.&lt;br /&gt;- No, no!&lt;br /&gt;- Przepraszam bardzo, ale naprawdę mam niewiele czasu. Rodzinę mam liczną, a wszystkich odwiedzić chciałem, zaległości nadrobić…&lt;br /&gt;- Co pan powie?&lt;br /&gt;W głosie kobiety wyraźnie było słychać nutę szyderstwa, co nie umknęło uwadze mężczyzn. Stasiu zarechotał zadowolony. &lt;br /&gt;Tymczasem osiłek podszedł bliżej okna i rzekł konspiratorskim tonem:&lt;br /&gt;- Szkoda. Muszę się zbierać. Mam tylko prośbę.&lt;br /&gt;- Zamieniam się w słuch.&lt;br /&gt;Sięgnął do kieszeni i wydobył plik banknotów. Liczył je i liczył nie mogąc się zdecydować. Widać było, że zastanawia się co zrobić, najwyraźniej zabrakło mu pomysłów i próbował grać na zwłokę w nadziei, że dostanie olśnienia.&lt;br /&gt;- Coś, pan, zamarzł? – rzuciła Ziębina.&lt;br /&gt;Mężczyzna potrząsnął głową i ponownie spojrzał na kobietę.&lt;br /&gt;- Mówiłem, że chciałem przekazać mu pieniądze – odparł jakby nagle zaskoczył. – Widzę, że pani coś wie, ale nie chce mi powiedzieć, a mnie naprawdę bardzo zależy, żeby dziadka wspomóc. Czy zatem mogłaby pani wziąć ode mnie pieniądze i przekazać dziadkowi?&lt;br /&gt;Kobieta poruszyła się w oknie i zmarszczyła brwi.&lt;br /&gt;- A dużo tego?&lt;br /&gt;- Pięćset złotych. &lt;br /&gt;- Uuuu – kobieta aż gwizdnęła przeciągle z podziwem. – Panie, to kupa forsy. Nie boisz się pan dawać taki majątek obcej kobiecie?&lt;br /&gt;- To na początek. Jak się dziadek odezwie, to przyniosę mu więcej. I czemu miałbym się bać? Widać od razu, że z pani porządna i uczciwa kobieta. A dla mnie to żaden majątek. Mówiłem pani, że mi się powiodło.&lt;br /&gt;Milczeli przez chwilę wpatrując się w siebie.&lt;br /&gt;- To co? – zapytał z nadzieją – Weźmie pani?&lt;br /&gt;- Co mam wziąć?&lt;br /&gt;- No pieniądze dla dziadka?&lt;br /&gt;- E tam. Panie. Ja tam wolę pieniędzy cudzych nie dotykać, bo to sobie można tylko kłopotu narobić. A poza tym, to przecież na początku mówiłam, że nie znam żadnego Dzięciołka &lt;br /&gt;- Gołąbka.&lt;br /&gt;- Właśnie.&lt;br /&gt;Mężczyzna zaczął tracić resztki cierpliwości. Czuł pulsujące w skroniach tętno, wiedział, że jego twarz staje się coraz bardziej czerwona. Rozejrzał się ukradkiem. Poza bawiącymi się dziećmi nie było widać żywego ducha. Wiedział, że dzielnica to niespokojna i lepiej awantur tu nie wszczynać, jak się nie ma przy sobie poważnej broni, a i z tą trzeba było uważać. Nie było wątpliwości, że kobieta kłamie, ale do póki on stoi na dziedzińcu, a ona w mieszkaniu, nie da rady jej przycisnąć.&lt;br /&gt;- Ależ pani uparta. Wiem, wiem. Z ostrożności. Dobrze mieć lojalnych sąsiadów. &lt;br /&gt;Jadźka nie skomentowała jego wypowiedzi.&lt;br /&gt;- Wie pani co? – podjął – To może ja tam pójdę do pani na górę, napijemy się jakiejś herbaty i poczekamy, aż dziadek wróci. Oczywiście zapłacę za herbatę. Może być sto złotych?&lt;br /&gt;- Wie pan co? – rzuciła ostro Ziębina. – Najpierw pan mówisz, że nie wiesz gdzie dziadek mieszka, a teraz chcesz pan na niego czekać u mnie w chałupie. A podobno tak się panu spieszy. Coś pan jest jakiś szemrany, mnie się zdaje.&lt;br /&gt;- Ja jestem szemrany?&lt;br /&gt;- Właśnie.&lt;br /&gt;Mężczyzna jeszcze bardziej pokraśniał ze złości. Zacisnął pięści i wybuchnął:&lt;br /&gt;- To pani mi robi problemy i z jakimiś …&lt;br /&gt;- Pan mi tu głosu nie podnoś!&lt;br /&gt;- A zamknijże już pysk, babo głupia…&lt;br /&gt;- Tylko nie tym tonem!&lt;br /&gt;- Stara krowa, kurwasz mać – rzucił mężczyzna nie mogąc już wytrzymać. – Poczekaj, nagła twa, jeszcze tu wrócę!&lt;br /&gt;To powiedziawszy odwrócił się na pięcie i ruszył ku sąsiedniej kamienicy z nadzieją na lepszy efekt rozmów. &lt;br /&gt;- O nie! – parsknęła w ślad za nim Zośka – Ludzie! – wrzasnęła na całe gardło – Pedofil! Dzieci się czepia!&lt;br /&gt;Osiłek odwrócił się w jej kierunku i postukał się w czoło, ale w pobliżu trzasnęło kilka okiennic i powychylali się ciekawscy ludzie. Oczywiście nikt nie żywił ochoty rozmawiania z obcym mężczyzną. &lt;br /&gt;- Ale mu powiedziała nie? – cieszył się Stasiu. – Dobra z niej kobita, jak pragnę zdrowia.&lt;br /&gt;- Weź ty lepiej pomyśl, co zrobić z tym gościem – rzekł Zenon. – Najpierw był u mnie, teraz szukał ciebie. Widać, że łatwo nie odpuści.&lt;br /&gt;- Ma rację – poparł go Kielonek. – Trzeba sukinsyna załatwić, bo będzie tak bruździł w nieskończoność.&lt;br /&gt;- No to chodźmy mu japę obić – zaproponował Stasiu. &lt;br /&gt;Widząc wahanie kolegów dodał:&lt;br /&gt;- No co jest? Chyba się nie boicie?&lt;br /&gt;- Nie o to chodzi – zaprzeczył Zenon.&lt;br /&gt;- To o co?&lt;br /&gt;- Ten gnój ma przy sobie broń – pospieszył z wyjaśnieniem Henio. – Poza tym to nie jakiś zwyczajny kark z siłowni, co się nawpierdalał proszku do pieczenia. Nie da rady tak bez jakiegoś planu.  &lt;br /&gt;Zgliszcz wyjrzał przez okno. &lt;br /&gt;- Teraz dupę truje po sąsiedzku – zrelacjonował. – Jeszcze mu jakaś głupia gówniara powie i będzie jubel. Trzeba szybko coś radzić.&lt;br /&gt;- A jakby go tak do Wehrmachta na melinę zwabić? – zaproponował Stasiu.&lt;br /&gt;- Jak to zwabić? – zdziwił się Henio. – I po jaką cholerę?&lt;br /&gt;- Dałby mu radę chyba, no nie?&lt;br /&gt;- Kto, Wehrmacht? – Henio parsknął. – Takiego leszcza? Nawet by naszczać na niego nie chciał. &lt;br /&gt;- No to do roboty – ucieszył się Gołąbek.&lt;br /&gt;- Znaczy się, co chcesz zrobić.&lt;br /&gt;- Zaprowadzę go do Wehrmachta i po kłopocie.&lt;br /&gt;- Zaraz, moment, co ty? – zaprotestował Henio. – Nie możesz tak po prostu zaprowadzić go do niego na melinę i powiedzieć, żeby mu spuścił łomot, tak bez powodu.&lt;br /&gt;- Powód się znajdzie.&lt;br /&gt;- Jaki?&lt;br /&gt;- Mówiłeś niedawno, że mu się ubzdurało, że Mierzejewski węszy za meliną na dzielnicy, i że wysyła jakichś szpicli, zgadza się.&lt;br /&gt;- Zgadza, no i co?&lt;br /&gt;- Powie mu się, że to on jest ten szpicel i po sprawie. Chyba szpicel od Mierzejewskiego to wystarczający powód do łomotu, co nie?&lt;br /&gt;- Ba, pewnie – zgodził się Henio. – Ale, że niby jak mam mu to powiedzieć?&lt;br /&gt;- Zadzwoni się.&lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Normalnie. Telefonem. Przecież nie jajami o rynnę.&lt;br /&gt;- Nie cwaniakuj, tylko mów.&lt;br /&gt;- Pójdziemy do Jadźki Ziębiny i się zadzwoni. Powiesz mu, że łazi tu taki jeden i wypytuje i że możemy go przyprowadzić gdzie trzeba.&lt;br /&gt;Kielonkiewicz zmarszczył czoło.&lt;br /&gt;- Mam Wehrmachtowi takiego bezczelnego kita nawinąć? – mruknął. – Czy ja wiem?&lt;br /&gt;- Ja mu nawinę.&lt;br /&gt;- Z tobą nie będzie chciał gadać. &lt;br /&gt;- Jak mu powiesz, że mam takie informacje, to zechce. &lt;br /&gt;Zenon dreptał w miejscu analizując pomysł.&lt;br /&gt;- Co się tak kręcisz? – zniecierpliwił się Gołąbek. – Zesrałeś się, czy co?&lt;br /&gt;- A jak załatwi Wehrmachta? – zapytał z obawą Zgliszcz. – Kropnie? Wtedy już nic nam nie pomoże.&lt;br /&gt;- Załatwi Wehrmachta? – pokiwał głową Henio. – Chyba ci rozum zjełczał.&lt;br /&gt;- Dobra, dobra, bierzmy się i chodźmy – powiedział Stasiu kierując się do drzwi. – Im szybciej, tym lepiej. Zanim ten bydlak nie zniknie.&lt;br /&gt;Zeszli szybko piętro niżej. Gołąbek zamienił kilka słów z Jadźką i po chwili siedzieli już u niej w kuchni, a Henio stał w przedpokoju wykręcając numer. &lt;br /&gt;- Herbaty zrobić? – zapytała Jadźka. – Chociaż wam to lepiej po piwie, no nie?&lt;br /&gt;Nie czekając odpowiedzi kobieta otworzyła lodówkę i wyjęła trzy butelki. Mimo przysadzistej postury poruszała się pewnie, ruchy miała dziarskie i zwinne. Opadające na plecy plecione w warkocz jasne włosy i nie zniszczona makijażem stosunkowo gładka cera ujmowały jej lat. &lt;br /&gt;- Złota z ciebie dziewczyna – pochwalił ją Stasiu odbierając zimne butelki. – Ach pomarzyć tylko – dodał zalotnie.&lt;br /&gt;Po chwili w kuchni pojawił sie Henio z zatroskaną miną. &lt;br /&gt;- Kazał mi spierdalać – powiedział. – Mówiłem, że to na nic. Jeszcze będę miał teraz przejebane. Przepraszam – dodał spoglądając na Jadźkę.&lt;br /&gt;Kobieta lekceważąco machnęła ręką. Stasiu wstał od stołu przybierając marsową minę.&lt;br /&gt;- Dawaj ten numer – powiedział idąc ku telefonowi.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Chodź tu i wykręcaj ten numer.&lt;br /&gt;- Do Wehrmachta?&lt;br /&gt;- A do kogo? Do Matki Teresy?&lt;br /&gt;- Ale po co?&lt;br /&gt;- Wykręcaj, mówię.&lt;br /&gt;Henio bez przekonania spełnił żądanie wyraźnie mocno zdeterminowanego staruszka. Stasiu czekał cierpliwie przyciskając słuchawkę do ucha. Po krótkiej chwili oczekiwania po drugiej stronie odezwał się głos.&lt;br /&gt;- Halo? – rzucił szybko Stasiu. – Mówi Stach Gołąbek.&lt;br /&gt;Chwila ciszy.&lt;br /&gt;- Tak – odpowiedział staruszek. – Ten sam stary pierdoła – korzystając z chwili czasu uzyskanej dzięki zaskoczeniu rozmówcy powiedział szybko: – Jest tu taki jeden ubek, co rozpytuje wszystkich, kto wódą handluje na dzielnicy.&lt;br /&gt;Henio zbladł. Tymczasem Gołąbek nie robiąc sobie nic z przestrachu przyjaciela kontynuował tym razem wykorzystując zaciekawienie rozmówcy.&lt;br /&gt;- Tak dokładnie. Dla tego Kielonek dzwonił. Łazi menda od domu do domu i wypytuje. Założył se dres i łańcuch na łeb i myśli, że się dobrze przebrał. Od razu widać, że szpicel. Daję ci Henia.&lt;br /&gt;Kielonek przejął słuchawkę w drżącą lekko rękę.&lt;br /&gt;- Halo? – powiedział i przez chwilę słuchał. – W zasadzie tak. Łazi taki twardziel niby, co to wszyscy bać się mają i wypytuje o różne rzeczy – znów przez chwilę słuchał. – O wódkę konkretnie to może i nie ale... No tak. Może tym bardziej podejrzany, że niby chodzi o... Co? Przyprowadzić go do ciebie? Ale ja nie mogę… No bo ja już z nim dziś miałem ściętkę. Był wcześniej u mnie pod kamienicą, to chciałem mu kopa zasadzić, ale mnie giwerą przez łeb potraktował. Co? Strzelił, strzelił, ale nie trafił.&lt;br /&gt;Znów przez dłuższą chwilę słuchał, by w końcu wyciągnąć słuchawkę do Stasia.&lt;br /&gt;- Z tobą chce.&lt;br /&gt;Gołąbek capnął za telefon pewnie, jak chłopka za krowie wymiona. &lt;br /&gt;- No? – przez chwilę czekał. – Gdzie? W małpim gaju za gazownią? No toż to tak właśnie od razu chciałem zrobić, na cholerę było tyle pieprzyć? Będę za dwadzieścia minut. Tylko żebyś się nie zbłaźnił, bo ja ze starej gwardii jestem i amatorszczyzny nie lubię – zakończył odkładając słuchawkę.&lt;br /&gt;Popatrzył na twarz Henia. Była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.&lt;br /&gt;- Przesadziłem? – zapytał.&lt;br /&gt;Wrócili do kuchni.&lt;br /&gt;Ziębina z popijającym browar Zenonem stali przy oknie.&lt;br /&gt;- Tego łysego aż nosi – powiedziała kobieta. – Chyba coś bardzo na ciebie cięty, Stachu? Coś żeś musiał nawywijać.&lt;br /&gt;- Ja to nic – odparł Gołąbek. – To ten kurduplowaty pierdoła – wskazał na Zenona, – a ja muszę teraz za niego dupą świecić.&lt;br /&gt;Zgliszcz przemilczał złośliwą uwagę, ale spojrzenie miał zabójcze.&lt;br /&gt;- To idę – powiedział Stasiu.&lt;br /&gt;- A ty gdzie? – zaniepokoiła się Jadźka.&lt;br /&gt;- No idę – odparł wymijająco. – Tylko mnie ten cwaniaczek nie zna i na oczy nie widział.&lt;br /&gt;- A na parkingu? – zaprotestował Zenon.&lt;br /&gt;- Nie widział. Za budką byłem. I inaczej ubrany jestem.&lt;br /&gt;- A jak zdjęcie ma?&lt;br /&gt;- Niby skąd? Ostatnie miałem robione chyba w sześćdziesiątym siódmym, albo dziewiątym, jak dowód zgubiłem, ale to na wsi było, to przecież nie znalazł. A nawet jak ma, to mnie nie pozna, bo się trochę zmarszczyłem od tego czasu.&lt;br /&gt;Wyszedł zanim ktoś wpadł na inny pomysł. Po chwili z niepokojem patrzyli przez okno na wydarzenia na podwórzu przed kamienicą. Gołąbek odczekał, żeby łysy nie widział skąd wychodzi i jakby nigdy nic ruszył w kierunku ulicy. Tak jak się spodziewali, osiłek szybko do niego podszedł zagadując. Stasiu udał, że się nad czymś zastanawia, zaczął drapać się po głowie i kręcić. Trwało to dłuższą chwilę i w końcu osiłek nerwowo sięgnął do kieszeni, wyciągnął plik banknotów i uszczuplił go na rzecz Gołąbka.&lt;br /&gt;- A to sukinsyn – z podziwem pokręcił głową Zenon. – Żeby się tylko nie doigrał.&lt;br /&gt;- Może by za nimi iść? – zaproponował Kielonkiewicz.&lt;br /&gt;- A na cholerę? Jak nas łysy przypadkowo zobaczy, to tylko kłopot będzie. A i publiki lepiej nie robić.&lt;br /&gt;Odprowadzali mężczyzn wzrokiem, podziękowali zatroskanej kobiecie i ruszyli do wyjścia.&lt;br /&gt;- A wy gdzie? – zatrzymała ich Jadźka.&lt;br /&gt;- No na górę, do Stasia – odparł Henio.&lt;br /&gt;- Nawet mi się nie ważcie – zaprotestowała. – Tak mnie teraz zostawicie? Samą? Przecież martwiła się będę, o tego starego piernika. Tu telefon macie, jakby co nie daj Boże się stało. &lt;br /&gt;Zenon widząc zatroskaną minę starej kobiety nie miał serca jej odmówić. Zresztą miała rację. Usiedli przy stole i popijając piwo prowadzili niezobowiązujący, jałowy dialog. &lt;br /&gt;Po kilku minutach rozmów Jadźka wreszcie nie wytrzymała.&lt;br /&gt;- Co wyście nawywijali? – zapytała.&lt;br /&gt;- Cośmy na wywijali? – odparł Zenon. – A co mieliśmy nawywijać?&lt;br /&gt;- Nie gadaj mi tu głupot – nie dała się zwieść kobieta. – Przecież widzę, że wszystkim wam się portki trzęsą.&lt;br /&gt;- A tam od razu trzęsą.&lt;br /&gt;- Mówię, co widzę. Myślicie, że ja nie wiem, kto to jest Wehrmacht. Za długo tu mieszkam. Z matką jego do szkoły chodziłam. Takie było z niego dobre dziecko. Kto by pomyślał, że wyrośnie na takiego bandytę.&lt;br /&gt;- Na bandytę? – zaprotestował Henio. – Co też pani…&lt;br /&gt;- A nie wciskajże mi blagi – przerwała kobieta. – Wiem co mówię. Ze dwa razy już był we więzieniu, a powinien chyba i więcej, bo tu co drugi na dzielnicy od niego po karku już zebrał. Tyle, że ludzie gadają, że za darmo w łeb nie daje, to i na niego nikt nie skarży.&lt;br /&gt;Zenon spojrzał na Henia, ale ten najwyraźniej nie miał ochoty lub pomysłu na tłumaczenie Ziębinie zaistniałych okoliczności.&lt;br /&gt;- Bo wie pani – zaczął – ja na parkingu robię. Robiłem znaczy, bo chyba na razie mnie wylali. Ale jeszcze parę dni temu tak było. No i trafiła się taka jedna robota, co ją miałem ze wspólnikiem zrobić dla biskupa.&lt;br /&gt;- Dla biskupa? – zdziwiła się kobieta. – Znaczy się to pseudonim jakiś, tak jak Wehrmacht?&lt;br /&gt;- O to się rozchodzi, że nie – zaprzeczył Zenon. – Prawdziwy biskup. Okazało się, że u mnie na parkingu jego stary samochód stoi i dostaliśmy fundusze, żeby go wyremontować w trybie pilnym. No i tak się to wszystko jakoś ułożyło, że sam musiałem to zrobić, a ściślej ze Stasiem i tu obecnym Heniem. No a ten łysy, co tu na dole był, to od tego mojego wspólnika przyłazi i chce, żeby mu odpalić dolę, albo wręcz wszystko zabrać.&lt;br /&gt;- A to niby czemu?&lt;br /&gt;- Czemu? Nie wiem, proszę pani. To zły człowiek jest, a takiemu nie trzeba powodów. Nie patrzy, że się inny napracował ciężko, że stary, albo schorowany. &lt;br /&gt;- Taki co to by nieboszczykowi poduszkę spod głowy wyciągnął – włączył się Kielonek.&lt;br /&gt;- Konającemu – poprawiła Ziębina.&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Mówi się konającemu. Nieboszczykowi, to już wszystko jedno.&lt;br /&gt;- W każdym bądź razie – podjął Zenon – ten bandzior ubzdurał sobie, że należy mu się coś, czego my nie mamy i nie da nam spokoju, dopóki tego nie dostanie, a w przeciwnym razie…&lt;br /&gt;- Rozumiem – przerwała Jadźka. &lt;br /&gt;- No.&lt;br /&gt;- Nie chce mi się wierzyć – podjęła, – że biskup zlecił jakąkolwiek robotę trzem opojom, do tego mieszkającym na jednym z najbardziej zapyziałych osiedli miasta. To absurdalny pomysł. I to chyba jedyne, co świadczy, że może faktycznie tak być. Kto wmyśliłby coś tak głupiego? Nawet Stachu by na to nie wpadł.&lt;br /&gt;Mężczyźni popatrzyli po sobie niepewnie i dla bezpieczeństwa chroniącego ich przed koniecznością podjęcia wątku, pociągnęli po tęgim łyku. Mijały kolejne minuty, rozmowa średnio się kleiła. Wypili piwo i Zenon zaczął nerwowo przebierać stopami. Gdy Ziębina, która bardzo umiejętnie kamuflowała niepokój, poszła do dużego pokoju podlać kwiatki, Zenon nie wytrzymał napięcia.&lt;br /&gt;- Która godzina? – rzucił.&lt;br /&gt;- Dochodzi za piętnaście – odparł Henio.&lt;br /&gt;- Dochodzić to może proboszcz na zakrystii – burknął Zgliszcz. – Mów która dokładnie.&lt;br /&gt;- Czego się drzesz?&lt;br /&gt;- Bo długo go nie ma.&lt;br /&gt;- Gówno długo. Nie minęło dwadzieścia minut.&lt;br /&gt;- To mało? &lt;br /&gt;- Do Wehrmachta idzie się…&lt;br /&gt;- Przecież umówili się pod gazownią!&lt;br /&gt;- A no prawda – zgodził się Kielonek i ponownie spojrzał na zegarek. – No to faktycznie będzie kapkę przydługo. Chociaż. W końcu to jakoś przecież musieli tego łysego zwabić… gdzieś.&lt;br /&gt;- Gdzie niby?&lt;br /&gt;- No nie wiem – zastanowił się Kielonek. – Może na melinę?&lt;br /&gt;Zenon pokręcił głową.&lt;br /&gt;- Jakby mieli go do niego do chałupy brać, to na cholerę pod gazownią się umawiać? Wehrmacht jest i może psychicznie podgazowany, ale do głupoty mu daleko. W końcu myśli, że łysy jest od Mierzejewskiego, a idzie mu przecież, żeby meta się nie spaliła. Jakby go do chałupy zwabili, to tylko po to, żeby go załatwić na amen, żeby świadków nie było. Inaczej przecież, gdyby był od tej mendy, to zakablowałby jak nic. Wezmą go pewnie za tę starą budę, tam gdzie ogniska nieraz robimy i sklepią mu maskę, że mu się szpiclowania odechce.&lt;br /&gt;- Jakiego szpiclowania?&lt;br /&gt;- Wszystkiego mu się odechce.&lt;br /&gt;- To fakt.&lt;br /&gt;Zapalili po papierosie. Pojawiła się Jadźka, która spojrzała krytycznym okiem na smugi tytoniowego dymu i kręcąc głową podała im porcelanową popielnicę. &lt;br /&gt;- Wszyscy poumieracie od tego – zawyrokowała.&lt;br /&gt;- Każdy od czegoś umrze, pani Ziębino – odparł Henio.&lt;br /&gt;- Otóż to – poparł go Zenon. – Wie pani. Co innego jest, jak człowiek się truje świadomie, niż jak nie mam pojęcia, że wkładają mu w żarcie jakieś toksyczno gówno. Kiedyś to tylko w szynkę walili jakieś chemikalia, żeby ładnie wyglądała i dłużej mogła leżeć. A teraz? Przecież nawet chleba nie można już normalnego kupić. Bierze się niby świeżutki, a za dwa dni albo spleśniały, albo suchy, że można zamiast pumeksu używać. Znowu mleko niech pani weźmie – Zgliszcz wyraźnie się rozkręcił. – Na przykład zsiadłe. Przecież wiadomo, że w taką pogodę, jak na słońcu jest ze czterdzieści stopni, to nie ma nic lepszego na obiad jak kartofle ze zsiadłym. Zimnym.&lt;br /&gt;- Dokładnie – wtrącił Henio.&lt;br /&gt;- No to weź teraz kup se mleko i nastaw na zsiadłe.&lt;br /&gt;- No i co niby? – zdziwił się Kielonek. – Nie widzę problemu.&lt;br /&gt;- Skwasi ci się i zaśmierdnie, ale nie zsiądzie.&lt;br /&gt;- A tam pieprzysz.&lt;br /&gt;- Tutaj Zenek ma rację – przyznała Jadźka. – Takie z kartonu się nie zsiądzie. Ale za to może dłużej postać.&lt;br /&gt;- Bo chemii nawalone – upierał się Zenon.&lt;br /&gt;- Ale można kupić takie w zwyczajnych woreczkach i da się zrobić.&lt;br /&gt;- Ale jak śmierdzi!&lt;br /&gt;- Wszystko się w końcu zaśmierdnie, jak za dużo w ciepłym postoi – powątpiewał Kielonek.&lt;br /&gt;- A tam, gówno wiesz. Mówię ci, że teraz do wszystkiego walą chemikalia.&lt;br /&gt;- Do kaszanki i salcesonu też?&lt;br /&gt;Zgliszcz chwilę się zastanowił.&lt;br /&gt;- Do salcesonu na pewno – odparł. – Przecież toto w ciepłym, to rozlewa się jak zupa, a prawdziwy salceson powinien się kupy trzymać. Myślisz, że od czego tak? Bo nie związany naturalnie, tylko jakimś gównem sztucznym. A kaszanka? Nie wiem jak z chemią, ale na pewno walą do niej najgorszy syf z możliwych. Kiedyś, to jak się kaszaneczkę na cebulce zrobiło, to aromat szedł, że ślina z japy ciekła, a teraz? Śmierdzi gównem i pełno w niej kawałków zębów i kości. A parówki? Człowieku. Przecież w tym tylko świńskie cycki, tłuszcz…&lt;br /&gt;Zadzwonił telefon i Zgliszcz przerwał wywód.&lt;br /&gt;Kobieta odeszła od stołu i po chwili odebrała telefon. Mężczyźni stanęli w progu kuchni i obserwowali rozwój sytuacji próbując wyczytać coś z wyrazu twarzy Ziębiny. A ten nie wróżył najlepiej. Co prawda kobieta zachowała kamienną minę, ale widać było, że od razu zbladła.&lt;br /&gt;- Ale kto mówi? – jęknęła.&lt;br /&gt;Po chwili wyciągnęła słuchawkę w kierunku Zenona.&lt;br /&gt;- Do ciebie – powiedziała łamiącym się głosem. – Jakiś ponury facet.&lt;br /&gt;Zgliszcz zrobił przerażone oczy, ale momentalnie doskoczył do Jadźki. Przejął słuchawkę i przełknął.&lt;br /&gt;- Halo?&lt;br /&gt;O ile podczas rozmowy Jadźki jej twarz, mimo usilonych starań, zdradzała zdenerwowanie i niepokój, to oblicze Zenona przeszło zupełnie inną przemianę. Na początku rozmowy był maksymalnie spięty, a po kilku słowach wyraźnie się rozluźnił.&lt;br /&gt;- Ale kiedy wróci? – zapytał.&lt;br /&gt;Z trzaskiem odłożył słuchawkę. Odwrócił się do wyczekujących z nerwowymi i niepewnymi minami.&lt;br /&gt;- Wszystko w porządku – powiedział. – Już żłopie wódę u Wermachta.&lt;br /&gt;- Dzięki Bogu – odetchnęła kobieta odruchowo w podzięce składając dłonie. &lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Tak to – odparł wyraźnie podirytowany Zgliszcz. – Załatwili się z tym łysym i Wehrmacht zaprosił tego starego dziada do siebie w ramach podzięki. Wiesz, że nie trzeba mu dwa razy mówić – odwrócił się do gospodyni. – Dziękujemy za wszystko pani Ziębino. Nie będziemy dłużej zawracać du… gitary. Idziemy do Stasia na górę trochę chałupę ogarnąć, bo nieco się przykurzyło. &lt;br /&gt;- Na pewno – przyznała Jadźka z westchnieniem.&lt;br /&gt;Pożegnali się i wyszli. Po chwili stali już przed mieszkaniem Gołąbka.&lt;br /&gt;- Z kim żeś gadał? – zapytał Henio.&lt;br /&gt;Zenon zaczął się mozolić nie mogąc przekręcić w zamku klucza. Stary, niekonserwowany mechanizm zgrzytał nieprzyjemnie.&lt;br /&gt;- Z Wehrmachtem – odparł. – A z kim? No żesz… – pomstował pod nosem mocując się z zamkiem. – Że też ten stary pierdoła nie może naoliwić tego żelastwa. Przecież to ma ze sto lat, albo i…&lt;br /&gt;Zanim skończył z hukiem otworzyły się drzwi naprzeciwko.&lt;br /&gt;- A ty czego tu znowu, kurduplu?!&lt;br /&gt;Zgliszcz nie musiał się odwracać. Od razu poznał złośliwy głos postawnej Władkowej. Henio odruchowo rozpłaszczył się na ścianie, żeby nie musieć brać udziału w niewygodnym dialogu. &lt;br /&gt;- Co tam kombinujesz z tym zamkiem?&lt;br /&gt;- A chuj ci do tego – odparł Zenon w momencie, gdy drzwi ustąpiły.&lt;br /&gt;Kobieta spurpurowiała na twarzy.&lt;br /&gt;- Ty konusie bezczelny – sapnęła i odwróciwszy głowę krzyknęła przez ramię w głąb mieszkania – Władek! Władek! Chodźże tu prędko! Żonę ci obrażają od kurew!&lt;br /&gt;Zanim wyrwany z drzemki mąż pyskatej sąsiadki pojawił się w progu ziewając, Henio zdążył już prześlizgnąć się przez próg. Nie to, żeby bał się konfrontacji z posturnym Władkiem, ale wychodził z założenia, że w bijatykę warto wdawać się tylko w ostateczności. No chyba, że chodziło o jakieś żelazne, honorowe zasady, a tu szło tylko o zwyczajną sąsiedzką pyskówkę. A poza tym całkiem dobrze czuł jeszcze ranę na skroni, a to nie mobilizowało do walki.&lt;br /&gt;- Co jest? – wychrypił zaspany mężczyzna głosem zmienionym długoletnim tytoniowym nałogiem.&lt;br /&gt;- Przylazł ten konus i majstruje coś przy zamku sąsiada. Potem znowu ta stara menda będzie miała pretensję, że to ja niby za bardzo ciekawska jestem i się wtrącam.&lt;br /&gt;- No i? – westchnął Władek ziewając i trąc oczy. – Po to mnie od telewizora odciągasz? Gówno mnie to obchodzi. Przecież wiadomo, że Stachu pije ze Zgliszczem od lat. To niech se robią co chcą i chuj nam do tego. Weź się lepiej do roboty jakiejś, obiad zrób, po piwo skocz do sklepu. Niedługo Winnetou będzie szedł na dwójce, a wiesz, że przy westernie lubię zjeść i piwko kropnąć.&lt;br /&gt;Zenon miał już zamykać drzwi, ale nie mógł sobie odmówić przyjemności skorzystania z okazji, jaką był szampański humor zwalistego mężczyzny, by legalnie dopiec wścibskiej kobiecie. &lt;br /&gt;- Właśnie, panie Władku – powiedział przymykając dla bezpieczeństwa drzwi. – Z moją było to samo. Zamiast się mężem zająć, to się sąsiadami interesuje. I to jakimi? Starymi pijakami.&lt;br /&gt;- Co? – huknęła Władkowa podczas gdy jej mąż zarechotał szyderczo. – Takiś mądry pokurczu? A ty co się cieszysz!? – zrugała męża. – Ty wiesz, co ten mały fiucina powiedział? &lt;br /&gt;- Bardzom – stęknął Władek przeciągając się – ciekaw – zakończył zaplatając potężne ramiona na podrygującej od śmiechu piersi.&lt;br /&gt;- Powiedział do mnie „ty kurwo” i kazał spierdalać – wyjaśniła kobieta ale widząc, że mężczyzna niezbyt się przejął lub nie do końca dotarły do niego jej słowa, dodała szybko. – I że ty jesteś chuj podły i oszust.&lt;br /&gt;Władek znieruchomiał spoglądając na Zenona podejrzliwie. Zgliszcz dobrze znał to spojrzenie. Zanim mężczyzna zadał drugie pytanie, w takich okolicznościach byłoby to prawdopodobnie ostatnie, na które Zenon nie zdążyłby pewnie odpowiedzieć, zatrzasnął drzwi i przekręcił zamek. Niemalże w tej chwili huknęła w nie potężna pięść.&lt;br /&gt;- Jak to prawda, Zgliszcz – ryknął sąsiad – to dzieci będą cię zdrapywać z chodnika graczuszkami!&lt;br /&gt;- Kłamie! – krzyknął Zenon.&lt;br /&gt;- Dobrze słyszałam! Powiedział do tego drugiego, że mało że jesteś chuj, to do tego żeś złodziej i kombinator! – jazgotała kobieta. – A ten stary pierdziel cały czas chodzi i gada, żeś podły i wredny, żeś konfident i w ogóle – zaczerpnęła tchu. – O! I że pijesz wódkę z Mierzejewskim!&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Tak mówili – upierała się kobieta.&lt;br /&gt;Zenon widział przez judasza, że Władek bez słowa wskazał kobiecie wnętrze mieszkania i ta szybko zniknęła. Mężczyzna z kamienną miną przysunął twarz do drzwi.&lt;br /&gt;- Posłuchaj Zgliszcz – syknął złowróżbnie. – Przez najbliższą minutę nie odzywaj się nawet słowem. Ja wiem, że ona ma bujną wyobraźnię, ale jak mówi prawdę to nie będzie dobrze.&lt;br /&gt;- Kłamie, słowo daję.&lt;br /&gt;Władek nie biorąc specjalnie dużego rozbiegu łupnął o drzwi. Zgrzytnął zamek, trzasnęła futryna i Zenon rozpłaszczył się na ścianie. Władek pchnął wiszące na wykrzywionych zawiasach drzwi i przestąpił próg. Zanim zdążył się odezwać obok przytłoczonego uderzeniem Zgliszcza pojawił się Henio ściskając w dłoniach żeliwny rondel po bigosie.&lt;br /&gt;- Lepiej się zastanów – zagroził.&lt;br /&gt;Władek zmierzył go wzrokiem. Nie znali się zbyt dobrze, ale co nieco o sobie słyszeli. &lt;br /&gt;- Weź schowaj lepiej tę patelkę – powiedział hardo i zwrócił się do Zenona. – Gówno mnie obchodzi, żeś gadał na mnie, że jestem chuj. Twoje prawo. Wszystkich nie można lubić. Zresztą moja lubi trochę podkoloryzować. Ale, że stary gada na mnie, że jestem konfident i że piję z tą mendą wódkę, to już nie popuszczę. Mów gdzie jest ten stary dziadyga i róbta se tu co wam się podoba. I gówno mnie obchodzi, że jest stary. Kop w dupę mu się należy za takie gadanie.&lt;br /&gt;- Pije wódkę z Wehrmachtem – burknął szybko Zenon potrząsając głową.&lt;br /&gt;Władek zrobił niepewną minę.&lt;br /&gt;- Że co robi? Że z kim? – zapytał z niedowierzaniem.&lt;br /&gt;- Z Wehrmachtem – powiedział wyraźnie Kielonek. – Piją wódkę od rana. Stachu załatwił mu jedną ważną sprawę i teraz świętują. &lt;br /&gt;Mężczyzna uśmiechnął się nerwowo.&lt;br /&gt;- Pieprzycie.&lt;br /&gt;- Poważnie, jak tu stoję – zapewnił Kielonkiewicz.&lt;br /&gt;- Wujem jego jest – dodał Zgliszcz oceniając krytycznym okiem uszkodzenia drzwi. – Nawet nie wiedziałem – dodał, – że Stasiu jest wujem Wehrmachta. Ciotecznym, bo ciotecznym, ale zawsze wujem. No to, kurwa mać, chyba mogą napić się wódki, no nie?&lt;br /&gt;Ostatnie zdanie wypowiedział wyraźnie w kierunku nerwowo zaciskającego palce Władka. Mężczyźnie wystąpił na czoło pot.&lt;br /&gt;- Pewnie – odparł szybko. – Jasne, czemu nie. &lt;br /&gt;Spróbował pomóc Zenonowi w miarę naprowadzić drzwi na właściwe miejsce, ale zawiasy były zbyt mocno wygięte.&lt;br /&gt;- To się naprawi łatwo – powiedział. – Trzeba tu młotkiem, tu się nakrzywi…&lt;br /&gt;- Jak Stasiu wróci, to będziesz pan z nim gadał. – przerwał Zenon wypychając mężczyznę na korytarz. – Powinni niedługo być.&lt;br /&gt;- Powinni? – jęknął Władek. – Znaczy że z nim? &lt;br /&gt;- No a z kim? – Zenon zrobił zdziwioną minę. &lt;br /&gt;Już miał spróbować przymknąć drzwi, ale wpadł na jeszcze jeden pomysł.&lt;br /&gt;- Poczekaj, pan – powiedział odwracając się ku stojącemu ze skrzywioną twarzą Heniowi. – Daj no numer do Wehrmachta – i z powrotem do Władka. – Masz pan chyba telefon?&lt;br /&gt;- No mam.&lt;br /&gt;- No. To weź pan od razu zadzwoń, powinni jeszcze być w domu, i powiedz pan, co żeś zrobił. Stasiu nie ma narzędzi, to niech wezmą od niego, bo to przecież trzeba na noc zrobić. Wehrmacht to młotków ma pod każdy rozmiar, no nie Heniu?&lt;br /&gt;- Ba.&lt;br /&gt;- Zadzwonić?&lt;br /&gt;- No, a jak? Tu u Stasia nie ma telefonu, a nas na komórki nie stać.&lt;br /&gt;Władek przestąpił z nogi na nogę.&lt;br /&gt;- Ale po co od razu dzwonić i ludziom dupę zawracać – zapytał. – Przecież jak sobie wódeczkę popijają, to niech sobie siedzą. Ja mam narzędzia. Zaraz wezmę i zrobię moment. Tu się klepnie, tam nagnie i…&lt;br /&gt;- Dobra, dobra – przerwał Zenon. – Ja tam nic nigdy do pana nie miałem, panie Władku, ale mamy tu robotę, bo Stasiu jakąś rodzinną imprezę szykuje i musimy chałupę ogarnąć. Dasz pan sam radę? Bo jak nie to zadzwonimy i…&lt;br /&gt;- Nie ma problemu. Kwadrans i będą jak nowe. Przecież to tylko trochę wygięte, prawie nie widać. No może trochę te drzazgi przeszlifuję tarnikiem… &lt;br /&gt;- I wie pan co? – ponownie przerwał Zenon. &lt;br /&gt;- No?&lt;br /&gt;- W sumie, to nic się nie stało – powiedział. – Nie przejmuj się pan.&lt;br /&gt;Zenon przymknął drzwi. Obaj z Kielonkiem parsknęli. Zgliszcz wyjrzał przez judasz. Władek wmaszerował do swojego mieszkania na sztywnych nogach.&lt;br /&gt;- Zośka! – krzyknął od progu. – Chodź no tu!&lt;br /&gt;Zamknął za sobą więc dalszego rozwoju wypadków nie śledzili.&lt;br /&gt;- Ale żeś wymyślił – parsknął Henio odstawiając rondel.&lt;br /&gt;- No co? Źle?&lt;br /&gt;- Pierwsza klasa – pochwalił Kielonek. – Sam Stachu by się nie powstydził.&lt;br /&gt;- No dobra – Zenon rozejrzał się po mieszkaniu. – My tu sobie pierdu, pierdu, ale przyjdzie nam jak nic o suchych pyskach siedzieć. Widziałem, że na dole sklep zamknięty, nie wiesz czemu?&lt;br /&gt;Henio wzruszył ramionami.&lt;br /&gt;- Kartka jakaś wisi na drzwiach – odparł.&lt;br /&gt;- Pewnie, że nieczynne z powodu choroby, albo, że remanent – snuł domysły Zenon. – Chociaż teraz, to nie robią remanentów w takie dni, jak dziś.&lt;br /&gt;- Znaczy w jakie?&lt;br /&gt;- No w sobotę. Wiadomo, że wtedy największy ruch jest. No chyba, żeby okradli.&lt;br /&gt;Kielonkiewicz pokiwał głową.&lt;br /&gt;- E, co ty – zaprzeczył. – Kto by tu włam robił na środku osiedla. Chyba, że jakieś gówniarze, co nie wiedzą o co tu chodzi. Ale to by wiadomo coś było i już pewnie mendziarnia by się kręciła szukać sprawców mordobicia.&lt;br /&gt;Zenon obszedł mieszkanie, zajrzał do kilku szafek, ale zgodnie z przypuszczeniem nie znalazł nic, co nadawałoby się do picia. &lt;br /&gt;- Można było coś po drodze wziąć – marudził myszkując po pokoju. – Mijaliśmy ze trzy sklepy. My będziemy się tu męczyć, a ten stary moczymorda popija sobie gorzałę w najlepsze. W dodatku za darmo.&lt;br /&gt;- A to wino na kwasie? – krzyknął z kuchni Henio. – Przecież żeśmy tylko po szklance huknęli.&lt;br /&gt;Zenon wrócił, zanim Kielonek skończył mówić.&lt;br /&gt;- Gdzie ono?&lt;br /&gt;Kielonkiewicz rozejrzał się po kuchni.&lt;br /&gt;- W ogóle nie zauważyłem, jak chował – odparł. – Ale przecież ze sobą nie wziął.&lt;br /&gt;Zgliszcz zmarszczył brwi przykładając palec wskazujący do zwężonych w dzióbek ust.&lt;br /&gt;- Czekaj, czekaj – ożywił się nagle. – Wiem. &lt;br /&gt;Po chwili wrócił z butelką.&lt;br /&gt;- Gdzie była? – zapytał rozpromieniony Henio.&lt;br /&gt;- W pralce.&lt;br /&gt;- W pralce?&lt;br /&gt;- W sytuacjach kryzysowych Stasiu zawsze chowa butelki w pralce. Tak dla bezpieczeństwa. Taki odruch ma. Nawet nie musi się zastanawiać. Wcześniej w różne miejsca chował, ale potem nie pamiętał gdzie, to teraz zawsze kładzie do pralki, czego też nie pamięta, ale zawsze najprędzej tam można coś znaleźć. &lt;br /&gt;- Nieźle.&lt;br /&gt;Usiedli przy stole. Zenon odkręcił kapsel i powąchał zawartość butelki.&lt;br /&gt;- Nie dość, że się zagrzało – powiedział z niesmakiem wlewając wino do szklanek, – to jeszcze jakiś taki zapach ma niepewny.   &lt;br /&gt;- Jaki, znaczy?&lt;br /&gt;Kielonek sięgnął po alkohol.&lt;br /&gt;- Normalnie zalatuje lekko siareczką – osądził.&lt;br /&gt;- No o tym mówię.&lt;br /&gt;- Przecież jak daje siarką, to znaczy, że szlachetne. Wcześniej dokładnie tak samo zajeżdżało i nic żeś nie mówił.&lt;br /&gt;- Dziwne – powąchał raz jeszcze krzywiąc się. – Wtedy nie czułem.&lt;br /&gt;- Boś miał jeszcze kichawę spuchniętą. &lt;br /&gt;Zenon pomacał się po nosie.&lt;br /&gt;- Faktycznie trochę zlazło.&lt;br /&gt;Rozmowę przerwało im stukanie do drzwi i skrzypienie zawiasów, gdy te lekko się uchyliły. W szczelinie pojawiła się twarz Władka.&lt;br /&gt;- Można? – zapytał.&lt;br /&gt;- Jasne, jasne – zachęcił Zgliszcz.&lt;br /&gt;- Trochę mi zeszło, bo nie mogłem pilnika znaleźć – powiedział. – Ale zaraz się zrobi.&lt;br /&gt;- Spokojnie, panie Władku. Przecież mrozu nie ma.&lt;br /&gt;Władek bąknął coś pod nosem i zabrał się do roboty. Zenon chwilę go obserwował szybko dochodząc do wniosku, że facet zna się na robocie. Nie minęło dziesięć minut, jak zawiasy były na swoim miejscy, bolce i blachy w futrynach zostały wyprostowane, drzazgi usunięte, śruby dokręcone lepiej, niż były przed incydentem. Mężczyzna wygładzał uszkodzone powierzchnie papierem ściernym gdy na klatce usłyszeli śpiew Gołąbka. Staruszek pokonywał kolejne stopnie marszowym krokiem śpiewając, a raczej recytując rytmicznie w kółko cztery wersy: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I raz go w ryj, &lt;br /&gt;Kto się nawinie, &lt;br /&gt;W dupę kij, &lt;br /&gt;W lesie, czy w kinie,&lt;br /&gt;I raz go w ryj, &lt;br /&gt;Kto się nawinie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A cóż to? – zdziwił się widząc uwijającego się sąsiada. – Co mi ty tu, co?&lt;br /&gt;- A dzień dobry, panie Stachu – przywitał go Władek. – Wypadek mały był, to się naprawia – dodał z obawą spoglądając w dół między barierkami.&lt;br /&gt;- Wypadek? – jaki znowu wypadek.&lt;br /&gt;Stasiu przeszedł obok sąsiada i stanął w korytarzu swojego mieszkania opierając się ręką o ścianę.&lt;br /&gt;- Co tu się wyrabia, co?&lt;br /&gt;- Nie ma z panem nikogo? – zapytał ostrożnie Władek.&lt;br /&gt;Zenon szybko poderwał się od stołu i przypadł do drzwi.&lt;br /&gt;- Dobra – powiedział. – Idź pan już. Jutro pan skończysz.&lt;br /&gt;- Co skończysz? Kto skończy? – dopytywał nieco chaotycznie Gołąbek.&lt;br /&gt;- Sam żeś pan przyszedł? – domagał się odpowiedzi Władek przybierając niepokojący wyraz twarzy.&lt;br /&gt;- A z kim miałem niby przyjść? Ze świętym Florianem?&lt;br /&gt;Władek podniósł torbę z narzędziami.&lt;br /&gt;- Posłuchaj no Zgliszcz – wycedził przez zęby. – Jak się okaże, że to lipa, to wszystkich was…&lt;br /&gt;- Stasiu powiedz sąsiadowi gdzie byłeś – przerwał pospiesznie Zenon. – Tylko prawdę mów. Pan wtajemniczony jest po części. Powiedz tylko u kogo byłeś na wódce.&lt;br /&gt;Gołąbek wysuną dolną wargę lśniącą od śliny.&lt;br /&gt;- Ma się rozumieć, że u Wehrmachta – wypalił przybierając jeszcze bardziej zadziorną minę. – A jak dla poniektórych – prześwidrował sąsiada oczami – to u pana Wehrmachta! A bo co? Jakiś problem jest?&lt;br /&gt;Władek ponownie przeszedł szybką transformację postawy. Zrobił krok w tył  i wzruszając ramionami ruszył do swojego mieszkania.&lt;br /&gt;-  Żadnego – powiedział. – Przecież nic nie mówię, coś pan?&lt;br /&gt;- No – odparł Gołąbek. – Bo jakby co, wystarczy jeden telefon i…&lt;br /&gt;- Dobra, dobra – ponownie wkroczył Zenon zamykając drzwi. – Zamknij już ten stary pysk.&lt;br /&gt;Wziął Gołąbka pod ramię i doprowadził do kuchni.&lt;br /&gt;- Co w tej reklamówce targasz? – zapytał próbując wziąć ją od staruszka.&lt;br /&gt;Stasiu odskoczył, aż zarzuciło go na stojącą w kącie kuchni szafkę, w którejś coś niepokojąco zadzwoniło.&lt;br /&gt;- Precz! – krzyknął.&lt;br /&gt;- Co się drzesz, przecież…&lt;br /&gt;- Wara mówię!&lt;br /&gt;Zenon machnął ręką i przysiadł obok Henia, który jak dotąd przyglądał się ich szamotaninie z niecodziennie bladą, by nie rzec, zieloną twarzą.&lt;br /&gt;- A tobie co znowu? – zapytał Zgliszcz widząc niepokojąco niezdrowy wygląd przyjaciela.&lt;br /&gt;- No nie wiem właśnie – jęknął Kielonek. – Tak mi coś zaczęło nagle po żołądzie jeździć, że zaraz chyba nie zdzierżę.&lt;br /&gt;- Ale, że cię boli?&lt;br /&gt;- Co tam szepczecie, konfidenci? – parsknął podejrzliwie chwiejący się w kącie Stasiu. – Nic wam nie da knucie, wy mendy ubeckie. W lesie czy w kinie…&lt;br /&gt;- Nie boli, tylko normalnie na dupsko mi ciśnie.&lt;br /&gt;- To idź do kibla, jaki problem?&lt;br /&gt;- I raz go w ryj – mamrotał Stasiu, – kto się nawinie…&lt;br /&gt;- Nie dam rady – jęknął Henio. – Jak wstanę, to od razu się zesram.&lt;br /&gt;- W lesie, czy w kinie…&lt;br /&gt;- A zamknijże się, dziadu!&lt;br /&gt;- Co?! – Gołąbek wyprostował się niepewnie. – Ja mam się zamknąć? U siebie w chałupie? A w dupę ci kij, kacapie!&lt;br /&gt;- Aż tak? – pytał Zenon zwracając się do Kielonkiewicza. – Ale po czym tak? Musiałeś się nażreć czegoś starego?&lt;br /&gt;- Nic – stęknął Henio. – Pomóż. Może powolutku dojdę. Bez gwałtownych ruchów. Drobniutkimi kroczkami – przekonywał sam siebie. – Jak gejsza. Jak wróbelek.&lt;br /&gt;- I w dupę kij! – krzyknął Stasiu. – Usraj się, a nie daj się!&lt;br /&gt;- Właśnie rozchodzi się o to – stęknął Henio drobiąc stopami, – żeby tak się nie stało… Olaboga – jęknął. – Nie dojdę. Chyba mi pociekło. Leć otwórz drzwi do kibla i podnieś klapę, żeby nie było dramatu.&lt;br /&gt;Zenon szybko zastosował się do wskazówek i chwilę później Kielonek ryzykownie przyspieszył ściskając uda i pośladki, aż wygięły mu się plecy.&lt;br /&gt;- A ty co? – rzucił za nim Stasiu? – Chcesz odetchnąć drugą stroną? Wyglądasz, jakbyś się dupą zachłysnął – zarechotał. – I raz go w ryj…&lt;br /&gt;Zenon zatrzasnął drzwi za Kielonkiewiczem i wrócił do kuchni nie chcąc słuchać niezdrowych dźwięków. Gołąbek usiadł przy stole i złożył głowę na rękach opartych na łokciach. &lt;br /&gt;- Ale żeś się napruł – ocenił Zenon. – Godzinę cię nie było, może kapkę dłużej.&lt;br /&gt;Sięgnął po szklankę z winem.&lt;br /&gt;- Zaczekaj – powstrzymał go Stasiu. – To od Wehrmachta?&lt;br /&gt;- No a co?&lt;br /&gt;- Mówił, żeby tego lepiej nie pić, bo mu się coś tam za dużo lunęło – czknął. – I że może zaszkodzić, jak się przy dużo wychla. &lt;br /&gt;Zgliszcz odstawił szklankę i spojrzał na zawartość butelki. Była pusta, podobnie jak szklanka Henia.&lt;br /&gt;- A to sukinsyn – szepnął. – Jak ja się handryczyłem z tobą i z Władkiem, wychlał wszystko.&lt;br /&gt;- Kto, co wychlał?&lt;br /&gt;- Henio. Wychlał całe to wino na kwasie. Było ze trzy czwarte butelki.&lt;br /&gt;- To się usra – zarechotał złośliwie staruszek. – Chyba, że może Wehrmacht się pomylił. &lt;br /&gt;- Z tego co widzę, to się nie pomylił. Mam nadzieję, że mnie tak nie przedrze. &lt;br /&gt;- Może i nie przedrze. &lt;br /&gt;Siedzieli chwilę z wyczekiwaniem.&lt;br /&gt;- Ale przecież żeście nie wiedzieli, że to tyfus – odezwał się Stasiu z wyrzutem. – A i tak na mnie nie poczekaliście. Nieładnie.&lt;br /&gt;- Co nie poczekaliście? – obruszył się Zgliszcz.&lt;br /&gt;- Olaboga! – dobiegł ich głos z łazienki.&lt;br /&gt;Zenon machnął ręką.&lt;br /&gt;- Co nie ładnie? A kto poszedł sam pić gorzałę? Mieliśmy na ciebie czekać, jak na amnestię? A poza tym, to ja ledwo spróbowałem. Henio wychlał prawie wszystko. To dopiero sukinsyn. &lt;br /&gt;Gołąbek pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Kara mu się należy, jak nic – ocenił.&lt;br /&gt;- Niby jaka? Co? Nie dasz mu się napić? Już to widzę. Zresztą najpierw trzeba skoczyć coś kupić, a sklep na dole zamknięty.&lt;br /&gt;Gołąbek uśmiechnął się cierpko i zaczął opróżniać przyniesioną reklamówkę. Na blacie kolejno znalazły się trzy butelki krystalicznie klarownego samogonu.&lt;br /&gt;- Z pozdrowieniami od Wehrmachta – powiedział. – Za wkład w ochronę konsumenta i zdrowej konkurencji, czy jakoś tak powiedział, nie pamiętam dobrze.&lt;br /&gt;- I chcesz to tak postawić i że niby nie dasz Heniowi? – niedowierzał Zenon. – Chybaś oślepł na rozumie.&lt;br /&gt;Gołąbek nie przestając się uśmiechać przychylił się do blatu i szepnął konspiracyjnie:&lt;br /&gt;- Zrobimy mu ten numer ze zwichniętym ramieniem.&lt;br /&gt;- Jaki znowu numer?&lt;br /&gt;- No ten z tego amerykańskiego filmu o dwóch fajnych policjantach.&lt;br /&gt;Oczy Zenona zapłonęły radością.&lt;br /&gt;- Ja udaję – powiedział.&lt;br /&gt;- Pasuje.&lt;br /&gt;Uścisnęli sobie dłonie i natychmiast w niepamięć poszyły dotychczasowe animozje. Stasiu odkręcił butelkę w momencie, gdy energicznie otworzyły się drzwi od łazienki i w kuchni stanął upocony Henio.  &lt;br /&gt;- O matko jedyna! – stęknął. – Mało mi dupy nie rozerwało. &lt;br /&gt;- Masz za swoje, egoisto – powiedział Gołąbek.&lt;br /&gt;- Że o co wam znowu chodzi? – zdziwił się Kielonek.&lt;br /&gt;- Wychlałeś całe wino.&lt;br /&gt;Kielonek skrzywił się z niesmakiem.&lt;br /&gt;- Aleście wymyślili – powiedział. – Raptem parę kropel.&lt;br /&gt;- Parę kropel? – obruszył się Zgliszcz. – Wychlałeś w sumie ze trzy czwarte flaszki. &lt;br /&gt;- Aż się usrałeś.&lt;br /&gt;Obaj parsknęli śmiechem. &lt;br /&gt;- No to ty sobie to wińsko możesz jeszcze dokończyć – powiedział Stasiu podsuwając mu w połowie wypełniona szklankę Zenona, – a my z panem Zgliszczem napijemy się bimberku pierwszego sortu, co nie? Dobrze mówię panie Zenku?&lt;br /&gt;- Bardzo dobrze, panie Staszku.&lt;br /&gt;- Oj, oj jakie śmieszne – podirytował się Kielonkiewicz. – Zaraz tu padnę z radości. &lt;br /&gt;- Dobra, dobra – uspokoił go Stasiu. – Ale ja to już swoje dziś wypiłem. Tak na pustaka niezdrowo. Mam tam w lodówce garnek z rosołem, weź no Zenuś wstaw.&lt;br /&gt;- Masz rosół? – spytał z niedowierzaniem Zenon.&lt;br /&gt;- Ano mam.&lt;br /&gt;- A skąd? Przecież żeś sam nie zrobił?&lt;br /&gt;Zanim Gołąbek zdążył cokolwiek odpowiedzieć powstrzymał go gestem.&lt;br /&gt;- Nie mów nic! Wiem. Ziębinie się ugotowało za dużo mięsa i musiała od ciebie pożyczyć garnek.&lt;br /&gt;- A spierdalaj – Stasiu zabrał sprzed Zenona literatkę. – Będziesz widział bimber, jak Bolek trampki. To wino dokończ. Przesra cię, jak tego komucha.&lt;br /&gt;- A odjebcie się już ode mnie!&lt;br /&gt;- No dobra, dobra – Zenon uśmiechnął się pojednawczo. – Gdzie ten rosół?&lt;br /&gt;- W lodówce.&lt;br /&gt;- Na cholerę w lodówce?&lt;br /&gt;- Żeby nie skisł, ćwoku.&lt;br /&gt;- Przecież zepsuta jest.&lt;br /&gt;Stasiu znieruchomiał.&lt;br /&gt;- Olaboga – jęknął podrywając się z miejsca. – Zapomniałem. Taki zacny rosół. Może się bardzo nie zepsuł.&lt;br /&gt;- Jak to bardzo? – zdziwił się Zenon. – Albo się zepsuł, albo się nie zepsuł.&lt;br /&gt;Otworzyli lodówkę i wyciągnęli pokaźny garnek.&lt;br /&gt;- Długo stoi? – rzucił od stołu Kielonek.&lt;br /&gt;- Od środy.&lt;br /&gt;- To nie ma szans – zapewnił. – Mamusia kiedyś zrobiła i po dwóch dniach, się popsuł, jak zapomniałem schować do lodówki. I to nie było latem, było chłodniej. Mamusia mówiła, że to dlatego, że warzywa były nie wyjęte. Że jakby stała sama woda, znaczy płyn, wywar, rosół, to by się może i nic nie stało, ale z warzywami to nie ma szans. Z warzywami stał?&lt;br /&gt;- Z dupą – przeklął pod nosem Stasiu.&lt;br /&gt;- Znaczy z mięsem? – dopytywał Henio. – Na szynce? Bogaty, ale musi chudy być, dietetyczny. Samo mięso to chyba dłużej wytrzyma, jak dobrze ugotowane. Bo jak warzywa, to kapota. Śmierdzi gorzej niż wszystko co wąchałem. Nawet od gówna. I nieboszczyka.&lt;br /&gt;- A zamknijże się wreszcie.&lt;br /&gt;- No co?&lt;br /&gt;Zenon postawił garnek na małej szafce przy lodówce i zdjął pokrywkę.&lt;br /&gt;- Powąchaj – powiedział Gołąbek odsuwając się od garnka. &lt;br /&gt;- Sam powąchaj.&lt;br /&gt;- No weź. Młodszy jesteś.&lt;br /&gt;- A co to ma do rzeczy?&lt;br /&gt;- Odporniejszy jesteś.&lt;br /&gt;- Gówno prawda. Ty jesteś starszy, to i powonienie masz przytępione. Ty wąchaj.&lt;br /&gt;- Co przytępione? Mam węch jak owczarek alzacki. Ty za to kichawę masz uszkodzoną, to i ledwo co czujesz. Wąchaj i nie pieprz.&lt;br /&gt;- Twój rosół, to sam se powąchaj.&lt;br /&gt;- A żreć to chciałeś.&lt;br /&gt;- Nic takiego nie mówiłem.&lt;br /&gt;- Wódki ci nie dam.&lt;br /&gt;- No wiesz?&lt;br /&gt;Zenon ostrożnie pochylił się nad garnkiem. Powierzchnia rosołu miała ciemnożółty kolor, gdzieniegdzie widać było zielonkawe plamy.&lt;br /&gt;- Jak to ma być dobre? – powstrzymał się Zenon. – Przecież z daleka widać, że zepsute.&lt;br /&gt;- A to czemu?&lt;br /&gt;- No weźże sam popatrz?&lt;br /&gt;- Wygląda w porządku.&lt;br /&gt;- W porządku? Jak gnojówka.&lt;br /&gt;Podszedł Henio i zajrzał mu przez ramię.&lt;br /&gt;- Normalny rosół – powiedział.&lt;br /&gt;- To sam powąchaj, jak żeś taki mądry.&lt;br /&gt;- Ja nie jestem głodny, dziękuję bardzo – wzbraniał się Kielonek. – Już swoje wycierpiałem.  &lt;br /&gt;Zenon potarł nos.&lt;br /&gt;- No weźże powąchaj – zirytował się Gołąbek. – Nie będziemy tak stać do poniedziałku.&lt;br /&gt;- Dobrze ci mówi – poparł Henio. – Nie ma się co bać. Każdy rosół tak wygląda jak ostygnie. Na wierzchu robi się taki kożuch z tłuszczu, o to żółte, a te zielone plamy, to normalna zielenina, co się wrzuca do smaku. Seler, pietruszka, lubczyk. &lt;br /&gt;- No dawaj – zachęcał Stasiu.&lt;br /&gt;Zgliszcz pochylił głowę i szybko się wyprostował.&lt;br /&gt;- No i?&lt;br /&gt;- Nic.&lt;br /&gt;- Co nic?&lt;br /&gt;- No, nie czuć nic. Nie śmierdzi.&lt;br /&gt;Pochylił się jeszcze raz, tym razem niżej i na dłużej.&lt;br /&gt;- Ja wiem? – zdziwił się. – Nie czuję nic złego. &lt;br /&gt;- Czekaj no.&lt;br /&gt;Henio wziął do ręki drewnianą łyżkę i zanim Zenon zdążył się wyprostować kończąc węchową degustację zabełtał rosół krusząc tłustą skorupę. &lt;br /&gt;Stasiu z Heniem poczuli ostry fetor, mimo iż byli stosunkowo oddaleni od jego źródła. Odskoczyli z obrzydzeniem. Gorzej było z Zenonem. Gdy Henio zamieszał potrawę jego głowa tkwiła jeszcze prawie w samym garnku. Twarz Zgliszcza natychmiast zzieleniała, wykrzywił ją grymas niepojętego i nieznanego dotąd obrzydzenia. Niemal natychmiast zwymiotował wprost w rosół i nie przestając podbiegł do okna obrzygując po drodze lodówkę, zlewozmywak i szafki z naczyniami, na szczęście zamknięte. Był na tyle twardy, że główny strumień wymiocin wypuścił za okno odrobinę zahaczając o parapet. &lt;br /&gt;- Ty stary sukinsynu – mówił z przerwami wywołanymi torsjami. – Wiedziałeś.&lt;br /&gt;- Ni cholery, jak tu stoję – zarzekał się Stasiu. – Nawet mi na myśl nie przyszło.&lt;br /&gt;Zenon odwrócił głowę. Z ust zwisała mu strużka śliny.&lt;br /&gt;- Weźcie wyjebcie ten garnek, bo nie przestanę rzygać – jęknął. – O matko. Jak coś może tak niewyobrażalnie śmierdzieć.&lt;br /&gt;- Mówiłem – wzdrygnął się Henio. – Gorzej niż gówno i trup.&lt;br /&gt;- Nieboszczyka nie wąchałem, ale gówno się nie umywa – zgodził się Zgliszcz.&lt;br /&gt;W tym momencie usłyszeli energiczne stukanie do drzwi i głos pieklącej się Ziębiny. &lt;br /&gt;- Tego już za wiele! – krzyczała kobieta. – Zarzygaliście mi całe okno! Pranie miałam wywieszone!&lt;br /&gt;Stasiu szybko ruszył do drzwi i otworzył je szeroko.&lt;br /&gt;- Nie róbże publiki – naskoczył na Jadźkę. – Drzesz się jak…&lt;br /&gt;Ziębina weszła pewnym krokiem i chlasnęła Stasia przez policzek gumową rękawiczką skutecznie przerywając mu wypowiedź.&lt;br /&gt;- Zamknij się degeneracie! – wrzasnęła. – Ja wszystko rozumiem! Można się napić, nawet i opić, ale jakieś granice przecież istnieją! A przynajmniej powinny. Ale gdzie tam! To ja się martwię, żeby ci się co nie stało, gotuję po kryjomu, jakby to jakieś przestępstwo było, przymykam oko na twoje pijaństwo, nawet piwo wam kupuję, a wy co? – krytycznym wzrokiem popatrzyła na stojące na stole butelki. – Banda alkoholików! Nie potraficie człowieka uszanować! Nic się dla was nie liczy, tylko żeby mordy zmoczyć!&lt;br /&gt;Weszła do kuchni i spojrzała na obrzygane szafki i parapet. Zenon zdążył odsunąć się od okna i otrzeć twarz rękawem.&lt;br /&gt;- Który narzygał?&lt;br /&gt;Stasiu bez słowa wskazał palcem Zenona. &lt;br /&gt;- Opił się wina na kwasie po kryjomu przed nami, ale mu kiszki nie wytrzymały i wszystko wyrzygał. Jak nic popali ci pranie.&lt;br /&gt;Gdyby można było zabijać wzrokiem tym razem Stasiu z pewnością by nie przeżył. Zanim Jadźka zdążyła podjąć dalszą reprymendę, Zgliszcz zaczął się tłumaczyć.&lt;br /&gt;- Pani Ziębino kochana – zrobił zbolałą minę. – Daję słowo, że to ten stary dwulicowy pierdoła. Zmarnował taki pyszny rosół. Na pewno w życiu takiego jadłem. Zamiast to wszystko odcedzić, to pijanica trzymała na słońcu i wie pani po co? Żeby mi zrobić dowcip. Tak powiedział, sukinsyn. &lt;br /&gt;- Łże!&lt;br /&gt;- Mówi do mnie „Chodź zobacz jaki smaczny”. &lt;br /&gt;- Kłamie!&lt;br /&gt;- Zamknij się! – upomniała Stasia kobieta.&lt;br /&gt;- „Dojrzał przez dwa dni i naciągnął esencji”. Tak mówił – kontynuował Zenon. – No to ja wiedząc, że pani gotuje na świecie najlepiej, niczego nie podejrzewając powąchałem. A to był taki skis, że…&lt;br /&gt;Na samo wspomnienie Zenonowi zrobiło się znowu niedobrze. &lt;br /&gt;- Chciałem do zlewu – podjął – ale kazał mi przez okno.&lt;br /&gt;- Wszystko to podłe oszczerstwa – krzyknął Gołąbek. – Najpierw się ochlał…&lt;br /&gt;Ziębina uniosła rękę z palcem wskazującym skierowanym w górę w geście upomnienia i Stasiu zamknął usta z mlaśnięciem. Kobieta wzięła garnek i bez słowa wymaszerowała z mieszkania.&lt;br /&gt;Stasiu przekręcił za nią klucz w zamku i wrócił do kuchni na palcach, jakby to miało załagodzić zaistniałą sytuację.&lt;br /&gt;- Jak mogłeś? – zapytał z wyrzutem.&lt;br /&gt;- Ja? Ja jak mogłem? Ty stary złośliwy pierdzielu. Normalnie powinienem cię uśmiercić na miejscu, albo lepiej, łeb ci w ten rosół wsadzić…&lt;br /&gt;Znowu wspomnienie odebrało mu mowę i dla bezpieczeństwa podszedł do zlewu.&lt;br /&gt;- Przecież nie wiedziałem, że skiśnięty – powiedział Stasiu.&lt;br /&gt;- Ale po coś jej mówił, że to od wina?&lt;br /&gt;- Tak mi jakoś przyszło do głowy.&lt;br /&gt;- To już było powiedzieć, że Heniek!&lt;br /&gt;- Dlaczego, że niby ja? – uniósł się Kielonek. – Takiś kumpel?&lt;br /&gt;- Tyś wino wychlał. Przynajmniej odrobina prawdy by była. Jakbyś do kibla nie zdążył to teraz szafki byłyby nie porzygane, tylko gorzej.&lt;br /&gt;Popatrzyli na ślady wymiocin.&lt;br /&gt;- No, tu ma rację – przyznał Gołąbek. – Jakbyś tak wszystko posrał, to by dopiero było.&lt;br /&gt;- Przez okno bym przecież nie srał, tylko najwyżej w spodnie.&lt;br /&gt;- Jakbyś się dobrze napiął, to dałbyś radę.&lt;br /&gt;- Ale po jaką cholerę?&lt;br /&gt;- A myślisz, że ja specjalnie rzygałem po ścianach i przez okno? Znaczy że chciałem? Do kibla bym nie dał rady!&lt;br /&gt;Henio popatrzył na przyjaciół zdziwiony.&lt;br /&gt;- Nie chcecie mi chyba wmówić, że jak wam się nagle zach
